a product message image
{' '} {' '}
Limited time offer
SAVE % on your upgrade

Page 1


Przełożył

Grzegorz Komerski Ilustracje

Przemysław Truściński

Lublin – Warszawa


Trylogia Wojen Makowych wojna makowa republika smoka b g w p omieniach

Dla Iris


2  

K

iedy ostatni dotychczas mieszkaniec Tikany wyruszał na studia do Sinegardu, lokalny sędzia pokoju wyprawił trzydniowy festiwal. Słudzy rozdawali na ulicach całe kosze placków z czerwonej fasoli i dzbany wina ryżowego. Szczęśliwy świeżo upieczony student, bratanek sędziego, odjechał w kierunku stolicy odprowadzany wiwatami wznoszonymi przez gromady pijanych chłopów.  W tym roku miejscowi notable poczuli się nieco zażenowani faktem, że jedyne wolne miejsce w Sinegardzie sprzątnęła ich pociechom sprzed nosa prosta sierota ze sklepu. Ośrodek egzaminacyjny otrzymał w tej sprawie kilka anonimowych zapytań. A kiedy Rin stawiła się w ratuszu, by dopełnić formalności, zatrzymano ją na okrągłą godzinę, w ciągu której urzędnicy próbowali wydobyć z niej przyznanie się do winy. Na pewno bowiem ściągała.  – Macie rację – rzuciła. – Odpowiedzi dostałam od głównego egzaminatora. Uwiodłam go swym młodym, jakże ponętnym ciałem. Przyłapaliście mnie.  Wciąż nie wierzyli, że dziewczyna, która nie odebrała formalnego wykształcenia, mogła zdać keju.


8

R ebecca F. Kuang

 Pokazała im ślady po oparzeniach.  – Nie mam wam nic do powiedzenia – stwierdziła. – Nie mam, ponieważ nie ściągałam. Nie macie żadnego dowodu. Uczyłam się do tego egzaminu. Okaleczałam się. Czytałam tak długo, że paliły mnie oczy. Strachem niczego ze mnie nie wydobędziecie. Dlatego że mówię prawdę.  – Zastanów się nad konsekwencjami – syknęła urzędniczka. – Czy ty w ogóle rozumiesz powagę sytuacji? Za to, co zrobiłaś, możemy unieważnić twój egzamin i wtrącić cię do więzienia. Umrzesz, zanim zdołasz spłacić wszystkie grzywny. Ale jeżeli przyznasz się w tej chwili, być może zdołamy sprawę wyciszyć.  – Nie, nie. To wy powinniście zastanowić się nad konsekwencjami – odparła spokojnie Rin. – Jeżeli unieważnicie mój egzamin, wyjdzie na to, że ja, prosta sklepikarka, okazałam się na tyle sprytna, że oszukałam wasz sławetny system zapobiegania ściąganiu. Z czego wypłynie taki oto wniosek, że gówno się znacie na swojej robocie. Idę o zakład, że sędzia pokoju z rozkoszą pozwoli wam wziąć na siebie winę za to oszustwo, prawdziwe bądź nie.  Tydzień później oczyszczono ją ze wszystkich zarzutów. Sędzia pokoju oświadczył oficjalnie, że ogłoszone wyniki obarczone były „przypadkowym błędem”. Nie nazwał Rin oszustką, ale i nie potwierdził jej wyniku. Urzędnicy egzaminacyjni prosili, by nie rozpowiadała o swoim wyjeździe, przyprawiając prośbę nieporadnymi groźbami, iż w razie nieposłuszeństwa zatrzymają ją w Tikany.  R in świetnie wiedziała, że to zwykły blef. Przyjęcie w poczet studentów sinegardzkiej akademii równało się otrzymaniu cesarskiego wezwania. Wszelkie próby utrudniania wykonania związanych z tym obowiązków – nawet jeśli utrudniającymi byli przedstawiciele władz prowincji – równały się zdradzie stanu. Z tego samego powodu także Fangowie nie mogli zapobiec wyjazdowi Rin – bez względu na to, jak bardzo pragnęli zmusić dziewczynę do zamążpójścia.


Wojna makowa

9

 R in nie potrzebowała dalszego uprawomocnienia czy zgody: ani ze strony władz Tikany, ani miejscowych notabli. Mogła nareszcie wyjechać. Znalazła sposób, by wyrwać się z wioski, i poza tym nie liczyło się nic.  Formularze zostały wypełnione, a listy nadane. Rin została zarejestrowana i miała rozpocząć studia w Sinegardzie pierwszego dnia następnego miesiąca.  Pożegnanie z Fangami nie było – co zrozumiałe – hucznym wydarzeniem. Nikt z zainteresowanych nie miał ochoty udawać, że perspektywa rozłąki przepełnia mu serce szczególnym smutkiem.  Jedynie Kesegi, przyrodni brat Rin, dał dowód szczerego rozżalenia.  – Nie jedź – załkał, ściskając poły jej podróżnego płaszcza.  Przyklęknęła i ścisnęła dłoń chłopca.  – I tak musiałabym cię niedługo zostawić – zauważyła. – Gdybym nie przeniosła się do Sinegardu, przeprowadziłabym się do domu męża.  Kesegi za nic nie chciał jej puścić.  – Nie zostawiaj mnie z nią – poprosił dramatycznym s­ zeptem.  R in poczuła silny skurcz żołądka.  – Nic złego cię nie spotka – szepnęła mu na ucho. – Jesteś przecież chłopcem. I jej synem.  – Ale to nieuczciwe!  – Takie jest życie, Kesegi.  Chłopczyk rozpłakał się na dobre, ale Rin uwolniła się z jego silnego jak imadło chwytu i wstała. Próbował jeszcze uwiesić się na jej talii, lecz odepchnęła go, znacznie mocniej, niż zamierzała. Oszołomiony Kesegi zatoczył się do tyłu, rozdziawił buzię i zaczął zawodzić wniebogłosy.  R in odwróciła wzrok od zalanej łzami buzi i  udała, że z przejęciem poprawia paski torby.  – Och, zamknijże się! – Ciotunia Fang złapała synka za ucho i uszczypnęła tak mocno, że przestał płakać, a następnie


10

R ebecca F. Kuang

przeniosła wściekłe spojrzenie na Rin, która stała w drzwiach w swym prostym podróżnym stroju. Miała na sobie lekką bawełnianą bluzę i dwukrotnie już zszywane sandały. Swoje jedyne ubranie na zmianę schowała w wiszącej na ramieniu połatanej torbie, do której spakowała również tom Mengziego, zestaw pędzelków pisarskich – podarek od nauczyciela Feyrika – oraz niewielką sakiewkę. W tej jednej torbie zmieściła cały swój ubogi dobytek.  – Sinegard pożre cię żywcem. – Usta ciotuni Fang nieprzyjemnie zagrały.  – Zaryzykuję – rzuciła Rin w odpowiedzi.

Ku wielkiej uldze dziewczyny urząd sędziego pokoju zaopatrzył ją w dwa taele, mające pokryć koszty podróży – zobowiązywała go do tego moc cesarskiego wezwania. Rin i nauczyciel Feyrik zdołali okazyjnie, za półtora taela, wykupić dwa miejsca w jednym z wozów karawany zmierzającej na północ, do stolicy.  – Za czasów Czerwonego Cesarza samotna panna na wydaniu, wioząca w dodatku swój posag, mogła swobodnie przejechać od południowych krańców Prowincji Koguta po najdalej wysunięte na północ wierzchołki gór Wudang. – Nauczyciel Feyrik nie potrafił powstrzymać pedagogicznych zapędów, kiedy wsiadali już do wozu. – W naszych czasach nawet żołnierz nie ujedzie w pojedynkę dwóch mil.  Gwardziści Czerwonego Cesarza nie patrolowali górzystych rejonów Nikan już od bardzo dawna. Samotne podróże po rozległej sieci dróg cesarstwa stanowiły znakomity sposób na spełnienie marzeń osób pragnących na własnej skórze przekonać się, jak wygląda rabunek, zabójstwo bądź pożarcie przez wygłodniałych bandytów. Bywało, że wszystkie trzy marzenia spełniały się jednocześnie – niekoniecznie we wspomnianej kolejności.


Wojna makowa

11

 – Wasze pieniądze opłacają nie tylko miejsce na wozie – zauważył przewodnik karawany, chowając monety do kieszeni. – Żyją z nich również ci, którzy dbają o wasze bezpieczeństwo. Nasi ludzie są najlepsi w swoim fachu. W razie spotkania z Trupą przepędzimy ich raz-dwa.  Nazwą Trupa Czerwonej Dżonki posługiwał się religijny kult złożony z różnego autoramentu bandytów i opryszków, rozsławiony po drugiej wojnie makowej kilkoma próbami zamachu na życie cesarzowej. Ostatnimi czasy grupa rozpłynęła się we własnym micie, lecz wciąż pozostawała żywo obecna w wyobraźni Nikaryjczyków.  – Z Trupą, powiadasz? – Nauczyciel Feyrik w zadumie pogładził kosmyki brody. – Od wielu lat nie słyszałem tej nazwy. Czyżby nadal grasowali po kraju?  – W ciągu ostatniej dekady nieco przycichli, ale od czasu do czasu pojawiają się plotki. Podobno widywano ich w okolicach Kukhonin. Ale nic to, jeśli szczęście nas nie opuści, nie natkniemy się nawet na ich ślady. – Przewodnik poklepał się po skórzanym pasie. – Czas załadować wasze pakunki. Chcę wyruszyć przed porą największego upału.

Karawana brnęła przed siebie przez trzy tygodnie, snuli się wiodącymi na północ drogami w tempie, które Rin wydawało się boleśnie wręcz powolne. Nauczyciel Feyrik spędzał podróż, racząc dziewczynę opowieściami o swoich sinegardzkich przygodach sprzed kilkudziesięciu lat. Niestety, kwieciste, olśniewające opisy miasta dodatkowo wzmagały dręczącą Rin niecierpliwość.  – Stolica tuli się do stóp łańcucha górskiego Wudang. Pałac i akademia są wbudowane w zbocze, ale pozostała część miasta leży już w dolinie. Zdarza się w szczególnie mgliste dni, że można tam odnieść wrażenie, iż stoi się gdzieś ponad chmura-


12

R ebecca F. Kuang

mi. Musisz wiedzieć, że już sam targ jest większy niż całe Tikany. Można naprawdę zabłądzić... Zobaczysz grajków dmących w piszczałki z wydrążonych dyń, ulicznych sprzedawców naleśników, którzy potrafią wyczarować z ciasta twoje imię, mistrzów kaligrafii, którzy za dwa miedziaki pokryją ci wachlarz malowidłami... A właśnie. Trzeba to będzie w końcu wymienić. – Feyrik poklepał się po kieszeni, w której przechowywał resztę pieniędzy.  – Jak to? To na północy nie znają taeli i miedziaków? – zdziwiła się Rin.  Nauczyciel zachichotał.  – Ty naprawdę nigdy nie wyjeżdżałaś z Tikany, co? Mamy w cesarstwie w obiegu coś koło dwudziestu rodzajów waluty. Muszle żółwi, porcelanki, złoto, srebro, sztabki miedzi... Każda prowincja ma własny pieniądz, ponieważ ich władze nie ufają cesarskiej biurokracji. Co większe prowincje mają nawet po dwie lub trzy waluty. Jedynym pieniądzem uznawanym powszechnie są standardowe sinegardzkie srebrniki.  – A ile dostaniemy za nasze pieniądze? – zapytała Rin.  – Niewiele – przyznał nauczyciel Feyrik. – Im bliżej stolicy, tym kurs będzie mniej korzystny. Najlepiej będzie, jeśli załatwimy sprawę, zanim wyjedziemy z Prowincji Koguta.  Nauczyciel okazał się również istną skarbnicą przestróg i ostrzeżeń:  – Pieniądze trzymaj przez cały czas w przedniej kieszeni. Złodzieje w  Sinegardzie są tyleż odważni, co zdesperowani. Przyłapałem kiedyś dzieciaka z ręką w mojej kieszeni. Szarpał się o tę monetę, nawet kiedy trzymałem go już za kark. Wszyscy będą ci chcieli coś sprzedać. Kiedy zaczną nagabywać, patrz prosto przed siebie i udawaj, że nie słyszysz, inaczej nie dadzą ci spokoju. Oni w ten sposób zarabiają na życie. I trzymaj się z daleka od tanich trunków. Jeśli ktoś próbuje wcisnąć dzbanek wina z sorgo za mniej niż sztabkę, to znaczy, że nie sprzedaje prawdziwego alkoholu.


14

R ebecca F. Kuang

 – Jak można podrabiać alkohol? – spytała wyraźnie zbulwersowana Rin.  – Mieszając prawdziwe wino z metanolem.  –  Z czym takim?  – Ze spirytusem drzewnym. To trucizna. W większych dawkach może pozbawić człowieka wzroku. – Nauczyciel Feyrik wygładził swój zarost. – A skoro już o tym, nie zbliżaj się też do ludzi handlujących na ulicach sosem sojowym. Niektórzy wykorzystują ludzkie włosy, by tanim kosztem uzyskać kwasowość. Podobno znajdowano też włosy w cieście na pieczywo i makaron. Hmm... Tak sobie myślę, że w ogóle dobrze będzie zapomnieć o ulicznym jedzeniu. Niby można zjeść na śniadanie naleśniki za byle dwa miedziaki, ale oni je smażą w rynsztokowym oleju.  –  W rynsztokowym oleju?  – W oleju zebranym z ulicy. Duże restauracje wylewają zużyty olej do rynsztoków. A uliczni sprzedawcy odsysają go rurkami i wykorzystują ponownie.  Żołądek podszedł Rin do gardła.  Nauczyciel Feyrik nachylił się i pociągnął ją za jeden z ciasno splecionych warkoczy.  – Przed wstąpieniem do akademii powinnaś znaleźć kogoś, kto ci to zetnie.  R in obronnym gestem poprawiła sobie fryzurę.  – Kobiety w Sinegardzie nie zapuszczają włosów?  – Kobiety w Sinegardzie są do tego stopnia próżne, że piją surowe jajka, by ich włosy zachowały połysk. Nie chodzi mi o estetykę. Nie chcę, żeby ktoś cię wciągnął do jakiegoś ciemnego zaułka. Zaginąłby po tobie wszelki słuch, a po kilku miesiącach odnalazłabyś się w jakimś burdelu.  Rin niepewnie przyjrzała się swoim warkoczom. Miała zbyt ciemną cerę i była za chuda, by uchodzić za piękność, lecz przez całe życie uważała, że jej największym atutem są właśnie długie, gęste i mocne włosy.  –  Naprawdę muszę?


Wojna makowa

15

 – Podejrzewam, że w akademii i tak was ogolą – odparł nauczyciel Feyrik – I jeszcze każą sobie za to płacić. A cyrulicy w Sinegardzie nie należą do tanich. – Znów sięgnął do brody i zadumał się, wyraźnie obmyślając kolejne przestrogi. – Warto też mieć baczenie na fałszywy pieniądz. Srebrnik cesarski od niecesarskiego odróżnia się w ten sposób, że niecesarski spada dziesięć razy z rzędu wizerunkiem Czerwonego Cesarza do góry. A gdybyś zobaczyła leżącego człowieka, na którego ciele nie będzie widocznych obrażeń, pod żadnym pozorem nie pomagaj mu wstać. Zaraz taki powie, że go przewróciłaś, zaprowadzi do sądu i grzywnami wycisną z ciebie ostatniego miedziaka. Aha, nawet nie podchodź do domów hazardu. – W tym momencie w tonie nauczyciela pojawiła się gorzka nuta. – Oni tam nie żartują.  R in powoli zaczynała rozumieć, dlaczego Feyrik wyjechał z Sinegardu. Żadne jednak słowa nie były w stanie ostudzić jej emocji. Więcej nawet, przestrogi potęgowały niecierpliwość dziewczyny. Wiedziała, że nie będzie w stolicy kimś obcym. Nie będzie musiała jadać na ulicy ani mieszkać w dzielnicy biedoty. Nie będzie musiała walczyć o resztki ani ciułać wyżebranych monet. Zdobyła już, własnym wysiłkiem, pewną pozycję. Była studentką najbardziej prestiżowej uczelni w cesarstwie. Coś takiego musiało przecież impregnować na wszelkie niebezpieczeństwa miejskiego życia.  Jeszcze tego samego wieczora pożyczyła od jednego ze strażników karawany zardzewiały nóż i własnoręcznie obcięła sobie włosy. Piłowała ostrzem na tyle blisko uszu, na ile pozwalała jej odwaga, aż wreszcie dały za wygraną. Trwało to dłużej, niż się spodziewała. Po wszystkim zapatrzyła się w dwa grube warkocze, które spoczęły na jej kolanach.  W  pierwszym odruchu pomyślała, że je zachowa, w  tej chwili jednak nie potrafiła w nich dostrzec żadnej sentymentalnej wartości. Ot, sploty martwych włosów. W dodatku zdawała sobie sprawę, że na północy nikt ich od niej nie kupi – włosy


16

R ebecca F. Kuang

sinegardek słynęły ze swej delikatności i jedwabistej faktury. Nikt tam nie zechce zapłacić za szorstkie pukle chłopki z Tikany. Wyrzuciła je więc z wozu i odprowadziła spojrzeniem, kiedy malały z tyłu na piaszczystym szlaku.

Gdy karawana dotarła wreszcie do stolicy, Rin z nudy odchodziła już od zmysłów.  Słynną wschodnią bramę Sinegardu ujrzała z odległości kilku mil – masywna szara ściana, na której szczycie wznosiła się trójpiętrowa pagoda, przyozdobiona poświęconym Czerwonemu Cesarzowi mottem: „Wiekuista siła, wiekuista harmonia”.  Nieco to ironiczne, stwierdziła w duchu Rin, biorąc pod uwagę, że mowa o kraju, który lat wojny zaznał znacznie więcej niż okresów pokoju.  Kiedy podjechali do zaokrąglonych wrót, karawana niespodziewanie stanęła w miejscu.  R in czekała. Nie działo się nic.  Gdy upłynął ponad kwadrans, nauczyciel Feyrik wychylił się za burtę wozu i zagadnął jednego ze zbrojnych:  – Co się tam dzieje?  – Przed nami jest oddział z Federacji – odpowiedział strażnik. – Przybyli w sprawie jakiegoś granicznego zatargu. Sprawdzają im broń. Jeszcze chwilę to potrwa.  R in wyprostowała się jak struna.  – To są żołnierze Federacji?  Nigdy w życiu nie widziała na własne oczy żołnierzy z Mugen – po zakończeniu drugiej wojny makowej wszyscy Mugeńczycy zostali wysiedleni z okupowanych wcześniej terytoriów i albo odesłani do ojczyzny, albo przeniesieni do niewielkich enklaw dyplomatycznych i faktorii handlowych na kontynencie. Dla tych poddanych Cesarstwa Nikan, którzy przyszli na świat już po wojnie, stanowili upiory historii najnowszej –


Wojna makowa

17

s­ nujące się na pograniczu zjawy, niesłabnące zagrożenie o nieznanym obliczu.  – Wracaj tu! – Dłoń nauczyciela Feyrika śmignęła w powietrzu i zacisnęła się na przegubie Rin, zanim dziewczyna zdążyła zeskoczyć na ziemię.  – Chcę tylko popatrzeć!  – Nie, wcale nie chcesz. – Przytrzymał ją za ramię. – Nie chcesz i nigdy nie zechcesz. To żołnierze Federacji. Jeśli nadepniesz im na odcisk, gdyby choć doszli do wniosku, że krzywo na nich spojrzałaś, mogą zrobić ci krzywdę. Mogą i nie zawahają się. Chroni ich immunitet dyplomatyczny. Nie muszą się o nic martwić. Rozumiesz, co do ciebie mówię?  – Przecież myśmy tę wojnę wygrali – żachnęła się Rin. – Już po wszystkim. Okupacja to dawne czasy.  – Wygraliśmy. Ale o włos – odparł i popchnął dziewczynę z powrotem na miejsce. Usiadła. – Nie bez powodu wszyscy wykładowcy w twojej akademii zajmują się jedynie zapewnieniem zwycięstwa w następnej.  Od czoła karawany doleciał ich gardłowy okrzyk. Wozem szarpnęło i potoczyli się naprzód. Rin wychyliła się, próbując zobaczyć cokolwiek, lecz zdążyła ujrzeć jedynie znikający za ciężkimi wrotami skrawek błękitnego munduru.  A potem, w końcu, przejechali przez bramę.  Główny targ stolicy przypuścił na jej zmysły zmasowany atak. Rin nigdy w życiu nie widziała tak wielu ludzi i rzeczy zgromadzonych w jednym miejscu o tej samej porze. Wystarczyła chwila, by poczuła się przytłoczona ogłuszającą wrzawą czynioną przez klientów i handlarzy targujących się o jak najlepszą cenę, jaskrawymi barwami opasłych bel jedwabiu prezentowanych na specjalnych stojakach, słodkawym fetorem dojrzałych durianów i unoszącą się znad przenośnych rusztów wonią pieprzu.  – Ależ one są białe! Wszystkie! – zachwyciła się Rin. – Zupełnie jak dziewczęta z malowideł!


18

R ebecca F. Kuang

 Już w czasie podróży zauważyła, że im dalej posuwali się na północ, tym jaśniejszą skórę mieli napotykani na szlaku ludzie. Wiedziała, że mieszkańcy północnych prowincji są przemysłowcami i ludźmi interesu. Byli obywatelami zamożnymi, osobami z klasą; nie harowali w pocie czoła na polach jak wieśniacy z Tikany. Mimo to aż tak rzucających się w oczy różnic zupełnie się nie spodziewała.  – Tak, są dokładnie tak blade, jak blade będą ich trupy – sarknął nauczyciel Feyrik. – Patrz je, słońca się boją! – burknął, gdy jedna z przechodzących obok, pogrążonych w rozmowie kobiet przypadkowo trąciła go w czoło parasolką.  R in bardzo szybko odkryła, że Sinegard jest miastem wykazującym wyjątkowy wręcz talent w dziedzinie zniechęcania do siebie świeżo przybyłych gości.  Nauczyciel Feyrik miał rację – w stolicy wszyscy byli żądni pieniędzy. Okrzyki sprzedawców napierały z każdego możliwego kierunku. Zanim Rin na dobre wysiadła z wozu, podbiegł do nich tragarz i głośno zareklamował swoje usługi. Oferował ponieść ich bagaż – owe dwie żałośnie lekkie torby – za drobną opłatą ośmiu cesarskich srebrników.  Rin aż się wzdrygnęła: bez mała ćwierć tego, co zapłacili za miejsca w karawanie.  – Sama wezmę! – wydukała i mocnym szarpnięciem wyrwała torbę ze szponiastych palców natręta. – Naprawdę nie trzeba! Puść, mówię!  Ledwie umknęli jednemu, rzucił się na nich prawdziwy tłum innych, z których każdy zachwalał swoją usługę.  – Może rykszy potrzeba? Dokąd podwieźć?  – Och, dziewczynko, zgubiłaś się?  – Nie. Szukamy szkoły...  – Mogę was zaprowadzić. Jedyne pięć sztabek. Pięć sztabek.  – Zbierać się stąd! – warknął nauczyciel Feyrik. – Nie trzeba nam niczyjej pomocy.  Naciągacze wycofali się w głąb targu.


Wojna makowa

19

 Rin nie przypadła do gustu nawet rozpowszechniona w stolicy odmiana języka. Bez względu na zawartą w  wypowiedzi treść sinegardzki dialekt nikaryjskiego brzmiał szorstko, zwięźle i obcesowo. Nauczyciel Feyrik musiał zapytać o drogę trzech kolejnych przechodniów i dopiero ostatni udzielił w miarę zrozumiałej odpowiedzi.  – Mówiłeś przecież, że tu mieszkałeś – rzuciła Rin.  – Ale w czasie okupacji – odburknął. – Język łatwo rdzewieje, jeśli nie masz okazji poćwiczyć.  Nie mogła mu się dziwić. Sama rozumiała piąte przez dziesiąte. Odniosła wrażenie, że tubylcy wszystkie słowa skracają, a następnie dodają na końcu króciutkie „r”. W Tikany mówiono śpiewnie i powoli. Południowcy leniwie przeciągali samogłoski, obracali je na języku niczym porcję słodkiego ryżowego kleiku. W Sinegardzie nikt nie miał dość czasu, by porządnie dokończyć choć słowo.  Nawet kiedy wiedzieli już, w jakim kierunku iść, rozkład stolicy okazał się równie zawiły jak dominujący w niej dialekt. Sinegard był najstarszym miastem Cesarstwa Nikan, a jego architektura nosiła ślady licznych zmian, jakie w ciągu stuleci zachodziły u steru władzy. Budynki były więc nowe lub stanowiły chylące się ku upadkowi, kruszejące pomniki dawno obalonych władców. We wschodnich dzielnicach wznosiły się wieże pozostawione przez antycznych najeźdźców z północnych Rubieży. Na zachodzie tuliły się do siebie gęsto zabudowane kwartały niskich, klockowatych domków – pamiątki po wojnach makowych i okupantach z Federacji. Miasto stanowiło specyficzny rodzaj martwej natury, emanację ducha kraju, który przeżył zbyt wielu panujących.  – Na pewno wiesz, dokąd idziemy? – spytała Rin po kilku minutach wspinaczki na wzgórze.  – Z grubsza – odparł obficie zlany potem nauczyciel Feyrik. – Naprawdę dawno mnie tu nie było. Teraz to prawdziwy labirynt. Ile zostało pieniędzy?


20

R ebecca F. Kuang

 R in wygrzebała z kieszeni sakiewkę i przeliczyła.  – Półtora sznurka srebrników.  – Zdaje się, że to więcej, niż nam potrzeba. – Nauczyciel Feyrik osuszył czoło rąbkiem płaszcza. – Może zafundujemy sobie odrobinę luksusu i pojedziemy?  Wyszedł na przysypaną kurzem ulicę i podniósł rękę. Niemal natychmiast podbiegł do niego kulis ciągnący za sobą rykszę. Wyhamował przed nimi z niejakim trudem.  –  Dokąd? – wydyszał.  – Do akademii.  – Nauczyciel Feyrik wrzucił bagaże do środka i umościł się na siedzeniu.  R in chwyciła za ściankę rykszy i już miała się odbić od ziemi, kiedy tuż za nią rozległ się przenikliwy okrzyk. Odwróciła się przestraszona.  Na drodze leżało dziecko. Kilkanaście kroków dalej, na środku ulicy, zawracał konny powóz.  – Ej! Potrąciłeś dzieciaka! – wrzasnęła za nim Rin. – Stój!  Wozak ściągnął wodze. Pojazd zatrzymał się z donośnym skrzypieniem. Pasażer wykręcił głowę i spojrzał na poruszające słabo kończynami dziecko.  Moment później chłopiec wstał. Jakimś cudem przeżył. Z rozciętego czoła spływały liczne strużki krwi. Otumaniony przytknął dwa palce do głowy i obejrzał je.  Pasażer pochylił się naprzód i rzucił wozakowi gardłowy rozkaz, którego Rin nie zrozumiała.  Powóz powoli zawrócił i ruszył na potrąconego chłopca. Przez krótką chwilę Rin miała niedorzeczną nadzieję, że zabiorą go ze sobą. Wtedy jednak powietrze rozciął świst bata.  Mały spróbował uciec, potknął się.  Krzyk Rin wzbił się ponad stukot końskich kopyt.  – Jedźże! No jedź!  – Nauczyciel Feyrik wyciągnął rękę i klepnął w ramię zapatrzonego tępo rykszarza.  Kulis zaczął się rozpędzać po zrytych koleinami ulicach, aż wreszcie krzyki gapiów ucichły daleko za nimi.


Wojna makowa

21

 – Ten wozak nie był głupi – zauważył Feyrik, trzęsąc się w podskakującej na wybojach rykszy. – Kalece wypłacałby rentę do końca życia. A za pogrzeb płaci się raz. I to tylko jeżeli cię złapią. Kiedy się kogoś potrąci, zdecydowanie lepiej dobić.  R in chwyciła ściankę pojazdu i stłumiła mdłości.

Stolica okazała się przytłaczająca i niezrozumiała, napawała strachem.  Akademia sinegardzka z kolei była piękna wprost nie do opisania.  Rykszarz wysadził ich na skraju miasta, u podnóża gór. Rin zostawiła kwestię bagażu na głowie Feyrika i z zapartym tchem popędziła ku bramie uczelni.  Od wielu tygodni wyobrażała sobie moment wejścia na schody akademii. Wygląd tego miejsca znany był wszystkim mieszkańcom Nikan; wizerunki uczelni widniały na wielu murach w całym cesarstwie.  Malowidła w niczym jednak nie oddawały rzeczywistości. Wijąca się po zboczu kamienna ścieżka wspinała się wokół góry spiralnie, zmierzając ku kompleksowi pagód, wzniesionych na kolejnych, zwężających się ku górze skalnych półkach. Na ostatnim poziomie stała kaplica, a na jej wieży przycupnął rzeźbiony smok, symbol Czerwonego Cesarza. Tuż spod kaplicy, niczym jedwabna wstęga, spływał skrzący się w słońcu wodospad. Akademia lśniła jak pałac dawnych bogów. Jak miejsce wyjęte wprost z legend. I na najbliższe pięć lat miała się stać domem Rin.  Dziewczynie odebrało mowę.  Po terenie oprowadził ich jeden ze starszych studentów, kadet przedstawiający się imieniem Tobi. Tobi był wysoki, miał ogoloną na łyso głowę i nosił czarną bluzę z czerwoną opaską na ramieniu. Jego wystudiowany do przesady, znudzony


22

R ebecca F. Kuang

uśmieszek wskazywał, że z całego serca wolałby robić w tej chwili coś zupełnie innego.  W pewnym momencie dołączyła do nich szczupła, atrakcyjna kobieta, która w pierwszej chwili omyłkowo wzięła nauczyciela Feyrika za tragarza, za co przeprosiła bez specjalnego skrępowania. Towarzyszący jej syn był pięknolicym chłopcem, którego urodę z powodzeniem mącił nadąsany wyraz twarzy.  – Akademię zbudowano na terenie dawnego klasztoru. – Tobi zaprosił ich gestem i wszedł na kamienne schody prowadzące na pierwszy poziom. – Świątynie i pomieszczenia modlitewne przerobiono na sale wykładowe tuż po dokonanym przez Czerwonego Cesarza zjednoczeniu Nikan. Na studentach pierwszego roku ciąży obowiązek zamiatania, więc rozkład uczelni poznacie już wkrótce bardzo dokładnie. Za mną, spróbujcie nadążać.  Urody akademii nie był w stanie przyćmić nawet brak entuzjazmu Tobiego, lecz chłopak starał się jak mógł. Wchodził po kamiennych stopniach szybkim, wyćwiczonym tempem, nie oglądając się nawet na gości. Wkrótce Rin została z tyłu, by pomóc zasapanemu Feyrikowi w zdradliwej wspinaczce wąskimi schodami.  Kompleks liczył sobie siedem poziomów. Za każdym zakrętem kamiennej ścieżki ukazywał im się nowy zespół budynków i placów, spowitych bujną zielenią, w oczywisty sposób skrupulatnie utrzymywaną i doglądaną od wielu stuleci. Górskie zbocze rozcinał wartki potok, dzieląc teren uczelni na połowy.  – Bibliotekę macie tam. A do kantyny idzie się o, tędy. Nowi studenci mieszkają na najniższym poziomie. Tam, wysoko znajdują się kwatery mistrzów. – Palec Tobiego błyskawicznie skakał od jednej kamiennej budowli do drugiej. Wszystkie wyglądały bardzo podobnie do siebie.  – A co jest tam? – Rin wskazała konstrukcję wznoszącą się nad strugą. Otaczała ją aura właściwa bardzo ważnym budowlom.


Wojna makowa

23

 – Wychodek, młoda. – Kąciki warg Tobiego powędrowały ku górze.  Stojący u boku matki przystojny chłopak prychnął śmiechem. Rin, czując żar na policzkach, udała, że nagle zafascynował ją roztaczający się z tarasu widok.  – Skąd właściwie jesteś? – zapytał Tobi niezbyt sympatycznym tonem.  – Z Prowincji Koguta – odparła półgłosem Rin.  – Ach. Południe – rzucił kadet, jakby rozwikłał właśnie dręczącą go zagadkę. – Rozumiem, że wielopiętrowe budowle mogą stanowić dla ciebie nowość, ale postaraj się zachować powagę.

Kiedy przywiezione przez Rin dokumenty zostały już należycie sprawdzone i zarchiwizowane, nauczyciel Feyrik nie miał powodu zostawać. Pożegnali się przed bramą.  – Jeśli się boisz, to w pełni cię rozumiem – powiedział.  R in przełknęła olbrzymią gulę, która nagle wyrosła jej w gardle, i zacisnęła z determinacją zęby. Zaszumiało jej w głowie; zdawała sobie sprawę, że jeśli się nie opanuje, zapora pęknie i z oczu wyleje się powódź łez.  – Nie boję się – rzuciła ostro.  – Oczywiście, że nie – odpowiedział z łagodnym uśmiechem.  Dziewczyna wykrzywiła usta w podkówkę, podbiegła do niego i mocno się wtuliła. Ukryła twarz w bluzie nauczyciela, by nikt nie zobaczył jej płaczu. Feyrik poklepał ją po ramieniu.  Przejechała cały kraj i dotarła do miejsca, o którym marzyła od lat, po to tylko, by znaleźć się we wrogim, dezorientującym mieście, którego mieszkańcy gardzili południowcami. Nie miała domu w Tikany, nie miała też w Sinegardzie.


26

R ebecca F. Kuang

­ dziekolwiek by się udała, dokąd by nie uciekła, będzie tylko G zwykłą znajdą. Przybłędą.  Poczuła się tak strasznie samotna.  – Nie chcę, żebyś jechał – rzuciła.  – Och, Rin... – Uśmiech Feyrika zgasł.  – Nie podoba mi się tutaj – wypaliła znienacka. – Nienawidzę tego miasta. Wszyscy mówią takie rzeczy... na przykład ten głupi kadet... jakby wcale mnie tu nie chcieli.  – Naturalnie – odparł nauczyciel. – Jesteś sierotą. Przybyszem z zapyziałego południa. Takie dziewczyny jak ty nie zdają keju. Możnowładcy chętnie powtarzają, że dzięki keju Nikan stało się w istocie merytokracją, ale cały ten system został pomyślany w taki sposób, by biedota i analfabeci pozostali na swoich miejscach. Sama twoja obecność jest dla nich ujmą na honorze. – Złożył dłonie na barkach Rin i lekko się nachylił, by spojrzeć jej w oczy. – Posłuchaj mnie, Sinegard to naprawdę okrutne miasto, a akademia okaże się jeszcze gorsza. Będziesz studiować z dziedzicami możnowładców. Z dzieciakami wprawiającymi się w sztukach walki od momentu, gdy zaczęły raczkować. Będą cię traktować jak odmieńca, ponieważ jesteś od nich inna. Ale nic to. Nie pozwól, by cię zniechęcili. Bez względu na to, co na własny temat usłyszysz, na miejsce w akademii po prostu zasłużyłaś. Rozumiesz mnie?  Skinęła głową.  – Pierwszy dzień zajęć będzie jak uderzenie w brzuch – podjął nauczyciel Feyrik. – Drugi wyda ci się zapewne jeszcze bardziej paskudny. Dojdziesz do wniosku, że materiał jest znacznie trudniejszy niż przygotowania do keju. Ale jeżeli ktokolwiek w ogóle ma szansę tu przetrwać, to właśnie ty. Nie zapominaj, co zrobiłaś, by się w tym miejscu znaleźć. – Wyprostował się. – I nie waż mi się wracać na południe. Zbyt wiele jesteś warta.


Wojna makowa

27

Gdy sylwetka nauczyciela zniknęła w dole ścieżki, Rin z całej siły ścisnęła palcami grzbiet nosa, próbując zmusić do kapitulacji wzbierające za oczami gorące łzy. Nie mogła pozwolić, by nowi koledzy zobaczyli ją w tym stanie.  Została sama w obcym mieście. W miejscu, którego języka prawie nie rozumiała, w szkole, co do której ogarniały ją coraz bardziej poważne wątpliwości.  On już czeka. Jest stary i gruby. I cuchnie potem. Gapi się na ciebie, oblizuje wargi...  Zadrżała, zacisnęła mocno powieki i na powrót je uniosła. Więc cóż z tego, że Sinegard jest przerażający i obcy? Nic z tego. Na całym świecie nie miała dla siebie żadnego innego miejsca.  Wyprężyła ramiona i weszła z powrotem za bramę.  Będzie lepiej, pomyślała. Choćby nie wiem co, tutaj będzie tysiąc razy lepiej niż w Tikany.

 – ...i jeszcze zapytała, czy wychodek to sala wykładowa – doleciało ją z końca kolejki oczekujących na rejestrację studentów. – Żebyście widzieli, w co była ubrana!  R in poczuła mrowienie na karku. Chłopak, z którym zwiedzała teren.  Odwróciła się  Naprawdę był śliczny. Wprost niewiarygodnie śliczny. Wielkie oczy w kształcie migdałów i pięknie uformowane wargi, kuszące nawet teraz, kiedy wykrzywiał je jadowity uśmiech. Za tę białą jak porcelana cerę dowolna sinegardka byłaby gotowa zabić, a jedwabiste włosy dorównywały niemal długością dawnym warkoczom Rin.  Wychwycił wzrok dziewczyny i prychnął pod nosem, po czym podjął, jakby wcale jej nie zauważył:


28

R ebecca F. Kuang

 – No i jeszcze ten jej nauczyciel, rozumiecie. Głowę dam, że to jeden z tych niedojdów, którzy nie dali rady znaleźć posady w mieście, więc żyją z ochłapów na prowincji. Kiedy wchodziliśmy na górę, świszczał tak głośno, że kilka razy myślałem, że wyzionie ducha.  Mieszkając u Fangów, Rin znosiła obelgi przez długie lata. Zaczepki ze strony tego chłoptysia również spływały po niej jak woda po kaczce. Ale teraz zaczął się wyśmiewać z nauczyciela Feyrika, z człowieka, który pozwolił jej uciec z Tikany, który wybawił ją od nieszczęśliwego życia w niechcianym małżeństwie... Tego nie mogła puścić płazem.  Błyskawicznie pokonała dwa dzielące ją od pięknisia kroki i zdzieliła go pięścią w twarz.  Trafiła prosto w oczodół, czemu towarzyszyło wielce satysfakcjonujące plaśnięcie. Chłopak zatoczył się do tyłu, niemal przewracając stojących za nim studentów.  – Ty dziwko!  – pisnął. Odzyskał równowagę i  rzucił się w stronę Rin.  Odskoczyła i uniosła pięści.  – Stać! – Między nimi wyrósł starszy student w czarnej bluzie i spróbował ich rozdzielić. Kiedy śliczny chłopiec mimo wszystko zaczął się szarpać, kadet błyskawicznie złapał jego wyciągnięte ramię w nadgarstku i wykręcił je na plecy.  Złapany w potrzask piękniś znieruchomiał.  – Co jest? Zasad nie znacie? – rzucił kadet cichym, spokojnym i opanowanym tonem. – Żadnych bójek.  Chłopak nie odpowiedział, wykrzywił tylko wargi w ponurym uśmieszku. Rin zdławiła w zarodku rodzący się płacz.  – Nazwiska? – zapytał kadet.  – Fang Runin – odpowiedziała czym prędzej, przerażona. Czy będą z tego kłopoty? Wydalą ją z akademii?  Chłopak bezradnie szarpnął się w uścisku starszego studenta, który wzmocnił chwyt.  – Nazwisko! – powtórzył z naciskiem.


Wojna makowa

29

 –  Yin Nezha.  – Yin? – Student uwolnił go natychmiast. – Od kiedy to znakomicie wychowani dziedzice rodu Yin wdają się w bójki na korytarzach?  – Uderzyła mnie w twarz! – wydarł się Nezha. Wokół jego lewego oka rozkwitał już paskudny siniak, wyraziście śliwkowa plama na tle porcelanowej skóry.  – Dlaczego to zrobiłaś? – Kadet spojrzał na Rin i uniósł pytająco brew.  – Obrażał mojego nauczyciela – wyjaśniła.  – Ach tak? No, to zupełnie inna sprawa. – Na twarz studenta wypłynął wyraz rozbawienia, wyraźnie drwił. – Nie uczyli was nie obrażać nauczycieli? To straszne tabu.  – Zabiję cię! – warknął Nezha, patrząc na Rin. – Kurwa, zabiję.  – Oj, daj już spokój. – Kadet udał, że tłumi ziewnięcie. – Jesteście w akademii wojskowej. Będziecie mieć jeszcze mnóstwo okazji, żeby się nawzajem pozabijać. Ale teraz może się wstrzymajcie. Przynajmniej na kilka dni, dobra?

premiera

12 lutego 2020 Polub nas na

facebooku

kup teraz na


Profile for Fabryka Słów

Rebecca Kuag "Wojna makowa" (2 fragment)  

Rebecca Kuag "Wojna makowa" (2 fragment)  

Advertisement