Skip to main content

Dziewczyna o czterech palcach

Page 1

Opracowanie graficzne Michał Pawłowski www.kreskaikropka.pl Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Redakcja Karolina Macios Adiustacja Urszula Horecka Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Onderka Łamanie Dariusz Ziach Copyright © by Marek Krajewski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5816-7 (oprawa twarda) ISBN 978-83-240-5815-0 (oprawa broszurowa)

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


Lwów, 22 września 1939

W spojrzeniach mieszkańców upokorzonego miasta błys­kały strach, pogarda i nienawiść. Z tych uczuć doskonale zdawał sobie sprawę major Głównego Zarządu Ochro­ny Pogranicznej i Wewnętrznej NKWD Fiodor Malenkow. Siedział rozparty wygodnie w samochodzie GAZ, jadą­cym powoli pomiędzy grupkami czerwonoarmistów, i przyglądał się wyboistej ulicy Łyczakowskiej zabudowanej na tym odcinku brzydkimi, małymi domami o ścianach pokrytych łuszczącym się tynkiem. Natomiast jego kierowca Siemion Wołkow wytrzeszczał oczy w takim zdumieniu i zachwycie, jakby się znalazł na Polach Elizejskich w Paryżu. Malenkow wcale mu się nie dziwił. Wiedział doskonale, że temu analfabecie i wieśniakowi, który do niedawna rozrzucał kartofle po świńskich korytach w kołchozie pod Pierwomajskiem w obwodzie mikołajowskim, to nowe miasto Kraju Rad jawi się jako perła kuszącego i nieznanego świata. Świata, który w dodatku rozkłada przed nami nogi – pomyślał z satysfakcją Malenkow, widząc ogromną bramę powitalną, sporządzoną ze świerków najpewniej wyciętych gdzieś w pobliskim parku. – Jak ladacznica, która prosi, by ją brać i brać… Major zamyślił się nad tym porównaniem, po czym zapadł w lekką drzemkę w ciepłych promieniach wrześniowego słońca. Nie dane mu było długo pospać. Wołkow dotknął lekko ramienia swego szefa. Malenkow drgnął i natychmiast się rozbudził. Powędrował wzrokiem za palcem kierowcy i ujrzał 8|9


kilku wyrostków, którzy demonstracyjnie zatykali nosy i pry­ chali głośno. Enkawudzista machnął ręką lekceważąco. W głębi duszy wcale się nie dziwił tym polskim wyrostkom. Sam – jadąc pomiędzy piechurami zwycięskiej Armii Czerwonej – czuł niekiedy zatykający odór ich niemytych od dawna ciał. W ciągu tych kilku dni marszu przez bezbronne połacie Polski wschodniej dobrze był poznał woń, jaka się dobywała z tych wynędzniałych mężczyzn ociekających potem i nękanych przez biegunkę. Wiedział, że jedyną ich rozrywką jest wywołujący mdłości spirytus zatruty aluminium z manierek, a jedynymi środkami higienicznymi po wypróżnieniu – tylko trawa i liście. Nic zatem dziwnego, że bielizna, mundury i szynele żołnierskie pokryte były różnymi zaskorupiałymi wydzielinami, które budziły wstręt i odrazę w tych delikatnych obywatelach faszystowskiej Polski. Odwrócił się, wstał i patrzył przez chwilę na wojsko, które maszerowało za jego automobilem. Piechurzy z pierwszych szeregów wpatrywali się w ten pierwszy radziecki samo­chód osobowy i salutowali majorowi z udawanym entu­zjazmem. Bali się, że będzie szukał w ich oczach ukrytych burżuazyjnych uczuć, które niejednego już postawiły przed katem. Ale on tym razem bez żadnych złowrogich intencji przyglądał się ich uśmiechniętym, nierzadko skośnookim obliczom i niskim czołom, na które nasuwały się zbyt duże spiczaste czapki ozdobione czerwoną gwiazdą, zwane budionówkami. Z pewnym nawet rozczuleniem lustrował stopy tych niewysokich mężczyzn niekiedy mających brudne onuce za całe obuwie. W zamyśleniu patrzył


na ich karabiny wiszące na kradzionych po wioskach sznurkach do wieszania prania. Któryś z nich pomachał ręką do nielicznych mieszkańców Lwowa, stojących na chodnikach w ponurym milczeniu. Ludzie odpowiedzieli mu nieokreś­ lonym pomrukiem. Nikt mu nie odmachał, nikt się nie uśmiechnął do wyzwoliciela.  – Coś ci powiem, Siemion – odezwał się major. – Wiesz, co mówią ci Polacy o naszych czapkach wojskowych?  – Nie wiem, towarzyszu majorze.  – Śmieją się, że w tych sukiennych naszych szpicach wszy sobie urządzają partyjne spotkania… Siemion milczał. Czyżby major go prowokował? Wypróbowywał jego prawomyślność, jak to się czasami zdarzało? Zacisnął ze złością szczęki i spojrzał na swego szefa szczerymi, wielkimi wodnistoniebieskimi oczami. Nad jego czołem jeżył się zawadiacki czub przetłuszczonych włosów, który wystawał spod czapki.  – Niedługo nasze wszy przerzucą się na tę polską swołocz! – wrzasnął, przekrzykując ryk silnika. – I niech ich zeżrą doszczętnie, towarzyszu majorze!  – Co racja, to racja! – poparł go Malenkow. – Ty szczery człowiek sowiecki! Właśnie tak należy życzyć naszym wrogom! Niezmiernie lubił tego niepiśmiennego kołchoźnika od kilku dni zastępującego jego osobistego adiutanta i kierowcę, który zapadł na dyfteryt. Dla Wołkowa świat był areną tak całkowicie wypełnioną zmaganiami stalinow­ skie­go dobra z kapitalistyczną zarazą, że nie było już w nim miejsca na jakiekolwiek niuanse. Albo jesteś z nami, albo 10 | 11


przeciw nam! – tak bezgłośnie mówiły usta Siemiona, gdzie szczerby pomiędzy popsutymi zębami kierowcy były smutnym wspomnieniem wiejskiej zabawy, na której czterej bracia pewnej krasawicy pouczyli go, jak zgubne mogą być zbyt nachalne zaloty. Jego szef gwizdnął i uderzył się po udach zdeformowanymi i pokrytymi bliznami dłońmi. Tak zawsze okazywał uciechę. Kierowca wiedział, jaki będzie dalszy ciąg tej wesołości – zaraz nastąpi jedno z kazań, w których szef będzie mu tłumaczył zawiłości tego świata. Owszem, Malenkowa bardzo bawiło edukowanie filozoficzne Siemiona, które zresztą było rzucaniem grochem o ścianę. Choćby nauczyciel dwoił się i troił, jego słowa nie robiły na uczniu większego wrażenia. Były zatem wyłącznie retoryczną zabawą i rozrywką – dla jednego i dla drugiego. Kiedy szofer był proszony o komentarz do słów wykładu, natychmiast opowiadał jakieś historie z rodzinnej wsi, których wspominanie bardzo go bawiło i które – jak sądził – odnoszą się w sam raz do wywodów szefa; kiedy zaś pouczanie się kończyło, niezmiennie wznosił oczy ku niebu i świstał przez wybrakowane uzębienie:  – To wszystko bardzo mądre, towarzyszu majorze, i dziękuję, że towarzysz major mnie tu oświecił, ale ja wiem jedno: trzeba kochać bat’kę Stalina i o nic się nie martwić. Wtedy Malenkow wybuchał śmiechem i klepał Siemiona po ramieniu. W czasie tych rozmów wchodził do prostolinijnego świata swego szofera, gdzie wszystko było oczywiste i niewątpliwe. Dlatego tak właśnie lubił to swoje proletariackie ewangelizowanie – mógł choć na chwilę


odetchnąć od subtelnych intryg i prowokacji, jakimi zajmował się na co dzień, szukając w szeregach wojska zdrajców i przyszłych dezerterów. Mógł też odpocząć od dławiącego strachu, który go przepełniał od lat dwóch, kiedy to w więzieniu na Łubiance wyrwano mu wszystkie paznokcie i zmiażdżono palce. Wspomnienie Łubianki wywołało lawinę smutnych refleksji. Zagłębił się w nich i nie od razu rozpoczął uświadamianie Siemiona. Milczał i przesuwał pustym wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Ulica Łyczakowska na tym odcinku była już inna. Małe kamienice ustąpiły miejsca dużym secesyjnym gmachom. Po lewej ręce przesuwał się dobrze mu znany szpital wojskowy, gdzie on sam leczył swe rany postrzałowe równo ćwierć wieku wcześniej, kiedy rosyjska armia – wówczas zbrojne ramię cara – po raz pierwszy w his­torii zajęła Lwów.  – Niech pan spojrzy, towarzyszu majorze – powiedział Siemion i wskazał na warsztat szewski, z którego witryny zwisała czerwona flaga. – Temu to nie śmierdzimy… Pod szyldem „Szewc N. Wajswasser” stał niewysoki, ubrany na czarno mężczyzna. Otoczony małymi dziećmi, salutował do okrągłej atłasowej czapki z daszkiem. Miał łzy radości w oczach. Czerwona płachta, zwisająca z witryny wypełnionej butami, była bardzo wąska i nawet z tej odleg­ łości widać było, że z jej dłuższego boku sterczą strzępki białego materiału. Była to najpewniej polska flaga biało-czerwona, którą rozdarto wzdłuż, wystawiając na widok jej słuszną połowę ozdobioną sierpem i młotem wyciętymi z żółtej bibuły. 12 | 13


– Tak, tak, polscy faszyści… – Major prychnął śmiechem, patrząc na szewca Wajswassera. – Chcieliście Polski bez Żydów, a będziecie mieli Żydów bez Polski! Zbliżali się już do końca ulicy. Malenkow uznał, że czas najwyższy podzielić się z podwładnym swoimi prze­ myśleniami.  – Coś ci powiem, Siemion – zaczął jak zwykle. – To dobrze, że za nami ciągnie się ten odór, a wiesz ty, dlaczego to dobrze?  – Nie wiem, towarzyszu majorze – odparł szofer i w swoim stylu natychmiast przystąpił do jednej ze swych kołchozowych opowieści. – Ale pamiętam, jak u nas śmierdziała jedna baba, co to jeść niby nam dawała… O, ta to dobra była! Wody się bała skubana…. A wie towarzysz major, że nie umyła się nawet, kiedy medal dostała… Medal za to, że jej świnia małe urodziła… Wie towarzysz major, dużo było tych małych: dwadzieścia prosiaków! Aż dwadzieścia!  – Nie sądzisz – Malenkow uśmiechnął się lekko – że ten medal raczej się świni należy niż babie? Siemion najpierw wytrzeszczył oczy, słysząc, jak szef naigrawa się z sowieckiej hodowli trzody chlewnej, a potem – ujrzawszy jego rozbawioną jak u małego urwisa minę – ryk­­nął śmiechem, niechcący naciskając przy tym klakson. Dwaj Polacy w sfatygowanych garniturach i bez krawatów, stojący przy krawężniku koło Starej Zbrojowni, wzdrygnęli się od tego dźwięku, który przeszył powietrze. Szybko się jednak opanowali i spojrzeli zuchwale w oczy Malenkowa, demonstracyjnie zaciskając palce na swych nozdrzach.


Nagle za nimi na chodnik wtargnęło kilkunastu robotników. Przepchali się przez tłum i stanęli tuż za tymi, którym przeszkadzała woń wyzwolicieli. Nad ich głowami rozwinął się transparent z napisem „Lwów sowiecki wita zwycięskich wojowników z Kraju Rad”. Łopotały czerwone flagi, a na tablicach, wysoko umocowanych na kijach, uśmiechały się szeroko portrety towarzysza Stalina i jego przybocznych – Kalinina, Woroszyłowa, Mołotowa i Chruszczowa. Jeden z demonstrantów, pijany i chwiejący się na nogach, ujrzał niebieską czapkę enkawudzisty i ryknął z zachwytu. Wtedy jeden z bezkrawatowców, jak ich nazwał w myślach Malenkow, plunął mu pod nogi. Major uznał, że nadszedł czas interwencji.  – Zatrzymaj się! – powiedział cicho do szofera. – Ale już! Wyszarpnął z kabury nagan i wyskoczył z gazika. Podbiegł do dwóch mężczyzn, którzy nie lubili zapachu ludzi sowieckich. Ci cofnęli się i odwrócili gwałtownie, aby uciec. Natrafili jednak na mur aktywistów, którzy odcięli im drogę.  – Na kolana, swołocz! – krzyknął Malenkow, przykładając jednemu z mężczyzn rewolwer do czoła. – Na kolana! Piechurzy maszerujący ulicą zatrzymali się. Szczęknęły zamki, kiedy przeładowywali karabiny. Mężczyzna z lufą przy czole stał zdezorientowany. Na jego nieogolonym policzku pojawiła się strużka potu. Z poszarpanej koszuli bez kołnierzyka wystawała brudna chuda szyja. To jakiś robotnik, będzie z niego jeszcze dobry proletariusz, ale najpierw musi poznać żelazną sowiecką pięść – pomyślał Malenkow. 14 | 15


Był spokojny i opanowany. Z łagodnym uśmiechem wymierzył mężczyźnie siarczysty policzek i rzekł po polsku:  – Na kolana, ja powiedział! Mężczyzna zachwiał się, ale nie posłuchał rozkazu. Wtedy major obniżył rewolwer i nacisnął cyngiel. Huk wstrząsnął ulicą, z płuc mężczyzny wydobył się syk – tak jak to się dzieje, gdy ktoś stara się powstrzymać okrzyk bólu. Dym na chwilę zasnuł enkawudzistę i jego ofiarę. Kiedy się rozwiał, mężczyzna leżał na chodniku. Nie powstrzymywał już odgłosów cierpienia. Jęczał i trzymał się za zgruchotaną piszczel, wokół której rozlewała się kałuża krwi. Malenkow nastąpił swoim nienagannie wypastowanym butem oficerskim na kapelusz mężczyzny i rozdeptał go powoli i dokładnie.  – Ty nie chciał na kolanach – krzyknął. – To teraz leży! Podszedł do drugiego mężczyzny i przyłożył mu nagan do brzucha.  – Na kolana, swołocz, jak kolega! Kapelusz z głów! Ten padł i zdjął kapelusz. Cały drżał ze strachu. Malenkow wyrwał mu z ręki nakrycie głowy i rozgniótł je obcasem – z takim wstrętem, jakby miażdżył karaczana. Potem wrócił powoli do gazika, stanął na stopniu. Jedną ręką trzymał się dachu, drugą podparł bok. Spojrzał na tłum i wrzasnął:  – Słuchać, chamy, co teraz mówię, słuchać! Wy już nie wąchacie, a? Już wam nic nie śmierdzi, a? Tłum zakołysał się w milczeniu. Proletariusze opuścili flagi i propagandowe tablice.  – Co ma to miasto na godle? Nu co? – krzyczał Malenkow potężnie. – „Lwów jest ci zawsze wierny, Polsko”.


Semper fidelis. Taki jest nadpis… Właśnie taki… Ja dumał, że ludzie z tego miasta, tak wiernego, będą się bić do upadłego, żeby obronić… Tak jak wy bronili przed Ukraińcami w wosiemnadcatom godu… Ale wasz kamandir, pan gienierał Langner, oddał nam Lwów bez jednego strzału! Ni adnawo! Skapitulował tchórz grzecznie i pokornie. Powiedział: „Wy dobrzy Słowianie, tak jak my!”. A lwowiany do siebie tak: „No tak, my bez szans, Armia Czerwona na proch by nas starła… Pan gienierał Langner, on mądry, on wiedział, że my bez szans. Poddajmy się braciom Słowianom, skazał”. Da, wy tak wy gawariły, moi kochany lwowiany, i od samawo utra siedzieli w oknach, stali na ulicach i żdali wielikich rycerzy Kremla, wielikich bojcow boga Stalina… I co, a? Riebiatu uwidieli, riebiatu! Obdartych i zmęczonych młodych chłopaków! Takim dietiam, wy się poddali, wy polskije pany! Smotritie na nich i wąchajcie ich odór! Ale to nawierno nie ich odór, ale wasz! Wy znajetie, szto tak śmierdzi? Wasze tchórzostwo! Gdybyście walczyli jak mężczyźni o to miasto, to ja pierwyj bym podszedł do takiego obrońcy i oddałbym mu cześć. A tak to ja mogu tolko naplewat’ na niego! Plunął w kierunku klęczącego mężczyzny. Ludzie spuścili oczy ku ziemi i słuchali w otępieniu tych słów bolesnej prawdy. Major mocno poczerwieniał na twarzy. Przez jego napuchnięte oblicze przelatywały jakby wibracje gniewu.  – Na kolana, chamy! – wrzasnął i wzniósł ku niebu zdeformowane dłonie. – Wszyscy na kolana przed nowym panem! Jeden z członków komitetu powitalnego – ten najbardziej pijany – ukląkł z błazeńskim uśmiechem tuż obok 16 | 17


dwóch upokorzonych współobywateli i uniósł ręce nad głowę, jakby się faktycznie poddawał. Malenkow natychmiast się uspokoił. Panował już nad sobą całkowicie.  – Ty maładiec – powiedział do klęczącego proletariusza. – A nad wami, riebiata… Spojrzał przed siebie. Ponad triumfalnymi flagami, ponad transparentem witającym wyzwolicieli i ponad portretami symbolicznych i nowych władców miasta. Spoglądał uważnie na ludzi tłoczących się pod Starą Zbrojownią. Lwowiacy odwracali się i odchodzili, nie patrząc na siebie. Niektórzy mieli łzy w oczach.  – A nad wami, riebiata… – powtórzył Malenkow. – To my jeszcze popracujem… Oj, popracujem… Siemion patrzył na swego pana w niemym podziwie. Właśnie otrzymał jedną z ważniejszych lekcji w życiu. A wieczorem zapomniał o niej i rzucił się w wir zabawy. Dwudziestego drugiego września trzydziestego dziewiątego roku polski Lwów po raz drugi w historii dostał się pod rosyjskie panowanie. Niektórzy mieszkańcy pragnęli tego z całego serca. Ciepła pogoda sprawiła, że w północnych dzielnicach miasta, zamieszkanych przez biedotę, do białego rana ciągnęły taneczne korowody, w których nie brakowało i sowieckich żołnierzy – rozradowani i pijani, rozrzucali po bramach wymiociny, a w zaułkach kawalerskie choroby. Zdrajcy lali w gardła wykwintne wódki smakowe rozgrabione w fabryce Baczewskiego, a komuniści siedzący u Brygidek, jak nazywano lwowskie więzienie, czekali na upragnioną wolność, przyniesioną im przez wojsko Kraju Rad.


Wśród nich był pewien stary sowiecki agent. Nie miał żadnych złudzeń co do tego, jaka czeka go przyszłość. Zbyt dużo wiedział na temat sowieckiego aparatu terroru i pewnej sprawy sprzed lat. Zdawał sobie sprawę, że major Fiodor Malenkow – o ile żyje – na pewno tu po niego przyjdzie. Kiedy następnego dnia po zajęciu Lwowa ten rzeczywiście wszedł do celi starego szpiega, więzień zachował pozory i wyciągnął rękę do wyzwoliciela i starego znajomego. Malenkow ucałował go serdecznie w usta – jak sowiecki żołnierz ukraińskiego chłopa na jednym z propagandowych plakatów. Obaj wiedzieli, że jest to pocałunek śmierci.

18 | 19


SPIS TREŚCI

Prolog 7 I 20 II 32 III 37 IV 47 V 63 VI 75 VII 79 VIII 86 IX 91 X 99 XI 103 XII 113 XIII 118 XIV 125 XV 138 XVI 145 XVII 158 XVIII 170 XIX 188 XX 200 XXI 215 XXII 226 XXIII 243 XXIV 248 XXV 255


XXVI 263 XXVII 271 XXVIII 277 XXIX 285 XXX 296 XXXI 307 XXXII 316 XXXIII 320 XXXIV 336 XXXV 341 XXXVI 350 XXXVII 364 XXXVIII 376 XXXIX 384 EPIlog 393 Posłowie 407


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Dziewczyna o czterech palcach by SIW Znak - Issuu