CIEKAWOSTKI HISTORYCZNE.PL Krakรณw 2019
Projekt okładki Mariusz Banachowicz Ilustracja na pierwszej stronie okładki Czarniecki przebywający odnogę morską, Juliusz Kossak, Polona Redakcja Kamil Janicki Maria Procner Anna Winkler Opiekun serii Kamil Janicki Opieka redakcyjna Kamil Janicki Wybór ilustracji Rafał Kuzak Opracowanie ilustracji Katarzyna Leja Adiustacja Aleksandra Ptasznik Korekta Joanna Kłos Indeks Rafał Kuzak Łamanie Edycja © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5714-6 Seria wydawnicza Ciekawostki Historyczne.pl www.ciekawostkihistoryczne.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU
Spis treści
I / Kamil Janicki / MIESZKO PIERWSZY. KRÓL PÓŁNOCY 7 II / Marcin Szymaniak / BOLESŁAW CHROBRY. MISTRZ WOJNY SZARPANEJ 25 III / Kamil Janicki / BOLESŁAW ŚMIAŁY. ROZDAWCA TRONÓW, KREATOR KRÓLÓW 39 IV / Michael Morys-Twarowski / WŁADYSŁAW JAGIEŁŁO. PRZEBIEGŁY I SKRUPULATNY 57 V / Michael Morys-Twarowski / STEFAN BATORY. KRÓL, KTÓRY WONIAŁ ŻOŁNIERZEM 73 VI / Michael Morys-Twarowski / JAN KAROL CHODKIEWICZ. ZWYCIĘŻAŁ NAWET PO ŚMIERCI 91 VII / Mirosław Nagielski / STANISŁAW KONIECPOLSKI. POGROMCA SZWEDÓW I TATARÓW 107 VIII / Mirosław Nagielski / STANISŁAW ŻÓŁKIEWSKI. TEN, KTÓRY RZUCIŁ ROSJĘ NA KOLANA 127 IX / Michael Morys-Twarowski / STEFAN CZARNIECKI. KOMU OJCZYZNA MIŁA, ZA MNĄ 147 X / Piotr Kroll / JAN SOBIESKI. LEW LECHISTANU 163 XI / Rafał Kowalczyk / TADEUSZ KOŚCIUSZKO. OSTATNI OBROŃCA RZECZPOSPOLITEJ 179 XII / Rafał Kowalczyk / JÓZEF PONIATOWSKI. NAJBARDZIEJ LOJALNY SOJUSZNIK NAPOLEONA 197 XIII / Paweł Stachnik / JAN HENRYK DĄBROWSKI. WIERNY POLSCE 215
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
XIV / Mateusz Drożdż / JÓZEF PIŁSUDSKI. ALBO ŚMIERĆ, ALBO WIELKA SŁAWA 233 XV / Sławomir Zagórski / TADEUSZ ROZWADOWSKI. TEN, KTÓRY ZATRZYMAŁ BOLSZEWIKÓW 249 XVI / Dariusz Kaliński / WŁADYSŁAW SIKORSKI. POGROMCA CZERWONYCH 265 XVII / Marek Sarjusz-Wolski / TADEUSZ KUTRZEBA. ZMARNOWANY GENIUSZ WRZEŚNIA ’39 279 XVIII / Dariusz Kaliński / STANISŁAW MACZEK. LEGENDA WOJSK PANCERNYCH 301 INDEKS 317 WYBRANA BIBLIOGRAFIA 329 ŹRÓDŁA ILUSTRACJI 337 AUTORZY 341
Kamil Janicki I / Mieszko Pierwszy. Król północy
Słusznie uchodzi za budowniczego polskiego państwa. Zarazem był twórcą Wojska Polskiego w jego najwcześniejszej odsłonie. Jedno bez drugiego nie mogłoby zresztą istnieć. Średniowieczne kraje nie rodziły się na skutek porozumień czy pertraktacji, ale brutalnych podbojów. Przyszłe szacowne dynastie brały początek od zbirów, otoczonych przez bandy żądnych łupu i chwały osiłków. Tak było na Rusi, na Morawach, a zapewne też w Polsce. Jeśli Siemowit – pierwszy, legendarny władca wspomniany z imienia przez kronikarza Galla Anonima – w ogóle istniał, to był właśnie zawadiaką, potrafiącym zapewnić sobie posłuch i dorobić się majątku na grabieniu bliższych bądź dalszych sąsiadów. W oparciu o surową siłę mężczyzna podporządkował sobie rodzinną osadę, a potem kolejne, ościenne wioski. Obalił plemienny wiec, zastraszył starszyznę, przekonał otoczenie, że duchy opiekuńcze czy może bogowie zapewnili mu swą szczególną przychylność. Jego wpływy poszerzyli syn, a następnie wnuk. Ich banda rosła w siłę, przekształcając się stopniowo w drużynę złożoną z pełnoprawnych żołnierzy. Zaczynały rodzić się zalążki państwa opartego na ucisku, handlu niewolnikami, grabieżach i na ściąganiu bezwzględnych haraczy. Powstawały pierwsze grody, 9
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
okolone potężnymi palisadami, toczono pierwsze wojny z prawdziwego zdarzenia. Piastowie – których zresztą zaczęto tak określać dopiero kilkaset lat później – wciąż jednak trzymali się swego matecznika. W połowie X wieku całe ich włości rozciągały się na może dwieście kilometrów wzdłuż i dwieście wszerz i nie przekraczały granic tego, co uchodzi za szeroko rozumianą Wielkopolskę. Z jednej rubieży na przeciwległą dało się dostać w ciągu trzech czy czterech dni. Tym raczkującym państwem można było swobodnie zarządzać z jednego miejsca, mając jedną uzbrojoną po zęby drużynę i garstkę zaufanych pomocników. Aby zrobić kolejny krok – podbić zupełnie nowe ośrodki i obce plemiona – trzeba było zorganizować oddziały wojskowe, garnizony, pierwociny lokalnych władz podległych nadrzędnemu księciu. Zaczęto to pewnie robić za Siemomysła, panującego w pierwszej połowie X stulecia. Prawdziwy skok na głęboką wodę wykonał jednak kolejny książę – Mieszko I, osadzony na tronie około 960 roku. Wypuścił się poza pierwszą prowincję kraju, zwielokrotnił zbrojny potencjał rodu i poszerzył granice swego władztwa do rozmiarów niemalże porównywalnych z obecnym obszarem Polski.
Setka warta tyle co tysiąc U podstaw wszelkich jego sukcesów stała armia. O tym wojsku polskim (czy może polańskim) wiemy sporo za sprawą zachowanych tekstów z epoki i dzięki ciągle dokonywanym odkryciom archeologicznym. Nie było owocem przypadku, że najstarsze notatki na temat kraju Piastów i jego władcy dotyczyły właśnie Mieszkowych wojsk i wojen. O samej drużynie księcia pisał zwłaszcza Ibrahim ibn Jakub – żydowski podróżnik 10
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
z Andaluzji, przemierzający Europę Środkową w połowie lat 60. X wieku i niekiedy uważany za handlarza niewolnikami. Wprawdzie nie dotarł on do samej Polski, ale o piastowskich zbrojnych wypowiadał się z ogromnym podziwem. Twierdził, że armia wielkopolskiego wodza liczyła aż trzy tysiące zbrojnych i że była to formacja iście elitarna: stu jej żołnierzy znaczyło tyle, co tysiąc członków innych sił orężnych. Podana liczba była, jak na warunki epoki, znaczna. Nie budzi ona jednak większych wątpliwości wśród historyków. Specjaliści twierdzą, że Mieszko istotnie mógł dysponować trzytysięcznym wojskiem. Relację Ibrahima należy jednak odpowiednio rozumieć. Podróżnik miał na myśli łączny stan osobowy „zawodowej” armii, nie zaś liczebność eskorty stale towarzyszącej księciu. Ibrahim wprost stwierdził, że polańskie wojsko było „podzielone na oddziały”. Użył konkretnie arabskiego wyrazu „agnad”, ten zaś może oznaczać zarówno grupę wojów, jak też garnizon lub załogę. Tak więc Mieszko miał – w myśl zachowanego tekstu – trzy tysiące pancernych, którzy stanowili jego osobistą drużynę, oraz załogi rozmieszczone w różnych grodach. Można się domyślać, że każdy z głównych ośrodków rodzącego się państwa był stale obsadzany przez kilkudziesięciu wojów. Większej liczby nie byliby zdolni wykarmić rolnicy we wciąż niezbyt gęsto zaludnionej Wielkopolsce. Wyjątek stanowiło wyłącznie ścisłe centrum piastowskiej domeny, gdzie Siemomysł, a następnie Mieszko, celowo przesiedlali członków podbijanych plemion, niewolników i jeńców. Doprowadziło to do pełnej militaryzacji ziemi gnieźnieńskiej. Zdaniem cenionego archeologa Michała Kary: Gros oddziałów drużyny przebywało stale w silnie ufortyfikowanym centrum państwa. Nie ulega wątpliwości, że część wojów stacjonowała 11
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
w grodach oraz osadach podgrodowych (...). Większość zamieszkiwała jednak osady opolne leżące w pobliżu głównych grodów, pozostając w stałej gotowości bojowej”.
Wojsko podlegało ściśle księciu i było w pełni zależne od jego hojności. To władca wyposażał swoich wojów, opłacał ich, organizował ich życie rodzinne, a nawet zapewniał im przedmioty pierwszej potrzeby. O wszystkim tym ze szczegółami opowiadał Ibrahim ibn Jakub: Pobierane przez niego [Mieszka] podatki stanowią odważniki handlowe. Idą one na żołd jego mężów. Co miesiąc przypada każdemu z nich określona ilość z nich. Daje on tym mężom odzież, konie, broń i wszystko, czego tylko potrzebują. A gdy jednemu z nich urodzi się dziecko, on [Mieszko] każe mu wypłacać żołd od chwili urodzenia, niezależnie czy będzie płci męskiej czy żeńskiej. A gdy [dziecko] dorośnie, to jeżeli jest mężczyzną, żeni go i wypłaca za niego dar ślubny, jeżeli zaś jest płci żeńskiej, wydaje ją za mąż i płaci dar ślubny jej ojcu.
Drużynnicy nie musieli obawiać się o swój byt, ale w zamian obowiązywała ich żelazna dyscyplina. Z niewiele późniejszego okresu znane są przykłady bezwzględnego obchodzenia się z każdym wojownikiem, którego uznano za zdrajcę bądź tchórza. Syn Mieszka, Bolesław zwany Chrobrym, podczas wyprawy kijowskiej kazał wyciąć w pień cały oddział sojuszniczych Pieczyngów, kiedy ci przestali słuchać jego rozkazów. Z kolei wiek później Bolesław Krzywousty groził śmiercią załodze grodu w Głogowie, jeśli ta podda się wojskom cesarskim. Mieszko I, będący protoplastą wojskowych tradycji Piastów, z pewnością nie postępował z mniejszą stanowczością. Tylko w ten sposób mógł osiągnąć zamierzone cele. 12
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
Konnica stanowiła trzon każdej drużyny książęcej w krajach słowiańskich. Nie inaczej było w przypadku Mieszka.
Ibrahim wypowiadał się także o składzie, a pośrednio i o uzbrojeniu polskiej drużyny. Ta część jego relacji budzi jednak poważne wątpliwości. Historycy oceniają, że została zniekształcona przez późniejszych kopistów i tylko w niewielkiej części odpowiada prawdzie. Zgodnie z tym źródłem kraj Mieszka leżał „wśród gęstych lasów, przez które wojskom trudno się przedzierać”. W efekcie książę miał posiadać wyłącznie oddziały piesze i nie mieć żadnej konnicy. Już sama wzmianka o zalesieniu kraju jest poniekąd bałamutna. Oczywiście Wielkopolskę i ościenne prowincje wciąż porastały odwieczne bory, ale samo centrum państwa dokumentnie wykarczowano. Budowa 13
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
monumentalnych grodów wymagała zniszczenia setek hektarów lasu. W doniesieniu o tym, jakoby Mieszko nie miał kawalerii, nie może się natomiast kryć nawet ziarno prawdy. Konnica stanowiła trzon każdej drużyny w krajach słowiańskich. Wiadomo, że Mieszko używał jej w swoich starciach i że stanowiła ona podstawę wojska w kolejnym pokoleniu. F Być może jakąś wskazówkę co do proporcji pomiędzy oddziałami konnymi a pieszymi stanowi relacja Galla Anonima. W odniesieniu do czasów Bolesława Chrobrego kronikarz dzielił polskie wojska na pancernych (loricati) i tarczowników (clipeati). Tych drugich było według dziejopisa przeszło trzy razy więcej niż pierwszych. Pancernych można by uznać za kawalerię, natomiast tarczowników za piechotę, przede wszystkim zaś za członków załóg grodowych. Jeśli ten sam stosunek odniesiemy do czasów Mieszka I i do informacji o trzech tysiącach przekazanej przez Ibrahima, to okaże się, że konnych było około siedmiuset bądź ośmiuset, natomiast wojów walczących pieszo ponad dwa tysiące. Podobny podział – choć na podstawie doniesień z sąsiednich Czech – przed laty zasugerował nestor polskiej mediewistyki Gerard Labuda. Pisał on: „Nie pomylimy się zapewne, ustalając w drużynie księcia polskiego ten stosunek, jak 600 konnych na 2400 pieszych”.
Włócznią i mieczem Wyposażenie i uzbrojenie wojska wymagało wprost niewyobrażalnych nakładów. Jak podaje mediewistka Marzena Matla, skompletowanie ekwipunku dla jednego drużynnika kosztowało od 1,5 kilograma do 2,5 kilogramów srebra. Dla uzbrojenia samych tylko ośmiuset jeźdźców książę potrzebował więc nawet 14
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
dwóch ton cennego kruszcu. Zawrotny majątek, a przecież broń należało sprawić także tysiącom „tarczowników”. Jakby tego było mało, arsenał wymagał stałego uzupełniania, dominowały w nim bowiem narzędzia bardzo nietrwałe. Podstawową bronią wcale nie były miecze. Piastowscy wojowie najchętniej i najczęściej sięgali po włócznie. Zwykle miały one około dwóch metrów, były więc większe od choćby najpostawniejszych dryblasów, walczących pod komendą Mieszka (tym bardziej, że w średniowieczu mężczyzn cechował nieznacznie niższy wzrost niż dzisiaj). Wieńczyły je zaś groty o zróżnicowanym kształcie, mierzące od 20 do nawet 60 centymetrów. Włócznia stanowiła broń niezwykle wszechstronną. Po pierwsze, z jej pomocą rozpoczynano potyczkę. W opinii rosyjskiego historyka Dmitrija Lichaczewa „była bronią pierwszego starcia i prawie zawsze się w nim łamała”. Z tego powodu jeźdźcy nosili przy sobie nie jedną, ale dwie lub trzy włócznie. Dopiero w przypadku połamania wszystkich sięgali po inną broń ręczną. Włócznią można było rzucać niczym oszczepem lub posługiwać się nią „z wolnej ręki”. Zdaniem Michała Bogackiego, znawcy średniowiecznej sztuki wojennej, taki właśnie styl walki ukazano na słynnej tkaninie z Bayeux – haftowanym płótnie z XI wieku, obrazującym podbój Anglii przez Normanów. Specjalista podaje, że widoczni wojowie „dzierżyli [włócznie] swobodnie w dłoni (jak późniejsi ułani polscy), przez co mogli zadawać ciosy w różnych kierunkach”. Włócznie mogły nawet służyć do defensywy i zastępować mniej poręczne tarcze. Z relacji Galla Anonima wynika, że Pomorzanie walczący z Bolesławem Krzywoustym zabezpieczali się nimi przed szarżą przeciwnika, niemal jak pikinierzy w późniejszych epokach. Kronikarz pisał: „Powbijali włócznie swe w ziemię, zwróciwszy ostrza na wrogów, i tak zbili się w gromadę, że nikt nie był w stanie wedrzeć się w sam 15
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
środek”. Niewykluczone, że stulecie wcześniej identycznie postępowali podkomendni Mieszka. Na pewno nie każdy żołnierz dysponował mieczem. Ta broń była zarezerwowana raczej dla dowódców, przybocznych księcia, bogatszych i umiejętniejszych wojowników. Już dawno zwrócono uwagę na osobliwy paradoks: miecze w średniowieczu dużo popularniejsze były… na kartach kronik niż w prawdziwym życiu. Andrzej Nadolski – autor klasycznego opracowania o piastowskiej wojskowości – wyjaśniał, że w wielu przypadkach wyraz „miecz” zastępował dowolną inną broń, a nawet uchodził za synonim siły zbrojnej lub przemocy. Autor obrazowo dodał, że przecież: „nie dziwi nikogo, iż Sienkiewicz nazwał pierwszą część swej trylogii Ogniem i mieczem, chociaż w tym czasie ani Polacy, ani Kozacy mieczów nie używali”. O realnej popularności żelaznych kling świadczą twarde liczby. Na całym obszarze wczesnośredniowiecznej Polski odnaleziono dotąd tylko trochę ponad sto mieczy pochodzących z czasów pierwszych Piastów. Dla porównania wyłącznie w okolicy jednej książęcej warowni – Ostrowa Lednickiego – archeolodzy odkopali sto grotów włóczni. Ograniczona popularność mieczy wynikała po części z ich ceny: za jedną sztukę tej broni trzeba było zapłacić do 200 gramów srebra, a więc w przybliżeniu tyle co za dwa woły. Wykonanie włóczni było nawet czterokrotnie tańsze i o wiele prostsze. Po miecz nie można też się było udać do pierwszego lepszego kowala. Wykuwaniem broni tnącej zajmowali się tylko wysoko wykwalifikowani specjaliści. Całkiem możliwe, że w pierwszych latach panowania Mieszka nie było w Wielkopolsce ani jednego mistrza tej rangi. Także później znaczną część mieczy trzeba było sprowadzać z zagranicy – głównie z Niemiec. Dla porównania na potrzeby produkcji włóczni powołano cały kompleks 16
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
przemysłu zbrojeniowego. Książę Mieszko, a może już jego poprzednicy, zaczął tworzyć w centrum państwa specjalne osady zajmujące się tylko wytwarzaniem tej broni. Miecz trudno było zdobyć, ale też wymagał opanowania umiejętności fechtunku, która w tej epoce wcale nie była powszechna. Dlatego wielu drużynników sięgało raczej po lepiej im znane narzędzia, przydatne nie tylko na polu bitwy, ale i… w domowym obejściu. W powszechnym użyciu były na przykład różnorakie noże, w rozmiarach od scyzorykowego po taki, który pozwalał je porównywać wręcz z krótkimi mieczami. Poza tym wielkie znaczenie miały topory, na co dzień pełniące funkcję pospolitych siekier. Wypada wyjaśnić, że nie były to wielkie dwuręczne toporzyska, znane z filmów albo gier komputerowych. W rzeczywistości do boju przystępowano głównie z małymi toporkami, ważącymi około 750 gramów i przypominającymi z wyglądu… góralskie ciupagi. Naczelną rolę w piastowskim arsenale bez wątpienia odgrywały łuki. Niemiecki kronikarz Thietmar, tworzący w początkach XI stulecia, twierdził, że były one „głównym środkiem obronnym” polskich wojów. Podobną opinię sformułował historyk Jan Tyszkiewicz. Jego zdaniem zarówno w państwie Piastów, jak i wśród ościennych, zwłaszcza słowiańskich, plemion łuk pełnił wręcz rolę „broni narodowej”, rozstrzygającej o zwycięstwach w ataku i w defensywie. Ochronę zapewniały przede wszystkim tarcze, w średniowieczu zwane szczytami. Andrzej Nadolski stwierdził – chyba z pewną przesadą – że korzystali z nich „zapewne wszyscy bez wyjątku wojownicy”. Tarcze były wykonywane z drewna, z zewnątrz zaś powlekano je skórą. Od strony wewnętrznej znajdowały się skórzane pętlice, przez które drużynnik przekładał rękę. Zapewniało mu to swobodę ruchów i zabezpieczało przed przypadkowym 17
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
upuszczeniem tarczy. Z ziem polskich znane są trzy rodzaje szczytów: okrągłe, owalne i migdałowe. Te pierwsze były bez wątpienia najbardziej popularne, szczególnie wśród jeźdźców. Tarcze migdałowe nadawały się idealnie do walki pieszej, jednak w państwie Piastów przyjęły się chyba dopiero parę dekad później. Każda tarcza pełniła także drugą, może nawet istotniejszą funkcję: pozwalała w okamgnieniu, pośród bitewnej zawieruchy, odróżnić swoich od obcych. Skóry malowano na jaskrawe kolory i pokrywano rozmaitymi wzorami. Ruski tekst z XII stulecia – tak zwane Słowo o wyprawie Igora – wspomina o „czerwonych szczytach” używanych przez kijowskich drużynników. Z kolei w pochodzącym z XI wieku Ewangeliarzu płockim znajduje się barwny wizerunek wojów z tarczami. Wszystkie są pomalowane w faliste wzory, przywodzące na myśl, przynajmniej w opinii Michała Bogackiego… wielkanocne pisanki. Dużo mniej da się powiedzieć o hełmach, a tym bardziej zbrojach Mieszkowych żołnierzy. Wprawdzie Ibrahim ibn Jakub wszystkich polskich wojów nazywał „pancernymi”, nie należy jednak traktować tego terminu dosłownie. We wczesnym średniowieczu zbroje – wówczas przyjmujące zwłaszcza formę kolczug, ale też pancerzy łuskowych czy lamelkowych – należały do rzadkości i podobnie jak miecze wymagały sporego nakładu pracy oraz znacznych funduszy. Aby wykonać jedną kolczugę, należało połączyć nawet dwanaście tysięcy drobnych, metalowych pierścieni. Było to iście benedyktyńskie zajęcie, pochłaniające setki godzin. Wprawdzie najstarsza kolczuga odnaleziona na ziemiach polskich pochodzi jeszcze z czasów poprzedzających rządy Mieszka, ale z późniejszych lat zachował się tylko jeden cały egzemplarz i nieliczne fragmenty plecionki kolczej. Na dodatek Gall Anonim jasno dał do zrozumienia, że nawet na początku XII wieku niemal nie używano pancerzy. Wbrew twierdzeniom 18
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
Dla młodego państwa Mieszka kolejne podboje stanowiły warunek przetrwania. Bez nich nie można było myśleć o utrzymaniu licznej drużyny książęcej.
kronikarza (wspominającego rzekomy „złoty wiek” kraju), trudno sobie wyobrazić, że półtora wieku wcześniej stanowiły one częstszy widok. Wojownicy Mieszka I musieli więc liczyć raczej na swoje męstwo, na łut szczęścia i co najwyżej na skórzany kaftan. Przede wszystkim zaś: na dowódczy talent księcia. F
Ich siła była wielka Daniny ściągane z poddanych i profity czerpane z handlu nie mogły wystarczyć do utrzymania tysięcy wojowników. Każda drużyna wymagała łupów, tym większych, im więcej liczyła 19
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
żołnierzy. Dla młodych państw podbój stanowił nawet nie linię polityczną, ale warunek przetrwania. Tylko za pośrednictwem wypraw nastawionych na grabież i zabór obcych ziem można było zaspokoić roszczenia mężczyzn stanowiących podporę rządów. „Barbarzyńskie” kraje w porażającym tempie rozszerzały swe granice albo ze szczętem upadały, gdy zabrakło im pola do ekspansji. Przed Mieszkiem rysowała się ta sama alternatywa. Nic więc dziwnego, że książę całe swe panowanie spędził na wojnach. Niektórzy badacze twierdzą, że w pierwszej kolejności podbił Mazowsze, a przynajmniej jego zachodnią część, gdzie do głosu doszła jakaś konkurencyjna, zwarta siła. Może nawet nad Wisłą powstawał zalążek państwa. Historyk Marek Dulinicz dość zachowawczo stwierdził: „Możemy przyjąć, że od początku X wieku działała na Mazowszu jakaś organizacja, która postawiła sobie za cel wzmocnienie obronności regionu”. W zaskakującym tempie wznosiła ona nowe grody. W niewielkiej odległości od piastowskich rubieży wyrosło łącznie kilkanaście warowni. Nie mógł to być przypadek. Andrzej Buko – archeolog znany zwłaszcza z badań nad początkami Sandomierza – zasugerował, że u zarania polskiej państwowości doszło do zapomnianego, dramatycznego wyścigu. „Czyżby budowa [warowni na Mazowszu] była próbą przyspieszenia uzyskania politycznej autonomii regionu w obliczu rysujących się zagrożeń płynących z zachodu, ze strony silniejszego polańskiego sąsiada?” – pytał. Jeśli rzecz tak wyglądała, to w latach 50. X wieku nadzieje Mazowszan zostały utopione we krwi przez Mieszkowych wojowników, a wszystkie ich grody zamieniły się w zgliszcza. Ta ekspedycja mogła mieć miejsce jeszcze za życia wcześniejszego księcia, Siemomysła. Mogła też stanowić swoistą inaugurację nowych rządów. Wcale jednak nie stała się zapowiedzią 20
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
kolejnych, błyskawicznych triumfów. Państwo Piastów rozwijało się bez przeszkód, dopóki nie natrafiło na zwarty opór ze strony równorzędnych konkurentów. Około 960 roku sytuacja uległa diametralnej zmianie, a nowy książę został wystawiony na decydującą próbę. Na północy i zachodzie piastowskie zagony natknęły się na wroga dysponującego znaczną przewagą sił i ostrzącego sobie zęby na te same zdobycze. Nowym adwersarzem był Związek Lutycki – luźna konfederacja słowiańskich plemion zasiedlających Połabie, a więc obszary rozciągające się między rzekami Łabą i Odrą. Lutycy i ich sprzymierzeńcy trzymali pieczę nad kupieckimi osadami na Pomorzu i podobnie jak Piastowie dążyli do umocnienia swej pozycji w biegu Odry. Konfrontacja była nieunikniona, a gdy już do niej doszło, odbiła się szerokim echem w całym regionie. Za sprawą wojny z Lutykami niemieccy kronikarze po raz pierwszy zwrócili uwagę na państwo Piastów. Najstarszą notatkę poświęconą Polsce spisał mnich z klasztoru w Korbei Widukind. W odniesieniu do roku 963 stwierdził, iż Lutycy wojowali z „dalej mieszkającymi barbarzyńcami” pod wodzą niejakiego Mieszka. Wedle jego informacji byli oni w tej wojnie zdecydowanie górą. Pokonali Mieszka „za dwoma nawrotami”, zabili jednego z jego braci i zabrali mu „wielką zdobycz” – a więc łupy. Także Ibrahim ibn Jakub – informacje zbierający, jak się zdaje, na dworze niemieckiego cesarza Ottona – potwierdził, iż Lutycy walczyli z „królem północy” Mieszkiem, a „ich siła bojowa była wielka”. Piastowski książę znalazł się w śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji. Zaufanie drużyny do młodego władcy zostało nadwyrężone. Brakowało mu posłuchu, a każda kolejna porażka groziła utratą tronu lub nawet życia. Także przyszłość kraju stanęła pod znakiem zapytania: od tego, co miało nastąpić w kolejnych 21
POLSCY BOGOWIE WOJNY. NAJWSPANIALSI DOWÓDCY W DZIEJACH
miesiącach i latach, zależało, czy Piastowie wkroczą przebojem na mapę Europy, czy raczej znikną w pomroce dziejów, jak setki podobnych im, początkujących rodów, które nie sprostały dziejowemu wyzwaniu. Mieszko nie tylko zdał egzamin, ale też dowiódł prawdziwego geniuszu strategicznego. Nie jest sztuką zwyciężać nad słabszym adwersarzem. Wybitny wódz to ten, który potrafi obrócić przeciwności na własną korzyść, uśpić czujność wroga, wykorzystać każdy dostępny atut i pójść na konieczne kompromisy, by odnieść ostateczny triumf. To właśnie czynił Mieszko. Nie mogąc przemóc wroga własnymi siłami, rozpoczął ofensywę nie w otwartym polu, lecz na arenie dyplomacji. Negocjatorem okazał się nawet lepszym niż żołnierzem. Choć pognębiono go w dwóch bitwach, a jego perspektywy rysowały się w ciemnych barwach, zdołał zawrzeć pakt sojuszniczy z jednym z najpotężniejszych wodzów w tej części Europy: księciem czeskim Bolesławem Srogim. Otrzymał rękę praskiej księżniczki Dobrawy, a także namacalne wsparcie w postaci wojskowego kontyngentu. Trudno oszacować, ilu żołnierzy przysłał mu świeżo upieczony teść. Widukind pisał o „dwóch hufcach”, to zaś mogło oznaczać równie dobrze stu, jak i pięciuset jeźdźców. Było ich wystarczająco wielu, by dać Mieszkowi szanse w walce. Zbyt mało jednak, aby możliwy był sukces w otwartej walce. Piastowski książę wykazał się natomiast cechą absolutnie nieodzowną na wojnie. Potrafił się uczyć, wyciągać wnioski i czerpać wzory z cudzych sukcesów. Wiele wskazuje na to, że od Czechów nauczył się taktyki, która w przyszłości miała się stać jego wojenną wizytówką. Po raz pierwszy wcielił ją w życie 22 września 967 roku, w toku bitwy uznawanej za decydujące starcie z Lutykami. Widukind donosił, że władca „dalej mieszkających barbarzyńców” najpierw puścił do boju piechotę. Po krótkiej walce 22
I. Mieszko Pierwszy. Król północy
w zwarciu, jakby rozpoznając, iż wróg posiada zbyt wielką przewagę, Mieszko nakazał wojownikom, by ustąpili pola i zaczęli uciekać. Lutycy złapali przynętę i rzucili się w pogoń. Kiedy ich linie wydłużyły się i rozerwały, piastowski książę przeszedł do drugiej, zasadniczej części planu. Z zarośli wyłoniły się oddziały jego konnicy i z impetem przystąpiły do szarży na tyły lutyckich szeregów. Zapanował zamęt, a wrodzy dowódcy szybko stracili panowanie nad sytuacją. Wówczas piechota Mieszka „na dany znak” przerwała ucieczkę i przystąpiła do „przeciwnatarcia na wroga”. Lutycy znaleźli się w potrzasku, sukces był zupełny. I choć bitwa nie przeszła do legendy (chyba głównie z tego względu, iż nie jest znane miejsce, gdzie ją stoczono), to wypadałoby ją uznać za najważniejsze starcie za panowania Mieszka. A zarazem – jedno z najistotniejszych w całej polskiej historii. Za sprawą mistrzowsko wdrożonego fortelu Piastowie mogli przystąpić do podboju bogatego Pomorza i do umacniania swej władzy. Sojusz z Czechami doprowadził też do chrystianizacji kraju. Sprawdzona taktyka przydała się Mieszkowi także pięć lat później, gdy w oparciu o podobny wybieg rozgromił siły niemieckiego margrabiego Hodona. Wprawdzie potyczka pod Cedynią nie miała strategicznego znaczenia, ale raz jeszcze potwierdziła rangę Mieszka jako wybitnego generała. Książę zajął ujście Wisły i Kołobrzeg, a może nawet Szczecin. Podbił ziemie sandomierską i przemyską. A kiedy wyczuł słabość dotychczasowych sojuszników, bez wahania uderzył na Czechów i wydarł im dwie zamożne, lecz tylko luźno podporządkowane Pradze prowincje: Śląsk i Małopolskę. W 992 roku umierał jako „trzęsący się starzec”. Przede wszystkim jednak jako wielki wódz, przyjaciel cesarza, a zdaniem niemieckich historyków także „marchion”, dzierżący oficjalną zwierzchność nad znaczną częścią Połabia. 23