M ARE K K RAJ E WS K I
DEM ONOM ACHIA
Wydawnictwo Znak 2022 Fragment
Ktoś za nim biegł, słyszał jakieś podśpiewywania, uda wane jęki rozkoszy, lubieżne chichoty. Oglądał się, nikogo nie widział, było coraz ciemniej. Z Plant przeskoczył w ulicę Świętego Sebastiana i znalazł się na obrzeżach dzielnicy żydowskiej. Biegł pod domami, które – w myślach dokonał takiego porównania – są jak owe nierządnice: obdarzone reprezentacyjnymi fasadami, lecz z podwórek bucha smród, choroba i nędza. Przeszedł przez Planty Dietlowskie i znalazł się koło synagogi Kupa. Przy niej znajdowało się kilka izraelickich towarzystw do broczynnych. Pod jedną z tych instytucyj, którą napis anon sował jako przytułek dla ubogich, w słabym świetle gazowej latarni dostrzegł jakąś klęczącą osobę. Kiedy ją mijał, rzuciła mu się do nóg. Było zbyt późno na ucieczkę, zbyt późno na uniknięcie kontaktu z tym – jak Zborski sądził – żebrakiem. Uniósł pięść i od góry uderzył tego człowieka w głowę. Nie trafił, lecz on upadł na chodnik jak uderzony i wykręcił ku Stefanowi swą twarz. W żółtym, trupim poblasku gazowej latarni uczeń doj rzał jakby skórę opinającą oblicze. Jak gdyby ktoś ściśle ob wiązał twarz lnianym białym całunem. Zaciśnięte powieki 5
bez rzęs, usta bez warg, nos wciśnięty w głąb czaszki – tego wszystkiego można się było jedynie domyślić po wypukłoś ciach na materiale. Człowiek bez twarzy. Jak jego ojciec we śnie. Ktoś znów się zaśmiał w ciemności. – Ścigają mnie demony – szeptał Zborski, gdy zawrócił pędem na Planty Dietlowskie. – Ten człowiek bez twarzy. Tamta kobieta. Pożądliwa jak Lilith z wiersza Langbeina… Czyż słowo „Lilith” nie jest spokrewnione z „Lulaoth”? Zdyszany, zatrzymał się wreszcie i obejrzał za siebie. Nikt go nie gonił. I wtedy nieoczekiwanie pojął, komu z tego wszystkiego mógłby się zwierzyć. Kogo o to wszyst ko zapytać: o Abaddona, o Lulaotha i Lilith, z którą to de moniczną postacią zetknął się kilkakrotnie. Słyszał o niej od żydowskich kolegów, a raz profesor Ippoldt poświęcił jej dłuższy wywód przy okazji omawiania znanego wier sza Augusta Langbeina. Kogoś, kto mieszkał bardzo blis ko. Pod adresem Planty Dietlowskie 53. Kogoś, do kogo raz czy dwa przychodził wraz ze swoim młodszym o dwa lata sąsiadem gimnazjalistą Jakubem Feintuchem na lekcje hebrajskiego. Tak, owym specjalistą od Biblii i zapewne od całej literatury talmudycznej i kabalistycznej, która aż roiła się od demonów, był rabin Samuel Spitzer, wykładowca religii mojżeszowej w podgórskim gimnazjum. On będzie wiedział, kim są istoty noszące te imiona. „Czyż nie jest zbyt późno na odwiedziny?” – Mimo wszystko przyszło mu to do głowy, gdy znalazł się pod ładną dwupiętrową kamienicą, której parter o gładkich 6
ścianach otynkowanych na jasno wyraźnie kontrastował ze wznoszącą się nad nim fasadą z czerwonych cegieł. Wtedy w oddali rozległ się huk i rzęsisty deszcz najpierw zaszeleścił, a potem mocno zabębnił po liściach drzew. Jedynym miejscem, gdzie Stefan mógł się teraz schronić przed ulewą, była brama kamienicy, w której mieszkał Spitzer. Uznał to za znak. Po chwili, przepuszczony przez stróża, stanął oko w oko z pękatą służącą rabina. Wielka jak piec kobieta, trzymając w ręku jakiś długi ka wałek białego materiału, podejrzliwie patrzyła na Stefana wąskimi jak szparki oczyma. – Panie rabinie! – zawołała w głąb mieszkania. – Jakiś jungerman* do pana! Zborski przyglądał się przez chwilę przybitej do odrzwi mezuzie, czyli drewnianej skrzyneczce ze zwitkiem perga minu, na którym zapisano dwa fragmenty z Tory. Rabin Spitzer nie okazał najmniejszego zdziwienia wido kiem swego dawnego ucznia. Lubił go, choć ten nie robił nadzwyczajnych postępów w nauce, ponieważ – co wy trawny nauczyciel od razu zauważył – bardziej niż Księgą Rut interesował się siostrą swego kolegi. Wskazał mu drogę do salonu, gdzie obaj adepci hebraj szczyzny już kiedyś byli, gdy z jakichś względów prywatne lekcje nie mogły się odbyć w mieszkaniu Feintuchów. * Młodzieniec (jidysz).
7
Pomieszczenie, w którym się teraz znaleźli, było zwyk łym mieszczańskim salonem z pianinem, kwiatami i obra zami – a jego okno balkonowe wychodziło na ruchliwą ulicę i sieczone teraz deszczem Planty Dietlowskie. Docho dziła stamtąd świeża woń miasta, z którego brud zmywała właśnie wielka woda z nieba. Zborski zdawał sobie sprawę, że od niego samego – po biegu w tej duchocie – raczej nie bije zapach perfum. To go krępowało i nie mógł zebrać myśli. Spitzer cierpliwie czekał. Ubrany był w długą pikowaną bonżurkę, z której rozcięcia wyłaniał się jedwabny fular. Binokle z grubego szkła odbijały błyski gazowego żyrando la. Światło odbijałoby się pewnie również w łysinie gospo darza, gdyby nie jarmułka, która ją przykrywała. Ciszę przerwało nadejście służącej. – Niech Walercia poda panu studentowi kawy zbożowej z cykorią i trochę wody gazowej – zadysponował i prze szedł płynnie na niemczyznę. – Nie możemy mówić po polsku, bo moja służąca jest bardzo ciekawska, a sądzę, że sprowadza pana do mnie ważna sprawa natury oso bistej, zważywszy na porę, o jakiej mnie pan zaszczycił swoją osobą. Zborski miał dobrych nauczycieli języka niemieckiego, a ostatni z nich – profesor Juliusz Ippoldt – był wręcz pedagogiczną znakomitością. Poza tym języka cesarstwa nauczano przez osiem lat w wymiarze czterech lub pię ciu godzin tygodniowo i tylko wyjątkowe antytalenty – jak na przykład Lesiecki czy Maroni – nie potrafiły po ośmiu 8
latach nauki płynnie go używać. Stefan celował w niem czyźnie do tego stopnia, że Ippoldt sugerował mu, by po maturze podjął systematyczne studia uniwersyteckie nad niemiecką literaturą romantyczną. – Tak, to sprawa osobista – zaczął Zborski, wyraźnie wymawiając „ö” w wyrazie persönlich, jak tego w odnie sieniu do wszystkich „umlautów” żądał Ippoldt. – Prze praszam, że niepokoję pana profesora o tak późnej porze… Spitzer machnął ręką na znak, że wszelkie usprawied liwienia będą stratą czasu. Zapalił cygaro i podsunął ucz niowi pudełko z papierosami. Wypuścił kłąb dymu tak gry zącego, że wszelkie miazmaty zostały nim przytłumione. Stefan przestał się martwić wonią spoconego ciała i zaczął mówić. Rabin słuchał uważnie, nie zwracając uwagi na okrzyki swych dzieci, które co chwila wtykały główki do pokoju, by sprawdzić z kim „tate” konferuje o tak późnej porze. Nie patrzył też na służącą Walercię, która była najwyraźniej niezadowolona, że musi obsługiwać „jungacza”*. Posta wiła przed nim z brzdękiem tylko filiżankę z kawą zbożo wą, udając, iż o syfonie zapomniała, i zajęła się wystawia niem za okno obrusu, który miała na ręku, gdy otwierała Zborskiemu. – Co się patrzy? – mruknęła po polsku, widząc zdzi wione spojrzenie Stefana. – Na plamy po winie najlepsze jest najpierw wrzące mleko, a potem ciepła deszczówka! * Młody łobuz (jidysz).
9
Spitzer machnął na nią wyrozumiale ręką i słuchał uważ nie opowieści ucznia, które z każdym słowem stawały się bardziej płynne i poprawne gramatycznie. O seansie spi rytystycznym i o dwóch demonicznych imionach, które tam padły. O dręczących go koszmarach sennych, o słow nikowych poszukiwaniach i etymologicznych próbach oraz o żebraku z twarzą owiniętą białym płótnem. Zborski różnie sobie później tłumaczył, dlaczego tego wieczoru tak bardzo zaufał temu w gruncie rzeczy niezna nemu sobie mężczyźnie. Jednym z najczęściej powtarza nych wyjaśnień było to, że Opatrzność poprowadziła go wprost pod drzwi rabina. – Najpierw sprawy prostsze, językowe – rzekł ten po kwadransie, bo tyle trwała wypowiedź Zborskiego. – „Li lith” nie ma etymologicznie nic wspólnego z „Lulaoth”. Jest spokrewnione z lajla, czyli „noc”. „Lulaoth” natomiast ma znaczenie zgoła niepiekielne: „pętelki do wiązania namio tów”. Spojrzał na swego gościa z dobrotliwą ironią. – Muszę doradzić mojemu koledze księdzu Tomasi kowi, by dokładniej omawiał Księgę Apokalipsy Święte go Jana, bo panowie studenci mają blade pojęcie o tym wspaniałym tekście. Wszak tam występuje, chyba w roz dziale dziewiątym, Anioł Przepaści, któremu – cytuję – „po żydowsku Abaddon, a po grecku Apollion, a po łaci nie imię mając Exterminans”. W tak zwanym przez was Starym Testamencie słowo „Abaddon” oznacza „otchłań”, „szeol”. 10
Zborskiemu zrobiło się wstyd. Rzeczywiście – nie sku piał się zbytnio na lekcjach z Apokalipsy, uważając ją w skrytości ducha za rojenia chorego umysłu. Rabin tym czasem zamyślił się głęboko. Nagle wzniósł oczy ku sufito wi i zaczął cytować z pamięci jakąś dłuższą hebrajską frazę. – Pęta szeolu oplotły mnie, złapały mnie sidła śmier ci – przetłumaczył na polski, po czym znów przeszedł na niemczyznę. – To początek psalmu osiemnastego… Walercia wyszła z mokrym obrusem. Rabin dokładnie zamknął za nią drzwi. Strzepnął z cygara długi słupek po piołu i spojrzał na ucznia niemal z ojcowską troską. – Sądzę, że dostałeś ostrzeżenie od Boga – rzekł cicho już po polsku. – Że oplatają cię jakieś więzy, czyli lulaoth, które cię krępują coraz mocniej i mocniej… I grożą ci śmiercią, zagładą, czyli abaddon. – Jak się z nich wydostać, panie profesorze? – Nie wiem – odparł rabin. – To ty musisz rozpoznać, co to są za więzy. A potem zdecydowanie je przeciąć. Jed nym ruchem, bez wahania, nie oglądając się na nic, idąc za pierwszą myślą! Zborski zapalił nowego papierosa. – Jestem opętany? – W jego głosie pojawił się jakiś chło pięcy płaczliwy ton. – Nie bój się, nie jesteś! – Nauczyciel uśmiechnął się lekko. – Lulaoth i abaddon to rzeczowniki pospolite, nie zaś demoniczne imiona! A poza tym nie zrobiłeś niczego, co by pochodziło od demona… – A klątwy rzucane na niewinnych? 11
– Niechciane myśli każdego z nas prześladują. Nawet mnie, zapewniam cię, chłopcze. – A jakie czyny uznaje się za demoniczne? – Profanację sacrum – odpowiedział Spitzer już bez uśmiechu. – Podeptanie, zhańbienie świętości. Tego prze cież nie zrobiłeś! Zborski odetchnął z ulgą. Niczego podobnego rzeczywi ście nie uczynił. Jest wolny zatem od wpływu złych mocy. Spitzer wstał. – Już przestało padać – powiedział i uściskał go za ra miona. – Idź teraz do swojego kościoła, Stefanie, i pomódl się do swego Pana Boga. On cię uchroni przed złymi du chami. Odprowadził go do drzwi. Kiedy już stali na korytarzu kamienicy, Spitzer szepnął do nieoczekiwanego gościa: – Obok synagogi Kupa jest przytułek dla starców i kalek. Zmarłych pensjonariuszy zawija się w całun. Któryś z nich ci się ukazał. Omijaj to miejsce! Zamknął drzwi bez pożegnania, jakby nie chciał słyszeć pytań, które młodzieniec mógł mu zadać po tej ostatniej uwadze. Wyszedł na balkon i słuchał spadających z drzew kro pel deszczu oraz zwielokrotnionego przez wodę hałasu od uderzeń końskich kopyt na bruku. W nikłym świetle latarń widział Zborskiego, jak zmierza w stronę ulicy Krakowskiej, prowadzącej na Podgórze. Nie powiedział wszystkiego temu studentowi.
12