Tulli_Szum.indd 2
2014-08-20 09:05:51
Magdalena Tulli
Szum
K r a k贸w 2 0 1 4
Tulli_Szum.indd 3
2014-08-20 09:05:51
Copyright © by Magdalena Tulli 2014 Fragment książki ukazał się po raz pierwszy w „Zeszytach Literackich”. Opracowanie typograficzne okładki Anna Pol Fotografia na pierwszej stronie okładki Copyright © Jamie Heiden/Trevillion Images Opieka redakcyjna Julita Cisowska Przemysław Pełka Agata Pieniążek Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku Pracownia 12A ISBN 978-83-240-2625-8
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2014 Druk: CPI Moravia Books s.r.o.
Tulli_Szum.indd 4
2014-08-20 09:05:51
Zabrał mnie do swojego pokoju. Zanim wyciągnął sza chownicę, spytał: – Ile jest siedem razy dziewięć? I tak przez lata, a lata w tamtych czasach były długie, zwłaszcza śnieżne zimy ciągnęły się bez końca, tylko w najciemniejszym momencie na chwilę rozświetlone blaskiem choinki, który byłby uroczy, gdyby go nie gasiło życie rodzinne. Ze wspólnego dziedzictwa jemu dostały się umoc nione linie okopów, a mnie nieosłonięta przestrzeń. Wspomnienie scen rozegranych nad przewróconą szachownicą utwierdziło jego wiarę we własne prawa i podkopało moją. Od lat nie grywaliśmy w szachy, więc nie miał już okazji do zabierania mi figur. Za miast tego rzucał słuchawką. Chciałam, żeby się do wiedział, co myślę o rzucaniu słuchawką. Ale nie był ciekawy, liczył na to, że w końcu i tak zmięknę, ustąpię i przeproszę. Biała flaga za każdym razem miała powie wać po mojej stronie, upierał się przy tym w milczeniu. Gdybym chciała powiedzieć mu, co myślę o rzucaniu słuchawką, musiałabym wyjść na nieosłoniętą prze strzeń: na własne ryzyko znowu połączyć się z jego nu merem. On w swoich okopach odłożyłby słuchawkę jeszcze raz, tym razem na sam dźwięk mojego głosu. Zamiast tego postanowiłam wysłać wiadomość. Moż na zmienić porządki zaprowadzone dawno temu, my ślałam sobie. Pocąc się nad klawiaturą komputera, na pisałam mu, że wolno mi wyrażać swoje uczucia. Nie 24
Tulli_Szum.indd 24
2014-08-20 09:05:52
można tego zabronić żadnemu żywemu stworzeniu. Rzucanie słuchawką to gruba przesada. Mam prawo czuć to, co czuję, nawet jeśli w tej rodzinie z jakiejś przyczyny przyjęło się uważać inaczej. Reguły można przecież uzgodnić na nowo, myślałam sobie. Nie ma już tych, którzy je wprowadzili, więc stały się bezuży teczne. Nowe reguły powinny służyć jemu i mnie. Nazajutrz wcześnie rano, jeszcze w nocnej koszuli, otworzyłam skrzynkę mailową. Nie znalazłam w niej odpowiedzi, więc pomyślałam, że nie zdążył przeczytać mojej wiadomości. Po tygodniu zaczęłam zapominać, że na coś czekam. Po dwóch i on musiał już wiedzieć, że tym razem nie zrobię nic więcej. Ale nie odezwał się. Co teraz będzie? – głowiłam się. Jak to się według niego ma zakończyć? To się według niego wcale nie miało zakończyć. Miało tak zostać. Miało tak zostać i dlatego mógł napisać amerykań skiej kuzynce swojej matki, że jesteśmy przyjaciółmi. Bez mrugnięcia okiem, bo dla niego to, co czułam, już nie miało żadnego znaczenia. Jeśli nie wykazywa łam się należytą ustępliwością, nie mogłam zajmować miejsca, które dla mnie przewidziano. Zresztą i tak nie miał już obok siebie nikogo, z kim mógłby ze mnie żartować. Amerykanka, tak blisko zaprzyjaźniona z jego matką, do tego się nie nadawała. Przecież musiał dbać, żeby nie wiedziała o nas za dużo. Do życia rodzinnego przestałam pasować wiele lat wcześniej. Jeszcze przed maturą zaczęłam unikać 25
Tulli_Szum.indd 25
2014-08-20 09:05:52
wizyt w ich domu. Potem pokazywałam się coraz rzadziej i na pytania odpowiadałam wymijająco. Nie zaciskałam pięści, nie podnosiłam głosu. Czuli się ze mną nieswojo. Jakby ktoś obcy wkradł się do rodziny, przebrany za mnie dla niepoznaki. Byli przekonani, że tak się właśnie objawił szkodliwy wpływ mojego męża. – Spodziewa się dziecka – mówili, kiedy ktoś o mnie pytał, zadowoleni, że są w stanie w ogóle co kolwiek odpowiedzieć, bo przyznanie się do niewiedzy bywa przeciekiem najgorszym z możliwych. W tamtym czasie, na parę miesięcy przed porodem, śnili mi się prawie każdej nocy. – Pokaż, co tam masz – mówili. – Niemowlę – odpowiadałam, przytulając je mocno. On wyjmował mi je z rąk i podawał swojej matce. Musiałam na to pozwolić, niemowlę było przecież ta kie delikatne. – Piesek! – Uśmiechała się. – Jaki zabawny. – Piesek! – powtarzał za nią on, chichocząc. – Uro dziła pieska! Oddawali mi zawinięte w pieluszki szczenię. Życie rodzinne skomplikowało się. Mój mąż nie został przyjęty do rodziny, w każdym razie nie na warun kach, które byłby gotów zaakceptować. Nie przyłą czał się do żartów. W oczach mojej rodziny mogło to wyglądać jak przejaw złego wychowania. Pozostał na zewnątrz, tak jak przed nim mój ojciec, tyle że nie był 26
Tulli_Szum.indd 26
2014-08-20 09:05:52
cudzoziemcem, więc nie mógł liczyć na ulgowe trak towanie. Ale głównym powodem, żeby unikać życia rodzinnego, było dla mnie to, że mieliśmy dzieci. W okolicach trzydziestki syn swojej matki nie rzu cał już na nią tych szybkich spojrzeń, zgadując, czy ma zatkać sobie uszy. Zdążył nauczyć się od niej wszyst kich sztuczek niezbędnych do tego, żeby bez jej po mocy egzekwować narzucone mi rygory. Ale odkąd miałam dzieci, myślałam i o tym, czego nauczą się ode mnie. Sztuki kładzenia uszu po sobie? Nie miał dzieci, więc tego nie rozumiał. Dla życia rodzinnego zostało już tylko to, bez cze go musiałoby uschnąć do reszty. Wielkanoc i Boże Narodzenie. Jakby zapominając, że te dzieci są moje, rodzina pozwalała im biegać i krzyczeć do woli, póki wyczerpane własnymi szaleństwami nie padły na ka napę. Hałasy, jak się okazywało, nikomu aż tak bardzo nie przeszkadzały. Któregoś roku po wielkanocnym śniadaniu jego matka zrzuciła z kolan psa, żeby zro bić miejsce dla mojego rudego dziecka. Spaniel usiadł na ogonie nieopodal, nie odrywając od niej spojrzenia pełnego bólu i niepokoju: jego świat się właśnie walił. – Zazdrosny – powiedziała. Przyjrzała mu się ironicznie spod przymrużonych powiek. Zazdrość spaniela nie obudziła w niej współ czucia. Raczej politowanie. Wydawała się zadowolona, że nie jest takim nieszczęsnym kłębkiem uczuć jak jej pies. W ciemnym kącie korytarza pies bez szczeknię cia wyrównał rachunki z moim młodszym synem. Syn 27
Tulli_Szum.indd 27
2014-08-20 09:05:52
przybiegł wstrząśnięty. Zdradził go przyjaciel, to go zabolało najbardziej. Oniemiały, zapomniał się nawet rozpłakać. – Niemożliwe – powiedziała, oglądając ślady po psich zębach na jego przedramieniu. Życie nie byłoby tak śmiesznie proste, jak chciała, gdyby nie nauczyła się narzucać rygorów również faktom. – On by nigdy nie ugryzł dziecka. Spójrz na te skaleczenia, moim zda niem nie są świeże. Wysłała mnie do łazienki, gdzie miała apteczkę, a w niej spirytus i plastry – chciała, żebym na wszelki wypadek opatrzyła tego młodszego, a kiedy poszliśmy się tym zająć, starszego posadziła sobie na kolanach. Mój mąż wiedział, co trzeba zrobić. Podniósł się z fotela i przytulił psa. W Wigilię życie rodzinne jaśniało blaskiem choinki. – Co tu jest napisane? – dopytywał się on, syn swojej matki, patrząc, jak dzieci rozpakowują prezenty, które dla nich wybrał. – K... k... a – dukał mój starszy syn, sześcioletni, wpatrując się w napięciu w kolorową okładkę. Nie mógł ruszyć dalej, litery zasłaniały mu słowo. – C... z... Pamiętaliśmy doskonale, że on jako sześciolatek umiał już płynnie czytać na głos. – Kaczka – podpowiedział. – A dalej? – D... Mój starszy syn odłożył książeczkę i podniósł oprzy tomniałe spojrzenie. 28
Tulli_Szum.indd 28
2014-08-20 09:05:52
– Ile jest sto siedemnaście razy pięćdziesiąt cztery? – zapytał nagle. On podniósł brwi na znak, że nie wie, czego się od niego oczekuje. – Sześć tysięcy trzysta osiemnaście! – wyrwał się mój młodszy syn, skacząc po kanapie. Zamieszanie było jednak mniejsze, a dzieci spokoj niejsze, niż mogliśmy się spodziewać. Nigdy nie prze wróciły choinki ani nawet krzesła i nie stłukły żadnej bombki. Nie ściągnęły też na siebie obrusa razem z za stawą, co – pamiętaliśmy doskonale i o tym – zdarzyło mu się kiedyś, w bardzo młodym wieku. W dzieciach najbardziej kłopotliwe było to, że zmieniły stosunek sił. Gdyby mógł, podniósłby je, jak laufra i konika, i trzymał w zaciśniętej pięści, czekając na interwencję wyższej instancji. Choroba mojej matki rozpoczęła się od dziwnych wspomnień. – Kiedy to mogło być? Na początku lat pięćdziesią tych, nie wcześniej. Rynek był już odbudowany. Jacyś ludzie wytropili gdzieś esesmana w czarnym mundu rze z odprutymi dystynkcjami. Złapali go i prowadzili, a za nimi ciągnął wielki tłum. Widziałam tego czło wieka, miał złamany nos i krew na twarzy. I zastrze lono go, właśnie tam. Przypomniała sobie nawet złamany nos. Poczułam niepokój. 29
Tulli_Szum.indd 29
2014-08-20 09:05:52
– A skąd on się tam wziął, tyle lat po wojnie? – spytałam. Nie miała pojęcia. – I nikt nie interweniował? – dociekał mój mąż. Nie, w jej pamięci zabrakło służb, które mogłyby ten tłum rozproszyć. Chwilowo nie było tam Milicji Obywatelskiej i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrz nego, nie było nawet aresztu, w którym prokuratura powinna osadzić esesmana i trzymać go pod kluczem aż do procesu. – Cywile mieli broń? – upewniłam się. – Podobno zastrzelili go z jego własnego pistoletu. Nie uspokoiło mnie to bardziej, niż gdyby powie działa, że byli uzbrojeni po zęby. – I ty widziałaś tę egzekucję? Nie, na to nie chciała patrzeć. Szła w przeciwną stronę, a właściwie przepychała się pod prąd przez Świętojańską i plac Zamkowy. – Esesman? Tak mówiła? Nie wierzę – oświadczyła jego matka, kiedy jej o tym opowiedziałam przez tele fon. – Wymyśliliście to. Udało nam się namówić moją matkę na specjali styczne badania. – Nie wygłupiaj się! – usłyszawszy o tym, powie działa jego matka do mojej, ostrym tonem, jakiego wobec niej nie używała nigdy. Fakty zaczynały wymykać się spod rygorów, musia ła z całą mocą przywołać je do porządku. Żeby w życiu mojej matki, a przez to i w jej własnym, nie zalęgła 30
Tulli_Szum.indd 30
2014-08-20 09:05:52
się podstępna bezradność. Wszyscy zrozumieliśmy, że istnieją choroby, na które nie będzie mogła się zgodzić w żadnym wypadku. Ale termin badań był już wy znaczony. – W porządku – powiedziała moja matka po po wrocie. – To zostało wykluczone. Dopiero wtedy jego matka się uspokoiła. Dziwnych wspomnień tymczasem pojawiało się coraz więcej, jednego dnia takie, drugiego inne. Skle jały się w dziwny przekładaniec albo zderzały czoło wo, jak pociągi jadące w przeciwne strony po tym samym torze, i wypadały z szyn. Przez długi czas nie sposób było dociec, skąd się biorą. Moja mat ka znowu ukrywała tajemnicę. Pewnego razu, kiedy przyszłam pomóc w porządkach, znalazłam za tale rzami w jej kredensie nierozpieczętowaną, lecz już od dawna przeterminowaną fiolkę z lekarstwem, które go nie znałam. W aptece powiedzieli mi, na co się je bierze, potem wydzwaniałam pod różne numery, szukając miejsca, w którym postawiono rozpoznanie i wypisano receptę. Znalazłam i ze skruchą pozwoli łam się zbesztać – nie przyszła na umówioną wizytę kontrolną, minęło tyle czasu, jak mogłam pozwolić jej tak zaniedbać leczenie? Próbowaliśmy wszystko naprawić, choć było już trochę za późno. Jego matka obserwowała te starania z rozdrażnieniem, pewna, że nowe leki szkodzą. Z ich powodu moja matka zaczęła tracić na wadze i podobno ważyła już dokładnie tyle, co zaraz po wyjściu z obozu, jego matka podkreślała 31
Tulli_Szum.indd 31
2014-08-20 09:05:52
to z naciskiem. Uważała, że szkodzi również moja pomoc w pilnowaniu terminów wizyt lekarskich oraz w opłacaniu domowych rachunków. Próbowała do ciekać, w jakim celu wmawiam jej i matce tę chorobę, która już raz została wykluczona, skąd mam takie recepty i po co w ogóle się wtrącam. Ostre spojrzenia na mnie nie działały. To wszystko było zupełnie do mnie niepodobne, ale mogło być podobne do mojego męża, o którym rodzina niewiele wiedziała oprócz tego, że przy niedzielnej szarlotce gburowato milczał, odmawiając przyłączenia się do żartów. Moje posu nięcia stawały się nieco bardziej zrozumiałe przy za łożeniu, że całkowicie i bezkrytycznie ulegając jego woli, realizuję jakiś niepokojący plan. – Wiesz równie dobrze jak ja, że ten lekarz prowa dzący nie istnieje – odpowiadała, kiedy prosiłam, żeby poszła z nim porozmawiać. – Zaryzykuj – powiedziałam. – Raz poddaj próbie tę swoją dwustuprocentową pewność, a przekonasz się, że jest oderwana od rzeczywistości. – O co chcesz mnie oskarżyć? – spytała po chwili ciszy, dotknięta. – Namawiam cię, żebyś spotkała się z lekarzem. – Ja usłyszałam coś innego. Co chcesz mi zasuge rować? – Żebyś tam poszła. – Nie kłam przynajmniej – powiedziała i rozłączyła się.
32
Tulli_Szum.indd 32
2014-08-20 09:05:52
– Jeśli nie przestaniesz ze mną walczyć – mówiłam jego matce przy różnych okazjach – to lepiej, żebyś nie przychodziła wcale. Wiedziałam doskonale, że dla mojej matki jest naj ważniejsza na świecie, i nie myślałam, że przestanie przy chodzić. Miałam raczej nadzieję, że nią wstrząsnę, i wy obrażałam sobie, że wtedy wreszcie zaczniemy rozmawiać. Nie zaczęłyśmy. Listonosz przyniósł mi pozew sądowy. Nie mogła postąpić inaczej, musiała mnie powstrzymać nie zwłocznie, nie przebierając w środkach, bo stan jej siostry pod moją opieką pogarszał się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Naprawdę się pogarszał, ja też nie mogłam tego nie zauważyć. A jednak pomysł z sądem był do niej niepodobny. Tak jak ona, zaczęłam doszukiwać się wpły wu osób trzecich. Dawano jej przecież wiele rad. Każdy, komu mówiła, ile waży moja matka, był gotów przyjść z pomocą. Trzeba sięgnąć po wyjątkowe środki, bo sytu acja jest wyjątkowa – myśleli przyjaciele. Być może ktoś z przyjaciół miał w rodzinie prawnika. Jeśli tym razem przyjmowała rady, zamiast ich udzielać, to nie była tak uparta, jak mi się dotąd wydawało. Albo też naprawdę traciła grunt pod nogami. Przeglądając dokumentację ściągniętą ze szpitala, sąd pytał podczas rozprawy, czy rozmawiała z lekarzem prowadzącym. – Nie istnieje – oświadczyła ze spokojem. Z lekarzem umówiła się po przegranym procesie. To spotkanie coś w niej złamało. Nie chciała o nim opo wiadać, ale stało się dla mnie jasne, że dała za wygraną. Oprócz ulgi czułam mętny niepokój. Wiedziałam, że 33
Tulli_Szum.indd 33
2014-08-20 09:05:52
gdyby była w swojej najlepszej formie, nie poddałaby się za nic w świecie. Choroba jego matki rozpoczęła się dwa lata później od nagłej utraty sił. Nie od razu się o tym od nich dowiedziałam: oboje mieli zwyczaj trzymać informa cje godne uwagi pod ścisłą kontrolą. Dopiero po paru dniach zrozumieli, że nie obejdą się bez mojej pomocy. W pewien poniedziałek odebrałam telefon. Od niego. Prosił, żebym po południu przyszła do szpitala. – Byłem wczoraj i przedwczoraj – powiedział mi schrypniętym głosem – ale dzisiaj nie mogę. I podyktował mi listę rzeczy, które miałam tam za nieść. Pakowałam je do dużej torby drżącymi rękami. Teraz umrze tak jak moja matka – myślałam. Jego matka wcale nie obawiała się, że umrze. Nie przeszło jej to nawet przez myśl. Zimą wybierała się za granicę, na południe. Na razie leżała na środko wym łóżku w trzyosobowej sali. Zobaczywszy mnie w drzwiach, odłożyła książkę. – Jakiś problem z morfologią – odpowiedziała z lekka kpiąco na moje pytanie. – Za dużo białych ciałek, za mało czerwonych. To wyniki badań chorowały, nie ona. Co do niej, miała się całkiem nieźle, więc uwierzyłam, że nic jej nie będzie. Z butelki zawieszonej na statywie coś ka pało do przezroczystej rurki zakończonej igłą, tkwiącą w żyle na sinym grzbiecie jej dłoni. Patrzyła, jak ściem nia się za oknem. 34
Tulli_Szum.indd 34
2014-08-20 09:05:52
– Mówiłam ci, że widziałam bombardowanie Drez na? – odezwała się. Jej milcząca sąsiadka na chwilę uniosła ciężkie powieki. – Nie. Nie mówiłaś. – Przez okno, takie jak to. Wtedy też leżałam w szpi talu. To nie był zły obóz. Najlepszy z tych, przez które przeszła. Chorych nie zabijano, pozwalano im odpo cząć albo umrzeć w spokoju. Robili tam skrzydła do niemieckich myśliwców. Magazyn pękał w szwach, sa moloty już nie potrzebowały skrzydeł, fabryka ich nie odbierała. Wszyscy więźniowie głodowali, ale w ciągu miesięcy, które jego matka tam spędziła, nikogo nie pobito i nie sponiewierano. Obóz leżał daleko za mia stem – kilka wysokich budynków z czerwonej cegły i druty kolczaste dookoła. W gorączce oglądała przez okno fajerwerki na nocnym niebie. Przez pustą prze strzeń niósł się taki huk, jakby ktoś włączył na cały regulator wszystkie naraz rejestry muzyki sfer. Nie wi działa ani szyb topiących się jak wosk, ani zerwanych krokwi miotanych burzą ogniową wysoko nad głowami, ani palt i czapek płonących na cywilach, którzy uciekali z rozgrzanych do czerwoności schronów i grzęźli bez ra tunku w płynnym asfalcie. Nie widziała piekła – tylko niebo, całe w rozbłyskach i krwistoczerwonych łunach. – Piękne – wspominała. – Ileż w nim było nadziei. Wychodziła cało z gorszych opresji niż ta, w którą wpędziły ją wyniki badań, jej życie zostało ocalone, da rowane, wszelkie niebezpieczeństwo zażegnała dawno 35
Tulli_Szum.indd 35
2014-08-20 09:05:52
temu. Musiała tylko stanąć na nogi. Po poniedziałku przyszedł wtorek. We wtorek osłabła jeszcze bardziej, nie miała siły nawet usiąść na łóżku. – Obawiam się, że nie pojadę zimą na południe – powiedziała w środę. Potem patrzyła w milczeniu, jak wypakowuję z tor by kartony z sokami i wkładam do szafki. Liczyła je? Wątpiła, czy zdąży wypić? Nie chciała rozmawiać o przyszłości. Już raczej o przeszłości. W czwartek wspominała jego dzieciństwo – był przecież taki ślicz ny i miły – i swoje małżeństwo. Najlepsze, co kiedy kolwiek ją spotkało. – Miałam dobre życie – powiedziała, nie zauwa żając czasu przeszłego, który jakoś sam się przyplątał w tym zdaniu. Ale potem zaczęły jej się przypominać inne rze czy i opowiedziała mi o Frani, która była ich służącą w Łodzi przed wojną. W dzieciństwie bardzo kochała Franię. Po wojnie widziała się z nią tylko raz, krótko. – Wyjechałam do Warszawy – powiedziała mi. – Studiowałam. Zajmowałam się tyloma rzeczami, więk szość z nich to były zupełne bzdury. A o Frani zapo mniałam. Milcząc, zanurzyła się w goryczy tego zapomnie nia. Trzymałam ją za rękę i gorycz przeszła na mnie. Odszukałabym Franię, żeby powiedzieć jej, jak bar dzo moja ciotka żałowała, że o niej zapomniała dawno temu. Ale ona nie mogła sobie przypomnieć nazwiska. W ich domu nazwisko nie było Frani potrzebne. 36
Tulli_Szum.indd 36
2014-08-20 09:05:52
– Obawiam się, że już nie żyje – powiedziała po namyśle, z cieniem zdziwienia w głosie. – Miałaby przecież ponad dziewięćdziesiąt lat. W piątek były już znane wyniki wszystkich badań i postawiono diagnozę. Gdyby nie umiała pożegnać się z nadzieją, można się było jeszcze chwytać sposobów w rodzaju przeszczepów szpiku. Nie chciała słyszeć o przeszczepach szpiku. Wypisana ze szpitala, wróciła do domu, tam miała wreszcie święty spokój. Leżała na specjalnym łóżku wyposażonym w odpowiedni mate rac, śmiertelnie zmęczona. Oddychała ciężko, z nosa wystawała rurka do podawania tlenu. Życie nudziło ją i niecierpliwiło jak nigdy przedtem. Sprawiło jej za wód: świat był jeszcze mniej poważny, niż jej się wy dawało. Jeśliby mu się dobrze przyjrzeć, okazywał się nie całkiem prawdziwy, a trzymanie fasonu naprawdę nie miało znaczenia, na nic już nie mogło się przydać. Śmiechu warte! – mówiło jej spojrzenie. Ale żeby śmiać się naprawdę, trzeba mieć jeszcze choć trochę siły. Rozmów też jej się odechciało. – Nie wiedziałam, że to się tak głupio skończy – powiedziała, zamykając wszystkie tematy. Łyżka do zupy wysunęła się z jej ręki i upadła na podłogę. Była za ciężka. Ale jego matka nie życzyła sobie, żeby ją karmić. Dała znak, że nie. Karmienie absolutnie nie wchodziło w grę, to byłoby żenujące. Zresztą nie czuła głodu. Upierałam się przy karmieniu, póki znajomy ironiczny błysk w jej oku nie przywiódł mnie do opamiętania. 37
Tulli_Szum.indd 37
2014-08-20 09:05:52
I wciąż jeszcze nie pojmowałam, że rygory zostały stworzone nie dla mnie. I nadal nie domyślałam się, komu były potrzebne do życia. O tunelu usłyszałam po jej śmierci. To historia bez daty, z trzeciej ręki. Kiedy pociąg przejeżdżał przez tunel, oświetlenie się nie włączyło. Zazwyczaj tunele w jakimś momencie urywają się w sposób nagły, ten jednak, wydawało się, nie miał końca. Prowadził nie wiadomo dokąd, w mrok, w pustkę. Oczywiście trzy mała nerwy na wodzy, póki mogła, a nawet dłużej. Aż zaczęła się dusić. W jakimś momencie wstała i roz paczliwym szarpnięciem otworzyła okno. Do przedzia łu wtargnął zimny wiatr mieszkający w tym tunelu, poderwał szeleszczące płachty gazet i obracał nimi w kółko, w kółko, a pociąg wśród huku pędził dalej w ciemnościach, bez celu i kierunku i nawet nie było pewne, czy pod kołami jeszcze są szyny, a pod szyna mi ziemia. Krzyku, który wyrwał się z jej gardła, być może nie usłyszała wcale. Podobno był straszny. Przy biegł konduktor w stosownym mundurze, tymczasem ktoś już trzymał ją za ramiona, ktoś wołał: „Wody!”, ktoś ruszył pytać o lekarza w kolejnych przedziałach. Przez zaciśnięte powieki nie mogła zobaczyć obłoków, które znowu płynęły spokojnie nad polami, jej własny krzyk zagłuszał ludzkie głosy tuż obok. Mam w uszach ten krzyk. Słyszę go w środku siebie, jakbym to ja krzyczała.
Tulli_Szum.indd 38
2014-08-20 09:05:52
„Nasze dzieciństwo jest pełne historii, o których trudno opowiedzieć nawet po latach. Szum to jedna z tych opowieści, a sposób, w jaki przedstawia ją Tulli, każe myśleć o literaturze jako o lekarstwie, lepszym od wszystkich, które kiedyś kazali nam łykać” . Marek Zaleski Najnowsza powieść jednej z najwybitniejszych polskich pisarek. Naznaczona emocjonalną intensywnością historia kobiety próbującej przełamać towarzyszące jej od zawsze poczucie wyobcowania i poszukującej porozumienia z matką, z którą zawsze łączyły ją trudne relacje. To najodważniejsza, najbardziej osobista książka Magdaleny Tulli. Autorka ukazuje w niej uniwersalną prawdę o kondycji ludzkiej, w którą wpisany jest pierwiastek obcości, niedostosowania, a także dojmująca potrzeba wzajemnego zrozumienia i wybaczenia.
Magdalena Tulli
cena 34,90 zł
– autorka znakomitych, wielokrotnie nagradzanych książek, z których każda znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike; laureatka Nagrody Kościelskich, Nagrody Literackiej Gdynia oraz Gryfia. Jej książki przetłumaczono na kilkanaście języków.