Skip to main content

Wyprzedaż snów

Page 1

Projekt okładki Zofia Różycka Opieka redakcyjna Weronika Jakubczyk Anna Rucińska Adiustacja Bogumiła Ziembla Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Onderka Opracowanie typograficzne Daniel Malak Łamanie Piotr Poniedziałek

Copyright © by Marzena Rogalska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5345-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie II, Kraków 2018. Printed in EU


Ciepło, wiatr, młodość, studencka wiza, dwieście dolarów w kieszeni, dwieście pięćdziesiąt na karcie kredytowej i Anka, która niemal siłą zaciągnęła ją do małej pizzerii dwa kroki od mostu Brooklińskiego. Narożny jasny budyneczek i lokal, który niebawem miał obchodzić stulecie istnienia. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata i czuła się jak królowa życia. Miała świat u stóp. Nic wtedy nie było ważne prócz chwili, pięknej chwili, no i oczywiście Marka, który miał dolecieć do niej już tak niedługo. Chłopak uznał jej milczenie za odpowiedź twierdzącą.  – Pójdziesz tam. – Wskazał ręką kierunek. – Wiesz, gdzie jest przystanek przy Konopnickiej?  – Pewnie, że wiem – kiwnęła głową. – Długo mnie tu nie było, ale jestem tutejsza.  – To świetnie – ucieszyła się dziewczyna. – To właśnie tam. Nawet nie ma aż tak dużej kolejki. Agata zastrzygła uszami.  – Kolejki? Po pizzę? – spytała z niedowierzaniem. Chłopak z dziewczyną popatrzyli na siebie ze zrozumieniem.  – Kolejki do wolnego stolika – sprecyzowała dziewczyna. – Tam nie ma rezerwacji, ale wszyscy wiedzą, że warto poczekać. Nie mieściło się jej to w głowie, chyba rzeczywiście zmieniło się więcej, niż przypuszczała. Podziękowała i szybko ruszyła w stronę Konopnickiej. Już w połowie wąskiej uliczki, jeszcze przed biblioteką, poczuła zapach, którego nie da się porównać z niczym innym – tak pachnie tylko świeżo upieczone ciasto z bazylią i oregano. Skręciła za róg i szła, kierując się tym zapachem, bo szyld dostrzegła dopiero wtedy, gdy dochodziła do schodków. W drzwiach minęła się z wychodzącą dwójką ludzi, z wnętrza buchnęło ciepło i cudowna woń. Weszła do środka i gdy tylko 25


zamknęła drzwi, dokuczliwy szum ulicy przemienił się w coś, co bardziej dało się wyczuć, niż usłyszeć. Gwar miejsca, w którym ludzie są zadowoleni, nawet szczęśliwi. Symfonia radości próbowania, pomruków zadowolenia, westchnień sytości. I rozmów, rozmów o wszystkim, co wesołe. Tutaj nie przychodziły zrywające z sobą pary na ostatnią kolację, tu przychodzili ludzie, którzy cieszą się z życia i cieszą się życiem. Rozejrzała się uważnie. Po lewej stronie zobaczyła otwartą kuchnię z gigantycznym ceglanym piecem spiętym potężnymi kotwami. Niewysoki, prawie filigranowy człowiek z leciutko rysującym się pod białą koszulką jakby doczepionym brzuszkiem i krótkimi kręconymi włosami wyciągał właśnie z tego pieca pizze, płynnym ruchem obracał je, sprawdzając, jak dobrze są wypieczone. Dwie zostawił w środku, jedną wyjął, zrzucając ją na wielką, błyszczącą tacę. Chwilę później pizza, pocięta, posypana płatkami świeżo ciętego parmezanu i błyszczącą od oliwkowego dressingu rukolą, szybowała w dłoniach kelnerki do stolika.  – Pani sama? – Do Agaty podeszła kelnerka, wysoka, ciemnooka i czarnowłosa. – Zapraszam na werandę. Właśnie zwolnił się stolik.  – Zawsze u was taki ruch? – zapytała Agata. Kelnerka uśmiechnęła się nieznacznie.  – Teraz nie ma ruchu, bo nie ma kolejki. Proszę za mną. Przeszły przez długą salę na zakrytą, przygotowaną już do zimy werandę. Wszystkie miejsca były zajęte, tylko mały, dwuosobowy stolik na samym jej końcu czekał na nią; inna kelnerka, szczuplutka, wysoka, właśnie sprawnie go sprzątała i zmieniała nakrycia. Agata zdjęła kurtkę, przewiesiła ją przez krzesło i usiadła z ulgą. Zerknęła na zegarek – do przyjścia pana Jurka pozostało prawie 26


pięćdziesiąt minut, dość, żeby spokojnie zjeść, nawet gdyby oczekiwanie miało potrwać dłużej. Brunetka, która przywitała Agatę przy wejściu, przyszła z kartą.  – Proszę się zorientować – rzuciła. – Za trzy minutki będę. Dziewczyna zatrzymała ją gestem.  – Kiedy wchodziłam, kucharz wyciągał z pieca pizzę, posypywaną parmezanem i rukolą. Pięknie wyglądała i jeszcze piękniej pachniała, chciałabym taką, tylko nie tak dużą.  – Czyli mała parma arughula. Z szynką parmeńską. A co do picia? Regionalne piwo? Herbata? Kawa? Woda? Sok?  – Może zieloną herbatę – zdecydowała się. Zerknęła na sąsiedni stolik. – Taki dzbanuszek.  – Jasne – podsumowała kelnerka, nie zapisując niczego, obróciła się jak fryga i prawie biegiem ruszyła w stronę kuchni. Agata rozsiadła się wygodnie na krześle, wyjęła z polaru notatnik i telefon, tylko z przyzwyczajenia zerknęła na ekranik. Nie spodziewała się żadnych połączeń, nowego numeru telefonu nie znał prawie nikt, kartę kupiła tydzień wcześniej, jeszcze na lotnis­ ku. Poprzednią złamała i wyrzuciła, gest bez wartości praktycznej, sama przecież wypowiedziała umowę i zlikwidowała abonament tuż przed wyjazdem. Odłożyła na bok telefon, zaczęła szukać ołówka, jednak nie było go w notesie. Zaczęła grzebać po kieszeniach. Oprócz portfela nie znalazła nic. Jeszcze raz przeszukała kieszenie. Niepokój rósł, próbowała sobie uprzytomnić, gdzie widziała go po raz ostatni. Musiał zostać z umowami na podłodze. Niepokój przeradzał się w popłoch.  – Zgubiła pani coś? – kelnerka postawiła na stole filiżankę i dzbanuszek. Agata błagalnie spojrzała na kelnerkę. 27


– Ma pani coś do pisania? Kelnerka sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła długopis.  – Może być? Agata odetchnęła z ulgą. Uspokoiła się natychmiast.  – Bardzo pani dziękuję. – Wzięła z ręki brunetki długopis.  – Nie ma sprawy. Agata otworzyła notatnik, lewa ręka niemal mechanicznie zaczęła rysować. Kartka zapełniała się szybko. Akurat gdy zabrakło miejsca, zobaczyła kelnerkę niosącą jej parującą, pachnącą smakowicie pizzę.  – Nigdy pani u nas nie była, prawda? Powie pani później, czy była dobra. Smacznego! Podziękowała wzrokiem, odsunęła notes i wzięła do ręki pierwszy kawałek – cieniuteńkie ciasto aż się prosiło o bezceremonialne ugryzienie, zbojkotowanie sztućców i talerzy. Ugryzła spory kęs i zamarła. Takiego smaku się nie spodziewała. Wszystkie składniki były wprost doskonałe, a ich połączenie dorównywało wszystkim pizzom, jakie kiedykolwiek jadła, a nawet je przewyższało. Pobłogosławiła w myślach szefa oraz przygodnie spotkanych ludzi, którzy ją tu przysłali. Pierwsze kawałki pochłonęła łapczywie, a gdy zjadła już połowę, nalała sobie zielonej herbaty. Notes leżał spokojnie na stole. Poczuła, że jest jej dobrze, i sięgnęła po kolejny kawałek. Jej wzrok napotkał spojrzenie kelnerki, która szła do sąsiedniego stolika.  –  Smakuje?  – Od lat czegoś takiego nie jadłam – przyznała się Agata. – Ostatni raz chyba w Nowym Jorku, kilkanaście lat temu. No, po prostu niewiarygodne. Kelnerka się roześmiała. 28


– Powiem szefowi, ucieszy się. W Nowym Jorku też robił pizzę. Może jadła pani u niego, kto wie...  – Wątpię. – Ugryzła kolejny kęs. – Takie historie nawet mnie się nie zdarzają. Ależ boskie jedzenie... Kelnerka kiwnęła głową i zajęła się rachunkiem ludzi siedzących przy sąsiednim stoliku. Po kilku kolejnych minutach po pizzy nie było już śladu, a syta i zadowolona Agata dopijała zieloną herbatę. „Czas na mnie”, pomyślała. Wiedziała, że będzie tutaj wracała, i to wiele razy. Posta­ nowiła zapłacić przy kasie. Odruchowo wydarła z notatnika kartkę, zmięła ją i zostawiła na stole. Schowała notes, telefon i z długopisem w dłoni poszła do kontuaru przy kuchni.  – Chciałabym zapłacić. – Wyjęła portfel. – Będę tu wracała, mieszkam niedaleko.  – Zapraszamy. – Kelnerka życzliwie zerknęła znad wstukiwanego w kasę rachunku. Kwota nie była wygórowana. Agata położyła na kontuarze obok kasy długopis, zapłaciła gotówką i wrzuciła parę złotych do puszki na napiwki. Gdy odwróciła się do wyjścia, czekała ją niespodzianka. Przy wąskim przejściu pomiędzy ladą a zejściem do piwnicy stała szczuplejsza i wyższa z dwóch kelnerek i mężczyzna, którego widziała, wchodząc, jak wyjmował pizzę z pieca.  – Szefie – usłyszała za plecami – ta pani mówi, że pizza szefa jest lepsza niż w Nowym Jorku. Czyli że co, szef sam siebie przeskoczył? Tego to nawet baron Münchhausen nie potrafił, on tylko się wyciągnął za włosy z bagienka, prawda? Szef machnął ręką.  – Nie gadałabyś głupot... Od kiedy robisz te swoje drugie studia, jesteś niemożliwa. 29


Podszedł do Agaty z wyciągniętą dłonią. Uścisnęła ją. Dłoń była ­gorąca, rozgrzana od pieca. Tymczasem niższa kelnerka nie dawała za wygraną.  – Niech pani powie szefowi coś miłego, potrzebuje się pozbierać po tym, jak ostatnio w telewizji ta pani, co ma włosy jak Villas, powiedziała, że dobra pizza to taka, że kiedy się wytnie trójkąt, to koniuszek musi sterczeć. A jak szef zrobi pizzę, to szefowi koniuszek opada. To co, mamy załatwić u doktora Przeciszewskiego viagrę dla pizzy szefa? Doktor zawsze przychodzi w soboty z żoną i z dziećmi, recepty nosi ze sobą, to będzie z głowy... Agata prawie popłakała się ze śmiechu. Szef pokiwał głową.  – Widzi pani, co ja tu mam? – powiedział melancholijnie. – Smakowało pani chociaż?  – Bardzo – wydusiła z trudem. Doprowadziła się do porządku głębokim wdechem i wydechem. – Niech pan powie, jak pan to robi? To znakomita pizza, naprawdę nigdy i nigdzie nie jadłam tak dobrej. Wszystko jest takie, takie... takie świeże, takie proste... i jeszcze ten świeżo mielony pieprz... Szef się ukłonił. Zerknął w stronę pieca i z powrotem na Agatę.  – No i właśnie. Wie pani, ja naprawdę lubię to, co robię. Zapraszam częściej. Agata pożegnała się i wyszła z pizzerii. Skręciła w prawo, prawie biegiem ruszyła w stronę sklepu spożywczego. Tymczasem szczupła kelnerka sprzątała stół i dostrzegła zmiętą w kulkę kartkę z notatnika. Już miała ją wyrzucić, ale ciekawość przeważyła i rozprostowała papier. Wpatrywała się w kartkę dłuższą chwilę..  – No i co się tak zapowietrzyłaś? – dobiegło od niższej kelnerki. 30


– Ula – dziewczyna odwróciła się – popatrz na to. Na niewielkiej kartce z notatnika widniały trzy portrety: dwóch kelnerek i szefa wyciągającego z pieca pizzę. Po chwili do dziewczyn dołączył szef. Pomilczał chwilę.  – Ula – zarządził – jutro ramka, szkiełko i wieszasz to. Nie, nie na tablicy korkowej, bo ktoś zabierze, ale tutaj, obok dyplomu nad kasą. Kto to był, u licha? Agata prawie biegiem wracała ze sklepu. Siatka nie była ciężka, jakieś pieczywo, ser, pomidory, trochę kosmetyków. Mgła zgęstniała, słabe światło latarni ledwie przebijało się przez ciemnoszarą zasłonę. Marzyła, żeby znaleźć się w domu, marzyła, żeby się przebrać, położyć w śpiworze i zasnąć. Jeszcze trzeba było się dostać do środka, ale tutaj polegała bezwzględnie na panu Jurku.  – Pani Agatka? – Zza stojącego przed bramą samochodu wyszedł ślusarz.  – To naprawdę ja. Strasznie panu dziękuję, że pan przyjechał. Pan Jurek złapał dłoń dziewczyny i wycisnął na niej solenny pocałunek. Zawsze całował ją w rękę na przywitanie, kiedyś się przed tym wzbraniała, potem weszło to w zwyczaj. Najpierw raz, dwa razy w miesiącu, potem częściej, nie tylko dlatego, że Agata częściej gubiła klucze. Polubili się bardzo i gdy tylko miała czas, zaglądała do pracowni pana Jurka na Kazimierzu, choćby po to, żeby się przywitać, a częściej usiąść i posłuchać opowieści z bujnej przeszłości ślusarza. Pan Jurek swoją ślusarską karierę zaczynał we wczesnej młodości jako włamywacz. Ściśle mówiąc, jako człowiek, który otwiera drzwi, inkasuje umówioną kwotę od zleceniodawców i spokojnie wraca do domu. Na jego szczęście dość szybko zdarzyła się wpadka, w wyniku której dostał trzy lata – ze względu na niekaralność i sprawy, o których pan Jurek nie chciał mówić 31


głośno nawet teraz – zawieszone na pięć. Wtedy oprzytomniał, ustatkował się, znalazł mistrza ślusarskiego jeszcze przedwojennego chowu, przeszedł całą szkołę od pomocnika do czeladnika, aż wreszcie zdał egzamin mistrzowski i założył własny warsztat. Z otwierania zamków uczynił prawdziwą sztukę i doskonalił ją nieustannie. Czasem w pracowni pojawiała się również żona pana Jurka, która kochała go wielką odwzajemnioną miłością. Agata zaprzyjaźniła się bardzo z obojgiem. A potem – zniknęła...  – Panie Jurku. – Agata popatrzyła na niego. – Strasznie pana przepraszam, ale...  – Włamujemy się – domyślił się pan Jurek. – No i co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Dobrze, że mam z sobą cały sprzęt.  – Gdzie ten sprzęt? – zdziwiła się. Pan Jurek gestem rasowego ekshibicjonisty rozchylił poły płaszcza, ukazując kamizelkę wędkarską z bezlikiem wypchanych kieszeni.  – I to wszystko, żeby się do mnie włamać? – Agata pokiwała głową. Pan Jurek popatrzył wyrozumiale.  – Nie, nie. Żeby się włamać, wystarczy to. – Sięgnął do kieszeni i wyjął kilkanaście wytrychów rozmaitej wielkości na dwóch metalowych kółkach. – Ta reszta to wkładki do zamków i śrubokręty. Nawet nie pytałem, jakie ma pani zamki, bo i tak by mi pani nie odpowiedziała. Klucze do bramy też pani zgubiła, prawda?  – Nic nie zgubiłam – obruszyła się. – Tylko zatrzasnęłam w mieszkaniu. Wynajęłam je dzisiaj, w środku są wszystkie moje rzeczy. Marzę, żeby się wykąpać, przebrać i jak najszybciej pójść spać.  – A ja tu panią zagaduję. – Złapał się za głowę. – No już, już! Idziemy. 32


Brama była zatrzaśnięta. Pan Jurek nawet nie zadał sobie trudu, żeby zaświecić latarkę. Szybko pomanipulował czymś w zamku. Brama ustąpiła natychmiast. Trwało to tak krótko, że w pierwszej chwili była przekonana, że jakimś cudem miał do tej bramy własny klucz.  – Ale jak... – zaczęła. Ślusarz zatrzymał się w drzwiach.  – Idzie pani czy nie? Agata weszła do środka. Pan Jurek włączył latarkę i omiótł światłem klatkę schodową.  – Niech pani prowadzi – rozkazał. Agata posłusznie go wyprzedziła i poprowadziła jęczącymi niemiłosiernie schodami na piętro. Weszli w korytarzyk, pan Jurek pewnym gestem zaświecił światło i wyjętą z jednej z kieszonek wykałaczką zablokował włącznik. Przyjrzał się zatrzaskowi, wzruszył ramionami i wsunął do zamka dwa dziwne, twarde druty. Rozległo się kilka cichutkich tyknięć. Pan Jurek jedną ręką przytrzymał wystające z zamka druty, drugą sięgnął po zagięty pod kątem prostym cienki śrubokręt, włożył go do zamka i delikatnie przekręcił. Drzwi ustąpiły. Przyglądała się temu jak urzeczona.  – Można? – zapytał jak zwykle pan Jurek. Agata zaczęła się śmiać.  – Niech pan wchodzi jak do siebie. Światło chyba po lewej. Po prostu nie wierzę, że tak się da.  – Pani Agatko – mruknął stary ślusarz, wchodząc do środka – pani rozumie, że człowiek czasem tak na warsztacie siedzi i się dziwi, po co te wszystkie zamki, jak można je otworzyć w dwadzieścia sekund, jak się ma pecha, a w dziesięć, jak się ma szczęście. 33


– A są jakieś zamki, których pan nie potrafi otworzyć? – zainteresowała się Agata, zamykając za sobą drzwi. Pan Jurek nawet się nie obruszył.  – Teoretycznie są – potwierdził. – Ale wie pani – uśmiechnął się – teoria mija się czasem z praktyką. To co, wymieniamy na zwykłe wkładki czy staramy się o jakieś trudniejsze zamki?  – Przecież widzi pan, panie Jurku, że u mnie nie ma czego ukraść. Niech pan zmienia te wkładki, i tyle. Zrobić panu herbaty?  – Pani Agatko. – Ślusarz wyciągnął z kieszeni dwie wkładki z tkwiącymi w nich kluczami. – Teraz, jak już pani jest, wiem, że będziemy się częściej widywali. Zrobię robotę i znikam. Za pięć minut będzie gotowe. Sprawnie rozkręcił zamki i wymienił wkładki. Zmontował wszystko w mgnieniu oka, sprawdził działanie obu zamków i wręczył jej klucze.  – Ile jestem panu winna, panie Jurku? – zapytała, wyciągając portfel. Pan Jurek zamachał rękami.  – Teraz nic. Jak pani przyjedzie na herbatkę, to się policzymy.  – Wie pan doskonale – westchnęła – że pana żona w życiu nie pozwoli, żebym panu coś płaciła. Jeszcze wyjdę z ciastem i gołąbkami. Zawsze się tak kończyło, jak nie dawałam panu kasy do ręki. Pan Jurek spochmurniał.  – Teraz będzie inaczej, pani Agatko – powiedział smutno. – Zmarła mi Mela dwa lata temu.  – Panie Jurku... – jęknęła. – Przepraszam... Co się stało? Ślusarzowi w oczach błysnęły łzy.  – Nowotwór miała – mruknął. – Męczyła się bardzo. Może źle tak mówić, ale dobrze, że umarła. 34


Agata słuchała ze ściśniętym gardłem. Pani Mela z panem Jurkiem byli małżeństwem przez trzydzieści kilka lat. Nigdy nie wyobrażała sobie, że którekolwiek z nich może umrzeć. Byli w jej oczach ponadczasowi, nierozłączni i zakochani w szorstki sposób, za którym prócz uczuć kryła się ogromna, przeogromna przyjaźń. Kiedy widziała ich razem wiele lat temu, czuła, że poznali niezwyk­łą tajemnicę bycia razem. Coś, co jej nigdy nie było dane. Zawsze bała się ich zapytać, bała się być wścibska, choć była niemalże przyjacielem domu. A teraz już nigdy nie zobaczy, jak zapytani o cokolwiek, odpowiadają dwiema różnymi wersjami, uzgadnianymi między sobą wśród śmiechów i docinków. Byli prostymi ludźmi o wrażliwości, o którą nikt by ich nie podejrzewał. Naprawdę bardzo ich kochała.  – Niech pani tak na mnie nie patrzy, bo się rozryczę – burknął pan Jurek. – Pójdę już. Niech pani przyjdzie w któryś dzień, to pogadamy. Już otwierała usta, by odpowiedzieć, kiedy usłyszeli tupot nóg na schodach. Po chwili ktoś walnął w drzwi.  – Policja, proszę otworzyć! Pan Jurek spojrzał na dziewczynę.  – Podpisała pani umowę? – wyszeptał. Kiwnęła głową. Ślusarz odetchnął z ulgą.  – Otwierać, bo wyważymy drzwi!  – Co zrobić – powiedział pan Jurek głośno. – Na władzę nie poradzę! Nacisnął klamkę. Do przedpokoju wdarło się dwóch policjantów. Otaksowali wzrokiem kobietę i mężczyznę.  – Mieliśmy wezwanie o włamaniu – oświadczył wyższy. – Państwo tu mieszkają? 35


– Ja tu mieszkam – powiedziała spokojnie Agata. – Od dzisiaj.  – I co, włamała się pani do pustostanu? – spytał niższy. – To się jakoś tak teraz nazywa...  – To się nazywa squatting, ale nic z tych rzeczy. Za to zatrzasnęłam sobie klucze przy pierwszym wyjściu z mieszkania. Pan jest ślusarzem, wymienił mi zamki. Policjanci spojrzeli na siebie z wyraźną ulgą. Chyba wieczór będzie jednak spokojny.  – Czy ma pani jakiś dowód na to, że wynajmuje pani to mieszkanie?  – Mam umowę najmu i paszport. Wystarczy?  – Wystarczy. Proszę pokazać.  – Niech panowie wejdą. Razem weszli do pokoju, który w sztucznym świetle wydawał się jeszcze bardziej pusty. Na podłodze obok plecaka, karimaty i śpiwora leżały umowy i klucze. Agata podała policjantom papiery i paszport. Przejrzeli uważnie dokumenty.  – Wszystko się zgadza – ucieszył się jeden z nich. – A już się bałem, że znowu zacznę wyrabiać nadgodziny, bo zaraz schodzimy ze służby.  – A kto doniósł? – zainteresował się pan Jurek. – Sąsiedzi?  – Nie wolno nam powiedzieć – zwierzył się jeden z policjantów. Widać było, że w myślach już zdaje na komendzie broń, przebiera się w cywilne ciuchy i jedzie do domu na kolację. – Ale nieoficjalnie mogliby się państwo dowiedzieć, podsłuchując pod drzwiami, jak stukamy do sąsiadki na dole i informujemy o pomyłce, prawda?  – Prawda – przytaknęła z powagą Agata. – Dobrego wieczoru, panowie. Tak czy owak, dzięki za troskę. I proszę koniecznie 36


powiedzieć tej sąsiadce, że jestem wdzięczna, bo kto wie, co by było, gdyby ktoś włamał się naprawdę.  – Ukraść to u pani raczej nie ma co. – Policjant ogarnął wzrokiem pusty pokój. – Ale wszystko może się zdarzyć. Kaloryfery też, widziałem, ludziom kradli, i to w sezonie grzewczym. Do widzenia państwu. Policjanci zasalutowali i wyszli z mieszkania. Pan Jurek spojrzał na dziewczynę.  – Jakbym nie wiedział, że to pani, pani Agatko, to i tak bym się domyślił. Takie rzeczy mogą się zdarzyć tylko pani. Ja też idę. Niech pani dobrze śpi i niech pani o mnie pamięta. Proszę. Agata objęła starego ślusarza i wycisnęła na jego niedogolonym policzku rzetelny pocałunek.  – Dziękuję za wszystko, panie Jurku. Jeszcze porozmawiamy. Pan Jurek kiwnął głową.  – Niech pani sobie przepnie klucze – poradził jeszcze na progu. – Od razu, bo jeszcze je pani pomyli ze starymi, dobrze? A tamte wkładki niech pani gdzieś schowa, mogą się jeszcze przydać. Kiwnęła głową i cicho zamknęła za nim drzwi. Postała chwilę w przedpokoju, aż ucichł jęk schodów, i wróciła do pokoju. Czas było rozpakować dobytek. Niewiarygodne, że całe życie człowieka może zmieścić się w plecaku. Przypomniała sobie od razu nowojorską znajomą Cristine, która zawsze powtarzała, że wszystko, czego jej w życiu trzeba, ma w torebce. Trochę zmieniało sytuację, że torebka była od Vuittona, a Cristine nosiła w niej co najwyżej cztery rzeczy: puderniczkę, chusteczkę do nosa, najnowszego iPhone’a i portfelik z kartami kredytowymi, zawsze do konta męża. Od torebki zaczęła się też ich osobliwa przyjaźń. Cristine, wypielęgnowana do granic możliwości trzydziestoletnia 37


blondynka, żona jednego z szefów konkurencyjnej agencji, samobójczo postanowiła na jakimś przyjęciu sprawdzić możliwości skromnie, lecz gustownie ubranej Agaty. Zapytała wtedy złośliwie: „Kochanie, dlaczego właściwie nie nosisz żadnych ludzkich ciuchów, z dobrych pracowni? A twoja torebka to chyba noname?”. W ciszy, która zapadła, Agata uśmiechnęła się serdecznie, nachyliła się do Cristine i powiedziała scenicznym szeptem: „Zdradzę ci pewną tajemnicę. Noname to jedyna marka, której nie da się podrobić”. Cristine zatkało, tłumione śmiechy wokół niej sprawiły, że szybko zniknęła, a gospodarz zręcznie zatuszował zgrzyt. Jednak już nazajutrz Cristine, wydostawszy od męża numer telefonu Agaty, zadzwoniła, żeby porozmawiać. I jak to rzadko, bo rzadko, ale jednak się zdarza, wcale nie okazała się stereotypową bogatą, wychudzoną na sałatach z jedną grzanką z ciemnego pieczywa nowojorską pindzią. W dodatku na całym etacie przy mężu i tuż przed pierwszym rozwodem. Teraz jednak nie było Cristine, nie było Nowego Jorku, był Kraków. Tamto zrobiło się nagle odległe i nieznaczące. Kosmetyczka, druga para skórzanych brązowych butów i ładne czarne szpilki, dżinsy i płócienne spodnie, koszula, sweter, jakieś T-shirty, trochę bielizny, w osobnym przezroczystym worku mała czarna, zwinięty ciasno płaszczyk. Wszystko to wylądowało w równych stosikach pod ścianą. Agata wróciła do coraz bardziej pustego plecaka. Wyjęła mały laptop, który podłączyła do prądu kupioną dwa dni wcześniej przejściówką. Komputerek błysnął przyjaźnie żółtym oczkiem. Odstawiła go do kąta obok śpiwora, postawiła przy nim karimatę i sięgnęła w głąb plecaka. Delikatnie wyjęła z niego twarde plastikowe pudełko. W środku, pieczołowicie zapakowana w bąbelkową folię i styropian, znajdowała się 38


piękna błękitno-biała filiżanka. Rozpakowała ją troskliwie, dokładnie obejrzała. Na szczęście szybkie pakowanie i podróż nie pozostawiły na niej żadnych śladów. Kupiła ją kiedyś pod Halą na niedzielnym targu staroci i natychmiast pobiegła pochwalić się zakupem do Krzysztofa, który mieszkał niedaleko. Krzysztof, historyk sztuki, mimo niedzielnego przedpołudnia zakopany w tysiącach stron skserowanych artykułów fachowych, nie zdziwił się nawet, gdy Agata zdyszana wpadła na jego strych, umeblowany głównie regałami pełnymi książek. Dziewczyna nie zadała sobie nawet trudu, żeby zapukać. Zresztą po co, skoro Krzysztof zamykał drzwi, tylko gdy wychodził, a i to nie zawsze.  – Krzysiek, zobacz to i powiedz, że nie wiesz, co to jest, ale że ci się podoba – jęknęła błagalnie i rozwinęła zdobycz ze starej gazety. Krzysztof zdjął okulary, zlustrował Agatę badawczym wzrokiem, zerkając tylko na ułamek sekundy na błękitno-białe cudo w jej dłoni.  – Przynosisz mi takie dobre rzeczy, że wiem, co to jest, nawet bez okularów, i co mam zrobić? Ile dałaś?  – Nienawidzę cię – oświadczyła Agata. – Kocham i nienawidzę jednocześnie. Gdybyśmy się nie przyjaźnili, gdybyś wiedział mniej o sztuce i przede wszystkim gdybyś się nie spotykał z tą dziewczyną, której tak koszmarnie nie lubię, pewnie bym cię uwiodła.  – I gdybym był bardziej imprezowy, a mniej nudny i leniwy – dodał Krzysztof. – Ile dałaś?  –  Czterdzieści.  –  Niedużo. Wstał zza biurka i ruszył do kuchni. Agata poszła za nim z filiżanką w dłoni. O mało nie potknęła się o wystającego tylną 39


połową zza drzwi leżącego na podłodze Wieśka, goldenopodobnego znajdę, jeszcze bardziej spokojnego niż właściciel. Krzysztof się odwrócił.  – Wiesiek, rusz dupę i przywitaj się – poprosił grzecznie. Pies trzy razy ruszył ogonem i znów zamarł. Krzysztof machnął ręką zniechęcony.  – Był dzisiaj wcześnie rano nad Wisłą na spacerze, chyba już mu się nic nie chce. Umyj sobie tę filiżankę, zrobię ci kawy i powiem, co to jest, a jak zobaczę, co jest pod spodem, powiem ci wszystko, co wiem, i jeszcze w ramach premii, w jakiej książce to znaleźć.  – Najpierw mów – zażądała Agata. – Kawa później. Krzysztof nacisnął przycisk młynka. Wizg żaren uniemożliwił jakąkolwiek rozmowę. Agata umyła filiżankę i wytarła starannie papierowym ręcznikiem. Gdy młynek się wyłączył, Krzysztof wymierzonymi gestami wyrzucił z łyżki ekspresu stare fusy, nasypał świeżej kawy, ubił specjalnym tłuczkiem i wkręcając z powrotem mocno łyżkę, nacisnął włącznik. Ekspres błysnął światełkami.  – Ta filiżanka pochodzi z duńskiej królewskiej manufaktury porcelany w Kopenhadze. Dekorowana kobaltem, delikatnie kanelowana, wzór Blue Fluted. Śliczna, wysokiej jakości porcelana. Ten wzór produkowany jest do dzisiaj. Jeśli pozwolisz mi zajrzeć pod spód, powiem ci, ile ma lat. Agata podała mu filiżankę. Krzysztof sięgnął do kieszeni po okulary.  – Royal Copenhagen Denmark wokół korony, zielona drukowana pieczęć, potrójna malowana kobaltem fala. Wyprodukowana między tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim a dwudziestym dziewiątym rokiem. 40


– Czy już mówiłam, że cię nienawidzę? – Agata wyjęła z dłoni Krzysztofa filiżankę, wsunęła ją pod ekspres i wdusiła zielony przycisk. Ekspres zacharczał, do filiżanki pociekła złotobrązowymi strumyczkami wonna arabika. Gdy filiżanka wypełniła się do połowy, dziewczyna wyłączyła ekspres. – Jak to możliwe, żebyś wiedział wszystko o wszystkim? I skąd te fale? Krzysztof roześmiał się głośno.  – Nikt nie wie wszystkiego o wszystkim. Fale to symbol trzech cieśnin duńskich, a ja jestem oszustem. Podszedł do oszklonej serwantki i zza stojących tam filiżanek wydobył jedną. Identyczną jak ta Agaty.  –  Teraz rozumiesz? Dziewczyna zaczęła się śmiać.  – To jak je odróżnimy?  – Nie zauważyłaś czegoś. Przyjrzyj się jej dokładnie, najlepiej z góry. Agata posłusznie nachyliła się nad cackiem, z którego unosił się oszałamiający zapach. Tymczasem Krzysztof kontynuował.  – Twoja filiżanka jest jedyna w swoim rodzaju. Ma błąd. Przed wypalaniem ktoś pewnie chciał poprawić jej ułożenie na płycie. Brzegi nie są idealnym okręgiem, widzisz deformację? Ciekawe, jak to się stało, że mimo wszystko przeszła kontrolę jakości. Ktoś nie dopatrzył, a teraz ty masz rzecz niepowtarzalną. Niech ci dobrze służy. Służyła dobrze. Przez te wszystkie lata Agata pilnowała jej jak źrenicy oka, uważała na nią bardziej niż na cokolwiek innego. Była dla niej czymś niezmiennym, co przetrwało niemal stulecie i pokolenia użytkowników i za wszelką cenę musi trwać dalej. Była 41


„To jak Jarrett – pomyślała urzeczona – jak The Melody at Night, With You, ale jeszcze delikatniejsze, jeszcze cieplejsze, delikatnością aksamitu i ciepłem wygrzanego na słońcu ciała. Z tą nieprawdopodobną, niesłychaną harmonizacją, teraz już absolutnie doskonałą, nieprzewidywalną, a jednak spójną, jedną, całą. On jest jednością. Wszystko się w nim mieści, ma właściwe miejsce...” Ostatni akord nie był toniką, nie zamykał całości, jakby zwiastując dalszy ciąg. Długo wybrzmiewał, niedokończony, zapraszając do dalszej gry, do snucia kolejnego wątku, następnej opowieści, otwarty i zachęcający. Jakby Kostek chciał powiedzieć: na teraz koniec, ale może jutro, może pojutrze znów zagram dla ciebie, znów będziesz siedziała w tym fotelu z wilgotnymi oczami, i znów, i znów...  – Teraz ty – szepnął. – Twoja kolej. Przeczytaj mi swój sen. Może spełni się moje marzenie. Agata wstała, podeszła do szafy, uchyliła ją. Na półce leżała koperta. Nietknięta, zaklejona. Wzięła ją ostrożnie do ręki. Rozejrzała się za czymś, czym mogłaby ją otworzyć.  – W szufladzie stołu znajdziesz nożyk – powiedział cicho Kostek. Po chwili rozległ się cichy szmer rozcinanego papieru. Agata z drżeniem serca wyjęła małą żółtą karteczkę. Zerknęła na nią i zmartwiała.  – Przeczytaj – poprosił.  – Mało tu światła – powiedziała pospiesznie. – Chyba potrzebuję okularów... albo nie. Wiesz, zejdę na dół po komórkę. Podświetlę sobie i przeczytam. Nie czekając na odpowiedź, prawie wybiegła z pokoju. Zbiegła po schodach, z torby podróżnej wyciągnęła telefon i notes ze snami. Wróciła na górę. 468


– Już jestem. Zdyszany głos Agaty brzmiał nienaturalnie. Kostek usłyszał w nim nutę, która go zaniepokoiła.  – Co się stało? – zapytał. W jego głosie była troska i obawa.  – Nic, nic – powiedziała Agata. Za wszelką cenę starała się uspokoić. Otworzyła swój notes ze snami.  – Czytać? – zapytała.  – Tak – powiedział cicho, lecz zdecydowanie Kostek. Agata podświetliła stronę komórką.  – Nie wiem, jakie miałeś marzenie – powiedziała już spokojniej – ale sen pasuje jak ulał. Posłuchaj. Bardzo piękny sen. Śniła mi się muzyka. Pamiętam fragmenty, które uciekają ode mnie strasznie szybko, i pamiętam ostatni obraz – mężczyzna siedzący przy fortepianie, pochylony, z głową opartą o pulpit na nuty. Nie widzę jego twarzy, ale wiem, że jest szczęśliwy. Kostek się uśmiechnął.  – Każdy prócz Rafała – powiedział – czuł się najpierw rozczarowany swoim snem. Słuchałem uważnie tego, co mówili. Nie wiedzieli, co znaczy ten sen, nie traktowali go dosłownie. Nie wiem, co to znaczy. Zobaczymy. Milczał chwilę. Agata w poczuciu winy i bezradności nie odzywała się.  – Naprawdę musisz już iść? Ocknęła się.  – Tak, powinnam – powiedziała. – Dziękuję ci, Kostek. Dziękuję. I przepraszam. 469


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Wyprzedaż snów by SIW Znak - Issuu