Skip to main content

Ty albo żadna

Page 1

MAGDALENA

Kordel ty albo żadna

Tajemnice

wydawnictwo znak k r a ków 2 0 21


N

ikt nie wiedział, ile kosztował ją przyjazd tutaj. Praw­ dą a Bogiem, nawet ona sama, dopóki nie wysiadła z pociągu, nie zdawała sobie z tego do końca sprawy. To, że siostra osiedliła się w zupełnie obcym miejscu, pozornie wiele ułatwiało. Dzięki temu nie musiała się obawiać, że znienacka dopadną ją wspomnienia, osaczą i zaczną szarpać za gardło niczym wygłodniałe, wściekłe psy. A pewnie by tak było, gdyby Adela została w ich rodzinnym gnieździe. Albo gdyby nadal mieszkała w Warszawie. Dziwne, bo przecież Halina bywała tam wielokrotnie właśnie po to, żeby do woli wspominać. Ale jednocześnie była pewna, że te nacechowane sentymentem powroty nie byłyby możliwe, gdyby Adela wciąż tam mieszkała. Na całe szczęście siostra wybrała inny zakątek Polski i uwolniła Warszawę od swojej obecności, a co za tym idzie – Halina mogła spokojnie tam wracać. W przeci­ wieństwie do wielu ona to miasto, z którym związana była

•5•


w niespokojnych wojennych czasach, wspominała z sym­ patią i niebywałą nostalgią. W końcu to wtedy była młoda. I piękna. I brylowała na salonach wtedy, kiedy inni sen­ tymentalni głupcy przymierali głodem. I to nie jej wina, że ta młodość przypadła na takie, a nie inne czasy. Mówi się trudno. Nikt nie pytał jej o zdanie, gdy przychodziła na świat właśnie wtedy, a ona z kolei nie planowała rezyg­ nować z życia. Nawet teraz, gdy dzień po dniu kogoś z jej otoczenia ubywało, trzymała się go kurczowo, a co dopie­ ro lata temu, gdy ledwie stała na progu świata i tego, co miał jej do zaoferowania. Owszem, na początku i ją porwa­ ły szumne hasła, nawet próbowała dołączyć do tych, któ­ rzy walczyli o wolność. Szybko jednak zrozumiała, że to wszystko tylko pięknie brzmi. Walka o nowe jutro zakłada­ ła, że ona może go nie doczekać. A na cholerę jej byłby ten nowy dzień, gdyby miał rozpocząć się bez niej? Pamiętała, jakby to było wczoraj, to olśnienie, gdy dotarło do niej, na czym tak naprawdę jej zależy. Odpowiedź była banalnie prosta: na beztroskim życiu. Najlepiej długim. Właściwie nie powinno to nikogo dziwić, zawsze mówiła, że jej histo­ ria musi się zakończyć tymi słowami: i żyli długo i szczęśli­ wie. „W splendorze i nieziemskim bogactwie” – dodawała w duchu. I to wcale nie były dziecinne mrzonki ledwo co od ziemi odrosłej panienki, karmionej w dzieciństwie baś­ niami o książętach na białych koniach. To był plan i tak miało wyglądać jej przyszłe życie.

•6•


Umieranie u jego zarania nie wchodziło w grę. Cokol­ wiek by się działo, nie zamierzała odchodzić z tego świata, zanim na dobre się w nim rozgości! O nie, nie z nią takie numery! A poza tym wystarczyło już tych śmierci. Naprawdę, co za dużo, to niezdrowo. W jej rodzinie historia pochłonęła dostatecznie wiele ofiar. W domu w kółko i na okrągło opowiadano o powsta­ niach, o wujach i ciotkach, którzy walczyli i niejedno­ krotnie, a właściwie nagminnie, w taki czy inny sposób tę walkę przegrywali. Konfiskata majątków, strata uko­ chanych, wieczna tułaczka w biedzie. To wszystko już było. Ona nie zamierzała dołączyć do orszaku bohater­ skich zjaw pobrzękujących kajdanami. Chociaż zdarzały się też wyjątki, gdzie sytuacje kończyły się wręcz książ­ kowym morałem: dobro i odwaga zostawały nagrodzo­ ne, a zdrada ukarana. Takimi opowieściami z ogromnym upodobaniem raczył je w dzieciństwie dziadek Konstanty. Przy okazji łączył to z oprowadzaniem ich po posiadło­ ści, która w czasie tych wycieczek nabierała całkiem in­ nego charakteru. A trzeba było mu przyznać, że umiał opowiadać jak rzad­ ko kto, wystarczyło parę słów, a dom zaludniały postacie, które znienacka wychodziły z cienia, wydobywały się z prze­ brzmiałej przeszłości, ożywały. Dawne lata otrząsały z sie­ bie wiekowy kurz i znów grały pierwsze skrzypce. Pokoje

•7•


wypełniały zapomniane ciotki, wujowie, kuzyni i kuzyn­ ki. Materializowały się mgliste widma i razem z nimi dom się ożywiał, młodniał. Tak, te historie snute niespiesznie przez dziadka Konstantego zostawały w pamięci na wieki. Nawet jeżeli potem, w przyszłości, wcale nie chciało się ich pamiętać.


Świat przedwojenny


W

jadalni panował nieprzenikniony mrok. Zanim tu weszli, dziadek Konstanty, który tak naprawdę był ich pradziadkiem, ale żadnej z jego prawnuczek nawet przez myśl nie przychodziło, żeby się tak do niego zwracać, nie zważając na protesty ich matki, kazał pogasić wszystkie światła, nawet jednej świeczki nie pozwolił zostawić zapalonej.  – Co to za pomysły! Przecież tam jest ciemno, że oko wykol! Dziewczynki na pewno umrą z przerażenia! Abso­ lutnie nie pozwalam! – Tym razem Stefcia postanowiła być twarda i nieustępliwa. – Gdyby Leopold… – specjalnie nie użyła zdrobnienia imienia męża, żeby nadać swoim słowom większej powagi. – Gdyby Leopold – powtórzyła dobitnie – gdyby był tu z nami, na pewno powiedziałby Konstantemu to samo – dodała, unosząc wyżej głowę.  – Ha! Gdyby Poluś tu był, to słowem by się nie odezwał, bo doskonale by wiedział, że nie warto strzępić sobie języka po próżnicy. – Konstanty podkręcił ze zniecierpliwieniem

• 11 •


sumiastego wąsa. – Kiedy zrozumiesz, droga Laleczko, że o niebo lepiej jest dziewczynki oswajać z ciemnością i stra­ chem, niż potem liczyć na to, że same jakoś dadzą radę? Uwierz, robię, co muszę. Mam swoje powody, żeby o dzie­ ci dbać w szczególny sposób…  – No i znowu to samo! Robię to, co muszę! Mam swo­ je powody! To może by mi je Konstanty łaskawie w końcu zdradził! – weszła mu w słowo coraz bardziej wzburzona. Szczerze mówiąc, po dziurki w nosie miała tych wszyst­ kich niedomówień i sekretów! Lata małżeństwa, pięć córek to chyba dostateczny powód, żeby powiedzieć jej prawdę! Nawet jeżeli okazałaby się niedorzeczna. Albo straszna. W końcu była matką, miała prawo wiedzieć o wszystkim, co potencjalnie mogło dotyczyć jej dzieci! A tymczasem w tym nieszczęsnym dworze, gdzie prym wiedli mężczyź­ ni, w kółko i na okrągło zderzała się z murem milczenia. A to z kolei sprawiało, że z roku na rok czuła się w swoim domu coraz bardziej obco. Kochała Leopolda, i to bardzo, miała to szczęście, że tradycją w rodzinie jej męża był oże­ nek z miłości – rzadkość i luksus niedostępny większości znanych jej pań. Ale nawet ta wielka miłość nie zmniej­ szała irytacji, gdy ukochany uparcie milczał, odmawia­ jąc wyjawienia powodów, dla których pozwalał swojemu dziadkowi Konstantemu niemal na wszystko.  – Stefciu, on wie, co robi. Nawet jeżeli za grosz nie wierzę w to, co nim powoduje, to skutki są rewelacyjne.

• 12 •


Zobacz, na mnie miał niebagatelny wpływ i co? Źle na tym wyszedłem? – dodawał ze śmiechem i niby od niechcenia prężył muskuły.  – Ale ty byłeś chłopcem! Z dziewczynkami jest inaczej! Dziewczynki…  – Dziewczynki, Stefciu, dorastają – przerwał jej, poważ­ niejąc. – I zwykle muszą iść za swoim przeznaczeniem. Do obcych domów, do ludzi, którzy będą pragnęli ułożyć je według własnego widzimisię… Dziewczynki, wbrew pozo­ rom, muszą być dużo twardsze od chłopców, dla których świat jest o wiele bardziej łaskawy i wyrozumiały. Ty miałaś szczęście. Wychowali cię w cieplarni, a ja lubię takie egzo­ tyczne kwiaty i zrobię wszystko, żebyś miała to, do czego przywykłaś… Ale nasze córki… Kto wie, z której strony bę­ dzie wiał wiatr i gdzie je zaniesie. Lepiej, żeby były zaharto­ wane, żeby umiały myśleć i podejmować decyzje…  – Aha, czyli ja tego nie potrafię, tak? Uważasz, że jestem taką pustą, bezmyślną, rozpieszczoną lalką? Może właśnie dlatego Konstanty tak mnie nazywa? Lala i Lala! Albo La­ leczka! – podniosła głos.  – No, gdybym wziął pod uwagę wyłącznie to, co właś­ nie powiedziałaś, to pewnie bym się porządnie zastanowił, czy przypadkiem nie masz racji z tą bezmyślnością! Stef­ ciu, na litość boską, nie bądź niemądra i przestań się zape­ rzać! Spójrz na mnie! – Ujął twarz żony w dłonie i spojrzał jej prosto w oczy. – Czy uważasz, że mógłbym pokochać

• 13 •


kogoś powierzchownego i pustego i związać się z nim na całe życie? Mówiąc tak, obrażasz nie tylko siebie, ale i mnie, i Konstantego zresztą też. Doskonale wiesz, że nazywa cię Laleczką, bo pamięta, że tak zwracał się do ciebie twój oj­ ciec, i zdaje sobie sprawę, jak bardzo to lubiłaś i jak mocno za nim tęsknisz. Czekaj, jeszcze nie skończyłem. – Widząc, że otwiera usta, żeby mu przerwać, delikatnie położył palec na jej wargach. – Nie mówiłem ci o tym, bo do tej pory wy­ dawało mi się, że to dotyczy tylko mnie… Ale skoro trapią cię takie dylematy, to może dobrze, żebyś się dowiedziała. Widzisz, gdy lata temu oznajmiłem, że to z tobą chcę się ożenić, że ty albo żadna, Konstanty zmarszczył te swoje siwe krzaczaste brwi i z miejsca zaprosił mnie do gabinetu. Właściwie określenie tego jako zaproszenie to mocne nie­ dopowiedzenie. To był regularny rozkaz. Tego, jakie to na mnie zrobiło wrażenie, nie muszę ci akurat tłumaczyć, bo doskonale wiesz, jaką funkcję pełni to pomieszczenie. Od­ kąd pamiętam, tam właśnie odbywają się wszelkie domowe sądy. Nawet teraz, gdy któraś z dziewczynek coś przeskrobie, wzywa się ją właśnie tam… To chyba już nasza rodzinna tra­ dycja. No, ale wracając do tamtego momentu, to poczułem się dziwnie niepewnie. Tym bardziej że przyjąłem, iż mam to już za sobą. Wydawało mi się, że za stary już byłem na połajanki. Poprzedni raz byłem w gabinecie dobrych parę lat temu, gdy mój ojciec i Konstanty dowiedzieli się o tym, że przegrałem w karty pokaźną sumę. I szczerze mówiąc,

• 14 •


chętnie bym wyparł z pamięci to, co wtedy tam od nich usłyszałem, chociaż trzeba przyznać, że mi się należało…  – Matko, Poluś, ty miałeś problemy z hazardem? – prze­ rwała mu Stefcia, robiąc wielkie oczy.  – Raczej użyłbym liczby pojedynczej, nie problemy, ale problem. To był jednorazowy wyskok, lecz przyznaję, że i tak ten raz wystarczył, żebym kompletnie stracił gło­ wę, i nie ukrywam, że sporo mnie to kosztowało. Dobrze, że miałem choć na tyle zdrowego rozsądku, że przegrałem tylko gotówkę i zegarek… Inni tracili całe majątki, ziemie, konie, a nawet potrafili zastawić swoje kochanki… – dodał z rozpędu, zanim dotarło do niego, że zbytnio się zagalo­ pował w tej swojej szczerości. – No tak… Przepraszam cię, kochanie, tego nie musiałem dodawać.  – Nie musiałeś – zgodziła się. – Ale spokojnie, każdy ma jakąś przeszłość, nie jesteśmy czystymi kartami. – Coś w jej tonie spowodowało, że Poldek spojrzał na nią uważ­ niej. – Rozumiem, że wtedy w tym gabinecie ojciec z Kon­ stantym nieźle natarli ci uszu – wróciła do przerwanego wątku i Leopold stwierdził, że chyba musiał się przesły­ szeć albo po prostu coś źle zinterpretować, bo teraz Stefcia mówiła zupełnie zwyczajnie.  – I to jak! Pieniądze musiałem odpracować, i odpra­ cowałem. – Uśmiechnął się lekko. – Ojciec wysłał mnie na trzy miesiące do leśniczego, a na kolejne trzy do pracy w młynie i w majątku. To była dobra, praktyczna lekcja.

• 15 •


Nie tylko dotycząca tego, ile wart jest pieniądz, ale też po­ kory. Właściwie tamto pół roku znacznie zmieniło moje życie, bo poczułem na własnej skórze, czym jest prawdzi­ wa, ciężka praca. I zacząłem rozumieć ludzi. Ich zmęcze­ nie i determinację. Potrzeby i problemy. Jadłem z nimi przy jednym stole, widziałem wypadki przy robocie, piłem za zdrowie narodzonych dopiero co dzieci i bywałem na pogrzebach zmarłych pociech, żon i mężów. Pracowałem z tymi ludźmi ramię w ramię, a oni powoli się do mnie prze­ konywali i chyba zaczynali mnie szanować. Kto wie, może właśnie dzięki temu po wyjeździe ojca było mi łatwiej zająć się majątkiem. Bo ci, z którymi trzeba się było dogadywać, znali mnie i mi ufali. Ale wracając do niechlubnej karcia­ nej historii, to w końcu odpracowałem przegraną gotówkę. Gorzej było z zegarkiem z dewizką, który u nas w rodzinie przechodził z pokolenia na pokolenie. Odmierzał godziny mojemu praprapradziadowi i dziadowi, i ojcu. A przeze mnie znalazł się w obcych rękach, w niewoli! „Straciłeś swój czas, to prawie tak jakbyś sprzedał duszę diabłu”, grzmiał z potępieniem Konstanty. Możesz się ze mnie śmiać, ale do tej pory czasem mam takie senne koszmary z dziadkiem w roli głównej… W tych snach widzę nad sobą jego roz­ gniewaną twarz, w tle rozlega się ogłuszające tykanie zegara i zawsze słyszę lodowate, miażdżące słowa o zaprzedaniu się czortowi. No i oczywiście nie mogę nic zrobić, jakby mnie jakaś niemoc kompletnie sparaliżowała.

• 16 •


– Jak to w snach, w nich najczęściej jesteśmy niewol­ nikami naszych grzechów – powiedziała Stefcia w za­ myśleniu. – Ale jeżeli to ten sam zegarek, który z takim upodobaniem ciągle nosisz, to wnioskuję, że udało się go odzyskać – dodała.  – Tak, Konstanty sprzedał moje ulubione strzelby i go wykupił. Bo jak stwierdził, za wszystko w życiu trzeba za­ płacić… A i tak za karę mi go na długi czas odebrano. Jako komuś niegodnemu zaufania. I muszę ci powiedzieć, że ta konfiskata bolała dotkliwie. Za to gdy na powrót go do­ stałem, patrzyłem na niego zupełnie inaczej. Był dla mnie poniekąd namacalnym dowodem na to, że zwrócono mi honor… Teraz, jeżeli sytuacja nadal pozostanie ta sama, w sensie… no wiesz, o czym mówię, to dostanie go Adela, jako najstarsza – dodał i zerknął spod oka na żonę.  – No to możesz już się do tego przyzwyczajać, bo oko­ liczności, które masz na myśli, raczej się nie zmienią – po­ wiedziała, odwracając głowę tak, żeby jej twarz znalazła się w cieniu i pozostała jak najmniej widoczna. Nie chciała, żeby mąż spostrzegł, że w jej oczach nie ma nawet krztyny żalu, a jedyne, co tam można było do­ strzec, to ulga. Doskonale wiedziała, co Leopold miał na myśli, mó­ wiąc o niezmienności sytuacji i Adeli. Widać wciąż myślał o kolejnym dziecku. A ona wcale a wcale nie chciała, żeby cokolwiek się zmieniało! Ostatni poród był niesamowicie

• 17 •


trudny. Bardzo długo wracała po nim do zdrowia, kilka dni leżała w gorączce i zaczęto poważnie obawiać się o jej życie. „Nie wiem, dlaczego tak jest – mruczał zafrasowany dok­ tor, przykładając do jej rozpalonego czoła chłodne kom­ presy. – Zwykle przy pierwszych jest ciężko, a tutaj jakby wszystko się odwróciło! A do tej pory wyglądało na to, że pani Stefcia jest wręcz stworzona do rodzenia!” Stefcia pamiętała te słowa jak przez mgłę i właściwie gdy już wróciła do siebie, dziękowała losowi, że była zbyt sła­ ba, żeby mówić. Bo kto wie, czy trawiona gorączką i stra­ chem, nie powiedziałaby doktorowi, że w przeciwieństwie do niego ona doskonale rozumie, dlaczego tak się stało. I czy nie wyjawiłaby mu całej prawdy. W końcu myślała, że umiera, że to jej kara za grzech, którego się dopuściła, a na łożu śmierci szczerość jest wskazana. Na całe szczęś­ cie w tym momencie temperatura jeszcze wzrosła i Stefcia straciła przytomność. Widać ktoś lub coś nad nią czuwało. A potem, gdy już wstała z łóżka, dowiedziała się od le­ karza, że prawdopodobnie to była jej ostatnia ciąża. Tak więc nadzieje Poldka na to, że w końcu doczeka się syna, okazały się płonne. „Potrzebny byłby cud” – doktor nie owijał w bawełnę i jasno przedstawił sprawę. Stefcia, słysząc to, wybuchła płaczem i długo nie mogła się uspokoić. I za nic nie przyznałaby się, że te łzy nic a nic nie mają wspólnego z rozpaczą. Ona płakała ze szczęścia.

• 18 •


Kochała te dzieci, które już miała, ale za nic nie chciała kolejnych. „Wybacz – szeptała, klęcząc u wezgłowia łóżka i wpa­ trując się w obraz przedstawiający Matkę Boską tulącą do piersi małego Jezuska. – Wybacz moją szczerość, ale jeżeli w ten sposób chciałaś mnie ukarać, to jednak ci nie wyszło. To najlepsza nowina, jaką mogłam usłyszeć. A może, może to znak, że moje modlitwy o przebaczenie zostały wysłuchane i to jest twoja odpowiedź? – podnios­ ła z nadzieją głowę. – Przecież jesteś matką nas wszyst­ kich! Wyrozumiała, dobra i miłosierna! Kto jak nie ty ma mnie zrozumieć!” Tylko wtedy, jeden jedyny raz, podczas tej wieczornej modlitwy, po usłyszeniu opinii lekarza, pozwoliła sobie na szczerość. I na przyznanie przed samą sobą, że diagnoza doktora była dla niej błogosławieństwem. A teraz gdy Polusiowi nieopatrznie wymknęły się słowa o zmianie sytuacji, dotarło do niej, że mąż widocznie w głę­ bi serca jeszcze liczy na ten wspomniany przez doktora cud.  – Wybacz – zareagował natychmiast na to jej odwróce­ nie głowy i uciekanie wzrokiem. Jak zwykle zrozumiał to po swojemu i Stefcia mogła założyć się, że teraz wyrzuca sobie w duchu, że w ogóle o tym napomknął. „Mam dobrego męża… Na którego nie zasługuję”– prze­ mknęła jej przez głowę smutna myśl.

• 19 •


– Daj spokój, nic się nie stało – przemówiła w koń­ cu, machając ręką i z trudem biorąc się w garść. – Lepiej powiedz wreszcie, co takiego powiedział ci Konstanty, gdy dowiedział się, że chcesz się ze mną żenić, i gdy za­ brał cię do gabinetu – mówiąc to, przysiadła na stojącym pod oknem szezlongu i zachęcająco poklepała miejsce obok siebie.  – A tak, rzeczywiście. – Leopold natychmiast skorzys­ tał z zaproszenia i usiadł obok żony. Lubił jej towarzystwo i czasem tęsknił za chwilami spędzanymi tylko we dwo­ je, a ostatnio coraz bardziej brakowało im dla siebie cza­ su. – A więc gdy już weszliśmy do gabinetu, władczym ge­ stem wskazał mi fotel, na tacy postawił kieliszki oprawione w srebro, wiesz, te, których używa tylko w wyjątkowych okolicznościach, z szafki biurka wyciągnął koniak, polał… I popadł w głębokie zamyślenie. A ja z kolei wpadałem w coraz większe zakłopotanie. Milczał naprawdę długo, ja z minuty na minutę czułem się coraz bardziej niepewnie. Zupełnie tak jak kiedyś, gdy byłem małym chłopcem, z tą różnicą, że wtedy zazwyczaj kazano mi stać i, co oczywis­ ta, nie polewano mi koniaku. – Roześmiał się. – W koń­ cu zacząłem się wiercić na tym fotelu, jakby mnie mrówki oblazły. I to chyba w rezultacie zwróciło uwagę Konstan­ tego, bo wreszcie spojrzał na mnie i powiedział, że pewnie to wszystko wiem, jednak na wszelki wypadek on mi to dobitnie powie, żeby potem nie miał co sobie wyrzucać.

• 20 •


I powiedział. Że muszę pamiętać, że w tym wypadku Lala to nie tylko zdrobnienie. Że ta dziewczyna, czyli ty, to praw­ dziwy skarb, delikatny i kruchy niczym najdroższa porce­ lana. I że przy kimś takim trzeba umieć przyzwoicie żyć. A potem zapytał, czy jestem na to gotowy, bo skrzywdzić kogoś tak wartościowego, dobrego i wyjątkowego to najgor­ sza zbrodnia. Rozumiesz teraz, że ta Laleczka w jego ­ustach to największy komplement? I że jeżeli chodzi o dziewczyn­ ki, to możesz mu w pełni zaufać. On je wszystkiego na­ uczy. Tej zaradności, mądrości i tego, żeby umiały mówić „nie” w taki sposób, by nikt nie mógł ich ignorować. I jed­ no ci mogę obiecać, na pewno nie zrobi im krzywdy, prę­ dzej sam umrze – dodał, unosząc jej dłoń i czule całując jej wewnętrzną stronę. Właściwie Stefcia z tym wszystkim się zgadzała. Kon­ stanty kochał swoje dzieci, wnuczęta i prawnuczęta i rze­ czywiście, gdyby było trzeba, bez wahania oddałby za nie życie. Ale pomimo tego, że o tym wiedziała, zdarzały się sytuacje, w których o mało co nie dostawała apopleksji i miała ochotę udusić Konstantego własnymi rękami. Na przykład zimą zeszłego roku…


Spis treści

świat przedwojenny  9 zima rok wcześniej  23 czasy obecne  67


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook