Page 1

a 2012

opad 28 list

: 500

| nakład

egz.

1


Stare i nowe, czyli John Cale w Teatrze Zagłębia, Paweł Świerczek, 4-5 Udany powrót Twin Shadowa do stolicy Śląska, Maciej Trenczek, 6 Hipnotyczna retro mania, Natalia Kaniak, 7 Twin Shadow Confess, Maciej Trenczek, 7 Poza minimalism, Paweł Świerczek, 8 Mark Lanegan, Dorota Wójcik, 9 Obsesyjne osaczanie dźwięków – z Elą Orleans rozmawiała Małgorzata Ludwiczak, 10-11 Jazzowy koniec tygodnia z synem mistrza saksofonu, Maciej Trenczek, 12 Brzoska / Gawroński i Drekoty, czyli wyższa półka muzycznego eksperymentowania, Martyna Poważa, 13 Muzyka wolna od wszelkich ograniczeń, Paweł Świerczek, 14-15 Tinariwen, Maciej Wrona, 16-17 Czekamy, czekamy…, Małgorzata Ludwiczak, 18-19 Picasso na nowo, Oskar Rojewski, 20-21 Mistrzowie melancholii, Maciej Trenczek, 22 Oswajanie „wyobrażonego przyjaciela”, Paula Sauer, 23 Dla przyjaciół Sted, czyli Edward Stachura, Dorota Wójcik, 24-25 Gdy hasło Punk’s not dead odchodzi do lamusa, Maciej Trenczek, 25 S(z)tuka pod ścianą, Michał Podstawski, 26-27 Blockhead osobiście, Jacek “Cuefx” Latoń, 28-29 Piramida melancholii, Dorota Wójcik, 30-31 Wariaci na dnie, Hanna Kostrzewska, 32 Model utożsamienia – Koršunovas a przywłaszczenie Szekspira, 33-35 Choć opowiem Ci, jak wygląda ten, kto za chwilę straci wszystko…, Marlena Hermanowicz, 36-37 Ślady, Marta Olejniczak, 38 Przestrzeń ruchu w sztuce Marii Jaremy, Miłosz Markiewicz, 39 Zbieg poetycki Na Dziko, Zapachy istnienia, po otwarciu szafy, Radosław Kobierski, 40 Spotkanie promocyjne projektu „777”, 41 2

3


.....................................

Stare i nowe, czyli John Cale w Teatrze Zagłębia Paweł Świerczek ........................................

Pierwsze dni XXI edycji Festiwalu Ars Cameralis wypełniły mocne wokale dinozaurów alternatywnej sceny muzycznej. Zanim przyszło nam posłuchać Marka Lanegana, listopadowe święto sztuk kameralnych otworzył John Cale, jeden z założycieli legendarnego The Velvet Underground – zespołu, którego wkład w rozwój rocka nie sposób przecenić. Cóż jednak w twórczości siedemdziesięcioletniego dziś Cale’a pozostało z awangardowej grupy sprzed pół wieku? Niestety niewiele. Charakterystyczny niski głos Johna Cale’a nie przestaje fascynować i zadziwiać. Pomimo swojego wieku muzyk nie stracił energii, i choć oczywiście na scenie zabrakło miejsca na szaleństwa, zastygły naprzemian za syntezatorem i gitarą Cale imponował możliwościami swoich strun głosowych. Wokal konsekwentnie dominował nad instrumentami przez wszystkie dziewiętnaście utworów, które wykonane zostały podczas inaugurującego tegoroczny Ars Cameralis wieczoru.

Choć pod względem wokalnoinstrumentalnym koncert utrzymany był na równym poziomie, trudno powiedzieć to samo o kompozycjach. Przepaść dzieliła utwory starsze (jak otwierający koncert monumentalny Captain Hook z albumu Sabotage/ Live z 1979 roku) od piosenek z najnowszej, wydanej przed miesiącem płyty Shifty Adventures in Nookie Wood. Utwory takie jak tytułowe Nookie Wood czy I Wanna Talk 2 U sprowadzały znakomicie rozpoczynający się koncert na mielizny nijakiego gitarowego grania na poziomie niezbyt wyrafinowanego radia. Najlepsze momenty koncertu to więc te, w których Cale ze swoim młodym zespołem sięgali po kawałki sprzed kilkudziesięciu lat (najjaśniejszym punktem była bodaj energiczna 4

Helen of Troy z mocną linią gitarową) oraz pozwalali sobie na odrobinę improwizacji, rozciągając finały utworów na kilka minut. Te mogłyby trwać zdecydowanie dłużej. Pomimo wszystko publiczność w większości zdawała się zadowolona. Wywołanie legendy rocka na bis trwało długo, w końcu jednak muzyk wrócił na scenę, by wykonać Dirty Ass Rock ’n’ Roll z albumu Slow Dazzle (1975). Na zakończenie wieczoru przestrzeń Teatru Zagłębia w Sosnowcu po raz kolejny wypełniły dźwięki muzyki starego, dobrego Cale’a, pozostawiając pozytywne wrażenie i pozwalając zapomnieć o Cale’u nowym i niezbyt udanym.

zdjęcia: Radosław Kaźmierczak

Znakomity początek, bardzo dobry finał, a pomiędzy nimi sinusoida rozpięta między doskonałością i nijakością. Jedno jest pewne – John Cale dostarczył słuchaczom emocji, czy to pozytywnych, czy negatywnych. A o to przecież w muzyce chodzi. 5


..................................... Udany powrót Twin Shadowa do stolicy Śląska ........................................ Maciej Trenczek

zdjęcia: Radosław Kaźmierczak

Katowice mogły poniekąd czuć się rozpieszczone – był to drugi koncert artysty w Polsce i zarazem drugi właśnie w tym mieście. Po ciepłym przyjęciu na zeszłorocznym OFF Festiwalu Twin Shadow wraz ze swoim trzyosobowym live bandem zagrał tym razem w Jazz Clubie Hipnoza w ramach XXI edycji festiwalu Ars Cameralis. A jako że George Lewis Jr., bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko, to coraz bardziej znana marka, której akcje stale zwyżkują, nie dziwi fakt, że klub został solidnie zapełniony. Dobór utworów nie mógł być i nie był żadnym zaskoczeniem, a jednocześnie nie zabrakło właściwie niczego, co można nazwać niezbędnym punktem w jego koncertowym repertuarze. Lewis i pozostali muzycy skupili się na numerach z wydanego w tym roku albumu Confess, który został zagrany w całości jedynie bez When The Movie’s Over. Brak tego kawałka na setliście mógł być lekkim rozczarowaniem, tym bardziej, że wydaje się on po prostu lepszy koncertowo od kilku innych pozycji. Jeśli chodzi o starszą płytę, Forget – publiczność mogła usłyszeć z niej aż siedem piosenek, w tym m.in. bodaj najpopularniejsze Slow, Castles In The Snow i Tyrant Destroyer. Nie zabrakło też różnych urozmaiceń podczas grania. Mocno gitarowe, momentami wręcz ostre You Call Me On, jeszcze energiczniej brzmiące At My Heels z dodatkiem dzwoneczków, zagrane w szybkim i skocznym stylu I Don’t Care, a także kilka solówek Twin Shadowa na gitarze, których słuchało się z uwagą. Muzycy do momentu pierwszego zejścia ze sceny zagrali 12 utworów, by potem wręcz błyskawicznie zareagować na gromkie prośby o bis. Kolejne dwie piosenki zostały zagrane, po czym zespół po raz drugi się pożegnał, co jednak – być może ku zaskoczeniu wielu osób – wciąż nie oznaczało końca koncertu. Po kolejnych okrzykach zgromadzonych w Jazz Clubie Hipnoza fanów na

6

scenę wyszedł tym razem jedynie główny bohater wieczoru i zagrał na gitarze elektrycznej The One. Szkoda jednak, że został zagłuszony przez odbywające się na sali rozmowy osób, które ewidentnie nie były już zainteresowane koncertem i sprawiały wrażenie, jakby tylko czekały na jego koniec. Podobnie było przy następnym, a zarazem ostatnim tego wieczoru kawałku, Slow, do którego dołączyła już reszta składu. Reasumując – 16 tracków to całkiem niezła liczba, a koncert na pewno można uznać za udany. Nie było może tylu emocji i takiej energii co dzień wcześniej na Marku Laneganie, ale też nikt raczej ich nie oczekiwał w takim samym stopniu. Ważne, że nie zabrakło sprzyjającej takiemu występowi atmosfery. Twin Shadow powiedział w jednym z wywiadów, że z pierwszego koncertu w Katowicach zapamiętał to, że było zimno i że z ekscytacją i zaskoczeniem przyjął fakt, że bawiący się ludzie znali jego utwory. Co zapamięta z drugiego koncertu? Z pewnością to, że było jeszcze zimniej, ale z drugiej strony – z pewnością ciepłe serca publiki. Setlista: Golden Light, You Call Me On, Five Seconds, When We’re Dancing, Run My Heart, I Can’t Wait, Patient, Forget, Be Mine Tonight, At My Heels, Beg For The Night, Tyrant Destroyed, Bis1: I Don’t Care, Castles In The Snow, Bis2: The One (guitar solo), Slow

Hipnotyczna retro mania ........................................ Natalia Kaniak Począwszy od delikatnego i marzycielskiego Golden Light, przez lekko punkowy You Call Me On, Twin Shadow wprowadził wszystkich w tęskny nastrój pierwszych koncertów i całonocnych imprez, by przy kolejnych Five Seconds i When We’re Dancing wbić publikę w pełen dystansu kampowy klimat lat osiemdziesiątych, czyli okresu, który większość z nas zna jedynie z filmów odtwarzanych z kaset VHS. Koncert Twin Shadow to niesamowita podróż gdzieś pomiędzy kalifornijską dyskoteką i plażą rodem ze Słonecznego Patrolu, z  bezpretensjonalnym Run my Heart, rzewnym I Can’t Wait i cudownie prześmiewczym Patient. Na scenę weszli trzykrotnie, czarując zgrabnie zbilansowaną setlistą, na której znalazły się utwory zarówno z debiutanckiego Forget, jak i najnowszego Confess, dając jednocześnie możliwość krótkiego, momentalnego wyrwania się daleko poza chłodny środek Europy, przywołując swoją niezwykle ciepłą, patchworkową muzyką zdecydowanie bardziej przyjemne rejony.

Twin Shadow Confess (2012) Patrząc na rok narodzin Twin Shadowa (1983), wypada się zastanowić, czy jest on na pewno prawidłowy. Występujący pod tym pseudonimem George Lewis Jr. tworzy bowiem muzykę jakby żywcem wyjętą z lat 80. Drugim po mającym premierę przed dwoma laty albumie Forget dowodem na to jest tegoroczne wydawnictwo Amerykanina o  nazwie Confess, które ujrzało światło dzienne w pierwszej połowie lipca. Swój nowy krążek urodzony na Dominikanie Lewis wyprodukował tym razem w całości sam, co było zdecydowanie trafioną decyzją, bo muzyk to wielce utalentowany. Wyszło to płycie na dobre, bo jest ciekawsza i  po prostu lepsza niż debiut. Imponuje tu przede wszystkim różnorodność pomysłów na aranżację utworów i  dobór środków tworzących je. Twin Shadow więcej eksperymentuje, odważniej korzysta z gitary i przede wszystkim z  syntezatorów. Do tego album jest zdecydowanie bardziej dynamiczny, a  jego zawartość dużo bardziej chwytliwa, z  szeregiem potencjalnych przebojów. Confess to jedynie 10 utworów, ale – chciałoby się powiedzieć – jakich utworów. Mimo wspomnianej większej dynamiki muzyka artysty pozostała lekka, urokliwa i  melancholijna, czyli zachowała to, co w  niej bodaj najlepsze. Jej autor na czas nagrywania albumu odstawił wszelkie używki, mając dzięki temu zupełnie czysty umysł, co – jak sam przyznał – da się odczuć w muzyce na nowym krążku. I trudno nie przyznać mu racji. Maciej Trenczek

7


Poza minimalizm ........................................ Paweł Świerczek Jego dorobek obejmuje ponad setkę dzieł, a jego popularność znacznie przekroczyła wąski krąg melomanów. Każdy, kto choć od czasu do czasu chodzi do kina, bez problemu rozpozna słynny motyw The Heart Asks Pleasure First z Fortepianu (1993) Jane Campion. Michael Nyman ma w swoim dorobku opery, koncerty czy kwartety smyczkowe, zasłynął jednak przede wszystkim jako kompozytor muzyki filmowej. Jest stałym współpracownikiem Petera Greenawaya, tworzył muzykę dla Neila Jordana czy Nanniego Morettiego. W jego artystycznym życiorysie zapisała się także przygoda z polskim kinem – Nyman skomponował ścieżkę dźwiękową do filmu Jestem (2005) Doroty Kędzierzawskiej. W 1976 roku na potrzeby reżyserowanego przez Michaela Nymana spektaklu Il Campiello powstała grupa Campiello Band. Muzycy nie chcieli jednak zakończyć działalności po zdjęciu przedstawienia z afisza. I tak pod przywództwem brytyjskiego kompozytora powstał Michael Nyman Band, który 28 listopada wystąpi w ramach Ars Cameralis w Filharmonii Częstochowskiej im. Bronisława Hubermana. Od czasu debiutanckiego albumu, zatytułowanego po prostu Michael Nyman (1981), zespół – choć w zmiennym składzie – stale współpracuje z kompozytorem. Dorobek Michael Nyman Band to nie tylko albumy studyjne, ale również 8

soundtracki, m.in. do Kontraktu rysownika czy Ksiąg Prospera Petera Greenawaya. Na podstawowe instrumentarium bandu składają się smyczki, instrumenty dęte (od klarnetu po saksofon), gitara basowa i oczywiście pianino. W 1993 roku do Michael Nyman Band dołączyło grono muzyków, dzięki którym powstała Michael Nyman Orchestra – rozbudowana grupa, z którą kompozytor koncertuje oraz nagrywa soundtracki (Koniec romansu [1999], Rozpustnik [2004]). Choć Nyman często określany jest mianem minimalisty, jego twórczość zdaje się wymykać tak prostemu zaszufladkowaniu. Nie trzeba być zresztą wysoko wykwalifikowanym muzykologiem, by dostrzec różnicę między jego kompozycjami a dorobkiem jednego z najsłynniejszych współczesnych minimalistów – Philipa Glassa (który również tworzy muzykę filmową). Muzyka Michaela Nymana sprawia wrażenie rozedrganej emocjonalnie, jej autor często lawiruje pomiędzy rzeczonym minimalizmem a hucznymi frazami. Kompozytor tworzy dzieła, których charakteru nie sposób pomylić z nikim innym. Nyman to marka sama w sobie.

Mark Lanegan ........................................ Dorota Wójcik Najnowszy krążek byłego wokalisty Queens Of The Stone Age: Blues Funeral to dowód na to, że prawdziwa legenda, wyrosła wśród najważniejszych reprezentantów grunge’u to artysta, który bez specjalnych oporów sięga po kolejne muzyczne historie, nawiązując chociażby – do najbardziej aktualnych trendów elektroniki. O muzycznej otwartości świadczyć może cover utworu Crystalised, nagrany we współpracy z Massive Attack i Warpaint, w oryginale należący do brytyjskiego The XX. Inspiracji nowymi nurtami trudno zresztą nie dopatrzyć się chociażby w Ode to sad disco (…) zdjęcia: Radosław Kaźmierczak 9


.....................................

Obsesyjne osaczanie dźwięków z Elą Orleans rozmawiała Małgorzata Ludwiczak ........................................

– Muzyka to koło. To ciągłe krążenie wokół tych samych dźwięków, wynajdywanie ich nowych brzmień. To swego rodzaju rutyna i powtarzalność. Dokładnie taki sam schemat jak każdy nasz dzień, kiedy budzisz się, myjesz, ubierasz, jesz śniadanie. Zawsze pojawia się jakiś impuls do działania. Tak samo jest z muzyką – mówi Ela Orleans, urodzona w Polsce przedstawicielka sceny niezależnej, na stałe związana z Glasgow i tamtejszą wytwórnią Clan Destine Records. Artystka łączy ze sobą plejadę dźwięków, instrumentów, inspirując się przy tym twórczością największych światowych kompozytorów, dzięki czemu otrzymuje barwną mieszaninę niepowtarzalności. Tworzysz muzykę od dawna. Od dawna też zakupiłam skrzypce i od tego też nie mieszkasz w Polsce. Jak to się wszystko się zaczęło. Wraz z kilkoma stało, że wyjechałaś i zaczęłaś tworzyć artystami z Glasgow założyłam muzykę poza granicami kraju? zespół Hassle Hound – zagraliśmy Swoją przygodę z muzyką zaczynałam kilkadziesiąt koncertów, wydaliśmy będąc dzieckiem. Następnie przeszłam kilka płyt, miedzy innymi dla wytwórni etap kształcenia w kierunku Staubgold, Twisted Nerve i Pickled muzycznym, a także sztuk pięknych Egg. i teatru. To w szkole teatralnej poznałam zespół z Królewskiej W Polsce to Twój pierwszy koncert. Akademii Teatralnej z Glasgow, gdzie Nigdy nie chciałaś, nie miałaś okazji wkrótce się przeprowadziłam. Tam wystąpienia w swoim kraju? Masz jakąś styczność z polską kulturą, polską sceną muzyczną? Wróciłam do Polski na trochę. Skomponowałam muzykę do kilku spektakli, w tym do jednego w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Jednak czasami miałam i mam wrażenie, iż ciężko jest dotrzeć w Polsce z nowym brzmieniem, zwłaszcza jeśli trudno je zakwalifikować do popu, rocka, jazzu lub muzyki klasycznej. Zawsze to zagraniczni twórcy zauważali moje kompozycje, wierzyli w nie i nakłaniali do dalszego działania, tak jak przykładowo niemiecki kompozytor i producent muzyczny Marcus Schmickler. Między innymi dzięki niemu wysyłałam swój materiał na przeróżne konkursy, które po wielokroć udawało się wygrać. zdjęcia: Tomas Szudarski

10

Twoja muzyka jest bardzo specyficzna, nieco trudna, ale przy tym wyczuwa się w niej odrobinę magii, baśniowości.

Skąd czerpiesz inspirację? Duży wpływ na moją twórczość mają filmy i muzyka filmowa, z tego czerpię najbardziej. Mam swoich ulubionych kompozytorów, którzy odegrali ogromna rolę w moim dorobku. Najbardziej cenię Morricone, Herrmanna czy Angelo Badalamentiego. Z polskich twórców inspiracji i pomysłów dodają mi przede wszystkim Andrzej Korzyński, Wojciech Kilar i oczywiście Krzysztof Penderecki. Łączysz przeróżne dźwięki ze sobą, do tego dochodzi jeszcze filmowość, szereg instrumentów. Co jest złotym środkiem, który spaja te elementy w zgrabną całość? Wiele ułatwia dobry, sprawdzony

sprzęt i oprogramowanie. Do tego dochodzi pomysł i precyzyjne wykonanie. Długo szukałam czegoś, co pozwoli mi samodzielnie nie tylko tworzyć, ale też odtwarzać moją muzykę na żywo. Sporo czasu zajęła mi konfiguracja całej maszynerii, która pozwala mi na występ solowy. Samotność na scenie wiąże się z długim okresem przygotowań do występu, konsekwentnością i stalowymi nerwami, których czasami bardzo mi brakuje. Proces prób i nagrań jest niezwykle żmudny. Nie ma tutaj złotego środka poza odpowiednim rytmem, melodią i upartą nad nimi pracą.

zdjęcia: Radosław Kaźmierczak

11


zdjęcia: Radosław Kaźmierczak

..................................... ........................................Martyna Poważa

Jazzowy koniec tygodnia z synem mistrza saksofonu Maciej Trenczek ........................................

Ravi Coltrane ewidentnie polubił Hipnozę, a Hipnoza polubiła Raviego Coltrane’a. Syn samego Johna Coltrane’a, jednego z najwybitniejszych saksofonistów w historii muzyki, po raz kolejny zagościł w progach mieszczącego się na placu Sejmu Śląskiego w Katowicach jazz clubu. Ravi co prawda poszedł w ślady ojca i również chwycił za saksofon, jednak niewiele brakowało, by jego losy potoczyły się inaczej. Będąc w szkole średniej, stracił bowiem brata, Johna Jr., który zginął w wypadku samochodowym, co spowodowało utratę motywacji do dalszej gry na instrumencie. Dopiero kilka lat później powrócił do nauki, którą szlifował na California Institute of the Arts. Koncertowanie zaczął od występów w zespołach matki, pianistki Alice Coltrane. Grywał też w zespole Elvina Jonesa, wybitnego perkusisty, a zarazem członka kwartetu swojego ojca. Usamodzielnił się dopiero w 1998 r., gdy nagrał swój debiutancki album Moving Pictures, ciepło przyjęty przez krytykę. W Jazz Clubie Hipnozia zagrał po raz czwarty. Wcześniej można było go zobaczyć dwukrotnie podczas Festiwalu Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice (w 2007 i 2010 roku, w obu przypadkach jako założyciela i lidera Ravi Coltrane Quartet) oraz w 2008 roku jako członka grupy

12

SIM Faculty Band, która wystąpiła w ramach 3. edycji Śląskiego Festiwalu Jazzowego. Tym razem Ravi przyjechał do Katowic wraz ze swoim zupełnie nowym składem, nazwanym po prostu Ravi Coltrane New Quartet, w którym gospodarzowi, dzierżącemu saksofon zarówno tenorowy, jak i sopranowy, pomagają: David Virelles (instrumenty klawiszowe, fortepian), Dezron Douglas (gitara basowa) oraz Johnathan Blake (perkusja). Koncert, który odbył się 11 listopada, był prezentacją najnowszego, wydanego w lipcu tego roku nakładem Blue Note Records albumu Spirit Fiction. Podczas trwającego półtorej godziny występu nie zabrakło miejsca na improwizacje, a także na przysłowiowe 5 minut dla każdego z członków kwartetu. Wypełniona po raz kolejny po brzegi sala klubu była świadkiem przyjemnego jazzowego zakończenia weekendu, a zarazem pierwszego tygodnia Festiwalu Ars Cameralis. Sam Coltrane Jr. zaś pewnie wróci za jakiś czas do tego miejsca, bo czuje się w nim nadzwyczaj dobrze.

Elektropoezja. Szufladkowanie szufladkowaniem, ale nie ma lepszego słowa na opisanie twórczości Brzoski i Gawrońskiego niż właśnie elektropoezja. Duża w tym zasługa Wojciecha Brzoski, który z wykształcenia jest kulturoznawcą na co dzień zajmującym się poezją. Teksty, niemalże wyrecytowane, poruszają do głębi, przeplatając się z delikatnym wokalem Asi Małanki. Do tego gitara, na której gra Wojtek Bubak i pady elektroniczne Michała Kmity. A całość okraszają eksperymentalne brzmienia Dominika Gawrońskiego, znanego DJ-a i producenta muzycznego, który podczas zeszłorocznej edycji Ars Cameralis supportował samych M83.

Połączenie nowoczesnej elektroniki i liryków wydawałoby się niemożliwe, ale są to pozory, które nie zwiodły muzyków zespołu. O dziwo okazuje się, że doskonale pasują do siebie białe wiersze i łagodne bity oraz loopy. Teksty nie są proste, a całe instrumentarium wzmacnia subtelną atmosferę niepokoju i pogłębia odbiór. Dźwięki wydają się płynąć, delikatnie melodyjny wokal żeński dopełnia melorecytację tekstówwierszy. Czy trzeba coś dodawać? Słucha się jednego utworu i chce się więcej. Jakie to szczęście, że 21 listopada ukazała się debiutancka płyta zespołu. Drekoty. Skład wyłącznie damski, za to zero przesadzonego feminizmu, mimo że czuć kobiecą siłę przebijającą przez każdą nutę. Trio w składzie: Ola Rzepka (perkusja, klawisze, wokal), Magda Turłaj (klawisze, skrzypce, wokal) i Zosz Chabiera (skrzypce, wokal) serwuje muzykę nielekką, lecz mimo to przyjemną. Poezja śpiewana? Powinna być bardziej melodyjna. Folk? A gdzie odwołania do ludowości? Trudno jest przypisać tę twórczość do jakiegoś konkretnego gatunku, ale chyba o to właśnie Drekotom chodzi – o unikalność i indywidualizm. Eksplorowanie zakamarków kobiecej duszy nie

każdemu może przypaść do gustu – jednak artystkom należą się brawa za doskonałe oddanie tego powikłania w warstwie melodii utworu. Podczas słuchania takich utworów jak Masłem czy Poddania niemalże fizycznie odczuwamy wirowy spadek, możemy wręcz powtórzyć za tekstem „spadam masłem w dół, spadam, tańczę i wiruję”. Obydwa zespoły grają muzykę pobudzającą do refleksji, z mocnymi tekstami. Mimo to wcale nie jest przygnębiająca ani nie atakuje – raczej ilustruje tekst i wprowadza w nastrój. Nie jest to muzyka prosta, do nucenia podczas smażenia naleśników czy pod prysznicem. Ów kierunek może wydać się zaskakujący pośród powszechnej tendencji, która obliguje młode zespoły do skupiania się wyłącznie na sukcesie komercyjnym. Twórczość Brzoski/ Gawrońskiego i Drekotów wymaga głębszego namysłu, zrozumienia. Zestawienie tych dwóch zespołów podczas jednego koncertu to fenomenalne połączenie dla słuchaczy wymagających od artysty czegoś więcej niż tylko rzemiosła. Może i ten tekst mógłby wydać się nazbyt hurraoptymistyaczny, a komplementy przesadzone, jednak – dobra muzyka obroni się sama. 13


Muzyka wolna od wszelkich ograniczeń Paweł Świerczek ........................................ Antoni „Ziut” Gralak należy do czołówki polskich trębaczy i kompozytorów. Jego charakterystyczny styl gry mogliśmy podziwiać w wielu zespołach, które współtworzył i z którymi współpracował: Free Cooperation, Young Power, Svora, Woo Boo Doo, Universal Supersession i wreszcie najsłynniejszy Tie Break. Obecnie Gralak prowadzi dwa autorskie projekty: GRAAL oraz YeShe. Z tym ostatnim wystąpił w Teatrze GuGalander 15 listopada. W twórczości YeShe najpełniej objawiają się drum’n’bassowe fascynacje Antoniego Gralaka. Projekt, będący próbą wyrwania gatunku ze szponów (sub)kultury klubowej, zaskakuje świeżością połączenia elektroniki z żywymi instrumentami pochodzącymi z różnych stron świata oraz wokalami gościnnie współpracujących z grupą gwiazd (m.in. Wojciechem Waglewskim i Justyną Steczkowską). Ta nieznająca kulturowych i estetycznych granic muzyczna mikstura dryfuje w stronę pełnego improwizacji free jazzu. Nic więc dziwnego, że muzyka YeShe najlepiej sprawdza się na żywo, a koncerty grupy, w skład której obok „Ziuta” Gralaka wchodzą obecnie Piotr Pawlak (gitara) i Darek 14

Makaruk (sampling), przeradzają się w spektakularne show. Współtworzą je multimedialna grupa Jasnachmura oraz Teatr Klinika Lalek z Wolimerza, który w przestrzeń sali koncertowej wprowadza ogromnych rozmiarów kukły. W ten sposób band, stapiając w swojej twórczości różne gatunki i style muzyczne oraz łącząc odmienne formy sztuki, przełamuje także barierę pomiędzy sceną i widownią. W trakcie koncertu w ramach Ars Cameralis YeShe zaprezentowali materiał ze swojego najnowszego, nagranego na żywo albumu Piastowska 1. Wydawnictwo zadebiutowało w sklepach płytowych 30 października tego roku, a jego tytuł odwołuje się do adresu katowickiej pracowni Andrzeja

Urbanowicza, jednego z najsłynniejszych przedstawicieli polskiego undergroundu artystycznego. Album, zainspirowany spotkaniem Gralaka z surrealistycznym malarzem, łączy w sobie tradycyjne dla YeShe elementy drum’n’bassu z motywami zaczerpniętymi z muzyki i kultury hinduskiej. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów dźwiękowych na Piastowskiej 1 jest shanai – dęty instrument z północy Indii o specyficznym, niepodrabialnym brzmieniu. Nie sposób było przewidzieć, w którą stronę potoczy się występ Antoniego Gralaka i jego grupy – wszak muzyka YeShe jest wielką manifestacją wolności i braku barier. Nie tylko twórczych. zdjęcia: Adam Andrecki

15


Tinariwen

........................................ Maciej Wrona Wywodzą się z północnego Mali. Tuaregowie – ludzie pustyni. Stosunkowo niedawno porzucili karabiny na rzecz nowego instrumentarium i bynajmniej nie są to flety czy lutnie, typowe dla ludów Sahary. Pozostali wierni plemiennym rytmom, jednak ich domeną stały się gitary elektryczne. Efekt okazał się na tyle spektakularny, że Thom Yorke (Radiohead) wieszczy im przyszłość najlepszej grupy rockowej świata. Zanim jednak członkowie Tinariwen zyskali międzynarodową sławę, światowe sceny i miano najważniejszych wykonawców world music, musieli przejść długą drogę. Nieobce im są obozy dla uchodźców, obozy szkoleniowe, front walki o ojczyznę czy nawet przywództwo tuareskiemu ruchowi separatystycznemu. Długa i ciężka droga odcisnęła swoje piętno na ich muzyce i do dziś bez względu na to, czy grają na Glastonbury, czy na kameralnym występie, w dalszym ciągu śpiewają o krzywdach i tęsknotach swojego ludu. Nie 16

inaczej było w Chorzowie. Wypełniony Teatr Rozrywki przyjął sześcioosobowy skład długimi owacjami. Panowie z kolei bez zbędnych kurtuazji rozpoczęli od typowo bluesowego Assouf ze swojego trzeciego krążka. Kolejne pozycje kontynuowały wątek ich wcześniejszej twórczości – przez wielu fanów uważany za najbardziej autentyczny i przez to ciekawy. Długie rytmiczne kompozycje, przenikające i zazębiające się w całość, tworząc charakterystyczny hipnotyczny klimat, z jakiego słyną

zdjęcia: Adam Andrecki, Maciej Jarzębiński

Tinariwen. Wspaniale ułożona setlista pozwoliła zaprezentować muzykom swoją wszechstronność w pozornie jednolitym i konsekwentnym repertuarze. Grupa, częściej opisywana z bluesowej perspektywy, tego wieczoru bynajmniej nie delikatnie stąpała po ciemnej stronie księżyca. W pamięć zapadną pewnie wspaniałe gitarowe solówki, tak odmienne od tych, które znamy z zachodnich scen: nieagresywne, stanowcze, a jednocześnie pełne spokoju. Świetnie wypadały także spontaniczne improwizacje, których próżno szukać na płytach zespołu, a na koncercie brzmiały wybornie. Delikatnie zawiedzeni mogli być fani ostatniej, akustycznej płyty Tassili. W Chorzowie muzycy postawili jednak przede wszystkim na swoje elektryczne gitary. Efekt? Doskonały,

energiczny i pełen emocji występ. Nie sposób nie wspomnieć o pozamuzycznych aspektach koncertu, ponieważ występ Tinariwen to prawdziwe widowisko. Wspaniałe kolorowe, egzotyczne stroje muzyków, specyficzne zachowanie na scenie i w końcu subtelny i intrygujący taniec. W połączeniu z ich muzyką razem tworzą wybitną atmosferę. Ostatnie uczucie dotyczące koncertu to niedosyt. Choć nie należał do krótkich, a razem z bisem muzycy zaprezentowali przeszło dwadzieścia kompozycji, to i tak to za mało. Tinariwen w jakiś magiczny sposób robią duszy dobrze, tak że wychodzi się po ich występie dziwnie spokojnym. 17


.....................................

Czekamy, czekamy... Małgorzata Ludwiczak ........................................ Legenda. Ponadtrzydziestoletnia. Narodzeni w roku 1981, ale przysłuchując się muzyce, można powiedzieć, że wyciągnięci z lat sześćdziesiątych. Po drodze do dnia dzisiejszego z wieloma przygodami dotyczącymi głównie rozstań, powrotów, zawieszeń i przekształceń. Dotarli do teraz. Z energią. Z muzyką jak dawniej. Z publiką jak wtedy. I z planami – mniej czy bardziej sprecyzowanymi na temat nowej płyty. Brygada Kryzys zawsze mająca świetny odbiór, czasami nastrajająca nieco sentymentalnie, dalej może liczyć na zatłoczone kluby i tłumy pod sceną. I raczej nie powinno się to zmienić. Zadebiutowali obok Republiki w 1981 roku w warszawskim klubie Remont, łącząc w sobie resztki dwóch offowych zespołów: Titlu i Kryzysu, które nagle z dnia na dzień przestały istnieć, robiąc miejsce na nowe. Zarejestrowany wtedy materiał został wydany przez brytyjską wytwórnię Fresh Records UK i krążył wokół pierwszych fanów, spośród których pewnie mało kto wiedział, że słucha legendy. Pewnie i sama Brygada Kryzys o tym nie miała pojęcia. Później były Bałkany – trasa koncertowa i propozycja nagrania płyty w wytwórni Jugoton. Plany jednak nie zostały zrealizowane, przeszkodził w nich stan wojenny. Tym samym odpadła również propozycja trasy koncertowej w Holandii, a jedyna możliwie niemożliwa do zrealizowania oferta pojawiła się ze strony Rock Estrady. Nie do spełnienia, gdyż dzięki cenzurze należało zmienić nazwę na Brygadę K., która nie mogła jednak zostać zaakceptowana przez Lipińskiego i Brylewskiego. W 1982 roku zespół mógł przetestować nowe studio nagraniowe Tonpress. Wtedy też dziewięć z nagranych utworów ukazało się na wydanej pierwszej płycie zespołu. Czarnej Płycie/Czarnej Brygadzie/Brygadzie Kryzys po prostu.

zdjęcia: Adam Andrecki

18

na scenę powrócili w latach 19911994. Wtedy był Jarocin, katowickie Odjazdy i kolejna płyta, Cosmopolis, na której pojawiły się utwory nagrane dużo wcześniej, jednak przez wzgląd na sytuację polityczną kraju i obowiązującą cenzurę nie mogły zostać wydane w fazie początkowej działalności zespołu. W tym okresie zespół również koncertował corocznie w ramach cyklu Stanik – cyklu koncertów 13 grudnia na wspomnienie stanu wojennego. Jeszcze wtedy powstaje płyta, a już rok później zespół kolejny raz zawiesza działalność, by wrócić po raz trzeci w 2003 roku. Od tego czasu grywali sporadycznie na scenach, głównie klubowych i festiwalowych. Grają hity sprzed trzydziestu lat. Mimo to utwory się

nie starzeją, słowa się nie starzeją i przekaz ponoć pozostaje taki sam. Chyba. Biorąc pod uwagę upływ czasu, fakt ten może wydać się co najmniej dziwny, jak nie absurdalny. W przypadku Brygady Kryzys wszystko przez bijącą z tekstów uniwersalność, przez brak konkretnego osadzenia w rzeczywistości w danym momencie, a bardziej płynność i powrót do źródeł. To muzyka o nowym świecie, niesprecyzowanym i nieokreślonym, ale potrzebnym. Patrząc na „dzisiaj”, dalej pożądanym i chyba coraz mniej realnym. Brygada Kryzys nie jest dinozaurem rocka. Raczej zaskakuje nadal i pewnie zaskoczy ponownie kolejną płytą.

Historia się zaczęła, ale i w pewnym sensie miała swoje zakończenie – z braku perspektyw, pomysłów, możliwości. Panowie ponownie 19


.....................................

Picasso na nowo Oskar Rojewski ........................................

Grafiki Pabla Picassa (głównie akwaforty i akwatinty) prezentowane na wystawie w Rondzie Sztuki pochodzą z kolekcji Piera Crommelyncka, a w Katowicach podziwiamy je dzięki uprzejmości Jean-Michela Alberoli. Istotnym łącznikiem dla wszystkich prac jest rok 1968. Był to bardzo ważny okres w dziejach XX-wiecznej Europy – protesty studentów we Francji oraz światowy kryzys społeczny stanowiły ówczesne tło dla twórczości Pabla Picassa. Prace dojrzałego, wówczas prawie dziewięćdziesięcioletniego artysty determinował chaos, w jakim pogrążony był ówczesny świat. Poszczególne prace wskazują na zainteresowanie autora widowiskiem teatralnym, woltyżerką czy też akrobacją, które pozwalają na nienaturalne rozciągnięcia ludzkiego ciała. Przez zastosowanie falującej linii kobiety wiją się niczym zwierzęta, a podziwiający je mężczyźni, którymi zawładnęło pożądanie są widownią, która współgra w wariacji autorstwa Picassa. Zilustrowanie żądz determinujących ludzkim działaniem jest zresztą głównym tematem większości prac. Nie funkcjonują one pod żadnym tytułem, pozwalając na swobodne interpretacje, lecz stanowią kontynuację dla maniery, którą wypracował Picasso w swoich wcześniejszych pracach z cyklu Pocałunki. Deformacja jest próbą uczynienia z ludzi demonów, które

zdjęcia: Janusz Drobisz

20

ilustrują przerysowane uczucia. Jest to zupełnie inny sposób rozumienia miłości, pożądania, strachu i chaosu. Istotnym elementem ekspozycji, a zarazem całej kolekcji jest ciąg prac poświęcony interpretacji historii romansu Rafaela i Fornariny. La Fornarina powstała na początku XVI wieku i jest bardzo subtelnym oraz spokojnym dziełem z dozą erotyki, która ma na celu eksponowanie piękna kobiecego ciała w typie Venus pudica – wstydliwej i nieśmiałej kobiety. Pierwsza interpretacja tego motywu wyszła spod ręki Jean-Auguste-Dominique’a Ingres’a. Nieodzowny dla XX wieku brutalizm przenikał, jak się zdaje, do atakującej odbiorcę picassowskiej erotyki. W grafikach tych, przedstawiających stosunek Rafaela i Fornariny, autor

nie eksponował piękna uczucia, jakie towarzyszyło kochankom. Tematem głównym stało się pożądanie oraz bezpruderyjność relacji renesansowego artysty i jego muzy. Venus Pudica stała się lubieżną kochanką malarza, niezastąpionym elementem realizującym temat jest proces aktu twórczego. Pomimo niekomfortowych warunków Rafael nie przestaje malowania swojej muzy, a jego dynamiczna linia wyraża najbardziej skryte pragnienia erotyczne ludzkości. Zapoznanie z grafikami pozwala na przybliżenie nieznanej z podręczników twórczości Pabla Picassa. Stanowią one doskonały materiał pozwalający spojrzeć na

manierę, z jaką tworzył artysta. Cykl ten stwarza swoisty spektakl teatralny, którego reżyserem jest sam Picasso. Otwierając wystawę, Jerzy Gorzelik, zastępca Marszałka Województwa Śląskiego zaznaczył, iż prace Pabla Picassa to sztuka przez duże „S”. W czasach, kiedy świat zachwyca się nowymi technologiami i ich wytworami, takimi jak „Dreamliner”, zapomniano o sztuce. Z postępem cywilizacyjnym samoloty zdezaktualizują się jako cud techniki, natomiast sztuka Pabla Picassa będzie wiecznie aktualna. ARS CAMERALIS 2012: Świat jest teatrem. Pablo Picasso i Piero Crommelynck na scenie świata. Mougins. 1968 od 15 listopada 2012 do 15 stycznia 2013 Rondo Sztuki

21


.....................................

zdjęcie: Adam Andrecki

Mistrzowie melancholii

........................................ Maciej Trenczek Czy Tindersticks zasługują już na miano legendy brytyjskiego rocka? Jest to pewnie kwestia dyskusyjna, jednak nawet jeśli tak nie jest, to konsekwentnie do tego celu dążą. Pochodzący z angielskiego Nottingham zespół w zeszłym roku obchodził 20-lecie swojej działalności i jest na najlepszej drodze, by ta historia prędko się nie skończyła – m.in. dlatego, że jego członkowie potrafią wciąż nagrywać wspaniale przyjmowane i wysoko oceniane albumy, czego przykładem jest datowane na luty wydawnictwo The Something Rain. Mimo że głównym nurtem Tindersticks jest rock, to Brytyjczycy nie ograniczają się jednak wyłącznie do niego. W ich muzyce pobrzmiewa też jazz i soul, dzięki korzystaniu, prócz oczywiście gitar, z takich dobrodziejstw instrumentalnych jak: organy Hammonda, skrzypce, trąbka, wibrafon, klarnet, puzon czy fagot, co pokazuje, że jest to grupa o otwartych umysłach muzycznych. Zanim jednak nazwa Tindersticks stała się już tą właściwą, pierwszy skład zespołu, w którym prócz aktualnie występujących Stuarta Staplesa, Neila Frasera oraz Davida Boultera znaleźli się jeszcze Al Macaulay, Dickon Hinchliffe i John Thompson, jeszcze jako Asphalt Ribbons nagrał w 1991 r. EP-kę Old Horse. Rok następny to już funkcjonowanie pod nową banderą i wydanie pierwszego singla o nazwie Patchwork, na kilkanaście miesięcy później przypada zaś wydanie debiutanckiego albumu, nazwanego po prostu Tindersticks, a określanego potocznie „pierwszym albumem”. 22

Oswajanie „wyobrażonego” przyjaciela ........................................Paula Sauer Nastrojowość, tajemnica i emocjonalność – tak w skrócie można opisać muzykę, jaką tworzy Slow Magic, a także jego występ 24 listopada w chorzowskiej Szufladzie 15. Odwiedził Śląsk w ramach trasy koncertowej, która obejmuje szesnaście krajów europejskich. zdjęcie: Adam Andrecki

Najważniejszym czasem próby dla zespołu był bez wątpienia moment, gdy w 1995 r. Stuart Staples postanowił rozpocząć karierę solową. Wiele mówiło się o tym, że może to być koniec Tindersticks, tym bardziej, że gusta poszczególnych muzyków zdążyły się zmienić. Ostatecznie jednak okazało się, że obawy były niepotrzebne, a kolektyw trwał dalej w najlepsze. Do dziś zresztą spod ich instrumentów i głosów wyszła pokaźnej wielkości dyskografia, bo prócz dziewięciu albumów studyjnych znalazło się jeszcze miejsce na pięć ścieżek dźwiękowych do filmów oraz kilkanaście pozycji live czy kompilacji. Koncert Brytyjczyków 18 listopada w Teatrze Rozrywki w Chorzowie był ich powrotem na Śląsk po dwuletniej przerwie, kiedy w sierpniu 2010 r. zagrali na OFF Festivalu. I chyba bez cienia przesady można go nazwać najbardziej oczekiwanym spośród wszystkich z programu Ars Cameralis.

Koncert był z pewnością intrygujący ze względu na aurę tajemniczości, która otacza Slow Magic. Co o nim wiemy poza tym, że jest mężczyzną w masce? Niewiele, a nawet nic. Cała otoczka personalna i biograficzna w jego przypadku po prostu nie istnieje. Dzięki temu cała uwaga skierowana zostaje na muzykę, jaką tworzy. O tym można powiedzieć wiele, znaleźć – dużo mniej. Muzyka ta wkracza na rozległe terytoria elektroniki, przez co niełatwo ją przyporządkować do któregoś z jej nurtów. Klasyfikowanie leży w naszej naturze, dlatego jeśli spróbować określić w ten sposób twórczość Slow Magic, najogólniej można stwierdzić, że jest chillwave i nieco glitchu doprawionego dream popem. Taki opis jest jednak oczywiście niepełny i niewiele mówi. Ci, którzy mieli okazję usłyszeć i przede wszystkim zobaczyć artystę na żywo, zgodzą się, że to muzyka pełna życia, zawierająca w sobie wszystko to, co w życiu zwariowane i nie do końca zrozumiałe. Do tego nieco narkotyczna i marzycielska, która wyraża cały katalog emocji i odczuć, które nie mieszczą się w słowach.

Występy na żywo, na które składa się inspirowana afrykańskimi motywami, ręcznie wykonana maska i bęben, połączone z rytmicznymi dźwiękami pochodzącymi z samplera i laptopa, ale także obrazami z videoclipu Sorry Safari wyświetlanymi na projektorze, stają się niezwykłym zestawem tworzącym hipnotyzującą nastrojowość. To niezwykłe połączenie współczesności z rodzajem muzyki pierwotnej, kiedy Slow Magic w kolorowej masce z bębnem schodzi ze sceny i wdziera się w tłum. To właśnie maska jest elementem, który sprawia, że nie posiadając możliwości porozumienia się z publiką za pomocą słów, artysta komunikuje się z nią za pomocą gestu i mowy ciała. Tworzy to większą intymność oraz buduje emocjonalność, a także jest wyrazem wolności artystycznej. Koncert Slow Magic był wydarzeniem, które sprawiło, że „dźwięk stworzony przez nieznanego, wyobrażonego przyjaciela” stał się dźwiękiem stopniowo oswajanym przez słuchaczy, stworzonym przez jak najbardziej realnego artystę, który poprzez niezwykły kontakt z publicznością staje się jej przyjacielem. 23


.....................................

Dla przyjaciół Sted, czyli E dward Stachura Dorota Wójcik ........................................

Babu Król, czyli Bajzel i Budyń w muzycznym tandemie. Robiąc swojego Steda, autorowi Całej jaskrawości uczynili prezent iście przyjacielski, ukazując jego twórczość w sposób absolutnie niezwykły. W samo sedno sprawy trafił chyba Jakub Żulczyk na łamach „Wprost”, pisząc o Stachurze w sztruksach i z gitarą, popularnym wśród wielbicieli Bieszczad, górskich rajdów i fanów poezji śpiewanej. Stare Dobre Małżeństwo, odpowiedzialne za bodaj najbardziej znane interpretacje stachurowskiej liryki, przemieniło Jak czy Z nim będziesz szczęśliwsza w hymny kolejnych pokoleń artystycznie skrzywionych licealistów, dyskredytując je – jak się wydawało – i na stałe wiążąc Steda z ogniskami, obozami i rajdami. Interpretacja Babu jest interpretacją adekwatną. Teksty Stachury źle znoszą miękką melodyjność SDM-u zamkniętą w kilku gitarowych akordach. Ta, przyczyniając się do popularyzacji twórczości Steda, spowodowała jednocześnie jej bolesną banalizację. Płyta duetu Babu Król jest w tym kontekście zjawiskiem. Będąc absolutną negacją stereotypowego pojęcia poezji śpiewanej, staje się jednym z najciekawszych rodzimych produkcji ostatniego roku. Nie ma tutaj gitarowego plumkania i rozwlekania fraz, żulczykowych swetrów i sztruksów. To jest poetycki rozpierdol, prawdziwa bomba i cudowny hołd dla Stachury. Od otwierającej album Próby wniebowstąpienia, drżącej, narastającej, hipnotyzującej bodaj stu dwudziestoma sześcioma

24

znakami bez spacji rozpoczyna się niezwykła podróż przez poezję Steda, podróż daleką od bieszczadzkich lasów i łąk. Budyń i Bajzel to przewodnicy niezwykli. To wszystko jest diabelnie, absolutnie, zupełnie na poważnie, z całym rozedrganiem i napięciem towarzyszącym kolejnym utworom. A wśród tychże, w liczbie dwunastu, nie ma słabego punktu. To konsekwentny, przemyślany krążek, a także niesamowite połączenie scenicznych osobowości, które sprawia, że król w wersji live to niesamowite show, czego dowód dała OFF-owa publiczność, wypełniając po brzegi (ba, daleko poza brzegi!) namiot Kawiarni Literackiej. Gatunkowej klasyfikacji Król zgrabnie umyka. Poezja śpiewana? Jej konotacje sprawiają, że

zdjęcia: Adam Andrecki

przyklejanie łatki do Steda byłoby względem tego dużą krzywdą. Z drugiej jednak strony, Budynia & Bajzla projekt ukazuje niezwykłe możliwości, jakie daje kreatywna i prawdziwie autorska adaptacja liryki. Album to psychodeliczne, hipnotyczne granie (jak wspomniana już Próba wniebowstąpienia), wątki przywodzące na myśl muzykę etniczną (frazowanie w Białej Lokomotywie) czy w końcu proste rockowe historie, przywołujące chociażby nagrania Republiki (Co noc…).

w kolejnych recenzjach, relacjach, notach główną osią jest właśnie nowatorskie podejście do liryki Steda, warto zaznaczyć, że to po prostu bardzo, ale bardzo dobry album. Urzekający.

12 fantastycznych kompozycji. Nieprzesadzonych, nieprzekombinowanych, spójnych i absolutnie na temat. I choć

.....................................

Gdy hasło Punk’s not dead odchodzi do lamusa ........................................ Maciej Trenczek Ogromny zachwyt może towarzyszyć reakcji na muzykę, o której można powiedzieć, że jest czymś świeżym i że czegoś takiego brakowało. Szczególnie, jeśli jest to polska muzyka. Tak opisać można tyską kapelę The Abstinents oraz ich album Punk Not Drunk. Ten niczym nieskrępowany jazz-punk zachwyca swoim surowym, garażowym brzmieniem, w którym na pierwszy plan wysuwają się agresywny wokal i nie mniej agresywny saksofon, nieraz powodujący chaos w utworach, ale działanie to świadome i celowe. Tekstom bliżej do Świetlickiego i bytu w oparach absurdu niż do punka. Można nawet powiedzieć, że punkowe nie są one wcale, nie licząc utworu Chiny to skurwysyny. No ale też kolejne pytanie brzmi – czy w tej muzyce tak naprawdę przeważa punk? Słychać tu przecież inspiracje m.in. King Crimson, co znacznie poszerza wyobrażenie na temat muzycznej

zawartości trzeźwego punka. A może właśnie nazwa ta jest szalenie celną metaforą? Jedno jest pewne – album ten w dużej większości przypadków się zapamięta niż o nim zapomni. Zawiera jedynie 7 kawałków, ale kawałków różnorodnych, z których każdy jest godny uwagi, bez potrzeby skipowania. Tyszanie mocnym akcentem podkreślili swój pełnoprawny debiut na polskim rynku muzycznym (wcześniej jedynie wspomniane już Chiny to skurwysyny znalazły się na kompilacji Sealesia 2). Można jedynie się obawiać, że jeszcze długo pozostaną niszową kapelą, zauważoną i docenioną tylko przez nielicznych. Trzymajmy jednak za nich kciuki, bo warto. 25


..................................... S(z)tuka pod ścianą?

........................................ Michał Podstawski Mnóstwo rozbieganych wątków: tramwaj lekko kołysze się na szynach, tnie bure powietrze, wiatr podnosi i przekłada liście, układa je w piramidy, w stosy, w warkocze. W oknie kamienicy zeschnięta pelargonia, pod parapetem wyprężony koci grzbiet, błyszczący jak garść drobnych monet albo zelówki chińskich adidasów. Młoda matka pcha przed sobą wózek, kółka skrzypią po chodniku, grzęzną w żwirze, obok drogą samochody, jeden za drugim, jeden za drugim, i w ciągłym gwizdaniu: żółć, czerwień, żółć, czerń, błękit, biel... powietrze jest zimne, zimniejsze, słychać więc każdy dźwięk: drży halogenowa lampa, gaśnie, znów świeci, za drzwiami kaszle dziecko, autobus dzwonkiem oznajmia swoje przybycie. I jeśli prawdą jest, że muzyka bierze swój początek z ciszy, musimy chyba powiedzieć sobie kończące „do widzenia!”. Na cywilizacyjnym karku mamy XXI krzyżyk, i zbyt dobrze wiemy, że nawet cisza miała swoje rozmiary, olbrzymie – oczywiście!, ale przecież ograniczone. Jeśli więc jeszcze poprzednie epoki uwierzyć mogły w harmonijne wiry niebieskich sfer, to za nami płoną mosty. Zbyt wiele już gestów, zdarzeń i znaczeń, które za swój fundament biorą hałas i które kreślą ramy naszej codzienności, ot!, odtąd – dotąd. Pokusa łatwych rozwiązań? Wywieśmy plakat z napisem „tu skończyła się muzyka”. Albo? Albo podejmijmy wyzwanie. Bo przecież kto powiedział, że nowe czasy nie mogą skroić i na swoją miarę muzycznej estetyki. Estetyki, która stałaby się kolejnym krokiem w przód i pozwoliła znów w całość złożyć tę osobliwą wrażliwość, posklejaną z asfaltu, drżenia szyn i filuternego wirowania awaryjnych świateł. Możliwe? Na pewno trudne. A przecież w muzyce wciąż pojawiają się twórcy, którzy zdają się dźwigać ten ciężar, a więc mierzyć z niemożliwością – z zaskakującym zresztą skutkiem. 26

I tak również w stosunku do artystów spod szyldu Mik Musik miewam takie odczucia – tym bardziej cieszy więc zorganizowany w ramach Ars Cameralis koncert, cieszy podwójnie, bo rzecz odbędzie się miejscu, które jest stworzone dla tego rodzaju dialogowania z rzeczywistością – w katowickim Rondzie Sztuki (obok kołyszący się tramwaj, zgrzyt halogenowej lampy, wózek uwięziony w żwirze), arcydziele tej enigmatycznej wrażliwości, ukrywającej się pod etykietką „dizajn”. Jaka więc jest ta muzyka? Przede wszystkim niepokojąca. Poskładana nie tylko z dźwięków, ale też z tych fobii i fascynacji, które zdają się rządzić naszą codziennością. Nie sposób łatwo zrozumieć tej dynamiki, z jednej strony budującej swoje brzmienie z szmerów, ze stukań i hałasów, z resztek muzycznych poematów, kalek pieśni, z amalgamatów dźwiękowych doznań, ale z drugiej – mającej trwałe dążenie ku ciszy. Właśnie na tym rozdrożu sytuowałbym całe MikMusikowe granie – rzeczywistość zarzuca na nas sieci audiowizualnych znaczeń, a my przyjmujemy jej strategie, jednak po to tylko, żeby

się bronić. Wrażenia otaczają nas z każdej strony, raz za razem, tak, że pozornie w żadną stronę nie sposób uchylić już furtki – zbierzmy więc te wrażenia i każmy im zagrać w jednej orkiestrze. Nowa partytura na nowe czasy, ale może najtrafniejsza, skoro dawne harmonie tak obce są naszemu światu i skoro nad

naszymi głowami częściej brzęczą odrzutowce niż skrzydła aniołów Giotta.

27


..................................... Blockhead osobiście Jacek „Cuefx” Latoń/ ........................................

producent, kompozytor, DJ

Zostałem poproszony o napisanie ogólnej noty dotyczącej twórczości Blockheada. Do sprawy podszedłem z dość dużym entuzjazmem, gdyż muzykę Tony’ego Simona cenię sobie ogromnie, niemalże od początku jego kariery. Pomyślałem sobie: czemu nie? Po dłuższym sytuacji przemyśleniu zrodziło się pytanie, jaką formę artykułu przyjąć. Czy pisać o jego karierze – opisywać płyty i rozwój jego muzyki, jego kolaboracje i live acty? Myślę, że większość wydawnictw Tony’ego została zrecenzowana w stopniu absolutnie wystarczającym, a zainteresowani jego biografią zapytają ciocię Guglę, od której dowiedzą się, że jego muzyka to mieszanka trip-hopu, downtempa, elektroniki, funky, hip-hopu i innych wynalazków muzyki rozrywkowej. Precyzyjniej jest odnieść pracę danego artysty do innego, którego dzieła wywołują podobne emocje i reakcje, jednak porównywanie marchewki do pietruszki też nie ma sensu – ważne jest wszak ich przeznaczenie i smak, mimo że z zewnątrz wyglądają całkiem podobnie. Może skupić się bardziej na czymś, co mi jest jednak bliższe, czyli produkcji i realizacji – sprawach technicznych i ścisłych muzycznych? Ale czy fani i słuchacze jego muzyki są zainteresowani tym, jak to jest „zrobione”? A może w związku z przyszłotygodniowym występem w Jazz Clubie Hipnoza powinienem napisać, czego możemy się spodziewać po Blockheadzie live? Zrobiło się niełatwo, a ilość znaków ograniczona. Z punktu widzenia człowieka, który posiada ogólną wiedzę dotyczącą realizacji i produkowania utworów muzycznych, a także 28

człowieka, którego fascynują podobne rejony w muzyce, muszę napisać o Blockheadzie jako o inspiracji. Przede wszystkim brzmieniowej. Brzmienie, a właściwie ta charakterystyczna faktura, specyficzny ciepły szum, brud i kurz z winylowych płyt, są bardzo bliskie moim poszukiwaniom własnej estetyki. Sam nierzadko chcę właśnie tak brzmieć. Produkcje Blockheada zachowują specyficzny charakter owego brzmienia na wszystkich jego wydawnictwach, które do tej pory udało mi się usłyszeć. Jest to spore ograniczenie wysokich tonów oraz pełny, wręcz przesadzony środek pasma dźwięku. Jest to też mieszanka różnych rodzajów szumów o różnym natężeniu, wynikająca z użycia niezliczonej ilości, nierzadko „niewyczyszczonych” sampli, okraszonych dodatkowymi filtrami i ciepłem płynącym z zabiegów producenckich, takich jak saturacja i kompresja. Ta techniczna paplanina nie oddaje wrażeń, jakie wywołuje we mnie odbiór tej muzyki, ale to właśnie sposób realizacji powoduje, że nagrania Blockheada są ciepłe, przyjazne dla ucha, kojące, naturalne i organiczne, a czasem powodujące wrażenie niskiej jakości, matowości, zniszczenia. Można by się pokusić o stwierdzenie, że nie jest to zabieg rzadki, że inni producenci też starają się wyciągnąć to ciepło ze swoich nagrań budowanych na

samplach i automatach. Jednak pod tym względem muzyka Blockheada wyróżnia się własnym niepowtarzalnym charakterem, własną niepowtarzalną fakturą brzmienia i dzieje się tak na każdym nagraniu, z płyty na płytę. To indywidualne i niezwykle trudne do podrobienia brzmienie. Jeśli chodzi o samą muzykę, sposób jej tworzenia i komponowania, należy zwrócić uwagę na mnogość sampli, ich różnorodność, cięcie, muzyczną układankę. Muzyka ta jest swoistą mieszanką sampli z płyt winylowych, na pozór niespójnych i niepasujących do siebie. To mozaika dźwięków, fragmentów przeróżnych piosenek, fragmentów melodii, rozmów, wokaliz i innych nagrań, z których artysta układa własne melodie i dostraja do odpowiednich tonacji (często molowych), tworzących spójną całość i będących dowodem jego indywidualności. Mimo różnych odniesień gatunkowych, dla mnie Blockhead pozostanie artystą hip-hopowym ze względu na rytmikę swoich utworów i sposób wykorzystania samplingu. Automaty perkusyjne i ścieżki bębnów są dla mnie wręcz klasycznie hip-hopowe, ale to tylko jeden z elementów muzycznej całości. Jak powiedział Frank Zappa: „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze” – niełatwo jest przy pomocy słów określić emocje i uczucia, które wyzwalają się podczas słuchania muzyki, niełatwo upychać coś niezwykle indywidualnego w gatunkową szufladę.

muzyki, która nie zawodzi, a w której Blockhead stoi zaraz obok Rage Against The Machine, Jaga Jazzist, Quantica, Pixies, Pantery i jeszcze kilku innych, którzy stanowią dla mnie zestaw wyjściowy do tańca i różańca, bez którego z domu nie wychodzę. Jeśli miałbym powiedzieć, który LP zachwyca mnie najbardziej, skłaniałbym się ku The Music Scene (2009). Dla mnie to kwintesencja dokonań, do której zresztą sięgam najchętniej. Ciekawostką, o której nie każdy wie, jest fakt, iż w jednym ze swoich utworów, Cheer Up You’re Not Dead Yet zamieszczonym na płycie z 2007 r. Uncle Tony’s Coloring Book, Blockhead wykorzystał fragment... Hejnału Mariackiego. Myślę zresztą, że ten zabieg bardzo precyzyjnie charakteryzuje podejście Tony’ego do muzyki: lekkość i swobodę w wynajdywaniu kolejnych sampli. Tym bardziej, iż w tym samym utworze obok nut krakowskich znajdziemy amerykańskie retro dźwięki i wokalizy rodem z Bollywood. To właśnie ta unikatowa, niepowtarzalna różnorodność i brzmieniowa niepodrabialność decydują ostatecznie o niepodważalnej wyjątkowości Blockheada. Dla mnie to zdecydowanie jeden z ważniejszych artystów, po którego twórczość sięgam, grając didżejskie sety, którym inspiruję się tworząc własne produkcje, którego po prostu lubię słuchać. Blockhead na Ars Cameralis? Cieszę się ogromnie.

Muszę się przyznać do jeszcze jednej rzeczy – mianowicie zawsze mam przy sobie przynajmniej jedną płytę Blockheada, czy to w telefonie, odtwarzaczu, czy jakimkolwiek innym źródle dźwięków. To jest muzyka, na którą można liczyć. Kategoria 29


..................................... Piramida Melancholii Dorota Wójcik ........................................

Można by rozwodzić się nad gatunkową klasyfikacją. Zabiegami, których owocem jest niezwykła czystość, oniryczność, baśniowość, podkreślane w kolejnych recenzjach. Można by przyszywać rolę headlinera, gwiazdy kultowej i genialnej. Swoim czwartym krążkiem Piramida Efteklang udowadnia zresztą, że nie byłoby to zresztą specjalnym nadużyciem. Zainspirowana byłą radziecką osadą, położoną na wyspie Spitsbergen, płyta ta jest bodaj najbardziej dojrzałym materiałem składu, który na cameralisowej scenie pojawił się już w 2008 roku. Dziewięciodniowe dźwiękowe zbieractwo stało się początkiem prac nad Piramidą, na której usłyszeć można właśnie echa industrialnego Pyramiden, położonego gdzieś daleko, jakby obok, w oderwaniu. Efterklang jest zresztą obok. To ta ciągle wypominana senność, nierzeczywistość, bajkowość. W tym kontekście najnowsza produkcja to konsekwentna kontynuacja dokonań wcześniejszych, co jednak ważne: z wyjątkowo mocno zaznaczonym wokalem. A wokal to całkiem niezwykły – wpisany w tą efterklangową oniryczność i spokój.

z najlepszych na tym krążku utwór The Ghost, prawdziwie czarne Black Summer, stukające i melancholijne, wzbogacone partiami chóralnymi Dreams Today, subtelnie rozbujane Between The Walls, aż po zamykający Monument. Można by więc rozwodzić się nad gatunkową klasyfikacją. Zabiegami, których owocem jest ta absolutna wyjątkowość, a także słusznością użycia słów „kultowy” czy „genialny”. A to jest po prostu wyjątkowa i niezwykle ładna muzyka, poruszająca mimo gatunkowych odległości te same struny, co The National, Fleet Foxes czy Mogwai. A to już całkiem duży sukces.

Być może to unikalne brzmienie jest skutkiem ubocznym niezwykłej, dziwacznej wrażliwości, tak typowej dla twórczości Duńczyków. Efterklang w tej układance to jednak element zupełnie wyjątkowy, rozpoznawalny od pierwszych dźwięków. Piramida udowadnia to zresztą z każdym kolejnym kawałkiem – poczynając od hipnotyzującego, wciągającego Hollow Mountain, przez dramatycznie melancholijne Apple, którego warstwa melodyczna przywoływać może skojarzenia chociażby z The National, następnie Sednę, dzięki echom rozciągniętych wokaliz tak dobrze wpisującą się w twórczość duńskiego składu, rytmiczne i do granic smutne Told To Be Fine, efterklangowo senne The Living Layer i jeden 30

31


.....................................

Model utożsamienia – Koršunovas a przywłaszczenie Szekspira ........................................Natalia Wilk

Wariaci na dnie ........................................ Hanna Kostrzewska Za kulisami chorzowskiej Rozrywki czekała uczta. Po jednej stronie stołu zasiedli aktorzy Teatru Oskarasa Koršunovasa, po drugiej – widzowie. Od początku było wiadomo (nie tylko ze względu na zestaw serwowanych napojów), że wspólny posiłek nie przyniesie podniebieniom uczucia błogości, a jego wspomnienie będzie raczej gorzkie. Spektakl Na dnie w reżyserii Oskarasa Koršunovasa to wyjątkowa adaptacja dramatu Maksyma Gorkiego. Reżyser czyni z tekstu narzędzie do prowadzenia swoistej wiwisekcji, w której operację prowadzi się na widzu, ale i aktorze. Jak mówi sam Koršunovas: „Na dnie to laboratorium, w którym jesteśmy tymi, na których przeprowadzane są eksperymenty. […] To nasz pierwszy spektakl, w którym nie koncentrujemy się na wyniku, ale na odkrywaniu samych siebie […]”. Odgradzający scenę i widownię stół nie stanowi żadnej bariery, bezpiecznego schronienia – ani dla jednych, ani dla drugich. Niemniej w uprzywilejowanej sytuacji są aktorzy – to oni nadają rytm, przeglądają się w widzach, szukając odbicia. A może raczej ofiary? Koršunovas pozwala aktorom tworzyć postaci z zachowaniem ich własnego świata. Oni grając, pozostają sobą, w przeciwieństwie do widzów, którzy w sytuacji wiwisekcji przestają zachowywać się naturalnie. Nerwowe ruchy, niepewne uśmiechy, raptowne spojrzenia pojawiają się za każdym 32

razem, gdy światło pada na publikę, a rolę publiki przejmują aktorzy. Fabuła dramatu Gorkiego schodzi na dalszy plan, a na dnie lądujemy wszyscy razem. Od krzyków, toastów i uczty nie można uciec. Szukając sensu wyświetlanych na ledowej tablicy życiowych prawd, wyrwanych z wypowiedzi postaci, polegniemy. Podobnie jak polegnie Aktor, nie bez kozery będący centralą postacią całego spektaklu. To jemu widzowie najbardziej kibicują i wierzą, że może przywrócić ich bezpieczeństwo i wybudować na nowo zburzoną czwartą ścianę. Eksperyment prowadzony na widzu trwa jednak do samego końca i to on w finale otrzymuje mniej lub bardziej zasłużone oklaski. Pewien siedzący na widowni (scenie?) poważny pan w marynarce po kilkunastu minutach spektaklu stwierdził: „oni wszyscy są wariatami”. Jest w tym sporo racji, jednak trzeba pamiętać, że w przypadku Na dnie „oni” to także my.

Festiwal Ars Cameralis już nie po raz pierwszy gościł na deskach Teatru Rozrywki spektakle Oskarasa Koršunovasa, litewskiego reżysera uznanego za jednego z najlepszych narodowych twórców współczesnych. Prócz śląskiego festiwalu Oskarasa gościły też festiwal Dialog we Wrocławiu, festiwal Kontakt w Toruniu czy festiwal Szekspirowski w Gdańsku. Istnieje w teatrze Litwina jakiś nastój czy kontekst, który kapitalnie koresponduje z polską publicznością. Bariera językowa nie wydaje się przeszkodą w porozumieniu między litewskim aktorem i polskim widzem. Czyżby wspominany swego czasu przez reżysera potencjał zarówno naszych, jak i litewskich „trudności historycznych” czy „przejść” gwarantował ten wyczuwalny kontakt? Wydaje się, że tak, a jest to trop najprostszy i być może najwłaściwszy. W tegorocznych spektaklach Miranda oraz Na dnie odnajdujemy osobiste przeżycia reżysera, które nie muszą być nam dodatkowo objaśnianie – ze scenografii i z okoliczności doskonale czytamy, jakiego rodzaju przeżycia opisują, o jakim czasie pamięć przywołują.

Przeżycia te nie należą raczej do klasy jednoznacznie pozytywnych. Trzy dni z Koršunovasem podczas Ars Cameralis przynoszą gros smutnych refleksji o losie człowieka, lecz w szczególności artysty. Fragmenty Hamleta, których projekcje mogliśmy oglądać 21 listopada, przyprawiły o niepokoje wywołane wewnętrznym życiem ludzkich zmór, strachu. Przerażającej prawdy ściśniętej wewnątrz nas samych. Hamlet, z którym utożsamia się reżyser, podpisując pod jego trzydziestoletniość swoje osiągnięcie lat czterdziestu (i to właśnie przy końcu realizacji spektaklu) jest dla Oskarasa postacią-symbolem. Jak się dowiadujemy, dzięki prowadzonym przez Łukasza Drewniaka wprowadzeniom ten najistotniejszy z Szekspirowskich tytułów dla reżysera jest też skierowaniem do samego siebie pytania o decyzję, o swoją tożsamość, o dorosłość i kierunkowość działań – przejrzeniem się w lustrze (tak symbolicznym, jak i tym prawdziwym, przez aktorów na scenie). Choć spotykające nas sytuacje,

umiejscowienie w czasie, przestrzeni, kulturze mogą składać się na próby odpowiedzi na fundamentalne pytania – istota tej odpowiedzi tkwi zawsze w nas, najtrudniejszej do obalenia fortecy. Choć oglądaliśmy projekcje fragmentów najistotniejszego dla Koršunovasa tytułu, zgoła dogłębniej oddziałać mogły na nas Miranda i Na dnie. Pierwszy ze spektakli, realizowany na podstawie Burzy Szekspira, jest de facto drugim podejściem Koršunovasa do tego tytułu. Za pierwszym razem islandzka realizacja przyniosła mu rozczarowanie i wątpliwości. W pewnym sensie była powtórzeniem stereotypowego realizowania dzieła jako baśni, nastrojowej opowieści. Tymczasem Koršunovas dzięki tej „porażce” realizacyjnej zdał sobie sprawę, że Burza stanowi o wiele poważniejszy materiał, w którym zawarty jest konflikt władzy, panowania nad drugim człowiekiem, uzależnienia i samotności. Oglądamy tym samym w Mirandzie całą 33


serię autobiograficznych wątków związanych z życiem reżysera, a także grona jego znajomych artystów w realiach komunistycznego reżimu. Postać Prospera to osobnik zamieszkujący wypełnioną książkami po brzegi szaf przestrzeń bezludnej wyspy – swojego pokoju, w którym zamknięta wraz z nim bytuje Miranda, córka. Miranda jako akt twórczej kreacji? A może wytwór wyobraźni? Żadna z odpowiedzi nie jest ani ostateczna, ani poprawna. Ta ostatnia, mimo iż dotyka fantastyki, wydaje się najbardziej prawdopodobna. To wszystko przez język, którym posługuje się reżyser. Fantastyka jest środkiem, do którego Koršunovas ucieka się bardzo często. I tak zwyczajne, może pamiętane przez niektórych z nas jeszcze z PRL-u radio czy tak typowa dla tamtych czasów meblościanka stają się co rusz świetlnymi syntezatorami lub bramami zupełnie innego, nadrealnego świata.

transmisji baletu Petipy i nawiązania do łabędziej przemiany wywodzą się z momentu śmierci Leonida Breżniewa, kiedy w litewskiej telewizji przez dwa dni można było oglądać tylko i wyłącznie ową transmisję, nie podawano żadnej oficjalnej informacji. Od wtedy wiadomo było, że jeden z najwspanialszych baletów wszechczasów zwiastuje coś niepokojącego.

W tym właśnie zamieszkuje duch Ariel, który raz po raz wstępuje w córkę Mirandę, czy Kaliban, syn Wiedźmy. Sama Miranda to postać niezwykle wielotwarzowa, która przybiera różne maski. Raz niepełnosprawnej niemowy, innym razem, zaczarowana tchnieniem treści Burzy – pełnej wdzięku księżniczki, gotowej do najczulszych wyznań. Zaraz znowu staje się wspomnianym Arielem – drącym się gardłowo i panującym nad zjawiskami atmosferycznymi. Niejako kończąc cały spektakl, przybiera też postać baletnicy – bohaterki Jeziora Łabędziego.

Wracając jednak do Prospera i grającego go Povilasa Budrysa – mamy tu do czynienia z komunistycznym every-piszącym do szuflady-manem. Tak naprawdę nie scenografia, nie gra świateł i liczne efekty dźwiękowe kreują sceniczny świat. To właśnie świetny: wszechstronny, niezwykle sprawny i plastyczny Budrys go stwarza. Co najważniejsze, dystans, z jakiego Prospero dokonuje kreacji, pełen jest czasem kiczowatego, jak wtedy, gdy będąc Kalibanem, tańczy z odkurzaczem, a czasem „groźnego” komizmu, gdy bije się z płaszczem uosabiającym swego brata – dystans ów decyduje o dynamice całego spektaklu. Zmienność ról, permanentne borykanie się z przeszkodami, czy to głosowymi, cielesnymi, czy tymi, które „stawia” na naszej drodze przestrzeń ciasnego pokoju. Zgodnie z literą dramatu Prospero ostatecznie umiera, samotny, opuszczony przez „usamodzielnioną” Mirandę, ale pogodzony z losem, z bratem, z sytuacją – nie usłyszawszy sygnału telefonu, który pośmiertnie wreszcie odpowiada na jego starania.

Ten taneczny kod też nie jest przypadkowy. Mimo iż Koršunovas przyznaje, że przypadek jest jego zdaniem najlepszym reżyserem, to wszystkie symbole, do których ucieka się w Mirandzie, są skrupulatnie przemyślane i mają wytłumaczenie w realiach czasów, które przywołuje reżyser. Tym samym rozpoczynający spektakl fragment telewizyjnej

Do sytuacji artysty nawiązuje także kolejny ze spektakli Koršunovasa, które mogliśmy oglądać podczas tegorocznego festiwalu. W Na dnie na podstawie tekstu Maxima Gorkiego nie obyło się bez wstawek z Szekspira. Zdecydowanie prostsza inscenizacja w porównaniu do Mirandy działa odwrotnie względem obfitości doznań publiczności. Tu, gdzie na scenie

34

dzieje się „mniej”, w widzu wydarza się więcej. Alkohol staje się jednym z motywów przewodnich. Aktor, Książe – wszystkie te „wielkie” postaci stają przed nami niczym obdarte i pijane zbiorowisko podupadających artystów debatujących o transcendencji, Koranie czy ukochaniu dzieci, ale i o piciu, wielbłądach czy kłamstwach. To spotkanie, które wyglądać mogłoby początkowo na zapowiedź biesiady, okazuje się ostatecznie stypą. Stypą okraszoną rzucanymi ot tak frazesami, które jak sieć funkcjonujących w języku truizmów wyświetlają się co chwila i powtarzają na wyświetlaczu obok zastawionego wódką stołu. „Umiera się tylko raz!”. „Hałas nie przeszkadza umieraniu”. „Makrobiotyka”. „Fatamorgana”. „Wszyscy tu zebrani kłamią, jakby stali przed sędzią. Śledczym.” Nic o nich nie wiemy, ale czujemy, że to życiowe „złamasy”. Na niczym im nie zależy. Wpół opętani, pogubieni – pozostawieni przez wszechwiedzącego mistrza. Bynajmniej nie narzekają. Po alkoholu – i to prawdziwym, bo litewską wódką częstują i publiczność, więc można się o prawdziwości procentów przekonać – wreszcie zaczynają zachowywać się jak ludzie. Mówią wielkie słowa, pamiętają, jak trzeba żyć, kim trzeba być, co jest ważne, kogo należy szanować. I wyrzucają z siebie te prawdy z goryczą – goryczą wiedzy o utracie wszystkiego, co po pijaku tak łatwo im się obija o zwoje mózgownicy – „organonum”, potrzebującego „szpitala dla organonów”. Ci zaś, którzy w coś jeszcze wierzyli i starali się od stanu „na dnie” odbić, po prostu szaleją, a w szaleństwie popełniają samobójstwo. A przecież umiera się tylko raz. Raz można zrobić to tak lub inaczej, ważne przecież jak. W Na dnie spotykamy się z Koršunovasem, który burzy czwartą ścianę. Doszczętnie. Już od samego wejścia publiczności aktorzy bardzo czynnie starają się nawiązać

z nami kontakt –widzą, oglądają, podszeptują, opierają się na łokciach, czekając, aż wreszcie wejdziemy wszyscy. A potem bezustannie dialogują, piją z nami wódkę, kierują wypowiedzi do konkretnego widza. Ich przełamywanie bynajmniej nie jest nachalne. Raczej bezradne – jak wszystkie przypisane im role. W tych właśnie życiowych złamasach widzimy dopiero czym są rzeczy ważkie, może nawet dostrzegamy potencjał tknięcia... prawdy? Na pewno widzimy prawdę o artyście. O jego konieczności codziennej walki – jeśli nie z sobą samym, zmaganiem z rolą, to z zewnętrznymi czynnikami, niepowodzeniem rodzinnym albo urzędnikami, finansami, w walce z którymi łatwo o kolejne wewnętrzne konflikty. Koršunovas zdaje się zadawać pytanie: jaka jest droga artysty? Może „tu” zostać – uczestniczyć w stypie-libacji raz na jakiś czas i być obsypywanym salwą braw. Może też z tego światka zrezygnować, ale przecież to jak zrezygnować ze swojej duszy. Fatalne wybory. Choć to niezwykle bezpośrednie odczytanie, ciężko nie pokusić się o nie. Koršunovas wspomina w jednym z wywiadów, iż Szekspir to jego ratunek przed alkoholizmem. Oglądając cały tryptyk: Hamleta, Mirandę i Na dnie, widz zaczyna pojmować, jak wiele możliwości odnajduje reżyser w tej klasycznej literaturze. Silne utożsamianie i powtarzające się nawiązania między spektaklami układają się w odpowiedź na pytanie, dlaczego Oskaras na bezludną wyspę zabrałby zbiór szekspirowskich dramatów. Żeby w tej mekce odosobnienia – ciasnym, pełnym książek pokoju zamieszkiwanym w trakcie reżimu? – nie zwariować, nie popaść w obłęd, ma się Szekspira. W nim jest już wszystko, co można wyrazić. Wszystko, co można zrozumieć w samym sobie. 35


.....................................

Chodź, opowiem ci jak wygląda ten, kto za chwilę straci wszystko... ........................................Marlena Hermanowicz

Opowieść o postaciach zepchniętych z piedestału życia toczy się samowolnie, powoli chyląc swe oblicze ku upadkowi. Sylwetki spętane historią podrygują w cielesnym grymasie smagane raz po raz świetlnymi piorunami. Do bólu. Surowo. Każdy z nich pozostawia swe piętno w rysach twarzy, w pamięci. Rozedrgane i przejęte dłonie tworzą coraz to bardziej rozpaczliwe choreografie, prowokujące nieodpartą potrzebę kontaktu. Niezaspokojone upiory wymykają się z klatek piersiowych i kart dramatu. Wrząca podskórnie muzyka zlewa się paranoicznie z bełkotliwą litanią przekleństw snutych przez dotkniętych klątwą wyobcowania. Burza rozpętuje się na dobre... Miranda Oskarasa Koršunovasa zyskuje miano swoistego traktatu o przymusowej samotności. Balansując na pograniczu rzeczywistości i fantazji, litewski reżyser kreuje odpowiednio dwa światy: ten przegrany, funkcjonujący w cieniu reżimu, w którym niepogodzeni z systemem zmuszeni są odejść, oraz świat rozpaczających, z którego szekspirowskie duchy łaknące zaspokojenia swych żądz niebezpiecznie się wymykają. Ofiarami błyskawicznych zderzeń dwóch płaszczyzn padają wyśnione marzenia i zawiedzione nadzieje. Koršunovas otwiera przed nami intymną przestrzeń mieszkania, w ciasnocie którego pomieścić zdołał trupy oczekiwań ludzkich. Gdzieś w głębi szafek, czy pomiędzy książkami poupychał wygasłe już żale i pretensje. Prospero i Miranda – zupełnie jakby po końcu świata – tłamszą swoje boleści, obijając się o znienawidzone meble i karmiąc się trucizną alkoholowej goryczy, pozwalającej przecież zapomnieć... Na próżno. Nagromadzone przedmioty pożerają bohaterów, pochłaniają ich dusze, tak by przemówić mogli niesłyszalnym językiem mistrza. Literatura, sztuka i muzyka obecne w klaustrofobicznym mieszkaniu

36

stają się towarzyszami niedoli. Prowokacyjnie kuszą ludzką wyobraźnię do przekraczania racjonalnych granic i popadnięcia w otchłań szalejącej wciąż w sercach i głowach burzy. Rzeczywistość wygnanych, niepogodzonych z władzą, naznaczona jest piętnem zwichnięcia – ślepe ekrany, okaleczone odbiorniki i głuche telefony potęgują dojmującą pustkę. Bohaterowie skazani na samych siebie zaczynają chorować na podejrzliwość i nieufność. Strach staje się ich najgorszym doradcą. Ukojenia szukają na kartach sztuki Szekspira, która zyskuje po trosze charakter głośnego rozrachunku czy dramatycznego krzyku o sprawiedliwość. Wzburzone niczym rozjuszone podczas sztormu morze charaktery ludzkie rzucają się w odmęty szaleństwa. Pokiereszowane morale zaburza równowagę psychiczną kończących się ludzi. Zesłanie okazuje się mieć traumatyczne konsekwencje. Zawodna pamięć ludzka posiłkuje się fantazją Szekspira, mieszając porządki rzeczy i roztrząsając niejasną już przeszłość na nowo. O odwiecznym dramacie władzy i jednostki przypominają nam nieustępliwie spaczone dźwięki Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego,

zdjęcia: Maciej jarzębiński

wydobywające się to z radia, to z telewizji, to znów z wnętrz i zakamarków pamięci ludzkiej. Koršunovas uwzględniając polityczny kontekst Litwy, uczynił z baletnicy symbol powszechnego niepokoju. Kwintesencja piękna i delikatności w obliczu zdradliwej historii zmienia swoją wartość na niebezpieczne i dotkliwe ostrzeżenie o zbliżającym się końcu. Miranda rozprawia się niejako z piętnem przeszłości, dotykając tego, co wciąż w głowach ludzkich krzyczy o pomstę do nieba. Nie ma nieba. Pozostały już tylko pióra zgubione w nieładzie przez szamoczące się łabędzie. 37


..................................... Ślady ........................................ Marta Olejniczak

Atokata – tytuł prezentowanej w BWA wystawy Kishina Shinoyamy – znaczy „ślady”. Ślad jest świadectwem wydarzenia, jest czymś co bolesne, ale i twórcze. Umocowany w przeszłości, jest przyczynkiem do przyszłości. Staje się także symbolem. 11 marca 2011 roku wschodnie Zdjęcia są zrobione z dystansu. Artysta wybrzeże Japonii zostało nawiedzone przybył na tereny objęte działaniem przez Tsunami, które zostawiło za tsunami pierwszy raz pięćdziesiąt dni sobą piętnaście tysięcy śmiertelnych po tragedii. Z większości obrazów ofiar. Kishin Shinoyama mówi o silnych wyziera pusta przestrzeń. Szczątki wrażeniach, jakie wywarł na nim świata sprzed tragicznych wydarzeń kataklizm i jego niszczycielskie efekty. stają się nową formą. O strachu i bólu. Autor twierdzi, że to, co fotografował Fotografik nigdy wcześniej nie zajmował nie było przez niego dopasowywane się podobną tematyką. Zasłynął z portretów do idei, specjalnie wyszukiwane czy i abstrakcyjnych, rzeźbiarskich ujęć ciał zmieniane. Wielokrotnie wracał na w szerokokątnym obiektywie. tereny, których dotknął kataklizm, fotografował podczas różnych pór Jak wspomina, dotarłszy na miejsce roku i doby. Wszystkich zdjęć powstało katastrofy, robił zdjęcia nie myśląc, po około dwóch tysięcy. W co trudno prostu naciskał spust migawki. Nie po uwierzyć, dopiero wybór konkretnych to, aby coś wyrazić, ale dlatego, że nigdy zdjęć był działaniem kreacyjnym. wcześniej czegoś podobnego nie widział. Bał się, że gdzieś wśród ruin wciąż mogą Wybrane na wystawę zdjęcia wyrażają być ciała. Tak powstałym zdjęciom respekt, podziw, strach przed naturą. daleko jednak do reportażowości. Potęga przyrody pozostawiła bolesne Wyjątek stanowią portrety poszkodowanych ślady. Niszcząca siła paradoksalnie w katastrofie, zrobione automatycznie stworzyła coś nowego, co może być przez ustawiony przez artystę aparat, pojmowane jako piękne. ale bez jego ingerencji. Pozostałe fotografie są stonowane, wyważone, spokojne, precyzyjnie skomponowane. Pokazują nowy świat po katastrofie. Nowe konfiguracje przestrzeni, nowy ład.

zdjęcia: Maciej jarzębiński

38

..................................... Przestrzeń ruchu w sztuce Marii Jaremy ........................................ Miłosz Markiewicz

XX wiek zakwestionował tradycyjne rozumienie sztuki. Zmieniło się zarówno postrzeganie roli artysty, jak i samo podejście do tworzonego dzieła. Kanon został przełamany, a następnie odrzucony, nadając w ten sposób kierunek twórczości artystycznej, która towarzyszy nam do dziś. Potrzeba zmiany uwydatniła się przede wszystkim w pracach z nurtu zwanego Awangardą. Takie zjawiska jak dadaizm, fowizm, kubizm, surrealizm czy ekspresjonizm znane są pobieżnie nawet osobom, które nie zajmują się sztuką na co dzień. Tak samo wygląda sytuacja z nazwiskami wielkich twórców, jak Pablo Picasso, Salvador Dalí i Marcel Duchamp, którzy stali się niekwestionowanymi gwiazdami swoich czasów. Często zapomina się jednak o polskim wkładzie w rozwój sztuki I połowy XX wieku. To właśnie na ten okres przypada działalność Grupy Krakowskiej, która odcisnęła znaczące piętno na późniejszym kształcie twórczości polskich artystów. Jedną z członkiń, a także założycielek owej formacji była Maria Jarema – artystka znana dziś przede wszystkim ze swoich monotypii, w których za pomocą delikatnej formy i przestrzennego rozbicia figur prowadziła poszukiwania nad obrazowaniem ruchu i ekspresji w sztuce.

artystycznymi, poznając twórczość największych twórców tamtych czasów. Zaważyło to na jej odejściu od rzeźby i skierowaniu się ku malarstwu, które zapewne w lepszy sposób pozwalało kontynuować jej poszukiwania. Artystka stanęła więc przed problemem, z jakim zmierzyć musiało się wielu twórców – kiedy technika wykonania stanowi granicę dla idei. Wyszła jednak z tej walki zwycięsko. Dzieła wykonywane za pomocą monotypii (pozwalającej na stworzenie zaledwie jednej odbitki) kontynuowały więc drogę twórczą Marii Należy jednak pamiętać, że na początku Jaremy. Powoli odchodziła ona w stronę swojej drogi twórczej Jaremianka – bo całkowitej abstrakcji, dekonstruując figurę tak nazywali ją przyjaciele i taka nazwa ludzką i stawiając na znaki, które sugerują przylgnęła do niej aż do końca życia – odbiorcy ruch zawarty w przestrzeni tych parała się rzeźbą. Już z tych pierwszych prac prac. Delikatna, niemal półprzezroczysta można jednak wyczytać kierunek, w którym forma zawieszonych w powietrzu dążyć będzie artystka przez cały czas kolorowych kształtów rozmieszczonych trwania swojej kariery artystycznej. Jarema według przemyślanego z muzyczną szybko odeszła od rzeźby realistycznej, precyzją rytmu tworzy iluzję wibracji eksperymentując z rozbiciem formy i pozwala odczuć – tak poszukiwany przez i deformacją. Jej prace z tego okresu cechuje artystkę – dynamizm. dążenie do ukazania ruchu i lekkości, nawet Choć w pracach Jaremianki zauważalna za cenę utraty czytelności oraz kształtu figury ludzkiej. To właśnie dynamizm, jego jest swoista ewolucja, to jednak nie da się istnienie w przestrzeni oraz kształtujące go zaprzeczyć, iż konsekwentnie prowadziła czynniki stawały się głównym przedmiotem ona swoje eksperymenty. Wszystkim dziełom przyświeca naczelna myśl, dająca jej uwagi, pozwalającym dotrzeć do jądra się wyczytać zarówno z pierwszych rzeźb, zjawiska, jakim jest ruch. jak i ostatnich monotypii. Przyglądając im Najważniejszym momentem w jej karierze się uważnie, można dostrzec problemy, okazała się jednak podróż na stypendium z jakimi zmagała się artystka w trakcie do Paryża w 1937 roku. To właśnie swoich poszukiwań, a także spróbować w światowej stolicy sztuki Jaremianka odpowiedzieć na pytanie, czy udało się jej zetknęła się z najnowszymi trendami dotrzeć do upragnionego celu. 39


Zbieg Poetycki Na Dziko

........................................ foto: Szymon Antoni Jędrys/RedKnife Films

Radosław Kobierski Zapachy istnienia, po otwarciu szafy Zapachy istnienia, po otwarciu szafy (Gdzie wiszą marynarki, swetry, spodnie), Cała drogeria poranków, popołudni, Kremu Nivea, wody kolońskiej. Bardzo odległe Gamy tytoniu, no i właściwy zapach Tego, a nie innego człowieka. Siedem dekad Zawarte w jednej kropli essence absolue. Otwieram szuflady, wyblakły neseser, Szafkę z butami, skórzane etui na okulary. Jak pies, który stracił trop i nie może trafić, Chociaż wszystko jest po staremu, takie samo: Ulice, place w mieście, przystanki, Schody na klatce. I boje się, że któregoś dnia Wybrzmi ostatni akord albo stracę węch, I ktokolwiek mi powie, że byłeś, nie uwierzę. 40

Spotkanie promocyjne projektu “777” Instytucja Kultury Ars Cameralis Silesiae Superioris wraz z Fundacją Dokumentalistów “Picture This” realizuje międzynarodowy projekt “7, 7, 7”, którego główną ideą jest stworzenie przez znamienitych fotografów oraz pisarzy z Polski i ze świata, artystycznych wypowiedzi na temat siedmiu miast Województwa Śląskiego. W wyniku rezydencji wspomnianych artystów, powstanie zbiór autorskich wizji regionu, które w dalszej perspektywie prezentowane będą zarówno mieszkańcom biorących udział w projekcie miast, ale także międzynarodowej publiczności. Projekt zakłada m.in.: organizację wystaw w Polsce i za granicą, organizację projekcji w przestrzeni publicznej polskich miast oraz wydanie publikacji stanowiącej podsumowanie działań zaproszonych do projektu artystów. 7 fotografów oraz 7 pisarzy podczas miesięcznych pobytów w 7 miastach Województwa Śląskiego, poznając ich historię oraz teraźniejszość, starało się stworzyć autorskie wypowiedzi na ich temat. Dokumentaliści w swoich poszukiwaniach odkrywali dla nas Śląskie, jakiego nie widzimy. Intencją projektu jest bowiem stworzenie niezwykłej opowieści o współczesności regionu widzianej oczami przybyszy. Każdy z zaproszonych artystów wybrał jedną ulicę, a jej dzisiejsi i dawni mieszkańcy pomogli stworzyć mu plastyczny, barwny obraz Katowic, Częstochowy, Tarnowskich Gór, Pszczyny, Chorzowa, Sosnowca czy Bielska-Białej.

Spotkanie w Rondzie Sztuki to pierwsza publiczna odsłona projektu. Zaproszeni do udziału w nim artyści: Sylwia Chutnik oraz Tomasz Kizny podzielą się z publicznością nie tylko swoimi wrażeniami i doświadczeniami z pobytów rezydencyjnych w Sosnowcu oraz Chorzowie, ale zaprezentują również efekty swoich poszukiwań. Fundacja Dokumentalistów „Picture This” przybliży natomiast ideę całego projektu i opowie o planach na rok 2013. Dokumentaliści, którzy wzięli udział w projekcie: Andrij Bondar (Ukraina) Filip Vančo (Słowacja) Flore Aël Surun (Francja) Igal Sarna (Izrael) Ingeborg Jacobs (Niemcy) Jens Christian Brandt (Szwecja) Kadir van Lohuizen (Holandia) Lâm Duc Hiên (Laos) Magdalena Sodomkova (Czechy) Sergey Maximishin (Rosja) Sylwia Chutnik (Polska) Tatiana Scherbina (Rosja) Tomasz Kizny (Polska) William Daniels (Francja) 2012-11-28 | 18:00 Galeria Rondo Sztuki (Galeria Plus), Katowice

41


Notte.

Magazyn XXI Festiwalu Ars Cameralis Redakcja: Maciej Trenczek, Paweł Świerczek, Natalia Kaniak, Hanna Kostrzewska, Jacek „Cuefx” Latoń, Miłosz Markiewicz, Marta Olejniczak, Michał Podstawski, Martyna Poważa, Oskar Rojewski, Paula Sauer, Natalia Wilk, Maciej Wrona Korekta: Maciej Trenczek Projekt i skład: Aleksander Joachimiak Zdjęcia: Adam Andrecki, Janusz Drobisz, Maciej Jarzębiński, Radosław Kaźmierczak oraz materiały prasowe Wydawcy Druk: Drukarnia Archidiecezjalna, Katowice Koordynacja: Monika Jakacka, Małgorzata Ludwiczak, Dorota Wójcik Wydawca: Instytucja Kultury Ars Cameralis Silesiae Superioris 40-036 Katowice, ul. Ligonia 7 www.arscameralisfestiwal.pl

Współpraca:

www.naprzodpr.pl www.thebonbons.com trencztown.blogspot.com

42

43


44

Notte. Oficjalny magazyn XXI Festiwalu Ars Cameralis 2012  

Podsumowanie tegorocznej edycji: recenzje, relacje, wywiady.”

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you