Page 1

UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

LUTY 2017 NIEZALEŻNY DWUMIESIĘCZNIK LITERACKI • ISSN 2449-6375 • 06 |18| 2017

O CHŁOPCU, KTÓRY SPRZEDAWAŁ SNY KATJA TOMCZYK

POŁUDNIOWY TANIEC NATALIA PAWŁOWSKA

MDŁOŚCI KRYSTIAN JANIK

POWIEŚĆ, KTÓRA MOGŁABY… DARIUSZ ZAJĄCZKOWSKI

SPOTKANIE Z CZAROWNICĄ W PUSZCZY IZABELA KUDASIK


HRABIANKA ASPERIA

OSTATNI TOM TRYLOGII SOLARNEJ

SOFA PATRONUJE!

Do rąk Czytelników oddajemy  ostatni tom trylogii solarnej Jana  Maszczyszyna.  Hrabianka Asperia  porwie Was w nurt zapierającej dech przygody, wiodącej do tajemniczego galaktycznego jądra, gdzie początek bierze jeszcze bardziej enigmatyczna Enklawa. Wpierw jednak wyrwiemy z lodowatych krain Plutonarchów rodzinę Shankbelli, poprowadzimy dalekie Kotłowe wyprawy, przeżyjemy pirackie awantury Sir Ashleya. A wraz z hrabianką Asperią poznamy i zagłębimy się w niepokorny, magiczny świat Veolii, który trudno przyjdzie Wam opuścić. Wreszcie poznamy sens istnienia Bytów Szkatułowych, zmotywowanych wolą praw przyrody. A w finałowej odsłonie zderzymy się z zaskakującą puentą, która cudowną klamrą zamknie całość steampunkowej epopei. Hrabianka Asperia kończy trylogię solarną, w której skład wchodzą jeszcze Światy Solarne i Światy Alonbee.

Tomy trylogii solarnej do nabycia TUTAJ!


WSTĘPNIAK

N

astały słoneczne dni, a tymczasem czerwcowy numer SOFY burzowo-pogodny. Znacie już nas troszkę, dlatego zapewne to połączenie Was nie zdziwi. Autorzy, którzy znaleźli się w tym wydaniu, ujęli nas swymi opowieściami, dopasowując się do klimatu. Prezentujemy Wam siedem opowiadań. Cztery z nich, jak wiecie, zostały stworzone na potrzeby wybraliśmy w ramach dodatkowej nagrody spośród nadesłanych historii podczas akcji Fantastyczny kwietniak 2017. Serdecznie zapraszam na drugą turę niezwykłych opowieści z magicznym rysem. Możecie rozpocząć swoją podróż od spaceru bądź tańca w rozgrzanym powietrzu, spotkać Anioła Coomatego lub wyśnić życie z Maszką. Ostrzegamy jednak lojalnie, że czekają Was też mdłości… Wybór należy do Was. Zalecamy spontaniczność! W publicystyce jeden wielki sztorm na morzu słów. W recenzjach nie zawsze pozytywnie, lecz za to sprawiedliwie, i o to chodzi! Nie możemy również nie polecić felietonu Klaudii Biedrzyckiej, która nadała publicystycznej SOFIE psychologicznej aury, pochylając się nad typami osobowości. Ciekawy, analityczny tekst. Moi drodzy, za dwa miesiące nasz dwumiesięcznik skończy trzy latka. Do tego czasu cieszmy się jeszcze jego dwuleciem. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

SIĘ

W

s i ę

Redaktor naczelna Anna Wąsikowska

SŁOWA(CH)

w

SPIS TREŚCI

s ł o w a ( c h )

OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

5 O chłopcu, który sprzedawał sny – Katja Tomczyk 12 Mdłości – Krystian Janik

SOFA 06 | 18 | 2017

22 Dwunastka – Aleksander Litto-Strumieński

REDAKTOR NACZELNA Anna Wąsikowska anna.wasikowska@sofadwumiesiecznik.pl

27 Południowy taniec – Natalia Pawłowska

DZIAŁ PROZY Anna Wasińska proza@sofadwumiesiecznik.pl

35 Chodźmy na spacer – Barbara Marszałek

DZIAŁ PUBLICYSTYKI Aneta Rzepka publicystyka@sofadwumiesiecznik.pl

31 Anioł Coomaty, czyli ziemska metamorfoza – Piotr Kuśmierek 38 Wyśnione życie Maszki – Tomasz Jedoń PUBLICYSTYKA

PROMOCJA/WSPÓŁPRACA Edyta Saracka kontakt@sofadwumiesiecznik.pl

42 Życie godne przeżycia – Klaudia Biedrzycka

OKŁADKA Magda Kwasik

46 Fikcja czy porachunki literackie? – Katarzyna Bieńkowska

OPRACOWANIE GRAFICZNE/DTP Karolina Drygała, Emilia Garbień, Przemysław Kijowski, Magda Kwasik, Beata Pytel, Izabela Szymczak, Katarzyna Ślączka WSPÓŁPRACA Anna Karowicz, Dariusz Zajączkowski, Iwona Niezgoda, Sylwia Kępa, Agnieszka Kolanowska, Weronika Stępkowska, Joanna Żelazny WYDAWCA Anna Wąsikowska, Kraków

45 Anna Dąbrowska i walka o normalność – Anna Karowicz 47 Miłość najskuteczniejszym antidotum na przeciwności losu – Iwona Niezgoda 48 Spotkanie z czarownicą w puszczy – Izabela Kudasik 51 Powieść, która mogłaby… – Dariusz Zajączkowski 54 GALERIA AUTORÓW 56 WSPÓŁPRACA 57 SOFA PATRONUJE

3


UKŁADAMY

u k ł a d a m y

4

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)


autor: Katja Tomczyk ilustr.: Przemysław Kijowski

O chłopcu, który sprzedawał Poniedziałek Zakupy w pobliskim supermarkecie Malwina robiła zazwyczaj w poniedziałki, ponieważ akurat ten dzień tygodnia upatrzyli sobie specjaliści z działu marketingu i sprzedaży, oferując klientom na emeryturze bądź rencie dziesięcioprocentową zniżkę na wszystkie produkty spożywcze. Kilka dni wcześniej, po niemal miesiącu niedowierzania, przyznała sama przed sobą, że trójka już nigdy nie pojawi się jako pierwsza cyfra, kiedy będzie mówiła o swoim wieku. To jeszcze nie wiek emerytalny — pocieszała się w myślach, choć martwiła ją doskwierająca codziennie bezsenność i brak apatytu, które dotąd kojarzyła jedynie ze starszymi ludźmi. Na podbój sklepowych półek maszerowała z kartą rabatową w kieszeni… Zwędziła ją kiedyś sąsiadce spod dwójki, bo ta i tak nigdzie nie wychodziła. Muzeum, w którym zatrudnili Malwinę „po znajomości” jedenaście lat temu, nie pracowało w poniedziałki, więc wizytę w supermarkecie składała najczęściej w godzinach porannych – zależało jej bowiem na świeżych produktach i krótkiej kolejce do kasy. Tego dnia wstała wcześnie rano. Worki pod oczami wyglądały koszmarnie – nie dość, że były ciemne jak ziemia pierwszej klasy, to zdawało się, że taką samą ziemią zostały wypchane. Jak gdyby w nocy ktoś zrobił jej potworną operację plastyczną, tyle że jad kiełbasiany zastąpił czarną glebą. Założyła okulary i mimo że na zewnątrz nie świeciło słońce, tylko siąpił nieprzyjemny deszcz, postanowiła, że nie zmarnuje wolnego dnia i spędzi go w dobrym nastroju. W sklepie pospiesznie załadowała koszyk i po trzydziestu minutach zanotowała w myślach, że oto właśnie, w ten paskudny poranek, pobiła życiowy rekord w zakupach na czas. Była zadowolona. Tym bardziej że na łososia dawali dobrą promocję, a sery pleśniowe

SNY

kupiła w pakiecie po dwa o połowę taniej. Dzięki temu mogła pozwolić sobie na małą szarlotkę w kawiarni u pana Jerzego. Kiedy wyszła na zewnątrz, zdecydowała, by wykorzystać dobrą passę i pobić kolejny rekord. Tym razem w przepakowywaniu zakupów z koszyka do bagażnika swojej hondy. Na myśl o kwaśnawej szarlotce ze smakiem oblizała usta. I wtedy to się stało. Zupełnie nagle i bez żadnych symptomów przepowiadających. Ostatnia reklamówka, ta z trzema kilogramami mocno dojrzałych pomidorów na przecier, pękła z hukiem jak balon, a cała jej zawartość rozsypała się po chodniku. Malwina przykucnęła, żeby pozbierać pojedyncze sztuki, które nie uległy dezintegracji w kontakcie z kostką brukową, ale po chwili stwierdziła, że jej poświęcenie i tak nie ma sensu – z kilku pomidorów mogła przygotować co najwyżej sos do makaronu, a nie konkretny, pełen aromatu przecier. Naturalnie można wrócić do sklepu i uzupełnić stratę, ale wskazówki jej zegarka odliczały czas, jak gdyby nic się nie stało, bezlitośnie przybliżając porę snu. A moment pójścia do łóżka Malwina wolała odwlekać, ile się tylko dało. Można powiedzieć, że troszkę ścigała się z czasem, naiwnie wierząc, że wykonując wszystkie czynności szybciej niż inni ludzie, wydłuży swój dzień. Jednak doba zawsze liczy dwadzieścia cztery godziny, niezależnie od tego, ile rekordów ma się na swoim koncie. — Tu jest jeszcze jeden. — Dziękuję. Niewysoki chłopiec wyciągnął dłoń, na której leżał malutki pomidorek, kształtem przypominający nerkę. Malwina uśmiechnęła się mimowolnie. Ale chłopiec nie odwzajemnił uśmiechu. Dopiero teraz przypomniała sobie, że widziała go już wcześniej, kiedy wchodziła do sklepu. Siedział skulony na ławce, a w jego sweter

5


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA wnikały krople deszczu. Będąc przy dziale z tekstyliami, nawet przez chwilę o nim pomyślała – dziecięce płaszcze deszczowe przecenili do 9,99 zł. Poświęciła nawet z pięć sekund, by pomacać tworzywo, z którego je wykonano, jednak empatię szybko wyparła myśl o ciepłej szarlotce. No ale teraz nie miała już wyjścia. Wierzyła w przypadki, znaki i przesądy. Gdyby nie była taka łakoma i od razu zakupiła pelerynkę, pomidory na pewno leżałyby na dnie bagażnika, a ona byłaby do przodu o jakieś sześć minut, które poświęciła na zbieranie warzywnych niedobitków. — Proszę, to dla ciebie. — Wcisnęła w dłoń chłopca banknot dziesięciozłotowy. — Nie jestem żebrakiem. Nie siedzę tu po to, żeby żebrać. Każda minuta była dla Malwiny cenna, ale nie uwierzyła chłopcu i naprawdę chciała mu pomóc. Było jej go zwyczajnie żal. Pewnie wstydził się przyznać, że czekał pod sklepem na ojca pijaka albo matkę, też jakąś patolożkę. — Tak? Chyba nie chcesz powiedzieć, że trenujesz przed zawodami z serii kto dłużej wytrzyma na deszczu? — Nie. Nie trenuję. Ja tylko pomagam. — No tak, racja. Pewnie nie jestem pierwsza, której rozwaliła się siatka. Swoją drogą, to dobry pomysł, nie? Na takie pomaganie. Pewnie można trochę zarobić… — Na pierwszy raz biorę jedynie dziesięć złotych, więc skoro już wyciągnęła pani tę dyszkę, to mogę sprzedać pani jeden krótki sen. Ale tylko jeden. — Sen? Sprzedajesz sny? Dobry z ciebie gagatek. — Malwina przypomniała sobie bratanka, który latem nadmuchiwał foliowe woreczki powietrzem, chłodził je w lodówce, a potem oferował domownikom jako bryzę oceanu. Chociaż w sumie takie sny na sprzedaż, gdyby to oczywiście było możliwe, stanowiłyby dla niej nie lada gratkę. Malwina słabo sypiała. A raczej słabo spędzała noce, bo sama już nie pamiętała, co to znaczy spać, a tym bardziej śnić. Skończyła śnić w wieku trzydziestu lat, zaraz po wyprowadzce Joanny. — No i ile tych snów już sprzedałeś, co? Chłopiec wyjął z kieszeni spodni mały kalendarzyk, zajrzał do środka i rzeczowo powiedział: — Kobietom trzy tysiące pięćset dwadzieścia, a mężczyznom osiemset dwadzieścia trzy. Dzieciom daję za darmo. Malwina gwizdnęła z uznaniem. — To musisz być już bardzo bogaty. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

6

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Nie zależy mi na pieniądzach. Jak już wcześniej mówiłem, jestem tutaj po to, żeby pomagać. W hurtowni w Alwerni sny sprzedają bardzo drogo, jedyne, co mi zostaje z utargu, to pieniądze na bilet do hurtowni. Zapasy uzupełniam raz w miesiącu. — No dobra. To poproszę jeden, ale nie smutny. — Malwina postanowiła zakończyć rozmowę, na którą musiała poświęcić już dobrych pięć minut. — Nie mam wpływu na treść. Te za dziesięć złotych są jak jajko niespodzianka, nigdy nie wiesz, co jest w środku. — Zaryzykuję.


Wtorek Przykładnym pracownikom nigdy nie zdarza się spóźniać do pracy. Przychodzą piętnaście minut przed czasem, by w spokoju zjeść śniadanie i wypić poranną herbatę z mlekiem i o czasie rozpocząć pracę. Tymczasem wybiła dziesiąta trzydzieści, czyli umowny kwadrans na spóźnienie minął już kwadrans wcześniej, a Malwina w muzeum nie dała znaku życia. I nie dlatego, że zaspała lub autobus stał w korku. Malwina, choć miała pełną lodówkę, znowu wybrała się do supermarketu. I znowu siąpił nieznośny deszcz. Chłopca jednak nie było. Obeszła sklep dwa razy, ale nigdzie nie mogła go znaleźć.

Zaskoczona, zauważyła sąsiadkę z dołu, tę spod dwójki, która przecież, jak zdawało się Malwinie, nigdy nie opuszczała mieszkania, więc zagadnęła ją o małego. — Nie było tu żadnego chłopca. Też na kogoś czekam już od godziny i pewnie jeszcze mi zejdzie. Zawsze się spóźnia — dodała niezadowolona. — Aha. Szkoda. To ja wejdę na chwilę do sklepu. — Malwina w podziękowaniu chciała kupić płaszcz przeciwdeszczowy dla chłopca, bo tej nocy w końcu jej mózg wygenerował jedno malutkie senne marzenie. — A gdyby przechodził taki niski chłopiec w brązowym swetrze, z rudymi włosami, to proszę mu powiedzieć,

7


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA żeby na mnie zaczekał, a na pewno mu się opłaci. — Dobrze. — Sąsiadka wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć, że tak naprawdę prośbę Malwiny ma w głębokim poważaniu. — Przekażę. Malwina bała się przyznać sama przed sobą, że różowa karteczka, którą poprzedniego dnia zakupiła za dziesięć złotych, była przyczyną jej śnienia. Wieczorem, zgodnie z instrukcją, włożyła ją pod poduszkę, następnie wypiła ciepłe mleko z miodem i rozgrzała stopy termoforem. Potem bez entuzjazmu położyła się spać. Kilkanaście minut przekręcała się z boku na bok, przyjmując pozycję boczną ustaloną albo ulubioną czwórkę. To znaczy – leżąc na brzuchu, prawą nogę prostowała, a lewą zginała i na wysokości kolana łączyła ją z prawą – w ten sposób z nóg układała swoją szczęśliwą cyfrę, licząc, że przyniesie jej to szczęście i w końcu bezproblemowo zaśnie. Jednak po wielu próbach powinna była zarzucić wiarę w przesądy i talizmany, nigdy bowiem nie ujawniły sprawczej mocy. Zasnęła nagle i na krótko. Śniło się jej, że siedzi w babcinej kuchni i je ruskie pierogi, przysmażone z cebulką. Samej babci nie widziała. Sen trwał co najwyżej kilka minut, bo zdążyła pochłonąć tylko sześć pierogów. I może właściwie nie obraz, czyli wyłożona tapetą w cegiełki kuchnia babci ani stół z ceratą w cytryny, był dla Malwiny tak istotny, a sam fakt, że poczuła smak ulubionej potrawy. Wszędzie, gdzie się pojawiała – na służbowych wyjazdach i wczasach – zamawiała pierogi, szukając smaku sprzed lat. Jednak zawsze bez powodzenia. A tymczasem sen kupiony od rudego smarkacza sprawił, że budząc się rano, nadal czuła w ustach specyficzną mieszankę sera, ziemniaków i cebuli. I choć uważała to za największą niedorzeczność, postanowiła spróbować jeszcze raz. Kiedy wyszła z supermarketu, chłopiec siedział skulony na ławce. Malwina nie mogła opanować zaskoczenia – brązowy sweter zastąpił niebieski tekstylny płaszczyk przeciwdeszczowy, identyczny jak ten, który miała w torbie. — Dzień dobry. Mam nadzieję, że dobrze pani spała — powiedział, uśmiechając się delikatnie. — Dzień dobry. — Malwina postanowiła coś sprawdzić. Spojrzała na zegarek. Cyferblat wskazywał jedenastą piętnaście. — Przyszłam kupić kolejny sen. — Poproszę dwieście złotych. — Chłopiec wygrzebał z kieszeni kolejną różową karteczkę. Malwina obejrzała ją dokładnie i nie kryjąc niezadowolenia, rzekła: UKŁADAMY

u k ł a d a m y

8

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Jest identyczna jak ta z wczoraj. Chcę inną. — Wszystkie są identyczne. Różnią się tylko ceną. — Ale to drogo. Wczoraj płaciłam dychę. — Nie da się wrócić do wczoraj. Dziś jest dziś. Cena nie podlega negocjacji. Jedyne, co mogę zaoferować, to sen dobry albo sen zły. Malwina zastanowiła się chwilę. Bała się ryzyka, ale chciała małemu utrzeć nosa, dlatego poprosiła o koszmar senny. Kiedy chłopiec wyciągnął rękę po pieniądze, coś ją tknęło. — Hola, hola! Przed chwilą dałeś mi jedną karteczkę, nie wiedząc, jaki sen wybiorę. Skąd mam mieć pewność, że płacę za to, co zamówiłam? — Tylko od pani zależy, co się przyśni. Ja daję jedynie matrycę. — Aha. No to skoro to jest tylko matryca, to może wykorzystam tę z wczoraj? — Zawsze można spróbować. Ale ja bym odradzał. — Chłopiec sposępniał, a jego oczy przybrały kolor wzburzonego morza. Włosy z rudych przeszły w kruczoczarne. — Jeden pan spróbował i już więcej go nie zobaczyłem. Cała sytuacja wydała się Malwinie dość nietypowa. Malec zaczynał ją drażnić i jednocześnie przerażać. Skąd on się w ogóle tu wziął? Nie powinien chodzić do szkoły? No i co miał w sobie takiego, że postanowiła opuścić dla niego dzień pracy i w ogóle marnować z nim czas? Aha. Co do marnowania czasu – Malwina ukradkiem zerknęła na zegarek. — Nie musi pani sprawdzać. Jest jedenasta piętnaście. — Dobra. — Tylko tyle zdołała wydukać, zanim uciekła z sercem łomoczącym jak ryba rzucona na pokład szkunera. Już poprzedniego dnia zauważyła, że w towarzystwie chłopca czas stoi w miejscu, ale sądziła, że to, nazwijmy dla uproszczenia, jakiś error zmęczonego umysłu. Środa Dla Malwiny dzień zaczął się wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Ubrana w czarny ortalion i wygodne dresy, siedziała ukryta w krzakach jaśminu tuż za parkingiem. Był to najlepszy punkt obserwacyjny w okolicy i jedynie psy wyprowadzane rankiem na spacer czuły, że w zielonej kępie czai się intruz. Długo nie mogła otrząsnąć się z wrażeń, jakie na własne życzenie dostarczyła jej noc. Pomimo że przed zaśnięciem nie oglądała telewizji ani nie czytała książki


(by nie przepełniać mózgu informacjami mogącymi potencjalnie wywołać koszmar), sen był przeraźliwy i długi. Ironicznie pomyślała, że wart swojej ceny. Stała na środku bagna i bardzo powoli zapadała się w jego wnętrze. Na brzegu siedziała Joanna i z wdziękiem nuciła jakąś piosenkę, którą z powodu odległości Malwina ledwie słyszała. Początkowo ucieszyła się na widok zaginionej siostry, ale kiedy spróbowała krzyknąć, głos jej uwiązł w gardle. Joanna nuciła z nostalgią, a im bardziej nadwyrężała struny głosowe, tym szybciej Malwinę pochłaniało bagno. I kiedy czarna breja wlewała się do jej ust, a ona sama czuła już mdły posmak ziemi, Joanna niespiesznie się podniosła, zwróciła w stronę walczącej o oddech siostry i pomachała, jakby właśnie wsiadła na prom i udawała się w daleki rejs. I w tym momencie Malwina poczuła chłód podłogi w swojej sypialni. Tym razem postanowiła uprzedzić chłopaka. Miała nadzieję, że zobaczy, skąd nadchodzi i w czyim towarzystwie. Na pewno nie była jego jedyną klientką i zżerała ją ciekawość, czy wśród osób przez niego zaopatrywanych jest ktoś z sąsiadów. Minęła dziewiąta, czas wlekł się jak ślimak po wiejskiej drodze w upalny dzień. Tymczasem nad Malwiną już trzecią dobę kapał deszcz. Słońce chyba zapomniało o miasteczku i jego mieszkańcach. Kobieta tylko na chwilę zamknęła powieki, odczuwała znużenie i ból kręgosłupa, a kiedy na powrót je otworzyła, sprzedawca snów siedział na swojej ławeczce i wesoło pogwizdywał. Mogła się tego spodziewać. Postacie nie z tego świata (bo tak zaczęła już myśleć o chłopcu) zawsze pojawiają się w takich momentach, przynajmniej w filmach. Nie była na siebie zła. Raczej rozśmieszyła ją własna naiwność, że wykryje pochodzenie rudzielca. Powoli przedarła się przez gęste zielone liście i skierowała w stronę ławeczki. Szła wolno, dokładnie obserwując otoczenie, gdyż wiedziała, że nie traci ani sekundy. Wszystko, czego nie dostrzegła przez lata mieszkania w tym miejscu, wydało się jej nieznajome i obce, ale też całkiem ładne. Pośpiech, kompan od momentu zaginięcia siostry, skutecznie zagłuszył w niej chęci poznawcze. Wolała nie tracić czasu na zbędne, jak mniemała, pierdoły. Wtem wyrosła jak spod ziemi kobieta, trąciła ją łokciem i podbiegła do sprzedawcy. Malwina zamarła – sąsiadka spod dwójki odbierała właśnie różową karteluszkę. Czyli dlatego tak rzadko wychodzi z mieszkania

— pomyślała zaintrygowana. — Pewnie śni wspaniałe sny. Pozazdrościła jej, jak zazdrości się wielkiego bogactwa lub szczęścia w miłości. Ona także chciała tego doświadczać. Zatracać się w śnie i odespać wszystkie smutne noce, wypełnione strachem i łzami, których nikt nie ocierał. To właśnie jej należały się piękne, trwające godzinami sny. — Dzień dobry — powiedział chłopiec na powitanie i zanucił melodię, która wydała się jej znajoma. — Skąd znasz tę piosenkę? — Joanna mi ją śpiewa. Mówiła, że może ją pani odwiedzić. Pani też zaśpiewa. — Joanna? — Malwina poczuła coś na wzór nadziei. Tyle lat czekała na znak od siostry, a dziś, skoro uwierzyła w możliwość sprzedawania snów, była w stanie uwierzyć we wszystko. Nawet w to, że chłopiec jest wysłannikiem Joanny, ukrywającej się od lat na przykład przed mafią, a całe to handlowanie snami to procedura bezpieczeństwa: badanie, czy aby Malwina nie jest śledzona. — Znasz ją? — Zamiast czatować w jaśminie, powinna pani jutro pójść nad jezioro. Ona tam będzie czekać. — Ale gdzie dokładnie? Jak ją znajdę? — Ona panią znajdzie. — Zobaczymy. — W głosie Malwiny pobrzmiewało niedowierzanie. — Wezmę jeszcze jeden sen, tym razem coś pozytywnego. Czwartek Miasteczko usytuowane było w okolicy trzech jezior. Kiedy Joanna zniknęła, pojawiła się hipoteza o samobójstwie lub morderstwie i wszystkie trzy zbiorniki zostały przeszukane przez nurków. Ciała dziewczyny nie znaleziono, co wywołało niemałą ulgę u Malwiny. Łudziła się, że siostra musi przemyśleć całą sprawę, że potrzebuje na to czasu, ale w końcu jej wybaczy i da znak życia. Lata mijały, a o Joannie świat zapomniał. I tylko czasem nieliczne osoby, spotykając Malwinę w dziwnych miejscach, na przykład na moczarach za lasem, brały ją za ducha siostry bliźniaczki. Poza tymi pomyłkami Joanna żyła już tylko we wspomnieniach Malwiny. No i Tadeusza. Raz w roku, w dzień urodzin bliźniaczek, zdobywał się na odwagę i wykręcał numer Malwiny. „Wróciła?”, pytał, a ona odpowiadała: „Nie”. I choć głos Tadeusza pozostawał przez te dziesięć lat niezmiennie niski i łagodny, a on sam być może zaryzykowałby

9


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA związek z Malwiną, to kobieta uważała, że zaginięcie Joanny jest karą za ich grzeszny występek i że nie mają prawa budować swojego szczęścia na tragedii niewinnej dziewczyny. Zresztą nie była pewna, czy patrząc na nią, Tadeusz nie chciałby widzieć jej siostry. Wieczorem, jeszcze przed zaśnięciem, opracowała plan działania, dzieląc teren na obszary poszukiwań. Choć do tej pory chłopiec nie okazał się kłamcą, jakoś nie mogła uwierzyć, że Joanna tak zwyczajnie do niej podejdzie. Jezioro Ksymeny było najmniejsze, najczystsze i leżało w pięknej okolicy. Bliźniaczki bywały tu często, dlatego od tego miejsca Malwina postanowiła rozpocząć poszukiwania. Obejście całego jeziora zajęło ponad dwie godziny, podczas których rozpamiętywała sen, jaki przyśnił się jej w nocy. Znowu siedziała przy stole wyłożonym ceratą w cytryny i jadła ruskie pierogi, popijając malinowym sokiem. Znowu nie widziała babci, ale tym razem słyszała jej głos – ciepły i spokojny. Babcia opowiadała historię o tym, jak po zakończeniu wojny dziadek zrywał dla niej słoneczniki rosnące na zboczu usypiska. Wisła wyszła wówczas z brzegów i podeszła pod sam wał, a dziadek – inwalida bez nogi – ryzykował upadek do wody, byle tylko uszczęśliwić ukochaną. Babcia opowiadała dokładnie, opisując wszystkie detale: podartą koszulę noszoną wówczas przez dziadka, kolory kwiatów rosnących na wale, sukienkę w grochy (jedyną, jaka cało ostała się po wojnie) i maszerujących żołnierzy. Razem ze swoją siostrą dla powracających do domów mężczyzn lepiły setki pierogów i jeszcze gorące wynosiły na wał, by mogli się nimi posilić. Malwinie wydawało się, że ona także lepiła te pierogi, wypełniała je serowo-ziemniaczanym farszem, a następnie zawijała brzegi na okrętkę. To był piękny sen. Długi marsz nie osłabił Malwiny. Pogoda wyjątkowo sprzyjała spacerowaniu, dlatego postanowiła obejść jezioro ponownie, ale i tym razem nie spotkała siostry. Usiadła więc zrezygnowana na kamieniu i wtedy, gdzieś ze środka jeziora, doszła ją smętna pieśń: „Jej lico białe, długi włos. Tak piękna wolna była. Na wietrze lekki był jej krok. Jak lot lipowych listków”*… Malwina znała tę melodię. Pieśń o Nimrodel towarzyszyła siostrom od dzieciństwa. Każda chciała być piękną elfką o głosie delikatnym jak srebrny deszcz. „Nikt nie wie, gdzie podziewa się. Czy w słońcu, czy w ciemności. Bo dawno temu Nimrodel odeszła w górskie włości”. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

10

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Dawno temu odeszła w górskie włości — powtórzyła za głosem z jeziora Malwina. Zrozumiała, że nadszedł czas, by przerwać poszukiwania i wrócić do domu. Poniedziałek Kiedy Malwina otworzyła oczy i spojrzała na zegarek, ze zdumieniem stwierdziła, że przespała trzy dni. Po powrocie znad jeziora poszła prosto do domu. I choć bardzo chciała zobaczyć twarz ukochanej babci i na chwilę się do niej przytulić, nie kupiła kolejnego snu. Pod poduszką ułożyła trzy różowe karteczki, które dostała od chłopca. Wszystkie były identyczne, niezapisane, pachniały zwyczajnie papierem. Pomyślała, że można takie dostać w każdym papierniczym, nie mówiąc o supermarketach. Nie bała się ryzyka. Co takiego mogło ją spotkać? Koszmar senny? Nie pamiętała, co się jej przyśniło. Chyba nawet nie było to dla niej istotne. Wyspana i wypoczęta zauważyła, że po ziemi pod oczami nie ma śladu. Ubrała się szybko i wyszła z domu z zamiarem spotkania z rudowłosym chłopcem. Nie znalazła go na ławeczce, więc weszła do sklepu. Na dworze znowu padało. Chłopiec właśnie płacił za pięć opakowań kolorowych karteczek. Malwiny to nie zdziwiło. Uśmiechnęła się do niego jak podczas pierwszego spotkania. — W końcu sny mają być kolorowe, nie? — Odwzajemnił jej uśmiech i schował zakupy do małego plecaka. — Twoje matryce działają. Użyłam trzech na raz. — Cieszę się, że mogłem pani pomóc. — Jego włosy przybrały kolor dojrzałego zboża. — Do widzenia. Muszę jechać do hurtowni. — Tak, wiem. Żeby kupić sny. — Malwina pożegnała chłopca. Nie zastanawiała się, na ile mówił prawdę, a na ile łgał jak tani łotr. Nie było to dla niej istotne. Kolejne poniedziałki, wtorki, środy. Malwina więcej nie pojawiła się w muzeum. I tak zatrudnili ją tam „po znajomości” i nigdy nie zyskała statusu pracownika miesiąca. Szybko na jej miejsce najęli młodą, przebojową dziewczynę, która za cel postawiła sobie wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy z Unii. Nigdy więcej nie spotkała też rudowłosego sprzedawcy snów, mimo że czasem przechodziła obok ławki, na której zwykł przesiadywać. Żałowała tylko, że nie zapytała go o imię. W końcu to dzięki niemu odzyskała umiejętność zasypiania i śnienia.


Codziennie rano, o ile tylko nie spała (zdarzało się bowiem, że potrafiła przespać trzy doby z rzędu), szła nad jezioro Ksymeny i siadała na kamieniu. A potem przez cały dzień nuciła pieśń o Nimrodel z kraju Lorien. W niedługim czasie stała się lokalną atrakcją. I nawet w przewodnikach po Krainie Wielkich Jezior opisywali czarnowłosą piękność śpiewającą rzewną pieśń o tęsknocie za Nimrodel o włosach siejących światło. Malwina zawarła też niepisaną umowę z sąsiadką spod dwójki. Jeśli jednej zdarzyło się dłużej spać, po

przebudzeniu zawsze znajdowała pod drzwiami świeże pieczywo i mleko. Jednak tematu chłopca i jego nagłego zniknięcia nie poruszały, jakby rozmowa o tym odbierała prawdziwość jego istnienia. Odwiedzający okolice jeziora Ksymeny, słysząc pieśń o elfce, która nie wsiadła na statek, wiedzieli, że to śpiewa Malwina. Wiedzieli również, że w podziękowaniu za piękną melodię należy życzyć jej dobrych snów. 

* Pieśń o Nimrodel zespołu GreenWood z płyty Elegia o latach minionych.

11


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA autor: Krystian Janik ilustr.: Katarzyna Ślączka

MDŁOŚCI Saint-Domingue, 20 stycznia 1758 roku Na drzewie krzyża rozpostarli jego muskularne ramiona. Dłonie przytłoczyli ciężarem podkutych żelazem butów. Czerń podeszew zlała się z hebanem skóry. Nadgarstki opletli rzemieniem. Mocny uścisk rozciął skórę. Muchy obsiadły rozkrwawione wargi. Przypomniał sobie, że przed dwoma dniami, nim go pochwycono, rozcinał gardła białych panów ostrzem maczety. Owo wspomnienie nie przyniosło pokrzepienia, ostrzem tejże maczety biali panowie otworzyli bowiem łono jego żony. Wepchnęli w nie czyste ręce i wyszarpali nienarodzonego syna. Płód zanurzyli w świńskiej jusze i rzucili psom na pożarcie. Nie musieli zmuszać go do patrzenia. Patrzył. Oprawca w bawełnianej koszuli o barwie pustynnego piasku i beżowych bryczesach chwycił Karaiba za jądra i zacisnął palce w pięść. Czarnoskóry mężczyzna zawył i przewrócił oczyma, na co tamten wyszczerzył zębiska i zwolnił uścisk, by po chwili raz jeszcze zacisnąć palce. Dwaj pozostali chwycili w ręce stalowe obcęgi i poczęli szarpać piersi skazańca. Rozrywali ciało dopóty, dopóki nie odsłonili żeber. Odarte ze skóry piersi polali płynnym ołowiem i gotowanym woskiem. Oprawca w beżowych bryczesach ponownie uwolnił jądra skazańca. Jednakże nie był to akt łaski, albowiem chwilę później w jego prawicy zalśnił rzeźnicki nóż, którego ostrze poprowadził po mosznie czarnoskórego. Odłożył nóż i rozchylił rozpłataną skórę, a następnie wlał do wnętrza gorącą żywicę zaprawioną siarką. Karaib przez zawarte szczęki wysyczał coś w kreolskiej mowie, coś przerażającego, utkwionego pomiędzy bytem a niebytem. Wydawać by się mogło, iż ów nieszczęśnik przeklął dzień swych narodzin. Spektakl chylił się ku końcowi. Jednakowoż, aby nie zmarnować ani chwili kaźni, dwaj pozostali oprawcy UKŁADAMY

u k ł a d a m y

12

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

KWIECIEŃ (17) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

poderwali spoczywające dotąd na bruku topory i zaczęli rozrąbywać ciało czarnoskórego. Najpierw uderzali w ramiona, kiedy zaś oddzielili ręce od tułowia, poczęli rozrąbywać golenie. Poćwiartowane członki rzucili na żer wygłodniałym psom. Na koniec dychający jeszcze korpus polali naftą i podpalili. Tak oto François Mackandal stracił to, o co walczył.

Paryż, 14 lipca 1788 roku Pełen dostojeństwa jegomość w siwej peruce i kasztanowym fraku podszedł do okna i spojrzał na paryską ulicę. To, co ujrzał, ścisnęło mu żołądek, a w gardle poczuł kwaśny posmak powracającego wina. Wszechogarniające plugastwo w postaci syfilitycznych dziwek, otwierających swe niejednokrotnie przetrącone kończyny, pomiędzy którymi rozlewały ropę przegniłe brzoskwinie, brudnych alfonsów i niedorozwiniętych sierot wywoływało w elegancie na przemian litość i obrzydzenie. Sodomici, opiumiści, krwiopijcy i żebracy – oni właśnie stanowili esencję tegoż cywilizowanego miasta. Obraz stolicy wielkiej Francji dopełniała scena, w której wygłodniałe dzieci pożerały własną matkę, walcząc pomiędzy sobą o co lepsze kąski wypływające z otwartego brzucha. Chłopiec, może czteroletni, zanurzył swój różowy pyszczek w matczynej wątrobie i po chwili dziecięce liczko pokryło się żółcią. Dżentelmen przyłożył do ust dłoń i powstrzymał odruch wymiotny. Słońce jęło zachodzić. W gabinecie panował półmrok. Pomimo rozlewających się ciemności jegomość nie palił świateł. Spiskowcy i kolaboranci wiedzą, że światło nie sprzyja rozmowie. Do okna zbliżył się mężczyzna, czarny niczym węgiel z najgłębszego krateru kopalni. Wyjrzał przez ramię eleganta


i ujrzawszy zgrozę paryskiej ulicy, orzekł: — Ludzie skrzywdzeni przez innych przygarniają bezpańskie psy i mawiają: „Mój pies jest bardziej ludzki niż niejeden człowiek”. Żałośni hipokryci. Powiedzieć o psie, że jest ludzki, to niewyobrażalne chamstwo

w stosunku do zwierzęcia. — Przyjacielu… — odezwał się elegant i zamilkł. — Jesteśmy ludźmi, więc nie możemy być przyjaciółmi — odpowiedział mężczyzna o czarnej twarzy. — Ja białe mam jeno ślepia, a wiesz, że czarne nie

13


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA może żyć z białym jak białe z białym. — Może i masz rację, aczkolwiek możliwy jest kompromis. — Mrzonka — uśmiechnął się czarnoskóry i wskazał palcem na pożerające matkę dzieci. — Spójrz na nich, mają mniej duszy niż kamień. — Nie potrzeba im duszy, lecz rewolucji! — poderwał się białoskóry. — A rewolucja wymaga rąk! Rąk, które zburzą mury starego świata! — Mówisz o rewolucji, zaś pragniesz ją przeprowadzić rękoma niewolników. — Od czegoś musi rozpocząć się wolność — szyderczo oznajmił elegant. — Wolność? — zdziwił się jego rozmówca. — Ciałem chcesz wywalczyć wolność dla ciała. Czymże jest Francja? Czymże jest Zachód? — Ludzie chcą chleba, nie modłów… — Nie odpowiedziałeś, ale powiem ci. Zachód jest gnijącym trupem, cielskiem bez odrobiny ducha. Ty — czarnoskóry skrzyżował ręce — chcesz być jego Chrystusem. Nie chcesz, żeby wołali: „Paryż!” Nie chcesz, żeby wołali: „Francja!” Pragniesz, żeby wołali: „Robespierre!” I ja ongiś taki byłem, chciałem leczyć dusze, a oni mieli tylko ciała. Stanąłem na czele maronów i przez sześć lat podrzynałem gardła białym plantatorom, a moi bracia wypijali ich krew. Kiedym został pochwycony, nie zbezcześcili mego ducha, nie potrafili bowiem go ujrzeć, więc przeorali me ciało. — A twój proszek czy nie zakuwa w dyby duszy? — rzekł przebiegły Robespierre. — Coupe poudre nie zniewala ducha — odpowiedział czarnoskóry. — Coupe poudre potrząsa mózgiem, miażdży go niczym łupinę orzecha. Po zażyciu proszku człowiek pozostaje świadomy, ale nie może przeciwstawić się houngenowi, który poprzez podawanie mu ziela, którego nazwa jest tajemna, podtrzymuje jego stan wegetatywny, czyniąc nieszczęśnika istotą służalczą, gotową umrzeć dla swego pana i lękającą się śmierci jednocześnie. — Takich ludzi potrzebuje Francja w walce o wolność — rzekł Robespierre. — Jestem wielce ukontentowany, iż znalazłem w tobie sprzymierzeńca. — Pamiętaj, że nie chcę pomóc ci w obaleniu władzy monarchii i duchowieństwa, wszak to mrzonka. — Nabrzmiałe wargi czarnoskórego ułożyły się w szyderczy uśmiech. — Więc jaki czort cię tu przygnał? UKŁADAMY

u k ł a d a m y

14

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Najmroczniejszy z najmroczniejszych, a imię jego brzmi... Zemsta! — Łakniesz krwi, zaś ja pragnę oddać Francję obywatelom — oznajmił Francuz. — Zaprawdę powiadam ci, że oddasz, kiedy twa głowa potoczy się po trotuarze — skwitował Karaib.

Saint-Domingue, Port-au-Prince, 22 sierpnia 1751 roku Przez pasmo górskie Le Massif przedzierały się do Port-au-Prince hordy maronów – potomków zbiegłych z kolonii francuskich czarnych niewolników. Za maronami podążało stado dzikich mieszkańców z północy kolonii, których biali panowie trzymali w izolacji i wykorzystywali do najcięższych prac. Nie wszyscy niewolnicy podążali za maronami, albowiem nie dla każdego wystarczyło karaibskiego opium, zwanego coupe poudre. Proszek ów, uzyskiwany z czarnych nasion bielunia przemielonych wraz z ludzkimi kośćmi, wieloszczetami, żabimi trzewiami i łuskami ryb rozdymkowatych, odbierał wolną wolę i sprawiał, iż nawet najwątlejszy Kreol nabierał krzepy mitologicznego atlety. Wchodzące w jego skład toksyny wyłączały odpowiedzialne za odbieranie bodźców receptory skóry, doszczętnie pozbawiając zakończenia nerwowe możebności rejestrowania bólu. Mózg zaś przechodził we władanie houngana voodoo, potrafiącego za pomocą wywaru z pewnego ziela kontrolować ciało i umysł żywego trupa. Mieszczące się na Karaibach kolonie francuskie słynęły nie tylko z dostarczania na Stary Kontynent najznakomitszych ziaren kawy i trzciny cukrowej, ale także z przerażającego rytuału przywracania do życia umarłych. Coupe poudre, zwany proszkiem zombie, przyrządzany przez czarowników na cmentarzach przeważnie nocą, podany w odpowiedniej ilości potrafi uśmiercić ciało, ale nie na wieczność. Poczęstowanego proszkiem zombie człowieka czarownik nakazuje złożyć do grobu, aby pod osłoną nocy odnaleźć miejsce pochówku i ekshumować zwłoki. Wyrwany z objęć śmierci nieszczęśnik resztę żywota poświęca swemu wybawcy, wykonując za niego wszelkiego rodzaju prace. W roku 1751 houngan voodoo François Mackandal wykorzystał coupe poudre do wszczęcia buntu maronów i karaibskich niewolników,


zamieszkujących północne obszary kolonii Saint-Domingue, przeciwko tyranii grands blancs. Hordy pozbawionych wolnej woli niewolników przedzierały się do Port-au-Prince, stolicy Saint-Domingue, obracając w popiół i zgliszcza wszystko, co należało do białego człowieka. Napotkanych na swej drodze plantatorów rozrywali na strzępy, a ociekające krwią członki wysysali do białości. Ni jeden mężczyzna w sile wieku nie pozostawał przy życiu. Nie wyrzynali natomiast kobiet, wszakże żonom i córkom kolonizatorów zgotowywali haniebniejszy los – w dziewięć miesięcy później umierały, wydając na świat hebanowe niemowlęta.

Paryż, 24 czerwca 1789 roku Narastające dobijanie się do drzwi wyrwało gospodarza z fantasmagorycznych objęć Morfeusza. Mężczyzna rozwarł paszczękę potężnym ziewnięciem, poczem wilgotnym od potu rękawem nocnej koszuli wytarł z ust zielonożółtą flegmę. Wydzielinę, która zdążyła już zaschnąć w kącikach ust, jął wydrapywać ogryzionymi paznokciami. Niestety nie dane było mu dokończyć, albowiem energiczne stukanie przekształciło się w szaleńcze walenie. Opuściwszy piernat łabędzi, dobył pistoletu skałkowego i powolnym krokiem ruszył w kierunku hałasu. Odgłosy uderzeń nie przypominały ludzkich pięści. Pan domu pomyślał, iż jakiś pijany dureń wali w drzwi własną głową, poczem zbliżył się do wejścia, napiął kurek i położył palec na spuście. Wtedy nastała cisza. Przez moment się wahał, ale po chwili zdjął rygiel i otworzył drzwi. Można by rzec, iż wiele się nie pomylił, wszakże na progu spoczywała głowa. *** Paryski krytyk literacki Samuel Varral – wytrawny znawca literatury późnego baroku, powabów niewieściego ciała, egipskiego tytoniu i opium – objawił przed Dantonem nowatorski sposób zażywania coupe poudre. Ów niestroniący od wszelkiej maści substancyj odurzających szlachcic, rzekomo przetestowawszy proszek zombie na sobie, stwierdził, iż powinno się go zażywać przez nos niczym tabaczkę, nie zaś, jak czyniono do tej pory, doustnie. Danton zadumał się i oznajmił, że jest to pomysł genialny, albowiem dla prostego ludu możebność zażywania proszku nozdrzami będzie symbolem

upokorzenia szlachetnie urodzonych, wszakże tylko oni rościli sobie prawo do takowej przyjemności. — Proweniencja twa szlachecka, za to mądrość generalska! — pochwalił krytyka literackiego Danton. — Rad jestem usłyszeć pochwałę, wszak Nieprzekupny rzekł, iż ma propozycja jest nazbyt ekscentryczna — z nutką ironii w głosie odpowiedział Varral. — Robespierre tak rzekł? — oburzył się najbrzydszy z rewolucjonistów. — Zaiste... — przytaknął piewca baroku. — A to ladaco! — Zbyt wiele błękitnej krwi płynie w jego żyłach! — znalazł przyczynę Varral. — Trzeba by mu jej upuścić! — wyszczerzył swe świńskie siekacze Danton. Dzień chylił ku upadkowi. Przez czerwień czerwcowego nieba powoli przenikała szarość. Samuel Varral, pożegnawszy się z Dantonem kieliszkiem ciepłej wódki, wodząc językiem po dziąsłach, wyszedł na paryską ulicę. Gorejący w żołądku krytyka alkohol domagał się towarzystwa. Noc cuchnęła nieświeżymi pstrągami i moczem. Coś zaszeleściło w koronach drzew. Coś spłynęło z gałęzi i wyrosło na bulwarze. Coś stanęło oko w oko z krytykiem. Była to istota, którą zwykło określać się mianem nieboszczyka, aczkolwiek ów umarły dla świata nie zamierzał spocząć w grobie.

Paryż, 25 czerwca 1789 roku Komisarz francuskiej policji Oscar Sedowicz przyłożył kawałek sznurka do rozpłatanej szyi nieboszczyka, poczem, odmierzywszy długość rozcięcia, przeniósł sznurek na drewniany metr. — Ponad dziewięć centymetrów! — oznajmił tryumfalnie. — Jeno diabli wiedzą, jakie narzędzie tnie i rozrywa za jednym zamachem. — Moim skromnym zdaniem wygląda to na atak niedźwiedzia — rzekł prokurator Roland Fourier. — Niedźwiedzia? — zdumiał się komisarz. — Mógłbym uwierzyć w niedźwiedzia, gdyby w Paryżu gościł cyrk. — Czyżby człowiek o sile niedźwiedzia? — nieśmiało zaproponował prokurator. — Acu rem tetigisti! — uradował się Sedowicz. — Onegdaj, dokładnie w tym samym miejscu,

15


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA

pochylaliśmy się nad ciałem nieodżałowanego dyrektora Comédie-Française Daniela Bichata, którego zamordowano w równie niewiarygodny sposób. — Jakże mógłbym zapomnieć, wszakże utoczono z niego całą krew. — Wyssano — poprawił prokuratora Sedowicz. — Tak… — Actis testantibus, te dwie sprawy coś łączy, zbrodni UKŁADAMY

u k ł a d a m y

16

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

dokonano bowiem w tym samym miejscu, najprawdopodobniej o tej samej godzinie, a nieopodal stąd mieści się gabinet Dantona, który, nie oszukujmy się, urodą i posturą przypomina niedźwiedzia. — I tutaj rodzi się pytanie: Dlaczegóż Danton miałby mordować swych kamratów? — Może pod osłoną nocy przeistacza się w krwiożerczego zwierza? — po raz wtóry zadrwił komisarz.


Oscar Vladislav Sedowicz, jak wskazywało jego nazwisko, nie był rodowitym mieszkańcem Francji. Jego ojciec – Zbigniew Sędowicz – wiosną roku 1736 opuścił rodzinny Tarnów i udał się z wyprawą hiszpańskich przyrodników na odległe ziemie archipelagu wulkanicznego leżącego na Oceanie Spokojnym. Zafascynowany majestatycznym wyglądem zakutych w skorupy jaszczurów, spędził tam przeszło dziewiętnaście miesięcy. Późną jesienią roku 1737, za namową poznanego na hiszpańskim okręcie francuskiego przyrodnika i filozofa Sebastiana Deste, postanowił odwiedzić Paryż, którego przekwitające piękno urzekło polskiego szlachcica tak mocno, iż nigdy już nie powrócił na łono ojczyzny. W wigilię Bożego Narodzenia roku 1748 Zbigniew spotkał zachwycająco piękną dziewiętnastoletnią pannę Julię Morren, z którą w tydzień później udał się w podróż do Nicei, gdzie kochankowie z dala od paryskiego blichtru przyrzekli sobie miłość i wierność aż do śmierci. Jednakże Atropos przecięła nożycami nić Julii dokładnie w drugą rocznicę ich pierwszych spojrzeń. Sedowicz i Fourier weszli do gabinetu Dantona. Mina adwokata była nietęga, kiedy dowiedział się, w jakiej sprawie przychodzą do niego funkcjonariusze paryskiej policji. Słońce wdzierało się do pomieszczenia przez szczeliny w zarzuconych na okno kotarach. Danton – mężczyzna w wieku lat trzydziestu, pośledniej urody, o pucułowatej twarzy, którą szpeciły grube, układające się w ryjek wargi, małe świńskie ślepia i niedokładnie ogolony podbródek. Pomimo odpychającej aparycji i skłonności do chamstwa nie można mu było zarzucić braku inteligencji, gdyż był to jeden z najznakomitszych mówców, jakich wydała na świat Francja. — Powiada pan, panie komisarzu, że Varral leży martwy na bulwarze? — wycharczał Danton. — In merito — odparł Sedowicz. — Ktoś rozpłatał mu gardło od ucha do ucha — wtrącił Fourier. — Psia mać! — zaklął adwokat. — Najpierw Bichat, potem Gray, teraz Varral! — Gray? Ten pisarz romansów? — zaciekawił się komisarz. — Tak, pisarz romansów. Wczoraj o piątej rano znalazłem pod drzwiami jego głowę. — I co pan uczynił z tą głową? — zapytał prokurator. — Panowie, a co miałem uczynić? Zabrałem i ukryłem. Niech sobie panowie wyobrażą, iż zbrodniarz pozbawił czaszkę mózgu!

— Czytałem o podobnym przypadku w De daemonibus — oznajmił Sedowicz. — Jednakże wracając do meritum, muszę rzec, iż jest pan obłąkany albo przeklęty. Inaczej rzekłszy: jest pan mordercą albo ofiarą. — Panowie — Danton położył sękate palce na szorstkim podbródku — rozłożę przed wami karty. Niebawem runą mury twierdzy odbierającej wolność. Mogły runąć latem zeszłego roku, bowiem Robespierre wszedł w posiadanie karaibskiego proszku, który czyni z ludzi niezniszczalnych tytanów. Nie stało się tak, gdyż Nieprzekupny postanowił wykonać serię prób mających na celu udoskonalenie proszku. — Ciekawe, doprawdy ciekawe... — rzekł komisarz i w oczekiwaniu na dalszą część opowieści umieścił pomiędzy zębami kciuk. — Jak mówiłem, proszek ów zamienia ludzi w niezniszczalnych tytanów, lecz jego działanie jest nieodwracalne. Człowiek po zażyciu tego paskudztwa staje się podatny na sugestie, zachowuje świadomość, ale nie może się przeciwstawić. Panowie, najstraszniejsze jest to, że człowieka, któremu podano proszek, należy złożyć do grobu... — Absurd! — przerwał prokurator. — W mej opowieści nie ma krzty absurdu! — zaprotestował adwokat. — Uczestniczyłem podczas ekshumacji pewnego wieśniaka, któremu ludzie Robespierre’a podali karaibski proszek. Wieśniak wyglądał jak trup, cuchnął jak trup, a jednak oddychał. Niech panowie sobie wyobrażą, iż ów przeszło pięćdziesięcioletni chłopina w ciągu dwóch tygodni, w jednej wsi pod Lyonem, własnymi rękoma wydrążył w ziemi korytarz głęboki na cztery metry i dziesięciokrotnie dłuższy! Pracował dniami i nocami, aż w końcu padł i rzeczywiście stał się trupem. — Czy był w tym czasie karmiony? — zapytał Sedowicz. — Niezwykle celne pytanie — pochwalił stróża prawa Danton. — Niech panowie dadzą wiarę, iż w czasie tych dwóch tygodni nie zjadł nawet okruszyny chleba, ani nie wypił kropli wody. — Androny! — po raz wtóry zaprotestował Fourier. — Miast przemawiać do ludu, powinien pan pisać niesamowite opowieści. — Rzekłbym tak samo, gdybym na własne oczy nie ujrzał tego, o czym opowiadam. Problem polega na tym, że do przedłużenia, rzeknę nieelegancko, życia trupa potrzebna jest ludzka krew i wnętrzności, takoż

17


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA mózg. Tak właśnie mawia Robespierre, który w zeszłym roku sprowadził do Lyonu najwyborniejszych medyków, chemików i alchemików, aby udoskonalili działanie proszku. — Nie powiodło się — stwierdził Sedowicz. — Nie powiodło — potwierdził Danton. — Jeno karaibscy czarownicy, a idzie ich zliczyć na palcach jednej ręki, znają skład proszku, który notabene nazywają coupe poudre. — Drogi panie, plecie pan jak ciemna matrona — zwrócił się do mówcy Fourier. — Panie prokuratorze, nie musi wierzyć pan w ani jedno moje słowo. — Zaiste pan prokurator nie musi, ale we mnie gra polska dusza, a w niej pradawne puszcze, strzygi i widziadła — rzekł żywo zaciekawiony opowieścią o coupe poudre Sedowicz. — Jak mawiają wielcy wodzowie: Inter arma silent leges. Załóżmy, że Robespierre nie zdołał poznać receptury proszku i tym samym plan usunięcia skutków ubocznych spalił na panewce. Takoż przypomniałem sobie, że nie dalej niż dwa dni temu, czyli dzień przed odnalezieniem przez pana głowy Graya, czytałem w „Mercure de France” fragment jego nowej powieści pod intrygującym tytułem Miłosny proszek panny Petronelli. Bohaterka tejże powieści, szwedzka panna z dobrego domu, pod wpływem chuci zapragnęła zniewolić pewnego urodziwego, aczkolwiek stroniącego od towarzystwa niewiast, paryskiego markiza. W tym celu udała się do goszczącego w Paryżu czarnolicego czarownika, jak głosiła bowiem plotka, ów przywieziony z kolonii Saint-Domingue człowiek posiadał sproszkowane trzewia ropuch, które potrafiły uczynić z nieśmiałego chłopca tęgiego kochanka. — Na Saturna! — przeraził się Danton. — Idiota, idiota! Panowie, o istnieniu tego proszku wiedziało jeno dwanaście osób, wy zaś jesteście trzynastą i czternastą. Ja, Robespierre, trzech medyków, trzech alchemików, trzech chemików i jeden kronikarz, którym, jak panowie się domyślają, był Varral. Znałem osobiście Bichata i Graya, ale nigdy w życiu nie powierzyłbym tym plotkarzom nawet najmniejszej tajemnicy. — Nie musiał pan — rzekł komisarz. — De actu et visu wiem, że literaci nie potrafią trzymać języka za zębami. Varral, upiwszy się, a jak wiadomo: in vino veritas, opowiedział Grayowi o tajemniczym karaibskim proszku i jego właściwościach. — Żałuję, że Varral nie żyje, wszakże sam z przyjemnością UKŁADAMY

u k ł a d a m y

18

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

poderżnąłbym mu gardziel — rzekł przez zaciśnięte zęby Danton, poczem wskazującym palcem prawej ręki zainscenizował na swej szyi cięcie. — Ad rem, panowie — przypomniał o sobie Sedowicz i powrócił do dedukcji. — Varral został zamordowany przez długi język, Gray przez szybkie pióro, zaś Bichat nieświadomie podpisał swój własny wyrok śmierci. Jeśli wierzyć prasie, dyrektor Comédie-Française zawarł przed dwoma laty z powieściopisarzem Victorem Grayem kontrakt, w którym zobowiązał się, że przeniesie na deski swego teatru jego wówczas nową sztukę Nathalie i syn kapitana okrętu, a także, co spotkało się z niezadowoleniem środowiska artystycznego, dwie jego powieści. W zeszłym roku Bichat wraz z niemieckim reżyserem Wolfgangiem Ebelingiem zaadaptował i wystawił Tajemniczą śmierć Myriam i jej dwunastu kochanków, a pod koniec bieżącego – na deski teatru miała trafić nowa powieść Graya. — Nie znałem do tej pory komisarza, który potrafiłby rozwiązać sprawę bez wglądu do akt — pochwalił Sedowicza Fourier. — Gdyby „La Gazette” nie była jedynym źródłem pana informacyj, to i panu ta sztuka by się powiodła — skwitował komisarz. — Pozostaje pytanie: kto zabił? — wyszeptał prokurator. — To nie jest wcale istotne, bowiem morderstw dokonała istota pozbawiona życia – lub istoty. Pytanie jest następujące: Na czyje polecenie? Wykluczyłbym badaczy, wszak to pasjonaci. Wykluczyłbym również, co zrozumiałe, Varrala. Tak więc osobą odpowiedzialną za trzy przerażające zbrodnie jest albo obecny tutaj Danton, albo Robespierre. *** Sedowicz spojrzał w źrenicę czerwcowego słońca i zapalił wonną suszonymi winogronami cygaretkę. Zanim żar połechtał zwinięte w rulon liście tytoniu, komisarz wyciągnął papierośnicę w kierunku prokuratora, albowiem był dobrze wychowany. Fourier jak zwykle podziękował i nie przyjął cygaretki, poczem rzekł: — Przeklęte słońce! Do Robespierre’a przeszło trzy kwadranse drogi pieszo, a dorożki, jak diabła w piekle, próżno szukać. — Bliżej nam do Comédie-Française.


— A cóż nam przyjdzie z rozmowy z trupami? — Zaprawdę, panie prokuratorze, słońce panu szkodzi — oświadczył Sedowicz i zaciągnął się winogronową cygaretką. — Dyrektor nie żyje, to fakt, ale musiał podpisać z kimś kontrakt na adaptację romansidła Graya. — Nie pomyślałem o tym — przyznał się Fourier. —

Jednakowoż z kręgu potencjalnych ofiar możemy wykluczyć tego Niemca… — Ebelinga? — podpowiedział komisarz. — Tak — potwierdził prokurator. — Ebeling oczekuje w Bastylii na wyrok, gdyż nakryto go w alkowie z czterema nagimi chłopcami w wieku od lat sześciu do dziewięciu.

19


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA — A zatem rację mieli ci, którzy twierdzili, iż w styczniu roku 1775 gościł na zamku markiza de Sade. Gdyby Ebelingowi powierzono adaptację, to moglibyśmy sobie darować śledztwo. Kwadrans później funkcjonariusze paryskiej policji dotarli do teatru i wdali się w rozmowę z wdową po tragicznie zmarłym dyrektorze. Laura Bichat była niewiastą dwudziestoczteroletnią o mlecznej cerze i kruchej budowie ciała, którą podkreślała pofalowana suknia w jaśminowym tonie. Sedowicza urzekły ukryte pod jedwabiem maleńkie piersi, najeżone perłoworóżowymi pestkami, których kształt i barwę komisarz kreślił mocą wyobraźni. — Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje — rzekł prokurator i skłonił się nisko, poczem zwrócił się do towarzysza półszeptem: — Niechże się pan opamięta… — I ode mnie proszę przyjąć… — wybełkotał komisarz i pozostawił na dłoni wdowy nieśmiały pocałunek. — Dziękuję — odpowiedziała niedbale dama, jakby śmierć męża nie odcisnęła na jej duszy najmniejszego piętna. — Cóż panów sprowadza do teatru? Czy nie widzieli panowie tabliczki na drzwiach? — Czcigodna pani, widzieliśmy tabliczkę, ale są na tym świecie rzeczy ważniejsze niż teatrum… — oznajmił Sedowicz. — Pani pozwoli, że przejdę do meritum — przerwał towarzyszowi Fourier. — Jesteśmy wielce ciekawi, komu pani świętej pamięci małżonek powierzył reżyserię Miłosnego proszku panny Petronelli autorstwa znakomitego Victora Graya? — Ach! — zapiszczała Laura Bichat. — Hultaj, kreatura, latawiec! Wczoraj rano miał dostarczyć mi dwa ostatnie rozdziały swej nowej powieści, ale wzrok i słuch po nim zaginął! Nie mogę zerwać z nim kontraktu, który zawarł mój mąż, wszak Miłosny proszek..., mając na uwadze zgon Daniela, będzie jego pośmiertnym pożegnaniem z paryską widownią! — Wiemy, gdzie obecnie przebywa pan Gray, i powiemy pani, kiedy tylko poznamy nazwisko reżysera — stanowczo oświadczył Fourier. — Xavier Reno! — wykrzyczała wdowa, jakby podanie nazwiska miało wrzucić ją prosto w ramiona kochanka, co doskonale wyczuli obydwaj funkcjonariusze. — A teraz powiedzcie, gdzie znajdę tego łajdaka! — Jego głowa znajduje się dwie ulice dalej, zaś o pozostałych członkach jego ciała nic nam nie wiadomo — ze smutkiem na twarzy i satysfakcją w głosie odpowiedział Sedowicz. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

20

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

*** Gorąca woda przynosiła ukojenie ciału Xaviera Reno. Dramaturg i reżyser teatralny każdego dnia, dokładnie w momencie odmierzenia przez zegary godziny dwunastej, zanurzał ciało w wannie wypełnionej po brzegi parującą wodą. Nieodłącznym elementem kąpieli artysty było zapalenie fajki haszyszu. Rytuał wodno-narkotyczny przynosił nie tylko ukojenie, ale także pełną paryskich mdłości wenę twórczą. To właśnie w takich chwilach Reno powołał do życia wzbudzającą zgorszenie postać gwałciciela-sodomity Valdemara Rea – bohatera dramatu Upiory wszeteczności, którego premierę okupił dziewięciomiesięcznym pobytem w Bastylii. W samo południe dnia 25 czerwca roku 1789, nim po raz pierwszy zaciągnął się haszyszem, posłyszał przeraźliwy ryk. Coś wskoczyło do wanny. Chlusnęła woda. Ciało artysty unieruchomił pełen wdzięku cętkowany kot o mocnej budowie ciała. Rozwarła się potężna paszcza. Zalśniły szafranowe kły. Chlusnęła krew. *** Z rozgrzanej lufy pistoletu Oscara Sedowicza unosił się dym. Ciało Xaviera Reno owładnął paraliż. Krew postrzelonego kota zmieniała barwę wody. Zwierzę żałośnie porykiwało i wywracało ślepia w kierunku swego oprawcy. Sedowicz zrozumiał, przeładował broń i skrócił jego cierpienie. — Cóż to za monstrum? — wykrztusił Roland Fourier. — Wydaje mi się, iż jest to lampart — odparł wciąż wpatrujący się w spoczywające w wannie martwe zwierzę komisarz. — Wyjdę na ulicę zaczerpnąć powietrza, a pan niech uwolni reżysera. — W pojedynkę? — Wychodząc, rzeknę słówko do stróża, zresztą zaraz przybiegnie tutaj mrowie gapiów. Sedowicz usiadł na ławeczce umiejscowionej pod majestatycznym dębem i zapalił winogronową cygaretkę. Rozmyślał o tym, co wydarzyło się przed kilkoma minutami. Nie zdziwiłby go widok krwiożerczych żywych trupów odrywających głowę Xaviera Reno od korpusu. Jednakże widok wydającego ostatnie tchnienie wielkiego kota przyprawił go o mdłości. Nagle zdał sobie sprawę, że obok niego ktoś siedzi.


Nie wiedział, w którym momencie zyskał sobie towarzysza, którego twarz była czarna niczym karaibska kawa. — Jaguar — odezwał się szorstkim głosem nieznajomy. — Słucham? — rzekł zaciekawiony komisarz. — Zabił pan jaguara. — Kota? — Tak. Zabił pan mego przyjaciela. — Pan jest tym czarownikiem, którego z Saint-Domingue sprowadził Robespierre? — Nie sprowadził — zaprzeczył nieznajomy. — Przybyłem do Paryża z własnej woli, w poszukiwaniu zemsty. — Zemsty? — Niech pan posłucha: dwudziestego dnia stycznia 1758 roku mieszkałem we francuskiej kolonii Saint-Domingue. Siedem lat wcześniej mój ojciec François Mackandal stanął na czele buntu przeciwko białym ciemiężycielom i aż do wspomnianego roku 1758 nabijał na włócznie francuskie głowy. Pierwotnie rewolucja miała rozpocząć się wiosną roku 1750, ale moja matka zaszła w ciążę i ojciec postanowił poczekać do momentu narodzin dziecka, z którym pan teraz rozmawia. Abym nie stał się celem agresji białych panów, rodzice oddali mnie pod opiekę kuzyna matki, którego żona kilka dni wcześniej zmarła podczas porodu. Zmarło również jej dziecko, ale dzięki trzeźwości umysłu mego ojca nikt się o tym nie dowiedział i bez najmniejszych problemów mogłem stać się synem wuja. Niestety w połowie roku 1757 moja matka ponownie zaszła w ciążę. Powiadam „niestety”, wszakże szesnastego dnia styczna biali panowie zamordowali matkę, ale zanim to uczynili, rozcięli jej łono i wyrwali nienarodzone dziecko, które rzucili na pożarcie psom. Cztery dni później urządzili publiczną egzekucję mego ojca. Byłem tam i widziałem, jak pasami darli z niego skórę i polewali gotowanym woskiem. Na koniec poćwiartowali ciało i podpalili członki. Zanim ojciec skonał, poprzysiągłem zemstę. Zacząłem posługiwać się jego imieniem. Czasami czuję, że ojciec przeze mnie przemawia. Potrafię odtworzyć jego myśli, a także cierpienie, jakiego doznał w Saint-Domingue. — Więc jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Robespierre? — zapytał zaciekawiony, aczkolwiek zniecierpliwiony Sedowicz. — Powiedzmy, że jest kimś w rodzaju febrycznego szaleńca, wszakże jak inaczej nazwać kogoś, kto chce zniewolić i tak już zniewolonych i wmówić im, że są wolni? Robespierre chce zniszczyć monarchię i duchowieństwo, jednocześnie niszcząc lud, a co najsmaczniejsze, pomimo nieprzeciętnej inteligencji, nie ma

świadomości swych czynów. Tak właśnie wyglądają zachodnie zombie. Ale przyjdzie i czas na Robespierre’a. Powiedziałem mu o tym. — Tak czy owak, miał pan pecha, ale skąd mógł pan wiedzieć, że u Robespierre’a goszczą literaci? A wszelkie kulturalne rozmowy toczy czerw ploty, obmowy i artystycznego złodziejstwa. — Pecha miała ta wesz artystyczna — uśmiechnął się Karaib. — Niech pan porzuci ten kraj, wszak w pańskich piersiach nie gra francuska dusza. Rozwiązanie sprawy pan zna, więc nic już pana nie trzyma w tym rozkładającym się kraju. — A cóż pan pocznie? — Opuszczę Paryż, wszakże nie godzi się szukać zemsty na trupie, nawet jeśli ciągle czuć od niego woń piżma i cabernet.

Epilog Paryż, 28 lipca 1794 roku Umęczone oblicza ludzkie. Ongiś żywe, dziś zawładnęła nimi nieopisana rozpacz. W pełnym słońcu unosiły się obłoki oszalałych much. Węzły bruku przecinały opancerzone karaluchy, które razem ze szczurami tworzyły panoramę miasta. Owe istoty zagłębiały się w roje kamienic, bulwarów – a tam: wzbierająca radość, nadzieja nowych czasów. Zapuszczając się na cuchnące piętra, otwierając drzwi, zawsze wchodziło się do odmiennego świata. Świata dziwadeł. Nie inaczej za furtą klasztoru. Z pewnością nieuprzedzony widz skłaniałby się ku temu, by w omawianych miejscach kontemplacji wypatrywać rzeczy wzniosłych, ale zawszony pies, rozjuszony szczur czy cuchnący karaluch jako jedyne dostrzegały rozpacz. Stworzenia te widywały czasem kalekich starców bliskich obłędu, ascetów pokrytych wrzodem, męczenników z plecami przeoranymi rzemieniem. Lipcowe słońce ogrzewało powolność rozkładu. Po trotuarze toczyła się obcięta ostrzem gilotyny głowa Robespierre’a. 

21


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA autor: Aleksander Litto-Strumieński ilustr.: Przemysław Kijowski

DWUNASTKA * — Dziękuję. Nie odpowiedział. Nigdy nie odpowiadają. Jednak poczuwałem się do grzeczności, która winna obowiązywać wobec wszystkich. W końcu wykonał jakąś pracę, przez pewien czas byliśmy razem i wzajemna relacja została nawiązana. Zasłużył na dobre słowo. Trudno mieć pretensje, że nie reagował, anatomia taka. Wysiadłem niespiesznie, muskając dłonią otwarte drzwi. Pożegnał mnie chłodem poręczy metalowego ciała i po krótkiej chwili odjechał z narastającym łoskotem po lśniących stalą liniach swego losu, oprawionych w podziurawiony asfalt dawno nieremontowanej nawierzchni, poganiany sznurem zapalonych oczu niecierpliwych aut. Codzienny ruch uliczny, brudnoszare kamienice oparte o przysypiające drzewa i wyniosłe latarnie, otulone oddechem porannej mgły, szybko pochłonęły jego wspomnienie. * — Idź pieszo, będzie szybciej. No proszę, jeśli chcą, to potrafią mówić. Nie wnikając, w jaki sposób otrzymałem tę informację, po prostu przyjąłem ją do wiadomości. Korek ciągnął się na przestrzeni ponad kilometra. Jak co dzień. Ulica niezbyt szeroka, samochody, trzymane na uwięzi złośliwymi światłami niewidocznego stąd skrzyżowania, stały w dwóch szeregach, blokując tory i demonstracyjnie ignorując niecierpliwe dzwonienie żółto-czerwonych. Dwa niedługie przystanki i co najmniej dwadzieścia minut. Drzwi były otwarte. Być może motorniczy miał z tym coś wspólnego, choć wątpliwe, on tylko automatycznie wypełniał to, co narzucały mu okoliczności. Taka mechaniczna kukła jak prawie wszyscy ludzie, jak każde proste, zaprogramowane urządzenie. Trudno, trzeba. Poszedłem więc raźnym UKŁADAMY

u k ł a d a m y

22

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

krokiem, czując na plecach utkwione spojrzenie dwóch niewielkich lamp; odwróciwszy się jeszcze po kilkunastu kolejnych, wykonałem ręką lekki pożegnalny gest. Jedna przygasła, po czym błysnęła mocniej. Spięcie zapewne. * — Nie idziesz dzisiaj? — zapytał. — Posiedzę, nóg szkoda — odparłem. — Może się ruszy. — Nie ruszy. Znam przyszłość, ponad pół godziny. — Czemu? — Za biblioteką będzie stłuczka, zanim się dogadają… — Lekceważący wstrząs przeszył wagon. — Aha. — Rzeczywiście, lepiej posiedź, za parę minut zacznie siąpić, a wy, ludzie, nie lubicie moknąć. — Ta troska wydała się wzruszająca. W końcu nie miał serca ani mózgu. Może dlatego. Lepsza konstrukcja. — Tobie deszcz nie przeszkadza? — Przywykłem. * — Długo dzisiaj będzie? — Jak zawsze, ale jeśli masz czas, to poczekaj. — Wyczułem, że chce mi coś powiedzieć. Ucieszyłem się. Tak rzadko mogę z kimś pogadać. — Mam czas. Przez chwilę nie mówiliśmy nic. Kontemplowałem szarość za oknem, śpiące domy, smutne drzewa, nieliczne sylwetki przechodniów sprawiających wrażenie zagubionych i niepotrzebnych. Kilka wron pracowicie grzebało mocarnymi dziobami w opadłych przedwcześnie liściach i licznie rozrzuconych na trawniku śmieciach, niespokojnie łypiąc na zawsze podejrzane otoczenie. Deszcz nie padał.


— Wiesz… mam tego dość — rozpoczął. — Tego stania zwłaszcza. Stoję i stoję w tych idiotycznych korkach. Koła mam wrażliwe, bolą, gdy tak jadą po te kilkanaście, no może kilkadziesiąt metrów i znów trzeba je zatrzymywać. Męczące. I jeszcze muszę się opędzać od tych na czterech gumowych, prawie włażą na mnie, a ja nie mogę uciec z szyn. Ten tłok działa mi na obwody. Że też wy, ludzie, nie potraficie rozwiązać najprostszych spraw. — Żebyż wiedział — potwierdziłem z przekonaniem. — Stworzyliście mnie — kontynuował — i chcę prosić, abyście trochę przed czasem uwolnili. — My? Uwolnili? — Tak, z życia. Istnieję dzięki wam w waszej rzeczywistości, ustanowionej przez wasze przekonanie w realność tego durnego świata i tylko wy mnie w nim utrzymujecie. — W jaki sposób? — Pytanie zadałem odruchowo, było wieloznaczne, nie mogłem zebrać myśli, choć coś zaczynałem już pojmować. — Wy mnie stworzyliście — powtórzył — tak jak wasz Bóg stworzył was. I obdarzył życiem oraz wolną wolą, z której zresztą korzystać nie potraficie. Też je mam. Od was. Daliście, nie myśląc o tym, bez intencji i zrozumienia, a potem wszystko dzieje się bezwiednie, naturalnie, takie prawo, no i emergencja, nie jestem przecież tylko ku-

pą stalowych blach, wiecznie brudnych szyb i przewodów elektrycznych w nadpalonej izolacji, nie wszyscy potrafią to dostrzec, tak jak nie każdy jest w stanie zrozumieć czytaną książkę, a wytworzony na jej podstawie obraz myślowy bywa parodią zawartego w niej sensu. Woli zaś nie można oddzielić od życia, zwłaszcza u istot świadomych siebie. Tylko ten wasz zrobił z tego wielką hecę, grzech jakiś wymyślił, a wy jeszcze podkręcaliście, nie zdając sobie sprawy, że wszystko to przekazujecie swoim tworom, obdarzając imionami. Dawno już powiedziano, że kto je posiada, będzie żył. Znam swoje, wiem, kim jestem i jakie zadanie zostało mi przypisane. Mam was wozić. Wożę, więc jestem. Proste, logiczne, sensowne nawet. Fakt, że ta przemowa była zaskoczeniem, nie może dziwić. Milczałem. Przechodnie zniknęli, spłoszone wrony odleciały, a ich miejsce zajął duży owczarkopodobny pies, z zaangażowaniem wywąchujący coś intensywnie na wyliniałym trawniku. Drzewa lekko się ożywiły, flirtując z podmuchami wiatru. Tylko domy nie przerywały snu. Nieliczne promienie słońca wyjrzały nieśmiało na krótką chwilę spoza skłębionych, przepychających się wzajemne pyzatych obłoków i znów zniknęły. Ktoś zatrąbił. Tramwaj drgnął i niosąc swoje imię oraz nielicznych pasażerów, ruszył wyznaczoną trasą. Przynajmniej na razie nie musiałem odpowiadać.

23


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA

* Dziś Dwunastka przyjechała punktualnie, według rozkładu. Dziwne trochę, ale z rachunku prawdopodobieństwa jednoznacznie wynika, że nawet to musi się czasem wydarzyć. Znajomy wagon mrugnął światłami na powitanie. Usiadłem na jedynym pustym miejscu, jakby specjalnie dla mnie zachowanym. — Co słychać? — zagaiłem. — Źle. Podsłuchałem, planują mój remont, żebym jeszcze tyrał przez kilka lat. Ile można? Was też tak odnawiają? Potraficie się z tego wykręcić? — No… jak by to powiedzieć… Ale, ale – korków dziś nie ma? — usiłowałem zmienić temat. — Niewielkie, tylko widzisz, mam zmartwienie z tym remontem. Chciałbym stąd odejść. Wiem, że czeka mnie taki wspaniały rozpalony piec, tam przestanę istnieć jako tramwaj, rozpłynę się, przeistoczę i odrodzę w tysiącach innych przedmiotów. Jakie to cudowne! Wy też tak umiecie? — Ehm… — Kombinowałem, że gdybym walnął całym rozpędem w tego przede mną, to tak bym rozharatał nos, że naprawa byłaby nieopłacalna, na złomowisko by odwieźli, pocięli na kawałki, a potem w ogień… No cóż, można pomarzyć. — Czemu więc nie walniesz? — Zbyt późno ugryzłem się w język. — A gdzie mam się rozpędzić na tych zapchanych ulicach? Przy takiej prędkości najwyżej lampy potłukę i przednie blachy powyginam. Wyklepią. — No tak. Masz rację, lepiej nie próbuj. — Odetchnąłem. — To doradź, jak mam się rozstać z tym życiem. — Hm, pomyślę — obiecałem. Co miałem powiedzieć innego? * Tym razem znajoma Dwunastka przywitała mnie radosnym dzwonieniem. Wsiadłem. Ruszyła energicznie, prawie taranując kilka oburzonych samochodów, które jak spłoszone karaluchy szmyrgnęły pospiesznie w stronę zbawczego krawężnika. — Mam! — objawił radośnie tramwaj. — Znalazłem sposób. — Jaki? — zapytałem ostrożnie. — Czytałem taką książkę… — zaczął. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

24

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Umiesz czytać? — Nie mogłem powstrzymać okrzyku zdziwienia. Kilka osób się obejrzało. — Tak. Ludzie czasem mają je ze sobą, bywa, że nawet też czytają. Nie wszyscy, pewnie nie każdy potrafi. Dla was to trochę trudne, macie takie prymitywne linearne myślenie, a ja od razu wchłaniam całą treść, chociaż nie zawsze wszystko rozumiem. — Aha. — Nie wyszło przekonująco, ale chyba nie zwrócił na to uwagi. — I w jednej, grubej takiej, zauważyłem ciekawą frazę: „Proście, a będzie wam dane”. Znasz to? — Znam. — Dość ogólnikowe i dawno napisane, ale zacząłem drążyć temat i znalazłem, że przydatna jest wiara, nawet bardzo mała, i dobrze, bo dużej bym nie zmieścił, widzisz przecież, jaką mam ograniczoną pojemność. Tak myślałem, bo nie byłem zorientowany, co to takiego, a słowa z biegiem lat zmieniają sens i zakładane dziś znaczenie często bywa zwodnicze, jednak przejeżdżam obok biblioteki, tej, którą minęliśmy, wiesz, przed parkiem, w którym drzewa mieszkają. Duża jest, chyba największa w mieście, zajrzałem więc i poszukałem wyjaśnienia. — W jaki sposób? Przecież nie mogłeś tam wejść, przepraszam, wjechać? — To już było całkowicie niepojęte. — Proste. Skoncentrowałem uwagę nie na swojej materii, lecz na naturze falowej każdej cząsteczki i jako fala przeniknąłem wszystkie księgi. Wasza mechanika kwantowa mówi o tym. A że jestem tu i teraz, to tylko wynik redukcji funkcji falowej. Podobnie jak i tam. Kwestia lokalizacji kolapsu, a każdy fakt, nawet najbardziej niewyobrażalny, zdarzenie czy proces może zaistnieć. Pozostaje tylko kwestia prawdopodobieństwa, choć trzeba przyznać, że często nie wystarczy wieku Wszechświata, aby mogło się ono wydarzyć. — A kiedy siedziałeś… nie, stałeś chyba w tej bibliotece, to na trasie cię nie było? Nadzór ruchu, czy jak on się tam nazywa, nie zauważył? — Ależ byłem, byłem. Tu i tu. Taki rodzaj bilokacji. Cywilizacja by zniknęła, gdyby chociażby elektrony nie mogły zaistnieć w dwóch miejscach jednocześnie, więcej, cały tak zwany świat materialny dawno by się rozpadł, albo raczej nigdy nie powstał. Nie dziw się więc, że jakieś blaszane pudło, będące zresztą zbiorem przeróżnych cząstek, w tym wspomnianych elektronów,


może być jednocześnie na torach i w bibliotece. Ostatecznie wobec ogromu Wszechświata nie jesteśmy wiele więksi od takiej cząstki. — I nikt cię tam nie spostrzegł? — zapytałem z przekąsem. — Nie żartuj. Przecież dobrze wiesz, że wy, ludzie, widzicie tylko to, co jest zgodne z waszymi oczekiwaniami i aktualnym światopoglądem. Nigdy nie dostrzeżecie tego, czego nie ma w was, na co nie jesteście przygotowani. Powinieneś o tym czytać. — Teraz on odpłacił ironią, niestety uzasadnioną. — Każdy ma swoje ograniczenia, ja te stalowe szyny, a wy – myśli, przyzwyczajenia, normy środowiskowe, można powiedzieć: takie mentalne programy. Po części sami je tworzycie, trudno potem przekroczyć. Czytać, owszem, czytałem, ale nigdy bym nie przypuszczał, że wszystko to jest możliwe w mojej makroskali i na dokładkę realizowane przez tramwaj. Starannie ukrywając narastające zdziwienie i nie chcąc go urazić, mruknąłem potakująco. — W czytelni dowiedziałem się również — kontynuował — że wiara jest tylko potwierdzeniem stanu faktycznego. Tak wynika z nauki, którą nazywacie etymologią. Mruknąłem raz jeszcze. — Tak więc sprawa jest prosta, uruchomię wiarę i stanie się, jak zapragnę. Przecież ona przenosi góry i te moje głupie kilka ton na pewno nie sprawi jej kłopotu. Byłem zbyt oszołomiony, aby odpowiedzieć. Jak przez mgłę usłyszałem tylko: — Śpisz? Wysiadasz tutaj. I do jutra! * Nazajutrz dzień wstał pochmurny. Gnany niecierpliwością, na przystanek przyszedłem zbyt wcześnie. Jak zwykle samochody blokowały ulicę, jednak korek poruszał się dość szybko. Zza zakrętu Dwunastki jeszcze nie było widać. Stałem w zamyśleniu, odbity w krótkich błyskach spojrzeń spacerujących z godnością wron, machinalnie obserwując pobliskie drzewa, oczekujące już na zimowy niebyt. Smętna szarość drzemiących wciąż jeszcze okazałych wilii po drugiej stronie ulicy działała przygnębiająco. Oprócz mnie pod obdrapaną wiatą nie było nikogo. Przyjechała wreszcie, niecierpliwie zająłem swoje stałe miejsce. — Słuchaj — rozpocząłem — rozumiem, że twoja

funkcja falowa rozciąga się na cały Wszechświat, więcej nawet, na wszystkie możliwe wszechświaty, ale przecież moja też. Prawda? — Prawda. — Czemu więc nie potrafię być w kilku miejscach jednocześnie? — Umiesz pływać? — Co? No… nie. — Dlaczego? — Nie miałem okazji się nauczyć. — Masz odpowiedź. Zapadła chwila milczenia. Jak zawsze na tym odcinku, jechaliśmy wolno, przystając kilkakrotnie. Chmury tkwiły nad nami uparcie, choć deszcz jakoś nie padał. Niesione wiatrem liście zakłócały szarość niemytych szyb. Otępieni codziennością i rutyną współpasażerowie, zapadali w krótkie drzemki bądź wpatrywali się w ekrany telefonów, smartfonów czy tabletów, ignorując istniejący jeszcze wciąż realny świat, jak gdyby był on tylko zbędną dekoracją, niemającą z nimi wiele wspólnego. — Chyba spróbuję — odezwałem się w końcu. — Ja też. Jutro, choć wątpię, czy wyjdzie od razu. Musimy pamiętać o wierze. Wystarczy jej niewiele, tak było napisane. — Wiem, to rodzaj nastawienia — odparłem zamyślony. — Trzeba być skupionym, stworzyć coś na wzór mentalnego promienia lasera. Myśl taką, stan umysłu i jednocześnie całego jestestwa. — Dla mnie dość łatwe, jeżdżę wciąż po tych samych torach, jestem skoncentrowany wciąż w jednym, wielokrotnie powtarzanym tunelu przestrzeni, a w czasie ogranicza rozkład jazdy; przynajmniej do czegoś okaże się teraz przydatny. Ty masz znacznie trudniej, chaotycznie łazisz, gdzie chcesz i kiedy chcesz. I po co ci była ta wolna wola? Nie bardzo umiesz skupiać myśli i jednoczyć działania w określonym celu. Prawie chaos wychodzi, a z koncentracją kiepsko. — Chyba masz rację. Popracuję nad tym. — Na poziomie świadomości będzie trudno. Może jakoś inaczej. Nie podpowiem, wybacz, ale w porównaniu z moimi masz takie słabe prądy w swoich neuronach, że doprawdy nie wiem. I nie do końca mogę wyobrazić sobie świat, który ty kształtujesz na podstawie przebiegu tak nikłych napięć w swoim mózgu. Podejrzewam, że mogą między nami zachodzić znaczne rozbieżności.

25


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA

— Nadal chcesz przestać istnieć? — zmieniłem temat, nie czując się na siłach, by wnikać w niego głębiej. Nurtowało mnie też wciąż to jego pragnienie, tak sprzeczne z ludzkim sposobem myślenia. — W pewnym sensie. Przemyślałem wszystko, ten piec to jednak strata czasu. Oczywiście nie będę już tramwajem, bo nie chcę nim być, nudne, ale ta transmutacja winna mieć głębszy sens, po cóż odradzać się tylko w formie stalowych przedmiotów, jakichś gwoździ czy śrubek. Jestem przecież Dwunastką, tak brzmi moje imię, a jest ono ważną liczbą, liczbą miesięcy, Znaków Zodiaku, no i Apostołów, słyszałeś chyba, nie pamiętam dokładnie, o czym mówili, ale to ciekawe, muszę jeszcze poczytać. Przeistoczę się w nich. — Odniosłem wrażenie, że lekki dreszcz przebiegł przez wagon. — Ale przecież miesiące już są, Zodiak też, a Apostołowie zmarli prawie dwa tysiące lat temu — zauważyłem. — I co z tego? Nawet świat można stworzyć po tym, jak już powstał. To rodzaj holizmu, pomieszanie przyczyny i skutku. Świadomy obserwator odpowiada za obraz rzeczywistości, która miała miejsce kiedyś, nawet przed miliardami lat, logika Arystotelesa to tylko raczkowanie w kojcu, a i to bardzo ciasnym. Trzeba się wreszcie nauczyć jeździć czy chodzić. Też nie musisz trzymać się kurczowo bieżącej chwili, warto niekiedy podjąć materializację w przeszłości lub przyszłości, dla urozmaicenia chociażby, nudno tak tkwić w jednym czasie. — Potrafisz? — Jeszcze nie wiem, ale teoria jest w waszych książkach. Czytałeś przecież. Kilka ćwiczeń i powinno się udać. W końcu cóż znaczy te kilkaset, a nawet kilka tysięcy lat wobec wieku Wszechświata. Też spróbuj, może się spotkamy. Gdzieś, kiedyś. Patrzyłem zamyślony poprzez brudną szybę. Korzystając ze zmiany świateł, która przecież musiała w końcu nastąpić, minęliśmy uciążliwe skrzyżowanie, wstrzymujące i ograniczające ruch. Tak, kiedyś, gdzieś, wszystko musi nadejść, zaistnieć i wszystko musi przeminąć; byliśmy wszędzie i wszędzie będziemy, a czas i przestrzeń czekają na nas z nieskończoną cierpliwością. Przyspieszaliśmy, teraz wagon kołysał płynnie, rytmicznie, stukot kół działał odprężająco; nieoczekiwane uczucie radości objęło mnie niewidzialnym oddechem. Domy i drzewa uciekały w popłochu, ich obraz nie potrafił uczepić się szybko pędzących okien i bezsilnie znikał w przeszłości. Niesforne zazwyczaj samochody, UKŁADAMY

u k ł a d a m y

26

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

w trosce o całość metalowych ciał, grzecznie pilnowały swego pasa. Brzuchate chmury ustępowały miejsca nielicznym i nieśmiałym jeszcze promieniom zamglonego słońca. * Dzień wstał mglisty, ponury. Otulony ciepłą kurtką, siedziałem na wąskiej ławce, niecierpliwie wypatrując Dwunastki. Pod wiatą zgromadziło się kilka osób, inni stali obok, skuleni w porannym chłodzie. Dziwne, zazwyczaj nie było tu prawie nikogo. — Cholera, spóźnię się — mruknął ktoś obok. — Poprzedni też nie przyjechał — rzucił jakby do siebie stojący z tyłu mężczyzna. — Pewnie znowu awaria. — Może przyślą zastępczy autobus. — Powinni. — Ile można czekać… Nikt nie odpowiedział. Pewnie awaria, bo cóż innego. Zaczęła siąpić paskudna jesienna mżawka, jednak mgła wciąż gęstniała, pochłaniając całunem kolejne, bezlistne prawie, drzewa, stojące milczącym szpalerem wzdłuż krawężnika, tulącego się do dziurawego asfaltu dawno nieremontowanej nawierzchni. Za nimi skwapliwie podążały zsiniałe domy i nieliczne, pozbawione już swego światła latarnie oraz słupy trakcji elektrycznej, stopniowo tracąc utrwalone wspomnieniem wysmukłe kształty. Samochody zniknęły, jakby udało im się gdzieś znaleźć inną, krótszą czy wygodniejszą trasę. Wrony także odleciały. Ludzie umilkli. Było cicho, tak bardzo cicho. Czas płynął, a może również zamarł w oczekiwaniu. Wreszcie mleczna zasłona poczęła niechętnie ustępować, obnażając radosną wiosenną zieleń rozległych pól i łąk, opartych o ciemniejącą wstęgę odległej ściany lasu. Klucze wędrownego ptactwa migotały na tle bielejących obłoków, uczepionych błękitu nieba. Ciepły wiatr obmywał twarz, zachęcał do podróży. Czas ruszać. Z ciężkim westchnieniem podniosłem się z gościnnego kamienia i przerzuciwszy przez ramię wysłużoną sakwę, odszedłem piaszczystą drogą. 


autor: Natalia Pawłowska ilustr.: Karolina Drygała

POŁUDNIOWY K

łosy były ciężkie, chyliły się ku ziemi i szumiały o słońcu. Mężczyzna uniósł spoconą, brudną twarz, zaklął brzydko. Chciał splunąć, ale w spalonych ustach nie było śliny, zadowolił się więc tylko gniewnym warknięciem

na parobka pracującego obok i znów pochylił się nad zbożem. Żniwa trwały w najlepsze, wypełniając dni pracą, potem, śmiechem kobiet i upałem. Słońce grzało niemiłosiernie od wielu dni, prażąc i paląc pola, jakby chciało

27


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA spopielić wszystko, co człowiek wypracował własnymi dłońmi i trudem. W takie dni piekło wydawało się rzeczywiste, a ciężka praca, niepozwalająca na zbyt intensywne rozmyślania, stawała się pożądana. — Pawle! — krzyknął ktoś, podchodząc do mężczyzny. Wyprostował się i otarł pot z czoła. — Południe się zbliża. — Sąsiad Maciej rozglądał się bacznie po polach. — Alinkę zaniemogło, więc daliśmy jej wody, czuje się lepiej. No ale nie pójdzie już dzisiaj w pole. Paweł kiwnął głową, obrzucił uważnym wzrokiem pola. — Nie pójdzie. Zbierz ludzi, schodzimy z tego słońca — oznajmił tylko i odszedł w stronę bawiących się dzieci. Jego surowa, ogorzała twarz rozpogodziła się nagle, gdy jedna z dziewczynek rzuciła się ku niemu, powiewając jasnym jak len warkoczykiem. — Tata! — pisnęła radośnie i oplotła mu dłońmi szyję. Podniósł ją z donośnym śmiechem, podrzucił w ramionach, obserwując, jak macha rączkami, i słuchając jej cudownego dziecięcego chichotania. — Co tam, Basieńka? — spytał, posadziwszy sobie córeczkę na ramionach. — Nie za gorąco ci? — Nie, tata. — Dziewczynka złapała go rączkami za uszy. — Ja nie chcę wracać do domu, Antek mówił, że widział największą kupę krowy na świecie! O, taka była! — Zademonstrowała wielkość tego zjawiska. — I miał mi pokazać! — Pokaże ci po obiedzie. — Paweł uśmiechnął się pod wąsem. — Ale dlaczego? Ja nie jestem głodna! — Machnęła nogą. — Ja bym chciała zostać. — Nie możesz, Basieńko, wiesz o tym. — Mocniej ścisnął nóżki dziewczynki. — W południe jest niebezpiecznie, tak samo jak o północy. Dlatego trzeba zejść z pola i zjeść obiad. — Nie chcę jeść — burknęła oburzona, ale roześmiała się, kiedy ojciec pobiegł do przodu, wydając z siebie dźwięki jak oszalały koń. — No i co robisz? — zagderała jego żona, gdy wpadli do izby, mało nie wyrywając drzwi z zawiasów. Uśmiechała się jednak, gdy brała córkę z rąk męża. — Jak idzie praca? — Szybko. — Paweł odetchnął głębiej, wdychając cudowny zapach jedzenia. — Zboże na szczęście niewysuszone, dzięki Bogu. W tym roku starczy nam na nową jałówkę. Żona pogładziła go po szorstkim policzku, w jej zielonych oczach pojawiła się niespotykana miękkość. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

28

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Siadaj, zaraz przyniosę jedzenie. Niespodziewanie rozległ się płacz. Basieńka, pozostawiona sama sobie, stanęła na środku izby i zaniosła się rozpaczliwym szlochem. Paweł natychmiast do niej podbiegł i padł na kolana, by przytulić zapłakaną dziewczynkę. — Basieńka… Dziecinko, co ci jest? Nie zagrzałaś się za mocno? Pokręciła głową, pociągnęła zasmarkanym nosem. Łkała tylko, nie będąc w stanie wydusić z siebie ani słowa. — Lalka… — wyjęczała w końcu, a wielkie jak groch łzy spadały na koszulę ojca. — Lalka została na zbożu… — Och, dziecko, i o to tyle krzyku? — zirytowała się Maryla. — Pójdziesz po lalkę po obiedzie. Nie zginie. Basieńka zaniosła się jeszcze gwałtowniejszym szlochem. Widok jej buzi, wykrzywionej w tak straszliwym cierpieniu, ranił Pawła jak nóż wbity prosto w serce. Pocałował dziewczynkę w czoło i otarł jej policzki skrajem własnej koszuli. — Nie płacz, dziecino, zaraz ci ją przyniosę! — No wiesz co… — Żona z hukiem postawiła gar z kaszą na stole. — Lalka jej nie zginie, nie będziesz biegał w upał za zabawką. Basia będzie miała nauczkę, żeby pilnować swoich zabawek. Usta Basi wygięły się w podkówkę, łzy znów popłynęły po zawiedzionej twarzy. Przecież to nie była zwykła zabawka, tylko Lalka, jej Lalka, a tato mówił, że w południe jest niebezpiecznie… Spojrzała na niego błagalnie, bo tak jak bohater z bajki mógł uratować jej Lalkę przed Niebezpieczeństwem. Paweł westchnął, wyprostował się. — Pójdę szybko, to i wrócę za chwilę. Nie czekaj na mnie z jedzeniem. — Przysunął do siebie nieco naburmuszoną Marylkę i pocałował ją w miękkie usta. Oddała pocałunek i, już z łobuzerskim uśmiechem, klepnęła go w pośladki. — Tylko się pośpiesz. Oj, Basia, Basia, co ty z tym ojcem wyrabiasz... Paweł wyszedł na słońce, niemal od razu oblewając się kolejną warstwą potu. Wacław, który jako ostatni zszedł z pola, postukał się w czoło z politowaniem. Paweł wcale mu się nie dziwił – wychodzenie na taki upał to jak proszenie się o kłopoty. Ale tu chodziło o jego córkę, jego Basieńkę, jedyne dziecko, któremu wszystko chciał dać i dla którego poszedłby i na koniec świata. Lalka leżała na skraju pola, gdzie zostawiono dzieci


i pozwolono im się bawić. Podniósł ją z uśmiechem, gdy nagle, kawałek dalej, w jeszcze nieskoszonym zbożu ujrzał postać. Zaklął potężnie. Co ten ktoś sobie myślał, oszalał od upału? Z tej odległości nawet nie mógł określić płci. — Hej! — wrzasnął gromko, ruszając przed siebie.

Paweł wrzasnął, odskakując do tyłu i upuszczając Lalkę. Twarz kobiety była trupią czaszką, obciągniętą nadgniłą skórą. Miała półotwarte usta, wypełnione poszarzałymi, ostro zakończonymi zębami, spomiędzy których wystawał napuchnięty fioletowy jęzor. W policzkach ziały nieregularne dziury, wypełnione

Postać nie odwróciła się. Pochylona, wyglądała na pochłoniętą pracą. Paweł zmarszczył brwi – teraz widział, że to kobieta, ale nie potrafił jej rozpoznać. — Ej — warknął. — Schodź z pola, ale już! Kobieta bardzo powoli się wyprostowała, odrzucając jasne jak słońce włosy na plecy. Coś było z nimi nie tak. Paweł może i nie był znawcą niewieściej urody, ale wydawało mu się, że wszystkie kobiety idące do pracy w polu splatają włosy w grube warkocze. Tymczasem ta włosy miała rozpuszczone, na dodatek przyozdobione prostym wiankiem ze stokrotek. Gdy podszedł jeszcze bliżej, zauważył, że ubrana była w porwaną białą suknię. Sierp w jej dłoni drżał lekko. — A ty to kto? — spytał Paweł, stając za nią i krzyżując ręce na piersi. Kobieta milczała, nie wykonując żadnego ruchu. Tylko włosy, jasne i świetliste, zafalowały lekko, choć nagrzane powietrze pozostawało nieruchome. — Odezwiesz się? — zirytował się Paweł i zacisnął dłoń na Lalce. — Trzeba zejść z pola, to słońce może zaszkodzić. — Sucha gleba, śpiew skowronków, nie zaszkodzi mi tu słonko. — Głos kobiety przywodził na myśl wiatr i szum kłosów. — Chyba już ci zaszkodził — mruknął mężczyzna, czując coraz większe poirytowanie. — Dość tego, idziesz ze mną. — Wyciągnął dłoń i złapał ją za szczupłe przedramię. — Słońce, kłos, pot i łzy, zaraz spotkasz śmierć tu ty! — zanuciła zupełnie bez sensu i odwróciła się.

przez obrzydliwe, ciągle wijące się robaki. Kilka z nich opadło na porwaną i pobrudzoną ziemią białą suknię. Przez jedną dziurę widać było zapadniętą pierś, przeżartą przez zgniliznę i kolejne larwy. Wyciągnęła przed siebie chude palce, z których odpadały płaty gnijącego mięsa, i rzuciła się w stronę Pawła. — Ciepło, siano, pierś i ciało, pocałunków się zachciało! — Złapała Pawła za ramiona i z mrożącym krew w żyłach chichotaniem przycisnęła swoje przegniłe wargi do jego. Mężczyzna zadygotał z odrazy, próbował się odsunąć, ale dłonie zjawy były zbyt silne. Trupia woń wypełniła jego nozdrza i usta, żołądek podszedł mu do gardła. Szarpnął się gwałtowniej i upadł na ziemię, kiedy upiorzyca puściła go wreszcie. Odchyliła głowę do tyłu, groteskowym ruchem przeczesała włosy. Kilka kosmyków zostało jej między palcami, odrzuciła je z dziwacznym rechotem. — Błękit nieba, trawy woń, południcą mnie tu zwą! — zawyła, po czym machnęła sierpem. Paweł przetoczył się w bok, poderwał gwałtownie do biegu. Twarde i pełne kłosy chlastały go po rękach, nierówna miedza utrudniała bieg. Pot zalewał oczy, gorącym strumykiem spływał po twarzy i plecach. Za sobą słyszał tylko potępieńczy śmiech, od którego poczuł jeszcze większe gorąco. Jednym susem przeskoczył szeroką miedzę i puścił się w dół wzgórza, o wiele szybciej, bo już po skoszonym zbożu. Południca jednak nie rezygnowała – jej ogłuszający wizg powalił go na kolana. Upadł ciężko, niezgrabnie. Zanim zdążył ochłonąć,

29


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA usiadła mu na plecach z radosnym chichotem. — Wróble, śmiechy i stokrotki, będziesz mój, mężczyzno słodki — wciąż recytując, wbiła mu sierp w ramię. Paweł zawył, szarpnął się, ale południca, choć chuda, była niesamowicie silna. Pociągnęła ostrzem w dół, rozorując skórę i mięśnie. — Uścisk, całus, kwiat na zgodę, czy mężczyzna kocha żonę? Wrzasnął, kiedy upiorzyca wyrwała zakrzywione ostrze z jego ciała. — Zgiń, przepadnij! — wycharczał. — W imię Boga idź do piekła! Paskudny trupi dech owionął mu twarz, kiedy się nad nim pochyliła. — Grzech i smoła, kocioł ognia, tylko diabła tutaj spotkasz. — Zachichotała, wywalając opuchnięty język, z którego skapywała dziwna zielonkawa maź. — Ciało, grzech i pożądanie, zaraz będzie tu kochanie. Paweł zebrał w sobie resztki siły, złapał południcę za ramiona i zrzucił z siebie. Ignorując ból z krwawiących ran, zaczął biec. Przewrócił się po kilku krokach, poczuł, jak zimna, koścista ręka łapie go za kostkę. Z wrzaskiem i bluzgami kopnął upiorzycę drugą nogą i sądząc po dziwacznym skrzeku, trafił w czuły punkt. Wyrwał stopę z uścisku i pobiegł w stronę wysychającej od upału rzeki. Nie goniła go, zatrzymała się tylko na skraju pola i wydała z siebie dziwne zawodzenie, od którego włosy stanęły mu dęba. Zaryzykował szybkie spojrzenie przez ramię i zatrzymał się zdumiony, o mało co ponownie się nie wywracając. Południca zniknęła. Zamiast niej na łysym rżysku stała młoda kobieta w białej sukni. Wianek ze stokrotek spoczywał na gęstych włosach koloru miodu, rozpuszczonych i opadających falami na szczupłe ramiona. Drobna dłoń wciąż zaciskała się na sierpie, pokrwawionym i pordzewiałym. Uniosła głowę i posłała Pawłowi tęskny uśmiech. — Odejdziesz — odezwała się niemal szeptem. — Jak wszyscy przed tobą i wszyscy po tobie. Odejdziesz, a ja zostanę, uwięziona między słońcem a zbożem. Paweł milczał, niezdolny do wykonania jakiekolwiek ruchu. — Zabito mnie — rzekła dziewczyna. — Tym sierpem, w dzień mojego ślubu. Nie mogę zaznać spokoju, póki nie znajdzie się dobra dusza, która, wiedziona chrześcijańskim miłosierdziem, ulituje się nade mną i zdejmie ze mnie urok. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

30

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

Paweł oblizał zeschnięte wargi. — Urok…? — wychrypiał niepewnie. Dziewczyna pokiwała wolno głową. — Muszę ścigać samotnych i zabłąkanych — powiedziała cicho. — Atakuję ich i mam nadzieję, że uciekną, a potem zlitują się. — Przez jej drobną twarz przebiegł skurcz. — Proszę… Czy możesz? — A czego chcesz? — spytał nieufnie Paweł, wciąż zezując na drżący sierp w dłoni dziewczyny. Pochyliła głowę – jakby zawstydzona. — Nie mogę odejść, dopóki nie poznam smaku mężczyzny — wyszeptała. — Musi pocałować mnie mężczyzna, sam, z własnej woli. Nie z pożądania, nie ze strachu, ale z dobroci serca. Skoro już ze mną rozmawiasz, to może… — Zacięła się, odwróciła wzrok. Sierp w jej dłoni drżał nieustannie. — Nie prosiłabym, gdyby nie było innego wyjścia. Paweł przyglądał się jej, zgrzany i zmęczony. Rany srodze piekły, ale dziewczyna stojąca na skraju pola wyglądała tak niewinnie! Duże oczy koloru chabrów wpatrywały się w niego błagalnie. Na krągłej twarzy dojrzał delikatny rumieniec zawstydzenia, wtedy poczuł niekłamane współczucie. Mógł teraz odejść, do żony i córki, ale ona, młoda i martwa, będzie tu tkwiła przez kolejne lata. Niepewnie zbliżył się do niej o krok. Uniosła głowę, na jej twarzy pojawił się wyraz szaleńczej wprost nadziei. Wielkie oczy patrzyły z taką wdzięcznością i oczekiwaniem, że Pawłowi aż brakło tchu. Zrobił kolejny krok i kolejny, coraz bardziej zbliżając się do dziewczyny, aż w końcu przed nią stanął. Spojrzała na niego ufnie, a potem przymknęła powieki i podniosła głowę ku górze, zabawnie i nieco niezgrabnie składając usta do pocałunku. Pochylił się i zamknął oczy. Usłyszał jej westchnienie, poczuł oddech na twarzy, w końcu dotknął jej ust swoimi. Były miękkie, dziwnie chłodne, mięsiste i wydzielały okropną trupią woń. Zaskoczony, otworzył oczy i spróbował się wyprostować. Nie dał rady – kościste ramiona objęły go mocno, przytrzymując w niewygodnej pozycji. Południca, już w swojej prawdziwej postaci, uśmiechnęła się szeroko i wbiła mu sierp w plecy, rechocząc szaleńczo. Kiedy padał, usłyszał jeszcze ostatnie słowa: — Głupi mężczyzna urodzie dał się zwieść. Głupi zapomniał, że południca niesie śmierć. 


autor: Piotr Kuśmierek ilustr.: Emilia Garbień

ANIOŁ COOMATY,

czyli ziemska

METAMORFOZA E

ch, życie, życie… Nie ma co kryć, że… no, nie układa mi się finansowo najlepiej. Krzywe to koło fortuny. Niby się kręci, ale nic z tego dobrego nie wynika. Chyba zwycięstwo jest na zakrzywieniu koła. A może czasoprzestrzeni? — Ech, mój Boże — westchnąłem. — Czemu mnie tak doświadczasz?

— Dałbyś mi spokój, co? — odezwał się Mójboże. — Mów cicho, kaca mam. I bądź tu, człowieku, bogaty! Rzeka jest dziś spokojna, ale stanowcza. Nurt przepycha się między stopami, szemrze coś w gałęziach zwalonego drzewa. Lotnicy znowu ćwiczą moją cierpliwość,

31


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA krążąc nad wodą. Czy muszą w niedzielę? Cały tydzień mają na naukę, psiakrew. Diabli ich nadali. — To moja wina — usłyszałem. Głos dochodził ze wszystkich stron, odbijał się echem, dudnił. Z niebios? Chyba nie Boga. Trochę zbyt młody. Kojarzył mi się z naburmuszonym chłopcem. Ale skąd? Kto mówi? Wokół nikogo. Niebiosa zwarte. — Przepraszam. Pojawił się. Na powalonym drzewie siedział… Anioł? Przecieram oczy – Anioł. Mrugam – Anioł. Potrząsam głową – Anioł. Skulony, z opadłymi skrzydłami, smutny. — To przeze mnie. — Wycierał nos rękawem. — Przepraszam. Podałem mu chusteczkę. Zatrąbił. Odgłos niósł się dudniąco. Coś gdzieś gruchnęło albo mi się zdawało. Oczy miał mokre, usta w podkówkę. Spojrzenie zawiedzionego psa. Piękna, choć smutna twarz. Młody, wielki, wspaniała prezencja, imponująca postura, gdyby nie ta rezygnacja. — Mógłbyś wyłączyć reverb? — poprosiłem. Patrzył zdezorientowany. — Chodzi mi o pogłos. — Anioł sięgnął pod pachę. — I surround też poproszę. — Dolby stereo 5.2 —  uśmiechnął się nieśmiało. — Siedem kanałów audio. Najnowsza wersja. — Znów posmutniał. — Taki tam… gadżet. — Mówiłeś, że coś przez ciebie… A co konkretnie? Oddał mi zmiętą chusteczkę. Co ja mam z nią zrobić? Przecież higieniczna jest. Anioł nie Anioł — jednorazowa. A, tak. Nie ma kieszeni. Rozumiem. Dobrze, ja schowam. — Wszystko — powiedział. — Jestem twoim Aniołem, mam się tobą opiekować, wspomagać cię, ale… ale ja mało zdolny jestem. Źle mi idzie z tym anieleniem. Wciąż się mylę, nie to ci zsyłam, co powinienem… Kumasz? — Łypnął. Ale smutny! — Przepraszam. — Pokręcił głową. Patrzył na rzekę. — Już w szkole było źle. Wciąż się spóźniałem albo zasypiałem na lekcjach, bo nudy straszne! Wierz mi. Przepychali mnie z klasy do klasy, żeby nie zaniżać średniej naszej szkole. Mówiłem, że się nie nadaję, że nie chcę. Ale oni, tam, na górze, nie słuchali. Gadali tylko wciąż o wstydzie, lenistwie… Krzyczeli na mnie, kręcili głową, skrzydła załamywali i przepychali. Potem na siłę przypięli mi te pióra i wysłali na praktyki do Starego, tak nazywaliśmy jednego z najbardziej doświadczonych nauczycieli. Starał się, bardzo, ale ja taki mało kumaty jestem i wciąż mi się wszystko myliło. — Spojrzał na mnie i zapłakał. — Przepraszam. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

32

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

Biedny — roztkliwiłem się. Podałem mu chusteczkę. Dmuchnął z całych sił. Poleciała do wody. Gdzieś coś załoskotało w oddali. Usiłował rękoma zetrzeć smarka ze spodni. Rozmazał. Mocniej się rozpłakał. — No widzisz?! — krzyknął zeźlony. Usiadłem obok. Objąłem go serdecznie. — Nie jest aż tak źle. Przesadzasz. Sporo w życiu mi się udało. Hej. Usz… skrzydła do góry. No! — Mówisz tak, by mnie pocieszyć, a ja wiem, że jestem do d… — Zerknął w górę przestraszony. — Do bani. Jutro złożę rezygnację. Rzucam tę robotę. Wkur… wkurza mnie, bo wszystko nie tak. A ty zasługujesz na więcej. Mimo wieku. — Dzięki — mruknąłem. — O, widzisz?! Ja zawsze muszę coś chlapnąć. Pier… chrzanię to. Zawiodłem cię. Może nie wiesz tego, ale ja to wiem. Nie nadaję się. Nie nadaję… — Płakał. Zgarbił się jeszcze bardziej. — Uspokój się! — powiedziałem mocno, po męsku, ojcowsku. — Weź się w garść, do diabła! Dasz radę. Potrzebujesz czasu, żeby się doskonalić. Poddawanie się nic tu nie da. Masz misję i już. Co mógłbyś innego robić? Przecież jesteś Aniołem. — Chciałem… — chlipał — chciałem… — Spojrzał na chusteczki w moim ręku. Wyciągnął jedną i zatrąbił. Gdzieś coś się posypało. Mam nadzieję, że tynk, nie mur. — Chciałem zostać… piosenkarzem… — Rozpoczął ryczytal. Biedny Anioł. Taki nieszczęśliwy. Chyba jest ofiarą systemu. Z czułością patrzyłem na dawno nieczesane skrzydła, brudne trampki, zaschnięty ketchup na suknie pod brodą. Pewnie kapnęło z hot doga — pomyślałem. — Masz wspaniałą misję. Weźże się już wyprostuj, no! — Klepnąłem go w plecy. Pomogło. — A wypełniając ją, możesz śpiewać. Mnie to nie przeszkadza. — Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Serio — powiedziałem. Znów oklapł. Nie uwierzył. Może śpiewa disco polo? Nie wiedziałem, jak go podnieść na duchu. Westchnąłem bezradny. — Te, Anioł! Zrobiło mi się gorąco. Za mną stał Diabeł. Dłubał w zębach końcówką ogona. — Show must go on, czaisz? — Beknął. — Nie jesteś może orłem, ale zmyły masz takie, że wydrapałem sobie kudły na dupie przez ciebie. — Podrapał się po zadku. — I nie pieprz, tfu!, nie pierdol mi tu o dymisji,


tylko wstawaj i do roboty. Jeszcze stracę przez ciebie premię. — Chwycił jeden pośladek, odchylił, wypiął się troszkę, cichutko pierdnął. — Pardonsik. — Ty jesteś moim Diabłem? — spytałem. — Mów mi Bubek. Do usług. — Wyciągnął rękę. Uścisnąłem. Naszła mnie ochota, żeby zaciągnąć Bubka na piwo i pogadać, ale przypomniałem sobie o smutnym Aniele. Potrzebuje pomocy. Bubek może poczekać. A jeśli zniknie? I nie będę miał okazji pogadać? Ależ trudna sytuacja. Co mam wybrać? Kręci mnie perspektywa rozmowy z Bubkiem, ale powinienem zająć się biednym Aniołem! Czy zawsze trzeba wybierać? — Nie dam rady — pokręcił głową Anioł. — To nie dla mnie. — Wytarł oczy rękawem. — Zobacz, co mi dali. — Sięgnął do pochwy po mały zakrzywiony sztylet. — Bali się, że mieczem zrobię sobie krzywdę. — Pociągnął nosem. — Albo narozrabiam na ziemi. Spojrzeliśmy sobie z Bubkiem w oczy. Zaiskrzyło porozumienie. Usiedliśmy przy Aniele. — Dobra, Anioł — powiedział. — Odbijaj, jako i ja odbijam.

Bubek wyjął coś na kształt terminala płatniczego, przeciągnął kartę. Potem sięgnął po flaszkę pieprzówki. — Masz, napij się — zaproponował Aniołowi. — Bubek! — krzyknąłem. — Czy ty aby nie przeginasz? — Powiedzieć, że byłem zbulwersowany, to nic nie powiedzieć. — Spoko, Facet. — Bubek machnął ręką. — Po godzinach jestem, prywatnie, a on się zaraz wyloguje. — Odkorkował, pociągnął, czknął i podał butelkę pierzastemu. Anioł wyjął swoje urządzenie, przeciągnął. Upił łyk, zakrztusił się. Kasłał, rzęził, charczał, to się zginał, to prostował. Śmiałem się? Skąd! Zanosiłem się! I waliłem go otwartą dłonią między skrzydłami. — Młody jest — wzruszył ramionami Bubek. — Nauczy się albo zginie. — Grymas podstępu wylał się ze ślepiów na gębę. Potem spoważniał. —  Och, sorry, zapomniałem się. Taką już mam osobowość. — Znów ramiona. — Co robić?… — Uśmieszek. Czknięcie. — To ja też poproszę — powiedziałem i zawahałem się. Uległem pokusie? Zauważył moje niezdecydowanie. — Spoks, Facet. Nie rejestruje się. Wziąłem flaszeczkę, powąchałem. Zakotłowało mi się w nosie. Kichnąłem. Anioł rozpogodził się i popatrywał na mnie kątem oka. Myśli, że nie widzę? Młody jest. Musi się jeszcze wiele nauczyć. Spojrzałem na płyn w ciemnym szkle. Trudna decyzja. — Pij, Facet. Wody jest dużo. — Bubek wskazał na rzekę. Teraz ja machnąłem ręką. Po co mi woda? Nie takie rzeczy piłem. Też mi coś! Łyk. I jeszcze jeden. Piekło? Jak diabli! Ale grałem twardziela. Nie popiję. Płuca stanęły. Nie popiję. Pole widzenia – ponad dwieście stopni. Nie popiję. Temperatura twarzy – topnienie żelaza. Nie popiję. Nie, bo nie! A co? Ja nie dam rady? Ja? Ja nie wytrzymam? Nie takie rzeczy ze szwagrem w garażu… Popiję. Podbiegam do wody, ręką nagarniam, siorbię, chłepcę. Jak pies. Albo ten… no… jak mu tam… Wawelski. Czy się śmiali? Rechotali! Pokładali się. Potem Diabeł usiadł obok Anioła i powiedział: — No dobra, skrzydlaty. Żarty się skończyły. Teraz posłuchaj. Młody jesteś, niekumaty, to ci powiem prostym językiem. Nie możemy zmienić świata. Nie tego od nas ludziska oczekują. Jasne? Mówią, że chcą raju na ziemi, ale to tylko ludzkie gadanie. Tak naprawdę to chcą czego innego. Chcą i ciebie, i mnie. Chcą być święci

33


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA i grzeszyć. Kumasz? Ta sprzeczność to ludzka natura. Dążą do doskonałości i zależy im, by mieć przestrzeń na mniejsze lub większe grzeszki, słabostki, ułomność, pokusę, lubieżność. Jedno i drugie ich pociąga, choć moja działka bardziej. Człowieczeństwo to prawo do słabości, do grzechu. Naszym zadaniem jest pobudzić ich do tęsknoty za ideałem dobra i pozwolić na fascynację występkiem. Jarzysz? Więc wyciągnij swój mieczyk i ganiaj mnie. Złość się na ludzi, upominaj, przestrzegaj, obiecuj, roztaczaj opieką i co tylko robić musisz, rób, by odczuwali WIELKIE szczęście. Ja zajmę się ich MAŁYM szczęściem. Tym za zamkniętymi drzwiami, za zaciągniętymi zasłonami, nie w świetle dnia czy reflektorów. Do ciebie mają się modlić na głos, mnie przyzywać w myślach. Tak ma być. Nic nie zmieniaj, nie kombinuj, bo zawalisz sprawę, zepsujesz układ, naruszysz równowagę. Inaczej ludziska żyć nie umieją. I nie chcą. Więc przestań się starać zanadto i nie zamartwiaj się, że nie wychodzi ci, że nieudolny jesteś. Jest okej. Kumasz? Tak ma być. Anioł powoli wychodził z zamyślenia. Twarz mu się rozpogodziła. Skumał. Załapał ideę układu. GRY. Uniósł głowę. Uśmiechnął się. — Kumam. — Błyszczał. — I mogę śpiewać? — Kiedy i co chcesz. — Bubek kiwnął głową. — To taka gra, tak? — Właśnie. — Ha! Wspaniale. To do dzieła! — Do dzieła. Stanęli plecami do siebie. Ruszyli jednocześnie, licząc kroki. Po piętnastu zatrzymali się, odwrócili. Wyjęli terminale i trzymali wysoko w jednej ręce, karty w drugiej. Patrzyli sobie zawzięcie w oczy.

UKŁADAMY

u k ł a d a m y

34

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

— Nie masz szans, Bubkowaty — zacharczał Anioł. — Poddaj się. — Splunął. — Sam się poddaj, ty… ty… Jak ci tam? — Mów mi Coomaty. — Coomaty — powiedział z pogardą. Plunął. — Facet! Licz do trzech — rzucił przez zęby Coomaty. Zacząłem. Na jeden obaj ścisnęli mocniej terminale. Na dwa zbliżyli karty do urządzeń. Na trzy przeciągnęli. Rozległ się podwójny huk. Gęsty dym spowił plażę. Gdy ustąpił, nie było po nich śladu. Chwilę trwało, nim się otrząsnąłem. Byłem pod wrażeniem i słów, i przemiany, i pojedynku. Cieszyłem się, że Bubek zmotywował Coomatego, ale… zaraz, zaraz. Właśnie! — A ja? — krzyknąłem w niebo. — Co ze mną? Odpowiedzi nie było. Znów zostałem sam. Jak pies? Jak człowiek.   — Rety! — odezwał się Mójboże. — Ale ty namolny jesteś. Mówiłem, żebyś był cicho. Chodź do domu. Jeść mi się chce. Co masz w lodówce? I bądź tu, człowieku, bogaty! 


autor: Barbara Marszałek ilustr.: Beata Pytel

CHODŹMY

NA SPACER Dzisiaj nie wieje wiatr, kochanie.*

„Jutro jest święto państwowe. Gdzie kupisz melona?” — w drodze powrotnej z kąpieliska czytam SMS od przyjaciela. Jest czwarty lipca, sobota, trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Człapię w klapeczkach, strój kąpielowy wysycha w mgnieniu oka, a wielki biały kapelusz chroni mnie przed udarem słonecznym. Martin z Lucką obawiają

się, że w pozostawionym na słońcu samochodzie będzie gorąco jak w piekle. Przytakuję, odpisując Franciszkowi, żeby się nie martwił: „Czechy to nie Polska – tutaj w święta sklepy są otwarte”. Chwilę później powtarzam w myśli, aby jutro nie zapomnieć o nożyczkach. Trzeba przyciąć wąsy mojego przyjaciela, z których jest bardzo dumny. Uśmiecham się do siebie, bo doskonale znam scenariusz tej wizyty. Przyjadę zieloną linią metra na ostatni przystanek: szpital Motol. Kiedy wyjdę z podziemia, skręcę w lewo

35


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA i ruszę pod górkę w kierunku szarego budynku, z którego opada tynk. Za recepcją pomaszeruję w stronę wąskiego korytarza z niskim sufitem, a na jego końcu zadzwonię do drzwi. Drzwi zabrzęczą, otworzę je i udam się do pokoju numer pięć. Franciszek będzie spał. Łysego pana leżącego w łóżku naprzeciwko okna odwiedzi rodzina: przygarbiona staruszka ze srebrnym kokiem, przystojny syn po czterdziestce i jego nastoletnia córka, ubrana w przykrótkie spodenki, z których będą wystawać dwa smaczne kawałki pupy. Zapach melona szybko obudzi Franciszka, więc powoli się podniesie, a następnie poprosi, abym zaniosła owoc do kuchni i powiedziała Wierze, że jest jego. Wiera łamanym czeskim odpowie: „Nie ma sprawy” i, wkładając melona do lodówki, wyszczerzy zęby. Franciszek ma niesprawną lewą rękę, ale poradzi sobie z ubraniem szlafroka dzięki motywacji, jaką daje możliwość wyjścia za tydzień ze szpitala. Pójdziemy do cukierni na lody i gorącą czekoladę. Mój przyjaciel rozsiądzie się w pluszowym fotelu, przemilczając fakt, że oprócz problemów z oddychaniem, martwicy i kilku innych chorób ma cukrzycę. I kiedy parę kropel czekolady spłynie mu po brodzie, zamruczy jak stary niedźwiedź. Następnie zapłacimy rachunek i pójdziemy – każdy w swoją stronę. W samochodzie jest gorąco jak w rozgrzanym piekarniku, a na dodatek nie działa klimatyzacja. Martin się denerwuje, Lucka go uspokaja, a ja ukradkiem sprawdzam wyniki przebywania na słońcu. Brązowy brzuch, lekko zaczerwieniony dekolt – nie jest źle, myślę, zakładam słuchawki i włączam mp3. Odkąd Franciszek polecił mi muzykę Zuzany Navarovej, słucham jej, gdy tylko mam czas. Patrzę z okna samochodu, jak przybywa coraz to więcej budynków, i delektuję się łagodnym głosem Zuzany, śpiewającej o dziewczynie ostrej jak czubki nożyczek. Zbliża się wieczór. Po powrocie do domu wieszam wilgotny ręcznik na balkonie, a następnie szybko zasypiam. Śni mi się śmierć Franciszka – jak upada na ulicy, gdzieś w centrum miasta, i nie wstaje. I już nie wstanie o własnych siłach. Otoczy go tłum gapiów, ktoś zadzwoni po pogotowie, a ja będę patrzyła w jego nieruchome oczy, bezradna i niezdolna do wykonania UKŁADAMY

u k ł a d a m y

36

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

jakiegokolwiek ruchu. Nigdy wcześniej nie umarł mi przyjaciel i czuję, że za chwilę zemdleję. Elegancka brunetka zbada Franciszkowi puls, a jej zrezygnowany wyraz twarzy odbierze mi resztę nadziei. Osuszę policzki z czarnych strużek i się obudzę. *** Zamawiamy drugiego kozla. Pavla, niziutka anorektyczka, stawia przed nami pełne kufle. Za oknem mocno wieje, a Franciszka boli ucho. Być może przez ten wiatr. Tego nie wie, ale na szczęście nie ma daleko do domu. Zipo – osiedlowa knajpa znajduje się naprzeciwko bloku, w którym mieszka. Tutaj każdy zna mojego przyjaciela, wie, że jest emerytowanym nauczycielem historii, piszącym filozoficzne eseje. Żadnemu stałemu bywalcowi baru nie umknął fakt, kiedy tuż po swych sześćdziesiątych piątych urodzinach zadzwonił po pogotowie, bo nagle zaczął się dusić. Od tamtego telefonu do zamawiania drugiego kozla minęło pół roku, toteż Pavla ze szczerą radością obsługuje Franciszka, udzielając informacji na temat zmian, jakie miały miejsce podczas jego nieobecności: Szczepan zostanie ojcem, Jozef się rozwodzi, a Honza przestał pić. Ściemnia się. Dopijamy piwo i wychodzimy, zaczerpując świeżego powietrza, a po pięciu minutach mój przyjaciel otwiera drzwi mieszkania. Załamuję ręce. Wczoraj umyłam stertę naczyń, wysypałam niedopałki z popielniczki do kosza, pozbierałam brudne ubrania z podłogi, a dziś wygląda na to, że operacja „sprzątanie” była tylko snem. — Staram się, jak mogę. — Głos Franciszka dociera do mnie jakby z zaświatów. Robię mu wyrzuty, bo jaki jest stary, taki jest niechluj, po czym siadam na wypłowiałej kanapie. Długo rozmawiamy, paląc papierosy, a gdy zegar wybija północ, wychodzę na dwór. Z nieba ukradziono gwiazdy. Ulice są puste i tylko dwóch bezdomnych grzebie w śmietniku. W oknach gasną światła, a w koronach kasztanów tańczy wiatr. Czuję jego zapach we włosach i zastanawiam się, jak tę woń opisać. Niestety nic konstruktywnego nie przychodzi mi do głowy, przekręcam klucz w zamku i znikam z ulicy. Na klatce schodowej śmierdzi olejem po frytkach. Jestem głodna, ale wytrzymuję do śniadania, bo dbam o figurę. Nie zawsze jednak mi to wychodzi.


*** Jestem na obiedzie z klientem. Nie znoszę tych klimatów. Pijemy bardzo drogie wino, które wcale mi nie smakuje. Klient, czyli dwaj Francuzi, zamawia krewetki i risotto z kawałkami ananasa. Opowiadam o planie szkolenia pracowników naszej firmy. Straszne nudy, ale po minie szefa wnioskuję, że jest zadowolony. Wracając do biura, czuję, jak ulatnia się ze mnie energia. Na szczęście jest piątek, a po pracy pójdę z Franciszkiem na spacer. Od dnia, w którym wrócił ze szpitala, spędzam z nim coraz więcej czasu. Pewnie dlatego, że oboje jesteśmy bardzo samotni, choć każde z nas inaczej. Jego samotność przeszła parę operacji, moja dopiero raczkuje. Jego – pozwala mu być spokojnym, moja – drażni mnie, ponieważ chcę być komuś potrzebna. Wysiadam z metra. Franciszek wymachuje laską, jakbym była ślepa i go nie widziała. Idziemy powoli, rozmawiając o błahostkach, a kiedy dochodzimy do parku, siadamy na ławce. Cisza. Tego potrzebuję – najzwyczajniej odpocząć. Spoglądam na przyjaciela i zauważam dziwny smutek na jego twarzy. Nie zdążę zapytać, a on sam odpowie, że mnie kocha. Kocha, od chwili, gdy mnie zobaczył pierwszy raz, a było to kilka lat temu. Nie mogłam dogadać się ze sprzedawczynią w sklepie. Stał w kolejce za mną i wytłumaczył kasjerce, o co mi chodziło. Kochał też wtedy, kiedy był z prawniczką mieszkająca za Pragą. Kochał, kiedy miał krótki romans z szefową swojego bratanka. Kochał i nadal kocha.

Jestem sparaliżowana. Nie potrafię mu spojrzeć w oczy. Widzi to i pewnie teraz żałuje wszystkiego, co powiedział. Siedzimy na ławce, milcząc przez pięć, może dziesięć minut, i dopiero w drodze powrotnej dochodzimy do porozumienia: o żadnej miłości nie może być mowy. Cisza, bo co jeszcze można powiedzieć. Mogłabym być jego córką. Jest schorowany, potrzebuje opiekunki, a nie kochanki. Potrzebuje przyjaciela, którym jestem i którym chcę pozostać. Jednak przez następne dwa dni nie dostaję od niego żadnej wiadomości. Dzwonię, ale telefon milczy. Piszę SMS-y, na które nikt nie odpowiada. Jestem zaniepokojona i jedyne, co przychodzi mi do głowy, to Zipo. Wchodzę. Pavla wcina zielonego ogórka: śniadanie, obiad i kolację w jednym. Siedzący przed telewizorem Ukraińcy oglądają się za mną. Siadam przy barze. Pavla nerwowo połyka ogórka, a z jej wąskich ust wypływa kilka słów: – Nie żyje. Zawał. Pogrzeb gdzieś w centrum u znajomego księdza. Zamawiam kieliszek wódki, tępo wbijając wzrok w lodówkę z napojami. Nigdy wcześniej nie umarł mi przyjaciel. Pavli trzęsą się ręce. Więc to już koniec? Innego końca nie będzie? 

* Dnes nefouká vítr, miláčku, Zuzana Navarová & KOA.

reklama

https://www.facebook.com/sofadwumiesiecznik/

37


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA autor: Tomasz Jedoń ilustr.: Magda Kwasik

Wyśnione życie

MASZKI M

aszka został poczęty podczas sylwestra, gdy płodzący nieznajomy zderzył się z nadlatującą petardą i zmarł. W rzeczywistości nie był to nieznajomy, bo – poznany kilka chwil wcześniej – miły Poeta konstruktywista. Tworzył rymy o bardzo silnym ładunku niedopowiedzenia, niektóre wręcz fragmenty to epifania trzasków, wrzasków i mlaśnięć. Przybyły na miejsce prokurator nie był przekonany, że Poeta mógł się zderzyć z petardą, mówił więc, że człowiek ten został nią trafiony. — Nie — odrzekł ktoś z tłumu — on się z nią zderzył, bo tuż przed śmiercią zakrzyczał, że wrzuca piąty bieg. Prokurator finalnie przyjął tę wersję wydarzeń, stwierdzając, że popełniono samobójstwo. Poeta nie był zbyt ciężki, ale żeby wydobyć spod niego mamę Maszki, potrzebowano dłuższej chwili. Padł jak trafiony piorunem, jego ciało trochę się stopiło, przykleił się więc do mamy Maszki. Uroczy to był obrazek – niektóre z obserwatorek szeptały, że tak musi wyglądać prawdziwa miłość. Kiedy jakiś mężczyzna zaśmiał się z tego stwierdzenia, natychmiast został zmierzony wzrokiem o sile podobnej do uderzenia petardy, która znokautowała Poetę. Mama Maszki była nieprzytomna; nie wiadomo, czy zemdlała z powodu szoku czy zasnęła, a może jeszcze coś innego. Na pewno oddychała, a gdy ściągnięto już z niej Poetę, radośnie puściła bąka. Był tak głośny, że powstała pewna teoria. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

38

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)


Otóż petarda, z którą zderzył się Poeta, tak naprawdę przeniknęła do jego ciała, a następnie zadomowiła się w mamie Maszki. Przez ich zbliżenie została zakleszczona, dopiero więc po rozdzieleniu obu ciał mogła się uwolnić. A była to energia niezwykle silna, do tego śmierdząca – zapach unosił się jeszcze kilka dni po incydencie. Ci zatem, którzy mijali feralne miejsce, dumali przez chwilę, po czym nagle krzywili twarz, szybko się oddalając. Teoria została podjęta przez szacowne gremia naukowe, był to pierwszy tego rodzaju odnotowany przypadek. Wcześniej zdarzało się, że jeden z drugim mówił coś trzeciemu o takich zdarzeniach, czwarty zaś

piątemu; i tak to się rozrastało. Nie było jednak dowodów. Nie istniała zwarta i gotowa teoria, która mogłaby podbić świat w krzewieniu tej wiary u innych. Tutaj zaś przyjeżdżały pojazdy, jakich świat nie widział, zamiast ludzi wynurzały się z nich lunety, szczypce i teleskopy. Wszystko pstrykało, dymiło i trzaskało, potem cały teren spowijał dym, który z nową wiedzą i obserwacjami odlatywał do nieba. Prosty lud nie rozumiał tych całych eksperymentów. Najbardziej zaś było niepojęte, że z maszyn nie wychodzą ludzie, lecz jakieś małe robociki. W zrozumieniu niezrozumienia pomagał miejscowy ksiądz, który nie życzył sobie odprawiania konkurencyjnej imprezy w niedzielę (tak, naukowcy nie przejmowali się, czy to poniedziałek czy dzień święty). Mówił, że tak poczęte dziecko to wola boska i nic do tego ludziom, a tym bardziej maszynom. O mamie Maszki nie wspominał wiele. A ona zapadła w śpiączkę. Co ciekawe, w takim stanie nie puszczała żadnych bąków, jakby ten od Poety był ostatecznym magnum opus, tchnieniem ciała. Maszka nie marnował jednak czasu i szybko dorastał, szybciej niż inne dzieci. Jego rozwój był kolejnym ewenementem, bo jak to się działo, że matka w śpiączce, a on rozwija się szybciej niż inne dzieci. Miał być superwcześniakiem, co zadziwiało lekarzy. Ale na pewno nie księdza, który głosił na ambonie, że to niezwykły dowód na boską opatrzność. Mówił, że boska łaska jest silna i nieskończona, więc wybiega poza ramy zrozumienia. Zatem – choć poczęcie nie było klasyczne, co trzeba tępić – nikt sobie nie wyobraża, żeby nie dać szansy temu życiu. O mamie Maszki nadal nie wspominał – ani w tym, ani w kolejnych wywodach, a ona wszak nie miała możliwości, by się w tej kwestii wypowiedzieć. Sprawca zamieszania nie żył, ciąża nie zagrażała życiu. Lekarze nie mieli nic przeciwko, ksiądz zachwalał, naukowcy zacierali ręce, bo będą mieli ciekawy materiał do analizy, a Maszka chciał się wydostać. Wszyscy więc, łącznie z Maszką, czekali na przyjście Maszki. Ale owo przyjście uprzedziła jego mama, która się nagle obudziła. Jakby nigdy nic przeszła przez całe piętro szpitala, a napotkaną pielęgniarkę spytała: „Tak zachlałam, że nic nie pamiętam?” Pielęgniarka zdębiała, bo fakt, że ktoś wychodzi ze śpiączki, to jedno, ale żeby od razu tak na równe nogi? Tego świat nie widział. Później zaś dziwili się wszyscy inni, bo ciąża się cofnęła. Maszka nigdy nie istniał, właściwie był jakby iluzją, gdyż wszystko, co zaczynało się tworzyć w ciele mamy Maszki, wróciło do początku, czyli do punktu zero.

39


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA

* Lekarz powiedział „punkt zero”, a mama Maszki padła jak wtedy Poeta. Gdy się ocknęła, dalej nie miała pojęcia, co się właściwie stało. Nie wierzyła w to, co usłyszała. Nie trafiały do niej żadne argumenty: czy to w wersji łagodnej (ksiądz mówił, że Maszka został wybrany przez anioły), czy bardziej naukowej (że nastąpiła nieodwracalna śmierć). Jak to jednak z naukowcami bywa, teoria przypadku jeszcze nie istniała. Oczywiście jakaś była, ale tyle razy zmieniana, że już nikt nie wiedział, o co w niej chodzi. Dla mamy Maszki niezrozumiałe było, że ani ksiądz, ani naukowiec nie potrafią jej przekonać, że faktycznie Maszki nie ma. No jak to nie ma? Jeden pieprzy głupoty, że anioły go zabrały (jakie anioły, gdzie, co i jak?), drugi, choć ma w posiadaniu jakieś antenki i komputerki, jest bezsilny jak ona po trzech setach! Krzyczała i tupała. Nie przyjmowała ani jednego procenta tego, co zostało jej przedstawione. A potem, gdy już była w domu, przyglądała się w lustrze, patrzyła, czy Maszka gdzieś nie daje znaków, czy w brzuchu coś się nie rusza, czy plecy się nie świecą, a piersi, jak radary, się nie unoszą. Nic takiego nie było. Dopiero później, po kilku miesiącach, stała się rzecz niebywała: mama Maszki spotkała Poetę konstruktywistę; tak, tego samego, który dał jej Maszkę. Spotkanie było jak najbardziej zwyczajne – podczas robienia zakupów w osiedlowym sklepiku. Poeta wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby ukrywał się przez jakiś czas, trochę od niego śmierdziało, był prawie nie do poznania. Spotkanie bardzo go zaskoczyło – na tyle, że chciał już gdzieś biec, bo mu się spieszy. Mama Maszki jednak go nie puściła, ponieważ wiedziała, że on może coś więcej powiedzieć, że zna tajemnicę zaginięcia Maszki. Przyparty do muru, przyznał, że cała ta sprawa z Maszką jest śmierdząca pod każdym względem. Dlatego teraz musi się ukrywać – wie coś, czego nie powinien. Tak więc po trafieniu petardą zapadł tylko w śpiączkę, zresztą przecież jak mama Maszki, a gdy się obudził, nic nie wiedział. Wrócił do normalnego życia, ale jak się okazało, nic już nie było normalne. A ogólnie Maszka to istnieje i ma się dobrze. Dowodem są na przykład Maszki relacje z kobietami. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

40

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

*

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

Na początku więc Maszka spotkał Irmę, ale ta ustawiała go po kątach swojej prywatnej galaktyki. Maszka mówił, że wynika to z miłości, że Irma musi go tak pilnować, bo gdy wpada w te swoje astralne fazy, lepiej się jej nie sprzeciwiać. To miłość – tak pojmowana, gdyż bezwarunkowa. Na potwierdzenie Maszka mawiał, że kiedy miał nieznośne guzy ślinianek, chciała się z nim szaleńczo całować, nawet bardziej niż wcześniej. Tak jakby te guzki skłaniały ją do matczynej troski. Nieraz nawet się modliła, żeby Maszka był trochę kaleką, bo tak chciała się opiekować słabszymi istotami. Urządzała różne celebracje w domu, wywoływała duchy, prosiła astralne istoty o przyjście i doświadczenie Maszki – aby mogła się później nim opiekować. Maszka tym sowim humanistycznym i humanitarnym umysłem wszystko przyjmował na zimno, ale z nutką nostalgii. Wierzył, że można się poświęcić dla wyższego celu, a teraz jego pośrednikiem między niebem a ziemią była niewiasta Irma. Po pewnym czasie, znudzona, odeszła do innego – sparaliżowanego staruszka, który miał dodatkowo poparzenia trzeciego stopnia na całym ciele. Gdy później spotkała Maszkę, wyglądała promiennie jak nigdy wcześniej. W dodatku, jako że traktowała go specjalnie, bo przecież kiedyś była jego kobietą, powiedziała mu radośnie, że nie jest już dziewicą. Po tym osobliwym romansie Maszka poznał zupełnie inną towarzyszkę życia. Szkiełko i oko, przepraszam, wahadełko i oko Irmy zamienił na różowe koturny i ciasno opinające legginsy Barbie. To była Barbie XL, starczało jej więc dla wielu, każdy mógł skubnąć kawałek. Maszka jednak w tym towarzystwie był wyjątkowy, bo z troską traktowany jako delikatny chłopiec, który nawet dziabnąć porządnie nie potrafi jak Jacek i Wacek. Przez to więc, że nie skubał Barbie natarczywie, zbyt dosadnie i dogłębnie, zyskał status delikatnego romantyka. Może trudno w to uwierzyć, ale Barbie zaczynała się w nim zakochiwać. Zmieniała sposób życia. Z bezpruderyjnej kokietki, za którą – z racji jej wielkości i kreacji – rozglądało się całe miasto, w potulną baranicę, zawsze beczącą, gdy Maszkę witała i żegnała. Gdy witała, było to beczenie radosne, niemalże ekstatyczne, tak silne i emocjonalne, że z nosa krwawiło i katarzyło, a kiedy żegnała, to smutną pieśnią pokutną stada baranów.


* Podczas słuchania mama Maszki, płacząc, zapytała rozpaczliwie Poetę, jak to możliwe, że Maszka, mały Maszka, ma już kobiety. Teraz przecież miałby ledwie kilka miesięcy… No doprawdy nie da się z tego nic zrozumieć. Poeta nie wiedział, co odpowiedzieć. Zaczął się motać i gubić w zeznaniach, w końcu doszedł do wniosku, że wszystko mu się pomieszało, a powyższe historie zdarzyły się tylko i wyłącznie jemu, przecież tyle było tych kobiet… Mama Maszki poczuła się urażona, bo z całej opowieści wynikło, że ona jest tylko jedną z wielu. Poetę natomiast zaintrygowała myśl: jak mama Maszki go rozpoznała? Jak to możliwe? Odrzekła, że opowiadał tak pięknie jak przed chwilą – aż uwierzyła, że naprawdę ich syn żyje. To wyjątkowo wzruszyło Poetę, więc spytał mamę Maszki o imię. Irena. Ale właściwie to nie ma znaczenia. W tej chwili nic nie ma znaczenia. Tak się rozstali i poszli w swoje strony. Ale po pewnym czasie okazało się, że jednak rozmowa miała sens. Kilka miesięcy później nastąpiło kolejne spotkanie, a przez

ten czas ich umysły nasiąkały coraz bardziej wspomnieniem poprzedniego. Dla Ireny było niezwykłe, że choć Poecie wszystko się pomieszało, to jednak potrafił pięknie opowiadać o Maszce, tak jakby żył. Dla Poety zaś najpiękniejsze było to, że Irena go zapamiętała, a przecież była jedną z wielu. I chociaż wyglądał strasznie, bo w tamtym czasie nie miał weny i alkoholizm go niszczył, ktoś go poznał, ktoś, kto potrafi zmienić jego życie. Po rozmowie więc Poeta znów zaczął tworzyć, tym razem poematy o Maszce, które nazwał Wyśnione życie Maszki. A były to takie opowieści, że nikomu się nie śniło, tak niezwykłe i niespotykane. I chociaż nie weszły do mainstreamu, to zdobyły popularność wśród małej grupki osób. Zbierała się w każdego sylwestra w miejscu, gdzie Maszka został poczęty, i czytali na głos najlepsze fragmenty owego wyśnionego życia. Ale do czasu, bo kilka lat później powstał tam wieżowiec. Niektórzy twierdzili, że grasował w nim duch Maszki i dziwny zapach, którego źródła nie udało się nigdy zlokalizować. 

41


UKŁADAMY

u k ł a d a m y

42

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)


Klaudia Biedrzycka

ŻYCIE GODNE

PRZEŻYCIA

D

ługo zastanawiałam się, czy powinnam pisać o sobie. Nigdy nie lubiłam sztucznych, wymuszonych sytuacji, w których należało w kilku zdaniach opisać siebie oraz swoje zainteresowania. Oczywiście rozumiem sens tego „ćwiczenia”, mającego na celu integrację z nowopoznanymi ludźmi, jednak okoliczności zawsze wydawały mi się nienaturalne, krępujące. Drodzy Czytelnicy, pozwólcie zatem, że się przedstawię. Nie widzę Was, więc tak jest łatwiej. Robię to z własnej woli, zatem swobodniej. Jestem Klaudia. Mam dwa koty. Dużo czytam. Lubię słodką kawę i ciepłe kolory. Szukam sensu życia.

Lubię brak porządku, który panuje w mojej ulubionej księgarni. Dzięki temu podczas bacznego obserwowania chaotycznie poukładanych tytułów, odkryłam książki, które stały się dla mnie osobistym drogowskazem. W ten sposób odnalazłam niemalże wszystkie dzieła Carla G. Junga, który pomógł mi zrozumieć, kim jestem i dlaczego odnalezienie owego sensu jest dla mnie priorytetem. Urzeczona szczerością autora, odnoszącą się do jego osobistych przeżyć i doznań, postanowiłam napisać równie intymny tekst w oparciu o jeden z filarów psychologii Junga. Zamierzam „wyspowiadać się” z obecnych we mnie przeciwieństw. Czasem skrajnych różnic, które sensu życia nie odnajdą, jeśli w swej różnorodności nie odkryją jedności. Kilkanaście typów osobowości to aktualnie zjawisko znane niemalże każdemu. Huczą o tym książki, poradniki psychologiczne, magazyny, szkoleniowcy, portale internetowe. Konkretnym „osobowościom” przynależą odpowiednie cechy, zachowania, a nawet kolory. Oczywiście testy określające typ osobowości biorą pod uwagę cechy dominujące, mając na względzie ewentualne odchylenia. Zazwyczaj autorzy zaznaczają, by wyników nie odczytywać zbyt dosłownie. Jednym z moich ulubionych cytatów Junga jest: Człowiek sam dla siebie jest mroczną zagadką. Jeśli chce poznać siebie, potrzebuje innych”. Wypowiedź ta pomaga zrozumieć, dlaczego ludzie szukają prawdy o sobie „na zewnątrz”, wypełniając internetowe testy i otwierając w przeglądarkach artykuły o tytułach: „Poznaj, jakim typem partnera/partnerki jesteś!”; „Oto 8 typów zachowań partnera/partnerki, które spowodują, że już nigdy nie będziesz samotny!” Rozumiem potrzebę określenia, jasności. Ale Jung przekonał mnie, że sprawa tego, kim jestem i czego chcę, jest dużo bardziej złożona i skomplikowana. Bo wewnątrz mnie i prawdopodobnie większości ludzi, istnieje kilka, często skrajnych trybów. Każdy z nich widzi i przeżywa inaczej, każdy dąży do czegoś innego. Nie chodzi mi oczywiście o przypadki zdiagnozowanej choroby zaburzeń osobowości, dlatego opiszę własny przypadek, gdyż ta diagnoza mnie nie dotyczy.

43


OPOWIADANIA • MINIATURY • PROZA Jestem Klaudia. Mam w sobie Wewnętrzne Dziecko, które mimo dorosłego wieku uwielbia składać skomplikowane konstrukcje z klocków Lego, potrafi godzinami siedzieć nad puzzlami i leżeć na podłodze z kotami, dając upust dziecięcej radości i czułości. Mam również w sobie Wewnętrznego Krytyka, który podatny jest na wstyd i zażenowanie, gdy moje zachowanie (zwłaszcza wśród innych) „nie przystoi”. To właśnie Krytyk często odpowiada za brak swobody, „wewnętrzną musztrę”, która zmusza do robienia rzeczy, na które nie mam ochoty. Ten tryb może negatywnie wpływać na moje poczucie własnej wartości i uwielbia przypominać mi o popełnionych błędach. Mam w sobie również Panią Perfekcyjną, która stara się robić wszystko na 100% i czasem ma poczucie, że niektórych spraw nie można oddelegować, bo jedynie ja jestem w stanie wykonać je odpowiednio dobrze. Pani Perfekcyjna nieadekwatnie do sytuacji przejmuje się, czy zupa przypadkiem nie była za słona, czy zostanie odpowiednio doceniona, czy nie należy po raz kolejny sprawdzić i wyeliminować ewentualny błąd. Często działam w trybie Empatycznego Przyjaciela, który dla dobra innych potrafi bezinteresownie poświęcić siebie. To ten rodzaj Przyjaciela, do którego dzwonisz w nocy i wiesz, że odbierze, że przy Tobie będzie. Ten tryb kocha słuchać i wspierać, czerpie z tego radość oraz satysfakcję. Czasem bywam też Artystką, która rysuje, maluje, pisze, zachwyca się detalami i kompletnie nie zwraca uwagi na to, która jest godzina, bo świat zewnętrzny wtedy nie istnieje. „Mam” również wiele innych trybów, ale myślę, że przytoczone przykłady wystarczą, by zrozumieć, co chciałabym tym tekstem przekazać. Zastanów się teraz nad tym, jak często prowadzisz wewnętrzny dialog, bo chcesz lub czujesz tak wiele różnych rzeczy jednocześnie? Czy zdarza Ci się kłócić z samym sobą? Jak myślisz, z czego to wynika? Problem pojawia się w momencie, w którym moje Wewnętrzne Dziecko chce się bawić, cieszyć lub płakać i rozpaczać — bezwstydnie oraz dosłownie w dziecięcy sposób. Krytyk wtedy przypomina, że nie wypada, bo przecież jestem już dorosła i należy zwracać uwagę na to, co przystoi. Artystka pragnie się zatracić, a Pani Perfekcyjna jednocześnie rozmyśla, czy aby na pewno uporałam się już ze wszystkimi obowiązkami, bo przecież dopiero po nich należy sięgać po przyjemności. Empatyczny Przyjaciel pragnie z poświęceniem pędzić na pomoc potrzebującemu, gdy jednocześnie Dziecko czuje się zaniedbane, bo priorytetem staje się ktoś inny. Jak to wszystko pogodzić, zrozumieć i zgrać, by wiedzieć dokładnie, czego się w życiu prawdziwie pragnie? Odpowiedzią jest tryb, o którym nie wspomniałam. Tryb, który wymaga stałego kształtowania, rozwoju i ciężkiej, wewnętrznej pracy. Jest to mój Mądry Dorosły. Aby opisać jego rolę, posłużę się wyobrażeniem rodzica, który stoi w obliczu rozstrzygnięcia zażartej kłótni dzieci. Każde dziecko uważa, że ma rację i każde czuje się pokrzywdzone. Rodzic w tej sytuacji słucha, próbuje zrozumieć, wytłumaczyć i znaleźć odpowiedni kompromis, by nikt nie czuł się odrzucony, zaniedbany, potraktowany niesprawiedliwie. Mądry Dorosły jest kluczem do odnalezienia wewnętrznej harmonii i prawdziwego sensu każdego dnia. Jest „narzędziem” świadomych wyborów z troską o samego siebie. Pozwala zrozumieć wnętrze, wsłuchać się we własne pragnienia i wybierać mądrze. Nie ocenia, po prostu jest. W każdym z nas, dokładnie tak samo, jak inne tryby naszych osobowości. I jak każdy rodzic, Mądry Dorosły stale się rozwija, by „nadążyć” za zmieniającymi się potrzebami i priorytetami. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

44

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

Tylko żyjąc w zgodzie ze sobą, możemy świadomie wybrać sens i ścieżkę, którą podążymy. Zakończę więc cytatem słów Marka Twain’a: Dwa najważniejsze dni w życiu człowieka: pierwszy to dzień, w którym się urodził, a drugi to ten, w którym zrozumiał, po co. 

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)


Anna Karowicz

ANNA DĄBROWSKA I WALKA O NORMALNOŚĆ oczach zmieniają się w inne osoby, krok po kroku poznają siebie nawzajem, pozwalając czytelnikowi oglądać budzące się gorące uczucie.

Autor: Anna Dąbrowska Tytuł: W rytmie passady Wydawnictwo: Zysk i S-ka Rok wydania: 2017 ISBN: 9788365676993

K

ażdy z nas toczy jakaś walkę. Jedni toczą bój o awans, inni o rodzinę, a jeszcze inni o zdrowie. W książce Anny Dąbrowskiej bohaterowie walczą o normalność i prawdziwą miłość, nie tylko do tańca. Akcję śledzimy z dwóch różnych perspektyw: zagubionej Julity i pewnego siebie Marcela. Dzięki temu poznajemy ich emocje i spojrzenie na toczące się wydarzenia, które każde z nich interpretuje inaczej. To właśnie jest w ludziach niesamowite: patrzymy na to samo, a czujemy i widzimy zupełnie różne rzeczy. Bohaterowie na naszych

Jak wiadomo, nigdy nie może być idealnie. Momentami w książce jest dla mnie za słodko, a Marcel jest tak do bólu idealny, że aż drażniący. Jasne, czasem się denerwuje i potrafi być niemiły, ale jak na mężczyznę, który potrzebuje pieniędzy, ma stanowczo zbyt wiele cierpliwości dla Julity. Szczerze mówiąc, ja bym ją zostawiła już po paru pierwszych spotkaniach. Julita ma raptem osiemnaście lat i nie radzi sobie sama ze sobą, a tym bardziej ze starszym i niezwykle przystojnym tancerzem. Dlatego też jej zachowanie bywa irytujące, choć, jak możemy się przekonać pod koniec książki, trudno jej się dziwić, że boi się mężczyzn i panikuje. Zabrakło mi również wątków pobocznych, ale dzięki temu, że ich nie ma, bardziej skupiamy się na historii Julity i Marcela. Mam wrażenie, że powieść przypadnie do gustu przede wszystkim młodzieży, osobom równie zagubionym i niepewnym jutra oraz własnych emocji. Dla bohaterów W rytmie passady wiele uczuć jest zupełnie nowych, w tym również miłość, zazdrość i pożądanie, więc młodsi czytelnicy na pewno odnajdą w nich cząstkę siebie. Anna Dąbrowska zabiera nas do świata pełnego pasji i walki o lepsze jutro. Julita próbuje pokonać swoje demony, a Marcel walczy o życie ciężko chorej matki. Łączy ich jedno: chęć pokonania własnych granic. Książka już od pierwszych stron porywa w wir tańca, porusza do głębi i zmusza do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu. W rytmie passady to piękna opowieść o miłości, poświęceniu i odnajdywaniu samego siebie w czasach pełnych pośpiechu i konsumpcjonizmu. Jestem pewna, że kiedy już zaczniecie czytać, nie będziecie mogli przestać. 

45


PUBLICYSTYKA Katarzyna Bieńkowska

FIKCJA CZY PORACHUNKI LITERACKIE?

Autor: Alek Rogoziński Tytuł: Do trzech razy śmierć Wydawnictwo: Filia Rok wydania: 2017 ISBN: 9788380751941

N

ie macie pojęcia jak długo czekałam na tę książkę. W końcu dotarła do mnie z dedykacją, więc zaczęłam od salta radości na środku drogi w obecności listonosza, a potem popędziłam czytać. W międzyczasie autor westchnął wirtualnie, że dwa miesiące jego ciężkiej pracy, ja przeczytam w kilka godzin, więc, nie chcąc sprawiać mu przykrości, z ciężkim sercem odłożyłam książkę, by dokończyć ją rano. Czy wyobrażacie sobie, jakie to było poświęcenie z mojej strony?! Dobrze, dobrze, już mówię o treści... Zjazd pisarek w ślicznym dworku pod Krakowem — miejscu odludnym i pięknym. Wyobraźnia podsuUKŁADAMY

u k ł a d a m y

46

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

wa piękne miejsce, pyszne jedzenie, drogie suknie i przede wszystkim odpoczynek. Ale czy mogłoby to być takie proste? Raczej nie. Wszystkie znakomite pisarki w jednym miejscu, w tym samym czasie… Tyle bab razem przez dłuższy czas zawsze wróży problemy... Cóż, to nie mógł być sielski weekend. Do trzech raz śmierć jest pierwszą czytaną przeze mnie książką, która obnaża świat pisarzy, ich wzajemne stosunki oraz podejście do czytelników. Jasne, fikcja literacka, ale jakieś ziarno prawdy na pewno w tym tkwi. Choć autor zaznacza, by nie doszukiwać się prawdziwych osób i sytuacji, to mruga do nas okiem i przemyca pewne cechy i wydarzenia. Wśród całkowicie realnych bohaterek znajdziemy choćby trzy blogerki, które biorą udział w zlocie jako goście. Czyżby kolejny pierwszy raz w literaturze? A blogerki wcale nie przemknęły w tle, ale pomogły rozwiązać zagadkę kryminalną... Przejdźmy jednak do najważniejszej pisarki: Róża Krull to kobieta, z którą większość chciałaby się przyjaźnić. Szczera do bólu, zabawna, wiecznie w tarapatach. Pisze kryminały i zaraz po przyjeździe do dworku jeden egzemplarz zostaje jej podsunięty do podpisania. Młody chłopak (boy hotelowy) przyznaje, że książkę znalazł i wskazuje trzy zaznaczone w niej fragmenty — wszystkie są scenami zbrodni. Róża ma złe przeczucia. Niestety, o tym, że słuszne może przekonać się już podczas kolacji, gdy jedna z pisarek zostaje otruta cyjankiem. W jej książce kolejna śmierć następuje przez uduszenie i... cóż, nie trzeba długo czekać, a kolejna pisarka zostaje zabita. Już tytuł informuje, że śmierć na stronach zagości trzy razy, więc chyba nikogo nie dziwi, kiedy ginie kolejna ofiara. W książce wszystko dzieje się szybko, czytelnik ledwie nadąża przewracać kartki. Najbardziej przerażające jest to, że do dworku nie mógł dostać się nikt obcy, więc Róży nie pozostaje nic innego, jak zabrać się za prywatne śledztwo. Chętnie poczytałabym więcej o innych pisarkach, by nieco wniknąć w ich relacje, ale to w końcu początek serii, więc pewnie wszystko przed nami! Mam taką nadzieję... Odniosłam wrażenie, że poprzednia książka Rogozińskiego była nieco „przegadana”, tutaj wszystko pędzi, jest treściwe i krótkie. Nie wiem, czy to lepiej, ja tam lubię poczytać więcej, tym bardziej, że autor ma prawdziwy dar opowiadania historii! Przyznam się, że długo analizowałam wydarzenia opisane w powieści, bo miałam ambitny plan wskazania mordercy, ale poległam. Nie lubię, gdy mi się nie udaje, więc z radością przyjęłam fakt, że zakończenie tomu gwarantuje kolejną zagadkę do rozwiązania w przyszłości. 


Iwona Niezgoda

MIŁOŚĆ NAJSKUTECZNIEJSZYM ANTIDOTUM NA PRZECIWNOŚCI LOSU

Autor: Jessica Sorensen Tytuł: Na zawsze razem. Ella i Micha Wydawnictwo: Zysk i S-ka Rok wydania: 2017 ISBN: 9788365676788

W

piosence zespołu Farba zatytułowanej Chcę tu zostać padają słowa: Wszystko wokół się zmienia, nawet Ty. Nasze wspólne marzenia to My.  Małe i duże problemy  przeżyjemy, to nic dla nas.  Razem wszystko przetrwamy,  nawet złe dni. W pełni oddają one ducha powieści Jessicy Sorensen Na zawsze razem. Ella i Micha opublikowanej nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka w 2017 roku i będącej kontynuacją wydanej rok wcześniej książki pod tytułem Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha. Tym razem nastoletnia Ella May wraca na studia, a jej chłopak, Micha

Scott wraz z zespołem przygotowują się do wyjazdu na podbój Nowego Jorku. Mimo że pragną wzajemnej bliskości, los przewrotnie ich od siebie oddala, zsyłając problemy, którym niełatwo zaradzić. Czy Ella zdoła stawić czoła przeszłości i myśleć o przyszłości u boku Michy? Czy Micha w starciu z teraźniejszością odniesie zwycięstwo? Czy obojgu uda się stworzyć szczęśliwy i dojrzały związek? Jessica Sorensen na plan pierwszy powieści określanej mianem new adult, wysunęła parę bohaterów bez pamięci w sobie zakochanych. Ich więź zapoczątkowana w dzieciństwie i przypieczętowana obietnicą odnalezienia normalności, mimo wielu zmartwień i upływu lat, tylko się umacniała. Toteż warto zadać pytanie: Na zawsze. Czy coś takiego istnieje? Odpowiedzi twierdzącej zgodnie udzielili główni bohaterowie powieści Sorensen: Ella May – półsierota, uczennica college’u zmagająca się z lękami, brakiem zrozumienia ze strony brata, chorobą alkoholową ojca, co skutkowało załamaniem nerwowym, z którym walczyła pod czujnym okiem terapeutki Anny, siły czerpiąc z bezgranicznej miłości chłopaka. Micha Scott – przystojny, uroczy wokalista, wychowany w niepełnej rodzinie, ponieważ ojciec ją opuścił, co stało się bezpośrednią przyczyną trudnych z nim relacji, które na przestrzeni lat nie uległy poprawie. Na szczęście mógł polegać na przyjacielu Ethanie i szukać bezpiecznego azylu w ramionach Elli. Nietrudno więc odnieść wrażenie, że na kartach książki pisarka nakreśliła schematyczną, przewidywalną i momentami przesłodzoną love story. Moje odczucia zdaje się potwierdzać przyjaciółka Elli, Lila. Dziewczyna z rozbrajającą szczerością wyznała, że to miłość, która nie istnieje i bierze w posiadanie lecz niewątpliwie każdy pragnąłby jej doświadczyć. Losowe perypetie pary zakochanych Czytelnik poznaje z dwóch perspektyw, w pierwszoosobowej narracji, co w moim odczuciu było celowym zabiegiem ze strony autorki, by je uwiarygodnić. Wielka miłość przeciwstawiona została alkoholizmowi i niedokrwistości aplastycznej, z którymi borykają się ich ojcowie. Nie bez znaczenia były także majaki przeszłości naznaczonej piętnami lęku, bólu i niepowetowanej straty. Dlatego oboje mieli świadomość, że stawianie czoła problemom może okazać się (…) trudne i przy tym łatwo o zachowania przeczące dojrzałości, którą starli się wykazać na każdym kroku, momentami z marnym skutkiem, co nierzadko irytuje w czasie lektury. W ostatecznym rozrachunku jednak satysfakcjonować może zakończenie, które mimo że przewidywalne, napawa nadzieją i daje poczucie pewności, że chociaż nic nie wymaże przeszłości, możemy zostawić ją za sobą po to, by cieszyć się życiem u boku tych, których kochamy. 

47


PUBLICYSTYKA Izabela Kudasik

SPOTKANIA Z CZAROWNICĄ Z PUSZCZY rozumiejącą zwierzęta i rośliny umożliwiła mi książka Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak.

Autor: Anna Kamińska Tytuł: Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Rok wydania: 2015 ISBN: 9788308055236

W

iedziona atawizmem zamieszkałam w puszczy. W pewnej chwili zrozumiałam, że przekroczyłam kordon i znalazłam się po stronie drzew i zwierząt. Występuję więc w ich imieniu. Skończyłam studia biologiczne, lecz dopiero lata życia w lesie nauczyły mnie rozumieć mowę zwierząt. I znam ją tak dobrze, że należałoby mnie spalić na stosie jako czarownicę — przeczytałam na okładce biografii Simony Kossak i wiedziałam, że koniecznie muszę poznać tę czarownicę, choć od dziesięciu lat nie ma jej już w tym wymiarze. Intensywne spotkania z kobietą UKŁADAMY

u k ł a d a m y

48

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

Lektura okazała się fascynująca nie tylko dzięki głównej bohaterce, ale również ze względu na pióro autorki, Anny Kamińskiej, która opowieść o mieszkance Dziedzinki prowadzi w bardzo atrakcyjny sposób. Być może za sprawą celu, jaki sobie postawiła: Wzięłam sobie do serca prośbę większości moich rozmówców, którzy oczekiwali, że nie będę ani tworzyć hagiografii, ani niszczyć pomnika, tylko opiszę prawdziwą historię Simony Kossak, a być może dzięki snom, jakie przychodziły do niej podczas zbierania materiałów, snom, którym bez wahania zaufała: Kiedy zastanawiałam się, czy o Pani napisać i jakie ja mam właściwie prawo, żeby wchodzić w Pani życie z butami, przyśniła mi się Pani. (...) I potem był ten sen, kiedy powiedziała Pani, że po co tak biegam po różnych chałupach w Białowieży, żebym przyjechała do Pani na Dziedzinkę (...) I po tym śnie na moje wątpliwości zaczęły odpowiadać już wszystkie znaki na ziemi i niebie. Być może właśnie dlatego Simona jest taka pełna magii, że Anna Kamińska poddała się znakom nieba i ziemi (następnego dnia pośnie zadzwonił Lech Wilczek, towarzysz życia Simony, zmienił zdanie i zgodził się spotkać z pisarką), być może też dlatego, że uwierzyła, iż energia pomoże jej napisać tę książkę: Z energią wysyłaną w świat jest jak z przyrodą, o której opowiadał mi Pani znajomy Jan Walencik: Ona nigdy nie śpi, ona ciągle jest w ekspansji. Kolejny raz widzę, że poddanie się temu, co niewidzialne domalowuje dodatkowe barwy, uatrakcyjnia i jest magnesem przyciągającym mnie do lektur. Z drugiej strony to, co nieuchwytne i magiczne urealniane jest zdjęciami z archiwum rodzinnego oraz fotografiami Lecha Wilczka. Dzięki zdjęciom bajka o kobiecie z puszczy staje się bardziej namacalna i bliska skórze. Ale pewnie nie musiałabym nawet oglądać zdjęć na okładce (choć są fascynujące —Simona na łące w pocałunku z krukiem... oraz w zimowym lesie ze stadem saren podążających za nią jak wierne psy), by przywiązać się do książki, bo już pierwsze słowa mnie kupiły. Simona — córka Jerzego, wnuczka Wojciecha i prawnuczka Juliusza Kossaków, malarzy koni i batalistów — miała być chłopcem (ponieważ w rodzinie była już dziewczynka), miała dźwigać paletę z farbami i przejąć rodzinną pracownię. Wychowywała się z psami, żółwiem, droz-


dem, wróblem, gawronem i kosem (który siadał na parapecie szkolnym, gdy wpadała do klasy) i ostatecznie została nie malarzem a biologiem. Na nasze szczęście, bo zamiast obrazów malowanych pędzlem, zostawiła nam, zakochanym w przyrodzie, obrazy żywcem wyjęte z lasów, pól i łąk, malowane żywym słowem w audycjach i szkicowane giętkim piórem w książkach (warto wspomnieć, że Simona była bratanicą Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec). Brak akceptacji w domu rodzinnym Simona skompensowała nadzwyczajnymi relacjami ze zwierzętami, to czego nie dali jej ludzie, znalazła w przyrodzie. Praktyki studenckie odbyła we wrocławskim ZOO. Taką szczerość w stosunku do zwierząt poznaje się od razu — wspominała Hanna Gucwińska, a jej mąż, Antoni, dodał: Żona do żadnej praktykantki nie przekonała się tak szybko jak do Simony. Gdy ich dawna praktykantka napisała w puszczy doktorat o sarnach nieraz kontaktowali się z nią, prosząc o radę. I choć szukała pierwszej pracy w Bieszczadach, to los rzucił ją do Białowieży, gdzie na początku pracowała w Zakładzie Badania Ssaków. Musiała wtedy utrzymać się sama. Kupowała w poniedziałek kostkę masła i ta kostka starczała jej do czwartku, a potem do końca tygodnia jadła kanapki już bez masła. Pensje były tu tak niskie, że jeśli chciała mieć zwierzęta i je karmić, to sama musiała głodować — wspominają współpracownicy z zakładu. Czasem autorka snuje wizje tego, co mogło się wydarzyć za życia Simony, a poznając przyrodniczkę z kart

książki, nie wątpimy w prawdziwość tych wizji ani na moment. Kiedyś pod jej dom, leśniczówkę w sercu Puszczy Białowieskiej, podjechała wycieczka turystów z przewodnikiem. Mogło to wyglądać tak: „ Widzieliście już Państwo żubry i żubronie (...) zjedliście nawet pierogi z mięsem żubra, no to teraz ona! Simona Kossak! Osiadła tu sześć kilometrów za Białowieżą w środku puszczy, tuż obok ścisłego rezerwatu przyrody. Przyjechała przed laty z gniazda rodzinnego Kossaków, tak, tak, tych słynnych malarzy z Krakowa! I proszę bardzo: mieszka tu w tej głuszy, w drewnianej chacie z bali, bez wody i prądu. O już idzie do nas pani Simona”. A ona wyszła przed dom z dubeltówką i powiedziała: „Macie trzy minuty i zacznę strzelać”. Ta wizja Simony broniącej swojej prywatności weszła mi pod skórę i już ze mną została, i za to właśnie tak bardzo pokochałam książkę — coraz bardziej poszczególne obrazy przyklejały się do mnie i przenosiły mnie do puszczy. Pod koniec lektury już tam mieszkałam, żyłam Dziedzinką i jej sprawami, karmiłam zwierzęta, walczyłam o puszczę i na końcu siedziałam z Lechem Wilczkiem na krzesełku obok łóżka Simony podczas jej odchodzenia. Ludzie będą płakali ze śmiechu lub ze wzruszenia, wspominając ją, albo powiedzą, że nie chcą w ogóle o niej rozmawiać. Użyją (i jedni i drudzy) określenia: kontrowersyjna. (...) Nie można napisać o niej niż tak, jak żyła: z nerwem i dyscypliną, po żołniersku, bez pieszczot. I nie można udawać, że w jej słowniku nie było „kurwa” albo że nie lubiła dowcipów o seksie. Lubiła słuchać ich w góralskiej gwarze. Bo jej portret trzeba namalować właśnie po góralsku. Góralszczyznę i przyrodę tatrzańską pokocha; powie też, że jest z pochodzenia krakowianką, ale z wyznania góralką i chce pracować i żyć w Tatrach. Trudno było nie zafascynować się hardą biolożką, skoro odkryłam w niej tę samą krew i urzekła mnie umiłowaniem konkretu, prawdy i mocnych wrażeń. O ile przez lata szkolne i lata studiów bohaterki przemknęłam szybko i bez zbędnego zatrzymywania się (wyjątkiem są jej badania ryb i anegdota związana z zakupem prezerwatyw), o tyle od czasu zamieszkania Simony w puszczańskiej Dziedzince zwariowałam na jej punkcie oraz zwierząt, z którymi żyła, i smakowałam każdą stronicę z wielebnym namaszczeniem. Tam kruk Korasek, zwany terrorystą, skubał jej włosy, popielice chodziły po domu jak ptaki, z którymi mieszkała, czyli sowa, puchacz i czarny bocian. Dzik Żabka wchodził do jej łóżka, rysica spała w nogach, jamniczka jadła z talerza, a oślica wyjmowała z ust papierosy. Pod domem żyło stado saren, których zachowania badała, nawiązując bardzo silne więzi, do tego stopnia, że sarny traktowały Simonę jak jedną z nich i potrafiły ostrzegać przed drapieżnikami. Po prostu czarowała zwierzęta i oczarowała mnie. W Dziedzince Simona mieszkała z Lechem Wilczkiem, artystą fotografikiem, który wynajmował połowę leśniczówki, ale po jakimś czasie wyburzyli ścianę, która dzieliła ich mieszkania i Simona zaczęła Lecha nazywać towarzyszem życia. Na wakacje przyjeżdżała do nich 

49


PUBLICYSTYKA siostrzenica Simony — Joanna, która czasy po zdanej maturze wspomina tak: Zamieszkałam na Dziedzince z Simoną i Lechem. Simona i Lechu tworzyli takie uniwersum, że każdy trzeci elektron był tam zbędny. Toczyli nieustanne rozmowy o przyrodzie, kłócili się na przykład trzy dni o to, gdzie występuje jakiś gatunek albo jak się nazywa dany ptak. Joanna z Simoną żyły jak matka z córką i tak też się traktowały do czasu, gdy coś je poróżniło i drogi ich się rozeszły. Joanna, tak jak jej ciotka, zamieszkała na odludziu, w lesie. Mimo że Simona przyszła na świat w niedzielę, nie była „niedzielnym dzieckiem”, została tytanem pracy jako naukowiec, a gdy to jej nie wystarczyło, zaczęła popularyzować wiedzę w mediach, pisać książki i kręcić filmy. Dzięki tej spuściźnie można poprzebywać z nią teraz, wędrować jej światem i zachwycać się przyrodą, którą opisuje w sposób niezwykle interesujący. Tuż po przeczytaniu biografii wyposażyłam swoją bibliotekę w książki autorstwa Simony Kossak: Opowiadania o ziołach i zwierzętach, Sagę Puszczy Białowieskiej, Opowieści. Teraz poluję na Spotkanie z Simoną Kossak — album zdjęć Lecha Wilczka. Na końcu książki w intymnym liście do Simony autorka zwierza się: Interesowała mnie Pani droga do puszczy i życie, które doprowadziło Panią na Dziedzinkę, bardziej niż Pani jako przyrodnik i Pani zasługi dla puszczy, ale nigdy bym się nie dowiedziała tylu rzeczy o przyrodzie, gdyby nie Pani. Nie chciałam „malować” Pani nago - tworzyć Pani aktu, chciałam spróbować sportretować Pani siłę. Żałuję, że Pani osobiście nie poznałam. UKŁADAMY

u k ł a d a m y

50

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

Podziwiam Panią za siłę, nonkonformizm, odwagę mówienia prawdy i talent w kreowaniu własnego życia. Tego samego żałuję i tak samo, a może jeszcze intensywniej, podziwiam. Największą wartością biografii, oprócz możliwości zaprzyjaźnienia się z fascynującą bohaterką, jest właśnie wiedza o przyrodzie, która zostaje przemycona mimochodem, wpleciona jak pasma traw w sierść zwierząt. Dlaczego warto poznać życiorys Simony Kossak? Ponieważ drugiej takiej kobiety w Polsce nie było. Ludzie związani z przyrodą potwierdzają, że nikt nigdy takiej osoby jak Simona nie spotkał. Żyła w środku puszczy, rozmawiając ze zwierzętami i drzewami, broniąc ich, opisując ich życie nie tylko w badaniach naukowych (sto czterdzieści oryginalnych opracowań naukowych, artykułów popularnonaukowych, niepublikowanych dokumentacji naukowych), ale również dokumentując to w ponad dwóch tysiącach audycji radiowych, wielu książkach oraz kręcąc filmy przyrodnicze, za które zbierała nagrody. Być może pod koniec życia tytuły naukowe odrobinę uderzyły Simonie do głowy, to pewnie ta łyżka dziegciu w jej beczce. Ja biorę ją całą z wadami, jakie gdzieś między słowami przeplatają się w opowieści o czarownicy z głuszy. Człowiek zakochany traci obiektywizm, ja zakochałam się w Simonie, pozwoliłam zaczarować i tak już zostanie. Trzymam biografię Simony, z powodu okładki z krukiem, pełniącej rolę portretu, blisko siebie; mam nadzieję, że leżąc na nocnej szafce, wpływa na moje sny, a może nawet jej duch zechce zasilić mnie odrobiną zdolności czytania w duszach zwierząt. Im jestem starsza, tym bardziej lubię biografie, a w obecnej dobie mogę dodatkowo, dzięki mediom, spotkać na ekranie bohaterów, z którymi się zżywam. Tak właśnie się stało, gdy wyszperałam w Sieci filmiki z Simoną, Lechem, siostrzenicą Joanną oraz z otoczeniem Dziedzinki. Mogłam dzięki nim trochę dłużej i bardziej namacalnie pobyć z moimi nowymi przyjaciółmi. Niesamowicie jest spotkać kogoś jak żywego, chociaż tak naprawdę nigdy się go nie spotkało, i poznać jego świat... Magia książek trwa... 


Dariusz Zajączkowski

POWIEŚĆ, KTÓRA MOGŁABY…

P

ropozycję recenzji poprzedził delikatny brzęczyk. Od dawna zamierzałem go wyciszyć, bo gdy tylko rozbrzmiewał, ciekawość spływającej informacji wytrącała z największego skupienia, przerywała najpilniejszą robotę i wierciła dziurę w mózgu, aż do momentu, gdy nadesłaną wiadomość odpalałem. Nawiasem mówiąc, nie mam pojęcia, ile przez to celnych myśli i sformułowań uleciało bezpowrotnie w niebyt.

Autor: S. M. Borowiecky Tytuł: Ani żadnej rzeczy Wydawnictwo: Szpalta Rok wydania: 2015 ISBN: 9788394306113

Nazwisko autora, a, jak się okazało, autorki, niczego nie podpowiadało, nie poruszało żadnych wspomnień, nie podsuwało skojarzeń. Jednak, gdy internetowa przeglądarka zanęciła kilkoma linijkami opisu, szepcząc coś o alternatywnych historiach, tajemnicach Watykanu i teoriach spiskowych, skusiłem się… i, zawalony robotą, zupełnie o książkach zapomniałem. Do czasu, aż kilka tygodni później, popołudniową porą sąsiad wręczył mi przesyłkę, w której znalazłem dwa tomy o efektownych okładkach. Grafik sugestywnymi podtekstami pobudza wyobraźnię i wpasowuje się w ostatniostronicowe wypowiedzi, reklamy powieści – z perspektywy czasu wydaje mi się, że tylko on jest szczery. Zanim książkę otworzyłem, dostrzegłem, bez wątpienia celowy, zabieg autorki, S.M. Borowiecky: tytuł pierwszego tomu: Ani żadnej rzeczy i drugiego: Która jego jest, zestawione razem składają się na dziesiąte przykazanie; dla jasności w brzmieniu wyjętym z Katechizmu Kościoła Katolickiego. W kontekście tematu poruszanego przez autorkę, warto przypomnieć, że w oryginale (Księga Wyjścia i Księga Powtórzonego Prawa) ostatnie przykazanie to suma watykańskiego dziewiątego i dziesiątego. Cóż, Rzym musiał coś wykombinować, by po wykreśleniu drugiego przykazania zachować ich właściwą liczbę. W efekcie, przez wieki lansowany, jedynie słuszny sposób „liczenia” sprawił, iż mało kto zdaje sobie sprawę, że nie zabijaj od zarania tak zwanego Narodu Wybranego to przykazanie szóste. Wracajmy jednak do powieści, gdyż autorka na warsztat wzięła inne nadużycia Watykanu.

Autor: S.. M. Borowiecky Tytuł: Która jego jest Wydawnictwo Szpalta Rok wydania: 2017 ISBN: 9788394306168

Kontakty papiestwa z faszyzmem i nazizmem są historycznym faktem, a nie teorią spiskową, które to pojęcie ukuto, by ośmieszyć i zmarginalizować wybrane odsłony rzeczywistość i w świadomości społeczeństw wykreować jej fałszywy, acz przydatny obraz. We wrześniu 1870 roku wojska włoskie zajęły Rzym, Pius IX zamknął się w Watykanie. Przez blisko sześćdziesiąt lat kolejni papieże bezskutecznie próbowali reaktywować Państwo Kościelne, aż w końcu przyszedł dzień 11 lutego 1929 roku i traktaty laterańskie, które z jednej strony podpisał papieski sekretarz stanu, z drugiej, no właśnie… Benito Mussolini. Wygłodzone władzy imperium

51


PUBLICYSTYKA papieskie dostało szansę na odrodzenie, choć może już nie terytorialne. Czyż w tym kontekście należy dziwić się, że w 1945 tysiące wysoko postawionych hitlerowskich oficerów i zbrodniarzy wojennych bezkarnie opuszcza Europę dzięki pomocy Papiestwa i Czerwonego Krzyża? Wystarczyła deklaracja, że się jest katolikiem i antykomunistą. Nawiasem mówiąc, dziwnie to brzmi przy obecnie wręcz lewackim Watykanie Franciszka.

chu przechodzą do wściekłości, krzyku i rzucania meblami, by za chwilę ponownie płakać1. I tak praktycznie każda przez sześćset stron, no może poza tym miotaniem sprzętami. Infantylność bohaterów zdaje się być ich cechą wrodzoną, a nie wypadkiem przy pracy autora. Grupa dorosłych ludzi od lat wplątana w intrygi, zabójstwa, gangsterskie gierki; w sytuacji, gdy nazistowski przeciwnik depcze im po piętach; jeden z agentów grozi paluszkiem głównej bohaterce, ta zaś chowa za plecami lalkę swego dziecka, przekomarzając się dziecinnie. Wypisz wymaluj scenka rodem z przedszkola.2 Nawiasem mówiąc, całe zachowanie Zoi, przede wszystkim, jako matki porwanej dziewczynki, absolutnie nie jest dla mnie wiarygodne. Wspomnę jeszcze o generałach służb specjalnych, z których jeden kipi zadowoleniem, że wobec drugiego może popisywać się rozkazywaniem podwładnemu3; zasłonę milczenia spuszczę na opisy i ujęcie sposobów pracy obu wojskowych.

S.M. Borowiecky idzie dalej. W tłumie przerzucanych do Ameryki Południowej nazistów widzi samego Hitlera z rodziną. I na tym opiera fabułę. Buduje powieść, w której ścierają się wpływy rzymskokatolickiej frakcji nazistowskiej i tajnego stowarzyszenia, którego korzenie sięgają Marii Magdaleny. Ciekawy pomysł i, jeśli weźmiemy pod uwagę wskazane i wkomponowane w całość przez autorkę śmiałe sugestie, powiązania z osobami i miejscami w Europie, otrzymamy zalążek i podwaliny historii, która mogłaby stać się bestsellerem. Dodam, że przemawia do mnie układ zdarzeń, następstwo i mijanie się wątków, wkład włożony w tak zwany research, jak również sensownie wplecione artefakty. Niestety, innych walorów powieści nie dostrzegam, stąd podkreślenie mogłaby.

Wiele, naprawdę wiele scen należałoby jeszcze raz dogłębnie przemyśleć i urealnić; w końcu, jak rozumiem, powieść aspiruje do rangi przygodowo-sensacyjnej, a nie fantastyczno-groteskowej. Zabójca ma wykonać wyrok na ukrywającym się pod księżą sutanną zbrodniarzu wojennym i jako miejsce egzekucji wybiera… kościół pełen dzieci, niepomiernie utrudniając sobie zadanie, o etyce nie wspomnę.4 To znów dwaj tajniacy, działający pod presją czasu, jadą do Berlina autobusem, bynajmniej nie porywają go, przyłączają się do wycieczki5. Może to i oryginalne, ale całkowicie nieracjonalne, a ich rozmowa i zachowanie to przykład, jeden z wielu, sztubackich i nieadekwatnych do sytuacji zachowań bohaterów.

Na początek postaci. Zarysowane płytko i niewiarygodnie, w zdecydowanej większości, śmiem twierdzić, niestabilne emocjonalnie. Bo cóż można powiedzieć o osobach, które w przeciągu kilku sekund od szloUKŁADAMY

u k ł a d a m y

52

SIĘ

s i ę

W

SŁOWA(CH)

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)

Ale w tym niechlubnym rankingu prym wiedzie scena z pierwszego tomu. Przednówek, mróz na polach i BMW spychane do rowu przez… kombajn. Chyba tylko UFO bardziej rzucałoby się w oczy. No i gość, który nadjeżdża polonezem i dziwi się, że dziewczyna po rozbiciu BMW, znalezieniu makabrycznej paczki i informacji o pożarze plebani jest zdenerwowana.6 Wszystko wskazuje, że w pracy nad tekstem zabrakło rzetelnej redakcji, zatrzymania się i zastanowienia; realistycznego, krytycznego spojrzenia na własne zdania i akapity; weryfikacji tego, co utrwala się na papierze. Może dlatego po pewnym czasie przestała mnie dziwić „rezydencja na dwustumetrowej działce”7 — na takim areale ledwie większy kiosk się zmieści, czy kościelne kolumny kilkudziesięciometrowej wysokości, bliższe drapaczom chmur8. Nie wspomnę już o kapitanie ABW, który kilka linijek dalej staje się kapralem!9 I jeszcze słowo o technicznych ułomnościach powieści. Pomijam błędy stylistyczne typu: Podążając za nim, Zoja podążyła schodami10 – to przykład jeden z wielu pleniących się pomiędzy nadużywanymi „nagle” i „znienacka”. Bardziej przeszkadzały, zwłaszcza w drugim tomie, literówki i brak spacji. Nagminny brak spacji! „Miećzwiązek”, „wydarzeniami,w”, „obozówAuschwitz”, „innych,dotyczącycheksperymentów”, „listą nazwisk” – to


przykłady tylko z jednej strony!11, czy kuriozalne „z obżadnej ze stron nie dobiegały żadne” – dziewięć stron dalej12. Może to szczegóły, ale one najdobitniej świadczą o całości. Na koniec znalazłem jednak jakiś plus. Mam nadzieję, że książka, jeżeli ktoś doczyta ją do ostatniej strony, o finale rodem z Indiana Jones’a, stanie się S. M. Borowiecky, Ani żadnej rzeczy, str. 230 – 231. S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 112. 3 S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 125. 4 S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 16 -18. 5 S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 151. 6 S. M. Borowiecky, Ani żadnej rzeczy, str. 59 – 63. 1 2

impulsem, by sięgnąć do tak zwanych alternatywnych historii lub do zadawania sobie pytań w ogóle, dużej ilości pytań i szerszego, bardziej świadomego spojrzenia na świat. 

S. M. Borowiecky, Ani żadnej rzeczy, str. 117. S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 246. 9 S. M. Borowiecky, Ani żadnej rzeczy, str. 72-74; 10 S. M. Borowiecky, Ani żadnej rzeczy, str. 243; 11 S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 24; 12 S. M. Borowiecky, Która jego jest, str. 33; 7

8

REKLAMA

TW ORZ

YM

Y

STUDIO BLACK TO GRUPA SPECJALISTÓW Z WIELOLETNIM DOŚWIADCZENIEM W REKLAMIE I POLIGRAFII. NASZE DZIAŁANIA OBEJMUJĄ: • PROJEKTOWANIE GRAFICZNE (CZASOPISMA, ULOTKI, REKLAMY, ROLLUPY, BANERY, FOLDERY, WIZYTÓWKI, ITP.) • DRUK • OKLEJANIE SAMOCHODÓW • GADŻETY REKLAMOWE • PROJEKTOWANIE STRON WWW • BANERY INTERNETOWE • E-MAILINGI I PREZENTACJE MULTIMEDIALNE. STUDIO BLACK • IZABELA SZYMCZAK UL. ZIMOWA 65/1, 05-500 NOWA IWICZNA TEL. KOM. +48 530 357 635 E-MAIL: BIURO.STUDIOBLACK@GMAIL.COM

DLA CIEBIE

53


PISZĄ DLA NAS

Galeria

AUTORÓW

KLAUDIA BIEDRZYCKA Swoją pasję do pisania łączy z zachwytem nad naturą i psychologią człowieka. W słowach zakochuje się wciąż na nowo, nieustannie tworząc i czytając. Aktywistka, wolontariuszka i działaczka społeczna, której misją jest bezwarunkowe pomaganie innym, nakłanianie do autorefleksji i odnajdywanie w każdym tego, co cenne i dobre. KATARZYNA BIEŃKOWSKA Z wykształcenia nauczycielka języka polskiego, z wyboru mama na pełen etat, z pasji blogerka i recenzentka. Prowadzi bloga Poligon Domowy, na którym pisze o książkach, swoim rękodziele i codzienności. Organizuje wyzwanie czytelnicze #czytambopolskie oraz współtworzy grupę na FB znamy-czytamy.pl, gdzie co tydzień gościem jest polski autor. KRYSTIAN JANIK Ur. 1989 – poeta, prozaik, filolog polski z wykształcenia. Zadebiutował tomem poetyckim Liturgia godzin (Miniatura, Kraków 2014). Po debiucie zwrócił się w stronę podszytych grozą opowieści kryminalnych, które w czasach Dostojewskiego zwano opowieściami niesamowitymi. W czerwcu tegoż roku ukaże się drugi tom poezji – Księga trzewi. TOMASZ JEDOŃ Copywriter przez pięć dni w tygodniu i pisarz na jedną piątą etatu. W tym tempie debiutancką książkę wyda jakoś w XXII wieku. Częsty gość Sudetów, które wydają mu się idealnym miejscem do życia. Czasami i podróżnik – spędził pół roku w Azji Południowo-Wschodniej i wrócił bez zadraśnięcia. Pochłaniacz muzyki, dociekliwy poszukiwacz starych sampli w nowych utworach. ANNA KAROWICZ Czyta książki w hurtowych ilościach, a w przerwach prowadzi blog Kto czyta – nie pyta, na którym je recenzuje. Lubi leniwe wieczory przy świecach, gorącym kakao i ciekawej lekturze. W centrum swoich zainteresowań stawia rozum i jego potęgę. Jako pedagog zajmuje się procesem uczenia się i przede wszystkim tym, „jak się uczyć, żeby się nauczyć, a przy tym nie zmęczyć”. IZABELA KUDASIK Od narodzin pod Giewontem pląta się po południowej Polsce — podstawówkę ukończyła w Zakopanem, LO w Nowym Targu, studia pedagogiczne we Wrocławiu. Z mężem Tomaszem i synami mieszka w Rzeszowie. Wydawnictwo Harmonia opublikowało serię jej Suwaków terapeutycznych. Nomadyczna, czyli cygańska dusza, UKŁADAMY

SIĘ

W

SŁOWA(CH)

żyje dla wakacji: zamyka wtedy mieszkanie i o nim zapomina. Pisanie pomaga jej przetrwać zimę.

u k ł a d a m y

54

s i ę

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)


PIOTR KUŚMIEREK Rocznik 1966, mieszka w Warszawie. Z zawodu jest realizatorem nagrań dźwiękowych i zajmuje się nagrywaniem audiobooków i słuchowisk. Namiętnie czyta i słucha muzyki. Pisze opowiadania. Nazywa je miniaturami literackimi, które są jego ulubioną formą. ALEKSANDER LITTO-STRUMIEŃSKI (GORGIASZ) Miłośnik Platona, Prousta, Dicka i światów równoległych, które przemierza w towarzystwie swego kota. W snach spaceruje z psami. Czasem zaczyna pisać albo kończy pisać i nigdy nie wie dlaczego. Pomysły czerpie z innych rzeczywistości, podszeptów krasnoludków lub starożytnych ksiąg, odczytując litery jako liczby. BARBARA MARSZAŁEK Obywatelka świata, rodowita Zasolanka, mieszka w czeskiej Pradze. Miłośniczka spacerów, muzyki, poznawania ludzi i innych kultur. Gotuje dobrą pomidorówkę. W chińskim horoskopie – małpa. Pisze, aktualnie najczęściej w metrze. IWONA NIEZGODA Urodzona w 1987 r. w Nowym Targu. Jest absolwentką Liceum Ogólnokształcącego im Stefana Żeromskiego w Krościenku nad Dunajcem, profil humanistyczny (2006 r.); Państwowej Podhalańskiej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Targu, kierunek filologia polska (2009 r.) oraz Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, kierunek bibliotekoznawstwo i informacja naukowa (2012 r.). NATALIA PAWŁOWSKA Lublinianka z wyboru, człowiek z konieczności. Kocha książki, ideę istnienia sztucznej inteligencji i swój komputer. Nie przepada za głupotą, ale z drugiej strony stanowi ona nieskończone źródło inspiracji. W wolnych chwilach pisze, gra w gry i udaje, że wcale nie jest nerdem. KATJA TOMCZYK Wnuczka Leokadii, pomysłodawczyni eksperymentalnego projektu literackiego Wykup Słowo. DARIUSZ ZAJĄCZKOWSKI Rocznik 68, przez większość uznany za najlepszy w zeszłym stuleciu… Z wykształcenia budowlaniec, z wyboru strażak. Ostatnio więcej biega, niż pisze. W tym pierwszym rywalizuje z córkami, w drugim – nikt z domowników rękawicy nie podejmuje. Najlepiej czuje się na łonie natury lub z bluesem w tle, choć i ciszą na balkonie nie pogardzi. Ceni dobrą literaturę – i sam ocenia, którą z bieżących lektur do niej zaliczyć.

55


WSPÓŁPRACA

UKŁADAMY

SIĘ

W

SŁOWA(CH)

Wszystkie teksty stanowią własność autorów. W SOFIE publikowane są wyłącznie za ich zgodą. Redakcja zastrzega sobie prawo do wyboru ilustracji dla utworów, które opublikuje. u k ł a d a m y

56

s i ę

w

s ł o w a ( c h )

CZERWIEC (18) 2017 UKŁADAMY SIĘ W SŁOWA(ch)


SOFA PATRONUJE! Żywe dialogi, barwne postaci, wartka akcja oraz wplątana w fabułę nić tajemnicy sprawiają, że Kieszenie przeszłości czyta się z zapartym tchem. Zarezerwujcie sobie czas, bo jak zaczniecie czytać, nie będziecie mogli przestać.

Sabina, kobieta czterech pokoleń, przeniesie Cię w rzeczywistość lat trzydziestych, gdzie życie na wsi kręciło się wokół kiszenia kapusty i wiejskich ploteczek. Poznasz wojenne losy rodziny Czerwińskich i lęk, kryjący się w ludzkich sercach. Ciężką pracę łódzkiej włókniarki i… peerelowską szarość dnia codziennego. A wszystkie opowieści przeplatane są różnokolorową teraźniejszością. Jednym słowem, jeśli szukasz autentycznych przeżyć napisanych z młodzieńczą refleksją i swadą – dobrze trafiłeś. Równo rok temu nakładem wydawnictwa Solaris ukazała się powieść Jana Maszczyszyna pt. Światy Solarne, oscylująca w klimatach głęboko steampunkowych. Okazało się, że autor nie potrafi na dobre uciec od wyimaginowanej rzeczywistości i powraca wraz z nią w Światach Alonbee. Do znanych z poprzedniej części bohaterów i kosmicznych ras dołączają nowe. Oto czeka nas druga odsłona porywającej steampunkowej przygody pośród rybopodobnych Alonbee, Houlotee i Ludzi.

W nieskończonym wszechświecie z pewnością istnieje nieskończona liczba antymiast. My wybraliśmy te, które warto odwiedzić. Czternaście doskonałych opowiadań przeniesie was w przeszłość, przyszłość, światy równoległe, a nawet w zaświaty. Autorzy, posługując się własnym, niepowtarzalnym stylem, przedstawiają swoje wizje Antymiasta, losy jego bohaterów i antybohaterów. Stworzone światy nie są sztuczne. Stanowią kompletne, przemyślane uniwersum, w którym lęk przeplata się z nadzieją, śmiech ze strachem, groza z ironią. Treść każdego z opowiadań dopełniają niesamowite grafiki autorstwa Mariusza Kuli.

57


Profile for Almari

Sofa 18 2017 inter  

Moi drodzy, za dwa miesiące nasz dwumiesięcznik skończy trzy latka. Do tego czasu cieszmy się jeszcze jego dwuleciem. Nastały słoneczne dni...

Sofa 18 2017 inter  

Moi drodzy, za dwa miesiące nasz dwumiesięcznik skończy trzy latka. Do tego czasu cieszmy się jeszcze jego dwuleciem. Nastały słoneczne dni...

Profile for almari_
Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded