Skip to main content

Steven D Wolf, Lynette Padwa, "Kometa i ja. Jak przygarnięty pies uratował mi życie"

Page 1

Steven D. Wolf Lynette Padwa

KOMETA I JA Jak przygarnięty pies uratował mi życie

DUŻA CZCIONKA


olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 2

2014-01-28 16:06:36


olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 3

Steven D. Wolf Lynette Padwa

Kometa i ja Jak przygarnięty pies uratował mi życie

tlumaczenie

Tomasz Illg

2014-01-28 16:06:36


olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 4

Tytuł oryginału Comet’s Tale. How the dog I rescued saved my life Copyright © 2012 by Steven D. Wolf. All rights reserved Published by arrangement with Algonquin Books of Chapel Hill, a division of Workman Publishing Company, Inc., New York Copyright © for the translation by Tomasz Illg Fotografia na pierwszej stronie okładki © Penelope Malby Photog/Shutterstock.com Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku Pracowania 12A ISBN 978-83-240-2505-3

Między Słowami 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl Wydanie I, Kraków 2014 Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o. 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569 Druk: Drukarnia Colonel, Kraków

2014-01-28 16:06:36


prolog

marzec , arizona

W

łaśnie minęła ósma rano i na drodze lawirującej wśród wzgórz na północ od Flagstaff nie było widać żywego ducha. W wiosennym powietrzu panował chłód, ale i tak otworzyłem okno, pozwalając, aby aromatyczny zapach żółtych sosen wypełnił wnętrze samochodu. Od czasu do czasu widziałem ośnieżone wierzchołki Mount Elden, wyeksponowane w ostrym porannym słońcu, niczym obraz na drzeworycie. Potem droga wiła się dalej, widok zniknął mi z oczu, a ja pochyliłem się nad kierownicą, szukając zjazdu na farmę należącą do rodziny zastępczej. W końcu ją ujrzałem – nieco podupadły, dwupiętrowy budynek ze spadzistym dachem i krytym gankiem, stojący na płaskiej trawiastej działce

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 7

7

2014-01-28 16:06:36


o powierzchni boiska do futbolu i w całości otoczony ogrodzeniem z siatki. Zaparkowałem przed bramą i wysiadłem, powoli wspierając się na dwóch kulach i zbierając siły na odparcie kolejnego ataku bólu kręgosłupa. Oddychając głęboko, oparłem się o stojący samochód. Powietrze wokół było nieruchome. Wtem na drugim końcu pola dostrzegłem jakiś ruch. W tej samej chwili dobiegł mnie dźwięk słabych, rytmicznych uderzeń – jakby ktoś w oddali walił w bęben. Poruszający się punkt zbliżał się wyraźnie w moją stronę. Po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do tego widoku i dostrzegłem grupę chartów, które podbiegły do ogrodzenia z drugiej strony i zaczęły się popisywać. Miarowe uderzenia w bęben zamieniły się w istne grzmoty. Kilka sekund później charty przemknęły obok mnie i pobiegły dalej, napinając mięśnie tylnych łap, a przednie wyciągając do przodu; wyrzucały w powietrze za sobą grudki błota, aż w końcu zlały się w jedną plątaninę mięśni, płynną niczym rtęć. Z dreszczem emocji obserwowałem, jak oddalają się błyskawicznie, ścigając się dla czystej przyjemności. Zupełnie jak dzieci – pomyślałem. Dzieci puszczone wolno w pierwszy dzień wiosny po długiej zimie. Zdawało mi się niemal, że słyszę ich śmiech. – Obserwowanie ich nigdy nam się nie znudzi. – Usłyszałem głos kobiety dobiegający z drugiego końca ubłoconego podwórka.

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 8

8

2014-01-28 16:06:36


Byłem tak skupiony na chartach, że nie zauważyłem młodej matki zastępczej, która szła powoli w moją stronę, z rękami wsadzonymi do kieszeni wypłowiałych niebieskich dżinsów. – Bardzo się cieszę, że zdecydował się pan przyjechać, mimo wszystko – dodała, gdy stanęliśmy twarzą w twarz. – Mam na imię Kathy. Zapraszam, przedstawię pana całej paczce. Gdy tylko zawróciliśmy w stronę domu, charty natychmiast podążyły w ślad za nami. W ciągu paru sekund byłem otoczony przez dyszące i rozpychające się psy. W stadzie były chyba wszystkie możliwe kolory umaszczenia na świecie – delikatne płowe, z wyraźnymi cętkami, soczyście czerwone, krzykliwie czarno-białe oraz najsłynniejsze stalowe – często mylone z niebieskimi. Ich jedyną wspólną cechą była biała łatka na klatce piersiowej każdego psa. Ogary trącały się i wpadały na siebie, zabiegając o moją uwagę. Konkurencja między nimi była jednak przyjazna – żadnego warczenia ani gryzienia. Przypominały mi czasy zabaw podczas spotkań z moimi kuzynami. Po kilku tygodniach podchodów i wahań przyjechałem tu gotów zaadoptować psa, ale nie zdawałem sobie sprawy, co oznacza taka sfora chartów – nie dość, że liczna, to jeszcze tak zróżnicowana. Każdy pies był inny, każdy miał własny, w pełni wykształcony charakter. W niczym nie przypominało

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 9

9

2014-01-28 16:06:36


to zwykłego wyboru szczeniaka. Razem z Kathy staliśmy na podwórku i obserwowaliśmy je przez pół godziny, jednak żaden z tych chartów nie wydawał się „moim”. W końcu, z pewnym wahaniem, wskazałem na płowego charta, który trzymał się na uboczu grupy. – Może ten? – spytałem. Suczka miała pełne życia karmelowe oczy i uderzyła mnie zarówno swoją zadziornością, jak i elegancją – sprawiała wrażenie psa, z którym łatwo będzie się żyło, a jednocześnie ona sama będzie potrafiła dogadać się z innymi psami. Tak jak ze mną w Arizonie, na wygnaniu, z dala od rodziny, która została w Nebrasce, gdzie zimy były zbyt surowe dla pogarszającego się stanu mojego kręgosłupa. Należało jednak wziąć pod uwagę, że bez względu na to, którego z tych psów bym wybrał, musiałby on dogadać się z parą naszych golden retrieverów, podczas moich powrotów do domu, w którym spędzałbym wakacje. – Zobaczmy, jak radzi sobie w domu – zaproponowała Kathy. W środku było ciepło i przytulnie. Kanapa i kilka wygodnych foteli zostały ustawione pod ścianami w salonie, dzięki czemu charty miały wystarczająco dużo miejsca, żeby szaleć. W dalszym rogu stał piecyk opalany drewnem, który emanował wokół przyjemnym ciepłem. Podszedłem do kanapy i niezgrabnie

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 10

10

2014-01-28 16:06:36


usiadłem na niej, pozwalając, żeby psy ułożyły się na ziemi przy moich nogach. Płowy wyścigowiec podbiegł do mnie gotów do zabawy. Suka wykonała krótki skok, wylądowała dokładnie przede mną i zniżyła łeb, zapraszając mnie do pieszczot. Pogłaskałem ją delikatnie zaskoczony szorstkością jej lśniącego futra. Suczka pomachała ogonem, a ja podrapałem ją między uszami. – Jakie warunki muszę spełnić, żeby zabrać psa do domu jeszcze dzisiaj? – spytałem. Kiedy Kathy rozmawiała o opłatach adopcyjnych i opiece weterynaryjnej, ja zastanawiałem się już, jakie przysmaki kupię mojemu nowemu zwierzęciu. Czy charty lubią wątróbkę, czy raczej preferują jagnięcinę? – Potem zostaje już tylko wypisanie czeku i chart jest pana – dokończyła Kathy. Zawahałem się po raz kolejny. Czyjś cichy głos w mojej głowie – a dokładnie: mojej żony Freddie – zaprotestował. Postradałeś zmysły? Nie mówisz chyba poważnie o adopcji charta. Ledwo chodzisz. Jak będziesz wyprowadzać psa? I to psa gończego? Kiedy starałem się puścić w niepamięć pytania Freddie, kątem oka dostrzegłem jakiś ruch za żeliwnym piecem. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem chudą postać, zakopaną w gruby koc. Jej sylwetka stapiała się częściowo z czernią piecyka, ale udało mi się dostrzec smukły pysk, spoczywający na

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 11

11

2014-01-28 16:06:36


dwóch przednich łapach. Blask w oczach psa świadczył o tym, że zwierzę mnie obserwuje. – Czy ten chart też należy do państwa? – spytałem. – Nie, to jedno z odratowanych szczeniąt – odparła Kathy. – Ale nie chce się bawić z innymi. Jest trochę wycofana. Jakby była pogrążona w jakiejś depresji. Nie byliśmy w stanie wyciągnąć jej z tej zamkniętej skorupy. – Może jest chora? – Nie, ale została porzucona i zostawiona w kojcu z nałożonym kagańcem. Próbowała go ściągnąć, żeby móc jeść i pić, i w efekcie zainfekowała sobie jamę ustną. Jej zęby były w opłakanym stanie. Musieliśmy usunąć część z nich. Zrobiło mi się strasznie żal tej suczki. Podczas gdy inne psy cieszyły się wolnością, ona siedziała sama, nie mając ochoty na zabawę. Jaka szkoda. Potrząsnąłem głową i natychmiast wróciłem do realizacji planu. – Mam jeszcze jedno pytanie, zanim ogłoszę, w jakim składzie wracamy do domu – powiedziałem, głaszcząc kark płowej charcicy siedzącej przede mną. – Jak tamta suczka się wabi? Zanim jednak Kathy zdążyła odpowiedzieć, jeden z psów wskoczył na kanapę i położył łeb na moich udach, skupiając wzrok na mojej twarzy. Czarno-cynamonowe cętki na jego wyrzeźbionym,

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 12

12

2014-01-28 16:06:36


muskularnym ciele upodabniały go do czegoś na kształt pół-tygrysa, pół-psa. – Nie wierzę, że to zrobiła! – wyszeptała zdumiona Kathy. – Kto to jest? – spytałem. Kathy ruszyła w naszą stronę, lecz zatrzymała się w odległości kilku kroków i rzekła cicho: – Nazywamy ją Kometa. To ta suka, która leżała przy piecyku. W jednej chwili dostałem gęsiej skórki. W uszach słyszałem delikatny szum, a dłonie łaskotały mnie, kiedy głaskałem psa po głowie. Suczka wtuliła się mocniej w moje uda, ale poza tym ani drgnęła. Nie jestem nowicjuszem, jeśli chodzi o świat psów. W młodości spędzałem wakacje na farmie, gdzie pracowałem i bawiłem się z najróżniejszymi psami – od pasterskich, przez teriery, aż po typowe wiejskie mieszańce. Przez większość dorosłego życia miałem w domu psy i wiedziałem, że dopóki nie są one wściekłe czy przerażone, podchodzą do ludzi z bardzo różnym nastawieniem świadczącym o psim podekscytowaniu – wąchają, merdają ogonem, uśmiechają się, są ciekawskie i złaknione pieszczot, ale zawsze czujne na wypadek gdyby groziło im jakieś niebezpieczeństwo. Psia mowa ciała jest z reguły łatwa do rozszyfrowania. Ale nie tym razem. Ta suka po prostu leżała nieruchomo, nie spuszczając wzroku z moich oczu. Tylko

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 13

13

2014-01-28 16:06:36


ona znała swoje powody. Przeanalizowała zmienne, wyciągnęła własne wnioski i zdecydowała się przyjść z drugiego końca pokoju, żeby położyć mi łeb na udach. W tej ciszy i bezruchu dało się słyszeć pewien niewypowiedziany komunikat: „Cześć. Na imię mam Kometa. I wybrałam właśnie ciebie”.

olf_Padwa_Kometa_i_ja.indd 14

2014-01-28 16:06:36


Choroba Stevena sprawiła, że jego życie wywróciło się do góry nogami. Był na skraju załamania, los jednak dał mu drugą szansę… w postaci psa o imieniu Kometa. Kometa nie zaznała w życiu przyjaźni człowieka. Trzymana w klatce, szkolona do wyścigów, została porzucona przez dawnego właściciela. Dopiero Steven pokazał jej, czym są spacery, smakołyki i pieszczoty. A w zamian za okazane serce tryskająca energią Kometa odwdzięczyła mu się bardziej, niż mógłby przypuszczać…

Historia Stevena i Komety to wzruszająca, prawdziwa opowieść o przyjaźni między człowiekiem i psem, która odmieniła niejedno życie.

Cena 14,90 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Steven D Wolf, Lynette Padwa, "Kometa i ja. Jak przygarnięty pies uratował mi życie" by SIW Znak - Issuu