Szymon Jadczak
JAK BANDYCI UKRADLI WISŁĘ KRAKÓW
KRAKÓW 2019
Copyright © by Szymon Jadczak Redakcja tekstu: Janusz Krasoń Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Projekt okładki: Nikola Hahn Fotografia na okładce: Piotr Nowak Fotografia autora: Rafał Masłow ISBN 978-83-8135-014-3
www.otwarte.eu
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Dedykuję tę książkę wszystkim odważnym ludziom, którzy mimo zagrożenia ze strony bandytów zdecydowali się ze mną porozmawiać. To dzięki Wam udało się obnażyć ten układ.
O CZYM TO BĘDZIE
Wiele osób chciałoby widzieć kiboli jako prostych bandytów, którzy w barwach swojego klubu idą na mordobicie z chuliganami drużyny przeciwnej, a raz do roku, 11 listopada, wszyscy razem jadą do Warszawy manifestować pod flagą biało-czerwoną miłość do ojczyzny oraz nienawiść do wszystkiego, co obce. To, co się stało w Krakowie, jest jednak znacznie bardziej skomplikowane. Pod Wawelem powstała licząca kilkaset osób – a ze wszystkimi przybudówkami może nawet kilka tysięcy – doskonale zorganizowana grupa przestępcza, która dzięki paździerzowatości naszego państwa, specyfice stosunków społecznych Krakowa oraz kilku zbiegom okoliczności działała bez większych zakłóceń kilkanaście lat. Mamy tu Pawła M., pseudonim „Misiek”, czyli – jak zeznali członkowie gangu – szefa tej grupy: czterdziestolatka, który skończył jedynie podstawówkę, ale jest na tyle sprytny i skuteczny, że stworzył sieć legalnych i nielegalnych interesów wartych miliony złotych, zapewnia sobie bezkarność, a o kontakt z nim zabiegają biznesmeni i politycy. Gdy chce się odstresować, idzie posiekać maczetą gościa z przeciwnej 7
drużyny, choćby w biały dzień i obok budynku prokuratury. Nie przejmuje się niczym, bo przez lata opanował sposoby na unikanie odpowiedzialności za podobne akcje. Mamy tu polityków, którzy sami zachowują się jak kibole, zamiast z nimi walczyć, bo w którymś momencie ponad prawo oraz dobro państwa i kraju postawili swoiście pojmowane dobro ukochanego klubu. Mamy zasłużonych działaczy, którzy prowadzą podwójną grę: niby zależy im na sporcie, lecz – rozmyślnie, z oportunizmu lub tchórzostwa – bardziej dbają o to, żeby w siłę rośli kibole, a nie sportowcy. Mamy policjantów, którzy powinni ścigać przestępców, ale też kochają Wisłę, a przy okazji kochają pieniądze, więc z tymi przestępcami współpracują. Mamy prokuratorów, którzy jeżdżą na mecze z kibolami, po pijaku biorą udział w burdach, a potem umarzają niewygodne dla chuliganów sprawy. No i wreszcie mamy kilka ciekawych postaci kiboli. Jeden z nich, Daniel U., pseudonim „Dzidek”, to mistrz Polski juniorów w boksie. Pochodzi z inteligenckiej rodziny, zna trzy języki, ale jest uzależnionym od zadawania cierpienia sadystą – biega po mieście z nożem, z maczetą, z mieczem samurajskim i napada, bije, torturuje. Prowadzi listę ofiar – chełpi się, że jest ich setka rocznie. Gdy trafia do aresztu, mama przysyła mu do celi O sztuce miłości Ericha Fromma i kilkadziesiąt innych książek. Są i małolaty z osiedli – często postawione przed wyborem „albo wejdziesz do gangu, albo nie będziesz miał życia w swojej dzielnicy”. A jak spróbujesz wyjść, koledzy wybiją ci ten pomysł z głowy, rażąc prądem albo wlewając wrzątek do gardła... Najpierw chciałem napisać, że ta książka jest o nich wszystkich. Ale nie. 8
To książka o świecie, którego są częścią. O pewnej rzeczywistości, która pozornie jest od nas odległa – więc wydaje się nam, że nas nie dotyczy. Ale dotyczy. Sami stwarzamy świat, w którym żyjemy, nie dziwmy się więc, że jest taki, jak opisywany niżej świat Wisły Kraków, ukochanej Wisełki znacznej części zacnych krakowian.
PIĘKNA PANI PIELĘGNIARKA
Najbardziej skandaliczna umowa w historii Wisły Kraków została zawarta 1 października 2016 roku. Widnieją na niej podpisy Marzeny S. i Roberta S., czyli ówczesnej prezes i ówczesnego wiceprezesa zarządu Wisły SA, oraz Anny M.-Z., w umowie występującej jako pośrednik. Pani Anna to prywatnie żona Grzegorza Z. – „Zielaka”. Mimo że od pewnego czasu mocno dba o swoją prywatność, wiemy o niej trochę. Znamy na przykład jej wymiary: wzrost 160 centymetrów, biust 80 centymetrów, pas 60 centymetrów, biodra 89 centymetrów, waga 48 kilogramów (a przynajmniej takimi chwaliła się zimą 2007 roku w „Playboyu”, w którym była gwiazdą rozkładówki). W sieci można znaleźć też romantyczne zdjęcia z jej ślubu z Grzegorzem Z. (na uroczystości obecni byli liczni reprezentanci środowisk kibolskich z całej Polski, a wszystko uważnie obserwowały służby, które chciały dowiedzieć się, kto jest w ścisłej czołówce sharksów) oraz fotki w bieliźnie z sesji zrobionej, gdy była w zawansowanej ciąży. Z wykształcenia Anna M.-Z. jest pielęgniarką, pracowała jako położna w najlepszej krakowskiej klinice, a koledzy zapamiętali ją dobrze, bo pod szpital zdarzało jej się przyjeżdżać 243
luksusowymi samochodami. Do 2018 roku miała oficjalnie zarejestrowaną działalność gospodarczą – jako główną aktywność wpisała „praktyka pielęgniarek i położnych”. Zapamiętali ją też bywalcy strefy VIP na stadionie Wisły, bo czasami przychodziła na mecze z mężem. Po co Wisła Kraków podpisała umowę z położną, żoną gangstera? Oficjalnie Anna M.-Z. odpowiadała za pośrednictwo transferowe (czyli załatwiała formalności związane z przejściem piłkarza z jednego klubu do innego). Chociaż nic, co związane z tą umową, nie było oficjalne. Przede wszystkim nikt w klubie o tej umowie nie wiedział. Marzena S. i Robert S. oraz „Zielak”, który stał za tym wszystkim, wtajemniczyli jedynie księgowego, ale kategorycznie mu zakazali informować o tym kogokolwiek. Długo umowa ta była wręcz legendą – podobno ktoś ją widział, podobno ktoś został pobity za próbę jej wyciągnięcia, padały różne kwoty i wymieniano różne podmioty, z którymi miała zostać zawarta. Ja sam uwierzyłem w nią dopiero, gdy zobaczyłem listę przelewów, które Wisła zrobiła na konto Anny M.-Z. I przyznaję: zamurowało mnie. 17 października 2016 roku była modelka „Playboya” dostała 123 000 złotych. Tytuł przelewu – „prowizja pośrednika 10.2016–02.2017”. W tym samym czasie Wisła likwiduje drugą drużynę i zwalnia kolejnych pracowników, bo ponoć trzeba ciąć koszty, a Marzena S. w wywiadach opowiada, że udało jej się znacznie zmniejszyć zadłużenie klubu. Kolejny przelew: 20 lutego 2017 roku – 86 100 złotych za „doprowadzenie do spotkania z kontrahentem, projekt”. Marzena S. w mediach wciska kit, że klub zaraz będzie miał bogatego sponsora. Tymczasem Wisła ma zaległości w wypłatach dla zawodników sięgające kilku miesięcy. Kolejne wpłaty wpływały na konto M.-Z. aż do 17 października 2017 roku niemal co miesiąc. W sumie Annie M.-Z. wypłacono z konta Wisły 824 100 złotych w dziewięciu przelewach. „Doradztwo 244
marketingowe”, „pomoc w umorzeniu długu UFA”, „pośrednictwo w pozyskaniu sponsora” – to tytuły kolejnych przelewów (w tym samym czasie Marzena S. udzieliła wywiadu o tym, że Wisła Kraków nie szuka inwestora – można go znaleźć na stronie sport.tvp.pl). Wtedy w zarządzie Wisły był też Manuel Junco, który zapewnia, że o umowie z żoną „Zielaka” nie miał pojęcia, oraz Damian D., którego nie zdążyłem o nic zapytać, bo został aresztowany za handel narkotykami po wyjaśnieniach złożonych przez „Miśka” w prokuraturze. Marzena S. zapytana o tę umowę najpierw stwierdziła, że nic o niej nie wie, a potem przez prawnika przekazała, że nie będzie komentować swoich działań w Wiśle Kraków. Robert S. nie chce ze mną rozmawiać. Na umowie z Anną M.-Z. widnieją podpisy Marzeny S. i Roberta S., bo regulamin spółki wymagał, by podpisało ją dwóch członków zarządu. Ale do autoryzacji przelewów wystarczała zgoda tylko jednego członka zarządu. W czasie gdy Wisła wypłacała pieniądze żonie gangstera, na spłatę innych zobowiązań permanentnie brakowało pieniędzy. Klub tracił kolejnych piłkarzy z powodu zaległości, bo miesiącami nie płacił trenerom, piłkarzom i innym pracownikom. Trudno racjonalnie uzasadnić te wypłaty dla Anny M.-Z. Jej nazwisko nie widnieje na liście pośredników reprezentujących któregokolwiek z piłkarzy Wisły, więc chyba nie pomagała przy transferach. Żaden poważny sponsor Wisły nie miał pojęcia o jej istnieniu, a co do dopiero o tym, że ściągnęła go do klubu, więc to też ślepy trop. Sporu z firmą UFA Sports krakowska położna też nie rozwiązała. (Umowa z firmą, która przed laty była potentatem na rynku praw telewizyjnych, wynikała z kontaktów Bogusława Cupiała z Andrzejem Placzyńskim – tym samym, który później zarekomendował Wiśle Jakuba M. jako inwestora. Umowa dotyczyła wyłączności na sprzedaż skyboxów na stadionie i wyłącznego prawa do pośrednictwa w ściąganiu sponsorów. Podpisano ją 245
mimo sprzeciwu ówczesnego prezesa Jacka Bednarza. Zakończyła się katastrofą: UFA sponsorów nie znalazła, a uwolnienie się od pośrednika miało kosztować Wisłę nawet 7 milionów złotych. W czerwcu 2019 roku Wisła zalegała następcom prawnym UFA jeszcze 1,8 miliona złotych). Według niektórych śledczych umowa z Anną M.-Z. i przelewy na jej konto powinny być podstawą do natychmiastowego postawienia zarzutów zarządowi Wisły co najmniej za niegospodarność. Ale gdy pisałem te słowa, mijało właśnie pół roku, odkąd Prokuratura Regionalna w Poznaniu przejęła śledztwo w sprawie nieprawidłowości w Wiśle i w sprawie nadal nie działo się absolutnie nic... Anna M.-Z. nie odebrała kilku telefonów ode mnie z prośbą o kontakt. Ślad po ukradzionych z Wisły pieniądzach można za to znaleźć w opisie zarzutów, które małopolski wydział Prokuratury Krajowej postawił w kwietniu 2019 roku Damianowi D. Według śledczych część kasy z klubu poszła na fundusz, z którego „Misiek”, „Zielak” i Damian D. postanowili sfinansować handel narkotykami i nielegalnymi papierosami. To miała być forma docenienia Damiana D. za to, że wyciąga dla nich przyzwoite pieniądze z Wisły. Gangsterzy kupili nawet kilkanaście kilogramów marihuany, ale narkotyk był tak fatalnej jakości, że nie było na niego chętnych. Na szczęście jakość była wystarczająca, by postawić zarzuty byłemu wiceprezesowi Wisły. „Zielak” i Damian D. wiedzieli, że sprawa tej umowy może być gwoździem do ich trumny. Prawdopodobnie na tym tle doszło do najsilniejszego konfliktu między „Miśkiem” a „Zielakiem”. Trudno mi było uwierzyć, ale wszystko wskazuje na to, że Paweł M. stracił w pewnym momencie kontrolę nad Wisłą, a grupa sharksów okradała klub bez jego wiedzy. Już ukrywając się we Włoszech, wysłał swojego człowieka do klubu, ten zajrzał do dokumentów, a potem z potwierdzeniami przelewów dla Anny M.-Z. poszedł po wyjaśnienia do 246
„Skopka”. Został pobity i usłyszał, że jak faktury wypłyną, to go zajebią. Ale spokojnie, swoją działkę z kasy dla żony „Zielaka” Paweł M. też zgarnął. Trafiło do niego co najmniej 100 tysięcy. Z kolejnego dokumentu, do którego dotarłem, czyli uchwały rady nadzorczej, wynika już niezbicie, że nawet „Misiek” był oszukiwany przez towarzystwo rządzące Wisłą. 17 lutego 2017 roku rada nadzorcza klubu postanowiła dać zarządowi podwyżki. Zamiast około 10 tysięcy miesięcznie Marzena S. i Damian D. mieli zarabiać teraz po 45 tysięcy. Układ był taki, że połowa pensji idzie dla „Miśka” i „Zielaka”. Ale Paweł M. dostał info, że członkowie zarządu po podwyżce zarabiają po 30 tysięcy. Dostawał z tego 15 tysięcy i nie narzekał. Zresztą gdy zaczął się ukrywać we Włoszech, Damian D. przelał mu jedynie 12 tysięcy, a potem nie odpowiadał już na ponaglenia o zapłatę zarówno ze strony „Miśka”, jak i jego konkubiny. Smaczkiem dokumentu z 17 lutego 2017 roku jest zapis o premiach dla zarządu za osiągnięcia sportowe. W piłce istnieje praktyka, że premiuje się konkretne osiągnięcia zawodników na boisku. Ale działaczy? Bez żartów. Tymczasem za awans Wisły do fazy grupowej Ligi Mistrzów Marzena S. i Damian D. mieliby dostać 500 tysięcy złotych, za mistrzostwo Polski – 100 tysięcy, za awans do Ligi Europy – 50 tysięcy, a za zajęcie w lidze miejsc od 4 do 8 – 25 tysięcy. Za tytuł króla strzelców nie przewidzieli dla siebie premii. Po zmianach w klubie nowe władze wystąpiły do sądu o zwrot pieniędzy pobranych z tytułu tej uchwały (pozew wobec Marzeny S. opiewa na 523 tysiące), bo prawnicy uznali, że Damian D. nie miał prawa jej podpisywać, będąc jednocześnie członkiem zarządu i członkiem rady nadzorczej. Wisła chce, żeby oddał 800 tysięcy nienależnie pobranych pensji. Drugą osobą z rady nadzorczej, której podpis widnieje na uchwale rady nadzorczej, jest Tadeusz C. Oprócz niego w radzie nadzorczej Wisły zasiadał Ludwik Miętta-Mikołajewicz. 247
Panowie kasowali za bycie w radzie po 3 tysiące złotych miesięcznie. Swoją drogą to był sprytny wybieg ze strony sharksów, żeby powołać do rady dwóch panów, którzy razem mieli 160 lat i ostatnią rzeczą, o jakiej myśleli, było pilnowanie finansów Wisły. Umowę z Wisłą miał też Szymon Michlowicz. Prawnik i wiceprezes TS Wisła w przeszłości odbywał praktyki aplikanckie w kancelarii Marzeny S. Od lipca 2017 do sierpnia 2018 roku dostawał od klubu co miesiąc 3075 złotych za świadczenie usług prawnych – umowa dotyczyła obsługi relacji TS Wisła z miastem. Ostatnich kilku faktur klub już nie opłacił z powodu pustej kasy. Gdyby zebrać wszystkich prawników, którzy zarabiali na Wiśle, można by nimi zapełnić spory sektor na stadionie przy ulicy Reymonta. Przeglądając kolejne faktury, zrozumiałem, dlaczego mój reportaż do Superwizjera powstawał tak długo i skąd wzięła się część problemów z jego realizacją. Wisła wydała bardzo dużo pieniędzy, żeby mnie powstrzymać. Pierwsze zdjęcia powstały późną wiosną 2017 roku. Gdy wszystko było już w miarę gotowe, a emisja wstępnie zaplanowana na zimę 2018, przystąpiłem do ostatniego etapu prac, czyli odpytania zarządu Wisły. Pytania z prośbą o rozmowę wysłałem w grudniu 2017 roku do ówczesnej rzecznik klubu Olgi Tabor-Leszko. Zaczęło się grzecznie: pani Olga na początku tłumaczyła, że są bardzo zajęci, bo koniec roku, okienko transferowe i tak dalej. Potem wysłała serię absurdalnych maili, w których tłumaczyła, dlaczego zarząd nie będzie ze mną rozmawiał, przy czym tak się zapętliła w swoich pseudowyjaśnieniach, że w mailu z 19 stycznia 2018 roku stwierdziła, iż zarząd chciał ze mną rozmawiać, ale to moja wina, że do rozmowy nie dojdzie, bo nie współpracuję z klubem. Przypomnę tylko, że pani Olga nie miała doświadczenia uprawniającego do bycia rzecznikiem. Ale była koleżanką Marzeny S. i bardzo pomagała jej w przeszłości w prowadzeniu kancelarii 248
radcy prawnego, więc teraz mogła się sprawdzić na nowym stanowisku. Na jej usprawiedliwienie mogę dodać, że nigdy nie polubiła tej pracy i bez żalu z niej zrezygnowała w maju 2018 roku. Do dziś ma żal do Marzeny S. za kłopoty, w jakie ta ją wpakowała. Wiedziałem, że ktoś pomaga klubowi w ogarnięciu bałaganu, który mógł spowodować mój materiał. Ale nie spodziewałem się, że można to robić tak głupio i drogo. Od czerwca 2017 roku władze Wisły współpracowały z krakowskim piarowcem zajmującym się komunikacją kryzysową. Polecił go Robert Czekaj, mąż Marzeny S. Bardzo zabawnie – chociaż z punktu widzenia finansów Wisły nie ma w tym nic śmiesznego – wyglądały negocjacje dotyczące współpracy. Piarowiec rzucił sumę dużo wyższą od standardowych stawek, licząc, że trochę się potarguje, trochę odpuści, ale i tak dogada się na porządną kwotę. Targów nie było – usłyszał od razu „OK” i wyszedł z umową na 7 tysięcy złotych netto. O takim podejściu do biznesu władz Wisły opowiadało mi kilka osób. Dobrze się wydaje nie swoje pieniądze... Nawet wtedy, gdy wyrzuca się je w błoto. Bo rad piarowca trzeba jeszcze słuchać, nie tylko za nie płacić. A w Wiśle było z tym średnio. Podczas derbów w sierpniu 2017 roku kibole Wisły przygotowali oprawę nawiązującą do zabijania kibiców Cracovii. Cmentarz, nagrobki, do tego hasło „Boże, miej litość nad naszymi wrogami, bo jak widzisz, my jej nie mamy”. Doradca poleca natychmiast odciąć się od patologii. „Nie możemy się od nich odciąć, to nasi żywiciele” – słowa Damiana D. brzmią kuriozalnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że oprawy na stadionie przygotowywało Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków za pieniądze, które dostawało od klubu. Dopiero gdy temat podchwyciły media, a władze ligi zapowiedziały kary, klub stwierdził, że w Wiśle nie ma akceptacji dla zachowań nawołujących do nienawiści. 249
Co z tego, że piarowiec przygotował program odwołujący się do historii Białej Gwiazdy oraz legend klubu, skoro nikt nie wdrożył go w życie. W pewnym momencie współpraca ograniczyła się do szkolenia rzecznik Wisły Olgi Tabor-Leszko, która zostając rzecznikiem, nie miała pojęcia o realiach tej pracy. Gdy pod koniec 2017 roku wysłałem pytania do Wisły, władze klubu sięgnęły po rady speca od komunikacji kryzysowej. Tak się składa, że piarowiec wynajęty przez Wisłę poznał mnie parę lat wcześniej od jak najgorszej strony. Pracowałem wówczas w krakowskim oddziale „Gazety Wyborczej” i z Małgorzatą Wach stworzyliśmy duet, który napsuł krwi różnym krakowskim układom. Z takimi informacjami piarowiec wynajęty przez Wisłę idzie na spotkanie z zarządem. „Jadczak wam nie odpuści, napsuje mnóstwo krwi. Im bardziej będziecie przed nim uciekali, tym gorzej dla was. Rekomenduję spotkanie i rozmowę przed kamerą” – usłyszeli Marzena S. i Damian D. Doradca zaproponował trening przed kamerą, „na sucho”, żeby przygotować ich do trudnych pytań. Prezes odmówiła. „Nie, nie, nie. Żadnych spotkań”. Bała się dziennikarzy. Miała obsesję, że wszyscy są przeciwko niej, że spiskują i próbują ją zaatakować za wszelką cenę. Nie ufała nawet ludziom z redakcji przyjaznych Wiśle. A co dopiero wrogiemu TVN. Nagle jednak Marzena S. zmieniła zdanie. Kazała wyznaczyć spotkanie ze mną na koniec stycznia 2018. Z rozmów z ludźmi z klubu i z korespondencji mailowej wynika, że władze Wisły postanowiły sobie ze mnie zadrwić. Jeszcze w poniedziałek dogrywałem z rzeczniczką klubu szczegóły środowego spotkania, a we wtorek o 13.53 dowiedziałem się, że zmieniono je w konferencję prasową dla wszystkich chętnych. Marzena S. dziś zapewnia, że wynikło to z nieporozumienia z Olgą Tabor-Leszko, ale moi rozmówcy podkreślają, że rzeczniczka nie podejmowała żadnej decyzji bez zgody 250
zarządu i na pewno nie umawiałaby ważnego spotkania bez wiedzy pani prezes. To miał być taki pstryczek dla upierdliwego dziennikarza – Marzena S. poczuła, że może sobie na to pozwolić, bo wydawało jej się, że właśnie załatwiła dla Wisły inwestora i ten news przykryje „wymysły” TVN. Tym inwestorem miał być Paul Bragiel. Sęk w tym, że amerykański biznesmen polskiego pochodzenia ani przez chwilę nie chciał przejąć Wisły. Do Wisły skierował go Polak mieszkający w Londynie i pracujący w City. W luźnych rozmowach z zarządem Wisły Bragiel stwierdził, że może przemyśleć zakup kilku procent udziałów w klubie za kilkaset tysięcy dolarów. Doszło do paru spotkań, w tym kolacji, podczas której okazało się, że Bragiel jak chce, to dość dobrze mówi po polsku, a na pewno wszystko rozumie. Biznesmen obejrzał mecz Wisły, spotkał się z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowskim – co załatwił niezbędny w takich momentach Ludwik Miętta-Mikołajewicz (przy okazji Marzena S. kolejny raz podpadła Majchrowskiemu, bo wprowadziła prezydenta w błąd, przedstawiając Bragiela jako nowego udziałowca Wisły) – poopowiadał o tym, jakie to znane firmy ściągnie do Krakowa i tyle. Potem kontakt Bragiela z Wisłą się urwał. (Później Bragiel jeszcze kilka razy pytał mnie, co z Wisłą i w jakim kierunku zmierza klub. Wspomniał nawet, że chciałby się zaangażować w klub, ale nie ma na to dostatecznie dużo czasu). A kibice do dziś opowiadają sobie żarty, jak to Bragiel od kiboli Wisłę przejmował. W styczniu 2018 roku Marzena S. była przekonana, że Amerykaninem skutecznie przykryje „Miśka” (którego wtedy poszukiwała policja za kierowanie gangiem). Była tego tak pewna, że zrezygnowała z treningów przed kamerą i jakichkolwiek przygotowań z opłacanymi przecież za ciężkie pieniądze doradcami. Przygotowała na konferencję przemówienie, które piarowiec uznał jednak za nienadające się do wygłoszenia, więc ostatecznie zgodziła się przyjąć pomoc profesjonalistów. 251
Nowe przemówienie napisał jej dziennikarz TVP (a inny dziennikarz TVP załatwił jej występ w programie lifestylowym swojej stacji). Marzena S. przez sześć godzin ćwiczyła występ na konferencji. Podczas spotkania z dziennikarzami prezes Wisły pochwaliła się inwestorem i zapewniła, że z „Miśkiem” nie ma nic wspólnego. W redakcji uznaliśmy, że nie mogę zadać przy innych mediach szczegółowych pytań dotyczących moich ustaleń, bo spalę temat. Zostało mi przysłuchiwanie się konferencji. Wszystko przebiegało bez większych zaskoczeń – aż tu nagle dziennikarz zaprzyjaźniony z zarządem pyta Damiana D., czy to prawda, że właśnie zrezygnował z prezesowania Stowarzyszeniu Kibiców Wisły Kraków. „Bardzo dziękuję za to pytanie. Tak, to prawda” – odpowiedział Damian D. Ludzie z zarządu powiedzieli mi potem, że to była ustawka. Dziennikarz został poproszony o zadanie takiego pytania, a Damian D. dzięki temu, że publicznie obwieścił swoją dymisję, mógł się odciąć od powiązania z kibolami. Jeden z moich rozmówców z władz Wisły z uśmiechem opowiadał, że takie rzeczy zaprzyjaźnieni dziennikarze robili za darmo. Do szczęścia wystarczało im, że ktoś z klubu czasem podrzucił im jakiegoś newsa. Oczywiście tylko takiego, który nie szkodzi Wiśle. Efektem konferencji była fala hejtu, która wylała się na mnie w sieci. Stada oczadzonych kibiców Wisły i zwykłych trolli powiązanych z klubem zaczęły uprzykrzać mi życie. Próbowano sprzedać historię o tym, że bezpodstawnie nękam Paula Bragiela i zarząd klubu. Bzdurami wypisywanymi w sieci się nie przejmowałem, ale musiałem wymyślić, jak w końcu dorwać ludzi z zarządu i zadać im przed kamerami niewygodne pytania. Kilka miesięcy później krakowski piarowiec podziękował Wiśle za współpracę, bo nie mógł doprosić się zapłaty 252
kolejnych faktur. Na początku września 2019 roku Wisła zalegała mu kilka tysięcy złotych.
O nic zarząd Wisły nie dbał tak bardzo jak o swój wizerunek. Rzecznik prasowy, jedna firma PR, druga firma PR. Na tym nie oszczędzano. W maju 2018 roku władze Białej Gwiazdy zdecydowały się na wynajęcie znanej warszawskiej firmy zajmującej się public relations. Na jej czele stoi człowiek, który od lat doradza politykom z pierwszych stron gazet, najbogatszym Polakom i największym przedsiębiorstwom. Pewien magazyn napisał, że jest on jednym z najskuteczniejszych spin doctorów w kraju. Według innej gazety mężczyzna miał pomagać przed laty bohaterom afery hazardowej. Nic dziwnego, że za usługi takiej osobistości Wisła musiała słono zapłacić. Umowa z warszawskim piarowcem obowiązywała od maja do listopada 2018 roku. Za pierwsze dwa miesiące jego firma dostała 72 tysiące złotych (36 tysięcy za miesiąc prac). Za kolejne działania miała skasować po 18 tysięcy miesięcznie – tych pieniędzy Wisła do września 2019 roku nie zapłaciła, bo nowy zarząd podważa zasadność tych wydatków, ale możliwe, że będzie do tego zmuszona. Sprawę ma rozstrzygnąć sąd. Co zarząd Białej Gwiazdy dostał za te pieniądze? Trudno powiedzieć. Bo zakładam, że to nie ta warszawska spółka doradzała uciekanie przed dziennikarzami, unikanie odpowiedzi na trudne pytania i kłamanie w żywe oczy podczas nielicznych konferencji prasowych i wywiadów – a tak latem 2018 roku wyglądała polityka komunikacyjna Wisły Kraków. Za to w tamtym czasie uaktywnił się ktoś, kogo działania nazwalibyśmy czarnym PR: rozpytywał wśród moich znajomych, szukał na mnie haków z życia prywatnego, rozpuszczał w internecie plotki o jakimś rzekomo przegranym przez mnie procesie, próbował też dotrzeć do moich przełożonych 253
w TVN, żeby powstrzymać emisję reportażu. Oczywiście to kompletny zbieg okoliczności i na pewno nie ma żadnego związku z umową Wisły Kraków z warszawską agencją PR. O żadnym blokowaniu materiału nie było mowy, haki na prostego chłopaka z Radomia też się nie znalazły. „Oficjalnie pan od PR z Warszawy miał zajmować się doradztwem w zakresie PR i pomocą dla rzecznika prasowego. [Od lipca 2018 roku, po odejściu Olgi Tabor-Leszko, która przestała się dogadywać z Marzeną S., rzecznikiem klubu była Iwona Stankiewicz, żona ówczesnego członka rady nadzorczej Mateusza Stankiewicza. Pomoc rzeczywiście była jej potrzebna, bo poprzednie siedem lat Stankiewicz przepracowała w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa – S.J.]. Ale nieoficjalnie zarząd dostał obietnicę, że piarowiec pomoże ogarnąć materiał Superwizjera. Próbował robić coś przed emisją reportażu, po emisji konsultował już tylko jakieś rzeczy w klubie. No i zszedł ze stawki, bo sukcesami to raczej nie mógł się pochwalić” – wspomina pracownik Wisły. Kolejnym sposobem na wyprowadzanie kasy z klubu były umowy ze Stowarzyszeniem Kibiców Wisły Kraków. Znalazłem dwie. Pierwsza, z maja 2015 roku, przewidywała, że SKWK będzie dostawało złotówkę od każdego sprzedanego biletu. Druga została zawarta w czerwcu 2016 roku, gdy już było wiadomo, że klub zaraz zmieni właściciela – rzutem na taśmę podpisano dokument gwarantujący SKWK dwa złote od każdego biletu. O te pieniądze kibole upominali się nawet wtedy, gdy Wisła już upadała, w grudniu 2018 roku. Po meczu z Lechem do klubu przyszło trzech sharksów po działkę dla stowarzyszenia. Władze przekazały już dostęp do kont Vannie Ly i jego ludziom, którzy niby kupili klub, więc nie można było zrobić przelewu. Ale wydano im w gotówce 40 tysięcy z utargu za bilety. Ostatnie pieniądze jakie były w kasie... Pieniądze od Wisły otrzymywała także firma Roberta Czekaja, męża Marzeny S., oraz powiązana z nią firma jego 254
współpracownika, które zajmowały się między innymi drukowaniem programów meczowych oraz klubowego magazynu „R22”. Jak wynika z dokumentów zabezpieczonych przez prokuraturę, w latach 2016–2018 firmy Ikropka oraz Ekropka otrzymały z kasy Wisły 190 tysięcy złotych. W lutym 2019 roku Robert Czekaj tłumaczył dziennikarzom Onetu, że współpraca z Wisłą jego firmie się nie opłacała.