Issuu on Google+

Nr 2 02/05/2013

Redakcja poleca: (Post)Modernistyczny Haneke | Odkryj swoją Amerykę | Nowa rasa koczowników | W świątyni Konfucjusza Pseudo-wartości i substytuty idei | Odbiorcy na usługach tabloidyzacji | Nawet dotyk jest komunikatem | Historia narkotyków

E-Public Internetowy miesięcznik publicystyki niezależnej / Tworzony przez każdego internautę

Świat Kampu?

lunanyxstock.deviantart.com

Wydanie internetowe - bezpłatne www.epublic.com.pl

Stały zespół: Karol Czok | Agnieszka Słodyczka | Tomasz Stroński| Ola Nosanowicz | Anna Pawełczak | Radek Mamoń| Ewa Zachwiej | Jonasz Burak | Krzysztof Przybysz|


Strona Redakcyjna

Od redaktora

O

;)

to jest! Drugi numer E-Public w nieco większej objętości z nowymi autorami. Okazało się, że pierwszy numer był poczytniejszy, niż pierwotnie moglibyśmy przypuszczać. Co za tym idzie, wiele osób poczytało, oceniło i zasugerowało wiele interesujących wątków i uwag. Część z nich oczywiście uwzględniliśmy i mamy nadzieję, że dzięki temu drugi numer będzie się czytało jeszcze lepiej. Dostaliśmy także wiele emaili od dziennikarzy-redaktorów, którzy chcieliby podjąć z nami współpracę. Serdecznie dziękujemy za zainteresowanie i zachęcamy do dalszego przesyłania nam wiadomości, ale z jakimkolwiek tekstem lub plikiem. Często bowiem otrzy-

Redaktor naczelny: Karol Czok Redakcja: Agnieszka Słodyczka, Tomasz Stroński, Ola Nosanowicz, Anna Pawełczak, Radek Mamoń, Ewa Zachwiej, Jonasz Burak, Krzysztof Przybysz Korekta: Kamila Smyk, Ewa Nowak, Radek Mamoń Kontakt: epublic@epublic.com.pl PR: Agnieszka Słodyczka (aga.slod@ gmail.com), Tomasz Stroński (t.stronski@wp.pl) www: epublic.com.pl Publicyści numeru: Artur Patrzylas, Adrian Cecelak, Adrian Manikowski, Andrzej Kozdęba, Marta Jacukiewicz,

Kasia Krasoń, Natalia Król, Agnieszka Szeląg, Manuel Langer, Kamila Burko, Krystyna Opozd, Monika Retek, Justyna Krzyśków, Marcin Stroński

Czym jest E-Public? E-Public to darmowy projekt nowego internetowego miesięcznika, tworzonego przez wszystkich chętnych publicystów do dzielenia się swoją treścią. Jeśli posiadasz ciekawy tekst i chcesz go opublikować – pisz do nas śmiało! Nie ma znaczenia czy jesteś dziennikarzem, matematykiem, spawaczem, filozofem, historykiem czy fanem surykatek. Nasz stały kilkuosobowy zespół to także grupa osób nie będących zawodowcami w fachu wydawniczym. Dostrzegamy jednak potencjał w ogromnej liczbie ludzi, którzy swoje nierzadko arcyciekawe teksty chowają do szuflady.

Wszelkie prawa zastrzeżone dla tekstów autorskich. Teksty-przedruki podlegają przypisanej licencji i źródła. Projekt czasopisma E-Public stanowi wyłączną własność Karola Czoka.

2

FutUndBeidl | flickr.com

mujemy wiadomość, w której nie ma ani tekstu, ani żadnego załącznika. Tematy, które dla Was wybraliśmy są przeróżne i dotykają wielu różnych dziedzin współczesnego świata. Znajdziecie więc kolejno różne, często odmienne, punkty widzenia oraz konkluzje, które mogą wywołać kontrowersje. Chcemy w ten sposób zachować możliwie największy pluralizm wydawniczy nie wpadając jednocześnie w niepotrzebne skrajności. Nie pozostaje nam nic więcej dodać jak tylko zachęcić Was do przeczytania obecnego numeru i nadesłania nam swoich odczuć na jego temat. Jako redakcja dziękujemy serdecznie jeszcze nowym publicystom oraz działowi korekty!

www.epublic.com.pl


Spis Treści Manuel Langer

Ola Nosanowicz

4 Ballada o utracie nadziei - cz. II 5

7

9 11 14

Pseudo-wartości i substytuty idei

Karol Czok

Prasa Polska w Harbinie Michal Przeperski

John Reed - Amerykański bolszewik

Tomasz Stroński

27

Objawy i bolesne skutki uboczne celebriozy Kamila Burko

29 Music is my life!

Adrian Cecelak

Atlantyda Artur Patrzylas

(Post)Modernistyczny Haneke

Krystyna Opozd

30 Odbiorcy na usługach tabloidyzacji Monika Retek

Adrian Manikowski

32 Nawet dotyk jest komunikatem

Andrzej Kozdęba

34

Agnieszka Słodyczka

Marta Jacukiewicz

35

Justyna Krzyśków

Kasia Krasoń

37

Anna Pawełczak

Natalia Król

38

Jonasz Burak

39

Marcin Stroński

42

Ewa Zachwiej

Korea Północna grozi palcem

16 Odkryj swoją Amerykę 17

25

Dwóch Kliczków i David Haye

19 Gorąca infolinia Umiłowanie przesady 20 – w świecie kampu Radek Mamoń

22 Nowa rasa koczowników Agnieszka Szeląg

23 W świątyni Konfucjusza

Pokolenie SMS Historia narkotyków Kim Jesteś

Dziupla Jonasza Związki zawodowe a korporacje Z cyklu bajki dla dorosłych


Felieton

Ola Nosanowicz

W

zeszłym miesiącu dowiedzieliście się (lub przypomnieliście sobie) o starym dobrym Henryku VIII. Zatem jesteśmy już po unieważnieniu jego małżeństwa z Katarzyną Aragońską i po ślubie z Anną Boleyn. Jest to już oklepany wątek „miłosny”, którego nie powstydziłyby się polsatowskie „Zdrady”. Henryk stał się wątpliwym przykładem dla wielu mężczyzn – co by tu zrobić żeby pozbyć się starej brzydkiej żony dla nowszej i energicznej? I pomimo tego, że miał pieniądze i władzę, trwało to dość długo. Kilka lat po ślubie, po kilku porażkach prokreacyjnych Henryk zaczął się solidnie martwić. W Anglii dokonała się rewolucja religijno-polityczna, zginęło 500 katolików, tyle zachodu, biurokracji, załatwiania, a Anna dalej nie dała królowi syna. I co dalej? Najpierw trzeba poszukać sobie stałej kochanki, jak przystało porządnemu królowi – po zaspokojeniu potrzeb natury fizycznej chłopu zawsze myśli się lepiej! Anna do-

Cel uświęca środki

oraz chcieć to nie zawsze móc ballada o utracie nadziei – cz. II brze wiedziała co się święci – wiedziała, że skokom w bok zapobiec się nie da, musiała więc zaakceptować potrzeby małżonka – a żeby nie wypaść z obiegu i mieć kontrolę nad tym co się dzieje sama podsuwała mężowi kochanki spośród swoich dam dworu. Co za odwaga! Czy w dzisiejszych czasach można spotkać taką kobietę? „Jak masz zamiar mnie zdradzać, to rób to chociaż z naszą sąsiadką Jolką! Będę miała Was na oku a jak będziesz od niej wracał to odbierz dzieci z przedszkola i kup gazety”. Coś pięknego, prawda panowie? Jednak Anna nie przewidziała tego, że mąż ma gdzieś to, co jej się podoba a co nie. Bo w tamtych czasach, kobieta będąc nawet królową – była nadal tylko żoną, a wedle ówczesnych standardów wiązało się to głównie z rodzeniem dzieci, tzn. synów. I tym samym biedna królowa żona popadła w niełaskę. A lata lecą, Henryk się starzał – syn by się przydał. I pojawiła się ona – piękna (tego w sumie potwierdzić się nie da) JaneSeymour (to nie ta, co grała dr Queen!!!). I znowu trzeba się pozbyć żony. Ostatnio zadziałało unieważnienie małżeństwa, to może tę żonę o coś oskarżymy? „Podobno ma 3 cycki, to może jest czarownicą?”. Plan zatwierdzony, żeby było pewniej i szybciej to oskarżymy ją jeszcze o cudzołóstwo i liczne zdrady. Raz dwa, ścięto www.epublic.com.pl

kilku panów, Anna trafiła do Tower i tam w modlitwie czekała na koniec. Czy wiecie, co to znaczy czekać na śmierć? Pewnie nie, tekst jest po polsku, więc istnieje małe prawdopodobieństwo, że na pytanie odpowie sobie ktoś siedzący i czekający w polskiej celi śmierci. No, nieważne. Z tą śmiercią Anny to nie była taka szybka sprawa. Henryk stwierdził, że ma do kobiety sentyment więc postanowił specjalnie dla niej sprowadzić wytrawnego kata - nie będzie jej ścinał byle rzeźnik. Wprawdzie w Tower przygotowano dla Anny królewską celę, ale jak to w Anglii, w średniowiecznych więzieniach ani nie było kolorowo, ani ciepło, ani bynajmniej czysto. Do tego stres, żal i oczekiwanie. Nadszedł ten dzień. Chłopi już czekają z wywalonymi jęzorami na egzekucję - co za rozrywka. Pamiętajmy o tym, że bądź co bądź, kilkaset lat temu, może i Anglicy już w piłkę grali, ale transmisji na żywo w telewizji nie było, toteż świetną rozrywką były publiczne egzekucje – krzyki, płacze „podpal podpal!!!” albo „jeszcze żyje!! Dobić!!!” – takie to były rozrywki. I to za darmo! Nadszedł ten dzień – Anna czeka przygotowana, wyspowiadana, rozgrzeszona (z grzechów, których notabene nie popełniła) „wystrojona”, wchodzi dyrektor zakładu zamkniętego i informuje, że kat nie dojechał, „zetniemy Waszą Wysokość o piątej, prosimy o cierpliwość”. Cierpliwość? Anna poczekała do umówionej piątej, przychodzi dyrektor i mówi „Wasza Wysokość, jakieś problemy komunikacyjne wystąpiły, egzekucję wykonamy rano”. Rano?! Nawet jeśli oskarżenia przeciw Annie były prawdą to z całą pewnością nie zasłużyła na spóźnienie kata! Na drugi dzień faktycznie przyjechał, Anna wyszła dumnie z celi, no i cóż, dała się ściąć. Kilka dni później – K-I-L-K-A dni później Henryk poślubił JaneSeymour i rozpoczął kolejny seksualny maraton – ku chwale ojczyzny i własnego ego – czy tym razem uda się spłodzić syna? O tym następnym razem… ilustracja by lisby1 | flickr.com


Artykuł

Prasa polska w Harbinie - krótki zarys polskiego czasopiśmiennictwa na Dalekim Wschodzie Ilustracja ze zbiorów autora

Karol Czok

W

ydawanie prasy w Harbinie, czy w ogóle na Dalekim Wschodzie, wiąże się ściśle z tamtejszym życiem kulturalnym i społecznym. Trzeba mieć na uwadze, że Polacy mieszkający w tamtym rejonie starali się poprzez różne formy manifestowania wyrażać swój patriotyzm. Nie bez przyczyny powstało zatem gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza czy Gospoda Polska – ośrodek scalający wszystkich Polaków nie tylko w Harbinie, ale w całej Mandżurii. Nadawanie polskich nazw miejscom i ulicom oraz czynna działalność teatralna, w której odgrywano fragmenty Mickiewicza czy wysta-

wiano komedie, m.in. Adama Asnyka, Walka Stronnictw , była jedynie dowodem na to, że ludność stale kulturę polską podtrzymywała. Ekspansja różnych organizacji społecznych, kulturalnych i politycznych w Harbinie następowała również w momencie, kiedy przedzierający się Polacy (w tym żołnierze służący w armii rosyjskiej), świeżo doświadczeni rewolucji rosyjskiej, trafiali do miasteczka, gdzie cześć z nich rzeczywiście brała czynny udział w życiu Harbina, zwanego przez mieszkańców niekiedy „oazą polskości”, a część pragnęła tylko wrócić Polski, zaniedbując tym samym rozwój miasta, które to po 1925 zaczęło powolnymi krokami chylić się ku upadkowi. Środowisko prasowe w Mandżurii przechodziło swoje wzloty i upadki. Większość różnych małych wydawnictw istniała krótko i docierała do niewielkiej

E-Public

grupy odbiorców. Początkowe wydawanie jakichkolwiek druków wiązało się z wieloma problemami technicznymi, w tym z brakiem czcionek oraz z niedostatecznym przygotowaniem osób, które miały fachowo składać gazety. To samo dotyczyło dziennikarzy, których nie było zbyt wielu, a i ta większość, która czynnie działała nie była kadrą profesjonalną. Skutkiem tej wydawniczej niewydolności były nieduże nakłady prasy – od 500 do 1200 egzemplarzy. W latach 1917-1921 wszystkie ukazujące się wówczas pisma (z wyjątkiem tygodnika Strażnica) odbijane były metodą litograficzną, co znacząco pogarszało jakość wydruków. Brak fachowego zaplecza rzutował także na działalność redaktorów, którzy często pracowali w kilku kolejno upadających pismach. Za przykład posłużyć mogą postacie: inż. Bronisław Dobrowolski, ks. Władysław Ostrowski czy Kazimierz Grochowski. Środowisko prasowe w Mandżurii przechodziło swoje wzloty i upadki. Większość różnych małych wydawnictw istniała krótko i docierała do niewielkiej grupy odbiorców. Początkowe wydawanie jakichkolwiek druków wiązało się z wieloma problemami technicznymi, w tym z brakiem czcionek oraz z niedostatecznym przygotowaniem osób, które miały fachowo składać gazety. To samo dotyczyło dziennikarzy, których nie było zbyt wielu, a i ta większość, która czynnie działała nie była kadrą profesjonalną. Skutkiem tej wydawniczej niewydolności były nieduże nakłady prasy – od 500 do 1200 egzemplarzy. W latach 1917-1921 wszystkie ukazujące się wówczas pisma (z wyjątkiem tygodnika Strażnica) odbijane były metodą litograficzną, co znacząco pogarszało jakość wydruków. Brak fachowego zaplecza rzutował także na działalność redaktorów, którzy często pracowali w kilku kolejno upadających pismach. Za przykład posłużyć mogą postacie: inż. Bronisław Dobrowolski, ks. Władysław Ostrowski czy Kazimierz Grochowski. Jednak mimo tych trudności pojawiło się w Harbinie ponad 20 czasopism, z czego najwięcej na przełomie lat 20tych (1919-1923) . Nowa era wydawnicza rozpoczęła się w styczniu 1922 r., wraz z ukazaniem się Biuletynu Informacyjno-Handlowego (wydawcą i redaktorem był Michał Morgulec, konsul RP w Harbinie). Wielu badaczy, zarówno prof. Krzysztof Woźniakowski jak i autor cennej pracy o kolonii polskiej w Mandżurii, Kim Yong Deog, podkreślali, iż jest obecnie rzeczą niemożliwą ustalenie dokładnej liczby wydawanych » 5

www.epublic.com.pl


Historia prasy polskiej gazety oraz dotarcie do nich w celu ich zbadania (nakładu, zasięgu, profilu), a wynika to głównie w wielu przypadkach z braku jakichkolwiek zachowanych egzemplarzy.

Czynnik intelektualny Prasa jako źródło informacji i kształtowania poglądów na wiele kwestii odgrywała w Harbinie ważną rolę. Oprócz zapewnienia mieszkańcom pewnej aktywności wydawniczej była dowodem na czynną działalność środowiska intelektualnego. Jako czynnik edukacyjny stanowiła pewien bufor życia literackiego, które w Harbinie starano się stale podtrzymywać, czego dowodem jest wiele efemerycznych pism, niekiedy skazanych na upadłość, ale mimo wszystko pojawiających się choćby w kilku egzemplarzach. W historii Mandżurii (od 1932 r. utworzone przez Japończyków Mandżukuo), a ściślej rzecz ujmując i w Harbinie, wyodrębnić należy lata 1917-1920, które były czasem pierwszych polonijnych gazet (m.in. prekursora pt. Listy polskie z Dalekiego Wschodu, które stały się, jak podkreślał Andrzej Winiarz, impulsem do żywiołowego rozwoju polskich inicjatyw wydawniczych ), a także okresem największego rozkwitu czasopiśmiennictwa polskiego - rozkwit prasy związany był oczywiście z rozwojem samej kolonii polskiej, w tym z napływem imigrantów z Zachodu. W wyżej wymienionych latach trzeba mieć jednak na względzie nieco późniejszy okres lat 1920-1921, kiedy to czasopiśmiennictwo harbińskie przeżyło kryzys związany z repatriacją bogatej i wykształconej części społeczeństwa, przez co chwilowo upadły wszystkie wydawnictwa. Kolejne stadium prasowe to lata do 1942 r. (które można by uznać za czas powolnej stabilizacji wydawnictw harbińskich i jednoczesnego wzrostu w latach 30-tych polskiej działalności prasowej Szanghaju czy Nagasaki), a więc do likwidacji prasy przez Japończyków, którzy po Pearl Harbour uznawali Polskę (sygnatariusza Karty Atlantyckiej) za wroga. Był to jednocześnie czas schyłku nie tylko życia politycznego, ale i społecznego kolonii harbińskiej. Niemałą rolę odegrały w tym czasie emigracje inteligencji harbińskiej, odpowiadające w większości, jak już wspomniano, za wszelkie pisma drukowane. Następnie przychodzi wyzwolenie oraz okres odrodzenia w latach 1947-1949, niestety odrodzenie zbiegło się z końcem polskiego Harbinu. Ostatnim tchnieniem czasopiśmiennictwa Harbinu był 6

Dworzec kolejowy w Harbinie - zdjęcie ze zbiorów autora

czas kapitulacji Japonii w 1945 r . We wrześniu tegoż roku pojawił się harbiński Biuletyn Informacyjny pod redakcją Kazimierza Krąkowskiego. Pragnął on również wznowić wydawanie Tygodnika Polskiego, jednak byli redaktorzy pisma byli dla niego nieprzychylni. Założył więc własnego wydawnictwo, dzięki czemu w grudniu 1945 r. ukazał się pierwszy numer tygodnika Ojczyzna, regularnie wydawany do czerwca 1949 r.

Problemy Najdobitniej ukazuje problemy ówczesnej prasy czasopismo Daleki Wschód w jednej ze swoich publikacji: „O trudnościach z jakimi walczyć mu-

Fragment linii dalekowschodniej- zdjęcie ze zbiorów autora

www.epublic.com.pl

siały wydawnictwa polskie, świadczy najlepiej fakt, że kiedy chciano wydrukować statut Gospody, musiano go zamówić w Warszawie. Początkowo też większość pism i ulotek była odbijana na hektografach. Zadaniem tych ulotek była walka ze złośliwymi instytucjami prasy rosyjskiej, która widząc rosnącą w siły Kolonię Polską starała się rozsiewać o niej i o Polsce w ogóle najbardziej fantastyczne i oszczercze wiadomości” (Daleki Wschód, Nr 7 (57), lipiec 1934 r., s. 11.). Powyższy cytat nawiązuje także do istotnego problemu sytuacji politycznej Dalekiego Wschodu, odciskającej wyraźny stygmat na prasie w pierwszych czterech latach jej działalności.


John Reed

95 lat temu, 7 listopada 1917 (25 października według kalendarza juliańskiego) w Piotrogrodzie bolszewicy zdobyli Pałac Zimowy. Tak zaczęła się rewolucja październikowa. Kto dziś pamięta, że bezpośrednim uczestnikiem tych wydarzeń był amerykański dziennikarz?

wikimedia.org

E-Public

Amerykański bolszewik

Michał Przeperski Portal historyczny Histmag.org Licencja CC BY-SA 3.0

J

ohn Reed miał szczęście do znajdowania się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Znalazł się w ogarniętej chaosem Rosji w sierpniu 1917, na nieco ponad dwa miesiące przed bolszewickim przewrotem. Dzięki temu ten amerykański dziennikarz stał się autorem jednego z największych bestsellerów pierwszej połowy dwudziestego wieku, książki „Ten Days that Shook the World”, czyli „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”. Zyskał tym samym międzynarodową sławę. Szczęście miewał jednak już wcześniej.

Łut szczęścia po raz pierwszy Reed urodził się w Portland w amerykańskim stanie Oregon 22 października 1887 roku. Los był dla niego łaskawy, bowiem jego rodzice byli ludźmi zamożnymi, troszczącymi się o syna i nie szczędzącymi starań, aby zapewnić mu jak najlepszy start w życie. Otoczony był powszechną atencją, a jego towarzysze zabaw byli uważnie selekcjonowani i wywodzili się z klas wyższych amerykańskiego zachodniego wybrzeża. Jak często się zdarza w tego typu historiach, John Reed nie zaliczał się do przesadnie pracowitych młodzieńców. Zadowalał się zaliczaniem kolejnych stopni edukacji, nie troszcząc się jednak o to, żeby być najlepszym. Niezrażeni rodzice wysłali go na wschodnie wybrzeże, do New Jersey. Tam właśnie ich syn miał nabrać ogłady, a przede wszystkim skutecznie przygotować się do studiów na Harvardzie. Choć nie udało mu się dostać tam za pierwszym razem, to został studentem tej prestiżowej uczelni po drugim podejściu. Czas studiów przeżył burzliwie i aktywnie, kończąc je z sukcesem w roku 1910.

Łut szczęścia po raz drugi Krótko po studiach młody Reed wybrał się do Europy, do „zatęchłego Starego Świata”. Dlaczego okazało się to szczęśliwe? Z dwóch przyczyn. Obie związane były zresztą z karierą zawodową jaką wybrał sobie nasz bohater: John Reed marzył o karierze dziennikarza-freelancera. Dla młodego człowieka pozbawionego większego dziennikarskiego doświadczenia było to w ówczesnych Stanach Zjednoczonych pobożne życzenie. Stopień trudności postawiony był szczególnie wysoko, ponie-

waż Reed zakochał się w Nowym Jorku, opiewanym przez niego w licznych wierszach. Tylko tam gotów był kontynuować swoją karierę. Choć brzmi to zaskakująco, to rzeczywiście, udało mu się to. Przede wszystkim dlatego, że uznanie zyskały jego reportaże z Europy, w których dużo uwagi poświęcał kwestiom społecznym. Stopniowo zaczęły one znajdować się w centrum jego zainteresowania, co budowało mu unikalną markę pośród kolegów z amerykańskiej prasy. Niebawem, jesienią 1913 roku, Reed został wysłany do Meksyku, gdzie miał być sprawozdawcą toczącej się tam wojny domowej. Relacjonował ją – co chyba nie może dziwić – z perspektywy rewolucyjnych sił generała Francisco „Pancho” Villi. Ten ostatni wywarł na nim niezwykłe wrażenie i wzmocnił jego lewicowe przekonania. Jaki był drugi zbieg okoliczności korzystny dla Reeda? W sierpniu 1914 r. w Europie rozpoczęła się wojna, która szybko przybrała kształt nieznany wcześniej w dziejach. Amerykańskie tytuły prasowe potrzebowały człowieka, potrafiącego jednocześnie odnaleźć się w realiach wojennych i znającego Stary Świat. Reed był kandydatem idealnym.

Niby-korespondent wojenny Być może Reed był kandydatem idealnym na korespondenta wojennego, ale realia Wielkiej Wojny okazały się być zupełnie inne od tych do jakich był przyzwyczajony. Wybrawszy się do Francji, zderzył się z murem wojennej cenzury, która skutecznie obrzydziła mu życie. Nie było też mowy o relacjonowaniu wojny wprost z pierwszej linii okopów. Nie inaczej było w Niemczech, do których Reed udał się w następnej kolejności. Nasz bohater przyjął iście dandysowską formę protestu – jak przystało na reprezentanta kraju neutralnego, zażywał rozrywki tak z niewiastami francuskimi jak i niemieckimi. Ogólnym nastrojom zniechęcenia jakie opadły Reeda sprzyjały nie tylkowikimedia.org trudności w uprawianiu dziennikarskiego rzemiosła. Frustrował go również rozpad solidarności robotniczej, po której wiele sobie obiecywał. Okazało się bowiem, że proletariusze wszystkich krajów zamiast łączyć się, stanęli naprzeciwko siebie w okopach. Zniechęcony, powrócił w grudniu 1914 r. do Nowego Jorku. Jak się okazało – nie na długo.

Wojna w Europie Wschodniej i kolejny łut szczęścia John Reed powrócił do Europy już w roku 1915 i to w niezwykłym stylu. Udało mu się przebyć niezwykłą podróż, w ramach »

www.epublic.com.pl

7


Komunizm » której odwiedził Saloniki, następnie Belgrad, a później

przez Bułgarię i Rumunię dostał się na tereny rosyjskie. Tej brawurowej wyprawy o mały włos nie przypłacił wówczas życiem, bowiem został aresztowany przez rosyjskie władze pod zarzutem szpiegostwa. Amerykańscy urzędnicy w Piotrogrodzie okazali bardzo niewielkie zainteresowanie swoim rodakiem, nad którym zawisła groźba utraty życia. Groźba ta zapewne by się spełniła, gdyby za towarzysza podróży Reed nie wziął szczęśliwie Boardmana Robinsona. Był on, jako Kanadyjczyk, poddanym Jerzego V, władcy brytyjskiego. Brytyjska dyplomacja pokazała w tym wypadku wyjątkowo niebrytyjską skuteczność i doprowadziła do uwolnienia obu nieszczęśników. Zresztą, o wszystkich perypetiach Reeda z tego niezwykłego roku 1915 przeczytać można w książce „The War in Eastern Europe” („Wojna w Europie Wschodniej”). Znalazła się ona na półkach księgarskich wiosną roku 1916.

Rozdrażniony radykał Reed nie ukrywał, że Wielka Wojna tocząca się w Europie nie była jego wojną. Dawał temu wyraz niejednokrotnie w swoich tekstach i publicznych wypowiedziać. Nie inaczej było stało się gdy na początku kwietnia 1917 prezydent USA Woodrow Wilson poprosił Kongres o zgodę na wypowiedzenie wojny Niemcom. Reed gwałtownie wykrzyczał wówczas swój sprzeciw na wiecu w Waszyngtonie. Niestety, tym razem szczęście wyraźnie go opuściło. Jego radykalnie pacyfistyczne i lewicowe poglądy przestały znajdować zrozumienie wśród amerykańskich czytelników i wydawców. Amerykanów ogarnął nie do końca zrozumiały wojenny entuzjazm i gotowi byli oni wysłać swoich chłopców do walki na froncie w Europie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zupełnie zapomniano o obietnicach wyborczych Wilsona z czasów kampanii wyborczej roku 1916, gdy głosił hasła izolacjonizmu i gromko zarzekał się, że USA do wojny nie przystąpi. Szczęściem w nieszczęściu było to, że Reed chorował wówczas na nerki, co skutecznie uchroniło go przed poborem do armii amerykańskiej i ryzykiem utraty życia podczas wojny. Podczas wojny, która nie była jego wojną.

Łut szczęścia raz jeszcze Amerykańskie władze zaczęły bardzo niechętnie patrzeć na działania Reeda. Jego silnie antywojenne przekonania nabierały w nowej sytuacji posmaku defetyzmu, a nawet zdrady. W takiej sytuacji z dużą trudnością udało mu się wydostać z USA – planował dotrzeć do pogrążającej się w chaosie Rosji, w której nie panował już car. Ostatecznie, po niemałych perypetiach zdołał dotrzeć tam przez Finlandię. Wypada pogratulować poczucia czasu – zdążył idealnie, aby doświadczyć przewrotu wojskowego, który później nazwano rewolucją październikową. Reed, który już wyjeżdżając z USA był lewicowym radykałem, miał okazję pójść dalej w swojej politycznej skrajności. Sprzyjała temu opłakana sytuacja społeczno-polityczna jaką zastał na gruzach dawnego imperium Romanowów. Amerykanin był zdania, że rząd tymczasowy działający pod kierownictwem Aleksandra Kiereńskiego wykazywał się skrajną nieudolnością, która była 8

mierzalna przede wszystkim dramatycznie zmniejszającymi się dostawami żywności. W takiej też sytuacji bolszewicy pod wodzą Lenina uznali, że sytuacja społeczna im sprzyja i zdecydowali się przejąć władzę. Symbolicznym początkiem rewolucji był upadek Pałacu Zimowego, siedziby rządu Kiereńskiego na kilka chwil przed północą z 7 na 8 listopada (25 na 26 października) 1917 roku. Reed uczestniczył w tych wydarzeniach. Było to jego szczęściem, ale zarazem stało się przekleństwem.

Urodzony na nowo Jego ocena rewolucji była jednoznacznie pozytywna, a wręcz entuzjastyczna. Pomimo przysiąg składanych przed wyjazdem z USA, które zobowiązywały go do nieangażowania się politycznego, stał się urzędnikiem bolszewickiego Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych. Tłumaczył urzędowe dokumenty, ale i nie stronił od bezpośredniego zaangażowania politycznego. Stał się osobą bliską ścisłym kręgom władzy nowego reżimu – osobiście poznał Lwa Trockiego i Lenina. Zafascynowany zwycięstwem rewolucji stanął nawet z bronią w ręku do obrony budynków rządowych w momencie przesilenia po rozpędzeniu przez bolszewików Zgromadzenia Ustawodawczego, do czego doszło w styczniu 1918. Jednocześnie, stał się jednak bardzo użytecznym narzędziem propagandowym w rękach Lenina i Trockiego. Ten drugi zaproponował mu status sowieckiego konsula w Nowym Jorku. Ta pozornie kusząca propozycja była w istocie obliczona na to, że Reed zostanie w USA aresztowany i oskarżony o zdradę. W ten właśnie sposób bolszewicy naraziliby na niebezpieczeństwo swojego bliskiego współpracownika, ale w zamian wykreowaliby bohatera, którego można by umieścić na sztandarach. Nie ma wątpliwości, że projekt Trockiego miał przynieść takie właśnie efekty. Waszyngton wciąż nie uznawał bowiem władzy komunistów w Piotrogrodzie i Moskwie. Mimo wszystko, Reed zdecydował się powrócić do USA, choć konsulem sowieckim nie został.

Tragiczne rozdarcie Powróciwszy do Stanów Zjednoczonych, Reed wybrał trudny los. Musiał stawić czoła oskarżeniom o zdradę, o współpracę z mordercami, o publiczne głoszenie kłamstw sowieckiej propagandy. Jego odpowiedzią była publikacja największego bestsellera jaki udało mu się napisać, a więc wspomnianej już książki „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”. Nie ograniczył się jednak tylko do tego, publicznie angażując się w obronę ideałów, które uważał za prawdziwie komunistyczne. Wytoczono mu za to proces. Wygrał go głównie dzięki zręczności swojego adwokata, bo przeciętni Amerykanie byli mu jednak coraz bardziej i bardziej niechętni. W takiej sytuacji Reed zdecydował się na desperacki krok i powrót do Rosji sowieckiej, gdzie miał nadzieję na zdobycie poparcia dla rodzącej się amerykańskiej partii komunistycznej, Mogłaby ona według niego, jeżeli nie wywołać rewolucję, to przynajmniej bardziej skutecznie walczyć o prawa robotników. Powrót na Wschód okazał się nie tylko bardzo trudny technicznie, ale również bardzo gorzki. Dysponujemy jedynie rozproszonymi relacjami o tym jakie były poglądy Reeda na sowiecki terror i na ogromnie brutalne postępowanie Armii Czerwonej toczącej bezlitosną wojnę z Polską. Źródła wskazują, że Reed był coraz bardziej zniechęcony czy wręcz zrozpaczony upadkiem idei w którą głęboko wierzył. Czy rzeczywiście tak było? Tego nigdy nie będziemy już wiedzieć na pewno. 17 października 1920 roku, John Reed zmarł w Moskwie na tyfus. Podobno przed śmiercią mówił, że chce wrócić do domu. Nie było mu to dane. Zamiast tego został pochowany w murze moskiewskiego Kremla, jako bohater komunizmu…

www.epublic.com.pl


Atlantyda

Adrian Cecelak

Z

apewne nie raz oglądając filmy fantastyczne, czy rzucając okiem na kreskówki spotkałeś się z miejscem jakim jest Atlantyda. Jednak czym ten ląd naprawdę jest? Miasto, które znajduje się gdzieś pod wodą, niezbadane, nieodkryte. W dzisiejszym artykule wyjaśnimy sobie wszystkie tajemnice tego mitycznego miasta. Faktem jest, że Atlantyda to naprawdę miasto mityczne. Pierwsze wzmianki o królestwie pochłoniętym przez morze pojawiają się w IV w. p.n.e. Dwa dialogi Platona, Tiamaios i Kritias są początkiem mitu Atlantydy. Otóż podczas pobytu Solona w Egipcie ok VI w. p.n.e. pewien kapłan opowiedział mu następującą historię: 9000 lat wcześniej istniała „wyłaniająca się z Atlantyku” wyspa (stąd też nazwa Atlantyda), położona za Słupami Heraklesa (dzisiejszy Gibraltar). Sama Atlantyda w oczach kapłana była krajem potężnym i bogatym, dążącym do panowania nad innymi państwami. Zajmowali wybrzeże Morza Śródziemnego (Libię i Egipt), a następ-

nie zapuszczali się do Europy. Ostatecznie jednak zostali pokonani przez Ateńczyków. Po przegranych walkach nastąpiły potężne trzęsienia ziemi i inne kataklizmy, a dumną Atlantydę pochłonęło morze. Skąd w takim razie fenomen Atlantydy? Otóż drugi tekst greckiego filozofa „Kritas” daje więcej informacji, co do struktury tego królestwa. Atlantyda podzielona była na okręgi. Całą wyspę przecinały kanały o kolistym kształcie, które zbiegały się w centrum, gdzie znajdował się zamek obronny. Oprócz tej majestatycznej budowli znajdowały się tam świątynie, gmachy publiczne oraz pałace. Najokazalej prezentowała się świątynia Posejdona, z zewnątrz pokryta srebrem, a dach okryty złotem. Środek był wyłożony kością słoniową oraz złotem. Tutaj też tkwi fenomen Atlantydy, czyli złoto. Atlantyda wręcz świeciła złotem, gdyż większość budynków była obłożona tym szlachetnym metalem. Teksty Platona o Atlantydzie są obecnie interpretowane w dwojaki sposób: Atlantyda jako pierwsza utopia,

alegoria służąca wysławianiu zalet państwa ateńskiego, które za czasów filozofa chyliło się już ku upadkowi. Z drugiej zaś strony jako tradycja, historia przekazywana z pokolenia na pokolenie mogąca mieć swoje odniesienie w rzeczywistości. Na przestrzeni wieków Atlantyda staje się obiektem zainteresowań w dobie wielkich odkryć geograficznych. Dotychczas zapomniana wyspa staje się celem dla ludzi szukających bogactwa i wielkiej sławy. Angielski filozof Francis Bacon pisze w 1627r. Nową Atlantydę, czyli historię opisującą podróż żeglarzy dopływających do brzegu nieznanej wyspy, gdzie znajdują idealne szczęście. Czasy współczesne dają nam większe pole manewru do odnalezienia tajemniczej wyspy. Według Greków Marinatosa i Galanoupoulosa oraz Francuza Cousteau Atlantydą miała być wyspa Santoryn położona 110 km od Krety. Faktem jest to, że miała ona kolisty kształt w czasach, gdy Kreta była u szczytu potęgi (ok 1500 r. p.n.e.) Jednak w 1470 r. p.n.e. jak wykazują badania na wyspie Santoryn wybucha wulkan, któremu towarzyszą trzęsienia ziemi. Zdarzenie to może tłumaczyć opisywany przez Platona upadek cywilizacji Atlantydy. Skąd więc tak ogromna rozbieżność w datach opisywana przez Platona? Czy było to celowe zagranie, mające na celu stworzyć alegorię o politycznym znaczeniu? Tego tak naprawdę się nigdy nie dowiemy.

E-Public

Krzysztof Żyngiel | wikimedia.org

Mapa Atlantydy z XVIII w. (Paryż) | wikimedia.org Platon - autor mitu o Atlantydzie. wikimedia.org trexcali - flickr.com

9 www.epublic.com.pl


Media

10

www.epublic.com.pl


Artykuł

(Post)Modernistyczny Haneke Artur Patrzylas

D

zisiaj X Muza jest sztuką, która w sposób bardzo czytelny pokazuje kulturowe przejście od modernizmu do postmodernizmu. Jest też tym medium, które w największym stopniu zaadaptowało założenia obu prądów myślowych do swoich potrzeb. Twórczość Michaela Hanekego pozwala postawić tezę mówiącą, że wzajemne przenikanie się elementów modernistycznych z postmodernistycznymi oraz połączenie kultury wysokiej z masową jest możliwe. Tematyka moich rozważań wiąże się również z dyskursem o tym, czy współczesne kino popularne jest sztuką pozbawioną głębi, czy raczej pozytywnym zjawiskiem, które polega na nieustannym przekraczaniu granic prowadzącym do jego rosnącej popularności. Wśród badaczy zajmujących się modernizmem i kulturą ponowoczesną dominuje przekonanie o wyższości modernizmu. Według Baudrillarda postmodernizm jest kulturą powierzchowną dosłownie i w przenośni, która to ustanawiana jest poprzez nieustanny przepływ obrazów pozbawionych

jakiejkolwiek hierarchii. Modernizm natomiast zawsze łączy się z nowatorstwem i artystyczną oryginalnością, jest utożsamiany z czymś wysokim.

Haneke modernistyczny GyörgyLukács - węgierski filozof poruszający w swoich pracach tematykę modernizmu w sztuce uważa, że prąd ten reprezentuje ucieczkę w subiektywny świat obawy, w którym otoczenie sprawia wrażenie horroru . Szczególnie wrogim jawi nam się wykreowana rzeczywistość, w której znaleźli się bohaterowie filmu Funny Games.Historia rodziny, która wyjeżdża do wakacyjnego kurortu i zostaje uwięziona przez dwójkę młodych mężczyzn jest opowiedziana w bardzo specyficzny sposób. Zachowanie oprawców jest przerysowane i nierealistyczne, mocno odbiegające od psychologicznego prawdopodobieństwa. Jest to świat obawy, w ujęciu Lukácsa, swoją klaustrofobicznością (większość scen odbywa się w zamkniętej przestrzeni domu) przywołujący na myśl dzieła Kafki. Wydarzenia w filmie przebiegają według schematu gry komputerowej, gdzie gameover oznacza śmierć boha- » www.epublic.com.pl

Czy postmodernizm jest jednoznacznie negatywnym prądem myślowym? Czy tworzy coś nowego, a może jedynie pasożytuje na istniejących już dziełach? Współczesne kino, także to w wydaniu Michaela Hanekego pokazuje, że można opowiadać dowcipy jednocześnie je analizując.

11


Przemyślenia » terów. Lukács zarzuca modernizmowi

formalizm, czyli nadmierne przywiązanie do formy kosztem treści. Analizując pod tym względem Funny Games – konsekwentna postmodernistyczna forma (szybki montaż, uboga charakterystyka postaci) jest paradoksalnie cechą sztuki nowoczesnej. Film jest ponadto pozbawiony tradycyjnej fabuły i nie opowiada zniuansowanej i konsekwentnej historii. Dla Theodora Adorno natomiast modernistyczne dzieła Kafki czy Becketta należą do najbardziej radykalnych ze wszystkich dzieł sztuki. „Wywołują one strach, o którym egzystencjalizm jedynie wspomina”. Jakże radykalne są wydarzenia we wszystkich wymienionych powyżej filmach Hanekego. W każdym z nich znaczącym fabularnym komponentem jest śmierć. Reżyser uświadamia nam, jak opresyjne są społeczne (Pianistka), społeczno-historyczne (Biała wstążka) czy etniczne (Ukryte) uwarunkowania życia człowieka. Modernizm łączony jest często z uwypukleniem alienacyjnych cech kapitalizmu. Jednostka w biurokratycznej machinie jest tylko niewiele znaczącym trybikiem, poprzez brak bliskich kontaktów w świecie zawodowym z innymi czuje się samotna i bezradna. Drugą stroną kapitalizmu jest silne polaryzowanie społeczeństwa pod względem zamożności i możliwości życiowych. Problem ten zostaje umieszczony na pierwszym planie w Ukrytych. Główny bohater – Georges poprzez dramatyczne wydarzenia doprowadza do wyrzucenia ze swojego domu rodzinnego Majida, muzułmańskiego chłopca. Sytuacja ta warunkuje późniejsze zmarginalizowanie społeczne bohatera i oddziałuje na całe jego życie; żyje w skrajnej nędzy i jest pozbawiony jakichkolwiek perspektyw w społeczeństwiedyskryminującym imigrantów. Bieda, samotność i społeczne upokorzenie popychają bohatera do samobójstwa. Bertold Brecht z kolei, modernizm utożsamia z realizmem.Według niego skoro zmienia się rzeczywistość to polityczne cele realizmu także muszą znaleźć wyraz poprzez formy nowoczesne. Kino Hankego charakteryzuje w dużej mierze właśnie realizm, reżyser jest bardzo wrażliwy na zmieniającą się społeczną materię. Świat jego filmów silnie odzwierciedla gwałtowne zmiany społeczne, jak chociażby: problem mniejszości narodowych, dyskryminacji i naznaczenia we wspólnotach czy dużej dawki przemocy we współczesnej kulturze masowej. Zawrotne tempo i nieprzewidywalny kierunek tych

12

zmian prowadzą do powstawania licznych patologii społecznych. Kino austriackiego reżysera jest więc odpowiedzią na społeczne potrzeby oceny i komentarzem do pojawiających się zjawisk. Debata w sprawie definicji modernizmu pomiędzy Brechtem, Adornem a Lukácsem, karze mówić nie o jednym, a o wielu modernizmach. Wrzucenie do jednego worka Joyce’a, Kafki, Picassa i Brechta to zbytnie uogólnienie. Podobnie błędnym byłoby zakwalifikowanie do jednej kategorii Antonioniego, Chaplina, Kubricka czy Hanekego. Możemy jednak powiedzieć, że modernizm opiera się na sproblematyzowaniu kwestii sposobu przedstawiania. Modernizm podkreśla podział sztuki na dobrą i złą oraz wysoką i popularną. Przenosząc ten podział na pole filmu, najwybitniejsi reżyserzy ustawiają się raczej po stronie kultury wysokiej. Typowo modernistycznym dziełem jest Biała wstążka. Film jest autentycznym dziełem sztuki, kompletną i niezależną www.epublic.com.pl

wizją reżysera. Powstał w oderwaniu od mechanizmów komercyjnego rynku i wymagań masowej widowni.Nie jest to film przystępny, jego kompletny odbiór wymaga znajomości realiów historycznych oraz mechanizmów psychologii społecznej. Obraz jest twórczą obserwacją otaczającego świata, która wskazuje na specyficzny moment w historii ludzkiej kondycji, który to przyczynił się do powstania konformistycznego i uległego społeczeństwa. Mechanizm ten był jednym z głównych powodów narodzin ideologii nazistowskiej, którego opis pojawił się w Ucieczce od wolności Ericha Fromma.

Haneke postmodernistyczny Jedna z najbardziej porażających scen Funny Games pokazuje młodego człowieka robiącego sobie w kuchni jedzenie. W tym samym czasie w pokoju obok jego kolega zabija. Zza ściany


dobiegają krzyki, odgłosy szamotaniny i przerażenia wraz z dźwiękami włączonego telewizora. Ten opis jest typowo postmodernistyczną mieszanką. Film Hanekego nie jest jednak publicystyczną wypowiedzią na temat przyczyn agresji wśród młodocianych. Pokazuje objawy utraty realności - tej dziwnej choroby-niechoroby, na którą lekarstwa nie ma, z którą, być może, będziemy musieli nauczyć się żyć. Tą dziwną przypadłością naszych czasów, jest charakterystyczny dla sztuki postmodernistycznej relatywizm. Brak pewności, w stosunku do tego, co jest wartościowe a co nie. Permanentnie nasuwające się pytanie: gdzie leży prawda? Postmodernizm odrzuca podział na kulturę wysoką i niską, to co jest prawdziwą sztuką jest kwestią indywidualnego i subiektywnego wyboru jednostki. „Kultura wysoka staje się jedynie jedną z subkultur, jedną z opinii w naszym gronie”. Co za tym idzie, jedną z najważniejszych cech postmodernizmu jest refleksyjność jednostki. Bycie refleksyj-

śmierć spowszedniała a wirtualny świat niczym nie różni się już od prawdziwego. Reżyser pyta: Czy jeśli zło wejdzie do twojego domu to przestaniesz go bagatelizować? Czy potrzeba tak dużej dawki brutalnej i realistycznej przemocy w prozaicznych wydarzeniach fabularnych, żeby przestraszyć widza i zmusić go do refleksji? Reżyser mówi ponowoczesnym językiem, odwołując się do uniwersalnych treści. Jest wielkim wyzwaniem mówić dzisiaj o rzeczach ważnych i trudnych, w sposób, który będzie zrozumiały dla odbiorcy a la MTV.

E-Public

nym oznacza uczestnictwo w wielu dyskursach i relacjach przy jednoczesnym konstruowaniu kolejnych dyskursów na ich temat. Kontemplacyjność wzmaga poczucie, że wszystko już powiedziano i jedyną możliwością jest gra w obrębie tego co już powstało.Umacnia ją powszechna znajomość historii filmu, muzyki, telewizji i literatury. Najbardziej czytelnym nawiązaniem do innego dzieła u Hanekego jest Pianistka, czyli ekranizacja powieści Jelinek. W pełni linearna fabuła filmu w niczym nie przypomina postmodernistycznych w duchu Funny Games i Ukrytych. Natomiast dając się wciągnąć w pozornie naturalistyczną akcję Funny Games, co pewien czas jesteśmy jednak informowani, że wydarzenia pokazywane na ekranie są tylko filmową fikcją. Natomiast w Ukrytych reżyser dystansuje się wobec reguł thrillera, jednocześnie w sposób przewrotny i niejednoznaczny rozwiązując zagadkę. Funny Games obfituje w nawiązania. Mamy tutaj wyraźne zabawy konwencją gatunkową. Film posiada cechy slashera, gdzie liczba ginących bohaterów powoli się zmniejsza, a groza zewsząd nas otaczająca przywołuje na myśl wiele innych filmów z tego gatunku. Jednak film zaczyna się bardzo spokojnie, wydarzenia biegną powoli i nic nie wskazuje na zmianę gatunku w czasie trwania obrazu. Oprawcy są karykaturalni, przypominają bohaterów komiksowych, ubranych w białe superstroje, na każdym kroku cytujący postaci ze świata kultury masowej, serialu, filmu i komiksu. Są wyraźnymi figurami postmodernistycznymi i kontrastują z realizmem psychologicznym Pianistki czy wiernie odwzorowanymi realiami czasu i miejsca Białej wstążki. W drugim z tych filmów nie zetkniemy się z żadnymi grami konwencjami filmowymi, dostajemy raczej chłodną, dokładną i oszczędną w środkach opowieść, obsadzoną w konkretnych realiach społeczno-historycznych. To porównanie świetnie uwidacznia nam dwoistość charakteru dzieł Hanekego. Ukryte są natomiast połączeniem thrillera, którego główne założenia są tutaj zmodyfikowane(brak jednoznacznego zakończenia), filmu noir (prywatne śledztwo w poszukiwaniu twórcy tajemniczych kaset), filmu psychologicznego i dramatu obyczajowego. John Higham definiuje postmodernizm, jako a moodor a set of attitudes,a więc jako nastrój czy też zbiór postaw. W Funny GamesHaneke zwraca się do zmanieryzowanego i znudzonego odbiorcy kultury masowej, dla którego

Postmodernizm: świeże spojrzenie czy zagrożenie dla współczesnej sztuki? W postmodernizmie obrazy przeszłości i teraźniejszości przenikają się ze sobą w formie bricolage’u.Jako styl kulturowy stanowi on główny element kultury ponowoczesnej, przejawiający się w teledyskach do muzyki popularnej, filmie i architekturze. Nasuwa się tutaj pytanie: czy sztuka będąca wypadkową i połączeniem wielu różnorodnych elementów, pozbawiona precyzyjnych wytycznych i schematów może być wartościowa? Forma bricolage’u w kinie dotyczy najczęściej montażu. Możemy powiedzieć z dużą pewnością, że na pewno jest formą użyteczną i wyjątkowo płodną. Specyficzny montaż, polegający na poszatkowaniuobrazu na króciutkie sceny narodził się wraz z teledyskiem do muzyki popularnej. Następnie został z powodzeniem zaadaptowany do telewizji i komercyjnego kina. Co daje kinu taka postmodernistyczna forma? Czy estetyka krótkiego teledysku przyczyni się do zubożenia i zepchnięcia filmu do drugiego szeregu? Spike Jonze, Michel Gondry, Mark Romanek I Jonathan Glazer. Co łączy te osoby? Wszystkie wywodzą się ze świata teledysku MTV i każdy z nich wniósł coś ożywczego do współczesnego kina. Paradoksalnie ich siłą jest to, że nie można ich zaszufladkować, jako twórców filmów dla wymagającej publiczności. Są argumentem dla zwolenników postmodernizmu. Czy chcemy tego czy nie, zmiany we współczesnej kulturze popularnej i powiązanej z nią wyższej sztuki zachodzą natychmiast. Gdzie w rozważaniach na temat kierunku rozwoju sztuki współczesnej i jej statusu (modernizm, postmodernizm połączenie obu czy może coś nowego) znaleźć miejsce dla Michaela Ha- » 13

www.epublic.com.pl


Przemyślenia

Spike Jonze, Michel Gondry, Mark Romanek I Jonathan Glazer. Co łączy te osoby? Wszystkie wywodzą się ze świata teledysku MTV i każdy z nich wniósł coś ożywczego do współczesnego kina. CORBIS

» nekego? Jako jeden z najwybitniejszych współczesnych twórców ma bez wątpienia wiele do powiedzenia na temat zmian i nowych trendów we współczesnej X Muzie. Posiada niezwykłą właściwość- niesamowitą intuicję twórczą, pozwalającą wychwycić subtelności w procesach zachodzących we współczesnym społeczeństwie. Jest także bardzo

wrażliwy, jeśli chodzi o zmiany percepcji współczesnego widza (konsumenta) w odniesieniu do kina. Jego twórczość, chociaż niezwykle mądra i refleksyjna, mówi nowym i zrozumiałym językiem filmowym. Chyba najbardziej istotną dla naszych rozważań cechą kina austriackiego reżysera jest dwukodowość, umożliwiająca odbiór filmów reżysera

Korea Północna grozi palcem Po objęciu realnej władzy Kim Dzong Un postawił na rozwój broni nuklearnej oraz przemysłu rakietowego. Mając w pamięci lata świetności swojego ojca nowy wódz Korei rozpoczął rozbudowę armii oraz politykę straszenia Korei Południowej. 14

Adrian Manikowski Po wielu latach względnego spokoju Korea Północna zaatakowała swojego sąsiada w 2010 roku przerywając bezpieczną sferę demokratyczną utworzoną na równoleżniku 38. Rok 2013 przyniósł kolejny etap tego konfliktu – Korea Północna zaczęła się zbroić realnie zagrażając Korei Południowej. Czy zaostrzający się konflikt doprowadzi do kolejnej wojny?

Czas pokoju? Koniec wojny w 1953 roku na trwałe umocnił podział pomiędzy Koreą Północną wspieraną przez siły byłego Związku Radzieckiego i Chin, a Koreą Południową wspieraną przez ONZ. Konsekwencje wojny były mocno www.epublic.com.pl

na różnym poziomie intelektualnym. Taka forma zadowoli zarówno masowego odbiorcę, jak i wysmakowanego widza. Tego pierwszego potrafi nawet zabawić. Nie można obecnie tytułować wybitnym chyba żadnego reżysera filmowego, jeśli nie potrafi bawić się z nami w ten sposób. Czy to dyktat postmodernizmu?

odczuwalne dla obu Państw. Skutki ekonomiczne dotknęły także sojuszników – Stany Zjednoczone poniosły koszt ok. 17,2 mld dolarów a Chiny 10 mld, co niewątpliwie wpłynęło na ich kryzys gospodarczy w późniejszych latach. Od momentu zażegnania konfliktu jednostki wojskowe U.S.A na stałe stacjonują na granicy Korei Południowej z Północną udzielając jej tym samym stałego poparcia, zapewniając także bezpieczeństwo. Okres zimnej wojny podsycał i tak napiętą atmosferę w obu krajach. Często dochodziło do prowokacji z obu stron – likwidowanie potajemnie ważnych polityków czy wojskowych. W strefie nazywanej zdemilitaryzowaną odkryto tunele mające zapewnić przemarsz wojsk, a nawet przejazd czołgów. Pomimo tego przywódca Korei Północnej – Kim Dzong Il nie zdecydował się na ponowny atak aż do 2010 roku. W listopadzie 2010 roku Północnokoreańska artyleria Armii Ludowej Korei ostrzelała wyspę Korei Południowej - Yeonpyeong znajdującej się na Morzu Żółtym. Podłożem tego ataku miał być niespodziewany i lekkomyślny atak Południowej Korei na tereny morskie Korei Północnej. W starciu zginęło trzech żołnierzy Korei Południowej stacjonujących na wyspie,


Nowa Era... Pod koniec 2011 roku w Korei Północnej zakończyła się era Kim Dzong Ila. Media pokazywały ludność koreańską, która w płaczu i smutku przyjęła informację o śmierci swojego wodza. Zaczęto zadawać sobie pytania jak będzie teraz wyglądać sytuacja w Korei Północnej pod panowaniem syna Kim Dzong Ila i wnuka Kim Ir Sena - Kim Dzong Una. W realną politykę Kim Dzong Un zaangażował się w 2009 roku obejmując jedno ze stanowisk Narodowej Komisji Obrony, a rok później po otrzymaniu stopnia generała został mianowany na dwa kolejne poważne stanowiska - wiceprzewodniczącego Centralnej Komisji Wojskowej oraz członka Komitetu Centralnego PPK.

Po objęciu realnej władzy Kim Dzong Un postawił na rozwój broni nuklearnej oraz przemysłu rakietowego. Mając w pamięci lata świetności swojego ojca nowy wódz Korei rozpoczął rozbudowę armii oraz politykę straszenia Korei Południowej. Kim doskonale zdaje sobie sprawę, że zagrożenie bronią nuklearną to jedyna metoda do uzyskania pomocy gospodarczej od świata. Na początku 2013 roku reżim Kima zaczął przeprowadzać próby jądrowe, które doprowadziły do upadku paktu o nieagresji wobec Korei Południowej. Napięcie na Półwyspie Koreańskim zaczęło coraz bardziej eskalować. Kim Dzong Un zagroził, że jeżeli U.S.A nie przestanie znieważać Korei Północnej zostanie zamknięta strefa ekonomiczna w Kaesong’u. Na początku kwietnia br. Korea zamknęła strefę ekonomiczną nie wpuszczając na jej teren około 500 pracowników z Korei Południowej. 850 pracowników przebywających na terenie Korei zostało uwięzionych. Na zaostrzający się konflikt szybko odpowiedziały Stany Zjednoczone, które przygotowały się na możliwość zbrojnego konfliktu. Prezydent Barack Obama wielokrotnie podkreślał, że zależy mu na pokojowym rozwiązaniu sprawy. Pracownicy specjalnej strefy ekonomicznej po kilkunastu godzinach zostali wypusz-

czeni, jednak pociski rakietowe wciąż wycelowane są w amerykańskie bazy wojskowe. Jest to odpowiedź Korei na sankcje nałożone przez ONZ za przeprowadzenie prób nuklearnych. W kwietniu br. doszło do spotkania amerykańskiego sekretarza Stanu Johna Kerryeg’o z chińskim dyplomatą Yangiem Jiechim. Celem spotkania było podjęcie wspólnych działań denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Rosja także przychyliła się do wejścia w sojusz z państwami Zachodu mający na celu zneutralizowanie działań Kim Dzong Una. Próby jądrowe przeprowadzane przez Koreę Północną odbywały się bowiem w odległości ok. 150 km od rosyjskiej granicy. Phenian jest przygotowany na każdą ewentualność także tą zakładającą konflikt zbrojny – poinformowały północno - koreańskie media. Mimo iż realna szansa na zwycięstwo Korei Północnej w starciu z Południem i jego sojusznikami jest praktycznie znikoma widmo wojny wisi nad światem. Ciężko jest przewidzieć kolejne szalone działania Kima. Nieroztropność jego działań może mieć bardzo poważne skutki w polityce prowadzonej przez Koreę Północną. Póki co Kim tylko grozi światu palcem, natomiast jak będzie wyglądał zaostrzający się konflikt w Korei czas pokaże.

E-Public

a 18 osób zostało rannych. Wpływ tego ataku miał poważne konsekwencje na międzynarodowy rynek finansowy. Waluty azjatyckie straciły na swej wartości wobec dolara amerykańskiego czy euro. Atak Korei Północnej był pierwszym tak poważnym zagrożeniem militarnym od momentu zakończenia wojny pomiędzy oboma państwami. Niestety od tamtego czasu oba państwa znów zmobilizowały się i wprowadziły w stan realnego zagrożenia wojną.

(stephan) | flickr.com

15 www.epublic.com.pl


Od Kozdęby

Powszechnie wiadomo, że wielkimi odkrywcami są Ci, którzy mają jasno wyznaczony cel i uparcie dążą do jego realizacji. Właśnie w ten sposób, pracując z zaangażowaniem i pasją, wynaleziono żarówkę, rower, komputer. Dzięki takiemu postępowaniu odkrywano również nowe lądy. W sierpniu 1492 roku Krzysztof Kolumb wyruszył w podróż ku Indiom. Niewiele jednak brakowało, by o wielkim odkrywcy nikt nie usłyszał.

Artykuł

Odkryj swoją Amerykę Andrzej Kozdęba Zajrzyj także na: www.jamowie.to

S

łynny Włoch od najmłodszych lat był związany z morzem i łączył z nim swoją przyszłość. Często wypływał na okoliczne akweny w celach handlowych. Jeden z nich mógł zakończyć się dla niego tragicznie. Statek, na którym przebywał Kolumb został rozbity przez flotę francusko-portugal-

16

ską. Przyszłemu odkrywcy Ameryki cudem udało się uniknąć śmierci. Ciężka przeprawa nie zniechęciła go jednak do oceanu. Kolumb czytał inspirujące książki i poszukiwał odpowiedzi na nurtujące go pytania. Miał jasno określony cel. Wierzył, że płynąc na zachód dotrze do wybrzeży Indii. Zadanie to nie było łatwe, ponieważ Kolumb przez wiele lat walczył o to, by móc wyruszyć w wymarzoną podróż. Do swoich planów próbował przekonać króla Portugalii, a www.epublic.com.pl

gdy ten odrzucił jego prośby, Kolumb przeniósł się do Hiszpanii. Po siedmiu latach negocjacji, rozmowy i starania przyniosły pożądany efekt - dwór oraz prywatny inwestor zgodzili się sfinansować wyprawę. Akceptacja podróży nie oznaczała jednak końca kłopotów Kolumba. Samotna podróż morska była bezcelowa, a chętnych, którzy porzuciliby dotychczasowe zajęcia w imię niepewnych dóbr i niebezpiecznej podróży nie było wielu.


E-Public

Dzięki wytrwałym poszukiwaniom Kolumba, ostatecznie udało mu się zebrać grupę około 90 mężczyzn, którzy nie do końca podzielali entuzjazm lidera. W sierpniu 1492 roku rozpoczęła się podróż pełna trwogi i wątpliwości. Tylko Kolumb uparcie wierzył w jej sens i powodzenie, wlewał nadzieję w serca marynarzy, ale podejmował również stanowcze decyzje, które uchroniły go przed buntem marynarzy. 12 października tego samego roku, statki, którymi dowodził Kolumb dopłynęły do wysp Bahama. Po kilku latach podejmowanych starań, życia w biedzie i walce z przeciwnościami, Krzysztof Kolumb osiągnął, jak mu się wtedy wydawało, swój cel: odnalazł drogę do Indii, która w rzeczywistości okazała się Ameryką. Choć wielu zarzucało mu autokratyczne rządy, to Kolumb wracał do Hiszpanii w wielkiej chwale. Odkrywca poniósł niejedną porażkę. Swoją miłość do morskich podróży prawie przypłacił życiem, ale mimo to nie przestały go one fascynować. Genueńczyk miał w swoim życiu cel i wytrwale dążył do jego realizacji. Wiedział, że chce zrobić coś, co przerażało większość ludzi. Potrafił wyprzedzić swoją epokę, zainspirować innych. Chętnych na drugą wyprawę za ocean było tylu, że odkrywca musiał przeprowadzać selekcję. Ostatecznie do wybrzeży Ameryki wypłynęło 17 statków wypełnionych

żądnymi przygód i bogactwa ludźmi. Jasno określony cel, wytrwałość i wiara w to, że się uda – te trzy rzeczy umożliwiły Kolumbowi sukces. Włoch nie miał pieniędzy, które pozwoliłby mu na realizację marzeń. Opuścił swoje miasto rodzinne i szukał możliwości realizacji swoich pragnień. Był przy tym zwykłym człowiekiem, posiadającym zarówno zalety, jak i wady. Myśląc o wszystkich staraniach, które podjął Kolumb zastanawiam się, ile osób

zrezygnowałoby w połowie drogi. Nawet z perspektywy lat, jego wyprawa wydaje się czymś fantastycznym i niezwykłym. Dla odkrywcy była jednak naturalną koleją rzeczy, ambitnym celem, który musiał zostać zrealizowany. Każdy z nas powinien mieć swoje własne lądy, które wymagają odkrycia. Twój ląd nie musi mieć rozmiarów kontynentu. Ważne, żeby siła, z jaką Ciebie przyciąga była tak mocna, jak ta, która towarzyszyła Kolumbowi w jego morskiej podróży.

Dwóch Kliczków i David Haye Marta Jacukiewicz

V

italij Kliczko – starszy o pięć lat brat Władimira – w dalszym ciągu nie podjął decyzji odnośnie swojej sportowej kariery. Przed wyborami na Ukrainie, mistrz świata federacji WBC w wadze ciężkiej zapowiadał, że jeśli jego partia dostanie się do Parlamentu, poda do wiadomości publicznej swoją decyzję związaną z boksem. Mimo, że w wyborach partia Vitalija Kliczki dostała się do Parlamentu, to do dziś nie wypowiedział się on w tej sprawie. Niewątpliwie, jego powrót na ring jest wyczekiwany przez fanów boksu. W mediach pojawiły się nawet informacje na temat rzekomej walki Vitalija z Davidem Hayem, który wcześniej został pokonany w pojedynku z młodszym Kliczko. Anglik zasłynął z promowania koszulki przedstawiają-

cej ścięte głowy braci Kliczko. Lipcowa walka (2 lipca 2011 roku) młodszego Kliczko z Hayem zakończyła się zwycięstwem Ukraińca.

Do ringu bez Kliczki Zaledwie dwa miesiące temu w mediach pojawiały się informacje na temat walki Vitalija z Hayem. To już historia. Do walki Anglika z Ukraińcem nie dojdzie, ale David Haye i tak stanie w ringu, by już 29 czerwca stoczyć walkę z Manuelem Charrem, który wcześniej spotkał się w pojedynku ze starszym Kliczko. David Haye już niejednokrotnie mówił o zakończeniu swojej kariery sportowej. Nawet podawał konkretne daty. Zaznaczał, że chce zakończyć karierę sportową do 30 roku życia. Podkreślał, że jego celem jest wygrana walka z Władimirem, ale wspominał także » www.epublic.com.pl

Zdjęcia z oficjalnego profilu FB

17


Boks » o walce z Vitalijem. Jego plan był jasny: chciał odejść jako zwycięzca.

Niespodzianka na konferencji prasowej Warto wspomnieć o jeszcze jednej niezaplanowanej walce, którą Haye stoczył. Tym razem nie były potrzebne żadne zapowiedzi walki, a nawet ring! Na konferencji prasowej, 19 lutego, po walce Vitalija Kliczki z Dereckiem Chisorą, głos zabrał David Haye. Dwóch Brytyjczyków nie potrzebowało zachęty, żeby zacząć się okładać. W ruch poszedł nawet statyw. To nietypowe zdarzenie wywołało niewątpliwie śmiech, ale również wzbudziło ciekawość. Zaczęto się zastanawiać, który z nich rzeczywiście odniósłby zwycięstwo, gdyby spotkali się w ringu. Do pojedynku Brytyjczyków doszło 14 lipca. Walka zakończyła się przed czasem, już w piątej rundzie, David zszedł z ringu jako zwycięzca.

Władimir – czekamy! Tymczasem Władimir – mistrz świata czterech kategorii: IBF/WBA/WBO/ IBO już 4 maja pojawi się w ringu, by stoczyć kolejną walkę. Tym razem jego przeciwnikiem będzie Francesco Pianeta. Młodszy z braci Kliczko ostro trenuje, a wszystko po to, by na swoim sportowym koncie odnotować kolejne zwycięstwo! Zdjęcia z oficjalnego profilu FB

Przed wyborami na Ukrainie, mistrz świata federacji WBC w wadze ciężkiej zapowiadał, że jeśli jego partia dostanie się do Parlamentu, poda do wiadomości publicznej swoją decyzję związaną z boksem.

18

Zdjęcia z oficjalnego profilu FB

www.epublic.com.pl


Gdy Internet przestaje działać, kobiety dzielą się na trzy kategorie:

Kobiety – technolożki Przyjaciółki technologów Te, które dzwonią na infolinię

Kompletnie nie wpisując się w kategorię nr 1 i doświadczając bolesnego niedoboru technologa, postanowiłam zadzwonić na infolinię i porozmawiać z miłym panem konsultantem, który na pewno rozwiąże wszystkie moje problemy.

Techno techno techno-logia nie gra Z entuzjazmem wybrałam numer działu technicznego. Niestety, zamiast miłego konsultanta z głosem francuskiego hydraulika, przywitał mnie prawie tak samo miły maszynowy głos. Pomyślałam, że nie jest dobrze słyszeć głosy zamiast ludzi, ale... no dobra. Maszynowy głos opowiedział mi o szerokim wachlarzu cyferek, które mogłam sobie ponaciskać – każda odpowiadająca innemu potencjalnemu problemowi technologicznemu. Na moje (i maszynowego głosu) nieszczęście nie miałam pojęcia na czym polega mój problem, wiedziałam tylko, że nie działa. Pff... ! Postanowiłam więc stworzyć autorskie szyfry, wybierając cyferki metodą „na ulubioną”. Zdezorientowany głos oświadczył, że nie może mi pomóc i nie ma innego wyjścia - musi połączyć mnie z konsultantem. Z człowiekiem!

Tybetańska masakra głosem mechanicznym Nie wiem czego słuchają mnisi tybetańscy, ale gdy tylko usłyszałam melodię na czekanie mojego konsultanta-człowieka, pomyślałam, że to musi być to. Przed oczami stanęły mi lamy i Brad Pitt z Siedmiu lat w Tybecie. Tak, to musi być to. Ewidentnie. 5 minut. Znowu mechaniczny głos i jego „Proszę czekać”. Co tam robią ci technolodzy? 10 min. Technolog tybetański. 15 minut. Hej, hej mogliby przynajmniej zrobić jakąś tybetańską playlistę. Chciałabym zobaczyć lamę. 20 minut. W ogóle, to po co ja właściwie tu dzwonię? 23 minuty. Aaaa! Człowiek na horyzoncie! Pan technolog w ciągu 3 minut

, a i n i fol

in a c orą

G

czyli

e

bi o s i l yś

co m

stwierdził, że jestem beznadziejnym przypadkiem, więc wyśle mi serwisantów do domu, którzy pooglądają modemy, kable i antenki. Oczywiście najwcześniejszy termin to przyszły tydzień. (Chyba wracają z Tybetu.)

Social media i inne kabelki Wisząc na infolinii (oczywiście poza zgłębianiem tematyki tybetańskiej) myślałam o jej fenomenie. To naprawdę fascynujące, jak trudną drogę należy pokonać, aby dotrzeć do drugiego człowieka. W przypadku technologa-fachowca był to szereg cyfr i kodów, walka z mechanicznym głosem i długie słuchanie na czekanie. W życiu jest to… No właśnie. Ludzie często tworzą istny tor przeszkód, aby przypadkiem się nie odsłonić. Jeśli chodzi o infolinię na wstępie wiadomo, że nie jesteśmy miło słyszani, ale jak wyczuć jak jest z ludźmi? Gdzie kończy się zaangażowanie, a gdzie zaczyna narzucanie? Ile minut grania na czekanie trzeba przeczekać bez straty twarzy?

Bawię się w psycho-techno-socjo-loga

E-Public

Kasia Krasoń

a i s Ka

zaczynają zastępować nam ludzi. Jest to problemem, ponieważ znacznie trudniej poznać kogoś tak naprawdę - rzeczywistości takiej jaka jest, twarzą w twarz. W Polsce i pewnie w Tybecie. Jest coraz trudniej, bo sami budujemy kolejne barykady. Testujemy, zastanawiamy się, czy człowiek naprawdę jest nam potrzebny, a jeśli już okazuje się, że tak, to najlepiej niech będzie cudem techniki. Pod każdym względem. Nie ułatwiamy innym dotarcia do nas samych, bo tak jest łatwiej, bezpieczniej, a zresztą… indywidualistyczna nonszalancja jest teraz na czasie.

Problemy natury technicznej Tylko co wtedy, gdy podczas wybierania kolejnych cyferek i słuchania niekończącej się melodyjki (i to niekoniecznie relaksująco-tybetańskiej) komuś skończy się cierpliwość? Czasami na człowieka trzeba czekać tak długo, że dużo prościej jest zwyczajnie przerwać połączenie. Bo czas to pieniądz, a w dodatku rachunek za telefon też nie stoi w miejscu. Tyle tylko, że Internet ciągle nie działa, a jak bez niego żyć?

Poniekąd na własne życzenie otoczyliśmy się maszynowymi głosami, które 19 www.epublic.com.pl


Artykuł

Umiłowanie przesady

20

– w świecie kampu

www.epublic.com.pl

Brandon Christopher Warren / Foter.com / CC BY-NC


C

zęsto zastanawiamy się, dlaczego sztuka przekracza coraz to nowsze granice, choć mogłoby się wydawać, że teraz już nic nie może nas zaskoczyć. Źródeł takich działań można się doszukiwać we wrodzonej wrażliwości estetycznej XX wieku – kampie. Kamp jest zjawiskiem problematycznym do określenia, ze względu na jego otwartość oraz uniwersalność. Tak naprawdę trudno jednoznacznie określić gdzie zarysowuje się granica między tym co kampowe, a tym co po prostu kiczowate. Usystematyzowanie wiedzy na temat tej wrażliwości estetycznej dokonała Susan Sontag w 1964 roku, publikując głośne Notatki o KAMPIE. Jednak nawet ona nie potrafiła do końca określić granic tej dziedziny.

Wszechobecny Kamp otacza każdego z nas, jest łatwo rozpoznawalny nie tylko w sztuce, ale także w przedmiotach i zachowaniach ludzi. Skupia się na przedstawianiu stylu oraz dekoracyjności zapominając o treści przekazu. Nie są ważne idee, które chce przekazać sztuka, ale sama jej forma. Kamp zresztą nie przekazuje sobą żadnych ważniejszych znaczeń, liczy się tylko i wyłącznie sposób ukazania - przesadny, szokujący, wybiegający poza oficjalne konwencje. W wieku dwudziestym do jego przejawów zaliczano między innymi: lampy Tiffany’ego, rysunki Aubreya Beardsleya, opery Belliniego czy kobiece stroje lat dwudziestych. Natomiast początków tej estetyki należy doszukiwać się o wiele wcześniej. Przełom wieku XVII oraz XVIII był czasem wykształcania się tendencji kampowych. Następowała fascynacja sztucznością, elegancją, rzeczami nacechowanymi emocjonalnie. Jednak pełny rozkwit miłości do przesady objawił się w okresie secesyjnym. Wiek XIX był okresem wykorzystywania bogatej ornamentyki oraz tworzenia opływowych konstrukcji z wykorzystaniem motywów roślinno-zwierzęcych. Z takiej mieszanki tworzono ekstrawagancką sztukę, a przedmioty które produkowano zmieniały całkowicie swoje pierwotne znaczenie. Dobrym przykładem są konstrukcje oświetleniowe, które kształtami zaczynały przypominać kwitnące pnącza roślin. Ponadto należy zauważyć, że w wieku XIX pojawili się twórcy, świadomie wpisujący się w nurt kampu. Byli to głównie pisarze. Do

Mówiąc o kampie należy podkreślić także bardzo ważny fakt, że to co nosi znamiona kampu nie musi być tylko i wyłącznie nim. Kamp, jako wrażliwość estetyczna nie jest zaangażowana w sprawy społeczne ani polityczne, nie dotyczy spraw ważnych i podniosłych. Błędem byłoby twierdzić, że wszystkie zjawiska noszące znamiona kampu są pozbawione „poważności”. najbardziej znanego zalicza się Ronalda Firbank’a, angielskiego prozaika i dramaturga, który był jednym z czołowych przedstawicieli kampu tamtego okresu. Obok niego należy także podkreślić znaną nam wszystkim postać Oskara Wilde’a. Twórca kojarzony głównie z dzieła Portret Doriana Graya, był przede wszystkim filozofem zajmującym się modernistycznym estetyzmem. W samej powieści o losach Doriana, można zaobserwować tendencje kampowe. Pierwotnie utwór posiadał szereg aluzji związanych z homoseksualizmem, jednak z powodu ówczesnej krytyki, autor postanowił dokonać kilku poprawek. Zmodyfikował pierwszą wersję książki łagodząc wątki związane z homoseksualnymi zapędami Doriana. Poszerzył jego portret psychologiczny o informacje z jego przeszłości. Mimo tych poprawek, utwór w dalszym ciągu zawierał w sobie ewidentne elementy kampowe, Wilde skupił się głównie na podkreśleniu mocy sprawczej sztuki, która nie powinna być ograniczona żadnym czynnikami zewnętrznymi, powinna głosić pełną swobodę działań artysty nawet kosztem skandalu.

Kultura Kampu Z racji, że kamp jest estetyką lubującą się w wynaturzeniach oraz formach wszelakiej przesady, szczególnym zainteresowaniem darzy osoby, które odbiegają od ogólnie przyjętych norm. Dlatego mówiąc o kulturze kampu mamy na myśli osoby będące hermafrodytami, homoseksualistami oraz przesadnie wychudzonymi postaciami. Takie wzorce dominowały na obrazach czy plakatach dwudziestego wieku. Wysublimowaną formą kampu na tym gruncie są popularne występy drag queen – jedna z najciekawszych form

E-Public

Natalia Król

transwestytyzmu. Mężczyźni charakteryzujący się na kobietę poprzez dobór odpowiedniego stroju i makijażu, w środowiskach gejowskich zrobili oszałamiającą karierę swoimi występami. Choć należy podkreślić, że współcześnie tego typu pokazy mają także miejsce w środowiskach heteroseksualnych. Z punktu widzenia kampu, ta działalność ma w sobie charakter specyficznej teatralności. Ten argument jest często przywoływany w przypadku krytyki występów drag queen. Transwestyci powszechnie są postrzegani pejoratywnie. Opinia publiczna nie rozumiejąc pewnych zjawisk, po prostu je wyklucza. W tym momencie kultura kampowa pełni w pewien sposób funkcję socjalizacyjną, ale przede wszystkim usprawiedliwiającą. Wykorzystywanie motywu teatralności wyjaśnia pewne aspekty sposobu życia homoseksualistów. Występy drag queen nie osiągnęłyby sukcesu, gdyby nie odpowiednie środowiska, które zaczęły propagować to jako formę sztuki. Mimo tych zabiegów w dalszym ciągu tego rodzaju spektakle mają wielu przeciwników.

Kamp = zabawa? Mówiąc o kampie należy podkreślić także bardzo ważny fakt, że to co nosi znamiona kampu nie musi być tylko i wyłącznie nim. Kamp, jako wrażliwość estetyczna nie jest zaangażowana w sprawy społeczne ani polityczne, nie dotyczy spraw ważnych i podniosłych. Błędem byłoby twierdzić, że wszystkie zjawiska noszące znamiona kampu są pozbawione „poważności”. Dlatego trudno mówić o kampie jako o zjawisku całościowym, który w swoje ramy może zamknąć ściśle określone rzeczy. Kamp w pierwszej kolejności zakłada zabawę – to proces wiecznej gry kon- » 21

www.epublic.com.pl www.epublic.com.pl


Kamp » wencją, zabawa formą. Obrazoburczość,

złośliwość czy cynizm są tylko elementami tej specyficznej gry z odbiorcą. Kamp nie neguje rzeczy poważnych, nie wyśmiewa postaw podniosłych. Dzięki swojemu dystansowi do świata potrafi mówić o rzeczach trudnych w wyjątkowy sposób. Niestety nie każdy jest w stanie zrozumieć metody, którymi posługuje się kultura kampowa. Natomiast ludzie, którzy znajdują w tej estetyce siebie potrafią się nią cieszyć. Wbrew pozorom kamp nie ma na celu niesienia spustoszenia, ale właśnie ma dostarczać czystą radość ludziom, którzy go tworzą oraz tym, którzy go odbierają. Najlepszym przykładem są wcześniej wspomniane występy drag queen. Oglądając te spektakle nie widzimy tam żadnej powagi, łez czy złości. Kamp niesie tylko i wyłącznie pozytywne uczucia. Tak kamp określono w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, jego ogólne założenia są uniwersalne i obowiązują do dziś. Co jednak możemy współcześnie uznać za przejaw kampu? Biorąc pod uwagę, że każdy akt ekstrawagancji wpisuje się w ten nurt, można zatem uważać, że każde wynaturzenie serwowane nam przez celebrytów lub współczesnych artystów jest kampem. Nie można się z tym zgodzić w pełni. Wynika to z faktu, że kamp osiąga najlepsze rezultaty, jak jest czynem nieświadomym lub wynika z ogólnie przyjętej filozofii życiowej. Zamierzone szokowanie opinii publicznej nie przynosi takiego efektu, jak nieumyślne tworzenie czegoś,

co nie mieści się w ogólnie przyjęte ramy. Osiąganie profitów przez świadome prowokowanie nie jest zaliczane do kampu, który jest przede wszystkim sposobem widzenia świata, specyficzną filozofią. Ponadto kamp jest zależny od wpływu czasu. To, co dzisiaj nie wydaje się nam kampem, za kilkanaście lat może nim być. Wynika to z ludzkich fantazji. Żyjąc w świecie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, trudno dostrzec przejawy przesady. Atrakcyjniejsze pod względem dziwności wydają nam się rzeczy, których nie znamy lub wśród których nie mamy okazji przebywać. Mimo tego, współcześnie jest wiele osób, które dalej szukają przejawów ukazywania dziwności i wynaturzeń. Kwestia tego, czy robią to umiejętnie czy nie zostaje ciągle otwarta. Dobry smak często miesza się z kiczem. Jednak twórcy kampu doskonale sobie zdają sprawę z tego, że skala „dobry-zły” została w tym wypadku odrzucona. Tym argumentem na pewno kierują się twórcy karmiący nas obrazoburczymi tekstami, dziełami lub zachowaniami wybiegającymi poza normy społeczne. Kamp, także współcześnie, nie podlega ocenie i jest skierowany do grona odbiorców zafascynowanych niekonwencjonalnymi formami sztuki. Mimo że wytworzył się na gruncie środowisk homoseksualnych, znajduje wielu zwolenników wśród osób heteroseksualnych. Wielu z nas się do tego nie przyznaje, ale aktywnie uczestniczymy w kulturze kampu i czerpiemy z niej szereg doznań estetycznych.

Brandon Christopher Warren / Foter.com / CC BY-NC

Radek Mamoń

Artykuł

Nowa rasa koczowników

C

złowiek nie prowadzi już osiadłego trybu życia. Tłumione przez cywilizację instynkty i nawyki zrodziły się na nowo. Ponownie rozkładamy swoje namioty tam, gdzie jest zwierzyna i warunki do przeżycia. Co sezon polujemy i śpimy w innym miejscu. Gromadzimy tylko tyle, ile potrafimy przenieść. Zbędny ładunek porzucamy bez sentymentu, byle poruszać się szybciej i nie narażać się na zagrożenie.

Narodziny rasy Pisarz i futurolog, Alvin Toffler w swej publikacji „Szok przyszłości” kieruje uwagę na barierę psychofizycznej adaptacji człowieka do cywilizacji szybkich zmian, postępującego rozwoju

spaceabstract | flickr.com

22

www.epublic.com.pl


Choroby rasy Nie wszyscy ludzie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Społeczność, do której przybyli często różni się znacząco od tej, z której pochodzą. Możliwe są stany niepokoju i depresji, wycofanie się ze społeczeństwa. Każda przeprowadzka niszczy sieć starych stosunków i kontaktów. Daje to co prawda szanse stworzenia nowych, jednak w miarę powtarzania tego procesu, człowiek traci zaangażowanie. Z powodu nazbyt szybkiego tempa nie zapuszcza korzeni. Im większa ruchliwość jednostki, tym więcej krótkich spotkań face to face, z których każde ma charakter przelotny i fragmentaryczny. Koczownicy tracą tożsamość narodową lub związaną z pochodzeniem na rzecz lojalności korporacyjnej, stowarzyszeniowej.

Przewaga koczowników Mimo wielu niedogodności koczownictwo otwiera nowe formy wolności. Pozwala zamknąć nieudany rozdział i otworzyć nowy, wykreować wizerunek koczownika, w taki sposób, w jaki on sam chce. Wielość i różnorodność wykonywanej poprzednio pracy spo-

wodowała, że nie można określić ich do konkretnej grupy zawodowej. Kariera nie jest już ścieżką, a swoistą „trajektorią”, dającą możliwość dopasowania się do aktualnych potrzeb rynku.

Ile jest w nas z nomadów? Toffler swoje obserwacje opisał na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecie, analizując społeczeństwo amerykańskie. Ostrzegał przed niekontrolowanym rozwojem cywilizacyjnymi i negatywnymi skutkami dla społeczeństwa. Już od kilku lat w Polsce można obserwować podobne procesy. Ludzie nie boją podejmować się ryzyka, chcą wykorzystać swoje umiejętności dla osiągnięcia materialnych i ambicjonalnych korzyści. Na jednym z uniwersytetów zapytano grupę trzydziestu studentów, czy uważają się za współczesnych koczowników, ludzi nowoczesnych. Mimo że część z nich odpowiedziała negatywnie, po przeprowadzonym teście okazało się, iż cała grupa prowadzi koczowniczy tryb życia. Chyba nie unikniemy przyszłości. Możemy stać w miejscu kultywując dotychczasową egzystencję albo złożyć namiot, spakować cyfrowe narzędzia i ruszyć na żyźniejsze ziemie.

E-Public

technologicznego, świata jutra. By nie doznać szoku, który niesie przyszłość, człowiek musi dostosować się do współczesnych realiów. Konieczne jest, by każda z osób XXI wieku zrozumiała ulotność związków w jakie wchodzą z innymi ludźmi, miejscem zamieszkania, przedmiotami. Jeszcze nigdy w historii odległość nie miała mniejszego znaczenia niż obecnie. Codzienne dojeżdżanie do pracy, podróże i regularne zmiany miejsc zamieszkania stały się naturalną częścią życia dzisiejszych wysokorozwiniętych społeczeństw. Zmieniająca się sytuacja gospodarcza powoduje zmniejszenie bądź zwiększenie miejsc pracy w danym miejscu. Ludzie podążają za tymi zmianami w ogromnych falach migracyjnych, pozostając jednocześnie w gotowości do dalszego przemieszczania się. Bez wahania zmieniają miejsca pracy, kierując się aktualnymi potrzebami. W międzynarodowych korporacjach przenoszenie pracowników do innego kraju w ramach jednej organizacji, stało się praktyką i formą treningu, skutkującą powstaniem grupy „korporacyjnych cyganów”. Bardziej skłonni do koczownictwa są ludzie światli, utożsamiający podróż z przygodą, rozszerzaniem uroków życia i awansem. Niewykształceni i bardziej związani z domem pracownicy fizyczni mają dużo mniej ograniczony zasięg ruchu.

Reportaż

W świątyni Konfucjusza - Pekin Agnieszka Szeląg

W

poszukiwaniu Świątyni Konfucjusza idę za straganami, zapewniającymi odwiedzającym wszystkie potrzebne do kultu akcesoria: pachnące orientem kadzidełka, pliki świątynnych, ofiarnych pieniędzy, posążki Buddy i miliona innych postaci… Próżno jednak szukam wskazówek i oznaczeń, jak trafić do miejsca mojej

wędrówki. Podążam więc dalej wąskimi uliczkami w poszukiwaniu wejścia. Cisza zaułku pod wielkim murem zaprasza i zachęca do dalszej drogi w nieznane. Mijam chińskie, małe domki, skromne podwórka, w nieznanym celu zasłonięte tekturą koła samochodów. Nieśmiało skręcam w kolejną, jeszcze węższą uliczkę, gdy jakaś starsza, pomarszczona kobieta w ocieplanym kubraku na migi pokazuje mi zdecydowanym ruchem, że tam nie powinnam iść. Po co? Nie tędy

droga… Ona już wie, czego szukam. Pokornie zawracam i idę we wskazanym mi kierunku. Skoro tak twierdzi… Pozostaje mi jedynie zaufać. Do stracenia mam jedynie czas, który tutaj zatrzymuje się niespodziewanie, pozwalając uchwycić to, co ulotne. Na zwieńczeniu szarego muru moją uwagę przyciągają rozetowe zdobienia. Są jak tajemnicze znaki, których znaczenia nie znam, lecz, jak wszystko tutaj, nie istnieją przez przypadek. Za zakrętem z nieukrywaną » 23

www.epublic.com.pl


Reportaż » satysfakcją docieram w końcu do głównego wejścia. Czytam

tablicę, oznajmującą z należnym szacunkiem, że tu właśnie, dzięki rządowi, mogę podziwiać Świątynię Konfucjusza, oryginalnie zwaną jako Guo Zi Jian, pochodzącą z 1302 roku.

Filozoficzna przestrzeń

Pomnik Konfucjusza | Walter Grassroot | wikipedia.pl

To tutaj, myślę. Tutaj zanurzę się za chwilę w filozoficzną przestrzeń sprzed 2500 lat. Przechodzę przez Bramę Mistrza. W głębi, przed kolejnym pawilonem, widzę jego jasną postać, witającą gestem złożonych na piersiach rąk. Jakiś turysta robi sobie zdjęcie, kopiując pozę z posągu. Nie tak! Poprawia go przechodzący pracownik kompleksu. Lewa ręka na zewnątrz, ignorancie! Zastanawiam się przez chwilę nad konfucjańską filozofią Żen, która zakłada powściągliwość, skromność, rozsądek, dobroć, bezstronność, poczucie sprawiedliwości. To wszystko idealnie wpasowuje się w tutejszą atmosferę: stelle na dziwacznych żłówio-smokach, z wypisanymi imionami uczniów, którzy szczęśliwie zdali wymagane egzaminy, aleje z ponad stuletnich cyprysów, pawilony, wysławiające siłę i wielkość sukcesu wiedzy i milcząco już brzmiąca muzyka z kamiennych bębnów, spiżowych dzwonków i innych, niepowtarzalnych instrumentów. Dziedzińce czarują spokojem i ponadczasowością. Miejsce to urzekło nawet nowożeńców, robiących sobie sesję zdjęciową. Czerwona suknia panny młodej krzyczy szczęściem wśród białych, kamiennych balustrad. Zbliżam się do środkowego, głównego pawilonu. Odruchowo liczę ilość postaci zwierzęcych na rogu dachu budynku: ten ma ich aż 12 – to największa z możliwych ilość, umieszczana jedynie na najważniejszych miejscach cesarskich i właśnie tu, na głównej świątyni Konfucjusza. Przed schodami na przechodniów patrzy najstarszy świadek wydarzeń tego miejsca – 700-letni cyprys. Wpatrując się w jego poskręcane wiekiem ramiona i zaklęte w miejscach po minionych gałęziach, powyginane w tajemniczym grymasie twarze, przypominam sobie legendę… Gdy dawno temu przechodził tędy pewien wysoko postawiony, jednak nieuczciwy urzędnik, drzewo, pobudzone nagłym powiewem, zerwało mu nakrycie

24

głowy. Od tej chwili uznano, że cyprys ten potrafi rozpoznać dobrego i złego człowieka. Przechodząc przez kolejne pawilony i kolejne czerwono-złote drzwi, mam wrażenie docierania do głębszych tajemnic tego świata. W muzeum znajduję europejskie akcenty: Robespierre, Voltaire, Marco Polo, wszyscy zachwyceni filozofią Konfucjusza, który często patrzył w niebo i swój ulubiony gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. „Zrobić za dużo to tak samo źle, jak zrobić za mało”, mówił. Zastanawiam się, czy przystosowanie go do współczesnych potrzeb ideologicznych państwa nie przesłania pełni jego myśli. Dzięki temu jednak może być obecny. Z bocznego dziedzińca dobiegły nagle głosy dzieci, przerywając moje drgające w powietrzu zamyślenie. Wybiegły zapewne na przerwę z mieszczącej się pod okiem filozofa szkoły. Dziewczynki z wielkimi, niebieskimi pędzlami do kaligrafii, rozbiegły się po placu. Maczały swoje zaczarowane, prawie metrowe pędzle w miedniczkach z wodą, by zaraz potem kreślić po dziedzińcu im tylko znane, chińskie znaki. Pismo błyszczało chwilę w słońcu, by za chwilę zniknąć w jego ciepłych promieniach, pozostawiając mi jedynie nienasycone, bo nieubrane dla mnie w znaczenie, ulotne wspomnienie. Jakże mała i nieuczona się poczułam przy tych rozbieganych i beztroskich dzieciakach, które wiedzą i umieją więcej, niż ja. Na tylnym dziedzińcu ukrył się mały amfiteatr - na pustej scenie i rzędach dla publiczności przebrzmiewały jeszcze echa chińskiej opery i przedstawień, poruszających serca i umysły od tylu lat. Jeszcze ostatni rzut oka na ozdobne, lecz zatarte już oddechem wieków błękitno-czerwono-złote malowidła i smoki bawiące się perłą. W milczeniu pożegnał mnie szereg uczniów Konfucjusza, zaklętych w podniszczony już zębem czasu kamień. Każdy z nich zostawił mi w prezencie inny gest, przypominający o konfucjańskich cnotach. Wrócę to jeszcze nie raz myślą, by zaczerpnąć ich spokoju i światła wiedzy. A jeśli w Pekinie kiedyś spadnie śnieg, pomyślę o ich przykrytych śnieżną czapką głowach.

Przechodząc przez kolejne pawilony i kolejne czerwono-złote drzwi, mam wrażenie docierania do głębszych tajemnic tego świata. W muzeum znajduję europejskie akcenty: Robespierre, Voltaire, Marco Polo, wszyscy zachwyceni filozofią Konfucjusza, który często patrzył w niebo i swój ulubiony gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. „Zrobić za dużo to tak samo źle, jak zrobić za mało” - mówił.

www.epublic.com.pl


E-Public

ToGa Wanderings | flickr.com

Artykuł

Pseudo-wartości i substytuty idei Manuel Langer

W

spółczesny, dominujący system społeczny, niezależnie jaką nazwą się posłużymy dla zasu-gerowania perspektywy i ujęcia – czy będziemy mówić o neoliberalizmie, liberalnej demokracji, czy po prostu o kapitalizmie – dla szerokiej opinii publicznej, bardziej niż w rozbudowanych wizjach, mieści się w hasłach, takich jak m. in. „kult pieniądza”. Wyrażenie to, jak wszelka „mądrość uliczna”, jest chwytliwe, ale i lapidarne, pobieżne, można by powiedzieć - błahe. Jakkolwiek, jak wiele tego typu powiedzonek, jest niezwykle prawdziwe i paradoksalnie, pomimo swej oczywistej niepowagi, do poważnego zastanowienia się skłania (ot, typowy psikus potocznego, ale za to zuchwałego sformułowania). Pieniądz nie jest wartością. Pieniądz to tylko papierek, któremu jakąkolwiek treść nadaje dopiero dobro, które można nań wymienić. Pieniądz jest typowym narzędziem, jest najzwyczajniej jedynie swego rodzaju ułatwieniem, dzięki

któremu nie musimy bezpośrednio jednego dobra wymieniać na drugie, ma charakter tylko i wyłącznie funkcjonalny. Wydaje się to oczywiste, prawda? Jednak rzeczywistość wymyka się tej oczywistości, czasem poprzez formy nader subtelne. Nie mam bowiem na myśli jedynie ludzi, których z łatwością można dostrzec, zazwyczaj nawet gdzieś w swym najbliższym otoczeniu – ludzi, dla których zarabianie pieniędzy jest motywacją samą w sobie, którzy nie wybiegają poza nią, którzy zdobywają pieniądze po to by… mieć pieniądze. Problem w tym, że w wyniku codziennych interakcji społecznych wielu „zwykłych” ludzi, zazwyczaj w pełni sobie tego nie uświadomiwszy, przestaje myśleć co będzie mogła nabyć za zawartość swego portfela, a zaczyna się cieszyć samą bytnością pieniędzy w tymże: tak jakby była to dla nich intymna bliskość kogoś co najmniej lubianego. Naiwnością jest myśleć, że można żyć w świecie zdominowanym przez określoną ideologię, pośród praw, jakie narzuca codziennej egzystencji i uważać, że w wyniku tej permanentnej styczności w ogóle się nią nie nasiąka. Jeszcze większą naiwnością, wynikającą może właśnie z nieświa-

domej absorpcji owego porządku, jest mniemanie, że stworzy się alternatywę dla tego świata w ramach jego własnej percepcji i w zgodzie z jego prawami.

Panowanie narzędzi Ponieważ kapitalizm wyniósł pieniądz na piedestał, na którym w innych czasach znajdowały się zawsze idee lub Bóg/bogowie, odwrócony został pewien porządek rzeczy. Ba! Odwrócony to bardzo delikatne słowo – wywrócony do góry nogami. Narzędzie przerosło wartości, których realizacji miało służyć, funkcja wyrugowała podmiot i obwieściła, że sama nim jest. Nieboskłon, na którym króluje nam bóg - pieniądz rozciąga się więc także ponad sferą niematerialną: określa ludzi, ich myśli i zachowania nie tylko w momencie, gdy nabywają jakieś dobro, ale i daleko poza tą relacją – w sferze recepcji myśli typowo intelektualnych. Wskażmy tutaj pokrótce na dwa zjawiska komplementarne wobec „kultu pieniądza”, podległe mu i dobrze oddające nakreśloną tu perspektywę: postmodernę, jako nurt formujący światopogląd, oraz stosunek do demokracji. » 25

www.epublic.com.pl


Idee »

Postmodernizm w swoim najbardziej „powszechnym” wymiarze (a jest to wymiar, który – tak jak w przypadku każdego poprzedzającego go prądu – zadecydował o jego obecnym prymacie i popularności) jawi się przede wszystkim jako myśl niezwykle użyteczna wobec dominującego systemu społeczno-politycznego i jego status quo. Wielość narracji, głoszenie równorzędności tychże, nie zaowocowało bynajmniej zrodzeniem systemowych alternatyw, ale za to świetnie się sprawdza w pacyfikowaniu i „równaniu w dół” każdej takowej takowej – w imię owej specyficznej „demokratyzacji”, która rzuciła w błoto idee (jako że polityka na nie nakierowana jest przecież winna II WŚ!), która uderza we wszelką strukturę hierarchiczną i która podważa sens podporządkowania się wszelkim „wyższym celom” . Postmodernizm wątpi, nie tyle jest czymś samoistnym, co raczej stosunkiem do poprzedniego prądu; nie tyle wyrazem czegoś podmiotowego, co funkcjonalną postawą. Trudno byłoby nie dostrzec, że w sferze osobistej znakomicie sprawdza się jako intelektualne podłoże dla samozadowolonego z siebie egoisty, pozwalając mu w nic nie wierzyć. Aktualna myśl proponuje mu skupienie się na procesie – na ‘jak?’ a nie na ‘co?’, ale bynajmniej nie dla uwzględnienia perspektywy moralnej, tylko… z fascynacji samym procesem. Czy powinniśmy zatem naprawdę się dziwić żałosnym twierdzeniom w rodzaju tych wysuwanych w dyskusji nad ruchem „Occupy Wall Street”, że sam proces (tj. protest przeciwko systemowi) jest sukcesem?

czy demokracja jest formą rządów najbardziej sprzyjającą realizacji pewnych szczytnych ideałów ludzkości, ale – na litość boską! – jest właśnie tylko formą, nie implikującą sama przez się żadnej treści. Prześmiewczo wobec wołań aktywistów historia polityczna ostatnich kilku wieków, a przynajmniej jej część odnosząca się do Zachodu jest wszak historią demokratyzacji państw, a liberalna demokracja jest jedynym znanym, ustabilizowanym efektem końcowym. O jakim ustroju właściwie śnią protestujący? I dlaczego skupiają się na formie rządów, a nie na wartościach? Ponadto owe ruchy społeczne wbrew szumnym deklaracjom, ale za to w zgodzie z prawidłami historii, nie reprezentują 99% społeczeństwa tylko niewielką awangardę, która – co smutne – nie byłaby „widzialna”, gdyby jej szeregów nie zasiliły tłumy, sfrustrowane wynikłą z ekonomicznego kryzysu własną marginalizacją. Tłumy, co do których można mieć zasadne obawy, czy interesuje je coś więcej niż własny i to mocno praktyczny interes – zgodnie z indywidualistycznym, odwróconym od idei i nastawionym na funkcjonalność postmodernistycznym duchem. Sukces, jakim jest absorpcja tych pretensji wynika z arcydemokratycznej struktury tychże ruchów, w której każdy pojedynczy głos wydaje się naprawdę istotny (wielki szacunek za to), ale która właśnie przez to wydaje się dużo bardziej konglomeratem pojedynczych interesów, niż, jakkolwiek złożonym, to jednak spójnym organizmem. Ciałom tym przede wszystkim brakuje głowy, tudzież chociażby: głów, miliony gardeł mogą wrzeszczeć: „Dość!”, ale tak

ot sobie nie odkrzykną spójnie czegoś na pytanie: „Czego chcemy?”. Nie można oczekiwać, że, bezwładne, postawią krok w jakimkolwiek kierunku. Ale czy tego w ogóle chcą? Ich metoda polega na walce o upodobnienie świata do własnej struktury – walce o demokratyzację. Powszechne szczęście nastąpi przecież zaraz potem po dokonaniu się tego procesu. „Prawdziwa demokracja” nie jest narzędziem tylko wartością, sama w sobie implikuje humanistyczne ideały, czyż nie? O tym jak schorowaną percepcję przekształcającą narzędzie w cel sam w sobie reprezentują obecne ruchy społeczne świadczy pewne ich charakterystyczne wynaturzenie, które zna każdy, kto odbył choć parę rozmów z aktywistami: opowieści o tym, jak zebrawszy się w danej grupie, grupa ta utknęła w impasie kilkugodzinnego sporu nie o wytyczenie najbliższych działań, tylko o… porządek, sposób, zasady obradowania! Zdrowy rozsądek pozwala jedynie załamać ręce. Jednak odsuwając go na bok i podchodząc do sprawy „na zimno”, trzeba stwierdzić, że ów gest z ich punktu widzenia może wydawać się niezasadny, zajmowali się przecież tym, co rzeczywiście istotne, co najważniejsze: określaniem w demokratyczny sposób demokratycznej procedury!

Spojrzenie w przyszłość Dzisiejsza walka radykalnej lewicy, czy też po prostu lewicy, która w wielu przypadkach nawet nie chce zgodzić się na to imię, odbywa się na razie całkowi-

Pułapki demokracji Walka o demokratyzację to podstawowe hasło jakie pojawiło/pojawia się na „sztandarach” wszystkich znaczących obecnych ruchów społecznych. W haśle „prawdziwej” demokracji można nie tylko upatrywać ich wspólnego mianownika, ale także zasadę warunkującą ich struktury. Ów stosu-nek do demokracji bardzo niebezpiecznie przypomina jednak wielbienie złotego cielca – fałszywego Boga. Obecne ruchy społeczne zdają się postrzegać demokrację nie jako metodę, która wydaje im się najodpowiedniejsza i najskuteczniejsza w walce o wartości (Sprawiedliwość, Prawdę, Piękno, czy jakiekolwiek inne), ale jako cel sam w sobie, jakieś niedorzeczne, uniwersalne remedium, które samo ze swej natury implikowałoby wszystkie te wartości. Można się kłócić, 26

Walka o demokratyzację to podstawowe hasło jakie pojawiło/pojawia się na „sztandarach” wszystkich znaczących obecnych ruchów społecznych. W haśle „prawdziwej” demokracji można nie tylko upatrywać ich wspólnego mianownika, ale także zasadę warunkującą ich struktury. Ów stosu-nek do demokracji bardzo niebezpiecznie przypomina jednak wielbienie złotego cielca – fałszywego Boga.

www.epublic.com.pl


innymi słowy: osądzać narzędzie podług jego przydatności, a więc i kategorycznie odrzucać je tam, gdzie zdaje się nie stanowić podpory, a co więcej – przeszkodę na drodze idealistycznych (nie bójmy się tego słowa i nie bójmy się żyć pomiędzy wielkimi słowami) dążeń. Czy jesteśmy się w stanie przeciwstawić się skuteczniej „kultowi pieniądza”, niż poprzez odrzucenie panowania narzędzi, tej protezy ducha? Dlaczego nazywam je protezą? Proteza jest czymś co stara się przykryć kalectwo, podrzędnym substytutem czegoś, czego potrzebujemy, aby czuć się „pełnym”, zdrowym. Systemowi udało się zdegradować wartości w dyskursie społecznym, ale jednak wciąż musi się do nich odwoływać, obudowywać nimi hasła demokratyzacji, uzasadniać nimi otwarcie rynków, cięcia, itp. – słowem: nie jest w stanie wyrugować je nie tyle z języka co z – wydaje się niezbywalnej – sfery intuicyjnych odczuć każdego, o którą (mając gdzieś definicje) zawsze się przecież tak naprawdę opierały. Jednym ze słabych punktów dominującego

systemu mogącym nam otworzyć drogę ku nowemu językowi, obcemu obecnemu i nakierowanemu na wartości jest kwestia narracji. Obecnie obowiązujący w przekazie medialnym model zasadza się na odejściu od podawania informacji nieokreślających dokładnie ujęcia, które następnie trzeba we własnym umyśle przetworzyć i odpowiednio „ułożyć”, tylko na serwowaniu „dania gotowego”, które nie tyle ma pobudzić, czy zasugerować dane emocje, co bezpośrednio je dostarczyć. Wymusza to daleko posuniętą jednolitość przekazu i sprawia że „czarno-biała informacja” nie tylko wydaje się atrakcyjniejsza, ale i paradoksalnie bogatsza od „kolorowej” – dania, które obecny masowy widz nie określiłby jako interesujące i bogato przyprawione, tylko jako mdłe i już niezrozumiałe. Czy grupa lub grupy, które by chciały na szeroką skalę przywrócić dyskurs Wielkich Narracji, mogłyby – przynajmniej w tym aspekcie – prosić się o dogodniejsze warunki? Ale to już materiał na inny artykuł.

E-Public

cie w ramach porządku, który określa hasło „kultu pieniądza” . Świat jego zasad i jego praw: narzędzi wyniesionych do rangi wartości, przy degradacji tychże, negowania hierarchii (wszak w idealnym świecie pieniądza to co niematerialne powinno być dlań tak samo łatwo dostępne jak reszta dóbr) i negacji jako podstawowej postawy w ogóle. Rewolucję społeczną Zachodowi nie przyniesie postmodernistyczna krytyka i bezmyślna czołobitność przed świętą krową demokracji. Musimy żądać takiej krytyki, której „nie!” jawi się jedynie jako punkt wyjściowy, a nie ostatni przystanek; szanować tylko taką która niesie z sobą pozytywną wizję. Stosunek do demokracji jest naszym największym problemem. Trzeba przestać dzielić ją na „fałszywą” (tj. najczęściej tą realnie istniejącą i na wiele sposobów opresyjną) i „prawdziwą” (zazwyczaj zaistniałą, jak dotąd, jedynie w umysłach). Musimy przenieść punkt ciężkości i przestać pytać, czy coś jest demokratyczne, tylko czy służy Prawdzie, Dobru, Sprawiedliwości –

Objawy i bolesne skutki uboczne celebriozy Tomasz Stroński

Sława, popularność i zachwyt innych staje się wyznacznikiem ludzkich wartości. Dzięki temu możemy być kimś lub według tej zasady nie nadawać się do niczego.

W

szystko to brzmi niezwykle wyświechtanie jednak takie właśnie są objawy choroby zwanej celebriozą. Na czym polega to medialno-społeczne schorzenie? Interakcja telewizyjnej zarazy zachodzi obustronnie. Chorują rządni sławy celebryci, a zarażają się odbiorcy, którzy obserwują tragiczne w skutkach powikłania. Z racji rozwoju mediów pod wszelkimi względami, czyli powszechnemu dostępowi ze strony odbiorców oraz chęci zapełnienia ramówki atrakcyjnymi treściami ze strony nadawców potrzeba nam coraz więcej medialnego mięsa. Mięso lubią wszyscy, z wyjątkiem telewizyjnych wegeterian, którzy nie liczą się dla medialnych potentatów. Nie liczą się, bo oczekują czegoś więcej, chcą

przekazu z treścią, a nie tylko z formą. Rynek reklamy ich nie lubi, a jak nie lubi to po co zwracać na nich uwagę?

Co nam podrzucą, to my to kochamy! Wreszcie mamy wiosnę. Choć kalendarzowo już dawno mieliśmy ją odczuwać to na dobre rozkręciła się z opóźnieniem. Za to bez opóźnienia wystrzeliły nowe, ekscytujące i co najważniejsze oczekiwane przez medialnych odbiorców ramówki telewizyjne. No i co tam mamy ciekawego? Kolejny sezon seriali, które znamy. Kolejna edycja programu typu talent show. Wow... Wszystko brzmi jak w bajce. Na ekra- » 27

www.epublic.com.pl


Wywiad

fotopedia.com

» nach naszych telewizorów pojawiają się

coraz to większe tuzy aktorstwa. Nic z tego, że w większości ci cenieni celebryci z porządną fabułą mają tyle wspólnego, że może ostatnią widzieli gdzieś na dużym ekranie, oczywiście bez swojego aktywnego udziału. Ale czy to ważne? Wszystko wskazuje, że nie. Ludzie ich kochają – myślą producenci. Co z tego, że w każdej serialowej aktywności gra podobną postać. Może inaczej nie umie albo mu nie wypada? Ludzie tak bardzo liczą się z jego zdaniem, wydaje się fajny i europejski, a nie polski, a co za tym idzie zaściankowy – wyliczają dalej przy selekcji aktorów. Jeszcze lepiej, kiedy gwiazda zagrała podczas swojej długiej i wielkiej kariery chociaż raz w czymś ambitnym. Wielu z nich, gdzieś tam, kiedyś otarło się o kogoś, kto brał udział, bądź też znał kogoś kto brał udział w udanej produkcji. Już jest nieźle. Wtedy ludzie wiedzą, że to nie byle kto. Czują, że powinni liczyć się z jego zdaniem. W jeden dzień emisja serialu, a w drugi – bach – gość, specjalista, autorytet (jak autorytet to oczywiście – moralny i niepodważalny) wypowiadający się na dowolny temat każdemu chętnemu. Wypowiada się z mentorskim tonem, radząc zwykłemu Kowalskiemu. I tutaj się zaczyna sianie zarazy celebriozy. Uwaga, podaje czynniki i środowisko choroby.

Celebrioza atakuje... Kowalski rano popija kawę i pech chciał, że włącza telewizor. W zasadzie robi to po to, aby stłumić domową ciszę. Trudno w godzinach porannych nie trafić na telewizję śniadaniową. Nie zważając na ten fakt zostawia audycję i stara się wysłuchać telewizyjnych mądrości. 28

- takie nieodpowiedzialne zachowanie może skutkować zaczątkami celebriozy. Prowadzący z wielkim zaciekawieniem prowadzi rozmowę z celebrytą. Celebrytę otacza grono prawdziwych specjalistów tematyki, no ale cóż oni tam mogą wiedzieć. Czym są stopnie naukowe, badania, doświadczenie w porównaniu z mądrością wynikającą z blasku sławy. Każde zdanie, nawet słowo wydaje się jakieś takie mądrzejsze, takie najbardziej prawidłowe. Cóż, za rzetelne tezy – myślą telewidzowie. O ile można zrozumieć chęć zaistnienia gwiazdy w mediach, to ciężko pojąć z jakiej racji ów gwiazda odczuwa potrzebę dyskusji na każdy temat. Czy na pewno wszyscy z nich są chodzącymi omnibusami? Czy ich zdanie faktycznie jest znaczące w jakiejkolwiek tematyce? Zazwyczaj niestety nie. Czy to, że aktor gra lekarza w serialu obliguje go do rozmowy o medycynie? Czyli jak rozumiem, można swobodnie zaprosić do specjalistycznej pogadanki o uprawie egzotycznych owoców piosenkarza, który śpiewa o pomarańczach w pustej szklance? Tylko po co? Nie wiadomo jak do końca wytłumaczyć to zjawisko. Z punktu widzenia nadawcy sprawa wydaje się być jasna. Każdy z nich chce promować swoje sztandarowe gwiazdy na wszelkich możliwych gruntach. Robiąc to, reklamuje swoje programy i walczy o podniesie oglądalności, a co za tym idzie pieniądze od reklamodawców. Podobnie sprawy się mają w przypadku pracy jurorskiej w programach typu talent show. Telewidz ma okazję obserwować je przez cały weekend. Dzięki nim widzimy jak wiele utalentowanych osób zrodziła nasza ojczysta ziemia. Tylko co z tego skoro niewielu z nich może później kontynuwww.epublic.com.pl

ować karierę dzięki swoim wybitnym umiejętnościom, bez znaczenia na swoje ukierunkowanie. Może mamy już pewien przesyt? Może nie da się aż tak rozszerzyć rynku muzycznego? Może nie da się zainteresować społeczeństwa 50 nowymi artystami? A może nie opłaca się to wytwórnią? Tego też nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że ludzie lubią takie programy, a skoro tak jest, to lubią też to reklamodawcy. Jury w takich audycjach potrafi bardzo szybko ocenić kto ma talent, a kto nie. Człowiek zostaje całościowo oceniony poprzez pryzmat tego, czy udał mu się występ, czy też nie. Wszystko jest w twoich rękach – mówią. Wszystko zależy od tego, czy uda ci się zaśpiewać, zatańczyć czy zrobić fikołka czy też nie. Jesteś najlepszy, jesteś beznadziejny – mówią mentorzy. Pojawia się płacz albo związany z poczuciem egzystencjalnego końca świata bądź też nieobliczalnego ataku radości. Jeszcze lepiej, gdy w tle pojawia się wzruszająca historia. Uczestnik programu przyjeżdża z małej miejscowości, pochodzi z wielodzietnej rodziny, a do tego dodaje, że występ dedykuje zmarłej babci. Etos wzruszenia sięga zenitu. Jurorzy płaczą rzewnymi łzami już w trakcie występu. Wspominają coś o wspaniałej historii i ciężkim życiu – brzmi to niezwykle wiarygodnie biorąc pod uwagę chociażby stopę ich zarobków.

Jestem rozpoznawalny, więc jestem wyrocznią – na szczęście nie zawsze... W taki sposób czuć się może celebryta, który cieszy się sławą. Na każdym kroku pytany jest o opinię na wiele różnych tematów. Cóż z tego, że często okazują się dla niego zupełnie obce. Są też jednak artyści, którzy nie wpisują się w tą mainstreamową praktykę. Dlatego warto przyjrzeć się opinii niektórych z nich. Zapytany przeze mnie o muzycznych celebrytów Kazik Staszewski odpowiada: „Oni są biedni, bo mają te swoje 5 minut i muszą za wszelką cenę to wykorzystać do bielma. Ja mam już tak z godzinę. Ale w ogóle mam taki pogląd, że w Polsce są jakby dwa światy muzyczne. Ten pierwszy nieco podziemny, nieoficjalny i ten drugi z mass mediów. I nijak nie chcą przystawać do siebie, no może czasem”. Po chwili dodaje coś o kondycji mediów:


przy okazji zupełnie nieatrakcyjną dla medialnego mięsożercy zaprezentował aktor Eryk Lubos w programie K. Wojewódzkiego. Dialog warto przytoczyć w całości, a wyglądał następująco: E.Lubos: Co to jest gwiazda, co to znaczy? K. Wojewódzki: To jest projekcja naszych marzeń, wyobrażeń, iluzji. E.L.: Jakby ci to powiedzieć... Kubo drogi, szkoda czasu na to. K.W.: Ale dla niektórych to jest esencja bycia? E.L: No to tylko współczuć. K.W. To jest niesamowite. Prowadzący był w głębokim szoku, jak jest możliwe, że aktor może być tylko aktorem, że wykonując swój zawód może być skoncentrowany tylko na tym. Że radzenie wszystkim wokół i usilne wyznaczanie trendów go nie interesuje. Fascynujące i wręcz nienormalne. Medialna choroba zatacza coraz szersze kręgi. Jednak mimo epidemii celebriozy bywają też inne spojrzenia na rozpoznawalność i sławę. Są też jednak przypadki nieuleczalnie chore, które bez blasku nie czułyby „esencji bycia”. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że strącenia z gwieździstego piedestału nie okażą się bardzo bolesne, bo ponoć przecież każde 5 minut kiedyś się kończy. Kończy się, jeśli to faktycznie tylko 5 minut, które najczęściej charakteryzuje się przypadkowością i chwilowością.

Music is my life! Kamila Burko

K

toś mądry powiedział kiedyś, że muzyka łagodzi obyczaje. Różne rodzaje utworów, począwszy od hymnów, żałobnych pieśni pogrzebowych aż po weselne piosenki i góralskie przyśpiewki, towarzyszą nam w ważnych wydarzeniach życiowych. Muzyka, niezależnie od gatunku i okoliczności, jest niewątpliwie dopełnieniem chwil i środkiem przekazu. Żyjemy jednak w kraju, który usilnie narzuca nam pewne muzyczne upodobania. Wystarczy włączyć radio i przekonać się, że najpopularniejsze są utwory pop-podobne. Na dzisiejszym rynku muzycznym cięż-

ko jest znaleźć dobrego rocka czy wokalistę muzyki alternatywnej. Najlepiej sprzedają się masowe produkty, pop na najniższym poziomie. Szkoda, ponieważ istnieją gwiazdy światowego formatu, które od wielu lat tworzą znakomitą muzykę, ale zostały zdominowane przez gwiazdki, będące produktem popkultury. Ogromna ilość piosenek-zapychaczy puszczana w rozgłośniach radiowych jest przerażająca. Na szczęście sytuacja zdaje się poprawiać, ponieważ tworzą się alternatywne radia i programy telewizyjne. Największym problemem jest jednak chyba fakt, że słuchamy tylko gatunku, a nie muzyki. Mamy bardzo ograniczony muzyczny świat i jeśli słuchamy rocka, nigdy nie pójdziemy na koncert hip-hop’owego wykonawcy.

Słowa Kazika dosadnie pokazują jakie reguły rządzą w świecie mediów. Choć on sam nie narzeka na swoją sytuację, to ma odpowiednio ugruntowaną opinię. Sam nie jest gościem codziennych programów o tematyce „doradczo-niewiadomo jakiej”. Pewnie w innym razie moglibyśmy widzieć go na ekranie telewizorów kiedy tańczy, całuje się z foką, czy smaży kotleta.

E-Public

„Środki masowego przekazu, radio i tv muszą równać do dołu chcąc być akceptowane przez konsumenta. Tak i autorytety, styl i klasa są takie jakich ten wymaga”. Lider zespołu Kult rozmowę kończy stwierdzeniem, chyba dość tragicznie brzmiącym: „A co do prawdziwej sztuki? Przecież sztuką jest to co się wmówi ludziom, że nią jest”. Słowa Kazika dosadnie pokazują jakie reguły rządzą w świecie mediów. Choć on sam nie narzeka na swoją sytuację, to ma odpowiednio ugruntowaną opinię. Sam nie jest gościem codziennych programów o tematyce „doradczo-niewiadomo jakiej”. Pewnie w innym razie moglibyśmy widzieć go na ekranie telewizorów kiedy tańczy, całuje się z foką, czy smaży kotleta. No ale niestety... Zapytana przeze mnie o podobną tematykę Kayah, którą z pewnością można zaliczyć do osób szerzej rozpoznawalnych wypowiada się w podobnym tonie do poprzednika: „Ja czuję się artystką, a ponieważ jestem artystką zajętą, cechuje mnie także nieobecność na bankietach, czy programach, w których osoby znane prezentują się w wykonywaniu czynności, które nie są ich zawodem. Tacy artyści zwyczajnie, albo nie mają czasu bywać, albo po prostu tego nie potrzebują. Stąd też często ich rzadka obecność na łamach tabloidowych gazet”. Postawę godną zauważenia, ale

Słuchając muzyki reggae, nie kupimy sobie płyty Moniki Brodki. Nie dostrzegamy jednak, że kiedy stawiamy sobie granicę, umyka nam coś innego, może mniej interesującego nas w danej chwili, ale pozwalającego coś przeżyć. A co właściwie pozwala przeżyć muzyka disco-polo? Odpowiedź jest banalnie prosta: jest to muzyka rozrywkowa pozwalająca totalnie oddać się dobrej zabawie w gronie przyjaciół. Prosta melodia i słowa spowodują, że z łatwością można wpasować się w rytm nawet po wypbiciu pewnej ilości alkoholu. Warto pamiętać jednak, aby czasem posłuchać czegoś ambitniejszego nad czym będziemy musieli się zastanowić. Muszę się przyznać, że mam rock and roll’ową duszę, nie znaczy to jednak, że inne gatunki są mi obce. Także życzę dobrego gustu muzycznego i otwartej głowy na „coś” nowego i innego, niekonieczne z naszej muzycznej bajki. 29

www.epublic.com.pl


Media

Artykuł

Odbiorcy na usługach tabloidyzacji Public Places / Foter.com / CC BY

Krystyna Opozd Kiedy Joseph Pulitzer i William Randolph Hearst otwierali przed czytelnikami nowy świat sensacyjnego dziennikarstwa nikt nie spodziewał się jaką popularnością będzie się cieszyła tego rodzaju koncepcja. Jednak druga generacja prasy masowej, jaka rozpoczęła się w latach 80. XIX wieku doprowadziła do nieodwracalnych zmian w kulturze z jakimi dzisiaj przychodzi nam się mierzyć.

Od sensacji do tabloidyzacji Od sensacyjnych doniesień o aferach politycznych, zbrodniach i skandalach opisanych „krótko a z łezką sentymentu”, dziennikarstwo stopniowo przechodziło do tematów z natury lżejszych. Jednak mniejsza waga prezentowanego problemu wcale nie oznaczała zmiany 30

charakteru gazety. Sensacyjność, do jakiej przyzwyczajono czytelnika bardzo skrzętnie, uzupełniano o opisy zdarzeń dnia codziennego, wykreowanych na mrożące krew w żyłach historie. Nieustanne szokowanie czytelnika, oddziaływanie na jego najniższe instynkty, czy też faworyzowanie obrazu kosztem rzetelnego tekstu spowodowały, że w kulturze masowej rozpoczął się proces tabloidyzacji. Według Pera Bakke tabloidyzacja to zjawisko, które polega m.in. na akcentowaniu banalności i dziwacznych osobowości, eksponowaniu seksu, skandali, przemocy, uwydatnianiu dramatyzmu wydarzeń, transformacji tragedii w tematy rozrywkowe, uznaniu, że obrazy są ważniejsze od tekstu, czy wyjęciu spraw z kontekstu. Mimo częstego występowania tego zjawiska w prasie, domeną tabloidyzacji jest telewizja. Dzięki przekazowi audiowizualnemu widz dostaje skumulowaną dawkę uproszczonych informacji oraz szokujących, a zarazem www.epublic.com.pl

dwuznacznych obrazów. O obecności tabliodyzacji w mediach audiowizualnych świadczą przede wszystkim krótkie zdania w informacjach, indywidualizacja, banalizacja, human interest stories czy epatowanie skandalami i aferami z życia polityków i celebrytów.

Z ekranu na łamy czasopism Za nieodłącznego towarzysza procesu tabliodyzacji bez trudu można uznać telenowele dokumentalne. Natura wspomnianej telenoweli polega na wyborze kliku postaci, wchodzących w role samych siebie i rejestrowaniu ich codziennego życia przez klika dni, tygodni lub miesięcy. Za pierwszą tego rodzaju produkcję uważa się serial „Sylvania Waters” z 1993 roku, w którym przez 6 miesięcy rejestrowano życie jednej z australijskich rodzin. Koncepcja telenoweli dokumentalnej z założenia


E-Public

nie przypomina telenoweli klasycznej, w której spotykamy wiele wątków: tajemnic rodzinnych, skandali i zdrad. Jednak odgrywanie roli samego siebie na oczach widzów przysporzyło tej produkcji ogromnej popularności, zwłaszcza dlatego, że aktorzy społeczni karykaturyzowali swój własny obraz. Sukces „Sylvania Waters” skutecznie zapoczątkował falę kolejnych eksperymentów socjologicznych, aż w końcu przerodził się w znaną wszystkim formułę - reality show. Popularność, jaką cieszyły się tego rodzaju produkcje spowodowała, że również gazety zaczęły interesować się podobnymi eksperymentami.

„Wife Swap” w wydaniu „Faktu” Jednym z przykładów telenoweli dokumentalnej prezentowanej w prasie jest eksperyment dziennika „Fakt”, który trwał od 16 do 30 maja 2005 roku. Tematem eksperymentu była zamiana żon wzorowana na angielskim reality show „Wife Swap”, emitowanym na kanale Chanel 4. Tytułowa zamiana odbyła się pomiędzy dwoma małżeństwami, znającymi się przed eksperymentem i spodziewającymi się z tego tytułu wynagrodzenia. Zakomunikowanie tych kwestii czytelnikowi zostało pominięte, co później przyczyniło się do ogromnej popularności eksperymentu wśród odbiorców. Użycie formuły reality show w gazecie było doskonałym odzwierciedleniem oczekiwań czytelników, przyzwyczajonych już do takich programów. Jeszcze ważniejszą rolę w zainteresowaniu odbiorcy odegrało samo tworzenie relacji z eksperymentu - operowanie dwuznacznymi tytułami, krzykliwe nagłówki, minimum tekstu, maksimum obrazu, szokujące doniesienia bez uzasadnienia w rzeczywistości („Estera i Adam idą do łóżka”), czy też wyolbrzymianie banalnych zdarzeń dnia codziennego. Popularność przedsięwzięcia, na jakie zdecydował się „Fakt” pokazała nie tylko umiejętne manipulowanie prawdą, ale przede wszystkim profil odbiorcy bezkrytycznego, kierującego się sensacją i niezdolnego do zdystansowanego odbioru rzeczywistości - odbiorcy na usługach tabloidyzacji.

Znany brytyjski tabloid | Leeks / Foter.com / CC BY-NC

Za nieodłącznego towarzysza procesu tabliodyzacji bez trudu można uznać telenowele dokumentalne. Natura wspomnianej telenoweli polega na wyborze kliku postaci, wchodzących w role samych siebie i rejestrowaniu ich codziennego życia przez klika dni, tygodni lub miesięcy. Za pierwszą tego rodzaju produkcję uważa się serial „Sylvania Waters” z 1993 roku, w którym przez 6 miesięcy rejestrowano życie jednej z australijskich rodzin.

31 www.epublic.com.pl


Artykuł Carolina Tarre | flickr.com

Monika Retek

J

uż Arystoteles powiedział, że „człowiek jest istotą społeczną”. Żyjemy w otoczeniu innych ludzi: rodziny, znajomych i osób mijanych na ulicy. To jak będziemy czuć się w ich towarzystwie zależy między innymi od naszych umiejętności sprawnego komunikowania się z nimi. Komunikacja niewerbalna jest jednym z istotnych elementów komunikacji interpersonalnej, która umożliwia nam kontakty z innymi. Pojęcie „komunikacja niewerbalna” to wymiana pewnego rodzaju informacji między ludźmi. Komunikacja niewerbalna dostarcza kontekstu, w ramach którego dokonuje się interpretacja komunikatów werbalnych. Komunikacja niewerbalna za pomocą dotyku jest określana w nauce terminem haptyki. Kontakt fizyczny, dotykowy jest najbardziej podstawowym rodzajem zachowania społecznego. Sprzyja rozwojowi społecznemu człowieka i ułatwia komunikację. Dotyk utożsamia się zwykle z pozytywną reakcją (przytulanie, głaskanie, pocieszanie), z drugiej jednak strony może kojarzyć się też z czymś negatywnym (agresja). Dotyk stał się rytuałem i ma ogromne znaczenie. Codziennie wielu ludzi zamiast „dzień dobry” ściska sobie dłonie, obejmuje się czy nawet całuje. Jest wiele sposobów dotykania ludzi, jednakże ilość i sposób dotyku różni się w zależności od kultury. W szczególnie interesujących badaniach udało się wyróżnić tzw. kultury niskiego poziomu kontaktu – aż korci by je nazwać kulturami bezdotykowymi, a także kultury wysokiego poziomu kontaktu. Świadomość tego zjawiska może być bardzo przydatna w negocjacjach międzykulturowych, w których zdarzają się zakłócenia interakcji i komunikacji, wywołane przez nieprawidłową interpretację pewnych zachowań niewerbalnych. Według Remlanda, Jonesa i Brinkmana (1995) do kultur niskiego poziomu kontaktu należą Anglicy, Francuzi, i Holendrzy a Włosi i Grecy, co zresztą zgodne z ich stereotypowym postrzeganiem, należą do społeczeństwa wysokiego kontaktu. Naszą sytuację życiową postrzegamy poprzez stosunki interpersonalne, które są jej podstawą. Mimo starań jakie codziennie podejmujemy, często nasze interakcje prowadzą do konfliktów i nieporozumień. Człowiek pragnie

32

Artykuł

Nawet dotyk jest komunikatem „Skóra jest największym ze wszystkich zmysłów. Niektórzy fizjologowie uznają dotyk za jedyny zmysł. Słuch zaczyna się wraz z falami dźwiękowymi dotykającymi ucho wewnętrzne; smak- wraz z cielesnym dotknięciem kubków smakowych; a wzrok- wraz z delikatnym muśnięciem rogówki. Pozostałe zmysły stanowią zatem pochodne dotyku, jako wyraz stymulacji skóry, mięśni i naczyń krwionośnych” - B. Scott www.epublic.com.pl


Dotyk w sytuacjach kryzysowych Przekazy dotykowe są szczególnie skuteczne w dostarczaniu pocieszenia osobom potrzebującym psychicznego wsparcia. Poprzez dotyk najlepiej dokonuje się transmisja uczucia sympatii, zrozumienia, współczucia. Zapewne w czasie indywidualnych kryzysów związki interpersonalne nabierają większego znaczenia. W tych momentach bliskie i znaczące nam osoby często podtrzymują nas na duchu zarówno werbalnie, jak i przez dotyk. Nawet chwilowe poczucie załamania wyzwala potrzebę choćby przytulenia. W czasie poważniejszych kryzysów, związki interpersonalne podlegają intensyfikacji w interakcjach, np. u osób, które wcześniej dzieliła duża odległość geograficzna czy fizyczna. Nawet najpiękniej dobrane słowa w niektórych trudnych życiowych sytuacjach nie mogą równać się z tym niezwykłym rodzajem doświadczenia, jakim jest przytulenie w milczeniu przez osobę nam bliską.

dami lub w stosunkach zawodowych”. Czasem nawet nie jesteśmy świadomi tego, co przekazujemy za pośrednictwem dotyku. Robimy to spontanicznie. Ta naturalna skłonność świadczy o zdrowym i pożytecznym zachowaniu. „Dotykiem kierują ścisłe reguły określające, kto może być dotykany i w jakie okolice ciała, w jaki sposób i przy jakich okazjach. Pewne rodzaje stosunków międzyludzkich zachęcają do dotykania się natomiast inne zniechęcają”. W codziennych sytuacjach takich jak sport, taniec, badanie lekarskie, przebywanie w tłumie dotyk jest akceptowalny. Jednak we wszystkich tych sytuacjach obowiązują inne reguły. Wymianę komunikatów niewerbalnych umożliwia również odległość jaka dzieli partnerów i społeczne uregulowania określające zasady dotykania różnych części ciała. Mimo wystarczającej odległości by kontakt mógł zaistnieć, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę np. płeć partnerów i łączącą ich więź.

Dotyk jako źródło zaufania Z pewnością komunikacja poprzez dotyk sprzyja poczuciu zaufania i empatii. Poprzez sposób dotykania nas przez innych możemy wnioskować, w jakim stopniu możemy zaufać. Najwyższym zaufaniem darzymy rodziców, którzy już od wczesnego dzieciństwa zaspokajają nasze podstawowe potrzeby właśnie poprzez dotyk. W ciągu dalszego życia również mamy skłonność ufać tym ludziom, których dotyk daje poczucie bezpieczeństwa i przyjemności. Aby jednak używanie dotyku w stosunkach interpersonalnych było skuteczne, wymaga ono wrażliwości i dyskrecji. Dotykiem można przekazać ciepło i budować zaufanie, jednak równie łatwo można doprowadzić do dyskom-

Dotyk w stosunkach codziennych Wobec niektórych osób podczas komunikowania się czujemy się bardziej swobodnie niż wobec innych. Jest tak w przypadku przyjaciół i współpracowników. Argyle i Henderson (1985) określili szereg reguł dotyczących różnych rodzajów relacji. „Dotykanie było przypisane określonym bliskim związkom – małżonkom, narzeczonym, bliskiej rodzinie i wśród krewnych – nie było jednak dozwolone w mniej bliskich związkach, np. w pracy, między sąsia-

Przesłanką w przekazywaniu znaczeń za pomocą dotyku jest akt przyjaźni i zainteresowania, a nie wrogości czy agresji.

Przekazy dotykowe są szczególnie skuteczne w dostarczaniu pocieszenia osobom potrzebującym psychicznego wsparcia. Poprzez dotyk najlepiej dokonuje się transmisja uczucia sympatii, zrozumienia, współczucia. Zapewne w czasie indywidualnych kryzysów związki interpersonalne nabierają większego znaczenia.

E-Public

rozwijać się emocjonalnie przekazując innym ciepło, które sam odczuwa. To pojęcie ciepła doświadczamy już we wczesnym dzieciństwie, jeszcze przed pozyskaniem umiejętności werbalnych. Jesteśmy dotykani przez rodziców, których ciepłe ciała zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa. Zdaniem angielskiego psychologa Petera Colletta, kontakt fizyczny przywraca poczucie miłości i bezpieczeństwa, jakich doznawaliśmy w wieku niemowlęcym. Dzięki niemu czujemy się akceptowani i niczym niezagrożeni. Każdy z nas ma zatem potencjał fizyczny przekazywania miłości i komunikowania przez ciepło, które może wykorzystać w dążeniu do polepszania swych stosunków z drugim człowiekiem.

fortu i odrzucenia. Większość ludzi nie jest zbyt otwarta na dotyk jako składnik komunikowania się, zwłaszcza jeśli odnosi się ono do obcych. W stosunku do osób obcych zachowujemy spory dystans. Podstawą jest brak zaufania i bezpodstawne uprzedzenia. Aby dystans ten zmniejszyć potrzebujemy więcej informacji, które uzyskujemy w trakcie wymiany werbalnej (mniej zagrażającej i łatwiejszej do kontrolowania). Przesłanką w przekazywaniu znaczeń za pomocą dotyku jest akt przyjaźni i zainteresowania, a nie wrogości czy agresji. Zatem, aby nie narażać na szwank wzajemnych stosunków, wymian dotykowych musimy dokonywać z umiarem i jasnymi intencjami. Komunikacja dotykowa jest prawdopodobnie najbardziej podstawową i naturalną formą porozumiewania się niewerbalnego. Dotyk odgrywa ważną rolę w zachęcaniu do wysiłku, wyrażaniu czułości, manifestowaniu wsparcia emocjonalnego. Jak każdy akt komunikacyjny może wzbudzać zarówno pozytywne jak i negatywne reakcje. W wielu okolicznościach dotyk spostrzegany jest jako niestosowny, może wtedy budzić lęk, zażenowanie lub agresję. Dotyk ma bardzo dużą siłę oddziaływania, dlatego jego rodzaj zależy od charakteru łączącego ludzi, ich wychowania i kultury osobistej. „Dziwne, że zmysł dotyku, nieskończenie mniej ceniony przez ludzi niż wzrok, w krytycznych chwilach tworzy główną, jeśli nie jedyną więź między nami a rzeczywistością” - W. Nabokow. 33

www.epublic.com.pl


Przemyślenia nimble photography’s | flickr.com

Pokolenie SMS Agnieszka Słodyczka

O 34

soby urodzone po 1985 roku należą do tak zwanego pokolenia SMS. Obecnych studentów, licealistów, gimnazjalistów łączy przede wszystkim nowa technologia, jak: Internet, telefony komórkowe, MP3, różne nośniki komputerowe a także nowy rodzaj kina czy różnego typu gry. Jest to niewątpliwie smak ich dzieciństwa i dorastania. To dobrze, że świat porusza się do przodu, ale czy dobrze, iż nie zdajemy sobie sprawy z różnego rodzaju zagrożeń za tym idących? Nasuwa się pytanie – czy zmierza to w dobrym kierunku? Jak pokazują statystyki, młodzież ma coraz większe problemy z otoczeniem, nie może poradzić sobie w sytuacji kiedy

prowadzona jest żywa dyskusja na dany temat, ma trudności z rozmową towarzyską i ciężko jej odnaleźć się w ramach nowych doświadczeń. Piotrek (uczeń gimnazjum) - ma własny blog internetowy, rodzaj wirtualnego pamiętnika. Opisuje w nim swoje zainteresowania, przeżycia, wspomnienia, itp. Pewnego dnia napisał: „Moja dziewczyna jest głupia. Czepia się mnie, że nie chce z nią wychodzić codziennie na spacer, robić zakupy, pojechać na wycieczkę i takie tam inne. Kurde, chyba jej na mózg padło, żebym nie miał nic lepszego do roboty tylko z nią cały dzień gdzieś chodzić. Ja to musze najpierw po szkole zjeść obiad, pograć w Wiedźmina, obczaje se Internet itd. A ona mi na to, że za mało czasu spęwww.epublic.com.pl

dzamy razem. No bez takich! Przecież na gadu gadamy codziennie i to nieraz ze 2 godziny. No to czego ona chce ode mnie?? Pytam ja się!! Chyba z nią zerwę, ogranicza mnie i tyle. Zaraz jej napisze na gg, że to nie ma sensu, nie pasujemy do siebie itp. POZDRO!!!”. Z kolei Adam (uczeń szkoły średniej) w ankiecie internetowej napisał o sobie: „Jestem fajny. Interesuje się motorami, samochodami, nowymi telefonami. Nie lubie się uczyć. Zamiast iść do szkoły nieraz oglądam cały dzień demotywatory.pl, ide na piwo z kolegami, bawimy się komórkami, siedzimy na ławce i oglądamy fajne laseczki. Czasem ktoś z nas wkręci niezły bajer do jednej dziewczyny, ale i tak dostajemy kosza hehe. Ja


„Papka telewizyjna, pranie mózgu dzieciom, coraz to nowsze portale internetowe i wiele innych gadżetów wpływa na dzieci” – to najczęstsze wypowiedzi starszej części pokolenia SMS. Gimnazjaliści czy uczniowie szkół podstawowych nie pamiętają starych bajek, nie pamiętają pierwszych w Polsce telefonów komórkowych, nie pamiętają słynnego Pegazusa i wszystkich gier na tzw. „dyskietki”, które były wówczas szczytem grafiki. A przecież należą do tego samego pokolenia co starsze roczniki. Czy więc technologia jest za szybka i zmienia tym samym mentalność? Mówi się, że media kreują to wszystko w określony sposób. Różne firmy walczą o swoich klientów, wymyślają coraz to nowsze „bajery”, gadżety, portale. „Karmią nas wszystkich bezmyślnością, faszerują brutalnością i głupotą w każdej postaci – budują własne pokolenie, tworzą swoje marionetki i poruszają nimi, jak im się żywnie podoba. Warto się nad tym zastanowić, jak dajemy sobą manipulować.” – wypowiedź Anonima na forum internetowym. Czym zajmuje się młodzież i dzieci? O czym lubią rozmawiać, jakie mają zainteresowania i jak spędzają czas? Czy naprawdę fala nowości na rynku wpływa na ich zachowanie? Ile jest takich osób, które mijają codziennie koleżankę, kolegę i udają, że ich nie widzą, mając ich tymczasem na portalach „w zna-

jomych” w wirtualnej rzeczywistości? Oczywiście, że technologia także ma ogrom zalet, ułatwia życie, pomaga w komunikacji, poznawaniu ludzi, itd. Kwestie istotne w tym mniemaniu to korzystanie z tych dobrodziejstw z głową, umiarem i nieograniczanie się kosztem innych wartości. Ilu jest nastolatków, którzy dobrze znają historię swego kraju, ile z nich chce spędzić czas na łonie natury, kto sięgnie po ciekawą książkę? Poprzednie pokolenie dzieci robiło wszystko, żeby jak najszybciej wyjść na dwór, pobawić się, przeżyć jakąś przygodę, powalczyć na miecze z patyków. A czy dzisiaj ktoś woli iść do lasu zamiast oglądnięcia filmu na DVD? Z pewnością są takie osoby. Mimo to często słyszy się, że matki same wyganiają swoje dzieci na podwórko, aby odciągnąć je od komputera. Zastanowić się należy co będzie dalej? Jeśli już teraz dziewczyny mają wirtualnych chłopaków i odwrotnie, mówią że lepiej poznać się przez komunikator gadu-gadu, facebook czy nawet w ten sposób z kimś zerwać, bo mają problemy z rozmową na żywo. Czy wszystko wywraca się do góry nogami? A może to przesadny pogląd starszego pokolenia? Na te pytania każdy powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie.

E-Public

to wole po szkole iść na kompa, wejść na nasza-klase i fejsa no i mija kilka godzin. Potem długo gram w jakąś tam strzelanke, jem cos i ide spac. Nie ma to jak takiemu, heh.” Oczywiście, jak każde inne pokolenie tak też pokolenie SMS nie jest jednolite. Opinie i zdania różnią się znacznie od siebie. Roczniki od 1985 do 1990 włącznie, przeważnie krytykują młodszych - ich poglądy i zachowania. Ania (23) – studentka, kategorycznie twierdzi: „Oni wychowali się na Pokemonach, Naszej-Klasie, Fotce.pl, grach nowszej generacji i kinie 3D. Dzisiejsze bajki to już nie to co Król Lew, Troskliwe misie czy Poszukiwacze złotego miasta, które budziły wyobraźnie, uczyły, poszerzały zainteresowania, wyzwalały empatię. Obecnie bajki pozbawione są treści, nie rozwijają. Dzieci siedzą przed ekranem, zamroczone wspaniałą techniką i niewartościową fabułą. Później w szkole rozmawiają o fotkach znajomych, facebooku, demotywatorach i jak zostać pokoleniem JP na 100%. Coraz to młodsi sięgają rzadziej do książek i komiksów. Nic w tym dziwnego, wolą obejrzeć coś na DVD, pograć w gry, poszperać w Internecie. Strach bierze na samą myśl w jaki sposób dzieci rozmawiają i jakie mają poglądy. To wszystko nie tak. Jakie będą nasze dzieci, następne pokolenie? Czy na pierwsze urodziny dostanie Ipoda?”.

Historia narkotyków – od maku do dopalaczy. Czym odurzaliśmy się kiedyś? Co bierzemy dziś?

Justyna Krzyśków

O

dmienne stany świadomości fascynowały ludzkość od zarania dziejów. Wraz z historią człowieka równolegle biegnie historia najróżniejszych środków odurzających – halucynogennych grzybów, opium, haszyszu, kokainy. Pierwotnie były wykorzystywane przez kapłanów, szamanów lub czarowników w obrzędach religijnych, stanowiły także składniki środków leczniczych. Dziś są elementem rozrywki pozwalającym na odprężenie i relaks. Warto przyjrzeć

się zatem czym narkotyzowaliśmy się kiedyś i po jakie specyfiki sięgamy dziś. Proszę Państwa, zapraszam na psychoaktywną podróż w czasie. Trudno jednoznacznie określić, gdzie narkotyki znajdują swój początek. Pierwsze wzmianki o podobnych substancjach mówią o wywarze z muchomora czerwonego Amanita muscaria. Podobno grzybowa zupa znana była już w okresie neolitu czyli 10 tys. lat temu! Prawdopodobnie to właśnie ona była podstawą napojów używanych podczas religijnych rytu-ałów: hinduskiej somy www.epublic.com.pl

oraz zoroastrańskiej haomy. Za odurzenie odpowiedzialne są dwie, niepozorne substancje – bufotenina i muscymol. Obecnie nie stosuje się już czerwonego grzyba jako środka odurzającego. Jedynie gdzieś daleko, w odległych zakątkach świata, na zachodnich i wschodnich krańcach Syberii tradycjonaliści używają Amanita muscaria do obrządków religijnych. Wszystko jednak odbywa się pod ścisłą kontrolną szamana, bo jak wiadomo muchomor czer-wony jest grzybem silnie trującym i nikt przy zdrowych zmysłach nie zary- » 35


Przemyślenia trująca, nieprzyjemna w działaniu i wywołująca często przerażające halucynacje. Stosowana była więc głównie w celach religijnych, rzadziej zaś dla przyjemności. Przykładem może być starożytna Grecja, gdzie liście bielunia były wrzucane w ogień w celu wytworzenia otumaniającego dymu. W taki sposób powstawały m.in. delfijskie przepowiednie Pytii, kapłanki Apollina. Moc bielunia doceniali, także chińscy buddyści oraz hinduiści czczący Śiwę.

Siła czasu

Wojciech Kozłowski

» zykuje życia dla chwilowej przyjemno-

ści. Kolejny przystanek podczas naszej wycieczki to opium znane już Sumerom 6 tys. lat temu. Opium to nic innego jak stężałe mleczko niedojrzałych makówek Papaver somniferum. Początkowo używane było w celach medycznych, szybko jednak odkryto jego właściwości uspokajające i odpędzające smutki. Warto również wspomnieć, że opium mimo swego działania euforycznego, nigdy nie stało się używką kultową lub środkiem żadnejz religii. Powód jest raczej prozaiczny - wyciąg z makówek największą popularność osiągnął jako lek na biegunkę. Długowiecznością na rynku środ-

36

ków odurzających mogą pochwalić się również preparaty z konopii indyjskiej Cannabis sativa. Haszysz pojawił się aż 5 tys. lat temu w Chinach i Azji Środkowej. Z biegiem czasu stał się znany też w Indiach. O dziwo konopie wielką karierę zrobiły wówczas w kręgu kultury islamskiej, gdzie zdecydowanie zakazana była inna używka o działaniu oszałamiającym – alkohol. Konopie jednak nie miały tylko funkcji psychotropowej. Przez długi czas był to jedyny surowiec do wyrobu lin, bez których niemożliwy byłby rozwój żeglarstwa. Innym źródłem stymulujących wycieczek był bieluń dziędzierzawa Datura stramonium. Jest to roślina silnie www.epublic.com.pl

Postęp cywilizacyjny sprawił, że powoli rezygnowano z używek pochodzenia roślinnego na rzecz narkotyków syntetycznych. Zanim jednak popularne staną się substancje chemiczne, duży rozgłos zyska kokaina. Jest to alkaloid z liści krzewu koka Erythroxylum coca, występujący naturalnie na zachodnich zboczach Andów. Używana była już w czasach prekolumbijskich przez andyjskich górali, którzy żuli liście koki, aby zwiększyć wytrzymałość organizmu na ciężkie warunki pracy. Kokaina usuwa objawy zmęczenia czy też głodu oraz zmniejsza potrzebę snu. Jak wiele innych narkotyków, liście koki odegrały również znaczącą rolę duchową, czego przykładem są ceremonie religijne Inków. Z kolei w 1884 r. kokainę po raz pierwszy jako lek zastosował Carl Koller, lekarz czeskiego pochodzenia. Wykorzystał ją podczas operacji oka jako środek znieczulający. Niezależnie jednak od aspektów medycznych już w drugiej połowie XIX wieku kokaina wkroczyła na salony bohemy artystycznej. Sam Zygmunt Freud polecał ją jako cudowny specyfik pomagający w zlikwidowaniu objawów głodu morfinowego. Dziś jest to jeden z najpopularniejszych narkotyków święcący triumf zwłaszcza wśród celebrytów.

Postęp nauki Rozwój chemii przyniósł ze sobą nowe zagrożenie w postaci amfetaminy. Podobna w działa-niu do kokainy powstała jako lek przeciw astmie. Apogeum jej użytkowania przypada na cza-sy II wojny światowej, kiedy to podawana była lotnikom. Znosiła senność i zmęczenie, co umożliwiało długie nocne loty. Problem amfetaminowy pojawił się dość nieoczekiwanie. W powojennej Japonii nadmierna produkcja używki przyczyniła się do tego, że została ona wprowadzona na rynek właśnie jako


Kim

Naszą narkotykową podróż zakończą dopalacze, narkotyk stosunkowo nowy i niezwykle po-pularny wśród młodzieży. Znane są już od lat 80. XX wieku jako designer drugs. Działają zarówno stymulująco, halucynogennie, jak i psychodelicznie. Zjawisko dopalaczy w Polsce zaczęło się jednak rozwijać dopiero w 2008 roku. Kraj zalała fala smart shops, oferujących substancje pochodzenia naturalnego (zioła i ich mieszanki) oraz syntetyki (party pills). Dopalacze zebrały już swoje spore żniwo, a końca ich historii nadal nie widać. Podobnie możemy spojrzeć na historię środków odurzających. Co rusz na rynku pojawiają się kolejne, coraz bardziej niebezpieczne używki. „Relaksujące podróże” to już nie efekt natury, pozwalający na mistycyzm i magię. Teraz zanurzamy się w niepokojące, chemiczne tripy. Co czeka nas w najbliższych latach? To się dopiero okaże.

E-Public

Haszysz pojawił się aż 5 tys. lat temu w Chinach i Azji Środkowej. Z biegiem czasu stał się znany też w Indiach. O dziwo konopie wielką karierę zrobiły wówczas w kręgu kultury islamskiej, gdzie zdecydowanie zakazana była inna używka o działaniu oszałamiającym – alkohol.

środek odurzający. Efekt? W latach 1946-1948 około 20% młodych Japończyków silnie uzależniło się od tego narkotyku. Przypadkiem odkryty został kolejny środek halucynogenny – dietylamid kwasu lizergowego, czyli LSD. Jego wynalazca, Albert Hoffman, zsyntetyzował go w nadziei, że będzie to lek działający rozkurczająco na macicę podczas porodu. Kiedy jednak przetestował na sobie nową substancję, spostrzegł, że silnie pobudza wyobraźnię, całkowicie zmieniając postrzeganie rzeczywistego czasu i przestrzeni. W latach 60. LSD zawojowało środowisko amerykańskich hipisów i artystów, którzy jak wiadomo lubili eksperymentować z własną świadomością. To zaś szybko zaprowadziło kwas na listę używek zakazanych. Co ciekawe, kilka lat temu Szwajcaria dopuściła stosowanie LSD w leczeniu paliatywnym.

tywnie? Ile z nich miały jakiś konkretny sens? Nie żyjemy również w pozłacanej kuli, nie chodzi o to, żeby każdy nasz gest miał duchowe znaczenie. Chodzi głównie o to, ile z naszych decyzji, działań wyrzucilibyśmy i zastąpili je bardziej twórczymi, wykształtowanymi zgodnie z naszymi upodobaniami, tworzącymi naszą osobę jako osobę dążącą do ideału? -Temu to się powodzi, on sobie może pozwolić- być może tak jest, nie znaczy to jednak, że mamy siedzieć i narzekać na wszystkich wokół jakie beznadziejne życie wiedziemy. Nikt tak naprawdę nie odmieni naszego życia, jeżeli sami nie chcemy żeby było odmienione. Silne jednostki mogą piąć się do góry po trupach, mogą również współpracować z innymi, silnymi jednostkami. Tak samo jak słabe jednostki, mogą uczyć się jak być silniejsze, spadać na dno, uciekać w próżnię życiową lub poszukać sobie silniejszych jednostek i żyć jak cień. Bycie sobą również nie jest stałe. Pamiętasz jaki byłeś/byłaś w wieku 10 lat a jaki/jaka w wieku 20. Wiele w nas się zmienia, dojrzeje lub przekształca się w miarę doświadczeń. Jedne cząstki w nas są takie same, drugie nie. -Gdy poznała Roberta stała się inną osobąpowiedzą znajomi Kamili obserwując jej nowy związek. Bycie sobą? Myślę, że każdy wie, kiedy „nie jest sobą”, uświadamiając to sobie po dniu, tygodniu lub paru latach.

jesteś? T Anna Pawełczak

o pytanie odsuwamy najczęściej na bok, zbyt trudne to zdefiniowania. Ludzie wolą oddać się hedonistycznym uciechom codzienności po wypracowanym (lub nie) kolejnym dniu spędzonym na formie przetrwania. Warunki bytu również nie pozwalają na szeroko pojęcie bycie i życie zgodnie ze sobą. Mistycy zachęcają do zapoznania się z duchową ścieżką rozwoju, świadomości na co dzień ku lepszemu zrozumieniu wszechświata i jedności ludzkości. A jacy my jesteśmy? Gdzie ta jedna, mała jednostka ma się ukazać? Czy głodujące, maltretowane dzieci powinny oddać się strumieniu świadomości by wiedzieć, że ich życie jest coś warte, że są również warte bycia kimś? Codzienność, monotonne wykonywanie czynności, chodzenie do pracy, do szkoły, na uczelnie, do sąsiadki na plotki, każde z tych czynności mogą być naszym wyborem, świadomym przeżywaniem

tego, co jest. Może również być serią czynności, wyuczonych gestów, które nas podporządkowują regułom, po to by przeżyć. Coś trzeba robić – odpowie przechodzień na ulicy. Ileż w naszych życiach jest braku świadomego wyboru, tego że to ja się na coś zdecydowałam, ja to wykonują ponieważ chcę, nie dlatego że nie miałam innego wyjścia. Z kolei inna osoba odpowie, że takie czasy nastały i trzeba się z tym pogodzić, nie odważyć się spełniać cele i szukać drogi wyboru, tylko poddać się komendom bełkotu ulicznego. Wychylanie się grozi niebezpieczeństwem, a ileż w świecie jest zagrożeń, gotowych by stawić nam czoła. Kim jesteś? Czy Twój zawód określa Twoją osobę? Być może. Czy Twoje czyny ją określają? Magdalena stwierdzi, że kradnie ponieważ musi dać dzieciom jedzenie i nie jest to zły uczynek, jednakże zostaje potępiona przez społeczeństwo. Zastanawiając się nad naszymi codziennymi czynnościami, rozmowami – ile z nich wpłynęły na Twoje życie pozy-

37 www.epublic.com.pl


Dziupla Jonasza

leśne przemyślenia na sportowo

Thomas Bucher | fotopedia.com

Jonasz Burak

S

port to zdrowie! Każdy człowiek Ci to powie, że sport to zdrowie! Wiele w tym prawdy, ale czy na pewno? Nadszedł Maj! Idealna pora do uprawiania rozmaitych sportów. A zatem mój majowy felieton zacznę od retorycznego pytania: Czy ktokolwiek z nas nie miał kiedykolwiek do czynienia ze sportem? Odpowiedź jest jednoznaczna i oczywista, czysta jak półlitrowa wódka: TAK! Jedni w mniejszym stopniu, inni w troszkę większym. Jedni lubią sport inni niekoniecznie. Jednak każdy jak jeden mąż czeka na sukcesy sportowe Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Zapytać byśmy mogli, dlaczego? Przecież ani nie jesteśmy drugą Hiszpanią ani Brazylią, bo drugą Irlandią to już z tego, co pamiętam chyba byliśmy? A mimo to polskim sportem narodowym jest właśnie football. Dlaczego tak się dzieje? Zacznijmy od początku. Kolejne lata „jedziemy” na sukcesach z zamierzchłych czasów „Orłów Górskiego” wspominamy, analizujemy i cieszymy się, ale jak mawiał klasyk „to se ne wrati” Ale czy zmieni? Czyja to wina? Postać number one : Trener! Któż by nie chciał zostać trenerem naszej narodowej

38

reprezentacji? Przecież, kiedy przychodzą mistrzostwa Europy lub świata (dla niezorientowanych mundial) to od selekcjonera wymaga się tylko (albo aż), aby drużyna wyszła z grupy, gdzie w krajach takich jak chociażby wspomniana Hiszpania czy Portugalia jest to oczywiste jak to, że piłka jest jedna a bramki są dwie. Zazwyczaj nasza reprezentacja nie awansuje, trener po odebraniu sowitej odprawy i gaży za kontrakty reklamowe odchodzi podśpiewując pod nosem „nic się nie stało”. Skoro trener już odchodzi czas na postać numer dwa: Minister sportu. Kobieta elegancka, ładna nie podlega dyskusji. Jednak czy jej kompetencje idą w parze z jej urodą? Nasza reprezentacja i jej selekcjoner powinni jej być jednak wdzięczni! Za co? Za pompowanie grubych milionów, a efektów w wynikach brak! Analogicznie rzec biorąc, skoro bazujemy na sukcesach biało-czerwonych z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, równie dobrze naszą koronną dyscypliną powinien być hokej na lodzie. Przecież braliśmy udział na olimpiadzie w 1977 roku w Sapporo zajmując bardzo dobre szóste miejsce, lub w 1988 roku w Callgary i zdobyliśmy wtedy również dobre 10 miejsce. Ktoś www.epublic.com.pl

zapyta 10 miejsce jest dobre? W porównaniu do obecnych czasów tak! Zwłaszcza, że polscy hokeiści grają o awans do światowej drugiej ligi plątając się gdzieś tam na zapleczu. Można, więc porównać to z naszymi piłkarzami, którzy w rankingu FIFA zajmują 63 miejsce! Analogia nasuwa się sama.

Pani Minister... ... powinna zrobić nabór z hokejowej drugiej ligi do reprezentacji Polski hokeja na lodzie. Przecież według niej (i chyba tylko według niej) takowa w naszym kraju istnieje, może wtedy zaczęlibyśmy odnosić większe sukcesy? Choć nadmienię tylko, iż fundusze na jedyną zimową dyscyplinę drużynową, zostały obcięte jak pępowina od noworodka przez tę samą panią minister. No, ale zostawmy szanowną panią minister w spokoju. Zajmijmy się postacią a w zasadzie postaciami numer trzy. Są nimi kibice. Niewątpliwie najjaśniejsze gwiazdy polskiego sportu. Zawsze bez względu na dyscyplinę i miejsce świata gdzie odbywają się dane zawody gromadzą się licznie ubrani w biało- czerwone barwne ubiory z flagami, transparentami, barwami na twarzach i miejscowościa-


... powinna zrobić nabór z hokejowej drugiej ligi do reprezentacji Polski hokeja na lodzie. Przecież według niej (i chyba tylko według niej) takowa w naszym kraju istnieje, może wtedy zaczęlibyśmy odnosić większe sukcesy? Choć nadmienię tylko, iż fundusze na jedyną zimową dyscyplinę drużynową, zostały obcięte jak pępowina od noworodka przez tę samą panią minister.

E-Public

mi, z których pochodzą wypisanymi na flagach. W niedawno odbytym polsko-ukraińskim EURO 2012. Kibice pokazali klasę, zresztą jak zawsze. Kibicowali, śpiewali, krzyczeli, wołali, a na końcu już tylko błagali o awans. Niestety z pustego i Salomon nie naleje. Rodzi się we mnie pytanie, do tego, o czym pisałem na początku: Czy sport to faktycznie zdrowie? Bo kibice w trakcie meczu bardzo się denerwują, co niewątpliwie zdrowiu służyć nie może. Po porażce biało czerwonych fani ze spuszczonymi głowami wracają do domu, co w efekcie również może prowadzić do depresji, lub inni topiąc smutki udają się do pobliskich pubów, a wiadomo alkohol zdrowiu nie służy.. Reasumując: Sport to zdrowie, ale: Najpierw zmieniamy ministra sportu, system szkoleniowy potem trenera(ów) tudzież selekcjonera, a na końcu w zdrowiu i dostatku świętujemy tryumfy biało czerwonych. Jedyne, co możemy a w raczej musimy zostawić, to nasi kibice

Związki zawodowe a korporacje wikimedia.org

Marcin Stroński To pozornie egzotyczne zderzenie związków zawodowych kojarzonych z XIX wieczną epoką kominów, stali i fabryk oraz korporacji widzianych jako szklane budynki XXI stulecia… Obie nieprzystające do siebie rzeczywistości charakteryzują się jednak tym, że występują w nich pracownicy najemni.

K

iedyś mrówki robotnice biegały po halach pełnych maszyn wykonując dla swojego chlebodawcy najcięższe zadania produkcyjne. Na myśl przychodzi mi w tym momencie „Ziemia obiecana” Władysława Reymonta w ekranizacji Andrzeja Wajdy, gdzie gdy maszyna wciąga ręce robotnika do kołowrotu, dyrektor fabryki Borowiecki (w tej roli Daniel Olbrychski) martwi się jedynie o to, że tkanina została zniszczona, mówiąc: „Tyle materiału na nic”. Ta bezduszność, choć z mniejszą ilością krwi towarzyszy również dzisiejszym korporacjom, dla których człowiek bywa jedynie środkiem do osiągnięcia wymiernych korzyści, nieistotną cząstką gigantycznego mechanizmu, traktowaną jak przedmiot, którego wyrzucenie na złomowisko historii to nieznaczące wydarzenie. Joanna Krysińska w swojej książce „Homo Corporaticus. Czyli przewodnik przetrwania w korporacji” napisze: „(…) praca w korporacji to walka o przetrwanie. To dżungla, w której każdego dnia musisz się zmagać z różnymi osobami

i ich zachowaniem (…) słabsi zostaną zjedzeni przez silniejszych” . Czy obecny egocentryczny darwinizm społeczny aż tak bardzo różni się od XIX wiecznego krwiożerczego kapitalizmu?

Masz kredyt? Musisz być niewolnikiem W „Sali samobójców” Jana Komasy matka głównego bohatera, dyrektor w agencji reklamowej Beata Santorska - grana przez Agatę Kuleszę - mówi do swojej podwładnej z ironią, gdy uznaje, że ta nie spełniła jej oczekiwań: „Gratulacje! - Przepraszam…. – odpowiada ze łzami w oczach, ale próbując być jednocześnie twardą asystentka (w tej roli Anna Ilczuk). – Kochanie tu trzeba pracować. Ja też dawno nie byłam w domu, dzisiaj też nie będę, bo przez całą noc będziemy robić sesję. Mamy kryzys finansowy i musimy zapier… podwójnie. Tak? Masz kredyt? – pyta po czym chłopak stojący z boku odpowiada – Ja mam kredyt. – On ma kredyt. Znalazło by się jeszcze innych parę osób. Tak? Zrozumiałaś? – przyciska do muru dziewczynę. Ta „argumentacja” przekonuje asystentkę, że nie podporządkowując się korporacyjnemu smokowi przegra, musi więc dawać z siebie więcej i więcej. Będąc w grupie pozostaje słaba, sama, egoistyczna i walcząca o siebie, zaś nie podporządkowywując się zostanie wypchnięta. Dziewczyna musi więc zgodzić się na rolę niewolnika własnej konsumpcji, rzeczonego 39

www.epublic.com.pl


Artykuł kredytu, powodującego, że rzucenie zabawek nawet w przypadku całkowitej przemiany, podobnej do iluminacji jakiej doznał święty Augustyn, staje się nierealne. Stała się raz na zawsze więźniem korporacji i jej reguł. Robotnik sprzed stu laty jeśli chciał przetrwać, był zmuszony ryzykować życie, by nie umrzeć z głodu, zaś XXI-wieczny personel korporacji chce prowadzić konsumpcję na odpowiednim poziomie. Szeregowi obecnych międzynarodowych korporacji, podobnie jak ci z dawnych fabryk godzą się na przedmiotowe traktowanie z racji obawy o byt, o utrzymanie się na powierzchni. Tak sto lat temu, jak i w okresie kryzysu finansowego, mamy do czynienia z ogromną presją czy przemocą finansową. Utrata pracy to groźba znalezienia się pod powierzchnią. Ze strachu pracowników o swój los przyjmowana jest konformistyczna postawa i akceptacja antyspołecznego traktowania przez współczesną fabrykę.

Szczepionka empatii W obu przedstawionych powyżej scenach filmowych, nie ma miejsca na zrozumienie, zaś króluje bezwzględność, nieludzkie reguły. Nastąpi porażka tych, którzy na najniższym poziomie okażą słabość , inne zdanie czy niepotrzebną nikomu wrażliwość. Zdecydowanie większe możliwości i siłę mieli grani przez Olbrychskiego czy Kuleszę dyrektorzy najniższego szczebla, okazujący brak empatii, wyższość, surowość wobec podległego personelu. Liczył się dla nich tylko cel, któremu na przeszkodzie mógł stanąć słaby człowiek, a głównym ich zadaniem było tę przeszkodę skutecznie wyeliminować. Pracownicy w swej masie pozostawali zwykłym narzędziem bez uczuć, emocji, bez osobowości, podobni, nieważni. Trwało to aż do czasu, gdy zaistnieć mogły związki zawodowe. Związki nie podobały się sto lat temu i nie mogą podobać się obecnie, bo próbują wprowadzić wartości obce kulturze fabryki i międzynarodowej korporacji. Są ciałem obcym. Pełnią rolę szczepionki empatii w bezdusznym molochu. Ożywiają nieme do tej pory ludzkie narzędzia, pozwalają przemówić tym, którzy do tej pory nie mieli możliwości artykułować swoich potrzeb. Dlatego też związki nie są lubiane – delikatnie mówiąc – przez kierownictwo i dział zasobów ludzkich szklanej fabryki, tak jak nie były tolerowane przez dyrektorów kombinatów. Nieco zmiękczony model współpracy chce dawać do zrozumienia, że 40

świat zmienił się o 180 stopni, że rola pracownika jest zupełnie inna niż sto lat wcześniej, gdy umacniały swoją pozycję związki zawodowe. Udowadnia się, że były one potrzebne w okresie PRL, gdy obowiązywała zasada: „Czy się stoi czy się leży dwa tysiące się należy”. Obecnie przecież każdy pracuje dla pieniędzy, dla premii, jego rolą nie jest domaganie się zmian, wysuwanie pomysłów, bo on powinien robić swoje. Związki mają tylko przeszkadzać w skutecznym rozwoju firmy, hamując postęp i zdobywanie rynków i co tylko jeszcze można wymyślić. To uzasadnienie trafia do wielu wyrobników open space. Na jednym z forów osoba o nicku inteligencja2012 napisze: „można pęknąć ze śmiechu! Korporacja i związki zawodowe! autorka listu chyba pomyliła korporację z firmą z PRL-owskim rodowodem!” . Zaś jeden z dawnych liderów „Solidarności”, a później właściciel firmy transportowej Władysław Frasyniuk powie: „Paradoksalnie związki zawodowe, o których mówimy mają mentalność PRL-owską. Z chłopską łączy ją pazerność i roszczeniowa postawa wobec świata, ale dochodzi jeszcze cwaniactwo, cynizm oraz uchylanie się od odpowiedzialności” . Od takich opinii usianych stereotypami Internet aż się roi. Inna sprawa, że funkcjonowanie związków zawodowych w Polsce Ludowej – przynajmniej do powstania „Solidarności” – miało znaczenie czysto fasadowe. HR próbuje udowadniać, że związki zawodowe są reliktem poprzedniej epoki, że potrzebne były do obrony praw robotników w państwowych zakładach pracy czy fabrycznych molochach, natomiast nie mają racji bytu w nowoczesnych korporacjach międzynarodowych, które przecież chcą słuchać swojego personelu. A przecież w Polsce to właśnie związki zawodowe przyczyniły się do

obalenia komunizmu, strajki prowadzone przez NSZZ „Solidarność” na zasadzie „jeden za wszystkich wszyscy za jednego”, pozwalały budować wśród ludzi wspólnotę, aktywizować, budować kapitał społeczny, kształtować postawy altruistyczne. Zupełnie inaczej zaczęto postrzegać związki zawodowe, w tym „Solidarność”, w czasach III RP, kiedy to ze związków zawodowych próbowano zrobić „czarnego luda”, przypisując mu niszczenie zakładów pracy, warcholstwo oraz koncentrowanie się na przywilejach liderów.

Do czego to komu? Czy rzeczywiście pracownicy mają coś do powiedzenia o sposobie w jaki działa ich pracodawca? Wpływ ten jest mocno ograniczony do kreatywnych firm o nowoczesnej mentalności, traktujących pracowników jak partnerów w budowaniu rozwoju przedsiębiorstwa. W większości korporacji to dopiero związki zawodowe, działające na terenie zakładu pracy, mogą skutecznie upominać się o interesy pracowników. Podstawowym celem związków zawodowych była ochrona pracowników najemnych przed wyzyskiem właścicieli fabryk, zatem stały się one pierwszą próbą upodmiotowienia załogi, zapewnienia jej odpowiednich warunków wykonywania pracy. Jak wspominałem, w prasie ukazywały się publikacje pokazujące w sposób jednostronny działalność związków zawodowych, co powodowało, że zaufanie społeczne do nich było niewielkie, bo wg badania CBOS z 2012 wynosiło zaledwie 29% . Poziom uzwiązkowienia pracowników w Polsce to ok. 12%, co odliczywszy kopalnie, huty i inne duże zakłady przemysłowe oznacza, że w korporacjach międzynarodowych liczba związkowców jest

Robotnik sprzed stu laty jeśli chciał przetrwać, był zmuszony ryzykować życie, by nie umrzeć z głodu, zaś XXI-wieczny personel korporacji chce prowadzić konsumpcję na odpowiednim poziomie. Szeregowi obecnych międzynarodowych korporacji, podobnie jak ci z dawnych fabryk godzą się na przedmiotowe traktowanie z racji obawy o byt, o utrzymanie się na powierzchni.

www.epublic.com.pl


znikoma. Choćby w Danii poziom ten przekracza 2/3 pracowników, a Japonii, w której korporacje pełnią wiodącą rolę niemal 1/5 załóg należy do związków . Wiele zmienia się w prawie na rzecz dialogu społecznego, co pokazuje choćby inicjatywa mediacji, za którą stoją Międzynarodowa Organizacja Pracy czy Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Komisja Trójstronna, Państwowa Inspekcja Pracy w Polsce, choć nie oznacza to wcale, że ta ewolucja idzie w sukurs zarządom korporacji. Bo oznacza to konieczność jakichkolwiek ustępstw na rzecz załogi, co bez istnienia siły związkowej nie było konieczne. Według art. 26 ustawy o związkach zawodowych, mają one prawo do zajmowania stanowiska w: „indywidualnych sprawach pracowniczych”, „wobec pracodawcy i samorządu załogi w sprawach dotyczących interesów zbiorowych”, „kontrolowania w zakładzie przestrzegania przepisów prawa pracy”,

„współdziałania z Państwową Inspekcją Pracy”. Są to zadania ważne i trudne do skutecznego realizowania, bo związki zawodowe istnieją tylko marginalnie w polskich korporacjach. Siła negocjacyjna i perswazyjna związku zależy od jego liczebności, dlatego tak potężną moc mają one w dużych zakładach przemysłowych. Jeśli pracownikom korporacji zależy na realnym wpływie na funkcjonowanie firmy, powinni oni zapisywać się do już istniejących związków, bądź zakładać je od zera, do czego wystarczy już grupa 10 osób. Rola związków zawodowych wzrasta dodatkowo w okresie kryzysu, kiedy część pracodawców dokonuje redukcji ilości pracowników, dlatego szczególnie ważne zadanie przypada związkom negocjującym układ zbiorowy mający gwarantować ludziom odpowiednie warunki odejścia i sposób przeprowadzenie tych zwolnień. Tymczasem istnienie związków

E-Public

zawodowych pracodawca powinien postrzegać pozytywnie, jako posiadanie ważnej platformy komunikacji z pracownikami w celu osiągnięcia optymalnych rozwiązań korzystnych dla firmy, tak by zarząd z powodzeniem realizował swoją misję przewodząc zadowolonej załodze. Pracodawca może dzięki związkom poznać zdanie setek czy tysięcy pracowników korporacji, dowiedzieć się o problemach, z których do tej pory nie zdawał sobie sprawy. To, że związki aktywizują się działaniach na rzecz załogi, często łączy się kosztami, więc pracodawca traktuje związki zawodowe jako zło konieczne. Prymitywizm każe postrzegać związki jako wrzód na ciele zdrowego organizmu korporacji. Przywoływane są przy tym znane z telewizji obrazki strajków w centrum Warszawy z petardami rzucanymi w kierunku ministerstw czy paleniem opon. Zdarza się, że pracodawca stara się wyrobić w załodze poczucie, że związki to obciach i że są tam darmozjady. Wiele zależy od kultury korporacyjnej, gdyż można posługiwać się mniej lub bardziej czystymi metodami relacji z przedstawicielami związków zawodowych. Jednym z takich elementów może być podgrzewanie atmosfery dyskursu na korporacyjnym forum czy wysyłanie do ogółu pracowników informacji, które wypaczają negocjacyjne stanowisko związków zawodowych. Związki bywają obwiniane o błędy, za które odpowiada HR. Stąd często na forach wewnętrznych można znaleźć slogany typu: „Proszę wpisujmy kto jest przeciw takim działaniom związków”, „w sumie można podpisy zbierać i wyrwać chwasta”, „tu można hejcić związki”, „czy istnieje możliwość rozwiązania związków”. Z drugiej strony także związkowcy mogą działać na swoją niekorzyść poprzez brak rzeczowego dialogu i posługiwanie się demagogią w sporach z pracodawcą. Zarówno jednak jedna, jak i druga strona, może zostać oskarżona o brak chęci porozumienia się, by pokazać swoją siłę czy postawić na swoim. Choć zarówno zarządowi korporacji jak i szefom związków powinno zależeć przede wszystkim na dobru personelu, które ginie często w ogniu wzajemnych podejrzeń oraz chęci udowodnienia sobie kto tu jest ważniejszy i mocniejszy – prezes firmy czy lider związkowy.

Idea niezależności Współcześni pracownicy chcą czuć się silni, „niezależni”, autonomiczni, a związek - w ich mniemaniu - „nie reprezentuje” każdego, gdy tymczasem ustawa » 41

www.epublic.com.pl


Artykuł stanowi, że związki występują w imieniu ogółu załogi. Wielu drażni, że „związek wypowiada się w jego imieniu”, bo sobie żadnej reprezentacji „nie życzą” i jej „nie wybierali”. Związki przecież mogą przeszkadzać „zwykłym pracownikom” w „normalnym funkcjonowaniu”, działają „przeciwko interesom firmy”, a liderzy „nic nie robią i jedzą pączki”. A przecież „HR tak mocno troszczy się o personel”, wszystko jest „idealnie”, nie ma bezpłatnych nadgodzin, warunki pracy są doskonałe, nie istnieje mobbing, a Państwowa Inspekcja Pracy nie widzi nawet pyłku na korporacyjnym garniturze prezesa. Skoro więc jest tak dobrze, a ostrze propagandy tak mocno wymierzone jest w związki zawodowe, skoro media mówią tyle złego o działaczach i liderach, to dlaczego ludzie wciąż zapisują się i tworzą związki? Dzieje się tak, gdyż wiele osób wierzy, że w grupie mogą jednak zmieniać korporację na lepsze, budować nowe standar-

dy, angażować, by być ważnym kołem zamachowym w firmowej maszynerii. Tworząc wspólnotę jaką jest związek zawodowy warto mieć na uwadze interes firmy jako całości, by nie psuć tego co dobre, ale kształtować wartość dodaną.

Win-win Niepotrzebnie niektóre korporacje traktują związki zawodowe jako zło konieczne i starają się je zwalczać, uznając, że będą one działały na szkodę zakładu pracy. Być może naprawa części spraw inicjowanych przez związki zawodowe spotka się z chwilowym zwiększeniem kosztów, ale w rezultacie może zakończyć się wynikiem win-win, dając zwycięstwo obu stronom, zwłaszcza w dłuższej perspektywie. Korporacja to dżungla, obowiązuje pierwotna zasada kto pierwszy ten lepszy, króluje nieformalne dochodzenie do wpływów, albo niejasne zasady, zaciem-

niane przez równie niejasne, albo tajne procedury. Stąd nie do przecenienia jest rola związków zawodowych w zakresie budowania nowoczesnej, przyjaznej pracownikom, empatycznej kultury korporacyjnej. We współczesnym świecie rolą związków zawodowych nie są strajki, blokady czy palenie opon, ale umiejętna współpraca z zarządem korporacji celem uspołecznienia środowiska pracy, uczłowieczenia dzikiego zwierza rynku, zahamowanie nieustającego wyścigu szczurów. Zadaniem odpowiedzialnych związkowców jest uwspółcześnienie korporacji czyli zastąpienie krwiożerczej rywalizacji efektywną współpracą. Wydaje się, że samo istnienie związków zawodowych stało się ważną, pozytywną wartością dla nowoczesnej firmy o czym mam nadzieję choć w części przekonał Szanownych Czytelników powyższy tekst.

Z cyklu bajki dla dorosłych

- Bo TELEWIZJA kłamie! Ewa Zachwiej

D 42

awno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami, w odległej krainie zwanej Kreskówkowo żył Pulchny Jasio, z Pulchną Mamą i Pulchnym Tatą. Cała rodzinka mieszkała w małej, przytulnej chatce otoczonej bajecznym ogrodem, w którym figurki barwnych krasnali witały gości, a żabki w stawie, rechotały raz po raz w rytm szumiącego wiatru. Jasio, był małym, tłuściutkim chłopcem, z kilkoma piegami na nosie i rudymi, rozczochranymi włosami, zawsze grzeczny, uczynny i pomocny. Dzień za dniem upływały Jasiowi na zabawie z kolegami, wspinaniu się na drzewa, rzucaniu „kaczek” w pobliskim jeziorze i grze w „głuchy telefon”.

Tak mijały dni, tygodnie, miesiące… Aż tu nagle, niespodziewanie, przybył do Kreskówkowa, elegancki, wysoki mężczyzna z długim, czarnym wąsem. Miejscowe kobiety, zaciekawione przystojnym podróżnym, plotkowały, dopytywały sąsiadek „kim jest ten gentelman?”. „Miastowy” (takim przydomkiem go określano) zatrzymał się na noc w gospodzie u Pani Krysi, burmistrzowej Kreskówkowa. Nazajutrz, nieznajomy przechadzał się od domu, do domu. Chodziły słuchy, że posiada „coś” co na zawsze odmieni życie mieszkańców krainy. Pulchna Mama, na przybycie gościa upiekła szarlotkę i zaparzyła świeżą kawę, ubrała Jasia w niedzielne wdzianko, a Pulchnemu Tacie kazała wypastować buty. Cała rodzinka, oczekiwała w milczeniu gościa, było tak cicho, że tyknie zegara wydawało się prawdziwww.epublic.com.pl

wym hasałem. Nagle, pośrodku tej głuchej ciszy rozległo się pukanie. Pulchna Mama zamarła w bezruchu przez chwilę, pukanie rozległo się kolejny raz. Podeszła wolno, nacisnęła łagodnie na klamkę i otworzyła lekko skrzypiące drzwi, w których stanął smukły mężczyzna, w czarnym, dobrze skrojonym garniturze z Vistuli i skórzaną aktówką. Usiadł w niebieskim wygodnym fotelu, poprosił o szklankę wody mineralnej niegazowanej (z cytryną i jedną kostką lodu) i rozpoczął: „Witam Was drodzy mieszkańcy Kreskówkowa, przybyłem do Was z odległej krainy, zwanej „Warszawą”, w której urzędują królowie i sławy tego kraju. Proponuję Wam „coś”, co odmieni na lepsze wasze życie, sprawi, że nic nie umknie waszej uwadze. Tylko dziś, tylko teraz, za jedyne 999,99 zł otrzymacie dekoder Cyfry Plus


się z kolegami i koleżankami wakacyjnymi wspomnieniami i że na lekcji wychowania fizycznego zagrają w ulubione „dwa ognie”. Wolały zamiast tego dalej oglądać kreskówki. Pulchna Mama prawiła morały synowi, tłumaczyła, że trzeba się uczyć, żeby być mądrym i wyjątkowym człowiekiem. Takie argumenty nie przemawiały do Jasia, wreszcie zniecierpliwiona i sfrustrowana kobieta podstępem wypędziła chłopca do szkoły i zagroziła, że jak nie będzie chodził na lekcje, to zakaże mu oglądać telewizję. Na szczęście poskutkowało… Pierwszy dzień roku szkolnego w 2B był wyjątkowo pamiętny… Jasio, Zbysio i Sławcio już na pierwszej przerwie wynaleźli nową zabawę nazywaną „bijatyką”, polegającą na okładaniu pięściami i kopaniu przeciwnika. Za każdy cios można było otrzymać punkt. Zbysio przypadkowo kopnął Jasia w łydkę, a ten chcąc mu oddać wymierzył prawy sierpowy prosto w oko Zbysia. Chłopiec upadł na podłogę i zaczął płakać z bólu, na miejsce zdarzenia zbiegła się wychowawczyni, dyrektor i woźny. Zbysia zaprowadzono do higienistki a Jasia „na dywanik”. Dyrektor, poczerwieniał ze złości jak burak i zaczął wypytywać chłopca: „Co ci przyszło do głowy, żeby bić Zbysia, przecież tak nie wolno… on teraz będzie z limem pod okiem chodził”. „Ale to tylko taka zabawa, przecież ja nie chciałem” odpowiedział skruszony Jasio. Na to dyrektor odparł: „Jasiu, ale uderzyłeś Zbysia a nie wolno bić innych, bo to po pierwsze grzech, a po drugie to jakbyś się czuł, gdyby to Zbysio tak mocno cię uderzył?”. Chłopiec zamilkł, po chwili z pełną zastanowienia miną odpowiedział na pytanie belfra: „No tak… Ale przecież Bójka, Bajka i Brawurka z Atomówek często biją się z Mojo Jojo i Asem, no bo przecież jak ktoś nam dokucza to trzeba mu dać popalić!”. „Ach tak…” westchnął nauczyciel „Wiedziałem, że ten wynalazek Warszawiaka zepsuje nasze dzieciaki…” i mówiąc to wpisał Jasiowi uwagę do dzienniczka: „Uczeń Pulchny Jasio znokautował kolegę, podbijając mu pięścią oko”. To nie koniec atrakcji jakie przysporzyła 2B tego dnia dyrektorowi… Długa przerwa, to czas wydawania obiadów na stówce, czas grania w piłkę na boisku i czas skakania w gumę. Dziewczynki postanowiły jednak wykorzystać przerwę trochę inaczej… ich ulubioną bajką było Powe Rangers więc pełne zapału zaczęły naśladować postacie. Zosia była Rangersem Różowym, Ania – Żółtym, Kasia – Niebieskim, ale w zabawie, podobnie jak w kreskówce, nie mogło zabraknąć

czarnego charakteru. Tym razem padło na Olę. Najpierw „transformacja”, której towarzyszył okrzyki „Żółty! Niebieski! Różowy!”, następnie dziewczynki w walce z Olą – wrogiem, musiały użyć tzw. „megazorków’. Małe „Rangerski” ostatecznie pokonały Olę, która została pojmana i uwięziona w szkolnej piwnicy. Przerwa dobiegła końca, dziewczynki, trochę spóźnione, wróciły na lekcje matematyki z panem dyrektorem Julianem Kobzą. Belfer założył okrągłe okulary z grubymi szkłami i odczytał listę obecności: Dyrektor: Babińska? Kasia: Jestem Dyrektor: Cebula? Sławcio: Obecny Dyrektor: Kozłowski? Zbysio: Jestem Dyrektor: Marecka? (chwila ciszy) Marecka?!, Gdzie jest Olka? Przecież była dzisiaj w szkole! Kasia: Jest w szkole panie Kobzo… tylko siedzi w piwnicy Dyrektor: Gdzie? Kasia: No w piwnicy, taka zabawa… Dyrektor poczerniał po raz kolejny tego dnia i z podniesionym głosem zapytał: Dyrektor: Co to znowu za głupia zabawa? Zosia: W Rangersów…, Olka jest naszym wrogiem, a my ją pokonałyśmy i wsadziłyśmy do lochu… Miarka się przebrała! Pan Julian kazał wypuścić Marecką z piwnicy, i zwołał zebranie z rodzicami. Nakazał natychmiast pozbyć się dekoderów i telewizorów. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że odkąd Warszawiak sprzedał je mieszkańcom Kreskówkowa to dzieciaki zachowują się agresywnie i są niespokojne. Nazajutrz sprzęt zniknął z domów i jak za starych czasów dzieciaki wyszły na podwórka i znowu w Kreskówkowie rozgorzały rozmowy, śmiechy a nawet krzyki. Pulchna Mama zapytała Jasia: „Skarbeczku, czy chciałbyś obejrzeć swoją ulubioną kreskówkę?” Na to chłopiec: „Nie, bo idę pograć w nogę z kolegami. To jest fajniejsze, bajki już mi się znudziły, bo te atomówki nic nowego nie robią tylko się biją!” Pulchny Jasio dorósł, schudł, zmężniał, dorobił się dwóch synów, których, za każdym razem kiedy nalegali na oglądanie kreskówek przestrzegał: „W bajkach wszystko jest fikcją, człowiek nie ma kilku „żyć”, odczuwa ból i nie jest niezniszczalny. W prawdziwym życiu trzeba postępować tak jak podpowiada nam sumienie, a nie jakieś wymyślone bajki. Zastanówcie się jak chcielibyście być traktowanie i traktujcie tak innych.”

E-Public

i telewizor plazmowy (PANASONIC TXP50C3E).” Rodzina Pulchnych bez wahania zgodziła się na zakup nowego sprzętu, nie wiedziała jeszcze jakie konsekwencje niesie za sobą ta „zabawka”. Tata odszukał skrzętnie schowaną skarpetę, z której wyciągnął plik banknotów, położył wyliczoną gotówkę na stół, kilka podpisów i unikatowy zestaw stał się własnością Państwa Pulchnych. Warszawiak obiecał, że do 24 godzin zostanie dostarczona przesyłka, ucałował dłoń Mamy i wrócił do stolicy. Następnego ranka Jasia zbudził przeraźliwy hałas dobiegający z podwórka. Chłopiec, założył wełniane bambosze i wybiegł na zewnątrz, a tam, na samym środku dachu, gruby monter przymocowywał wielki, czarny talerz. Jasiu zapytał: „Proszę pana, a co to jest ten duży spodek i do czego służy?” Na to monter Stefan odpowiedział: „Chłopcze, to jest antena satelitarna, ona łapie sygnał, żeby plazma kanały odbierała”. Jasio usłyszał kolejne zagadkowe słowo, i zapytał: „A co to plazma?”. Monter zdenerwowany dociekliwością Jasia odburknął: „..Nie wiesz?! A idź zobacz, przecież w domu plazma stoi”. Zaciekawiony chłopiec bez chwili namysłu wbiegł do chaty, a tam na samym środku izby stał, niczym posąg, ogromny srebrny telewizor z płaskim ekranem (103 cale). Jasiu obejrzał to „cacko” bardzo dokładnie, ze wszystkich stron. Podczas „poszukiwań” natrafił na czerwony, okrągły guzik, nacisnął na niego i… ku jego zdumieniu ujrzał na ekranie kolorowe postaci, które poruszały się i mówiły. Jasia tak zainteresowały telewizyjne ludki, że nie mógł oderwać od nich oczu, mijała godzina za godziną a on wpatrzony w plazmę siedział w bezruchu. Nawet zapach ulubionych czekoladowych ciasteczek, które Pulchna Mama właśnie upiekła nie oderwał go od oglądania bajek. Słoneczne, upalne dni, miejscowe dzieciaki zazwyczaj spędzały nad jeziorem, pluskając się i pływając. Tego lata było jednak zupełnie inaczej… Ulice i place zabaw opustoszały, krainę opanowała cisza, nikt się nie śmiał, nikt nie rozmawiał, nawet nikt nie krzyczał. Mieszkańcy jak zahipnotyzowani przesiadywali w swoich domach, oglądając kolejne odcinki brazylijskich telenowel, kryminalnych seriali i kreskówek. Do ulubionych bajek Pulchnego Jasia należały Atomówki, Pokemony, Power Rangers i Struś Pędziwiatr. Wakacje dobiegały końca i nadszedł czas powrotu do szkoły, jednak tym razem dzieci nie cieszyły się, że podzielą

43 www.epublic.com.pl


44

E-Public

www.epublic.com.pl

Internetowy miesięcznik publicystyki niezależnej / Tworzony przez każdego internautę

Dołącz do nowego czasopisma tworzonego przez internautów

bezpłatnego

Piszesz ciekawe teksty, ale nie wydostają się poza twoją szufladę?

Napisz do nas na

epublicredakcja@gmail.com i zostań publicystą!

www.epublic.com.pl www.epublic.com.pl

Znajdź nas na Facebook’u i bądź z E-Public na bieżąco!


E-Public 02.05.2013