ARSÈNE
WENGER Autobiografia
Przekład Bartłomiej Łopatka
Znak Horyzont Kraków 2021
Tytuł oryginału Arsène Wenger. Ma vie en rouge et blanc Copyright © 2020 Arsène Wenger
Projekt okładki Marcin Słociński Fotografia na okładce Getty Images Opieka redakcyjna Robert Medina Adiustacja Krzysztof Grzegorzewski Korekta Joanna Kłos Projekt typograficzny i łamanie Edycja
© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2021 © Copyright for the translation by Bartłomiej Łopatka, 2020
ISBN 978-83-240-7857-8
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU
Spis treści
1. Dziecko, które śniło o piłce.. . . . . . . . . . . . . 2. Chłopak, który grał w piłkę. . . . . . . . . . . . . 3. Pierwsze lata jako trener AS Cannes i AS Nancy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 4. AS Monaco FC. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5. Japonia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6. Życie w Arsenalu.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7. Życie po Arsenalu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
19 37 55 79 109 129 233
8. Spis ilustracji.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 251 9. Podsumowanie kariery.. . . . . . . . . . . . . . . . 253 10. Indeks nazwisk.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 261
1. Dziecko, które śniło o piłce
M
oje pragnienia zawsze były intensywne, choć nie wiedziałem, skąd to się brało. Ich źródło bije z pewnością w Duttlenheim, alzackiej wiosce, gdzie dorastałem, leżącej kilka kilometrów od Strasburga. Dzisiaj już nie istnieje, czas wszystko zmienił. Jestem dzieckiem innego wieku i epoki. Drogi, które znałem i na których po raz pierwszy grałem w piłkę, ludzie, którzy mnie wychowali i wśród których dorastałem, boisko, gdzie rozgrywaliśmy mecze naszego klubu, panująca tam atmosfera, sposób, w jaki dzieci dorastają – to wszystko się zmieniło. Duttlenheim było wioską rolników, a konia traktowano w niej jak króla. Mieszkało tam trzech kowali – dzisiaj nie ma już żadnego. Pochodzę z tego świata, z wioski przypominającej wyspę, a człowiek, jakim się stałem, piłkarz, myślący tylko o piłce trener, jakim byłem, został ukształtowany przez ducha tego miejsca i ludzi, którzy tam żyli. Dorastałem w świecie zdominowanym przez kult wysiłku fizycznego. 21
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
W tamtych czasach wiejska społeczność była bardzo zamknięta – podobnie wyglądało to we wszystkich wioskach w Alzacji – i zdominowana przez religię. Mieszkańcy znali się i zwracali do siebie po nazwisku. My byliśmy „Metzami”. Życie toczyło się w przestrzeni wyznaczanej przez bistro, szkołę, kościół, merostwo, sklepy i stadion leżący dwa kilometry od dworca, gdzie nikt nigdy nie chodził: po co wyjeżdżać z wioski, w której wszyscy sobie pomagają? Otaczały ją pola, na których spędzałem sporo czasu, także w weekendy i podczas wakacji. To tam nauczyłem się pracy, wypasania krów, tak jak robili to moi dziadkowie i przyjaciele rodziców. To był świat chłopów, w którym szanowano i podziwiano siłę fizyczną. Wszyscy znani mi ludzie uprawiali ziemię i się z niej utrzymywali, a ja ich kochałem. Oczywiście żyli skromnie. To było rolnictwo samowystarczalne, głównie polegające na uprawie tytoniu, pszenicy, żyta, buraków i ziemniaków. A także rolnictwo bez traktorów (pierwszy ciągnik pojawił się w wiosce w 1963 roku, kiedy miałem czternaście lat), bazujące wyłącznie na sile ludzi i koni. Dziadkowie od strony ojca mieli jednego konia – posiadanie dwóch świadczyło o bogactwie. Mieszkańcy wioski byli twardymi, małomównymi ludźmi, którzy w każdy niedzielny poranek chodzili na mszę, a bistro rodziców odwiedzali, kiedy 22
1. Dziecko, które śniło o piłce
tylko mogli. Czternastolatkom dawano papierosa i zegarek – uznawano, że w tym wieku chłopak stawał się mężczyzną, powinien rzucić szkołę i iść do fabryki albo codziennie pracować w polu. Wioska była dla tych ludzi całym światem. To tam rodziły się przyjaźnie i miłości, to tam pracowali, to tam dorastało ich potomstwo. W tym zamkniętym świecie my, dzieci, byłyśmy wolne, nie bałyśmy się i ufałyśmy sobie wzajemnie. Często jednak nasze wygłupy i przewiny od razu karano, bo mieszkańcy informowali się o nich nawzajem. Religia dostarczała jasną wizję prawa, moralności i prawdy. Wszyscy byliśmy dziećmi wioski, dorastaliśmy na ulicy i polach, ale mieliśmy inne marzenia. Mój ojciec był typowym mieszkańcem tej osady, człowiekiem racjonalnym, zakorzenionym w tym miejscu, ciężko pracującym i religijnym, na wskroś dobrym i wyrozumiałym. Przekazał mi wartości, które niezwykle dodawały mi sił w obliczu różnych życiowych prób i najcięższych zdrad. Należał do licznych malgré nous*, którzy zostali siłą wcieleni do wojska, żeby walczyć po stronie Niemców przeciw ojczyźnie. Nigdy nie opowiadał nam o wojnie, ale podziwiałem jego odwagę oraz skromność * Wbrew naszej woli, pomimo nas (fr.) – określenie definiujące także grupę ludzi.
23
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
i wiedziałem, że doświadczył straszliwych rzeczy. Ja urodziłem się po wojnie, 22 października 1949 roku, a moje dzieciństwo, jak w przypadku wszystkich innych dzieci w tym regionie, było naznaczone tragediami wojennymi. Ojciec pracował w fabryce Bugatti od czternastego do siedemnastego roku życia, a potem w bistro razem z matką, następnie otworzył firmę handlującą częściami zamiennymi. Nigdy nie brał wolnego, nie wyjeżdżał na wakacje. Rozpoczynał dzień o siódmej rano od kawy, pracował w swojej firmie, a o dwudziestej zaczynał zmianę w bistro. To w nim zbierali się zawodnicy Duttlenheim, to tam wywieszano ostatnie wyniki i informacje o kolejnych meczach. W każdy środowy wieczór komitet założonego w 1923 roku klubu zbierał się w knajpie i ustalał skład na niedzielę. Ojciec założył drużynę młodzieżową – widział, że cały czas gramy z bratem i nie jesteśmy wcale tacy najgorsi. To w tym zespole zaczęliśmy naszą przygodę z piłką. Mój ojciec bez wątpienia kochał futbol, choć nigdy tego nie powiedział. Uważał, że to ożywiająca wioskę rozrywka. Ale w przeciwieństwie do reszty tamtejszych mężczyzn nie był całkowicie pochłonięty piłką nożną. Nawet nie przyszło im z matką do głowy, że ja czy brat moglibyśmy zostać piłkarzami – to brzmiało niedorzecznie. Brat był 24
1. Dziecko, które śniło o piłce
łagodny i występował jako środkowy obrońca. Niby miał wszystko, żeby grać, a mimo to czegoś mu brakowało: iskry talentu, błysku, wiary. Dla rodziców piłka była rozrywką, a nie zawodem. Kropka. Zawód to coś poważnego, pozwala się utrzymać – a piłka się do tego nie nadawała. Pamiętam, że w tamtych czasach ciężka praca mieszała się z rozrywką i że obie te sprawy traktowaliśmy bardzo poważnie. Jako dziecko miałem sporo swobody i nieraz byłem zostawiany sam sobie. Mama opowiadała: „Często zostawialiśmy cię samego w pokoju”. Może stąd wzięła się moja niezależność? Dorastałem między szkołą, polami, kościołem, grając w piłkę, gdzie tylko mogłem: na ulicy, podwórkach i w ogrodach, gdzie tyle się nauczyłem. Grałem jak reszta dzieciaków, jak mój starszy brat, jak według opowieści wujków od strony matki robili to kiedyś dorośli z wioski – ale piłka zaczęła mnie pochłaniać i powoli zmieniać się w moją obsesję. Jedno z moich pierwszych wspomnień: mam jakieś pięć–sześć lat, oglądam z wiarą i pasją, jak gra nasza drużyna, trzymam w ręku modlitewnik i proszę o zwycięstwo. Może już wtedy, pomimo młodego wieku, wiedziałem, że nie gramy za dobrze i potrzebujemy boskiej interwencji i wysłuchania 25
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
moich modlitw, żeby wygrać. Może, pomimo młodego wieku i niemożliwych marzeń, że piłka będzie moją jedyną religią i nadzieją, wierzyłem w wygrany mecz, piękną grę, szacunek. Może już wtedy miałem w sobie ten dziki głód wygrywania. Lata później, walcząc o dobry wynik, zamieniłem modlitewnik na świetnych piłkarzy i dobre przygotowanie – stawiając rozum ponad wiarę. Kolejne wspomnienie doskonale obrazuje tę moją nadzieję na zwycięstwo. Często spędzałem czas w polu z pewnym wieśniakiem, który pozwalał mi razem z nim pracować albo odpoczywał, kiedy mu pomagałem. Nazywał się Adolphe Kocher. Rozmawialiśmy wtedy o piłce, komentowaliśmy rozczarowujące wyniki naszej drużyny i powtórnie przeżywaliśmy te spotkania. Kiedyś zaczął udawać, że jest świetnym piłkarzem i że z nim drużyna w końcu zacznie błyszczeć, coś osiągnie. „Zobaczysz, mały, zagram w kolejnym meczu”. Nie mogłem się doczekać najbliższego spotkania, wyobrażałem sobie, jak będzie grał, śniłem o strzelanych przez niego golach. Ale mnie okłamał – nie zagrał. Świat mi się posypał. Byłem chłopcem, który chciał wygrać za wszelką cenę i myślał tylko o zwyciężaniu. Bistro rodziców było bijącym sercem wioski. Przypominało inne alzackie bistra: otwarte codziennie, 26
1. Dziecko, które śniło o piłce
ogrzewane stojącym na środku piecem, z dwudziestoma stolikami w środku i pełne ludzi, którzy pili piwo jedno po drugim i palili papierosy Gauloises bez filtra oraz ciągle rozmawiali o piłce. Gadali o własnej drużynie, o zespole z sąsiedniej osady, o tej, z którą niedługo zagrają, o tej, którą szanują, o Racingu Strasbourg, o tej, która ich wkurzała, przez co jeszcze więcej palili, pili, a często krzyczeli, bili się i przewracali. To bistro, La Croix d’or*, było moją szkołą: słuchałem rozmów, rozpoznawałem, kto mówił najgłośniej, kto kłamał, kto zachowywał się zarozumiale, a kto chował się w cieniu, poznawałem opinie ludzi, ich gniew i analizy. Liczyły się jednak działania, a nie słowa. Czy była to nauka obserwacji jednostek i życia w grupie? Bez wątpienia. Pamiętam, że ci wszyscy ludzie gadali, ojciec jednak rzadko zabierał głos. Jako dziecko łaziłem sobie po bistrze, ale w wieku dziesięciu–dwunastu lat zacząłem kelnerować – wciąż słuchając, obserwując, próbując zrozumieć. Jeżeli uwielbiałem piłkarzy i trenerów, jeśli uwielbiałem słuchać i rozmyślać, jakimi są osobami, to zawdzięczałem to klientom bistra moich rodziców. To oni zarazili mnie pasją do piłki, ale ich używki odłożyłem na bok: alkohol, * Złoty krzyż (fr.).
27
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
kłótnie, przemoc, czyli wszystko to, co w dzieciństwie mnie przerażało i odrzucało. Trudno było mi patrzeć na klientów ojca, ludzi, których szanowałem, jak dużo piją i stają się agresywni. Należało ich potem uspokajać, co nie było łatwe. Ale dało mi to też niezwykłą siłę i instynkt. Po wyjściu z zadymionej sali znajdowałem się na piętrze, na którym mieszkaliśmy. Byliśmy rodziną, niezależnie od tego, czy wiedziałem, co to słowo znaczy. Rodzice od rana do wieczora pracowali – albo oboje w bistrze, albo matka w bistrze, a ojciec w Strasburgu, w firmie produkującej części zamienne do samochodów. Zaczęli zarabiać, kiedy mieli czternaście lat. Moja matka wcześnie została sierotą: uosabiała dla mnie odwagę i wytrwałość, była twarda i się nie uskarżała. Nigdy razem nie jedliśmy i mało ze sobą rozmawialiśmy. Siostra była ode mnie o dziesięć lat starsza, brat zaś o pięć – jako najmłodsze dziecko chcieli mnie chronić, ale i tak pozwalano mi włóczyć się samemu. Obserwowałem innych i chciałem szybko dorosnąć. Na każdym piętrze domu miałem idealny punkt obserwacyjny: ukryty i niewidoczny, z którego mogłem obserwować starsze rodzeństwo, błędy i przewiny brata i siostry, a także zobaczyć ich z najlepszej strony, podglądać ich doświadczenia, pasje i wysiłek. Pozwalało mi to zrozumieć odwagę 28
1. Dziecko, które śniło o piłce
płynącą z prostego, skromnego życia ludzi, których marzenia ogranicza życie w wiosce, lecz niechcących stamtąd wyjeżdżać. Ja byłem jednak ciekawski i strasznie niecierpliwy, chciałem odkrywać inne miasteczka i regiony. Uważałem, że ludzie, pośród których żyję, szybko stracą styl życia i nawyki charakterystyczne dla lat 60. Czułem, że chcę stamtąd uciec i nie mieć poczucia winy z tego powodu. Nie opuszczałem ich. Duttlenheim pozostało moim światem, ale nie wątpiłem, że rodzice, brat i siostra cierpieli z powodu rozstania ze mną. Nigdy mi tego nie powiedzieli, rzadko rozdawali komplementy, nie mówili o tym, co ich boli, niczego mi nie zarzucali. Wyobrażam sobie, że mój wyjazd najgorzej zniósł mój brat. Ale pozostaliśmy sobie bardzo bliscy, a kiedy pracowałem w Arsenalu, oglądał wszystkie nasze mecze i kiedy uznał, że popełniłem błąd, to mnie strofował, jak to starszy brat. W wiosce nie mieliśmy zbytniego wyboru. Czasami zastanawiam się, czy moja pasja nie zrodziła się z frustracji, jaką budził we mnie ten mały świat: te tak rzadkie rozmowy, te przegrane mecze naszej drużyny, boisko niemal nieprzypominające prawdziwych boisk, jak choćby to w Strasburgu, na które wujek zabierał mnie dwa razy do roku, i łzy po każdej porażce. W trakcie kariery spotkałem wielu piłkarzy, którzy byli wyrzutkami systemu i dla których piłka stanowiła nieosiągalne marzenie, 29
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
a mimo to udało im się zdobyć sławę i uznanie; należeli do nich Giroud, Koscielny, Kanté czy Ribéry. Kiedy myślę o dzieciństwie, pojawiają się konkretne wspomnienia. Graliśmy na ulicy. Graliśmy bez strojów, trenera i sędziego. Brak strojów zmuszał nas do podnoszenia głowy podczas gry i wytrenowania widzenia peryferyjnego. Brak trenera skłaniał nas, młodych, do przejmowania inicjatywy. Może obecnie wpadamy w przeciwną skrajność? Zespoły tworzyliśmy losowo albo wybierało je dwóch kapitanów, którymi byli często najlepsi gracze. Grałem z dzieciakami w moim wieku, ludźmi, którzy wciąż są mi bliscy, jak Joseph Metz, Burelowie, Geistelowie i Hugues Chales. Byliśmy do siebie podobni, uczono nas tego samego, mówiliśmy tym samym językiem. Ale grałem też z kolegami mojego starszego brata, albo i jeszcze większymi chłopakami. A kiedy gra się ze starszymi, to trzeba być odważnym, złośliwym, nie można się bać. Szybko zrozumiałem, że umiem się odnaleźć w rywalizacji zarówno z chłopakami w swoim wieku, jak i ze starszymi. Instynktownie wiedzieliśmy, kto jest dobry, kto umiał grać, na kogo można liczyć. 30
1. Dziecko, które śniło o piłce
Graliśmy dla frajdy, która była równie ważna jak zwycięstwo. Mecze często kończyły się wyzwiskami albo przepychankami. W wypadku kontuzji nie mieliśmy zmienników, więc kończyło się czasem mecz na lewym skrzydle*. Trzeba było zacisnąć zęby i wytrzymać. Z bratem trenowaliśmy przez cały czas – w naszym pokoju, na ulicy za domem, w ogrodzie za bistrem. Ale nie rozmawialiśmy ze sobą, bo uważał mnie za dzieciaka. Dobrym sposobem na spędzanie z nim czasu było granie, musiałem robić to dobrze. Szliśmy na piechotę w stronę miejsca będącego naszym stadionem, a jeżeli graliśmy na wyjeździe, to do rywali też szliśmy na piechotę, przechodząc z jednego świata w drugi. To był futbol małych amatorów: wspaniały, wolny, radosny, pełen pasji. Mecze przerywała czasem dezercja jednego z nas, kogoś, kto miał jakieś obowiązki do odbębnienia – zjedzenie obiadu albo służbę ministrancką w kościele. Denerwowało * Podobną taktykę stosowano w angielskim futbolu, zanim wprowadzono zmiany – kontuzjowany gracz był przesuwany na skrzydło i stawał się „pasażerem” zespołu, który praktycznie nie uczestniczył w budowaniu akcji ani grze obronnej i kopał piłkę tylko wtedy, gdy doturlała się w jego okolice.
31
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
mnie to. Ale była to szkoła zaradności, wytrwałości, pasji i wysiłku. Wiele jej zawdzięczam. Kiedy organizowaliśmy turniej na zakończenie sezonu z udziałem czterech drużyn, ksiądz błogosławił zespoły, a zawodnicy przebierali się w bistrze moich rodziców i wychodzili grać. To były nasze mistrzostwa świata. Miałem potem w życiu wiele radości, ale ta pozostanie we mnie na zawsze. Myślę co jakiś czas o historii, którą opowiedział mi podziwiany przeze mnie serbski piłkarz. Wychowywał się w wiosce podobnej do mojej, ale jeszcze biedniejszej, daleko od wszystkiego, gdzieś pośrodku jugosłowiańskich pól. Kiedy był mały, wujek podarował mu nową, bialutką futbolówkę. Wraz z bratem uznali, że aby jej nie zniszczyć, nigdy nie pozwolą dotknąć piłce ziemi – grali nią jedynie głową. Mieli tylko jedną piłkę, musieli ją chronić. Podczas jakiegoś meczu chłopaka zauważył trener Crveny zvezdy Belgrad; wzięli go do zespołu z powodu umiejętności, jakie zyskał dzięki tej grze głową. Jakim mógłby zostać piłkarzem, gdyby miał dwadzieścia piłek do dyspozycji? Nie chcieć zniszczyć podarowanej futbolówki, grać cały czas, wyrobić umiejętności dzięki zaciętości i treningowi – wszystko mi się w tej historii podoba. Także dla mnie biała piłka była i zawsze będzie święta. 32
1. Dziecko, które śniło o piłce
Wywodzę się z takiego futbolu. Gdybym miał zaangażowanych rodziców, którzy by mnie zachęcali, gdybym od ukończenia piątego roku życia chodził do akademii z trenerem udzielającym mi mnóstwa rad, gdybym czytał podręczniki i śledził mecze w telewizji, to jakim piłkarzem i trenerem bym się stał? Nie oglądałem jednak piłki w ten sposób, bo nie mieliśmy telewizora. Czasem w szkole składaliśmy się po franku i oglądaliśmy mecz na czarno-białym odbiorniku. Być może to właśnie tam widziałem finał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych* w 1960 roku, kiedy miałem jedenaście lat – Real Madryt pokonał Eintracht Frankfurt 7:3. W tamtych czasach moimi ulubionymi drużynami były Racing Club Strasbourg oraz niemiecka Borussia Mönchengladbach. Ale uwielbiałem Real Madryt. Uważałem go za najmocniejszy i najbardziej imponujący zespół. Do tego jego gracze nosili wspaniałe białe stroje. Królewscy pięć razy z rzędu zdobyli Puchar Europy, mieli w zespole piłkarzy, których podziwiałem, jak Kopa czy Di Stéfano. To był naprawdę klub moich marzeń. Lata później, kiedy trenowałem Arsenal, dwukrotnie proponowano mi objęcie Realu. Strasznie trudno jest odmówić klubowi swojego dzieciństwa. Ale miałem w Londynie misję do wykonania i kontrakt do wypełnienia, * Nazywany też Pucharem Europy. W sezonie 1991/92 zmieniono format rozgrywek i przechrzczono je na Ligę Mistrzów.
33
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
dałem słowo. Poza tym jestem trenerem, który często odmawiał: PSG, Juventusowi, reprezentacjom Francji i Japonii. Za każdym razem była to trudna decyzja, ale należy przestrzegać zawartych umów – jestem pewien, że to podejście wzięło się z tego, jak zostałem wychowany. Piłka nożna była dla mnie niedostępnym i odległym światem i nikt z mojego otoczenia nie wierzył, że może stać się moją rzeczywistością, moim życiem. W skrytości serca miałem nadzieję, że futbol zawsze będzie u mnie na pierwszym miejscu, ponieważ bez tego marzenia czułem się nieszczęśliwy. W przeciwieństwie do innych chciałem wyjechać z wioski, grać na prawdziwych boiskach, poznać prawdziwą walkę. To były lata nadziei i odkryć. Kiedy rozmawiam z piłkarzami, którzy przyjechali z daleka (zwłaszcza z Afryki), to dobrze rozumiem, jak niezwykłą wagę odgrywa dzieciństwo, miejsce, w którym się dorasta, oraz to, w jaki sposób kształtuje ono ciało i osobowość. Dzieciństwo spędzone w Alzacji narzuciło mi pewien wzorzec, wpłynęło na moją moralność i psychiczną wytrzymałość. To miejsce przygotowało mnie także fizycznie. I pozostawiło po sobie ślady – dalej na przykład mam zagłębienie w górnej partii 34
1. Dziecko, które śniło o piłce
kręgosłupa, na widok którego lekarze twierdzili, że w wieku czterdziestu lat będę jeździł na wózku. Mogło powstać wskutek noszenia bardzo ciężkich worków z węglem. Zagłębienie wciąż tam jest, ale nie przeszkodziło mi w karierze piłkarza i zawsze byłem gotowy do gry. Oczywiście, żeby zostać dobrym piłkarzem, trzeba mieć umiejętności techniczne, które nabywa się między siódmym a dwunastym rokiem życia, ale to nie wystarczy. Trzeba być też odważnym i wytrzymałym, umieć przejmować inicjatywę i współpracować, mieć w sobie trochę szaleństwa, być pełnym ognistej pasji – jestem pewien, że takie rzeczy też nabywa się w młodości. Wiem, że jako dziecko czułem olbrzymi głód sprawdzenia samego siebie, mierzenia się z własnymi ograniczeniami i ich pokonywania. Piłka nożna była dla mnie narzędziem, za pomocą którego to robiłem. Nie tolerowałem swoich braków fizycznych i mentalnych – chciałem je zrozumieć i przezwyciężyć. Z racji pochodzenia mówiłem tylko po alzacku, nie rozumiałem zbyt wiele w szkole i w ogóle się nie uczyłem. Rodzice bardzo dużo pracowali, byłem więc wolnym dzieckiem i w szkole robiłem za turystę. Na szczęście w wieku piętnastu lat nagle nabrałem rozsądku i sam nadrobiłem wszystkie zaległości. Zrozumiałem, że dzięki ciężkiej pracy mogę być w czymś dobry. Zdałem 35
ARSÈNE WENGER. AUTOBIOGRAFIA
maturę, a potem zrobiłem licencjat z ekonomii na uniwersytecie w Strasburgu. Rzeczy, których się nauczyłem, pozwoliły mi lepiej rozumieć funkcjonowanie klubów, ich budżety oraz inwestycje i transfery. W wieku dwudziestu dziewięciu lat wyjechałem do Cambridge, żeby nauczyć się angielskiego. Byłem pewien, że przyda mi się on w piłce. Mam czternaście lat. W tym wieku przyjmowało się pierwszą komunię, a chłopcy mieszkający w wiosce stawali się mężczyznami, szli do fabryki albo zaczynali pracować w polu i dostawali zegarek oraz papierosa – wszystko się wtedy zmieniało. Nie poszedłem do fabryki, ale dostałem zegarek. Później paliłem w Cannes z przyjacielem, Jeanem-Markiem Guillou, podczas conocnych wielogodzinnych dyskusji o piłce. Moi rodzice sprzedali bistro. Matka przestała pracować, a ojciec zajął się tylko firmą, którą założył. Przeprowadziliśmy się do domu wybudowanego przez ojca. Ze starych czasów została tylko młodzieżowa drużyna piłkarska z Duttlenheim, wspomnienia o bistrze i latach, które tam przeżyliśmy, wyciągniętych z nich lekcji i spotkań z zawodnikami klubu. Pamięć o nich jest we mnie wiecznie żywa.