Skip to main content

Serce z piernika

Page 1

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2017


Projekt okładki Izabella Marcinowska Fotografia na okładce Tatevosian Yana / Shutterstock Zdjęcie autorki Adrian Błachut Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Adiustacja Małgorzata Biernacka Korekta Ewdokia Cydejko Barbara Gąsiorowska

Copyright © by Magdalena Kordel © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017 ISBN 978-83-240-5003-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2017. Printed in EU


PRZEDGRUDZIEŃ – PAŹDZIERNIK


A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A

N

iedobrze, jak za dobrze. Klementyna doskonale znała to powiedzenie. Ba, nie tylko znała, ale uważała, że jest w stu procentach prawdziwe. Tym bardziej była zła na siebie, że dała się uśpić i omamić spokojowi, który nieoczekiwanie rozgościł się w każdym zakamarku ich małego mieszkania. Babka była ostatnio niezwykle wyciszona. Trochę jak nie ona, i to już powinno Klementynie dać do myślenia i wzbudzić czujność. Zero ucieczek, zero wymykania się ukradkiem na klatkę schodową, zero zaczepiania obcych ludzi i opowiadania im niestworzonych historii. Zamiast tego przydreptywała do kuchni, przysiadała na drewnianym taborecie i z ukontentowaniem patrzyła, jak jej wnuczka zagniata wielkie sterty ciasta. Z lubością wciągała powietrze przesycone zapachem cynamonu, imbiru i goździków. I tylko czasami rzucała spod oka spojrzenie, w którym czaiła się kpina rozpalona iskierkami buntu. Klementyna widziała to wszystko, jednak odgoniła od siebie niepokój. Pomyślała, że zapewne da się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Może w końcu babka się naprawdę solidnie zestarzała i nareszcie poczuła się zmęczona. I najzwyczajniej w świecie zabrakło 415


jej siły na poważniejsze demonstracje. Dlatego ograniczyła się do rzucania spojrzeń.  – Chyba nie jestem dobrym człowiekiem – zwierzyła się Klementyna przyjaciółce A OD S TAktóregoś APTONT IS Irazu DLZŃ Iswojej EEŃ I ZLD I SI TNOTPAATIrminie. D SO A  – Ktoś, kto nie byłby dobrym człowiekiem, nie mógłby piec takich boskich pierników – odpowiedziała Irmina, z roztargnieniem pochylając się nad stojącym na kuchence garnkiem i zanurzając drewnianą kopystkę w bulgoczącej, aromatycznej masie. – Dobrze, że się poznałyśmy, bo dzięki temu od wielu lat moje Boże Narodzenie trwa od wczesnej jesieni – dodała rozmarzonym tonem i mimochodem sięgnęła po leżącą obok łyżkę, zanurzyła ją w garze i ze smakiem oblizała.  – Ha, zawsze wiedziałam, że przychodzisz do mnie li i jedynie z tego powodu. I mojego niesamowitego talentu cukierniczego, rzecz jasna – roześmiała się Klementyna.  – Proszę bardzo, okaż człowiekowi trochę serca, a z miejsca cię postawią do pionu! Ja cię tu doceniam! Chwalę! Odsłaniam przed tobą najskrytsze myśli! A ty mnie posądzasz o taką małostkowość! Ale rzeczywiście talentu nie można ci odmówić.  – I skromności – dorzuciła ze śmiertelnie poważną miną Klementyna.  – O tak! Skromność to twoje drugie imię. – Irmina prychnęła śmiechem i energicznie pomajtała drewnianą kopystką w garze. Przez moment w kuchni panowała cisza przerywana jedynie bulgotaniem gęstej, pachnącej masy. Irmina odeszła od kuchenki, usiadła na rozkolebanym taborecie i oparła 416


łokcie na stole. Jej pogodna jeszcze przed momentem twarz nagle spoważniała.  – A tak na serio, to nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że mówiłam właśnie dzięA OD S TAprawdę. APTONT IS Przez IDLZŃ IteEEwszystkie Ń I ZLDI SI TNlata OTPAto ATD SO A ki tobie zaczynały się moje święta. Po prostu tam, gdzie się pojawiasz, od razu nimi pachnie i z miejsca człowiek tęskni.  – Nie ma w tym nic dziwnego. W końcu całe dnie piekę pierniki, to przesiąkam ich zapachem. A to kojarzy się ze świętami. I wszędzie, gdzie się pojawiam, ciągnie się za mną ten aromat. Żadne perfumy nie pomagają…  – Może masz trochę racji, ale to nie tylko to. Nie chodzi tutaj o sam zapach. Tak samo jak w tych uczuciach, które wzbudzasz, nie chodzi o prezenty ani o choinkę… To coś zupełnie innego. Taka głęboka tęsknota za miłością, rodziną, ciepłem płynącym z wyciągniętych rąk. I to jest takie dobre uczucie, które pozwala smakować to, co ma dopiero nadejść, i cieszyć się tym dużo, dużo wcześniej. Można się od tego uzależnić… Zupełnie jak od twoich pierników. Przyznaj się: co do nich dosypujesz? Jaki jest tajny składnik? – zażartowała, próbując ukryć wzruszenie. Klementyna też usiłowała się uśmiechnąć, lecz nie za bardzo jej to wyszło.  – Tajny składnik, mówisz? Może to właśnie chodzi o tę wspomnianą przez ciebie tęsknotę. W tej dziedzinie jestem prawdziwym ekspertem – powiedziała powoli i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. – To drugi z moich niewątpliwych i niekwestionowanych talentów. Umiem tęsknić jak nikt inny. Zresztą sama wiesz – dodała i głęboko westchnęła. – Babka wielokrotnie powtarzała, że pierniki mają 417


niesamowitą wrażliwość i jakimi emocjami się je obdarzy, wygniatając i wałkując, takimi nasiąkną, a potem oddadzą z nawiązką… I moje widocznie tęsknią.  – AleA toAPjak pięknie. trzeba umieć. Oza D S TA TONT IS IDLZŃ ITęsknić EEŃ I ZLDteż I SI T NOTPAAT D SO A – Irmina, widząc smutek w oczach przyjaciółki, natychmiast wzięła się w garść. Za nic nie chciała swoją paplaniną dodawać jej zmartwień. Tych Klementyna miała aż nadto. – Czekaj, bo w końcu się rozgadałyśmy, a ja nadal nie wiem, dlaczego uważasz, że nie jesteś dobrym człowiekiem. Co cię skłoniło do takich wniosków? – Rozsądnie zmieniła temat i sięgnęła po stojący na stole dzbanek z herbatą.  – Ulga, którą czuję, gdy widzę, jaka babka jest spokojna. Tak jakbym cieszyła się, że jest z nią gorzej – wyznała, podsuwając pod dzióbek dzbanka swoją pustą szklankę.  – Jeżeli tak ma się objawiać to pogorszenie, to oby trwało jak najdłużej – prychnęła Irmina. – Fizycznie zdrowa jest jak koń, co ja mówię, pięć koni. Niczego jej nie brakuje, biega jak źrebak… Nie śmiej się, wiem, co mówię, niecały miesiąc temu nie mogłam jej dogonić, kiedy zwiała mi na jezdnię. Zaliczyłam wtedy dwa stany przedzawałowe. Pierwszy, bo mało się nie wykończyłam, usiłując ją dopędzić, drugi, bo babunia na moich oczach, chyżo niczym łania, przemknęła tuż przed rozpędzonym autobusem. I jakby tego było mało, zatrzymała się na chodniku i pokazała kierowcy język. Przypuszczam, że dopadłam ją tylko i wyłącznie dlatego, że zdecydowała się na tę małą manifestację. Od tamtego dnia zostałaś moją cichą bohaterką. Powinno się ciebie oprawić w ramki i pokazywać jako wzór poświęcenia i cierpliwości. Nie mam pojęcia, jak przez te wszystkie lata dawałaś radę 418


upiornej babuni. Toż to czort wcielony! A dodatkowo jest jeszcze Dobrochna. Ja bym w życiu nie umiała pogodzić opieki nad złośliwą starszą panią i małym dzieckiem.  – Dziecko jest już takie a babka… A OD S TAAPnie TONT IS ID LZŃ I EEŃ I Zmałe, LDI SI T NOTPAATD SO ACóż, jest, jaka jest. To trochę tak, jakbym miała pieczę nad dwójką dzieciaków. Z tym że babka jest tym rozwydrzonym i z diabłem za skórą.  – O tak, z tym nie mam zamiaru polemizować. Jednego tylko żałuję, że nie można jej przełożyć przez kolano i przetrzepać po czterech literach. Od razu by jej wszystkie humory przeszły i klepki powracały na właściwe miejsca. I charakter by stracił na uszczypliwości. Mówię ci, zadek ma zadziwiającą łączność ze zdrowym rozsądkiem…  – Przecież ona nie jest celowo złośliwa.  – Aha! Tak to sobie tłumacz. Jak dochodzi co do czego, to swój rozum ma i wie, jak go używać, gdy chce ci dopiec. I wybacz szczerość, ale ostatnio była nieznośna. Nic dziwnego, że teraz musi nieco odsapnąć. Widać wykończyła samą siebie i potrzebuje czasu, żeby się zregenerować. Ot, i cała tajemnica! Możesz pozbyć się wszelkich wyrzutów sumienia, bo twojej babce nawet ciut, ciut się nie pogorszyło. Ona, jak to wszystkie gadziny mają w zwyczaju, teraz hibernuje. Jak się wybudzi, to wszystkim nam pokaże, gdzie raki zimują! I jeżeli mam być szczera, to moim zdaniem to, co na siebie wzięłaś, powoli zaczyna cię przerastać. Najzwyczajniej jest tego za dużo.  – Przecież mam wszystko poukładane. I wszystko pod kontrolą. Zresztą sama widzisz – dodała, wskazując na przyczepione magnesami do drzwi lodówki kartki. – Cały 419


tydzień rozplanowany i rozpisany co do minuty. Najmniejszy drobiazg nie ma szans mi umknąć.  – Skoro tak mówisz. – Imka sceptycznie wydęła usta.  – Ale przy babce przewidzieć. Na A OD ST AAPTONAgacie T IS IDLZtrudno Ń I EEŃ I Zwszystko LDI SI TNOTP AATD SO A przykład ta sytuacja, o której mówiłam, wtedy gdy wybiegła na ulicę. Dokumentnie jej odbiło i szczęście w nieszczęściu, że byłam na miejscu.  – To fakt. Gdyby Dobrusia była sama…  – Toby się dzieciak zapłakał. Swoją drogą, mała nie ma łatwego życia – mruknęła Irmina, sięgając po plastikową cukierniczkę. Klementyna, słysząc te słowa, zastygła w bezruchu. Poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją pięścią w brzuch. „Mała nie ma łatwego życia”. Jedno zdanie, a zabolało jak diabli. Tym bardziej że było prawdziwe. Tylko co ona mogła zrobić? Już niejednokrotnie usiłowała pogodzić miłość i poczucie odpowiedzialności względem babki z miłością do córeczki. I nigdy nie udało jej się osiągnąć celu. Zawsze była zawieszona między jedną a drugą. Z trudem zmusiła się do przybrania obojętnego wyrazu twarzy. Irmina była kochana, ale nie wszystko potrafiła zrozumieć. Zbyt wiele rzeczy było dla niej po prostu białe albo czarne. Zamyślona, dopiero po chwili zorientowała się, że przyjaciółka coś do niej mówi.  – I tak się zastanawiam: dlaczego? – Doleciała ją końcówka wypowiedzi.  – Przepraszam, ale nie dosłyszałam. Co dlaczego? – odchrząknęła, usiłując nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest poruszona. 420


– Dlaczego nie zwiążesz się z jakimś miłym, odpowiedzialnym mężczyzną, który zdjąłby z twoich barków trochę odpowiedzialności. Jesteś całkiem ładna, całkiem dobrze zarabiasz… A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A  – I mam całkiem zbzikowaną babkę i całkiem moją córkę. Już widzę te kolejki dżentelmenów ustawiających się do mnie w konkury.  – Czekaj, a ten bibliotekarz? Ten, co na twój widok zawsze wstaje zza biurka i tak ładnie się martwi o to, jak ty takie ciężary do domu doniesiesz?  – Imka, on jest z piętnaście lat młodszy ode mnie! Nie jestem tak zdesperowana. Poza tym wspominałaś coś o silnym mężczyźnie, a proponujesz mi trzeciego dzieciaka do kolekcji?  – No, rzeczywiście, nie spojrzałam na to od tej strony… A może w takim razie nasz taksówkarz Wiesio…  – Jest łysy i żonaty.  – Fakt… Łysienie może być dziedziczne, żona zresztą też… Wiesz, mogłaby zostać jako dobrodziejstwo inwentarza. Żony tak mają – dodała z przekąsem.  – Dlatego cały czas, do znudzenia, ci powtarzam, żebyś się nie zadawała z żonatymi – wytknęła jej Klementyna.  – Żeby to było takie proste, przecież oni nie mają żadnych znaków szczególnych, a powinni mieć. Na przykład taka pieczęć na czole z podobizną wyszczerzonej żony i napisem „ja tu pilnuję” byłaby idealna. I od razu wszystko by było jasne. Nie tknęłabym takiego Romualda nawet koniuszkiem palca.  – A mi od początku ten twój Romuś jakoś nie leżał. Wiedziałam, że z nim jest coś nie w porządku. Chodził jakoś tak 421


chyłkiem i zawsze umawiał się z tobą po zmroku w najbardziej ustronnych i najciemniejszych kątach parku.  – A ja głupia myślałam, że to dlatego, iż jest nieśmiały i romantyczny –Owestchnęła A OD S TAAPT NT IS IDLZŃ I EEIrmina Ń I ZLDI i z politowaniem SI TNOTPAATD SO A pokiwała głową.  – Widzisz, jednak jesteśmy różne, bo mnie ten wzdychulec nijak nie kojarzył się romantycznie. Podejrzewałam raczej, że to zboczenius pospolitus. I że ciąga cię po nocach w niecnych celach…  – A wiesz, te niecne cele wyjątkowo przemawiają do mojej wyobraźni – przerwała jej z tęsknym westchnieniem Irmina.  – Pozwól, że ja jednak będę trwała na stanowisku, iż to mimo wszystko dobrze, że chodziło tylko o żonę. Musiałyśmy sobie poradzić jedynie z nieszczęsnym gachem, a nie z obleśnym i potencjalnie niebezpiecznym degeneratem.  – Zdegenerowany to on jednak trochę był. – Imka z miejsca się ożywiła. – Żebyś ty wiedziała, co on mi…  – Stanowczo nie chcę tego słuchać! Co raz usłyszysz, nie dasz rady odusłyszeć. – Klementyna sugestywnie zasłoniła dłońmi uszy.  – Jak tam chcesz, ale nie wiesz, co tracisz. A skoro już tak sobie gadamy, to powiedz mi, co się stało z ojcem Dobrochny.  – Ach, więc po to był ten wstęp o facetach.  – Trochę tak – przyznała z rozbrajającą szczerością.  – Gdy pytałam wprost, nigdy nie chciałaś mówić. A przecież widziałam, jaka przyjeżdżałaś z tego Krakowa. 422


– No jaka? – Klementyna wstała, zajrzała do garnka, wyłączyła gaz i podeszła do okna, za którym październikowa noc otulała drzewa ciepłym czarnym płaszczem.  – Taka A OD Sjak TAAPnie TONTty.IS Cała IDLZŃ Ipromieniałaś EEŃ I ZLDI SI TNOtakim TPAATD Scudownym O A wewnętrznym blaskiem. Szczęściem. I to takim, które powinno trwać i trwać, aż do dnia, kiedy świat się skończy!  – Imka, jak ty się uchowałaś, co? Pani adwokat od rozwodów z wiarą w wieczną miłość! Fenomen!  –  A, i tu jest właśnie pies pogrzebany! Dlatego że na co dzień widzę, jak bardzo ludzie potrafią się pogubić. Uważam, że jeżeli się ma szansę na coś pięknego, nie należy jej lekceważyć i zaniedbywać.  – Przecież ty go nawet na oczy nie widziałaś! Skąd możesz wiedzieć, że on i ja…  – Nie musiałam go widzieć, żeby go polubić. Ktoś, kto sprawił, że byłaś bezgranicznie szczęśliwa, musiał być dobrym człowiekiem. Co się więc stało? Przestraszył się ciąży? Uciekł?  – Mieszkał w Krakowie, robił karierę naukową. I rzeczywiście był wspaniałym mężczyzną. – Klementyna zamilkła i zapatrzyła się w migoczącą uliczną latarnię.  – I??? – przynagliła ją przyjaciółka.  – I tyle musi ci wystarczyć – ucięła stanowczo Klementyna. Jeżeli myślała, że uda jej się w ten sposób zakończyć całą sprawę, była w błędzie. Imka zwinnie niczym kot poderwała się od stołu i w jednej sekundzie znalazła się tuż koło niej, zaglądając jej w oczy. Zaskoczyła ją i Klementyna nie zdążyła przybrać jednej z masek przygotowanych 423


na takie właśnie okazje. Irmina świdrowała ją spojrzeniem zaledwie ułamek sekundy, ale to i tak wystarczyło. Zobaczyła w oczach przyjaciółki bezbrzeżną tęsknotę, ból i wstyd.A trwała jakby OPrzez D S TAAPmoment TONT IS IDLZ Ń I EEŃ I w bezruchu, ZLDI SI TNOTPAAT D SO A dopasowując do siebie wszystkie zgromadzone przez lata informacje. W końcu złapała Klementynę za ramiona i obróciła ją twarzą do siebie.  – Klementyno Dońska, jeżeli zrobiłaś to, co mi się wydaje, że uczyniłaś, to jesteś głupia jak but – powiedziała dobitnie. – I nawet się nie waż używać przy mnie tego słowa, które właśnie chodzi ci po głowie – dodała, widząc, że przyjaciółka otwiera usta, by coś powiedzieć. – I radziłabym ci natychmiast wykorzystać to, co tam masz. – Brodą wskazała kuchenkę, znad której unosiła się woń rozgrzanego miodu, cynamonu, goździków i kardamonu. – Upiec i zjeść przynajmniej połowę. Bo jeżeli to prawda, co wcześniej mówiłaś, to te pierniki będą miały w sobie mnóstwo moich emocji, które właśnie krążą po kuchni. I może to ci trochę rozjaśni w głowie!  –  Imka…  – Cicho bądź! Jeszcze nie skończyłam! Słyszałaś o czymś takim jak samospełniająca się przepowiednia? To jest tak jak z bóstwami. Wszechwładne są te, które ożywia wiara. Zapomniane, tracą swoją moc. Zastanów się nad tym dobrze! – zakończyła ze złością. – A teraz możesz mnie odprowadzić do wyjścia! Dochodzi północ, a jutro z samego rana mam być w sądzie. Muszę pomóc jednej zniewolonej nieszczęśnicy na powrót stać się wolną osobą.  – Szkoda, że dla mnie nie masz tyle zrozumienia… 424


– Ty nie potrzebujesz zrozumienia, ale porządnego lania, zupełnie jak twoja babka – stwierdziła Irmina, maszerując do przedpokoju. – Jaka babka, taka wnuczka! Po prostu nie mogę w to uwierzyć się A OD ST AAPTONT IS–IDmamrotała LZŃ I EEŃ I ZLDpod I SI TNnosem, OTPAATD Smocując O A z suwakiem brązowych kozaczków. Klementyna przezornie milczała, patrząc, jak przyjaciółka zapina płaszcz i opatula się długim zielonym szalikiem.  – Jeszcze pogadamy – zapowiedziała Imka, kładąc rękę na klamce. – Ale zanim pójdę, chcę powiedzieć ci dwie rzeczy. Pierwszą jako doświadczony adwokat, który już niejedno w życiu widział: takie sprawy zawsze wracają. Wypływają na wierzch niczym oliwa, i to w najmniej odpowiednim momencie, i komplikują życie. A w tym wypadku będzie to podwójny, ba, co ja mówię, potrójny problem. I możesz stracić to, co dla ciebie najważniejsze. O drugiej sprawie powiem już jako twoja przyjaciółka. Ktoś, komu na tobie zależy najbardziej na świecie. W życiu jest tak, że jednej rzeczy nie można zmienić. Początku historii, która już się toczy. Natomiast zawsze możesz dopisać dowolne zakończenie. Nawet tak banalne jak to powtarzane tysiące razy: „i żyli długo i szczęśliwie”.  – Dziękuję ci bardzo, ciociu dobra rada – mruknęła Klementyna.  – Mówię śmiertelnie poważnie. Ucałuj jutro Dobrochnę ode mnie. Powiedz jej, że bardzo żałuję, iż wpadłam tak późno i nie mogłam jej uściskać.  – Nie ma tego złego, dzięki temu ominęło cię spotkanie z babką. Ostatnio chodzi spać z kurami, idzie do łóżka wcześniej niż moja córka. 425


– Mówiłam ci, hibernuje. I ewidentnie coś knuje. I to coś dużego, na co zbiera siły.  – Przesadzasz, to tylko starsza pani, która kiedyś dawno temu się pogubiła poŃ dzień dzisiejszy błąka A OD S TAAPTONTi tak IS IDLZ IE EŃ I ZLD I SI TNOTPAA TD SO Asię bocznymi ścieżkami swojej dawno minionej młodości. A gdy już się zdarzy, że trafi na tę główną, właściwą drogę w teraźniejszości, to okazuje się, że nijak nie może się tu odnaleźć.  – Dobrze, dobrze, ja i tak swoje wiem – zniżyła głos, wychodząc na klatkę. – I nie myśl, że zostawię w spokoju to, czego dzisiaj się dowiedziałam… Jeszcze cię pociągnę za język – zapowiedziała i zbiegła po schodach. Klementyna stała jeszcze przez chwilę w otwartych drzwiach i słuchała oddalającego się echa jej kroków. Dopiero gdy na dole trzasnęły ciężkie drewniane wrota, wróciła do mieszkania i przekręciła zasuwę. No i wpadła, powiedziała, co wiedziała, i zostawiła mnie z mętlikiem w głowie. Teraz na pewno nie będę mogła usnąć – pomyślała z westchnieniem i cichutko weszła do pokoju, w którym spała jej córeczka. Łagodne światło lampki nocnej rozpraszało mrok. Klementyna pochyliła się nad śpiącą dziewczynką i natychmiast na jej twarzy pojawił się pełen tkliwości uśmiech. Uwielbiała patrzeć na uśpioną małą. Zaróżowiona buzia, rzęsy rzucające cień na policzki, rozrzucone nad głową ręce. Na moment przyłożyła dłoń do jej policzka i poczuła, jak ciepło bijące od dziewczynki przenika ją całą i wędruje prosto do serca. „Tak bardzo, bardzo ją kocham – pomyślała z mocą.  – Tak bardzo chciałabym uchronić ją od wszystkiego, co złe”. 426


Takie sprawy zawsze wracają. Wyłażą na wierzch w najmniej odpowiednim momencie i komplikują życie – niczym zła przepowiednia przemknęły jej przez głowę słowa Imki. A OD S TAAPTONT IS IDLZŃ I EEŃ I ZLDI SI TNOTPAATD SO A  – Ale tutaj nie ma na to szans – wyszeptała, cichutko wycofując się z pokoju. – Po tylu latach to po prostu wykluczone… – Usiłowała przekonać samą siebie, ale czuła, jak serce zaczyna jej bić coraz szybciej. Po tylu latach co innego było również niemożliwe. Było po prostu za późno na jakiekolwiek zmiany. I niech sobie Irmina mówi, co chce, w tym wypadku zakończenie zostało napisane dawno temu.  – Co wcale nie znaczy, że nie będziemy żyć długo i szczęśliwe – mruknęła, wchodząc na palcach do pokoju, w którym urzędowała babka Agata. Starsza pani spała na boku, jej obszyta koronkami koszula unosiła się na piersi w równomiernym oddechu. Klementyna przez moment patrzyła na jej siwe, zaskakująco gęste włosy zaplecione w długi warkocz, na mapę zmarszczek, które wyrysowały na twarzy odbicia radości i smutków, gniewu i goryczy. W tych bruzdach wyżłobionych przez czas zapisana była również jej historia. Jej dziecięcy śmiech, łzy, nadzieje i marzenia. Delikatnie podciągnęła zsuwającą się z łóżka kołdrę, otuliła drobne ramiona śpiącej i cichutko wyszła z pokoju. Nieomal bezwiednie podążyła w stronę kuchni. Poczuła, że cichaczem, prawie niedostrzegalnie, nadszedł właściwy moment na stworzenie pierwszego w tym roku domku z piernika. Zawsze przychodził niespodziewanie. Czasem budziła się w środku nocy i półprzytomna, gnała do 427


kuchni, czasem czuła to charakterystyczne, tajemnicze coś, stojąc w kolejce po pieczywo albo po numerek do lekarza. Zazwyczaj w takich momentach porzucała wszystko, czym się zajmowała, i biegła rozstawiać stół w kuchni. Teraz, tak jak co roku, wykrojone ściany i dachy już od jakiegoś czasu czekały na to, by ze złotych piernikowych płacht zamienić się w otulone lukrowym śniegiem, przytulne chatki. Pierwsza zawsze była najważniejsza. Klementyna robiła ją dopiero wtedy, gdy poczuła ogromny przypływ miłości połączony z lekkim smutkiem i tęsknotą. I właśnie teraz mieszanka tych uczuć wibrowała wokół jej serca. Palce aż ją świerzbiły, gdy przygotowywała styropianową podkładkę, na której miał stanąć magiczny, miniaturowy dom. Z koronkowymi firankami zawieszonymi w oknach, z ośnieżonym kominem, z płotkiem, studnią i przepięknie przystrojoną choinką. Miała go przed oczami, tak jakby już był zrobiony. Będzie dokładnie taki, jaki byłby mój dom, gdybym go posiadała – pomyślała i z czułością pogładziła piernikowe ściany.


SPIS TREŚCI

Wiele przedgrudni temu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Przedgrudzień – październik . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 Przedgrudzień – listopad . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 195 Grudzień . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Serce z piernika by SIW Znak - Issuu