Alexandra Reinwarth
Pieprzyć to! JAK PRZESTAĆ SPEŁNIAĆ CUDZE OCZEKIWANIA, A ZACZĄĆ WŁASNE tł umaczenie Łukasz Kuć
K raków 2020
Tytuł oryginału: Am Arsch vorbei geht auch ein Weg. Wie sich dein Leben verbessert, wenn du dich endlich locker machst First published as Am Arsch vorbei geht auch ein Weg by Alexandra Reinwarth © 2016 by mvg Verlag, Münchner Verlagsgruppe GmbH, Munich, Germany www.mvg-verlag.de All rights reserved Copyright © for the translation by Łukasz Kuć Wydawca prowadzący: Ewelina Tondys Redaktor prowadzący: Anna Małocha Opracowanie typograficzne książki: Eliza Luty Przyjęcie tłumaczenia i adiustacja: Mirosław Dąbrowski / Wydawnictwo JAK Korekta: Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK, Janina Burek / Wydawnictwo JAK Adaptacja makiety i łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK Projekt okładki: Eliza Luty Ilustracja na okładce powstała na podstawie grafiki CSA Images: © CSA-Archive / DigitalVision Vectors / Getty Images Fotografia autorki: © Arturo Martínez ISBN 978-83-8135-029-7
www.otwarte.eu
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
SPIS TREŚCI Wprowadzenie 7 Dlaczego tak trudno powiedzieć: „Pieprzę to!” i żyć po swojemu? 21 1. Zacznij od siebie 31 Pieprzyć figurę 33 Pieprzyć makijaż 39 Pieprzyć pracę nad sobą 50 Pieprzyć „rzeczy” 62 2. Przyjaciele, znajomi i nieznajomi 69 Nieznajomi 72 Znajomi 80 Przyjaciele 92 3. Rodzina 109 Przesłuchania ciotki Marty 116 Teściowa 119 Prezenty i pamiątki rodzinne 125 Tego wujka nie zapraszamy 127 Religia i polityka 129
Jedzenie 132 Rodzinne tradycje 134 Zawiedzione oczekiwania rodziców 138 4. Praca 143 Burza mózgów 145 Prezenty 150 Nie bierz wszystkiego do siebie 154 Przysługi 157 After work 162 Nie wypruwaj sobie żył 167 Poczucie winy 168 Pozwól innym pracować 170 5. Rodzice i dzieci 175 Pieprzyć dobre rady 179 Pieprzyć dobry gust 183 Pieprzyć normy 187 Pieprzyć plany 191 Pieprzyć innych rodziców 196 Pieprzyć opinię bezdzietnych przyjaciół 201 6. Miłość 209 Pieprzyć domysły 212 Pieprzyć wzajemne zrozumienie 217 Pieprzyć ideały 220 Pieprzyć inne opcje 222 Pieprzyć wspólne pasje 225 Pieprzyć przywary ukochanego 229 Dwa słowa na zakończenie 239
WPROWADZENIE
Zaczęło się od tego, że powiedziałam do Kathrin: „Pieprz się!”. A trzeba wiedzieć, że zwykle tak do nikogo nie mówię. Zasadniczo nie szastam na lewo i prawo zaproszeniami do współżycia płciowego. Zwłaszcza gdy jadę samochodem. Jednak Kathrin – o czym też trzeba wiedzieć – jest jedną z tych osób, które zawsze ci dają poczucie, że zrobiłaś coś nie tak i teraz jesteś im coś winna. Znasz ten typ, prawda? Ludzi, którzy bez przerwy narzekają, ale nigdy niczego nie zmienią? Którzy wysysają z ciebie energię jak dziecko oranżadę z woreczka? Kathrin przeżywa nieustanną gehennę. Gdyby ją traktować poważnie, można by pomyśleć, że cierpi na depresję. Z czasem jednak zrozumiałam, że Kathrin nie dopadła depresja, tylko zwyczajnie jest głupią krową. Mogłoby się wydawać, że życie stale daje jej w kość: praca do kitu, związek z Jean-Claude’em w ruinie, rodzina zwala jej wszystko na głowę, przyszłość maluje się czarno – i biedaczka w ogóle już nie wie, co począć. 9
I kiedy zaczynam się o nią martwić, ona pływa sobie luksusowym wycieczkowcem po morzu, wydaje przyjęcia i wychodzi za Jean-Claude’a. A jednak kiedy znowu mnie udręczyła („To koniec! Moje małżeństwo to fikcja!”), a potem wybrała się z Jean-Claude’em na wycieczkę do Wenecji (to mój pomysł: „Zróbcie razem coś fajnego!”), zajęłam się jej psem, podlewałam jej kwiatki i dosypywałam soli do basenu z morską wodą. Chociaż jej dom wcale nie stoi za rogiem. A przy okazji: dom Kathrin jest ogromny, nowoczesny i luksusowo wyposażony – mimo tych wszystkich finansowych ciężarów, które spoczywają na jej wątłych barkach. Bo Kathrin, jak sama twierdzi, jest za dobra dla ludzi. Kiedy na przykład normalnie płaci hydrauli kowi, zamiast go miesiącami zwodzić i w końcu zapłacić połowę tego, co mu się należy. Bo przecież tak też się da. – Ale wtedy sobie myślę: może on też ma rodzinę? – mówi z miną Matki Boskiej z obrazka. Kiedy spotkałyśmy się po jej powrocie z Wenecji, trochę się spieszyła – musiała jeszcze odebrać Jean-Claude’a z masażu, bo łóżka w hotelu, który im poleciłam, były ka-ta-stro-fal-ne. A wycieczka okazała się do niczego, choć dzielnie wycisnęli z niej, co się dało. 10
Podczas następnego spotkania okazało się, że jej matka jest chora – Kathrin powiedziała to takim głosem, jakby mamusia miała następnego dnia kopnąć w kalendarz. Znowu potworny cios, po którym nie sposób się podnieść. Tymczasem mamusię boli głowa albo ma wodę w kolanie. Rozumiesz już, o czym mówię? Ciągle jest to samo: cały świat Kathrin kręci się wokół Kathrin. Dlatego któregoś dnia stwierdziłam w końcu, że ja nie mam ochoty kręcić się wokół Kathrin, bo nie jestem jej satelitą. Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej nie kazałam jej iść w diabły. L. – mój TŻ – pytał mnie o to wiele razy, ale naprawdę nie wiem. Z początku nie zdawałam sobie chyba sprawy, że Kathrin mnie wykorzystuje, a potem po prostu unikałam otwartej konfrontacji. Kiedy jednak przy okazji „Projektu »Szczęście«”* postanowiłam zrobić coś ze swoim życiem, doszłam do oczywistego wniosku: Kathrin musi odejść. Nigdy wcześniej nie zerwałam żadnej przyjaźni. Zwykle przebiega to tak, że ludzie przestają się rozumieć, coraz rzadziej się spotykają i w końcu kontakt sam się urywa. Koniec, kropka. Ale ktoś, kto wysysa * Zob.
A. Reinwarth, Das Glücksprojekt, München 2015.
11
cię jak pijawka, nie odpuści tak łatwo. Nie wiedziałam więc, jak to załatwić – przede wszystkim jak to zrobić, by się nie zachować jak suka. L. jak zwykle uraczył mnie praktyczną radą: – Po prostu idź do niej i powiedz: Kathrin, wkurzasz mnie i nie chcę cię więcej widzieć! A potem zastanowił się chwilę i dodał: – Ty głupia krowo. L. nigdy nie przepadał za Kathrin. Wiem, że są ludzie, których stać na coś takiego. Ale ja do nich nie należę. Przeciwnie. Należę do tej kategorii, która przeprasza, gdy kogoś niechcący potrąci. Aby uniknąć konfrontacji, rozważałam zatem następujące możliwości:
• wysłać w zastępstwie L., • udać, że zeszłam z tego świata, i zmienić tożsamość, • zejść z tego świata. Ale potem, kiedy nadeszła ta wiekopomna chwila i usiadłam w kawiarni naprzeciw Kathrin, moja przyszła była przyjaciółka okazała się tak upierd liwa, że w końcu wezbrała we mnie fala gniewu i wypaliłam: – Kathrin? 12
– Tak? – Pieprz się! Może dla innych to nic wielkiego, ale ja poczułam się jak dwumetrowa Joanna d’Arc. Opuszczając kawiarnię, miałam wrażenie, że wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Schodziłam z ringu niczym zwycięski bokser, pośród fanfar i wiwatujących tłumów. Sięgnęłam po swoje poncho i zarzuciłam je sobie na ramiona tak zamaszyście, że z pobliskiego regału zwiało Bogu ducha winne ulotki. Kiedy kartki powoli opadały na posadzkę, wyszłam z podniesioną głową z kawiarni i nawet się trochę zdziwiłam, że przed drzwiami nie czeka na mnie wierny rumak, by ponieść mnie ku kolejnej mrożącej krew w żyłach przygodzie.
– Hę? Zdaje się, że Joanna d’Arc nie była bokserem – przerwał mi ze zdziwieniem L., gdy wieczorem relacjonowałam swoje zwycięstwo. Mężczyźni nie umieją słuchać, prawda? Czasem odnoszę wrażenie, że słyszą dwa, trzy najważniejsze słowa i resztę sobie dopowiadają. I jeśli te dwa, trzy słowa nie składają się w logiczną całość, pojawia się problem... Bo przecież nie chodziło mi wcale o bohaterkę narodową Francuzów ani o boks. Ani nawet o Kathrin 13
i jej pieprzony basen ze słoną wodą. Chodziło o to, że zwykłe „Pieprz się!” potrafi wprawić w taką euforię. – Myślę, że to kwestia wolności – stwierdziła moja przyjaciółka Anne, gdy opowiedziałam jej o tej chwili. I wydaje mi się, że ta zapalona ezoteryczka ma rację. To był akt wyzwolenia, przy czym fanfary rozległy się nie dlatego, że się uwolniłam od Kathrin, ale dlatego, że w tamtym momencie poczułam się wolna od tych potwornych, paraliżujących ograniczeń, które sama sobie narzuciłam. Zrobiłam to, co uznałam za słuszne, i nie zastanawiałam się, co pomyślą inni. I to było wspaniałe. Czyż nie powinno tak być zawsze? Tak po prostu? Tylko gdzie jest granica pomiędzy byciem wolną a byciem suką?
Przez kilka kolejnych tygodni raz po raz uzmysławiałam sobie, że bez Kathrin żyje się lepiej. Zauważałam też w innych sytuacjach, że to, co robię, często zależy od tego, co inni mogą sobie o mnie pomyśleć, a nie od tego, czego sama chcę. Czy chce mi się nakładać makijaż, kiedy muszę tylko odstawić Dziecko do przedszkola? Do diabła, nie! Dlaczego więc to robię? Odpowiedź brzmi: aby dobrze wypaść w oczach innych rodziców. A przecież 14
dziewięćdziesięciu procent z nich wcale nie lubię! À propos lubienia: dlaczego chodzę na firmowe wigilie? Bo lubię szefa i kolegów z pracy? Bynajmniej! I dlaczego wciąż należę do tej grupy wariatów na WhatsAppie, dzięki której moja komórka wibruje w nocy jak erotyczna zabawka? Im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej docierało do mnie, że stanowczo za dużo czasu spędzam z ludźmi, których nie lubię, w miejscach, które mi się nie podobają, i robię rzeczy, których nie chcę. Do dupy z takim życiem.
Im więcej takich rzeczy zauważałam, tym konkretniejszych kształtów nabierał mój plan: skoro odniosłam wiekopomny sukces, wyrzucając ze swego życia Kathrin, to o ileż cudowniejsze stałoby się to moje życie, gdybym skreśliła z niego wszystko, czego tak naprawdę nie znoszę? Gdybym na przykład powiedziała kolegom z pracy: „Dzięki, ale nie mam ochoty iść po robocie na drinka. Nie, nie tylko dzisiaj – w ogóle”. Byłoby to o wiele lepsze niż ciągłe wymyślanie jakichś wydumanych wymówek, tym bardziej że potem muszę uważać, by przypadkiem się nie wygadać, gdy ktoś zapyta: 15
– Co u siostry? Lepiej się czuje? – U siostry? Ja nie mam siostry! Bez sensu.
– Rozumiesz, o co mi chodzi? – spytałam L., gdy tego samego wieczora kroił w kostkę warzywa. – Hmmm, tak – mruknął. – Tylko że... ten plan nie zakłada, że zamienisz się w bezwzględną egoistkę, co? – No co ty! – rozwiałam jego obawy, choć miał oczywiście rację. Istniało spore ryzyko, że w trakcie operacji samouwolnienia stanę się suką, ale uznałam, że poradzę sobie z tym niebezpieczeństwem. Rozpierał mnie entuzjazm. Czułam, że czeka mnie wspaniała przygoda. Cóż złego może się stać, kiedy zacznę inwestować czas i energię (no i pieniądze) wyłącznie w rzeczy, ludzi i sytuacje, które sprawiają mi frajdę? Czy to nie cudowne? – Prawda, kochanie? – spytałam Dziecko, które z zachwytem objęło mnie ramionami za nogę. – Ciekolada – odpowiedziało jak zwykle, bo to jego ulubione słowo. Właśnie! Wolność jest jak czekolada!
16
Jeśli zatem uważasz, że w życiu potrzeba więcej wolności, luzu, asertywności i czekolady, a mniej Kathrin, grup na WhatsAppie i firmowych wigilii – dobrze trafiłaś! Mam nadzieję, że jestem w stanie zaoferować ci nieco inspiracji i pomóc, gdy zaczniesz stawiać pierwsze kroki na ścieżce wewnętrznego wyzwolenia. Dlatego na kolejnych stronach odpowiemy sobie na następujące pytania:
• Jak przestać się przejmować ludźmi i błahostkami? • Jak mimo to nie zamienić się w sukę? • Jakie kryteria pozwalają odróżnić to, co ważne, od tego, co nieistotne?
• W jaki sposób drobne decyzje potrafią wyraźnie poprawić jakość naszego życia? Oprócz tego:
• Opiszę zabawne ćwiczenie, które pomaga zachować asertywność. • Wskażę różne gafy i błędy, które popełniłam na początku swej drogi. Zanim zaczniemy, chcę jednak przedstawić ci wspomniane ćwiczenie. Jest to rodzaj wizualizacji – 17
obraz, który w każdej chwili możesz z łatwością wykreować w swoim umyśle (mam nadzieję, że znajdziesz sobie równie zabawny jak mój). A zatem... Wiesz zapewne, kim są torreadorzy, prawda? Faceci z kościstymi tyłkami i w kiczowatych strojach, którzy walczą z bykami. No więc wyobraź sobie, że jesteś takim torreadorem. I że masz taką czerwoną płachtę, którą się drażni byka. Już? Widzisz to? Super. Pomyśl zatem, że każdy problem, na który natrafisz w tej książce – to znaczy wszystko, co cię pęta i od czego chcesz się uwolnić – będzie takim galopującym bykiem. Bestia bierze rozpęd, pędzi na ciebie i w ostatniej chwili, gdy ma cię już wziąć na rogi, robisz elegancki unik i przepuszczasz ją tuż obok, o włos. Olé! Druga wizualizacja, którą chcę ci zaproponować, to mój stary przyjaciel Ole. Bo kiedy tak sobie myślę, jak cudownie byłoby robić tylko to, na czym mi naprawdę zależy, zawsze staje mi przed oczami człowiek, który tak właśnie żyje (nie licząc mojego Dziecka, które też posiada tę umiejętność). Tym kimś jest właśnie Ole. Ole to prawdziwy człowiek sukcesu. Mierzy ponad dwa metry wzrostu, jest uroczym facetem i nigdy nie robi niczego, na co nie ma ochoty. Nie muszę chyba dodawać, że nie należy do żadnej grupy na 18
WhatsAppie, a na firmowe wigilie przychodzi tylko wtedy, gdy ma na to ochotę. Mimo to jest lubiany przez swoich pracowników, ma wielu przyjaciół i świetną rodzinę. Nie pomaga znajomym w przeprowadzce ani nie chodzi ich dopingować na poetyckie slamy – choćby go o to prosili milion razy. Taki po prostu jest. A i tak wszyscy go lubią. Kiedy w pracy ktoś mnie pyta, czy mogę szybko zerknąć na jakiś tekst, zazwyczaj odruchowo odpowiadam: „Jasne, dawaj”. W ten sposób marnuję czas, wpadam w stres i na koniec jestem wściekła na samą siebie, że nie umiem odmówić. Tymczasem Ole na to samo pytanie odpowiada krótko: „Nie”. I nikt nie robi z tego problemu. Ma więcej czasu, jest mniej zestresowany, nie wścieka się na siebie, a i tak wszyscy go lubią, bo jest fajnym facetem. Ole bardzo mi pomógł na drodze do niezależności – w ten sposób, że w trudnych chwilach wyobrażałam sobie, jak on by zareagował na moim miejscu. Czułam, jakby ten dwumetrowy dryblas stał obok mnie i szeptał mi do ucha: „Nie rób tego, moja droga. W żadnym wypadku!”. Znasz kogoś takiego? Jeśli tak, wyobraź sobie, że stoi u twojego boku. A jeśli nie znasz takiego człowieka, możesz pożyczyć Olego. No dobrze, to teraz możemy zaczynać.
DLACZEGO TAK TRUDNO POWIEDZIEĆ: „PIEPRZĘ TO!” I ŻYĆ PO SWOJEMU?
Zastanawiasz się czasem, dlaczego tak trudno podejść spokojnie do przyjaciela – niech to będzie na przykład mój kumpel Tom, zapalony uczestnik poetyckich slamów – i powiedzieć: „Mój drogi, życzę ci powodzenia, ale nie licz na moją obecność. Mam do zrobienia coś ważniejszego – zamierzam mianowicie spędzić ten wieczór na sofie”? Taki konkurs poetów to czasem naprawdę nic fajnego – zamiast walnąć się wygodnie z facetem i psem na kanapie, kolebiesz się w jakimś Zadupiu Górnym na rozklekotanym krześle, sączysz bezalkoholowego browara i wysłuchujesz wierszy w stylu: Vale vale, mój sandale, ślimak, ślimak, hej! Sin Sandale, vale hejże hej. Słuchaj! Chrzęst, chrzęst, chrzęst – wędrówki dość! 23
Radości krzyk. Zzuj sandały! Chrzęst, chrzęst, hej. (Naprawdę bywają takie wiersze, nie zmyślam). Po wszystkim wracasz do domu, warczysz na psa, potem na faceta – bo w przeciwieństwie do ciebie spędzili przyjemny wieczór – i wleczesz się z fochem do wyra. Ewentualnie obmyślasz wymówkę na następną środę i kolejny slam, tym razem w Zadupiu Dolnym. Nie uważasz, że coś tu nie gra? Lubię Toma, ale czy z tego powodu naprawdę muszę wysłuchiwać wierszydeł o sandałach? Przecież to, że mam gdzieś poetyckie slamy*, nie oznacza, że mam gdzieś Toma. Jednak w sumie nic w tym dziwnego, że jesteś my tak zahukani. Od małego wpaja się nam, że mamy być grzeczni, nie wchodzić nikomu na głowę i w ogóle mieć wzgląd na innych. I to wspaniale, że od początku uczymy dziecko, by się nie zacho wywało jak palant, nawet jeśli nie zawsze nasze wysiłki przynoszą pożądany rezultat. Z drugiej strony sądzę, że to dobrze, gdy pozwalamy maluchom nie * Oczywiście
to wciąż tylko przykład. Taki poetycki slam to naprawdę świetna sprawa. Wiersze uczestników są szalenie zabawne, inteligentne, wzruszające. Po prostu fantastyczne. Tyle że nie dotyczy to wierszy Toma.
24
lubić niektórych rzeczy i czynności – a nawet ludzi. Taki świeżutki przykład z pobliskiego przedszkola – pamiętacie tę starą piosenkę o Tańczącej Kotce? Zaczyna się tak: Patrzcie, Kotka tańczy sama. Tańczy, tańczy wciąż bez pana! Potem do Kotki podchodzą kolejno rozmaite zwierzątka i bez powodzenia proszą, by z nimi zatańczyła. Na przykład: Prosi Jeżyk Kotkę: Podaj mi swą łapkę! Na to kotka odpowiada: Łapkę twą odtrącę, Bo masz ostre kolce. Po Jeżyku pojawia się Zajączek, który skacze jak wariat, Burek, który zbyt głośno szczeka, i tak dalej. Aż w końcu na scenie pojawia się Kocur: W łapkę ją całuje I już ona z nim wiruje. I wiruje tak ta dwójka Przez gościńce i podwórka. 25
Fajna zabawa, prawda? Też tak myślę. Ale okazuje się, że wcale nie! Bo możemy przypadkiem urazić któregoś z niedoszłych tancerzy. A przecież dzieci powinny się uczyć, że wszyscy są równi i nikogo nie wolno dyskryminować! Dlatego dzisiaj każda zwrotka kończy się w ten sam sposób. Po tym, jak: Prosi Jeżyk Kotkę: Podaj mi swą łapkę! a ona odpowiada: Łapkę twą odtrącę, Bo masz ostre kolce. – spławiony absztyfikant nie daje za wygraną: Jeżyk jej nie słucha, Szepce jej do ucha, W łapkę ją całuje i już ona z nim wiruje. I wiruje tak ta dwójka przez gościńce i podwórka. A potem każde kolejne zwierzątko szepce coś Kotce do ucha i rusza z nią w tan. 26
No nie! Naprawdę?! Co to ma być?! Czy Kotka nie ma prawa powiedzieć Jeżowi, że ją kole? Przecież mówi prawdę! JEŻ MA OSTRE KOLCE! Moim zdaniem nikt nie ma obowiązku tańczyć z partnerem, który dziwnie podskakuje, kłuje czy szczeka! Nie i koniec! A najgorsze, że ten politpoprawny absurd wcale się nie kończy w chwili, gdy do Kotki podchodzi Kocur. Wtedy bowiem słyszymy: Kot ich wszystkich woła I już tańczą wraz dokoła. Razem w tył i razem w przód, Aż nadciąga nocy chłód. Wtedy razem, z bratem brat Powracają do swych chat. Tak! Wszyscy razem wracają do domów! Jak karna grupa japońskich turystów. Dzieci uczą się, że nikogo nie wolno odtrącić, a kiedy dorosną, ponoszą tego konsekwencje – na przykład siedząc na rozklekotanym krześle w Zadupiu Górnym. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Gorzej, że czasem dzieci są zmuszone oddać swoją ulubioną zabawkę! Tak, tak! Takie absurdalne sceny rozgrywają się na każdym placu zabaw.
27
Oto mały Leon bawi się swoim samochodzikiem. Wtedy jednak przychodzi Ludwik, mówi, że też chce takie autko, i urządza wielką scenę. Oczywiście mamusia Leona w te pędy rzuca się do swojego synka i mówi: „Daj Ludwiczkowi ten samochodzik. Ty już długo się nim bawiłeś. No daj, Ludwiczek się na pewno ucieszy...”. W końcu Leon niechętnie ulega i ze łzami oddaje zabawkę. A przecież to jest, do diabła, jego samochodzik! (Swoją drogą Ludwiczek też nie ma się z czego cieszyć, bo w szkole na pewno spotka paru Brajanków z sąsiedniej dzielni, którzy ustawią go z powrotem do pionu). A przecież dzieci przychodzą na świat z wrodzoną asertywnością. Trochę jak psy, wśród których obowiązuje zasada: „Jeśli nie chcesz się tym dłużej bawić albo nie możesz już tego zjeść, nasikaj na to i zostaw”. Poza tym dzieci działają zgodnie z zasadą przyjemności, która brzmi mniej więcej tak: Czekolada = smaczne = zjeść jak najwięcej Dopiero później, gdy parę razy rozboli je brzuch albo pękną wręcz z przejedzenia, zaczynają tę zasadę modyfikować. Potem, w okresie dojrzewania, następuje – przynajmniej u większości z nas – przełom i opinia innych staje się najważniejsza. Dotyczy to nie tylko fryzury, 28
muzyki i ciuchów, ale również naszego ja. W tym czasie jesteśmy potwornie niepewni siebie i zagubieni, dlatego szukamy punktu odniesienia i próbujemy się upodobnić do najbardziej pożądanego wzorca. Dziewczynkom przychodzi to trudniej niż chłopcom, ponieważ w wypadku dziewcząt dużą rolę odgrywa zagmatwany obraz kobiety i jej miejsca w świecie prezentowany przez media w ogólności i supermodelki w szczególności. Moje niespełna trzyletnie Dziecko trafnie to ujęło, komentując oglądaną w telewizji reklamę: „Pani goła, pan mówi”. Dlatego w przypadku dziewczynek tak nieproporcjonalnie ważną rolę odgrywa własny wizerunek. I dlatego niektóre z nich nigdy z tej pułapki się nie uwolnią. Ale może mimo wszystko warto spróbować?
1 ZACZNIJ OD SIEBIE
• Pieprzyć figurę • Pieprzyć makijaż • Pieprzyć pracę nad sobą • Pieprzyć „rzeczy”
Najlepiej zacząć od siebie. Większość z nas bory ka się z niejasnym poczuciem, że musi coś w sobie poprawić: tyłek powinien być chudszy, a portfel grubszy, pewność siebie większa, seks bardziej namiętny, no i trzeba by zająć się jakimś sportem. Zatem do dzieła – i sięgamy po czekoladę. Zazwyczaj jest tak, że człowiek ma w miarę stabilną wagę. Bez głodzenia się i obżerania (z wyjątkiem, oczywiście, Bożego Narodzenia). Ta waga z reguły nie ma nic, ale to absolutnie nic wspólnego z tym, co nazywamy plażową figurą.
P I E P R Z YĆ F I G U R Ę Ostatni raz plażową figurą, a w każdym razie tym, co powszechnie się za nią uważa, mogłam się pochwalić, mając dwanaście lat. Od tamtej pory plaża i figura stały się dwoma oddzielnymi światami, których nie sposób połączyć. Ba! One nawet nie utrzymują ze sobą stosunków dyplomatycznych! Odkąd 33
więc przestałam być drobną trzynastolatką, a nie zdradzę tu tajemnicy, gdy powiem, że od tej pory minęło już trochę czasu, każdego lata rok w rok chodziłam z wciągniętym brzuchem. Czy to nad jeziorem, nad morzem, czy na basenie – od czerwca do sierpnia oddychałam najpłycej, jak tylko się dało, a w latach osiemdziesiątych, kiedy płaski brzuch stał się krzykiem mody, nauczyłam się całkiem wstrzymywać oddech. To cud, że nie odbiło się to na moim zdrowiu. Z popularnych czasopism dla pań wiedziałam dokładnie, jak najlepiej maskować fałdki. W pozycji leżącej jest tylko jedna możliwość: kładziemy się na plecach z lekko zgiętymi nogami, które dzięki temu prezentują się smuklej. Tylko długie, tyczkowate modelki mogą siedzieć, jak dusza zapragnie – nawet po turecku. Za to zwykle nie zdejmują koszulek, którymi maskują brak biustu. Ostatnio w tej kwestii trochę wyluzowałam – ale nie całkiem, bo wciąż łapię się na tym, że siadam na skraju krzesła (dzięki temu uda wyglądają na chudsze). Z biegiem lat przywykłam do tego i robię to zupełnie bezwiednie – jak ludzie z popsutymi zębami, którzy odruchowo uśmiechają się, nie otwierając ust. Wiem, że w tym życiu nie mam szans na plażową figurę, lecz mimo to męczy mnie nieustanne poczucie, że muszę nad nią pracować. Jak wyrzut sumienia leżą w mojej szafie te przeklęte, o numer za ciasne dżinsy. Gdyby mogły, uniosłyby 34
ze zdziwieniem brwi, ilekroć staję przed nimi w samych majtkach. A przecież, i to jest w tym wszystkim niepojęte, najbardziej podobają mi się kobiety pewne siebie – mimo wielkiego nosa, nieładu na głowie, szerokich bioder czy oponki na brzuchu. Być może (albo najpewniej) winę za ten stan rzeczy ponosi ów stereotyp, który zauważyło moje Dziecko: „Pani goła, pan mówi”. Tak czy siak, najwyższa pora zadać sobie pytanie: Czy masz plażową figurę albo przynajmniej coś, co ją przypomina?
Tak
Nie całkiem
Czy jesteś gotowa trwale zmienić nawyki, tzn. mniej jeść i uprawiać sport, by osiągnąć wymarzoną figurę? Ale szczerze!
Tak
Hmmm, nie
Czy uważasz, że tylko szczupłe kobiety są piękne?
Tak
Pomiń ten rozdział
Skąd!
WTF?! 35
– Plażową figurę ma ten, kto idzie na plażę, to chyba logiczne – tłumaczę siedzącej za kierownicą Anne, która właśnie wiezie nas nad Jezioro Bodeńskie. Teorię trzeba przekuć w czyn, więc pod pozorem „pracy w terenie” wymykam się z biura i jedziemy z Anne się kąpać. Opowiadam jej o swoim nowym postanowieniu: „Pieprzyć figurę”. – Ej! – fukam na nią, gdy zerka ukradkiem na mój tyłek. Dojeżdżamy na miejsce, rozkładamy ręczniki na trawie i kiedy Anne ściąga przez głowę cieniutką sukienkę, znów ogarnia mnie bezgraniczna zazdrość: moja przyjaciółka ma długie, smukłe nogi, płaski brzuch i nieskalane tłuszczykiem biodra. Anne jest bowiem weganką, odżywia się wyłącznie produktami ekologicznymi i nie używa białego cukru, białej mąki, laktozy ani mrożonek – a miała też fazę, gdy próbowała się karmić wyłącznie światłem. W następnym życiu też będę miała takie nogi i będę nosić mini, obcisłe dżinsy i króciuteńkie szorty. – A ja w następnym życiu będę mieć imponujący dekolt – wzdycha Anne. Obie wzięłyśmy ze sobą bikini, lecz kiedy tylko wskakuję w swoje i staję w pełnej krasie na ręczniku, automatycznie wciągam brzuch. A gdybym mogła, wciągnęłabym też pośladki, uda i biodra. Świadomie wypuszczam powietrze, rozluźniam mięśnie i brzuch trafia tam, gdzie jego miejsce. 36
– Połóż się tak, jak leżysz, kiedy zasypiasz, to najwygodniejsza pozycja! – radzi mi Anne. Muszę przyznać, że brzmi to całkiem rozsądnie. – I co? Jak się czujesz? – pyta po chwili, gdy już się ułożyłam skulona na boku. – Pamiętasz zdjęcia wyrzuconych na brzeg waleni? – odpowiadam pytaniem. Bo w sumie tak właśnie się czuję. Nie jest mi wygodnie. Ani na brzuchu, ani na boku, a już na pewno nie wtedy, gdy siadam po turecku. Widzę tylko wałeczki i fałdki wciskające się między mnie i moją właściwą figurę i z wolna ogarnia mnie przygnębienie. – Dlaczego nie mogę przejść na weganizm i zrezyg nować z mrożonek i cukru? I z drugiej porcji deseru? Dlaczego nie znajdę sobie trenera personalnego, który zapędzi mój tyłek do ćwiczeń? I dlaczego, do diabła, po zjedzeniu jednej czekolady od razu rozpakowuję drugą? – Bo ją uwielbiasz! – słyszę nagle za plecami głos L. Stoi z ręcznikiem, Dzieckiem i Psem. L. też postanowił wziąć wolne, zabrał Dziecko z przedszkola, a nawet przywiózł ze sobą arbuza. Stoją więc i uśmiechają się do mnie – i w jednej chwili cała złość ze mnie uchodzi. Niosę Dziecko do wody, Pies patrzy na nas, merdając ogonem, a L. kroi zieloną, soczystą kulę w poręczne kawałki. Kiedy bawię się z Dzieckiem w wodnego potwora, w głowie błyska mi myśl, że nie mam najlepszej 37
figury, ale Dziecko piszczy z uciechy, więc ponura myśl ulatuje. A kiedy wychodzimy z wody i urządzamy wyścig do ręcznika, zapominam, że nie wyglądam jak rącza gazela. Śmieję się z całej duszy. Gdy siadam po turecku, by zjeść arbuza, wzdrygam się na momencik, ale kiedy tylko spoglądam na swoich bliskich, odzyskuję pewność siebie i jestem szczęśliwa. Ciekawe: w chwili, gdy wypełniają mnie miłość, bliskość, dobroć i śmiech, nie ma już miejsca na złe uczucia. Pomaga rzut oka na boki, bo... jak by to powiedzieć... nie leżę między klonami Jennifer Lopez i Bena Afflecka. Przeciwnie. A wśród przeciętnych Helg i Helmutów nie wyglądam aż tak okropnie. Nie spoglądam bez przerwy na swój brzuch, tylko na sok arbuzowy rozmazany na buzi Dziecka i w roziskrzone oczy, słuchając zabawnych historyjek z ostatniego wypadu Anne na szamański kurs samopoznania. Kiedy słońce robi się złotoczerwone, przytulam się do L. i razem patrzymy, jak Anne i Dziecko puszczają na wodzie kaczki. – Chciałbyś być wyższy, szczuplejszy i bardziej umięś niony? – pytam L., a on spogląda na mnie z ukosa. – Chciałabyś, żebym był wyższy, szczuplejszy i bardziej umięśniony? Dla żartu mierzę go wzrokiem od stóp do głów i stwierdzam, że nie. Nie chciałabym, żeby był inny. Chcę go takiego, jaki jest. 38
– W takim razie ja też nie chcę się zmieniać – mówi L.
Kiedy tego wieczora Dziecko leży wyczerpane w swoim łóżeczku, a ja opycham się drugim deserem (panna cotta z wiśniowym sosem!), czuję się szczęśliwa. To był cudowny dzień! No i po raz pierwszy opaliłam się nie tylko na brzuchu! Dlatego te upierdliwe dżinsy z głośnym „Olé!” lądują tam, gdzie ich miejsce. Może spotkają się z Kathrin i stertą czasopism kobiecych i zaczną sobie nawzajem czynić wyrzuty.
P I E P R Z YĆ M A K I JA Ż Uroda to naprawdę drażliwa sprawa. Do tej pory pamiętam pewien dzień, gdy jako dorastająca dziewczyna szwendałam się z matką po miejskim deptaku. Nagle matka stanęła pośrodku tłumu i spojrzała na mnie zdumiona – w to piękne przedpołudnie na ratyzbońskiej ulicy zauważyła, że spojrzenia mijających nas mężczyzn nie zatrzymują się na niej, tylko na mnie! Bum! Jakby ją ktoś walnął obuchem w głowę! Myślałam wtedy, że to odkrycie wprawi ją w przygnębienie, ale było na odwrót. Gdy otrząsnęła się z zaskoczenia, uśmiechnęła się i rzekła z ulgą: 39
– Jakby spadł ze mnie ogromny ciężar. Byłam wtedy nastolatką i zupełnie tego nie rozumiałam – cóż takiego cudownego jest w tym, że przedstawiciele płci przeciwnej nie zwracają na ciebie uwagi? Przecież to najważniejsza na świecie sprawa, coś, wokół czego wszystko się kręci! Wierzyłam też, że kiedy będę już tak stara jak matka, nauka na pewno znajdzie sposoby na to, by nie było widać mojego wieku. Jednak dziś po wnikliwym przestudiowaniu swojego odbicia w lustrze mogę was zapewnić: uczeni jeszcze do tego nie doszli. Za to ja zrozumiałam po latach, dlaczego moja matka wtedy się uśmiechnęła. Ciężar, który wtedy spadł jej z serca, nałożyła sobie sama. Ona również próbowała dorównać ideałowi, a to naprawdę cholernie trudne. I z czasem coraz trudniejsze. Dopiero gdy te wysiłki zakończyły się niepowodzeniem, była w stanie odpuścić i ze spokojnym „Mój czas minął” rozsiąść się wygodnie w fotelu. Mój czas co prawda się jeszcze nie skończył, ale pokusa, by się rozsiąść w fotelu, zamiast w poniedziałek o siódmej rano używać wszelkich możliwych środków, byle tylko wyglądać olśniewająco, jest naprawdę nie do odparcia. Robimy się na bóstwo dla innych. Zawsze. A twierdzenie, że cały ten teatr z eyelinerami, mascarami, pudrami i korektorami urządzamy dla siebie, może 40
być prawdziwe w tym sensie, że dopiero w tym bojowym rynsztunku czujemy się dość silne, by stawić czoło światu. To bez wątpienia cudowne uczucie, ale jego źródłem jest fakt, że zależy nam na opinii ekspedientki w piekarni, kolegów, współpasażerów w metrze, pań w stołówce, innych rodziców w przedszkolu i kasjerki w supermarkecie. Na opinii dotyczącej wyglądu, a nie kultury, słowności, zasobności portfela czy manier przy stole. Jeśli chcesz, możesz oczywiście rano odstawić się jak Olivia Jones. Ale jeśli na pytanie: „Nie zależy ci, co tatuś Benka pomyśli o twoich rzęsach?” odpowiadasz: „Mam to gdzieś”, możesz sobie darować poranną tapetę. W zamian możesz wypić dodatkową kawę albo dłużej postać pod gorącym prysznicem, nie kalecząc sobie w pośpiechu golarką łydek i nie zostawiając krwawych plam na łazienkowym bieżniku. A potem jeszcze klapniesz na sofie i zagrasz rundkę w Candy Crush! Yeah! Czy to nie brzmi wspaniale? Kiedy w następną niedzielę rano nieuczesana i nieumalowana, w spodniach do jogi i porozciąganym podkoszulku z workiem śmieci w ręku wychodzę z domu, czuję się jak Britney Spears w najbardziej szalonych latach. Brakuje tylko paparazzo na drzewie. Aby dało się mnie odróżnić od dżentelmenów pijących tanie wino z dyskontu, na wszelki wypadek założyłam elegancką apaszkę. 41
42
Robię się na bóstwo
Kłamiesz, prawda?
Kawa i Candy Crush
No widzisz!
No co ty! A kiedy zostajesz w domu, też się robisz na bóstwo? Czy może wolisz się napić kawy i pograć w Candy Crush?
Dla siebie!
Oni już cię ubóstwiają
Dla moich najbliższych!
Dla ekspedientki w piekarni, kolegów, współpasażerów w metrze, pań w stołówce, innych rodziców w przedszkolu i kasjerki w supermarkecie...
Dla kogo robisz się na bóstwo o siódmej rano?
W drodze do piekarni dokonuję wielkiego odkrycia: wbrew temu, czego się spodziewałam, nie czuję się ani odrobinę nieswojo czy mniej pewna siebie niż w pełnym makijażu. Przeciwnie: jestem jak owe wyluzowane, pewne siebie damy, których osobowość i sposób bycia sprawiają, że nie potrzebują mascary. Poprawka: jestem taką damą. I nie potrzebuję mas cary! „Patrzcie na mnie!”, krzyczę w duchu. Czuję się, jakbym miała trzy metry wzrostu. Tylko dlatego, że wyluzowałam! Prawie że zaczynam się już przechadzać po piekarni i lekko ugiętą w łokciu ręką niczym angielska królowa pozdrawiać obecnych, gdy przychodzi moja kolej – i pierwszy raz w życiu mam lepszy humor niż ekspedientka.
Jestem w euforycznym nastroju. W domu mimo braku tapety wszyscy mnie rozpoznają, więc wchodzę na wyższy poziom: idę tak do pracy. Często pracuję zdalnie, ale bywam też w agencji. Agencji reklamowej! Nie wiem, czy byłaś kiedyś w takim miejscu. Tu wszystko jest tak niesamowicie szykowne i ultranowoczesne, i cool. Są automaty do kawy, które kosztują tyle co mały samochód (i mają podobną moc), w toalecie leżą ręczniczki pachnące trawą cytrynową, a w każdym pomieszczeniu stoją misy z owocami i czekoladowymi batonikami. Jest bosko. Wszystko lśni chromem i szkłem. Słowa „Najważniejsze jest 43
niewidoczne dla oczu” z pewnością nie zostały wymyślone tutaj. I raczej nie dotyczą zatrudnionego tu personelu, który wyglądem stara się dopasować do otoczenia: wszyscy odpicowani, nowocześni i tak bardzo cool, jak tylko się da. Właściwie wszystko, co wielkomiejscy hipsterzy mają przed sobą, na sobie albo ze sobą – okulary w rogowej oprawie, brody, podgolone włosy, okropne dziergane czapki na męskich głowach i cała reszta, na której widok myślisz sobie: „Naprawdę?” – ma swój początek w agencjach reklamy. I właśnie tam wejdę „sauté”. Można by pomyśleć, że mam szczęście, bo „nude look” (czytaj: naturalność) jest akurat na topie. – Chcesz iść tam nago? – spytał poprzedniego wieczora L., szalenie ubawiony swoim dowcipem. – Ha, ha! – Uszczypnęłam go w bok i wyjaśniłam, co znaczy to określenie. – Cóż, w takim razie dobrze się składa, bo nikt nie zauważy twojego eksperymentu. A rano szybciej zwolnisz łazienkę – ucieszył się mój TŻ. Niestety trzeba być ignorantem, by myśleć, że „nude look” oznacza brak makijażu. Aby tak wyglądać, trzeba najpierw pędzelkiem do make-upu nałożyć podkład (od nosa na boki, starannie omijając nasadę włosów). Potem wielkim pędzlem nakłada się transparentny, matowy puder (w tym wypadku okrężnymi ruchami). Naturalny kształt brwi podkreśla się, delikatnie nakładając zakrzywionym 44
pędzlem puder do brwi albo matowy cień do powiek, a następnie utrwalając całość żelem. Potem oczy: po nałożeniu bazy maluje się ruchomą część powieki jasnobrązowym cieniem, a zmarszczkę nakątną podkreśla ciemniejszym odcieniem brązu. Następnie płynnym ciemnobrązowym eyelinerem rysuje się delikatną kreskę wzdłuż górnych rzęs. Tym samym kolorem podkreśla się dolne rzęsy, tylko że tutaj używa się wyłącznie pędzelka i cienia do powiek. Później już tylko traktuje się lekko rzęsy przedłużającym albo zagęszczającym tuszem, do tego trochę korektora pod oczy, o ton jaśniejszego od podkładu, możliwie naturalny róż na kości policzkowe, a na koniec błyszczyk do ust albo matowa szminka. L. oniemiał. – Ż-żartujesz, prawda? – wyjąkał z nadzieją w głosie. Ale nie – to szczera prawda. A ja zamierzam zdefiniować „nude look” zupełnie na nowo – całkiem zrezygnować z makijażu. Zmienię tylko spodnie do jogi na dżinsy.
– Czyli idziesz na całość – stwierdził L. następnego ranka w garderobie, kiedy ostatni raz zerkałam w lustro. Spędziliśmy cudowny, spokojny poranek: zjadłam śniadanie, wytuliłam Dziecko, porozciągałam się przy otwartym oknie, ponuciłam pod nosem 45
i przeszłam dwa poziomy Candy Crush. Istny raj w porównaniu z rankami, gdy większość czasu spędzam w łazience, urządzam armagedon w szafie, a potem wlewam w siebie parę łyków kawy, jakbym gasiła pożar. W końcu L. z miseczką musli w ręku odprowadza mnie do drzwi. – Bądź twarda i nie patrz w lustro przed wyjściem. Cholera. L. ma rację. Powinnam mieć gdzieś, jak wyglądam. A tymczasem w mojej głowie już maluje się obraz: wyglądam na nim jak nieumalowana celebrytka, która idzie ulicami Los Angeles do siłowni, a mimo to wszyscy ją rozpoznają. W okularach przeciwsłonecznych, z włosami związanymi naprędce w koński ogon, z którego przypadkowo, a zarazem uroczo wysuwają się pojedyncze kosmyki. Nie! Nie miałam gdzieś, jak wyglądam! Zamieniłam tylko jeden ideał na inny! Okej. W takim razie wyjdę bez zerkania w lustro. – Ale powiedziałbyś mi, gdybym miała coś między zębami, prawda? Albo gdyby włosy sterczały mi jak antena? – Jasne! – uśmiecha się L., a ja się wściekam, bo nigdy nie wiem, kiedy blefuje. W drodze do agencji muszę uważać, by nie sprawdzać w szybach zaparkowanych samochodów, czy wszystko wygląda, jak trzeba. Nie jest to łatwe, bo wzrok automatycznie kieruje się na moje odbicie. 46
Wczoraj miałam ochotę witać wszystkich niczym królowa, ale dzisiaj zachowuję się zupełnie inaczej: przemykam ukradkiem. Schodami na górę i prosto do gabinetu. Co to za idiotyczna moda, że wszystkie ściany w agencji reklamowej są ze szkła?! – Cześć – rzucam do Evy Drösel i modlę się w duchu, żeby niczego nie zauważyła. – Jak ty wyglądasz? – słyszę w odpowiedzi i już wiem, że moje modlitwy nie zostały wysłuchane. – A co? Zawsze się muszę ubierać jak Barbie? – rzucam opryskliwie i demonstracyjnie podciągam nieco za luźne spodnie. – Skąd! – odpowiada Eva rozbawionym tonem. Czyżbym dostrzegła uśmiech? – Coś nie tak? No mówże! Uspokajam się i wtajemniczam ją w swój eksperyment pod tytułem „Pieprzyć makijaż!”. – No więc? Jest bardzo źle? – ponawiam pytanie. – Szczerze? – Szczerze. – Kiwam głową jak desperatka. – No to szczerze: w życiu nie wyglądałaś tak źle! – podsumowuje Eva. – Nawet po wigilii w 2012 – dodaje, a to już coś znaczy. Trzy sekundy później jestem w damskiej toalecie i z przykrością przyznaję jej rację. – O w mordę! – Patrzę z uznaniem na swoje odbicie, bo wyglądam naprawdę nieziemsko. Nie dość, że spodnie wiszą mi od połowy tyłka (i to bynajmniej 47
nie w luzackim stylu „patrzcie, założyłam ciuchy swojego chłopaka”, tylko jak u żula z butelką taniego wina), to jeszcze z głowy sterczy mi pionowa antena. Mam ochotę udusić L. – Pi-pi-pi-pi-pi – Eva ze śmiechem naśladuje dźwięk radiostacji, palcem kiwając moją anteną w lewo i w prawo. – Chodź, doprowadzimy cię do porządku – mówi w końcu i wyciąga paczkę chusteczek do makijażu, by zetrzeć mi z policzka pamiątkę pozostawioną przez Dziecko: rozmazany kakaowy ślad buziaka na pożegnanie. Kiedy moja nieoceniona koleżanka robi, co w jej mocy, ja popadam w zadumę: dlaczego w piekarni wszystko poszło jak z płatka, a w agencji skończyło się katastrofą? Dlaczego tutaj wstydzę się pokazać ludziom na oczy? Przecież to tylko ślad po dziecięcym cmoku! Czy reakcja kolegów z pracy jest dla mnie ważniejsza od tego, co sobie pomyśli ekspedientka w piekarni? Czy niedbale ubrana czuję się mniej kompetentna? Nie, to nie to. Chodzi o coś innego: tutaj wszyscy starają się wyglądać schludnie. To niepisane prawo, tak jak w operze: to, jak jesteśmy ubrani, nie ma żadnego wpływu na śpiew, muzykę, scenografię. Widzowie mogliby równie dobrze przyjść w dżinsach, kombinezonach roboczych lub szortach – spektakl byłby ten sam. A mimo to garnitur, suknia wieczorowa, makijaż, błyszczące buty, torebki i świecidełka 48
stanowią nieodłączną część tego wieczoru, prawda? Nie wpływają na sam spektakl, ale na jego przeżycie. Wszystko to – wraz z szampanem w foyer, kryształowymi żyrandolami i mnóstwem czerwonego aksamitu – wprowadza niepowtarzalny czar, atmosferę niczym w świątyni, co sprawia, że do sali operowej się wkracza, a nie włazi. Gdyby ktoś wbiegł tam w dżinsach, to tak jakby ukradł coś ludziom, którzy z przejęciem szykowali się na ten wieczór, wciskając się w suknie i układając kunsztowne fryzury. Tak jakby wyśmiał te ich zabiegi. A to nic przyjemnego. Owszem, agencja reklamowa to nie opera, ale tutaj też odbywa się swoisty spektakl, każdego dnia na nowo odgrywany przez pracowników. Więc kiedy wchodzę tu jak ostatnia fleja, czuję się jak złośliwy skrzat. Jak Grinch. Bo to nie wygląd powinnam pieprzyć, tylko przymus, terror cudzych oczekiwań! W przyszłym tygodniu mam zjazd absolwentów i odstawię się tak, że chłopakowi, w którym przed laty się nieszczęśliwie kochałam, opadnie szczęka. Ha! Mimo wszystko udało mi się zachować nowy poranny zwyczaj, choć kosztowało mnie to równe siedemdziesiąt pięć euro:
• Chanel Vitalumière Fluide, • Bobbi Brown Long-Wear Eye Pencil. 49
Moi dwaj nowi kumple nie są tani, ale potrafią zdziałać cuda, bo w ciągu niespełna pięciu minut zamieniam się w bóstwo. Jeśli tylko chcę. A czasem chcę, a co!
P I E P R Z YĆ P R AC Ę N A D S O B Ą Kiedy już dojdziemy do wniosku, że w tym życiu nigdy nie odzyskamy plażowej figury, od razu też zrozumiemy parę innych spraw. Ja na przykład prawdopodobnie nie tylko zawsze będę mieć oponkę na brzuchu, ale też nigdy nie zdołam zaprowadzić w swoim życiu porządku. Wciąż będę się spóźniać z zeznaniem podatkowym, wiecznie odkładać kupno prezentów na Gwiazdkę i – wszystko na to wskazuje – palić z Janą papierosy podczas zakrapianych alkoholem nocy. TAK, WIEM, ŻE TO SZKODZI ZDROWIU! Zawsze miałam długą listę niechlubnych cech i zachowań, które chciałabym zmienić. Ku wielkiemu ubolewaniu L. obejmowała ona również kilka jego cech i zachowań. Jedynie Pies i Dziecko były wyłączone z moich planów poprawiania świata – Pies ze względu na krnąbrność, a Dziecko, ponieważ w jego przypadku nazywa się to wychowaniem, o tym zaś piszę w innym miejscu. Zawsze byłam przekonana, że kiedyś w przyszłości, jeśli tylko się odpowiednio zawezmę, stanę 50
się taka, jaką chciałabym być. Będę regularnie chodzić na jogę albo pilates, kupować warzywa na targu, a biblioteczka w gabinecie przestanie wyglądać tak, jakby ktoś łopatą wrzucił do niej pół tony książek. Przed Bożym Narodzeniem będę zawsze w dobrym humorze, będziemy z Dzieckiem śpiewać kolędy i piec ciasta, sprawdzę na Pintereście, jak własnoręcznie zebranymi szyszkami ozdobić paczki z gwiazdkowymi upominkami. Kiedyś tak będzie. Mniej więcej wtedy, gdy wieczorami zaczniemy sobie z L. urządzać tak zwany quality time, podczas którego on będzie głośno opowiadał romantyczne historie, a ja będę się z zakłopotaniem uśmiechać, mówiąc: „Daj spokój, jesteśmy w restauracji, ktoś nas może usłyszeć”. Tak będzie. Bo tak powinno wyglądać moje życie. Ale zanim to nastąpi, staram się jakoś je ciągnąć. Tak naprawdę jestem jak nienasycona gąsienica: kiedyś zamienię się w pięknego motyla, ale na razie zjem jeszcze jedno ciastko, jabłuszko, bułeczkę...
To klasyczna pułapka: „Kiedy tylko – to”. Kiedy tylko będę (mieć) . . . . . . . . . . . . . . . . , to wtedy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ! W tej pułapce człowiek wciąż stawia sobie przed oczy osobę, którą mógłby być, gdyby tylko się odpowiednio wysilił, ale którą się nigdy 51
nie stanie, mimo że społeczeństwo, czasopisma kobiece i poradniki powtarzają jak zdarta płyta: „Jeśli się tylko naprawdę postarasz, możesz wszystko!” Tyle że to nieprawda. Rozejrzyjcie się: dokoła same gąsienice, żadnych motyli. Żyjemy jak gąsienice i zadręcza nas z tego powodu nieustanny wyrzut sumienia: znowu popołudnie zmarnowane w internecie, znów papieros, znów wyżerka na milion kalorii, znowu dzień bez przysiadów, a szyszki... no cóż. Może uda się jeszcze jakieś kupić. A potem znów nadchodzi Nowy Rok i podczas bilansu ostatnich dwunastu miesięcy gąsienicom nie pozostaje nic innego, jak się po prostu upić. Ma ktoś papierosa? Z drugiej strony zauważyłam, że kiedy się naprawdę zawezmę, by chociaż odrobinkę przybliżyć się do idealnego obrazu samej siebie, i z wiklinowym koszykiem na kierownicy pedałuję na targ, z reguły zaczyna padać, smycz Psa wplątuje się w szprychy, kosz spada i wszystkie te zdrowe produkty znikają pod zaparkowanym opodal kamperem. A nawet jeśli nie dochodzi do katastrofy, to i tak czuję się inaczej, niż sobie wyobrażałam. Mam wrażenie, jakbym to nie była ja. Doświadczyłam tego, 52
gdy realizowałam swój „Projekt »Szczęście«” i próbowałam się cieszyć „małymi rzeczami”: „...Kiedy o tym słyszę, od razu myślę o zdjęciu, które czasopisma dla pań dołączają do artykułów o sprawianiu sobie przyjemności: wanna, na niej świeczki i płatki róż, w środku kobieta z zaczesanymi w górę włosami z rozkoszą pławiąca się w pianie. A pod spodem nazwa produktu niezbędnego do takiej kąpieli, najczęściej jakiegoś olejku lawendowo-aloesowo-ziołowego, koniecznie eko! Natłuszczającego i głęboko relaksującego. Ponieważ jestem podatna na tego rodzaju sugestie, następnego dnia stoję w ślicznym sklepiku z najrozmaitszymi solami, kulami i buteleczkami pełnymi kolorowych płynów. Wybieram maseczkę na twarz i różany olejek do kąpieli, który zamieni mój cellulit w pupę niemowlaka, do tego dorzucam naturalną gąbkę morską. Kiedy w końcu wejdę do wanny, z gracją wycisnę ją sobie na kark. Po drodze kupuję płatki róż – ma być dokładnie tak, jak sobie to wymyśliłam. W niedzielny wieczór nadchodzi wreszcie ten moment: mam »randkę z samą sobą« – tak to określają eksperci od spa. Na półce, na której zwykle stoją szampony, kładę czasopismo, rozstawiam świece, rozrzucam płatki róż i napuszczam gorącej wody. Potem z upiętymi w górę włosami wchodzę do wanny, przez chwilę delektuję się kąpielą i zaczynam 53
wędrować gąbką wzdłuż ramion i nóg. Ale szybko mi się to nudzi. Sięgam po czasopismo i kartkuję je, mrużąc oczy, bo przecież świeczki nie dają tyle światła, ile potrzeba do czytania. Niezdarnie strącam łokciem jedną z nich na podłogę i kafelki są całe w wosku. Tyle dobrego, że nie wznieciłam pożaru. Z ulgą zanurzam się z powrotem w pianie. Czuję, jak spinka do włosów wbija mi się w potylicę, a części ciała, które wystają z ciepłej kąpieli, zaczynają natychmiast marznąć. Nie jest to przyjemne, więc ulegam pokusie i zanurzam rękę w wodzie. Mokra dłoń natychmiast rozmacza prawy brzeg czasopisma, tak że nie da się go kartkować. Woda stygnie. Stwierdzam, że ta impreza wcale nie jest tak znowu relaksująca, i strącam kilka zasuszonych płatków do wody. A potem robi się naprawdę ciekawie. Próbowałaś kiedyś wypłukać z włosów olejek do kąpieli? Możesz trzy razy myć je szamponem, a i tak wyglądasz, jakbyś wzięła udział w konkursie miss tłustego włosa. I go wygrała. Kiedy wyjdziesz z kąpieli i owiniesz głowę ręcznikiem, możesz od razu się zabrać do pracy i spróbować usunąć z wanny tłusty osad z tkwiącymi w nim włoskami, które zgoliłaś z nóg. I nie panikuj, widząc na całym ciele krwawe ślady – to tylko rozmoczone płatki róż. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu nie wyszłam z łazienki tak wkurzona, jak tego wieczoru”*. * A.
54
Reinwarth, Das Glücksprojekt, München 2015.
Mogę się wściekać do woli, ale nie jestem tą ślicznotką w pachnącej kąpieli. Ani nie pakuję starannie bożonarodzeniowych prezentów. Tak samo jak z odprężającą kąpielą mają się sprawy z poważniejszymi zmianami – kiedy chcę się stać bardziej przebojowa, pozytywnie nastawiona, ekstrawertyczna. Jednym słowem: inna. Na tym prag nieniu żeruje cała branża oferująca weekendowe kursy poświęcone każdej niechcianej przypadłości. Chcesz na przykład stać się fascynującą osobowością? Płacisz 239 euro i masz – wystarczy weekend i kilka „najskuteczniejszych metod”, gdyby kto pytał, jak to osiągniesz*. Byłaś kiedyś na takich warsztatach? Lub seminarium czy też turnusie? Albo na intensywnym kursie weekendowym? Czy gdziekolwiek, gdzie odbywa się rozwój osobowy? Ja byłam, i to na niejednym takim wyjeździe, zwykle zbierając materiały do pracy. Nie zawsze udawało mi się ukończyć zajęcia. Gdyby zliczyć wszystkie kursy, w których uczestniczyłam, można by pomyśleć, że już dawno powinnam kipieć pozytywnym myśleniem, być milionerką, umieć się komunikować i znać osobiście swojego Anioła Stróża. Niektóre z tych kursów nie dotyczyły moich problemów – na przykład ten o aniołach (Anne) czy * Zob.
np. http://www.personal-power-coaching.de/SeminarFaszinierendePersonlichkeit.php.
55
komunikacji (L.) – ale zawsze chętnie brałam w nich udział, bardziej z ciekawości aniżeli z potrzeby. Jeśli jednak zastanawiasz się, czy zapisać się na taki kurs, bo czujesz, że w duszy coś cię uwiera, powiem krótko: odpuść sobie! Spotkasz tam tylko potwornie smutnych ludzi i nasłuchasz się szlochów i łkania. Uczestnicy takich imprez w większości regularnie na nich bywają i są prawdziwymi ekspertami w swoich „dziedzinach”. Może się mylę, ale gdyby te warsztaty naprawdę pomagały, to ich stali bywalcy zamiast płakać, tańczyliby chyba salsę... Introwertyczka nawet po nie wiem jak intensywnym kursie nie zamieni się w ryczącą rockmankę, a kurs podrywu nie uczyni grubasa z działu IT pogromcą kobiecych serc. Sympatyczna szamanka, u której robiłam kiedyś kurs zatytułowany „Twoje wewnętrzne zwierzę” (byłam papugą, gdyby kogoś to interesowało), powiedziała, że niemal wszyscy uczestnicy charakteryzują się niską samooceną. Ale przecież z powodu niskiej samooceny cierpi w mniejszym lub większym stopniu większość ludzi. A właściwie wszyscy – może z wyjątkiem Donalda Trumpa i mojego przyjaciela Olego.
Niezależnie od tego, o jakiej słabości mówimy, prawdopodobnie nie zdołamy się od niej uwolnić. Nie staniemy się motylami. To nasze codzienne 56
zmaganie jest właśnie prawdziwym życiem. Niedoskonałe dni wypełnione niepewnością, zawalonymi biblioteczkami i nudnym seksem – to właśnie jest życie. I nie damy rady go zmienić. Es lo que hay – albo po naszemu: bierz, co dają – mówią w Hiszpanii, jakby życie było talerzem zupy, który kelner stawia przed nami na stole. Dlatego tym bardziej fascynują nas historie ludzi, którzy odmienili swój los i mimo strasznych ciosów nie dali się złamać. Te opowieści wlewają w nas odrobinę nadziei, że jeśli się naprawdę postaramy, wszystko jest możliwe. I być może z tego powodu wydaje nam się, że takie historie dodają otuchy. Niestety dowiedziono, że po każdym ciosie (lub wzlocie) ludzie w końcu po jakimś czasie wracają na swój „normalny poziom” i znów zadowalają się „tym, co dają”. Ta zasada obowiązuje w obie strony: w odniesieniu do wygranej w lotto i do wypadku samochodowego. Musisz w końcu zrozumieć, że to nieprawda: nie uda ci się zrealizować wszystkich planów, choćbyś nie wiem jak się zawzięła. Zresztą nie tylko tobie – nikt nie jest w stanie tego dokonać.
W meczu „You can get it if you really want” kontra „You can’t always get what you want” wynik brzmi 0 : 1 Istnieje cała masa spraw, na które nie mamy żadnego wpływu. Są straty, które zawsze będą boleć. Depresje bywają często chroniczne i nieuleczalne, 57
a niektórych ludzi zawsze ciągnie albo do stymulantów, albo do drani. Poza tym nie możemy zmienić naszych najbliższych ani tym bardziej szefa czy kolegów z pracy. Życie bywa czasem niesprawiedliwe – albo wręcz do dupy – i tego też nie zmienimy. Mogę sobie marzyć, że moja matka, szef albo ja sama będziemy . . . . . . . . . . . . . . – ale tak się nie stanie. Mimo to niektóre z tych niemożliwych do spełnienia pragnień stoją na samym szczycie życiowych celów. Może jeśli się bardziej postaram, głębiej pogrzebię w przeszłości, lepiej zrozumiem, dlaczego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ale to mrzonka. Muszę zrozumieć, że aby zmienić L. – i nie mam na myśli tego, by wkładał skarpetki do kosza z praniem, zamiast je rozrzucać dokoła łóżka, tworząc z nich magiczny krąg – musiałabym mu zoperować płat czołowy. A na to się nie odważę. Mówiąc poważnie: to nic nie da. Muszę zaakceptować to, że jestem, jaka jestem, i że moje możliwości są ograniczone. A to oznacza, że na moich gwiazdkowych prezentach nie znajdziesz szyszek, a ja sama – i to jest bardziej bolesna prawda – nigdy nie będę otwartą, ciekawą świata, wesołą i towarzyską osobą. Taką, jaką chciałabym być. Bardzo tego żałuję, ale na pytanie, co lubię robić w wolnym czasie, nie mogę odpowiedzieć:
58
Gram w tenisa, w weekendy czasem żegluję z przyjaciółmi, pomagam jako wolontariuszka w schronisku dla zwierząt, chodzę na kurs włoskiego (poziom 3), ale lubię też posiedzieć samotnie w swoim lofcie i poczytać wielkie dzieła światowej literatury; a potem spotykam się z tłumem przyjaciół na wegańskiej imprezie! Nie! Niestety muszę odpowiedzieć: W wolnym czasie lubię wskoczyć w luźne spodnie i posiedzieć w domu. Nie mam specjalnie ochoty poznawać nowych ludzi, bo ci, których znam, już dość mi działają na nerwy. W wakacje też nie lubię nigdzie wyjeżdżać, bo – jak wspomniałam – wolę workowate spodnie i własny kąt. Jestem, jaka jestem, i tego nie zmienię – a tym bardziej nie zmienię innych. Mogę za to przestać się stresować i zadręczać poczuciem winy, że jestem, jaka jestem, a nie jaka bym chciała być. Mogę sobie odpuścić sprawy, których nie zdołam zmienić, i skupić się na tym, co da się zrobić.
59