Skip to main content

Druga miłość

Page 1

Projekt okładki Zofia Różycka Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Redakcja Aleksandra Kamińska Adiustacja Małgorzata Biernacka Korekta Anastazja Oleśkiewicz Łamanie Dariusz Ziach

Copyright © by Marzena Rogalska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5519-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU


Rozdział I Telefon Agaty rozdzwonił się na dobre jakieś trzy dni przed Wigilią. Jak z rogu obfitości sypnęło nowinkami i wiadomościami. W ten jedyny w roku czas najważniejsze było kto, gdzie i z kim spędzi święta. Gośka z Maćkiem i dziećmi mieli właśnie jechać do jej rodziców, aby – jak to rzeczowo zauważył Maciek – odcierpieć swoje. Maciek traktował to jako dopust Boży: rodzina żony nie znosiła go, a on robił nieustannie dobrą minę do złej gry, co z kolei szanowała Gośka. Inna rzecz, że w tym roku atmosfera się jakby poprawiła, zwłaszcza gdy rodzice dowiedzieli się, że zięć został dyrektorem. Fakt, chief office manager w agencji promotorskiej Gecko brzmiało zdecydowanie lepiej niż jakiś tam urzędnik miejski. Zuza z Pawłem zostawali w Krakowie, u mamy Pawła. Przynajmniej oni nie musieli zmagać się z problemem braku akceptacji, Zuza, która była już w siódmym miesiącu ciąży, miała świetny kontakt z teściową. Po czasie rezerwy i formalnych relacji przyszło do przyjaźni, na tyle intensywnej, że matka Pawła w kontakcie z Zuzą traciła całą swoją powagę i zachowywała się jak rozchichotana nastolatka. Paweł patrzył na to z pobłażliwością i bez niechęci, ostatecznie każdemu należy się trochę radości. 5


Filip z Olą, Fotkiem i kotami wyjeżdżali pod Augsburg, do ojca Filipa, zapatrzonego w synową jak w obrazek. Starszy pan Rotter mawiał, że to ożywcze i piękne doświadczenie, zwłaszcza po poprzednim, nieudanym małżeństwie jego syna, więc oni także nie martwili się o atmosferę przy świątecznym stole. Agata również nie narzekała. Wigilię miała spędzić z Krzyszto­ fem, Joasią i Gajką. Mimo nalegań ciotka Marianna nie dała się zaprosić.  – Widzisz, córeczko – mówiła – ja tutaj mam dwie sąsiadki, same, tak jak ja. Ich dzieci się rozjechały za pracą po świecie, mężowie nie żyją, to sobie tak siedzimy przy Wigilii razem. Ale dziękuję, już samo zaproszenie to jakbyśmy spędziły ten wieczór ze sobą.  – Ale… – zaczęła Agata.  – Nie ma ale – powiedziała stanowczo ciotka, nieodrodna siostra ojca Agaty. – Radosnych, spokojnych świąt! Nie dał się zaprosić również Rafał, który z wyraźnym żalem przyznał, że nie jest w stanie wrócić z Zachodniego Wybrzeża wcześniej niż trzy dni przed sylwestrem. Krzysztof przyjął to ze stoickim spokojem, wiedząc doskonale, że gdyby istniała jakakolwiek inna możliwość, Rafał pojawiłby się u nich bez wahania. Mieli więc spędzić Wigilię we czworo. Ślusarz, pan Jurek, ucieszył się nieskończenie z telefonu Agaty i chociaż widzieli się przez chwilę niedługo po otwarciu firmy, przegadali o wszystkim i o niczym ponad godzinę. Nie chciał się do tego przyznać, ale – choć spędzał święta z córką, zięciem i wnukami – na co dzień chyba doskwierała mu samotność. Agata przyrzekła sobie w duchu, że postara się nadrobić zaległości jeszcze w styczniu, pewnie zapraszając go na jakiś solidny i skomplikowany obiad. 6


Pozostał jeszcze jeden, ostatni telefon. Pan Chowaniec. Właściciel mieszkania, w którym Agata żyła od wiosny, zniknął z horyzontu, gdy tylko podpisana została umowa najmu. Agata sumiennie regulowała rachunki i co miesiąc przelewała na jego konto wynikającą z umowy kwotę, za każdym razem myśląc z wdzięcznością o człowieku, który wynajął jej mieszkanie za tyle, ile mogła wtedy zapłacić, a nie za tyle, ile on mógł wziąć. Trudno uwierzyć, jak wiele może się zmienić przez kilka miesięcy. Z rozbawieniem i czułością myślała o sobie z tamtego czasu, niepewnej, poranionej, złamanej. Szybko wybrała numer. Odebrał dopiero po czwartym sygnale.  –  Słucham. Agata ledwo go poznała, głos wydawał się jakiś słabszy, mniej stanowczy.  – Dobry wieczór, panie Józefie, Agata Donimirska – przedstawiła się. – Nie przeszkadzam? Głos w słuchawce jakby się ożywił.  – Dobry wieczór. Mam nadzieję, że nie ma pani żadnych problemów?  – Dlaczego miałabym mieć? – zdziwiła się Agata. Chowaniec zaśmiał się cicho.  – Nie dzwoniła pani od miesięcy – powiedział już głośniej. – Brak wiadomości to na ogół dobra wiadomość. W jego głosie brzmiała wesołość, bez choćby cienia wyrzutu. Agata odetchnęła z ulgą.  – Zdaje sobie pan sprawę – powiedziała – że myślałam o panu z wdzięcznością za każdym razem, kiedy przelewałam panu czynsz. A nawet częściej, bo nigdy za mało myślenia o ludziach, którzy nam pomogli. Teraz dzwonię w trzech sprawach… 7


– Zamieniam się w słuch – z Chowańcem było już dobrze, słabość jego głosu zniknęła zupełnie.  – Po pierwsze: idą święta, chciałam złożyć panu życzenia… – zaczęła Agata. Chowaniec przerwał jej.  – Jeżeli zdążyłem panią trochę poznać – powiedział – to są dobre, szczere i zasługują na odwzajemnienie. W takim razie spokojnych i radosnych świąt. Druga sprawa?  – Druga sprawa – wyrecytowała zupełnie niezbita z tropu Agata – jest finansowa. Chciałabym zmienić warunki umowy. Płacę panu osiemset złotych miesięcznie. W tej chwili stać mnie na płacenie cen rynkowych. Już nie jestem tą zagubioną, przerażoną dziewczyną z castingu na wynajem. Od stycznia przelewam panu dwa tysiące złotych miesięcznie. Chowaniec w słuchawce roześmiał się serdecznie.  – Może się potargujemy? – zaproponował. – Osiemset pięćdziesiąt.  – Mowy nie ma – powiedziała stanowczo Agata. – To nie była propozycja do negocjacji. To było stwierdzenie faktu. I trzecia sprawa: bardzo chciałabym się z panem spotkać. Nie widzieliśmy się od bardzo dawna. Chowaniec najwyraźniej dał się złapać na najprostszą negocjacyjną sztuczkę. Perspektywa spotkania z Agatą przesłoniła mu to, że miał się nie zgodzić na podniesienie kwoty.  – Jak dobrze pójdzie, będę w Krakowie dopiero za kilka miesięcy – powiedział z żalem. – Dam pani znać, kiedy będę mógł. Cieszę się.  – Czyli rozumiem, że jesteśmy umówieni. Szczęśliwych i rados­ nych świąt. Czekam na telefon! 8


– Do usłyszenia. Dziękuję, że pani zadzwoniła. Rozłączył się. Agata z uśmiechem odłożyła telefon. Z obowiązków pozostała jej tylko krótka wizyta u babci Lali z opłatkiem i życzeniami oraz zakup kolorowych papierów do pakowania. Miała już coś dla każdego, wszystkie upominki zamówiła znacznie wcześniej przez internet. Nienawidziła przedświątecznego szału zakupowego, nieprzemyślanych prezentów, które rozpakowuje się przy świątecznym stole, z udawanym zachwytem pokazuje je innym, a potem chowa w najciemniejszy kąt, wyrzuca lub przekazuje dalej. Krzysztof wprowadził bezwzględny limit – pięćdziesiąt złotych na prezent. Wyjątkiem był nowy, szybki laptop dla Kuby, ale tutaj nie on był ofiarodawcą. Koniec roku zapowiadał się więc fantastycznie, zwłaszcza że szykował się wspólny wyjazd sylwestrowy, na którym mieli być wszyscy. Przyjaciele bardzo chcieli się spotkać choć raz w pełnym gronie, przerzucali się pomysłami i projektami, ale to, co zaproponował Krzysztof, przebiło wszystko. Dzięki Radomskiemu.


Rozdział II  – Mówił mi pan kiedyś o swoich przyjaciołach – powiedział Radomski. Krzysztof, wpatrzony w stojącego na sztalugach niewielkiego Makowskiego, drgnął, jak przebudzony ze snu.  – Przepraszam – usprawiedliwił się po raz nie wiadomo który. – Zapatrzyłem się. Radomski pokiwał głową z uśmiechem. Coraz częściej pojawiał się w zaimprowizowanej pracowni, w której Krzysztof dokumentował jego zbiory. Nie przeszkadzał, nie zamęczał pytaniami, nie starał się w żaden sposób zwracać na siebie uwagi, więc Krzysztof szybko przywykł do obecności swojego zleceniodawcy. Czasami pokazywał mu co ciekawsze motywy, zwracał uwagę na sposób malowania, niekiedy rozmawiali, ale najczęściej jednak milczeli.  – Powiedziałem, że opowiadał mi pan kiedyś o swoich przyjaciołach – powtórzył Radomski cierpliwie.  – Chyba niewiele – Krzysztof z trudem oderwał wzrok od obrazu i spojrzał ze zdziwieniem na Radomskiego. – Nie było jak dotąd okazji.  – Niewiele, ale wystarczająco, żeby zrozumieć, ile dla pana znaczą. – Radomski, zadowolony z zaskoczenia Krzysztofa, usadowił 10


się wygodniej w fotelu. – Jeśli dobrze pamiętam, mówił pan, że w życiu mamy tylko dzieci, rodzinę i przyjaciół?  – Możliwe. – Krzysztof zdjął okulary i potarł zmęczone oczy. – Przyjaciele naprawdę wiele znaczą. Podobnie jak świadomość, że istnieją ludzie, dla których zrobilibyśmy wszystko, a nawet więcej. I którzy myślą o nas tak samo.  – Spotykacie się często?  – Niezbyt – przyznał Krzysztof. – Nie obchodzimy hucznie wszystkich urodzin i imienin, bo inaczej co najmniej dwa razy w miesiącu mielibyśmy imprezę, a przecież nie o to chodzi. Ale wiemy, co się u kogo dzieje, rozmawiamy ze sobą, utrzymujemy stały kontakt. Wszyscy mamy własne życie, pracę, ambicje, pomysły, większość z nas jest w związkach, niektórzy mają dzieci. Dobrze, kiedy w życiu towarzyszy nam świadomość, że jest ktoś, na kim można polegać niezależnie od sytuacji. To nawet czasem lepsze od małżeństwa, bo w nim bywają ciche dni. W przyjaźni nie. Przynajmniej tej prawdziwej.  – Miewa pan ciche dni z panią Joasią? – zdziwił się Radomski.  – Nie zdarzyło się jeszcze – zaśmiał się Krzysztof. – Po prostu zbyt się szanujemy, żeby do tego dopuszczać.  – Pewnie będzie się pan częściej widywał z przyjaciółmi, gdy pani Joasia z Gajką polecą na staż – powiedział ostrożnie Radomski.  – Nie wydaje mi się. Może będę więcej pracował. Mówiłem panu, że wszystko wskazuje na to, iż przed połową roku będę gotowy, a nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten termin jeszcze przesunąć. Początek maja jest zupełnie realny. Radomski przyglądał się Krzysztofowi w zamyśleniu.  – W pewnym sensie podziwiam pana – powiedział. – Nie wiem, czy umiałbym żyć w taki sposób jak pan. Jest pan minimalistą, 11


panie Krzysztofie, obywa się pan bez wielu rzeczy bez żalu i nie widzi powodu, dla którego miałby pan mieć więcej i więcej. Więcej przedmiotów, pieniędzy, poklasku, akceptacji… Krzysztof roześmiał się.  – To zabawne? – zapytał bez urazy w głosie Radomski.  – Przepraszam za śmiech – Krzysztof natychmiast spoważniał – ale niech pan mi powie szczerze. Sam pan mówił, że jest pan człowiekiem bogatym, ma pan mnóstwo przedmiotów, przyjemności, udogodnień. Czy naprawdę pan z tego wszystkiego korzysta? Wie pan, co mnie rozbawiło? Pomyślałem sobie, że przecież pan jest dokładnie taki jak ja. Z tą różnicą, że ja nie korzystam z rzeczy, których nie mam, i nie potrzebuję ich. Pan nie korzysta z rzeczy, które pan ma, i których na dobrą sprawę też pan nie potrzebuje. Podejrzewam, że to jedna z wielu przyczyn, dla których możemy ze sobą rozmawiać tak jak teraz. Radomski uśmiechnął się.  – To ciekawe – zauważył – a dla mnie nawet pochlebne. Coś w tym jest. Ale nie dlatego zacząłem pytać o pańskich przyjaciół. Pomyślałem, że przez dwa miesiące zostaną przeze mnie pozbawieni towarzystwa pani Joasi i Gajki, dlatego przyszła mi do głowy pewna myśl. Propozycja, na którą się pan musi zgodzić. Przemyślałem ją dobrze, a poznaliśmy się już na tyle, że wiem, iż pan mi nie odmówi.  – Tego nie może pan być pewien.  – Jestem pewien – rzekł stanowczo Radomski – bo akurat pana ta propozycja dotyczy tylko w pewnej części. Czegoś o panu się już nauczyłem. Otóż pośród różnych rzeczy, które mam, a z których prawie nie korzystam, jest spory dom w Beskidach. Zapraszam tam z rzadka moich szwedzkich kontrahentów, którym nudzą się sieciowe hotele. Latem da się tam od biedy dojechać zwykłym 12


autem, zimą potrzebny jest dobry samochód terenowy, ale jeśli ma się ochotę na spacer, to od idealnego miejsca do parkowania jest jakieś pół godziny pieszo, w nietrudnym terenie. To taki zagubiony przysiółek, w którym żyje kilkanaście bardzo zaufanych rodzin. Pomagam im trochę, a w zamian za to dom jest zawsze przygotowany na niespodziewanych gości. Wystarczy jeden telefon. Chciałbym taki telefon wykonać jak najszybciej, żeby zabrał pan dzieci, przyjaciół, koty i psy na kilka dni w góry. Dobrze będzie chyba spędzić tam sylwestra i może jeszcze trochę czasu, ile państwo zechcą. Z góry odrzucam wszystkie pańskie obiekcje i nie przyjmuję odmowy. Jeżeli pan sobie tego życzy, proszę potraktować to jako premię. Krzysztof nadal przyglądał się Radomskiemu.  – Przemyślał to pan dobrze – zauważył. – I rzeczywiście trudno mi odmówić. Jestem panu bardzo wdzięczny.  – Czyli zgadza się pan! – ucieszył się Radomski. – Przed moim wyjazdem dostanie pan wszystkie informacje. Dom będzie przygotowany. Proszę z niego korzystać do woli.  – Przed pańskim wyjazdem? – Krzysztof wyraźnie się zawahał. Gdzieś w głębi duszy zastanawiał się nad zaproszeniem Radomskiego na wigilię, ale nie chciał go w żaden sposób urazić, w końcu wiedział o swoim pracodawcy naprawdę niewiele.  – Co roku przed świętami robię sobie dwa tygodnie urlopu – wyjaśnił Radomski. – Wracam w pierwszym tygodniu stycznia. Proszę z tego skorzystać i również wziąć urlop od pracy. Jest pan chyba zmęczony, a jak pan sam zauważył, i tak wyprzedza pan swój własny harmonogram. Dom może nie jest aż tak wielki, ale jeżeli będzie pan potrzebował chwili samotności – widoki są przepiękne. Czasem żałuję, że nie jeżdżę tam częściej. Rozumiem, że mogę wszystko przygotować. Ile osób? Dziesięć? Piętnaście? 13


Krzysztof nie odpowiedział od razu. Przyglądał się przepięknym polnym kwiatom na obrazie Makowskiego, przedziwnej kompozycji wiechci traw, chabrów, maków i miniaturowych goździków.  – Jestem panu bardzo wdzięczny – powtórzył. – Czwórka dzieci, dziesięcioro dorosłych i jeszcze nieokreślona liczba zwierząt, od jednego do czterech. Ale nie trzeba niczego przygotowywać, weźmiemy wszystko ze sobą. Śpiwory też.  – Nie będzie to konieczne – powiedział z uśmiechem Radomski. – Chyba że dla dzieci, wyobrażam sobie, że fajnie będzie zasypiać tam, gdzie je zmorzy sen, na przykład na podłodze w jadalni. Jak w schronisku. * Agata z uśmiechem wspominała chwilę, kiedy Krzysztof, jak zwyk­ le okraszając wypowiedź dziesiątkami „a może by tak” i „a co by było, gdyby…”, zdradził się wreszcie z pomysłem i niepewnie zapytał, co Agata na ten temat sądzi. Nie było o czym dyskutować – mail do wszystkich wysłali pięć minut później, a nie minęła nawet godzina, gdy całą paczką zaczęli spisywać listy zakupów i planować jadłospis, Maciek zaś zabrał się do poszukiwania niedrogiego środka transportu, który podrzuci całą ekipę z plecakami w miejsce, z którego trzeba będzie ruszyć pieszo. Agata martwiła się trochę o Zuzę, ale Joasia autorytatywnie stwierdziła, że siódmy miesiąc dopiero się zaczął, a pół godziny w łatwym terenie nawet zimą nie będzie wielkim wyzwaniem, zwłaszcza że Zuza była w znakomitej formie. Paweł odgrażał się, iż w razie potrzeby wciągnie ją na górę na sankach, ale wyglądało na to, że nie będzie to konieczne. Była jeszcze jedna opcja, ale mocno niepewna, jednak trzeba było się na 14


nią przygotować. Anka i Richard, ale tutaj trzeba było działać deli­ katnie. Na wszelki wypadek poprosiła Krzysztofa, żeby uprzedził Radomskiego. Odpowiedź, którą przekazał Krzysztof, przyszła błys­ kawicznie: „Pomieszczą się wszyscy, proszę się nie martwić, K.R.”. Agata pomyślała o Kostku. Zastanawiała się, czy gdyby był z nimi, dałby się namówić na taką eskapadę. W tym gronie pewnie tak, choć unikał wyjazdów poza Kraków. Ale przecież byłby wśród ludzi, którym ufał, z którymi chciał być i rozmawiać. Nie czuła już tego upiornego bólu po stracie, raczej żal, tak jakby Kostek wyjechał gdzieś daleko i nie mógł wrócić, jakby gdzieś na drugiej półkuli wstąpił do kontemplacyjnego klasztoru, niedostępny, lecz wciąż istniejący. Wiedziała, że to tylko złudzenie, lecz przecież czuła wciąż jego życzliwą obecność, tak jakby zamieszkał w jakimś zakamarku jej duszy, dając spokój i zrozumienie, nie przeszkadzając, tak jak nie przeszkadza pamięć o tym, w czym nie zawiniliśmy. Wyobrażała go sobie w różnych sytuacjach, kiedy pracuje, gdy siada do swojego pianina, kiedy… Znów gdzieś w jej głowie rozbrzmiało Kostkowe przykazanie: nie myśl o mnie tyle, bądź szczęśliwa. Pod wpływem nagłego impulsu ruszyła do przedpokoju. Buty, ciepła sportowa kurtka i chwilę później szła w stronę mostu Zwierzynieckiego. Było ciemno i chłodno, siąpiący w ciągu dnia deszcz przechodził powoli w deszcz ze śniegiem. Nad Wisłą było zupełnie pusto. Przeszła przez most i po kilku minutach znalazła się na pętli tramwajowej na Salwatorze. Niewielka budka z czymś, co dawniej nazywano „artykuły różne”, nie zawiodła jej – smutna ekspedientka podała Agacie dwa znicze i zapałki. Niedługo później Agata stała już przed cmentarną bramą. Pogoda nie zniechęciła tych, którzy przed świętami chcieli odwiedzić groby bliskich – wszędzie widać było pełgające słabo płomyki. Bez 15


wahania skierowała się do starszej części cmentarza. Gdy dotarła do grobu Kostka, z zaskoczeniem stwierdziła, że na kamiennej płycie stało kilkanaście zniczy, niektóre dogasały, inne wyglądały na dopiero co zapalone. Agata rozejrzała się odruchowo, w słabym świetle złapała kątem oka trzyosobową grupkę, kobietę i dwójkę dzieci, przechodzących między grobami i kierujących się w stronę wyjścia. Już chciała zawołać, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Postawiła obok grobu siatkę ze zniczami i biegiem ruszyła w ich stronę. Kiedy znalazła się nie dalej niż kilka metrów, dzieciaki odwróciły się gwałtownie. Nie było wątpliwości. Tymek z Adasiem! Chłopcy dostrzegli ją natychmiast.  – Cześć! – powiedzieli zgodnym, radosnym chórem.  – Nie wrzeszczeć na cmentarzu, łosie jedne – wysyczała Gośka, nie odwracając się. – Co jest? Agata zachichotała.  – Mnie też objedziesz? – zapytała filuternie. – Już dawno nie słyszałam, jak się pieklisz. Gośka zastygła na ułamek sekundy, potem odwróciła się gwałtownie i rzuciła się w jej objęcia. Tymczasem Adaś nie powstrzymał się od komentarza.  – Pomieszkałaby ciocia z nami – powiedział cierpko – to by się ciocia nasłuchała.  – Na nas to już nie robi wrażenia – uzupełnił Tymek, zerkając złośliwie na matkę. – W szkole mówili na to „dewaluacja”.  – Nie gadać tyle! – syknęła Gośka. – Wyjdziemy za bramę to porozmawiamy! Przepraszam cię, Agata, myślałam, że spotkali jakiegoś kumpla i wydzierają się na pół cmentarza…  – Poczekajcie na mnie chwilę – poprosiła Agata. – Zaraz pogadamy. Ja tylko… 16


– Woli ciocia być sama? – zapytał nieśmiało Adaś. – Bo my możemy z ciocią pójść jeszcze raz. Agata popatrzyła z wdzięcznością na chłopca.  – Byliście u wujka Kostka? – upewniła się.  – Byliśmy – potwierdził. – Chyba nie tylko my.  – Widziałam. – Agata kiwnęła głową. Była wzruszona. – Chodźcie, pomodlimy się i pomyślimy chwilkę o nim, a ja zapalę moje znicze. Potem porozmawiamy. Nikt się nie odezwał, dopóki nie wyszli poza cmentarną bramę. Pierwsza przerwała ciszę Agata.  – Byli chyba wszyscy – powiedziała. – Ja ostatnia.  – Chyba wszyscy – potwierdziła Gośka. – Grobem zajmuje się Krzysiek, ale kto ma chwilę, przychodzi. Tylko Maćka nie było tym razem, więc jesteśmy jakby delegacją… W głosie Gośki zabrzmiała jakaś dziwna nuta. Agata zerknęła w jej stronę.  – Coś się stało? – spytała zaniepokojona.  – Nie, nic – mruknęła Gośka. Jednak Tymek nie miał zamiaru milczeć.  – Mama ma pretensje do taty, że wyjeżdża w weekendy – wyrzucił z siebie. – Że całymi wieczorami i nocami siedzi przed komputerem. I że lata za dużo. Agata struchlała, widząc minę Gośki, ale postanowiła jakoś załagodzić sytuację.  – Tymek – powiedziała – dzięki za szczerą wypowiedź i analizę sytuacji. Umówmy się, że jeżeli nabroicie albo będziecie chcieli poskarżyć się na rodziców, w ciotkach i wujkach zawsze znajdziecie wdzięcznych słuchaczy, a nawet konkretną pomoc, tak jak u wujka Krzysztofa wtedy, kiedy się pobiliście. Nie wiem, dlaczego 17


i po co żeście się wtedy tłukli, ale to wasza sprawa. Mam jednak prośbę: trzy razy się zastanówcie, zanim zaczniecie opowiadać na zewnątrz o tym, że rodzice muszą sobie czasem powiedzieć parę słów do słuchu.  – No właśnie się zastanowiliśmy – oświadczył tym razem Adaś – bo sprawa nabrzmiała.  – Zaraz ci tyłek nabrzmieje – warknęła Gośka. Adaś i Tymek nie przejęli się tym zupełnie. Agata, zdziwiona, zerknęła na przyjaciółkę.  – Gośka, tłuczesz młodych? – spytała z niedowierzaniem.  – Oczywiście, że nie – oburzyła się Gośka. – Ale dobrze brzmi, prawda? Agata zawahała się.  – Mleko się rozlało – powiedziała wreszcie. – Chcecie o tym pogadać, to idziemy do mnie na herbatę. Nie chcecie, to odprowadzicie mnie kawałek, życzymy sobie wesołych świąt i widzimy się na zbiórce przed wyjazdem.  – Chcemy, mama – powiedział stanowczo Adaś. – Bo nie możemy pozwolić, żebyś się z tatą żarła.  – Przecież nieraz się kłócimy o błahsze sprawy – odparła niepewnie Gośka.  – To co innego – zawyrokował Adaś. Agata westchnęła ciężko.  – Dzieci mają jakiś radar na takie rzeczy – stwierdziła – więc sprawa jest chyba poważna. Gośka, decyzja. Nie wpraszam się jako powiernica, nie bawię się też w CDR.  – Co to jest CDR? – zainteresował się Tymek.  – Ciotka Dobra Rada – mruknęła Agata. – To co, decyzja, bo zaraz nas zasypie. 18


Rzeczywiście, śnieg padał coraz mocniej. Gośka zdecydo­wała się nagle.  – Idziemy do ciebie – rzuciła gwałtownie. – A co mi tam. Może pomożesz. * Gdy trzymali już w dłoniach kubki z herbatą, Agata objęła wzrokiem towarzystwo.  – Mówcie – zażądała. – Co jest grane i co się zmieniło. Bo jeśli chodzi o to, że Maciek jest u mnie w pracy…  – Coś ty, chybaś oszalała – oburzyła się Gośka. – Robi swoją robotę, jest zadowolony, a ja cieszę się strasznie, bo nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak odżył po tej swojej gównianej urzędniczej pracy… To nie chodzi o to. Nawet jak musi dłużej zostać albo jak gdzieś wyjeżdża, nie ma problemu. Ufam ci bardziej niż sobie. To nie to.  – A więc co? – spytała Agata.  – Weekendy – mruknęła Gośka. – Maciek wyjeżdża w piątek albo zrywa się przed świtem w sobotę, zostawia nam na lustrze żółtą karteczkę, na której jest napisane, że nas kocha i że wróci w niedzielę wieczorem… I tak od prawie dwóch miesięcy. Jeździ po lotniskach, po aeroklubach, gdzieś na jakieś kursy, nie znam się na tym, a on nie chce nic mówić. Nawet chłopakom. Agata zafrasowała się wyraźnie.  – No i? – spytała.  – No i w domu go nie ma. Chłopaki tęsknią… Tymek z Adasiem popatrzyli z oburzeniem na matkę. Nie uszło to uwagi Agaty. 19


– Nie tęsknicie? – zdziwiła się.  – No pewnie, że tęsknimy – powiedział oschle Tymek – ale nie zgadzamy się, żeby ten fakt był wykorzystywany przez mamę w partykularnych celach.  – Cholerne przedwcześnie rozwinięte dzieciory – warknęła Gośka, ale nie mogła się nie uśmiechnąć, widząc minę Agaty. – No dobra, ten argument nie wchodzi w grę. W każdym razie nie zdradza żadnych szczegółów, po prostu go nie ma. Dosyć już mam tego, rozumiesz?  – Nie mówił nic wcześniej?  – Coś tam mówił. Powiedział, że tak będzie do wiosny i żeby mu zaufać, że ma plan, i że nam to wynagrodzi.  – A ty nie ufasz?  – Pewnie, że ufam – powiedziała stanowczo Gośka – ale wolałabym wiedzieć, co robi i gdzie. Żyję z tym gościem od lat, kocham go, ale nigdy nie mieliśmy wobec siebie takich tajemnic. A ja nie mogę bez niego żyć. Agata poczuła, że trzeba wreszcie powiedzieć coś konstruktywnego.  – Adaś, czy ty masz przed Tymkiem jakieś tajemnice? – zapytała dociekliwie.  – Pewnie, że nie – powiedział bardzo niepewnie Adaś. Agata zerknęła na Tymka.  – A ty?  – Pewnie, że nie – odrzekł jeszcze mniej pewnie Tymek.  – Czyli macie – ucieszyła się Agata. – To dobrze, bo trzeba mieć coś własnego, coś tylko dla siebie. Wystarczy mała rzecz. A czy Maciek mówił, że wszystko ujawni i że wszystko wam powie? 20


– No jasne! – wyrwał się Adaś. – Mówił, że na Dzień Wagarowicza!  – No to chyba nie macie wyjścia. – Agata popatrzyła na Gośkę. – Musicie poczekać do wiosny. To tylko trzy miesiące, zleci jak z bicza strzelił. Kiedy jedziecie do rodziców?  – My jutro – powiedziała niechętnie Gośka. – Maciek do­ jedzie w Wigilię rano. Teraz go nie ma, bo dałaś ludziom dodatkowe dwa dni wolnego i zawiesiłaś firmę do Trzech Króli. Ciekawe, ile dni będzie w domu.  – W domu niewiele – roześmiała się Agata. – Przecież wszyscy wyjeżdżamy na tydzień. Chłopaki, cieszycie się?  – No! – powiedzieli równocześnie. – Super będzie!  – I tej wersji będziemy się trzymać. A teraz pogadajmy o czymś innym. Tymek, Adaś, czego się spodziewacie pod choinką?  – Rózg – wyrzuciła z siebie Gośka. – Mnóstwa rózg… Kiedy Gośka z chłopakami już wyszła, Agata włączyła wzmacniacz i umieściła płytę w odtwarzaczu. Pozbierała kubki i zaniosła je do zlewu, szybko je umyła i zostawiła na suszarce. Wróciła do pokoju, gotowa stoczyć z kotem walkę o fotel, lecz Rudzik, o dziwo, spał spokojnie na łóżku. Nacisnęła włącznik i usiadła wygodnie. Muzyka napłynęła jak zwykle nieoczekiwanie, pojawiła się wprost z ciszy. Agata słuchała z zapartym tchem nieprawdopodobnej trąbki Davisa, chropawej, niedoskonałej, pięknej i nieprzewidywalnej. Otrząsnęła się po chwili i sięgnęła po komórkę. Wybrała opcję wysyłania wiadomości i wstukała w telefon krótki komunikat. Chybaśmy, Rafał, trochę nabroili. Nacisnęła „wyślij” i znów zamknęła oczy.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Druga miłość by SIW Znak - Issuu