ŁUKASZ DĄBROWSKI KONRAD NIEDZIUŁKA JAKUB STANKOWSKI
KRAKÓW 2019
Copyright © for the translation by Aleksandra Żak Opieka redakcyjna: Natalia Karolak Copyright © by Urbex History: Łukasz Dąbrowski, Konrad Niedziułka, Jakub Stankowski
Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Opieka redakcyjna: Wojciech Karkoszka
Adiustacja i korekta: Studio NOTA BENE Redakcja tekstu: Hanna Trubicka
Łamanie: Irena Jagocha
Korekta: Aneta Wieczorek
Projekt okładki: Eliza Luty
Projekt graficzny wnętrza książki: Daniel Malak Łamanie: na Agnieszka Szatkowska-Malak Fotografia okładce: © James D. Kelly Fotografie w książce i na okładce:
Fotografia autorki: © Stephanie Do Rozario
Copyright © by Urbex History: Łukasz Dąbrowski, Konrad Niedziułka, Jakub Stankowski
ISBN 978-83-7515-443-6 Projekt okładki: Eliza Luty ISBN 978-83-8135-019-8
Cytat zamieszczony na s. 9: Autobiografia, piosenka zespołu Perfect z płyty UNU (1982). Cytat zamieszczony na s. 30: Najtrudniejszy pierwszy krok, piosenka Anny Jantar z płyty Tyle słońca w całym mieście (1974).
www.otwarte.eu www.otwarte.eu
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków. Wydanie I, 2019. Druk: Colonel
Zla Julia_OK_10-07.indd 4
2017-07-10 08:42:53
Spis treści DOBREGO ZŁE POCZĄTKI 7 Było nas trzech, w każdym z nas inna krew 9 Jak powstał kanał Urbex History?
19
Najtrudniejszy pierwszy krok 30
PIERWSZE WYPRAWY 39 Najwyższy Powstaniec 41 Grobowiec Masonów 48 Elektrownia Powiśle 60 Pierwsza solówka 66 Taniec na linie 73 Atomowa kwatera dowodzenia 80
CZARNOBYL. dwadzieścia osiem LAT PÓŹNIEJ 91 Jak się tam dostać? 93 Dziki wschód 98 Przystanek Sławutycz 105 Wewnątrz reaktora 110 Na szczycie radzieckiego szpiega 120 Składowisko odpadów radioaktywnych 126 Prypeć - miasto duchów 132 Żegnajcie, bracia stalkerzy 145
PSTRĄŻE 155 Nocleg w poradzieckim mieście duchów 157
TAJEMNICE UKRYTE POD ZIEMIĄ 171 Ogromny tajny schron 173 Powstańczym kanałem 184 Tajemnice korytarza książęcego 194
Toniemy nad morzem 203 Desant na hitlerowską torpedownię 205 Poniemiecka fabryka torped 214 Co kryjesz pod wodą? 224
ŚLĄSK ATOMEM PŁYNĄCY 235 Polska kopalnia uranu 237 Śląska gościna 245 Największy opuszczony szpital w Polsce 249
ZATRZYMANI PRZEZ POLICJĘ W KAZACHSTANIE 259 Podróż donikąd 261 Miasto pełne absurdów 272 Opuszczony samolot jumbo jet 287
MADE IN GERMANY 305 Szkoła Hitlera 307 Instytut anatomii 314 Olbrzymie stalowe monstrum 323
PIESZO PRZEZ POLE MINOWE 335 Zatoka umarłych hoteli 337 Ogromny schron atomowy na samoloty 345 Forteca Świętego Mikołaja 353 Ufo komunistów 363 Wrak milionera 372 Nawiedzony las Hoia-Baciu 382
DALEJ, W ŚWIAT! 393 Chłopaki, lecimy do Japonii 395 Szybka dniówka w Niemczech 399 Do zobaczenia na następnej wyprawie 412
Jak powstał kanał Urbex History?
Patrząc na nasz projekt z boku, można się zastanawiać, jak to się wszystko stało. W sumie to sami wciąż jesteśmy w lekkim szoku, bo nikt nie zakładał, że pomysł sprzed kilku lat przerodzi się w pasję oraz stanie się sposobem na spędzanie wolnego czasu. Cofnijmy się jednak do roku 2014, kiedy to trójka przyjaciół wpadła na pewien genialny plan. Początki przypadały na okres pierwszego roku studiów. Pewnego sobotniego poranka jak zawsze wstałem i zacząłem zbierać się na akademię. Przecież jak człowiek pracuje cały tydzień, to należy mu się chwila odpoczynku w weekend, na przykład siedzenie od rana do wieczora w jednej z akademickich sal… Tak, wiem, nikt mnie na siłę nie ciągnął i w sumie z biegiem lat nie żałuję, że narzuciłem sobie taką dyscyplinę. Ba! Nawet zrozumiałem, że było warto. Zaspany zszedłem z trzeciego piętra i wsiadłem do samochodu. Dzięki Bogu zapalił, co znaczyło, że tego dnia wyrobię się na wykłady. Na miejsce dotarłem bez przygód, a wskazówka poziomu paliwa nie drgnęła. Czasami się zastanawiam, jak to jest, że rezerwa pali się od 19
osiemdziesięciu kilometrów, wyświetlacz pokazuje zasięg na zero, a samochód dalej jedzie – no ale nic, nie wnikam, budowali to mądrzejsi, widocznie tak to działa. Ku mojemu zdziwieniu prawie momentalnie znalazłem miejsce parkingowe. Strzeliłem z kluczyka i dziarsko ruszyłem w kierunku szkolnych murów, powtarzając sobie, że od samego rana spotkało mnie tyle dobrego, że to musi być dobry dzień. Pod szkołą czekał na mnie Łukasz. Zwykle jest odwrotnie – to ja czekam na niego, chociaż jak się zastanowię, to jednak nie, nie czekam, po prostu idę dalej. Generalnie na Łukasza nie czekają tylko samoloty, autobusy i opcjonalnie ja z Konradem. – Siema – przywitałem się. – No siema – odpowiedział Łukasz, patrząc na mnie mętnym wzrokiem. – Idziemy? – spytałem, ziewając. – Możemy. Poziom konwersacji z rana i rozbudowany wokabularz były tak powalające, że drogę na zajęcia pokonaliśmy w ciszy. Mijały kolejne godziny, aż zacząłem się zastanawiać, czemu chodzę na wykłady, jeśli są nieobowiązkowe. Żeby zabić czas, zacząłem przeglądać sieć na laptopie. Zapomnijcie jednak o oglądaniu filmów – tylko i wyłącznie tekst i czasami jakiś obrazek, bo szkolne wi-fi jest tak prędkie jak terminy wizyt u lekarza na NFZ, więc na bogatości zrobiłem hotspot z telefonu. Nie zdążyłem nawet podłączyć komputera, a tu już pada pytanie od Łukasza: – Hasło to samo co zawsze? – Nieeee, oczywiście, że inne… Łuk asz: Jasne, że to samo, przecież kto normalny zmienia hasło do chyb a że się nie wi-fi, a kto normalniejszy pyta się o nie setny raz, pomimo zapisuje tego h asł a. że ma zapisane je w telefonie, a komórka łączy się automatycznie?* Również tym razem nie wnikałem, po prostu zagłębiłem się w czeluści internetu. 20
Dokładnie nie pamiętam, co przypomniało mi o temacie Czarnobyla – kojarzę, że był to jakiś artykuł lub zdjęcie – jednak gdzieś z tyłu głowy od zawsze miałem marzenie, aby odwiedzić strefę. Pierwszy raz w życiu reportaż z zamkniętej Zony widziałem w tech- Ko nr ad: nikum*. Zastanawiało mnie wtedy, jak wyrach . …z apewne gdzieś na wa ga esz gląda tam prawdziwe życie, czy ktoś tam prz edł Musicie wi edzieć, że Kub a ł dalek ą mieszka. No i oczywiście, jak jest z tym duż ą met amorf ozę: przeby ażnego promieniowaniem – czy rzeczywiście po dr ogę od zaw adi aki do pow a RP. tel wa oby takiej wizycie nie musisz już w przyszłości włączać światła w łazience, chcąc załatwić sprawę niecierpiącą zwłoki…? Spoglądając na przybitego jak kilo gwoździ Łukasza, postanowiłem go rozruszać i pogadać o czymś ciekawszym niż kolejna paczka kart w internetowej grze. – Ty, Łuki, a słyszałeś o Czarnobylu? – No słyszałem. To tam wybuchł reaktor atomowy, a radioaktywna chmura doszła nad Polskę i inne kraje Europy. Jeszcze wtedy nie mieliśmy pojęcia, że było zupełnie inaczej. – Tak, mniej więcej. A wiesz, że tam jest ogromne poradzieckie miasto Prypeć? I to kompletnie opuszczone! – No ba! Nawet są tam organizowane wycieczki! – Panowie z tylnej ławki! Czy ja aby panom nie przeszkadzam? – zapytał wykładowca. – Nie, nie, bardzo przepraszamy – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie. – Właśnie też o tym słyszałem, podobno można się tam jakoś dostać z Polski i zwiedzać te opuszczone miejsca – podjąłem, tym razem mówiąc o wiele ciszej. – Panowie! Proszę, weźcie swoje rzeczy i wyjdźcie z sali. Chyba nie ma sensu, abyście uczestniczyli na wykładach, jeśli nie słuchacie, a tylko przeszkadzacie! – Tak jest, panie doktorze… 21
Grzecznie wyszliśmy z sali. Nie był to zresztą nasz pierwszy raz – nawet jeszcze w technikum regularnie lądowaliśmy za drzwiami. Nie Łuk asz: mogę powiedzieć, że byliśmy kompletnymi ignorantami, Po prostu przew ażnie bo jednak coś tam pracowało pod czaszką*. Wyszedłmi eli śmy lepsze szy z sali, mogliśmy obrać tylko jeden kierunek: bufet. rzeczy do roboty. Zwykle panują tam ogromne kolejki, a o miejscu przy stole zapomnij. My jednak przyszliśmy, kiedy trwały zajęcia, więc zasiedliśmy jak królowie przy wolnym stoliku i kontynuowaliśmy rozmowę. – Kiedyś myślałem, żeby się tam wybrać – zacząłem. – No co ty gadasz! Ja myślałem o tym samym, tylko kompletnie nie wiem, jak się tam dostać. No i nie miałem z kim jechać. – No podobno są jakieś, nie wiem, firmy czy organizacje, które jeżdżą tam regularnie, i jest opcja, żeby się z nimi zabrać. – Ty! A Konrad nie mówił kiedyś o tym? – Łukasz dostał nagłego przebłysku. – A nie wiem, w sumie to dawno z nim nie gadałem, może, jeśli też chce jechać, to spotkajmy się w trójkę i ustalmy szczegóły. – No dobra, to ja się z nim złapię i dam znać. – I gitara – skwitowałem. Od naszej rozmowy minął tydzień czy dwa, umówiliśmy się w trójkę na spotkanie. Miejsce padło na jedną z galerii handlowych w Warszawie. Zasiedliśmy przy okrągłym stole i rozpoczęliśmy d ebatę. – Dobra, sprawa jest prosta, każdy z nas chce jechać do Czarnobyla, tylko nie wiemy jeszcze, jak to zrobić – powiedział Konrad. – Wstępnie, z tego, co rozeznałem się w sieci, mamy trzy opcje – stwierdziłem. – Możemy jechać od nas z jakąś organizacją, która prowadzi wyprawy naukowe do Zony. Możemy też lecieć do Kijowa i tam szukać biura podróży, które robi wycieczki. Możemy też próbować wbić się na nielegalu. 22
– A co nam grozi za wejście do strefy bez pozwoleń? – spytał Łukasz. – Bo zakładam, że powinniśmy je mieć. – Generalnie to nie wiem, ale jeśli nie wiadomo, jak je ogarnąć, to wykluczyłbym tę opcję. No, chyba że lecimy na grubo – rzuciłem w eter. – Jak złapią cię w strefie, to na bank areszt i deportacja do Polski, a i pewnie tymczasowy zakaz wjazdu na Ukrainę. To jest skażona strefa, więc konsekwencje mogą być o wiele gorsze, i nie przejmowałbym się wtedy ewentualną karą finansową – zarzucił Konrad. – W sumie to nie ma sensu jechać i się ukrywać, bo i tak wszędzie nie wejdziesz, nie wszystko zobaczysz, a i jeszcze możemy mieć z tego przypał – stwierdził celnie Łukasz, wyrażając tym myśli całej naszej trójki. – Dobra, czyli nielegal odpada. Wyjazd z Kijowa też bym odpuścił, bo jakoś nie mam do tego zaufania. To chyba zostaje nam tylko grupa z Polski, co? – podsumowałem. – Ano! – zgodnie potwierdziły chłopaki. – OK, to jak wrócimy do domu, zaczniemy ogarniać temat i szukać konkretów, ale mam do was jeszcze jedno pytanie. Czy nie chcielibyście zrobić z tego wyjazdu czegoś grubszego, ambitnego? – Co masz na myśli? – zapytał Łukasz. – Nie znam nikogo, kto był w Czarnobylu*, Ko nr ad: ać Wt edy t ak było, ter az pojech może warto byłoby pojechać tam z misją udot am może każdy, wy st arczy kumentowania Zony? – Nieświadomie zarzu- wybr ać jed no z biur podróży. ciłem wędkę. – Dokładnie! Nakręćmy o tym film! Niech coś po nas zostanie, a i ludzie będą mieli okazję zobaczyć to miejsce oczami amatorów, a nie reporterów pracujących dla telewizji. – Kiedy Konrad wypowiadał te słowa, zobaczyłem, jak powiększają mu się źrenice z powodu przypływu adrenaliny. – O stary! – zawołałem. – Zajebisty pomysł, tylko jak trafić z tym do szerszej publiki? – Moje oczy zapewne wcale nie były mniejsze. 23
– Internet – skwitował Łukasz. Jego oczy były normalne, czyli zaspane*. – Załóżmy kanał na YouTubie! – powiedziałem, doznając nagłego przypływu nieograniczonej inteligencji. – Szach i mat! – No dobra, pomysł zacny, ale jak to ugryźć? – rzucił Konrad. – Nie wiem, jakoś się musimy nazwać… – Widziałem w internecie, że są jakieś tam grupy eksploracyjne, nazywają się urbex czy jakoś tak. – Mówiąc to, Łukasz wyciągnął z kieszeni telefon i pokazał nam pierwszy lepszy filmik. – Ale nazw typu urbex jest, jak widać, wiele – zauważył słusznie Konrad. – Prawda, powinniśmy się czymś wyróżniać. Poza tym jak założyć kanał na YouTubie? – Dobra, panowie, ja to biorę na siebie – zadeklarowałem. – Pomyślę nad nazwą, zobaczę, z czym się je te YouTube’y, zrobię jakieś logo, bo chyba powinniśmy je mieć, a potem się zobaczy. – Byłem wtedy tak nakręcony, że nawet nie pomyślałem, że ze mnie jest taki projektant jak z koziej pupci trąba. – No i namówił – skwitował Łukasz. – OK, tylko wiecie, że nikt z nas nigdy w życiu nie miał kamery w ręku, a nawet jeśli miał, to taką sprzed piętnastu lat? Powinniśmy jakoś poćwiczyć przed tym Czarnobylem, bo będzie kicha, a nie film – zauważył bardzo, ale to bardzo słusznie Konrad. – Święta racja, nagrajmy coś przed i pouczmy się obsługi – zgodził się Łukasz. – Dobra, to podzielmy to. Ja wezmę się za kanał i grafiki, ty, Konrad, ogarnij jakąś opuszczoną miejscówkę i sprzęt, a ty, Łukasz, patrz, jak robią to profesjonaliści. Wszyscy razem szukamy jakiejś opcji wyjazdu do Czarnobyla, tylko teraz tak konkretnie. Czy wszystkim pasuje? – Pasuje!
Łukasz: dzie …bo ni ektórzy lu uj ą lepi ej fu nkcjon ń. ie dz w nocy niż w
24
Wracając do domu, nie byłem świadomy, co czeka mnie tej nocy. Przepełniała mnie euforia i poczucie, że mam do wykonania jakąś strasznie ważną misję. Wiecie, jak zaraz po zrobieniu prawka: nie masz jeszcze w ręku plastiku, ale papier na umiejętności tak. Niby możesz już jeździć sam bez instruktora, ale i tak się boisz. Nawet jak już masz ten wyczekiwany dokument, to wsiadasz do samochodu, mówisz sobie: ahoj, przygodo, po czym szukasz hamulca, sprawdzasz ustawienie lusterek i zastanawiasz się, czy to normalne, że lewa noga tak skacze na sprzęgle. Niby wszystko spoko, ale niepewność pozostaje. Dotarłem do domu i podzieliłem się naszym pomysłem z rodziną. Jak myślicie, co odpowiedzieli? Właśnie, że nie! Sam byłem w szoku, bo czekałem na wywód o tym, jak to nie chcę mieć dzieci, o mutantach, promieniowaniu i murowanej białaczce. Oczywiście nie powiedzieli, że to super pomysł, ale uznali, że jeśli mam jechać z jakąś zorganizowaną wycieczką, która była już tam kilka razy, to raczej nie składa się ona z samobójców, a z rozsądnych ludzi. Zadali mi tylko jedno pytanie: skąd wezmę na to pieniądze. Przyznam bez bicia, pozamiatali. Nie dałem jednak niczego po sobie poznać i zapewniłem rodzinę, że coś wymyślę. Wiecie, dopiero co skończyliśmy szkołę średnią i zaczęliśmy studia. Żaden z nas nie urodził się z pokaźną liczbą zer na koncie – w zasadzie mieliśmy wyłącznie zera. No ale stwierdziłem, że nie ma co oszczędzać na marzeniach – oczywiście, z zachowaniem zdrowego rozsądku. Niepotrzebnie sprawdziłem stan konta, bo tylko się zirytowałem. Zacząłem rozglądać się po pokoju. Gapiłem się na tę pogrążoną w mroku klitkę, jakby wyczekując jakiejś odpowiedzi. Jakub, głupcze, przecież ściany nie gadają… I tu się myliłem. Na półce stał karabin. Oczywiście nie taki prawdziwy, tylko replika na kulki. Szybciutko wyciągnąłem z szafy resztę gadżetów w postaci kamizelek, umundurowania i innych drobiazgów i wystawiłem je na aukcji internetowej. Tak właśnie zdobyłem pieniądze na moją pierwszą w życiu wyprawę. 25
Za oknem zrobiło się już zupełnie ciemno, więc zapaliłem lampkę, która rozświetliła mój ukochany prostokąt, i zasiadłem do komputera. Obok mnie leżał jeszcze niesprzedany karabin, który rzucał kanciasty Ko nr ad: cień. Zdawał się do mnie uśmiechać i mówić: „DoOh o, ni edobrze, do Ku by brze robisz, przyjacielu, ja sobie dam radę”*. mówi ł karabi n. Chyb a cz as Włączyłem komputer, który wtedy był dla wielu na pow aż ną rozmow ę, czy na szczytem marzeń. No dobra, takim szczytem, na jaki pewno wszy st ko w po rz ądku. było mnie stać, ale jedne z nowszych gier chodziły na średnich wymaganiach. Wiecie, co jest najlepsze? Pisząc to zdanie, uświadomiłem sobie, że od prawie pięciu lat, czyli od początku istnienia kanału, cały czas działam na tym samym sprzęcie, za każdym razem podczas montażu klnąc pod nosem na zacinający się obraz… No ale do rzeczy. Rozsiadłem się przed monitorem i zacząłem analizować. Co takie logo powinno zawierać? Jak powinno wyglądać? A może na początku wypadałoby wymyślić nazwę? Palnąłem się w czoło: zabieram się do roboty nad logo, a nawet nie wiem, jak mielibyśmy się nazywać. Wyłączyłem komputer, wziąłem prysznic i poszedłem spać. Przewracałem się z boku na bok chyba do trzeciej nad ranem, a temat nazwy nie dawał mi spokoju. Wiecie, to taki stan, kiedy człowiek wie, że jutro czeka go coś bardzo ważnego, i nie wytrzymuje z podniecenia. Na mnie jednak nic jutro nie czekało. Godzina trzecia z minutami przyniosła Łukasz: olśnienie*. Pamięć mam tak słabą, że aby nie zapomie Mówi łem, że najlepsz w nocy. nać o ważnych sprawach, wprowadziłem sobie alarmy pomy sły przych odzą w telefonie, ale zapominam je ustawiać… Jednak tę noc pamiętam, jakby była wczoraj. Podniosłem się z łóżka, usiadłem, spoglądając w okno balkonu. Światło księżyca padało na moją twarz, a ja powiedziałem: – Urbex History. Następnego dnia byłem kompletnie niewyspany, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wstrzyknięta świeża dawka adrenaliny sprawiła, że monotonne godziny w pracy zleciały wyjątkowo szybko. Po powrocie 26
wpadłem do pokoju jak poparzony i natychmiast zasiadłem do komputera. Włączyłem program do obróbki grafiki i doznałem olśnienia. Jeśli mamy prowadzić kanał na YouTubie, to powinniśmy mieć w logo kanał, a jeśli mamy być eksploratorami, to najlepiej, jakby to był właz do studzienki kanalizacyjnej. Zabrałem się do roboty. Mimo że ostatni raz robiłem jakiś projekt graficzny na ćwiczeniach w szkole, to teraz szło mi wyjątkowo dobrze. Jeśli czegoś nie wiedziałem, to cyk – odpalałem filmik w necie i uczyłem się, jak zrobić cień, jak przekształcić obraz, jak dodać jakieś wodotryski. Tworząc tę grafikę nie zastanawiałem się zbytnio, nie patrzyłem też, czy jest ona wykonana poprawnie według jakichś tam standardów. Miała być nasza i tylko nasza. Po jakichś trzydziestu minutach miałem już gotowe logo – to, które znacie. Nie pasował mi tylko złotawy kolor dużej litery H. Akurat tak się złożyło, że tego dnia przyjechał do mnie kuzyn z wizytą, popatrzył sceptycznie na projekt i powiedział: – Ty, zrób to żółte z takim jakby brązowym cieniem. Gdy to usłyszałem, wiedziałem już, że jesteśmy w domu – te barwy pasowały do siebie idealnie. Zajarany jak pochodnia zacząłem kombinować dalej. Pomyślałem, że jeśli nazywamy się Urbex History, a w logo mamy tylko dużą literę „H” oraz napis „Urbex”, to może ludzie nie będą nas z nim kojarzyć. Dlatego na wszelki wypadek stworzyłem drugą grafikę w postaci samego napisu: rzucające się w oczy pomarańczowe litery w wojskowym stylu, z czarnym obrysem. Dodałem białe ślady odbitych podeszew. Wiecie, jako kolejne odniesienie do eksploracji. Zapisałem projekty i przesłałem reszcie ekipy. Łukasz i Konrad, ku mojej uciesze, zajarali się nazwą i projektami. Postanowiliśmy, że zostawimy obydwa. Możliwe, że i Wy, podobnie jak wtedy chłopaki, chcielibyście zrozumieć, skąd ta nazwa. Otóż już tłumaczę. Słowo „urbex” to tak naprawdę skrót angielskich słów „urban 27
exploration”, czyli eksploracja miejska, a „history” to po prostu „historia”. Tamtej nocy pomyślałem, że jeśli mamy trafić także do ludzi spoza naszego kraju, to nazwa powinna być międzynarodowa. Odwołanie do historii przyszło ze względu na chęć przedstawienia w każdym z filmów jakiejś wartości. Potencjalny widz oprócz rozrywki i naszych często dziwnych komentarzy miał wynieść z każdego filmu coś wartościowego. Coś, co zostanie w głowie i może okazać się przydatne w przyszłości. Nie ukrywam też, że chciałem, abyśmy wyróżniali się na tle innych grup parających się tego rodzaju działalnością, a nazwa miała być na tyle komunikatywna, aby zrozumiał ją każdy. Nasze logo – zaprojektowane w trzydzieści minut :)
28
Przeszedłem więc do kolejnego etapu niecnego planu i założyłem kanał na YouTubie. Nie pamiętam wszystkich szczegółów, ale wiem, że nie było to dla mnie proste. Jakoś mam tak, że nie ufam temu, czego nie mogę dotknąć, a w szczególności jakimś stronom internetowym. Stwierdziłem jednak, że muszę być konsekwentny, i założyłem konto. Proces wyglądał zupełnie inaczej niż teraz, co ciekawe, nie trzeba było posiadać maila w domenie Google, podałem więc swojego prywatnego. Jakimś cudem wyświetlił się napis na monitorze potwierdzający rejestrację oraz informacja, że mam czekać na jakiś list z potwierdzeniem weryfikacji. Zaglądałem więc regularnie do skrzynki pocztowej i pewnego dnia wyciągnąłem z niej coś innego niż reklama pizzy czy ogłoszenie w stylu „kupię mieszkanie w tym bloku”. Był to list z logo Google nadany z Irlandii. Wtedy byłem już pewien, że magiczne pudełeczko zadziałało i mamy kanał w największym serwisie z filmami w sieci! Utworzyliśmy osobną konwersację na Facebooku, z której zresztą korzystamy do Łukasz: naszych rozmów ni e dziś*, i zaczęliśmy debatować nad tema- 90% acji. nadaje si ę do publik tem pierwszej, rozgrzewkowej wyprawy.
Grobowiec Masonów
Wsadziłem kartę pamięci do czytnika i podłączyłem do komputera. Mrugające czerwone światełko świadczyło o tym, że filmy zaczęły się zgrywać. Czyli jednak udało się coś zarejestrować. Przywieźliśmy z wyprawy kilkanaście gigabajtów ujęć, z czego do użytku nadawało się zaledwie kilka. Większość nagrań prezentowała puste ściany i była pozbawiona jakiegokolwiek polotu, a obraz drgał i trząsł się niemiłosiernie. Wiecie, początki nigdy nie są łatwe i ten przypadek nie należał do odosobnionych. Przystępując do pierwszego w swoim życiu montażu, chciałem zachować jakiś porządek i wypracować sobie schemat działania. Podzieliłem więc nagrania zgodnie z ich źródłem. Stosuję tę metodę po dziś dzień. Tworzę foldery z nazwami odpowiadającymi ujęciom, czyli na przykład „aparat”, „głowa”, „kij”. Katalogi są posegregowane zgodnie z datą i godziną. Dzięki temu mogę się swobodnie przełączać pomiędzy ujęciami, zachowując chronologię. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy tak robią profesjonaliści, ale nie obchodziło mnie to – miało być wygodnie. 48
Największym chyba problemem było wybranie programu do montażu. Zerknąłem do sieci w poszukiwaniu odpowiedzi, które magiczne oprogramowanie będzie na tyle proste, aby je ogarnąć, a jednocześnie na tyle zaawansowane, aby pokleić na nim film Ko nr ad: przyzwoitej jakości*. Bez wahania odrzuciłem Trzeb a wspom nieć, że jesteśmy wszystko, za czym kryło się logo z nadgryzio- pr awie samowyst arczalni nym jabłkiem. Jakoś byłem wtedy uprzedzony i filmy mo ntujemy sami, dl atego do produktów tej marki, czy słusznie – to roboty jest dw a razy wi ęcej. miało się dopiero okazać. Stanęło na producencie z Japonii. Kierowałem się myślą, że skoro samochody robią dobre i większość sprzętu elektronicznego, który posiadam w domu, pochodzi właśnie stamtąd, to i program do montażu filmów powinien być dobry. Przekonała mnie jeszcze część nazwy: „Vegas”. Skojarzyłem ją z Las Vegas, i w sumie słusznie, ale co mi się ubzdurało, że tam robi się filmy? Najwyraźniej pomyliłem stolicę hazardu z Hollywood, ale naprawdę nie ma co tego analizować – czasami sam siebie nie rozumiem i zastanawiam się, co właśnie wydarzyło się w mojej głowie. Nazwa zawierała też człon „Pro”, więc już w ogóle zwariowałem i podjąłem ostateczną decyzję. Zmontowanie pierwszego filmu zajęło mi kilka dni. Podobnie jak w przypadku logo kanału niczego nie planowałem, tylko leciałem na żywioł. Taki sposób tworzenia filmów został mi do dziś. Generalnie w trakcie nagrywania kolejnego odcinka i tuż po, gdy przeglądam ujęcia, tworzy mi się jakaś wizja w głowie, taki wstępny zarys, ale nic konkretnego. Dopiero kiedy zasiadam przed monitorem, powstają fabuła i jakiś czas później – efekt finalny. Identycznie jest z muzyką: selekcjonuję ją z myślą o emocjach, jakie chciałbym wywołać danym fragmentem filmu, uważam, że to właśnie odpowiednio dobrana muzyka i dobra jakość dźwięku odpowiadają za pozytywny odbiór. Ujęcia również odgrywają ogromną rolę, ale nie aż taką. Nigdy nikt mnie nie uczył obsługi programów, nie chodziłem też na żadne szkolenia. Wszelkie niezbędne informacje czerpałem z internetu 49
oraz poradników czy samouczków w wersji papierowej, no i oczywiście z instrukcji obsługi dołączonej do programu*. Wiem, że mężczyźni nie czytają instrukcji, bo jest zbędna, ale tutaj Ko nr ad: i am okazała się niezastąpiona. Żeby nie było, że przedst aw ca — Finalna wersja pierwszego filmu właśnie się Kubusi a tylko j ako szaleń i mu renderowała, a ja myślałem już o kolejnej wyodz mo ntowa nie filmów wych ęt ność prawie. Przeczesałem sieć, w tym fora poświęt ak, j akby wy ss ał tę umiej z mleki em matki. cone tematyce urbexu, i zatrzymałem się na jednym bardzo ciekawym artykule. Było w nim o jakichś masońskich katakumbach w Warszawie. Zalane wodą mroczne tunele z bocznymi nawami na trumny i urny stanowiły ponoć miejsce spotkań polskich wolnomularzy. Wybaczcie, kochani, ale tego nie mogłem odpuścić. Skrzyknąłem chłopaków i już następnego dnia rozpoczynaliśmy drugą przygodę. Katakumby wymagały od nas zupełnie innego przygotowania niż poprzedni obiekt. Teraz mieliśmy się przedzierać przez ciemne korytarze, grzęznąc w błocie po kostki, a nie chodzić po zakurzonych schodach i piętrach. Nie padła odgórna dyspozycja, co zabrać, wiedziałem jednak, że muszą to być ubrania, których nie będzie szkoda, a jeśli ma być ciemno, to przyda się jakaś latarka. Wszyscy zjawili się punktualnie pod kościołem Świętej Katarzyny, który sąsiadował z naszym celem. Przepakowaliśmy sprzęt i dziarsko ruszyliśmy przed siebie. – Ściągnąłem wcześniej współrzędne GPS na wejście do katakumb, więc powinniśmy znaleźć je bezproblemowo – oznajmiłem. – Ja czytałem, że wejście jest gdzieś wzdłuż skarpy – dorzucił Łukasz. – No to idziemy! – podsumował Konrad. Uszliśmy kilka kroków i trafiliśmy na pierwszą przeszkodę – wysoką skarpę. Ucieszyłem się na ten widok, bo przecież zgodnie z informacją od Łukasza wejście powinno się znajdować właśnie gdzieś tutaj, no i było coś jeszcze, co ucieszyło mnie nawet bardziej, a może raczej 50
rozbawiło. Spoglądając w dół zbocza, zauważyłem u jego podnóża piękne, kolorowe pole usiane ostem i pokrzywami. Odwróciłem głowę i spojrzałem na zamyślonego Konrada ubranego w koszulkę z krótkim rękawem*. Przyznam, że minę miał nietęgą, kiedy zorientował się, co go czeka. Pewnie myślał, że jednak trzeba było zabrać bluzę z samochodu… – To co, Konrad, chcesz iść pierwszy? – spytałem, usiłując zachować powagę. – Panie przodem. – Łukasz dolał oliwy do ognia. – Może to są takie, co nie parzą, albo trzymaj ręce w górze! – Dobrze wiedziałem, że nie ma takich pokrzyw, ale nie mogłem sobie odpuścić tej przyjacielskiej rady. – Plus taki, że oset ci się nie poprzykleja – podłapał temat Łukasz. – Dobra dziewczyny, patrzcie, jak to się robi. – Konrad ruszył przed siebie. Ko nr ad: Stałem na górze i jeszcze przez chwilę filmo- Od t amtej por y zacząłem wałem jego podjazd do przeciwnika. Walka była b ar dzi ej przykł ad ać wa gę do tego, co zakł ad am na wypr awy. przegrana, zanim się w ogóle zaczęła. Stwierdziłem, że nie ma co dalej stać jak widły w gnoju i trzeba koledze pomóc. Zbiegłem na dół i ruszyłem naprzód, depcząc przeciwników Konrada, tak by zrobić mu przejście. Oczywiście nikt nie wyszedł z tego bez strat. Wróg poniósł co prawda klęskę, ale i my lizaliśmy rany. Razem z Łukaszem mieliśmy bluzy z długim rękawem, ale ostrza przeciwnika sięgały głęboko. Plus taki, że pokrzywki są podobno zdrowe. Zszedłszy z górki, która z dołu nie wydawała się już taka wysoka, dotarliśmy do polnej drogi wyjeżdżonej przez ciężki sprzęt. Widać było, że ktoś na tym terenie coś kombinuje, bo na poboczach leżała zepchnięta ziemia wymieszana z gruzem. Spojrzałem na mapkę i zgodnie ze wskazaniami GPS-a ruszyliśmy przed siebie, mając skarpę po prawej stronie. Szliśmy tak i szliśmy dobrych kilka minut, aż Łukasz stanął na czymś twardym leżącym pośród wysokiej trawy. Była to tablica nagrobna. Zastanawialiśmy się, czy ktoś ją przytargał tutaj 51
z pobliskiego cmentarza czy może trafiliśmy na czyjeś miejsce pochówku. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że nikt tutaj nie leży, bo tablica była poszczerbiona, a więc ktoś ją tu przetransportował, a wokół nie wypatrzyliśmy żadnych betonowych murków, kwiatów, metalowych obręczy i zdobień – czegokolwiek, co mogłoby wskazywać, że jest to grób. Gdy ruszyliśmy dalej w głąb młodego lasku, spytałem chłopaków: – Słuchajcie, jak to dokładnie jest z tymi masonami? Czytałem o nich, ale niewiele rozumiem. Kim oni tak naprawę byli? – Chyba są, bo z tego, co wiem, wciąż istnieją i mają się dobrze – powiedział Konrad. Nieustannie drapał się po rękach. – Masoni to taki tajny ruch społeczny, jakby bractwo, które łączy ludzi skupiających się na doskonaleniu człowieka, i to niezależnie od Łuk asz: poglądów czy wyznania – wyjaśnił Łukasz ku mojemu Bo j ak się zr obi histor ię, niemałemu zdziwieniu*. Aż spojrzałem na niego wielto żade n nie doceni. kimi oczami. – Spotykali się na tajnych spotkaniach w hermetycznych grupach. Często w specjalnie wybudowanych budowlach, takich jak nasze katakumby. Te miejsca nazywali lożami wolnomularskimi. – Wiem, że nazywają ich też wolnomularzami… co mi kojarzy się z murarstwem. – Coś tam czytałem, więc mogłem wtrącić swoje trzy grosze. – No dokładnie, nawet uważają się za takich murarzy lepszego świata. Wiesz, to są głównie bogaci i wpływowi ludzie, którzy chcą kreować inny, ich zdaniem lepszy, świat pozbawiony jakby państwowości i podziałów. Generalnie sądzą, że jak wszyscy są równi, to jest fajnie – zakończył wywód Łukasz. – A skoro mowa o murowaniu, to ich znakami rozpoznawczymi są cyrkiel i węgielnica, czyli atrybuty architekta – dorzucił Konrad. – No więc wszystko jasne. Mamy grupę ludzi, która uważa, że nie ma państwowości, mają dużo kasy, spotykają się na tajnych spotkaniach 52
i knują, jak tu zapanować nad światem i oczywiście jak zarobić jeszcze więcej pieniążków – podsumowałem sobie i pozostałym. – Dokładnie. Nowy Porządek Świata – podsumował Łukasz. – Ej, patrzcie na to! Jakaś dziura! – zawołał Konrad. Rzeczywiście, doszliśmy do zakopanej mirabelkami dziury w ziemi. Niewielka pieczara, taka akurat na jedną osobę, była do połowy zasłonięta betonową płytą. Ktoś jednak zrobił to na tyle nieudolnie, że bez problemu zmieściłby się w środku eksplorator amator, i to bez Ko nr ad: wciągania brzucha*. Problemem nie był jednak beton, Obecnie już musielibyśmy ale kupa zgniłych mirabelek, po których trzeba by się wci ąg ać brzuchy. czołgać. Wyobraźcie sobie, że kładziecie się na dużej kromce chleba wysmarowanej dżemem mirabelkowym wyłącznie po to, aby ktoś zaraz pociągnął Was za nogi. Nie jestem pewien, czy jest dżem o takim akurat smaku, więc możecie podstawić w zamian swój ulubiony smak – chodziło mi o konsystencję. Temat mirabelek nie był jednak niebezpieczny, bo może i śmierdzą, ale nikt jeszcze od czołgania się po nich nie zginął. Większe obawy budził ogromny nasyp nad wejściem. Tutaj opcje zagrożenia są dwie, każda zła. Nie chciałbym nigdy musieć pomiędzy nimi wybierać, ale chyba wolałbym zostać zasypany w tunelu niż przysypany podczas wchodzenia. Pierwszy przypadek daje jeszcze jakieś opcje ratunku, można próbować się wykopać lub liczyć na fart i znaleźć sygnał komórkowy przy jakimś kominie. Zasypanie przez ziemię właściwie przesądza sprawę – nawet jeśli od razu cię nie zabije, to prawdopodobnie po chwili się udusisz. Oczywiście to wszystko kotłowało się tylko w mojej głowie, nie podzieliłem się przemyśleniami z przyjaciółmi, bo nie chciałem ich straszyć. Wyciągnąłem tylko telefon z kieszeni i wysłałem SMS-a do rodziny z informacją, gdzie jestem, i wzmianką, że właśnie wchodzę do tunelu i planuję wyjść za mniej więcej godzinę. Pierwszy do dziury wskoczył Konrad, zgrabnie omijając mirabelkową zasadzkę. Zaraz za nim podążył Łukasz, ja natomiast stałem 53
u góry, filmując ich zmagania. Nawet sprawnie sobie poradzili, więc wkrótce przyszła moja kolej. Pierwsze nogi, potem głowa i po sekundzie byłem w środku. Zaskoczyła mnie ilość miejsca pod ziemią – na zewnątrz miałem wrażenie, że w środku będziemy musieli chodzić na czworakach, a tutaj wystarczyło lekko się zgarbić i było OK. Katakumby zostały wybudowane na planie czworoboku bez jednej zamykającej kwadrat ściany. My weszliśmy od tyłu, ponieważ główne wejście już dawno zostało zasypane. Nim zaczęliśmy zmierzać w głąb pogrążonego w ciemności tunelu, wyciągnęliśmy oświetlenie. Wiecie, to druga wyprawa, więc i sprzęt był meganiskobudżetowy. Udało mi się wcześniej wygrzebać z szafy jakąś starą wojskową latarkę, jeszcze z czasów, kiedy latałem z karabinem po lesie. Konrad podprowadził z szuflady brata byle jakie źródło światła. Najlepszy pomysł miał jednak Łukasz. Wiedząc, że idziemy w ciemności, przygotował się i zabrał ze Ko nr ad: ie sobą oświetlenie, za co oczywiście chylę czoła, ale Wyobr aźcie sob ie, że idziec rę nie miał żadnej innej latarki niż zabawka z gazety. do mr ocz nego tu nelu w pa Zauważyliśmy to i obaj z Konradem dostaliśmy taa osób i jed na z was wyci ąg a”, ld kiego napadu śmiechu, że dochodziliśmy do siel at arkę z „Kaczora Do na nie się ie ajc ar st bie dobrych kilka minut*. Oczywiście wszystko a póź niej się. śmi ać… no wł aś nie, nie da spoko, nikt do nikogo nie miał i nie ma pretensji, ale wyobraźcie sobie, że idziecie do mrocznych katakumb z zabawkową latarką. No co może pójść nie tak?* Łuk asz: Wciąż rozbawieni, zdołaliśmy się jakoś Br ałem to, co mi ałem. ważne, żeby j aki eś świ atło mi eć. opanować – no bo przecież mieliśmy nakręcić odcinek – powoli ruszyliśmy w mrok. Słychać było tylko nasze oddechy i pluskanie wody pod butami. Zbudowany z czerwonej cegły korytarz nieznacznie zaczął się zwężać. Spojrzeliśmy w górę – nad sobą mieliśmy sklepienie w kształcie łuku. To rozwiązanie architektoniczne stosowali starożytni Rzymianie – ustawienie cegieł czy kamieni w półkolu bardzo wzmacnia nośność stropu, ale w tym przypadku kapiąca przez szczeliny woda rozwiewała wszelkie nadzieje, jakoby było to 54
Wnętrze katakumb z widocznymi nawami bocznymi.
bezpieczne. Obydwie strony korytarza usiane były małymi wnękami. Pewnie kiedyś były one o wiele większe, ale przez lata nagromadzone błoto i zawały ziemi podniosły klepisko, co automatycznie zmniejszyło prześwit. Wątpię też, by tak wygodni ludzie jak masoni chodzili na swoje tajne zebrania zgarbieni. Przycupnęliśmy przy jednej z takich naw. – Znajdujemy się teraz pomiędzy historyczną wsią Służew a kościołem. Dokładnie na terenie, który kiedyś należał do wolnomularza Stanisława Kostki Potockiego. Katakumby wzniesiono na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku i to właśnie tutaj spotykali się masoni – zaczął opowiadać do kamery Konrad. – Ej, widzieliście tę czaszkę?! – przerwałem. – Jaką czaszkę?! No co ty? Gdzie?! – podnieśli wrzawę. – No tutaj sobie leży. Ale jest za mała na ludzką, pewnie należała do jakiegoś psa czy lisa – zacząłem tłumaczyć. – Kot, może kot! – oznajmił nasz grupowy osteolog Łukasz. – Choć nie, za dużą mordę ma, pewnie faktycznie psa – zmienił szybko zdanie. 55
– Tutaj leżą jeszcze jakieś inne kości. Nie znam się na tym, ale na pewno są za małe na ludzkie – zapewniłem chłopaków. – A wiecie, że te boczne wnęki zaprojektowano właśnie pod trumny? – zagadnął Konrad. – A w tych małych wycięciach, jakby okienkach, stawiano urny. – Ciekawe, czy taką trumnę kładli równolegle do korytarza, chociaż w sumie to musieli tak robić, bo inaczej wystawałaby na przejście – analizował Łukasz. – Dokładnie już nie pamiętam, ale chyba nikt nigdy nie został tutaj pochowany, a od lat trzydziestych dziewiętnastego wieku cała budowla służyła jako piwnica. Raczej trzymali tutaj winko, nie trumny. – Tak przynajmniej kojarzyłem z przeczytanej wcześniej historii. – No dobrze, panowie, bo jesteśmy jeszcze blisko wejścia, a co chwila się zatrzymujemy… – Nie skończywszy zdania, Konrad ruszył dalej. Dotarliśmy do pierwszego zakrętu pod kątem prostym, dalej czekał nas jeszcze jeden. Odwróciłem się za siebie i spojrzałem na drogę,
Profesjonalnie przygotowani na wyprawę.
56
którą przebyliśmy. Nie było już widać światełka w tunelu, czyli korytarz nie został wybudowany idealnie od linijki. Myślałem, że ci masoni to tacy bardziej poukładani są i skoro mają cyrkiel w herbie, to pewnie równo budują korytarze. Spotyka się czasami budowle, gdzie zakrzywienie korytarzy oraz półkolisty kształt wnętrz są tworzone umyślnie, ze względu na rozchodzenie się fal dźwięku. Najlepszym przykładem jest Elizeum w Warszawie koło ulicy Książęcej, tylko tam bardziej skupiono się na świetle. Szedłem naprzód, przyglądając się uważnie, gdzie chłopaki stawiają kroki. Robiło się coraz głębiej i woda sięgała do połowy podeszwy, nie było jednak źle, bo jakiś nasz poprzednik przytargał tutaj deski, po których można było jeszcze przejść suchą nogą. Idąc jako ostatni, miałem doskonały widok na latarkę Łukasza. Chichrałem się pod nosem, bo jaśniejsza była głowica tego wynalazku niż dawane przez niego światło, już o zastosowaniu najprostszej wolframowej żarówki nie wspomnę. Mijaliśmy kolejne boczne wnęki na trumny oraz okienka przeznaczone do składania urn. Gdzieniegdzie z półkolistego czerwonego sklepienia zwisały korzenie drzew rzucające na ściany niesamowite cienie. Normalnie jak wróżby na Andrzejki – raz widziałem smoka, a raz krokodyla lecącego balonem. A skoro o zwierzętach mowa – natrafiliśmy na jakiś żabi zlot masoński, bo pod nogami przeskakiwało nam pełno tych małych płazów. Poziom wody podnosił się wprost proporcjonalnie do przebytej drogi. Wydedukowałem z tego, że musimy iść w dół. Normalnie w jakiejś kopalni, jeśli nachylenie jest duże i macie do czego się odnieść, to widać i czuć, że człowiek schodzi coraz niżej. Tutaj korytarz opadał nieodczuwalnie i jedynie poziom wody wskazywał, że znajdujemy się głębiej. Oczywiście nie dajmy się zwariować, bo mokrzy byliśmy tylko trochę ponad kostki, ale w butach zdrowo nam chlupotało. Szczególnie u Konrada, który wybrał się w trampkach. Odwiedzaliśmy to miejsce latem, więc na zewnątrz 57
panował skwar, pod ziemią było jednak o jakieś dwadzieścia stopni chłodniej, a lodowata woda potęgowała odczucie zimna. Deski, po których stąpaliśmy, skończyły się kilka metrów wcześniej, a my dotarliśmy do kolejnego zakrętu. – To chyba doszliśmy do końca katakumb. – Łukasz szedł pierwszy, więc miał najlepszy widok. – Tak, dokładnie, tutaj jest ten zawał, gdzie niegdyś znajdowało się główne wejście, teraz wszystko jest zasypane. Jedyne, co możemy jeszcze zrobić, to wczołgać się kawałek z kamerą tam, po prawej – potwierdził Konrad. – Nawet widać, że ktoś tam kopał. No dobra, to wbijam. – Łukasza nie trzeba było długo namawiać. Zakasał rękawy, wziął latarkę z komiksu i po chwili było widać tylko jego nogi. – No i jak tam, mistrzu, jest coś dalej? – zapytałem. – Nie ma nic! – dobiegł moich uszu przytłumiony przez tony ziemi głos Łukasza. – Dobra, to wracaj! Ja z ciekawości położę tutaj zegarek, zobaczymy, jaka jest różnica temperatur. – Umieściłem zegarek na jednym z kamieni. – O stary, to będzie ze dwadzieścia stopni! – przeczytał wskazanie Konrad. – No to mamy idealne miejsce na letnie upały. Chodźcie, zrobimy sobie jeszcze jakąś fotę i wracamy – powiedziałem, ustawiając aparat na prowizorycznym ceglanym statywie*. Łukasz: Do zdjęcia pogasiliśmy wszystkie latarki, więc Pora by ła idealn a, bo na zewn ąt rz by ło okoł o 30 st op ni. przez chwilę jedynym źródłem światła była lampa błyskowa w aparacie. Trwający ułamek sekundy strzał oślepiającego białego światła zwiastował nadchodzącą ciemność. Jakoś wtedy żaden z nas nie chciał ponownie zapalać latarek, siedzieliśmy więc zmęczeni i pogrążeni w coraz to bardziej duszącym mroku, lecz jednocześnie przeszczęśliwi. Kolejna wyprawa za nami! Czas pod 58
ziemią zleciał nam raz-dwa, ale nic w tym dziwnego, jako że całe katakumby mają około sześćdziesięciu metrów kwadratowych. Czułem po tej wyprawie niedosyt i gdy wracaliśmy, powiedziałem kategorycznie: – Chłopaki, szukamy kolejnej miejscówki. Zobacz także wideo