Page 1

CZERWIEC 2014

Rodzinnie, znaczy silnie Alojzy i Jarosław Szczupakowie ALSTAL

str. 8-9


na początek

EKONOMIA W KUBKU KAWY Podobno są tacy, którzy nie interesują się gospodarką. Ale przecież nie trzeba co chwilę nerwowo sprawdzać notowań giełdowych, aby uznawać się za zainteresowanego gospodarką. Na przykład ja: kocham kawę, wpadam czasem do kawiarni na dworcu, bo tam dają najzacniejszą: prostą, a mocną. Pewnego dnia wchodzę do baru, widzę: kawa podrożała o 50 groszy. No, jak to? Ano tak, podrożała, bo plantacje kawowe w Brazylii dotknęła gigantyczna susza, ceny kawy na giełdach skoczyły momentalnie w górę. Kubek mojej kawy też podrożał. Jeśli skoczą ceny tektury, będzie jeszcze droższa, a do tego dołóżmy ceny mleka, cukru. I to jest ekonomia, to są powody, by zainteresować się gospodarką, która (zachowując proporcje) interesuje nas w tym magazynie. Jak to wszystko, co dzieje się w kujawsko-pomorskim biznesie, odbija się na naszym codziennym życiu. Bo kawa, mleko do niej, cukier, herbata, paliwo, praca, warunki zatrudnienia, stanowione prawo, szkolenia - wszystko to jest ważne dla naszej codzienności. To wszystko to nasze życie, ściśle powiązane z ekonomią. Zresztą, tylko takie ujęcie ekonomii nas interesuje i o takim będziemy tu pisać. Tak więc słyszałem, że są tacy, którzy nie interesują się gospodarką. Nie wierzę. Jacek Kowalski REDAKTOR PROWADZĄCY BIZNES KUJAWSKO-POMORSKI

Wydawca: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz, Redaktor Naczelny: Artur Szczepański, Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa, Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863, e.iwanciw@expressmedia.pl, Redaktor prowadzący: Jacek Kowalski, tel. 52 32 60 826, j.kowalski@expressmedia.pl, Teksty: Krzysztof Lietz, Jan Oleksy, Jacek Kowalski, Janusz Milanowski, Projekt: Iwona Cenkier, i.cenkier@expressmedia.pl, Skład: szokstudio.pl, Sprzedaż: Bogusława Mańkowska, b.mankowska@nowosci.com.pl, tel. 607 351 922, Maciej Wysocki, tel. 500 234 912, m.wysocki@expressmedia.pl

  KUJAWSKO-POMORSKI 

2 

CZERWIEC 2014


443514TRTHA


ludzie biznesu

MĄDRE BUDOWANIE K

im są właściciele jednej z największych firm budowlanych w  Polsce i  autorzy jednego z  najbardziej spektakularnych sukcesów biznesowych ostatniego 25-lecia? Wyjedźcie z  Inowrocławia, skierujcie się na Włocławek. Jeśli będziecie uważni, po lewej stronie ulicy, pomiędzy zielenią zobaczycie najpierw

ALOJZY SZCZUPAK

flagi z charakterystycznym niebiesko-biało-czerwonym logo, a w głębi - budynki, w których mieści się siedziba Alstalu. Zupełnie niepozorne obiekty, łatwo możecie je przeoczyć. Ale budowli wznoszonych w ciągu ostatnich lat przez Alstal - a dokładniej przez Alojzego Szczupaka i  jego syna, Jarosława - nie przeoczycie na pewno. Wymieńmy pierwsze z  brzegu: Opera Leśna w  Sopocie, Termy Maltańskie w Poznaniu, basen miejski we

Wznosili największe obiekty w Polsce. Mówią zgodnie: Jeśli nie zbudujesz dobrych relacji w rodzinie, nie zbudujesz niczego - ani biznesu, ani porządnego budynku. TEKST: JACEK KOWALSKI ZDJĘCIA: KRZYSZTOF SZATKOWSKI

Włocławku. A jeszcze Stadion Motoarena dla Torunia. Centrum Sportu i  Rekreacji w  Wielkiej Nieszawce. Obiekty dla Lafarge i Ciechu. Produkują konstrukcje do rozbudowywanej właśnie Galerii Pomorskiej. W trakcie jest budowa hali sportowej w Toruniu i stadionu we Włocławku. To tylko te największe, najbardziej spektakularne. A są jeszcze przecież niezliczone konstrukcje stalowe, setki ton betonu powstającego w  wytwórni betonu Alstal, masy bitumiczne, jest w końcu Viando - zakłady mięsne. No i jest pasja, bez której nie byłoby tego wszystkiego. Ściana Wejdziecie do biura, przejdziecie chromowo-szklanym korytarzem, traficie wreszcie do sekretariatu, i - gwarantuję - staniecie skonsternowani. Bo oto po lewej stronie otwierają się drzwi do przestronnego, utrzymanego w klasycznym stylu gabinetu prezesa Alojzego Szczupaka. Masywny fotel, biurko zasypane szpargałami, długi stół, przy którym zbiera się czasem zarząd, lub po prostu: przy którym podejmuje się gości. Na ścianie zdjęcia rodziny - w  centralnym miejscu wnuczęta prezesa Alojzego. Jeśli zdobędziecie jego zaufanie, ten rzadko uśmiechający się starszy mężczyzna o dostojnym wyglądzie wkrótce poprowadzi was pod tę ścianę, pokaże, którego wnuka typuje na następcę następcy. Bo przecież na razie schedę po ojcu przejmuje ten, który jest w  tej chwili prokurentem i  prawą ręką Alojzego Szczupaka: Jarosław. To gabinet po prawej. Zastukajcie, a  otworzy wam młody, dynamiczny mężczyzna pod krawatem. Wpuści was do środka - i zobaczycie zupełne przeciwieństwo gabinetu ojca. Tam zawiewa lekko familijną atmosferą - tutaj gości was menadżer w każdym calu. „Nowoczesność i kompetencja” - takie motto mógłby umieścić na ścianie Jarosław Szczupak, gdyby był mniej skromny. - I to jest styl rządzenia w Alstalu: ojciec stworzył firmę z niczego, ja pomogłem mu ją prowa  KUJAWSKO-POMORSKI 

4 

CZERWIEC 2014

dzić w trudnych czasach, teraz robimy to razem. Ale zawsze kompetentnie, nowocześnie, fachowo. Działamy jak jeden dobrze naoliwiony organizm - mówi Jarosław. „Ściana” to słowo klucz dla Alstalu. Ta, na której wiszą portrety przyszłych prezesów w  gabinecie prezesa. I  ta, do której sam Alojzy Szczupak doszedł w latach 70. XX wieku, gdy stwierdził, że

JAROSŁAW SZCZUPAK

nie chce pracować w którymś z pobliskich kombinatów, tylko założy własną firmę. Jest rok 1976; Sejm właśnie podnosi drastycznie ceny jedzenia, a jesienią Stal Mielec zagra z wielkim Realem Madryt. Alojzy Szczupak myśli sobie, że musi wziąć swój los w  swoje ręce. W  niewielkiej wsi Turzany pod Inowrocławiem otwiera zakład ślusarski. - O  dziwo, zacząłem zarabiać bardzo dobrze - mówi dzisiaj. Ale pieniędzy nie przejada,


ludzie biznesu

tylko inwestuje. - Lubię chodzić pod prąd. Wiedziałem, że jak spróbuję, uda mi się. Klocki Szczupak szybko zyskuje renomę: zleconą robotę wykonuje na czas, nad podziw solidnie. Do tego tanio. Od pierwszego dnia zna wartość rzemieślniczej solidności i kupieckiego słowa. - To więcej warte niż wszystkie umowy na piśmie. Rzemieślnik kiedy się zobowiąże, da słowo - musi go dotrzymać. Do dzisiaj stosujemy tę zasadę w firmie. Szybko zatrudnia pierwszych czterech pracowników, potem coraz więcej i więcej. Dzisiaj Alstal zatrudnia 500 osób i nikt nie może powiedzieć, że na tym koniec, bo firma doskonale

jedzie do Alstalu. - Zawsze z rodziną. W każdej firmie, od rana do nocy. Wie pan, trzeba umiejętnie poukładać w życiu wszystkie klocki. Jeśli dobrze je pan ułoży, będzie szczęśliwym człowiekiem. Takimi „klockami” są też elementy Grupy Alstal. W tej chwili grupa oferuje usługi z zakresu budownictwa ogólnego, budowy hal i konstrukcji stalowych, budownictwa infrastrukturalnego, usług utrzymania ruchu; w ramach grupy działają też wytwórnie betonu i mas bitumicznych. - Bo rodzinnie, ale jednak prowadzimy biznes trochę na styl korporacji, które zdywersyfikują swoje działania, tak by - po pierwsze: zaoferować klientowi szerszą gamę usług i  produktów,

to self made man. Człowiek, który dochodził do wszystkiego sam - polegając na pracowitości, talencie i łucie szczęścia. Jarosław to wykształcony menedżer, absolwent Akademii Ekonomicznej w  Poznaniu, specjalność; zarządzanie przedsiębiorstwami. Ale także absolwent studiów podyplomowych PR w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu i doktorant poznańskiej AE (dziedzina: zarządzanie). Ma więc nie tylko dryg do rządzenia w firmie, którego nie można odmówić jego ojcu. Jarosław Szczupak ma solidne podstawy do tego, aby zarządzać w profesjonalny sposób całą Grupą Budowlaną Alstal. - Proszę wyraźnie zaznaczyć, że jest to biznes rodzinny, ale zarządzany profesjo-

NA ŚCIANIE GABINETU PREZESA WISZĄ ZDJĘCIA DZIECI I WNUKÓW. ALE CHOĆ RODZINNY, ALSTAL KIERUJE SIĘ REGUŁAMI BIZNESU

prosperuje i wciąż się rozrasta. Z czasem trzeba zmienić siedzibę. Pojawiają się na świecie dzieci: syn i córka. W 1983 roku Alstal działa już doskonale w  Inowrocławiu. Alojzy Szczupak kupuje działkę pod Inowrocławiem. Z  początku chce tam jeździć z rodziną na weekendy, wypoczywać. Ale najwyraźniej jest w nim coś takiego, co gna go do roboty i nie pozwala odpoczywać, bo już wkrótce ranczo na wsi w głowie prezesa Szczupaka zaczyna się zmieniać w fermę trzody chlewnej, wokół której - na razie na papierze - rosną budynki gospodarcze, przetwórnia… Wkrótce Alojzy Szczupak wprowadzi to wszystko w życie i powoła nową firmę: Viando. Teraz w Viandzie rządzą żona Wanda i córka Magdalena. W Alstalu - on sam wraz z synem Jarosławem. Alojzy Szczupak codziennie rano zjawia się w  Viandzie, potem

po drugie: by w razie kryzysu podpierać się innymi segmentami swojej działalności - mówi Jarosław Szczupak. No i  jeszcze ich inwestycje: dla Alstalu nie ma mniejszych - większych. Tak samo ważna jest Opera Leśna w Sopocie i Termy Maltańskie - największy, najnowocześniejszy tego typu obiekt w Polsce, jak i niewielkie termy w Inowrocławiu. Dla Szczupaków zawsze to są „klocki”, wykorzystywane do budowy renomy firmy. Profesjonaliści Jarosław Szczupak to nowa twarz Alstalu. Naturalnie: jak zawsze podkreślają obaj panowie - stanowią jeden dobrze naoliwiony organizm, podejmujący wspólnie kluczowe decyzje w firmie. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Jarosław i Alojzy to dwa modele prowadzenia biznesu. Alojzy   KUJAWSKO-POMORSKI 

5 

CZERWIEC 2014

nalnie, według najlepszych wzorców - podkreśla w rozmowie. Zresztą: nie musi tego robić, bo nawet laik widzi, że tak dobrze prosperującym przedsiębiorstwem nie da się zarządzać inaczej. Że rządzą tam profesjonaliści, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać. Obaj panowie wzajemnie wspierają swoje decyzje: Jarosław służy radą ojcu, ojciec - doświadczeniem synowi. - Z tego rodzi się siła. Profesjonalizm, rodzina, słuchanie siebie nawzajem, ale także ogromna, kupiecka rzetelność - mówi Wiesław Kawalski, specjalista od marketingu biznesowego i PR firm. - Gdybym miał wskazać jakąkolwiek drugą firmę w Polsce, która działa w taki sposób jak Alstal, nie umiałbym pewnie. Bo z jednej strony mamy ogromne doświadczenie i rzetelność, które monetyzują się w  dochodach firmy i  jej pozycji,


ludzie biznesu

ale z drugiej… No, przecież każda firma zaczynająca jako rodzinna kiedyś tam dochodzi do ściany i sprzedaje udziały jakiemuś potentatowi. Tutaj nie ma mowy o tym, tutaj zarząd Alstalu doskonale radzi sobie z gigantami. Oceniam to jako ewenement na skalę Polski. Bo rzeczywiście: Szczupakowie nie myślą o sprzedawaniu Alstalu: - Co ja bym robił? No, co ja bym robił bez roboty? - pyta bezradnie Alojzy Szczupak. I wskazując ścianę, mówi: - Tam są następcy Jarka, ta firma musi działać dla nich. A  potakuje mu Jarosław, ekonomista, spec od zarządzania: - Póki dajemy radę, póki będziemy znaczyli coś na rynku, nie myślimy o sprzedawaniu.

ALSTAL BUDOWAŁ M.IN. OPERĘ LEŚNĄ W SOPOCIE...

Wsparcie Kiedy Alojzy i Jarosław próbują wyjaśnić mi tajniki działania i sukcesu firmy, odwołują się - bo jakże

...STADION MOTOARENA W TORUNIU...

by inaczej - do terminologii budowlanej: każda porządna konstrukcja musi mieć dobre fundamenty, a potem solidne wsparcie. W przypadku Alstalu fundamenty kładł ojciec, teraz panowie wspierają siebie nawzajem. Syn ceni u ojca niebywałą intuicję, doświadczenie, poświęcenie pracy i rodzinie. Ojciec u syna - profesjonalizm, słowność, kompetencję, podążanie za trendami. Efekty widać gołym okiem: w Polsce budują od lat; mają też kontrakty na Ukrainie i Białorusi, a planują wejść na rynek rosyjski. - To dobry ruch i  mądre zagranie. Tam są potężne możliwości - ocenia Kawalski. Na swojej stronie internetowej podali kilkanaście reguł, którymi kierują się w działalności biznesowej: „Cenimy jakość. Jesteśmy stabilni finansowo. Jesteśmy doświadczonym i sprawdzonym partnerem na rynku budowlanym”. Brakuje jeszcze jednej: „Budujemy mądrze. I rodzinę, i biznes”. ... ALE PERŁĄ W KORONIE SĄ TERMY MALTAŃSKIE W POZNANIU

  KUJAWSKO-POMORSKI 

6 

CZERWIEC 2014


807514BDBHA


region

Logo jak wolny ptak TEKST I ZDJĘCIE: JANUSZ MILANOWSKI ZESPÓŁ INSBIRD: OD LEWEJ - MACIEJ KUROPATWA, DARIUSZ DELMAN, DAMIAN KURPIEWSKI I ŁUKASZ BOJARSKI

Papierowym wizytówkom grozi odejście w niepamięć. Za sprawą aplikacji stworzonej przez toruńskich studentów odejdą do lamusa, a żacy najpewniej zarobią duże pieniądze.

D

ariusz Delman, Damian Kurpiewski, Maciej Kuropatwa i Łukasz Bojarski są studentami czwartego roku informatyki na UMK. Rok temu na ich wydziale ogłoszono konkurs „Programowanie zespołowe”. Był to test dla studentów, którzy dobrani w małe zespoły musieli stworzyć jakąś ciekawą aplikację. Mieli siedem miesięcy na jej opracowanie wraz z całą dokumentacją i oczywiście aplikacja musiała działać. Wszystko jak w normalnej firmie, gdzie pracuje się nad nowymi projektami. Po siedmiu miesiącach zespół stworzył „Wizytówkę NFC”, którą jury uznało

za najbardziej innowacyjną aplikację. Po odebraniu stosownych gratulacji, panowie studenci rozpoczęli wakacje. A niektórzy - pracę. Inspiracja wolnością Czas na skonsumowanie sukcesu przyszedł po wakacjach. Młodzi innowatorzy wystartowali w konkursie Microsoftu oraz w tym, który ogłosiło toruńskie Exea Date Center - najnowocześniejsze w Polsce Centrum Obliczeniowe, świadczące usługi „w chmurze”. Microsoft odrzucił ich projekt. - Warunkiem przejścia do następnego etapu było   KUJAWSKO-POMORSKI 

8 

CZERWIEC 2014

napisanie jednostronicowego streszczenia projektu. Było to niezwykle trudne w przypadku naszego pomysłu: ukazać interakcję na skrawku papieru - wspomina Łukasz Bojarski. Zakwalifikowali się za to do finału konkursu Exea Date Center, jako jeden z trzech „startupów”. Na najlepszy głosowała publiczność zgromadzona w sali konferencyjnej EDC. No i ta, za najlepszy „Start Up Roku Kujaw i Pomorza 2013” uznała „Wizytówkę NFC”. W nagrodę dostali bezpłatną możliwość korzystania z cloud computingu oraz biuro do dyspozycji. Od tej chwili zaczęli pracę nad przygotowaniem


427514BDBHA


region aplikacji do wersji fabrycznej. - Za miesiąc ruszamy z pracami programistycznymi. Planujemy, że do listopada uporamy się ze wszystkim i rozpoczniemy promocję naszej aplikacji - zapowiada Łukasz Bojarski. - Nazwaliśmy ją insBusinessCard, a nasz zespół InsBird od inspiration. Motywem przewodnim w logo będzie wolny, inspirujący nas ptak. Zbliżenia w krótkim zasięgu Początkowa nazwa „Wizytówka NFC” powstała na użytek konkursu. Nową, insBusinessCard wymyślili w zeszłym miesiącu. Chodziło m.in. o to, żeby zasygnalizować, iż aplikacja nie będzie służyć wyłącznie ludziom mającym telefony z NFC. I tu nieco wyjaśnienia. NFC, czyli Near Field Communication (komunikacja krótkiego zasięgu), to standard komunikacji radiowej, korzystający z wysokich częstotliwości, na krótki zasięg - pozwala na bezprzewodową wymianę danych na odległość nie większą niż 4 cm, co z początku może wydawać się niewiele. Telefon komórkowy z chipem NFC umożliwia np. odczyt informacji z pasywnej naklejki, kodu czy breloczka (tzw. tagu NFC). Chip w telefonie wytwarza pole, które na chwilę zasila drugie urządzenie, co pozwala stosować NFC nawet w bardzo prostych rzeczach (np. plakatach, ubraniach). Telefonami z NFC możemy płacić zbliżając je do czytnika kart, itd. Ta właśnie technologia jest podstawą wynalazku zespołu InsBird. Aplikacja na smartfona oraz serwis internetowy umożliwiają stworzenie własnej wirtualnej wizytówki, nieróżniącej się pod względem estetycznym od papierowej klasyki. Można nawet wstawić logo „z pliku”. Podczas wymiany uprzejmości nasz telefon z wyświetloną wizytówką, zbliżamy do telefonu rozmówcy i nasza biznes card przechodzi jak duch do drugiego telefonu w ciągu sekundy. Nasz rozmówca może ją przesłać dalej zainteresowanym osobom. To nie wszystko. Jest następna opcja. Naszą wizytówkę mamy zapisaną na małym, dyskretnym breloczku (tzw. tag NFC) przy kluczach, skąd można ją pobrać za pomocą telefonu. Znacznie taniej A co, jeśli nasz rozmówca nie ma smartfona z insBusinessCard? Żaden problem, bo po zbliżeniu go do naszego telefonu, z którego wysyłamy wizytówkę, aplikacja automatycznie połączy go ze sklepem internetowym. Jedno kliknięcie i już będzie mógł pobrać insBusinessCard za darmo. Studenci nie chcą jeszcze zdradzić, z czego będą czerpali profity, gdyż jest to jeszcze w fazie analiz i przemyśleń, lecz gwarantują, że wirtualna wizytówka będzie zdecydowanie tańsza niż standardowa z papieru. Wyobraźmy sobie teraz, że przenieśliśmy siedzibę firmy, albo zmieniliśmy dane kontaktowe. Wymaga to druku nowej partii wizytówek, rozsyłania SMS-ami nowych numerów, słowem: czasu i zachodu, by nie zniknąć z mapy. W przypadku wizytówki wirtualnej jest to tylko kwestia wprowadzenia nowych danych do obsługującego

ją serwisu internetowego, a ten automatycznie zaktualizuje dane u wszystkich posiadaczy naszej wizytówki. To samo zrobi z logo i układem graficznym - jeśli tak nam się spodoba. Poza możliwością wymiany wizytówek, InsBird umożliwi również odczytywanie informacji z innych nośników, na przykład z plakatów na słupach ogłoszeniowych. Wystarczy za pomocą aplikacji insBusinessCard zapisać naszą wizytówkę na tagu NFC (np. w postaci naklejki), umieścić ją z tyłu plakatu, a każda osoba, która zbliży swojego smartfona do tego baneru, otrzyma szczegółowe informacje, link do strony, a nawet adres danego wydarzenia. Czas na rynek Łukasz Bojarski zastrzega, że według ich informacji, nikt nie wpadł na pomysł, który, tak jak ich produkt, rozwiązywałby wszystkie problemy związane z wizytówkami. Zespół InsBird nie rozpatruje sprzedaży swojego wynalazku jakiemuś gigantowi. Chce czerpać satysfakcję z wdrażania czegoś innowacyjnego na rynek, sprawdzić feedback, znaleźć inwestora, no i zdobyć dyplomy. Panowie nie ukrywają jednak, że zamierzają na tym zarobić. - Nasze przedsięwzięcie będziemy promować na całą Polskę, a nawet na świat, tak żeby korzystanie z naszych wizytówek stało się popularne - zapowiada Łukasz Bojarski. Swój produkt kierują nie tylko do klientów biznesowych, lecz również do osób indywidualnych. Zapowiadają, że to dopiero początek, a ich wizytówki to przyszłość.

ZDANIEM EKSPERTA*

Po pierwsze: patent! Jeżeli studenci twierdzą, że takiej aplikacji nie ma jeszcze na świecie, to powinni ją czym prędzej opatentować w USA. A dlaczego tam? Ponieważ ani w Polsce, ani w Europie nie patentuje się softaweru. Inaczej będą mieli problem z pozyskaniem amerykańskiego inwestora, albo ktoś ten pomysł zwyczajnie ukradnie. Jeżeli jest to innowacja na skalę światową, to właśnie od tego należałoby zacząć. Pytanie, gdzie szukają inwestorów? Bo jeżeli w Stanach, to konkurencja jest tam olbrzymia. Przede wszystkim muszą mieć świadomość, że amerykański inwestor nie zainteresuje się projektem firmy, do której w ciągu godziny nie może dotrzeć samochodem. Takie są reguły gry. Jeżeli mogę coś podpowiedzieć, to niech wejdą na stronę organizacji US-Polish Trade Council (www. usptc.org), promującej i wspierające wymianę naukową oraz transfer nowych technologii w sektorach państwowym i prywatnym pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi. Tam znajdą odpowiednie kontakty, pomocne w zdobyciu pierwszych szlifów. Wymaga to jednak wizyty w Stanach i tym samym zainwestowania pieniędzy. Ten projekt ma szanse, żeby stać się drugim LinkedIn, ale to trzeba zrobić w Silicon Valley, bo w Polsce będzie to bardzo trudne. Koszt opatentowania pomysłu w Stanach to wydatek min. 100 tys. zł.

*Tomasz Kruszewski Dyrektor T Komp, pomysłodawca platformy NND Integrum, wspomagającej zarządzanie informacją i z sukcesem wdrożonej w kilkuset dużych i międzynarodowych organizacjach. Członek Komitetu KT 182 Polskiego Komitetu Normalizacji ds. opiniowania norm bezpieczeństwa informacji (ISO 2700), członek Komitetu Polskiej Nagrody Jakości. Od 2011 roku właściciel firmy T Komp LLC w Krzemowej Dolinie. Absolwent bydgoskiego UTP oraz międzynarodowych studiów podyplomowych ORGMASZ. Prywatnie pasjonat dalekowschodnich sztuk walki, 1 DAN KARATE-DO.   KUJAWSKO-POMORSKI 

10 

CZERWIEC 2014


region

Pokaż się choćby na moment w filmie Przedsiębiorcy, samorządy i uczelnie naszego regionu mogą wykorzystać polski biznes filmowy do promocji. Pomoże im w tym Urząd Marszałkowski oraz Fundacja Tumult z Torunia - operator, prestiżowego projektu „KujawskoPomorskie - kreatywne wsparcie marki regionu”.

KADR Z FILMU „WŁOSKA ROBOTA”

Sposobem na dobrą promocję firmy, produktu bądź miejsca, jest tzw. lokowanie produktu (product placement). W skrócie mówiąc, polega to na nawiązywaniu do produktu w określonym środku przekazu w  taki sposób, żeby przemawiał on do podświadomości odbiorcy i  zachęcał go do używania bez pokazywania oczywistej i  otwartej reklamy. Możemy z  tym często spotkać się w  przekazach telewizyjnych, wideo, książkach, przedstawieniach teatralnych, grach komputerowych itp. Pierwsze znane na całym świecie lokowanie produktu w filmie sięga 1950 roku, kiedy to firma produkującą „Gordon’s Gin” zapłaciła, aby główna bohaterka grana przez Katharine Hepburn w „Afrykańskiej królowej” wylała wiele litrów ginu za burtę. Jest to przykład pierwszego, głośnego placementu w kinie. Jednym z najśmieszniejszych przykładów lokowania produktu w  polskiej kinematografii, była scena z filmu„Sara”. Bogusław Linda, grający oficera, który właśnie wrócił z bałkańskiej misji, opowia-

475314TRTHA

TEKST: JANUSZ MILANOWSKI

  KUJAWSKO-POMORSKI 

11 

CZERWIEC 2014


region

dając żonie przygody, nagle stwierdza. - I wtedy ta wieśniaczka dała mi garnek Zeptera. Natomiast jeden z najlepszych to udział miasta Torunia w serialu „Lekarze”. Eksperci wyliczyli, że gdyby miasto chciało osiągnąć taki poziom obecności na wizji, jaki zapewniają „Lekarze”, to kosztowałoby to ok 3-4 mln zł, a nie 200 tys. zł. To jest sztandarowy przykład taniej i skutecznej promocji dzięki lokowaniu produktu. Sztuka taktu i umiaru Warto wiedzieć, że placement product jest prawdziwą sztuką, w której chodzi o to, żeby nie przekraczać granic dobrego smaku, niszcząc nachalnym komunikatem filmowe dzieło. Produkty muszą być widoczne w scenach, ale bez drapieżnej reklamowej ostrości. Wykonane prawidłowo, lokowanie produktu może dodać poczucie realizmu do filmu lub programu telewizyjnego. Włączanie do form komunikowania się przedsiębiorstwa z  rynkiem product placement może z kolei przyczynić się do utrwalenia osobowości marki.

sowanych czeka ok. trzech milionów złotych do wykorzystania. Jak to działa? Projekt kierowany jest do przedsiębiorców, jednostek samorządu terytorialnego oraz publicznych uczelni wyższych, zlokalizowanych na terenie województwa, a także producentów filmowych i  telewizyjnych z całego świata. Wyobraźmy sobie, że pozyskaniem pieniędzy taką promocją zainteresowana jest gmina miasta Toruń z  jednej strony, a z drugiej - stacja telewizyjna szuka miejsca i środków na realizację serialu „Dziewczyny”. Obydwie strony wypełniają formularz zgłoszeniowy na stronie operatora - www.kreatywnyregion.pl. Formularz na tej samej stronie wypełnia też producent, z tym że on nie aplikuje, tylko informuje o swoim zamierzeniu. - Warto zaznaczyć, że ten formularz jest

475314TRTHB

Pieniądze czekają Możliwość takiej formy promocji otwiera się właśnie przed firmami, samorządami i wyższymi uczelniami naszego regionu. Stało się tak za sprawą projektu „Kujawsko-Pomorskie kreatywne wsparcie marki regionu”. Formalnie rzecz ujmując, jego celem jest promocja i rozwój markowych produktów oraz budowanie pozytywnego wizerunku regionu kujawsko-pomorskiego poprzez lokowanie marek w produkcjach filmowych, telewizyjnych i internetowych o ponadregionalnym zasięgu. Przedsięwzięcie jest inicjatywą istniejącą w  ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego na lata 2007-2013 Działanie 5.5. Jego operatorem, wyłonionym w drodze przetargu, stała się Fundacja Tumult, organizator Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych CAMERIMAGE. Na zaintere-

O dofinansowanie w ramach programu „Kujawsko-Pomorskie - kreatywne wsparcie marki regionu” mogą wystąpić przedsiębiorcy, jednostki samorządu terytorialnego oraz publiczne uczelnie wyższe.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

12 

CZERWIEC 2014

maksymalnie uproszczony. Na jego wypełnienie wystarczy dziesięć minut, a zgłoszenie jest bezpłatne. Nie jest to absolutnie coś na podobieństwo generatora wniosków - zaznacza Kazimierz Suwała, zarządzający projektem z ramienia Fundacji Tumult. - My ze swej strony deklarujemy pomoc w  jego wypełnieniu. Następnie operator „kojarzy” obydwie strony i  po ustaleniu szczegółów gmina składa wniosek z  rekomendacją operatora do Urzędu Marszałkowskiego. Ostatecznie wniosek ów zatwierdza Zarząd Województwa, co nie będzie trwało dłużej niż kilka dni. Kluczową rolę odgrywa tu rekomendacja wniosku udzielona przez operatora. - Każdy zgłoszony do nas projekt filmowy będziemy rozpatrywali pod kątem możliwości lokowania produktu markowego województwa - podkreśla Kazimierz Suwała. - Ideą tego projektu jest bowiem promocja naszego regionu poprzez ów produkt. Z wkładem własnym O  dofinansowanie w  ramach projektu „Kujawsko-Pomorskie - kreatywne wsparcie marki regionu” mogą wystąpić przedsiębiorcy, jednostki samorządu terytorialnego oraz publiczne uczelnie wyższe (uczelnie prywatne traktowane są jak przedsiębiorcy). Ci pierwsi muszą mieć 30 proc. wkładu własnego, samorządy o  połowę mniej, a  uczelnie tylko 5 proc. Warto wiedzieć, że konkurs ma charakter otwarty, co oznacza że operator rozpatruje każdy wniosek od razu po złożeniu i nie musi czekać, aż uzbiera się ich określona ilość. Na razie z takiej formy promocji chcą skorzystać toruński UMK i bydgoski UKW. Zgłosiło się też parę gmin. - Zachęcamy wszystkich do pokazywania i promowania swojej oferty w ciekawy, niekonwencjonalny sposób - zachęca Kazimierz Suwała. - Proponowany przez nas sposób współpracy od wielu lat funkcjonuje na całym świecie. Producenci filmowi współpracują z przedsiębiorcami i instytucjami, a współpraca ta przynosi korzyści obu stronom.


region RODZAJE PLACEMENTU

Placementy i ich skuteczność

Firmy mogą lokować swoje produkty w filmach, serialach, programach tv na kilka sposobów.

„Ryzykowny interes” (1983) Komedia z 1983 roku nie tylko pomogła Tomowi Cruise, rozpocząć wielką karierę, ale również uratowała firmę Ray-Ban przed upadłością. Dzięki umieszczeniu słynnych obecnie wayfarerów w filmie, firma Ray-Ban sprzedała w tamtym roku 360 tys. par okularów i nie upadła. Dwa lata wcześniej firma sprzedała niecałe 18 tys.

„Transformers” (2007) Na potrzeby tego filmu, firma Chevrolet przekazała produkcji model chevrolet camaro, który - jak wiadomo - nie był zwykłym samochodem. Specjalnie przygotowany na potrzeby filmu, otagowany symbolem autobotów i wzbogacony o karoserię w ich stylu, wspierał całą trylogię. W rzeczywistości firma nie posiadała takiego modelu w swojej ofercie, jednak pojawienie się go w filmie spowodowało ogromne zainteresowanie, a klienci zaczęli się go domagać. W wyniku promocji na szeroką skalę pod koniec trzeciej części, firmie Chevrolet udało się sprzedać ponad 60 tys. modeli.

„Bezdroża” (2004) Komedia z 2004 roku, nie tylko stała się światowym hitem, ale również pomogła kilku firmom wypromować swoje wina. Marka The Blackstone odnotowała gigantyczny wzrost sprzedaży o całe 150 proc. po pokazaniu swoich win w tej produkcji.

13 

CZERWIEC 2014

Corporate placement - eksponowanie znaku towarowego (logo) firmy (budynek restauracji McDonald’s w „Piątym elemencie”). Generic placement - umieszczanie kategorii produktu lub usługi bez wskazania na konkretną markę (mleko w filmie „Leon Zawodowiec”). Wizualny placement - produkt, usługa lub logo jest pokazane na ekranie przez kilka sekund lub na dłużej bez konotacji słownej. Mówiony placement - produkt, usługa lub firma jest wymieniana w trakcie filmu. Taki placement jest bardziej efektywny i ma większy wpływ na widza niż wizualny. Głównie dlatego, że widz nie musi patrzeć w danym momencie na ekran, ponieważ informacja i tak do niego dotrze. Przykładem jest rozmowa Brada Pitta i Michaela Fassbendera w filmie „Adwokat” gdzie zamawiają w barze piwo marki Heineken. Plot/rekwizytowy placement - jest to placement, w którym bohater filmu bezpośrednio kupuje - trzyma w ręku dany produkt lub korzysta z usług konkretnej firmy. Ten rodzaj wiąże się z wykorzystaniem wizualnego i mówionego placementu. Mamy z nim do czynienia w sytuacji, gdy w filmie pojawia się konkretna marka np. okulary Ray Bann w filmie „Firma”.

475314TRTHC

Kiedy rozpoczęto produkcję remake’u filmu z 1969 roku firma BMW zobligowała się oddać 30 samochodów na rzecz produkcji, w tym słynne obecnie na całym świecie mini. Dzięki ogromnemu sukcesowi filmu i skutecznemu placementowi firma odnotowała 22 proc. wzrost sprzedaży modelu mini w porównaniu z latami wcześniejszymi. Do dziś mówi się, że prawdziwym bohaterem tego filmu jest samochód „Mini”.

Drugoplanowa (creative placement) - produkt (usługa) gra w tle filmu, pojawia się w rozmowach bohaterów. Brand placement - lokowanie konkretnej marki produktu lub usługi (samochód „Porsche” w filmie „Risky Business”).

„Włoska robota” (2003)

  KUJAWSKO-POMORSKI 

Pierwszoplanowa (on set placement) - produkt (usługa) gra w filmie wraz z głównymi bohaterami, a częstotliwość jego występowania jest bardzo duża.


region

Współpracować, by zawojować świat TEKST: JACEK KOWALSKI

Można być specjalistą w mało nośnej dziedzinie, a jednocześnie - stawiając na jakość produktów, szkolenia pracowników - wedrzeć się do ścisłej europejskiej czołówki firm swojej branży. Przykładem jest bydgoska firma BAS. Bo kto wie, że wytwarza jeden z najbardziej ekstremalnych, a przy tym niezawodnych produktów na ziemskim globie?

B

856114BDBRA

AS: firma specjalizująca się w kompleksowej obróbce blach. Wydawałoby się, że nie ma w tym nic fascynującego. Nie wywoła też grama ekscytacji lista certyfikatów jakości, jakimi chlubi się firma: ISO 9001(System Zarządzania Jakością), ISO 14001 (System Zarządzania Środowiskiem), ISO 3834 (Wymagania jakości dotyczące spawania materiałów metalowych), EN 15085 (Kolejnictwo - Spawanie pojazdów szynowych i ich części składowych). Dajcie nam szafkę ekstremalną! Ale zamknijcie na chwilę oczy i pomyślcie o morderczych upałach, sięgających 50 stopni Celsjusza. Pomyślcie o  drobnym piasku, wdzierającym się pod ubranie, wnikającym w każdą szczelinę, niszczącym sprzęt elektroniczny. I o nocnych chłodach, o temperaturach spadających nieraz poniżej zera. Pomyślcie o słońcu, o piasku, o zmiennych temperaturach - i spróbujcie postawić w takich warunkach metalową szafkę, w której wasz partner chce

Ale zamknijcie na chwilę oczy i pomyślcie o morderczych upałach, sięgających 50 stopni Celsjusza. Pomyślcie o drobnym piasku, wdzierającym się pod ubranie. schować swoje najcenniejsze hi-endowe elektroniczne komponenty. Dzięki nim Internet musi docierać w najbardziej ekstremalne pogodowo miejsca, a połączenie nie może być zerwane nawet na jedną sekundę choćby przy morderczej burzy piaskowej. Niewykonalne? Inżynierowie z  BAS robią takie szafki dla Alcatel-Lucenta. One naprawdę wiele wytrzymują - i to już jest ekscytujące. Tylko - jak   KUJAWSKO-POMORSKI 

14 

CZERWIEC 2014

się dochodzi do tego, żeby pasję przekuć w produkt najwyższej jakości? Jakość, nie - „jakoś” BAS powstał w 2001 roku na bazie jednego wydziału firmy BELMA. Od początku skoncentrował się na kompleksowej obróbce blach. - Bo albo można być dobrym w kilku dziedzinach, albo skoncentrować się na jednej i być w niej doskonałym - mówi prezes Jacek Kurkus. Od początku firma postawiła na jakość. Pierwsze certyfikaty jakościowe pojawiły się jeszcze w roku 2001. Systematyczne inwestowanie w kadrę, dopieszczanie jakości, przynosiło efekty - firma zaczęła się rozwijać. W roku 2002 roczne obroty firmy wynosiły 18 milionów złotych. W 2012 roku - już 110 milionów, a w ubiegłym roku aż 160 mln zł. Zatrudnienie w pierwszych latach kształtowało się na poziomie 120-200 osób. Dzisiaj BAS zatrudnia 700 osób, a  i  na tym nie koniec. W  2002 roku inwestycje w  firmie nie sięgnęły nawet miliona euro. W  2012 przekroczyły dwa


region

UŚCISK DŁONI PRZYPIECZĘTOWAŁ WSPÓŁPRACĘ: Z LEWEJ JACEK KURKUS (BAS), Z PRAWEJ - ANDRZEJ DULKA (ALCATEL-LUCENT)

„W końcu przyjdą” W firmie opowiada się historię pewnej transakcji, do której nie doszło. Kilka lat temu BAS chciał współpracować z  pewnym europejskim potentatem w swojej dziedzinie. Odpadł, bo byli zbyt mało znany. Ale potem postawił na śrubowanie jakości i po latach ten sam potentat zgłosił się do nich sam, bo - jak uznał - jakość reprezentowana przez bydgoską firmę skłoniła go do podjęcia tematu na nowo. Jacek Kurkus: - I tak to właśnie wygląda, tak się to właśnie robi, taka jest polityka firmy. Systematyczne budowanie jakości: inwestowanie w  jak najlepszą, najbardziej wykwalifikowaną załogę, dbałość o każdy szczegół, podnoszenie kwalifikacji ludzi (w firmie przeprowadza się systematyczne szkolenia z języka angielskiego dla inżynierów - przyp. red.) procentują zaufaniem najlepszych. Ci,

którzy się wahali z nami współpracować, w końcu się przekonali, że mają do czynienia ze specjalistą w swojej dziedzinie, zorganizowanym na europejskim poziomie, który ich nie zawiedzie podczas podboju światowych rynków. Ostatnim przykładem takiej kooperacji jest współpraca z  firmą Alcatel-Lucent. Światowy potentat - zresztą z  siedzibą w  Bydgoszczy - zamawia u  swego bydgoskiego partnera owe wytrzymałe szafki, które trafiają na m.in. Bliski Wschód, do Afryki. Bagatela: awaryjność takich

fot. Marta Szarogroder

LIDERZY WSPÓŁPRACY 2013 ROKU

  KUJAWSKO-POMORSKI 

15 

systemów musi wynosić 0 procent. Tak jest: zero. Toteż szafka, w której mieszczą się wyrafinowane telekomunikacyjne rozwiązania, a  którą produkuje BAS, musi mieć identyczny, ekstremalnie niski parametr wadliwości: zero. I oni w BAS dają z  tym radę, oni produkują tak wytrzymałe, niezawodne szafki. - I w ten sposób współpraca dwóch firm na poziomie lokalnym, firm o wielkiej klasie i doskonałej jakości produktów, daje efekty globalne - podsumowuje prezes Kurkus. Trudno o lepsze podsumowanie.

CZERWIEC 2014

856114BDBRB

miliony, choć i tak nie był to rekordowy rok. O takim możemy mówić w  kontekście daty 2008, gdy zainwestowano siedem milionów euro. - No, duży w tym udział środków z Unii Europejskiej, o które wielokrotnie wnioskowaliśmy i  - co ciekawe zawsze z sukcesem. Niech i to świadczy o tym, że stawiamy na najwyższą jakość w każdym szczególe - nie pozwolilibyśmy sobie tutaj na wypuszczenie niedopracowanego wniosku, opartego na nierealnym biznesplanie - mówi prezes Kurkus. Skuteczność została dostrzeżona, firmę uhonorowano wieloma nagrodami. Najważniejsze, to trzecie miejsce w  Polsce wśród średnich przedsiębiorstw za umiejętność i skuteczność wykorzystywania funduszy z unijnego budżetu 2004-2013 oraz drugie miejsce w Polsce w rankingu najbardziej innowacyjnych firm w  kategorii innowacji produktowych i technologicznych.

fot. Marta Szarogroder


innowacje

Biznes potrzebuje nauki. I odwrotnie Dlaczego plastikowy zderzak pęka? Nad tym głowił się jeden z bydgoskich producentów. Gdyby nie pomoc świata nauki, wciąż traciłby setki tysięcy złotych. - Podsunęliśmy mu fachowców, którzy wyjaśnili, jak poprawić feler - mówi Grzegorz Grześkiewicz z Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w Bydgoszczy, szef bydgoskiego laboratorium współpracy nauki i biznesu. TEKST: JACEK KOWALSKI

G

dyby nie współpraca między szkołą wyższą a biznesem, rozwiązania problemów technologicznych, z którymi borykają się takie firmy jak bydgoski CIMAT pochłonęłyby dużo czasu i pieniędzy. Jedni (uczelnie) wiedzą JAK robić, inni (biznes) mają na to pieniądze. Biznes szuka rozwiązań i wdraża nowości, naukowcy przekładają akademicką teorię na praktykę. W kontaktach jednych z drugimi skutecznie pomaga bydgoski inLAB - laboratorium współpracy nauki i biznesu.

giej - na zastrzyk finansowy dla ludzi nauki. Oba elementy zazębiają się; jedni potrzebują drugich jak powietrza. Kluczem jest uświadomienie sobie takiego stanu rzeczy. Pieniądze, pochodzące od biznesu, przydają się przecież na badania i rozwój prac naukowych, który z kolei owocuje nowymi rozwiązaniami dla biznesu. inLAB - czyli co? Innowacyjne Laboratorium Współpracy Nauki i Biznesu (w skrócie: inLAB) to nic innego, jak zwor-

35714BIBIA

Bez nauki - ani rusz Wiadomo, że głównym impulsem wzrostu produktywności w gospodarkach rozwiniętych są innowacje, oparte na solidnym fundamencie, tworzonym na bazie wiedzy, edukacji oraz działalności badawczo-rozwojowej. Doświadczenia państw o wysokim potencjale gospodarczym wskazują, że umiejętnie wykorzystana wiedza i innowacyjność pozwalają uzyskiwać przewagę konkurencyjną. Dlaczego więc wciąż tak słabo komunikuje się: biznes z nauką? - Wie pan, jeśli mam być szczery, to moglibyśmy osiągnąć znacznie więcej w naszych biznesach, gdybyśmy mieli lepszy dostęp do bazy naukowej bydgoskich uczelni i odpowiedniej aparatury badawczej - mówi w zaufaniu jeden z prezesów dużej bydgoskiej firmy, zrzeszony w Pracodawcach Pomorza i Kujaw. Dlatego inLAB jest najlepszym pomysłem na - z jednej strony pobudzenie lokalnego biznesu nowymi rozwiązaniami technicznymi, z dru-

  KUJAWSKO-POMORSKI 

16 

CZERWIEC 2014

nik pomiędzy światem nauki i światem interesów. Grzegorz Grześkiewicz: - Nawiązujemy kontakt, badamy potrzeby przedsiębiorców, przygotowujemy odpowiednie umowy i pozyskujemy źródła finansowania dla badań. Pokazujemy i jednym i drugim, że trudno im bez siebie funkcjonować. W Bydgoszczy inLAB działa przy WSG, w Toruniu - przy UMK. Za kilka tygodni powstanie kolejne 5 inLABów na terenie naszego województwa. Mówiąc językiem bardziej urzędowym: projekt realizowany jest przez PTE w ramach Programu Kapitał Ludzki pod nadzorem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Kujawsko-Pomorskiego, a jego celem jest opracowanie narzędzi służących poszerzeniu dopływu innowacyjnych


innowacje

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

Zgłoś się! Do inLABu wciąż można się zgłaszać, by szukać nowych rozwiązań dla swojej firmy. Oni pomogą je znaleźć. Jeśli ktokolwiek byłby zainteresowany, powinien kontaktować się pod adresem:

Na przykład: stal Wszystko brzmi niezwykle naukowo i nieprzystępnie. Ale tak naprawdę chodzi o rzeczy najprostsze: - Podam panu przykład współpracy biznesu i nauki, w jakim pośredniczyliśmy. Zgłosił się do nas jeden z dużych zakładów, zajmujących się obróbką stali. Zainstalowali wielkogabarytowe urządzenie do gięcia stali (jedno z największych tego typu w Europie). Niestety: słabym punktem urządzenia była duża niedokładność tłoczonych elementów. Narażało to producenta na straty, gdyż wytłoczenia, mające nawet kilka milimetrów niedokładności, mogły być reklamowane itp. Znaleźliśmy naukowca, który pomógł to rozwiązać: opracowano prototyp urządzenia do pomiaru kąta i korekty gięcia blachy w prasie o nacisku prawie 2 tysięcy ton. Oszczędności są bardzo wymierne - wyjaśnia doc. Piotr Szymański, który pełnił funkcję konsultanta merytorycznego w projekcie.

Doskonalić. Wciąż doskonalić… Ułatwianie kontaktów biznesu z nauką odbywa się wielotorowo. Jednym z takich torów są cykliczne, bezpłatne szkolenia dotyczące zastosowywania procedur powstałych w ramach projektu. Odbywają się w różnych miastach regionu; na początku czerwca były we Włocławku, Toruniu i Bydgoszczy. 10 i 16 czerwca odbędą się kolejne w Bydgoszczy (siedziba Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego; ul. Długa). Tematyka szkoleń opracowana została w oparciu o zdiagnozowane potrzeby i dotyczy zarządzania zespołem i kształtowania kompetencji pracowników laboratorium, marketingu usług badawczych, sprzedaży produktów, a także wdrażania procedur i pozyskiwania dofinansowania na działalność badawczo-rozwojową. - Przedstawicieli bydgoskich uczelni, chcących brać udział w tych szkoleniach, zapraszamy do kontaktu z naszym biurem - mówi Grzegorz Grześkiewicz. Najlepszym podsumowaniem działalności inLABu była majowa konferencja, odbywająca się w bydgoskim Holliday Inn. Wzięli w niej udział przedstawiciele laboratorium; ale prezentacje mieli także ludzie nauki i sektora przedsiębiorczego, który wdrażając nowości i rozwiązania proponowane przez naukowców, czynił ogromne oszczędności i zarabiał konkretne pieniądze.

lub Biuro Projektu inLAB - WSG, ul. Garbary 3, 85-229 Bydgoszcz, tel. (52) 567 00 62 inLAB@byd.pl

35714BIBIB

rozwiązań na rzecz gospodarki. Projekt realizowany jest w partnerstwie ponadnarodowym z Uniwersytetem Laurea z Finlandii. - Użytkownikami powstałych rozwiązań są i będą przede wszystkim uczelnie wyższe, ich studenci oraz pracownicy naukowi. Uczelnie będą mogły bezpłatnie zastosować rozwiązania opracowane w ramach projektu i uruchomić u siebie jednostkę inLAB - mówi Grzegorz Grześkiewicz.

Biuro Projektu inLAB - PTE, ul. Długa 34, 85-034 Bydgoszcz, tel. (52) 322 65 52, inLAB@pte.bydgoszcz.pl

  KUJAWSKO-POMORSKI 

17 

CZERWIEC 2014


844614BDBHA


463314TRTHA


rozmowa biznesu

Liczą się chęci, atmosfera, komunikacja… ROZMAWIA: KRZYSZTOF LIETZ

- W tej chwili jest doskonały okres, można robić fantastyczne rzeczy. Mamy możliwości, nigdy nie mieliśmy na to pieniędzy, teraz je mamy. Wystarczy tylko chcieć - mówi Teresa Kamińska, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej sp. z o.o.

Rządzi Pani od 2007 roku w PSSE, na którą składa się kilka podstref w na obszarze kilku województw. To ogromny majątek... Tak. Składa się na niego nie tylko majątek trwały, czyli budynki i ziemia. Mamy przecież Gdański Park Naukowo-Technologiczny, Bałtycki Port Nowych Technologii na restrukturyzowanych terenach byłej Stoczni Gdynia, całą infrastrukturę... Tak więc majątek jest rzeczywiście duży, lecz najważniejsza kwestia jest inna: inwestorzy i miejsca pracy. To największy majątek strefy, nie tylko pomorskiej. Jak Pani to wszystko ogarnia? To stereotyp, że biznes nie jest raczej domeną kobiet. Wystarczy zobaczyć, ile, tak naprawdę, jest kobiet w small biznesie, w rodzinnych firmach, aby tym stereotypem zachwiać. Ja, przychodząc do PSSE, musiałam się nieco przestawić. Strefa jest spółką skarbu państwa, spółką prawa handlowego, a więc nie ma tu żadnych dotacji, na wszystko trzeba zapracować, na pensje, na działanie, na utrzymanie i na rozwój. Dla mnie jest to fascynujące, bo tu na efekty dobrej pracy nie trzeba długo czekać. W całej PSSE największy udział powierzchniowo ma województwo kujawsko-pomorskie. Z czego to wynika? Czy my chcemy, aby jak najwięcej naszych terenów należało do strefy, a inni nie? - Województwo kujawsko-pomorskie jako ostatnie przystąpiło do tego projektu. Początkiem był Cristal Park z Sharpem w Ostaszewie (gmina Łysomice). Na aktywność w tej materii składa się kilka czynników. Po pierwsze: istotnie, w Kujawsko-Pomorskiem mamy bardzo dynamiczne samorządy, które chcą coś zrobić, bo zobaczyły, że strefa jest narzędziem lokalnego rozwoju. I nie chodzi tylko o miejsca pracy w strefie. To są też usłu-

gi, to jest infrastruktura, to jest cała działalność na rzecz lokalnej społeczności. Drugim elementem są tereny inwestycyjne. Region ma ich sporo. Trzeci element, który się tu pojawił, to autostrada A1. Kwestia komunikacji, energii i kadry to trzy decydujące elementy, które bardzo wpływają na decyzje inwestorów. Jeśli inwestor czuje w samorządzie wsparcie, czuje, że nie będzie miał problemów biurokratycznych czy jakichś politycznych przepychanek, to z chęcią tu zainwestuje. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że tu, w Kujawsko-Pomorskiem, pod tym względem jest naprawdę bardzo sprzyjająca im atmosfera. Proszę mnie przekonać, tak na chłopski rozum, dlaczego opłaci mi się, jako potencjalnemu inwestorowi, zainwestować w Pomorskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej?

Poruszanie się po biurokratycznych korytarzach w takich warunkach jest szalenie skomplikowane. Strefa jest pośrednikiem. TERESA KAMIŃSKA

PREZES PSSE SP. Z O.O.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

20 

CZERWIEC 2014

Jest wiele powodów. Po pierwsze, jeśli pan zapyta jakiegokolwiek inwestora, który kupuje sobie grunt pod inwestycję, w jakim terminie od momentu jego zakupienia może rozpocząć biznes, czyli, ile trwa przygotowanie pozwoleń, budowa infrastruktury, hal, rekrutacja i przygotowanie kadr oraz załatwianie wszystkich formalności, to przekona się pan, że pół roku, jaki oferuje na to wszystko strefa to, mówiąc młodzieżowym językiem „rekord toru”. Po drugie, wiadomo, że mamy dość skomplikowane prawo - szczególnie dla inwestorów zagranicznych. Poruszanie się po biurokratycznych korytarzach w takich warunkach jest szalenie skomplikowane. Strefa jest pośrednikiem, który odpowiada za kontakty z administracją, czy innymi urzędami. Strefa jest jego opiekunem w tym obszarze, odpowiada za niego, daje inwestorowi poczucie bezpieczeństwa. Samorząd, jeśli chce mieć strefę i chce, żeby ona działała, musi przestawić się na inne funkcjonowanie, bo my nie możemy czekać ileś tam miesięcy na decyzje. I, co bardzo wyraźnie podkreślam, nie chodzi tu o jakiekolwiek ulgowe traktowanie. Inwestorzy - zarówno polscy, jak i zagraniczni - działają na gruncie prawa polskiego. Ale inwestujący w strefie mają przecież specjalne ulgi. O tym za chwilę, bo teraz mówię o współpracy z administracją. Merytorycznie jest więc tak samo, natomiast chodzi oczywiście o terminy. Tu nie ma możliwości przedłużania procesu, bo dla inwestora czas to pieniądz. A więc wchodząc w strefę, wchodzi się w bardzo jasne kryteria. Trzecia sprawa to oczywiście ulgi. Ale to nie jest tak, że inwestorzy dostają jakieś pieniądze do ręki. Każdemu się wydaje, że w strefie wszystko dostaje się za darmo. Nieprawda. Inwestorzy, żeby dostać tę ulgę, czyli


rozmowa biznesu

odpis od podatku dochodowego, to po pierwsze, muszą wybudować tę fabrykę, zatrudnić ludzi, zacząć produkować i mieć zyski. I dopiero wtedy mogą korzystać z ulgi - wtedy, kiedy pojawią się zyski. Bardzo często spotykam się z opiniami, iż w strefie ktoś dostaje jakieś pieniądze, a potem nie rozpocznie działalności, a z pieniędzmi nie wiadomo, co się dzieje. To bzdura. Czasami słychać głosy, że firmy działające w strefie są niezdrową konkurencją dla innych. Co Pani na to? Przecież każdy może przystąpić do strefy i skorzystać z przywileju, czyli odpisu od podatku dochodowego. Pamiętać trzeba, że oprócz przywilejów są też obowiązki. Gdy ktoś wchodzi do strefy, czyli otrzymuje zezwolenie strefowe, musi się zobowiązać, jaki kapitał zainwestuje i ile miejsc pracy stworzy. Musi też je utrzymać. Inwestor poza strefą nie ma tych obciążeń. Ale przyzna Pani, że dolina krzemowa z Sharpem na czele w Łysomicach nie wypaliła? Mamy w Kujawsko-Pomorskiem 580 hektarów w strefie i naprawdę to dobrze działa. Ale rzeczywiście, ten początek w Łysomicach nie był może najszczęśliwszy, bo tak się ułożyło, że wokół dużego Sharpa posadowili się jego podwykonawcy. Ten model nie sprawdził się w obliczu kryzysu. W momencie, kiedy Sharp zaczął padać, podwykonawcy zaczęli też tracić możliwość działania. Dzisiaj część firm sprowadzonych przez Sharpa z wielkim trudem, ale znalazła swoje miejsce na rynku. Kryzys zweryfikował jednak ten model. Czy lukę po Japończykach uda się załatać? Ona już jest zapełniona polskimi, a dokładnie: kujawsko-pomorskimi firmami. Czy część PSSE w granicach województwa kujawsko-pomorskiego to dobra część strefy? Zdecydowanie tak. Nawet biorąc pod uwagę ten wciąż przytaczany łysomicki przykład. Nikt nie mówi o firmie Plastica pod Kowalewem, o Włocławku, gdzie firmy przyszły ze świetnymi technologiami, czystymi środowiskowo, czy o Bydgoskim Parku Technologicznym, gdzie mamy superinnowacyjne firmy. Zawsze się oczywiście patrzy na całość przez pryzmat Łysomic. Przecież

gdy ktoś mówi, że były ofiary Fukushimy. To nie tak, to były ofiary tsunami. Manipulowanie świadomością jest czasami dość skuteczne. Uważam, że tego typu inwestycja to ogromne, gospodarcze i cywilizacyjne koło zamachowe. Powstanie MARZY MI SIĘ, ŻEBY UDAŁO SIĘ NAM WYKORZYSTAĆ SZANSĘ, KTÓRĄ TERAZ MAMY - MÓWI TERESA KAMIŃSKA

w gruncie rzeczy mamy tam świetnie uzbrojony teren i mamy doświadczenie. Wartością dodaną, z dużym trudem budowaną, są też zatrudnieni tam kiedyś pracownicy. Ci ludzie już w każdym przemyśle wysokotechnologicznym będą poszukiwanymi pracownikami, bo przeszli bardzo trudny okres docierania się jeśli chodzi o japońską kulturę pracy. Nie chodzi tylko o sprawy techniczne, gdzie mieli do czynienia z niespotykaną wcześniej bardzo wysoką technologią, ale też o przepaść kulturową, mentalną. Zobaczymy, że jak minie termin półrocznego bezrobocia, nikt z nich nie zostanie bez pracy. Czy w Kujawsko-Pomorskiem są dzisiaj jakieś tereny czekające na ustanowienie ich strefą? Jest dużo świetnych miejsc, ale najczęściej mają one jeden problem - nie ma zjazdów z autostrady. Teren jest wartościowy inwestycyjnie nie dlatego, że koło niego biegnie autostrada, ale dlatego, że ma on z nią dogodne połączenie. PSSE to również słynny Żarnowiec,w województwie pomorskim, gdzie w latach 80. ubiegłego wieku rozpoczęto i nie dokończono budowę elektrowni atomowej. Co się tam dzieje, czy jest szansa, żeby powstała tam elektrownia atomowa nowej generacji? Szansa jest, bo to był teren naprawdę świetnie wybrany i przebadany. Teraz oczywiście istnieje konieczność aktualizacji tych badań. Natomiast tak naprawdę, to wszystko zależy od woli politycznej. Uważam, że szkoda, że przerwano tę budowę. Ale był Czarnobyl, trudno. Dzisiaj mamy na świecie naprawdę świetne technologie, chociaż Fukushima trochę popsuła pozytywne myślenie o atomówkach. Tamtejsza elektrownia miała być w krótkim czasie w ogóle wyłączone, bo należała do najstarszych. Nikt jednak nie przewidział takiego tsunami. Tam nie było awarii elektrowni, a ogromna siła tsunami. Ja bardzo często walczę z nadużyciami,   KUJAWSKO-POMORSKI 

21 

CZERWIEC 2014

takiej elektrowni powoduje kompletnie inne funkcjonowanie uczelni, uruchomienie najwyższych technologii - również w małych i średnich przedsiębiorstwach. To są świetne drożdże rozwojowe. Co tam się teraz dzieje? To są dziś tereny Polskiej Grupy Energetycznej. Myśmy jako strefa odzyskali je od spółek, które tam były, ale kompletnie nic nie robiły. Teraz PGE z ramienia rządu ma tą inwestycją zarządzać. Tereny PSSE są rozsiane po czterech województwach, jest Pani w ciągłych rozjazdach. Ma Pani czas na urlop? Nie mogę powiedzieć, bo bym się naraziła PIP. Jakie są Pani marzenia zawodowe? Marzy mi się, żeby udało nam się, jako Polsce, wykorzystać szansę, którą teraz mamy. Żeby zdarzyło się coś takiego, że każdy dostrzeże, co może zrobić i będzie współdziałał, żebyśmy wspólnie z tej perspektywy unijnej naprawdę zrobili skok cywilizacyjny. Ja wiem, że to brzmi strasznie patetycznie, ale z perspektywy prezesa strefy naprawdę świetnie widać, ile rzeczy można zrobić. Uważam, że w tej chwili jest fantastyczny okres, chociaż w atmosferze pewnej frustracji nam to, być może, gdzieś ginie. Naprawdę, w Polsce można robić fantastyczne rzeczy. Mamy możliwości, nigdy nie mieliśmy na to pieniędzy, teraz je mamy. Naprawdę, wystarczy tylko chcieć. A prywatnie? Prywatnie jedynym w tej chwili marzeniem jest to, żeby wnuczka urodziła się zdrowa.


felieton

Rozprawka o metodzie Cała ta historia ma znaczenie zdecydowanie szersze. Dotyczy bowiem także życia. PROF. LESZEK DZIAWGO

W biznesie, i nie tylko, jedną z kluczowych kwestii jest doświadczenie. Kompetentne osoby zawsze cenią je bardzo wysoko. Dzisiaj pokuszę się o pewne uogólnienia, związane z tematem doświadczenia w biznesie. Wezmę pod uwagę argumenty wielu przyjaciół i znajomych, którzy skutecznie prowadzą działalność gospodarczą. Wykorzystam też własne spostrzeżenia z wieloletniej obecności w nauce i biznesie.

Poszczególne komponenty doświadczenia podlegają konserwacji, ale też pewne komponenty wymieniane są na doświadczenia nowsze, chociaż nie zawsze lepsze. Trzeci etap to funkcjonowanie pomimo doświadczenia. Okazuje się, iż nagromadzone doświadczenie może być czasami pewnym balastem. Nieco nawet paraliżującym śmiałe wizje. Niestety, kontynuowanie działalności w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości wymaga jednak stale świeżego spojrzenia i podejmowania wyzwań, a zdobyte dotąd doświadczenie nie zawsze to ułatwia. Dotyczy bowiem na ogół przeszłości. Zdarza się, że dawniejsi innowatorzy stają się hamulcowymi. Tak bywa.

Otóż w pracy zawodowej można wskazać na trzy etapy kariery związane z doświadczeniem: - etap I: bez doświadczenia, - etap II: z doświadczeniem, - etap III: pomimo doświadczenia. Pierwszy etap znany jest z trzech aspektów. Jeden z nich to pewien trudny romantyzm. Pierwsze kroki w poważnej działalności. Dreszczyk emocji. Inny aspekt to konieczność szybkiego nadrabiania, aby dorównać konkurencji, a więc nabywanie doświadczenia. Kolejny aspekt to sukces odnoszony także z uwagi na niepełną świadomość ograniczeń, które w zasadzie powinny nas zatrzymać. Przecież nie wiedzieliśmy, że tego czy owego miało nie dać się wykonać.

prof. Leszek Dziawgo jest szefem Katedry Zarządzania Finansami na Wydziale Nauk Ekonomicznych UMK, a także członkiem Prezydium Komitetu Nauk o Finansach PAN

Etap drugi to funkcjonowanie w oparciu o doświadczenie. Wcale nie jest całkiem łatwo, ale działa już efekt przewagi. Jednak kapitał doświadczenia podlega pewnym przemianom.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

22 

CZERWIEC 2014

Jednak najważniejsze, aby nasze doświadczenie nauczyło nas, aby pozostać otwartym na nowe możliwości i zdobywać nowe doświadczenia. Taka właśnie lekcja z doświadczeń jest pewnie najwartościowsza. Cała ta historia z doświadczeniem, choć przedstawiona na przykładzie biznesu, ma jednak znaczenie zdecydowanie szersze - uniwersalne. Dotyczy bowiem także życia, a biznes był tu tylko dobrym pretekstem, aby ten temat poruszyć.


113814T2BBA 5314T4JBA

184 miejsca noclegowe 250 miejsc konferencyjnych Ogr贸d letni Bulwar Club


felieton

MARIANNA MÓWI: C’EST FINI! Francja przestała kupować smartfony. W ogóle przestały ją bawić telefony z dużym wyświetlaczem, płaskie jak brzuch Victorii Beckham. Jakkolwiek by patrzeć - byliśmy pierwsi! U nas stare komórki wciąż przecież idą jak woda. JACEK KOWALSKI

Puls Biznesu donosi w jednym z weekendowych wydań, że producenci smartfonów zaczynają coraz gwałtowniej kręcić głowami, że niby nie rozumieją nowej rzeczywistości. Otóż produkują przecież maszyny, które nie tylko cieszą oko kształtem, wysmakowaną formą czy paletą barw, zmieszczoną na ekranie. Nie tylko można z nich przecież zatelefonować po pizzę, ale też sprawdzić jej cenę, a - o ile nie jesteście terrorystą o międzynarodowej renomie i nie boicie się namierzania przez satelitę - możecie też znaleźć łatwo pizzerię, a potem do niej swobodnie pospacerować (cały czas zakładając, że nie ściga was Interpol). Co z tego? - mówią Francuzi (po francusku, ma się rozumieć), skoro bateria nie trzyma w tym wymyślnym pudełku dłużej niż dzień, a jak to to spadnie na podłogę, to efekty są porównywalne z wynikami wyborczymi Jacka „Bydgoszczu” Rostowskiego: żałość. Francuz - wiadomo - sybaryta; lubi napić się wina, a potem napity łazi po Montmartrze - tu się przewróci, tam usiądzie nieopatrznie na jakichś sztalugach malarza... Nowoczesna komórka takiego stylu bycia nie wytrzymuje. Toteż - jak donosi Puls Biznesu - Francuzi skłonni są płacić nawet tysiąc euro za stare modele Nokii (najlepiej sprzedaje się nokia 8210), byleby tylko akumulator trzymał tydzień i żeby ustrojstwo wytrzymywało znacznie więcej, niż pacnięcie beretem paryskiego kloszarda. No i jeszcze kwestia starzejącego się społeczeństwa: przeciętny Francuz ma pod 60.; gdzież jemu tam w głowie muskanie palcami po klawiaturze iPhone’a, celem napisania SMS-a. On musi mieć po prostu telefon z klawiaturą, żeby

Jacek Kowalski dziennikarz, redaktor prowadzący Biznes Kujawsko-Pomorski

  KUJAWSKO-POMORSKI 

24 

CZERWIEC 2014

zadzwonić i już. Bez udziwnień i bez tego cholernie smutnego „oh, lala!” nad każdą ryską na ekranie. Toteż Francja mówi słabym, ale ładnym telefonom gremialne „c’est fini”! Czyli „dosyć!” Rankingi są porażające. Zaraz po nokii 8210 (średnia cena blisko 60 euro) idzie motorola startac 130, która pojawiła się na rynku w 1998 roku (180 euro), oraz ericsson A2628 (80 euro). Wszystko w przeliczeniu na złotówki zaczyna się od jakichś 250 zł, kończy na 4,5 tysiąca - bo - jako się rzekło - i po tysiącu euro chodzą nad Sekwaną niektóre vintage’owe modele. Szanowni Francuzi, Szanowne Francuzki - zapraszamy nad Wisłę. Tutaj mamy Wasze ukochane modele za znacznie mniejsze pieniądze. I czyż muszę dodawać, że my pierwsi - z konieczności, bo przecież nie z miłości do stylu vintage - zaczęliśmy lansować stare komórki? Przejdźcie się po komisach z takim sprzętem - wciąż znajdziecie tam modele, które wielkością i wagą przypominają relikwiarz na kość udową świętego Albina. I mają wzięcie! Mówię o telefonach, nie relikwiarzach. Jakże więc nie spuentować, że tym razem jest odwrotnie: wyjątkowo moda z Polski trafiła do Francji. Wyjątkowo my narzucamy trendy nad Sekwaną. I trudno mi nie podejrzewać - znając spryt rodaków - że nie idzie tu o nic innego, jak tylko o to, żeby iPhone’y oraz wszystkie takie inne telefony straciły u nich na cenie. I zobaczycie: wkrótce tak się stanie. A wtedy my cichcem, cichcem pojedziemy wszyscy do Francji i wykupimy cały ten towar za bezcen. I to się nazywa mieć łeb do interesów. Czyli po nowemu: „ekonomia”.


CIMAT na now ym

TEKST: JACEK KOWALSKI

Stały rozwój to nowe wyzwania, a te powodują, że firma musi się rozrastać. Po 27 latach działalności CIMAT przenosi lwią część swojej fabryki do parku przemysłowego. - Stale jeszcze jesteśmy w trakcie przenosin, ale produkcja w Parku już idzie normalnym trybem - mówią właściciele. Ale uwaga: firma będzie działała także pod swoim dotychczasowym adresem, przy ul. Spornej. Jak to się zaczęło CIMAT to rdzennie bydgoska spółka założona w 1987 roku, której kadra wywodzi się po części z pracowników naukowych dawnego ATR-u (teraz UTP), mająca za sobą lata współpracy z największymi firmami - głównie z branż motoryzacyjnej i lotniczej (patrz: ramka). Firma zajmuje się produkcją, sprzedażą oraz remontowaniem wyważarek dla przemysłu, m.in. samochodowego, lotniczego, energetycznego, stoczniowego oraz firm rzemieślniczych. To bardzo precyzyjne i zaawansowane technologicznie maszyny. - Jeśli miałbym to wartościować, powiedziałbym, że jesteśmy w swojej branży jedynym producentem w Polsce i jednym z kilku na świecie - mówi prezes spółki, Andrzej Topoliński. Produkty CIMAT-u dostępne na wszystkich kontynentach. - Eksportujemy do ponad 50 krajów świata. Bo i firma ma serwisy i przedstawicieli handlowych, rozsianych dosłownie po całym świecie: w Portugalii, USA, Hiszpanii, Niemczech, Rosji, Chinach, Włoszech, Zjednoczonych Emiratach Arabskich - wylicza prezes Topoliński. CIMAT wystawia się na największych targach motoryzacyjnych, m.in. we Frankfurcie, Moskwie, Dubaju czy Poznaniu, a obecnie przymierzamy się do powiększenia sprzedaży na rynkach tureckim, rosyjskim i ukraińskim.

Sporna „idzie” pełną parą… - W zakładzie przy ul. Spornej rocznie produkuje się około 300 maszyn. Cena najprostszej wynosi blisko. 50 tys. zł, najdroższej - nawet pół miliona złotych. Liczba zamówień stale rośnie. Dlatego dotychczasowa siedziba zrobiła się zbyt ciasna. Zarząd spółki podjął decyzję o budowie drugiego zakładu w parku przemysłowym, konkretnie - przy ul. Raczkowskiego. Roboty rozpoczęły się w lipcu ubiegłego roku, a miesiąc temu dobiegły końca. Hala ma powierzchnię 1,5 tys. metrów kwadratowych, a dodatkowo zbudowaliśmy o połowę mniejszy powierzchniowo budynek biurowo-produkcyjny. Wciąż będziemy jednak prowadzić równoległą działalność w dotychczasowej siedzibie - zastrzega Topoliński. …ale trzeba się rozwijać Obecnie w firmie pracuje niemal 60 osób. CIMAT produkuje z wykorzystaniem bardzo szerokiego outsourcingu, dając zatrudnienie kolejnym kilkuset osobom. Od lat spółka jest klasyfikowana na liście Diamentów Forbesa, wyróżniającej firmy o najszybszym rozwoju. W 2013 roku w kategorii firm o przychodach do 50 milionów z województwa kujawsko-pomorskiego złotych CIMAT zajął szóste miejsce (na 122 sklasyfikowanych w tejże kategorii). - Jesteśmy już marką - mówi prezes Topoliński. W związku z przenosinami firma poszukuje nowych pracowników: konstruktorów elektroników, konstruktorów mechaników, programistów, ślusarzy.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

25 

CZERWIEC 2014

Zaczęło się na ATR Historia firmy zaczyna się, gdy w pierwszej połowie lat 80. trzech pracowników naukowych ówczesnej Akademii TechnicznoRolniczej otrzymuje grant na badanie zagadnienia „wyważanie w łożyskach własnych”. Chodziło o to, żeby wyważać wirniki np. wentylatorów bezpośrednio we własnych łożyskach, tzn. w fabrycznej obudowie. Kwestią zajmują się: Ludwik Ciołczyk, Mirosław Malec i Andrzej Topoliński. Cała trójka pracuje naukowo, zajmując się wyważaniem. W końcu budują przenośny przyrząd o wyważania. Jako rzeczoznawcy NOT-u jeżdżą po całej Polsce i świadczą usługi wyważania. Topoliński: - Nabraliśmy doświadczenia w posługiwaniu się sprzętem i poznaliśmy potrzeby naszego przemysłu i rzemiosła w dziedzinie wyważania. Ale też ciągle spotykaliśmy się z pytaniem, gdzie taką aparaturę można kupić. W 1987 roku postanawiają, że będą ją robili i sprzedawali. Powstaje CIMAT.

859814BDBRA

CIMAT przenosi się do parku przemysłowego


rozmowa biznesu

W domu Nie rozmawiam o firmie - To nieprawda, że dojść do czegoś można jedynie lewymi układami, czy po znajomości. Jesteśmy niezależni, mamy własne idee, własne pomysły i dzięki nim możemy się rozwijać

- mówi Romuald Gierszal, założyciel, właściciel i prezes firmy Optiguard. ROZMAWIA: KRZYSZTOF LIETZ Firma Optiguard Spółka z o.o., zlokalizowana w Toruńskim Parku Technologicznym, należy dzisiaj do ścisłej, światowej czołówki firm, specjalizujących się w dostarczaniu zaawansowanych systemów chroniących i prezentujących towary na otwartych ekspozycjach sklepowych. Złota Kareta „Nowości” dla Pana w kategorii przedsiębiorczość, finał prestiżowego konkursy Ernst & Young na Przedsiębiorcę Roku, I nagrody w konkursie „Parkowe Orły 2012” dla najbardziej innowacyjnej firmy, ulokowanej w parku technologicznym i „Parkowe Orły 2013” dla najbardziej innowacyjnej firmy, zlokalizowanej na terenie ośrodków innowacji i przedsiębiorczości, to niezły dorobek. Dochodziliśmy do tego powoli, mozolną pracą... Jedno wiem na pewno - bez zgranego zespołu byłoby to niemożliwe. Nie zaczynał Pan jednak od zera, zakładając firmę miał już spory bagaż doświadczeń.

Zgadza się, ale w Polsce zaczynałem na początku lat 90. od małej firemki, zajmującej lokal o powierzchni 40 mkw. przy ulicy Osadniczej 13 w Toruniu. Tam musiał się zmieścić jeden handlowiec, jeden technik.

doba jest za krótka. Rozpoczęliśmy od założenia firmy jednoosobowej i sprzedaży standardowego produktu, którym były bramki. Mieszkaliśmy wówczas z żoną w Hamburgu, a ja dojeżdżałem stamtąd do Polski.

Biznesowe pierwsze kroki stawiał Pan jednak w Niemczech... Po emigracji, już pod koniec lat 80., pracowałem na poważnym stanowisku w Hamburgu, w firmie zajmującej się dystrybucją sprzętu komputerowego. W owym czasie firma ta borykała się z różnymi problemami - więc straciłem pracę. Stanąłem przed dylematem: albo szukać znowu pracy najemnej, albo założyć własną firmę. Razem z żoną, bo jesteśmy teamem również w biznesie, podjęliśmy decyzję o założeniu własnej firmy. Proszę sobie wyobrazić, że zastanawiałem się wtedy, co ja będę przez cały dzień robił, czy ja będę miał odpowiednio dużo pracy. Po kilku miesiącach przekonałem się, że moje obawy były bezzasadne - okazało się, że

Ile lat był Pan za granica? Około 17. Nie, zaraz: trochę dłużej. Czemu nie robił Pan tego interesu w Niemczech, a wrócił do Polski? W pewnym momencie, chyba w 1995 r., stwierdziliśmy, że moje coraz częstsze wyjazdy do Polski na tydzień, dwa nie gwarantują ani spokoju rodzinnego, ani obsługi klienta na właściwym poziomie. Doszedłem do przekonania, że tracą na tym wszyscy - i rodzina, i klienci. Autostrad jeszcze wtedy nie było, były za to granice. Dojazd z Hamburga nie był taki łatwy jak dzisiaj. W Polsce od razu zaczynał Pan od systemów zabezpieczeń...

OPTIGUARD BYŁ WIELOKROTNIE NAGRADZANY, M.IN. PRZEZ FIRMĘ ERNST & YOUNG, CZY STOWARZYSZENIE ORGANIZATORÓW OŚRODKÓW INNOWACJI I PRZEDSIĘBIORCZOŚCI W POLSCE

ZŁOTE KARETY 2013 „Parkowe Orły 2012” i „Parkowe Orły 2013”

  KUJAWSKO-POMORSKI 

26 

CZERWIEC 2014


rozmowa biznesu Jeszcze będąc w Hamburgu sprzedawaliśmy komputery, ale w pewnym momencie dostrzegliśmy, że to nie jest branża dla nas, że trzeba coś zmienić. Szukaliśmy nowego produktu, czegoś, co nie jest jeszcze tak popularne. W końcu stwierdziliśmy, że systemy zabezpieczeń to jest to. Wtedy jeszcze ekspozycje sklepowe były zamknięte, przeważała sprzedaż zza lady, ale nadchodziły czasy otwartych ekspozycji. Powstawał problem jak zabezpieczyć produkty przed kradzieżą, aby jednocześnie możliwe było ich testowanie. I tak postawiliśmy na systemy antykradzieżowe. Usystematyzujmy więc Pańskie antykradzieżowe królestwo... Pierwszą spółką była firma Optiguard Handels, działająca jeszcze w Niemczech, później powstała Optiguard Maria Gierszal, do dzisiaj zajmująca się produkcją, a na końcu Optiguard Spółka z o.o., w której dzisiaj rozmawiamy i która zajmuje się całą dystrybucją. Dzisiaj mamy mocną pozycję w Niemczech, gdzie dystrybutorem, bez żadnych pośredników jest firma Optiguard Handels. W pozostałych kilkudziesięciu krajach Europy i świata sprzedażą zajmuje się Optiguard sp. z o.o., a Optiguard Maria Gierszal produkuje dla nas dosłownie wszystko, co potrzebne. To jest dla nas optymalny układ.

- W Polsce trudno powiedzieć, gdzie nie pracują. Jeśli dobrze pamiętam, pierwszy w kraju nasz system kabelkowy zamontowano w Media Markt w Gdańsku. Na świecie jesteśmy obecni w kilkudziesięciu krajach, nawet w Argentynie, Arabii Saudyjskiej, na Madagaskarze. Podobno Optiguard ma jakiś udział w pracach nad budową czujnika do badania osób po udarze mózgu? To jest troszeczkę inny obszar, ale tak. W kooperacji z UMK i Akademią Medyczną w Gdańsku pracujemy nad czujnikiem do urządzenia, które będzie pomagało w monitorowaniu osób po udarze. Ilu pracowników zatrudnia Pańska firma? 100 osób. Czy w Polsce można robić dobre interesy? Mam nadzieję, że po nas widać, że tak. Nie jest prawdą, że jedynie lewymi układami, czy po znajomości można do czegoś dojść. My jesteśmy niezależni, mamy własne idee, własne pomysły i dzięki nim możemy rozwijać się i nie oglądać na konkurencję. Jeździmy na targi praktycznie na całym świecie i obserwujemy, jak największe marki w naszej branży patrzą na nas i podglądają ze strachem, co

tym razem nowego wymyśliliśmy. Na EuroShopie w Düsseldorfie zaczynaliśmy 4 lata temu z 9-metrowym stoiskiem i byliśmy dumni, że się w ogóle pokazujemy, a ostatnio mieliśmy już stoisko 70 mkw. i odwiedzała nas cała światowa elita z branży. Proszę powiedzieć, czy trudno jest pogodzić rolę szefa ekspansywnej firmy z życiem rodzinnym? Ma Pan czas na rekreację, wakacje, bo często słyszę, że mając własną firmę nie ma na to czasu. Praca z pewnością jest znaczną częścią życia, ale nie jest celem samym w sobie. Jestem przekonany, że sama praca nie czyniłaby mnie szczęśliwym. Myślę, że utrzymanie harmonii między pracą, rodziną, swoim prywatnym życiem jest rzeczą absolutnie konieczną - jest odskocznią. Powiem więcej - ma się więcej energii, jak się gdzieś wyjdzie z pracy, zapomni o niej. Wtedy wchodzi się do firmy ze świeżością, z nowymi pomysłami. Pana żona też pracuje w Optiguard, rozmawiacie w domu o firmie? Zdarza się, ale unikamy tego. Żona jest wyjątkowo wrażliwa, ma takie socjalne spojrzenie i jeśli podejmę jakąś decyzję, bez należnej, jak to ona postrzega, wrażliwości, to mnie prostuje i z reguły osiąga swój cel.

Na czym polega sukces firmy Optiguard? Szczęście, biznesowy nos, umiejętność poszukania sobie niszy... Wszystko po trochu. Staramy się wyprzedzać konkurencję. Zastanawiamy się, co się może wydarzyć w naszej branży za rok, dwa, trzy, a także nie przywiązujemy się kurczowo do jednego produktu, nawet gdy jest on dzisiaj świetnie przyjmowany. Proszę wyjaśnić, co to takiego elektroniczny system antykradzieżowy. Wszystko zaczęło się od zmiany trendów w ekspozycjach sklepowych - towar ze szklanych gablot został przeniesiony na półki. W pierwszej fazie chodziło tylko o ochronę towaru przed kradzieżą. Dzisiaj celem jest zwiększenie sprzedaży - ochrona przed kradzieżą przestała być jedynym parametrem. Dlatego nasze produkty muszą być też ekspozytorami. W naszej ofercie znajdują się: alarmy sklepowe, liczniki klientów, bramki antykradzieżowe we wszystkich dostępnych technologiach. Oferujemy też oprogramowanie do naszych urządzeń, czyli tzw. wartość dodaną. Jako jedni z pierwszych wprowadziliśmy system, który zarządza całą ekspozycją w sklepie, monitoruje ją. Posiadamy również system, który potrafi nie tylko zliczyć liczbę podniesień, ale też wyświetlić prezentację na temat podniesionego produktu na zintegrowanym monitorze.

PRACA JEST CZĘŚCIĄ MOJEGO ŻYCIA, NIE CELEM - MÓWI ROMUALD GIERSZAL

Gdzie produkowane przez Optiguard systemy pracują?

  KUJAWSKO-POMORSKI 

27 

CZERWIEC 2014


r ynek pracy

Jak dorosnę, zostanę teletutorem Umberto Eco pisał w 1997 roku, że noszenie różnych rozmiarów telefonu komórkowego oznacza większe wydatki na kaletnika. No dobrze, ale kto to jest kaletnik? Nie ma już kaletników, pojawiają się nowe zawody. Za kilka-kilkanaście lat będzie ich jeszcze więcej. Niektóre zupełnie dziś nieznane. TEKST: JACEK KOWALSKI

  KUJAWSKO-POMORSKI 

28 

CZERWIEC 2014


r ynek pracy

Tu będzie robota w okolicach 2020 r.

C

o to znaczy „zawód przyszłości”? Z jednej strony to ten, który - według prognoz - pojawi się wkrótce na rynku lub już powoli nań wchodzi, ale nie będzie miał dominującej pozycji. Z drugiej - jest to profesja, w którą można zainwestować, bo wkrótce - za pięć, dziesięć czy piętnaście lat - będzie rozchwytywana. Tak już jest, że jedne zawody znikają, inne się pojawiają. W ciągu ostatnich dziesięciu lat w Polsce pojawiło się kilkanaście nowych profesji, które mogą pretendować do tytułu wschodzących gwiazd na rynku pracy.

Zostań mechatronikiem Duży baner na jednej z bydgoskich uczelni zachęca do tego, by obrać sobie zawód mechatronika. I to on właśnie otwiera listę nowych zawodów z dużą przyszłością. To skrzyżowanie mechanika, elektronika i informatyka. Mechatronika znajduje zastosowanie wszędzie tam, gdzie pojawia się skomplikowana aparatura - np. medyczna, obrabiarki sterowane numerycznie itp. - Dziś wszędzie mamy mechatronikę - mówi Artur Grochowski, mechatronik w firmie FESTO, obsługujący obrabiarkę numeryczną. Artur jest okropnie zajęty, dzisiaj pracuje w Zielonej Górze, jutro we Wrocławiu, a pojutrze w Warszawie. - Rzeczywiście, mam sporo roboty - śmieje się Grochowski. - Ale teraz już tak jest - będzie jej przybywało z roku na rok. W końcu mechatronika nas otacza coraz szczelniej. Mechanik w warsztacie podchodzi do pańskiego samochodu z laptopem, a nie z kluczem francuskim. I jest właśnie mechatronikiem! Tajemniczość wpisana w zadania Inny nowy zawód z przyszłością: „mystery client” lub „mystery shopper”. Czyli „tajemniczy klient” - osoba bez twarzy, bez nazwiska, którą wynajmują korporacje, aby sprawdziła na własnej skórze jakość obsługi w oddziałach firmy. Z Marią spotykam się na stacji benzynowej pod Toruniem. - To ta sama stacja, na której kilka miesięcy temu urządziłam dziką awanturę, bo zabrakło mojej ulubionej gumy do żucia - śmieje się dziewczyna. Wygląda niepozornie - nikt nie uwierzyłby, że jest pracownicą jednej z dużych firm, wysyłających „tajemniczych” na misje specjalne. - To ciężki kawałek chleba. Wchodzisz do hotelu, na stację, do sklepu dużej sieci i musisz sprawdzić, jak obsługa traktuje „zwykłego” klienta. Wszystkie chwyty dozwolone. Możesz więc kląć, możesz domagać się czegoś, czego akurat nie ma - i pilnie zapamiętujesz reakcje personelu. Jeżeli traktują cię po grubiańsku, musi się to znaleźć w raporcie.

• robotnik obróbki skóry • górnik i robotnik obróbki kamienia • rolnik upraw polowych • rolnik produkcji roślinnej i ogrodnicy • pracownik żeglugi i lotnictwa • rybak pracujący na własne potrzeby • operator maszyn hutniczych • robotnik produkcji wyrobów włókienniczych, odzieży i pokrewni • kowal, ślusarz i pokrewni • operator maszyn i urządzeń wydobywczych i pokrewni • robotnik obróbki drewna, stolarz

Po moich „akcjach” paru kierowników stacji i hoteli straciło już posady. Czy firmom opłaca się zatrudniać „szpiegów”? Tak. Bowiem pozyskanie nowego klienta - jak szacują koncerny - kosztuje pięć razy więcej niż utrzymanie dotychczasowego, a zadowolony klient ma moc dziesięciu przeciętnych. Zadowoleni wracają i przekazują swoje spostrzeżenia innym. Klient może jednak nie mieć okazji do przekonania się o dobrej jakości towaru lub usługi, jeśli zrazi go nieprofesjonalna obsługa. - Klient rzadko narzeka na złą obsługę. Dziewięciu na dziesięciu niezadowolonych klientów nie wnosi skarg, jednak siedmiu z nich już nigdy nie powraca. Typowy niezadowolony konsument podzieli się doświadczeniami z ośmioma znajomymi, którzy przekażą tę informację kolejnym. Zajmij się relacjami ze swoimi klientami. Ich jakość ma kluczowy wpływ na efekty osiągane przez Twoją firmę - przekonują na swojej stronie internetowej pracownicy firmy Secret Client, wypożyczającej koncernom „tajemniczych”. „Tutor”, ale „tele”… Tak zazwyczaj reagują znajomi teletutora, gdy ten opowie, jaki zawód wykonuje. Trudno im się dziwić. Dzwonię do telewizyjnego potentata w telewizyjnym kształceniu. - Czy mogę rozmawiać z którymś z teletutorów? - pytam. - A co to za cholera? - odpowiada mi mężczyzna w sekretariacie rektora. Dopiero po wyjaśnieniu okazuje się, że sprawa jest banalna: teletutor to po prostu wykładowca telewizyjny.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

29 

CZERWIEC 2014

• operator maszyn poligraficznych i papierniczo-przetwórczych • robotnik transportu i tragarz • robotnik przy pracach prostych • robotnik pomocniczy w rolnictwie, rybołówstwie i pokrewni • nauczyciel nauczania początkowego • robotnik poligrafii i pokrewni • robotnik pomocniczy w górnictwie i budownictwie • operator maszyn do produkcji wyrobów przemysłu lekkiego

...a tu - za 50 lat Włoscy futurolodzy przedstawili listę nowych zawodów. Fizycznie jeszcze ich nie ma, ale prawdopodobnie powstaną. Te nowe zawody to m.in.: • o dkażacz usuwający skutki katastrof, likwidujący hałas, dymy fabryk, czyszczący skażone wody • b iorolnik przekształcający rolnictwo chemiczne w naturalne • n europrogramator zajmujący się budową „sztucznych mózgów”


r ynek pracy

Ilu jest teletutorów w Polsce - trudno powiedzieć. W Kujawsko-Pomorskiem na razie ani jednego, ale przecież to zawód z ogromną przyszłością… Wiadomo już teraz, że to elita. Wykładać nie może byle kto, to oczywiste. Nawet w telewizji. Praca na uniwersytecie różni się jednak od pracy w TV. Dlatego zatrudniany jest sztab reżyserów, scenarzystów, pisane są scenariusze wykładów - wszystko musi być zrobione profesjonalnie. Ludzie mają coraz mniej czasu na naukę, wolą uczyć się z telewizorem. I w tym sensie rzeczywiście ten zawód ma ogromną przyszłość. Są też już w Polsce gminy, w których szkoli się pielęgniarzy drzew. Pielęgniarz to skrzyżowanie alpinisty z przyrodnikiem. Alpinisty, bo korzysta z podobnego sprzętu podczas pracy. Przyrodnik - wiadomo, chodzi przecież o drzewa. Krótko mówiąc: osoba taka wspina się na drzewa i obcina stare gałęzie. W zawodówkach w naszym województwie być może już w przyszłym roku ruszy specjalny kierunek dla osób chcących pracować w ten sposób. Z groomerskim zacięciem Groomer to osoba, która dba o urodę psa. Strzyże sierść, przycina pazurki, modeluje, dezynfekuje, perfumuje. - Jestem psią fryzjerką. Od dwóch lat nie robię niczego innego i bardzo sobie chwalę - opowiada groomerka z Bydgoszczy. Dlaczego groomer to zawód z przyszłością? - Żyjemy w coraz bardziej sterylnym świecie. Kąpiemy się dwa razy dziennie, zużywamy masę kosmetyków. tworzymy wokół siebie sterylne otoczenie. Co w takim otoczeniu robi niehigieniczny pies? Trzeba go dostosować - mówiąc wprost. A więc umyć porządnie, wystrzyc, przystrzyc, dostrzyc, aby był prawdziwym psem XXI wieku. Stąd coraz więcej psich salonów piękności i internetowych serwisów groomerskich, na których można kupić akcesoria do pielęgnacji zwierzaków.

Ile zarabiają? Zawody nowe, które zdobywają (lub zdobędą) popularność:

Ilu jest teletutorów w Polsce - trudno powiedzieć. W Kujawsko-Pomorskiem na razie ani jednego, ale przecież to zawód z ogromną przyszłością… Wiadomo już teraz, że to elita. Wykładać nie może byle kto, to oczywiste.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

30 

CZERWIEC 2014

• groomer - zarobki: od 2200 zł na rękę • „tajemniczy klient” - zarobki powyżej średniej krajowej • mechatronik - zarobki: od 1500 do 5000 na rękę • teletutor - zarobki: ok. 2000 na rękę • pompista - zarobki: ok. 1500-2200 na rękę • pracownik ochrony elektronicznych kanałów dystrybucji produktów finansowych, czyli antyhaker - zarobki: od 2000 wzwyż


Kujawsko-Pomorska Izba Adwokacka w Toruniu

Mecenas w firmie Adwokaci zrzeszeni w Kujawsko-Pomorskiej Izbie Adwokackiej mają wysokie kwalifikacje, by na co dzień wspierać przedsiębiorców w prowadzonej działalności gospodarczej.

- Dziękuję, Mecenasie, dobrnęliśmy do szczęśliwego finału – Klient nie kryje radości wychodząc z Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Sąd oddalił apelację pozwanej od wyroku, w którym została uznana za wyłącznie winną rozkładowi pożycia małżeńskiego, a wykonywanie władzy rodzicielskiej nad dorastającym synem Sąd powierzył ojcu. - Spóźnienie było ponad godzinne, ale warto było czekać – stwierdza z zadowoleniem. - W sprawach rodzinnych jest Pan piorunująco skuteczny, aż żal się z Panem rozstawać – mówi, gdy Adwokat składa togę na tylnym siedzeniu. Na obwodnicy Trójmiasta, Klient zapowiada, że w kolejnym związku będzie ostrożniejszy. - Zacznę od rozdzielności majątkowej - planuje. - Tylko proszę pamiętać, by informację o ustanowieniu rozdzielności majątkowej zgłosić do ewidencji działalności gospodarczej, w przeciwnym razie nie będzie to skuteczne wobec Pana kontrahentów, chyba że – każdorazowo zawierając umowę – będzie Pan to zastrzegał – radzi Adwokat. Telefon Klienta ciągle dzwoni. - Za długo miałem wyłączony telefon, a w firmie ciągle coś się dzieje. Proszę dać księgowej umo-

wę do przeczytania – poleca krótko. - Kontrahent najpierw zwlekał, a teraz na gwałt chce podpisać umowę dotyczącą współpracy, trzeba to zrobić od razu, żeby się nie rozmyślił, to kontrakt na dwa miliony – wyjaśnia Adwokatowi. Volvo mknie już po autostradzie. - Umowy nie wystarczy przeczytać, trzeba ją przeanalizować, czy księgowa sobie z tym poradzi? – zainteresował się Adwokat. - Pani Krysia pracuje u mnie od lat, zna się na tym – twierdzi Klient. Nitka autostrady biegnie wzdłuż lasów, zbliża się zjazd na Warlubie. - I co tam znowu? Jakie kary umowne? Przecież księgowa mówiła, że nie ma do tego podstaw! – Klient, nie kryjąc zdenerwowania, prowadzi kolejną rozmowę. - A może faktycznie Pani Krysia sobie z tym nie radzi, zacznę chyba szukać jakiegoś prawnika. Tylko jak znaleźć kogoś tak solidnego jak Pan? Może zna Pan kogoś zajmującego się sprawami gospodarczymi? – rozważa Klient w okolicach mostu w Grudziądzu, co wywołuje dyskretny uśmiech Adwokata. Przed zjazdem na Turzno po telefon sięga Adwokat. - Będę w Toruniu za pół godziny, w sądzie było znaczne opóźnienie. Czy poprawki do umowy, które wczoraj przesłałem e-mailem, zostały już naniesione? Projekt kontrahenta w części dotyczącej odstąpienia od umowy i kar umownych jest nie do przyjęcia. Zagraża spółce ogromnymi stratami. Sytuacja jest podobna do tej, co z firmą X. Pamięta Pan, Panie Prezesie, że moja stanowczość okazała się wtedy niezbędna? To nie upór, to tylko wyobraźnia i ostrożność wynikająca z lat praktyki – przekonuje rozmówcę Adwokat. Klient nie kryje zdumienia, a po chwili rozpromienia się. Szybko wykonuje telefon.

- Niech Pani Krystyna zostawi tę umowę, zajmie się tym kto inny. Proszę zrobić skan i przesłać na adres mailowy, który zaraz prześlę sms-em. Już są u celu, Adwokat sięga po togę. - Panie Mecenasie, nie żegnamy się. Potrzebuję Pana na co dzień. Umowa, którą księgowa miała czytać, zaraz będzie na Pana skrzynce e-mailowej. Wiele nauczyła mnie ta droga z Gdańska do Torunia – stwierdza refleksyjnie Klient. - No cóż, podróże nie tylko kształcą, ale przełamują schematy – żartuje Adwokat. - W tym stroju,

Kujawsko-Pomorska Izba Adwokacka w Toruniu / TORUŃ 2014

który przepisy nazywają suknią fałdzistą – wskazuje na togę – występuję coraz rzadziej. O 18.00 prześlę swoje uwagi do umowy. 

Kujawsko-Pomorska Izba Adwokacka

ul. Rynek Staromiejski 17 87-100 Toruń tel. 56 622 42 37 email: sekretariat@ora.torun.pl Wyszukiwarka adwokatów zrzeszonych w Kujawsko-Pomorskiej Izbie Adwokackiej: www.ora.torun.pl/adwokaci

434214TRTHA

Opiniowanie umów, negocjacje przy zawieraniu umów i stała obsługa prawna – to wszystko mogą zapewnić właścicielom firm adwokaci z Kujawsko-Pomorskiej Izby Adwokackiej, o czym przekonuje dialog wzięty z życia.


rozmowa biznesu

Nie odstra-

szajmy inwestorów Wszelkie kłótnie między Bydgoszczą a Toruniem robią źle interesom prowadzonym w województwie - mówi Mirosław Ślachciak, prezes organizacji Pracodawcy Pomorza i Kujaw.

ROZMAWIA: KAMIL PIK

Czy to, że Bydgoszcz kłóci się z Toruniem o ZIT ma jakiś wpływ na funkcjonowanie lokalnego biznesu? Biznes lubi spokój, to stara prawda. Niezgoda w regionie wpływa na jego postrzeganie na zewnątrz. Nie wnikając w  to, kto miał w  tym sporze rację: wywoływał on negatywny obraz naszego województwa. Inwestorzy, rozpatrując lokalizowanie swoich biznesów, zawsze wybiorą te miejsca, w  których widzą harmonię, spokój i gdzie interes regionu jest postrzegany jako wspólny dla wszystkich jego części. Taka atmosfera jest potrzebna, aby można było skutecznie i bez trudności załatwiać niezbędne sprawy na każdym szczeblu, począwszy od wójta na marszałku województwa skończywszy. Wspomniane przez pana spory mogą mieć skutek następujący. Inwestor, chcący się ulokować w  Bydgoszczy, widząc, jak postawa władz miasta jest postrzegana przez Urząd Marszałkowski i mając do wyboru inne lokalizacje, najprawdopodobniej wybierze inne miejsce. Czy ta kłótnia nie jest naturalną konsekwencją faktu, iż już przy formowaniu województwa Toruń

ciągnął raczej do województwa pomorskiego, a Bydgoszcz do wielkopolskiego? Innymi słowy: może należało się spodziewać takiego napięcia, bo interesy były różne? Myślę, że to nie do końca tak. Bydgoszcz czuje się dzisiaj skrzywdzona w tym związku, ale trzeba jednak jasno sobie powiedzieć, że polityczne elity bydgoskie są dużo słabsze od toruńskich. Mimo że mamy w krajowych władzach najwyższego szczebla np. ministra Radosława Sikorskiego, to trudno mi znaleźć jakąkolwiek bydgoską inicjatywę, którą wsparłby on bardzo mocno i skutecznie. Trudno mi też znaleźć jakąkolwiek inicjatywę, ale nie interwencję, która połączyłaby w bardzo aktywnym działaniu na jej rzecz wszystkich bydgoskich parlamentarzystów. Łączą się oni jedynie przy interwencjach, czyli gdy w jakimś przypadku mleko się już rozleje i trzeba ratować sytuację. Toruńskie elity zaś działają bardzo skutecznie w  zaciszu warszawskich gabinetów. Efekt jest taki, że np. o bydgoskim lotnisku można dziś mówić śmiało raczej jako o marszałkowskim, co przekłada się na jakość zarządzania nim. Przebieg dróg przez   KUJAWSKO-POMORSKI 

32 

CZERWIEC 2014

region również jaki jest, każdy widzi - Toruń jest skomunikowany z autostradą, a  my S5 nie mamy do dzisiaj. I pomimo deklaracji, nie byłbym do końca przekonany, czy jej budowa nie przesunie się po raz kolejny, gdy przyjdzie rządowi obiecać pieniądze kolejnej protestującej grupie. A niech się jeszcze okaże, że jako Unia zobowiążemy się do modernizacji Ukrainy, to może pojawić się problem nawet z pozyskaniem zadekretowanych dla Polski środków z Brukseli. A  skoro jesteśmy już przy pieniądzach z  Unii: na co, Pańskim zdaniem, powinny być przeznaczane w pierwszej kolejności te z nowego budżetu? Pytam o najściślejsze priorytety. Skoro mówimy o takich priorytetach, to unijne euro powinniśmy przeznaczać głównie na innowacyjną gospodarkę. Czyli na to, aby te, już dość dobrze doposażone technologicznie w ramach poprzedniego budżetu, przedsiębiorstwa, teraz w dużo szerszym zakresie prowadziły współpracę z placówkami naukowo-badawczymi. Jako ciekawy przykład można podać Pesę. Wprowadziła ona innowacyjne na skalę światową zderzaki, pochłaniające w  takim stopniu


rozmowa biznesu Pracodawcy Pomorza i Kujaw...

energię, że znacząco zwiększają szansę na przeżycie pasażerów samochodu podczas zderzenia z pociągiem. Obliczenia do tej technologii były prowadzone w jednym z instytutów w USA. Można więc z taką współpracą w  niektórych przypadkach wychodzić nawet poza nasze regionalne uczelnie. Na coś jeszcze przeznaczyłby Pan unijne dotacje? Drugą rzeczą, którą należy koniecznie wesprzeć jest edukacja. Niechętnie się do tego przyznajemy, ale jest ona słabością naszego regionu. W szczególności mamy problem z kompetencjami językowymi. Nasze uczelnie mają nawet czasami kłopot z zapełnieniem limitów w ramach programu Erasmus, bo tak słaba jest znajomość języka angielskiego wśród młodzieży. W  efekcie np. taki Atos ma problem ze znalezieniem pracowników w  naszym regionie. Między innymi właśnie ze względu na wymóg znajomości języka angielskiego na odpowiednim poziomie i jest zmuszony szukać ich poza naszym województwem. Poziom nauki angielskiego pod kątem zawodowym w naszych szkołach jest niewystarczający. Okazuje się, że trzeba potem inwestować w to własne środki. Ma Pan jakiś pomysł na zmiany w tej naszej edukacji? Przede wszystkim należałoby postawić na kształcenie w zawodach, które mają potencjał rozwojowy w naszym regionie. Nie tak dawno solecki Drobex zwrócił się do bydgoskiej szkoły spożywczej z propozycją stworzenia klasy dla wędliniarzy, gwarantując absolwentom zatrudnienie. Ale równolegle co roku dyplomy otrzymują np. setki absolwentów dziennikarstwa, a firm medialnych w regionie jest raptem kilka. To pokazuje, jak rozbieżne są potrzeby rynku i  nasz system kształcenia. Nie można oczywiście teraz otworzyć dziesięciu klas wędliniarskich, ale potrzebne jest mądre planowanie, a to nie jest łatwe. Niezbędna do tego jest dokładna diagnoza i wieloletnia prognoza rozwoju regionu. Nie, na trzy, pięć, ale na dziesięć, piętnaście lat. Musimy wiedzieć, w którą stronę warto i chcemy się rozwijać, jakie branże mają perspektywę. I takie badania powinny znaleźć wsparcie unijnych środków. Oczywiście duża część z tych prognoz się nie sprawdzi, ale wystarczy, że 10-15 procent będzie trafne, a  to pozwoli już rozwinąć się i osiągnąć sukces takiej ilości firm, że będą one skutecznie wpływały na rozwój regionu. Taka diagnoza, jak rozumiem, to dopiero pierwszy krok… Tak. Na jej bazie pokusiłbym się o zaproponowanie systemu, w  którym szkolnictwo bezpłatne, czyli finansowane przez państwo lub samorządy, obejmowałoby kierunki zgodne z  prognozą rozwoju województwa. Jeśli zaś ktoś chciałby iść na studia, po których jest niewielka szansa na aktywne pozostanie na lokalnym rynku pracy, to powinien mieć taką możliwość, ale byłyby one płatne we własnym zakresie.

TRZEBA MOCNIEJ POSTAWIĆ NA EDUKACJĘ - MÓWI MIROSŁAW ŚLACHCIAK

Aby traktować wszystkie uczelnie równo, można na podstawie diagnozy rozwoju województwa zamówić w nich określone kierunki, np. w drodze ogłoszenia konkursu. Oczywiście kryterium rozstrzygającym nie mogłaby być cena, jak to w  Polsce bywa, ale jakość proponowanego programu kształcenia. I  taką edukację finansujmy z  budżetu, a  nie płaćmy za kształcenie tysięcy fachowców, dla których nie ma w  ich branżach na rynku pracy miejsca. Dzisiaj takim samym problemem jak bezrobocie powinien być dla nas brak odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. To znaczy? Jako przedsiębiorcy często zderzamy się z rozmijaniem się oczekiwań rynku pracy z ofertą rynku pracy. Bezrobotni to w dużej części grupa osób niewykwalifikowanych albo o kwalifikacjach nieprzystających do potrzeb rynku, a  do tego często niemobilna. Dodatkowo mamy demotywujący system zasiłków, który nie promuje zdobywania nowych kwalifikacji i  poszukiwania pracy. Dobrze wykwalifikowany pracownik jest dzisiaj w  stanie dobrze zarobić. Ci o niskich albo nieprzystosowanych do rynku kwalifikacjach, mają z tym problem i w efekcie część z nich woli pozostać w domu i pobierać zasiłek, dostępny w  podobnej kwocie jak wynagrodzenie, na które mogą liczyć. Które zatem branże wskazałby Pan jako perspektywiczne dla lokalnego rynku pracy? Szeroko rozumiana branża metalowa, branża elektrotechniczna, wszystko związane z  mechaniką i  mechatroniką, branża IT oraz BPO, czyli outsourcing biznesu - głównie w  zakresie kadr, płac, finansów, działań informatycznych czy doradczych.   KUJAWSKO-POMORSKI 

34 

CZERWIEC 2014

...są jedną z najbardziej aktywnych organizacji, skupiających przedsiębiorców w skali regionu. Związek zrzesza firmy różnej wielkości, działające w różnych branżach i na wielu rynkach. Organizacja wspiera firmy we wdrażaniu nowych produktów, technologii i zmian w sferze organizacji i marketingu. Wpływa na zmiany legislacyjne przyjazne prowadzeniu działalności gospodarczej. Promuje postawy społecznej odpowiedzialności biznesu, pobudza transfer wiedzy z jednostek naukowych do przedsiębiorstw. Pomaga w rozwoju inicjatyw klastrowych oraz likwiduje bariery we współpracy firm z uczelniami wyższymi i instytucjami rynku pracy. Związek stara się jednoczyć opinie przedsiębiorców, dotyczące barier rozwoju gospodarczego i pożądanych kierunków zmian. Prowadzi dialog społeczny, szukając kompromisu w sprawach istotnych dla rozwoju społecznego i gospodarczego. Więcej informacji: www.pracodawcy.info.pl

W tych dziedzinach może się moim zdaniem wkrótce okazać, że brakuje nam wykwalifikowanej kadry pracowniczej. Pamiętajmy też, że przy mądrym lokowaniu inwestycji, można zbierać pracowników z  obszarów w  promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Do Bydgoszczy można przyjeżdżać pracować z Nakła, Inowrocławia, a  nawet Świecia czy Grudziądza. Toruń zaś może być miejscem pracy dla mieszkańców Inowrocławia, Włocławka, Brodnicy, Ciechocinka, czy Golubia. Ważne na takim rynku pracy będzie jednak stworzenie warunków komfortowej komunikacji. Dojazd do pracy pomiędzy tymi miastami powinien mieścić się w godzinie. Czas dotarcia do pracy, mieszczący się w sześćdziesięciu minutach, to jest bowiem standard na zachodzie. Są tam jednak np. parkingi na obrzeżach miasta gdzie zostają auta, a kierowcy przesiadają się na komunikację miejską lub jeżdżą do pracy po kilka osób jednym autem. To wszystko jest dla nas zadaniem do zrealizowania jeśli chcemy skutecznie rozwijać nasz region.


debata o regionie

MIĘDZY BIZNESEM A POLITYKĄ ISKRZY Bez współpracy miedzy podmiotami działającymi w regionie, bez wspierania innowacyjności nie ma mowy o gospodarczym rozwoju. Do takich wniosków doszli w Toruniu pracodawcy wraz z politykami, debatujący na jednej z wielu konferencji z cyklu Region - Gospodarka - Unia. TEKST: RED  ZDJĘCIA: MACIEJ ŁOPATTO

C

ykl - przygotowany przez Pracodawców RP - miał dwojakie zadanie: przybliżyć problemy regionalnej gospodarki politykom i wywołać dialog między jedną a drugą stroną. Mirosław Ślachciak, wiceprezydent Pracodawców RP mówił w Toruniu: - Dzięki debacie przedsiębiorcy będą mieli szansę ocenić, czy ci, którzy ubiegają się o mandat europosła, będą rzeczywiście pracować na rzecz rozwoju gospodarczego regionu. Zbyt wiele istotnych decyzji zapada w Brukseli, a przed przedsiębiorcami z regionu stoi zbyt wiele wyzwań, by mogli sobie pozwolić na nieskuteczną reprezentację w Parlamencie Europejskim. Brak wsparcia rządzących! Pierwszy panel - i od razu iskrzy. Uczestnicy: były minister w rządzie Donalda Tuska Jan Vincent Rostowski, Jacek Kostrzewa z Nowej Prawicy, Teresa Kamińska - prezes zarządu Specjalnej Pomorskiej Strefy Ekonomicznej, i Andrzej Wosik, prezes zarządu EBUD Przemysłówka. - Zdaję sobie sprawę z tego, że dużo zależy od nas, ale nie damy sobie sami rady. Potrzebujemy wsparcia ze strony

rządzących. By móc inwestować i rozwijać się, musimy mieć dobrą infrastrukturę komunikacyjną, dostęp do kapitału bezpośredniego - postulował w imieniu przedsiębiorców Andrzej Wosik. Teresa Kamińska mówiła m.in. o tym, że podmioty, które dziś działają na rynkach lokalnych, muszą się ze sobą łączyć. - Jesteśmy za mali, aby ze sobą konkurować. Dlatego powinniśmy się jednoczyć, by konkurować z innymi - podkreśliła. Podkreślono, że w tym kontekście szczególnie istotne jest zawiązywanie klastrów, parków naukowo-technologicznych itp., zrzeszających ze sobą różne podmioty - również te, które nie zajmują się działalnością komercyjną. - Instytucje badawczo-rozwojowe muszą być obok siebie. Tu, jak nigdzie indziej, liczą się współpraca, przepływ pomysłów, kontaktów, idei. Warto wydać pieniądze na tworzenie otoczenia sprzyjającego przedsiębiorcom - dodała Teresa Kamińska. Jan Vincent Rostowski zwrócił uwagę na te elementy, które w regionie dzięki funduszom unijnym już udało się zrealizować. Podkreślił, że w jego ocenie kluczowe znaczenie dla przyspieszenia rozwoju całego województwa będzie miał np. tzw.   KUJAWSKO-POMORSKI 

36 

CZERWIEC 2014

Żelazny Trójkąt czyli trzy trasy łączące Kujawsko-Pomorskie z różnymi częściami Polski - nowo otwarta autostrada A1, droga ekspresowa S5 i S10. Współpraca miast i spójność działań Uczestnikami drugiego panelu (Nowa perspektywa finansowa UE - jak inwestować dla przyszłego wzrostu) byli: Urszula Iwicka (przedsiębiorca z Inowrocławia), Tadeusz Zwiefka (PO) oraz Tomasz Kruszewski (z firmy T KOMP Tomasz Kruszewski) i Krzysztof A. Wojciechowski (współzałożyciel firmy Grados i członek jej zarządu). Zwiefka podkreślił, że jednym z najistotniejszych elementów, na które należałoby zwrócić uwagę przy wydawaniu środków pochodzących z nowej perspektywy, jest spójność wszystkich działań. Wsparcie będzie koncentrować się zwłaszcza na potrzebach sektora MŚP - generującego większość miejsc pracy - na rozwoju działalności badawczo-rozwojowej, dającej rezultaty wdrażane w gospodarce innowacyjnej, oraz na tworzeniu powiązań kooperacyjnych. Zdaniem Tadeusza Zwiefki, to słuszny kierunek, który odpowiada na potrzeby regionu kujawsko-pomorskiego.


debata o regionie

Cykl konferencji Region - Gospodarka - Unia

Iwicka: podstawą - infrastruktura Urszula Iwicka szczególną uwagę zwracała na infrastrukturę regionu, bez której trudno rozwijać innowacyjną gospodarkę. Krzysztof A. Wojciechowski tłumaczył z kolei, że doświadczenie jego firmy, pochodzące jeszcze z okresu przedakcesyjnego, wskazuje na to, że w porównaniu do instytucji publicznych zdecydowanie lepiej z wykorzystaniem środków unijnych radzą sobie prywatne przedsiębiorstwa. Przy wydawaniu środków w nowej perspektywie będzie jego zdaniem podobnie. Regionalni przedsiębiorcy funkcjonują w szczególnym okresie, którego szanse związane z dostępem do bezzwrotnych środków UE w tak dużej skali nie powtórzą się w przyszłych pokoleniach. Dlatego powinni maksymalnie zmobilizować się do przygotowywania projektów, zwłaszcza innowacyjnych. Opinię tę poparł Tomasz Kruszewski, z którego doświadczeń z działalności w Dolinie Krzemowej wynika, iż tylko ciągłe wdrażanie innowacyjnych rozwiązań daje możliwość globalnej współpracy. Ważnym elementem dyskusji, pojawiającym się podczas obydwu paneli, była

Wybory do Parlamentu Europejskiego (PE) były doskonałą okazją do debaty pomiędzy przedstawicielami biznesu a kandydatami na europosłów, dotyczącej kwestii gospodarczych i możliwości wspierania rozwoju regionalnego Polski na poziomie PE. Mając to na uwadze i czując odpowiedzialność za rozwój polskiej gospodarki i pomyślność obywateli, Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej przygotowali w maju ogólnopolski cykl konferencji pod wspólnym hasłem: Region - Gospodarka - Unia.

współpraca Bydgoszczy i Torunia oraz sytuacja tych miast na tle reszty województwa kujawsko-pomorskiego. Partnerami konferencji były Urząd Marszałkowski Województwa Kujawsko-Pomorskiego oraz Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna. Honorowy patronat nad spotkaniem objął marszałek województwa Piotr Całbecki. W ramach spotkania jego uczestnicy mieli też możliwość spróbowania tradycyjnych regionalnych przysmaków z Pomorza i Kujaw podczas Festiwalu Smaków Regionalnych. Swoje wyroby zaprezentowały firmy zrzeszone w Polskiej Izbie Produktu Regionalnego i Lokalnego - Lokalna Grupa Działania „Bory Tucholskie”, Zabytkowa Warzelnia Soli w Ciechocinku, Kujawska Spółdzielnia Mleczarska we Włocławku, Stowarzyszenie Koło Gospodyń Wiejskich „Jagna” w Tuchowie, Zakład Masarski Jan Myśliwiec Śliwice.

Pracodawcy RP zaprosili kandydatów na europarlamentarzystów według klucza, pozwalającego uwzględnić ich przygotowanie merytoryczne oraz zaangażowanie w tematy gospodarcze na poziomie regionalnym, krajowym i europejskim. Szczegółowy dobór zagadnień do dyskusji przeprowadzony został w drodze konsultacji z reprezentantami środowisk biznesowych oraz władz samorządowych każdego regionu. Poszczególne debaty były moderowane przez przedstawicieli środowiska naukowego z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych. Na podstawie dyskusji zostanie opracowany materiał, podsumowujący najważniejsze - z punktu widzenia lokalnego biznesu - wyzwania dla przyszłych europosłów. Przybierze on formę zawierającej rekomendacje „Białej księgi” i zostanie przekazany wybranym już europarlamentarzystom podczas konferencji prasowej, kończącej realizację projektu.

TEKST UKAZAŁ SIĘ NA PORTALU PRACODAWCY.INFO.PL

  KUJAWSKO-POMORSKI 

37 

CZERWIEC 2014


sonda

VIP-ie, jak trenujesz? Jakiś czas temu Polacy zwariowali na punkcie biegania. Potem pojawiła się Ewa Chodakowska i pozytywne szaleństwo na punkcie ćwiczeń dotknęło jeszcze większą liczbę osób. Zapytaliśmy biznesmenów, polityków i VIP-ów z naszego regionu, czy po pracy wylewają poty na treningu? TEKST: DOMINIKA KUCHARSKA, KRZYSZTOF LIETZ

Krystyna Arcabowicz

Marek Gotowski

WŁAŚCICIELKA APIS NATURAL COSMETICS

PREZES ZARZĄDU FIRMY GOTOWSKI

Jestem ogromną fanką aktywnego spędzania czasu. To dla mnie prawdziwy wypoczynek i chwila relaksu. Gdy tylko mam czas, chodzę na basen. Kocham pływać. Jestem spod znaku Ryb, więc nie mogłoby być inaczej. Jeśli nie basen, to spacer. Bardzo lubię także jazdę na rowerze. Daję wtedy upust swojej energii, której mam sporo.

W okresie jesienno-wiosennoletnim, gdy tylko mogę, wsiadam na rower. Odkąd pamiętam, pokonywanie kilometrów na dwóch kółkach było moim ulubionym sportem. Mieszkam w Fordonie, więc najczęściej można mnie zobaczyć jeżdżącego nad Wisłą i objeżdżającego kamieniczki w starym Fordonie. Żałuję, że wciąż brakuje mi czasu, aby wsiadać na rower częściej.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

Bartłomiej Michałek

38 

RZECZNIK PRASOWY WOJEWODY KUJAWSKOPOMORSKIEGO

Ewelina Bejgrowicz

Sport jest mi bliski odkąd pamiętam. Kiedyś trenowałem koszykówkę, ale kontuzje sprawiły, że musiałem przystopować. Wciąż jednak ciągnęło mnie do aktywnego spędzania czasu. Od półtora roku biegam. Mamy świetną ekipę - zBiegiemNatury. Trenuję 4-5 razy w tygodniu. Jestem nocnym biegaczem. Startuję po godz. 21. Wtedy się wyłączam, odcinam się od codziennych obowiązków.

WŁAŚCICIELKA KAWIARNI „STREFA”

CZERWIEC 2014

Ćwiczę każdego dnia, prowadząc zajęcia w mojej „Strefie Jogi”. To w stu procentach wystarcza mi, jeśli chodzi o uprawianie sportu. Przyznam, że na dodatkową aktywność trudno byłoby mi znaleźć czas. Za to dwa razy w tygodniu chodzę na saunę. Jest mi to potrzebne. Wtedy zapominam o pracy, relaksuję się.


sonda

Jerzy Bańkowski

Rafał Predenkiewicz

WŁAŚCICIEL FIRMY NESTA-BIS W TORUNIU

WŁAŚCICIEL FIRMY ARPOL

Bardzo lubię grać w golfa, oczywiście w sezonie na polu golfowym, a zimą na symulatorze golfa. Jeśli jestem w Toruniu, to jest to nasze toruńskie pole golfowe przy ulicy Kociewskiej. Zimą też staram się wyjechać tam, gdzie jest trochę cieplej i można pograć. Jeżdżę też na nartach, w tym roku już nawet byłem pojeździć, a za chwilę wyjeżdżam, aby pograć w golfa na świeżym powietrzu, najbliżej jest na Wyspy Kanaryjskie.

Maciej Jóźwicki PREZES FIRMY MARWIT ZE ZŁEJWSI WIELKIEJ

Przynajmniej raz w roku wybieram się w góry, by pojeździć na nartach. Na co dzień natomiast sporo biegam, gram też w tenisa. Staram się przebiec codziennie wieczorem około 10-kilometrową trasę. Często też biegam w maratonach, w grudniu ubiegłego roku brałem udział w półmaratonie św. Mikołajów na otwarcie nowego mostu w Toruniu. Chodzę też na salę gimnastyczną, średnio dwa razy w tygodniu i u Henryka Żołnowskiego, trenera Pomorzanina trenuję boks.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

W wolnym czasie odwiedzam siłownię. Staram się tam ćwiczyć dwa razy w tygodniu, ale nie zawsze to wychodzi, nad czym oczywiście ubolewam. Dodatkowo spotykam się ze znajomymi na boisku piłkarskim i trochę gramy w nogę. Wyjeżdżam także na narty. Preferuję, przede wszystkim, aktywny wypoczynek. Nie wyobrażam sobie leżenia obok basenu, jeśli już jestem na nim, to pływam. Poza tym piję soki - około czterech dziennie.

39 

CZERWIEC 2014

Henryk Dworakowski PREZES ZARZĄDU EDF TORUŃ Poranne bieganie lub spacer uprawiam regularnie, bez względu na pogodę. Mam też swoje sporty sezonowe. Latem jeżdżę na rowerze, a zimą chodzę na basen i biegam na nartach biegowych. Dużym relaksem jest dla mnie także praca w przydomowym ogródku. Uważam, że receptą na zdrowy tryb życia jest połączenie kilku elementów: wysiłku fizycznego, odpowiedniej diety, ale też optymizmu w realizacji działań.


psychologia biznesu

Który z pracowników będzie wydajniejszy: ten, który jest singlem, czy obarczony rodziną? Jeszcze do niedawna menedżerowie krzywym okiem patrzyli na tych z mężem czy żoną i z dziećmi. Teraz - jak pokazują najnowsze badania - wszystko zmierza ku zmianie takiego nastawienia.

Tata

z mamą pracują lepiej

TEKST: JACEK KOWALSKI

A

przynajmniej powinno zmierzać, ponieważ - jak donoszą psycholodzy, zajmujący się tematami związanymi z zatrudnieniem - menedżer, który ma żonę i dzieci, jest bardziej efektywny w pracy i ma bardziej pozytywne nastawienie do życia. A to promieniuje na całą firmę. Priorytety - rzecz zmienna Jeszcze niedawno kujawsko-pomorscy pracodawcy, zatrudniający nowego pracownika, oczekiwali, by ten w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej podkreślał swoją gotowość do pracy w każdym czasie i w każdych warunkach. Jeśli chodzi o rodzinę, to… - Najlepiej, żeby ten temat się nie pojawiał - mówi dyplomatycznie jeden z menedżerów dużej bydgoskiej firmy. - Wolimy mieć pracowników nieobarczonych rodziną. Takiego pracownika można zawsze przecież poprosić, by został dłużej po godzinach, lub wyjechał w nieoczekiwaną, nieplanowaną podróż służbową na drugi koniec kraju. Oczekiwane odpowiedzi w czasie rozmów z przyszłymi pracownikami to te w stylu: „Może kiedyś, teraz koncentruję się   KUJAWSKO-POMORSKI 

40 

CZERWIEC 2014


psychologia biznesu

A może zatrudnisz ojca? Analitycy rynku pracy wskazują, że warto zatrudniać ojców! Dlaczego? Ojcowie pracują lepiej, kiedy tylko szef dostrzega ich potrzeby. Poza tym są lepiej zorganizowani, lojalni, obowiązkowi i mają poważne podejście do obowiązków zawodowych. Dzięki nabytym w domu doświadczeniom, zyskują nowe umiejętności również na gruncie zawodowym. Nie mają też niezdrowego parcia na zrobienie kariery, co - jak wiadomo - bywa przyczyną wielu nieporozumień i spięć, a te z kolei mocno i negatywnie wpływają na obniżenie wydajności firmy. Przebywanie z dziećmi działa poza tym antystresowo, a wypoczęty, odstresowany pracownik to pracownik wydajniejszy. I wreszcie na koniec: ojcom, którzy mają na głowach utrzymanie rodziny, bardziej zależy na utrzymaniu pracy niż młodym, pozbawionym obowiązków mężczyznom. Zatem - proszę zatrudniać tatusiów! To się naprawdę opłaca.

na karierze”. Pełnego zaangażowania szefowie oczekiwali zwłaszcza od mężczyzn, wychodząc z założenia, że to ich żony zajmą się dziećmi i domem. Tyle tylko że dziś sami mężczyźni zmienili priorytety: bardziej liczy się dla nich rodzina niż praca. A psycholodzy mówią jasno: pracownik z rodziną jest lepszy, bardziej wydajnym i szczęśliwy, od tego, który nie ma rodziny. Więc - pal licho nadgodziny, gdy globalna efektywność żonatych jest znacznie większa niż singli! Pracoholiku, do domu! Paulina Szalińska, specjalistka w zakresie sukcesu i kariery zawodowej, przeprowadziła ogólnopolskie badania, a ich wyniki zamknęła w opracowaniu pn. „Sukces menedżera - na podstawie badań”. Wynika z nich, że aż 14,4 proc. menedżerów za swój największy sukces uważa udane, harmonijnie układające się życie rodzinne. Na dalszych miejscach znalazły się dobra współ-

praca z pracownikami (8,8 proc.), ciekawa praca (8,3 proc.) i - dopiero na czwartej pozycji - możliwość zrobienia kariery i odniesienia sukcesu (7,2 proc.). - Nawet młodzi ludzie, stawiający pierwsze kroki na rynku pracy, mówią mi, że nie mają zamiaru pracować po kilkanaście godzin dziennie w korporacji. Najważniejsze są dla nich związek i rodzina - mówi Maria Włodarczyk, psycholog biznesu, coach. - A przecież gdy się zaczynało pracę w latach 90., czy nawet jeszcze po roku 2000, te priorytety rozkładały się inaczej. Najpierw praca, godziwe zarobki i pozycja w firmie, dopiero potem można było myśleć o rodzinie. To oczywiście nie znaczy, że ci ludzie powiedzą szefowi: „Nie zostanę po godzinach, bo to czas dla żony i dzieci”. Ale jest to zauważalna postawa, nie krótkotrwały trend. „Biznesu uczę się od żony” Część pracodawców wciąż jednak ma tendencję do zarzucania dodatkowymi obowiązkami właśnie mężczyzn. Wychodzą z założenia, że kobieta jest obarczona rodziną i dziećmi w większym stopniu niż mężczyzna. Więc jeśli trzeba zostać po godzinach, lub wyjechać w kilkudniową delegację, chętniej zlecają to mężczyznom. Tymczasem - jak dowodzą badania - to jest stereotypowe myślenie i ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. W połowie lat 90. amerykańscy pracodawcy przestali zarzucać swoich pracowników nadgodzinami, bo - jak pokazały badania - wyspany pracownik, który ma czas dla rodziny, z większą ochotą przychodzi do pracy i szybciej wykonuje swoje obowiązki. Kontakty z żoną i dziećmi są też ważne z innych powodów. Marcie Schorr Hirsch, trenerka zawodowa, opublikowała w Harvard Business Review wyniki ankiet, które przeprowadziła wśród 60 menedżerów wyższego szczebla. Ci, którzy byli żonaci, wymieniali to jako czynnik, który istotnie przyczynił się do ich sukcesu. Mówili: „Wszystkiego, co wiem o umiejętnościach interpersonalnych, nauczyłem się od żony” lub: „Nigdy nie podejmuję żadnej ważniejszej decyzji biznesowej bez konsultacji z żoną”. Do tego dochodzi podstawowy czynnik motywacyjny: konieczność utrzymania rodziny. Już jest różowo? Nie!! Psycholodzy biznesu mówią wyraźnie, że nie ma się co oszukiwać: bez względu na to, jak bardzo mężczyzna czuje się spełniony jako mąż i ojciec, źródła własnej wysokiej samooceny i tak będzie upatrywał raczej w sukcesach zawodowych i zarobkach. Ci mężczyźni, którzy nie są w stanie utrzymać rodziny, na ogół źle się z tym czują - jakby   KUJAWSKO-POMORSKI 

41 

CZERWIEC 2014

nie wypełniali swojego podstawowego zadania. Obarczeni rodzinami gotowi są bardziej poświęcić się pracy niż ich koledzy - single, którzy wydają zarobione pieniądze tylko na własne potrzeby. Mimo to widać zmiany. Coraz więcej mężczyzn, którzy korzystają z usług coacha, zadaje pytanie do tej pory postrzegane jako dylemat kobiet: „Jak pogodzić pracę i życie osobiste?”. Czym grozi zapracowywanie się kosztem rodziny, widać po pokoleniu dzisiejszych 50- i 60-latków. Coraz więcej par w tym wieku się rozwodzi, bo po latach widywania się wieczorami i w weekendy przechodzą na emeryturę i... widzą, że przeżyli większość życia z osobą, której nie lubią, a właściwie nawet jej nie znają.


vip w podróży

I KAMIENIE MÓWIĄ PO POLSKU Niech się tam nie wybiera ten, kto jeździ na motocyklu wyłącznie dla lansu. Potrzeba pokory i hartu ducha. Codziennie mieliśmy do pokonania od 250 do 500 km - opowiada o Rajdzie Katyńskim Andrzej Michewicz. TEKST: JAN OLEKSY ZDJĘCIA: JACEK SMARZ

  KUJAWSKO-POMORSKI 

42 

CZERWIEC 2014


vip w podróży - Od małego podziwiałem facetów na motocyklach. Zazdrościłem im. Gdy miałem dziesięć lat jeździłem po polnych drogach na motorze ojca. Wuefemki, wueski były moją szkołą jazdy. Jednak cały czas marzyłem o swoim motorze - zaczyna swoją opowieść Andrzej Michewicz. Motor za pierwszą pensję Prawo jazdy zdobył w 1973 roku, a pierwszy własny motor kupił za pierwszą pensję. To była stara CZ 175; odrestaurował ją własnymi rękami. - Traktowałem ją wyłącznie jako środek transportu. Potem kupiłem używaną kultową jawę 250, następnie różne typy MZ-etek, aż po wersje sportowe - wylicza pan Andrzej. Pierwszy nowy motocykl MZ 150 udało mu się kupić w 1983 r. w Polmozbycie pod Warszawą. Po dwóch dobach stania w kolejce i spania w śpiworze. Takie były czasy. W drugiej połowie lat 80. motocykl zamienił na samochód. Dwa koła poszły w zapomnienie. Ale nie na zawsze. Na tropach historii O Katyniu dowiedział się od swojego dziadka Henryka. Te opowieści utkwiły mu w pamięci. Dziecięca informacja, która przetrwała - stała się drogowskazem do historycznych poszukiwań. - W dorosłym życiu poznałem panią Almę Checzko, lwowiankę mieszkającą w Wąbrzeźnie. Jej przeżycia wojenne, wspomnienia ze Lwowa, spowodowały moje powtórne zainteresowanie historią, a zwłaszcza kresami - wyjaśnia pan Michewicz. Chciał zobaczyć Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt, miejsca urodzin marszałka Piłsudskiego i króla Jana III Sobieskiego... Zaczął od poszukiwania wszelkich informacji na temat Katynia. Motorem po bezdrożach I tak podczas surfowania po necie trafił na Rajd Katyński. To spowodowało powrót do motocykla. Zaczął myśleć, jak dotrzeć na rubieże dawnej Rzeczpospolitej, jak odnaleźć skupiska Polaków na Litwie, Białorusi i na Ukrainie. Doszedł do wniosku, że tylko motorem może dotrzeć do miejsc niedostępnych dla zwykłych turystów. A najlepiej, gdy zrobi to w dużej grupie. Rajd Katyński był najlepszym sposobem. - Jesienią 2012 roku kupiłem stary, 27-letni motor „Honda Shadow 750”. Wielu powątpiewało, że tą „babcią” pokonam tak długą i uciążliwą trasę. Ci, którzy jeździli na tych maszynach, przekonywali mnie jednak, że są trwałe, solidne, niezawodne i świetnie spisują się na kiepskich drogach. Postanowiłem zaryzykować - wspomina pan Andrzej. - Zaopatrzony w kamizelkę i flagi na początku sierpnia 2013 roku wystartowałem z grupą rajdowców spod pomnika Katyńskiego w Warszawie. Na wschód ruszyły 83 motocykle. Tam się urodził marszałek - Zaczęliśmy od Zułowa, miejsca urodzenia marszałka Piłsudskiego, które odwiedzają jedynie polskie wycieczki oraz... motocykliści - relacjonuje nasz

rajdowiec. Z inicjatywy Związku Polaków na Litwie powstaje tam aleja Pamięci Narodowej, na której będą rosły dęby, upamiętniające wydarzenia z historii narodu polskiego. W sumie ma być około 100 drzew, a przy każdym tablica z dedykacją, komu je zasadzono. Dalej grupa motocyklistów udała się tropami marszałka po jego rodzinnej ziemi, do miejsca chrztu w Powiewiórce i do dworku w Pikieliszkach, w którym chętnie wypoczywał. Czas na Wilno, spacer po mieście, cmentarz na Rossie i otoczona kultem Ostra Brama, gdzie na mszy w wąziutkiej uliczce stanęło 150 motorów. Niesamowite wrażenie. - Zdarzyło mi się nocować u Polaków w typowej przedwojennej chacie, biednej, ale czystej. Gospodynią była 90-letnia kobieta. Czułem, że jestem w polskim domu. Święte obrazki, sypialnia z dużymi łóżkami nakrytymi puchatymi pierzynami - opowiada pan Andrzej. Tam pierwszy raz miał okazję skorzystać z prawdziwej bani z rozgrzanymi kamieniami. - To dało mi siły na cały rajd, uchroniło przed katarem czy przeziębieniem, pomimo trudnych warunków, w jakich przyszło mi podróżować - twierdzi z przekonaniem. Znikający głaz - Przekroczyliśmy granicę białoruską w eskorcie milicji i... służb bezpieczeństwa. Skierowaliśmy się do Lidy na zapomniany cmentarz z grobami polskich lotników i żołnierzy z 1920 roku. Niedawno postawiono kilkutonowy głaz z tablicą upamiętniającą ofiary zbrodni katyńskiej. Jak się okazało, po kilku dniach kamień zniknął, a miejscowej milicji nie udało się go odnaleźć. To takie oczywiste - mówi z żalem pan Andrzej. Z Lidy ruszyliśmy do Bogdanowa - biednej wsi, w której Polka prowadzi sierociniec. Przed laty znalazła w lesie dziewczynkę z odmrożonymi rączkami i nóżkami, przygarnęła ją. Potem zaczęła się opiekować innymi bezdomnymi maluchami. Dziś w tym nieoficjalnym sierocińcu znalazło ciepło i miłość kilkanaścioro dzieci. Co roku rajdowcy odwiedzają to miejsce, przywożąc z sobą dary, ubrania, zabawki, słodycze, a nawet pralki i lodówki. - Tam naprawdę można się wzruszyć. Wzięliśmy kask i zrobiliśmy szybką zbiórkę pieniężną. Każdy grosz się przyda - twierdzi pan Andrzej. Las krzyży W Kuropatach jest las, a w nim, ile drzew - tyle krzyży. Przywożą je Polacy, którzy poszukują mogił swoich bliskich. W tym lesie jest zbiorowy grób pół miliona ludzi, a pośród nich sześć tysięcy przedstawicieli inteligencji polskiej. Dramatyczne pytanie: jak można przez kilka lat zabić tylu ludzi? Rajdowcy pojechali też pod Lenino, bo nie dzielą Polaków na lepszych i gorszych. - Nocleg w przypomnikowym muzeum będę długo pamiętał. Spałem przy autentycznym moździerzu, który brał udział w bitwie - wspomina rajdowiec. Spod Lenino przejechali na lotnisko smoleńskie. - Wszystko tak zarosło, że nawet osławionej brzozy już nie widać, a przy pomniku dywan kwiatowy - wspomina uczestnik   KUJAWSKO-POMORSKI 

43 

CZERWIEC 2014


vip w podróży

rajdu. W Katyniu spotkała ich niemiła niespodzianka. Miasto akurat obchodziło swoje święto, na które został zaproszony patriarcha Moskwy Cyryl, który nie życzył sobie Polaków, a zwłaszcza motocyklistów z Polski. Śladami pana Wołodyjowskiego Na trasie znalazł się też Chreptiów, ostatnia polska stanica nad Dniesterem. Nawet miłośnicy „Trylogii” Sienkiewicza często uważają, że w „Panu Wołodyjowskim” pisarz po prostu wymyślił kresową stanicę. Tymczasem Chreptiów istniał naprawdę, a pułkownik Wołodyjowski był tam komendantem. Ekstremalna podróż po polnych drogach w deszczu, kałuże sięgające do połowy motocykla, masa uślizgów. - Jadąc na ten rajd, wiedziałem, że jest trudny, ale że czasami będzie aż tak ciężko - nie przypuszczałem. Tam nie może pojechać ktoś, kto jeździ na motocyklu wyłącznie dla lansu. Potrzeba pokory i hartu ducha. Codziennie mieliśmy do pokonania od 250 do 500 km. Napięcie mija dopiero wtedy, gdy leżę w namiocie i odpoczywam - wyjawia historyk-motocyklista. Na krańcach Rzeczpospolitej - Z Chreptiowa ruszyliśmy przez Chocim do Kamieńca Podolskiego, gdzie rozbiliśmy namioty na górnym zamku. Widać zmiany, powolutku restaurowane są budynki, naprawiane ulice - snuje swoją opowieść pan Andrzej. Rajd dotarł aż na autentyczne krańce Rzeczpospolitej, do Okopów Świętej Trójcy, czyli do dawnej twierdzy powstałej z rozkazu króla Jana III Sobieskiego, by powstrzymać turecką nawałnicę. Biedna wieś, jest tam niewielki barokowy kościółek, w którym bronili się ostatni konfederaci barscy. Spalony w 1945 roku przez członków UPA. Dziś prowadzone są w nim prace remontowe. - Tam poznałem 90-letnią kobietę, pięknie mówiącą po polsku. Przytuliła się do mnie i z płaczem wyznała, że chciałaby kiedyś odwiedzić Polskę, ale już chyba tego nie doczeka - wspomina rajdowiec. Monstrancja z kościoła Przez Trembowlę udali się do Huty Pieniackiej, w której w lutym 1944 roku Niemcy wspólnie z Ukraińcami jednego dnia wymordowali 1200 polskich obywateli. Uratowało się tylko dwoje małych dzieci - dziewczynka i chłopiec. Ukryły się w kopcu z ziemniakami. Pan Andrzej miał okazję spotkać się z tym uratowanym mężczyzną. Pamięć

o pomordowanych mieszkańcach podtrzymuje Stowarzyszenie Huta Pieniacka. Widać jeszcze fundamenty polskich domów, które doszczętnie spłonęły. Nawet szkoła i kościół też zostały później zniszczone przez Ukraińców. - Ciekawe, że w ubiegłym roku, po tylu latach, odnalazła się monstrancja z polskiego kościoła - dziwi się Andrzej Michewicz. Co roku motocykliści odwiedzają też restaurowany polski cmentarz w Brodach. Chwytają za łopaty i pomagają przy robotach konserwatorskich. Nie ma jak Lwów Wreszcie upragniony Lwów - jądro polskości, mimo że już od dawna nie jest w naszych granicach. Polska kultura, polska architektura na każdym kroku. - Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Cmentarza Łyczakowskiego. Jacy znamienici Polacy tam spoczywają, sławy polskiej literatury, muzyki, kultu-

Andrzej Michewicz Wieloletni dyrektor Wąbrzeskiego Domu Kultury, w przeszłości kierownik OSiR w Toruniu, obecnie zastępca kierownika Rejonu Dróg Wojewódzkich w Wąbrzeźnie. Ma żonę Marię, dwoje dorosłych dzieci.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

44 

CZERWIEC 2014

ry. Gabriela Zapolska, Maria Konopnicka, Władysław Bełza, powstańcy listopadowi, styczniowi... - wylicza rajdowiec. - Człowiek czuje się dumny, że Polska tutaj mówi z każdego kamienia - dodaje. Wszystko, co piękne, nosi polskie znamiona. Lwów bardzo skorzystał na mistrzostwach Euro 2012. Polskie ślady wyszły z ukrycia, zostały odkurzone. Pomniki z biało-czerwonym znamieniem To właśnie pomniki i cmentarze mówią do nas najgłośniej. Pięknie udało się odrestaurować Cmentarz Orląt, miejsce szczególnie ważne dla Polaków. Ale jest zgrzyt, bowiem Ukraińcy chcą usunąć z nagrobka „Pięciu Nieznanych z Persenówki” Szczerbiec Chrobrego. W ich ocenie miecz jest symbolem polskiego panowania, zniewolenia i okupacji. - To nie jest europejskie zachowanie i pachnie powrotem do nacjonalizmu - twierdzi pan Andrzej. Msza w katedrze lwowskiej, pełna ludzi, którzy przyszli spotkać się z polskimi motocyklistami. - Po mszy wspólnie pośpiewaliśmy piosenki patriotyczne pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Dla mnie w tym momencie przygoda z Rajdem Katyńskim się skończyła. Nie miałem więcej urlopu - mówi rozżalony Andrzej Michewicz. Dalej na wschód W ubiegłym roku, oprócz Rajdu Katyńskiego, panu Andrzejowi udało się jeszcze odwiedzić Ravensbruck oraz zaliczyć szlak żołnierzy wyklętych. W tym roku motocyklista również wybiera się na rajd katyński. Trasa będzie wydłużona, poprowadzona śladami wieszcza Adama Mickiewicza aż do Istambułu i do Adampola, polskiej wsi, gdzie mieszkają potomkowie powstańców listopadowych. - A w przyszłości może mi się uda pojechać nad Bajkał i odwiedzić Wierszynę, największą polską wieś na Syberii, założoną przez powstańców styczniowych - zdradza swoje marzenie pan Andrzej. Refleksyjne post scriptum - Odwiedziliśmy wiele miejsc związanych z historią Polski. Wszędzie spotykaliśmy naszych rodaków, wszędzie przyjmowani byliśmy bardzo serdecznie. W wielu miejscach widać, że tam była Polska, to się po prostu czuło. Kiedy wjechałem do Polski, to poczułem się, jakbym się znalazł w innej cywilizacji. Jeżeli ktoś twierdzi, że stoimy w miejscu, że nic się u nas nie zmienia, to koniecznie powinien sobie zafundować wyprawę na wschód - stwierdza Andrzej Michewicz.

K

1

s

B t

b


760714BDBHA 489414TRTHA

Kolejny numer

CZERWIEC 2014

10 WRZEŚNIA sprzeda ż : Bogusława Mańkowska, tel. 607 351 922 b.mankowska@nowosci.com.pl

Maciej Wysocki, tel. 500 234 912 m.wysocki@expressmedia.pl

Rodzinnie, znaczy silnie Alojzy i Jarosław Szczupakowie ALSTAL

str. 8-9

K UJAWSKO-POMORSK I


biznesow y lifestyle

GORĄCA NOWOŚĆ OD HUAWEI: ASCEND P7 Premierę miał pod koniec maja, a już rozgrzał do czerwoności gadżeciarzy, i to nie tylko tych pod krawatami. Najnowszy Huawei z rodziny Ascend P: cieńszy, wytrzymalszy, z nowymi funkcjami. Nazywa się po prostu HUAWEI Ascend P7. Gruby zaledwie na 6,5 mm - jest jednym z najcieńszych smartfonów 4G LTE na świecie. Elegancka, metalowa obudowa pokryta Corning Gorilla Glass 3, unikalne funkcje aparatu, umożliwiające

m.in. wykonywanie panoramicznych autoportretów, czy 10-poziomowy, automatyczny retusz twarzy… Już można dostać zawrotu głowy. A na tym się nie kończy. To jeden z najsmuklejszych smartfonów 4G LTE na świecie. Bez problemu zmieści się nawet w małej kieszeni marynarki czy torebce. Szkło (Corning Gorilla Glass 3), które pokrywa przednią i tylną przestrzeń obudowy, trzykrotnie zwiększa odporność na zarysowania oraz zapewnia o połowę skuteczniejsze zatrzymanie powiększania się zarysowanych już powierzchni. No cóż - tak przynajmniej zapewnia producent. Urządzenie wyróżnia także płaska, metalowa obudowa, zdobiona mikrodrukiem z charakterystycznym Spin Effect. Dodatkowo najnowsza wersja intuicyjnego interfejsu użytkownika, Emotion UI 2.3 zapewnia łatwą i szybką personalizację ekranu głównego i blokady. Co producent ukrył dla biznesmena w tym telefonie? Filtr niepożądanych wiadomości i połączeń, administrowanie siecią, szybki Internet 4G LTE i podwójną antenę oraz kilka trybów oszczędzania baterii. Dodatkowo 5-calowy ekran dotykowy FHD 16:9, wyświetlający obraz w rozdzielczości 1920 x 1080 (445ppi) pozwoli na wyświetlanie wszystkich multimediów w krystalicznej jakości. Jest też funkcja Voice Photo: pozwala na wzbogacenie zdjęć 10-sekundowym nagraniem audio i szybkie udostępnienie w mediach społecznościowych. Ponadto opracowana przez HUAWEI technologia Image Signal Processor (ISP) umożliwia korzystanie z wielu funkcji znanych z profesjonalnych aparatów, m.in. autofokusa, balansu bieli i redukcji szumów, i uzyskanie optymalnej jakości zdjęć zrobionych w każdych warunkach. Użytkownicy mogą także jednym dotknięciem zmienić ustawienia ostrości i światłomierza. HUAWEI Ascend P7 jest dostępny w Polsce u operatora PLUS w taryfie Plus dla Firm.

  KUJAWSKO-POMORSKI 

46 

CZERWIEC 2014


biznesow y lifestyle

PONAD 13 CALI SAMSUNGA Tym powinien zainteresować się każdy menedżer: Samsung zaprezentował nowe modele Chromebook 2 w dwóch wersjach - z ekranem o przekątnej 11,6 i 13,3-cala. W porównaniu z dotychczasowymi chromebookami, charakteryzuje je lepsza wydajność, dłuższy czas działania baterii, a także lekki i zgrabny design. Większy z modeli Chromebook 2 został wyposażony w ekran o rozdzielczości Full HD (1920x1080), doskonale nadający się do pracy i rozrywki. Dzięki wbudowanym głośnikom z zintegrowanym systemem poprawy jakości dźwięku, mikrofonowi z tłumieniem szumów oraz kamerze HD 720p, Chromebook 2 sprawdza się jako narzędzie do komunikacji, przede wszystkim takiej, jak wideorozmowy. Mimo kompaktowych rozmiarów, oba modele są efektywnymi urządzeniami, a to za sprawą zastosowanych w nich wydajnych i oszczęd-

nych procesorów Samsung Exynos 5 Octa. Uruchomienie systemu operacyjnego komputera trwa niecałe 10 sekund, zaś na wybudzenie go ze stanu uśpienia potrzeba mniej niż sekundy!

Wydajność zapewnia bateria, której czas pracy wynosi aż 8,5 godziny - przy pełnym naładowaniu użytkownik może korzystać z komputerów przez cały dzień pracy. Niewielkie wymiary oraz wysokie osiągi Chromebook 2 sprawiają, że jest to urządzenie, które sprawdzi się zarówno do zastosowań służbowych, czy w podróży. W modelach Chromebook 2 silny akcent został postawiony na mobilność. Dzięki cienkiej obudowie o wysokości zaledwie 19 milimetrów, mieszczą się one w każdej torbie czy plecaku. Model wyposażony w 11-calowy ekran waży jedynie 1,1 kilograma, co sprawia, że można go zabrać ze sobą praktycznie wszędzie. Nowe modele Chromebook 2 cechuje także nowoczesne i modne wzornictwo, nadające im niezwykle elegancki wygląd.

TABLETOFON NOKII CORAZ POPULARNIEJSZY Nokia Lumia 1320: maszyna, która łączy w sobie tablet z telefonem. Sześciocalowy ekran, rozdzielczość 1280 na 720 - taki sprzęt musi oczywiście swoje ważyć. I waży. Kto się uprze, może wsunąć go w wewnętrzną kieszeń marynarki, ale nie radzimy. Jednak coś za coś: decydując się na ten model Nokii możecie zrezygnować z noszenia w teczce tabletu; ten sprzęt doskonale wam go zastąpi. Co ma do zaoferowania - poza wymiarami? Całkiem niezły procesor Qualcomm Snapdragon S400 (2 rdzenie Karit 300 taktowane zegarem 1,7 GHz, układ graficzny Adreno 305). Daje niezłe prędkości.1GBpamięci RAM plus 8 GB pamięci wewnętrz-

  KUJAWSKO-POMORSKI 

47 

CZERWIEC 2014

nej. Co ważne, przy korzystaniu z Internetu: łączność Wi-Fi 802.11a/b/g/n; telefon ma też modem 3G pracujący na częstotliwościach: 850 / 900 MHz / 2100 MHz i pobierający dane w tempie do 42 Mbps oraz modem LTE kategorii 3. zgodny z pasmami 800 / 1800 / 2600 MHz. Plus Bluetooth 4.0. Dość dobrze trzymająca bateria rekompensuje wagę i pewną nieporęczność w obsługiwaniu tego tabletofonu. Oczywiście jak to w lumiach - producent umieścił w modelu 1320 jako system operacyjny Windows 8. Po pewnym czasie użytkowania można się do niego przyzwyczaić (w telefonie), chociaż to oczywiście zawsze będzie bardziej minikomputer, wyposażony w funkcję telefonowania, niż aparat telefoniczny. Nokia Lumia 1320 jest dostępna w ofertach biznesowych Orange i Plus GSM.


183414TRTHA

Biznes Kujawsko-Pomorski czerwiec 2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you