ZACZYTAJ SIĘ
Julie Kibler
„H Hissto toriria, ia, któóraa chhw wyt yta ta za za seerrce ce jużż od ju od pieerw rwsz sszzej ej strtron ony i nniie ppuusz szcczza aż a do sa same mego go koońńccaa”. ”. SA ARA AH JI JIO, auttoork au orkka „M „Mar arco coowy wych ołków łłkków w”
Opowieść o zakazanej miłości i nieprawdopodobnej przyjaźni ponad najgłębszymi podziałami.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 2
2013-03-01 12:26:53
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 3
Julie Kibler
Nasze szczęśliwe dni tłumaczenie Julia Gryszczuk-Wicijowska
2013-03-01 12:26:53
Tytuł oryginału Calling me Home Copyright © 2013 by Julie Kibler Copyright © for the translation by Julia Gryszczuk-Wicijowska 2013 Fotografia na pierwszej stronie okładki Jenn Huls/Shutterstock.com Opieka redakcyjna Aleksandra Kamińska Ewa Polańska Adiustacja Ewa Polańska Korekta Barbara Gąsiorowska Opracowanie typograficzne Daniel Malak Łamanie Piotr Poniedziałek ISBN 978-83-240-2356-1
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2013 Druk: Drukarnia Colonel, Kraków
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 4
2013-03-01 12:26:53
rozdział 
Isabelle, ď™„ď™Œď™†ď™Œ
N
ell wypuściła z lokówki pukiel skwierczących włosów i ułoşyła go w falę zakrywającą moje ucho. – Będzie panienka najładniejszą panną na przyjęciu – powiedziała, odwracając moją uwagę od prostej czarnej sukienki, którą miałam na sobie. Przyglądając się dziełu jej rąk, przechyliłam głowę, a potem potrząsnęłam nią, uwaşając, şeby nie zburzyć fryzury, której dopracowanie zajęło Nell ponad godzinę. Moje ciemne szorstkie włosy uparcie kręciły się na swój własny, zupełnie nieodpowiedni sposób. Obecnie układały się wokół mojej twarzy w karby niczym lamówka z kryształkami na abaşurze, lecz wkrótce zmierzwią się i zaczną przypominać słomianą strzechę. Muszę schować do kieszeni wstąşkę, şeby je później związać. Prychnęłam śmiechem. – Nell Prewitt, nie mam szans na bycie najładniejszą panną na przyjęciu, ale to miłe, şe tak się postarałaś.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 32
32
2013-03-01 12:26:54
Moją twarz nazywano inteligentną, a rysy wyrazistymi, jednak nigdy nie byłam uważana za ładną, nawet jako dziecko w lakierkach i krótkiej sukience. U progu swoich siedemnastych urodzin pogodziłam się z tym, iż na przyjęciach, gdzie chodziłam przymuszana przez rodziców, chłopcy wpatrywali się raczej w subtelniejsze dziewczęta w obramowaniu pasteli i falbanek. Niemniej nie zniosłabym, gdyby kiedykolwiek skojarzono mój wygląd lub charakter z czymś pastelowym. Byłam całkiem zadowolona, gdy nazywano mnie poważną – był to przymiotnik, którym najczęściej obdarzały mnie inne dziewczęta. „Och, Isabelle, dlaczego jesteś taka poważna?”, pytały, przygryzając usta i szczypiąc się w policzki. Zapatrzone w swoje lustrzane odbicia sprawdzały, jak trzymają się na ich buziach muśnięcia pudru i różu, na które wyraziły zgodę ich matki, albo zerkały przez ramię, aby upewnić się, że szwy ich pończoch biegną prosto w dół łydek. – W każdym razie – powiedziałam Nell – myślę, że powinnam zacząć sama układać sobie włosy. W dzisiejszych czasach kobiety są niezależne i same o siebie dbają. Nell uchyliła się, jakbym ją spoliczkowała. Zbyt późno uświadomiłam sobie, że swoim niedbałym stwierdzeniem sprawiłam jej przykrość. Przez lata pomagała mi się ubierać i szykować na przyjęcia oraz inne okazje – nie tylko jako służąca, ale również jako moja przyjaciółka. Rzecz jasna, nigdy nie chodziłyśmy na te same przyjęcia, niemniej przygotowania stały się naszym osobistym obrzędem przejścia. Choć byłyśmy ze sobą blisko – bardziej jak serdeczne przyjaciółki niż dziewczyna z uprzywilejowanej rodziny i pokojówka jej matki – Nell nie czuła się przy
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 33
33
2013-03-01 12:26:54
mnie na tyle swobodnie, by przyznać, iż uraziła ją łatwość, z jaką odstawiłabym ją na boczny tor. – Och, Nell, przepraszam. To nie z twojego powodu! – westchnęłam, łapiąc ją za rękaw, lecz nadal się nie odezwała. Odsunąwszy się nieznacznie, wróciła do pracy. Poczułam, iż między nami powstał dystans, którego do tej pory nie było. Bez względu na uczucie bliskości między nami i zwierzenia na temat mojego życia nie mogłam zdradzić Nell moich planów na ten wieczór. Wiadomo, że pojawię się na przyjęciu u Earline, lecz zamierzam powiedzieć pani domu, że jestem pilnie potrzebna mojej matce. A potem uciec. Nie mogłam już dłużej ścierpieć tych ugrzecznionych wieczorków, które organizowali dla nas rodzice po to, abyśmy zamknięci w złotej klatce, nie przysporzyli im kłopotów, nie ulegli pokusie olśniewających nocnych klubów w nieodległym Newporcie – albo nawet tych przyczajonych na obrzeżach naszego niewielkiego miasteczka. W dzieciństwie obserwowałam przygotowania mojej ciotki do wieczornych wyjść. Owijała swoje ciało w odważne sukienki do kolan, które luźno opływały jej biodra i ramiona. Przypominały suknie greckiej bogini ozdobione błyszczącymi dżetami albo cekinowymi ornamentami połyskującymi niczym pawie pióra. Jej towarzysze przychodzili po nią ubrani w ciemne dopasowane garnitury podkreślające ich szerokie ramiona. Moja matka stawała wtedy z boku, zaciskając usta i marszcząc brwi. Narzekała, iż zbyt swobodne zachowanie jej siostry przyczyni się do zguby nas wszystkich. W końcu jako rodzina jedynego w Shalerville lekarza mieliśmy ustaloną reputację. Ciotka Bertie miała
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 34
34
2013-03-01 12:26:54
jednak własne źródło dochodu i przypomniała kiedyś mojej matce, że nie pozostaje na utrzymaniu rodziny. Matka nie miała więc wyboru i musiała jej pozwolić na wyjścia o dowolnej porze. Czasami, gdy ciotka Bertie wracała późną nocą, zakradałam się do jej pokoju i prosiłam, żeby opowiedziała mi o miejscach, w których była. W ubraniu przesiąkniętym dymem papierosowym, z oddechem pachnącym czymś słodkim, ostrym i nieco niebezpiecznym, ciotka snuła swoje opowieści – teraz podejrzewam, że w dość okrojonych wersjach. Szeptem komentowała suknie innych kobiet, mężczyzn im towarzyszących, muzykę, tańce, zabawy, wystawne jedzenie i picie. Te przebłyski wystarczająco dobrze oddawały różnice między jej przygodami a nudnymi przyjęciami, na które w ponurych ubraniach chadzali moi rodzice. Po powrocie do domu byli jeszcze bardziej przygnębieni życiem, choć wspólne wyjścia z zasady miały na celu coś zgoła innego. W końcu moja matka przestała tolerować ten brak poszanowania dla domowych reguł i ciotka Bertie musiała się wyprowadzić. Zaledwie parę tygodni później jej podpity towarzysz skręcił w złą drogę i zjechał z urwistego cypla – oboje zginęli na miejscu. Choć moja zrozpaczona matka spędziła kolejne dni w łóżku, zszokowała mnie stwierdzeniem, że taka śmierć to kara za sposób, w jaki jej siostra się prowadziła. Rodzice nie wzięli nas na pogrzeb – przepłakałam go w samotności swojego pokoju. Potem ciotka Bertie nie pojawiała się już w naszych rozmowach. Nadal rozpaczliwie za nią tęsknię, dzisiaj zaś mam nadzieję doświadczyć paru rzeczy, o jakich mi szeptała. Na początku
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 35
35
2013-03-01 12:26:54
tygodnia zostałam posadzona w ławce z nową koleżanką. Trudie przeniosła się z Newportu, w Shalerville zamieszkała ze swoją babcią. Inne dziewczęta ubliżały jej albo ją ignorowały – w naszym mieście każda nowo przybyła osoba była podejrzana, zwłaszcza jeśli pochodziła z Newportu. Trudie nie przejmowała się tym zbytnio. Gdy spotykały ją afronty – jak zorganizowana akcja wykolegowania jej z kolejki na stołówce albo pozajmowanie miejsc w taki sposób, aby nie mogła zjeść przy stole – unosiła głowę, stwierdzając, że jej na tym nie zależy. Powiedziała mi, że matka zmusiła ją do przeprowadzki, by chronić ją przez zgubnym wpływem Newportu, który wymawiała jak „Newpert”, ściskając głoski jeszcze bardziej niż my wszyscy, tak że sylaby brzmiały niewyraźnie. Trudie nie była zachwycona zmianą otoczenia. Spytałam ją, jak wygląda życie w mieście. Rozbawiło ją to pytanie, ale także zaskoczyło, gdyż inne dziewczęta jej unikały. Następnego dnia po lekcji odciągnęła mnie na bok i powiedziała, że wybiera się do domu na weekend. Zaproponowała, bym w sobotę wieczorem spotkała się z nią w śródmieściu. Oprowadzi mnie po okolicy, a może nawet wślizgniemy się do nowego klubu nocnego, o którym donosili jej znajomi – schludnego lokaliku z dobrą muzyką i tańcami. Nieokreślone uczucie wykrzywiło moją twarz, kiedy rozważałam jej słowa. Nie znosiłam ograniczeń, jakim podlegało moje życie, i choć wiedziałam, że Newport nocą to nie miejsce dla mnie, propozycja wydała mi się kusząca. Rzecz jasna, moi rodzice nigdy by na nią nie przystali, więc musiałabym się wymknąć. Jednak po dotarciu na miejsce nie byłabym sama i dane by mi było poznać to, o czym do
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 36
36
2013-03-01 12:26:54
tej pory tylko słyszałam. Nikt inny spośród znanych mi osób nie odważyłby się tam pójść. Później podsłuchałam, jak moi starsi bracia plotkowali z kolegą na temat Rendezvous, nowo otwartego klubu przy ulicy Monmouth. Twierdzili, że jest szykowny i nadaje się na randki, ale narzekali, że nie dotrą tam w sobotę, bo obiecali swoim dziewczętom wyjście do kina. Ich pech oznaczał moją szansę. Uspokoiłam się nieco, słysząc, iż uznali Rendezvous za miejsce, do którego wypada zabierać dziewczęta. Przynajmniej niektóre. Następnego dnia w szkole powiedziałam Trudie, że z nią pójdę, choć ze strachu ściskało mnie w żołądku. Ustaliłyśmy, że spotkamy się w sobotę o dziewiętnastej trzydzieści przed restauracją Dixie Chili. Nell kończyła układać moje włosy, kiedy za oknem rozległ się dźwięk klaksonu. – Lepiej nie będzie. Może panienka już iść. I niech się bawi dobrze. Pod wpływem nagłego impulsu uścisnęłam ją. – Och, taki mam zamiar, Nell. Sama się przekonasz. Jutro ci o wszystkim opowiem. Oparła się o drzwi. Nie byłam w stanie stwierdzić, co oszołomiło ją bardziej – moja nagła czułość czy podekscytowanie wieczorkiem dla mojej klasy ze szkółki niedzielnej. Wiedziała, że nienawidzę tych przyjęć, od kiedy zorientowałam się, iż wszystkie wyglądają tak samo. Ci sami chłopcy i te same dziewczęta. Te same nudne zabawy. Marnotrawstwo czasu. – Panienko Isabelle? Zerknęłam przez ramię. – Niech panienka na siebie uważa.
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 37
37
2013-03-01 12:26:54
– Och, Nell. Cóż złego może mi się przytrafić? Zacisnęła usta, skrzyżowała ręce i ponownie oparła się o drzwi. Z zaskoczeniem spostrzegłam, iż w tym zachowaniu zdradzającym troskę do złudzenia przypomina swoją matkę. Mimo to wymachując rękami, zaczęłam zbiegać po schodach. Zwolniłam dopiero na spoczniku. Byłam pewna, że moja własna matka czeka przy drzwiach wejściowych, żeby wyrazić swoją opinię na temat mojej sukienki, fryzury i ogólnego nastawienia. – Słyszałam – powiedziała matka. – Damy nie biegają. A już na pewno nie po schodach. – Zastukała okularami w moje ramię. – Tak, proszę pani.– Zrobiłam unik i wyminęłam ją szybkim krokiem. – Dlaczego włożyłaś akurat tę sukienkę? Nie nadaje się na przyjęcie. – Zmarszczyła brwi. – Sama nie wiem – odparłam. Zza rogu wyszedł mój tata, zaczytany w gazecie. Okulary zsunęły mu się z nosa, więc poprawił je i spojrzał na mnie. – Witaj, robaczku. Wyglądasz olśniewająco. Baw się dobrze na wieczorku. Matka prychnęła z dezaprobatą. – Jonesowie zawiozą was w obie strony? Masz być w domu nie później niż dwudziesta trzecia trzydzieści. – Oczywiście, mamo. Zmienię się w żebraczkę, jeśli nie wrócę do domu przed północą. – Isabelle, zachowuj się. Wpatrywała się we mnie nadal, kiedy szłam chodnikiem. Podejrzewałam, że zanim zamknie drzwi, będzie mnie obserwować tak długo, aż samochód zniknie za horyzontem.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 38
38
2013-03-01 12:26:54
Zbyłam jej pytanie o sukienkę, ale nie mogłam uniknąć kolejnych. Sissy Jones, która siedziała z tyłu samochodu swojego ojca, wystawiła głowę przez okno. – Isabelle. Skarbie. Co ty masz na sobie? W tej starej szmatce wyglądasz, jakbyś się wybierała na pogrzeb. Miała rację – włożyłam tę prostą ciemną sukienkę na pogrzeb dziadka parę miesięcy wcześniej. Niemniej była to jedyna rzecz w mojej szafie, w której nie wyglądałam jak dziecko. Przeglądając sztuczną biżuterię do zabawy w przebieranki, którą przed laty dostałam od ciotki Bertie, natrafiłam na prawie niezniszczoną broszkę z koralików. Schowałam ją do torebki. Zamierzałam podrasować nieco swoją starą niewymyślną sukienkę, przypinając broszkę do kołnierzyka. Musiało mi to wystarczyć. W końcu nie każda kobieta bywająca w klubach Newportu wyglądała tak efektownie jak niegdyś moja ciotka. No i dobrze by było, żeby moja sukienka się nie wyróżniała. Spotkanie z Trudie miało przecież na celu wyłącznie sprawdzenie, jak wygląda świat za niewidzialnym murem wzniesionym przez matki z Shalerville, aby dzieci nie wymknęły im się spod kontroli. – Głuptas z tej Cory – odpowiedziałam Sissy. – Jakiś czas temu zabrała moje najładniejsze sukienki do odświeżenia i wyprasowania i do tej pory ich nie odniosła. Cóż mogłam zrobić? Zmyśliłam tę historyjkę, trzymając za plecami skrzyżowane palce. Gdyby matka Nell usłyszała moje słowa, na jej twarzy pojawiłby się wyraz o wiele większego zdziwienia niż ten dzisiejszy na twarzy Nell, kiedy zraniłam jej uczucia. Cora była mi matką częściej niż moja własna. To
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 39
39
2013-03-01 12:26:54
ona opatrywała mnie, kiedy upadłam i stłukłam kolano, a kiedy matka bez ostrzeżenia odtrącała mnie, sprawiając mi tym ból, Cora przytulała mnie to swojej miękkiej piersi pachnącej mydłem i krochmalem. Musiałam się jednak wytłumaczyć z tego niecodziennego stroju, a jeśli chodzi o Corę, to czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. – Dziękuję za podwiezienie, panie Jones. – Usadowiłam się na miejscu obok Sissy. – Nie będę potrzebowała transportu w drugą stronę. Muszę wyjść wcześniej. Sissy przechyliła głowę i przyglądała mi się krytycznie spod zmarszczonych brwi. – A niby jak zamierzasz wrócić do domu? – zapytała. Wszyscy wiedzieli, że matka nie pozwala mi chodzić wieczorami bez opieki. – No cóż, przyjdzie po mnie Nell ze swoim bratem. – Wyjdziesz przed zachodem słońca? Po co zawracałaś sobie głowę przyjęciem, skoro musisz je opuścić tak wcześnie? Czarnym nie wolno było przebywać na ulicach naszego miasteczka po zmroku, lecz nie sądziłam, że Sissy powiąże fakty tak szybko. Była jednak nie tylko przemądrzała, ale też całkiem bystra. Nigdy nie zostałyśmy przyjaciółkami, choć nasze matki czyniły o to starania, od kiedy zaczęłyśmy raczkować. Podobnie jak inne dziewczęta Sissy była skrajnie niemiła dla Trudie. Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie, jak zareagowałaby na wieść o moich rzeczywistych planach. – Mogę zostać najwyżej godzinę, ale nie sądzisz chyba, iż mogłabym przegapić przyjęcie u Earline? – spojrzałam na nią wyzywająco. Doskonale wiedziała, że nie znoszę tych spotkań, lecz nietrudno było też zauważyć, iż
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 40
40
2013-03-01 12:26:54
chętnie uciekam z domu w sobotni wieczór. – Wyjdę na długo przed zmrokiem. Prawdę mówiąc, dopisało mi szczęście. Miałam teraz pretekst, by zostać u Earline najkrócej, jak się dało. Przecież nie mogłam pozwolić, aby Nell i Roberta spotkały z mego powodu jakieś nieprzyjemności – albo coś gorszego – jeśli zostaliby przyłapani nocą w mieście. Powinni wyruszyć w drogę na długo, zanim ostatnie promienie słońca padną na to nudne miasteczko. Pan Jones wysadził nas przed domem Earline i musiałam ścierpieć tradycyjne poruszenie: uściski, piski i całuski w policzek od zebranych dziewcząt. Kilka z nich zmierzyło moją sukienkę takim samym podejrzliwym wzrokiem jak mama i Sissy, ale zignorowałam ich komentarze. Następnym razem wyciągnę nefrytową lufkę ciotki Bertie, którą teraz trzymałam w torebce razem z przemyconymi kosmetykami do makijażu. Wykradnę braciom papierosa, a potem poproszę jednego z tych pryszczatych chłopców na przyjęciu, żeby zapalił mojego camela, i zobaczę, jak zareagują dziewczyny. Siedziałam jak na szpilkach, aż wywiązałam się z towarzyskiego zobowiązania. Dokładnie po godzinie podziękowałam Earline i poszłam do kuchni, by znaleźć jej matkę. – Dziękuję za zaproszenie, pani Curry. Przyjęcie było bardzo udane, a mama przesyła pani pozdrowienia. – Już idziesz, złotko? – Tak, proszę pani. Mama szykuje na jutro wykwintny obiad dla rodziny i potrzebuje mojej pomocy. Powiedziałam jej półprawdę. Matka zaprosiła sympatie moich braci na nasz niedzielny obiad. Zamierzała nie iść
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 41
41
2013-03-01 12:26:54
do kościoła, żeby wszystko przygotować, a z panią Curry przeważnie rozmawiały tylko tam. Kiedy zobaczą się po raz kolejny, matka Earline zdąży już zapomnieć o moim wczesnym wyjściu. – Nie słyszałam samochodu – rzekła. – Nasza pomoc domowa i jej brat odprowadzą mnie do domu. Poczekam na nich przed domem. – Pani Curry z roztargnieniem uścisnęła moje ramię i wróciła do krojenia malutkich mdłych kanapek, które zdawały się być obowiązkową potrawą na tego typu przyjęciach. Wydaje mi się, że niektórzy z moich znajomych rzeczywiście w nich zasmakowali. – Uważaj na siebie, kochanie. Zobaczymy się jutro rano. – Dobranoc, pani Curry. Przechodząc na palcach głównym korytarzem, zajrzałam do pokoju z przodu domu, gdzie moi rówieśnicy okręcali się wkoło Freddy’ego, który miał za zadanie przypiąć ogon narysowanemu osiołkowi. Byliśmy zdecydowanie zbyt dorośli na takie zabawy, lecz dziewczęta nie chciały z niej rezygnować, bo nadzieja, że co przystojniejsi chłopcy będą chcieli przypiąć ogon osiołka do ich sukienek, nadal przyprawiała je o zawrót głowy. Biedny Freddy bez okularów był tak ślepy, że nie potrzebował opaski na oczy, bo i tak co chwila się potykał. Uwaga wszystkich była skupiona na nim i wśród śmiechów udało mi się prześlizgnąć do drzwi wejściowych. Wychodząc, nie domknęłam ich, gdyż trzask mógłby skłonić kogoś do wyjrzenia przez okno, a wtedy moja nieobecność zostałaby odkryta. Na ulicach Shalerville w stanie Kentucky, liczącego sobie tysiąc pięciuset mieszkańców – plus minus trzech – widok młodej
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 42
42
2013-03-01 12:26:54
damy pozostawionej bez opieki nie należał do rzadkości, lecz wszyscy w miasteczku wiedzieli, co moja matka o tym sądzi. Ale za mniej niż kilometr złapię autobus, który podwiezie mnie na nieodległą ulicę Monmouth. Teraz jednak nerwy odmówiły mi posłuszeństwa. Nawet w dziennym świetle Newport znacząco różnił się od czystszych, dostojniejszych ulic Shalerville. Przez całą dobę na chodnikach tłoczyli się ludzie zmierzający dokądś w pośpiechu, nasz kaznodzieja zaś grzmiał z ambony, że to miejsce skrywa jaskinie hazardu i świątynie nierządu. Wtedy przypomniałam sobie słowa moich braci. Mogli załatwiać jakieś ciemne interesy, gdy byli w towarzystwie kolegów, ale z pewnością nie zabieraliby tam swoich sympatii – miłych dziewcząt, które nie miały pojęcia, jakimi cymbałami Jack i Patrick potrafią być. Będę się trzymała blisko Trudie i jeśli w którymś momencie odwaga mnie opuści, odwrócę się na pięcie i stamtąd ucieknę.
Trudie pojawiła się przed klubem spóźniona piętnaście minut. Bez słowa wpatrywałam się w nią, gdy szła chodnikiem w moją stronę, stukając obcasami. Zupełnie nie przypominała tej nieładnej dziewczyny, z którą siedziałam w szkolnej ławce. Miała na sobie białą sukienkę z dużym dekoltem i nadrukiem w szmaragdowe romby. Obcisły krój, szminka – o wiele jaskrawsza niż ta, którą pomalowałam się w autobusie – i lakierowane czółenka na wysokim obcasie sprawiły, iż wyglądała na dużo starszą, niż była w rzeczywistości. Zresztą przyznała mi się w szkole,
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 43
43
2013-03-01 12:26:54
że uczniowie w naszej klasie są od niej w większości o rok młodsi, bo w szkole w Newporcie została na drugi rok. – Przyszłaś! – zapiszczała i porwała mnie w objęcia tak gwałtownie, iż omal nie straciłam równowagi. – Mamcia w życiu nie pozwoliłaby mi wyjść, gdybym jej nie powiedziała, że spotykam się z miłą dziewczyną z Shalerville. Właśnie na to liczyła, posyłając mnie tam... – Chodźmy już – rzekła, ciągnąc mnie za sobą, dopóki nie dotarłyśmy do Rendezvous. Zdziwił mnie jej pośpiech, bo założyłam, że przespacerujemy się trochę wzdłuż ulicy Monmouth, gdzie spełni swoją obietnicę i pokaże mi co ciekawsze miejsca. Pozwoliłam jednak zagonić się do środka. Wewnątrz Trudie zaczęła przedzierać się przez tłum w stronę baru. Musiałam biec, żeby zrównać się z jej długim krokiem – była ode mnie wyższa o jakieś piętnaście centymetrów. Gdy tylko zajęłyśmy wolne miejsca, jakiś młody mężczyzna zaoferował jej drinka. Wypiła go pospiesznie i dała się poprowadzić na parkiet. Przeprosiła mnie z wymuszoną uprzejmością: „Isabelle, złotko, nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli zatańczę?”, po czym zaczęła podrygiwać w ramionach tamtego mężczyzny. Z początku stałam przyciśnięta do ściany i bojąc się oddychać, patrzyłam na to wszystko z otwartymi ustami. Trudie była bardziej obyta w świecie, niż sądziłam – choć wiedziałam przecież, że przenosiny do Shalerville miały ustrzec ją od złych wpływów. Nie spodziewałam się jednak, iż porzuci mnie w ten sposób. Co miałam ze sobą zrobić? W tamtej chwili omal nie wyszłam z klubu. Zamiast tego przez prawie pół godziny podpierałam ściany, podczas gdy Trudie wirowała w tańcu. Rzucałam
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 44
44
2013-03-01 12:26:54
ukradkowe spojrzenia po sali i wystukiwałam stopą rytm, udając zaabsorbowanie swingiem wygrywanym przez trio muzyków zajmujących niewielką scenę na piętnastocentymetrowym podeście. Mężczyźni i kobiety zabawiali się rozmową albo tańczyli na owalnym parkiecie ogrodzonym mosiężną barierką. Inni jedli kolację przy małych stolikach ustawionych pod barierką albo przy ścianach lokalu. Wszyscy palili papierosy i pili drinki, ich śmiech zaś, muzyka i szczęk kieliszków zlewały się w melodię, którą wcześniej słyszałam wyłącznie na sali kinowej. Nigdy przedtem nie czułam się tak zagubiona. Na przyjęciach klasowych czułam się mniej lub bardziej na swoim miejscu, mimo że z mojego punktu widzenia nie przystawałam do reszty. W dodatku myliłam się co do czerni. Żałowałam, że nie ubrałam czegoś wzorzystego, bo choć moje kwieciste sukienki wyglądały dziecinnie, nie byłabym teraz smutnym gołąbkiem wśród stada rajskich ptaków. Sięgnęłam do torebki po lufkę ciotki Bertie. Jeśli przez chwilę poudaję, że palę, wówczas zacznę sprawiać wrażenie bardziej dojrzałej i kobiecej. Gdy tylko wyciągnęłam lufkę, przez zadymioną salę ruszył w moją stronę przystojny młodzieniec w granatowym garniturze. – Potrzebujesz ognia, laleczko? Spojrzałam na Trudie, która nadal tańczyła na parkiecie. Zdawała się świetnie bawić. W mgnieniu oka podjęłam decyzję. – Potrzebuję więcej niż ognia – odparłam. – Masz przy sobie papierosa? – Miałam nadzieję, że jeśli zniżę głos i ścieśnię głoski, zostanę odebrana jak ktoś obyty i pewny siebie.
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 45
45
2013-03-01 12:26:54
Wyczarował paczkę papierosów z kieszeni i włożył papierosa do lufk i ciotki Bertie. Pochyliłam się w jego stronę i włożywszy między wargi nefrytowy ustnik, zaczęłam naśladować to, co zaobserwowałam u innych. Kiedy mężczyzna przyłożył do drugiego końca zapaloną zapałkę, zaciągnęłam się. Nie spodziewałam się, że dym uderzy w moje gardło z tak wielką siłą. Wstrzymałam oddech, by nie zanieść się kaszlem. – Co pijesz? – zapytał mężczyzna. – Jeszcze nic. – To na co masz ochotę? Sięgnęłam pamięcią do filmów, które oglądałam z przyjaciółmi. Odtwórcy głównych ról i olśniewające gwiazdki kina stale trzymali w dłoniach drinki. – Na sidecar. – Już się robi. Pstryknął na przechodzącego kelnera. Nie minęła chwila, a trzymałam kieliszek czegoś, co było kwaśniejsze, a zarazem słodsze i pyszniejsze od jakiejkolwiek znanej mi rzeczy. Oczywiście, gdy minął szok wywołany pierwszym łykiem. Było mi teraz całkiem przyjemnie. Naprawdę przyjemnie. Szybko opróżniłam zawartość kieliszka. Może zbyt szybko? Nie miałam pojęcia. Jak za sprawą czarów w dłoni mojego dobroczyńcy pojawił się kolejny drink, który również przyjęłam. – Pierwszy raz jesteś tutaj? – zapytał. – Aż tak to widać? – Zanim zdążył odpowiedzieć, dodałam: – Słyszałam, że to klawy lokal. – Popiół na końcu mojego papierosa zwijał się i prostował niczym przypalany wąż. Widząc jego falowanie, pomyślałam, iż lada moment
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 46
46
2013-03-01 12:26:54
spadnie na podłogę. Przerażona odsunęłam go od siebie. Mój towarzysz wysunął z wnęki kryształowe naczynie. Strząsnęłam do niego popiół. – Dzięki. Uratował mi pan życie, panie... – Mów mi Louie. To skrót od Louisa. Tak mnie nazywają wszyscy znajomi. – Mrugnął do mnie. – Może zatańczymy? – Jasne, yyy, Louie. Wydawał się dżentelmenem. Jego garnitur był czysty i wykrochmalony, a on sam pomocny, jeśli chodziło o papierosy i drinki, nie mówiąc już o pochwyceniu zbiegłego popiołu. Zdusiłam żarzącą się końcówkę papierosa w naczyniu i włożyłam lufkę z powrotem do torebki. W tym czasie Louie sprzątnął mój drugi kieliszek razem z kilkoma innymi, które sam opróżnił. Poprowadził mnie na parkiet i przysunął do siebie na tyle blisko, że czułam się niekomfortowo. Trzymałam ręce sztywno, żeby zrobić między nami trochę miejsca na złapanie oddechu. Szumiało mi w głowie, a deseń parkietu wydał się nagle zbyt skomplikowany jak na moje możliwości poznawcze. Ostrość widzenia spróbowałam złapać na brodzie Louiego. Z końcem piosenki cofnęłam się i z ulgą stwierdziłam, iż Trudie zeszła z parkietu i przedzierała się ze swoim towarzyszem do baru. Musiałam pilnie udać się do toalety, lecz Louie złapał mnie za ramię i pociągnął w stronę tylnych drzwi. – Chodźmy zaczerpnąć świeżego powietrza, kotku. Duszno tu. Kiedy zacisnął palce na moim ramieniu, próbowałam strącić jego dłoń. Uśmiechnął się, lecz mnie nie puścił.
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 47
47
2013-03-01 12:26:54
– Ścisnąłem za mocno, co? Wybacz, ale strasznie tu gorąco. Muszę szybko wyjść na zewnątrz, bo nie ma czym oddychać. Poluzował uścisk, lecz uparcie popychał mnie w kierunku drzwi. Odwróciłam się, by sprawdzić, czy Trudie widzi, że wychodzimy. Gorączkowo pomachałam w jej stronę, ale stała blisko baru nieświadoma kłopotów, w jakich się znalazłam, i z nowym drinkiem w ręku, odrzuciwszy głowę do tyłu, śmiała się z czegoś, co mówił jej towarzysz. Louie wypchnął mnie na zewnątrz. Miałam nadzieję, że jeśli pogawędzimy przez chwilę, nie uzna mnie za niegrzeczną, gdy w poszukiwaniu damskiej toalety wymknę się z powrotem do Rendezvous. W zaułku oparliśmy się o ceglaną ścianę. Ściemniło się, od kiedy weszłam do klubu. Skisły smród odpadków sprawił, że zaczęłam patrzeć pod nogi z obawy przed czającymi się w półmroku szczurami. Stojący obok dwaj młodzi mężczyźni i kobieta śmiali się histerycznie z historyjki, jaką opowiedziało jedno z nich. Gdy ich śmiechy przebrzmiały, wrócili do środka. Louie zastukał paczką papierosów o moje ramię. – Chcesz jeszcze fajkę, laleczko? Zaraz, nie znam twojego imienia, choć ty poznałaś moje. To nie fair. – Isabelle. Chyba już pójdę. Muszę znaleźć toaletę. – Odwróciłam się, by podążyć śladem tamtej grupy. – Och, wcale że nie. Louie ponownie chwycił moje ramię i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Musiał jednak wyczuć mój niepokój, bo wyraz jego twarzy się zmienił. Już nie wydawał mi się przystojny. Jego rysy nie wyglądały jak wyrzeźbione, lecz jak grubo ciosane, a jego uśmiech stał się złowieszczy.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 48
48
2013-03-01 12:26:54
– Nie spiesz się tak. Chciałbym z tobą trochę porozmawiać. Isabelle, tak? Słodkie imię dla słodkiej panny. Spojrzałam przez ramię, modląc się w duchu, aby na zewnątrz pojawili się kolejni bywalcy klubu, lecz ciężkie drzwi niezmiennie ignorowały moje ciche błagania. – Louie, ja naprawdę muszę wrócić do środka. Moja koleżanka będzie się martwiła. I... i chyba zaraz zwymiotuję. – Przycisnęłam rękę do ust. Nie próbowałam się w ten sposób wymówić. Żołądek podszedł mi do gardła i naprawdę myślałam, że niedługo drink podąży za nim. Przedtem nie odczułam innych skutków działania alkoholu niż całkiem przyjemny szum w głowie, lecz kiedy poraził mnie zapach wody po goleniu Louiego zmieszany ze smrodem gnijących odpadków, okropnie mnie zemdliło. – Daj spokój, nic ci nie będzie. Chciałem tylko, żebyś mi coś dała. No wiesz, w zamian za papierosa i drinki. Małego całusa... – Przyciągnął mnie do siebie i przycisnął usta do moich warg. Jeśli wcześniej podejrzewałam, że mogę zwymiotować, to teraz byłam tego prawie pewna. Jego mięsiste oślinione wargi cuchnęły alkoholem i tytoniem, a gdy wepchnął mi język do ust, poobijał moje zęby swoimi. Zamknęłam usta i próbowałam go odepchnąć. – Co ty robisz? Przestań! Nie jestem taką dziewczyną. Nawet nie jestem pełnoletnia. Puść mnie! – Wszystkie dziewczyny, które przychodzą tu bez faceta, są właśnie takie, laleczko. Wiek nie ma znaczenia. Przestań się ze mną bawić w kotka i myszkę. Powoli tracę cierpliwość.
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 49
49
2013-03-01 12:26:54
Chwyciwszy mnie jeszcze mocniej, położył dłoń na mojej pupie, po czym kierując się do miejsc, których nie powinien był dotykać, przesunął palcami po cienkim jedwabiu mojej sukienki. Drugą ręką chwycił za moją pierś. Krzyknęłam, gdy ją ścisnął – zrobił to bardzo mocno. Broniąc się, zaczęłam go drapać gdzie popadło. – Zostaw mnie! Nie możesz... Zaśmiał się i kontynuował. Próbowałam wyszarpać się z jego uścisku, lecz pod wpływem alkoholu zrobiłam się powolna i niezdarna, zupełnie jak w koszmarnym śnie, w którym nie można się ruszyć. Klub znajdował się na końcu zaułka, lecz dostrzegłam moment, kiedy zza rogu od strony ulicy wyłoniła się jakaś postać. – Słyszał pan, co ta pani powiedziała. Proszę ją puścić. Zaskoczył mnie ten głos: dziwnie znajomy, niski, charakterystyczny. Próbowałam go komuś przypisać. Wytężyłam wzrok, by zobaczyć schowaną w cieniu twarz nadchodzącego mężczyzny. Louie odwrócił głowę i poluzował uścisk, tak że zdołałam się wyślizgnąć. Odeszłam od niego na miękkich nogach. Nadal wstrzymywałam oddech, żeby powstrzymać mdłości. Przy drzwiach zawahałam się: chyba powinnam uciec jak najdalej stąd i to tak szybko, jak się da. A już na pewno nie przejmować się Trudie, która zostawiła mnie samą, jak tylko znalazłyśmy się w środku. – Za kogo ty się uważasz, człowieku? To moja dziewczyna. Wy, czarnuchy, nie powinniście się wtrącać do nie swoich spraw. – Louie ruszył chwiejnym krokiem w stronę mężczyzny, którego wtedy rozpoznałam. Nie był żadnym mężczyzną, tylko chłopcem zbliżonym do mnie wiekiem.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 50
50
2013-03-01 12:26:54
– Robercie, to ty? – zapytałam. Brat Nell spojrzał przez ramię, dzięki czemu Louie zyskał okazję, by uderzyć go pięścią prosto w szczękę. Robert zatoczył się do tyłu i upadł na mnie, lecz szybko się podniósł i wyciągnąwszy przed siebie ręce, powiedział: – Nie chcę mieć kłopotów, proszę pana. Chcę tylko odprowadzić pannę Isabelle do domu. Jej tata jest bardzo szanowany w tych stronach. Pan również nie chciałby sprawić mu kłopotów. – Weź, zjeżdżaj stąd. Sama się o to prosiła. No i czemu miałbym posłuchać jakiegoś czarnucha? – Louie znów zacisnął pięści i obrzucił mnie szybkim spojrzeniem. Robert wzdrygnął się, słysząc wypowiedzianą mimochodem zniewagę, ale wyprostował ramiona. – To młoda dziewczyna, proszę pana. Taka nie ma pojęcia, co wyprawia. Nie mówiąc już o tym, że Doc McAllister nie będzie zadowolony, gdy usłyszy, że ktoś źle potraktował jego córkę. A co dopiero jej bracia... – Robert potrząsnął głową. Byłam pewna, że Louie nie ma pojęcia, kim jest mój ojciec, lecz słowa Roberta brzmiały przekonująco. A moi bracia rzeczywiście nie darowali nikomu, kto ich obraził. Możliwe, że w Newporcie mieli już ustaloną reputację. Louie rozluźnił mięśnie. – Doc McAllister... i jej bracia... powinni lepiej pilnować małej Isabelle, a nie pozwalać, żeby włóczyła się po nieodpowiednich dla siebie miejscach. Dziewczęta z Newportu znane są z tego, że w dzień chodzą do powszechnych szkół, a w nocy świadczą powszechne usługi. Na bibki w klubach przychodzą po zapłatę. – Splunął lśniącą grudką flegmy na czubek buta Roberta, a następnie potykając się,
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 51
51
2013-03-01 12:26:54
wrócił do lokalu. Dopiero teraz do mnie dotarło, iż musiał być pijany. Byłam zbyt niewinna, by się zorientować – albo zbyt oszołomiona własnym drinkiem. – Będę miał na ciebie oko – zawołał do Roberta. – Jeśli się na ciebie natknę, gorzko tego pożałujesz – powiedział i trzasnął drzwiami. Schowałam głowę między kolanami i rozpłakałam się, choć byłam pewna, że nikt już nie będzie dybał na moją cnotę – albo życie. – Ależ jestem głupia – rzekłam przez łzy. – Po co ja tu w ogóle przychodziłam... i zostałam... Powinnam była sobie pójść, gdy tylko Trudie mnie tu wciągnęła. Robert ściągnął swój kaszkiet i zaczął przekładać go w dłoniach. Najwyraźniej zgadzał się z moją samokrytyką, lecz było wiadomo, że nie przyzna tego na głos. Wyciągnęłam do niego rękę. – Proszę, pomóż mi wstać, Robercie. Perspektywa dotknięcia mojej dłoni musiała wprawić go w zakłopotanie, bo gniótł teraz swój kaszkiet tak, jakby chciał wyżąć z niego wodę. – Och, daj spokój. Nikogo tu nie ma. Pomóż mi! Pociągnął mnie do góry, a potem puścił moją rękę tak szybko, jakby była rozżarzona do czerwoności. Strzepnęłam spódnicę, aby pozbyć się pozostałości po niezliczonych walkach i napaściach po pijanemu, które prawdopodobnie wydarzyły się w tym miejscu. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam zawstydzona rozmiarem swojej głupoty. Sądziłam, że jestem już dorosła. Louie musiał rozpoznać we mnie niedoświadczoną dziewczynę bawiącą się w przebieranki i udającą, że wie, co robić z papierosem, drinkiem i mężczyzną. Wpadłam prosto w jego pułapkę.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 52
52
2013-03-01 12:26:54
– Panienko Isabelle, dlaczego panienka tu jest? Kim jest ta Trudie, co się z nią panienka spotkała? Robert niezdarnie przeskakiwał między wzorcami mowy, jakie przez całe swoje życie słyszałam u jego matki i Nell, a bardziej wyrafinowanym słownictwem, którego nauczył się na drugim brzegu rzeki Licking, w szkole średniej imienia Lincolna Granta w Covington. Z całej rodziny tylko on zaszedł tak daleko. Nell musiała zrezygnować z nauki w wieku dwunastu lat, żeby pracować dla mojej rodziny na cały etat, Cora zaś – najmądrzejsza osoba, jaką znam – nigdy nie chodziła do szkoły. – Mówiłam ci. Z własnej głupoty. Myślałam, że będę sprytna i znajdę sobie lepszą rozrywkę niż te żałosne przyjęcia, na które co sobotę wysyłają mnie rodzice. Moi bracia mają dobrą opinię o tym lokalu, więc sądziłam, że to niezły pomysł. Trudie jest moją koleżanką ze szkoły. – Prawie się udławiłam, wypowiadając słowo „koleżanka”. Rozzłościła mnie własna naiwność. – Zostawiła mnie samą, a sytuacja mnie przerosła. Robert parsknął. Pomyślałam o swoich braciach i rzeczywiście moja głupota była bezdyskusyjna. Jack i Patrick byli leniwi i potrafili zachowywać się ordynarnie. Mądrzej byłoby zignorować dziewięćdziesiąt procent tego, co mówili. Zastanawiałam się, czy słowa Louiego o dziewczętach z Newportu dotyczyły również Trudie. Jej matka miała jakiś powód, by zmusić ją do przeprowadzki – może ten sam, który on wymienił. Ciarki przeszły mi po plecach na myśl o mojej łatwowierności. – Będę musiał odprowadzić panienkę do domu. Nie mogę tu panienki zostawić zupełnie samej. Inaczej panienki tata złoiłby mi skórę.
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 53
53
2013-03-01 12:26:54
Wbiłam w niego wzrok. Ryzykował, stając w mojej obronie, lecz jeśli wejdzie do Shalerville po zmroku, narazi się na poważniejsze niebezpieczeństwo. – Och, nie, nie możesz. Jeśli ktoś cię zobaczy... – Nic mi nie będzie – odparł. – Może coś wymyślę, zanim tam dojdziemy. Lepiej, żebyśmy sobie stąd poszli, bo jeszcze ten idiota wróci po panienkę. Albo po mnie. – Pokręcił głową i wskazał na wylot zaułka. – Chodźmy, panienko Isabelle. Nie zwlekajmy dłużej. Zaczęłam iść obok niego, lecz kiedy wyszliśmy z zaułka na otwartą przestrzeń, został nieco w tyle. Zwolniłam, by ponownie zrównać z nim krok, ale nadal trzymał się za mną. W końcu, westchnąwszy z rezygnacją, przyjęłam przynależną mi pozycję wyćwiczoną przez lata praktyki. Uderzyła mnie ironia całej sytuacji. Moje wcześniejsze kłamstwo okazało się częściowo prawdą i oto Robert odprowadzał mnie do domu, choć Nell o tej porze leżała już pewnie w łóżku. – Jak mnie znalazłeś? – zapytałam. – Panienki mama wysłała mnie do Lemkego po jajka na niedzielny obiad. – Wyobraziłam sobie Danny’ego Lemkego spoglądającego z góry na Roberta. Rodzina Danny’ego przeprowadziła się do Stanów zaledwie kilka pokoleń temu, a mimo to Danny uważał się za kogoś lepszego od innych. – Zaniosłem je do panienki domu i chciałem wrócić do siebie, ale zobaczyłem, jak panienka zdecydowanym krokiem wychodzi z miasteczka. Pomyślałem sobie, że będą z tego kłopoty, więc poszedłem za panienką. Bałem się, że coś się może panience przytrafić. – Przeczucie cię nie zawiodło – westchnęłam.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 54
54
2013-03-01 12:26:54
– Czekałem za rogiem z nadzieją, że panienka niedługo stamtąd wyjdzie z tą swoją koleżanką i pójdzie do domu, ale potem usłyszałem, jak się panienka kłóci z tym gnojkiem. Gdy zajrzałem w zaułek, panienka próbowała się uwolnić. – Och, Robercie, bardzo się cieszę, że za mną poszedłeś. Aż boję się myśleć, jak to się mogło skończyć. – Westchnęłam, kręcąc głową nad kłopotliwym położeniem, w które sama nas wpędziłam. – Już nic panience nie grozi. Ale co powie panienki mama, jeśli pojawimy się w domu razem? I to w nocy? Na pewno oboje wpadniemy w tarapaty. Lepiej módlmy się, żeby nie natknąć się na panicza Jacka i panicza Patricka. Ten cały Louie poradziłby sobie z nimi znacznie lepiej niż ja. – Nie ma mowy, żebym pozwoliła ci się odprowadzić pod sam dom. Miał rację. Gdyby Jack i Patrick zobaczyli mnie z Robertem, otworzyłyby się wrota piekieł. Stale ględzili o honorze, o chronieniu białych kobiet, mimo że sami traktowali je jak zabawki i zrywali z nimi, gdy tylko się znudzili. – Zobaczymy. Wiedziałam, że nie będzie się ze mną kłócił – przynajmniej nie otwarcie. Podejrzewałam jednak, iż będzie uparcie trwał w swoim postanowieniu, by odstawić mnie pod sam próg. Czekaliśmy na przystanku autobusowym w milczeniu, ale gdy w pobliżu robiło się pusto, przerywaliśmy je od czasu do czasu niezdarnymi próbami nawiązania rozmowy. O tej porze ludzie przeważnie usiłowali dostać się do miasta, a nie z niego wyjechać– nadal było wystarczająco
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 55
55
2013-03-01 12:26:54
wcześnie, by spędzić sobotni wieczór w Newporcie. Na przystanku w kierunku Shalerville poza nami nie stał nikt. Robert był nieuchwytnym, lecz stałym punktem w moim życiu, jako syn kobiety, która się mną opiekowała, i brat Nell, która towarzyszyła mi w dziecięcych zabawach, dopóki nie zaczęła pracować dla mojej rodziny. Gdy nasze dzieciństwo dobiegło końca, Robert nierzadko biegał za sprawunkami dla mojej matki, pomagał mojemu ojcu w drobnych domowych naprawach lub też wpadał na chwilę, żeby zjeść w kuchni z Corą i Nell, gdy danego dnia nie szedł do szkoły. Był dla mnie po prostu chłopcem mniej lub bardziej nieistotnym. Wiedziałam, że jest cierpliwy i uprzejmy. Nawet gdy byliśmy mali i Nell wzgardziła jego propozycją przyłączenia się do naszej zabawy w ogrodzie, dobrodusznie wzruszył ramionami i wrócił do własnych, cichych rozrywek. Jedną z nich było wymyślanie nowych światów: rysował na ziemi granice krain, a potem zaludniał je kamykami i gałązkami. Wiedziałam, że jest odpowiedzialny i szanuje starszych. Wykonywał polecenia swojej matki bez narzekań, swoje obowiązki zaś wypełniał niemalże bezbłędnie. Wiedziałam, że jest inteligentny. Czasami towarzyszyłam mu na lekcjach matematyki albo przyrody, które mój tata przeprowadzał dla nas przy swoim biurku w gabinecie przy głównej ulicy Shalerville sfrustrowany niedbalstwem moich braci w odrabianiu zadań domowych i ich niechęcią do poprawiania przeciętnych stopni w szkole. Mimo swej obojętności zdawałam sobie sprawę, iż Robert jest kimś wyjątkowym. Otaczała go jakaś aura, dzięki której wyróżniał się nie tylko spośród kilku znanych
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 56
56
2013-03-01 12:26:54
mi czarnoskórych chłopców, lecz również spośród tych białych. Patrzył z intensywnością zupełnie nieprzystającą do jego opanowanej natury. U innych młodzieńców za głębokim spokojem kryła się prostota umysłu, lecz nie u niego. Mimo to nigdy nie zastanawiały mnie jego marzenia i życiowe cele. Zaczęły właśnie tamtej nocy. Chciałam poznać każdy szczegół, lecz zanim zdążyłam spytać, przyjechał autobus. Pisk hamulców zagłuszył naszą rozmowę. Usiadłam samotnie z przodu pojazdu, ścierając z twarzy róż i kredkę do oczu, które teraz wydawały mi się bardzo dziecinne, chusteczką mokrą od moich łez. Robert zajął miejsce z tyłu i obserwował mnie stamtąd niczym sokół pilnujący gniazda. Wysiedliśmy osobnymi drzwiami przystanek przed Shalerville i znów zaczęliśmy iść. Kierowca zawahał się przed odjazdem i spojrzał na mnie zaniepokojony, gdy oprócz mnie z autobusu wysiadł tylko Robert, lecz uśmiechnęłam się do niego uspokajająco. Dopiero wtedy dodał gazu. Mogłam dojechać autobusem aż do Shalerville, ale, rzecz jasna, obecność Roberta zmieniała wszystko – w mieście kierowca nie pozwoliłby mu wysiąść. Szliśmy do domu doliną między rzeką Licking i urwiskiem, skąd widać było pracujące całą dobę huty żelaza w South Newport. Z tej wysokości jaskrawe światła, buchający dym i rytmiczny hałas maszyn zdawały się niezależne od woli człowieka. Od lat nie oglądałam tej niesamowitej, a w nocy prawie nierealnej fasady z tak bliska. Do tej pory chciałam jak najszybciej wrócić do domu, lecz teraz zawahałam się. Stare pragnienie zostało zastąpione
ibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 57
57
2013-03-01 12:26:54
przez nowe – by przedłużyć tę chwilę. Robert zdawał się być w podobnym nastroju, więc razem zaczęliśmy się wpatrywać w ten odległy, obcy świat. Rozmowa wydała nam się teraz czymś zupełnie nieistotnym. Na skraju miasta zwolniłam jeszcze bardziej. Akurat to widywałam przez całe życie – za każdym razem gdy wjeżdżaliśmy do miasta bądź je opuszczaliśmy. Było to coś w rodzaju tapety nieróżniącej się zbytnio od drzew rosnących po obu stronach drogi, lecz dziś na ten widok ogarnęło mnie uczucie wstydu. Robert uratował mnie przed czymś, co ledwo byłam w stanie sobie wyobrazić, lecz nie mógł odprowadzić mnie do domu z powodu zakazu, którego słuszności nigdy wcześniej nie podważyłam. Przeczytałam napis, jakbym robiła to po raz pierwszy w życiu: „CZARNUCHU, NIE POZWÓL, ABY TU, W SHALERVILLE, ZASTAŁA CIĘ NOC”.
Kibler_Nasze_szczesliwe_dni.indd 58
2013-03-01 12:26:54
Idealna powieść dla fanów Służących Kathryn Stockett i Pamiętnika Nicholasa Sparksa Kiedy Isabelle miała siedemnaście lat, zakochała się wbrew rodzinie, rozsądkowi i panującym zwyczajom. W latach 30. XX wieku taki związek był nie tylko zakazany, ale i niebezpieczny. Isabelle jednak nie mogła się powstrzymać. Robert był miłością jej życia. Teraz, po latach, Isabelle musi powrócić w rodzinne strony. W podróży towarzyszy jej fryzjerka Dorrie. W miarę jak kobiety coraz bardziej się zaprzyjaźniają, Isabelle wyjawia tajemnice ze swojej młodości...
Cena detal. 14,90 zł