Skip to main content

Odzyskany los. Saga o Karli Linde tom 4

Page 1

Projekt okładki Zofia Różycka Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Katarzyna Mach Redaktorka prowadząca Agata Ługowska Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Barbara Gąsiorowska Anastazja Oleśkiewicz Łamanie Dariusz Ziach

Copyright © by Marzena Rogalska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6435-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022. Printed in EU


Część I

Powrót


Ile czasu trzeba, by opowiedzieć o dziesięciu latach życia, z których sześć zabrała wojna? Ile, by opowiedzieć o końcu świata? O starszej pani Anieli Doni­ mirskiej, która powędrowała w ślad za swoim mężem Hieronimem w pierwszych dniach września trzydziestego dziewiątego roku, umierając spokojnie w swoim łóżku, nim jeszcze do majątku wkroczyli Niemcy. O Janku, który ciężko ranny, cudem wyczołgał się spod trupów i dotarł półżywy do wioski, gdzie trafił na dom, w którym miłosierdzie wzięło górę nad strachem. O Winicjuszu, który zginął z bronią w ręku jeszcze we wrześniu, o jego żonie Krystynie, rozstrzelanej niedługo później. O Helenie, siostrze Krystyny, wywiezionej do Niemiec na roboty, z których już nigdy nie wróciła. Przeszło jej naraz przez myśl, z jaką łatwością tego wszystkiego słucha. Zobojętniała na poczucie straty, bo sama straciła najbliższych, i zobojętniała na śmierć, bo sama się o nią wiele razy otarła. Tym większą czuła teraz radość, że ktoś ocalał. W Krakowie, prócz Józi i ciotki Anny, która wyszła za pana Karola i owdowiała rok później, żył jeszcze mecenas Szułdrzyński, stary już i schorowany. A gdzieś, w Warszawie lub – jak przypuszczała Józia – w Lublinie: Janek Donimirski. Tę radość niweczyło jednak wrażenie obcości, wszechogarniającej, odpychającej dziwności, która zdawała się zewsząd otaczać 7


Karlę i systematycznie coraz mocniej wdzierać w jej świadomość, w myśli i plany. Od tego jesiennego dnia roku czterdziestego siódmego, gdy znalazła się w Krakowie, od chwili, w której przestąpiła próg swego dawnego krakowskiego mieszkania, miała wrażenie, że znalazła się w dziwacznym śnie. I jak we śnie oglądała ze zdumieniem i rosnącym niepokojem wszystko, co ją otaczało. Czuła się tak, jakby przeszła przez lustro do innej, zniekształconej, ponurej wersji świata, w którym życie najbliższych zostało zastąpione pamięcią o nich, a wszystkie jej wspomnienia stały się odległą, niepasującą do szarej rzeczywistości mozaiką kolorowych plam. Na pozór wszystko wyglądało jak kiedyś, jak dawniej, Kraków wciąż trwał, może brudniejszy i smutniejszy, niż kiedy wyjeżdżała z niego przed laty, ale przecież był, istniał, nie został zmieniony w morze ruin. Jednakże w istocie zmieniło się wszystko. Mijał właśnie trzeci dzień jej pobytu, w maleńkim pokoiku, który był niegdyś służbówką Józi, i Karla z wolna zaczynała rozumieć, co miała na myśli kucharka, gdy z nieukrywaną rozpaczą powtarzała to swoje: „Dlaczego panienka wróciła…?”. Wtedy nie zdawała sobie jeszcze sprawy ze znaczenia tych słów, zbyt była zmęczona tym nagłym przejściem z jednego świata do innego, przejściem, którego dokonała z własnej, nieprzymuszonej woli. Aczkolwiek sama już nie wiedziała, ile w tej woli było rozsądku, a ile miłości i może głupoty. Tego wieczoru, trzeciego po powrocie, gdy siedziały obie przy herbacie i chlebie z marmoladą, Józia spojrzała Karli w oczy. – Panienko – zaczęła nieśmiało – jeśli panienka zostanie, to trzeba by panience zorganizować tu jakieś życie. Na razie dałam łapówkę w meldunkowym, żeby panienka mogła tu być, powiedziałam, że chora krewna przyjechała, co to ma od lat zrujnowane przez wojnę zdrowie, a w państwie ludowym prędzej ją wyleczą… – Zaraz – przerwała jej Karla. – Była Józia na policji? 8


– Na milicji – poprawiła ją Józia. – Musiałam, zanimby ktoś doniósł, i dopiero by było nieszczęście. – Doniósł? – zdumiała się Karla. – A o czym miałby donosić? Mam przecież paszport, przez granicę przejechałam, nikt mnie o nic nie pytał… – Teraz są takie czasy – przerwała jej kucharka – że nie ma legalnie albo nielegalnie. Jest tak, jak oni chcą. I kropka. Jak chcą, żeby było nielegalnie, to będzie nielegalnie. Dobrze, że choć łapówki biorą – dodała trzeźwo. – I lepiej, żeby, jak panienka chce zostać, poszukać jakiejś pracy. Karla wyczuła w głosie Józi nutę nieśmiałości. Jak zwykle zrozumiała w lot. – Józiu – powiedziała cicho – ja… Józia przyłożyła tylko palec do ust. Karla umilkła posłusznie, a kucharka doskoczyła do drzwi i otworzyła je gwałtownie. Do środka, tracąc równowagę, wpadła z impetem jakaś korpulentna kobiecina, która najwyraźniej, oparta głową o drzwi, starała się nie uronić słowa z toczącej się rozmowy. – Witamy panią Pietrusińską – rzekła zjadliwie Józia. – Podróż się udała? Bo to sąsiadki nie widziałam od tygodnia prawie. – Przywitać się przyszłam – odrzekła niestropiona Pietrusińska, otrzepując się i wstając z podłogi. – I zapoznać. Karla w pierwszym odruchu chciała wstać, ale powstrzymała ją dłoń Józi. – To jest sąsiadka Pietrusińska – wycedziła Józia. – A to Karolinka, moja kuzynka. Ze wsi do Krakowa przyjechała. Już się Pietrusińska zapoznała, to niech Pietrusińska teraz idzie i nie podsłuchuje pod drzwiami ludzi rodzinnych spraw. I niech się Pietrusińska nie trudzi z tym iść na milicję, bo już wszystko uzgodnione i papier z pieczątkami na to jest, że tu Karolinka ze mną jakiś czas pomieszka. – A co mi tam… – mruknęła wrogo Pietrusińska. – Póki kto po moje nie sięga, nic mi do tego. 9


To rzekłszy, odwróciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą głośno drzwi. Józia odczekała chwilę, aż ciężkie człapanie sąsiadki ucichnie na korytarzyku, po czym odwróciła twarz do Karli. – Niech mi panienka wierzy – powiedziała – że nawet mi się śmiać nie chce. Niech panienka tylko uważa, bo tu jeden drugiego by jak Judasz wydał, i to nie za trzydzieści srebrników, tylko za meldunek w mieszkaniu albo i pokój więcej… – Ale przecież… – zaczęła Karla. Józia przerwała jej jednym gestem. – Panienko – odrzekła z troską – panienka to chyba nic nie rozumie. Teraz w tym kraju nic panienka już nie ma. Ani Byszewa, co to teraz jest w Związku Sowieckim, ani kamienicy przy Karmelickiej, nie mówiąc już o mieszkaniu, które pan Emil, świeć Panie nad jego duszą, w swojej kamienicy tak ładnie przysposobił. I niech ręka boska panienkę broni, żeby się za łatwo do tego przyznawać, że panienka to jego córka. Zaraz powiedzą, że pani z wyzyskiwaczy, kamieniczników i że dosięgła takich sprawiedliwość ludowa. – A co to ma do rzeczy? – Panienko, niech się panienka przyzwyczai. Dawniej bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej, jednak jak ktoś miał do czegoś prawo, to je miał. Teraz już tak nie jest. Niech panienka o tym pamięta. Karla pokiwała smętnie głową. – Zapamiętam – rzekła strapiona. – A co do tego, co Józia mówiła, to damy sobie radę. Mam jeszcze trochę pieniędzy, a za łapówkę zwrócę. I do utrzymania przecież się dołożę… – Obcych pieniędzy? A dużo? – Nie za dużo, ale na kilka miesięcy dla nas obu wystarczy… – Niech panienka to dobrze schowa – mruknęła Józia nieco uspokojona. – Będzie na gorsze czasy. I niech sobie panienka pracy jakiej poszuka. Byle jakiej. Byle papier był, że panienka pracuje. – I jeszcze jedno – powiedziała Karla z uśmiechem. – Niech Józia przestanie do mnie wciąż mówić: panienko i panienko. Niech 10


Józia zwraca się do mnie jak do kuzynki ze wsi. Karolinka, Karolcia czy jak tam Józia chce. Przecież prócz ojca to Józia mnie wychowała, nie matka… – urwała nagle. Widać było, że pożałowała tego słowa. Słowa, które od przyjazdu ani razu nie padło z jej ust. Kucharka przytuliła Karlę. – O pani Barbarze – szepnęła jej do ucha – nie pora teraz mówić. I lepiej na przyszłość nie wspominać. I tak dobrze, że z panem Emilem się rozeszli jeszcze przed wojną, bo to tak, jakby umarła. – A żyje? – Kto ją tam wie… Może i żyje, choć na pewno nie w Polsce. Niech panienka nie pyta. Szkoda słów. Karla uwolniła się z objęć Józi i pokiwała głową. – Nie będę pytała – przyrzekła. – A co do pracy: co ja mam właściwie robić? – A co panienka… co pani Karla umie robić? Dziewczyna z trudem opanowała uśmiech. – Tak Józia mówi do kuzynek ze wsi? – zażartowała. – Do panienki… do pani Karli nie umiem inaczej. To co pani Karla umie? – Skończyłam na Oksfordzie prawo i nauki polityczne. Jestem pielęgniarką z angielskim dyplomem. Dobrze jeżdżę konno. Gram na fortepianie, nieźle sobie radzę z brydżem. Mówię świetnie po angielsku, dobrze po niemiecku, znam łacinę, grekę… – To wszystko na nic – skrzywiła się Józia. – A rosyjski? – Rosyjski nie. – Czyli że pani Karla nic nie umie – skwitowała kucharka. – A do bycia pielęgniarką to niech się lepiej pani Karla nie przyznaje. – Dlaczego? – Trudną pracę niech sobie panien… niech sobie Karla zostawi na lepsze czasy. A poza tym więcej teraz pieniędzy się dostanie za sprzątanie niż za szpital. Coś jeszcze? Umie pani Karla może szyć na maszynie? 11


– Szyć to nie, ale pisać na maszynie umiem, i nawet szybko. Tyle że na angielskiej. – To już lepiej. Przyuczy się pani Karla raz-dwa. To nie to samo po prawdzie co rok temu, ale i teraz chcą zatrudniać. Tylko na miłość boską, nie przyznawać się do Byszewa ani do tego, kim się było przed wojną. Lepiej mniej mówić, to mniej będzie w papierach. No to kim pani Karla była przed wojną w Polsce? – Dzieckiem – odpowiedziała niefrasobliwie Karla. – Nieświadomym dzieckiem, córką lekarza społecznika, co to był jak doktor Judym, i matki, która ją opuściła, rozwiódłszy się z ojcem. – O, tak! – Józia kiwnęła głową wyraźnie usatysfakcjonowana. – Już pani Karla rozumie. To i dobrze. Od jutra zaczynamy. – Jutro chciałam wreszcie odwiedzić ciotkę Annę. I mecenasa Szułdrzyńskiego… – Więc pojutrze. A jak by co nie poszło dobrze, zawsze się może Karla ze mną wziąć do sprzątania. Najważniejsze to mieć zatrudnienie. A jeszcze ważniejsze, żeby miała jakiś dobry papier. – Ja mam dobre papiery – oburzyła się Karla. – Mam brytyjski paszport, zaświadczenie z Norymbergi z procesu zbrodniarzy, ostemplowane pozwolenia na przekraczanie stref okupacyjnych… – Dobre papiery – przerwała jej Józia – to papier, że Karla jest Polką. Trzeba zrobić zaświadczenie, i to jak najszybciej. – Jakie zaświadczenie? – Wziąć świadków, iść do urzędu i potwierdzić, że Karla urodziła się i mieszkała w Krakowie. Potem wymyślimy jakąś historię, taką, żeby urzędnik zapłakał nad sierotą, odtworzył akt urodzenia i dał papier. Teraz papier jest ważniejszy od człowieka. Niech Karla o tym pomyśli. – Co tu myśleć. Imię? Karla. Nazwisko? Linde. – Zaraz powiedzą, że niemieckie… Karla roześmiała się serdecznie. 12


– Wtedy ja powiem, że mój przodek Samuel Bogumił Linde wydał pierwszy słownik języka polskiego, a przecież gdyby był Niemcem, to jak by to zrobił? – To prawda? – Józia popatrzyła na nią z zaskoczeniem. – Oczywiście, że nie, ale co z tego? Kiedyśmy jechali z ojcem do Paryża i jakiś oficer, pewnie z Abwehry, próbował tacie wmówić, że jest żydowskim lekarzem, tata mu odpowiedział, że jest krewnym Carla von Linde, szlachcica i przemysłowca, który miał wielką fabrykę gazów szlachetnych. No i tamten uwierzył. To dlaczego moim przodkiem nie mógłby być Samuel Bogumił Linde? A kto mi udowodni, że jest inaczej? – Karla też nie udowodni. – Też. I co z tego? – Nic. Co dalej? – Ojciec Emil Linde, lekarz. Umarł w czasie wojny. Józia skrzywiła się lekko. – Lepszy byłby robotnik – powiedziała. – Albo chłoporobotnik. – Kto to jest chłoporobotnik? – zdumiała się Karla. – To jest chłop, który uprawia własne pole, ale pracuje też w fabryce – uświadomiła ją Józia. – Musi się Karla takich rzeczy wyuczyć. Kupię Karli gazetę. – Będzie lekarz – powtórzyła Karla z naciskiem. – To i będzie. Matka? – Matka nieznana – rzekła twardo Karla. Józia popatrzyła na jej nagle zaciętą twarz. – Tak nie może być – zaoponowała. – Nie tylko może, ale i musi. – Z głosu Karli biła żelazna stanowczość. – Wychowała mnie Józia z wdzięczności za to, że ją ojciec uleczył z ciężkiej choroby, i to nie żądając pieniędzy. To lepsza his­ toria niż o matce, która miała tyle romansów, że nie wiedziała, kiedy się kończy poprzedni, a zaczyna następny. Poza tym sama Józia nie chce przecież o niej rozmawiać. 13


– Ale co sobie ludzie pomyślą… – zaczęła Józia i nagle parsknęła dławionym śmiechem. – A co mi tam, niech sobie głupi ludzie myślą, co chcą. Toż przecież każdy na oko widzi, że nie mogłabym mieć takiej pięknej córki nawet z tak przystojnym mężczyzną jak pan doktor, świeć Panie nad jego duszą. Karla uśmiechnęła się, patrząc na kucharkę z czułością. – Józia to zawsze umiała mnie rozbawić – rzekła. – Co dalej? Wykształcenie: średnie, matura przed wojną. W Anglii pracowałam jako maszynistka w redakcji gazety, a potem, gdy kapitaliści wyrzucili mnie z pracy, imałam się różnych zajęć, sprzątałam w szpitalu, byłam niewykwalifikowaną siłą roboczą. Tak chyba dobrze? – O, tak! – W głosie Józi słychać było aprobatę. – Pani Karla napisze sobie teraz życiorys, będzie łatwiej wypełniać te papiery przy zatrudnieniu, a potem jakoś to będzie. Tylko trza schować ten paszport! Koniecznie! – Dobrze, już dobrze. Jutro idę do mecenasa i do ciotki Anny. Ciotka Anna miała wrócić z Łodzi, może i wróciła, a nie chciałam do mecenasa, zanim się z ciotką nie porozumiem. Chociaż co ja mówię, jakie to ma teraz znaczenie, do kogo się wpierw idzie z wizytą. – Może i nie ma, ale dawniej było jednak jakoś lepiej. Dziewczyna kiwnęła głową. – Tylko mi Józia adres napisze. – To dwa kroki stąd. Kamienica obok starszej pani Anny. Przy Loretańskiej. Karla zapisała na skrawku papieru adres. – A co do pieniędzy – powiedziała – niech się Józia nie martwi. Damy radę. Najpierw ciotka i mecenas, potem na pewno znajdę jakąś pracę. I listy roześlę. – Jakie listy? Karla popatrzyła na Józię z pobłażaniem. – Z Jankiem się muszę przecież zobaczyć. Kucharka sprawiała wrażenie spłoszonej. 14


– Ale… – zaczęła. Karla powstrzymała ją jednym gestem. – Nowe czasy – powiedziała – nowe życie. Może jeszcze mnie coś w nim czeka? Józia popatrzyła na nią tylko. Obie milczały. – Każdemu wolno marzyć… – odezwała się wreszcie cicho Karla. – Każdemu wolno marzyć. * – A to się porobiło, pani Karlo kochana – westchnął ciężko mecenas Szułdrzyński. – A to się porobiło… Karla żachnęła się. – Tyle razy prosiłam pana mecenasa, żeby było jak dawniej – powiedziała z wyrzutem. – Wiem, może to i niemądre, ale dla pana mecenasa zawsze powinnam być Karlą i koniec. Siedzimy tu już tyle czasu, a pan mecenas ciągle swoje: „pani Karlo to, pani Karlo tamto”. Mały, ciemny pokoik dawnej czynszowej kamienicy przy Loretańskiej ział nędzą. Przez okno wychodzące na studnię podwórka wpadało niewiele światła; z półmrokiem pochmurnego popołudnia bez powodzenia próbowała walczyć słaba żarówka nocnej lampki. W pokoju były tylko łóżko, nocny stolik, fotel i jedno krzesło, przez którego oparcie przewieszono garnitur mecenasa. Reszta ubrań, starannie złożona, leżała w dwóch otwartych walizach. Szułdrzyński zaczerpnął powietrza, chcąc odpowiedzieć, lecz tylko rozkaszlał się gwałtownie. Karla przysunęła się bliżej łóżka, na którym leżał mecenas, poprawiła mu poduszkę, na której był wsparty, i podała wodę. Gdy pił chciwie, przytrzymywała szklankę przy jego wargach. – Ot i jeszcze na to wszystko starość mnie dopadła – rzekł, gdy doszedł do siebie. – Byle tylko Stalina przeżyć, to już mogę spokojnie umierać. 15


– Ale żeby tutaj, w tym pokoiku… – Karla potoczyła wzrokiem po brudnych ścianach popstrzonych dziurami po gwoździach, na których kiedyś wisiały jakieś obrazy. – To już nie może sobie pan mecenas znaleźć lepszego miejsca na umieranie? – A czy ja mówię, że Stalinowi zaraz przyjdzie ducha wyzionąć? – oburzył się Szułdrzyński. – Toż przecie, jak podjąłem takie zobowiązanie przedzjazdowe, że go przeżyję, to teraz się modlić o jego zdrowie wypada, a i może na mszę dać. Chociaż – zmitygował się prędko – może i poświęcić by samego siebie na ołtarzu historii bardziej by wypadało, żeby ta kanalia dłużej nie pożyła… – Dobrze, żeśmy sami swoi – mruknęła Karla – a za drzwiami jakby pusto, to i nikt nie podsłucha. Panie mecenasie, niech pan wyjeżdża, póki jeszcze można. – A pani Karla to przyjechała i sama chce zostać, a mnie stąd próbuje wyekspediować? – spytał bez złośliwości w głosie Szułdrzyński. Popatrzyła nań smutno. – Ja już nie mam do czego wracać, panie mecenasie – powiedziała. – Opowiadałam przecież panu dwie godziny bez mała. Mosty spalone. Tam już nie mam nikogo, z kim mogłabym zamienić z przyjaźni choćby dwa słowa. A tutaj jest pan mecenas, jest Józia, jest ciotka Anna, znalazłby się pewnie sprzed wojny jeszcze niejeden, który przeżył i mnie pamięta. No i jest Janek. – Co prawda, to prawda, tyle że znaleźć teraz człowieka nie­ łat­wo. Długo jeszcze rodziny szukać się będą, choć to już dwa lata od końca wojny minęły. Dobrze, że to miasto się ostało, bo z Warszawy po wojnie przecie ni kamień na kamieniu… – Wiem, że niełatwo, ale wiem też, że każdego można odnaleźć. Odnajdę i Janka. Mecenas nie odezwał się. – Dlaczego pan milczy? 16


– A cóż mam pani powiedzieć, pani Karlo? Dość już pani przeżyła, żeby samej rozumować bez mojej pomocy. Jedno tylko mogę powiedzieć, co pani świętej pamięci ojciec na pewno by rzekł. – A co takiego? – Żeby wierzyć w cuda, ale na nie nie liczyć. – Zapamiętam. – Kiwnęła głową Karla. – A tymczasem znajdę Janka adres. Roześlę listy, poszukam przez Czerwony Krzyż. Cóż to za kłopot znaleźć człowieka, o którym się wie, że żyje, i wie, w jakim kraju? – Z tym szukaniem to bym ostrożnie działał – mruknął Szułdrzyński. – Uwierz mi pani, że zaraz władze zaczną krzywo patrzeć na taką Angielkę z niemieckim nazwiskiem, co to mówi, że jest Polką i rozpytuje za dużo. – Co też pan wygaduje – żachnęła się Karla. Mecenas uśmiechnął się smutno. – Ja wiem, co wygaduję. Tylko pani jeszcze nie wie, gdzie żyje. Nic na to nie odpowiedziała. Lecz błysnęła w niej straszna myśl, że Szułdrzyński – jak zawsze – może mieć rację. Że to, co zrobiła, co zdawało jej się jedyne i słuszne – powrót do kraju – było największym, najpotworniejszym błędem w jej życiu. Tymczasem mecenas mówił dalej. – Niech pani mnie słucha, pani Karlo. Tutaj już będzie tylko gorzej. Sowiecką republiką może i nie zostaniemy, ale sowieckie porządki zabiją ten kraj na długie lata. A do głów ludziom taką sieczkę nasypią, że i do siódmego pokolenia jej nie wymieciesz. Więc szukaj pani tego Janka Donimirskiego, ale patrz pani, żeby go rychło odnaleźć, bo inaczej pani tu już zostanie na zawsze. A szkoda by się było tak marnować. – I pan to mówi, panie mecenasie? – Ano ja. Kiedy się urodziłem, nie było jeszcze Austro-Węgier, przeżyłem dwóch cesarzy, trzech carów, wojnę francusko-pruską, rosyjsko-turecką, rosyjsko-japońską, Wielką Wojnę, wojnę polsko-bolszewicką, drugą wojnę światową, i powiem pani, pani Karlo, 17


rzecz straszną. Mniej się boję wojen aniżeli sowieckiego pokoju, a uwierz mi, pani, nie przyjedzie Anders na siwym koniu i nie będzie nowej wojny, Amerykanie nie zrzucą atomowej bomby, żeby Sowieci się wynieśli. Mnie tam za jedno, jestem już stary i chory. Ale pani nie stać na to, żeby sobie życie marnować. – Wszędzie można żyć. – Karla sprawiała wrażenie przytłoczonej wywodem mecenasa. – W obozach też ludzie żyli – zgodził się Szułdrzyński. – Żeby przeżyć. A ci, co wyszli żywi, stracili pół duszy. Człowiek przetrwa wszystko, tylko co potem? – Nigdy nie próbuj przegadać adwokata. – Karla westchnęła ciężko i wstała. – Zobaczę, może już ciotka Anna zjechała, a jak nie, to wracam do Józi. Jestem tu już tyle czasu, a jeszcze się nie mogę przyzwyczaić do tego wszystkiego. – I niech mi pani przysięgnie, że nigdy, przenigdy pani się nie przyzwyczai. Choćby i nawet pani została. Kiwnęła głową. – Pewnie ma pan rację, panie mecenasie, ale jak tu nie przywyknąć i nie oszaleć? I jak z nimi wygrać? Szułdrzyński znów się rozkaszlał. – Jak wygrać, to nie wiem – rzekł, gdy wreszcie mógł złapać dech. – Ale powiem, co robić, żeby z nimi przegrać. Jeżeli choć raz wyjdzie pani rano z domu w brudnych ubraniach, nieumyta i nieuczesana, bo klasa robotnicza mówi, że pot, smród i brud są klasowo słuszne, już pani przegrała. Jeżeli choć raz wypije pani herbatę z cukrem w musztardówce, bo tak szybciej, choć w szafce jest czajniczek i ostatnia porcelanowa filiżanka, już pani przegrała. Jeśli choć raz wyjdzie pani na ulicę, przeżuwając kanapkę albo podgryzając ukradkiem z zatłuszczonego papieru i w kieszeń chowając, już pani przegrała. Jeśli choć raz przed wyjściem nie owinie pani szyi kolorowym szalikiem, bo inni nie noszą kolorowych szalików, bo wypada tylko czerwoną chustę, już pani przegrała. Jeśli zacznie 18


pani robić choćby najdrobniejsze świństwa, żeby się lepiej żyło, nawet najdrobniejsze z drobnych, już pani przegrała. Czy pani mnie rozumie, pani Karlo, czy mam mówić dalej? – Nie trzeba. – W jakimś odruchowym geście pochyliła się nad półleżącym mecenasem, po czym ucałowała go w policzek. – Wszystko rozumiem. Dobrze, że mecenasowi się udało zachować ten pokój, to chociaż pocałować go mogę bez świadków. – Jak panią Karlę bieda przyciśnie, to może mnie zagęścić jeszcze – powiedział z uśmiechem mecenas. – Umrę z satysfakcją, że na stare lata stać mnie było, żeby z piękną kobietą w jednym pokoju zamieszkać. – Mecenasa się tylko żarty trzymają – rzekła pogodnie Karla. – Z Józią na razie mi dobrze, czwarty dzień, a sąsiedzi jeszcze nie donieśli, ale kto wie, co się może wydarzyć. Józia coś pozałatwiała w urzędzie, tyle że ja pracy teraz szukam. – Ludzie zawistni. – Kiwnął głową obojętnie mecenas. – Zawsze byli i zawsze będą. Jak za okupacji, tak i teraz. Niech mi pani Karla wierzy, kanalii zawsze łatwiej przetrwać trudne czasy niźli uczciwemu. No już, niech pani idzie. Jakbym co o pracy słyszał, to dam znać. A z tymi pieniędzmi, co pani mówiła, też trzeba porządek zrobić. Funty czy dolary? – Dolary. Tak mi poradzili. – Dobrze pani poradzili. Funt znów niewymienialny, na czarnym rynku nisko stoi. Dolary dobre, choć i tak złoto najlepsze. Złotówki tracą wartość, ale waluta zawsze będzie dobra. Niech się pani o nic nie martwi, i niech to pani dobrze ukryje. O reszcie niech sobie pani z Anną porozmawia, ona więcej o takich rzeczach wie, niż pani myśli, że wie. Karla popatrzyła na niego z wdzięcznością. – Dziękuję panu mecenasowi. Przyjdę jutro. Poradzi pan sobie? – A jakże. Zawsze sobie radziłem, to i teraz poradzę. Z Panem Bogiem. Proszę ciotkę Annę ode mnie pozdrowić, choć ostatnio jakoś nierada mnie widzi. 19


Karla podniosła dłoń w pozdrawiającym geście i wyszła z pokoju. Następnie, zatrzasnąwszy za sobą drzwi, zeszła ostrożnie po ciemnych, skrzypiących schodach oficyny. Wyszła na ulicę. Zapadł już zmrok, a choć było prawie ciemno, latarnie wciąż się nie świeciły. Karla spiesznie przeszła pod murem kamienicy i weszła w następną bramę. Smród starego moczu i wymiocin uderzył w jej nozdrza tak samo mocno jak kilka godzin wcześniej. Sień kamienicy tonęła w mroku, Karla przyspieszyła więc kroku i na wpół po omacku przedostała się do pozbawionego drzwi przejścia, po czym przeszła przez podwórko i pchnęła drzwi oficyny. Nie ustępowały, coś je zapierało od drugiej strony. Spróbowała mocniej, aż wreszcie z całych sił. Na koniec drzwi ustąpiły na tyle, że zdołała się przez nie prześliznąć. – Coo jest, kuuurwa…! – usłyszała nagle czyjś nagły sprzeciw dobywający się jakby spod ziemi. Nie zdążyła się nawet przestraszyć, bo w jednej chwili zrozumiała, że przepchnęła drzwiami jakiegoś pijaka, który przysnął na schodkach i zwalił się na ziemię, tarasując sobą drzwi. Niewiele myśląc, przeskoczyła go jednym susem i wbiegła na schody. Z dołu dobiegł ją jeszcze jakiś nieartykułowany bełkot i znów zapadła cisza. Karla, zdyszana, wspięła się na piętro i zapukała do drzwi. Przez chwilę trwała cisza. Wytężyła słuch, po czym usłyszała wolny krok i stukanie laski. – Kto tam? – rozległo się pytanie. Tembr głosu był znajomy, budził dziesiątki wspomnień. Zalały ją nagłą falą tak mocno, że Karla zacisnęła z całych sił powieki, czując się tak, jakby próbowała utrzymać przed oczami znikający po przebudzeniu piękny sen. – Kto tam? – rozległo się znów. – To ja. Ja, Karla. Za drzwiami zapadła taka cisza, jakby cały świat nagle wstrzymał oddech. Szczęknął zamek. W otwartych na oścież drzwiach stanęła krucha, drobna kobieta, wsparta na lasce. Karla stała bez 20


ruchu, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem, nie wiedząc, czy oślepia ją mocne światło czy łzy cisnące się do oczu. – No chodź – usłyszała – bo zimno wchodzi. W głosie ciotki Anny było wszystko. Jej dawna rzeczowość, kos­tyczność nawet, a równocześnie głęboko skrywane wzruszenie. Karla postąpiła o krok i objęła ją mocno. Teraz już nie zdołała powstrzymać płaczu. Nikt, kto nie przeżył wojny i nie spotkał się z tymi z najbliższych, którzy ją przeżyli, nie mógłby zrozumieć takiego wzruszenia ani takiej radości. – No chodź. – Ciotka Anna z trudem wyzwoliła się z objęć szlochającej Karli. – Chodź dalej. I nie płacz już, bo sama się wnet rozpłaczę. Przeprowadziła Karlę przez korytarzyk do niewielkiego pokoi­ ku ze ślepą kuchnią. – To moje królestwo – powiedziała. – Mieszkanie było takie, że nawet go Niemcy nie chcieli, za to komuniści i owszem, bo dokwaterowali mi jakieś małżeństwo, które marzy już tylko o tym, żebym wreszcie umarła, bo mieliby szansę na te nasze z Karolem dwa pokoje. – Ale to nie o któreś z nich się potknęłam w oficynie? – Jak się potknęłaś o pijaka, to pewnie był Walek – orzekła Anna ze spokojem. – Mieszka w suterenie, chyba jeszcze nigdy nie dotarł do tej swojej nory bez drzemki na schodach. Karla ważyła przez chwilę zamiar, wreszcie się zdecydowała. – Pan Karol… pan Chorodecki umarł, prawda? Ciotka Anna zacisnęła wargi. Kiwnęła tylko głową. Karla dawno się już nauczyła, żeby nie pytać o więcej. Po dłuższej chwili cicho dodała: – Zostaliście mi tylko wy. Ciocia, Józia i mecenas Szułdrzyński, byłam u niego, gdy czekałam na ciocię. I jeszcze gdzieś jest Janek. – Mówili, że przeżył. – Ciotka kiwnęła obojętnie głową. – Siadaj, kochanie. Zrobię ci herbaty. 21


Karlę uderzyła jej nagła rezerwa. Obrzuciła ciotkę zaniepokojonym spojrzeniem. – Coś się stało? – zapytała. Starsza pani pokręciła głową. – Nic. Straciliśmy całą bez mała rodzinę, najbliższych, tacy, o których mówiono, że nie żyją, ocaleli, inni, o których myśleliśmy, że mają się dobrze, umarli. Nasz świat się skończył, za chwilę przyjdzie pora, by się uczyć rosyjskiego, żeby się dogadać w urzędzie, ale nie, poza tym nic się nie stało. – Ciociu… – zaczęła niepewnie Karla, jednak Anna nie dopuściła jej do głosu. – Wyjeżdżaj stąd jak najszybciej. Jak najszybciej, zrozumiałaś? Mnie już stąd nie wypuszczą, umrę tutaj, ale ty masz przed sobą całe życie i nie dopuszczę, żebyś je zmarnowała. Masz przecież paszport, dla tych nędznych urzędowych gnid jesteś poddaną króla Anglii, i jeszcze przez jakiś czas co najwyżej mogą cię pocałować tam, gdzie słońce nie dociera. Cóż dla ciebie może znaczyć ten nędzny spłachetek ziemi wykrojony spomiędzy Niemiec a Sowietów, w którym rządzą ludzie przywiezieni ze Wschodu? Cóż z tego, że się tu urodziłaś? Zapamiętaj sobie, to nie jest już Polska, to Polska Republika Rad, choćby cię przekonywali, że jest inaczej. I nie odzyskamy tego kraju wcześniej niż w trzecim, czwartym pokoleniu, bo najlepszych młodych wymordowali nam Niemcy i Sowieci, a dzieci tych, którzy przeżyli, będą pokornie przytakiwać nowym panom, bo w szkołach wbiją im do głowy myśl, że Sowieci są niepokonani, a Polski nie mogło spotkać nic lepszego, niż stać u boku Stalina i budować komunizm. Karla słuchała w oszołomieniu. Nigdy, przenigdy nie spodziewała się usłyszeć od ciotki Anny takiej perory. – Ciociu – powtórzyła nieśmiało – przyjechałam tutaj dla ciebie, dla Józi, dla mecenasa, dla tych, co przeżyli. Dlaczego ciocia… 22


– … powtarzam ci – przerwała jej bezceremonialnie ciotka – wszyscy twoi bliscy pomarli, a i ja wkrótce umrę. Umrze mecenas… – umilkła nagle, jakby sobie coś przypomniała. – A co z Emilem? – Umarł w Oranie w zeszłym roku – odrzekła cicho Karla. – Na moich rękach. Ciotka sposępniała. – Nie słuchaj mnie – odezwała się wreszcie. – Przepraszam cię, córeczko, że wylałam na ciebie tę żółć, co mnie dławi od środka, odkąd zrozumiałam, że przeżyłam Niemców, ale nie przeżyję Sowietów. – Ciociu, jak to jest, że każdy, z którym rozmawiałam, pyta mnie z trwogą, po co przyjechałam. Dlaczego wszyscy mówią, że niczego nie da się zmienić? Ciotka Anna ciężko usiadła na kozetce. – Bo nikt temu nie daje wiary – powiedziała. – Bo wracają tylko ci, którzy mają do kogo wracać. Do kogo, bo do czego już nie. Zabrano im dawne życie, ich bliskich, ich własność. Ty masz nas troje… – Czworo – przerwała jej Karla. – Jest jeszcze Janek Donimirski. – Jest, choć nie wiadomo gdzie. I naprawdę dla tych czworga ludzi chcesz niszczyć sobie życie i zostać w tym smutnym kraju? – Mówią, że najwyższym celem jest odbudowa kraju i podniesienie się z wojennej ruiny. – Przeczytałaś to w jakimś komunistycznym szmatławcu – mruknęła ironicznie ciotka – i tylko pominęłaś ostatnie słowa: pod światłym przewodnictwem Związku Radzieckiego. – Ciocia czytuje takie gazety? – Nie muszę. Mogę sobie wyobrazić, co w nich jest. I jedno ci powiem: Emil dobrze zrobił, że umarł, a ty źle zrobiłaś, że przyjechałaś. Westchnęła ciężko. – Po tym wstępie, na który sobie zasłużyłaś – podjęła po chwili – mów. Opowiedz mi wszystko. Nie szkodzi, że po raz któryś z rzędu. Wszystko jest teraz ważne. 23


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Odzyskany los. Saga o Karli Linde tom 4 by SIW Znak - Issuu