Skip to main content

Grek Zorba

Page 1

grek zorba nikos Kazantzakis

Pierwszy pełny przekład

ireneusz Kania

Wydawnictwo Znak Kraków 2021


Tytuł oryginału Βίος και πολιτεία του Αλέξη Ζορμπά © Niki Stavrou All rights reserved Projekt okładki StuDio Ilustracja na okładce Bartosz Siemaszkiewicz Opieka redakcyjna Jerzy Illg Katarzyna Mach Adiustacja Bogusława Wójcikowska Korekta Ewdokia Cydejko © Copyright for the translation by Irenenusz Kania Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2021 ISBN 978-83-240-6167-9 Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU


I Po raz pierwszy ujrzałem go w Pireusie. Poszedłem do portu, żeby wsiąść na statek płynący na Kretę. Świtało już. Padał deszcz. Dął silny południowo-wschodni wiatr, bryzgi z morza dolatywały aż do kafejki. Oszklone drzwi były zamknięte, w środku panował zaduch, woniało ludzkim potem i naparem z szałwii. Na zewnątrz było chłodno, szyby zapotniały od oddechów. Kilku niewyspanych marynarzy w brązowych kurtach z koziej sierści popijało swoją kawę i szałwię i przez zamglone okna popatrywało na morze. Ryby, oszołomione przez szalejący sztorm, pochowały się gdzieś przy dnie, w spokojniejszej wodzie, i czekały, aż świat, tam na górze, wreszcie złagodnieje. Także rybacy, stłoczeni w kafejkach, czekali, aż ucichnie ta piekielna nawałnica i ryby, już bez strachu wypłynąwszy na powierzchnię, zaczną brać. Sole, ryby-skorpiony, płaszczki powracały do kryjówek ze swych nocnych zbójeckich wypraw. Dniało. Oszklone drzwi otworzyły się, do środka wszedł krępy, ogorzały doker – bez czapki, bosy, cały ubłocony.  – Ej, Konstanty! – zawołał jakiś wilk morski w granatowej kapocie. – Co tam u ciebie, chłopie? Konstanty splunął ze złością.  – A co ma być? – odparł. – Rano knajpa, wieczorem do domu! Rano knajpa, wieczorem do domu! Takie życie. A co do roboty… gdzie tam! Paru się zaśmiało, inni pokiwali głowami, zaklęli. 33


– Życie to dożywocie – zauważył jakiś wąsacz, który filozofii uczył się w jarmarcznych teatrzykach. – Dożywocie, niech je szlag! Łagodne seledynowe światło oblało brudne szyby, przeniknęło do środka, uczepiło się rąk, nosów i czół, skoczyło ku kominkowi, zapaliło butelki. Światło elektryczne osłabło, ociężały i na pół senny właściciel wyciągnął rękę i je zgasił. Zaległo milczenie. Wszyscy podnieśli wzrok i przez szyby kontemplowali rozkisły dzień. Z zewnątrz dochodził ryk łamiących się fal, w środku gulgotały nargile. Wilk morski westchnął:  – Co też tam się dzieje z kapitanem Lemonisem! – zawołał. – Niech Bóg nad nim czuwa! – I rzucił złe spojrzenie w stronę morza.  – Niszczysz tylko małżeństwa, niech cię diabli! – warknął, przygryzając szpakowatego wąsa. Siedziałem w kącie, zziębnięty, więc zamówiłem jeszcze jedną szałwię. Podrzemywałem, walczyłem z sennością, ze zmęczeniem i z porannym przygnębieniem. Przez omglone szyby spoglądałem na port, który się budził wśród porykiwań okrętowych syren, wrzasków woźniców i wodnych przewoźników. Patrzyłem, patrzyłem, a moje serce owijał ciasno bardzo gęsty niewód spleciony z morza, deszczu i osamotnienia. Utkwiłem wzrok w czarnym dziobie wielkiego parowca, pogrążonego jeszcze, aż po relingi, w nocy. Padało, śledziłem strugi deszczu zszywające niebo z błotem. I kiedy tak przyglądałem się czarnemu statkowi, cieniom i ulewie, mój smutek stopniowo nabierał kształtów. Napływały wspomnienia, w wilgotnym powietrzu zarysowywała się, utkana z deszczu i tęsknoty, postać drogiego przyjaciela. Kiedy to było? Rok temu? W innym życiu? Wczoraj? Przyszedłem tu, do portu, aby go pożegnać. Znów przypominam sobie deszcz i chłód, i rozświty. I znowu mrok napełnił moje serce. 34


Trucizną jest niespieszne rozstawanie się z ludźmi, których kochamy, już lepiej przeciąć to raptownie, jak nożem, i znowu się znaleźć w naturalnym dla człowieka klimacie – samotności. Jednak owego dżdżystego poranka nie potrafiłem oderwać się od mego przyjaciela. (Później, niestety znacznie później, uświadomiłem sobie dlaczego). Razem z nim wszedłem na pokład i się rozsiadłem w jego kabinie, wśród porozrzucanych walizek. Przyglądałem się mu spokojnie i uporczywie, zajętemu czymś innym, jakbym chciał utrwalić sobie, jedną po drugiej, charakterystyczne jego cechy – jasne oczy morskiej barwy, chłopięcą pucołowatą twarz, jej wyraz subtelnej dumy, i przede wszystkim arystokratyczne długie dłonie. W pewnej chwili poczuł na sobie moje szybkie, zachłanne spojrzenie. Odwrócił się i spojrzał na mnie spod oka z drwiącym wyrazem twarzy, jakim zwykle usiłował pokryć wzruszenie. Zrozumiał. Jakby próbując odpędzić smutek rozstania, spytał z ironicznym uśmiechem:  – Jak długo jeszcze?  – Co mianowicie?  – Będziesz gryzł papier i smarował go atramentem? Jedź ze mną tam, na Kaukaz, gdzie tysiącom naszych ziomków grozi niebezpieczeństwo… Jedźmy razem ich ratować. Zaśmiał się, jakby usiłując obrócić w żart swą szlachetną propozycję.  – Może zresztą to się nam nie uda – dodał. – Ale próbując ich ocalić, ocalimy samych siebie. Czy nie tak? Czy nie tego, mój mistrzu, uczyłeś? „Jedyny sposób ratowania samego siebie to walczyć o uratowanie innych…” A więc naprzód, mistrzu, któryś tak uczył… Ruszajmy! Milczałem. Wschód, kraina święta, rodzicielka bogów, wysokie góry, przykuty do skały krzyk Prometeusza… Przez wszystkie owe lata krzyczało przykute do tych samych skał nasze plemię. Było w niebezpieczeństwie. Teraz znów o ratunek dla niego wołał jeden z jego synów. A ja słuchałem biernie, tak jakby udręka była tylko snem, życie 35


zaś – fascynującą tragedią. A przecież wielkim grubiaństwem i naiwnością jest wyskakiwanie z loży na scenę i mieszanie się do akcji. Nie czekając na odpowiedź, mój przyjaciel wstał. Statek zabuczał po raz trzeci. Wyciągnął rękę.  – Bywaj zdrów, książkowy szczurku! – powiedział, próbując kpiną zamaskować wzruszenie. Dobrze wiedział, że hańbą jest nie umieć zapanować nad własnym sercem. Łzy, czułe słówka, chaotyczne gesty, plebejskie poufałości – wszystko to wydawało mu się wstrętne i niegodne mężczyzny. My, którzyśmy tak się kochali, nigdy nie zamieniliśmy z sobą czułego słowa. Bawiliśmy się i tarmosili wzajem jak zwierzaki. On – subtelny ironiczny, kulturalny; ja – barbarzyńca. On – powściągliwy, z łatwością kryjący uśmieszkiem wszelkie wyraźniejsze poruszenia swej duszy; ja – porywczy, wybuchający nieopanowanym, prostac­kim śmiechem. Ja także usiłowałem jakimś suchym słowem zamaskować własne pomieszanie, ale się zawstydziłem. Ścisnąłem jego dłoń, trzymałem ją, nie puszczałem. Spojrzał na mnie pytająco i rzekł, próbując się uśmiechnąć:  –  Wzruszenie?  – Tak – odparłem ze spokojem.  – Dlaczego? Skoro przez tyle lat się zgadzaliśmy? Jak to mówią twoi ukochani Japończycy: „fundosin!”. Beznamiętność, nieporuszoność, twarz jako uśmiechnięta nieruchoma maska – to, co poza nią, jest naszą osobistą sprawą.  – Tak – odrzekłem, próbując nie wdawać się w obszerniejsze wywody, bom nie był pewien, czy potrafię zapanować nad własnym głosem, tak by nie zadrżał. Na statku uderzono w gong, aby z kabin wypłoszyć odwiedzających. Siąpił deszczyk. W powietrzu latały gęsto patetyczne słowa, pożegnania, przysięgi, pocałunki na odległość, pośpieszne zdyszane zlecenia… Matka padała w ramiona syna, żona w ramiona męża, 36


przyjaciel ściskał przyjaciela. Jak gdyby żegnając się na zawsze; jakby to małe rozstanie miało im przypomnieć o tym wielkim. I raptem słodkie dźwięki gongu, niosące się od rufy do dziobu, zabrzmiały w pełnym wilgoci powietrzu całkiem jak dzwon pogrzebowy. Mój przyjaciel pochylił się i rzekł cicho:  – Słuchaj… nie masz jakiegoś złego przeczucia?  – Owszem – odparłem.  – Wierzysz w takie bajki?  – Nie – odpowiedziałem stanowczo.  – No więc? Żadne tam „więc”. Nie wierzyłem, ale się bałem. Przyjaciel lekko położył swą lewą dłoń na moim kolanie, jak czynił to zwykłe w chwilach przyjemniejszych, podczas rozmowy, kiedy zachęcałem go do jakiejś decyzji, a on stawiał opór, by w końcu ustąpić. Dotykał wtedy mego kolana, jakby chciał powiedzieć: „Zrobię, co chcesz, z sympatii dla ciebie…”. Zamrugał parę razy i znów na mnie spojrzał. Zrozumiał, że jest mi bardzo smutno, i się zawahał przed zastosowaniem ulubionej naszej broni – drwiącego uśmiechu…  – Dobrze – powiedział. – Daj mi rękę. Jeśli któremuś z nas zagrozi śmierć… Urwał jakby zawstydzony. My, którzyśmy przez całe lata obśmiewali wszystkie te parapsychiczne rojenia, wrzucając do jednego worka wegetarian, spirytystów, teozofów z ich ektoplazmą…  – A więc? – zapytałem, próbując zgadnąć.  – Więc dla zabawy zróbmy tak – powiedział szybko, jakby chciał uniknąć wplątania się w ryzykowny wywód. – Jeśli jeden z nas znajdzie się w śmiertelnym zagrożeniu, niech pomyśli o drugim tak intensywnie, że będzie mógł go zawiadomić, gdziekolwiek by był… Zgoda? Próbował się uśmiechnąć, ale usta miał jakby odrętwiałe, nie­ ruchome. 37


– Zgoda – odrzekłem. W obawie, że mógłby zdradzić się ze swym głębokim niepokojem, mój przyjaciel dodał pośpiesznie:  – Nie wierzę oczywiście w taką łączność na odległość między duszami…  – Nie szkodzi – mruknąłem. – Niech będzie…  – A więc w porządku, umowa stoi. Zgoda?  – Zgoda – powtórzyłem. To były nasze ostatnie słowa. W milczeniu ścisnęliśmy sobie dłonie, gorączkowo spletliśmy palce i rozerwaliśmy je gwałtownie, po czym szybko odszedłem, nie odwracając głowy, jak gdyby mnie goniono. Miałem ochotę odwrócić się jeszcze, by po raz ostatni go zobaczyć, ale się powstrzymałem. „Nie odwracaj się! – nakazałem sobie w duchu. – Wystarczy!” Samym brudem jest dusza człowieka – chropawa, nieociosana, pełna uczuć prymitywnych i prostackich, niezdolna odgadywać tego, co czyste i pewne. Gdyby potrafiła – jakże inne byłoby to nasze rozstanie! * Przejaśniało. Oba poranki zlały się w jeden, nieruchoma i smutna, droga twarz mego przyjaciela – teraz widziałem ją wyraźniej – rozmywała się w tej portowej plusze. Oszklone drzwi kafejki się rozwarły, wpadł przez nie ryk morza, do środka wszedł krótkonogi, szeroko stąpający marynarz o obwisłych wąsach. Rozległy się radosne krzyki.  – Witajcie nam, kapitanie Lemonis! Wcisnąłem się w swój kąt, usiłując raz jeszcze się skoncentrować. Ale twarz mego przyjaciela zniknęła już w deszczu. Kapitan Lemonis wyciągnął swój różaniec i milcząc, spokojnie i z powagą zaczął przesuwać jego paciorki. Usiłowałem nie patrzeć, nie słuchać i zatrzymać jeszcze moją niknącą wizję. Nigdy już nie odczuję ponownie tej wściekłości – nie, nie wściekłości, lecz wstydu, jaki 38


owładnął mną wówczas, gdy mój przyjaciel nazwał mnie „szczurkiem książkowym”. Miał rację! Jak to się stało, że ja, który tak kochałem życie, już wiele lat temu dałem się tak zniewolić przez papier i atrament! Wtedy, podczas naszego rozstania, przyjaciel pomógł mi przejrzeć. Ucieszyłem się. Teraz, gdym poznał już imię mojego nieszczęścia, może łatwiej mi przyjdzie je pokonać. Tak jakby ze stanu rozproszenia i nieuchwytności przeszło wreszcie w konkretną cielesność, więc teraz łatwiej mi będzie się z nim zmagać. Ostre słowo mego przyjaciela drążyło mnie skrycie, tak że odtąd często szukałem pretekstu do zaniedbywania książek, aby rzucić się w wir czynu. Czułem wstręt i wstyd na myśl, że moim duchowym godłem jest nędzny gryzoń. Miesiąc temu nastręczyła się okazja: na wybrzeżu kreteńskim, nad Morzem Libijskim, wydzierżawiłem opuszczoną kopalnię węgla brunatnego i oto teraz udawałem się na Kretę, aby żyć tam z prostymi ludźmi – robotnikami, wieśniakami, z dala od towarzystwa szczurków książkowych. Od dawna przygotowywałem się do tej podróży i byłem nią bardzo podekscytowany, jak gdyby kryła ona w sobie jakiś tajemny sens. Powziąłem głębokie postanowienie odmiany życia. „Dotychczas, moja duszo – mówiłem sobie – zadowalałaś się oglądaniem cienia, teraz zobaczysz ciało”. Byłem gotów. W przeddzień wyjazdu, szperając w papierach, natknąłem się na swój niedokończony rękopis. Wziąłem go w ręce, z wahaniem zacząłem kartkować. Przed dwoma laty – głębokie wewnętrzne poruszenie, wielka tęsknota, jakieś nasiono: Budda. Bezustannie czułem, jak mnie zżera, trawi, krępuje. Rósł, pragnął, zaczął wierzgać w mej piersi, chciał się wyrwać. Ale ja nie miałem teraz serca, by go wyrzucić, nie mogłem. Już było za późno na taką duchową aborcję. W pewnej chwili, gdy niezdecydowany obracałem w rękach manuskrypt, zamajaczył przede mną ironiczny i pełen czułości uśmiech przyjaciela. „Wezmę go – powiedziałem z uporem. – Nie boję się, 39


wezmę, nie śmiej się!” Zapakowałem go pieczołowicie, jakbym spowijał w pieluszki niemowlę, i z sobą zabrałem. Dał się słyszeć głos kapitana Lemonisa – głęboki, szorstki. Nadstawiłem ucha: mówił o złośliwych duszkach, które podczas burzy oblepiły maszty jego statku i je lizały.  – Są miękkie i śliskie, chwycisz je ręką, a ona zaczyna jakby płonąć. Przygładziłem sobie wąsa i potem przez całą noc świeciłem jak sam diabeł. Raptem woda wdarła się do kadłuba, ładunek węgla zamókł i zrobił się ciężki. Statek zaczął się kłaść, ale Bóg wyciągnął rękę, walnął swoim piorunem, drzwiczki ładowni puściły, a węgiel się wysypał w morze. Statkowi ulżyło, wyprostował się i tak ocalałem. No i tyle! Wyciągnąłem z kieszeni mojego Dantego, „towarzysza podróży”. Zapaliłem fajkę, wygodnie oparłem się o ścianę. Byłem stęskniony za nim, ale wahałem się, od czego mam zacząć lekturę nieśmiertelnych wersów. Od wrzącej smoły Piekła czy od ożywczych płomieni Czyśćca? Albo może od razu jednym zrywem dosięgnąć szczytów ludzkiej Nadziei?! Wybiorę, co będę chciał. Wybór należy do mnie. Ściskałem w dłoni mego miniaturowego Dantego, napawałem się wolnością. Wiersze, jakie wybiorę o poranku, określą rytm całego mojego dnia. Usiłowałem jakoś się rozeznać w tej niewyraźnej wizji, aby podjąć decyzję, ale nie zdążyłem. Ogarnięty nagłym niepokojem, uniosłem głowę. Nie wiem jak, ale poczułem, że raptem moją czaszkę przewierciły dwa strumienie światła. Odwróciłem się gwałtownie i spojrzałem w stronę oszklonych drzwi. Moją myśl przeszyła błyskawica nadziei: „Zaraz znów ujrzę mego przyjaciela”. Byłem gotów na ten cud. Lecz doznałem zawodu. Jakiś starszy facet, około sześćdziesięciopięcioletni, bardzo wysoki i chudy, przykleiwszy gębę do szyby, wpatrywał się we mnie wybałuszonymi oczyma. Pod pachą miał płaskie zawiniątko. Największe wrażenie zrobiły na mnie te jego oczy – ironiczne, smutne, niespokojne, sam płomień. Takie mi się wówczas wydały. 40


W pewnej chwili nasze spojrzenia się skrzyżowały, a on, upewniwszy się chyba, że jestem tym, kogo szukał, stanowczym ruchem otworzył drzwi. Szybkim, sprężystym krokiem przemykał między stolikami, w końcu stanął nade mną.  – Podróż? – spytał. – Dokąd, jeśli łaska?  – Na Kretę. Dlaczego pytasz?  – Zabierzesz mnie z sobą? Przyjrzałem mu się uważnie. Wpadnięte policzki, mocna szczęka, wydatne kości jarzmowe, szpakowate kędzierzawe włosy, oczy ciskające iskry.  – A dlaczego? Co z tobą pocznę?  – Dlaczego! Dlaczego! – zawołał z pogardą. – Czy już nie można nic zrobić bez powodu? Ot tak, ze zwykłej ochoty. Możesz mnie wziąć, dajmy na to, jako kucharza… Umiem zrobić niezłą zupę! Zaśmiałem się. Podobały mi się jego bezpretensjonalne maniery i otwartość. Zresztą te zupy też. „Niegłupi pomysł – myślałem – wziąć z sobą tego starego drągala do towarzystwa na tym bezludnym, dalekim wybrzeżu. Zupy, śmiech, rozmowy…” Wyglądał na obieżyświata i starego wygę, takiego Sindbada Żeglarza… Spodobał mi się.  – O czym myślisz? – spytał, kiwając swą grubo ciosaną głową. – Odważasz słowa na wadze, co? W gramach, co? Zdecyduj się na coś, chłopcze, do diabła z odważnikami! Sterczał nade mną – ogromne kościste chłopisko – więc zmęczony już zadzieraniem głowy, gdyśmy rozmawiali, zamknąłem tomik Dantego.  – Siadaj – powiedziałem. – Napijesz się szałwii? Usiadł, na sąsiednim krześle troskliwie położył swój tobołek.  – Szałwia? – odparł ze wzgardą. – Szefie, jeden rum! Siorbał swój rum drobnymi łyczkami. Każdy łyk dłuższą chwilę trzymał w ustach, smakując go, później powolutku przełykał, by spłynął w dół i rozgrzał mu wnętrzności. „Smakosz” – pomyślałem. „Koneser”.  – Czym się trudnisz? – zapytałem. 41


– Wszystkim… pracuję nogami, rękami, głową. Robię wszystko. Trudno, żebym wybrzydzał.  – A gdzie ostatnio pracowałeś?  – W kopalni. Trzeba ci wiedzieć, że niezły ze mnie górnik. Znam się na metalach, umiem znajdować złoża rud, drążyć sztolnie, schodzić do szybów, nie boję się. Pracowałem dobrze, bywałem głównym majstrem, nie mogłem narzekać. Ale w cały interes diabeł wtrynił swój ogon. Przeszłej soboty wieczorem wpadłem w dobry nastrój i ni stąd, ni zowąd napatoczył się właściciel, który akurat tego dnia przyszedł na inspekcję. No więc spuściłem mu manto.  – Ale dlaczego? Co ci zrobił?  – Mnie? Nic. Naprawdę nic! Pierwszy raz widziałem człowieka. Biedak, nawet rozdawał nam papierosy.  –  Więc dlaczego?  – Ech, ciągle tylko pytasz! Cóż, bracie, tak jakoś mi odbiło! Na tyłku młynarki szukasz ortografii. Ten tyłek młynarki to ludzki umysł. Czytałem wiele definicji ludzkiego umysłu, ale ta zrobiła na mnie największe wrażenie i mi się spodobała. Popatrzyłem na mojego nowego towarzysza: twarz miał całą w zmarszczkach i bruzdach, stoczoną jakby przez korniki, wygarbowaną przez skwary i deszcze. W kilka lat później to samo wrażenie miałem, patrząc na twarz Panaita Istratiego* – wyciosaną jakby z podniszczonego, udręczonego drewna.  – A co masz w tym tobołku: jedzenie, bieliznę, narzędzia? Mój towarzysz wzruszył ramionami, uśmiechnął się.  – Zdaje się, że, za przeproszeniem, niegłupi z ciebie chłopak. Długimi kościstymi palcami pogładził zawiniątko i dodał: – Nie, to jest santuri.  – Santuri! Grasz na santuri? * Głośny w latach 20. i 30. XX wieku pisarz pochodzenia grecko-rumuńskiego (1884–1935), z którym Nikos Kazantzakis odbył w 1927 roku podróż do Związku Sowieckiego. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

42


– Kiedy ściśnie mnie bieda, chodzę po kafejkach i gram. Śpiewam też parę starych kleftyckich pieśni, z Macedonii. A potem obchodzę knajpę z tym oto kaszkietem i zbieram dziesiątaki.  – Jak się nazywasz?  – Aleksy Zorba. Zwą mnie też „Telegraf ”, bo jestem długachny gość z głową jak placek… i Bóg wie, jak jeszcze! Wołali też na mnie „Świerzbizadek”, bom sprzedawał kiedyś prażone ziarna dyni. Prócz tego mam ksywkę „Zaraza”, bo podobno gdzie tylko się pojawię, urządzam solidny burdel. Inne jeszcze przydomki, ale o tym kiedy indziej…  – A jak się nauczyłeś grać?  – Miałem dwadzieścia lat. Pewnego razu przy okazji święta w mojej wsi, tam, u podnóża Olimpu, po raz pierwszy usłyszałem dźwięki santuri. Odebrało mi dech. Przez trzy dni nie mogłem nic przełknąć. „Co ci jest, chłopcze?”, pytał ojciec, Panie świeć nad jego duszą. „Chcę się nauczyć grać na santuri!” „Chłopcze, nie wstyd ci? Czyś ty jest Cygan? Chcesz być grajkiem?” „Chcę się nauczyć grać na santuri!” Miałem trochę grosza odłożonego z myślą o ożenku, kiedy przyjdzie pora. Cóż, dziecinne mrzonki stukniętego hołysza o gorącej krwi – zachciało mu się żeniaczki! Wydałem wszystko, co miałem, i kupiłem santuri, to, które tu widzisz. Czmychnąłem z domu razem z nim, przyjechałem do Salonik, odnalazłem miłośnika i mistrza santuri, Turka o nazwisku Redżep-efendi. Padam mu do stóp. „Czego chcesz, Greczynku?” „Chcę się nauczyć grać na santuri!” „Dobrze, ale dlaczego padasz mi do stóp?” „Bo nie mam pieniędzy, żeby ci zapłacić!” „A zamiłowanie masz?” „Mam”. „Więc siadaj, chłopcze, nie chcę od ciebie zapłaty!” No i siedziałem z nim cały rok i się uczyłem. Niech Bóg błogosławi jego prochy, bo już chyba umarł. Skoro Bóg nawet psy wprowadza do raju, to niech też znajdzie miejsce dla Redżepa-efendi. Odkąd się nauczyłem grać na santuri, jestem innym człowiekiem. Kiedy coś mnie gryzie albo doskwiera mi bieda, gram na santuri i jest mi lżej. Gram i choć mówią do mnie, nie słyszę. A jeśli nawet słyszę, nie mogę mówić. Chcę, chcę, ale nie mogę.  – Ale dlaczego, Zorba? 43


– Cóż, namiętność! Drzwi otwarły się. Znów do kafejki wtargnął ryk morza, po nogach i dłoniach przebiegł zimny dreszcz. Wygodniej usadowiłem się w moim kącie, otuliłem się paltem, poczułem niewypowiedzianą błogość. „Gdzie mam iść? – pomyślałem. – Tu mi dobrze. Niechby ta chwila trwała lata!” Spojrzałem na dziwnego gościa naprzeciwko. Wbijał we mnie oczy – małe, okrągłe, czarne jak węgiel, z czerwonymi żyłkami na białkach. Poczułem, że świdruje mnie wzrokiem, badawczo i zachłannie.  – A więc… – zacząłem. – Co potem? Zorba znów wzruszył kościstymi ramionami.  – Nie nudź! – rzekł. – Dasz papierosa? Dałem. Z kieszeni kamizelki wyciągnął krzemyk i knot, zapalił. Uszczęśliwiony, na pół przymknął oczy.  – Jesteś żonaty?  – A czy nie jestem mężczyzną? Mężczyzną, znaczy się ślepcem. Ja też wpadłem w dół, gdzie wpadło już tylu przede mną. Ożeniłem się. I zszedłem na psy. Stałem się głową rodziny, zbudowałem dom, narobiłem dzieci. I sobie kłopotów. Ale chwała niech będzie mojemu santuri.  – Grałeś w domu, żeby rozgonić smutki?  – E tam, chłopie, zdaje się, że nie grasz na żadnym instrumencie. Co ty pleciesz? W domu są tylko zmartwienia, żona, dzieci, które trzeba nakarmić, ubrać… Co nas czeka jutro? Piekło. A do santuri trzeba mieć spokój w sercu. Na przykład kiedy żona suszy mi głowę swoją paplaniną, jak mogę mieć nastrój do gry na santuri? Albo kiedy dzieci są głodne i się drą: masz dość, koniec z nastrojem. Santuri chce, żeby myśleć tylko o nim, rozumiesz? Zrozumiałem, że ten Zorba to człowiek, którego szukałem tak długo i nie mogłem znaleźć. Młodzieńcze serce, gorąca gardziel, nieobciosana dusza nadal zrośnięta ze swoją matką – Ziemią. Czym naprawdę jest sztuka, umiłowanie piękna, czystość, namiętność – wytłumaczył mi, słowami najprostszymi, ten robotnik. 44


Patrzyłem na te dłonie, biegle władające zarówno kilofem, jak i santuri, pełne zgrubień i spękań, zniekształcone i żylaste. Troskliwie i delikatnie, jakby rozbierał kobietę, rozwinął swój tobołek i wyciągnął z niego stare, wyszmelcowane santuri z mnóstwem strun, ozdobione mosiądzem i kością słoniową oraz czerwonym jedwabnym pomponem u szczytu. Grube palce głaskały instrument powoli, namiętnie, jakby pieściły kobietę. Następnie z powrotem go zawinął – niby ukochane ciało, w obawie, że się przeziębi.  – Oto i ono! – wyszeptał z miłością i ostrożnie odłożył je na krzesło obok. Marynarze trącali się szklaneczkami, wybuchali śmiechem. Jeden pieszczotliwie poklepał kapitana Lemonisa po plecach.  – No, kapitanie Lemonis, nie powiesz mi chyba, żeś nie miał tęgiego cykora! Sam Pan Bóg wie, ileś obiecał świeczek Świętemu Mikołajowi!* Kapitan zmarszczył krzaczaste brwi:  – Chłopaki, klnę się wam na to morze, że gdym zobaczył przed sobą kostuchę, nie pomyślałem ani o Panience Najświętszej, ani o Świętym Mikołaju! Wspomniałem sobie Koulouri** i moją kobitę i wrzasnąłem: „Ech, Katarzyno, żebym to teraz był z tobą w łóżku!”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, kapitan Lemonis także.  – Ech, człowiek to dziwne zwierzę – powiedział. – Staje nad nim archanioł z mieczem, a on jest myślami tam właśnie, niech go diabli, bezwstydnika! Klasnął w dłonie:  – Szefie! – zawołał. – Kolejka dla chłopaków! Zorba przysłuchiwał się, nadstawiwszy swe wielkie ucho. Obrócił się, spojrzał na marynarzy, potem na mnie.  – Gdzie „tam właśnie”, o co mu chodzi? * Święty Mikołaj jest w Grecji patronem ludzi morza. ** Dawna nazwa wyspy Salamina.

45


Raptem pojął i aż podskoczył.  – Brawo, stary! – zawołał z podziwem. – Ci ludzie morza wiedzą w czym rzecz, sami dzień i noc biorą się za bary ze śmiercią. Pomachał wielkim łapskiem.  – A zresztą, patrzmy własnego nosa. Mam zostać czy iść sobie? Decyduj.  – Zorba – powiedziałem, z trudem się hamując, by nie chwycić go za rękę. – Zorba, zgoda, jedziesz ze mną. Mam na Krecie kopalnię węgla, będziesz nadzorował robotników. Nie mam żony, dzieci ani psa, wieczorami będziemy się kłaść na plaży, będziemy razem jeść i pić, a później zagrasz mi na santuri.  – Jeśli będę w nastroju, słyszysz? Jeśli będę w nastroju. Co do wszelkiej roboty, masz we mnie niewolnika! Ale santuri to inna sprawa. Ono jest zwierzęciem, kocha wolność. Mam ochotę, to zagram, nawet zaśpiewam. I zatańczę – zeibekiko, hasapiko, pentozali – ale muszę mieć ochotę, to moja stała cena! Uczciwy interes. Zrobisz coś ze mną na siłę, to mnie stracisz. Wiedz, że w tych sprawach jestem mężczyzną.  – Mężczyzną? Co to znaczy?  – No, wolnym człowiekiem.  – Szefie! – krzyknąłem. – Jeszcze jeden rum!  – Dwa rumy! – zerwał się Zorba. – Ty też się napij, trącimy się. Szałwia z rumem to marna kompania, więc strzel sobie rum. Do towarzystwa. Trąciliśmy się szklaneczkami. Już się rozwidniło. Statek zabuczał. Przyszedł właściciel łodzi, który zawiózł moje walizki na pokład. Skinął na mnie. Wstałem, dotknąłem ramienia Zorby.  – Chodźmy, w imię Boże! Pochylił się, wziął pod pachę santuri, otworzył drzwi i wyszedł pierwszy.


Spis treści Ilias Wrazas, Grek Zorba albo anty-Budda. . . . . . 5 Przedmowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 I . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 33 II . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 47 III . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 64 IV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 78 V . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 92 VI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .102 VII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .118 VIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .128 IX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .144 X . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .153 XI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 XII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .176 XIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .186 XIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .197 XV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .208 XVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .219 XVII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .231 XVIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .243 XIX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .257 365


XX . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .267 XXI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 278 XXII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 290 XXIII . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 303 XXIV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 317 XXV . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 332 XXVI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 350


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Grek Zorba by SIW Znak - Issuu