Page 1

.pdf

wydanie nr

04.2014

1

Wywiad z Moniką Witkowską Opowieść o wejściu na Mt. Everest i o planach na przyszłość

tragedia na kp3

Trzecie s6 Urodziny Sedna

Policjanci ostrzegają: nie przechodźcie O zmianach, przez ulicę! urodzinach i statystyce


edytorial || kwiecień 2014

Redaktor Naczelny:

Maja Maciejska

Wiceredaktor Naczelny:

Jakub Nicieja

Dyrektor Artystyczny:

Bartosz Ząbek

Korekta:

Justyna Kierzkowska

Marketing i Reklama: Patryk Szczepaniak

Paulina Kujawa

Grafika: Jakub Nicieja

Monika Róża Wiśniewska

Skład:

Jakub Nicieja

Okładka:

Nina Próchniewska

Autorzy: Maria Dybcio

2

Paweł Jachowski Klaudia Januszewska Natalia Kamińska Kasia Kurak Marta Kwestarz Maja Maciejska Tytus Ławnik Martyna Pawul Elwira Wilczek Izabela Zadura Bartosz Ząbek

słowa od Trzeba mieć odwagę, by marzyć. Ba, czasem należy nawet pójść pod prąd, po drodze kilka razy się sparzyć, aby pod sam koniec mieć poczucie, że nie straciło się czegoś naprawdę ważnego. To właśnie marzenia doprowadziły nas – Redakcję Sedna – do punktu, w którym obecnie się znajdujemy. Konsekwentnie, małym kroczkami zdobywaliśmy doświadczenie, tworząc wszystko od podstaw, aby nareszcie móc z dumą przedstawić Wam pierwszy numer Sedna – Gazety Studenckiej w PDF-ie. Do tej pory znaliście nas tylko z portalu, na którym akty wnie działamy już od 3 lat. O tym, co skłoniło nas do nowej formy dziaalności dowiecie się czytając nasze podsumowanie – „Nowe – stare Sedno”. Można by wiele pisać o początkach, bo właśnie tym jest dla nas numer, który już za chwilę zostanie przez Was prze­czytany. Niemniej jednak każdy początek to przecież kontynuacja ciągu wydarzeń, które doprowadziły nas do danego miejsca. Choć przed nami jeszcze daleka droga to wierzymy, że wspólnymi siłami uda nam się stworzyć gazetę studencką, która spełni przede wszystkim Wasze oczekiwania. Co miesiąc możecie

Spodobały się Tobie nasze artykuły? Chci marketingu Dołącz do nas na gazeta


sedno || gazeta studencka

od Redakcji liczyć na sporą dawkę inspiracji, motywacji i informacji. Nasze kwietniowe wydanie zaczynamy od kontrowersyjnego tematu, który wywołał jedną z większych dyskusji ostatnich lat w środowisku studenckim. Czy wybory miss na uczelniach wyższych to rzeczywiście powód do dumy? A może tylko ślepa próba docenienia kobiecego piękna? Przypatrzymy się także nastrojom studenckim w związku z nadchod z ą cą roczn icą k ata strof y smoleńskiej. Możecie być jednak spokojni – od polityki będziemy się trzymać z daleka. Przypomnimy Wam także o zbliżającej się akcji „Dla Ciebie to 5 minut, dla Kogoś to całe życie”, organizowanej przez fundację DKMS. Nie przedłużając, oddaje w Wasze ręce nasz pierwszy numer Sedna – Gazety Studenckiej wydawany w PDF-ie. Magazynu tworzonego przez Studentów dla Studentów – efekt pracy wielu wspaniałych ludzi, którzy posta­ wili na spełnianie swoich marzeń, pasji i zainteresowań. Oby co miesiąc ta pozytyw­ ­na energia wpływała także na Was.

iałbyś spróbować własnych sił w pisaniu, lub grafice? a-sedno.pl/rekrutacja/

Strona WWW: http://www.gazeta-sedno.pl Facebook: facebook.com/sedno Kontakt dla mediów: redakcja@gazeta-sedno.pl Kontakt biznesowy: patryk.szczepaniak@me.com

3


spis treści || kwiecień 2014 6

Nowe - Stare Sedno

8

Gdzie jest Miss UW?

14

Krajobraz posmoleński okiem studenta Izabela Zadura

14

Moja Praca - Moja Pasja

22

Nieperfekcyjna Pani Domu - Idealne Studenckie Mieszkanie Marta Kwestarz

26

Wywiad z Moniką Witkowską Kasia Kurak

40

Dlaczego warto być dawcą? //wywiad z Anną Dyją Tytus Ławnik

44

Wywiad z Rzecznikiem Prasowym Budowy Drugiej Linii Metra. Elwira Wilczek “Witaj w klubie” //recenzja Maria Dybcio Nie ma Rutyny //wywiad Klauda Januszewska Kuszące Zło - O Czarnych Charakterach W Serialach Bartosz Ząbek Wiemy Co Robimy //wywiad Klaudia Januszewska Festiwal Teatrów Studenckich START //relacja Natalia Kamińska Święto Muzyki - Czyli Record Store Day //zapowiedź Klaudia Januszewska

56 58 65 69 73 79

4

Martyna Pawul

Emilia Kołodziej


sedno || gazeta studencka

Pierwszy numer Sedna w formacie PDF – oglądany właśnie przez Was na tabletach, smartfonach, komputerach i innych urządze­ niach – to zarazem początek nowej ery w życiu Gazety. Rynek mediów nie toleruje stagnacji. Trzeba się zmieniać, aby zarazem pozostać takimi samymi. Zmieniamy się więc i my. Dla Was.

„Życie studenckie” to nie tylko nocne wkuwanie podczas sesji, ale i imprezowanie do białego rana. W tym czasie stajemy się często mistrzami kuchni, bo ze zwykłej parówki potrafimy przyrządzić praktycznie wszystko. Student żyje nie tylko książkami, więc uczelnie prześcigają się w propozycjach różnych kursów, warsztatów czy wykładów znanych specjalistów. Inwestują w ten sposób w wiedzę i umie­ jętności swoich studentów. Ale czy to wystarczy by człowiek odnalazł się później na rynku pracy? W końcu nie od dziś wiadomo, że uroda i atrakcyjność też się liczą…

Może interesuje Was wspinaczka i dalekie wędrówki? Czy chcielibyście się dowiedzieć, jak zdobywa się najwyższą górę świata? Jak dokładnie przygotowuje się do takiej wyprawy i jakie rzeczywiście panują tam warunki? Jak to jest wspinać się na wysokości 7000-8000 metrów n.p.m., w ujemnej temperaturze, mając przed sobą kolejne wysokości do pokonania? Jak czuje się osoba, która po dwumiesięcznych trudach zdobywa upragniony szczyt?

Nieważne jak szybko rozwijają się serwisy streamingowe − muzyka w tradycyjnym formacie zawsze się obroni. Sukces Record Store Day, który odbędzie się w tym roku już po raz siódmy, jest tego najlepszym przykładem. 5


Nowe - Stare Sedno //O zmianach, urodzinach i statystyce

Nikt by nie pomyślał, prawda? Pierwszy numer Sedna w formacie PDF – oglądany właśnie przez Was na ta bletach, smartfonach, komputerach i innych urządzeniach – to zarazem początek nowej ery w życiu Gazety. Rynek mediów nie toleruje stagnacji. Trzeba się zmieniać, aby zarazem pozostać takimi samymi. Zmieniamy się więc i my. Dla Was. Pomysł powstania Sedna – Gazety Studenckiej narodził się późną jesienią 2010 roku. Choć już wtedy na Uniwersytecie Warszawskim wydawany był szereg pism o różnej tematyce, formie czy też częstotliwości ukazywania się, to większość z nich nawet nie próbowała aspirować do roli pisma ogólnouniwersyteckiego. Szcześcioro przyjaciół i znajomych ze studiów doszło do wniosku, że taki stan rzeczy nie przystoi czołowemu uniwersytetowi w kraju, a wręcz okrywa go wstydem. Zamiast narzekać, postanowili działać, czego pierwsze owoce widoczne były już na wiosnę. 23 marca 2011 Sedno wystartowało w formie portalu – gazety online, dostępnej pod adresem www. gazeta-sedno.pl. Trzy lata później liczba studentów, którzy publikowali bądź nadal publikują swoje artykuły w Sednie przekroczyła 60 osób. Do redakcji regularnie dołączają kolejne, chętne do zaangażowania się w działalność na

6

rzecz społeczności akademickiej. Zmieniają się twarze – odchodzą starsze roczniki studentów a przychodzą młodsze – ale nie zmienia się cel: tworzenie najlepszego pisma na Uniwersytecie Warszawskim. Dziś śmiało możemy po­wiedzieć, że odmieniliśmy sytuację na rynku mediów na UW! Strona internetowa Sed na notuje ju ż 3 tysiące odsłon dziennie i 90 tysięcy odsłon miesięcznie, a statystyki te polepszają się z miesiąca na miesiąc. Od startu na wiosnę 2011 roku portal został wyświetlony łącznie ponad 1,2 mln razy. Gazeta nawiązała współpracę z olbrzymią liczbą kół nauko­w ych, organizacji studenckich i pozarządowych oraz przedsiębiorstw. Dzięki temu jesteśmy w stanie informować Was o wszystkim, co tylko dzieje się na Uniwersytecie Warszawskim i co jest ważne dla studentów. Fakt, że Sedno jest gazetą tworzoną przez studentów sprawia, że wiemy z jakimi pro­ blemami boryka się każdy z Was. Jak pogodzić studiowanie z pracą? Czy medialna nagonka na absolwentów uczelni wyższych, którzy nie mogą znaleźć pracy, naprawdę ma sens? Jak wykorzystać niekwestionowany atut Warszawy – kuźni kultury bez nadwyrężania przy tym miesięcznego budżetu? Na jakie wydarzenia organizowane na Uniwersytecie Warszawskim


sedno || gazeta studencka

wa r to z w rócić uwa g ę? Odpow ied zi na wszystkie pytania możecie szukać co miesiąc w naszej Gazecie.

Z czystym sumieniem możemy przejść do kolejnego etapu, jakim jest wydawanie Sedna w formacie .pdf. Czas zatem na nowe rozdanie w historii naszej starej-nowej gazety.

90 tysięcy odsłon co miesiąc

Choć wydanie pierwszego numeru w PDF-ie jest niewątpliwie nowym rozdziałem w historii Sedna, nie odcinamy się kategorycznie od tego, co sukcesywnie zostało juz wypracowane. Połączenie doświadczenia Pawła, poprzedniego Redaktora Naczelnego, oraz zapału Mai, która rok temu objęła to stanowisko sprawia, że macie przed sobą efekt trzech lat zaangażowania całej naszej Redakcji: dziennikarzy, fotografów, grafików, którzy postanowili wykroczyć poza obszar swoich studiów i dzielić się z Wami swoją pasją.

Maja Maciejska Paweł Jachowski

3 tysiące odłon dziennie

7


gdzie jest miss uw || kwiecień 2014

Gdzie jest miss uw? „Życie studenckie” to nie tylko nocne wkuwanie podczas sesji, ale i imprezowanie do białego rana. W tym czasie stajemy się często mistrzami kuchni, bo ze zwykłej parówki potrafimy przyrządzić praktycznie wszystko. Student żyje nie tylko książkami, więc uczelnie prześcigają się w propozycjach różnych kursów, warsztatów czy wykładów znanych specjalistów. Inwestują w ten sposób w wiedzę i umiejętności swoich studentów. Ale czy to wystarczy by człowiek odnalazł się później na rynku pracy? W końcu nie od dziś wiadomo, że uroda i atrakcyjność też się liczą…

Kultura, zabawa Dwa lata temu, jak zapewne pamiętacie, w ybuchła burza w mediach i środowisku akademickim w związku z Wyborami Miss SGGW. Cała Polska żyła tym konkursem, podczas którego studentki w kusych strojach pokazywały swoje wdzięki. Głos zabrała nawet ówczesna minister nau k i i szkolnictwa – Barbara Kudrycka – która skrytykowała to wydarzenie. Tłumaczyła, że „zobowiązaniem nas wszystkich – nauczycieli akademickich – jest nie tylko troska o jak najwyższą jakość edukacji i badań naukowych, ale także o dobre imię uczelni, w których pracujemy oraz godność studentów i ich prawa”. Jak jest więc teraz? Czy

8

uczelnie wyciągnęły jakieś wnioski? Jeśli chodzi o SGGW to mogliśmy się przekonać, że w tym roku wybory były nie mniej kontrowersyjne – studentki na zdjęciach pozowały w skąpej bieliźnie w wyzywających pozach. Organizatorzy konkursu bronią się po raz kolejny i twierdzą, że jest to tylko zabawa, działalność kulturalna, a cała sytuacja została wyolbrzymiana przez media. A jak sprawa ta ma się na innych uniwersytetach?

Piękności w lekarskich fartuchach Przeglądając strony uczelni w Polsce można odpowiedzieć na to pytanie tylko w jeden sposób: konkursy miss


sedno || gazeta studencka

na wyższych uczelniach to praktycznie stałe wydarzenie w kalendarzu a kademickim. Organizowane są m.in. w Warszawie, Trójmieście, Białymstoku, Siedlcach, Szczecinie, we Wro c ł aw iu . Ost at n io te g o typu impreza odbyła się 22 marca w Łodzi – Wybory Miss Uniwersytetu Medycznego. Kandydatki prezentowały swoje wdzięki w strojach kąpielowych i sukniach ślubnych, ale i w fartuchach lekarskich. Komentarze, jak zawsze przy okazji tego typu konkursów, są różne. Na jednym z forum spotkałam się z opinią: Żenujące. Przyszła elita kraju ściga sie brutalnie mówiąc w tym kto ma ładniejsza dupę. – pisze krzaki-ciernistych-krzewow. Drudzy twierdzą, że tego typu opinie to zwykła zazdrość o to, że łódzkie studentki są nie tylko inteligentne, ale i ładne. Najbardziej oburzające podczas tego konkursu były pytania od jury dotyczące tylko gotowania i mody. Padło też pytanie typu: Czym się różni wilgotne od mokrego? A szkoda, z tego co mówiły o sobie kandydatki – są wszechstronnie utalentowane i interesują się sztuką, literaturą, sportem. Czemu nikt nie zapytał je o takie rzeczy? To mogłoby pokazać, że rzeczywiście taki konkurs miss jest naprawdę wart czyjejś uwagi a kandydatki nie są tylko dziewczynami o ładnej buzi. Niestety, znów wyszło tak jak zawsze. Oczywiście można te py ta nia potra ktować z przymrużeniem oka, ale czy konkurs

piękności na uczelni, skoro jest już organizowany, nie stać na coś więcej? Nie t y l ko uc z e l n ie me d yc z ne promuj ą s woje s t ud ent k i . Na warszawskiej A kademii Obrony Narodowej studentki i studenci przywdziali żołnierskie mundury do sesji fotograficznej. Tam 8 kwietnia tego roku odbył się konkurs Miss i Mistera AON. Inne wojskowe uczelnie również parę lat temu organizowały wybory miss. W 2011 roku wybrano najpiękniejszą studentkę A kademii Mar ynark i Wojennej i Wojskowej Akademii Technicznej. Czy więc w tej sytuacji sprawdza się znane przysłowie: za mundurem panny sznurem?

Wiedzy – TAK, konkurs miss – NIE! Kiedy inni planują kolejne konkursy miss, inni buntują się. Taka sytuacja mia ła miejsce w t ym roku na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie studenci otwarcie powiedzieli „nie”. Samorząd od ośmiu lat organizował ten konkurs, choć od zawsze spotykało się to z krytyką. Teraz studenci złączyli swoje siły w jednym celu. Powstał nawet specjalny fanpage, strona i wydarzenie, gdzie zainteresowani mogą przeczytać liczne argumenty i opinie. Toruńscy studenci podsumowują całą tą sytuację jednym zdaniem: Uczelnia nie jest miejscem, w którym należałoby oceniać walory

9


gdzie jest miss uw || kwiecień 2014

ciała w opiętym stroju kąpielowym, ale wiedzę, inteligencję i pracowitość. W tym miejscu warto zaznaczyć jeszcze, jaka jest misja uni­­wersytetów w Pol sce , o cz y m wspom i nają przeciwnicy konkursu miss UMK – rozwijanie i rozpowszechnianie wiedzy. A mogliśmy się już przekonać wielokrotnie, że niestety nie to jest celem konkursów piękności. Z takich sporów, często spotykanych przy oka zji w yborów miss, w ynikają też plusy – studenci uczą się sprawnego debatowania, argumentowania, bronienia swoich racji, a przede wszystkim rozmawiania z drugim człowiekiem.

Plusy? Nie tylko takie pozytywy można zauwa ż yć . Orga nizacja ta k iego konkursu to nie lada przedsięwzięcie, czasochłonne i wymagające. Trzeba znaleźć dobre miejsce, a przede wszystkim partnerów medialnych i sponsorów. Na przykład w ubiegłym roku kandydatkom na Miss UKSW stroje udostępniła firma Camaieu, a w 2012 roku podczas konkursu Miss Siedleckich Uczelni prezentowane były ubrania firmy Butik. Samorządy studenckie uczą się też gospodarności, zarządzania dużymi kwotami pieniędzy. Tu pojawia się więc pytanie: czy kwoty przeznaczane na konkursy piękności nie są zbyt duże i czy nie powinny być w większej

10

części przeznaczane na różne projekty badawcze itp. Newsweek podaje, że samorząd UMK przeznacza ¼ swojego budżetu na ten konkurs. Czy taki konkurs miss „zwróci się” później uczelni? Czy przyciągnie nowych studentów? Czy nie lepiej zainwestować te pieniądze właśnie w badania, by mogło to zaprocentować w przyszłości? Te wątpliwości pojawiają się na każdym kroku, bo racji jest tak dużo, jak osób interesujących się tym tematem.

Uroda ścieżką na uniwersytet K o nt r o w e r s j e z w i ą z a n e z konkursami miss mają już swój zalążek w szkołach średnich. W Radomiu za tytuł Miss i Mistera Studniówek można uzyskać indeks do radomskiej uczelni – UTH. Oczy wiście za osiągnięcia maturzyści mają ot wartą drogę do licznych uniwersytetów – ale to za wybitne osiągnięcia na olimpiadach przedmiotowych. Za urodę nikt jeszcze nie dostawał takiego „biletu”. Wielki plus sytuacji to fakt, że maturzyści wyrazili swoją niechęć do tego typu nagród – chcą dostać się na wymarzone uczelnie dzięki swojej wiedzy.


sedno || gazeta studencka

TAK czy NIE? A co sądzicie Wy na temat konkursów miss na uczelniach? Jakie jest Wasze miejsce w całej tej medialnej burzy? Udało mi się zapytać kilka osób, zupełnie przypadkiem, jakie mają na ten temat zdanie. I tak Angelika, studentka pedagogiki, jest przeciwna konkursom: Kon k u r s y m i s s or g a n i z owa ne w sz koł a ch w y ż sz ych, śred n io przypadły mi do gustu. Jako, że lubię patrzeć na to, co ma człowiek w sercu, to zbytnio nie przejmuję się czyjąś wagą, ubraniem czy też wyglądem.

Uważam, ze takie konkursy są organizowane tylko w jednym celu – aby sobie pooglądać smukłe studentki. Mi mocno „zalatuje” to szowinizmem, seksizmem oraz pruderią. Bo przecież każda kobieta jest ładna, są tylko takie co się aktualnie zaniedbały. Na co więc kolejny „wyścig szczurów”, skoro cały czas gonimy za pieniędzmi? Wystarczy. Naprawdę, wystarczy. Angelice wtóruje Karol, student SGH: Radomiacy chcą rozdawać najładniej­ szym studentom indeksy na uczelnie. Torunianie natomiast bojkotują swoje wybory swoje wybory miss i mistera na Facebooku. Co może nimi kierować?

11


gdzie jest miss uw || kwiecień 2014

Uczelnie to w końcu miejsca pracy nad umysłem, a nie ciałem, gdzie należy odrzucić naszą seksualność. Jednak z drugiej strony jest ona naszą niero­ zerwalną częścią. Jak mawiał Platon, człowiek powinien być piękny i dobry (kalos kai agathos), a także rozwijać się wszechstronnie. Skoro więc nasze

„Bo przecież każda kobieta jest ładna, są tylko takie co się aktualnie zaniedbały. “

akademie nauk wzięł y początek w starożytnej Grecji to dlaczego mielibyśmy wybierać tylko te wzorce, które w danym momencie nam pasują? W końcu nie łudźmy się, że życie jednakowo traktuje ładnych i brzydkich. Patryk dodaje jeszcze, że konkursy piękności niczego nie dowodzą i nie stanowią dla studentów treści rozwojow ych. Zdec ydowanie lepszym pomysłem są konkursy stanowiące wyzwania zarówno pod względem fizycznym jak i umysłowym – pozwalają studentkom i studentom na odpowiedni rozwój. Znalazł y się też g łosy, że ta kie konkursy mogą być organizowane, o ile nie zostanie przekroczona granica. Tutaj wypowiedź Maćka, absolwenta socjologii doskonale to podsumowuje: Generalnie nie mam

12

nic przeciwko. Jak dziewczyny chcą się prezentować to bardzo dobrze. Ich sprawa. Jeśli jest to tylko jakaś forma zabawy, jeśli nie podchodzą do tego zbyt poważnie i nie chodzą do łóżka z jurorami, to niech sobie biorą w tym udział.

Głos miss A co na ten temat mówią same zainteresowane? Kasia, studentka architektury, brała kiedyś udział w podobnym konkursie, ale nie na uczelni. Jest przeciwna wyborom miss w tym miejscu, bo szkoły są od czego innego, a nie od takich konkursów. One mogą odbywać się gdzie indziej. Inna uczestniczka wyborów miss na uniwersytecie na jednej z warszawskich uczelni napisała mi, że wzięła udział ze względu na dobrą zabawę. Mogła wziąć udział w wielu sesjach, odwiedzić sporo miejsc – to nie udałoby jej się raczej bez uczestnictwa w konkursie. Wspomina stres podczas wyjścia na scenę, cieszy się z udziału i zdobytych kontaktów z innymi uczestniczkami. Co dał jej konkurs? Nabrała jeszcze więcej wiary w swoją kobiecość, nauczyła się prezentować przed innymi i z pewnością wzięłaby drugi raz udział, gdyby nie zabraniał tego regulamin.


sedno || gazeta studencka

grafika: Monika Róża Wiśniewska

Co dalej? Ja k da się zauwa ż yć, kon kursy m i s s pr awd op o d o bn ie ju ż n a stałe zagoszczą na polskich uczel­ niach, ponieważ mimo licznych kontrowersji cieszą się popularnością wśród studentów, a także firm i mediów. Nie powstrzymamy już tego zjawiska, ale możemy je przecież udoskonalić tak, aby wszystkie strony były zadowolone. Może warto pomyśleć nad pytaniami, które sprawdzałyby wiedzę uczestniczek albo zrezygnować z prezentacji w bieliźnie/kostiumach? Może za jakiś czas i wilk, i owca będą syte. Czy trzeba więc już wyruszyć na poszukiwania miss UW?

Martyna Pawul

13


krajobraz posmoleński || kwiecień 2014

Krajobraz posmoleński //okiem studenta

Mówi się czasami, że każdy Polak jest trochę politykiem. Lubimy bowiem mieć wyraziste opinie na każdy temat i staramy się ich bronić. Tematem, który od kilku lat dzieli polskie społeczeństwo i na który większość z nas ma określony pogląd, jest katastrofa smoleńska. Gazeta Sedno sprawdziła, jak po upływie czterech lat widzą tę sprawę studenci.

Katastrofa polskiego samolotu Tu-154 miała miejsce rankiem 10 kwietnia 2010 roku w rosyjskim Smoleńsku. Pochłonęła 96 ofiar, w tym ówczesnego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i jego małżonkę, ostatniego prezydenta R P n a uc ho d ź s t w ie Ry s z a rd a Kaczorowskiego, wielu parlamentarzystów, wojskowych, duchownych, kombatantów i urzędników państwo­ w ych. Atmosfera ża łoby, która naturalnie powinna zapanować po tragedii tego kalibru, szybko została zepchnięta na drugi plan przez aurę skandalu, poszukiwanie winnych i dążenie do odkrycia prawdy za wszelką cenę. Media poświęciły tej kwestii bardzo dużo miejsca, szybko dzieląc się na takie, które katastrofę

14

określały jako nieszczęśliwy zbieg zdarzeń, sumę ludzkich błędów i niekorzystnych warunków atmosferycznych, oraz te, które wydarzenie to nazwały zamachem na polskie elity polityczne. Podobny podział nastąpił wśród polskich polityków oraz w społeczeństwie, dzieląc Polaków na „obrońców krzyża” i „lemingi”. Cztery lata po katastrofie zapytaliśmy studentów, jak postrzegają różne aspekty związane z tym wydarzeniem. Czy opinia polityków na temat katastrofy smoleńskiej ma wpływ na decyzje wyborcze młodych ludzi? Większość zapytanych studentów odpowiedziała, że zdecydowanie tak. Jedną osobę opinia polityków


sedno || gazeta studencka

15


krajobraz posmoleński || kwiecień 2014

w k westii katastrof y ut wierdza w przekonaniu, że nie będzie głosować na tych, na których nigdy wcześniej nie głosowała. Jest też zdania, że „w polityce jest wielu oszołomów”. Pojawiły się odosobnione głosy osób, dla których ta kwestia nie ma wpływu na decyzje wyborcze. Kilkoro studentów przyznało, że w ogóle nie biorą udziału w wyborach. Na pytanie „czy uważasz, że cztery lata po katastrofie obecność kwestii Smoleńska w mediach jest za duża, za mała czy może wystarczająca?” zdecydowana większość pytanych osób uznała, że obecność Smoleńska w mediach jest za duża. Ciekawa była zwłaszcza jedna opinia: „jeszcze do

16

połowy ubiegłego roku informacji o katastrofie smoleńskiej było za dużo w mediach, ciągle pojawiały się insynuacje polityczne, co dla widza jest męczące. Nieustanna obecność Antoniego Macierewicza nie zachę­cała, by choćby z zimną krwią i kompetencją przyjrzeć się tej sprawie. Wszechobecne spiski, karta przetargowa w polityce, sprawiały, że na tak poważną sprawę niekiedy patrzyłam ironicznie i ze śmiechem (eksperymenty Macierewicza z parówkami itp.). Kilka osób zwróciło uwagę na to, że ostatnio sprawa trochę przycichła i nie jest to już tak palący temat, jak wcześniej”.


sedno || gazeta studencka

Czy politycy mają prawo posługiwać się katastrofą w swoich kampaniach wyborczych? Studenci uważają raczej, że politycy w swoich kampaniach politycznych nie powinni posługiwać się katastrofą smoleńską dlatego, że minęło już za dużo czasu. W tym

„Cierpienia ofiar i ich rodz­ in nie powinno się wyko­ rzystywać dla celów polity­ cznych – taka tragedia powinna zostać upamięt­ niona w należyty sposób.“ momencie nie ma to żadnego związku ze sposobem sprawowania przez nich władzy i jest tylko zagrywką pod publiczkę lub próbą wzbudzenia emocji. Takich tragedii nie powinno się upolityczniać. Zamach czy nieszczęśliw y zbieg okoliczności? Prawie wszyscy pytani studenci odpowiedzieli, że katastrofa smoleńska była wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Nikt nie uważa jej za zamach. Jeden student przyznał, że nie potrafi odpowiedzieć wprost na pytanie, nie dysponuje bowiem odpowiednim wykształceniem w dziedzinie badania katastrof lotniczych i dostępem do materiałów ze śledztwa.

Na podstawie odpowiedzi na powyższe pytania można wysnuć następujący wniosek: studenci UW nie są zwolennikami teorii zamachu głoszonej przez niektórych polityków. Racjonalna ocena wydarzeń na podstawie znanych faktów każe nam twierdzić, że tragedia smoleńska nie była wydarzeniem zaplanowanym, celowym atakiem na polskie elity polityczne, a jedynie nieszczęśliwym wypadkiem. Wielu z nas chciałoby dokładniej poznać realia dotyczące katastrofy, nie jest to jednak priorytet. Studenci uważają, że politycy w swoich kampaniach wyborczych powinni skoncentrować się na bieżących problemach, a nie wracać do przeszłości. Cierpienia ofiar i ich rodzin nie powinno się wykorzystywać dla celów politycz­ nych – taka tragedia powinna zostać upamiętniona w należyty sposób, ale ciągłe rozdrapywanie ran nie ma sensu. Dotyczy to również mediów, które „okołosmoleńskim” spekula­c­ jom poświęciły bardzo dużo miejsca. Warto wspomnieć, że stanowisko, jakie politycy zajęli po katastrofie, dla wielu z nich okazało się kluczowe – bardzo łatwo było stracić lub zyskać poparcie podzielonego w swoich opi­ niach społeczeństwa. Studenci wciąż postrzegają polityków przez pryzmat wydarzeń z 2010 roku.

Izabela Zadura zdjęcia: Jakub Nicieja 17


moja praca - moja pasja || kwiecień 2014

Moja praca - moja pasja Kiedy ktoś prosi żebym się przedstawiała, zawsze zaczynam tak samo – Jestem Emilia, mam 20 lat i pracuję jako animator czasu wolnego. Często wtedy słyszę pytanie „Co to znaczy?” „Animo” z łaciny to ożywiać, tchnąć życie. Jestem więc osobą, której zadaniem jest zapewnić ludziom „żywy”, aktywny wypoczynek. W moim przypadku jest to animacja hotelowa – pracuję dla biura podróży w hotelach w najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejscach w całej Europie.

Osobiście od początku mojej przygody z tym zawodem zajmuję się animacją dziecięcą, czyli pracuję z dziećmi w wieku 4-12 lat w tzw. mini klubach. Organizuje im gry, zabawy czy zajęcia plastyczne – wszystko żeby tylko się nie nudziły.

Jak to się zaczęło? Podróżować kocham od zawsze. Nie muszą to być wielkie i dalekie wyciecz­ ­k i, chociaż te oczywiście sprawiają mi najwięcej przyjemności. Jestem też zwolennikiem podróżowania na własną rękę, bo tak jest taniej, ale bardziej odczuwalny jest też cień przygody, który przy zorganizowanych wyjazdach prawie nie istnieje. Mimo

18

to w 2011 roku pierwszy ( i jedyny) raz pojechałam na wakacje typu „all inclusive” do Tunezji. Zakochałam się nie tylko w tym kraju, ale również w 4 Tunezyjczykach pracujących w hotelu właśnie jako animatorzy. Byli to najbardziej przyjaźni ludzie jakich w życiu poznałam. To właśnie dzięki nim zaczęłam interesować się pracą w cha ra kter ze a n i matora . Nie sądziłam jednak, że w Polsce znaj­ ­dę coś takiego. Faktycznie, miałam rację – jeszcze kilka lat temu niewiele osób się tym interesowało, mało kto wiedziało kim jest animator. Dziś animacja staje się popularniejsza i chętnych jest coraz więcej. Moja przygoda zaczęła się ponad rok temu, przed maturą . Zaczęłam szukać


sedno || gazeta studencka

pracy na wakacje za granicą i wtedy to właśnie natknęłam się na ogłoszenie jednego z polskich biur podróży – „Spełnij swoje marzenia, zwiedzaj świat i zarabiaj pieniądze!” Była to reklama kursów na animatora czasu wolnego. Trwał on jeden weekend, po czym miał się odbyć Casting dla uczestników kursów z całego roku. Po przesłuchaniu miało być wybranych ok 40 osób, które za darmo polecą na tygodniowe szkolenie na Zakhyntos. Niestety... szkolenie było na początku maja, czyli w trakcie moich matur. Łzy ciekły strumieniami, że w tym roku się nie uda. Po moim małym załamaniu, przypomniałam sobie, że kto jak kto, ale ja przecież się nie poddaję. Wysłałam mnóstwo CV do

„Prawie wszyscy odpisali mi, że jest już za późno, bo mają cały zespół, lub, że niestety, nie mam doświadczenia w tym zawodzie. “

biur podróży – tych dużych, ale też do takich o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Również do tych, które dziś już nie istnieją. Prawie wszyscy odpisali mi, że jest już za późno, bo mają cały zespół, lub, że niestety, nie

mam doświadczenia w tym zawodzie. Tak właśnie było w przypadku biura dla którego pracuję obecnie. Było mi ciężko, bo animacja stała się dla mnie najważniejsza i nie mogłam skoncentrować się na niczym innym, a za chwilę była matura... Jak to jednak mówią „co się odwlecze to nie uciecze” – po maturze podjęłam pracę w kawiarni, a weekendami zdobywałam doświadczenie w animacji event’owej – skręcanie balonów, malowanie twarzy na piknikach czy urodzinach. Wiedziałam, że za rok się nie poddam, zacznę szukać ofert pracy jako animator wcześniej, a ponadto będę miała doświadczenie... Przyszedł czerwiec, czyli początek sezonu wakacyjnego, czas wyjazdów na destynacje... Wtedy pomyślałam, że spróbuję. Jeszcze ten ostatni raz odezwę się do biura, które wcześniej mi odmówiło. „Może będą potrzebować kogoś na zastępstwo? Może ktoś zrezygnował?” Nie miałam wielkich nadziei, ale chciałam spróbować. Wysłałam maila, po godzinie dostałam odpowiedź „Pani Emilio, proszę zadzwonić do mnie po 14...”. Była godzina 10 rano i te cztery godziny do dziś wspominam jako najdłuższe godziny w moim życiu.

Miesiąc w Tunezji, cztery na Teneryfie... Po telefonie, któr y w ykona łam w tym dniu byłam najszczęśliwszym

19


moja praca - moja pasja || kwiecień 2014

człowiekiem na świecie. Okazało się, że mogę lecieć na miesiąc na zastępstwo do Tunezji. Najpierw były łzy szczęścia, zaraz potem panika, bo do wyjazdu zostało 6 dni, a ja nie miałam podstawowych badań lekarskich, materiałów na wyjazd oraz inną pracę, z której nie wiedziałam jak zrezygnować... Wszystko się jednak jakoś ułożyło i kilka dni później sie­ działam w samolocie. Sama. Leciałam do miejsca, w którym 3 lata temu byłam na wakacjach na obozie, o nic nie musiałam martwić się osobiście. Ale tym razem byłam SAMA w kraju z kulturą islamu, która dla dziewczyny z Europy nie jest najbezpieczniejsza. Ponadto nie znałam ludzi z którymi będę pracować, miejscowości, hotelu, a w samolocie byłam pewna, że fatalny będzie ze mnie animator. Bałam się, ale nie było już odwrotu – moje marzenie się spełniło i wiedziałam, że w tej chwili dam radę, muszę dać, bo właśnie o to walczyłam. Pierwszego dnia byłam zagubiona i zdezorientowana, jednak później poznałam cały team, z którym będę pracować w hotelu oraz Polską rezydentkę. Szybko wszystkiego się nauczyłam i z całego serca pokochałam tych ludzi i to miejsce. W ciągu dnia pracowałam w mini klubie, wieczorami tańczyłam na mini disco i brałam udział w wie­ czornym show. W dni wolne trochę zwiedzałam, trochę odpoczywałam. Co jed na k było najpięk niejsze

20

w powrocie do Tunezji? Któregoś dnia pojechałam z Monastyru (miej­ scowości w której pracowałam) do Hammametu ( czyli tam gdzie kiedyś byłam na wakacjach). Odnalazłam hotel, a przede wszystkim ludzi dzięki którym zaczęła się moja przygoda z animacją... Czasem wydaje nam się, że już nigdy nie spotkamy pewnych osób, z którymi trzeba się pożegnać... Inny kraj, inny kontynent, inna kultura... A jednak – nigdy nie mów nigdy. Mój animacyjny team z tego hotelu był w nie mniejszym szoku niż ja, że znów się widzimy. Tę chwilę na pewno zapamiętam do końca życia. Miesiąc szybko minął i trzeba było wracać do domu. Nikt kto nie pracował w turystyce na destynacji, nie zdaje sobie sprawy jak ciężko jest zostawić ludzi którzy stają się dla Ciebie jak rodzina. Razem pracujecie, mieszkacie, spędzacie wolny czas... Ciężko mi opisać relacje jakie nawiązują się między animatorami. Czasem się nienawidzimy i kłócimy, bo puszczają ner w y, bo tęsknimy za rodziną , domem, bo jesteśmy zmęczeni pracą w upale, ale prawda jest taka, że kiedy ktoś musi wyjechać, płaczą wszyscy. Po powrocie z Tunezji, mój szef napisał mi, że jest zadowolony ze współpracy ze mną i w przyszłym roku na pewno pojadę na cały sezon... Jak bardzo zaskoczona byłam gdy po 3 tygod­ niach w Polsce dostałam telefon, że jest po­­trzebne zastępstwo na Teneryfie. Wtedy był dylemat – wróciłam do


sedno || gazeta studencka

starej pracy i znów trzeba było powiedzieć, że wyjeżdżam. Do tego miałam wiele innych, prywatnych planów. „Trudno” – pomyślałam i kilka dni później znów siedziałam w samolocie. Znów uczucia były mieszane, znów nikogo nie znałam, znów byłam sama, a jedyne co się zmieniło, to potwierdzenie od szefostwa, że animator ze mnie dobry. Wróciłam do pracy, którą kocham i do dzieciaków, które dawały mi energię każdego dnia. Praca z dziećmi nie jest łatwa, ale daje satysfakcję. Ci mali ludzie, są bardzo szczerzy, więc od razu widać jak coś im się nie podoba. Z drugiej strony za wspaniałą zabawę okażą Ci wdzięczność szerokim uśmiechem, a w dzień wyjazdu do domu – łzami. A kiedy płacze dziecko, płacze też animator... Teneryfa oczarowała mnie na tyle, że w lato 2013 postanowiłam tam wrócić. Pięknie jest podróżować i poznawać nowe miejsca, ale jeszcze piękniej jest się witać z ludźmi, których się pokochało a później nie widziało ponad rok.

Ciągła zabawa czy ciężka praca? Wielu osobom pewnie wydaje się, że animacja ma same plusy. Oczywiście kocham to, ale to nie znaczy, że mój zawód nie ma minusów. Pracuję 6 dni w tygodniu od godziny ok 10 rano, do ok 24... Jeśli w ciągu dnia jest przerwa,

to zazwyczaj robi się próby do wie­ czornego przedstawienia, ewentualnie ma się wtedy czas żeby posprzątać w pokoju, zrobić pranie etc. W ciągu dnia czasu dla siebie nie miałam prawie nigdy. Dopiero wieczorami, po show i po zamknięciu hotelowej dyskoteki. Wtedy animatorzy mają czas dla siebie – wychodzimy i korzystamy z tego, że jesteśmy w pięknym miej­ scu i możemy się trochę pobawić. Zazwyczaj jednak nie trwa to długo, bo zmęczenie po dniu pracy w dużym upale jest ogromne. Kiedy przychodzi dzień wolny odsypia się cały tydzień – pobudka nie wcześniej niż o 13! Potem plaża, zakupy i tak dzień szybko się kończy. Nie mówię jednak, że tak było zawsze. Szczególnie na Teneryfie dużo zwiedziłam – szczyt Teide, wioska Masca, Siam Park – największy wodny park rozrywki, Loro Park i sąsiednią wyspę – La Gomerę. W te dni pobudka jednak była wcześniej niż w dzień pracy, więc bardzo szczęśliwa i bardzo zmęczona miałam okazję trochę pozwiedzać. Mimo to, w najbliższym czasie nie wyobrażam sobie zrezygnować z animacji. Jest dopiero październik, a ja już myślę o kolejnym lecie – Maroko, Turcja, Kreta, a może Majorka? Na razie nie wiem gdzie pojadę, ale jednego jestem pewna – znów będzie to lato pełne przygód i kolejne „najlepsze w moim życiu”.

Emilia Kołodziej

21


nieperfekcyjna pani domu || kwiecień 2014

Nieperfekcyjna Pani Domu //Idealne studenckie mieszkanie

Planujesz studia poza rodzinnym miastem? A może dotychczasowe mieszkanie okazało się totalną klapą i w związku z tym myślisz o przeprowadzce? Boisz się wynajmowania oraz kosztów z tym związanych? Uff, zacząłeś czytać dobry artykuł, ponieważ mam kilka rad, z których możesz skorzystać! Pół żartem, pół serio, pomogę Ci przebrnąć przez przygotowanie mieszkania do stanu używalności. Rady oparte na moim doświadczeniu oraz wiedzy przyjaciół z uczelni, pomogą Ci niewielkim kosztem zmienić nawet najgorsze mieszkanie w przytulny kąt do życia!

22


sedno || gazeta studencka

Ale od początku… Gąszcz ogłoszeń i co dalej? Portali, na których możesz znaleźć mieszkania do wynajęcia, jest więcej niż masz znajomych na Facebooku. Trudno laikowi odróżnić dobrą agencję od złej, tanie mieszkanie od drogiego, czy ofertę korzystną od tej mniej. Najpewniejszą opcją jest mieszkanie z polecenia, kiedy Twój znajomy wynajmował już dane lokum, zna właściciela, okolicę, sąsiadów, przekaże Ci wszystkie tajemnice osiedla oraz przedstawi Cię pani w sklepie na dole. Jeśli nie masz ta­k iego szczęścia, polecam rozmowę z osobą, która już kiedyś w ynaj­ mowała mieszkanie – może i nie da Ci konkret­nych informacji o Twoim obiekcie zainteresowań, ale na pewno pomoże nie zginąć w gąszczu ogłoszeń oraz da cenne wskazówki, na co zwrócić uwagę przy wynajęciu. A jeśli jesteś pozostawiony sam sobie, oto kilka cennych rad poniżej.

Research Jeżeli jesteś studentem najważniejsza jest dla Ciebie oszczędność czasu i pieniędzy. Z korzyścią dla Ciebie byłoby sprawdzenie, czy w pobliżu znaj­d ują się najpotrzebniejsze elementy infrastruktury. Najważniejsza jest komunikacja – tramwaje, autobusy, metro czy inne pociągi. Szkoda

też tracić czas na dojazdy ulicami, które korkują się w trzy minuty – sprawdź trasy alternatywne. Poszukaj również w okolicy hipermarketu, baru mlecznego, lokalnego kina czy parku – te wszystkie miejsca uatrakcyjnią Twój kolejny rok oraz pomogą zaoszczędzić cenne bilony. :)

Pierwsze wrażenie Zanim zdecydujesz się wynająć mieszkanie, postaraj się jak najdokładniej obejrzeć je pod każdym względem. Sprawdź wszystkie nogi od krzeseł, zawiasy w drzwiczkach od szafek oraz sprawność kontaktów. Brzmi nadgorliwie? Może tak, ale uwierz mi, że jedno jedyne działające gniazdko w całym mieszkaniu nie jest żadnym ułatwieniem. Koniecznie połóż się na przyszłym łóżku – przesypiamy na nim tyle życia, że należy ocenić jego przydatność. Warto też sprawdzić stan techniczny sprzętów AGD. W ogłoszeniach często wymieniona jest długa lista najnowocześniejszych urządzeń, które podwyższają standard mieszkania – a wraz z nim jego cenę wynajmu. Szkoda, żebyś płacił nawet sto złotych więcej za brzydko pachnącą pralkę czy zmywarkę, która zmywa przez pięć godzin (autentyki z życia studentów :) ). Najlepszym sposobem na sprawdzenie jest zapy­ tanie poprzednich wynajmujących (o ile są jeszcze w mieszkaniu), jak sprawowały się sprzęty.

23


nieperfekcyjna pani domu || kwiecień 2014

Warunki i sprawunki Je śl i w y najmujesz m iesz k a n ie , najlepiej na samym początku zapytać właściciela, jakich zmian możesz dokonywać i czy możesz liczyć na zwrot lub ewentualny podział kosztów. Nie mówię tu oczywiście o cyklinowaniu podłogi, ale warto ubezpieczyć się w umowie na wypadek np. popsucia się lodówki. Jeżeli właściciel zostawia Ci trzydziestoletnią radziecką chło­ dziarkę, od razu powinna zapalić Ci się lampka, że nie przeżyje ona z Tobą całego roku. Nieważne jak bardzo właściciel zapewnia Cię, że babcia trzymała tam dla niego schabowe. Pewne rzeczy nie żyją wiecznie. Kolejnym punktem do uzgodnienia jest malowanie ścian. Warto porozmawiać o tym z właścicielem, jeżeli mieszkanie tego wymaga. Być może planował taki krok, ale a) nie ma czasu, b) pomysłu, c) zdolności. Zaproponuj układ: on kupuje farby i wszelkie potrzebne akcesoria, a Ty wykonasz malowanie za darmo albo za drobną obniżkę w miesięcznym czynszu. Korzyści pojawią się dla dwóch stron – właściciel zaoszczędzi swój cenny czas oraz zyska odświeżone wnętrza, a Ty przeżyjesz kolejny rok swojego życia w przytulniejszych pomieszczeniach i będziesz miał świetną zabawę podczas malowania

24

pokoju ze znajomymi (świetny sposób na imprezę – przyjaciele pomagają Ci wykonać „remont”, a wieczorem świętujecie dumnie swoje dzieło). Sugerowałabym również zapytanie właściciela o jego podejście do zwie­­ rząt oraz palenia, jeśli którekolwiek planujesz.

Zagracone mieszkanie Pamiętam moje pierwsze w ynaj­ mowanie mieszkanie – na półkach, ścianach a nawet podłogach 45 m² mieszkania znajdowały się pamiątki życia przynajmniej trzech pokoleń… Naklejki Dzielny Pacjent , plakaty Backstreet Boys i Natalii Oreiro, pocztówki z wakacji w Zakopanem, Mazur i Poznania oraz zabytkowa zastawa na dwanaście osób. O ile bardzo cenię wyposażenie mieszkania, o tyle kryształowe kieliszki do likieru powodowały u mnie stres, a nocami śniły mi się kawałki potłuczonego szkła w całym mieszkaniu. Aby oszczędzić Ci takiego zmartwienia sugeruję rozmowę z Twoim najemcą. To co ja i moi współlokatorzy zrobiliśmy, to przy pierwszej możliwej okazji porozmawialiśmy z właścicielami – uzgodniliśmy wspólnie, że wszystkie niepotrzebne naczynia i przedmioty (np. porcelanowy słonik na szczęście) zawiniemy w gazety, zapakujemy do kartonów i wyniesiemy do piwnicy. Być może Twój właściciel nie zgodzi się na to, ale staraj się „oddać” jak


sedno || gazeta studencka

najwięcej – daj mu do zrozumienia, że przez to nie masz miejsca na swoje rzeczy albo obawiasz się stłuczenia cennej pamiątki rodzinnej. Mam nadzieję, że uda ło Ci się przebrnąć przez ten bardzo ogólny poradnik. W kolejnych częściach spróbuję pomóc Ci odświeżyć posz­ czególne pomieszczenia w Twoim mieszka niu – ocz y w iście „ studenckim” kosztem. Być może zyskam miano Studenckiej Pani Domu? :)

Marta Kwestarz

25


Everest. Góra Gór //wywiad z Moniką Witkowską Może interesuje Was wspinaczka i dalekie wędrówki? Czy chcielibyście się dowiedzieć, jak zdobywa się najwyższą górę świata? Jak dokładnie przygotowuje się do takiej wyprawy i jakie rzeczywiście panują tam warunki? Jak to jest wspinać się na wysokości 70008000 metrów n.p.m., w ujemnej temperaturze, mając przed sobą kolejne wysokości do pokonania? Jak czuje się osoba, która po dwumiesięcznych trudach zdobywa upragniony szczyt?

O tym wszystkim, ale też i o kulturze, historii i ludziach towarzyszących wyprawie na Mount Everest w maju 2013 roku, opowiedziała mi wspaniała podróżniczka, felietonistka magazynów podróżniczych oraz autorka książki „Everest. Góra Gór” – Monika Witkowska. Jestem pewna, że po przeczytaniu poniższego wywiadu książka sama trafi w Wasze ręce.

26


sedno || gazeta studencka

27


everest. góra gór || kwiecień 2014

K atarzyna Kura k: Nie sposób nie rozpocząć wywiadu od chyba najważniejszego wydarzenia – w maju 2013 roku stanęłaś na szczy­ cie Mt. Everestu, co uczyniło cię tym samym jedną z kilkunastu Polek, którym się to udało. Jakie to uczucie wejść na najwyższy szczyt świata i znaleźć się w tym wyjątkowym gronie zdobywców Everestu? Monika Witkowska: Dla każdego człowieka, który chodzi po górach, wiadomo, że jest to poniekąd spełnienie marzeń. P y tanie t yl ko, czy osiągnięcie celu? Dla mnie celem było nie tyle wejście, co szczęśliwe zej– ście z tej góry dlatego, że osiągnięcie szczytu to jest tylko połowa sukcesu,

28

a trudniejsze i bardziej niebezpiecz­ ­ne jest właśnie pokonanie tej drogi powrotnej. Wyprawę można uważać za udaną w momencie, gdy zejdzie się bezpiecznie do bazy. Natomiast oczywiście na mnie wrażenie robiły niesamowite widok i. Celuje się i tak planuje „atak szczytowy”, żeby wystąpił on w tzw. oknie pogodowym, w t e d y z z a ł o ż en i a j e s t dobr a widoczność. Natomiast umysł i mózg na takich wysokościach funkcjonuje zupełnie inaczej niż na dole. Wszystko rejestruje się na spowolnionych obrotach i też percepcja człowieka działa zupełnie inaczej. Oczywiście, byłam bardzo zmęczona, zmarznięta, bo jednak jest to „strefa śmierci” i organizm jest wykończony każdym


sedno || gazeta studencka

ruchem, każdym krokiem i nawet wyciągnięcie aparatu wymaga sporego wysiłku. Zdobycie szczytu to była wciąż jeszcze tłumiona radość, że się udało, ale też świadomość tego, że czeka mnie jeszcze zejście. K.K.: Czemu zdecydowałaś się na tę wyprawę? Czy zdobycie Mt. Everestu było twoim marzeniem? M.W.: Powodów było wiele. Jak się chodzi po górach, to myśl o tym gdzieś tam tkwi. Nawet, jeśli mówimy, że nie chcemy zdobyć Mount Everestu, bo to niby komercyjna góra, to jest to takie usprawiedliwianie się i szukanie sobie pretekstu, żeby tam nie wejść. Muszę powiedzieć, że chyba nie ma wspinacza, który by nie chciał pojechać na Everest, gdyby miał taką możliwość. Jednak w moim przypadku chodziło jeszcze o coś innego. Uważam się przede wszystkim za podróżniczkę, a wszystko, co robię, te wszystkie po­b oczne pasje np. żeglarstwo, wspinanie, też są zwią zane z podróżami, więc mnie interesowało w tym przypadku nie tylko wejście na szczyt. Chciałam bardzo tego dokonać, ale czując respekt w stosunku do gór zakładałam, że z różnych prz ycz yn, chocia żby dlate­go, że góra nie pozwoli, może się okazać, że nie wejdę na szczyt. Jest wielu znakomitych wspinaczy, którzy próbują wejść na Everest po kilka razy i jakoś się nie udaje, albo się udaje, ale

dopiero za którymś razem. Dlatego też nie kalkulowałam, że musi mi się udać właśnie teraz. Chciałam też po prostu zobaczyć, jak na tej górze rzeczywiście jest. Czy prawdą jest to, co piszą w mediach – że każdy może już dzisiaj wejść, że często wnoszą na szczyt. Chciałam przetestować to

„...jest to strefa śmierci i organizm jest wykończony każdym ruchem i każdym krokiem” wszystko na własnej skórze. Ja akurat nie miałam żadnych Szerpów do pomocy, ale nawet ci co mają, wbrew temu co się mówi, nie mogą liczyć na to, że ktoś ich na szczyt wniesie, bo to niemożliwe. Zresztą, tak jak się spodziewałam, większość z sensacyj­ nych doniesień medialnych okazała się nieprawdą i naciąganiem faktów. Osobiście byłam zainteresowana nie tylko stroną wspinaczkową, ale też tym, żeby porozmawiać na spokojnie z Szerpami z różnych obozów, poznać innych wspinaczy, zobaczyć ja k Everest wygląda tak od podszewki. K.K.: Wyprawa na Mt.Everest jest bardzo droga, nie tylko jeżeli chodzi o sprzęt, ale również o transport czy zezwolenia. Czy mogłabyś powie­ dzieć, jak udało ci się zrealizować

29


everest. góra gór || kwiecień 2014

tę w y prawę pod względem f ina nsow ym? Cz y kor z ysta ła ś z pomocy sponsorów? M.W.: Wyprawa na Everest wiąże się z koszmarnymi kosztami. Właściwie wszystkie ośmiotysięczniki są drogie. Taka niskobudżetowa wyprawa na Everest z bardzo ograniczonym tlenem, bez Szerpów, którzy noszą nam sprzęt i pomagają, sięga kwoty około 30 tys. dolarów. Dla mnie to jest kwota, której do tej pory nie pojmuję, ciężko w yobrazić sobie tak duże koszta. Wszystkie moje wcześniejsze wyprawy były niskobudżetowe i bez udziału sponsorów. Zawsze jeździłam z plecakiem, autostopem, jakimiś loka lnymi środ kami lokomocji. Wcześniej moją najdroższą wyprawą była ta na Grenlandię, która kosztowała 800 dolarów, a tak to nawet podróż dookoła świata była o wiele tańsza. Przykładowo miesiąc w Nowej Zelandii wyniósł mnie 150 dolarów. Jeżeli chodzi o Everest, to wiedziałam, że jest to drogie przedsięwzięcie, samo zezwolenie, sam papier na to, żeby móc się wspinać, kosztuje 10 tys. dolarów. Zrobiłam sobie bilans tego, jakimi pieniędzmi mogę dysponować, i finalnie wszystkie moje oszczędności zainwestowałam w tę wyprawę – okazało się, że Everest był ważniejszy. Udało mi się znaleźć również sponsorów, którzy pokryli 1/3 kosztów tej wyprawy. W dzisiejszych czasach jest tak, że jeśli ktoś nie ma telewizyjnego nazwiska, to o tych sponsorów wcale

30

nie jest łatwo. Resztę kwoty, której mi jeszcze brakowało na pokrycie kosztów wyjazdu, po prostu pożyczałam. Niektórzy mogą się dziwić i zastanawiać, że za takie pieniądze można by było zrobić coś innego, np. kupić sobie dobry samochód, ale każdy ma inną hierarchię potrzeb. Ja nie żałuje, bo przeżyłam przygodę życia. Wiem też, że nie można odkładać takiej wyprawy w nieskończoność, ponieważ zawsze było by coś, jakieś wymówki, tak więc wykorzystałam szansę i dobry moment. Nawet gdybym nie weszła na szczyt, tobym nie żałowała, ze względu na wrażenia i ludzi, których poznałam. K.K.: Jak wygląda sama wspinaczka „od kuchni ”? Jakie dok ładnie warunki panują w górach? I ile trwa zdobywanie tego szczytu, ponieważ czasem może się wydawać, że jest to krótki okres, a okazuje się, że może to trwać nawet do dwóch miesięcy! Jak wyglądają poszczególne etapy? M.W.: Przede wszystkim, jeszcze zanim wyjedziemy, trzeba poświęcić odpowiednio długi czas na przygotowanie się. W moim przypadku przygotowanie kondycyjne zajęło półtora roku. Wiele razy było tak, że brakowało siły i motywacji do ćwiczeń, ale człowiek zbierał się w sobie, gdy wiedział, że w górach będzie zdany tylko na siebie, swoją kondycję i zdrowie. Także przed samym wyjazdem czeka nas ciężka praca


sedno || gazeta studencka

31


everest. góra gór || kwiecień 2014

– godziny spędzone przy telefonach, mailach, rozmowach ze sponsorami. Jeżeli chodzi o samą wyprawę, to rzeczywiście spędza się tam te dwa miesią ce. Początkowo do baz y, w przypadku Nepalu, trzeba dojść, nie da się tam dojechać. Jest to ośm iod n iow y trek k i ng. Potem w bazie trzeba mieć czas na stopniową aklimatyzację, zabiera to sporo czasu, ale jest to niezbędny etap, który pomaga uchronić się przed chorobą w ysokościową. Następnie należy również etapowo wspinać się ku górze. K.K.: Ile czasu zajmuje sam „atak szczytowy”? M.W.: Mnie wyjście do bazy z powrotem zajęło 8 dni. Tylko trzeba dodać, że w tym czasie czekałam również na pogodę i należało przepuścić tych, którzy wyszli wcześniej. Mówi się o takich słynnych kolejkach na Everest, ale to dotyczy jednego dnia, jak się zaczyna okno pogodowe. Natomiast jak się przeczeka, to jest się już prawie samemu na szczycie, a te kolejki na Mt. Everest to jeden z mitów. Trzeba też wziąć pod uwagę, że zdobywanie Everestu, o czym nie wszyscy wiedzą, to są tylko miesiące kwiecień-maj. To nie jest tak, że już w kwietniu wchodzi się na szczyt. W kwietniu wszyscy się aklimatyzują, w maju schodzą, ponieważ w międzyczasie następuje tzw. rest, kiedy schodzi się do bazy czy gdzieś niżej na odpoczynek.

32

Im wyżej jesteśmy w górach, tym bardziej organizm się w yniszcza i trzeba wtedy maksymalnie nisko zejść, żeby się zregenerować, odżywić. Na dużych wysokościach wszyscy bardzo szybką tracą na wadze. Ja zgubiłam 10 kilogramów, a wspinacze z mojego obozu tracili nawet do 20.

„W moim przypadku przygotowanie kondycyjne zajęło półtora roku” To wszystko dzieje się w bardzo krótkim czasie, bo była to kwestia około sześciu tygodni. Człowiek widzi, że jest coraz słabszy, dlatego ta regene­ racja i aklimatyzacja jest potrzebna. Wracając do „ataku szczytowego”, w t y m ro k u o k no p o g o d owe otworzyło się w drugiej połowie maja tak, że wszystkie ataki wypadały w tym czasie. Wcześniej na szczycie nikogo nie było. Pierwsi Szerpowie, którzy poręczowali drogę, weszli tam dopiero w okolicy 15 maja. W każdym razie to nie jest tak, że na Evereście non stop są jakieś tłumy, ponieważ okno pogodowe trwa około tygodnia. Jak ktoś w tym czasie nie wejdzie na szczyt, to już niestety jego szanse na zdobycie góry przepadają, ponieważ zaraz potem przychodzi monsun i jest koniec sezonu. Teoretycznie jeszcze


sedno || gazeta studencka

na jesieni jest takie okno pogodowe, ale na jesieni skuteczność wejść jest na tyle mała, że praktycznie nikt tam się wtedy nie wspina, bo szkoda pieniędzy, które pójdą na marne. K.K.: Na wyprawie na Mt. Everest byłaś sama? Czy szłaś później w grupie? Jak to wygląda? M.W.: W sumie byłam sama, ale ze względów logistycznych czy finansowych nikt nie chodzi sam, bo to się kompletnie nie kalkuluje w sensie rozłożenia kosztów. Wspinacze samodzielni, tacy jak ja, zgłaszają się

„Ja zgubiłam 10 kilo­ gramów, a wspinacze z mojego obozu nawet do 20” do tzw. agencji – to są takie firmy, które organizują wyprawy, nie tylko na Everest, ale i na inne ośmiotysięczniki. Agencja, do której ja się zgłosiłam była jedną z tańszych, zebrała akurat ósemkę wspinaczy, którzy też byli sami. Byli to m.in. Amerykanie, Brytyjczyk, Irlandczyk. Wcześniej się nie znaliśmy, a wyglądało to tak, że robiliśmy wspólne obozy, natomiast każdy na górze działał tak, jak chciał. Oczywiście tworzyły się też jakieś zespoły w grupie, jeśli ktoś się z kimś bardziej polubił. Ja najczęściej

obracałam się w gronie Amerykanina i Irlandczyka. Wiadome jest, że każdy ma swoje własne, indywidualne tempo, i mimo, że dobrze jest wspinać się w grupie, to przy „ataku szczytowym” każdy idzie już niezależnie od grupy. Ja miałam wtedy akurat duży problem z kaszlem i wiedziałam, że jestem trochę słabsza. Wyszliśmy z obozu w piątkę – ja, Amerykanin, Irlandczyk i jeszcze takich dwóch Szerpów, którzy zdobywali Everest swoją od­d zielną grupką , ale już po pół godzinie każdy z nas szedł swoim tempem. Irlandczyk nawet chciał poczekać na mnie, ale sama mu mówiłam, żeby nie przej­ mował się i szedł do góry tak, jak mu pasuje, ponieważ nie chciałam go spowalniać. Później się okazało, że i tak na górze wszyscy się spotkaliśmy. Chłopcy na mnie poczekali. To nie były aż tak duże różnice czasowe jak myślałam, ponieważ okazało się, że oni weszli na szczyt, mimo wszystko, niewiele wcześniej niż ja. Wynikało to z tego, że wchodzi się w nocy, w ciemności, i dlatego nie widzieliśmy się wcześniej podczas wspinaczki. Dzięki temu, że wchodziliśmy razem, miał mi kto zrobić zdjęcie na szczycie. K .K .: Któr y etap był d la cie­ bie najtrudniejszy podczas całej wspinaczki na szczyt? M.W.: Jeżeli chodzi o etap najtrudniej­ szy z punktu widzenia kondycyjnego, to oczywiście ostatni odcinek – „atak szczytowy” – dlatego, że w „strefie

33


śmierci” jest po prostu bardzo ciężko. Im wyżej, tym bardziej każda czynność zaczyna stanowić problem. Każde schylenie czy każdy ruch wywołują zadyszkę. Przede wszystkim to brak tlenu na tej wysokości sprawia, że jest tak trudno. Obecnie, praktycznie wszyscy wchodzą na Everest z dodatkowym tlenem, w tym roku ja wiem o czterech osobach, które próbowały wspinaczki bez tlenu, jedna z nich zmarła. Nie wiem czy udało im się zdobyć szczyt, ale ten wspinacz, co zmarł, na pewno zdobył. Czyli ogólnie prawie wszyscy wchodzą z tym dodatkow ym tlenem, Szerpowie również. Z Polski, jak na razie, beztlenowego wejścia dokonała jedna osoba (Marcin Miotk), wszyscy pozostali, nawet znane nazwiska, wspomagali się tlenem. Ten dodatkowy tlen nie daje nam pełnej regeneracji sił i łatwości ruchów, obniża nas jakby o około tysiąc metrów, ale nadal jesteśmy w trudnych warunkach. Na górze jest tak, że kryzys przychodzi co chwila, człowiek chce zawrócić, wycofać się. Najczęstsze powody śmierci na tej wysokości to wyczerpanie i zamarznięcia. Jeżeli chodzi o podejście psychiczne, to najtrudniejszym etapem jest Icefall. To pierwszy odcinek pomiędzy bazą, a obozem pierwszym. Niby jest nisko, ale tam z kolei barierę psychiczną stanowią seraki – wielkie bloki lodu i śniegu, które się co ja k i ś cza s obr y wają i pod nimi trzeba p r z e j ś ć . Ni g d y n i e

34

wiadomo, kiedy się który zawali i można być najlepszym wspinaczem świata i zginąć w ten sposób, bo coś nam spadnie na głowę. To jest bardzo stresujący, wyczerpujący psychicznie oraz fizycznie etap, podczas którego sporo osób się wycofuje. Ja sama zdążyłam poznać kilka osób, dla które nie były w stanie go przejść. Pewien Irańczyk, którego było stać na to, zamówił sobie helikopter, który miał go przetransportować to następnego obozu. Ale lider jego grupy powie­ dział: „jak ty nie jesteś w stanie przejść Icefallu, to nie dość, że się nie zaaklimatyzujesz, to nie zasługujesz na to, żeby wspinać się wyżej” i nie zgodził się. Irańczyk obraził się na wszystkich i musiał zrezygnować z wyprawy. Nawet w naszym obozie był chłopak, Australijczyk, bardzo wysportowany, triathlonista, o świetnej kondycji, który nie zamierzał wspinać się na sam szczyt, ale chciał dotrzeć do jednego z wyższych obozów. Okazało się jednak, że po pierwsze – jego organizm bardzo źle reaguje na wysokość, po drugie - przypomniał sobie o dzieciach i żonie. Dwukrotnie robił podejście do Icefallu i się wycofywał, więc nigdzie wyżej nie wszedł.


sedno || gazeta studencka

K.K.: A jaki dla ciebie był Icefall? Był najtrudniejszym etapem? M.W.: Dla mnie był fascynujący, ponieważ to jest przepiękne miejsce z punktu widzenia widokowego. Każdy się stara przechodzić Icefall w nocy, ponieważ jest wtedy bardziej zmrożony i jest mniejsze ryzyko, ale ja celowo raz poszłam w ciągu dnia, żeby zrobić zdjęcia. Kilka razy się przechodzi ten odcinek w ramach aklimatyzacji, każdy tego unika i jak najmniej stara się po nim chodzić. Mi się Icefall szalenie podoba. Natomiast występuje na tym etapie dużo szczelin, przez które przechodzi się na drabinkach, co bywa bardzo stresujące i trzeba się przełamać. K.K.: Nie czułaś lęku, nie chciałaś zrezygnować przechodząc właśnie taką szczelinę?

M.W.: Na początku tak. To było takie nienaturalne, że w rakach, które sprawiają, że jest jeszcze bardziej ślisko, idę po jakichś drabinkach. Jeszcze jak idziemy z kimś to ktoś nam napnie linkę, dzięki czemu tworzy się coś w rodzaju poręczy i pomaga to utrzy­ mać równowagę, a jak idziesz sam to nie masz żadnego oparcia. To jest kwestia psychiki, bo nie jest nienaturalne, że masz pod sobą kilkadziesiąt metrów głębi, czeluści, ale w końcu przechodzisz. Na początku, nie ukrywam, bałam się pierwszego przejścia, zwłaszcza że były drabinki, które były źle zamontowane, chybotliwe i każdy krok na nich to była walka ze sobą. Natomiast później nie robiło to na mnie już takiego wrażenia. Większość ludzi na Evereście to wspinacze już doświadczeni, ale jest pewna grupa ludzi, która myśli sobie, że jak mają pieniądze to mogą sobie „górę kupić”. Icefall właśnie weryfikuje tych ludzi. Ci, którzy się nie nadają, odpadają przeważnie na tym odcinku. W tym roku wydano około 315 zezwoleń na zdobywanie Everestu od strony nepalskiej, z czego oceniam że na szczyt dotarło nie więcej niż jedna trzecia. Wydaje mi się, że bardzo dużo osób wykruszyło się po drodze. Po pierwsze ze względu właśnie na Icefall, po drugie z powodu zimna, warunków, choroby wysokościowej czy problemów z aklimatyzacją. Organizmy wspinaczy reagują bardzo różnie – mogą pojawić się wymioty, nagminne bóle głowy, problemy ze spaniem,

35


everest. góra gór || kwiecień 2014

obrzęki mózg i płuc. K.K.: Czy miałaś taki moment, w któr ym już w pewnej chwili chciałaś się w ycofać? Była taka chwila rezygnacji? M.W.: Każdy ma takie momenty. Ta k ich p owo dów, pr z e z które chciałam się wycofać było wiele. Nie raz w trakcie wyprawy zastanawiałam się, czy warto ryzykować swoje życie. Były też ciężkie momenty wynikające z tego, że człowiek był słaby, już mu się nie chciało. Do tego dochodzi taki zwykły ludzki strach, że można nie wrócić. Dla mnie zawsze trudne były chwile, kiedy dowiadywałam się, że znów ktoś zginął. W tym roku zginęło dziewięć osób. Dla mnie szcze­ gólnie smutna była śmierć Aleksieja Bołotowa, którego zdążyłam poznać. Pije się z kimś herbatę w jego namiocie, a później po dwóch tygodniach słyszy się od Szerpów, że widzieli kogoś spadającego ze skały, i okazuje się, że to ten sam człowiek, którego się poznało. Natomiast przy ataku szczytowym to już prawie co chwilę miałam trudne momenty. Przypominałam sobie wówczas, ile trudu i ile pieniędzy to kosztowało, i to był jakiś bodziec. Oczywiście był to bodziec do pewnego momentu, ponieważ trzeba także wiedzieć, kiedy należy się wycofać. Wiedziałam, że nic za wszelką cenę. Ważne, żeby nie przecenić swoich umiejętności i możliwości, bo można na tej górze zostać na zawsze.

36

K.K.: Czy uważasz, że to właśnie adrenalina jest takim czynnikiem, który determinuje i znieczula ten strach? M.W.: W pewnym stopniu tak. Wiem, że są ludzie uzależnieni od adrenaliny, ja też do nich należę. Musimy czasami zaaplikować sobie taką dawkę strachu, lęku, aby później odczuć satysfakcję, że się udało pokonać jakieś swoje słabości. Adrenalina jest tylko jednym z elementów, ale na pewno coś takiego jest, że ci ludzie, którzy już tam są, muszą być trochę od tego uzależnieni. K.K.: Jak uważasz, czego uczą nas gór y? Czego ciebie nauczyła ta wyprawa? Wzbogaciłaś się o wiele doświadczeń, które możesz obecnie wykorzystać? M.W.: Oczywiście, każde zetknięcie z górami czegoś nas uczy. Dla mnie każdy taki w yjazd jest też lekcją poznawania samej siebie. Sprawdzania swojego charakteru, ponieważ okazuje się, że ta poprzeczka moich możliwości jest dużo wyższa niż sobie zakładam. Nie chodzi tutaj tylko o aspekty fizyczne, ale i o psychiczne. Jest to też na pewno przełamywanie swoich lęków i słabości. Na takich górskich wyprawach jest dużo czasu na różne przemyślenia, więc przychodzą takie naturalne myśli, że nam się udaje, ale każda kolejna wyprawa to jest kredyt od losu czy od dobrych ludzi, którzy mi pomagają te


sedno || gazeta studencka

marzenia spełniać. Natomiast są też ludzie, którym z różnych przyczyn się nie udaje. Pomijam tych, którzy na własne życzenie nawet nie próbują, ale jest duża grupa tych, którzy nie mogą przykładowo ze względów zdrowotnych. Wówczas nabiera się dystansu i nasze problemy okazują się małe. Zdajemy sobie sprawę, że nam się udaje, ale sporo osób nie ma szansy spełniania swoich marzeń, nawet tych prozaicznych. Człowiek ma także okazję, żeby pomyśleć trochę o swoim własnym życiu, zastanowić się nad tym, co mu na co dzień ucieka.

Dodatkowo, w górach, zaczynamy doceniać proste rzeczy, których wówczas brakuje, np. łóżko, prysznic, ciepłą wodę, dobre jedzenie. Jest to też takie oderwanie, totalny reset, który daje nam energię na działanie przez kolejne miesiące. Góry na pewno uczą też hartu ducha, stajemy się bardziej odporni na wiele spraw i jest nam łatwiej w życiu codziennym. K.K.: Szykujesz się na kolejne w ypraw y na ośmiotysięczniki? Zdradzisz nam swoje najbliższe plany?

37


M.W.: Ja sportowo się nie wspinam, nie myślę o zdoby waniu Korony Himalajów, nie pobiję też żadnych rekordów szybkościowych, z różnych powodów. Raz, że za późno zaczęłam jeździć w góry wysokie, dwa – góry traktuję w kategoriach podróżniczych. Moją taką misją , powodem, dla którego jeżdżę w góry jest chęć pokazania ich innym ludziom, od strony nie tylko tej sportowej i wyczynowej, ale i od strony historii, kultury. Obecnie wspinacze często skupiają się na zdobyciu szczytu nic o danej górze nie wiedząc. Książkę o Evereście pisałam

38

z myślą o tym, żeby ukazać duszę góry, jej historię, ciekawostki przyrodnicze czy etnograficzne, opowiedzieć o ludziach, którzy żyją w rejonie tej góry, o ich obyczajach, tradycjach, wierzeniach. Co do planów to zamie­ rzam skończyć Koronę Ziemi i poza tym wejść na dwa ośmiotysięczniki. Na pewno chciałabym wejść na Lhotse, ponieważ jest górą sąsiadującą z Everestem, więc za jakiś czas chciałabym zobaczyć jak zmienia się Everest. Droga na te oba szczyty jest w sumie wspólna, dopiero na ostatnim odcinku się rozgałęzia. Oprócz


Lhotse, chciałabym również wybrać się na któryś z ośmiotysięczników w Karakorum, więc albo Broad Peak albo Gaszerbrum. Idea jest taka, by zobaczyć inną grupę górską niż Himalaje.

sedno || gazeta studencka

Zachęcam Was do odwiedzenia strony Moniki Witkowskiej: http://www.monikawitkowska.pl/.

K.K: Moniko, dziękuję ci bardzo za tak miłą rozmowę i życzę ci powodzenia w dalszych wyprawach górskich. M.W.: Ja też bardzo dziękuję i do zobaczenia.

Kasia Kurak zdjęcia: Monika Witkowska

39


dlaczego warto być dawcą? || kwiecień 2014

Dlaczego warto być dawcą? //wywiad z Anną Dyją

Co godzinę jedna osoba w Polsce dowiaduje się, że ma białaczkę. Nie pozostawaj obojętnym, rak to nie wyrok, a powodzenie terapii zależy także od Ciebie! Dla wielu jedyną szansą jest przesz­ czep szpiku. 9 kwietnia odbędzie się finał ogólnopolskiej akcji „Dla Ciebie to 5 minut, dla Kogoś to całe życie”, organizowanej przez fundację DKMS. Chętni mogą się rejestrować także na Uniwersytecie Warszawskim. Dlaczego warto się zaangażować? O tym i nie tylko rozmawialiśmy z Anną Dyją, wolontariuszką i ambasadorką fundacji na UW.

Tytus Ławnik: Zacznijmy od twoich początków. Kiedy dla ciebie roz­ poczęła się przygoda z DKMS? Anna Dyja: Wszystko zaczęło się, kiedy studiowałam jeszcze filologię angielską na UW. Stwierdziłam, że wciąż chcę coś robić, bo na początku st ud iów by ła m wolonta riusz k ą w Centrum Onkologii na Ursynowie. To trochę bardziej „hardkorowa”

40

forma działalności. Stwierdziłam, że teraz zrobię coś innego i zostałam wolontariuszką podczas akcji rejestrowania potencjalnych dawców szpiku. T.Ł.: A skąd impuls, żeby w ogóle zająć się taką działalnością? A.D.: Jest to związane z historią ro­­dzinną. Moja babcia zmarła na


sedno || gazeta studencka

białaczkę, gdy moja mama miała 7 lat; w tamtych czasach białaczka to był w zasadzie wyrok. Tym, co motywuje mnie do działania jest to, co mama opowiadała mi o mojej babci. Któregoś dnia ostatni raz odprowadzała moją mamę do szkoły. Mama powiedziała mi, że wiedziała już, że więcej jej nie zobaczy. Kojarzysz taką piosenkarkę Violettę Villas? T.Ł.: Jasne, ale nie jestem wielkim znawcą jej twórczości. A.D.: Ona śpiewała piosenkę „List do Matki”. Moja mama opowiadała mi, że jak była małą dziewczynką często słuchała tej piosenki. Ale wróćmy do kwestii dlaczego ja to robię. Córce ciężko jest patrzeć na swoją matkę, która była pozbawiona tego, co ja dostałam w nadmiarze. Dla córki relacje z mamą zawsze są ważne. Moja mama była przy mnie kiedy szłam pierwszego dnia do szkoły, podczas komunii, egzaminów na studia, nawet obrony pracy dyplomowej. A ona sama tego nie miała. Nie miał jej kto przy­ piąć welonu przed ślubem. Dlatego to robię – żeby pomóc ludziom chorym, żeby choroba nie rozdzielała ich z rodzinami. Żeby nie było tragedii dzieci osieroconych przez rodziców. Jako dziecko chodziłam na grób mojej babci i zawsze myślałam, że nigdy nie miałam możliwości jej poznać. Po latach dotarło do mnie, że jest również druga strona medalu – ona też nigdy nie mogła poznać mnie. Takie różne

sytuacje sumują się i składają na fakt, że warto to robić. T.Ł.: Dziękuję, że zdecydowałaś się podzielić z nami tą historią. Myślę, że to na pewno lepiej przy­ bliży ludziom ideę akcji niż zwykłe „zapraszamy do rejestracji, można pomagać ludziom”. Swoją drogą, ciekawi mnie twoja ocena polskiego społeczeństwa. Czy nasza wrażli­ wość zmienia się na lepsze? A.D.: Im więcej się mówi o działaniu różnych fundacji, tym świadomość ludzi staje się większa. Tu słyszysz o białaczce, tam o ludziach, którzy cierpią przez powódź a gdzieś indziej jeszcze o tych z zespołem Downa. Media takie jak Facebook sprawiają, że świadomość wzrasta. Sama tydzień temu st worzyłam stronę na FB i myślałam, że polubi ją maksymalnie 20 moich znajomych, tylko dlatego, że to moja strona. Polubiło już 119 osób i liczba wciąż rośnie. Podczas mojej pierwszej akcji zarejestrowaliśmy około 100 osób. Podczas kolejnej akurat trochę mniej, ale bywa różnie, to też kwestia lokalizacji. T.Ł.: Zgodzisz się, że swoje robi też udział znanych ludzi? To zawsze służy medialnej promocji. A.D.: Fajnie, że się angażują, ale ja jestem już trochę starsza i mnie to nie rusza tak bardzo. Dobrze kiedy się pojawiają, ale jakbym ja miała się

41


dlaczego warto być dawcą? || kwiecień 2014

rejestrować, to bardziej działałyby na mnie osobiste historie pacjentów, a nie to, czy w akcji bierze udział jakaś gwiazda. T.Ł.: A nie masz wrażenia, że cza­ sem ludzie decydują się na takie akcje jedynie po to, aby poczuć się lepiej? Że robią to bardziej dla sie­ bie niż dla innych? A.D.: Powiem tak – każdy ma własny powód i jeśli się nie rozmyśli, to jego powód jest dobry. Nie mnie to oceniać. Irytujące jest czasami siedzenie przy stoisku. Obok przechodzi tyle osób, jedni udają, że nas nie widzą, drudzy idą w drugą stronę, trzeci chwilę posiedzą, wezmą krówkę. T.Ł.: Krówkę? A.D.: Mamy krówki, dajemy je ludziom i nawet jeśli nie mogą być dawcami to namawiamy, żeby zachęcali innych ludzi. Niektórzy czują się z tego powodu bardzo źle. Sama wiem jakie to może być przykre. T. Ł . : A l e c h y b a l e p i e j nie zarejestrować się, niż podjąć pochop­n ą decyzję i potem się rozmyślić. A.D.: Jasne, ale ludzie czasem nawet nie podejdą i nie zapytają. To może być przykre.

42

T. Ł . : S p o t k a ł a ś s i ę k i e d y ś z negatywnymi reakcjami ludzi na wasze działania? A.D.: Nie, spotka łam się za to z inną kwestią. Był jeden pan, który bardzo chciał się zarejestrować, ale miał przeciw­wskazania medyczne. Na pierwszy rzut oka było widać, że ma za dużą wagę w stosunku do wzrostu. To się rzucało w oczy. Wytłumaczyłam mu, że zasady są takie a nie inne. Zrobił ogromną awanturę. Poprosiłam swoją zwierzchniczkę, żeby zareagowała, bo sama już nie wiedziałam, co mam w tej sytuacji robić. T.Ł.: To można uznać wręcz za plus. Ludzie kłócą się i awanturują, byle komuś pomóc. A.D.: Tak, jednakże przykre jest, kiedy musisz wytłumaczyć komuś, że nie może być dawcą i ubrać to w ładne słowa. Nie jest prosto powiedzieć np. że jest za gruby. T.Ł.: Czy problemem nie jest też dojrzałość ludzi? Co się dzieje, kiedy przyjdzie powiadomienie i koniecz­ ność realnego oddania szpiku. Badania, procedura pobrania. A . D.: Nie j e s t e m m e d y k ie m , więc powiem prosto i w skrócie. W fazie rejestracji chodzi o to, aby wyszukać genetycznego bliźniaka a wszelkie dalsze badania to już są kwestie później­s ze. Ewentualne


sedno || gazeta studencka

medyczne przeciwwskazania są weryfiko­ wane na dalszym etapie. Najważniejsze jest przede wszystkim, żeby osoba nie wycofała się w ostatnim momencie, kiedy biorca jest już gotowy do przeszczepienia i jego własny szpik jest niszczony. Wtedy jest to ze szkodą dla biorcy. T.Ł.: Czy takiej osobie grożą jakieś konsekwencje?

Zarejestruj się! Kampus Główny (stary BUW) ul. Krakowskie Przedmieście 26/28 Warszawa Collegium Iuridicum II (kory­ tarz poziom -1,0) ul. Lipowa 4 Warszawa Wydział Neofilologii ul. Dobra 55 Warszawa Wydział Zarządzania ul. Szturmowa 1/3 Warszawa Szczegóły na: www.dkms.pl/pl Zapraszamy też na stronę: www.facebook. com/1000rzeczyobialaczce

A.D.: Jest dokument wyrażający zgodę na bycia potencjalnym dawcą, ale jest to bardziej kwestia indywidualnej odpo­ wiedzialności i dojrzałości danej osoby. Nikomu nic konkretnego nie grozi. Trzeba być odpowiedzialnym, zwłaszcza podczas samej rejestracji. Badanie jednej próbki to koszt 250 zł. Biorąc pod uwagą wszystkich chętnych można to prosto pomnożyć. Trzeba być pewnym swojej decyzji. T.Ł.: Informacje techniczne można przeczytać na stronie DK MS więc zapytam cię tylko o najczęstsze mity dotyczące przeciwwskazań przy zosta­ niu dawcą. A.D.: Osoba która ma tatuaże, kolczyki i makijaż permanentny może się zarejestrować. Osoby z niedoczynnością tarczycy też rejestrujemy, nawet jeżeli biorą leki hormonalne. To pytanie często się pojawia. Co do ciąży – kiedy kobieta jest w ciąży prosimy tylko o przybliżoną datę porodu. T.Ł.: Bardzo dziękuję za wywiad i do zobaczenia 9 kwietnia!

Tytus Ławnik 43


wywiad|| kwiecień 2014

Nieupoważnionym wstęp wzbroniony

//wywiad z rzecznikiem budowy 2. linii metra.

44


sedno || gazeta studencka

Elwira Wilczek: Chciałabym zapytać pana jak to jest być rzecznikiem największej budowy w Warszawie? Mateusz Witczyński: Jak to jest być rzecznikiem? Tutaj nawet nie chodzi o samo bycie rzecz­ nikiem, z tym się wiąże znacznie więcej. Przede wszystkim najważniej­ szą rzeczą w byciu rzecznikiem jest to, że pracuje się non stop. Metro ma bardzo specyficzny charakter dla samych mieszkańców. Większość bardzo pozytywnie jest nastawiona do jego rozbudowy. Ten projekt sprawia olbrzymią radość tym, że bierze się w nim udział. To jest bardzo wielka i miłva rzecz dla człowieka, że metro jest budowane tylko w Polsce. Projekt cieszy się także ogromną fascynacją społeczną. Można powiedzieć, że ludzie fascynują się tym i każdy nowy kawałek metra jest wielkim sukcesem dla mieszkańców. Projekt jest jednak bardzo sztywny i wiąże się z tym dla rzecznika ogrom pracy. To jest olbrzymia ilość wiedzy, którą trzeba przyswoić. Z doświadczenia wiem, że jest to niemożliwe. Sama informacja techniczna, czyli projekt budowlany ma około 600 segregatorów. W sumie w ychodzi około 12 tysięcy stron dokumentów, które teoretycznie powinienem znać.

E.W.: Tylko teoretycznie? M.W.: Teoretycznie, bo fizycznie jest to niemożliwe. Niektóre rzeczy są opisane bardzo szczegółowo, a to przecież sama podstawa tego, czym metro będzie. Druga sprawa to rozwiązania, które obecnie się dzieją. Plac budowy ma 7 kilometrów długości, 400 metrów szerokości i na każdym odcinku coś się dzieje. Oprócz znajomości teoretycznej, trzeba praktycznie wiedzieć co się dzieje. I tu jest bardzo ważne zadanie, a mianowicie to, że trzeba zbudować sobie pewien sposób pozyskiwania informacji, właśnie po to, by można było wiedzieć do kogo zwrócić się z jakimś problemem, czy też do kogo udać się po otrzymanie jakiejś informacji. Wydaje mi się, że żadna osoba nie byłaby w stanie być w każdym z tych miejsc na bieżąco. Wiąże się z tym olbrzymia praca. To nie jest tylko budowa, czy urządzenia techniczne. Każdy niemal ruch na budowie, sposób organizacji, czy realizacji prac wpływa na otoczenie. W tej chwili mamy wiele mediów, w których można odnajdować nastroje społeczne. To też należy do obo­ wiązków rzecznika, żeby wiedzieć co tam się dzieje. Są takie miejsca, gdzie stajemy przy ścianie przed wyborem, żeby albo coś zrobić i utrudnić życie mieszkańcom, czy… I tutaj niestety chyba nawet najlepsi nie są w stanie podjąć decyzji, która byłaby lepsza niż takie rozwiązanie I ostatni aspekt – to

45


nieupoważnionym wstęp wzbrioniony || kwiecień 2014

jest praca 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Ja od kiedy pracuję dla metra, nie pamiętam, żeby były przynajmniej takie dwa dni, kiedy bym nie pracował. Nawet w kolei transsyberyjskiej, gdy na stacjach był zasięg, wykonywałem obowiązki, mimo że byłem na urlopie. E .W.: W t a k i m r a z ie mo ż n a po­w iedzieć, że przez tę pracę bra­ kuje panu czasu wolnego? M.W.: Nie brakuje mi czasu wolnego, dlatego, że ja z doświadczenia wiem, że im człowiek ma więcej rzeczy do zrobienia, tym potrafi sobie lepiej zorganizować ten czas. Szczerze mówiąc ciężko mi nawet powiedzieć, że nie mam czasu wolnego, bo człowiek w pewnym momencie po prostu przywyka do tego, że cały czas może się coś zdarzyć i telefon może w każdej chwili zadzwonić. Jest w stanie się do tego przyzwyczaić. To też nie było dla mnie wielką zmianą, kiedy zacząłem pracować jako rzecznik, dlatego, że przez kilka lat byłem dziennikarzem w dziennikach o różnych tytułach i to była podobna praca. E.W.: Chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do początków pana wypo­ wiedzi, ponieważ stwierdził pan, że warszawiacy bardzo przychylnie nastawieni są do budowy II linii metra. Nie jest trochę tak, że część z nich,a może nawet większość

46

po prostu nie lubi tej budow y? Wielu twierdzi, że powoduje ona same utrudnienia, czyli hałas, zamykanie ulic, zmiany organizacji ruchu, ciągłe opóźnienia i przede wsz ystk im słabą komuni kację z mieszkańcami… M.W.: Prawda jest taka, że nie można patrzeć na to w ten sposób. Gdzieś, już teraz nie pamiętam gdzie, należałoby sprawdzić wyniki badania opinii publicznej realizowane co roku przez Barometr Warszawski. Tam jedno z pytań dotyczy właśnie budowy metra. I jest olbrzymia ilość ludzi, którzy są za tą budową, to jest ponad 80%. Oczywiście czytając przekazy medialne, czy to co się dzieje na forach internetowych, można odnieść takie wrażenie, ale to jest naturalna kolej rzeczy. Jeśli się komuś coś podoba, to nie potrzebuje uzewnętrzniać tych upodobań ze względu na to, że to jest naturalna rzecz dla niego. Jeżeli już dochodzi do takich interakcji, wyrażania opinii, to najczęściej wyrażamy opinie negatywne. Jeśli się o tym poczyta, to faktycznie można odnieść wrażenie, że większość mieszkańców jest przeciwna, ale nie oddaje to rzeczywistego stanu, który wyraża się w badaniach, wykonywanych na reprezentatywnej próbie. E.W.: Czyli media są winne, bo wszystko „rozdmuchują”?


sedno || gazeta studencka

M.W.: To jest zadaniem mediów. Gdyby pisały one tylko o rzeczach pozytywnych, to podejrzewam, że nikt by tego nie czytał. Wręcz prze­ ciwnie mają one zadanie patrzenia na wszystko krytycznie. Poddając takiej analizie krytycznej dane zdarzenie, można znaleźć w nim więcej aspektów, na które ktoś nie zwracał uwagi. W tej chwili informacja wydarzeniowa żyje około trzech minut, także tutaj czas się strasznie skraca. Mamy zaraz następne wydarzenia, więc ten cykl jaki ma dziennikarz, czy redaktor na kontakt z informacją jest bardzo ograniczony, stąd też analiza schodzi na trzeci plan. Trzeba pamiętać, że kiedyś, jeszcze kilkanaście lat temu w dobie przedinternetowej, przed komputeryzacją wszystkich mediów, bywało tak, że w d zienni kach ogól nopolsk ich informacje o wydarzeniach lokal­ nych pojawiały się z kilkudniowym opóźnieniem. W tym czasie między wydarzeniem a drukiem była możliwość do prze­a nalizowania zdarzenia pod wieloma aspektami. W tej chwili ten czas jest skrócony. Mój kolega, który jest wydawcą jednego z największych w Polsce portalu internetowego mówi, że jeżeli coś się wydarzyło, a tego nie ma na stronie, to znaczy, że są spóźnieni. Czyli Internet żyje w ten sp o s ób, ż e w yd a r z en i a w medium powinny pojawiać się w tym samym momencie, w którym one żyją. To już pokazuje, że ten czas na analizę jakiegoś problemu bardzo

spada i my widzowie też do tego zaczynamy przywykać. Gdy informacje są zbyt długie i zawiłe, po prostu zmieniamy program, czy medium, które oglądamy. E.W.: Chciałabym przedstawić na sz y m Cz y tel n i kom budowę metra w liczbach. W związku z tym moje pierwsze pytanie brzmi: ile to wszystko kosztuje? M.W.: Cały proces to 4 miliardy i 177 milionów złotych bez taboru, który jest poza naszym kontraktem. Czyli w ykonawca centralnego odcinka budowy II linii metra nie dostarcza pociągów, które będą jeździć po tym odcinku. E.W.: Skąd pochodzą pieniądze na ten cel? M.W.: Z budżetu miasta stołecznego Warszawy. My jako firma otrzymujemy pieniądze od naszego inwestora, czyli właśnie m.st. Warszawy. Jednak już sposoby pozyskiwania pieniędzy to nie nasza działka. Jesteśmy podmiotem, który podpisuje umowę i to inwestor płaci nam odpowiednią ilość pieniędzy za wykonanie poszczególnych elementów. E.W.: A ilu ludzi zatrudnionych jest przy budowie? M.W.: To jest bardzo płynna liczba,

47


nieupoważnionym wstęp wzbrioniony || kwiecień 2014

48


sedno || gazeta studencka

dlatego, że przy dzisiejszych technologiach jest to bardzo zależne od konkretnego etapu realizacji. Ze stałych pracowników jest około trzystu inż ynierów pracujących w samym biurze budowy. W biurach poszczególnych placów budów pracuje około stu inżynierów. Oprócz tego mamy ponad trzystu pracowników w dziale drążenia tuneli. Mamy cztery maszyny drążące tunele. Na każdą zmianę w takiej maszynie przypada trzynaście osób. Praca odbywa się całą dobę, 7 dni w tygodniu. W zależności od potrzeb obecnych na budowie, ta ilość pracowników się zmienia. W czasie prac na stacji to jest około 150 – 200 osób, ale np. w czasie, kiedy wykonywane są zbrojenia, które są taką pracą, że mogą wykonać ją tylko ludzie, to wtedy samych zbrojarzy mamy około 300. E.W.: Budowę odcinka centralnego II linii metra w ykonuje spółka AGP Metro, natomiast w jej skład wchodzą trzy f irmy. Może pan po­wiedzieć o nich coś więcej? Jakie są to firmy i na jakich zasadach zos­ tały wybrane? M.W.: Spół ka AGP Metro jest spółką cywilną bez odpowiedzialności prawnej, a to znowu oznacza, że odpowiedzialni za wykonanie prac są partnerzy, którzy powołali tę spółkę. Spółka została powołana przez trzy firmy, tj. włoską Astaldi, turecką

Gülermak i polskie Przedsiębiorstwo Budowy Dróg i Mostów. Są firmy, które wygrały przetarg. Astaldi to jedna z większych budowlanych firm europejskich. Przede wszystkim specjalizująca się w budowlach podziemnych, ale także w strukturze wysokich technologii. Jeśli chodzi o większe inwestycje, to na koncie mają metro w Kopenhadze, w Mediolanie, trzecią linię metra w Rzymie i metro w Bukareszcie. Podobne portfolio ma firma Gülermak, będąca liderem na rynku tureckim. Ma ona na swoim koncie metro w Istambule. Przedsiębiorst wo Budow y Dróg i Mostów, czyli polska firma zajmująca się w naszym kraju przede wszystkim budową dróg, ale bardzo ważnej jest to, że ma swoje ośrodki laboratoryjne, gdzie uczy samej budowy i świadczy usługi dla wielu firm w zakresie jakości betonu, czy stali. E.W.: Mówiliśmy o firmach i lu­­ dziach, którzy oczy wiście mają ogromny wkład w proces powsta­ wania metra, ale budowa to także maszyny. Mógłby pan powiedzieć coś na temat ich technologii i tego jak to wszystko wygląda w praktyce? M.W.: W przypadku budowy tuneli używana jest technologia TBM. Mamy na chwilę obecną cztery maszyny, które są dokładnie takie same, zaprojektowane specjalnie dla Warszawy. Dzięki tej technice uzyskuje się

49


nieupoważnionym wstęp wzbrioniony || kwiecień 2014

znaczny postęp. Średnio drążymy około 22 metrów tunelu na dobę. Te maszyny pozwalają wykonywać tunel w każdych warunkach geologicznych, bardzo komfortowych i bezpiecznych warunkach dla pracowników. E.W.: Jaki jest koszt takich maszyn? M.W.: Jedna maszyna to koszt 12 milionów euro. E .W.: To skoro mów i my ju ż o pieniądzach, może wie pan na co zostanie przeznaczona dotacja z Unii Europejskiej w wysokości 400 milionów euro? M.W.: Tak jak mówiłem, reprezentuję tylko i wyłącznie firmę budowlaną, która żadnych pieniędzy nie dostała… E .W.: W Wa r s z aw ie obecn ie budowanych jest 7 stacji odcinka centralnego, jedną z nich będzie „Now y Świat – Uniwersy tet”. Kiedy Studenci UW będą mogli z niej skorzystać jadąc na zajęcia? M.W.: Wszystkie stacje zostaną oddane równocześnie. Zakończenie budowy i przekazanie obiektu ma nastąpić we wrześniu 2014 roku. To jednak nie oznacza, że od tego momentu metrem będą mogli pojechać pasażerowie. Pozwolenie na użytkowanie obiektu otrzymuje inwestor po uzyskaniu całej dokumentacji. Dopiero po jej

50

dostarczeniu możliwe jest uzyskanie pozwolenia na użytkowanie. E.W.: Czy ten termin zostanie dotrzymany? M.W.: W tej chwili nie ma żadnych znaków na to, żeby przekazanie obiektu do inwestora we wrześniu 2014 roku miało zostać niedotrzymane. E .W.: A k iedy będ zie moż na pojechać II l inią metra da lej niż tylko przez stacje odcinka centralnego? M.W.: Nie mam tutaj możliwości mówić o kontraktach, które nie leżą w naszej gestii, to nie jest pytanie do nas. E.W.: Czyli nie dowiem się o ewen­ tualnym przebiegu całej trasy II linii metra? M.W.: Nasz kontrakt obejmuje tylko odcinek od Ronda Daszyńskiego do Dworca Wileńskiego. E.W.: Słyszałam o koncepcjach budowy III linii metra w Warszawie. Kto ją zbuduje i kiedy może ona powstać? M.W.: Jesteśmy firmą wykonawczą i nie podejmujemy decyzji o rozbudowie. My budujemy tylko to, co jest w naszym zakresie – 7 stacji,


sedno || gazeta studencka

51


nieupoważnionym wstęp wzbrioniony || kwiecień 2014

7 kilometrów odcinka centralnego. E.W.: Czy w takim razie na tym obecn ie budowa ny m odci n k u odkryto coś ciekawego? Mam na myśli jakieś interesujące znaleziska. M.W.: Na żadnej budowie nie można ograniczyć możliwości znalezienia czegoś nietypowego do zera. A z racji tego, że Warszawa jest doświadczona działaniami wojennymi, to prawdopodobieństwo znacznie wzrasta. Dotychczas przy budowie centralnego odcinka wydobyliśmy z ziemi około sześciuset różnego rodzaju materiałów

52

w ybuchow ych. Miny przeciwpie­ chotne, pociski, bomby lotnicze, pociski moździerzy wielkiego kalibru. Oprócz tego było kilka obiektów wartości archeologicznej. E.W.: Jakie największe barier y należy pokonać podczas takiej budowy? M.W.: Przede wszystkim najtrudniejszą rzeczą jest doprowadzenie do rozpoczęcia budow y obiektu, czyli usunięcie wszystkich instalacji, które z nią kolidują. W przypadku odcinka centralnego było to 10 tysięcy


sedno || gazeta studencka

kilometrów takich instalacji i każdą z nich należało usuwać w obecności właściciela, więc jest to proces bardzo długotrwały. Właśnie to przygo­ towanie do właściwej budowy jest najtrudniejsze, bo jest to czasochłonne i dodatkowo pochłania spore ilości środków. E.W.: Niedługo centralny odcinek II linii metra zostanie zbudowany. Cz ego ma my się s p o d z ie wa ć w wyglądzie stacji? Będzie podobnie jak na stacjach pierwszego odcinka? Słyszałam o pomyśle wprowadzenia oszklonych bramek zamiast tych,

które funkcjonują obecnie przy wejściach na stacje I linii. M.W.: Rzeczywiście te bramki są zapisane w projekcie. Druga linia metra ze względów architektoni­ cznych jest inna. Zastosowano inne rozwiązania, stąd też stacje odcinka centralnego drugiej linii będą różnić się od pierwszej. Ale estetyka to jedna rzecz, a sama zasada funkcjonowania i elementy składowe będą bardzo podobne, jednak bardziej nowoczesne, jak np. bardzo skomplikowany system sterowania, po raz pierwszy użyty w Polsce.

53


E.W.: To już na samo zakończenie naszej rozmowy chciałam zapytać czy lubi pan swoją pracę? M.W.: O! To wrócę do tego co było na samym początku. Gdybym nie lubił, to świadomość, że ona jest całą dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku ze mną, nie pozwoliłaby mi na tę pracę.

Nie da się takich rzeczy wykonywać nie lubiąc ich, nie lubiąc ludzi, nie lubiąc kontaktów z ludźmi. To jest pierwsza rzecz, którą człowiek decydując się na bycie rzecznikiem winien podjąć. I to w pracy rzecznika jest trudniejsze niż w pracy dziennikarza, dlatego, że dziennikarz zawsze może powiedzieć, że dzisiaj mu się nie chce…

Elwira Wilczek zdjęcia: Patryk Szczepaniak i Jakub Nicieja

54


sedno || gazeta studencka

55


„Witaj w klubie” //Recenzja

Ten film był największą zagadką tegorocznych Oscarów. Szczególnie dla Polaków, którzy w kinach mogli go obejrzeć dopiero po rozdaniu prestiżowych statuetek. Członkom A kademii Fi lmowej zarzuca no, że przyznając nagrodę Matthew McConaughey’owi, kierowali się jedynie kryterium poświęcenia się dla roli (w tym przypadku była to znaczna utrata wagi). Wszystkim, którzy w ramach protestu przeciwko nieuhonorowaniu Oscarem Leonarda DiCaprio postanowili nie obejrzeć filmu, w którym zagrał, polecam zmienić zdanie. Trudno nie docenić doskonałego pod każdym względem „Wilka z Wall Street”, przyznaję jednak, że „Witaj w klubie” również zasłużyło na wyróżnienia. Osobiście m i a ł a by m w i ę c e j w ą t pl i wo ś c i w kwestii przyznania „Zniewolonemu” nagrody za najlepszy film, ale stwie­rdzenie, że otrzymał Oscara jedynie za polityczną poprawność też nie jest słuszne. Jest w tym jednak ziarno prawdy. (Jak myślisz dlaczego „Wilk z Wall Street” nie dostał żadnej statuetki?). Nie jest to jednak miejsce na pooscarowe dywagacje.

56

Film opowiada o powstaniu „Dallas Buyers Club” (taki jest też oryginalny tytuł filmu). Przedstawia historię elektryka i wielbiciela rodeo, Rona Woodroofa, który dowiaduje się, że jest zakażony wirusem HIV, a lekarze oznajmiają, że pozostało mu jedynie 30 dni życia. Jedynym ratunkiem przed niechybną śmiercią okazuje się dla niego wyjazd do Meksyku i przyjmowanie dostępnych tam leków niedozwolonych przez FDA (agencję, która decyduje o dopusz­ czeniu leków na amerykański rynek). Bohater postanawia pr zemyca ć lek a rst wa do Stanów Zjednoczonych nie t yl ko na s wój

u ż y te k , a le t a k ż e by sprzedawać je innym zainfekowanym wirusem HIV. W tym celu zakłada „Dallas Buyers Club”, w którym członkowie po opłaceniu składki korzystają z przemyconych leków. Film oparty jest na prawdziwej historii i, poza drobnymi nieścisłościami oraz dopisaniem kilku postaci,


sedno || gazeta studencka

sprawnie opowiada historię Rona Woodroofa. „W i t a j w k l u b i e ” t o p r z e d e wsz yst k i m a ktorsk i majsterszt yk. McConaugheya, któr y w ykreował postać z kr wi i kości. Widzowie mogą potępiać czyny Woodroofa i jednocześnie mu współczuć. Aktor stworzył postać nie tylko sprytnego biznesmena, ale także bohatera, który zmienił życia wielu osób. Drugą zasłużoną statuetkę zdobył Jared Leto, sprawnie grając wspólnika głównego bohatera – transseksualistę Rayona. Bałam się patosu, któr y pojawia się w tak wielu amer yka ńsk ich fi lmach traktujących o bohaterskich czynach.

Mimo tego na filmie nie dostrzegłam amerykańskich flag, zaszklo­ nych oczu pięknych kobiet, a życiorys głównego boha­tera nie był krystalicznie czysty. To uratowało tę wspa­n iałą historię przed fi lmową k lapą . Główny bohater, któr y jest zaciek ł ym homofobem, wprawdzie zmienia swoje podejście, ale

przychodzi mu to jednak z wielkim trudem. Akceptacja homoseksualnego wspólnika następuje wiarygodnie, bo stopniowo. Poza tym pomysł na spro­ wadzenie leków nie wynikał jedynie z dobroci serca. Główną motywacją był zysk. Krytycy zarzucają wykreowanie postaci krystalicznie dobrej lekarki granej przez Jennifer Garner. Moim zdaniem jej dobroć była jednak wyważona. Najbardziej sprawiedliwe by łoby pr z y zna n ie dwóch sta­ tuetek: jed nej d la L eona rda Di Caprio, drugiej dla Matthew McConaugheya. Z całą pewnością niesprawiedliwe jest za to stwierdzenie, że ten drugi nie zasłużył na wygraną. „Witaj w klubie” nie jest tak niepoprawny i kontrowersyjny jak „Wilk z Wall Street”, nie stroni jednak od dobrego humoru i świetnego aktorstwa. Dlatego też wiz y tę w k inie polecam każdemu!

Maria Dybcio

57


nie ma rutyny || kwiecień 2014

Nie ma rutyny //wywiad z Misią Ff

Misia Furtak to jedna z najciekawszych postaci polskiej sceny muzycz­nej. Dotąd znana głównie jako wokalistka i basistka zespołu Très.B, podczas przerwy w działalności grupy zdecydowała się wydać solową epkę pod pseudonimem Misia Ff. Na entuzjastycznie przyjętym minialbumie znalazły się jej pierwsze utwory w języku polskim oraz pomysłowo zaaranżowane covery. W dniu naszego spotkania akurat kręci teledysk do piosenki „Kartonem”, nie przeszkadza to jednak w przeprowadzeniu długiej rozmowy, między innymi o solowej karierze, związanymi z nią wyzwaniami i systemie edukacji.

58


sedno || gazeta studencka

Klaudia Januszewska: Jak czujesz się teraz, kiedy występujesz pod własnym imieniem i nie jesteś już postrzegana jako członek zespołu? Misia Furtak: Tak naprawdę jeszcze nie wiem, to wszystko się dopiero zaczyna. Właściwie całe życie byłam w zespole, w przyszłym roku w sierp­ niu minęłoby już 10 lat. Nie czuję się jeszcze w stu procentach pewnie. Jestem teraz dokładnie pomiędzy dwoma projektami. W solowym projekcie jest inaczej, bo czuję się bardziej odpowiedzialna za wszystko, co się dzieje. W zespole było to podzielone między trzy osoby. K.J.: Czy trudniej jest teraz podej­ mować decyzje? M.F.: Przy okazji pracy nad epką było dużo współpracy z innymi muzykami i producentem, z którym robiłam dużo aranżacji. Pracuję z nimi, ale, jako że jest to moje wydawnictwo, mimo że oni mają własne pomysły, które też chcą pokazać na płycie, wiedzą, że to ja powinnam mieć ostatnie słowo. Co nie zmienia faktu, że teraz czuję chyba jeszcze większą odpowiedzialność niż w zespole. Sama odpowiadam za swoje pomysły, a ponieważ osoby, z którymi pracuję są dla mnie autorytetami i fantastycznymi artystami, których bardzo szanuję, czuję dużą odpowiedzialność.

K.J.: A jak dokładnie w yglądał proces produ kcji pł y t y? Współpracowa ła ś z Lesz k iem Biolik iem, którego zna łaś już wcześniej. Czy jako solowa artystka masz większy wpływ na wszystko, co dzieje się w studiu? Wiem, że przy pracy nad utworem „Kartonem” spędziłaś szczególnie dużo czasu. M.F.: Wszystkie te utwory są tak naprawdę dość „stare”. Chociaż „Mózg” akurat jest dosyć nowym „kolażem”; to skrzyżowanie nowszej muzyki z fragmentem tekstu, który jest bardzo stary. Natomiast utwór „Kartonem” ma półtora roku. Akurat przy nim długo kombinowaliśmy, w jaki sposób rozszerzyć go tak, aby nie stracił swojego kwadratowego, zabawkowego charakteru. Tak naprawdę jest to taka sama praca, jak nad każdym innym materiałem. K iedy pracowa ła m z zespołem w studiu przy płycie „The Other Hand” też tak to wyglądało. Tylko wtedy osobą najbardziej odpowie­d zialną za pracę w studio był Olivier. W związku z tym czułam, że mogę wyrazić swoje zdanie, ale nie jestem głową tego projektu. To są takie umowne rzeczy, ale jeżeli czuję, że ktoś wie coś lepiej, zna się lepiej, to oczywiście chcę wypo­ wiedzieć własne zdanie, ale nie chcę dominować, bo to jest w tym momencie rola kogoś innego. Natomiast przy Misi Ff chcę, żeby to było moje, więc, tak jak mówię w kółko, czuję

59


nie ma rutyny || kwiecień 2014

odpowiedzialność, ale wiem, że ludzie, z którymi współpracuję też chcą mieć coś swojego. I trzeba im to dać powiedzieć, ale jednocześnie mieć pewność, że mnie też się to podoba, bo i tak ostatecznie odpowiedzialność za całość wyląduje na mojej głowie. K.J.: Ostatnio otrzymałaś nagrodę imienia Grzegorza Ciechowskiego. W uzasadnieniu, dlaczego należy się właśnie tobie, wspomniano o g łosie, którego uż y wasz jak instrument. Jak się tego nauczyłaś, czy było to świadome? M.F.: To w ogóle nie było świadome, nigdy. Coś, nad czym bardzo ubolewam, to że jak byłam przez kilka lat w szkole muzycznej, jakoś nikt tego we mnie nie w ychw ycił. Ja sama uznawałam, że to jest najbardziej oczywista rzecz na świecie, nie mając punktu odniesienia, porównania do kogokolwiek innego. Po prostu uwa ża ła m, że wsz ysc y potra fią śpiewać, była to dla mnie oczywista umiejętność więc nigdy jej nie wykorzystywałam. Odeszłam ze szkoły muzycznej jak miałam 10 albo 11 lat i aż do czasu, kiedy zaczęłam studiować, nie robiłam nic związanego z muzyką. Wszystko co robię teraz jest efektem grania w zespole i w różnych projektach, wypróbowywania tego, co mogę zrobić, szukania swoich granic. Pamiętam jak kupiłam DVD koncertowe z Chicago Jeffa Buckleya

60

i zaczęłam z nim śpiewać te wszystkie wysokie nuty, które wyciąga. Wtedy stwierdziłam ze zdziwieniem, że też mogę wysoko śpiewać, bo zawsze mi się wydawało, że śpiewam tylko nisko. Było właśnie parę momentów, kiedy przez przypadek zaśpiewałam i odkryłam, że coś nowego potrafię. Dopiero pod koniec naszego mieszkania w Maastricht, w Holandii, poszłam na kilka lekcji śpiewu, żeby nazwać sobie to co robię i zrozumieć, co się dzieje podczas śpiewu. K.J.: À propos panowania nad głosem i wyrażania emocji chciałam zapytać o cover Lust For Life, który umieściłaś na epce. Jak nagrać cover takiej energicznej, punkowej piosen k i, w wolnej, właściwie akustycznej aranżacji, żeby nie stracił przy tym charakteru? M.F.: Ta piosenka ma niesamowitą historię, którą opowiadam za każdym razem. Ten cover nagrałam w studiu Abbey Road, kompletnie przez przypadek. Z okazji Nowego Roku byłam w Londynie i napisałam życzenia noworoczne do mojego znajomego producenta, który pracuje właśnie w Abbey Road. On, na hasło że jestem, bardzo się ucieszył i zaprosił mnie do kafeterii właśnie tam. Jak przyszłam, stwierdził, że „skoro już jestem, to coś trzeba zrobić”. Zaczęliśmy więc pisać i rzeczywiście ruszyliśmy z sesją. Powiedział, że tak na początek może


sedno || gazeta studencka

lepiej zrobić jakiś cover, może czegoś szalonego, żebym ja to eterycznie zaśpiewała. I to jest setkowe nagranie. Ale też ten cały tekst nie jest czymś, co bym mogła zaśpiewać, to nie jest o mnie. K .J.: Zauważ yłam właśnie, że zmieniłaś tekst… M.F.: Nie zmieniłam, tylko wybrałam sobie część. Dla mnie często problem z wykonaniem tekstów piosenek, zwłaszcza innych artystów, polega na tym, że nie lubię się stawiać w sytuacji, w której udaję, że opowiadam czyjąś historię, w ogóle nie wiedząc, jak to jest, albo czując, że nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia. Jest mi wtedy po prostu głupio. Myślę że „Lust for Life” się obroniło i jest w miarę wiarygodne, bo mam do tego swoją historię. K.J.: Nagrywasz w studiu Abbey Road, spotykasz dużo zespołów podczas tras koncertowych, płytę Très.b „The Other Hand” mikso­ wał producent zajmujący się m.in. Nickiem Cave’em, PJ Harvey i The Fall. Jestem ciekawa, jaki masz stosunek do st ykania się bez­ pośrednio i pośrednio z legendami muzyki, czy jest to jeszcze dla ciebie ekscytujące? M.F.: Jasne, że jest! Ja zawsze strasznie się ekscytuję i cieszę, jak spotykam różnych artystów. Za każdym razem,

kiedy mogę kogoś poobserwować, albo zadać komuś pytanie, to jest to dla mnie bardzo inspirujące. K.J.: Czyli nie popada się w rutynę? M.F.: Masz na myśli, że człowiek przez bycie „w środowisku” jakoś się na to uodparnia? No ja na pewno nie. Jakbym zobaczyła jakąś megalegendę, np. Davida Bowie’go, to kompletnie nie wiedziałabym co powiedzieć. Czułabym się też bardzo niezręcznie rozmawiając na początku z PJ Harvey, myślę, że nie wiedziałabym, jak zacząć. Chociaż najlepiej działają sytuacje, kiedy spotyka się kogoś nie w relacji fan – muzyk, ale przykładowo mając wspólnych znajomych, do których ktoś się dosiada, i to jest właśnie ta osoba. Jak wychodzi się od razu z punktu, gdzie jesteście równi, to oni też mają do ciebie inny stosunek. Więc nawet jeżeli robi to na tobie wrażenie, jest to sytuacja, w której normalnie ze sobą rozmawiacie. Takie niewariowanie paradoksalnie ustawia was w lepszej relacji. Ale zawsze robi to na mnie wrażenie. Pamiętam jak graliśmy z TV On The Radio i przyprowadziłam ich potem do „świętej pamięci” Przekąsek. Oni „przejęli bar” i gadaliśmy do rana. Po powrocie byłam tak nakręcona, że nie mogłam spać, obkleiłam mieszkanie notatkami, miałam sto różnych pomysłów, napisałam szkic piosenki i cały dzień chodziłam, jakby nie wiem co się przeze mnie przetoczyło. Bardzo często mam coś takiego, jak jest jakiś

61


nie ma rutyny || kwiecień 2014

„przelot”, albo ktoś coś powie, i nagle coś mi się odblokowuje. Także, jak najbardziej w tym sensie, u mnie nie ma rutyny. K .J.: Jeste śmy por t a lem st u­ denckim, chciałam więc też zapytać o twoje doświadczenia ze studiami, chociaż wiem, że nierzadko słyszysz o to pytania. Zaciekawiło mnie jednak, że często wspominasz, że gdyby nie studia za granicą, w szkole ludowej w Danii, nie zajęłabyś się muzyką. Co było takiego szczegól­ nego w tamtej atmosferze? M.F.: Rzecz z tą szkołą jest taka, że to właściwie nie jest szkoła. W pol­­ skim rozumieniu szkoła sugeruje, że masz jakiś dyplom, że są wymagania, trzeba zdawać egzaminy – tam czegoś takiego nie ma. W polskim sensie jest to bardziej kurs, kompletnie luźny. Plan dnia polega na tym, żeby wszyscy byli razem, i żeby co rano śpiewać jakieś pieśni i utrzymywać tradycję. Tam nie ma żadnych egzaminów, nie ma żadnych sprawdzianów, coś się przygotowuje, pokazuje się to ludziom i tyle. Nie wiąże się to z żadną oceną. Na tym polega magia tej szkoły, że chodzi o to, żeby rzucić się w kontekst ludzi, którzy chcą tego samego, którzy chcą coś zrobić, czegoś się nauczyć, chcą znaleźć w tym siebie. Ja pojechałam tam myśląc, że chcę robić coś związanego z muzyką, wiedząc, że to lubię, ale nie traktując tego poważnie, nie traktując tego jako

62

coś, co mogłabym tak naprawdę robić profesjonalnie. Wydawało mi się, że skoro nie jestem muzykiem i nie skończyłam szkoły, to nie mam szans, więc pojadę tam dla zabawy. Okazało się, że ci wszyscy ludzie którzy tam są, pojechali tam za nauką, dla zabawy, i że próbują, łapią za wszystko i grają. I kto definiuje, że musisz mieć jakiś dyplom żeby być muzykiem, a gdy go nie masz, to nie jesteś? Jak złapiesz za instrument i zrobisz coś, co jest fajne i wiarygodne, to znaczy, że tak ma być. Więc to spowodowało, że ustawienie w głowie mi się trochę zmieniło, coś się przewartościowało. I zupełnie się odblokowałam, na tyle, że odważyłam się grać na basie, stanąć przed zespołem i śpiewać grając. Dzięki temu, że zobaczyłam jak myślą o tym ludzie w tej szkole, bardzo dużo zmieniło się w mojej mentalności. K.J.: Czy miałaś też jakieś doświad­ czenia z polską edukacją, masz jakieś porównanie? M.F.: W Polsce studiowałam dwa lata przed wyjazdem i jest tu zupełnie inna menta lność. Studiowa ła m najpierw na uniwersytecie w Zielonej Górze, a potem rok na Uniwersytecie Warszawskim. Szczerze mówiąc mało z tego pamiętam i mało mi to dało, było bardziej tak, że wiedziałam, że muszę to zrobić. Z Warszaw y ze studiów pamiętam po prostu osobowości jak np. Agata Tuszyńska, z k t ó r ą p i s a l i ś my r e p o r t a ż e .


sedno || gazeta studencka

To wspaniała osoba i bardzo dużo mnie nauczyła. Ale to wynikało nie z tego, że program studiów był dobry, tylko z tego jaką ona jest osobą. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby szkoła dawała możliwości, żeby ludzie sami z siebie, zderzając się ze sobą, mogli coś nowego z siebie wygenerować, odkryć, a tego w ogóle nie ma. Ja przynajmniej mam takie doświadczenia. K.J.: Czy przez taką naukę pracy w grupie łatwiej było nagrać album, który jest efektem współpracy wielu muzyków? Jest jakaś różnica w men­ talności polskich muzyków i tych, którzy kształcili się za granicą? M.F.: Akurat muzycy, z którymi ja współpracuje są naprawdę fajni, mają luz. Ale jest bardzo dużo ludzi, którzy po prostu go nie mają, są tacy napięci. W Polsce często muzycy są „szkolni”, super wyszkoleni na zasadzie: „mam dyplom i gram popisowe pochody, bo mogę”. Mnie najbardziej interesują tacy muzycy, którzy mogą zagrać wszystko, ale tego nie robią, bo po co, skoro np. nie pasuje. Chodzi nie tylko o to, żeby się pokazać. To, że ktoś coś może, nie jest jeszcze powodem, żeby to zrobić. Ale wiadomo, nie każdy ma luz, a wszędzie zdarzają się ludzie, którzy lubią się popisywać. K.J.: Ostatnio w zagranicznych mediach pojawiło się dużo głosów n a temat problemów, ja k ich

doświadczają kobiety w przemyśle muzycznym. Czy w Polsce też ist­ nieje taki problem? M.F.: Jest na pewno trochę stereotypów. Pamiętam, że wiele razy, kiedy wchodziliśmy z zespołem na scenę się rozstawiać, do mnie trafiały tylko pytania logistyczne, bo wszyscy myśleli, że jestem managerką. Często słyszę teksty typu „fajnie chłopaki grają” nawet jeśli w zespole jest dziewczyna. Mam generalnie szczęście do ludzi, ale kiedy myślę, o liście który napisała Grimes, to skłamałabym mówiąc, że nigdy mi się nic ta­k iego nie zdarzyło. Grimes napisała między innymi, że ma dosyć bycia infanty­ lizowaną i traktowaną, jako obiekt. Jest zmęczona mężczyznami bez wielkich osiągnięć zawodow ych, czyli zwyczajnie gorszych od niej w tym, co robią, którzy proponują jej – bez pytania – pomoc w pracy, jakby to, że jest młodą dziewczyną sugerowało, że jest niepełnosprawna i sobie sama nie poradzi. Odsyłam do listu – http://actuallygrimes.tumblr. com/post/48744769552/i-dont-wantto-have-to-compromise-my-moralsin-order Moim zdaniem to bardzo ważne, żeby o tym rozmawiać. K.J.: Od początku kariery artystycz­ nej dużo korzystasz z internetowej promocji, miałaś profil na Myspace, zbieraliście pieniądze za pomocą crowdfundingu, teraz sprzedajesz

63


nie ma rutyny || kwiecień 2014

płytę przez Bandcamp. Jaki nowy trend internetowy szczególnie ci się podoba? M . F. : Wc z o r a j r o z m a w i a ł a m z koleżankami, że nowa rzecz, która się będzie liczyła to Instagram. Popularność Facebooka zaczyna teraz spadać, bo serwis ma za dużo reklam i jest już przeładowany. Na pewno wyłoni się Google+ i właśnie Instagram. Ogólnie w Polsce jest jeszcze dużo do w ykorzystania. W dalszym ciągu rzeczy oczywiste na świecie w Polsce nagle pojawiają się jako ciekawostka. K.J.: Ponieważ zbliża się koniec roku, chciałabym cię poprosić, abyś podsumowała go muzycznie. Czego słuchałaś i jakie płyty odkryłaś? M.F.: Było sporo fajnych polskich płyt. Bardzo różnych, ale na pewno takich, których trzeba posłuchać: KARI, Tomek Makowiecki, Rita Pax, Hokei, Stara Rzeka, Wovoka, Bokka, Daw id Podsiad ło, Mag nif icent Muttley, Eric Shoves Them in His Pockets, Krzysztof Zalewski, Rebeka, Kixnare, Sorry Boys i jeszcze wiele innych. Za granicą też było naprawdę dobrze. Polecam: Un k now n M o r t a l O rc he s t r a , Darkside, The National, Outfit, Anna Calvi, Queens of the Stone Age, Local Natives, Baths, Kanye West, Chelsea

64

Wolfe, Nick Cave and the Bad Seeds, The Flaming Lips, Glass Animals, Preatures, Emiliana Torini, Woodkid, Midlake, King Krule, Money, Pond, Fuzz , Thee Oh Sees, Vampire Weekend, Fuck Buttons. Oczywiście jest więcej, ale może na tym poprzestanę. Już i tak całkiem niezła lista się zrobiła.

Klaudia Januszewska


sedno || gazeta studencka

Kuszące zło //o czarnych charakterach w serialach

Seriale towarzyszyły nam praktycznie od zawsze. Z biegiem lat zmieniała się tylko ich forma. Początkowo oglądaliśmy przecież kreskówki, żyliśmy razem z ich bohaterami, naśladowaliśmy ich mowę oraz zachowania. Pamiętam, jak w szkole podstawowej, furorę zrobił najpierw Dragon Ball, a potem Pokemony. Te czasy minęły, dorośliśmy. Zmieniliśmy się, a wraz z nimi zmieniły się nasze filmowe wybory. Nie oglądamy już (chociaż może czasem ukradkiem przez palce) bajek. Zamieniliśmy Happy Meala na krwisty befsztyk.

Jeżeli nawet nie oglądaliście wcześniej żadnych z poniżej wymienionych produkcji, być może słyszeliście o nich od swoich znajomych. Zastanawiające jest, w jaki sposób „branża serialowa” powoli ewoluuje. Dzieje się to od kilku dobrych lat. Świat pokazywany w kolejnych seriach staje się coraz bardziej mroczny. Coraz rzadsze są produkcje, w których życie zostaje zobrazowane w cukierkowych konwen­ cjach. I nie ma się czemu dziwić. Doświadczenia ostatnich lat, a przede

wszystkim doświadczenie recesji gospodarczej, skutecznie ostudziły społeczeńst wa , sprowadzając je z obłoków wiecznej prosperity na twardą prozę życia. Z całą pewnością można powiedzieć, że te morowe nastroje są doskona le widoczne w kinematografii. Oczywiście, są produkcje, które swoją widowiskowością przebijają wszystko inne (choćby zeszłoroczny hit – Wielki Gatsby), jednakże ostatecznie także w nich dominują zwykłe ludzkie problemy i słabości. Kinematografia zawsze starała się

65


kuszące zło || kwiecień 2014

nadążyć za zmieniającym się otoczeniem. Duży i srebrny ekran ma niewątpliwie czar i urok, zdolny do wpływania na sposób, w jaki postrzegamy świat. Seriale konsekwentnie to wykorzystują. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej angaż do takiej formy kinematograficznej sztuki był dla aktora zesłaniem do Tartaru. Brak możliwości powrotu, zwłaszcza jeśli trafiła mu się rola w tasiemcu. Prawdą jest to, że w ogromnej większości przypadków nawet dobrze zagrana postać „przylepia się” do osoby, która ją odtwarza. Przykład z naszego podwórka – młodego Marka Perepeczko ciężko nie kojarzyć z postacią Janosika a Cezarego Pazury z rolą Czarka w 13 posterunku. Taka stygmatyzacja może zaważyć na dalszym przebiegu kariery, nic więc dziwnego, że nastąpił kiedyś podział na aktorów „serialowych” oraz „filmowych”. Czasy się jednak zmieniły, tak samo, jak podejście do tej formy przedstawiania fabuły. Można to porównać właśnie do „dorastania”. Okazało się, że dłuższa forma opowieści, choć podzielona na fragmenty, może równie dobrze, a nawet lepiej, kreować świetne widowisko. Pierwszym zwiastunem zmian był serial Davida Lyncha i Marka Frosta – Miasteczko Twin Peaks, które również w Polsce zebrało sporą rzeszę sympatyków. Pomimo

66

świetnych ocen i recenzji, inni producenci przez długi czas nie potrafili stworzyć czegoś równie dobrego. Przełom nastąpił ponad dekadę później, za sprawą J. J. Abramsa, Jeffreya Liebera i Damona Lindelofa, którzy stworzyli kasowy przebój – LOST: Zagubieni. Nowatorstwo autorów polegało na tym, że przedstawili oni w bardzo wiarygodny sposób losy ocalałych z katastrofy samolotu pasażerów, którzy znaleźli się na wyspie nieistniejącej na żadnych mapach. Producenci dodali do tego elementy fantastyczne, skomplikowaną fabułę oraz psychologizację postaci, która od tej pory zaczęła być jednym z n a j w a ż n ie j s z yc h e le m e ntów współczesnego serialu. Zagubieni zdobyli wiele prestiżowych nagród, w tym Emmy oraz Złoty Glob. Mimo tego, że była to jedna z najdroższych d ł u g o m e t r a ż o w yc h pr o d u k c j i telewizyj­nych w historii tego medium, nie przełożyło się to tak naprawdę na sukces poszczególnych aktorów. Najbliżej stania się gwiazdą filmową był Matthew Fox, który zagrał w kilku produkcjach, jednakże bez większego sukcesu. Po raz kolejny okazało się, że film i serial to dwie zupełnie różne rzeczy. Chociaż w Lost główni bohaterowie byli bardziej „biali” niż szarzy, zostali przedstawieni w taki sposób, że widz, mimo tego, że wiedział o ich grzechach


sedno || gazeta studencka

z przeszłości, nie przestawał ich lubić, W końcu byli oni dzielni, pomagali sobie oraz trzymali się zasad. Lost to jeszcze czasy naiwnej miłości do dobra. Małym krokiem „ku przepaści” był genialny Dr. House, z fenomenalną rolą Hugh Lauriego. Jego bohater, tytułowy Dr. House, był cynikiem, szowinistą oraz lekomanem. Z drugiej strony to genialny diagnosta, który dawał sobie radę z każdym, nawet najbardziej absurdalnym przypadkiem. Kreacja postaci pokazywała szarość jego charakteru, jednakże z bieg iem czasu dochodzi liśmy do wniosku, że jest to po prostu nieszczęśliwy, schorowany człowiek, nad którym nasz sąd nie powinien być taki surowy. Wreszcie pojawił się serial, który miał w sobie ładunek czystego zła w postaci głównego bohatera. Dexter, bo o nim mowa, to produkcja o seryj­ nym mordercy, psychopacie, który w imieniu „wyższych racji” zabija tylko „tych złych”, wykorzystując do ich namierzenia swoją pracę w policji. O ile House był małym krokiem, tutaj możemy mówić o skoku naprzód. Sceny morderstw, choć groteskowe, zapadają w pamięć. Dextera da się lubić, to miły gość, niektórzy mogliby też powiedzieć, że całkiem przystoj­ ­ny. Po raz pierwszy jednak mamy do czynienia ze złem w swojej najczystszej

fizycznej postaci. Czymś, co zaskakuje i szokuje swoją oczywistością. Monopol dobrego bohatera zostaje tutaj bez wątpienia złamany. Kolejnym kamieniem mi low ym był bez wątpienia Breaking Bad. Serial, bez którego żaden ranking poświęcony kreacji postaci, klimacie produkcji nie mógłby się obyć. Vince Gilligan według wielu stworzył arcydzieło, serial, który wyznacza nowe standardy w swoim gatunku. Jest to smutna opowieść przykładnym ojcu, mężu oraz pracowniku – Walterze White’cie, u którego zostaje zdiagnozowany guz płuc. Jako, że sam ledwo wiąże koniec z końcem, Walt postanawia przy pomocy lokalnego dilera narkotyków rozpocząć produkcję kryształów metaamfetaminy. Okazuje się, że zło może być nie tylko kuszące, ale także fascynujące. Powoli nakręcana jest spirala przemocy, a sama działalność uzależnia boha­ tera niczym najlepsza kolumbijska kokaina. Zło zostało pokazane jako coś banalnego – rzecz, którą każdy może zaadaptować i stworzyć do niej system wartości oraz własny kodeks honorowy. Serial otrzymał aż 6 (sic!) nagród Emmy. Trudno jest powiedzieć, czy aktorzy w ni m g rają c y od niosą su kces w przyszłości również na dużym ekranie. Bez wątpienia osiągnęli wszystko na małym. Bryan Cranston i Aaron

67


kuszące zło || kwiecień 2014

Paul pokazali, że doskonałą formę można utrzymywać przez cały czas trwania historii. 21 marca premierę miał Need for Speed z Paulem, natomiast w maju możemy spodziewać się remake'u Godzilli z Cranstonem. Czas pokaże, czy tak wielki sukces można przekuć w równie dobre role filmowe. Ostatnim przykładem, który przytoczę jest wyśmienity House of Cards, z Kevinem Spaceyem w roli głównej. Gra on tutaj cynicznego do granic możliwości senatora Franka Underwooda, który po odsunięciu jego kandydatury na stanowisko Sekretarza Stanu, zamierza wszelkimi dostępnymi środkami sięgnąć po władzę w Białym Domu. Postać stworzona przez Beau Willimona bazuje na mini­s erialu BBC pod t ym samym t ytułem. Wyrachowa nie , z ja k i m d zia ła Francis, jest trudne do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika. Z drugiej strony – podziwiamy jego geniusz, którego używa do manipulacji ludźmi. Postać ta różni się od takiego House'a tym, że budzi ona skrajnie negatywne emocje. Tak naprawdę im dokładniej poznajemy głównego bohatera, tym bardziej go potępiamy, chociaż zdajemy sobie sprawę z lodowatej logiki jego poczynań. Sam Spacey jest w komfortowej sytuacji. Jako jeden z producentów może ze spokojem robić to, na co będzie miał ochotę. Jest spełnionym aktorem, zagrał w wielu

68

kasowych produkcjach. Jest po prostu marką samą w sobie, a tą produkcją tylko to potwierdził. W końcu zło stało się sexy. Podsumowując – seriale pokazują tylko to, co chcemy oglądać. Te najlepsze – wchodzą głęboko w naszą psychikę, rodząc niekiedy pytania, na które musimy długo szukać odpowiedzi. Osobiście cieszę się z tego, że mam możliwość oglądać dzieła dojrzałe, względnie kompletne oraz frapujące. Zło zawsze było pociągające. Mówiąc przewrotnie – scenarzyści hollywoodzcy nie odkryli tutaj Ameryki. Wprost przeciwnie – wreszcie zaczęli podawać wykwintne dania, którymi możemy delektować się przez długi czas. Zapewne każdy z Was znajdzie w tym przebogatym serialowym menu coś dla siebie a ja serdecznie życzę Wam samych udanych wyborów..

Bartosz Ząbek


sedno || gazeta studencka

Wiemy co robimy //wywiad z pandą, basistą Toy

Już pierwszymi singlami przyciągnęli uwagę publiczności i krytyków. Jak dotąd wydali dwie płyty, ale w planach mają dużo więcej. Ich muzyka to misterne połączenie pulsujących, surowych basów z przesterowanymi gitarami i hipnotyzującymi klawiszami, które połączone tworzą intrygujący, zamglony i miejscami niepokojący krajobraz muzyczny. Lubią szalone eksperymenty z hałasem, ale nie pogardzą chwytliwymi melodiami. Toy to jeden z zespołów, które po prostu warto obserwować. Oto rozmowa z Pandą, basistą grupy, przeprowadzona przy okazji marcowego koncertu Toy w Warszawie.

K laudia Januszewska: Jesteście w trakcie bardzo intensywnej trasy koncertowej. Jak udaje się wam zachować entuzjazm i dalej się nią cieszyć? Panda: To trudne, jesteśmy dokładnie w połowie trasy. Po prostu bardzo dobrze się bawimy i podnosimy nawzajem na duchu. No i zwyczaj­ nie lubimy grać. Jesteśmy też bardzo blisko ze sobą jako grupa ludzi, znamy się już od dawna. Po prostu cały czas cieszymy się trasą.

K.J.: Gracie w Polsce już drugi raz, macie jakieś wspomnienia z waszego poprzedniego koncertu? P.: Graliśmy w Gdańsku, w zeszłym roku podcza s festiwa lu. Nigdy wcześniej nie graliśmy w Warszawie, ale na koncercie w Gdańsku bardzo nam się podobało. Podczas tej trasy będziemy grać w kilku miejscach, w których jeszcze nie byliśmy i to jest właśnie pierwsze z nich, nie byliśmy jeszcze w tej części świata. Ale to wspaniałe przyjeżdżać do każdego miejsca, w którym, jak mamy nadzieję,

69


ludzie chcą nas słuchać. Czekamy więc z niecierpliwością na dzisiejszy koncert. K.J.: Jesteście w trasie z drugą płytą, „Join the Dots”, która okazała się być dużym sukcesem. Co tak właściwie jest dla was wskaźnikiem sukcesu, na czym wam najbardziej zależy? P.: Po prostu chcemy, żeby ludzie nas słuchali. Myślę że Tom (Dougall, wokalista) powiedziałby, że wolałby, żeby mała grupa ludzi naprawdę zrozumiała, o co nam chodzi, niż duża grupa myślała, że byliśmy tylko „ok”. Jeżeli chodzi o sukces, jesteśmy w trasie, robimy to, co kochamy najbardziej, czyli gramy i dobrze się bawimy. Dla nas to jest właśnie sukces. I wydaje mi się, że album został naprawdę dobrze przyjęty, ludzie słuchają kawałków z drugiego krążka i można zobaczyć, że doceniają je tak samo jak piosenki, które znają trochę lepiej, te z pierwszego. Więc jesteśmy bardzo zadowoleni. K.J.: Wasza muzyka jest bardzo sugesty wna i działająca na w y­­ obraźnię. Jakich emocji wy szukacie w muzyce, jakie uczucia ma w was wywoływać? P.: Przede wszystkim smutek i me­lancholię. I to nie dlatego, że jestem bardzo smutnym albo melancholijnym

70

człowiekiem… Ale też zupełnie inne emocje. Radość, coś niesamowicie podnoszącego na duchu. Wydaje mi się, że naprawdę lubimy rzeczy, które są smutne i przygnębiające, ale jednocześnie bardzo podnoszące na duchu. Bo przy nich najbardziej czuć, że żyjemy. K .J.: Więc s łod ko-gor z k ie, mieszane emocje? P.: Tak, słodko-gorzkie emocje są zawsze dobre. Podnoszące na duchu, pełne nadziei. No i smutku (śmiech). K.J.: W waszej muzyce jest dużo zmian nastroju, a jedna piosenka potra f i melodyczn ie pod ą ż ać w bardzo różnych kierunkach. Czy jest to improwizowane, czy planuje­ cie to wcześniej? P.: Zawsze zostawiamy miejsce na improwizację. Nigdy tak naprawdę nie gramy jednej rzeczy dwa razy. Każdy ma pomysły i każdy wie co robić, po prostu wiemy co robimy. K.J.: Wasz producent, Dan Carey, niedawno za łoż ył now y label, Speedy Wunderground. Promuje on lekko niedokończoną, szybko nagraną muzykę. Słyszałam, że też mieliście w tym swój udział. Jakie są wasze wrażenia i co sądzicie o tym pomyśle?


sedno || gazeta studencka

P.: Idea jest taka, że piosenka ma być nagrana w ciągu jednego dnia, nie ma żadnych przerw na lunch, po prostu trzeba to zrobić. A nam zawsze podobał się pomysł robienia czegoś pod wpływem chwili. Uważam, że siedzenie w miejscu za długo, rozmyślanie nad czymś zbyt dokładnie sprawia, że to coś trochę traci swoją magię. W etosie i sposobie myślenia Dana przy nowym labelu chodzi o szybkość, kreatywność i pozostawianie rzeczy nowymi i świeżymi. I to jest naprawdę wspaniałe! Dla Speedy Wunderground nagraliśmy piosenkę z Natashą Khan z Bat for Lashes i bardzo nam się to podobało. K.J.: Zawsze mówicie, że chcieli­ byście wydać dużo albumów i być tak produktywnymi, jak tylko się da. Jak udaje się wam zachować kreatywność? Czy przychodzi wam to naturalnie? P.: Tak, myślę, że każdego z nas rozpiera energia, więc nawzajem wzbudzamy swoje zainteresowanie. Po prostu naturalnie chcemy się rozwijać i iść do przodu. Tak naprawdę nie możemy usiedzieć w miejscu, więc popychamy się nawzajem do tworzenia i bycia kreatywnymi. K.J.: Podoba mi się wasz pomysł wydawania jednego albumu na rok. P.: Właśnie, bardzo byśmy chcieli

coś takiego zrobić. W tym roku mamy nadzieję w ydać podwójny live album, z piosenkami z pierwszej i nowej płyty. Chcemy też zrobić EP, także eksperymentalną EP, a potem też zacząć pracować nad nową płytą. Więc chcemy wydać jakieś cztery rzeczy (śmiech). K .J.: Często wspominacie ja k ważne jest dla was otoczenie pod­ czas nagrywania płyt. Gdybyście mogli wybrać dowolne miejsce na świecie do nagrania albumu, gdzie by to było? P.: Miejsce jest d la nas ważne, zastanawialiśmy się nad tym. Dwie pierwsze płyty nagraliśmy w tym samym środowisku, w studiu Dana Careya. To niesamowite miejsce ze świetnym sprzętem, idealne do nagrywania muzyki i dobrej zabawy. Ale na pewno chcielibyśmy się rozwijać i znaleźć jakieś inne. Może też z Danem. Myśleliśmy o wybraniu się do kolejnego studia, może do Ameryki, do El Paso. Może pewnego dnia tam pojedziemy i zobaczymy, co się wydarzy. K.J.: Wasz gust muzyczny jest bardzo zróżnicowany, jakie są skraj­ ności wśród tego, czego słuchacie? P.: Jest niezwykle zróżnicowany, cały czas mamy włączoną muzykę. Charlie, nasz perkusista ma iPoda,

71


wiemy co robimy || kwiecień 2014

a jego przyjaciele zgrywają na niego mnóstwo muzyki. On też wrzuca na niego dużo rzeczy. Ten iPod jest cały czas włączony i zawsze leci coś nowego, więc stale słuchamy czegoś innego, ale tak naprawdę nawet nie wiemy co to jest. Nie powiedziałbym, że są jakieś skrajności. Nasz gust jest po prostu szeroki, słuchamy najróżniejszych rzeczy. K.J.: Czego słuchaliście podczas trwającej właśnie trasy? Czy macie jakiś specjalny soundtrack?

P.: Podczas tej trasy słuchaliśmy The International Submarine Band, pierwszego zespołu Grama Parsonsa, I The Flying Burrito Brothers. A więc country rocka, z dużą ilością efektów i gitary. I The Byrds, są chyba ogólnie naszym ulubionym zespołem, zawsze ich słuchamy, też dużo podczas tej trasy. Słuchaliśmy też zespołu o nazwie The Idle Race, grupy z lat 60’, o której trochę zapomnieliśmy, ale ostatnio słuchaliśmy ich dwóch pierw­ szych płyt. Więc dużo tego. Oprócz tego jest też sporo dziwnego szajsu.

Klauda Januszewska zdjęcia: Hani Amir

72


sedno || gazeta studencka

Festiwal teatrów studenckich START //relacja

Festiwal Teatrów Studenckich START przyjął sobie za cel dość ambitne zadanie ukazania czym jest współcześnie teatr studencki oraz zintegrowania środowisk go tworzących. Pierwsza edycja Festiwalu odbyła się w dniach 13-16 marca w Instytucie Teatralnym oraz w Sali Laboratorium Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim. Twórcy festiwalu, członkowie powstałego 2 lata temu Stowarzyszenia Międzynarodowych Inicjatyw Kulturalnych, pragnęli stworzyć wydarzenie umożliwiające teatrom studenckim prezentację twórczości nie tylko szerszej publiczności, ale i sobie nawzajem. Dyrektor Festiwalu, Michał Jóźwiak, zwraca uwagę na fakt, że zjawisko, jakim jest teatr studencki, nie posiada klasyfikacji, poszczególne teatry żyją niejako „własnym życiem”, cały ruch natomiast pozostawał nieodkryty.

Spotkanie miało z początku obej­ mować tylko teatry skupione wokół Uniwersytetu Warszawskiego – Koło Naukowe Wydziału Dziennikarstwa i N a u k Po l i t y c z n y c h „Te a t r i Polityka”, Teatr Hybr ydy U W oraz Teatr Polonistyki UW, finalnie

jednak zestaw ten został wzbogacony o prężnie działający Teatr SGH. Zderzenie środowisk miało też dodatkowy wymiar, bowiem do Jury zostali zaproszeni twórcy i obserwatorzy Teatru Studenckiego czasów PRL-u – Jolanta Krukowska, współzałożycielka

73


powstałej w 1973 roku eksperymentalnej grupy Akademia Ruchu, Ewa Wójciak, związana od 1972 roku z wywodzącym się z kontrkultury lat sześćdziesiątych Teatrem Ósmego Dnia (wcześniej: Studencki Teatr Poezji Ósmego Dnia), którego od 2000 roku jest dyrektorem oraz Zdzisław Jaskuła – poeta, reżyser, scenarzysta i opozycjonista, obecnie dyrektor łódzkiego Teatru Nowego. Festiwal otworzył „spektakl mistrzo­ wski” Teatru Ósmego Dnia – „Teczki”, będące teatralno-dokumentalnym eksper ymentem zainspirowanym

74

odkryciem przez członków zespołu ich własnych teczek w archiwum Służby Bezpieczeństwa. Ciekawe – festiwal zderzający współczesnych polskich twórców środowisk studenckich z ich peerelowskimi „starszymi braćmi” otwiera spektakl, którego fabuła rozgrywa się w miejscu spotkania tych dwóch rzeczywistości. Ja ko pier wsze wśród spekta k l i kon kursow ych zaprezentowa ne zostało „Wesele” Koła Naukowego „Teatr i Polityka” w reżyserii Daniela Przastka, będące twórczym połączeniem Wyspia ńsk iego i Brechta,


sedno || gazeta studencka

a także filmu Mariusza Trelińskiego „Egoiści”. Twórcy spektaklu wykorzystali powyższe teksty kultury do stworzenia wypowiedzi na temat współczesnego młodego pokolenia, które wkracza w dorosłe życie. Następnego dnia swój spekta k l zaprezentował Teatr Hybrydy UW. Kameralna, oparta na psychologii bohaterek „Kobieta z przeszłości” według dramatu Andrzeja Niedoby w reżyserii Macieja Dzięciołowskiego konfrontuje młodą niemiecką dziennikarkę Isabel z faktami z wojennej i powojennej przeszłości jej rodziny, które zmuszają ją do zredefiniowania

nie tylko wspomnień, ale i swojego „tu i teraz”. Kolejnym spektaklem konkursowym był „Mężczyzna do wzięcia” Jeremiego Przybory w reżyserii Piotra Barthy Teatru Polonistyki. Spektakl, chyba ze wszystkich festiwalowych najbliższy duchem „tradycyjnemu” teatrowi, językiem przedwojennej farsy opowiada historię mężczyzny, który nie potrafi odnaleźć się w świecie relacji międzyludzkich. Teatr Polonistyki zrealizował tym samym swoje założenie: „Chcemy wyciągać z dramatów to, co najlepsze, czyli uniwersalne wartości”.

75


festiwal teatrów studenckich start || kwiecień 2014

Wystawienia konkursowe zamk­ nął spektakl SGH „W bagażniku jakim jest życie” w reżyserii Jerzego Łazewskiego. To kilka – kilkanaście równoległych historii językiem nieco groteskowym opowiadających o nadziejach, lękach i doświadcze­ niach głównie młodych ludzi, czasem jednak nieco na wyrost próbowały objąć całość doświadczenia ludzkiego, przez co spektakl momentami tracił na autentyczności. Należy jednak docenić stworzenie własnego tekstu od podstaw, szczególnie, że wiele ze scen było zbudowanych naprawdę zręcznie. Po ostatnim spektaklu odbyła się uroczysta Gala Finałowa, na której dokonane zostało podsumowanie całego przedsięwzięcia. Nagrodę publiczności (ta mogła głosować, wrzucając bilety do odpowiednich urn) otrzymał spektakl „Wesele”. Podsumowanie to ważny moment dla biorących w nim udział twórców, usłyszą oni bowiem, co o ich twórczości sądzą profesjonaliści zasiadający w jury. Wydaje się, że spektakle zaprezentowane na festiwalu nieco minęły się z oczekiwaniami (być może niesłusznymi?) Jolanty Krukowskiej, Ewy Wójciak i Zdzisława Jaskuły. Dla Wójciak świat przedstawiony przez młodzież jawi się ponuro; brakowało jej próby walki z rzeczywistością, zmagania się z nią za pomocą własnego języka. Tę kwestię poruszyła również

76

Jolanta Krukowska, której w festiwalowych przedstawieniach zabrakło też plastyki i ruchu, docenia jednak rolę obrazu w „Weselu”. Uważa, że sztuka studencka powinna nie tylko mówić o tęsknotach i pragnieniach, ale też mierzyć się z tym tematem. Studenci niepotrzebnie chowają się za cudzymi tekstami (tu jednak jury wyróżniło próbę podjętą przez SGH). Zdzisław Jaskuła zauważył rezygnację z próby zmieniania świata na rzecz opisywania go; w kontrze do tego postawił teatr studencki czasów PRL-u, który stanowił pewną rebelię. We współczesnych wystawieniach widział bezradność wobec życia, brakowa ło mu odruchu sprzeciw u, dostrzegł jednak pewien „pazur”, pewną próbę zmagania w „Weselu”. Zgodnie jednak jury doceniło wartość festiwalu, jaką jest możliwość spotkania i wymiany zdań. Wypowiedzi te częściowo kontruje dyrektor festiwalu, Michał Jóźwiak. Zwraca uwagę, że PRL a dzisiejsza Polska to dwa zupełnie różne świa­ ­t y. Jury zatrzymało się być może w czasach, gdy sztuka studencka poruszała ważne problemy społecz­ ­n e. Zaryzykowałby stwierdzenie, że obecnie teatr studencki stara się naśladować teatr profesjonalny. I rzeczy wiście – w ydaje się, że w tych zaledwie czterech spektaklach odbija się wiele z tendencji


sedno || gazeta studencka

77


festiwal teatrów studenckich start || kwiecień 2014

współczesnego teatru. Mamy więc spektakl „patchworkowy”, odwołujący się do kilku różnych tekstów kultury, by stworzyć nową jakość („Wesele” Teatru i Polityki), odkrywanie „niewygranych”, mało znanych tekstów („Kobieta z przeszłości” na podstawie dramatu Andrzeja Niedoby Teatru Hybrydy), bardzo widoczny szczególnie w tym roku powrót do klasyki („Mężczyzna do wzięcia” Jeremiego Przybor y Teatru Polonistyki) oraz spektakl będący rodzajem kreacji grupowej, zbiorem doświadczeń współtwórców („W bagażniku jakim jest życie” Teatru SGH). Czy jednak zdiagnozowana przez jury bierność wobec rzeczywistości jest w istocie spowodowana jedynie chęcią tworzenia pewnej kreacji artystycznej zamiast wypowiedzi, traktowaniem sceny studenckiej jako swego rodzaju pola treningowego dla ćwiczenia się w sztuce teatralnej? Tematy podej­­ mowane przez studentów sugerują, że jednak tak nie jest. Wszystkie spektakle wyrażały przecież w mniej lub bardziej zawoalowany sposób niezadowolenie z rzeczywistości. Być

78

może pewna nieumiejętność stawania wobec otaczającego nas świata wynika z faktu, że jesteśmy jednym z pierwszych pokoleń, które nie posiada jasno zdefiniowanego celu rebelii i nie bardzo wiadomo, w którym kierunku ostrze owego buntu skierować. Miłym zaskoczeniem dla organizatorów była frekwencja – publiczność rzeczywiście dopisała i wykraczała poza krewnych i znajomych występujących, co przy spektaklach teatrów amatorskich nie jest znowu takie częste. Najcenniejsza dla Michała Jóźwiaka była możliwość zobaczenia w jednym miejscu, jak te teatry wyglądają i jak teatr widzą dziennikarze, poloniści czy ekonomiści. Dużą satysfakcję przyniosło mu stworzenie możliwości wymiany zdań oraz zawarcia znajomości, czego lwia część odbyła się na bankiecie po Gali Finałowej w Instalacjach Art Bistro. W tym miejscu jednak ur y wam relację, ponieważ eleganccy ludzie nie rozmawiają o tym, co dzieje się w kuluarach.

Natalia Kamińska zdjęcia: Jakub Nicieja


sedno || gazeta studencka

Święto muzyki, czyli Record Store Day //zapowiedź

Nieważne jak szybko rozwijają się serwisy streamingowe − muzyka w tradycyjnym formacie zawsze się obroni. Sukces Record Store Day, który odbędzie się w tym roku już po raz siódmy, jest tego najlepszym przykładem.

Wszystko zaczęło się w 2007 roku, kiedy grupa właścicieli amerykań­ skich sklepów muzycznych zaczęła zastanawiać się, jak uchronić je przed coraz bardziej prawdopodobnym odejściem w zapomnienie. Wtedy właśnie narodziła się idea Record Store Day, inicjatywy promującej nie tylko kupno nagrań w fizycznym formacie, ale całą specyficzną kulturę skupioną wokół małych, niezależnych lokali zajmujących się ich sprzedażą. Pierwszy Record Store Day odbył się rok później w San Francisco i spotykał się z ogromnym wsparciem ze strony artystów i innych osób związanych z przemysłem muzycznym oraz zwykłych fanów.

Zasady są proste – na Record Store Day muzycy przygotowują różnego rodzaju ekskluzy wne w ydawnictwa, które można kupić wyłącznie w uczestniczących w nim lokalach. Jak na prawdziwie niezależne sklepy przystało, każdy wybiera te, które najbardziej mu pasują, dlatego przed udaniem się na zakupy warto sprawdzić, co dokładnie będzie można nabyć w danym lokalu. Nagrania z okazji Record Store Day wyróżnia u n i k atowo ś ć , s ą produ kowa ne najczęściej w mocno limitowanym nakładzie. Artyści zazwyczaj stawiają na udostępnianie perełek z przeszłości, nietypowych reedycji, albo po prostu niepublikowanych wcześniej utworów. Ale zdarzają się też zespoły, które

79


record store day || kwiecień 2014

na Record Store Day po raz pierw­ szy prezentują światu zapowiedzi nadchodzących płyt. Obowiązuje tu pełna dowolność i zasady dyktuje pomysłowość artystów. Od 2009 roku Record Store Day może poszczycić się posiadaniem własnego ambasadora. Właśnie wtedy Jesse Hughes z zespołu Eagles of Death Metal został mianowany na to stanowisko przez… samego siebie. Rok później podobnego zaszczytu, ale już z rąk organizatorów, dostąpił dobry znajomy Hughesa – Josh Homme, a w kolejnych latach także Ozzy Osbourne, Iggy Pop oraz Jack White. W tym roku obowiązki rzecznika święta powierzone zostały Chuckowi D, jednemu z członków Public Enemy, prawdziwej legendzie rapu. Jego wybór doskonale odzwierciedla zróżnico­ wanie kulturowe i gatunkowe Record Store Day. Na rok 2014 zapowiedziano już ponad 600 specjalnych wydawnictw, będzie więc z czego wybierać. Wiadomo, że w ofercie znajdzie się siedmiocalowy winyl z „Rock’n’Roll Suicide” Davida Bowie’go z 1972 roku, pakiet płyt przygotowany przez zespół Dinosaur Jr., limitowany boxset kultowego Never Mind The Bollocks z alternatyw­ nymi wersjami utworów, „An Ideal For Living” Joy Division z zupełnie nową okładką, a także nagrania Damona Albarna, Oasis, Metronomy

80

i Disclosure. Jednym z ciekawszych wydawnictw jest tak zwane „Secret 7’’’, w ramach którego co roku grupa siedmiu artystów wydaje jeden ze swoich singli w nakładzie stu sztuk – każdy z specjalną okładką zaprojektowaną przez najbardziej znanych współczes­ nych artystów. A co jest sekretem? Nie wiadomo, na który singiel trafimy, ponieważ wszystkie sprzedawane są w takich samych opakowaniach. Record Store Day charakteryzuje różnorodność, w szerzenie jego idei angażują się zarówno legendy muzyki, jak i wschodzące gwiazdy, muzycy mainstreamowi i zupełnie niszowi. W t y m roku niema ł ą sensację wzbudziła wiadomość o włączeniu się do akcji One Direction, którzy planują wydać singiel ze zdjęciem przedsta­ wiającym ich w przebraniu za gwiazdy glam rocka z lat 80’. Ale Record Store Day to nie tylko limitowane winyle. W ramach świętowania w sklepach na całym świecie odbywają się koncerty, często w postaci secret show, można też spotkać się osobiście z muzykami oraz wziąć udział w typowych festiwalowych atrakcjach, takich jak body painting. Oprócz co roku tego wybie­ rany jest oficjalny film Record Store Day, zawsze w jakiś sposób powiązany z muzyką. Tym razem padło na „Jaco”, dokument o Jaco Pastoriusie, legendarnym basiście jazzowym znanym z innowacyjnego podejścia do gry na instrumencie.


sedno || gazeta studencka

Z roku na rok do celebrowania dołącza coraz więcej krajów, sklepów, i muzyków. Polska dołączyła do tego grona w 2012 roku i Record Store Day od razu zdobył sporą popularność. Już po pierwszych obchodach zdobył tytuł „Wydarzenia Roku” w plebiscycie Gazety Co Jest Grane. Record Store Day odbędzie się u nas w weekend 26 kwietnia, tydzień po tym międzynarodowym. Rozpocznie się przeglądem oferty niezależnych polskich wytwórni i sklepów muzycznych na dziedzińcu Kamienicy Jabłońskich. Wystawiać się będą między innymi Thin Man Records, Wytwórnia Krajowa, FYH! Records i Pro s to L a b e l . Ws z y s t k iemu towarzyszyć będzie grana na żywo muzyka. Druga część wydarzenia odbędzie się w Powiększeniu, gdzie przez całą noc swoje ulubione płyty puszczać będą związane z muzyką osobistości.

Klaudia Januszewska

81

Gazeta Studencka Sedno 001 (Kwiecień 2014)  
Gazeta Studencka Sedno 001 (Kwiecień 2014)  
Advertisement