Skip to main content

Prus. Śledztwo biograficzne

Page 1

Monika Piątkowska

Śledztwo biograficzne

Wydawnictwo Znak Kraków 2026


Rozdział 1 Dom pierwszy Domy drugie Dom trzeci

7 9 16 26

Rozdział 2 Nowa rodzina Szkoła życia Rozstanie

37 39 48 54

Rozdział 3 Leon Rozdzielenie Walka Sklejanie życia Żyd Fidelman

65 67 77 84 94 100

Rozdział 4 „Z niczego – nic” Żywot Jana w Oleju „Czarne oczy kochanki” Profesor Gneist i profesor Geist

113 115 125 137 146

Rozdział 5 Jeden z Trembińskich „Oszukano mnie” „Nie jestem osobą jedną” „Najdroższa Oktawciu” Humoreski Ta trzecia

151 153 160 168 177 183 191

Rozdział 6 Trefniś Wieża

215 217 228


Spis treści „W jednym miejscu deszcz” Napaść Herkules „Byliśmy pługiem”

239 249 256 271

Rozdział 7 Omyłka Wyglądamy jak robaki Sława

281 283 294 308

Rozdział 8 „Jedna z Wielu” „Skała lodowcowa w formie głowy zmarłej” „Robotnik w dziedzinie wytwórczości duchowej” „Zmarnowałem życie”

325 327 344 358 368

Rozdział 9 „Człowiek genialny wśród anarchii” „Jestem stary” „Atak żalu, prawie nieprzytomny”

379 381 387 404

Rozdział 10 „Prawidłowy polityk” „Bób, grzyby, ogórki kwaszone” „Harmonia i radość w całym domu” „Ja jestem, wiem, chcę”

417 419 428 438 450

Kalendarium Aleksandra Głowackiego / Bolesława Prusa Indeks osób Źródła cytatów z utworów Bolesława Prusa Bibliografia Źródła ilustracji

459 471 479 483 491


Rozdział 1


Dom pierwszy To nigdy nie był dom, o którym Aleksander myślałby z czułością i do którego chciałby wracać myślami. Przeciwnie, miejsce, w którym się urodził, budziło w nim niepokój i ten rodzaj uczuć, który nakazywał milczenie i nieufność. Literacka Warszawa, być może zaintrygowana pseudonimem, który Aleksander przybrał, gdy rozpoczął dziennikarską karierę, a być może dlatego, że wyczuła jego lęk, przez długie lata próbowała dociec, gdzie ów dom stoi i komu naprawdę daje schronienie. Mówiono wówczas, że Aleksander coś ukrywa, że być może nie jest dzieckiem szlacheckim, a wielu uwierzyło nawet, że jest po prostu przechrztą, synem żydowskiej rodziny, który ukrył się przed światem za podwójną fosą: najpierw przybierając nazwisko Głowacki, a potem ukrywając je za literackim pseudonimem Bolesław Prus. Gdy Aleksander zmarł, jeden z jego nałęczowskich przyjaciół, regionalista i publicysta Henryk Wierciński, postanowił w końcu na własną rękę ustalić fakty. Człowiek, którego poprosił o pomoc, po kilku tygodniach doniósł mu wreszcie, że Aleksander nie urodził się ani w Puławach, jak przypuszczano, ponieważ mieszkała tam część jego rodziny, ani w Lublinie, gdzie odwiedzał krewnych, ani w domu ojca we wsi Żabcze, lecz, co wydawało się zaskakujące, w Hrubieszowie. Zapis odszukany tam w księdze metrykalnej dowodził, że przyszedł na świat 20 sierpnia 1847 roku, o godzinie jedenastej wieczorem, jako legalny syn małżonków wyznania katolickiego Apolonii z Trembińskich Głowackiej i Antoniego Głowackiego. Jedyną więc zagadką pozostawał dom – jeden z ładniejszych w mieście, murowany, zwrócony do świata reprezentacyjnym balkonem podpartym czterema dom pierwszy

9


kolumnami i szerokim frontem zdobionym ośmioma oknami. Stuletni budynek, w którym Aleksander przyszedł na świat, nie był siedzibą jego rodziny, lecz należącą do Parafii Świętego Michała plebanią, na której w owym czasie gospodarował obcy Głowackim czterdziestotrzyletni ksiądz Feliks Troszczyński. Nad tym, dlaczego Apolonia zdecydowała się urodzić swe ostatnie dziecko właśnie tam, z dala od bliskich, w obcym domu, pośród obcych ludzi i obcych sprzętów, zastanawiali się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku historycy literatury Krystyna Tokarzówna i Stanisław Fita, autorzy monumentalnego kalendarium życia i twórczości Aleksandra. Według ich przypuszczeń Apolonia musiała opuścić męża i na krótko przed rozwiązaniem przyjechać do miasteczka, aby zapewnić sobie i dziecku dostęp do lekarzy. Miała już wówczas trzydzieści sześć lat i cierpiała na zaawansowane suchoty, więc decyzja, by nie rodzić w maleńkiej wsi, lecz w mieście, wydawała się rozsądna. Dla ówczesnych mieszkańców Hrubieszowa sprawa wyglądała jednak na bardziej skomplikowaną i sporo o niej w swoim czasie plotkowano. Kiedy na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku do księgarń trafiła pierwsza biografia Aleksandra pióra Ludwika Włodka, z błędnie podanym miejscem narodzin pisarza, niedługo po jej opublikowaniu w jednym z pism literackich ukazało się sprostowanie pióra Adama Szczerbowskiego, podkreślającego, że na własne oczy widział hrubieszowską metrykę Aleksandra. Według jego wiedzy, w miasteczku, mimo upływu ponad siedemdziesięciu lat, wciąż pamiętano, że Apolonia długo mieszkała na plebanii, a sąsiedzi tłumaczyli sobie jej pobyt tym, że musi być jakoś spokrewniona z księdzem. W konserwatywnym, prowincjonalnym miasteczku nowa mieszkanka plebanii musiała co najmniej intrygować. Najwięcej materiału do plotek dostarczyło chyba jednak nie postępowanie Apolonii, lecz Antoniego, ojca Aleksandra. Mimo że zwyczaj nakazywał co innego, Antoni nie przyjechał do żony, aby być przy narodzinach dziecka, a potem wznieść zwyczajowy toast za syna, i nie pojawił się na plebanii także w kolejnych dniach, choć Żabcze, w którym mieszkał, dzieliły od Hrubieszowa ledwie trzydzieści dwa kilometry, pół dnia drogi wozem. Tak demonstracyjne zachowanie nie mogło zostać w miasteczku niezauważone i nawet wśród postronnych musiało budzić przypuszczenia, że małżeństwo Głowackich przechodzi głęboki kryzys. Niewykluczone także, że wyprawa Apolonii do 10

rozdział 1


Hrubieszowa postrzegana była przez współczesnych bardziej jako ucieczka zdesperowanej żony niż przezorność przyszłej matki. Jako dorosły już człowiek Aleksander winą za nieudany związek rodziców obarczył ojca. W swoich utworach nie identyfikował się z nim i nie idealizował go, a ojcowie jego bohaterów częściej byli dla synów raczej balastem i powodem do wstydu niż wsparciem. W powieści Dusze w niewoli, którą napisał, nie ukończywszy jeszcze trzydziestu lat, malarz Lachowicz, jego alter ego, wypowiedział nawet okrutne zdanie: „jestem dzieckiem motłochu”1. Ojciec, którego Lachowicz tak bardzo się wstydził, był alkoholikiem, ojciec Stanisława Wokulskiego, bohatera Lalki, nieczułym prostakiem. Choć nie pamiętał matki, która umarła, gdy miał trzy lata, Aleksander przedstawił ją w swoich utworach w wyraźnie lepszym świetle, jako kobietę wykształconą, umiejącą grać na fortepianie i znającą języki obce. Czytając dziś w opowiadaniu Sieroca dola opis jej postaci, można odnieść wrażenie, że te salonowe czy raczej towarzyskie zalety Apolonii były dla Aleksandra bardzo istotne i w jakimś sensie dobrze świadczyły także o nim samym. Nie jest też wykluczone, że właśnie owo kulturalne i cywilizacyjne niedopasowanie małżonków eksponowano w rodzinie Trembińskich jako powód, dla którego małżeństwo Apolonii się rozpadło, i Aleksander, mimo że nie pamiętał rodziców, przejął z czasem tę perspektywę. Z ówczesnego punktu widzenia związek Apolonii i Antoniego nie był jednak mezaliansem. Obydwoje pochodzili ze zubożałych prowincjonalnych rodzin i w równym stopniu nie mieli szans na lepsze małżeństwo. Ich losy zetknęły się w maleńkiej wsi Wożuczyn należącej do dziedzica Jana Wydżgi. Antoni miał wówczas niespełna trzydzieści lat i był kawalerem bez majątku, Apolonia zaś wkraczała w dwudziesty rok życia, co oznaczało w jej świecie ostatni moment na zamążpójście. Wincenty Trembiński, ojciec Apolonii, dobrze znał Antoniego i łatwo mógł go zaaprobować jako zięcia. Obaj pracowali w tym samym majątku i obaj pełnili tam podrzędną funkcję: Antoni był wówczas ekonomem, a Wincenty kancelistą. W rodzinie Trembińskich zapamiętano, że Wincenty rozpoczął dorosłe życie z pokaźnym majątkiem, miał kilka dobrze prosperujących 1

Spis utworów Bolesława Prusa, z których pochodzą cytaty, znajduje się na s. 479–481.

dom pierwszy

11


folwarków, lecz zostały one szybko przepuszczone na alkohol i zabawę. Opowieść ta nie musiała jednak być prawdą. W dziewiętnastowiecznej Polsce, bardzo patriarchalnej w kwestii praw i obyczajów, nieporadność ekonomiczna mężczyzny i jego brak zmysłu do interesów należały do tej kategorii wad, których wstydzono się najbardziej. Aby ukryć niegospodarność głowy domu, w wielu rodzinach usprawiedliwiano ją skłonnościami do zabaw i rozpusty, i nie można wykluczyć, że w domu Trembińskich postąpiono podobnie. Dla pozbawionej kapitału i koneksji Apolonii, tułającej się z rodzicami po prowincjonalnych majątkach, małżeństwo stanowiło w zasadzie jedyny sposób na uzyskanie życiowej samodzielności. Była najstarsza z czworga dorastającego rodzeństwa i nie mogła liczyć na dożywotnią opiekę rodziców. Na początku lat trzydziestych stabilna dotąd sytuacja w jej rodzinie nagle się skomplikowała, niespodziewanie bowiem Marcjanna Trembińska, matka Apolonii, znów zaszła w ciążę i w wieku czterdziestu trzech lat spodziewała się piątego dziecka. W tych okolicznościach zaprzyjaźniony z rodziną sąsiad, mimo swej skromnej posady, wydawać się musiał Trembińskim całkiem dobrą partią. Po trzech obowiązkowych zapowiedziach ślub młodej pary odbył się późnym popołudniem 20 listopada 1831 roku, a małżonkowie pozostali w Wożuczynie. Po roku małżeństwa Apolonia urodziła córkę Brygidę, która zmarła we wczesnym dzieciństwie, a dwa lata później, w 1834 roku, przyszedł na świat pierwszy syn Głowackich Leon. Antoni Głowacki okazał się człowiekiem, któremu nie zależy na tym, aby wydrzeć od życia lepszy los. Miał gnuśną naturę i brakowało mu przedsiębiorczości. Gdy na skutek prawdziwego zrządzenia losu jego matka odziedziczyła majątek Maszów, który, choć niewielki, przynosił jednak dochód, Antoni pozwolił wykupić się bratu, tracąc sposobność do polepszenia bytu, a kilka lat później dał się oszukać krewnym, którzy zmusili go do wypłacenia nienależnych im dwustu siedemdziesięciu rubli w srebrze. Nie dbał także o swoje nazwisko. Jego rodzina przez wiele lat starała się uzyskać prawo do tytułu szlacheckiego i do używania herbu Prus, lecz ostatecznie siedem lat przed narodzinami Aleksandra Tymczasowy Urząd Heraldyczny Guberni Wołyńskiej rozwiał jej nadzieje, informując, że nie ma dowodu na to, by ród Głowackich wystarczająco długo i w dobrze udokumentowany sposób posiadał dobra ziemskie i leśne. Antoni nie podzielał jednak zamiłowania rodziny do tradycji i nigdy się nie obnosił z pretensjami do szlachectwa. 12

rozdział 1


Nie umiał także dbać o finanse. Jednym ze sposobów na wyrwanie się z prowincjonalnej biedy była w owym czasie przeprowadzka do miasta i wyrobienie tam sobie posady państwowego urzędnika, wielu więc młodych mężczyzn i zbankrutowanych właścicieli ziemskich skwapliwie z tej możliwości korzystało, szukając szczęścia w instytucjach administracyjnych. Antoni Głowacki nigdy jednak nie zdecydował się na podobny krok, choć posady, które zdobywał w prywatnych majątkach, zawsze należały do podrzędnych i źle opłacanych. Zdarzało się, że funkcję prywatnego kancelisty pełnili w majątku nawet analfabeci awansowani na to stanowisko z pozycji lokaja, stangreta czy fornala. W jednym z autobiograficznych opowiadań Aleksander ustami bohatera zasugerował, że ojciec był nawet w jakimś momencie swego życia karbowym, czyli prostym zarządcą chłopów nadzorującym pracę w polu. Życie na prowincji uważano w dziewiętnastym wieku za tańsze i bardziej odpowiednie dla niezamożnych rodzin, lecz nawet tu utrzymanie domu na przyzwoitym poziomie wymagało od mężczyzny zapobiegliwości i zaradności. Podróże, wyjazdy do uzdrowisk, biblioteka wypełniona książkami, za których oprawę trzeba było słono zapłacić, prywatna edukacja dla dziecka, dobrze zaopatrzona kuchnia – wszystko to kosztowało krocie i Antoniemu Głowackiemu zapewne trudno było tym kosztom sprostać. Aleksander nigdy nie opisał w swoich utworach rodzinnych dziejów, nie wiadomo więc, z jakimi kłopotami materialnymi borykali się Apolonia i Antoni, lecz można przypuszczać, że ich wspólne życie było więcej niż skromne. Gdy Leon wkroczył w wiek nastoletni, koszty edukacji i utrzymania chłopca w gimnazjum wzięła na siebie rodzina Apolonii. Leon trafił wówczas pod opiekę wuja Seweryna, młodszego brata matki, i zamieszkał z nim w Szczebrzeszynie. Nigdy już nie wrócił do rodzinnego domu, a jako młody mężczyzna nie otrzymał od ojca finansowego wsparcia i sam musiał się troszczyć o swoje potrzeby. Wydaje się, że w rodzinie Trembińskich dużo wiedziano o małżeńskich konfliktach Apolonii i Antoniego, zapewne też jakoś je komentowano, ale to narodziny Aleksandra, dziecka późnego i jak wiele na to wskazuje, niezbyt w rodzinie oczekiwanego, z całą mocą ujawniły je światu. W sierpniu 1847 roku Antoni nie przyjechał do żony, aby być obecnym, gdy dziecko przyjdzie na świat, i zgodnie z tradycją podać je do chrztu, co więcej, nie pojawił się w Hrubieszowie przez dom pierwszy

13


całą jesień. Była to z jego strony demonstracyjna i wyjątkowo przykra małżeńska niesubordynacja. W dziewiętnastym wieku chrzest dziecka, zwyczajowo celebrowany nie później niż tydzień po narodzinach, dowodził, że ojciec nie podważa legalności potomka i uznaje go za swego prawowitego dziedzica. Nieobecność męża i jego wyrażona w ten sposób niezgoda na nadanie dziecku swojego nazwiska stawiały Apolonię w skrajnie dwuznacznym położeniu: bez Antoniego nie mogła dowieść światu, że jej syn jest dzieckiem z legalnego, małżeńskiego łoża, a w razie jego nagłej śmierci miałaby związane ręce – nieochrzczone dziecko nie mogło bowiem zostać pochowane w poświęconej ziemi. Jakiekolwiek więc były powody, dla których Antoni postanowił opóźnić formalności związane z legalizacją syna, jego postępowanie narażało żonę na przykrości i dawało pożywkę plotkom. Po czterech miesiącach niepewności i zapewne jakichś listownych monitach Antoni wreszcie zgodził się przyjechać i chrzest Aleksandra mógł się odbyć w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Tego popołudnia podano do chrztu sześcioro dzieci, a uroczystość była krótka i skromna. Ojcem chrzestnym Aleksandra został ksiądz Troszczyński, matką chrzestną miejscowa dziedziczka, a opóźnienie ceremonii odnotowano w księdze metrykalnej i uzasadniono niemożnością wcześniejszego przyjazdu ojca. Nie można wykluczyć, że to wymuszone, krótkie spotkanie na plebanii było w istocie pierwszym i ostatnim momentem, w którym Antoni widział i dotykał swojego nowo narodzonego syna. Nie zachowały się żadne prywatne zapiski, z których wynikałoby, że Aleksander miał jeszcze potem kontakt z ojcem. Prawdopodobnie to właśnie w Hrubieszowie, podczas pobytu na plebanii, Apolonia podjęła decyzję, aby wieść życie z dala od męża, i choć był to w jej czasach bardzo trudny wybór, postanowiła nie wracać już do Żabcza. Aleksander odniósł się później do tych zdarzeń w autobiograficznej powiastce Sieroca dola, odrobinę tylko zmieniając okoliczności. W literackim świecie matka małego Jasia ruszała z dzieckiem w świat po śmierci męża i utracie domu, ale takie zachowawcze przedstawienie faktów mogło wynikać z moralności epoki. Rodzina Apolonii prywatnie akceptowała postępowanie córki, lecz postronnym tłumaczono jej nieobecność w mężowskim domu koniecznością podjęcia kuracji. Po wyjeździe Apolonii i Antoniego plebania w Hrubieszowie, ten przypadkowy i smutny dom narodzin Aleksandra, szybko przestała być miej14

rozdział 1


scem, w którym pamięć o dziecku i okolicznościach jego narodzin miałaby jeszcze w kim żyć. Kilka miesięcy po chrzcie Aleksandra ksiądz Feliks Troszczyński przyłączył się do ruchu niepodległościowego, został powstańczym komendantem obwodu hrubieszowskiego podczas Wiosny Ludów, a po aresztowaniu w 1850 roku stracił plebanię. Antypaństwowa działalność zupełnie zmieniła jego życie. Jako wróg władzy najpierw trafił do Cytadeli warszawskiej, potem na cztery lata do guberni tobolskiej, gdzie odbywał zasądzoną zsyłkę, a gdy w 1857 roku pozwolono mu wreszcie wrócić do Hrubieszowa, był inwigilowany. Przez kolejne dekady, aż do swojej śmierci w 1880 roku, ksiądz Troszczyński zmieniał już nieustannie plebanie, bywał oskarżany, dręczony, pomawiany i wyganiany z kolejnych parafii. Aleksander najprawdopodobniej nigdy nie nawiązał ze swoim ojcem chrzestnym osobistego kontaktu, ale jak się wydaje, nigdy też go nie pragnął. Gdy miał dwadzieścia jeden lat, sporządził listę osób, z którymi utrzymywał stosunki towarzyskie, lecz pośród trzydziestu czterech nazwisk nie wymienił nazwiska księdza Troszczyńskiego. Ich dorosłe życiorysy złączyły się tylko raz, podczas powstania styczniowego w 1863 roku, lecz był to akt jedynie symboliczny: prawie już sześćdziesięcioletni ksiądz Troszczyński wspierał wówczas powstańców patriotycznymi kazaniami, a jego szesnastoletni syn chrzestny brał czynny udział w walkach. W swoim dorosłym życiu Aleksander nie wspominał o miejscu urodzenia postronnym osobom i zaniechanie to niosło dla niego jakąś istotną wartość. Pod koniec pierwszej wojny światowej do Oktawii, wdowy po Aleksandrze, zgłosił się zaprzyjaźniony z rodziną dziennikarz, dyplomata i historyk Ludwik Włodek, prosząc o informacje do biografii, którą właśnie przygotowywał. Oktawia dobrze znała tajemnice męża, ponieważ rodzina jej ojca (gałąź rodu Trembińskich) i rodzina Apolonii były z sobą spokrewnione. Jako mała dziewczynka Oktawia spędzała wakacje z Aleksandrem, znała wszystkich jego kuzynów i kuzynki oraz cały garnitur wujów i ciotek. Z pewnością wiedziała więc także o miejscu urodzenia Aleksandra, ale wciąż lojalna wobec męża, przekazała biografowi, że przyszedł na świat „prawdopodobnie” w Żabczu, w domu ojca, czyli tam, gdzie urodzić się powinien i gdzie zapewne urodzić by się wolał.

dom pierwszy

15


Domy drugie Jeśli w rodzinie Trembińskich zapadały jakieś ważne decyzje dotyczące któregoś z jej członków, można było być pewnym, że rozstrzygający głos będzie należeć do Marcjanny, matki Apolonii i babki Aleksandra. Dla Marcjanny, niekwestionowanej głowy rodu, własna rodzina stanowiła jakby jeden organizm, zwartą strukturę, którą rządzą dwa święte prawa: współpraca i życiowa dzielność. W jej oczach świat był miejscem niebezpiecznym i wrogim, jedynym więc sposobem na skolonizowanie go i okiełznanie była wspólna walka z nim wszystkich członków rodziny. Uparta z natury i twarda Marcjanna potrafiła wymusić taką postawę na bliskich. Mimo że jej mąż Wincenty nie był człowiekiem solidnym i doprowadził do zubożenia rodziny, żadne z jej pięciorga dzieci nie zeszło na złą drogę i nie uległo pokusie życiowej niefrasobliwości. Franciszek, młodszy z synów, ożenił się korzystnie i szybko zaczął gromadzić majątek, stając się niezależnym finansowo mężczyzną. Starszy od niego Seweryn został przeznaczony do stanu duchownego i on także konsekwentnie budował swoją przyszłość, zmierzając w kierunku plebanii, na której mogłaby z czasem zamieszkać także jego matka. Był posłusznym i uległym synem. To właśnie on, zapewne na prośbę Marcjanny, zajął się Leonem, bratem Aleksandra, i rolę tę miał jeszcze w życiu powtórzyć, biorąc na siebie wieloletni ciężar opieki nad chorym już wówczas psychicznie siostrzeńcem. Zadaniem trzech córek w rodzinie Trembińskich było szybkie zamążpójście i wszystkie trzy plan ten wykonały. Marcjanna wiele wymagała od swoich dzieci, żądała od nich posłuszeństwa i rozwagi, chciała, by interesowały się losem rodzeństwa, lecz sama także była osobą przedsiębiorczą i miała w sobie pionierskiego ducha. Gdy Wincenty zmarł, odważnie przejęła ster rodzinnych rządów. Mimo wieku, dobiegała już bowiem sześćdziesiątki, przeniosła się do Puław, dawnej siedziby książąt Czartoryskich, i zatrudniła się tam jako pomoc w mieszczącej się w pałacu elitarnej szkole dla dobrze urodzonych panienek. W ten brawurowy sposób udało się Marcjannie zdobyć w krótkim czasie dwie kluczowe dla siebie wartości: oto miała samodzielną posadę, z której mogła utrzymać siebie i najmłodszą córkę Wiktorię, a zarazem zyskiwała mieszkanie, zarząd szkoły bowiem pozwolił jej zająć pokoik w oficynie. Niejako przy okazji, 16

rozdział 1


tworząc w cieniu pałacu namiastkę rodowego gniazda, Marcjanna zapewniła również rodzinie taki rodzaj stabilizacji i zasiedziałości, o jakim zapewne marzyła i jakiego nie zaznała, gdy ster rodu trzymał zmieniający wciąż posady Wincenty. Miejsce, które dla siebie wybrała, było niezwykle urodziwe. Siedemnastowieczny pałac położony w ogromnym, trzydziestohektarowym angielskim ogrodzie tworzył dla rodzinnych spotkań szczególnie piękną scenerię. Wszystko tu było eleganckie, zadbane i na swój sposób szlachetne. Wielkie stuletnie dęby, posadzone w pierwszych latach istnienia ogrodu, i wysadzana czterema rzędami drzew aleja biegnąca od pałacu do kaplicy dawały złudzenie bogactwa i rodowej zasiedziałości. Po latach spędzonych w maleńkim, pozbawionym atrakcji Wożuczynie magnackie Puławy, oficjalnie nazywane Nową Aleksandrią, dodawały życiu uroku i czyniły je po prostu piękniejszym. Choć Puławy wniosły w życie rodziny Trembińskich spokój i bezpieczeństwo, jej styl życia i wyznawane wartości nie zmieniły się. Walka o przetrwanie, o gromadzenie dóbr materialnych, pozostała wartością nadrzędną. Komunikacja wewnątrz rodziny miała wymiar wyłącznie praktyczny, a coś, co można by nazwać kulturową wspólnotą, rodzajem pamięci zbiorowej budowanej na bazie przechowywanych i przekazywanych sobie listów, przepisów, wspomnień czy anegdot, było ignorowane. Gdy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku historycy literatury zaczęli badać życie Aleksandra i jego krewnych, okazało się, że w pamięci rodziny nie przetrwało wiele podstawowych informacji. Nie sposób było na przykład ustalić, z kim ożenił się młodszy brat Apolonii Franciszek ani jaki wykonywał zawód. Nie zachowała się również żadna wzmianka o dacie i przyczynie zgonu seniora rodu Wincentego. Wydaje się, że gdyby Marcjanna uznawała materialne pamiątki rodzinne za wartość i czuła sentyment do przeszłości, gdyby jej na tym zależało, z pewnością znalazłaby w rodzinie kogoś, komu mogłaby zlecić opiekę nad domowym archiwum. Ponieważ tak się nie stało, można się dziś zastanawiać, czy dla rodu Trembińskich przeszłość familii i związane z nią wydarzenia nie stanowiły raczej rodzaju domowej tajemnicy, sekretu, o którym nie wypada mówić otwarcie, jeśli nie chce się być uznanym za plotkarza. Niewykluczone, że dla codziennego funkcjonowania rodziny ważniejsza od faktów była raczej ocena osób czy zdarzeń, znaczenie, jakie im w danym momencie nadawano i jakim posługiwano się w codziennej narracji, domy drugie

17


znaczenie siłą rzeczy ulotne, odrobinę wstydliwe i z natury swej zbyt intymne, by je zapisywać i przekazywać innym. Wydaje się interesujące, że w swoim dorosłym życiu Aleksander także nie przejawiał zainteresowania historią bliskich, nie badał jej na własną rękę i nie otaczał się pamiątkami, choć w nieco przewrotny sposób to właśnie on, uważany za rodzinnego outsidera, okazał się jedynym kronikarzem familii. Jako dojrzały pisarz Aleksander czerpał materiał literacki niemal wyłącznie ze swojej biografii. Nie miał daru imaginacji i nie potrafił oderwać fabuły od własnych przeżyć. Jego prozę wypełniali więc bliscy mu ludzie, a zdarzenia, które opisywał, prawie zawsze dotyczyły go osobiście. Choć nie było to celem Aleksandra, jego twórczość siłą rzeczy stała się kroniką jego własnego życia i życia jego bliskich i nierzadko stanowi dziś w tej materii jedyne źródło wiedzy. Co ciekawe, fakty zwykle interesowały Aleksandra w niewielkim stopniu, znacznie ważniejsza była natomiast dla niego ocena i interpretacja wydarzeń, być może dlatego, że w podobny sposób traktowali przeszłość inni członkowie rodziny. W archiwum Trembińskich brakuje dziś informacji o tym, co działo się z Apolonią po narodzinach najmłodszego syna i jak dalej potoczyły się jej losy. Z prozy Aleksandra można jednak wywnioskować, że po opuszczeniu Hrubieszowa, być może wkrótce po chrzcinach, Apolonia wróciła do swojej rodziny, w okolice Puław, i zamieszkała tam w domu kogoś z nią spokrewnionego, prawdopodobnie brata Franciszka. W jej sytuacji byłaby to zresztą ze wszech miar racjonalna i logiczna decyzja. Chora na gruźlicę, z małym synkiem, z niewielkim kapitałem, Apolonia nie mogła liczyć na samodzielne życie i chyba nawet nie brała tego pod uwagę. Nie wydaje się również, by Marcjanna, która lubiła mieć wszystkich swoich bliskich niedaleko i zawsze chętnie przyjmowała rolę stratega rodzinnego, pozwoliła na taki krok. W jednej z opowiastek Aleksandra zachowała się informacja, że to Marcjanna znalazła dla niego pierwszą mamkę, nie jest więc wykluczone, że od samego początku konstruowała nowy los córki i że to właśnie ona wpadła na pomysł, aby Apolonia zamieszkała z bratem i jego rodziną – takie rozwiązanie było zresztą zgodne z oficjalnym kodeksem życiowym Marcjanny. Niestety, owa trwająca około dwóch lat i wymuszona okolicznościami współpraca brata i siostry nie udała się. Aleksander nie miał z tego okresu własnych wspomnień, był za mały, by cokolwiek pa18

rozdział 1


miętać, ale uznał za swoje opowieści tych krewnych, według których Apolonia doznała krzywdy. Uważał, powtarzając za innymi, że matka została potraktowana nie jak członek rodziny, lecz jak służąca, że wykorzystano ją finansowo, zagrabiając jej niewielki kapitał, i że sprowadzono ją do roli guwernantki, a nawet gospodyni, klucznicy. W opowiadaniu Sieroca dola, w którym rozliczał się po latach z doświadczeniami dzieciństwa, pisał z ironią: Istotnie przy pełnieniu tych podwójnych obowiązków i czuwaniu nad własnym dzieckiem wdowa nie tylko o smutku, ale nawet o samej sobie zapomniała. Zresztą było jej tam dobrze jak w raju. Dla siebie i syna miała jedzenia po uszy. Do gości wychodziła, o ile czas pozwalał i ile razy chciała. Jako krewna, pensji nie brała żadnej; państwo Piotrowie nigdy by jej w taki sposób nie uchybili. (...) Pani Wincentowa, poznawszy psychiczną organizację krewnego, straciła śmiałość i przywiązanie do swego opiekuna. Coraz rzadziej odwoływała się do niego z prośbą o pieniądze, a coraz częściej łatała ubrania swoje i syna. (...) Stała się ona smutniejszą niż kiedykolwiek, zżółkła, podupadła na zdrowiu i po całych dniach myślała o tym tylko, ażeby jak najrychlej wydobyć się z objęć poczciwych krewnych. Ten bezsilny gniew dziecka, zbyt małego, by obronić matkę, okazał się trwałym uczuciem w życiu Aleksandra i niczym klamra spiął jego twórczość w jeden węzeł. Po raz pierwszy Aleksander sięgnął po niego w opowiadaniu Sieroca dola, które napisał, gdy miał dwadzieścia dziewięć lat i traumy dzieciństwa wciąż mocno go pochłaniały. Powiastka przedstawiała wydarzenia z perspektywy bezbronnego dziecka i Aleksander istniał w niej jako porzucony, miotany decyzjami innych ludzi sierota, którego wpływ na własny los i na los matki jest niemożliwy. Na progu śmierci, gdy zaczął pracować nad powieścią Przemiany, przyjął już inną optykę. Mimo upływu czasu, od wydarzeń w domu Franciszka minęło już bowiem ponad sześćdziesiąt lat, jego gniew na krewnych wciąż był bardzo silny, ale teraz dołączyła doń nadzieja, że wreszcie odmieni bolesną przeszłość. Aleksander ubrał ją wówczas w opowieść o sobie samym, siedemnastoletnim dzielnym chłopcu udającym się do domu krewnych z postanowieniem, domy drugie

19


aby zadbać o bezpieczeństwo odepchniętej niegdyś matki i wreszcie wywalczyć dla niej pieniądze, których przed laty niesłusznie ją pozbawiono. Tymczasem z początkiem 1849 roku w rodzinie Trembińskich zaszły duże zmiany. Najmłodsza z córek Marcjanny Wiktoria, ta sama, której narodziny świętowano, gdy Apolonia zdecydowała się wyjść za mąż za Antoniego Głowackiego, dorosła i z końcem stycznia w kościele parafialnym we Włostowicach odbył się jej ślub z mieszkającym po sąsiedzku młodym stolarzem Jakubem Cymanem. Dla Marcjanny Trembińskiej, a być może i reszty rodziny, była to niezwykle radosna i dająca nadzieję na lepszą przyszłość nowina. Nowy zięć był doskonałą partią: zdrowy, solidny, wywodził się z szanowanej w Puławach rodziny i co nie bez znaczenia, uchodził za człowieka majętnego. Jego rodzinna siedziba znajdowała się przy ulicy Szpitalnej, blisko oficyny Marcjanny, i dawała wyobrażenie o korzyściach, jakie wszystkim może przynieść tak dobry mariaż. Oprócz warsztatu stojącego w podwórzu na parceli znajdowały się jeszcze dwa domy, doskonałe do tego, by urządzać w nich rodzinne przyjęcia, przyjmować wizyty i udzielać gościny bliskim. W osobie nowego zięcia Marcjanna zyskiwała więc ważny i solidny przyczółek do swoich bitew z okrutnym, niebezpiecznym światem, dla rodzeństwa Wiktorii zaś jej nowy, małżeński dom oznaczał po prostu jeszcze jeden bezpieczny rodzinny port, z którego w potrzebie będzie można skorzystać. Szybko zresztą tak właśnie się stało i w niedługim czasie dom Jakuba Cymana zaczął pełnić w rodzinie funkcję zastępczego gniazda, będąc przez długie lata miejscem familijnych zjazdów i świątecznych spotkań. Pierwszą jednak beneficjentką szczęścia Wiktorii została Apolonia. Niedługo po ślubie młodzi Cymanowie dość niekonwencjonalnie zdecydowali, że chcą wziąć na siebie opiekę nad chorą Apolonią. Gościna, jaką wówczas zaofiarowali, nie miała, jak można by dziś sądzić, ram czasowych i udzielona została bez żadnych finansowych warunków. Nie jest wykluczone, że w całej tej sprawie istotny udział znów miała Marcjanna, lecz Aleksander lubił myśleć, że to jedynie dobra wola i hojność wujostwa, zasmuconych trudną sytuacją jego mamy, stały za tą krótką chwilą szczęścia, jaką przeżył w ich domu. Wyobraźnia podsuwała mu po latach patetyczny, nawet dickensowski obraz tej rodzinnej przeprowadzki. W opowiadaniu Sieroca dola Aleksander opisywał pożegnanie Apolonii z domem brata w ponurych, 20

rozdział 1


ciemnych barwach, tak jakby to była ucieczka z piekła. Literacka mama opuszczała krewnych pośród litanii żalów i skarg zwieńczonych okrutnym zdaniem: „Kiedy chcesz, jedź!... Ale odtąd – nie znamy się!”. Towarzyszyły jej smutek i ogromna samotność: „tylko w oknach kuchni widać było smutne lub uśmiechnięte twarze służby”. Nowy dom, który już czekał na oboje, witał literackich uciekinierów rubasznością, swobodą i prawdziwym rodzinnym ciepłem. Wkrótce więc podczas jednego z familijnych przyjęć literacka mama, wreszcie szczęśliwa, „wśród próśb i całusów” zasiadała do fortepianu, by grać do rana „mnóstwo tańców”. Jakub Cyman, ledwie dwudziestojednoletni mąż Wiktorii, różnił się od mężczyzn z rodziny żony. Był swobodny, bezpośredni, hojny, chętnie pomagał finansowo krewniakom i lubił pogodną stronę życia. Jego szczodrość wobec Apolonii i Aleksandra nie była zbyt częstą postawą w dziewiętnastowiecznej rodzinie i ujawniała wielkie, choć zarazem nieco lekkomyślne serce, lecz Jakub nigdy nie był i nie został materialistą. Maleńki Aleksander szybko też wyczuł w wuju życzliwość dla siebie i z miejsca obdarzył go miłością, która od dawna czekała na ojca. Niemal z dnia na dzień Jakub stał się dla niego najważniejszym mężczyzną na świecie i Aleksander, ku uciesze domowników, zaczął nawet nieporadnie powtarzać jego gesty, „chodzić wielkimi krokami (...), garbić się i zakładać ręce w tył”, jak to opisał w Sierocej doli. Czuł się kochany przez Jakuba i gdy dorósł, zachował wobec wuja serdeczne uczucia. Wiele z nich wynikało też zapewne z wdzięczności za jego dobroć okazaną Apolonii. Identyfikując się z matką, Aleksander wyobrażał sobie, że jej przeżycia w domu Cymanów były takie same jak jego i że ona również „czas tam spędzony uważała za najszczęśliwszy w życiu” (Sieroca dola). Czas Apolonii biegł jednak wówczas już innym torem. Wydarzenia ostatnich lat mocno nadszarpnęły jej poczucie bezpieczeństwa. Utrata małżeńskiego domu, separacja, pozostawanie na łasce rodziny, rozdzielenie ze starszym synem, strach o młodszego, wszystkie te dramaty burzyły spokój, lecz najtrudniejszą ze wszystkich spraw wciąż pozostawała choroba. Gruźlica, na którą cierpiała od lat, nieustannie odbierała jej siły. Po okresach lepszego samopoczucia nieubłaganie pojawiały się duszności, gorączka, nocne poty, osłabienie i brak apetytu. Zanim w 1882 roku niemiecki uczony Robert Koch wyodrębnił prątki gruźlicy, lekarze nie wiedzieli, co jest przyczyną suchot czy domy drugie

21


wąskich piersi, jak nazywano czasem tę chorobę, ani w jaki sposób skutecznie ją leczyć. Apolonia, podobnie jak jej współcześni, pozostawała więc bezradna wobec własnego cierpienia i musiała myśleć o tym, że jej dni są policzone, a kolejny atak może być ostatni. Aleksander zapamiętał, być może z rodzinnych przekazów, że gdy wprowadzali się do domu Cymanów, mama odzyskała siły i uczestniczyła w rodzinnych wieczorach, ale stan ten trwał chyba bardzo krótko. Z początkiem wiosny zdrowie Apolonii zaczęło się już drastycznie pogarszać. Trudno dziś powiedzieć, czy ostatni atak różnił się od poprzednich i czy bliscy zdawali sobie sprawę z jego siły, niewątpliwie jednak objawy, które w Sierocej doli wymienił Aleksander, były niepokojące. Oprócz gorączki pojawiło się zażółcenie skóry, zupełny brak apetytu, a wreszcie majaki i utrata przytomności. W nocy 6 kwietnia 1850 roku, mając ledwie trzydzieści osiem lat, Apolonia zmarła. Akt zgonu wystawiono następnego dnia o godzinie czwartej po południu; podpisali go włostowicki proboszcz ksiądz Józef Dobrzyński i ksiądz Leon Kaszewski. Dla dorosłych członków rodziny Trembińskich i Cymanów śmierć chorej od wielu lat Apolonii nie była zapewne zaskoczeniem, a każde z nich miało już prawdopodobnie doświadczenie w obcowaniu z ostatecznym. Zacofana jeszcze medycyna, której obce były zasady antyseptyki i dobrodziejstwo antybiotyków, nie potrafiła wtedy pomóc ani poważnie chorym, ani nawet ofiarom codziennych wypadków, i drobne skaleczenie, do którego wdało się zakażenie, mogło się skończyć tragicznie. Młode kobiety umierały w połogu na skutek zakażenia i dziwacznych praktyk medycznych, a najmłodsi z powodu chorób zakaźnych. Według statystyk z epoki śmiertelność wśród dzieci do piątego roku życia wynosiła aż pięćdziesiąt procent, co oznaczało, że niemal każda ówczesna rodzina została przynajmniej raz dotknięta taką tragedią. W dziewiętnastym wieku w niektórych domach, na strychu czy w spichlerzu, trzymano dużą dębową trumnę przyszykowaną już dla najstarszego członka rodziny, a obok niej małą, białą dla dziecka, jeśli w rodzinie często umierały dzieci. Nikt jednak nie traktował tego jako złej wróżby. Była to raczej zwykła przezorność, a w sferze duchowej znak całkowitej akceptacji nieuniknionego w życiu każdego człowieka etapu. W dziewiętnastym wieku pożegnanie, inaczej niż obecnie, odbywało się w domu i było ważnym elementem czasu żałoby. Do przystrojonego 22

rozdział 1


Projekt okładki i opracowanie typograficzne Kuba Sowiński Na okładce Portret Bolesława Prusa autorstwa Edwarda Troczewskiego (polona.pl) Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Adiustacja Bogumiła Ziembla Korekta Katarzyna Onderka Jadwiga Grellowa Barbara Gąsiorowska Kalendarium Justyna Liczko Indeks Artur Czesak Wybór ilustracji Krzysztof Zieliński Łamanie Edycja

Copyright © by Monika Piątkowska Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026 ISBN 978-83-8427-762-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie II, Kraków 2026. Printed in EU


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Prus. Śledztwo biograficzne by SIW Znak - Issuu