Page 1


Copyright by Dorota Kościukiewicz-Markowska Ilustracje Maja Markowska, 2016 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy. Projekt, dyrekcja artystyczna i skład: MOTIF STUDIO Ewa Kaziszko Redakcja i korekta: Joanna Fabiszak Druk: ZAPOL Sp. z o.o. www.bajki.szkolaszczescia.com.pl ISBN: 978-83-935376-1-7 Zamówienia hurtowe dla szkół i przedszkoli: Wydawnictwo Movart - Paweł Markowski - wydawnictwo@movart.pl

Wydawnictwo MOVART 2016 ul. Wyspiańskiego 9/2, 70-497 Szczecin wydawnictwo@movart.pl


Dla Mai Nigdy nie byłam idealną mamą, nie jestem ani nie będę. Tym samym wcale nie chcę się tłumaczyć, a pokazać Ci, że coś takiego jak idealność, nie istnieje. To tylko pewna koncepcja w naszym umyśle. Bo z czyjej perspektywy miałabym być? I po to jest ta książka, żebyś lepiej mogła zrozumieć świat i różne punkty widzenia, niekoniecznie te oczywiste. Bo czy dobro jest dobre, a czy zło jest złe? Skąd wynika „zło”? Może z niezrozumienia rzeczywistości, może z bólu, może ze strachu? Chcę Ci tymi bajkami pokazać, że im bardziej zrozumiemy siebie i innego człowieka, tym bardziej zrozumiemy świat. A im bardziej to wszystko zrozumiemy i poczujemy w swoim wnętrzu, tym bardziej będziemy szczęśliwi. I to jest moje przesłanie dla Ciebie. Bo szczęście zaczyna się dużo bliżej, niż myślimy, nie tam daleko w świecie, a tutaj, blisko, gdzie jest nasze własne serce…


Spis bajek 1. Szczęście na stole króla / 7

2. Historia o rodzinie państwa Milczków i sile komunikacji / 17 3. O tym, jak słowik przestał śpiewać / 29 4. Historia o zaczarowanym lustrze, które w końcu się ogarnęło / 39 5. Co jest ważne? – zwierzęta leśne na przyjęciu u sowy / 50


6. O Dużej, która nie potrafiła kochać / 55 7. O złej czarownicy, która stała się zła, bo nikt jej nie lubił / 63 8. Gdyby kózka nie skakała, to by życia nie zaznała / 75 9. O wilczku szaroburym, który nie wierzył w siebie / 83 10. O żyrafie, która wierzyła, że jest żółwiem / 91 11. Święta krowa / 103 12. Jaś, chłopiec z innej planety / 111 13. O Patryku – żółwiku, który nie potrafił marzyć / 131 14. Historia o osiołku, który siedział w domku / 141 15. Ślimak Sebastian i wyprawa na koniec świata / 149


O tym, jak słowik przestał śpiewać Już od niepamiętnych czasów mama słowika chorowała. Nie znano lekarstwa na tę dziwną przypadłość. Z dnia na dzień pani Dulce stawała się słabsza. – Nigdy nie rezygnuj z życia, synku – powiedziała pewnego dnia. – Ja swoje życie przeżyłam, cały czas bojąc się, już nawet nie wiem o co. Straciłam czas – dodała słabym głosem – straciłam bardzo, bardzo dużo czasu. I proszę cię o jedno – ty go nie trać, bo to jest najcenniejsze, co możesz mieć i co komuś możesz dać, oprócz miłości oczywiście. Kochałam cię bardzo, kocham i będę kochać – wyszeptała, zamykając po raz ostatni oczy.

8


Mały słowik zaniemówił. Chociaż od długiego czasu był przygotowany na najgorsze, nie wiedział, że w środku może istnieć taki ból. Siedzieli z tatą na czubku drzewa, tuż nad gniazdem. Słowik słuchał w milczeniu, jak tata żalił się światu. Słuchaczami niezwykle smutnego i pełnego cierpienia koncertu dojrzałego ptaka były wiatr oraz liście drzew, na których tańczyły ostatnie promienie słońca. – Czasu nie zatrzymasz – szepnął w pewnym momencie wiatr. – Tak to jest, że wszystko rodzi się i potem odchodzi… A czas „pomiędzy” jest na życie. Pełne. Cudowne. Kompletne… Tata słowik nie mógł sobie wybaczyć. Wiecznie nie miał czasu na

9


10


bycie z ukochaną żoną, zajęty budowaniem wciąż piękniejszego gniazda. W końcu je wybudował. A teraz ziało ono zimną pustką… Śpiewał więc teraz w swej rozpaczy bezustannie. Nocami do gwiazd, a w dzień do starej wierzby. Bez przerwy. Zatracony w smutku, żalu i złości nad straconym czasem. Nie mógł go już jednak cofnąć, nie mógł wyrwać istnieniu ciepła i uśmiechu słodkiej Dulce. Z czasem jego smutek zmniejszył się. Wylał. Mały słowik o imieniu Fabian zaniemówił zaś. Nie potrafił wyrazić żalu, jaki skrywało jego małe serce. Żalu było tyle, że serce jego ucichło na dobre. Z czasem zamknęło się. – Już nigdy nie będę kochał – przyrzekł sobie mały ptaszek. – Bo to za bardzo boli… Fabian niby żył, niby chodził do pobliskiej szkoły dla ptaków, ale jakby go nie było. Cichy smutek, który otulił jego serce szczelną kołdrą, przywarł do ptaszka na dobre. Na tyle, że on sam nie mógł już śpiewać… A dla słowika to niezwykle ważna sprawa. Czas mijał. Przyszła zima, po zimie wiosna, po wiośnie lato, po lecie jesień. Cykle zmieniały się jak w kalejdoskopie. Fabian wyrósł na pięknego ptaka. Jego lśniące pióra zdobiły tors i przyciągały znane samiczki. Chociaż Fabian nie śpiewał, miał jakiś niezwykły, magnetyczny wręcz osobisty urok. Do jego gniazda przyfruwały z parku różne piękności, on jednak pozostawał obojętny. Z czasem zapomniał o przysiędze, którą złożył sobie jako mały ptak. Nie wiedział, co się z nim dzieje, wiedział tylko tyle, że nie umie kochać i zaakceptował tę cechę. Pewnego dnia do parku przybyła samiczka z sąsiedniego parku. Usiadła na jego drzewie i zaczęła śpiewać. Jej śpiew był cudny. Śpiewała wesoło i smutno, nostalgicznie i radośnie. W jej głosie słychać było wszystkie emocje. Emocje, które poruszyły serce Fabiana. Nieoczekiwanie Fabian też zaczął śpiewać. Jego piękny głos wypełnił park niesamowitą melodią. Samiczka Lua patrzyła na Fabiana w ciszy, delektując się każdym dźwiękiem. – Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego koncertu – powiedziała. – Jeszcze nigdy nie dałem takiego koncertu – odrzekł Fabian. 11


Para słowików z czasem zakochała się w sobie na dobre. Bawili się niesamowicie, fruwali razem po polach, po lasach, po łąkach. Dawali razem koncerty. Delektowali się szeptem wiatru i szumem jesiennych liści. Czas mijał, a oni trwali w wydawałoby się nieskończonej fali zakochania. – Kocham cię – szepnął pewnego razu do jej maleńkiego uszka. – Ja też cię kocham – odszepnęła Lua. Wzięli huczny ślub, który dała im sowa. Na wesele przybyły wszystkie ptaki z obu parków. Byli szczęśliwi… Czas mijał. Fabian uwił piękne gniazdo, w którym Lua złożyła jajo. Wysiadywali je na zmianę. Raz on, raz ona. Wszystko uwielbiali robić wspólnie. Lubili ze sobą być i spędzać czas. Fabian z czasem zapomniał o zamkniętym sercu, o smutku i żalu, które spoczywały na jego dnie… W piękny wiosenny czas, akurat na święta wielkanocne, wykluła się z jaja piękna samiczka. Ola ofiarowała swym rodzicom nowy rodzaj miłości. Troszczyli się o swą kruchą istotkę jak o najcenniejszy dar, wchodząc coraz bardziej w obowiązki życia. Nie mieli już tyle czasu, aby razem śpiewać. Fabian zajęty był znoszeniem ziarenek do gniazda. I chociaż tych ziarenek mieli wielką ilość w spiżarni na tyłach gniazda, dla niego wciąż było mało. – Wystarczy tych ziarenek. Chodź pośpiewać – mówiła Lua. – Nie wystarczy. Nie mam czasu na zabawy – mówił oszołomiony Fabian. – Muszę pracować, by wystarczyło nam pożywienia na zimę. – Fabianie, przecież nam tych ziarenek wystarczy na kilka zim – tłumaczyła Lua ze smutkiem w głosie. – Przestań – denerwował się Fabian – robię to dla was. To wy jesteście moim szczęściem i chcę, żeby nigdy wam niczego nie zabrakło. – Ale Fabianie, nam brakuje właśnie ciebie… – szepnęła zasmucona Lua, on jednak nie słyszał odpowiedzi, z impetem wylatując z gniazda. Pracował i pracował. Znosił i znosił ziarenka. Jedno po drugim. Dla ich szczęścia, dla ich bezpieczeństwa, dla ich stabilności. Niestety, ile by ich nie nazbierał, dla niego było za mało, bo ziarenka nie mogły zapełnić dziury, którą gdzieś w środku, pomimo miłości do Luy, skrywało 12


Czas mijał, a oni trwali w wydawałoby się nieskończonej fali zakochania.

13


jego serce. A to upragnione szczęście, zamiast przychodzić, odchodziło w siną dal… Nawet nie wiedział, kiedy to się stało, ale przygnębiony wieczną pracą i staraniami o lepszą przyszłość zapomniał o cieszeniu się teraźniejszością. Powoli stawał się jak jego ojciec, który cały czas poświęcał się pracy i obowiązkom. Z czasem też przestał śpiewać… – Tak nie może być – powiedziała pewnego dnia Lua. – Ja się zakochałam w pełnym życia, cudnym ptaku, a ty co właściwie robisz? – Zapewniam wam poczucie bezpieczeństwa. Z miłości… – powiedział Fabian zgodnie z prawdą. – Czy miłość polega na ilości zgromadzonych ziarenek? – spytała mądra samiczka. – Czy na czasie, jaki z nami spędzasz? A co ty robisz, jak jesteś z nami? Myślisz tylko o tym, ile ziarenek mógłbyś znieść, jeśli byś z nami nie był! To szaleństwo! Jesteś z dnia na dzień bardziej podenerwowany, krzyczysz na mnie i na maleństwo i mówisz, że to my jesteśmy źródłem twojego szczęścia? Ma się wrażenie, że nieszczęścia – dodała, a po jej policzkach spłynęły dwie krople łez. – Straciłeś całą pasję. Nie oglądasz już ze mną chmur, nie latasz po okolicznych polach, nie wychodzisz już nawet do parku i… przestałeś śpiewać… – Co się z tobą stało? – dodała, odwracając swą małą główkę. – Nie wiem – szczerze odpowiedział Fabian, spuszczając wzrok. – Ja się zakochałam w pełnym życia i pasji słowiku i nie mogę być w takiej sytuacji dłużej. To jest dla mnie trudne, ale nie mogę tak dłużej żyć – powiedziała ze smutkiem w głosie Lua. Nagle słowik z całą mocą poczuł zimną kołdrę smutku, tę która od dziecka otulała jego serce. – Nie odchodź – powiedział miękko. Wtedy raptem z oddali przyszły do niego słowa… słowa o których zapomniał, a które żyły gdzieś w środku jego serca: – Nigdy nie rezygnuj z życia, synku. I nie trać czasu, bo to jest najcenniejsze, co możesz mieć

14


i co komuś możesz dać. – Co ja robię? – pomyślał zaskoczony. – Co ja robię? – Miłości nie zbudujesz ilością zebranych ziarenek – szepnął wiatr. – Wiem, wiem, wiem! – krzyknął. – Ale co ja mam zrobić? – Przypomnieć sobie swoją pasję i zacząć znów śpiewać. Jak zaczniesz śpiewać, wszystko samo się ułoży – zagwizdał wiatr. Słowik pofrunął na czubek drzewa, zamknął oczy i zaczął śpiewać. A ze śpiewem tym płynęło wszystko. Każda emocja, każdy żal, każdy smutek, każdy ból, ale i każde szczęście, i radość, i dobro, i miłość. Lua słuchała Fabiana ze łzami wzruszenia. – I to jest mój słowik. To jest mój mąż… – szeptała dumnie. A maleństwo śmiało się radośnie. Czas mijał. Słowikowi i jego żonie pióra zrobiły się srebrne, maleństwo urosło i wyfrunęło z gniazda. Piękna i dorodna córka osiedliła się na sąsiednim drzewie. Wieczorami słuchała cudownego koncertu na dwa głosy. To jej rodzice śpiewali razem, tuląc się do siebie ciepło. I żyli długo i szczęśliwie, a ich historia powtarzana była przez pokolenia, bo byli przykładem pięknie kochającej się pary.

15


16


17


18


Co jest ważne? zwierzęta leśne na przyjęciu u sowy Dawno, dawno temu, w pięknym i gęstym lesie sowa Alicja postanowiła zrobić przyjęcie na cześć pierwszego dnia lata. Udekorowała pięknie domek, upiekła ciasteczka owsiane i zaprosiła najlepszych przyjaciół. Miś, zając, jeż, wiewiórka i sarenka zjawili się wszyscy razem z bukietem polnych, pięknych kwiatów. Umówili się ciut wcześniej, żeby nazbierać je z leśnej polany i podarować gospodyni. – Och dziękuję – powiedziała sowa – siadajcie, rozgośćcie się. Wszyscy rozsiedli się wygodnie, pijąc pyszną herbatkę lipową i zajadając ciasteczka owsiane. Piękny wieczór malował niebo na fioletowo-różowy kolor. Zrobiło się nastrojowo. – Co, myślicie, jest najważniejsze w życiu? – zapytała sowa przyjaciół. – Ja myślę, że najważniejsze w życiu jest bogactwo – powiedział miś – im więcej mam miodu, tym mi lepiej. Czuję się dobrze z moimi zapasami. Jeśli mogą starczyć na całą zimę to w ogóle ekstra. Tak że najważniejsze dla mnie jest bogactwo. – A widzisz, ja myślę inaczej. Dla mnie najważniejsze jest działanie – powiedział zając. – Jak coś robię i czuję ten wiatr w uszach, to jest to. Nie musi być jakichś wielkich efektów, liczy się to, co robię i żebym to lubił. Lubię skakać, kicać i sadzić marchewkę. Samo to robienie sprawia mi radość – dodał, biorąc olbrzymi kęs ciasteczka owsianego. – Ja mam odmienny punkt widzenia – odparł jeż – ani bogactwo, 19


20


21


ani działanie, tylko spokój jest najważniejszy w życiu. Co mi z tego, że zgromadziłem jabłka na zimę, co z tego, że narobiłem się przy tym, jeśli nie będę miał spokoju w umyśle i sercu? Tak że spokój i cisza są dla mnie najważniejsze. Wtedy siadam sobie pod krzaczkiem jagód w spokoju i obserwuję świat, i wydaje mi się on wtedy taki pięęęękny! Za to jak nie mam spokoju w głowie i w sercu, to wszystko na nic – dodał jeż. – Ależ jaka cisza? – wtrąciła się wiewiórka – dla mnie najważniejsi są przyjaciele. Jeśli nie ma przyjaciół, to po co to wszystko? A z przyjaciółmi można pobawić się czy pogawędzić, tak jak dziś. Z przyjacielem łatwiej znieść troski czy kłopoty, bo podniesie na duchu, wysłucha, doda sił. Fajnie też z przyjacielem dzielić się szczęściem i cieszyć się sukcesami. Uwielbiam przyjaciół i ten wspaniały hałasik, jaki wytwarzają wszyscy będąc razem, nie ma więc w tym żadnej ciszy – wiewiórka spojrzała na jeża znacząco. – A ja myślę, że najważniejsza w życiu to jest miłość – rzekła urocza sarenka, patrząc wielkimi, łagodnymi oczami na przyjaciół – gdyby nie miłość naszych rodziców, to nie byłoby nas na świecie. Ot i tyle. Gdyby nie było miłości, to byłoby strasznie. Świat opanowałaby nienawiść i złość, dlatego uważam, że miłość jest najważniejsza – dodała, uśmiechając się ciepło. – A ty co myślisz sowo? – zapytał miś. – Co jest najważniejsze w życiu? – Ja myślę, że wszyscy macie rację… – odpowiedziała sowa powoli. – Wszystko w życiu jest ważne. Ale najważniejsza jest równowaga. – Dlaczego? – spytała wiewiórka. – Bo gdybyśmy mieli samą miłość, najpiękniejszą jaka by ona nie była, to bez miodu, o którym mówił miś, nie przeżylibyśmy długo… – westchnęła i dodała – dlatego ważne jest, aby każde zwierzę miało co jeść i gdzie mieszkać. Znów to, co mówił zając, jest też ważne, bo co z tego, że mielibyśmy jedzenie i miłość, gdybyśmy nie potrafili cieszyć się zabawą czy pracą, jeśli nic nam by się nie chciało? Dlatego potrzebujemy działać i ważne jest, aby lubić to, co się robi. Jedni lubią śpiewać, inni sadzić marchewki. Nieważne, 22


co robisz, ważne żeby to było twoje. Prawdziwe. Ale znów to, co zaproponował jeż, też jest ważne – bo jak by to było, gdybyśmy tylko pracowali bez odpoczynku, bez spokoju i bez ciszy? Potrzebujemy spokoju, by nabrać sił, by pocieszyć się chwilą, by docenić życie. Ale… za dużo spokoju i ciszy też może być szkodliwe. Dlatego ważni też są przyjaciele, z którymi można razem przebywać, cieszyć się, bawić, słuchać i rozmawiać. Wszystkie zwierzątka wpatrywały się w sowę z szacunkiem. To nie był przypadek, że uważano ją za najmądrzejsze zwierzę. – Dlatego równowaga kochani jest, myślę, najważniejsza – dodała, serwując kolejną porcję ciasteczek. – A co za tym idzie i mądrość w podejmowaniu decyzji. Bo życie mamy jedno i fajnie byłoby, gdybyśmy dobrze je przeżyli. – A kiedy przeżyjemy je dobrze? – spytała sarenka. – Wtedy, kiedy będziemy żyć w zgodzie ze sobą i w równowadze ze światem – dodała sowa, wyjadając ostatnie okruszki z talerza. – To chodźmy się pobawić – krzyknęła wiewiórka, wyskakując z domku. – Chodźmy – zawtórowali jej przyjaciele. – A potem w ciszy popatrzymy na gwiazdy – dodał rozmarzony jeż. – O tak, zajadając słodki miodek – wtrącił miś. – To do roboty! – krzyknął zając, skacząc radośnie. – Och, co ja bym bez was zrobiła, kocham was wszystkich – powiedziała sarenka wzruszona. – I o to chodzi – westchnęła sowa. 23


O Dużej, która nie potrafiła kochać – Dlaczego nie potrafisz mnie kochać? – spytała odważnie Mała żółta kulka Dużej. – Chcesz wiedzieć?! – krzyknęła Duża niebieska, stając się dzięki temu jeszcze większą. – Hmm – szepnęła Mała, stając się coraz mniejszą. – Bo mnie denerwujesz. Cały czas – odparowała Duża. – Ale czym? Przecież ja nic złego nie robię… – spytała cicho Mała. 24


– Tym, że tobie wszystko się udaje, że robisz to, co chcesz, a to bardzo, bardzo drażni! – krzyknęła Duża, zbliżając się do okrągłych drzwi nory. – Przecież ja robię tylko to, co lubię. Nikogo nie chcę ranić… – głos Małej był coraz cichszy. – I w tym problem. No widzisz. Każdy robi to, czego nie lubi, a ty co sobie wyobrażasz? Że jako jedyna kulka w całym mieście będziesz robiła to, co lubisz?! Nie! W naszym mieście są pewne reguły, a ty non-stop je łamiesz! – krzyknęła Duża, ze wściekłością wypadając z nory. – Nienawidzę jej! – syknęła pod nosem, tocząc się szybko w stronę centrum miasta. – Co ta smarkula sobie wyobraża? Ma wszystko w życiu! I jeszcze chce mojej miłości! Bezczelność. Mała poturlała się za to w kierunku ciepłego parku i przycupnęła pod drzewem. Zaczęła obserwować z nostalgią rodzinę bawiących się w piasku wróbli. – Jakie one są szczęśliwe – pomyślała – bawią się razem radośnie, beztrosko. A my? – Dlaczego u nas są takie dziwne zasady? – pomyślała smutno – każdy robi to, czego nie lubi i jest nieszczęśliwy. Dlaczego tak jest? Dlaczego? – pytała samej siebie. Wtem zauważyła kątem oka turlającą się w jej kierunku Pomarańczową, dorodną kulkę. – Hej, co tak siedzisz smutna? – spytała Pomarańczowa kulka. – A nic – westchnęła Mała – zawsze myślałam, że robię dobrze, bo robię to, co lubię, ale chyba robię coś niedobrze… – Dlaczego tak myślisz? – zapytała z prawdziwym zaciekawieniem Pomarańczowa. – Bo widzisz. Ja denerwuję Dużą – szepnęła Mała – i ona mnie przez to nie kocha… – dodała cichutko. – Nie martw się Mała. To zazdrość. Duża po prostu robi tylko to, czego nie lubi. A ty drażnisz ją, bo robisz to, co lubisz – powiedziała Największa rzeczowo. 25


26


27


– Czy jest na to lekarstwo? – spytała Mała. – Tak, nazywa się czas – odpowiedziała Największa i znikła, turlając się w stronę pobliskich drzew. – Czas? – pomyślała Mała, patrząc w niebo. Minęło kilka lat. Mała urosła, Duża postarzała się… Pewnego razu Duża wtoczyła się do nory Małej. Słyszała od Największej, że Mała zachorowała. Mała nie wychodziła ze swojej nory od dłuższego czasu. – Co porabiasz Mała? – rzekła zaczepnie. – Nic – odparła Mała ciężko. Duża patrzyła na podkrążone oczy Małej, na jej słabość i kruchość, i zrobiło jej się żal. – Mała, a co ty właściwie lubisz robić?

28


29


– Teraz to nic. Nie mam na nic siły – odpowiedziała. – Jak to, ty Mała nie masz siły? – spytała Duża coraz bardziej zasmucona. – A co najbardziej lubiłaś robić? – spytała z drżącym sercem, patrząc na chorą Małą. – Rysować – szepnęła Mała. Duża potoczyła się do sklepu. Kupiła kredki i blok rysunkowy i wróciła pędem do nory Małej. – Rysuj – powiedziała, chcąc wykrzesać energię u Małej – pokaż co, potrafisz. Patrzyła, jak Mała bierze do słabych rączek kredki i próbuje nimi rysować. I choć rysunki wychodziły bardzo niezdarnie, wydało jej się, że w oczach Małej zobaczyła blask. – Minęło dużo czasu… – powiedziała Mała, patrząc życzliwie na Dużą. – Minęło dużo czasu – przytaknęła Duża z żalem w sercu. – Straciłam go… – dodała Duża. – Nigdy go nie miałam wystarczająco. Szczególnie dla ciebie. Pamiętasz, kiedyś spytałaś mnie, dlaczego cię nie kocham? Teraz mam inną odpowiedź. Nie interesowało mnie twoje życie, bo robiłaś zawsze to, co lubiłaś. I denerwowało mnie to, bo pokazywało mi, że ja mogłabym tak samo. Robić coś, co lubię, a nie to, czego nie lubię. A ty cały czas inspirowałaś mnie i denerwowałaś jednocześnie. Teraz wiem, że nigdy, przenigdy nie przestałam cię kochać. Ja tylko nie potrafiłam tego wyrazić ani tego zauważyć. Zawsze cię kochałam, Mała. Straciłam tyle czasu… Kompletnie bez sensu. Mała patrzyła na Dużą spod lekko przymkniętych, ciężkich powiek. Przypomniała jej się Pomarańczowa i lekarstwo, o którym mówiła. – Szkoda, że nie mogłam podarować ci czasu… – powiedziała, turlając się powolutku w kierunku Dużej. – Mała, właśnie, że dawałaś mi go, ja go tylko nigdy nie chciałam brać – odpowiedziała Duża, hamując łzy, patrząc na słabość Małej – ale teraz chętnie go wezmę. Mogłabyś opowiedzieć mi coś o sobie? – spytała z prawdziwym zaciekawieniem. 30


– A wiesz? Nie ma o czym za dużo mówić – powiedziała Mała cicho. – Opowiedz, opowiedz – poprosiła Duża. Mała zaczęła więc opowiadać Dużej o pasji życia, o tym, co lubiła i dlaczego. – Mogę ci zadać jedno pytanie? – spytała w końcu Duża. – Jasne – rzekła Mała coraz bardziej ożywiona. – Jak odnaleźć to, co się lubi robić? Bo ja nie wiem jak… – spytała z zainteresowaniem Duża. – Jak robisz coś, co lubisz, to czas staje… – odpowiedziała Mała. – Naprawdę? To mamy w takim razie jeszcze mnóstwo czasu, bo odkryłam, że lubię z tobą przebywać! – odpowiedziała Duża, uśmiechając się przez łzy. Dzień kończył się. Wróble dalej szalały w parku radośnie, a obie kulki – Duża i Mała były w końcu szczęśliwe z bycia razem, rozmawiając ze sobą do późna w nocy. I tak to się zdarzyło, że czas rzeczywiście stanął w miejscu. A one rozmawiały, rozmawiały i rozmawiały… A czas się nie kończył. – Bo jak się jest w teraźniejszości, to czas znika – dało się słyszeć ostatni komentarz Małej, tuż przed zaśnięciem. 31


Historia o zaczarowanym lustrze, które w końcu się ogarnęło Pewnego razu do królestwa, które od lat zamieszkiwane było przez samotnego króla i jego przepiękną córeczkę Mariolę, przyjechała Agrona, piękna królowa ze Wschodu.

32


Gdy król Kazimierz ujrzał tę piękną kobietę, zakochał się w niej szczerze i ze wzajemnością. Po kilku miesiącach wyprawili wielkie i huczne wesele, przyrzekając sobie miłość na całe życie. Tuż po ślubie Agrona usiadła rano przy swoim wielkim, ubranym w piękne, rzeźbione, złote ramy lustrze i zaczęła malować oczy w ulubione odcienie błękitu wykończone czarnymi, delikatnymi kreskami, które nadawały kontrastu jej ślicznym jasnym oczom. Wtem do pokoju wbiegła Mariola i usiadła tuż przy stopach macochy. Kobieta i Mariola polubiły się w trakcie przygotowań do ślubu do tego stopnia, że często nie odstępowały siebie na krok. Mariola przyglądała się teraz odbiciu pięknej królowej w lustrze. Widziała tam też swoją twarz. Przenosiła wzrok z kobiety na siebie, widząc za każdym razem inną odsłonę piękna. Ona miała ciemne, długie, kręcone włosy, zielone oczy i jasną jak mleko skórę. Królowa zaś miała złote włosy, błękitne oczy, a jej delikatne piegi zdobiły mały nosek. Obie wyglądały urokliwie. Nagle dziewczynka dla zabawy spytała: – Moje cudne lustereczko, powiedz, która z nas jest piękniejsza? – jej perlisty śmiech wypełnił komnatę. Nagle obie podskoczyły w przerażeniu, bo nieoczekiwanie zabulgotało, zahuczało, a magiczne lustro odezwało się ludzkim głosem: 33


– Każda z was jest śliczna. Żadna kobieta nie jest piękniejsza od drugiej. Wielką pomyłką jest myśleć, że ktoś może być piękniejszy niż ktoś inny – powiedziało lustro łagodnie. – Prawdziwie piękne cechy może skrywać jedynie wasze serce – ciągnęło lustro. – Dla serca nie ma różnicy, czy jesteś blondynką, brunetką czy rudą. Czy masz kolor skóry biały jak mleko, czy czekoladowy. Czy oczy twoje są niebieskie, zielone czy brązowe. Wszystko jest piękne. Ten zbiór cech tworzy akurat ciebie i głupotą jest porównywać się do innych. Bo porównywanie zawsze jest negatywne. Nie ma w nim nic, co przyniosłoby komukolwiek jakiś dobry skutek. – Jeżeli będziesz czuć się lepiej niż inni – kontynuowało zaczarowane lustro – to będzie ci się wydawać, że jesteś lepsza, piękniejsza i z tego powodu twoje serce może stać się zimne jak kamień. To nieuchronnie doprowadzi do smutku. Bo będziesz myślała, że jesteś nad wszystkimi. Ponad. Wyżej. Z czasem zrobisz się wyniosła i arogancka. A przez to możesz stracić bliskich i przyjaciół, co prowadzić może tylko do samotności i nieszczęścia. Z drugiej strony, porównując się z innymi, możesz czuć się gorzej od nich. Możesz czuć, że jesteś brzydsza, że czegoś ci brakuje, że nie masz tego, co ktoś inny osiąga z łatwością czy naturalnością. Taka sytuacja też prowadzić będzie nieuchronnie do smutku, a twoje serce z czasem może stać się zimne jak głaz. Będziesz stale myślała, że jesteś gorsza. Że nie zasługujesz na nic, że jesteś poniżej. Zazdrość zaś przemieni się z czasem w agresję, frustrację i złość. A przez to możesz stracić bli34


skich i przyjaciół. I co? Znów mamy na końcu drogi samotność i nieszczęście… Smutne, prawda? Obie kobiety przytaknęły, patrząc na lustro otwartymi ze zdumienia oczami. – Skąd ty tyle wiesz? – zapytała zwierciadła królowa. – Wiem, bo od niepamiętnych już czasów mieszkam w tym pałacu i stawia mi się wciąż to samo pytanie. I za każdym razem starałem się odpowiadać zgodnie z prawdą, ale skutkiem zawsze było coś negatywnego. Aż w końcu dojrzałem, coś w środku mnie się przełamało i zdobyłem nową mądrość. Każdy ma piękne cechy. I brzydkie też. Ważne jest rozwijanie cech dobrych, to zawsze prowadzi do szczęścia. Ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że porównywanie się do innych prowadzi do nieszczęścia. Zawsze. Na każdej płaszczyźnie życia. Widzę to, bo żyję już setki lat i obserwuję z mojego magicznego ukrycia bardzo wiele osób. I za każdym razem jest to samo – westchnęło lustro. – A ja mam już dość tych nieszczęść… Podam wam taki przykład z życia wzięty, chcecie? – Tak! – obie, kobieta i dziewczynka, zgodnie kiwnęły głowami. Dziewczynka przysiadła się bliżej królowej. – Pewnego razu – ciągnęło lustro – mieszkały w tej komnacie dwie siostrzyczki, bliźniaczki. Obie były jak dwa cudne aniołki. Gdy skończyły siedem lat, tata kupił im sztalugi i cudne kolorowe farby – bo obie bardzo lubiły malować. Zasiadły więc tego pamiętnego dnia do swoich płócien i zaczęły tworzyć. Ania malowała kwiaty w wazonie. 35


Miało się wrażenie, że dojrzałe piwonie wręcz przechodziły wraz z kolejnym pociągnięciem pędzla na jej płótno. Z każdą chwilą stawały się coraz bardziej doskonałe, piękne i niezwykle realne. Kasia zaś malowała kotka Mruczka, który siedział na błękitnej pikowanej kanapie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Kasia chciała zobaczyć, co tworzy siostra. Wstała więc i podeszła do płótna po drugiej stronie stołu. I to, co zobaczyła, zaparło jej dech w piersiach. Obraz był przepiękny. Pełen emocji i pasji. Piwonie wyglądały jak żywe. Już miała zachwycić się i powiedzieć siostrze komplement, gdy nagle porównała swój obraz z tym dziełem i do jej serca zakradła się zazdrość: – Taki piękny obraz namalowała Ania! – pomyślała – O nie! A ja nie umiem tak pięknie! Mój kot jest beznadziejny, wcale nie wygląda tak samo jak Mruczek… Nakręcała się coraz bardziej, a zazdrość powoli przybierała różne barwy emocji. Od smutku po żal, frustrację, w końcu przyszła złość. Niby nic się nie stało, a Kasia z każdą chwilą stawała się coraz brzydsza, wykrzywiając twarz w grymasie złości, krzycząc i tupiąc. Na nic się zdały zapewnienia siostry, że jej obraz był równie zachwycający. I rzeczywiście taki był. Bo każdy inaczej odbiera rzeczywistość. Każdy ma inną wrażliwość. I każdy obraz, jeśli jest autentyczny, jest piękny… Najgorsze są porównania, to zabija wszystko…

36


– Chcecie wiedzieć, jak skończyła się historia? – zapytało lustro. – Tak – odpowiedziała Mariola z wypiekami na policzkach. – Źle. Bardzo źle się skończyła. Kasia nakręcała się złością coraz bardziej. Dlaczego? Bo chciała być najlepsza. Bo to ona chciała być wyjątkowa. Nie mogła znieść faktu, że siostra zrobiła według niej coś piękniejszego. Fala zazdrości i coraz większej agresji zasłoniła jej umysł i serce czarnym dymem. W końcu w przypływie furii mocno popchnęła sztalugę siostry, popychając tym samym Anię stojącą po jej drugiej stronie. Nieszczęście w tym jednak było większe, niż mogłaby przewidzieć bujna wyobraźnia dziewczynki. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Tempie, na które niestety Kasia nie miała już wpływu… Jako że Ania stała przy wysokim oknie, nieoczekiwane i mocne pchnięcie sztalugi spowodowało, że upadła prosto na nie. Wybiła je swoim małym bezbronnym ciałem i wypadła z łoskotem na zewnątrz… Obie słuchaczki wstrzymały oddech. – I co dalej? – zapytała z przejęciem królowa Agrona. 37


– Kasia raptem zdała sobie sprawę ze swojego nikczemnego zachowania i z przerażeniem podeszła do okna - ciągneło lustro. Ania leżała na dole w ogrodzie, tuż pod oknem. Ze wszystkich stron zbiegały się osoby zaalarmowane hałasem rozbijanego szkła. – Ja nie chciałam, ja nie chciałam – powtarzała po cichutku do siebie samej Kasia, patrząc nieprzytomnie na efekt swojej złości. – To nie może być prawda. To jakiś zły sen. Ja nie chciałam tego zrobić – dziewczynka niemal zemdlała, opadając na zimną posadzkę komnaty. I kiedy tak Kasia siedziała zanurzona w rozpaczy, wraz z wiatrem do pokoju wpadła mała, złota wróżka. – Wiem Kasiu, że nie chciałaś. Wiem, że w głębi serca masz dobro. To zazdrość pchnęła cię do tego czynu. A zazdrość wyniknęła z porównań. Mogę coś dla ciebie zrobić, ale ty musisz obiecać mi, że również coś zrobisz. – Dobrze. Co tylko zechcesz – powiedziała mała dziewczynka w oczekiwaniu cudu, chcąc za wszelką cenę uratować siostrę. – Ja mogę cofnąć czas, ale to ty znów dokonasz wyboru. Obiecaj mi tylko, że nie będziesz się porównywać z siostrą. – Nie będę – odpowiedziała dziewczynka, a po jej policzkach spływały gorące i słone łzy. – Już nigdy nie będę się z nikim porównywać – powtórzyła cichutko. – Abrakadabra – powiedziała wróżka i zniknęła. Wtem obie siostry znów siedziały – każda przy swojej sztaludze. Kasia kończyła malować kotka, który choć wyglądał inaczej niż Mruczek, był kolorowy i miał większe oczy, podobał jej się bardzo, bo dokładnie tak chciała go przedstawić. Inaczej, zawadiacko, kreatywnie. Ania za to kończyła malować piękne piwonie. Kasia cicho podeszła do siostry, objęła ją ciepło, pocałowała w policzek i powiedziała: – Pięknie malujesz Aniu, twoje piwonie są zachwycające. Wyglądają jak żywe! Tak jak ty, jesteś taka pełna życia! Kocham cię siostrzyczko – powiedziała cicho, tuląc się do uśmiechającej się do niej dziewczynki. 38


– Chciałabyś zobaczyć mój obraz? – spytała. – Jasne! – odpowiedziała Ania. Ania przyglądała się kotkowi z wyrazem podziwu. – Piękny – podsumowała po chwili. – A najbardziej to mi się podoba jego kolor i te wielkie oczy. Widać, że masz olbrzymią wyobraźnię – dodała, chwytając siostrę za rękę i zaczęła wesoło pląsać z nią wokół prac. – Każda praca jest piękna. Inna i cudna na swój wyjątkowy sposób – pomyślała Kasia, dziękując w myślach wróżce i losowi za dobrą, choć mocną lekcję, jaka jej się przydarzyła. Obiecała sobie nigdy więcej nie porównywać się do nikogo. I wiecie co? Była najszczęśliwszą królewną, jaką znałem… – dodało lustro w zadumie. – Dlatego już dość tych niestosownych pytań drogie panie – dodało z uśmiechem – każda z was jest piękna i kropka. Każda ma co innego. Cennego i pięknego. Sekret leży tylko w tym, by potrafić to zauważyć… Zahuczało, zabulgotało i nastała cisza. Mała dziewczynka i dojrzała kobieta siedziały jeszcze chwilę zatopione w myślach. – Jesteś piękna – powiedziała dziewczynka do kobiety ze wzruszeniem w głosie. – Ty też Mariolu – odpowiedziała Agrona. Król stojący nieopodal w pachnącym różami ogrodzie przez otwarte okno komnaty obserwował piękną scenę. Ukochana córka i jego piękna, młoda żona przytuliły się do siebie ciepło. – Dziewczyny! – krzyknął król, machając w stronę okna na powitanie – pora na pyszne śniadanko! – Ja to mam szczęście – pomyślał, idąc wolnym krokiem w stronę drzwi pałacowych. – W końcu nastały dobre czasy – pomyślało z kolei uradowane lustro. – Mogę mówić to, co myślę, a nie to, co chcą ode mnie usłyszeć – uśmiechnęło się do siebie, oddychając w końcu z ulgą. 39


40


41


Bajki  
Bajki  
Advertisement