ZDJĘCIA Z RODZINNYCH ALBUMÓW
ZNAK HORYZONT 3 KRAKÓW 2021
Projekt okładki Monika Drobnik-Słocińska Opieka redakcyjna Magdalena Kowalewska Wybór ilustracji Małgorzata Witko Magdalena Kowalewska Adiustacja Witold Kowalczyk Korekta Aneta Iwan Joanna Kłos Opracowanie typograficzne i łamanie Iwona Ciechanowska
Copyright © by Małgorzata Witko i Janusz Stanisławski © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2021
ISBN 978-83-240-8008-3 Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU
LATO Zofia nie urodziła się w Polsce. Nie mogła, bo taki kraj nie istniał wówczas na mapie świata. Jej nieurodzeni w Polsce rodzice, podobnie jak ich rodzice, dali jej jednak polskie wychowanie, budujące silną polską tożsamość. Należy w tym miejscu z całą stanowczością zaznaczyć, że nie była to indoktrynacja, lecz zwykłe wychowanie, bo rodzice Zosi nie byli aktywistami ani w domu, ani poza nim. Patriotyzm był dla nich po prostu jedną z wielu ważnych wartości, których córce nie musieli tłumaczyć, więc nawet nie próbowali. Trudno byłoby zresztą wyjaśnić dziecku w rozmowie tęsknotę za ojczyzną, której to tęsknoty się nawet nie doświadczyło. Mała Zosia, podobnie jak kiedyś jej rodzice, chłonęła więc tęsknotę przekazywaną z pokolenia na pokolenie między wierszami; pomiędzy opuszczeniem ramion a wymianą znaczących spojrzeń. Bystrej dziewczynie nietrudno było wyłapać treść tych niemych opowieści dorosłych. Mimowolna edukacja patriotyczna odbywała się w wielu polskich domach. W ten naturalny sposób podtrzymywała się między Polakami świadomość, 13
WYRKA. utracony wołyński raj
że kiedyś istniał kraj tworzony przez ludzi takich jak oni; mówiących tym samym językiem, należących do tego samego Kościoła i wyznających podobne wartości. Poczucie jedności, niekiedy idealizowane, częściowo znosiło ciężar życia pod zaborami nie tylko ze względu na wzajemne wsparcie i bliskość sąsiedzkich relacji – stanowiło fundament mitu ziemi obiecanej, nadziei na lepsze czasy. W wypadku Zofii polskość była idealnym gruntem do rozkwitu dumy i werwy stanowiących jej wrodzony rezerwuar osobowościowy, a niespełnienie tej polskości jeszcze bardziej skupiało jej myśli na kwestii mentalności narodowej. Podobała się sobie jako Polka i polskie cechy lubiła u innych najbardziej. Przede wszystkim ceniła sobie odwagę, fantazję i idealizm. Nic więc dziwnego, że w Michale zakochała się od razu. Wojna dobiegła końca i można było odetchnąć z ulgą. Świadomość zakończenia wielkiego europejskiego konfliktu i odzyskania ojczyzny pozwalała napawać się szczęściem upragnionej wolności. Zofia, idąc do seminarium nauczycielskiego w Krzemieńcu, szła po wiedzę. Oprócz tego nieoczekiwanie znalazła tam miłość i gdy w roku 1929 opuszczała mury szkoły, opuszczała je jako świeżo upieczona nauczycielka i mężatka. Z Michałem tworzyli jedną z tych par, które już na samym początku odnajdują w sobie tę najważniejszą i głęboką zgodność charakterów, nad której 14
LATO
odkryciem inni pracują latami. Alchemia ich związku opierała się właśnie na tym pierwszym, stanowiącym swoisty paradygmat, odkryciu – wzajemnym dopełnieniu. Uczucie, które wybuchło między nimi, było nagłe i silne, jak mina nadepnięta przypadkiem na dawnej linii frontu – z tą różnicą, że zamiast rozdzierać, wybuch ten łączył wszystko wokół. Pielęgnowali rozbrzmiewającą między sobą harmonię, nie przejmując się pomniejszymi różnicami i nie oglądając się na resztę. Jemu podobała się jej władczość i zdecydowanie. Jej imponowała jego bystrość i nieszablonowe myślenie. A to, że mówiono o nich źle – bo przecież źle się mówi o pantoflarzu, który dobierze się z emancypantką o dziwacznych pomysłach – to nie miało dla nich żadnego znaczenia. Nie istniało dla nich. Skupili się na sobie i we dwójkę budowali swój świat od podstaw. Lata pokoju, choć przyniosły wyczekaną Polskę, nie były tak idealne, jak niektórzy, w tym Zosia, przewidywali. O tym, czy ktoś radził sobie dobrze, czy nie miał na chleb, decydował w dużej mierze pierwszy rok po wojennej zawierusze, kiedy ludzie jeszcze migrowali, osiedlali się w miasteczkach i zakładali nowe. Potrzeba było trochę szczęścia, ale więcej jednak rozumu. Zofii i Michałowi ani jednego, ani drugiego nie brakowało, więc po zakończeniu seminarium oboje bez problemu objęli posady nauczycieli w szkole powszechnej w Krzemieńcu. On uczył matematyki, 15
WYRKA. utracony wołyński raj
ona prowadziła lekcje geografii, a oprócz tego zajęcia pozaszkolne. Praca jeszcze bardziej ich zbliżyła, bo okazało się, że o nauczaniu też myślą podobnie. Szybko otrzymali niewielkie mieszkanie służbowe. Domem zajmowali się oboje i prowadzili go dobrze. Było im wygodnie, chociaż żyli bez zbytku ryzykownego przecież w czasie tak niestabilnym ekonomicznie. Ich pierwsze największe wspólne szczęście przyszło na świat w 1930 roku – Florentyna. To dziwne imię, mówili ludzie, rzadko spotykane. Ale czy ludzie mieli coś do gadania? Nic. To imię od zawsze kojarzyło się Zosi dobrze i zwyczajnie jej się podobało. Kiedy tylko urodziła dziewczynkę, wiedziała, że to będzie Florentyna. Nie siliła się, by wyróżnić córkę – imię to przyszło jej na myśl mimowolnie, na zasadzie twórczego przymusu do zrobienia czegoś w konkretny sposób. Mała Florcia, jako dziecko zdrowe i śliczne, dawała rodzicom wiele radości i od początku była adorowana przez oboje. Zosia karmiła córkę piersią, więc na początku opiekowała się nią w domu. Do pracy w szkole miała wrócić po roku, ale mała nagle zaczęła chorować, więc ktoś musiał dopilnować jej leczenia, a kto mógłby to zrobić lepiej od matki? Zofia opiekowała się córką aż do roku 1935. W momencie, gdy Flora zaczęła zdrowieć i Zofia myślała o powrocie do szkoły, Michał dostał propozycję zmiany pracy – miał zostać kierownikiem szkoły na wsi. 16
LATO
Dla wielu przeprowadzka na prowincję mogłaby być rozpatrywana jako porażka w kontekście kariery zawodowej i utrata pozycji w kontekście statusu społecznego. Ta para oglądała jednak świat przez inne okulary niż większość ich znajomych, którzy wyjazd odradzali. Dla Zofii i Michała był to oczywisty awans – wzięcie na siebie odpowiedzialności prowadzenia całej szkoły i misja wychowania tych wszystkich dzieci była dla nich elektryzująca. Pesymistyczna postawa otoczenia tylko podnosiła rangę wyzwania i dodatkowo ich motywowała. Poza tym wizja zamieszkania na wsi wydawała się całkiem sensownym rozwiązaniem dla ludzi takich jak oni – żyjących na uboczu, tworzących swój własny mikroświat z dala od zgiełku, plotek i społecznych presji. Decyzja była więc szybka i prosta. – Przeprowadzamy się? – Przeprowadzamy się – powtórzyła cicho, ale stanowczo Zofia. – I dasz sobie radę z Florą? Nie wiem, co tam zastaniemy, to inne środowisko, nowi ludzie, ja pewnie będę zapracowany… – Ćśś… złe ma już za sobą. Nic jej nie będzie, a o mnie martwić się nie musisz. Michał zmarszczył brwi, po czym uniósł je i na moment zastygł z lekko wydętymi ustami, patrząc w górę, gdzieś w przestrzeń, tak jakby wzrokiem miał sięgnąć w przyszłość znajdującą się tuż nad głową. – A praca? – zapytał, lekko przeciągając słowa. 17
WYRKA. utracony wołyński raj
– Uczyłam tutaj, to czemu nie tam? Geografia wszędzie taka sama – odparła, powstrzymując uśmiech i zawieszając na mężu wyczekujące, zawadiackie spojrzenie. – No tak, taka sama… – powtórzył. W gruncie rzeczy wiedział, że sobie poradzą. Że ona sobie poradzi. Jeżeli miał wobec kogoś wątpliwości, to prędzej wobec siebie niż żony. Kierownik szkoły to odpowiedzialna funkcja, a przeprowadzka to poważna zmiana i to jego, jako głowę rodziny, będą obarczać winą, jeżeli coś pójdzie nie tak. Obawiał się podjęcia złej decyzji, bo przecież tutaj, w Krzemieńcu, nie było im źle. Nie chodziło nawet o strach przed odpowiedzialnością, ale raczej o troskę o rodzinę. Dlatego teraz podawał ten pomysł w wątpliwość, by uspokoić sumienie i przekonać samego siebie co do słuszności planowanego kroku. Uzewnętrznione myśli szukające dziury w całym upewniały go, że niczego nie pominął, o niczym nie zapomniał. – …ale wieś to nie to samo co mieszkanie tu – podjął. – Czy to znaczy, że będzie gorzej? A może lepiej? Nie wiem, jak będzie, i ty też tego nie wiesz, więc nie ma sensu niczego zakładać. Może będzie trudniej. Zresztą to nie koniec świata. Najwyżej wrócimy, ludzie nas wyśmieją, żeśmy sobie na wsi nie poradzili, i wszystko będzie po staremu – mówiąc to, Zosia spojrzała mężowi w oczy z pewnością i spokojem, 18
LATO
stawiając tym samym wymowną kropkę, zamykając wszelkie dyskusje i uciszając wątpliwości. Teraz już nie tylko wiedział, ale także poczuł, że może na nią liczyć, że Zosia da sobie radę, że się nie boi. Potrzebował tego spojrzenia, które zatwierdzało podejmowane przez nich wspólnie ważne decyzje. Teraz był pewien. – Jeżeli odpowiem do jutra, to już za miesiąc może nas tu nie być. Damy radę? – Idź jeszcze dzisiaj. Gotowi możemy być w dwa tygodnie. Damy radę. Uśmiechnęli się porozumiewawczo. Michał ucałował żonę i córkę, wziął teczkę i wyszedł żwawym krokiem. Czuł, że życie zaczyna się naprawdę układać, że tam na wsi może odnaleźć swoje miejsce. Był zmotywowany, by stawić czoło wszelkim nieoczekiwanym trudnościom. Z jednoczesnym podnieceniem towarzyszącym ważnym życiowym decyzjom i uciskiem w żołądku przyszły kierownik szkoły powtórzył pod nosem nazwę miejscowości, która właśnie przestawała być dla niego tylko słowem: – Wyrka… Wyrka…
* * * Dla Wandy i jej rodzeństwa upływające dni wyglądały podobnie. Praca, szkoła, zabawa. Z rana szło się do szkoły, ale lekcje mijały dość szybko i zaczynało się najważniejsze – praca. Wszystkie dzieci na wsi 19
WYRKA. utracony wołyński raj
LATO
Mapa powiatu kostopolskiego.
WYRKA. utracony wołyński raj
pomagały swoim rodzicom w gospodarstwie i było to zupełnie normalne, że większość ich dnia stanowią obowiązki. Szczególnie jeśli gospodarstwo było tak duże jak to należące do Szachniewiczów. Czas na zabawę trzeba było znaleźć gdzieś pomiędzy zajęciami lub – w tajemnicy przed rodzicami – w trakcie pracy. Udawało się to szczególnie latem, bo przerwa od szkoły i ciepłe, długie dni dawały ku temu lepsze możliwości. Oczywiście pracy też było wtedy więcej. Główną towarzyszką Wandy w jej obowiązkach była o rok młodsza Marysia. Dziewczynki musiały pomagać mamie we wszystkim. Pracowały przy lnie, wyrywały zielsko w ogrodzie, a kiedy zaczynał się sezon na truskawki, to do nich należało pielenie i zrywanie owoców. Potem było wywożenie truskawek na targi do Rafałówki. Większość wyrczan zawoziła zebrane plony do Stepania, ale nie Szachniewiczowie. Ojciec twierdził, że w Stepaniu jest dla niego zbyt gwarno i trzeba się o cenę mocno targować, a on tego nie lubił, więc co środę – bo wtedy odbywały się jarmarki – jedna z sióstr wsiadała razem z rodzicami na wóz i jechała do Rafałówki. Handlowano tam głównie zwierzętami gospodarskimi, zbożem, ziemniakami, miodem i owocami. Większość produktów można było spakować na dzień przed wyjazdem na jarmark, ale były też takie, które wymagały przygotowania skoro świt. Do rygoru wstania skoro świt zmuszało przede wszystkim 22
LATO
masło, które trzeba było o świcie obłożyć schłodzonymi liśćmi kapusty, żeby się za szybko nie roztopiło. Twaróg też tak owijano, ale można było zrobić to dzień wcześniej, wkładając odważone kawałki w specjalne, trójkątne, lniane worki i odciskając go z wody za pomocą dwóch drewnianych deseczek. Wówczas twaróg zastygał w kształcie „klinka” i mógł wytrzymać do następnego dnia. Wanda generalnie nie przepadała za wyjazdami na jarmark. Po pierwsze, ze względu na męczącą kakofonię chóru złożonego z ludzi, świń, krów, koni, kur i gęsi. Po drugie, ze względu na Żydówki. Wanda strasznie się irytowała, ilekroć przychodziły do nich na zakupy. Polki i Ukrainki kupowały, jej zdaniem, normalnie, tak jak powinno się kupować – przyglądały się produktom, wybierały, czego i ile chcą, płaciły i koniec. Żydówki natomiast do całej procedury dołączały etap próbowania, który dla Wandy był nie do pomyślenia, a na który musiała się godzić. Dlatego denerwowała się, gdy przychodziła jakaś żydowska gospodyni z własną łyżeczką i trzeba było wszystkiego dać jej spróbować. Dla dziewczynki oczywiste było, że ich produkty są najsmaczniejsze, i sprawdzanie ich jakości uznawała za zwykłe cwaniactwo i chęć zjedzenia trochę za darmo. Samą sprzedażą zajmowała się mama. Ojciec wprawdzie jechał z nią, bo wtedy kobiety same na targ nie jeździły, ale to ona decydowała, co za ile 23
WYRKA. utracony wołyński raj
sprzedać, z kim i jak się targować i co później kupić do domu. Wanda uważnie obserwowała mamę przy pracy i wycenie, ucząc się w ten sposób swoich przyszłych obowiązków. W próbie zrozumienia, dlaczego dziś warto podnieść cenę truskawek, a za tydzień wziąć więcej miodu, przeszkadzało najbardziej stoisko z ozdobami, które rozpraszało uwagę, przyciągając wzrok błyszczącymi koralami czerwonymi i żółtymi, chustkami zdobionymi haftowanymi ornamentami, świątecznymi obrusami oraz lnianymi rusznikami1 w gęste, symetryczne, czerwone wzory. Tego lata Wanda kończyła osiem lat i korzystając z obecności na targu, wybrała sobie prezent – była to mała lniana chustka obszyta rzędem czerwonych kwiatków, którą będzie mogła włożyć, idąc do kościoła, żeby odróżnić się od „bliźniaczki”. Wanda i Marysia były bowiem tak podobne, że nazywano je bliźniaczkami. Z twarzy najmniej, co prawda, ale budowy były takiej samej – po mamie – niskie i drobne, no i ubrane były zawsze dokładnie tak samo. Zuzanna, bo tak miała na imię matka dziewczynek, wyróżniała się spośród wyrczanek wyjątkową 1
Rusznik – charakterystyczny dla kultury wschodniosłowiańskiej wyszywany ręcznik, pas białego płótna bogato ozdobiony haftami. Przykrywano nim chleb na stole, podawano w nim chleb i sól na przywitanie gości, a także zawieszano go nad ikonami. Dzieciom opuszczającym dom rodzinny był przekazywany jako symbol pomyślności (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).
24
LATO
filigranowością, którą przekazała w genach dzieciom. Najstarszy z rodzeństwa Wicek też był niskiego wzrostu. Dopiero w wieku kilkunastu lat urósł i zmężniał. Wciąż był bardzo szczupły, ale jednocześnie umięśniony i silny. Pomagał więc ojcu, Wawrzyńcowi, głównie w polu – przy koszeniu i przy zwózce – oraz przy zwierzętach. Dla dorosłych zwierzęta stanowiły istotną część dobytku i świadczyły o bogactwie gospodarstwa. Dzieciom zapewniały okazję do zabawy. Zabawek żadnych nie było, więc puszyste, pocieszne i nieporadnie skaczące małe owieczki czy kaczuszki były jedynymi maskotkami, jakie dzieci mogły brać na ręce i tulić. Szachniewiczowie mieli tych przytulanek spory wybór, bo posiadali nie tylko drób, konie, krowy i świnie, tak jak większość, ale też spore stado owiec. Te ostatnie zwłaszcza wyróżniały rodzinny majątek – mało którego gospodarza stać było na owce. Nie chodziło wyłącznie o finanse, ale też o czas, którego hodowla tych zwierząt wymaga. Dorosłe owce trzeba było regularnie strzyc. Po strzyżeniu wełnę oddawało się do gręplarni, a później robiło się z niej na drutach wszystko to, co akurat było potrzebne: swetry, czapki, szaliki, rękawice i skarpety. Z owcami był jeszcze ten jeden kłopot, że wypasać je trzeba było dalej niż inne zwierzęta, bo aż pod lasem. Tam zapuszczał się tylko Wawrzyniec z Wickiem. Dziewczynki codziennie pilnowały więc krów, które pasły się nieopodal 25
WYRKA. utracony wołyński raj
domu. Siostry razem z mamą robiły też obrządek przy kurach, kaczkach i gęsiach – i tak upływało im lato. Z wrześniem miała nadejść szkoła i Wanda cieszyła się na tę myśl z dwóch powodów. Pierwszym były obolałe od ciągłego nachylania się plecy, które w szkole mogły odpocząć. Przy pracach polowych, takich jak żniwa, wykopki czy sianokosy, pracowali wszyscy bez wyjątku. A że dziewczęta wtedy kosą nie pracowały, siostry musiały żąć sierpem. Maszyn mieli mało – tylko młocarnię i wialnię – więc większość czasu przy pracy na polu trzeba było spędzić w niewygodnym pochyleniu. Drugim powodem było spotkanie z koleżankami i kolegami ze szkoły. Wyrka nie była aż tak duża, ale w natłoku obowiązków latem trudno się było widywać z dziećmi innymi niż te zza płotu. Tak się złożyło, że najbliższymi sąsiadami Szachniewiczów byli dwaj kuzyni Wawrzyńca. Po lewej stronie frontowego wejścia, zaraz za ogrodem, w którym dzieci spędzały czas, kiedy tylko mogły, znajdował się dom Kazimierza Szachniewicza. Był to dom pełen życia, zawsze głośny, bo przy dziewiątce dzieci cisza nieczęsto tam gościła. Odwrotnie było naprzeciwko, u drugiego z kuzynów – Adama. Z Adamem i jego żoną Antoniną mieszkała tylko młodsza siostra Antoniny – Emilia – która była już zbyt duża, by robić wokół siebie tyle hałasu co mniejsze dzieci. Poza tym jej dziecięcy generator zgiełku w domu pozostawał 26
LATO
wyłączony, tak jakby jedynym źródłem jego zasilania było towarzystwo rówieśników. Jeśli ktoś już zakłócał spokój tego domu, to był nim Adam, który jeden dzień w tygodniu lubił spędzić z kolegami. Wówczas, zasilani wódką, dudnili po domu salwami śmiechu. Do ogródka na zabawę przychodziła jeszcze czwórka mieszkająca po drugiej stronie drogi. Janek i Wisia, dwójka dzieci najlepszego z kompanów Adama – Alfreda Korzenieckiego – oraz Janek i Franek, czyli dzieci siostry Alfreda – Konstancji. Konstancja miała jeszcze trzech dorosłych już synów z poprzedniego małżeństwa. Wszystkie dzieci Konstancji łączyły trzy cechy: inteligencja, bardzo delikatne, symetryczne rysy twarzy oraz ciche usposobienie. Wyjątek stanowił Fabian, jeden z dorosłych synów. Kiedy pojawiał się w domu za dróżką, wtedy i tam bywało głośno. Rodzice tłumaczyli Wandzi, że ten Fabian to jest niespełna rozumu i trzeba na niego uważać. Wanda posłusznie go unikała, chociaż nie uważała, żeby był zły. Pamiętała go przecież z czasów, zanim jeszcze zaczął się dziwnie zachowywać. Fabian Żukowski, bo takie nosił nazwisko po zmarłym ojcu, był niezwykle zdolny. Potrafił naprawić praktycznie wszystko, ale specjalizował się w zegarkach. Kiedy jakiś się zepsuł lub trzeba było wykonać regulację, zanosili go właśnie do Fabiana. Gdy miał siedemnaście lat, zupełnie dla wszystkich niespodziewanie w jego zachowaniu nastąpiła wyraźna 27
WYRKA. utracony wołyński raj
zmiana. Ni stąd, ni zowąd stawał się agresywny, krzyczał, brał się do bicia, groził rodzinie i sąsiadom, że im domy podpali albo że wyrządzi im inną krzywdę. Jedni mówili, że „dostał obłędu”, inni, że „pomieszania zmysłów”, ale nikt nie wiedział, skąd się ta choroba wzięła. Czasem, gdy jego matka widziała, że Fabiana zaczyna nosić, wołała do pomocy ojca Wandy. Syn Konstancji lubił go i czuł przed nim respekt, w czym istotną rolę odgrywały słuszny wzrost i mocna postura Wawrzyńca. Choroba Fabiana postępowała, a polegało to na tym, że czuł się coraz bardziej zagrożony i zaczął uciekać z domu. Wszyscy mówili, że znów „gdzieś go niesie” – i powracali do swoich spraw. Po kilku miesiącach wracał – zarośnięty, wychudzony, brudny. I nie był w stanie odpowiedzieć, gdzie był ani co robił. Matka otaczała go wówczas opieką i znów przez pewien czas był spokojny. Choroba cofała się, jakby pod leczniczym wpływem podkarmiania matczyną kuchnią i troską, a on wracał do normalnych zajęć. Pomagał Konstancji w pracach domowych, znów reperował sąsiadom zepsuty sprzęt gospodarczy oraz zegarki i tak to trwało aż do następnego ataku choroby. Później wyjechał do Stepania pomagać w sklepie u jakiegoś Żyda i czasem tylko odwiedzał matkę. Wanda nie widywała go od tej pory zbyt często. Czasem przyjechawszy rowerem, hamował ostro przy opłotkach rodzinnego domu. Po uśmiechniętym, elegancko ubranym młodzieńcu 28
LATO
widać było, że pobyt w Stepaniu dobrze mu służy, ale pamiętając słowa rodziców, Wanda na wszelki wypadek nigdy się do niego zanadto nie zbliżała. Przeprowadzki ludzi z Wyrki do większych okolicznych miejscowości i miast nie były niczym niespotykanym. Praca, ożenek, szkoła i chęć poznania szerszego świata nagminnie i zazwyczaj na stałe wyrywały poszczególne jednostki z wyrczańskiej małej ojczyzny. Nowe dla Wandy i niezwykle rzadkie dla starszych wyrczan było zaś osiedlenie się w Wyrce kogoś z miasta. Wanda i Marysia ciekawe były nowych nauczycieli, więc z zainteresowaniem przysłuchiwały się wieczornej pogawędce rodziców z Kazikiem i jego żoną, którzy po sąsiedzku wpadli do kuzyna, by wspólnie odpocząć po całodniowej pracy. W różnych rodzinach bywało różnie. Niektórzy lubili zaglądać do karczmy, nie wracać na noc albo żonie przyłożyć, żeby wiedziała, kto w domu rządzi. Ale u Wawrzyńca i Kazika Szachniewiczów tego nie było. Ani krzyków, ani picia, ani bicia. Dzieci czasem dostały kilka klapsów za psoty i nieposłuszeństwo albo jak coś zniszczyły, ale niezbyt często. Kuzyni zamiast do karczmy chodzili do siebie nawzajem, a zamiast mocnym alkoholem raczyli się mocnym żartem i soczystymi plotkami. Tak też było i tego wieczora. – W końcu dadzą mi spokój – zaczął Wawrzyniec i po chwili dopowiedział: – Dzięki tym nowym. Bo już mi się sprzykrzyła ta gadanina. W kółko tylko, że 29
WYRKA. utracony wołyński raj
wielki chłop u malutkiej żony pod pantoflem siedzi. Ciekawe, co na tych nauczycieli wymyślą. – A wolałbyś mieć większą od siebie żonę? – zapytał Kazik, śmiejąc się i obserwując kątem oka, co na to Zuzanna. – Zobaczymy, jak ich wezmą na języki – kontynuował – ale myślę, że podobnie będzie jak u ciebie. – A niech tam sobie języki strzępią, tyle ich. – No, chyba że ich popróbują jakim żartem – dodała rozbawiona Zuzia. – Pamiętasz, jak Sewera zadręczali? – Pamiętam, opowiadał czasami, jakie komedyje sobie z niego robili, że mu rzucić wszystko kazali i do proboszcza biec, że niby pomocy potrzebuje. – A ksiądz zdziwiony, jak Sewer ma mu w spowiedzi pomagać – dopowiedział natychmiast Kazik, zataczając się ze śmiechu na krześle. Wawrzyniec jako jedyny w tym towarzystwie zachowywał powagę, jakby przejęty nie samymi żartami, nie faktem, że obiektem tych żartów jest jego starszy brat, ale tym, że Ksawery nic sobie z tego nie robił i jeszcze sam się z tego śmiał. Podobnie jak Wawrzyniec do sprawy podchodziła jeszcze tylko jedna osoba – żona Ksawerego Brydzia, która pomstowała o te naiwne korowody męża, bo cała wieś śmiała się nie tylko z Ksawerego, ale i z niej, i z córek. Niejako rykoszetem dostawała więc Brydzia łatkę osoby łatwowiernej, choć dotąd nigdy nikt jej na nic nie nabrał. 30
SPIS TREŚCI
Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
11
Lato. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
13
Jesień. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
49
Zima. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
85
Wiosna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 119 Burza. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 155 Noc . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Dzień . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 257 Epilog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 333 Lata później . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 337 Zdjęcia z rodzinnych albumów osób pochodzących z Wyrki i okolicznych miejscowości . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 343 Podziękowania. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 369 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 371 Źródła ilustracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 379