Skip to main content

Pamiętniki

Page 1

Stefan Kieniewicz

pamiętniki Do druku przygotował Jan Kieniewicz

wydawnictwo znak Kraków 2021


Projekt okładki Michał Pawłowski / kreskaikropka.pl Fotografia na okładce Archiwum Jana Kieniewicza Opieka redakcyjna Mateusz Burzyk Katarzyna Mach Adiustacja Bogumiła Ziembla Korekta Katarzyna Onderka Indeks Artur Czesak Projekt typograficzny i łamanie Irena Jagocha Copyright © by Jan Kieniewicz & Antoni Kieniewicz Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z.o.o., 2021 ISBN 978-83-240-6172-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU


Dereszewicze

Pierwsze wspomnienie dzieciństwa, które jestem w stanie datować, tyczy się pogrzebu mego dziadka. Mróz był wielki i małych dzieci nie wypuszczano z domu. Przez okno więc patrzyłem na kondukt żałobny, który skręcał ze ścieżki wiodącej od starego domu, w głębi alei świerkowej. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że trumnę nieśli czarno ubrani ludzie, chociaż od domu do kaplicy był kilometr z górą. Działo się to w styczniu 1911 roku, miałem zatem trzy lata i cztery miesiące. Urodziłem się w Dereszewiczach, jako syn Antoniego Kieniewicza i Magdaleny z Grabowskich, 12 września 1907 roku według starego stylu, 25 września według nowego. Później w Warszawie, w czasie wyrabiania obywatelstwa polskiego, urzędnik jakiś coś pokręcił i wpisano mi do dokumentów mylną datę 20 września, na co wszyscy machnęli ręką. Pokój, z którego wyglądałem przez okno, należał do czterech w amfiladzie, tworzących „apartament dziecinny”. Zostały one dobudowane od tyłu do skromnej oficyny, w której Rodzice moi osiedli po ślubie, właśnie dla pomieszczenia przybywającego potomstwa. W pierwszym z tych pokojów rezydował brat mój Hieronim, starszy ode mnie o blisko sześć lat. Było tam pełno książek z obrazkami i luksusowych zabawek, ale chodziłem tam rzadko, bo Heruś był bardzo ważny, wiele umiał, podróżował, chodził z dorosłymi na polowanie, więc nic dziwnego, że patrzał na nas z góry. Drugi pokój, kwadratowy, zdawał mi się ogromny. Na środku stał okrągły stół jesionowy, dokoła którego uprawiało się gonitwy; pod ścianą przepaścista kanapa, a nad nią Poczet królów Matejki, na którym uczyłem się


18

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

historii Polski. Poza tym stało tu łóżeczko dziecinne mego brata Henia (młodszego o lat cztery), który tu mieszkał z naszą dawną nianią, Marią Bilkiewicz. Jak przez mgłę pamiętam mamkę Henia, która drocząc się ze mną, pokazała mi pewnego razu nagą pierś, od której uciekłem z krzykiem. Trzeci pokój, spory i podłużny, był wspólny mój i Kazia, młodszego ode mnie o półtora roku. Nic stamtąd nie pamiętam poza dwoma metalowymi łóżkami, niskim żółtym stolikiem zmontowanym z dwiema ławeczkami, gdzie siadaliśmy do obiadu. Menu raz kiedyś zostało zafiksowane i docierało do nas z kuchni automatycznie: rosół, kotlety siekane z marchewką i kompot – przez rok okrągły. Z Kaziem żyłem najbliżej i najlepiej bawiłem się we wczesnym dzieciństwie. W jednym nade mną górował – talentem do rysunków, do czego nie nadawałem się wcale. Zresztą mogłem nad nim przewodzić, był raczej słabowity, raz nawet przeszedł zapalenie płuc i sprowadzono doń aż z Mińska doktora Jurahę. Z Mińska, miasta gubernialnego, jechało się kolejką kilkanaście godzin, z trzema przesiadkami. Co do mnie, to podobno przed czwartym rokiem życia bywałem pokryty wrzodami, ale nic z tego wszystkiego nie pamiętam. Potem już żadnych chorób nie bywało poza odrą, paru – jak się wtedy mówiło – „influenzami” i częstymi, zawinionymi rzecz jasna, nawrotami niestrawności. Te leczono brutalnie, olejkiem rycynowym. W czwartym i ostatnim, najmniejszym pokoju mieszkała nasza opiekunka, panna Anna Bem, która chyba najbardziej wpłynęła na ukształtowanie mego dziecinnego charakteru. Niewielka osóbka o dużych talentach pedagogicznych: nie podnosiła głosu, z konieczności uciekała się do paru klapsów, ale wystarczyło, że powiedziała: idź do kąta – i szło się do kąta. Przy okazji dowiadywaliśmy się, jacy byli grzeczni mali Bobińscy, Regulscy czy Jeziorańscy, których wychowywała poprzednio. Na całe życie wpoiła mi panna Anna poczucie tego, co „się robi”, a czego „się nie robi”, niezdolność do otwartego nieposłuszeństwa. Zresztą jej faworytem był Kazio, który miał śliczne niebieskie oczy i w ogóle przypominał „białą sowę”. Odchodząc od nas w 1919 roku w Warszawie, panna Anna przeszła do Krzeszowic, na które kręciła nosem, jako demokratka. Zapewne opowiadała wnukom pani Krystyny Potockiej o grzeczności małych Kieniewiczów.


Dereszewicze

19

Raz jeszcze odwiedziła nas w latach okupacji, jako wielka, ale zawsze jeszcze żwawa staruszka; zmarła wkrótce potem. Pokój jej duszy! Gdzieś koło szóstego roku życia, być może po powrocie z wakacji w Sables d’Olonnes w Wandei, zostaliśmy dopuszczeni, Kazio i ja, do ogólnej jadalni, a więc i do frontowych pokojów. Wstając od stołu, szło się ucałować Mamę w rękę. W owych latach dostrzegam Mamę w długiej białej sukni i dużym kapeluszu, idącą z wolna aleją kwiatową od nowego domu w stronę sadu. W ręku sekator, za nią służący ze srebrną tacą: Mama ścinała kwiaty na bukiety. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że Mama była wielką damą, przy całej swej prostocie, braku pretensji i wymyślnych gustów. Wyszła za mąż młodo – opisał tę historię Ojciec w swoich pamiętnikach 1 i nie mam tu nic do dodania. W ciągu dziesięciu lat miała sześcioro dzieci (dwoje urodzonych pomiędzy Herusiem a mną wcześnie zmarło). Zajęta głównie chorowitym pierworodnym, którego woziła do zagranicznych lekarzy, Mama pozostawiała młodsze dzieci niezawodnej opiece panny Anny. Wypełniało jej czas prowadzenie wielkiego domu, lektury, korespondencje i hafty. Zajęła się mną bliżej, gdy już skończyłem lat dziesięć. Ojca pamiętam w owym czasie rozmawiającego w swoim gabinecie przez telefon: z fabryką, z rektyfikacją, z tym czy innym folwarkiem. Prywatna sieć telefonów, długości kilkudziesięciu kilometrów, nie działała zapewne sprawnie. Słyszę Ojca miarowe, rosyjskie odpowiedzi: „Da, da, da, da” – i biada, jeżeliśmy wtedy za blisko hałasowali! Ojciec beształ nas, bo był gorączka, chociaż panował nad sobą. Ojca (mówiliśmy zresztą: Tatko) nie widywaliśmy wiele, spędzał życie na bryczce, bądź to administrując dobrami, bądź polując. Reżyserował, owszem, nasze przedstawienia amatorskie i czytał nam, dzieciom, głośno – ale to już w późniejszych latach. Parę razy tylko zabrali mnie z sobą Rodzice na dalsze, całodzienne wyprawy do folwarków: Sudzibora, Paulinowa czy Łopczy. Przyjemna była jazda bryczką i nowe widoki – nudniejszy pobyt na miejscu, gdy Ojciec pogrążał się w interesach, a nam nie wolno było nigdzie się oddalać. 1

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu… Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, Ossolineum, Wrocław 1989.


20

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

O kilkadziesiąt kroków od naszej rozbudowanej oficyny stał nad rzeką właściwy dom, a raczej dwa sprzężone domy: „stary”, klasycystyczny, postawiony przez mego stryjecznego pradziada Feliksa Kieniewicza około 1820 roku, i „nowy”, szpetny, dobudowany przez mego dziada Hieronima siedemdziesiąt lat potem. W starym domu mieszkała moja babka („pani marszałkowa”), już wtedy schorowana i z daleko posuniętą sklerozą; przy niej najstarsza siostra mego Ojca, ciocia Klosia Potworowska z córką Dziunią Łopacińską i wnuczką Teklą, będącą w moim wieku. Tu dojeżdżali często z pobliskiego Bryniewa stryjostwo Kieniewiczowie (stryj Rucio i ciocia Lela, rzadziej zaś z odleglejszych Bolcienik ciocia Zosia Puttkamerowa z wujem Wawrzyńcem. Rzadko prowadzono nas na salony starego domu i nie lubiliśmy tych wizyt, bo trzeba było być jeszcze grzeczniejszym niż zwykle, a zachowanie nasze wszystkich denerwowało. Nie miałem oczywiście pojęcia o napięciach i konfliktach rodzinnych, jakie narastały wokoło, a których ofiarą padała moja Mama. Później dopiero, w Warszawie, wspominała mi o nich świadoma rzeczy Tekla, pod największym sekretem. Więcej dowiedziałem się w pół wieku potem z drukowanych pamiętników Jani Żółtowskiej i rękopiśmiennych – mego Ojca2, do tych źródeł więc odsyłam ciekawych. W czerwcu 1915 roku oficyna nasza się spaliła i przenieśliśmy się do „nowego” domu, ulokowani w wielkiej sali na parterze, z widokiem na rzekę. Heruś miał obok własny pokoik, a Rodzice mieszkali na piętrze. Odtąd już buszowaliśmy swobodnie po całym domu i wszystkich jego zakamarkach. Była nas spora gromadka dzieciarni: na wakacje 1914 roku zjechała do nas pani Blanche Grabowska, dawna dame de compagnie mojej ciotki Lubańskiej, z trzema córkami: Igą, Blanką i Zulą, plus minus w moim wieku, Kazia i Henia. Zaledwie przyjechały, wybuchła wojna, zostały więc w Dereszewiczach, odcięte od Warszawy, na następne cztery lata. Z Kopcewicz dojeżdżało nieraz czworo Ulatowskich, dzieci dyrektora naszej fabryki – w sumie bywało nas kilkanaścioro. Dochodził do tego rozliczny personel: 2

Janina z Puttkamerów Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie, Alma Book, Londyn 1959 (II wyd. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1998). Pamiętniki Antoniego Kieniewicza ukazały się drukiem, Nad Prypecią dawno temu…, dz. cyt.


Dereszewicze

21

dama do towarzystwa mojej babki, panna Andrzejewicz, daleka kuzynka Dziuni Plińcia Zajączek, nauczyciel Herusia Maurycy Małek, nowy nasz wychowawca, Szwajcar, Otto Dromler, bona Tekli, Mlle Alice, rzeźbiarka panna Broniewska, która rzeźbiła biust Mamy oraz słynnego leśnika Moroza. Normalnie siadało do stołu kilkadziesiąt osób. Personel nauczycielski kojarzył się w różnych układach, flirtował i kłócił się, ale to nie docierało do mojej świadomości. Klucz Dereszewicze – Bryniów był tak rozległy, że sąsiedztwa ziemiańskie właściwie nie istniały. Najbliższy sąsiad, p. Stanisław Lewandowski, pojawiał się rzadko i bez rodziny. Sensację sprawił kiedyś p. Aleksander Lenkiewicz, przyjeżdżając samochodem – fordem. Stryjostwo mieli elegancką drezynę z motorem spalinowym, którą cyrkulowali na wąskotorówce fabrycznej pomiędzy Bryniowem, Dereszewiczami i stacją kolejową w Kopcewiczach. Drezyna nie zawsze chciała ruszyć z miejsca i musieli ją wtedy rozpędzać dwaj lokaje. Dalsza rodzina miała swe rezydencje wzdłuż Prypeci: w górę rzeki Ordowie, w dół Horwattowie. Ale to były dalekie, wielodniowe wyprawy, na które nas nie zabierano. Czasy zresztą szły niespokojne i jeśli przyjeżdżali do Dereszewicz jacy wujowie i ciotki, to bez progenitury. Nasz własny świat wystarczał dzieciom aż nadto. Przede wszystkim interesowała nas rzeka, podpływająca pod sam dom szerokim zakolem, a w dalszej perspektywie wijąca się wśród łąk. Na rzece obserwowaliśmy w dół spływające tratwy, pod górę holowane mozolnie berlinki; parowce towarowe i pasażerskie; eleganckie monitory zarządu żeglugi; w czasie wojny też minikanonierki. Wszystkie te sylwetki znało się na pamięć i wypatrywało z dużej odległości. Rozpacz brała, gdy z dołu rzeki nadciągał holownik, a dzieci zaganiano na podwieczorek! Partie olchy zakupione do fabryki gdzieś nad Dnieprem dowoził holownik do przystani położonej zaraz za parkiem. Tam przeładowywano je na wąskotorówkę – było czemu się przyglądać. W zimie po zamarzniętej rzece zwożono siano saniami; sensacją była na wiosnę chwila ruszenia lodów. Zaczynały się wtedy wycieczki na okoliczne zalewy i łąki. Czaru tamtego pejzażu nie odczuwałem wtedy – odsyłam więc do opisów przyrody mego Ojca i Janiusi. Plaża do kąpieli znajdowała się naprzeciwko dworu, po drugiej stronie rzeki. Nie mając lat dziesięciu, byłem w stanie


22

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

dowieźć do niej człowieka, operując jednym tylko wiosłem i przy dość silnym prądzie. Wzdłuż urwistego brzegu, na prawo od starego domu ciągnął się park, na lewo od nowego domu sad – dwa rozległe tereny zabaw, wcześnie spenetrowane i tak doskonale znane, że jeszcze dziś byłbym w stanie odrysować sieć ówczesnych ścieżek i alejek. Dopiero hen, za parkiem znajdował się folwark, na który chodziło się już tylko ze starszymi, co było dla mnie nudne, gdyż co parę minut stawało się na rozmowę z tym czy innym funkcjonariuszem, w interesach, a poza tym grzęzło się w piachu. Na majówki dzieci nie wożono – raz tylko jeden (w 1915?) urządziła ciocia Lela taką wielką imprezę w lesie koło Bryniewa. Co lato regularnie jeździło się na grzybobranie do dąbrowy za rzeką, raz, dwa razy do roku. Grzybów było dużo i liczyły się tylko borowiki i rydze – na nic innego nikt w ogóle nie spoglądał. Wracał z takiej wyprawy ładowny wóz grzybów, które następnie suszono i marynowano. Szczególne, że z owych lat pamiętam głównie zabawy w dużym i zżytym gronie – nie tylko te tradycyjne, ale i własnego pomysłu. Wykombinowaliśmy jakiegoś udziwnionego berka, któregośmy nazwali „limuzyną” (o berku zresztą nie mieliśmy pojęcia). Urządzaliśmy wielkie bitwy na kasztany, najchętniej przeciw starszemu i mocniejszemu od nas Herusiowi, który jednak nie zawsze raczył zniżać się do tych igraszek. Bywały montowane wśród nas ośmiorga różne koalicje, w czym chyba Tekla miała główny udział, ale rozwiewały się one już następnego dnia. Któregoś lata weszły w modę wędrówki parami: jedno z nas szło z zamkniętymi oczami, drugie go prowadziło, starając się zmylić drogę. Mogłem w ten sposób snuć się parę godzin po parku prowadzony przez Igę, nie próbując otworzyć oczu. Samym nie wolno nam było wyjść poza obręb parku, który miał chyba ponad dwadzieścia hektarów. Do głowy by mi nie przyszło złamać ten zakaz, ale „Blanszęta” od czasu do czasu lansowały projekty zbiorowych „ucieczek w świat” – zbierały nawet prowiant na drogę, chowając w krzakach bułki ze śniadania, które potem wyjadały psy. W całodziennych partiach krokieta brali udział także dorośli. Jak wiadomo, krokiet roznamiętnia i staje się źródłem kłótni wśród partnerów i przeciwników. Byłem gwałtownikiem i zdarzało mi się dochodzić swych racji


Dereszewicze

23

z młotkiem w ręku, ale byłem też strasznym płaksą i stąd też przedrzeźnianym. Raz pogrożono mi, że nie dostanę deseru, jeżeli się rozpłaczę. Jakoż rozpłakałem się – tymczasem do jadalni wniesiono andruty z kremem! Zacząłem szlochać jeszcze bardziej gorzko, zdając sobie sprawę, że w tych warunkach nie dostanę deseru już do końca życia. Rodzice ulitowali się, darowali mi winę i dali deser. Doprawdy nie wiem, jakie bywały powody moich nieszczęść, poza kłopotami z zawiązaniem i rozwiązaniem sznurowadeł. Nic nam przecie nie brakło do szczęścia. Zastanawiam się, jakie mogły być na dłuższą metę złe strony takiego rajskiego dzieciństwa? Może ta jedna, że gdy wszystko nam było dane, chłopiec taki jak ja, mało przedsiębiorczy z natury, nie szukał wtedy i potem niczego na zewnątrz: ani przyjaciół, ani nowych, własnych dróg. Jakieś miejsce w tym naszym życiu, chyba nie zanadto obszerne, zajmowała nauka. Nauczyłem się czytać, sam nie wiem jak, kreśląc kijem litery na piasku, miałem zaś wtedy lat cztery. Pamiętam jakieś kaligraficzne wprawki i dyktanda z panną Anną. Nigdy w życiu nie miałem kłopotów z ortografią – aż do chwili gdy w latach trzydziestych zaczęto subtylizować pisanie łączne i rozdzielne; pomagała mi pamięć wzrokowa. Gorzej szły dyktanda francuskie, pisane wraz z Teklą pod okiem cioci Klosi. Ale i francuskiego nauczyłem się nie wiem kiedy, pomiędzy Dziunią, panią Blanche i panem Dromlerem. Mój akcent musiał być z początku dosyć straszny, potem ustawiła mi go Mama. Nie pamiętam, kiedy przeszedłem do nauki bardziej systematycznej, może wówczas, gdy panna Anna wzięła i Henia pod swoją opiekę. Powierzono mnie pannie Plińci, która była, o ile wiem, społeczniczką o wielkim poczuciu obowiązku, ale jako nauczycielka źle sobie ze mną radziła. Widzę siebie oblewającego łzami zeszyt z zadaniami z arytmetyki – przychodził mi z pomocą Nikifor, chłopiec kredensowy. Po jakimś czasie, bodaj w 1916 roku, trafiłem do rąk pana Małka, który od kilku lat uczył Herusia. Był to łysy, okrągły człowieczek, typowy przedstawiciel radykalnego inteligenta, stale nastroszonego na swoich chlebodawców, w przekonaniu, że mu w czymś uchybią. Nauczyciel był zresztą świetny i całkowicie oddany swoim pupilom. Każdy doroczny egzamin Herusia przeżywał głęboko i doprowadzał go do bardzo dobrych stopni. Mnie mówił, że jeśli


24

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

Heruś zdaje egzaminy na piątki, to ja powinienem zdawać na dwudziestki piątki! Wiele zatem wymagał, miał zaś nieprzyjemny zwyczaj pstrykania palcem w ucho za każdą dostrzeżoną pomyłką. Wołał wtedy do mnie: „Wariat – pompka!”. Główną wagę przykładał do arytmetyki, którą też opanowałem, zaczynając od tabliczki mnożenia, poprzez cztery działania na ułamkach, aż do klasycznych zadań o konnym posłańcu ścigającym pachciarza i o zbiornikach napełnianych i opróżnianych kilku rurami. Dziś jeszcze, czekając na autobus, sprawdzam, co ile minut chodzi który numer, i obliczam w pamięci, za ile minut przyjść może jeden z dwóch lub trzech potrzebnych mi numerów. Oczywiście w teorii, bo autobusy chodzą i tak, jak chcą… Pan Małek nie miał zrozumienia do nauk pamięciowych, zresztą wiedział, że z nimi nie będę miał trudności. Natomiast wyuczył mnie rozbioru gramatycznego i logicznego tak akuratnie, że recytowałem go bez zająknienia i wysiłku – po rosyjsku lepiej nawet niż po polsku. Rosyjska ortografia była problemem serio, obowiązywało jeszcze wtedy „jat” i pan Małek kazał mi wykuć paręset wyrazowych pierwiastków z „jat”. Szkoła tego nie wymagała, lecz zdaniem pana Małka była to wiedza przydatna, zwłaszcza dla ucznia Polaka. Przydatność ta zawiodła w związku z reformą ortografii po rewolucji; nic mi też nie pozostało z wprawy nabytej wówczas w rosyjskim „udarenii”. Triumfem pana Małka był mój egzamin do II klasy w Kijowie na wiosnę 1918 roku w gimnazjum polskim (lecz z rosyjskim jako obowiązującym przedmiotem). Przywiozłem do domu same piątki. Pan Małek zaczął wtedy forsować program nauk, zaczynając ze mną algebrę i stylistykę. Pierwsza mnie zainteresowała, na drugiej się załamałem. Nie byłem zdolny do ułożenia zdania ze wskazanym sobie rzeczownikiem i przydawką w określonym przypadku. Pogrążony byłem w rozpaczy, wiedziałem, że jestem w stanie nauczyć się na pamięć wszystkiego, co przeczytam, ale zdawało mi się, że nigdy, nigdy nie zdołam stworzyć nic samodzielnego. Miałem wtedy lat jedenaście, nabrałem obrzydzenia do lekcji z panem Małkiem i w rok później, idąc do szkoły, rozstałem się z nim bez żalu. Potem kiedyś na operetce Nitouche rozrzewniła mnie arietka o żołnierzu z Norymbergi, ponieważ pan Małek często ją wyśpiewywał. Koniec jego był niewesoły:


Dereszewicze

25

czas jakiś był na kondycji3 u Rozenwerthów na Podlasiu, ale wkrótce rozwinął się syfilis złapany jeszcze w Kijowie, w czasie wojny, i wreszcie paraliż postępowy. Gdzieś w 1924 roku odwoziliśmy, Ojciec i ja, pana Małka do Tworek, gdzie zmarł w kilka miesięcy potem. Nie powinienem go wspominać źle: wymęczył mnie, ale i nauczył. Nawet gramatyki! Z historią zaznajamiałem się innymi drogami, bez obowiązku i wysiłku. Jeszcze z panną Anną przeczytałem Zofii Bukowieckiej Książkę Zosi. Opowiadania babuni o Ojczyźnie. Cieszyła się ta książka najgorszą opinią w kołach postępowych jako „rozwlekłe patriotyczne gawędziarstwo”. Mnie jednak wcale nie wydała się tak bardzo głupia. Zawierała obszerne wprowadzenia archeologiczne, jak to lepili garnki „nasi pradziadziusiowie”, w dalszym ciągu objaśniała, jak to pięć palców u rąk może wyobrażać: już to pięciu synów Krzywoustego, już to pięć stanów średniowiecznej Polski. Dotarł do mnie zresztą tylko tom pierwszy, który urywał się na Kazimierzu Wielkim. Nie trafiły mi wtedy do rąk 24 obrazki Anczyca; była za to inna książeczka niepamiętnego mi autora z historią kolejnych „królów”, od Mieczysława I do Stanisława Augusta 4. Przy każdym królu był stosowny wierszyk, z nich zapamiętałem jeden tylko dwuwiersz: Pytaj się Orszy i Obertyna Jakie widziały zwycięstwa?!

Ta książeczka była głównie o wojnach, trochę też o przywilejach dla szlachty, od których zaczęło się wszystko, co najgorsze. Dużo faktów i dat pamiętam od tamtego czasu. W latach 1917–1918 czytywałem głośno przy Mamie francuskie tomiki Lamé Fleury: La Mythologie, L’histoire ancienne (Bliski Wschód i hellenizm), Histoire grecque, Histoire romaine (w dwóch tomach). I te lektury były infantylne, że przypomnę słynne wprowadzenie do wojen punickich „Vous ne savez peut-étre pas, mes enfants, ce que c’est qu’un navire”…5 Ale były tu 3

Był nauczycielem domowym, korepetytorem.   Była to książeczka Włodzimierza Bełzy Dawni królowie tej ziemi. Treść dziejów polskich dla dzieci. 5   Nie wiecie zapewne, moje dzieci, co to jest okręt. 4


26

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

wszystkie anegdoty, które należało znać i których nie zapomniałem. Zresztą zaglądałem ukradkiem i do Herusiowego podręcznika Historii starożytnej Korzona – i tak sobie kompletowałem wiadomości. Starożytność sobie, historia Polski (do rozbiorów) sobie – związku obu tych wątków jeszcze nie poszukiwałem. Gramatyki francuskiej, koniugacji i participes uczył mnie pan Dromler, rodem z Lucerny, siostrzeniec dawnego nauczyciela mego Ojca, Burckhardta. Chyba jeszcze dość młody, postawny, z rudawą brodą, wesoły, dawał się lubić, mimo że podkpiwał sobie trochę i z nas malców, i w ogóle z ziemiańskiego środowiska, w którym się obracał. Dromler w teorii miał nas wciągać do sportów, co mu nie wychodziło, przynajmniej gdy idzie o mnie. Nie tylko dlatego, że byłem tchórz, ale głównie ponieważ rezygnowałem od razu ze wszelkich sprawności, w których z miejsca nie zdobywałem sukcesów. Trochę, owszem, nauczyłem się ślizgać – ale jakże można było się nie ślizgać na sięgającej po horyzont gładkiej tafli lodu, na zamarzniętej Prypeci! Przezwyciężyłem też strach przed zjeżdżaniem ze stromej skarpy do rzeki na sankach. Ale od nart uciekłem po pierwszej próbie. Wsadzany na konia wolałem spaść od razu, niż ciągle się bać spadnięcia. Nie udawało mi się strzelanie do celu, więc nie paliłem się do strzelby. Heruś od dawna już strzelał w parku wrony, polował ze starszymi na ptactwo błotne, miał na rozkładzie głuszca i parę dzików – a i moi młodsi bracia rwali się do dubeltówki. Jako niemyśliwy byłbym pozostał dziwakiem w poleskim środowisku, gdyby nie to, że Dereszewicze i tak przestały istnieć. Nawiasem mówiąc: osiągnąłem jako taką biegłość w warcabach, ale zbojkotowałem naukę gry w szachy, bo mi się wydała za trudna. Dzięki pannie Annie błysnąłem w innej dziedzinie: kompletowaliśmy zielnik. Nie byłem nadto zaradny w zasuszaniu i wklejaniu kwiatów, ale z zamiłowaniem określałem (chociaż bez fachowego klucza) rodziny, rodzaje i gatunki, z ich łacińskimi nazwami. Wpadałem też w rozterkę z powodu różnic terminologicznych między atlasem Willkomma i Atlantą Z. Urbanowskiej6. Flora poleska była bogata, w samym parku nie brakło rzadkich, 6

Chodzi o różnice między atlasem znanego botanika Heinricha Moritza Willkomma a powieścią Zofii Urbanowskiej Atlanta, czyli przygody młodego chłopca na wyspie tajemniczej.


Dereszewicze

27

dziko rosnących gatunków. Starsi znosili mi osobliwsze, żyjące w puszczy okazy, między innymi storczyki. Byłem dumny ze swej dziecinnej, niewolnej od błędów kolekcji, i do dziś jeszcze coś niecoś mi zostało z tej wiedzy o kwiatach. Poza tym jednak mym światem pozostawały książki. Pierwszą, którą przeczytałem samodzielnie we wrześniu 1913 roku, zatem mając lat sześć, był Władzio nad morzem, następną Lolek grenadier. Były to więc dziecinne lektury. W dużej sali na piętrze starego domu (w czasie wojny mieszkały tam Blanszęta) mieściła się biblioteka moich pradziadostwa, wielkie szafy z książkami z pierwszej połowy XIX wieku, jednostajnie oprawionymi w brązowo-żółty marmurek. Nowsza biblioteka moich dziadostwa rozlokowana była w tak zwanej Galerii, łączącej oba domy. Rodzice mieli własny księgozbiór w oficynie, ze wszystkimi klasykami literatury młodopolskiej – część tego wyratowano z pożaru w 1915 roku. O kompletowaniu tych książek mówią pamiętniki Ojca – mnie one jednak wcale nie ciekawiły, zostawały poza moim zasięgiem. Na stołach w obu salonach, czerwonym i srebrnym, oczywiście leżały albumy Dorégo, Andriollego, Sienkiewiczowski, oprawne roczniki „Wsi Ilustrowanej”, ale to było tylko do oglądania. Do czytania zaś miałem wystarczająco dużo książek młodzieżowych, i to raczej do samodzielnego użytku. Tekla korzystała z głośnej lektury, zarówno polskiej, jak i francuskiej, czytywały jej matka i babka, i to poważniejsze rzeczy, ale do tego rzadko kiedy bywałem dopuszczany. Sam natomiast dość chętnie odczytywałem Blanszętom niektóre, już sobie znane książki. Niewiele wśród nich było powieścidełek współczesnych z wydźwiękiem moralnym (Dziedzice Otoka, Dziecinny dwór itp.). Jedną z ulubionych lektur było Serce 7, o którym znacznie później dowiedziałem się od Janiusi, że jest w gorszący sposób demokratyczne. Sporo literatury tego typu odnajdywałem w oprawnych rocznikach „Przyjaciela Dzieci”, które dawniej abonował Heruś, podobnie jak „La Semaine de Suzette”. Do nas aż do wybuchu wojny przychodziło „Moje Pisemko”, w którym drukowało się między innymi Słoneczko tudzież Bohater Cis. Historia psa. Ale te historyjki z życia 7

Chodzi oczywiście o zbiór opowiadań Edmunda de Amicisa.


28

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

realnego pociągały mnie o wiele mniej, w porównaniu z udziwnionymi, takimi jak Sierotka Marysia, Historia dziadka do orzechów, Gucio zaczarowany czy zwłaszcza Cudowna podróż. Zaczytywałem się w książkach podróżniczo-indiańskich, pochłaniałem Verne’a w oryginale, Coopera w tłumaczeniu francuskim, Mayne Reida i oczywiście Umińskiego po polsku. Księgę dżungli przeczytałem zrazu po francusku, pod okiem pana Dromlera. W powieściach egzotycznych interesowała mnie fabuła, przeskakiwałem opisy flory i fauny. Były i poważne luki w tym zestawie, dopiero bowiem w 1918 roku Danek Zaniewski pożyczył mi Winnetou. Drugi dział ulubionych lektur stanowiła oczywiście „Bibliothèque rose”8, w niej zaś nie tylko Mme de Ségur, ale i poważniejsze nieco i bardziej dydaktyczne Zénaïde Fleuriot. I to też były historie fantastyczne, mimo że osadzone w takim samym ziemiańskim świecie, tyle że francuskim i z połowy XIX wieku, co rozpoznawałem z ilustracji, według toalet. Ale najbardziej pociągał mnie Przyborowski, którego przeczytałem z tuzin książek, od Młodych gwardzistów do Reduty Woli. Czytałem nie po kolei, nie bardzo wiedząc, o co w ogóle idzie, nikt mnie bowiem nie uczył historii porozbiorowej. Dopiero w 1919 roku na skrawku papieru ułożyłem sobie spis znanych tytułów powieści w kolejności chronologicznej. Nie miałem wtedy pojęcia, że będę kiedyś polemizował z Przyborowskim jako historykiem powstania styczniowego. A przecież zawdzięczam mu coś bardzo istotnego – inicjację w sprawy narodowe. Zdarzyło mi się raz, że podniecony zabawą, ni stąd, ni zowąd wskoczyłem na krzesło i wykrzyknąłem do młodszego rodzeństwa: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Urwałem nagle i zamilkłem, zastanawiając się, co też mi się wyrwało i co to właściwie znaczy? Działo się to już w nowym domu, a więc nie wcześniej niż jesienią 1915 roku. Najpewniej było to echo wiersza Edwarda Słońskiego („że ta, co nie zginęła, wyrośnie z naszej krwi…”) – wiersz dotarł do Dereszewicz wkrótce po wybuchu wojny, a ktoś go nam przeczytał. Ale przecie nikt: ani Rodzice, ani panna Anna, nie prowadził z nami patriotycznych rozmów. 8

Była to francuska kolekcja książek dla dzieci publikowana od 1856 roku przez wydawnictwo Hachette.


Dereszewicze

29

Przez długie lata po powstaniu styczniowym Ojczyzna w dworach kresowych była tematem tabu. Zaczęło się to zmieniać po roku 1905. O mojej Matce mawiał wuj Oleś Horwatt: „Madzia – patriotka, tego-tego” – z wyraźną dezaprobatą. Zapewne nie był to patriotyzm jasno określony, chyba nawet nie endecki, tym mniej lewicowy. Starsi w jadalni musieli rozmawiać de publicis9 po francusku ze względu na służbę, ale do gwarnej dzieciarni w końcu stołu to wcale nie docierało. Obecności zaborcy dzieci przecież nie dostrzegały. Prawda, że statki na rzece nosiły nazwy rosyjskie, które trzeba było umieć rozpoznawać; że na skrzyżowaniu traktu z wąskotorówką był napis (starą ortografią): Осторожно съ поѣздомъ; że Heruś jeździł zdawać egzaminy w rosyjskim gimnazjum; że czasem (ale rzadko) zjawiał się w domu ktoś w mundurze, z kim panowie rozmawiali po rosyjsku, a panie po francusku. To wszystko były sprawy oczywiste, zastane, zewnętrzne i nas, dzieci, mało obchodzące. Odezwę wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza z 1914 roku przyjęto w Dereszewiczach z aprobatą, ale bez szczególnego entuzjazmu. Panna Anna pokazywała mi rosyjską mapę przedstawiającą, jak będzie wyglądała Europa po pokonaniu Niemiec. Wcale nawet jej nie dziwiło, że nie przewidziano miejsca dla Polski. Trochę nas zaszokowało, że pan Dromler po wybuchu wojny przepowiadał zwycięstwo Niemiec. Pono i stryj zaczął pod koniec wojny przechylać się ku niemieckiej orientacji, ale nie miałem pojęcia o jego racjach. Dorośli z upodobaniem biorą małe dzieci na fundusz10: wmówiono więc mnie i Kaziowi w 1914 roku, że i my także zostaniemy wzięci do wojska. Uwierzyłem w to całkowicie i kłopotałem się tylko jednym: kto mi będzie przypinał z tyłu klapę od majteczek do stanika? Nawiasem mówiąc: nauczony zostałem w dzieciństwie przyszywania guzików, ale praktyka samoobsługi nie poszła o wiele dalej. Cofnę się jeszcze do czasów przedwojennych. Ojciec opowiedział w pamiętniku nasze wakacje nad Atlantykiem w 1913 roku. Pomijając niemiły zabieg laryngologiczny, który przebyliśmy z Kaziem w Warszawie, wyprawa ta dostarczyła nam mnóstwa wrażeń. Z Warszawy jednak zapamiętałem 9

o sprawach publicznych   Drwią z dzieci, bawią się ich kosztem.

10


30

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

niewiele: flagi biało-niebiesko-czerwone; szwadron huzarów z orkiestrą na ulicy Mazowieckiej, złoto kopuły soboru i wykładzinę z kolorowej cegły na fasadzie Pałacu Staszica, żółte autobusy z dwugłowym orłem dowożące pocztę na plac Warecki. Słowem rzeczy rosyjskie – z innych zaś już chyba tylko kajzerki i wodę sodową, windy i tramwaje. Z Berlina i Paryża nie zapamiętałem nic takiego, co by warto odnotować – w ogóle tamta podróż pozostała jakimś snem, do którego się powracało latami, bez przekonania, że się to naprawdę przeżyło. Na plaży w Sables d’Olonnes musiałem być niezdarny i nieznośny, panna Anna miała z nami dużo kłopotu. Nie cierpiałem długich nabożeństw niedzielnych w ciemnym gotyckim kościele i wręcz bałem się brodatego księdza-misjonarza, który śpiewał głębokim basem. Na fotografii zbiorowej zrobionej owego lata wyglądam jak cymbał, i podobnie też na portreciku, który wymalował niedługo później niejaki Dawidowicz. Straszna ta podobizna spaliła się na szczęście w 1944 roku. Starsi w tym czasie dostrzegali moje zdolności, ale na zewnątrz nie sprawiałem wrażenia rozgarniętego, na co składała się nieśmiałość i brak wiary w siebie. Wspominając dziecinne zabawy i równoległe samotne lektury, zastanawiam się, czy bardziej żyłem w zbiorowości, czy na własny rachunek? Bo miałem także swój własny świat rozmyślań, opowiadanych sobie samemu historii. (Próbowałem opowiadać je Blance, ale nie bardzo ją to zajmowało). Stojąc nad rzeką przed domem, miałem po jednej ręce sad, a za nim wieś Hołubicę, po drugiej park, a za nim folwark, przede mną, za rzeką, łąki – a więc kilka odmiennych krajobrazów, jak gdyby kilka państw, każde ze swoją stolicą, rządem i armią, drogami i kolejami. Opowiadałem sobie historie tych państw, wojny, które toczyły się i toczą – parafrazując, rzecz jasna, to, co zasłyszałem o wojnie, jaka się toczyła naprawdę. Postanowiłem sobie, że napiszę kiedyś historię tego z owych pięciu krajów, który uważam za własny, i zakładam, że to będzie bardzo gruba książka, z wielu ilustracjami. Ani mi przychodziło do głowy, że pół wieku potem przyjdzie moda w literaturze światowej i polskiej na pisanie apokryficznych historii nieistniejących światów. Heruś pisał w tym czasie wiersze, więc i ja próbowałem, ale bez powodzenia. Kilka razy (1915, 1918, 1921) zaczynałem prowadzić dziennik, ale


Dereszewicze

31

rzucałem go po niewielu miesiącach. Pisanie listów było dla mnie torturą, nie umiałem sklecić dorzecznego zdania – nie tylko do babci Grabowskiej której nigdy nie widziałem na oczy i do której kazano mi pisać ze względów rodzinnych, ale nawet do najbliższej Tekli, kiedy wyjechała z Dereszewicz. Skomponowałem w 1914 roku sztukę na tematy wojenne, lecz zdawałem sobie sprawę, że jest bez sensu. Później nieco, w 1918 roku, zacząłem pisać dłuższą powieść pt. Bezdomni11 – były to oczywiście przygody ziemiańskiej rodziny rozgromionej przez rewolucję. Występowała w niej między innymi nauczycielka francuskiego, Mlle Alice Cigarette, która w każdym rozdziale musiała zwichnąć nogę! W Dereszewiczach organizowałem kilkuminutowe przedstawienia teatralne własnego pomysłu, do których zaprzęgałem inne dzieci, nie zawsze chętne do tej zabawy. Raz zdobyłem się na odwagę, narzuciłem na ubranie nocną koszulę, przepasałem ją czerwonym krawatem i z ganku nowego domu wygłosiłem płomienne przemówienie Brutusa po śmierci Lukrecji12. Kosztował mnie ten występ wiele psychicznego wysiłku. Czym innym były przedstawienia amatorskie montowane pod egidą starszych: z uczeniem się ról, kostiumami i dekoracjami. Urządzano je dwukrotnie, około Nowego Roku 1915 i 1916, w sali nowego domu na piętrze, wobec gości pozapraszanych z Kopcewicz i Bryniowa. W pierwszej z tych imprez grałem niedobrego drwala, który ma ścinać drzewko przeznaczone na choinkę. W drugiej byłem gospodarzem, do którego przychodzi w gościnę „król chłopków”. Moja pierwsza kwestia: „Napracowałem się dziś rzetelnie, a co tam słychać w chałupie?” – weszła na trwałe do repertuaru domowego. Tegoż wieczoru, w baśni o Kopciuszku, występowałem w niebieskich pluderkach jako Prince-Charmant, ale to była epizodyczna rola. Potem Dziunia z Herusiem produkowali się w jednoaktówce Fredry Świeczka zgasła. Na zakończenie kazano mi deklamować Rotę, w czym się 11

Rękopis tego utworu przetrwał nie tylko rewolucję, ale i wojnę. Ojciec nigdy o nim nie opowiadał, a rzeczą charakterystyczną dla stosunków rodzinnych było niezadawanie pytań. Odkryłem rękopis wiele lat po śmierci Ojca i żadną miarą nie dojdę, jak się mógł uratować. Wydałem faksymile tego dziełka dla uczczenia stulecia Jego urodzin jako druk prywatny. 12   Chodzi o epizod znany z Titusa Liviusa, Historia rzymska, I, 59, ale Ojciec zadeklamował raczej Owidiusza, Fasti, księga II, nie jest jasne, w jakim języku.


32

Pamiętnik opóźnionego dojrzewania

zblamowałem, gdyż zapomniałem tekstu; ta okoliczność świadczy o ówczesnych podniosłych nastrojach. Czy dałoby się coś powiedzieć o moim życiu duchowym? To, że rano i wieczór klękałem do pacierza, w piątek jadłem rybę zamiast mięsa, wieczorem zaś, idąc spać, nadziewałem koszulę nocną przed zsunięciem majtek – to należało do spraw rozumiejących się samo przez się, tak jak obowiązek posłuszeństwa wobec panny Anny. Nie było obowiązku unikania „brzydkich słów”, gdyż w ogóle nie wiedziałem, że takie istnieją. Wszystko to razem nie składało się na żaden światopogląd. Z kościołem Dereszewicze miały luźny związek. Parafia była w Petrykowie, o osiemnaście wiorst, to jest ponad dwadzieścia kilometrów. Powóz chodził tam na mszę w niedzielę, w ładną pogodę zabierając tylko parę osób. Mnie spotkała ta frajda dwa czy trzy razy, w całym tym okresie. Frajda, bo się jechało na koźle, a również nabożeństwo z wystawieniem bywało interesujące. Po obiedzie na plebanii zostawało się jeszcze na nieszpory. Widywałem na nieszporach parafian przybyłych pieszo z bardzo daleka, którzy nie zdążyli na sumę i przystępowali do sakramentów, będąc na czczo od poprzedniej nocy… Proboszcz, ksiądz Suchwałko, przyjeżdżał z mszą do Dereszewicz, a raczej do kaplicy na samym końcu parku, chyba rzadziej niż raz w miesiącu. Wówczas spowiadały się starsze panie. Poza tym w niedzielę zbieraliśmy się w salonie na nabożeństwo prywatne, z bardzo długimi litaniami, zwłaszcza jeżeli celebrowała ciocia Klosia. Trudno było tyle czasu wyklęczeć na twardej posadzce. Mama, która dość wcześnie okazała zrozumienie dla liturgii i korzystała z mszalika już przed moim urodzeniem, wprowadziła do tych nabożeństw bieżącą Lekcję i Ewangelię, co sobie ceniłem jako urozmaicenie. Mama też zorganizowała w kaplicy nabożeństwa majowe, na które się chodziło wieczorami; ale i tu trudno mi było skupić uwagę. Nikt też nie uczył mnie śpiewu – wiadomo było, że jestem pozbawiony słuchu. Rodziców chrzestnych dobierano wtedy według familijnego konwenansu. Moimi byli: dziad Aleksander Grabowski i siostra mojej babki, Zofia Tyszkiewiczowa. Nie pokazali się już później w Dereszewiczach, nigdy ich nie poznałem, nie miałem więc z nich duchowego ani materialnego pożytku. Historii świętej uczyła mnie panna Anna, chyba jeszcze zanim


Spis treści

Wprowadzenie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Przesłanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

5 13

Część I Pamiętnik opóźnionego dojrzewania Dereszewicze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Smolna 30 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . „Wisła” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

17 43 66

Część II Pamiętnik z lat późnego dojrzewania Ogrodowa 9 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 97 Collegium Maius i Collegium Minus . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 131 Wiosna Ludów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 „Adaś” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 192

Część III Ciąg dalszy pamiętnika z lat późnego dojrzewania Panienki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 221 Zosia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 251 Noreczka i potop . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 266


748

Spis treści

Część IV Pamiętnik z lat 1939–1945 Pod okupacją . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . W powstaniu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . W obozach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wśród dipisów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

299 357 382 425

Część V Pamiętnik z lat 1945–1955, Kraków – Milanówek Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . Zachodnia 20 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Raz jeszcze Wiosna Ludów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Stalinowskie lata . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Żabie Oczko 1 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Dziekanat i Rok Mickiewiczowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

457 480 511 545 573 601

Część VI Brakujące ogniwo 1955–1961 Trzecia klatka schodowa, drugie piętro . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Między Krakowskim Przedmieściem a Starówką . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Posiedzenia, posiedzenia… . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . A ja do biblioteki! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Niebezpieczna pora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . VIII Zjazd . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Znowu do Palermo! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . U przyjaciół Moskali . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Requiescant . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

633 641 653 659 671 679 684 699 708

Indeks . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 719 Źródła fotografii . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 745


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Pamiętniki by SIW Znak - Issuu