Skip to main content

Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Biografia Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebr

Page 1

Tadeusz Konwicki ilustracje Danuta Konwicka

Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz BIOGRAFIA

Ze wstępem Ludwiki Włodek i posłowiem Marii Konwickiej

Wydawnictwo Znak Kraków 2019


Projekt okładki Maria Gromek Fotografia na s. 1 okładki Tadeusz Rolke/Agencja Gazeta Fotografia na s. 4 okładki archiwum Marii Konwickiej Wybór i opracowanie Dorota Gruszka Opieka redakcyjna Anna Glac Korekta Katarzyna Onderka Projekt typograficzny i łamanie Maria Gromek Współpraca Irena Jagocha Copyright © for the text by Maria Konwicka Copyright for the illustrations © by Maria Konwicka & Danuta Wesołowska Sponar © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5953-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, email: czytelnicy@znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


Ludwika Włodek

Otczestwo Koszki Wstęp do książki o kocie Iwanie

9


Kiedy umarł mój prapradziadek, jego żona, a moja praprabab-

cia przeprowadziła się z Podola do Warszawy. Trójkę dzieci miała już dorosłą, zabrała więc ze sobą tylko najmłodszych

Jadwinię i Jarosia. I psa. A może pies nastał dopiero w Warszawie. W każdym razie mieszkali w tym składzie w wynaj-

mowanym przez babcię mieszkaniu na nie istniejącej już ulicy Sadowej. Pewnego dnia odwiedził ich urzędnik. A że był to rok

1902 lub 1903 i Warszawa była częścią zaboru rosyjskiego, rozmowa toczyła się po rosyjsku. Cel wizyty urzędnika nie jest nam, potomnym, dziś do końca znany, ale podejrzewamy, że

chodziło o rodzaj podatku za psa. W każdym razie urzędnik po krótkiej rozmowie z babcią zaczął wypełniać bumagę, czyli

jakiś urzędowy formularz. Rzucił w jej stronę: – Imja? Otczestwo?

A praprababcia na to z naiwnym zdziwieniem zapyta-

ła: – Kak mogu ja znat’ otczestwo sobaki?

Myślę, że ta anegdotka tak długo przetrwała w naszej

rodzinie, bo dość dobrze pokazuje panujący w niej stosunek do zwierząt domowych. Traktowano je (i traktuje się nadal) jak pełnoprawnych członków rodziny. To, że mojej praprababci w ogóle przeszło przez myśl, że w urzędowym

formularzu jest rubryczka z imieniem i z imieniem ojca psa, za którego należy zapłacić podatek, jest najlepszym dowodem

na to, że uważała swojego psa za tak samo ważną i w pełni upodmiotowioną osobę jak któreś ze swoich dzieci.

O domowych kotach, psach, a nawet o papudze Kokasi

krążyły historie i anegdotki takie same jak o całej plejadzie

wujków, ciotek, kuzynów i przyjaciół domu. Niektóre złośliwe, inne romantyczne, wszystkie przekazywane z pokolenia

11


na pokolenie. W efekcie ja nie tylko wiem, jak się nazywały

i czym zajmowały się w życiu siostry mojego pradziadka czy

też kuzynki mojej prababci, ale znam także imiona, charaktery i upodobania chyba wszystkich zwierząt, jakie w ciągu

kilku generacji mieszkały z moją rodziną.

Jednak moja rodzina powoli się starzeje, odchodzą ko-

lejni świadkowie różnych wydarzeń i niektóre rzeczy ustalić

jest coraz trudniej. Tak też było z proweniencją kota Iwana.

Wiedziałam o nim tylko tyle, że rodzina Konwickich dostała go od mojej babci Marysi Iwaszkiewicz.

Kiedy wiosną 2019 roku poszłam robić wywiad z Marią

Konwicką, zdawałam sobie oczywiście sprawę, że nie unikniemy tematu Iwana. Tym bardziej zrobiło mi się miło, gdy

ona na samym początku naszej rozmowy, zaproponowała

12

żebyśmy mówiły sobie po imieniu, bo „przecież jesteśmy spokrewnione przez kota Iwana”. Mój człowiek, pomyślałam

i od razu zapałałam do niej instynktowną sympatią. Nie może

być złą kobieta, która kota traktuje tak bardzo serio, a jednak z przymrużeniem oka.

To w czasie tej naszej rozmowy narodził się pomysł,

żebym napisała wstęp do książki o Iwanie, którą trzymacie

Państwo właśnie w rękach. Najpierw się skwapliwie zgodziłam, a potem…

Potem wpadłam w panikę. Byłam bowiem przekonana,

że wystarczy, jak zapytam ojca, któreś z jego rodzeństwa czy

wreszcie babcię, i wszyscy mi wszystko dokładnie opowiedzą.

Tymczasem pierwsze trudności pojawiły się, już kiedy spisywałam wywiad. Zabrałam tekst ze sobą w góry, na narty.

Rano jeździliśmy, a wieczorami przepisywałam po kawałku


opowieści Marii Konwickiej o rodzinie. Siłą rzeczy ważne

miejsce zajmował w nich Iwan. Ponieważ byłam na wyjeździe z tatą, zainteresował się, w czym tak dłubię. Opowiedziałam

mu i od razu zapytałam o Iwana.

– A tak. To był, zdaje się, syn Bazylego, wielkiego rudego

kocura ze Stawiska – odpowiedział przekonany. Sęk w tym, że

nie bardzo umiał uzasadnić, jak syn Bazylego pozostawał w rękach naszej rodziny. Była to klasyczna historia z otczestwem, tylko tym razem nie sobaki, a koszki. No bo nawet załóżmy,

że to faktycznie Bazyli spłodził Iwana. Ale o ile w przypadku dzieci ludzkich zdarza się czasem, że to ojciec wychowuje

syna czy córkę w swoim rodzinnym domu, o tyle w przypadku

kotów żadne z nas nigdy o czymś takim nie słyszało.

Poza tym wersja z Bazylim nie bardzo się zgadzała

z tym, co o pochodzeniu Iwana mówiło się u Konwickich. Otóż Maria w czasie naszej rozmowy opowiedziała mi, że

jej ojciec twierdził, że dzika natura Wani to spadek po jego

ojcu, półdzikim kocurze, może nawet jakim żbiku, co do

Podkowy wpadał tylko na krótki rekonesans, wyłoniwszy

13


się z Młochowskiego Lasu. Nijak taki obraz nie pasował do

domowego pieszczocha Bazylego.

Uznaliśmy więc, że o wszystko wypytamy po powrocie

z nart babcię. Moja babcia już co prawda miała wtedy objawy sklerozy. Zdarzało jej się, że nie poznawała odwiedzających

ją członków rodziny, opowiadała jakieś niestworzone historie o włamywaczach i dziwnych gościach, ale stare czasy

pamiętała bezbłędnie. Uważaliśmy, że na hasło „kot Iwan”

otworzy jej się odpowiednia klapka w mózgu i wszystko

mi – w typowym dla siebie, barwnym i pełnym życiowych szczegółów stylu – opowie.

Niestety, następnego dnia dostaliśmy wiadomość, że

babcia w stanie ciężkim została zabrana do szpitala. Kiedy

wracaliśmy samochodem do Warszawy, nad ranem przyszła 14

wiadomość, że zmarła, zabierając ze sobą do grobu historię Iwana i mnóstwo innych opowieści z epoki, której być może była jednym z ostatnich świadków.

Musiałam zacząć opowieść o pochodzeniu Iwana skle-

jać ze skrawków. Pojawiły się różne hipotezy. Na przykład

taka, że Iwan, podobnie jak wiele innych kotów, którymi

moja rodzina obdarowywała krewnych i znajomych, jest synem Kubździ. Ale szybko została obalona, okazało się, że

Kubździa nastała na Stawisku, kiedy Iwan od dobrych kilku lat terroryzował już rodzinę Konwickich.

W końcu z pomocą przyszła mi Agnieszka Papieska.

Przez ostatnie lata życia babci spisywała jej wspomnienia

o różnych ludziach i drukowała je w „Zeszytach Literac­ kich”. Rozmawiałyśmy właśnie o wydaniu tego w formie książki.


– A o Konwickim był felieton? – zapytałam Agnieszkę

pełna nadziei.

– Owszem, był.

– A o kocie Iwanie tam jest? – ciągnęłam przesłuchanie.  – Ależ oczywiście, prawie pół felietonu jest o nim.

No, to jesteśmy w domu! Babcia rzeczywiście dość do-

kładnie opisała okoliczności nie tylko wydania Iwana Konwic­ kim, ale także – co mnie najbardziej ucieszyło – jego rodziców. O matce wspomniała tylko, że była sympatyczna i czarna

i nazywała się Jagusia. Była kotką babci na przełomie lat

60 i 70, w czasach gdy babcia ze swoim trzecim mężem Bogdanem Wojdowskim mieszkali w Podkowie. Wynajmowali wtedy

parter czy raczej suterenę domku od jakiejś pani na Wschod-

niej. W sąsiednim domku, za płotem mieszkał kot, który, jak twierdzi babcia, był „mężem Jagusi”. I o tym właśnie kocie

jest w felietonie spisanym przez Agnieszkę passus prawie tak

długi jak o samym Konwickim. Bardzo w stylu mojej babci, która zawsze uwielbiała mężczyzn i umiała o nich barwnie

opowiadać. Okazuje się, że przerzuciło jej się to nawet na koty. Najlepiej może zacytuję ten fragment:

„(…) kocur sąsiadów, dzika bestia – ja się go bałam. Któ-

regoś dnia – a mieszkaliśmy w domku z niskimi oknami – siedziałam przy oknie i coś czytałam, i nagle czuję, że ktoś

na mnie patrzy uporczywie. Podnoszę wzrok i widzę dwa

ślepia – żółte, złe, utkwione we mnie – to ten kocur. Twarz

miał prawie przylepioną do szyby, oczy płonące i patrzał na

mnie złośliwie. Jego głównym zajęciem było łapanie wiewiórek, niesłychanie chytrze to robił. Kiedyś podpatrzyłam, jak łapał wiewiórkę: stawał pomiędzy drzewem a wiewiórką – bo

15


wiewiórka zawsze biegnie na drzewo i wskakuje – czyli jak stał pod drzewem i wiewiórka biegła, to wpadała mu prosto

w pysk. I ten kocur miał czworo kociąt z naszą Jagusią. Jedno z nich zawiozłam Konwickiemu”.

Babcia w opisie kocura użyła zwrotu „płonące oczy”.

Używała go dość często, ale tylko w kontekście mężczyzn, którzy jej się podobali. Widać z tego, że kocur był naprawdę

charyzmatyczny.

Jednego tylko nie napisała: jak się nazywał. A więc nie-

stety otczestwo Waniuszki pozostanie już do końca tajem-

nicą. No chyba że jakiś potomek sąsiadów babci z Podkowy

Wschodniej sięgnie po tę biografię i napisze do wydawnictwa, że tak, że wiedzą, że ów dzikus o płonących oczach to właśnie

był kochany Mruczuś czy też Pimkek ich babci albo dziadka.

16

Pozostało mi tylko ustalić więcej szczegółów na temat

Jagusi. Pytałam nawet biografki Bogdana Wojdowskiego, czy

aby w jego listach lub dziennikach nie było nic o Jagusi, ale nie. Okazało się na szczęście jednak, że Jagusię doskonale

pamięta najmłodszy syn mojej babci, brat przyrodni mojego

taty, Jaś Wołosiuk. Była ponoć przemiłą, drobną koteczką. Czarną, tak jak pisała babcia. I bardzo niezależną. Żaden typ

kanapowca. Raczej latawica, znikała na całe dnie. Siedziała

w domu rzadko, ale jak już się pojawiała, była serdeczna i miła.

Najbardziej ponoć kochała Bogdana (może dlatego bab-

cia o niej tak lakonicznie). Z miłości do Bogdana któregoś razu przyniosła mu na świeżo co obleczoną poduszkę cztery zabite myszki. Znalazł je, kładąc się spać. – Starannie ułożone

w rządek – jak zapewniał mnie Jaś.


Puzzle są już prawie gotowe. Jeszcze tylko dodam, że

w felietonie o Konwickim babcia snuje przypuszczenia także co do imienia samego koteczka. Twierdzi mianowicie, że

nazywał się tak od popularnej piosenki Bułata Okudżawy z refrenem „Oj, Wania, Wania”.

Sprawdziłam. Chodzi o piosenkę o Wańce Morozowie,

który zakochał się w cyrkówce. Patrzył, jak chodziła po linie

i machała na niego białą rączką. Tak się zabujał, że stracił

głowę. Tymczasem zła cyrkówka go oszukała i złamała mu serce. Zdaje się, że w przypadku Wańki Konwickich to raczej

on był specjalistą od łamania serc i innych machlojek. Ale o tym opowiedzą już Państwu sami Konwiccy. Zapraszam do lektury tej fascynującej kociej biografii.

17


18


1

19


Pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie 20

przybył do Warszawy kot Iwan,

a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka.


21


Z przyjemnością zabieram się teraz do opisu mego kolegi,

sublokatora i rezydenta. Jest to kot Iwan, zwany poufale Wanią,

którego pięć lat temu podrzuciła nam Marysia Iwaszkiewi-

czówna. Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie

córki, Ania i Marysia, od dawna męczyły o kota. Marysia

Iwaszkiewicz, szukając klienta na kociaki, wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez

dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy

w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie

trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami

dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy.

22


23

Kot Iwan jest rodem z Leśnej Podkowy. Pytałem kilkakrotnie

Marysię Iwaszkiewiczównę o jego rodowód. Bardzo zmieszana przyznawała się skwapliwie, że jego ojcem był słynny

bandzior podwarszawski, kot Bazyli. Ale ja podejrzewam, że

mama Wani, chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans ze żbikiem, albo nawet rysiem.


24


Jak można się było spodziewać, po trzech miesiącach dzieci zapomniały o kocie, bo już miały inne zainteresowania. Więc

ja, w poczuciu obowiązku, musiałem się wobec tego zwierzęcia zachować lojalnie, zaprzyjaźnić się z nim i pielęgno-

wać go przez osiemnaście lat. Trzy czwarte z tego czasu nie

wyjeżdżałem na wakacje, bo ktoś musiał dotrzymywać mu towarzystwa, a on był wymagający i kapryśny. Zresztą sam

bym cierpiał, wiedząc, że znosi jakieś niewygody psychiczne.

I ja to rozumiałem. Raz próbowałem go wywieźć, ko-

muś dać na wakacje. Nie chcę już nawet wspominać, co on przeżywał w podróży.

25


Spis treści Ludwika Włodek OTCZESTWO KOSZKI. WSTĘP DO KSIĄŻKI O KOCIE IWANIE  9 BIOGRAFIA KOTA IWANA  19 Maria Konwicka POSŁOWIE  157 OD WYDAWCY  171


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Biografia Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebr by SIW Znak - Issuu