Skip to main content

Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy

Page 1

Sylwia Winnik

TYLKO PRZEŻYĆ Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy

Wydawnictwo Znak K R A KÓW 2 019


Projekt okładki Paweł Panczakiewicz Panczakiewicz ART. Design www.panczakiewicz.pl Fotografia na 1. stronie okładki Shutterstock, SpeedKingz Fotografia na 4. stronie okładki oraz zdjęcia wewnątrz książki pochodzą z archiwum prywatnego bohaterów Fotografia autorki na 4. stronie okładki Jan Wołoszczuk, EFEKT STUDIO Redakcja Dorota Gruszka Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Barbara Gąsiorowska Jadwiga Grell Łamanie Piotr Poniedziałek

Copyright © by Sylwia Winnik © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o. 2019 ISBN 978-83-240-5520-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


Spis treści

Wstęp  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Życie jest walką. Agata  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 Żołnierskie serce. Jan  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 60 metrów samotności. Sebastian  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57 Ziemia wojny. Paweł  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 75 Kochaj i bądź cierpliwa. Marzena  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 95 Krótkie spodenki. Darek  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111 Ucieczka od rodziny. Patryk  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 133 Spotkanie na końcu świata. Maylo  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 139 Dwa kręgi piasku. Andrzej  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 153 Na pierwszym froncie. Agnieszka  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 169 Nie każdy urodził się żołnierzem. Leszek  . . . . . . . . . . . . . . . . 181 Misja jest jak narkotyk. Paweł  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 193 Muszę być silna. Urszula  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 217 Puzzle. Mariusz  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 225 Palec Boży. Blasius  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 249 Krwawe święto Aszura. Janusz  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 261 Podziękowania  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 285


ŻYCIE JEST WALKĄ AGATA Wiek: 40 lat Żona od 14 lat Matka trojga dzieci


Codzienność ulicy


J

an wrócił z Iraku zdecydowanie za późno, w przeddzień naszego ślubu, który oczywiście się nie odbył. Byłam wściekła! Co tam wojna, wojsko, służba! Do cholery, ślub miałam brać! Pytam, wtedy jeszcze narzeczonego, czy wie, co się dziś miało wydarzyć, a on mi na to z uśmiechem, że nie. Zadowolony – wrócił do domu, słońce świeci. Ponowiłam pytanie, uderzając go w twarde, silne ramię – z pewnością nawet nie poczuł, choć starałam się bić mocno, by go zabolało. Nie mogłam nad sobą zapanować. Nie dość, że wszystko musiałam sama zorganizować, to jeszcze on się spóźnia na ślub, a nawet zapomina, że miał się odbyć. Gdy się wreszcie zorientował, zrobiło mu się przykro, ale niełatwo mu przyszło mnie udobruchać. Ostatecznie ustaliliśmy nowy termin ślubu. Bardzo go kocham. Do wszystkiego staram się podchodzić z dystansem, choć bywają chwile, w których emocje biorą górę.

Na pierwszą misję, do Iraku, Jan wyjechał zaraz po tym, jak tylko się poznaliśmy, nie mieszkaliśmy nawet razem. Dopiero po powrocie odkryłam w nim strasznego bałaganiarza i zapominalskiego. Gubił klucze, pieniądze, dokumenty. Pomyślałam, że przecież pierwsze, co on zrobi na misji, to zgubi broń, po czym go zastrzelą i zginie z roztargnienia. I będzie po Janku!


16

Życie jest walk ą

Bardzo się zdziwiłam, gdy pewnego dnia zabrał mnie do swojej kancelarii. Już po przekroczeniu bramy jednostki zauważyłam, że jego postawa się zmienia. Wyprostował się, twarz spoważniała, zrobiła się jakby bardziej surowa. A w kancelarii? Porządek! Wszystko poukładane jak od linijki. Nie wierzyłam własnym oczom. „To on tak umie?”, pomyślałam. Uspokoiłam się wtedy. Wiedziałam, że zna granicę między tym, gdzie można, a tym, gdzie nie wolno pod żadnym pozorem pozwalać sobie na roztargnienie. Przed jego kolejnym wyjazdem do Afganistanu powiedziałam tylko:  – Pamiętaj, że masz dziecko. Musisz do niego wrócić, rozumiesz? A gdy będą cię wysyłać na niebezpieczną wyprawę, masz powiedzieć, że udajesz kaktusa. A kaktusów się nie wysyła na misje. Albo dodaj, że żona ci nie pozwoliła. [Agata unosi ręce do góry i udaje kaktusa, śmiejąc się]. Ponoć raz tak zrobił. Patrzyli na niego jak na wariata.  – Co ty wyczyniasz? – zapytał major.  – Jestem kaktusem – odparł Janek.

– Pam, pam, pam, pam Binladen, Binladen – naśmiewał się ze mnie mój brat, gdy dzwonił z pracy z zagranicy. Wiedział, że bardzo przeżywam wyjazdy Janka, choć nie daję tego po sobie poznać.  – Przestań! – krzyczałam przez telefon. Podczas wyjazdów męża nie oglądałam wiadomości. Często, gdy nikt nie widział, siedziałam zamyślona, niepokoiłam się, czy u niego wszystko w porządku. Zwłaszcza gdy nie dzwonił, nie odzywał się. Pewnego dnia skontaktował się ze mną i powiedział:  – Słuchaj, Agatko, wyjeżdżam na kilka dni, nie mogę ci powiedzieć gdzie ani po co. Nie martw się, gdy tylko wrócę, zadzwonię.  „Jak mam się nie martwić?!”, pomyślałam. Pamiętam, że to były jedne z najgorszych chwil podczas jego nieobecności. Nie było z nim żadnej łączności. Naprawdę nie dzwonił przez jakiś czas, a ja panikowałam. Lecz tylko w środku. Tylko ja wiedziałam, jak wielki jest mój


Agata

17

strach. Starałam się nie okazywać go przed innymi. Panikę wywoływały chociażby rozmowy z siostrą męża. Dzwoniła do mnie i ciągle dopytywała:  – Dzwonił? Dał ci znać? A jak się coś stało?  – Nie wiem – odpowiadałam. – Obiecał, że zadzwoni, i ma zadzwonić. Bo jak mu się coś stanie, to nie wiem, co mu zrobię! Starałam się nie dopuszczać do siebie myśli, że coś złego mogłoby się zdarzyć na jego patrolu. Szukałam pozytywnych emocji, choć czasem naprawdę nie było skąd ich brać. Tuż przed wyjazdem do Afganistanu pojechaliśmy nad morze i Janek na plaży zgubił obrączkę. Uznałam, że to znak. Powiedziałam mu, że jeśli jej nie znajdzie, nie puszczę go na misję. Biedak spędził pół nocy na plaży z latarką. Nie mam pojęcia, jak tego dokonał, bo to szukanie niczym igły w stogu siana, ale, o dziwo! znalazł tę obrączkę. Uspokoiłam się.  – Dobra, to jedź – powiedziałam zaczepnie.

W marcu 2004 roku, gdy Janek był w Iraku, na moich rękach umarł mój tata. Odchodził długo. Nie zapomnę tego do końca życia, to chwile wyryte w mej pamięci jak w kamieniu. Jan był wtedy daleko, ja zaś zrozumiałam, że muszę liczyć przede wszystkim na siebie. Stwardniałam wewnętrznie. Jakby tata przygotował mnie na to, co się dopiero miało wydarzyć; bez tej siły nie poradziłabym sobie.

Najgorszy czas w naszym życiu rozpoczął się 19 kwietnia 2013 roku. Ten dzień odmienił wszystko. Janek pracował wtedy w Lublińcu w jednostce. Przyjeżdżał na weekendy po to, by w poniedziałek z samego rana wyjechać i dotrzeć do pracy na 7 rano. Tego ranka poszłam na badania z młodszym synkiem. Karol miał około roczku. Wyniki okazały się fatalne. Na sygnale zawieziono nas do Wrocławia,


18

Życie jest walk ą

gdzie zamieszkaliśmy na blisko rok. Białaczka. Przez pierwszy miesiąc nie wychodziłam ze szpitala. Karolek przebywał na zamkniętym oddziale za szklaną szybą oddzielony od świata i bakterii. Lekarz powiedział, żebym przywiozła Bartka, by zdążył się pożegnać z bratem. Powiedział, że mój synek nie przeżyje.  – Nikogo nie będę przywozić – oświadczyłam twardo. – Nikt nie będzie się żegnać. Mój syn nie umrze, i koniec. Nie odchodziłam od niego nawet na chwilę. Sikałam na stojąco. Przez miesiąc właściwie nie spałam. Nie wiem, jak tego dokonałam. Usłyszałam kiedyś, że dzieci umierają, gdy nie ma przy nich rodzi­ców, bo mają spokój i mogą odejść, a starsi i rodzice umierają z rodziną, bo właśnie wtedy są spokojni i szczęśliwi, bo dopiero w gronie bliskich czują, że ich życie miało sens. Wszystko się we mnie gotowało. Czasami leżałam na fotelu przy Karolku, ale nie spałam. Czuwałam. Kiedy mąż przychodził do pokoju, pielęgniarki mówiły do niego:  – Cicho, bo żona wreszcie zasnęła.  – Spokojnie, nie śpię. Mam tylko zamknięte oczy – odzywałam się. Jan przyjeżdżał bardzo często. Gdy był we Wrocławiu, spał albo w hotelu, albo w samochodzie, aby być bliżej i w razie potrzeby szybciej do nas przybiec. Bardzo mnie wspierał. Wywrócił wtedy do góry nogami całe swoje żołnierskie życie. Bardzo pomagała nam też rodzina. Ciocia Madzia, nasz anioł stróż. Dopiero po miesiącu przyjechałam po raz pierwszy do domu do Bartka, który przez cały ten czas był pod opieką ciotek lub babci. Po miesiącu przenieśli Karolka na oddział, gdzie przebywaliśmy z innymi dziećmi. Niektóre matki w szpitalu poddawały się, obserwowałam je i byłam przerażona. Myślałam: „Skoro one są tak słabe, to kto ma dać siłę ich dzieciom!”.  – Weź się w garść – mówiłam. – Idź na krótki spacer, przewietrz się, zjedz coś, a ja popilnuję dzieci. – I tak robiłam. Opowiadałam


Agata

19

dzieciom bajki, żartowałam, bawiłam się. Kiedy czuły się lepiej, biegaliśmy wokół łóżek, a podczas zabawy w chowanego ukrywały się w szafach. Na oddziale choć na chwilę robiło się wesoło, dawał się słyszeć nieczęsto tam słyszany śmiech. Warunki w szpitalu były okropne. Jadłam na stojąco przy parapecie z widokiem na cmentarz. Krzepiące, prawda? „Moje dziecko żyje – powtarzałam w myślach. – Jestem silna i dam mu tę siłę. Jest sucho i ciepło. W Auschwitz mieli gorzej”. Starałam się też pomagać ludziom dookoła siebie. Nie skupiałam się tylko na chorobie własnego dziecka, bo tam wielu potrzebowało wsparcia. Po tym najgorszym czasie wróciliśmy do domu. Sama podawałam Karolowi chemię, sama musiałam obliczać dawkę leku w odniesieniu do liczby leukocytów każdego dnia. To było stresujące. Ale wygraliśmy. Karol wygrał. Po roku wróciłam szczęśliwa do pracy. Obiecałam Bartkowi – za jego dzielność i za to, że znosił mój brak czasu dla niego – że w nagrodę sam wybierze miejsce wakacji. Pojedziemy, gdziekolwiek zechce. Mógł wybrać dowolny hotel. Padło na Bułgarię. To były piękne wakacje. Pojechaliśmy we czworo, a wróciliśmy w piątkę. Zaszłam w ciążę i niedługo później na świecie pojawiła się Ania. Nasza córeczka urodziła się chora. Zdiagnozowano u niej wiotkość krtani, niedosłuch. Nie wiadomo do końca, na co choruje. Na szczęście intensywna terapia i rehabilitacje pomagają, jest coraz lepiej. Kiedy przeżywaliśmy najgorsze chwile, czułam ogromne wsparcie ze strony męża. Teraz, gdy mamy tak dużo zajęć z dziećmi, gdy Janek dostrzegł, ile pracy wymaga prowadzenie domu, zrezygnował z pracy w wojsku, choć wiem, że chętnie pojechałby na misję. Jest zdziwiony, że rodzina to taka pochłaniająca i odpowiedzialna praca. Gdy podjął decyzję, że nie wraca do wojska, przyznaję, iż trochę się obawiałam naszego wspólnego życia. Do tej pory Jan od poniedziałku do piątku był poza domem, przyjeżdżał tylko na weekendy.


20

Życie jest walk ą

Miałam dokładnie poukładane obowiązki i sprawy. Oczywiście brakowało mi go, cieszyłam się na jego obecność, wsparcie i pomoc. Ale przebywanie ze sobą przez cały czas to było dla nas coś nowego. Niezwykłe, jak rozłąka może zmieniać postrzeganie świata i życia ro­ dzinnego. Dziś jesteśmy szczęśliwą rodziną. Lekko zaganianą, radosną gromadką bardzo wspierającą się nawzajem. Karolek twierdzi, że chce zostać lekarzem i żołnierzem. Takim lekarzem, który „nie będzie leczył boleśnie dzieci”. Z pewnością w jakimś stopniu pamięta, przez co przeszedł, gdy chorował. Gdyby został żołnierzem, byłabym z niego bardzo dumna! A Bartek jest dwunastoletnim, dojrzałym i bardzo mądrym chłopcem. Ania daje nam wiele radości i uczy cierpliwości, czekania na każdą malutką choćby poprawę jej zdrowia. No i mamy siebie. Cieszymy się wspólnym czasem, bo kto wie, dokąd nas życie jeszcze popędzi… Mąż jest dobrym, empatycznym człowiekiem, troskliwym ojcem. Nigdy nie powiedziałabym mu, żeby nie jechał na misję. Wiem, że gdybym się uparła, toby mnie posłuchał. Lecz nie mogłabym tego zrobić. On jest do nich stworzony, są dla niego niczym powietrze. Jest żołnierzem z krwi i kości. Parę lat temu przeszedł na emeryturę. Może kiedyś wróci do służby, ale teraz chce być blisko rodziny. Ze swoją wiedzą Janek mógłby mieć dobrą, bezpieczną pracę za biurkiem, ale on może być albo żołnierzem, który podejmuje się wyzwań i wystawia na niebezpieczeństwa, albo w ogóle nie pracować. Jan najczęściej nie opowiadał mi o swoich misjach, przynajmniej nie o trudnych i niebezpiecznych sytuacjach. A ja nie pytałam. Przez telefon, gdy coś się działo, najczęściej wspominał tylko: „Napadli nas, ale przeżyliśmy”. I to było najważniejsze. Nie szczegóły. Nie kto. Nie jak. Nie dlaczego. Nie że był bliski śmierci – tylko, że przeżył. Kiedy mąż był w Afganistanie, Bartek miał około półtora roczku. Nie chciał rozmawiać z tatą przez telefon. Płakał, krzyczał, że on chce


Agata

21

naprawdę. Denerwował się. Wiedziałam, że Jankowi jest przykro. Też płakał. Bardzo mu zależało na relacjach z synem. Kiedy wspominam te kontakty telefoniczne, przypomina mi się jedna zabawna sytuacja. Kiedy mąż był na misji, życie na miejscu toczyło się swoim torem. Czasami trzeba było załatwić przez telefon jakieś sprawy bankowe lub urzędowe. Podczas jednej z takich rozmów ciągle nam przerywano. Wiedzieliśmy, że rozmowy są na podsłuchu, kontrolowane, jednak przecież nie racjonowane, bez przesady. Zaczynałam mówić… tłumaczyć, o co mi chodzi, a jakaś kobieta bez przerwy wcinała się w naszą rozmowę:  – Proszę kończyć! – Na co ja ponawiałam swoją wypowiedź, wiedząc, że mamy jeszcze chwilkę, gdy ona znów swoje: – Proszę kończyć! – Przerywała tak kilka razy, choć nie przekroczyliśmy nawet czasu przeznaczonego na rozmowę.  – Skończę, kurwa, kiedy będę chciała! – krzyknęłam wreszcie. Wtedy nas rozłączyło. Nikt nie wyprowadził mnie tak z równowagi jak ona!

Chociaż chciałabym, aby Jan wrócił jeszcze do zawodu, cieszę się, że podjął taką, a nie inną decyzję o przerwie w karierze. Ja przecież też mam swoje ambicje, pracę i chcę się realizować. Z radością poświęcam się rodzinie, ale ileż można robić to w pojedynkę? Każda kobieta rozumie, że życie jest walką, niekiedy bardzo trudną. Na szczęście mąż nie miał problemów z PTSD. Tylko jeden raz przeżyliśmy sytuację, w której zachował się instynktownie. Staliśmy w naszym rodzinnym mieście pod wiaduktem. Był korek. Czekaliśmy na zielone światło, gdy z oddali dobiegał dźwięk nadjeżdżającego pociągu, który miał przejechać po wiadukcie. Nagle Janek cały zesztywniał i wzrok mu się jak gdyby wyostrzył. Jak sam później opowiadał, poczuł, że od kolan w dół stracił czucie w nogach.  – To tylko pociąg – powiedziałam.


Życie jest walk ą

22

Janek opowiadał, że taki sam hałas wywołuje wybuch z rakiety, a dokładnie: jej podmuch. Ten dźwięk w Iraku mógłby oznaczać niebezpieczeństwo. Gdy się poznaliśmy, Jan był już żołnierzem. Mam czasami wrażenie, że urodził się w mundurze. Historie rodzinne opowiadane przez jego rodziców jednoznacznie na to wskazywały. Od dziecka bawił się w wojnę i ponoć nawet powtarzał jakiś wierszyk, którego ostatni wers brzmiał: „Ojczyźnie będę służył”. Nikt chyba tak naprawdę nie wierzył, że Janek zostanie zawodowym żołnierzem. W końcu każdy chłopiec chce być policjantem, strażakiem albo żołnierzem. Mama zawsze była z niego dumna. Teraz Jan nieustannie ogląda wiadomości, wyszukując informacji o wojnach toczących się gdzieś na świecie. Jego zamiłowanie do wojny, broni i wojska nie minęło. Żartuje czasami, że nawet dom, który wybudujemy, będzie miał schron. Jedno jest pewne: życie z Janem przekonało mnie, że mogę mu ufać i czuć się przy nim bezpiecznie. Nasze życie to ciągła bitwa, którą jak dotąd wygrywamy. Mogłoby się wydawać, że żołnierze są tylko twardzielami. Ale tak nie jest. Gdy Karol zachorował, jednostka wojskowa, w której pracował mój mąż, Lubliniec, mocno zaangażowała się w pomoc, nie tylko nam, ale też pozostałym dzieciom ze szpitala, gdzie przebywał nasz synek. Zbierano krew dla chorych, zorganizowano też dzień otwarty u siebie. Myśleliśmy, że te biedne małe dzieci, osłabione chemią i chorobą, nie będą chciały korzystać z tego, co wojsko dla nich przygotowało. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy dzieciaki chętnie wchodziły do czołgów i z radością ruszyły na przejażdżkę rosomakiem. Można było także zjechać na tyrolce1 z dziesięciometrowego budynku czy postrzelać na strzelnicy. Później był poczęstunek, a dowódca przygotował pamiątkowe koszulki dla dzieci. Miałam wtedy okazję obserwować, jak komandosi, silni i wysportowani mężczyźni, stają się Rodzaj trawersu linowego.

1


Agata

23

troskliwymi opiekunami, którzy trzymając w rękach talerz, proponują dzieciom słodkim głosem:  – Zjesz ciasteczko? Pamiętam, że dowódca jednostki pięknie rzekł wtedy:  – Te dzieci są po niejednej wojnie. Tak właśnie było. Gdzieś tam daleko od nas toczą się wojny. Nasi mężowie, partnerzy jeżdżą w niebezpieczne rejony świata i pomagają innym. A tu, w kraju, przecież też toczy się niejedna bitwa, i często również o życie. I nie zawsze bywa wygrana.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Tylko przeżyć. Prawdziwe historie rodzin polskich żołnierzy by SIW Znak - Issuu