Skip to main content

Śród żywych duchów

Page 1

Dramat polskich bohaterów wojennych – rotmistrza Pileckiego, generała Fieldorfa „Nila” i innych skazanych na śmierć w Polsce Ludowej – nie kończył się z chwilą wykonania wyroków. Dla rodzin straconych to początek walki o ujawnienie prawdy o losach bliskich: synów, mężów i ojców. Śród żywych duchów jest ich poruszającą historią.

MAŁGORZATA MAŁGORZATA

Listopad 1988 roku, zaniedbana łączka na warszawskich Powązkach. Małgorzata Szejnert na każdym z pięciu symbolicznych grobów kładzie krótki list. Kartkę przyciska zniczem. Jest przekonana, że groby są puste, ale wie, że wieczorem ktoś tu przyjdzie...

Małgorzata Szejnert, mimo starannie zatartych śladów, poszukuje grobów więźniów politycznych zamordowanych w warszawskim więzieniu na Rakowieckiej. Zbiera relacje świadków i członków rodzin, ujawnia sposoby na obejście cenzury i zdobycie informacji w epoce strachu i nieufności. Dziennikarka w mistrzowski sposób łączy opowieść o epoce terroru i o końcu lat osiemdziesiątych, tworząc niezwykłą kronikę przełomu i początku demokratycznych przemian w Polsce.

Małgorzata Szejnert – dziennikarka, przez prawie piętnaście lat szefowa działu reportażu w „Gazecie Wyborczej”. Autorka wielu książek, jest laureatką Nagrody Mediów Publicznych COGITO, była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus oraz dwukrotnie do Nagrody Literackiej Nike. W Znaku ukazały się: Czarny ogród (2007), Wyspa klucz (2009) oraz Dom żółwia. Zanzibar (2011).

Cena detal. 39,90 zł

Najbardziej wzruszająca książka Małgorzaty Szejnert. Niezwykły nagrobek wystawiony polskim bohaterom. Norman Davies

Szejnert_Srod_zywych_duchow_okl_druk.indd 1

2012-07-04 08:32:39


MAŁGORZATA

WYDAWNICTWO ZNAK KRAKÓW 2012


Część I

Parafia świętej Katarzyny

Warszawa, marzec 1988 Więźniowie Mokotowa pamiętają turkot wozu konnego wewnątrz dziedzińca. Odzywał się przed świtem w pierwszych latach po wojnie. Drewniane koła w żelaznych obręczach zmierzały ku bramie i oddalały się Rakowiecką. Opowiadali mi o tym państwo Śmiechowscy. Jerzy Śmiechowski, młody makler w Gdyni, przemycił Stefana Korbońskiego i jego żonę na szwedzki statek „Drottning Victoria”. Korbońscy odpłynęli bezpiecznie 5 listopada 1947 r. Śmiechowski, aresztowany następnego dnia, odsiedział pięć lat. Na Mokotowie poznał przez ścianę studentkę Wiesławę Pajdak. Jej ojciec, Antoni, był jednym z szesnastu przywódców Polski Podziemnej sądzonych w Moskwie. Siedział pięć lat w więzieniu, tyleż na zesłaniu. Jej matka, Janina, wyskoczyła oknem z trzeciego piętra gmachu krakowskiego UB; zmarła w szpitalu pod strażą. Jerzy i Wiesława zaprzyjaźnili się podczas długich rozmów alfabetem Morse’a. Gdy ulokowano ich karnie w celach naprzeciwko, by nie mogli stukać, wymyślili Morse’a świetlnego; znaki pisane cieniem w szparze nad podłogą. Wzięli ślub w 1953 r. w więzieniu kobiecym w Grudziądzu, gdzie siedziała jeszcze Wiesława; zezwolono na dłuższe widzenie i bukiet. 7


Każde z nich, osobno, słyszało na Mokotowie klapanie kopyt i turkot kół. Zapamiętali je dobrze. Dzięki niezwykłej sprawności w stukaniu wiedzieli więcej niż inni więźniowie; przewidywali, kiedy wóz nadjedzie. W taki poranek trudno było spać. Nie pozwalał na to niepokój i smutek. Ten wóz z Mokotowa ma różne postacie w różnych wspomnieniach. Stanisław Krupa, były więzień Rakowieckiej, dziennikarz „Kuriera Polskiego”, mówi o nim „furgon”, Władysław Minkiewicz – „zwykły chłopski wóz”. „Co jakiś czas tuż przed pobudką (było jeszcze zupełnie ciemno) zajeżdżał na więzienne podwórze zwykły chłopski wóz zaprzęgnięty w jednego konia, niknął gdzieś za murami i po chwili ukazywał się znowu, lecz teraz leżały na nim jedna, dwie, czasami nawet trzy drewniane skrzynie. Z początku nie mogliśmy zrozumieć, co ten kmiotek w swoich skrzyniach wywozi. Dopiero po pewnym czasie skojarzyliśmy dwa fakty. Otóż było tak, że z reguły poprzedniego dnia, już po wieczornym apelu, słyszeliśmy wyraźnie jeden, dwa lub trzy strzały, przy czym liczba strzałów zawsze zgadzała się dokładnie z liczbą skrzyń wywożonych nazajutrz o świcie”1. Danuta Suchorowska zebrała wspomnienia kilkunastu więźniów politycznych. Przedstawiła ich imionami. Władysław mówi: „Była jedna rzecz, która przyprawiała więźniów skazanych na śmierć o dreszcz przerażenia. Była to świadomość tego, że nikt nigdy nie dowie się o tym, gdzie ich pochowano. Można być człowiekiem niereligijnym, nie wierzyć w życie pozagrobowe, ale trudno pogodzić się z myślą, że raz na zawsze wymazany zostanie ślad, który przedłuża ludzkie istnienie, zostając w pamięci innych. Ten lęk przybierał z biegiem lat u niektórych więźniów rodzaj dręczącej obsesji. Powstawały ciche układy wielostronne, które w razie uratowania się jednego z uczestników nakładały nań obowiązek 1 Władysław Minkiewicz, Wspomnienia 1939–1954, „Zeszyty Historyczne”, Instytut Literacki, Paryż 1987, z. 81, s. 120.

8


poinformowania rodzin na wolności o dacie śmierci i przybliżonym miejscu pochowania innych. Na ścianach Cytadeli pojawiały się wydrapane w tynku nazwiska więźniów, które potem pozostali przy życiu mieli we właściwym czasie uzupełnić krzyżykami i datami”2.

kwiecień Czy rodziny więźniów politycznych, straconych na mocy wyroku sądowego, nie mogły pogrzebać ich same? Aniela Steinsbergowa: – Nie. Oni mieli zniknąć bez śladu. Łatwiej zatrzeć pamięć, kiedy nie ma grobu. Podczas procesów rehabilitacyjnych kładziono wiązanki na ławach podsądnych, których stracono przed paru laty, a teraz uwalniano z zarzutów. Nie było innego miejsca, gdzie by je można położyć. O to właśnie chodziło. Żeby nie było żadnego miejsca na kwiaty. (A. Steinsbergowa, uczennica i przyjaciółka Stefanii Sempołowskiej. Adwokat, socjalistka. Przed wojną broniła robotników „Semperitu”, w czasie wojny pomagała Żydom, w połowie lat pięćdziesiątych domagała się wszczęcia procesów rehabilitacyjnych; doprowadziła między innymi do rehabilitacji Kazimierza Moczarskiego. Autorka książki Widziane z ławy obrończej wydanej pod własnym nazwiskiem w Instytucie Literackim w Paryżu w 1977 r. Zmuszona do odejścia na emeryturę. Współtwórczyni KOR. Wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia Opieki nad Więźniami „Patronat” w latach 1980–1981). Jan Olszewski: – Nigdy nie wydawano bliskim tych zwłok. To stanowiło dodatkową karę dla skazanych i rodzin. (J. Olszewski, adwokat. W czasie okupacji w Szarych Szeregach, do 1947 r. w konspiracji, w czasie „odwilży” w redakcji „Po prostu”. 2 Danuta Suchorowska, Wielka edukacja. Wspomnienia więźniów politycznych PRL w latach 1945–1956, Biblioteka Obserwatora Wojennego, Kraków 1985, przedruk: Warszawa 1987, s. 54–55.

9


Współpracownik KOR, doradca najwyższych władz Solidarności, obrońca w licznych procesach politycznych, mąż zaufania opozycji w sprawach budzących niepokój społeczny). Stanisław Skalski: – Więźniom, którzy mieli KS, nie przychodziło nawet do głowy, że mogą być pochowani po ludzku, przez rodziny. (S. Skalski, wybitny pilot. W czasie wojny, zwłaszcza w bitwie o Anglię, zestrzelił 22 samoloty niemieckie. Odznaczony dwukrotnie Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Po powrocie do Polski długo więziony, torturowany, skazany na karę śmierci pod zarzutem szpiegostwa. Odmówił wniesienia prośby o łaskę. Po 1956 r. rehabilitowany). Wacław Gluth-Nowowiejski: – Żadna ze znanych mi rodzin, których bliscy zostali straceni, nie dowiedziała się nigdy, gdzie leżą. Wiem tylko, że wskazano miejsce matce „Anody”, ale okoliczności tej sprawy były inne. (W. Gluth-Nowowiejski, dziennikarz, najmłodszy z czterech braci i jedyny, który przeżył wojnę. Ciężko ranny w Powstaniu Warszawskim doczołgał się do piwnicy domku na Marymoncie. Ocalony przez kobietę, która go wywiozła z miasta na ręcznym wózku, pod szmatami. Braci Zbigniewa i Janusza rozstrzelano na Pawiaku. Jerzy zginął w Powstaniu. Wacław aresztowany w 1948 r. skazany został na osiem lat więzienia za nielegalne posiadanie broni i przynależność do organizacji, o której istnieniu nigdy nie słyszał). Andrzej Krzysztof Kunert: – Nie słyszałem o tym, by zwłoki straconych wydawano bliskim, a gromadząc informacje do Słownika, spotykałem się z wieloma rodzinami straconych i byłymi więźniami politycznymi. Wiem natomiast o dwóch więźniach zmarłych na Mokotowie, którzy leżą na Powązkach – to gen. Franciszek Herman i płk Aleksander Krzyżanowski. (A.K. Kunert, historyk, uczeń Władysława Bartoszewskiego, autor Słownika biograficznego konspiracji warszawskiej. Zawarte w nim życiorysy można podzielić według trzech schematów: bohaterowie zamęczeni lub zamordowani przez Niemców w czasie 10


okupacji, bohaterowie zamęczeni, zamordowani lub zrujnowani przez system narzucony po wojnie, bohaterowie, którzy dożyli późniejszych lat we względnym spokoju, płacąc różne koszta. Kunert odnotował starannie wyroki śmierci, lata odsiadki, rehabilitacje zmarłych i żywych, funkcje w fasadowych organizacjach). Wiesława Śmiechowska-Pajdak: – Moja rodzina pochowała matkę na cmentarzu Podgórskim w Krakowie; siedziałam wtedy w więzieniu. Matka nie miała sprawy, nie było wyroku. Powiedziano nam, że to samobójstwo. Sądzę, że naprawdę nie chciała żyć. Po wielu staraniach wydano ciało w zamkniętej trumnie. Nie pozwolono na klepsydry i nekrologi. (W. Śmiechowska-Pajdak, więziona za pracę w PPS-WRN, lekarka stomatolog w Warszawie). Władysław Siła-Nowicki: – Zwłok ludzi straconych z przyczyn politycznych nie wydawano. Przed wojną – tak. Niewiadomskiego pochowano we wspaniałym grobie na Powązkach i endecy starali się o to, by miał więcej kwiatów niż Narutowicz. Po wojnie nie informowano nawet rodzin o wykonaniu wyroku. Przestawano natomiast przyjmować paczki. To był straszny znak. W Związku Radzieckim informowano w sposób równie ukryty, ale zrozumiały dla doświadczonych: „zesłany bez prawa korespondencji”. (W. Siła-Nowicki, adwokat, w czasie wojny w Kedywie AK i Delegaturze Rządu RP, tuż po wojnie działacz Stronnictwa Pracy. Aresztowany z grupą Hieronima Dekutowskiego „Zapory” – WiN, skazany na śmierć, ocalał dzięki powiązaniom rodzinnym. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz napisała do Bieruta: „Kocham go jak własnego syna, a więc przez pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu”. Uwolniony w 1956 r. Zrehabilitowany, został obrońcą w procesach politycznych, doradcą Solidarności, członkiem Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa).

11


Astolphe Louis Léonor markiz de Custine, poczęty na miesiąc przed zburzeniem Bastylii, czterolatek, gdy zgilotynowano ojca i dziada, wytworny i bogaty arystokrata, rozpoczął w czerwcu 1839 r. podróż po Rosji. Opisał ją w książce Listy z Rosji, której przenikliwość zdumiewa czytelnika polskiego, doświadczonego sąsiada Rosjan. George Kennan napisał o tym reportażu z podróży, że „nie jest to może bardzo dobra książka o Rosji 1839 roku, ale jest to z pewnością doskonała książka, niewątpliwie najlepsza ze wszystkich, o Rosji Stalina, i całkiem niezła książka o Rosji Breżniewa i Kosygina”3. Custine opowiada między innymi o zwiedzaniu twierdzy szlisselburskiej. Zapytał oprowadzającego go inżyniera o grób Iwana IV, nieszczęsnego dziedzica tronu rosyjskiego, który zmarł w fortecy jako więzień stanu. „W odpowiedzi – pisze – pokazano mi wyrwę, jaką uczyniło w murze działo cara Piotra, gdy osobiście oblegał szwedzką twierdzę, będącą jego zdaniem kluczem do Bałtyku. – Grób Iwana – podjąłem z niezmąconym spokojem – gdzie on się mieści? Tym razem zostałem zaprowadzony na tyły cerkwi, w pobliże rosnącego tu krzewu różanego. »Tutaj« – usłyszałem. Zrozumiałem, że w Rosji ofiary nie mają grobów”4. Gustaw Herling-Grudziński notuje w książce Inny świat. Zapiski sowieckie: „Śmierć w obozie była straszna także i przez swoją anonimowość. Nie wiedzieliśmy, gdzie się grzebie umarłych (...). Można być człowiekiem niereligijnym, nie wierzyć w życie pozagrobowe, ale trudno pogodzić się z myślą, że raz na zawsze wymazany zostanie jedyny materialny ślad, który przedłuża istnienie ludzkie i nadaje 3 Za: Pierre Nora, przedmowa do książki Astolphe’a Louisa Léonora markiza de Custine’a, Listy z Rosji, Aneks, Londyn; Krąg, Warszawa 1988, s. XII. 4 Astolphe Louis Léonor markiz de Custine, Listy z Rosji, dz. cyt., s. 128.

12


mu wyrazistszą trwałość w pamięci ludzkiej. Ta forma lęku przed śmiercią, lub raczej przed zupełnym unicestwieniem, przybierała z biegiem lat u niektórych więźniów charakter dręczącej obsesji. Powstawały ciche układy wielostronne, które w razie uratowania się jednego z uczestników nakładały nań obowiązek powiadomienia rodzin na wolności o dacie śmierci i przybliżonym miejscu pochowania reszty, na ścianach baraków pojawiały się wydrapane w tynku nazwiska więźniów, które pozostali przy życiu towarzysze mieli uzupełnić we właściwym czasie krzyżykami i datami (...)”5. Danuta Suchorowska mogła wcielić, prawie dosłownie, myśli Herlinga-Grudzińskiego do relacji „Władysława”, ponieważ o losie więźniów w pierwszej dekadzie Polski Ludowej i o losie więźniów w ZSRR decydował ten sam porządek. Jej nadużycie stało się, niezamierzenie, dodatkowym świadectwem opisywanych czasów. Dlaczego wskazano miejsce matce „Anody”? Jan Rodowicz „Anoda” był jednym z najdzielniejszych żołnierzy „Zośki”. Wnuk powstańców styczniowych. Syn Kazimierza, profesora Politechniki Warszawskiej, i Zofii z Bortnowskich, siostry generała – dowódcy Armii „Pomorze”. Brat Zygmunta, zawodowego oficera WP, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Miał zamiłowania elektroniczne, pracował w zakładach radiowych Philipsa; stąd pseudonim konspiracyjny. Śpiewał, pisał wiersze, rysował. Z akcji pod Arsenałem w 1943 r. wyniósł na plecach rannego Alka Dawidowskiego. Odznaczony Krzyżem Walecznych. Wysadził przepust kolejowy pod Rogożnem. Odznaczony ponownie Krzyżem Walecznych. Ciężko ranny podczas uderzenia flankowego na Cmentarzu Ewangelickim podczas Powstania. Odznaczony Virtuti Militari. Ponownie ciężko ranny na Przyczółku Czerniakowskim. Żołnierze LWP lądujący na brzegu warszawskim znajdują go nieprzytomnego i zabierają pontonem na Pragę. 5 Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat. Zapiski sowieckie, Instytut Literacki, Paryż 1965.

13


Po uwolnieniu Warszawy od Niemców zajmuje się ekshumacją i pogrzebami powstańców „Zośki”. Wstępuje na Politechnikę, na Wydział Elektryczny, ale szybko przenosi się na architekturę. Te informacje znane są wielu. Dalsze podaję na podstawie relacji warszawskiego dziennikarza Andrzeja Wernica, który badał tę sprawę. W wigilię Bożego Narodzenia po „Anodę” przychodzi UB. 1 marca rodzice otrzymują urzędowe zawiadomienie Naczelnej Prokuratury Wojskowej o jego zgonie. Mjr Mieczysław Dytry, szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad Śledztwem w Sprawach Szczególnych, pisze, że zatrzymany „w dniu 7 stycznia popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu”, i że zwłoki pochowano na cmentarzu miejskim na Powązkach. Nie podano kwatery i numeru grobu. Rodzina uzyskuje jednak te dane w biurze pogrzebowym przy ulicy Rakowieckiej, róg Sandomierskiej. Urzędnicy tego biura zapamiętali, że w styczniu funkcjonariusze UB przywieźli tu ciężarówką ciało zawinięte w koc. Kazali je zawieźć na cmentarz i pochować jako NN. Kierownik biura wiedział jednak, kogo przywieziono. Znał Rodowicza. Pracowali razem przy ekshumacji żołnierzy „Zośki”. Zapisał numer grobu, do którego złożono „Anodę”, i podał rodzinie. Umożliwił jej także ekshumację zwłok i godziwe ich pochowanie. Przeprowadzono to bardzo dyskretnie. Ojciec i matka przenieśli ciało do kupionej przez siebie trumny. Zauważyli przy tym, że zwłoki pochowano przedtem z pewną pieczołowitością. Następną osobą, która złamała milczenie, był dr Konrad Okolski, ojciec żołnierza „Zośki”. Wiedział od prof. Grzywo-Dąbrowskiego, który kierował Zakładem Medycyny Sądowej AM, że Rodowicz został zamęczony. „Anoda” leży pod własnym nazwiskiem dlatego, że człowiek, który miał go ukryć w bezimiennym dole, nie zastosował się do polecenia. Znajomość, jaką zawarł z Rodowiczem, była szczególna. Razem przygotowywali zmarłych na drogę. Kierownik biura 14


pogrzebowego, któremu w 1945 r. powierzono takie zadanie w stosunku do żołnierzy „Zośki”, uznał widocznie we własnym sumieniu, że należy je wypełnić do końca, bez względu na zmianę warunków. Było to zresztą możliwe dlatego, że biuro pogrzebowe znajdowało się w strefie otwartej i że „Anoda” nie został stracony. Według Naczelnej Prokuratury Wojskowej był ofiarą wypadku. Wytoczono przeciw niemu zarzuty, lecz nie dokończono śledztwa. Nie doszło do sprawy ani wyroku. Janinę Pajdakową też pozwolono pochować; obowiązywała wersja samobójstwa, być może prawdziwa. Gen. Franciszek Herman, skazany na dożywocie w tak zwanej sprawie generalskiej (Tatar i inni), zmarł na Mokotowie w 1952 r. Płk Aleksander Krzyżanowski zmarł w tym samym więzieniu w 1951 r., bez sprawy i bez wyroku. Zmarli własną śmiercią, którą przyśpieszyły lub spowodowały warunki więzienne. Ale nie byli straceni. Ofiary „wypadków” i osoby zmarłe w sposób „naturalny” ostatecznie mogły mieć groby, jeśli rodziny wykazały w tej sprawie odpowiedni upór i jeśli miały szczęście trafić na ludzi, którzy im pomogli. Żaden upór i determinacja nie pomogły odzyskać zwłok osób rozstrzelanych lub powieszonych na mocy wyroku w mokotowskim więzieniu.

początek maja Pod koniec lat siedemdziesiątych Łukasz Socha (pseudonim) uzyskał dostęp do dokumentów nie znanych przedtem historykom. Opracował je i podał do wiadomości w książce Te pokolenia żałobami czarne... Skazani na śmierć i ich sędziowie 1944–1954, wydanej w podziemiu. Zataił nazwy archiwów i sygnatury akt, aby uchronić ludzi, którzy je udostępnili, przed szykanami, a dokumenty przed zniszczeniem lub zesłaniem w nieznane miejsce. 15


Wśród dokumentów znajdowały się akta spraw prowadzonych przez sądy wojskowe różnych instancji i sądy doraźne, prośby o łaskę kierowane przez skazanych i ich rodziny do prezydenta KRN, odręczne uwagi Bolesława Bieruta. Socha zanalizował jedynie te, które dotyczyły wyroków śmierci. Zsumowanie danych za lata 1945 i 1946 zawartych w książce Sochy daje liczbę 1700 skazanych na śmierć przez sądy wojskowe i doraźne. Socha jest jednak przekonany, że wyroków tych było więcej. Nie we wszystkich sprawach występowano o ułaskawienie. Wiele akt wędrowało do różnych instancji i grzęzło po drodze. Danych z roku 1947 i potem – brak. Socha przypuszcza, na podstawie własnych szacunków i opinii innych historyków, że liczba wyroków śmierci, które zapadły w Polsce w sprawach politycznych w latach 1944–1948, wynosi co najmniej 2,5 tysiąca. Nie potrafi określić, jaki może być stosunek wyroków orzeczonych do wykonanych. Autor Tych pokoleń... dokonuje interesującej obserwacji: 661 osobom skazanym na śmierć, których sprawy analizował, zarzucono dokonanie 122 morderstw politycznych. Tylko 82 ofiary tych morderstw miały nazwiska lub pseudonimy. Reszta ginęła w poszlakach. Sprawiedliwość zabijała gorliwiej niż ci, których oskarżano o zbrodnie. Do ofiar oficjalnego wymiaru sprawiedliwości Socha dodaje „około 10 tys. zabitych bez sądu, zamordowanych w śledztwie, zabitych na ulicy czy na polu, pochowanych często tajnie na cmentarzykach czy w ogródkach wokół budynków powiatowych urzędów bezpieczeństwa albo topionych w rzekach i stawach”6. Socha jest doświadczony w archiwalnej robocie. Cierpliwy, lecz pełen energii. Można przypuszczać, że to mężczyzna koło czterdziestki, z kręgów opozycji, być może syn działacza lewicy. 6 Łukasz Socha, Te pokolenia żałobami czarne... Skazani na śmierć i ich sędziowie 1944–1954, Biblioteka Kwartalnika Politycznego „Krytyka”, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1986.

16


W dedykacji dziękuje „Adamowi Michnikowi i Włodzimierzowi Martowi, dzięki którym ta książka powstała”. Bardzo starannie strzeże pseudonimu. Dotarcie do niego wymaga nawiązania łańcucha kontaktów. Po tygodniu otrzymuję wiadomość zwrotną. Zgadza się na spotkanie, podaje telefon i adres. Wiadomość zdumiewająca. Łukasz Socha to profesor Maria Turlejska. Urodzona w 1918 r. W czasie okupacji zecer w tajnej drukarni PPR, po wojnie kierowniczka Wydziału Historii Partii KC PPR. Stara towarzyszka partyjna. W 1955 r. wkracza na drogę odstępstwa. Próbuje podważyć fałszywe oskarżenia przeciwko Marianowi Spychalskiemu, ciągle jeszcze więzionemu. Usunięta z partii. Mieszka przy ulicy Puławskiej. Najlepsze budownictwo warszawskie, koniec lat trzydziestych. W jasnych pokojach trzy obrazy Zdzisława Beksińskiego. Na dwóch – architektury z czaszek i piszczeli. Trzecie płótno, na oko pogodne, przedstawia dwoje ludzi, dorosłego i dziecko, na brzegu ciemnej zatoki. Jeśli przybliżymy twarz do obrazu, zobaczymy górę z potężnym nawisem, która ledwie wyodrębnia się z tła. Nawis, zlepiony z ludzkich odpadków, kości, ścięgien, włókien, runie za chwilę na parę podróżnych, która spokojnie podąża w głąb. Maria Turlejska mówi: – Pani się dziwi, że żyję wśród tych obrazów. A mnie jest z nimi dobrze. Widocznie człowiek potrzebuje czasem takiego uzewnętrznienia. Pytam, czy badając dokumenty dotyczące wyroków śmierci, zetknęła się kiedykolwiek z informacjami dotyczącymi grzebania straconych. – Nie, nigdy. – Czy istnieją jakieś dane, które pozwoliłyby złożyć listę osób straconych w więzieniu mokotowskim? – Jeśli istnieją, nie są dostępne. Znamy tylko pojedyncze nazwiska. Zwłaszcza jeśli były głośne. – Czy można określić, ile osób stracono na Rakowieckiej? 17


– Nie ujawniono nigdy takiej informacji. Wyroki wykonywano w różnych miastach, w różnych więzieniach. Trzeba by mieć wgląd w akta więzienne, w protokoły wykonania wyroku śmierci, bo tylko one stanowią miarodajne świadectwo. To jest ciągle strzeżone. Jeżeli jest. – Czy dzisiaj, w kilka lat po uzyskaniu dokumentów omówionych w książce Te pokolenia..., Socha wie więcej o liczbie wyroków śmierci wydanych w PRL z przyczyn politycznych? – Jestem coraz bardziej świadoma tego, że listy skazanych na karę śmierci w 1945 i 1946 r., które ułożyłam na podstawie tych dokumentów, mają duże luki. Natknęłam się ostatnio na różne sprawy, których brakowało w tamtych materiałach. Zdaniem profesor Turlejskiej dostępne archiwa nie powiedzą mi nic o miejscach grzebania straconych. Nie pomogą mi także „oni”, byli członkowie władz bezpieczeństwa. Możliwe zresztą, że niewiele wiedzą. Między dyrektywą a nocną praktyką zalega przestrzeń trudna do zbadania. Turlejska-Socha sądzi, że powinnam szukać na własną rękę, przynajmniej na razie. Do „nich” zaś zwrócić się z pytaniami dopiero wtedy, kiedy wyczerpię inne możliwości. Przed laty słyszała o pewnym człowieku, którego powinnam odnaleźć. Był synem więźnia politycznego straconego na Mokotowie. Jeszcze jako chłopiec, prawie dziecko, wniósł sprawę do sądu. Domagał się wiadomości, gdzie leży ojciec. Turlejska nie pamięta, kto jej o tym mówił, jak się nazywali więzień i syn i kogo pozwano przed sąd. Był jednak na pewno taki młodzieniec i był taki proces.

koniec maja Telefon od K.; nie podaje nazwiska. Ostrożny albo dyskretny. Więziono go na Mokotowie w latach pięćdziesiątych i w stanie wojennym. Staroświecki, uparty. Jego proroctwa geopolityczne do 18


niedawna śmieszyły nawet przyjaciół. Delikatny, uśmiecha się tylko. Prosi, bym odwiedziła proboszcza parafii św. Katarzyny na warszawskim Służewie. Nie znam tego księdza, nie słyszałam o nim. – Czy pan myśli, że on na mnie czeka? – Tak, naturalnie. Może pani iść piechotą, przez łąki.

środa 1 czerwca Idę przez łąki, za radą K. Ciągną się od Wilanowa po Lasy Kabackie i opierają o skarpę pra-Wisły. Na grzbiecie skarpy, między Ursynowem a Wilanowską stoi żółty kościół z prostokątną wieżą. Obok biała plebania pod łamanym dachem, z gankiem na masywnych kolumnach. Tylne okna budynku wychodzą na ogródek z rozległym widokiem na pola, aż po Stegny, Sadybę, Wilanów. Parafia jest bardzo stara. Jej akt erekcyjny pochodzi z 1238 r. Kościół, zniszczony w czasie wojen szwedzkich, odbudowano w wieku osiemnastym, a sto lat później włoski architekt Franciszek Lanci nadał mu charakter neoromański. Proboszcz ksiądz Józef Maj objął parafię przed paru laty po prałacie Antonim Czarneckim, który jest schorowany i traci pamięć, a czasem nawet przytomność umysłu; pracował tu blisko czterdzieści lat i czasem pomaga jeszcze w kościele. Ksiądz Maj pyta, czy znam cmentarze służewskie. Znam jeden, niewielki. Leży na skarpie, na południowy zachód od kościoła. W najstarszej części piękny i dostojny. Nazwiska na grobach często się powtarzają i mają brzmienie włościańskie: Karaszewscy, Łagowscy, Wardeccy. Proboszcz wyjaśnia, że parafia ma dwa cmentarze. Ten, który znam, nazywa się Stary. Nikt nie wie, ile ma lat, ale znaleziono tutaj urny słowiańskie. Drugi leży niżej, po drugiej stronie arterii, która biegnie pod skarpą i łączy Ursynów z ulicami Sobieskiego i Czerniakowską. Założono go, według księdza, podczas insurekcji 19


kościuszkowskiej i grzebano na nim żołnierzy polskich i rosyjskich. Jest większy niż Stary, ale zapełniony i bez żadnych szans rozbudowy. Obstawiono go szczelnie blokami osiedla Służew nad Dolinką. Leży między nimi raczej jak skwer niż miejsce ostatniego spoczynku. Główna brama tego cmentarza znajduje się w murze przy ulicy Wałbrzyskiej. O ile Stary cmentarz był elitarny – chowano tam włościan służewskich, o tyle Nowy przyjmował pogrzeby z całego Mokotowa. Przywożono tu także zmarłych bezdomnych i bezimiennych z innych dzielnic miasta. Ta tradycja, zdaniem proboszcza, mogła mieć znaczenie dla wydarzeń, jakie zaszły w sąsiedztwie cmentarza w pierwszych latach po wojnie. Przekraczamy ruchliwą arterię pod skarpą. W bramie przy Wałbrzyskiej ksiądz daje mi cicho do zrozumienia, że nie ufa kobietom sprzedającym kwiaty. Dlatego powie mi wszystko dalej; w głębi cmentarza jest pusto. Wskazuje wzrokiem różowy kamień przy dróżce. – Będzie takich więcej. Powiem pani potem. Główna aleja cmentarna wyprowadza nas na rozległy trawnik. Stoją na nim rzadko i chaotycznie betonowe stele z nazwiskami. Pochowano tutaj ofiary drugiej wojny światowej. Rolę pomnika pełni socrealistyczny obelisk z płaskorzeźbami, nudny i banalny. Oto relacja księdza Maja: „Stoimy w miejscu, gdzie biegła dawna granica cmentarza. Zaznacza ją teraz ten pomnik. Cmentarz zajmuje obecnie 3,72 ha. Potwierdza to wypis z rejestru gruntów sporządzony w 1987 r. przez Urząd Dzielnicowy Warszawa-Mokotów. Ten dokument jest bardzo ważny, bo zawiera pierwszą urzędową informację o rzeczywistej powierzchni cmentarza. Wszystkie poprzednie dane urzędowe, a także mapy geodezyjne, pomijały fakt, że cmentarz po wojnie został powiększony o mniej więcej hektar. Na południe od obecnej kwatery wojennej leżało pole Józefa Bokusa. W 1945 r. został wywłaszczony. Musiało to być późnym latem, 20


bo gospodarzowi nie pozwolono na zebranie owsa, który wskutek tego przepadł na pniu. Wkrótce potem przyłączono pole do cmentarza, grodząc je metalową siatką rozpiętą na słupach. Część tych betonowych słupów zachowała się jeszcze, mimo że cały cmentarz otoczono niedawno nowym murem według projektu architekta Janusza Kazubińskiego, jednego z twórców osiedla Służew nad Dolinką. Parafia nie miała nic wspólnego z powiększeniem cmentarza. Istniejący wystarczał wtedy na jej potrzeby. W tym samym czasie, kiedy zabrano „pole Bokusa”, do parafii przysłano nowego grabarza Franciszka Lesiaka. Miał prawdopodobnie szczególne zadania. Wkrótce zaczęły się nocne pochówki. Nie wiadomo dokładnie, kiedy odbył się pierwszy, ale prawdopodobnie już w 1945 r. Przyjeżdżali nocą, do wykopanego wcześniej dołu wrzucali zwłoki, polewali wapnem i zasypywali. Okoliczni ludzie widzieli to czasem, ale usuwali się szybko. Z początku nikt nie wiedział, kto, kogo i skąd przywozi. Potem zorientowano się, że to funkcjonariusze przywożą więźniów z Mokotowa. Zwłoki były nagie. Ziemię równano. Podobno po jakimś czasie do gospodarzy mieszkających w pobliżu cmentarza zaczęły przychodzić rodziny więźniów, które prosiły o pomoc w wykopaniu zwłok i proponowały za nią pieniądze, a nawet złoto. Rolnicy bali się tego i brzydzili. Krążą jednak pogłoski, że doszło do paru ekshumacji i że odprawiono nocne egzekwie w kościele. Podczas jednego z potajemnych nabożeństw UB otoczyło kościół. Doszło do strzelaniny. Rozbito witraż nad głównym ołtarzem. Witraż ten przedstawiał św. Katarzynę; Lanci sprowadził go z Włoch. Współczesny wizerunek patronki kościoła, który znajduje się w oknie, zamówiono w latach pięćdziesiątych. Nosi wyraźne piętno socrealizmu. Nocne pochówki odbywały się latami. Nie wiadomo, ile ofiar pochowano na dawnym „polu Bokusa”. Ludzie jednak mówią o setkach, a nawet o tysiącach. 21


Przez lata legalny cmentarz parafialny sąsiadował z nielegalnym i niewidocznym grzebowiskiem więziennym. Stawał się jednak coraz ciaśniejszy. Wymagał rozbudowy. Po odwilży parafia postanowiła więc zrobić użytek z sąsiedniego terenu. Wytyczono alejki i Lesiak zaczął zagospodarowywać ten obszar nowymi grobami. Pomagał mu w tym drugi grabarz Józef Walczak. Kopali systematycznie na miejscach tajnych pochówków. Stopniowo zabudowano je całkowicie nowymi pomnikami. Legalny cmentarz nasunął się na potajemny. Mimo to w nowej części cmentarza znajdowano różne znaki, na przykład kamienie ze słowami upamiętniającymi poległych. Leżały jednak krótko i znikały. Wtedy zaczęły się pojawiać zwykłe kamienie, bez napisów, ale duże i ciężkie. Te głazy też ktoś usuwał. W okresie Zaduszek przyczepiano do drzew kartki mówiące o ofiarach terroru. Wreszcie w rogu cmentarza, na jego najdalszym krańcu, postawiono wysoki drewniany krzyż, zupełnie samotny, nie oznaczający żadnego grobu. Ten krzyż pozostał. Nikt go nie ruszył. Byłoby to trudne, bo jest ciężki, osadzony w żelaznej tulei. Poza tym dobrze go schowano. Jest ukryty za drzewem, zupełnie niewidoczny od strony cmentarza. Od strony osiedla wystaje zza muru, ale stamtąd wygląda zwyczajnie, jak jeden z wielu krzyży na cmentarzu. Metr nad ziemią krzyż jest lekko poszerzony. W tym miejscu można, jak na tabliczce, napisać jakąś wiadomość. Nikt nie wie, kto ufundował ten krzyż, chociaż nie stoi on dłużej niż parę lat”. Ksiądz oprowadził mnie po cmentarzu, pokazał krzyż i parę dużych kamieni polnych, które pozostawiono w spokoju. Na koniec zastanowił się, obejrzał i skierował pod mur grodzący cmentarz od wschodu. Wskazał mi ciemny głaz ukryty w zaroślach. Wyryto na nim wezwanie: „Módlcie się za poległych”. Proboszcz powiedział z żalem, że ten ostatni kamień z inskrypcją uchował się dzięki temu, że leży w ukryciu. 22


Wracamy na plebanię tą samą drogą. Dlaczego ksiądz tyle mi powiedział? Trudno przewidzieć, czy zechce wrócić do tego tematu. Nie można więc zwlekać z pytaniami. Oto pytania, które zadaję, i odpowiedzi proboszcza: – Czy grabarze Lesiak i Walczak żyją? – Franciszek Lesiak niedawno zmarł. Jego syn, dygnitarz w SD, nic na pewno nie powie. Józef Walczak żyje. Nie jest już grabarzem, ale kościelnym. Mieszka przy plebanii. Nie chce nic mówić. – Kiedy umarł proboszcz Wyrębowski? – W 1952 r. – Kto przyszedł na jego miejsce? – W 1950 r. skierowano tutaj księdza Antoniego Czarneckiego. Przyszedł cum jure successionis, a więc z prawem objęcia parafii po księdzu Wyrębowskim. – Dlaczego przyszedł z tym prawem? Czy ksiądz wie? – Ksiądz Wyrębowski był ciężko chory, niezdolny do pracy. Odjęło mu władzę w nogach. Myślę, że dobrze wiedział, co się dzieje przy cmentarzu, a nie mógł nic począć, gryzł się, brał wszystko do środka. Nie mógł z tym żyć. – Co ksiądz jeszcze wie o proboszczu Wyrębowskim? – Wybitny kapłan. Po odzyskaniu niepodległości poseł do Sejmu. Endek. Po zamordowaniu prezydenta Narutowicza zarzucano trzem posłom, że swoimi wystąpieniami publicznymi stwarzali klimat moralny dla tej zbrodni. Ksiądz Wyrębowski był wśród tych trzech. Sejm uwolnił ich jednak od zarzutu. Odrzucił wniosek o pozbawienie ich immunitetu. Endek, ale w czasie okupacji chował Żydów w skrytce pod podłogą. Klapa była pod biurkiem w jego kancelarii; pokażę pani to miejsce. Człowiek bardzo odważny, a nawet hardy. Przez całą wojnę prowadził korespondencję na urzędowym papierze parafii, z orłem w koronie. Jakoś się uchował pod szczególną ochroną parafian. Tu, w okolicy, mieszkało wiele rodzin dawnych osadników niemieckich. Bardziej już Polaków niż Niemców. Niektórzy w czasie wojny podpisali folkslistę 23


i ci byli najbardziej pomocni w razie kłopotu. Bo podpisali ze strachu, mieli wyrzuty sumienia. Chcieli, żeby Polacy pamiętali im tę pomoc. Mamy w parafii pamiątki tego przemieszania narodowościowego. Różne germanica. Stare obrazy mistrzów niemieckich. – Czy ksiądz Wyrębowski miał jakichś przyjaciół? – Nie pospolitował się. Przyjaźnił się z rodziną Łagowskich z Wyczółek. Ale pan Łagowski jest już pochowany na Starym cmentarzu. – Czy ksiądz rozmawiał o „polu Bokusa” z prałatem Czarneckim? – Próbowałem, ale bez skutku. Mówi, że nic nie wie. W ogóle nie chce mówić o przeszłości. Podczas okupacji pomagał Żydom w parafii Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim, ale i o tym nie chce nic mówić. Studenci historii, którzy przygotowywali referat na kongres polsko-żydowski w Jerozolimie, prosili, by opowiedział o tym, co przeżył, pomagając Żydom w getcie. Nie chciał. Raz wspomniał przy mnie o córce profesora Hirszfelda, która umarła w czasie wojny, i zapłakał. Nie chce nic mówić. Zresztą wszystko już myli. – Czy mógł nie wiedzieć o nocnym grzebaniu? – Myślę, że wiedział. – Czy księdzu coś wiadomo o stosunkach między proboszczem Wyrębowskim a księdzem Czarneckim? – Wiem, że ksiądz Wyrębowski przed przyjściem następcy zakopał najcenniejsze paramenty. Może się bał, że mu przyślą księdza patriotę. Ale mógł je także ukryć dlatego, że bał się jakiegoś państwowego rabunku. Wtedy wszystko było możliwe. W zeszłym roku podczas remontu świątyni za bocznym ołtarzem Matki Bożej odnaleźliśmy relikwiarz św. ojca Benedykta, ofiarowany parafii na jej pięćsetlecie – w 1738 r., siedemnastowieczną monstrancję, kielich księdza Mohla, proboszcza w XVIII wieku. – Może kto inny ukrył te paramenty? – Nie sądzę. Mógłby je schować proboszcz Bolesław Kakowski, brat kardynała, w 1920 r., kiedy podchodziły pod Warszawę wojska sowieckie, ale wyjąłby to z ukrycia po cudzie nad Wisłą. Po 24


proboszczu Kakowskim objął parafię ksiądz Wyrębowski. Zarządzał nią, jak wiemy, do 1952 r. – Co się dzieje z Józefem Bokusem? – Nie żyje. Nie wiem, gdzie mieszka jego rodzina. Niech się pani zwróci do siostry kancelistki. Oni czasem dają tutaj na mszę za jego duszę. Jak przyjdą, poprosi o adres. – Ale to się może zdarzyć za rok. – Prędzej czy później przyjdą. – Czy ma ksiądz kontakt z jakimkolwiek ówczesnym pracownikiem cmentarza albo probostwa? – Nie. Poza kościelnym Walczakiem i księdzem prałatem Czarneckim. Inni już nie żyją albo byli przelotnie. – Czy zna ksiądz okolicznych mieszkańców, którzy mogą coś wiedzieć? – Widziała pani po drodze, co się tutaj stało. Wybudowano wielkie osiedle. Wszystko wymieszano. Rozbito starą społeczność Służewa. Jeśli przy piaskownicy między blokami rośnie jabłonka, może się pani domyślać – tu było siedlisko. – Czy ksiądz próbował szukać śladów tych pochówków przy Nowym cmentarzu w księgach parafialnych? – Próbowałem. Żadnych śladów nie ma. – Ksiądz Wyrębowski nie zostawił żadnych osobistych papierów? – Nic mi nie wiadomo. – Skąd ksiądz wie to wszystko, co mi dziś powiedział? – Z rozmów przy kolędzie. – Więc jednak trochę starych ludzi mieszka tu stale. Do kogo mam iść? – Sam już nie pamiętam, co gdzie słyszałem. Dodaje, że dwa lub trzy lata temu mówiono o tym w dwóch albo trzech programach Głosu Ameryki.

25


Spis treści

Część I. Parafia świętej Katarzyny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Część II. Imiona . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Część III. Powrót na plebanię . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Część IV. Łączka na Powązkach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Część V. Syn Chajęckiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Część VI. Lista straconych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

7 73 127 185 325 343

Aneks. Straceni w więzieniu mokotowskim w latach 1945–1955 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 371 Od autorki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 379 O fotografiach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 382 Indeks osób . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 384 Źródła ilustracji. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 398


Dramat polskich bohaterów wojennych – rotmistrza Pileckiego, generała Fieldorfa „Nila” i innych skazanych na śmierć w Polsce Ludowej – nie kończył się z chwilą wykonania wyroków. Dla rodzin straconych to początek walki o ujawnienie prawdy o losach bliskich: synów, mężów i ojców. Śród żywych duchów jest ich poruszającą historią.

MAŁGORZATA MAŁGORZATA

Listopad 1988 roku, zaniedbana łączka na warszawskich Powązkach. Małgorzata Szejnert na każdym z pięciu symbolicznych grobów kładzie krótki list. Kartkę przyciska zniczem. Jest przekonana, że groby są puste, ale wie, że wieczorem ktoś tu przyjdzie...

Małgorzata Szejnert, mimo starannie zatartych śladów, poszukuje grobów więźniów politycznych zamordowanych w warszawskim więzieniu na Rakowieckiej. Zbiera relacje świadków i członków rodzin, ujawnia sposoby na obejście cenzury i zdobycie informacji w epoce strachu i nieufności. Dziennikarka w mistrzowski sposób łączy opowieść o epoce terroru i o końcu lat osiemdziesiątych, tworząc niezwykłą kronikę przełomu i początku demokratycznych przemian w Polsce.

Małgorzata Szejnert – dziennikarka, przez prawie piętnaście lat szefowa działu reportażu w „Gazecie Wyborczej”. Autorka wielu książek, jest laureatką Nagrody Mediów Publicznych COGITO, była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus oraz dwukrotnie do Nagrody Literackiej Nike. W Znaku ukazały się: Czarny ogród (2007), Wyspa klucz (2009) oraz Dom żółwia. Zanzibar (2011).

Cena detal. 39,90 zł

Najbardziej wzruszająca książka Małgorzaty Szejnert. Niezwykły nagrobek wystawiony polskim bohaterom. Norman Davies

Szejnert_Srod_zywych_duchow_okl_druk.indd 1

2012-07-04 08:32:39


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook