Kamil Janicki
Znak Horyzont Krakรณw 2018
Projekt okładki Marcin Słociński Fotografia na pierwszej stronie okładki Agnieszka Rzymek, www.agarzymek.com Modelka Karolina Wianecka Organizacja sesji Katarzyna Banasiak Opieka redakcyjna Krzysztof Chaba Wybór ilustracji Kamil Janicki Rafał Kuzak Adiustacja Elżbieta Kot Korekta Marta Hamera Indeks Rafał Kuzak Opracowanie ilustracji i łamanie Katarzyna Leja Copyright © by Kamil Janicki © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5476-3 Partner wydania www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU
Spis treści
NIEBEZPIECZEŃSTWU ŚMIAŁA SIĘ W TWARZ OLKA SZCZERBIŃSKA 9 PIĘKNA, ODWAŻNA, WYZWOLONA MARIA PIŁSUDSKA 123 NIECHCIANE WALKIRIE POLSKIE DZIEWCZYNY GOTUJĄ SIĘ DO WOJNY 171 „JAK OBYWATELKA CHCE ZGINĄĆ, TO ZAPRASZAM” ŻOŁNIERKI NA FRONCIE, W OKOPACH I NA TYŁACH 221 „PIERWSZE POSZŁY ZA NAMI KOBIETY” WALKA POLEK Z NIEMIECKIM IMPERIUM, Z SEKSIZMEM I MĘSKIMI KŁAMSTWAMI 273 EPILOG DALSZE LOSY BOHATEREK 349
Nota autora 355 Przypisy 357 Bibliografia 405 Indeks osób 421 Źródła ilustracji 427
NIEBEZPIECZEŃSTWU ŚMIAŁA SIĘ W TWARZ OLKA SZCZERBIŃSKA
T
aśma od majtek pękła” – wyszeptała cicho, głosem pełnym desperacji Hanka Paschalska1. Jeszcze przed momentem szła roześmiana, pewna „ siebie, jakby świat do niej należał. Teraz zamarła w zupełnym bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w fałdach długiej, sięgającej kostek sukni. Na jej pobladłej twarzy malowały się strach i dezorientacja. Krocząca obok Olka też stanęła jak wryta. Spojrzała na towarzyszkę. I łatwo zgadnąć, jakie słowa cisnęły jej się na usta. A nie mówiłam, że dokładnie tak będzie? Nie zdążyła się nawet zająknąć. Spod sukni Hanki jeden po drugim zaczęły się wysypywać naboje do mauserów. Pierwszy upadł na bruk prosto między jej łydki. Kolejny potoczył się pod nogi stojącego parę metrów dalej żandarma. Potem ruszyła już cała lawina pocisków, sypiących się z rozerwanych damskich majtek do ulicznego rynsztoka. Zupełnie nie tak to miało wyglądać. Co jest jednocześnie niedopowiedzeniem dekady i oczywistością jasną jak samo słońce. Olka planowała akcję fachową i precyzyjną, niczym w szwajcarskim zegarku. We dwie, ona i Hanka, miały przetransportować dobrze ponad półtora tysiąca nabojów z ulokowanej gdzieś w centrum Warszawy kryjówki na Dworzec Wiedeński, a następnie – na prowincję, do oczekującego na pociski oddziału. Był rok 1906. Dokładniejszej daty wydarzenia nie zanotowano. Jest ono zresztą znane tylko z dwóch źródeł, różniących się w zasadniczych szczegółach. W roku 1934, a więc już w niepodległej II Rzeczypospolitej, incydent opisał w tchnącej propagandą broszurze historyk Adam Próchnik 2. Pominął on przy tym zasadniczy i najbardziej charakterystyczny szczegół. Najwidoczniej uznał pantalony, zwłaszcza takie, które nie przeszły pomyślnie ekstremalnej próby wytrzymałościowej, za rzecz zbyt nieprzyzwoitą i niecenzuralną, by otwarcie o niej mówić. Dlatego też zdecydował się zupełnie wymazać je
–
12
kamil janicki | niepokorne damy
z historii. A jednocześnie dodać opowieści nieco frywolności, ducha improwizacji i młodzieńczego polotu. 23-letnią Olkę i 24-letnią Hankę autor nazwał „dziewczynkami”. A akcję konspiracyjną, w której wzięły udział, przedstawił tak, jakby stanowiła swego rodzaju dziecięcą zabawę. Relacjonował, że bohaterki w swoim „panieńskim pokoiku” mozoliły się nad „zagadnieniem jak by najzręczniej ukryć w sukienkach ładunek”. Musiały zapomnieć o „koronkach, tiulach i zwiewnych jedwabiach sukni balowych”. Zdaniem Próchnika Olka i Hanka, po długich deliberacjach, postanowiły przywiązać ciężkie paczki z nabojami pod fałdami swoich obfitych, zgodnie z modą epoki, strojów. Ostatni pocisk zniknął wreszcie „pod rozłożystą sukienką i »wystrojone« panienki były gotowe do »spaceru«”. Jeśli Olka – a wtedy już pani Aleksandra – kiedykolwiek przeczytała ten upiększony raport ze zdarzenia, musiała zazgrzytać zębami. Wiadomo skądinąd, że nie znosiła, gdy przeinaczano fakty z jej pracy w podziemiu. Raz poważnie się wściekła, gdy inny autor stwierdził, że na pewną akcję przywiozła broń palną z Warszawy, podczas gdy w rzeczywistości transportowała nie pistolety, a dynamit. I nie ze stolicy, tylko z Zagłębia3. Lubiła też, a przynajmniej uważała za swój obowiązek, punktować dyletanckie błędy osób nierozumiejących technik przewożenia uzbrojenia i amunicji. Łatwo sobie wyobrazić, jak złorzeczyła pod nosem, komentując pomysł, by pociski przywiązywać do sukni. Zupełnie nie tak się to robiło. A ona nie była żadną zagubioną siksą bawiącą się w chowanego, ale zawodową kurierką! „Jak zwykle zdecydowałyśmy przewieźć naboje na sobie. Wzięłam około ośmiuset naboi do pasa, specjalnie na ten cel przeznaczonego, który wkładało się na siebie pod szeroką bluzkę” – relacjonowała we własnych wspomnieniach, opublikowanych po raz pierwszy w wersji angielskiej w roku 1940, a następnie po polsku dwadzieścia lat później4. Podkreślała, że ona doskonale wiedziała, co robi. I że jeśli ktoś wykazał się amatorszczyzną, to tylko Hanna Paschalska. „Poradziłam mej towarzyszce, aby zrobiła to samo. Ona jednak miała lepszy sposób, jak się jej zdawało. Włożyła naboje do szerokich majtek, zawiązanych pod kolanami” – wspominała Olka. Podobno stanowczo przestrzegała
Niebezpieczeństwu śmiała się w twarz
13
współkonspiratorkę, że „naboje są ciężkie i mogą przerwać taśmę pod kolanami”. Hanka jednak się uparła. Twierdziła, że „już kilkakrotnie przewoziła naboje w ten sposób bez żadnego wypadku”. I była przekonana, że także tym razem nie spotkają jej jakiekolwiek trudności. Nie mogła być w większym błędzie5. Panny ruszyły ulicą Marszałkowską w stronę stacji kolejowej. „Trzymając się za ręce, wesoło rozmawiały. Wyglądały jak dwa niewinne podlotki, pełne beztroskiej pustoty” – opowiadał Adam Próchnik. Aż wtem doszło do wypadku. W wersji Próchnika nagle naboje zaczęły się wysypywać spod sukienki. Dzięki relacji Olki wiemy jednak, co naprawdę nastąpiło. Taśma nie wytrzymała nacisku. I właściwie nic dziwnego, zważywszy że Hanka miała w majtkach co najmniej jakieś cztery, pięć kilo żelastwa6. Powódź pocisków wywołała zrozumiałe zaskoczenie przechodniów. Kobiety znajdowały się blisko skrzyżowania Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi, w jednym z najbardziej ruchliwych i zatłoczonych punktów Warszawy. Gapiów nie brakowało. Przede wszystkim zaś – nie brakowało rosyjskich żandarmów. „Dwa szeregi żołnierzy stały po obu stronach ulicy, a na samej stacji kręciło się mnóstwo policji. Od czasu do czasu kogoś rewidowano” – wyjaśniała Olka. I jasno zaznaczyła, że sytuacja w żadnym razie nie była zabawna. Nie chodziło nawet o to, że tuż przed nimi tkwił jeden z żołdaków. „Stał odwrócony do nas tyłem. Wiedziałyśmy, że skoro tak go postawili, to się nie ruszy, choćby pioruny w niego biły” – tłumaczyła konspiratorka. Nie potrzeba było jednak wiele, by na miejsce zbiegły się kolejne patrole. „Po drugiej stronie ulicy już poczęto się nami interesować. Widok tylko jednego naboju wystarczyłby, ażeby sprowadzić na nas cały pułk żołnierzy, a cóż dopiero w tym wypadku, kiedy spod spódnicy wysypał się istny arsenał”. Trzeba było działać i to natychmiast, a tymczasem Hanka „stała nieruchomo, trzymając się oburącz sukni, ze smętną miną przyglądając się swemu dziełu”. Ocknęła się dopiero, gdy Olka chwyciła ją za rękę. – „Uciekaj” – rzuciła krótko, jeśli wierzyć relacji Próchnika. Sama Aleksandra twierdziła, że powiedziała znacznie więcej. Zachowała zimną krew i wydała rozkaz, jak na dowódcę akcji przystało. „Nie możemy tu stać ani
14
kamil janicki | niepokorne damy
Niebezpieczeństwu śmiała się w twarz
15
chwili dłużej. Musimy uciekać, każda w inną stronę” – poleciła, podczas gdy z pantalonów Hanki sypały się kolejne naboje. Sprawczyni zamieszania, jakby nagle zbudzona, zerwała się z miejsca. Ruszyła żwawo przed siebie, po czym skręciła w lewo, w pierwszą ulicę. W przeciwnym kierunku odbiła Olka. Kobiety na pewno nie biegły na oślep. To tylko ułatwiłoby żołnierzom wyłowienie ich z tłumu. Należało iść zdecydowanym krokiem, ale naturalnie, bez zwracania na siebie uwagi. I jak najszybciej gdzieś się zaszyć. Hanka nie szukała daleko. Dostrzegła otwartą bramę kamienicy. Dozorca, którego należałoby oczekiwać przy wejściu, gdzieś się na moment oddalił, kobieta mogła więc przez nikogo nie niepokojona wbiec na drugie piętro. Przycupnęła w oknie klatki schodowej i zdyszana zaczęła nasłuchiwać. Za sobą wciąż gubiła naboje – na drodze, w sieni, teraz na stopniach. Do jej uszu dotarła rozmowa toczona na parterze. Dozorca nie tylko się znalazł, ale też znalazł pociski. Już miał wdrapać się na piętro i szukać winnych, nagle jednak zmienił zdanie. Zamiast na górę, poszedł na zewnątrz, by wezwać policję. „Wolę iść zaraz, żeby nie powiedzieli, że czas zmarnowałem bez potrzeby” – mruknął, wychodząc, widać świadomy tego, jak mało wyrozumiali potrafią być rosyjscy służbiści. Hanka na nic nie czekała. Już bez kompromitującego bagażu sypiącego się w ślad za nią, zbiegła po schodach, wyszła z domu i wmieszała się w tłum. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Co zaś z Olką? Ona przeczekała pościg w pierwszym napotkanym sklepie z tkaninami, każąc subiektowi pokazywać sobie coraz to nowe materiały i udając niezwykle wybredną klientkę. „Stojąc przy oknie, za belami sukna, obserwowałam, co się dzieje. Po drugiej stronie ulicy grupa przechodniów i żołnierzy zbierała naboje z rynsztoka” – wspominała. Wyszła na zewnątrz dopiero, gdy była zupełnie pewna, że nic jej nie grozi. Nie ukrywała, że miała ogromne szczęście i że refleks pozwolił jej zniknąć, nim ktokolwiek powiązał ją z awanturą. Taką wersję zdarzeń zrelacjonowała Aleksandra. Zgoła inaczej historię przedstawił Adam Próchnik. Pod jego piórem ucieczka przybrała postać, Ulica Marszałkowska w Warszawie na pocztówce z pierwszych lat XX wieku. To tutaj doszło do pożałowania godnego incydentu z rozdartymi pantalonami w roli głównej.
16
kamil janicki | niepokorne damy
której nie powstydziliby się autorzy najbardziej sensacyjnych powieści. Pociski poczęły się sypać spod sukni nie w jakimś przypadkowym momencie, ale w chwili, gdy Olka i Hanka zostały akurat zatrzymane do kontroli. Nie było tak, że stał przed nimi jeden żandarm i to odwrócony tyłem. Gdzież tam! Otaczał ich cały oddział uzbrojonych żołdaków. Salwowały się ucieczką ile sił w nogach, podczas gdy chmara wrogów w oszołomieniu obserwowała, jak niesione brawurą dziewczyny umykają im sprzed nosa. Ola „biegła bez tchu, straszliwe ciężarki obijały umęczone nogi”. Hanka „gnała Alejami, roniąc po drodze coraz to nowe naboje”. A rosyjscy żołnierze chyba wciąż stali jak wryci, bo nie dopadli żadnej ze sprawczyń zajścia. Mało tego – dwie heroiny otrzepały się, poprawiły suknie, po czym… „zdążając okrężnymi drogami, mimo straszliwej przygody zaniosły cenny ładunek na miejsce przeznaczenia”. Słowem: akcja zakończyła się pełnym sukcesem. I Adam Próchnik już nie próbował wyjaśniać, jakim cudem, skoro cała amunicja przenoszona przez Hankę wysypała się wcześniej na ulicę… Autor nie dociekał szczegółów i nie zastanawiał się nad logiką opowieści. Nic dziwnego. Takiej skrupulatności nikt nie wymagał od twórców propagandowych opowiastek. Dziełka tego typu miały brzmieć patriotycznie, budzić podziw i dumę. Chodziło o to, by z opisywanego bohatera zrobić więcej niż tylko człowieka z krwi i kości. W pouczających historyjkach dla dzieci i młodzieży ludzie pokroju prezydenta Ignacego Mościckiego czy premiera Aleksandra Prystora urastali do rangi prawdziwych śmiałków, w kilku chłopa walczących z całą armią rosyjską i z całym aparatem zbrodniczej carskiej biurokracji. Ich młodość musiała być niezwykła, jeśli Polacy w wolnym kraju zdecydowali się powierzyć im najważniejsze urzędy. Hanka jednak żadnego szacownego stanowiska nie zajmowała. A w roku 1934, gdy ukazała się broszurka Próchnika, nawet nie było jej wśród żywych. Co innego Olka. Wprawdzie nie wygrała ona żadnych wyborów i nie zdobyła żadnej nominacji, ale też nie musiała. Pełniła rolę, o której wielu powiedziałoby, że jest o niebo ważniejsza od mandatu posła lub senatora czy od posady w rządzie. Nazywano ją panią Marszałkową i była żoną pierwszego człowieka w państwie – samego Naczelnika, Komendanta i Marszałka, Józefa Piłsudskiego.
Niebezpieczeństwu śmiała się w twarz
17
Jak na wysoko postawioną damę przystało, Aleksandra Piłsudska parała się działalnością charytatywną i społeczną. Zarazem też jednak była człowiekiem zagadką. Niewiele było wiadomo o jej życiu, o dawnych osiągnięciach, o prawdziwych relacjach z mężem. Uwielbiano powtarzać związane z nią plotki i legendy7. Pewnie to dlatego wydawnictwo „Universum” zdecydowało się powierzyć Adamowi Próchnikowi zadanie sporządzenia pierwszej publikacji poświęconej życiu Aleksandry. Była to brukowa broszura, rozprowadzana za marne dwadzieścia pięć groszy. Autor wiedział, czego się od niego oczekuje. Był znanym historykiem, miał na koncie setki prac traktujących o walce o niepodległość. Tym razem odwalał jednak chałturę, której nie zdecydował się nawet podpisać własnym nazwiskiem. Zgodnie z zamówieniem, uczynił z Piłsudskiej postać iście pomnikową. Zrobił to, choć prywatnie był wielkim przeciwnikiem Józefa Piłsudskiego, ofiarą represji władz i krytykiem porządków zaprowadzanych przez wojskową kastę rządzącą krajem8. Może to dlatego na sam koniec historii o bohaterskiej ucieczce ze szponów rosyjskich żołnierzy dodał jeszcze jeden szczegół, o którym ani słowem nie zająknęła się pani Marszałkowa. Jego zdaniem przyszła małżonka przywódcy państwa wcale nie ukryła się w sklepie z tkaninami, przebiegle i z godną podziwu gracją kantując sprzedawcę. Pobiegła zamiast tego do najbliższego miejskiego szaletu, schowała się w nim i to tam, wśród smrodu odchodów, przeczekała, aż policja straci zainteresowanie pościgiem. Być może zdaniem Aleksandry Piłsudskiej ten przyziemny i tchnący autentyzmem detal nie pasował do obrazu żony Komendanta, jaki sama dla siebie kreowała. Na pewno pasował natomiast do sylwetki Olki Szczerbińskiej. W gorącej wodzie kąpanej, zawadiackiej ryzykantki, która już jako nastolatka zdecydowała, że zrobi rzecz niemożliwą: wywalczy dla Polski niepodległość.
Nasiąkanie skorupki Wszystko zaczęło się od babci. Tak w każdym razie uważała sama Olka Szczerbińska. O ojcu, który osierocił ją, gdy miała dziesięć lat, wspominała bez sentymentu, że „był człowiekiem niepraktycznym, o usposobieniu
18
kamil janicki | niepokorne damy
artystycznym”. I pisała tak, mimo że w rzeczywistości właśnie ojciec zgromadził majątek, który pozwolił później na odchowanie i wykształcenie całej gromadki dzieci. Matkę, zmarłą mniej więcej w tym samym czasie, zachowała w myślach tylko jako „zamgloną, odległą postać”. „Była bardzo piękna, ale jej zdrowie i siły podkopały bardzo częste porody” – skwitowała krótko. O wiele więcej miała do powiedzenia o babce, która po śmierci rodziców stała się jej opiekunką i wychowawczynią. Karolina Zahorska była kobietą, jakich nie spotyka się na co dzień. Z jednej strony – surowa, wymagająca. Taka, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Gdy sadzała przy stole dzieci i kazała im czytać, a sama układała się w wielkim fotelu „z drutami w ręku i lampą naftową na stoliku”, żaden ze szkrabów nie śmiał ziewnąć czy nawet wiercić się na krześle. Panowała nabożna cisza, przerywana wyłącznie miarowym tykaniem zegara. Absolutny porządek i pełnia szacunku. Babcia była też „kobietą o dużej sile charakteru, a inteligencją, oczytaniem, głębią umysłu i szeregiem innych zalet przewyższała bez wątpienia większość swoich rówieśniczek”. Wreszcie: miała głowę do interesów i wiedziała, jak ustawiać sobie ludzi. Gdy zmarł jej mąż, sama wzięła się za zawiadywanie niewielką posiadłością. Bez pomocy rządcy czy ekonoma, „żelazną ręką trzymała służbę i fornali”. „W gruncie rzeczy była to despotka i nikt nigdy jej autorytetu nie kwestionował” – skwitowała Olka. Dla dziewczyny stała się najlepszym wzorem. I fakt ten zaważył na jej przyszłości, bo Pani Marszałkowa sama przyznała po latach: głównym „motorem życia” babki „był patriotyzm”9. Olka Szczerbińska przyszła na świat w roku 188210. Należała do pokolenia, które wychowywało się w cieniu ostatniego walnego zrywu Polaków. Wielkiego, krwawo stłumionego powstania styczniowego, które dało początek wieloletnim represjom, fali rusyfikacji i dążeniom do wyplenienia na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej jakichkolwiek śladów polskości. W podręcznikach podkreśla się często, że powstanie z roku 1863 było niepotrzebną, z góry skazaną na porażkę awanturą. Polacy byli podzieleni i słabi. Zdołali przez przeszło rok wiązać Rosjan partyzanckimi potyczkami, nie mieli jednak wojska potrzebnego, by wydać okupantowi walną bitwę lub wycieńczyć go i skłonić do ustępstw. Musieli przegrać. Ale to jeszcze nie znaczy,
Niebezpieczeństwu śmiała się w twarz
19
że powstanie nie przyniosło żadnego skutku. Paradoksalnie nie co innego, a porażająca skala porażki zrodziła największe owoce. W walce zginęło blisko dwadzieścia tysięcy uczestników insurekcji. Prawie siedmiuset schwytanych powstańców skazano na śmierć i stracono. Na stokach warszawskiej Cytadeli Rosjanie powiesili członków Rządu Narodowego. W innych miejscach mordowano nie tylko dowódców, ale i prostych żołnierzy. Majątki polskiej szlachty podlegały rekwizycji, miasta traciły przywileje, klasztory masowo likwidowano. Sama Polska – już wcześniej stanowiąca twór czysto marionetkowy i ściśle podporządkowany Petersburgowi – miała do reszty zniknąć z mapy Europy. Wciąż istniejące oficjalnie Królestwo Polskie przemianowano na Kraj Nadwiślański. Nic nieznaczącą i pozbawioną resztek autonomii
Aleksandra Szczerbińska na progu dorosłości. Fotografia z 1901 roku (ze zbiorów Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego, depozyt w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku).
20
kamil janicki | niepokorne damy
prowincję imperium. Trzydzieści osiem tysięcy Polaków, czy to zaangażowanych w zryw przeciw zaborcy, czy też podejrzewanych o sprzyjanie powstaniu, zesłano w głąb państwa rosyjskiego, odrywając ich od rodzin i dotychczasowego życia. Wielu umarło na Syberii, wielu innych wracało dopiero po dziesięciu czy dwudziestu latach, jako ludzie wycieńczeni, schorowani, ale – wciąż doskonale pamiętający, czemu zdecydowali się sprzeciwić carowi. Były miasta i powiaty, gdzie każda niemal rodzina została dotknięta skutkami powstania. Piętno 1863 roku ciążyło na całej generacji. I zostało odziedziczone przez potomków tych ludzi, którzy zdecydowali się na beznadziejną walkę ze wschodnim olbrzymem11. „Pamiętam, jak kobiety siedzące przy piecu wieczorami opowiadały przyciszonym głosem o powstaniu” – wspominała Aleksandra Piłsudska. – „Pamiętam szaloną radość w domach, gdzie witano powracających z zesłania synów, ojców i mężów”. Chodziło nie tylko o dalekich krewnych czy sąsiadów, ale też o najbliższą rodzinę małej Olki. Dziewczynka słuchała o starszym bracie babki, który umarł w celi na katordze, „z kajdanami na przegubach rąk i nóg, z ciężarem piętnastofuntowym wiszącym między kolanami”. Drugi jej prawuj wrócił z zesłania kulejący od reumatyzmu, z głębokimi bliznami od knuta na plecach. Był też powinowaty babki, zwany panem Ludwikiem. „Czasem wieczorami, wpierw upewniwszy się, że nikt nie podsłuchuje pod drzwiami, przysuwałam swoje krzesło do niego i słuchałam opowiadań o powstaniu” – relacjonowała Olka. I nie ukrywała, że to wśród tych historii budziły się w niej „miłość do kraju i pragnienie walki o wolność”. Wreszcie była sama babka. Kobieta, dla której upadek powstania stanowił „największy cios w życiu”. Podczas gdy wielu w połowie XIX stulecia twierdziło, że walka o niepodległość to sprawa tylko dla mężczyzn, ona zadawała kłam wszelkim uprzedzonym opiniom o słabości i delikatności swojej płci. Zaangażowała się w zryw całym sercem. Przechowywała broń i zajmowała się jej transportem, a we własnym dworze organizowała tajne narady powstańców. Na niebezpieczeństwo – jak podkreśliła po latach Olka – „patrzyła z pogardą”. Zdaniem wnuczki urastała wręcz do rangi jednej z najważniejszych w całej okolicy bojowniczek. Z upadkiem powstania
Niebezpieczeństwu śmiała się w twarz
21
nigdy się nie pogodziła. Przez resztę życia ubierała się wyłącznie w czarne suknie, a na palcu nosiła na znak żałoby „pierścionek z tabliczką z czarnej emalii, ozdobioną krzyżykiem z białych pereł”. To od niej Olka dowiedziała się, czym jest patriotyzm12. Podobne zasługi w wychowaniu córek i wnuczek położyły tysiące, a może i dziesiątki tysięcy innych polskich kobiet. Zapomnianych bohaterek, które zadbały o to, by nawet w sto lat po rozbiorach Rzeczypospolitej mieszkańcy podbitego kraju trwali w przekonaniu, że nie są poddanymi cara, ale jego wrogami, tylko przymusem doprowadzonymi do chwilowego posłuszeństwa. Najczęściej właśnie za sprawą tych kobiet do młodych umysłów docierały doprawione tajemnicą i posmakiem rzeczy zakazanej opowieści o chwilach, gdy Polacy mogli czuć, że są panami w swoim kraju. Te, które snuło się – jak w domu Olki – tylko ściszonym głosem, nocą, za zamkniętymi drzwiami. Słowem: to one ukształtowały pokolenie trwające w nienawiści do rosyjskich oprawców13. W tej pracy niespodziewanym sojusznikiem okazywał się sam zaborca. Rosjanie bardzo się starali, by utwierdzać Polaków w poczuciu odrębności i odrazie do krępującego ich systemu. A także, by rozpalić u młodych poczucie buntu. Olka mieszkała w Suwałkach, gdzie jej babka osiadła po sprzedaniu folwarku. Było to miasteczko niewielkie, zabiedzone i mocno już zrusyfikowane. Stacjonował tu dziesięciotysięczny garnizon armii carskiej, a miejscowe władze dbały, by ludzie nie ważyli się odzywać po polsku nawet na ulicy, nie mówiąc o urzędach czy miejscach zgromadzeń. Właśnie w takich mieścinach szczególną gorliwością wykazywali się nauczyciele. Bardziej od kształcenia dziatwy oczekiwano od nich, by wychowywali uczniów na karnych i wiernych carowi Rosjan. „Każde dziecko powinno czuć, że szkoła pomaga mu stać się lepszym człowiekiem” – stwierdził swego czasu słynny amerykański psycholog, Philip Zimbardo14. Tymczasem w zaborze rosyjskim szkoła pomagała co najwyżej poczuć się robakiem i śmieciem. W gimnazjum żeńskim, do którego trafiła Olka, wśród uczennic były niemal same Polki. Wśród kadry, nie licząc katechety i nauczyciela języka polskiego – sami Rosjanie. Wszystkie lekcje prowadzono rzecz jasna po rosyjsku. Nawet mowy ojczystej polskie dzieci musiały się uczyć w języku wroga. Nauczyciele nie cofali się przed niczym, by zastraszyć
22
kamil janicki | niepokorne damy
Dom rodzinny Oli Szczerbińskiej w Suwałkach na fotografii wykonanej prawdopodobnie w latach międzywojnia. Budynek przetrwał obie wojny światowe i został zburzony dopiero decyzją władz komunistycznych.
podopiecznych i wpoić im przekonanie o własnej niższości. Olka wspominała, że za jej czasów w gimnazjum męskim w Suwałkach aresztowano i osadzono w więzieniu piętnastoletniego ucznia tylko dlatego, że w jego pulpicie znaleziono tomik poezji Juliusza Słowackiego. Rodzina chłopaka musiała poruszyć niebo i ziemię, by pomóc mu uciec z celi, a następnie – przerzucić go za granicę. Jedna nieprawomyślna lektura złamała nastolatkowi życie. A mogło być gorzej, bo groziła mu długa odsiadka lub wywózka na Sybir. Nauczyciele okazywali się służbistami i sadystami. Drobne gesty w ich oczach były wybrykami wymierzonymi we władzę jaśnie panującej dynastii Romanowów. „Kazano na przykład zaplatać włosy w warkocze i upinać je z tyłu głowy, a włosy z przodu zaczesywać bardzo gładko” – wspominała Olka. – „Pewnego razu zawinęłam swe długie warkocze naokoło głowy. Rezultat był taki, że wywołano mnie z ławki do tablicy, gdzie kazano mi zmienić fryzurę, a za karę musiałam zostać po lekcjach w klasie. Dama klasowa wypominała mi to przestępstwo przez długi czas, nie dlatego że
Niebezpieczeństwu śmiała się w twarz
23
postąpiłam wbrew przepisom, ale dlatego, że jej zdaniem było to uczesanie polskie”. Z pozoru trywialna sprawa otarła się aż o dyrektorkę gimnazjum. Doniesiono jej, że Aleksandra Szczerbińska przejawia „tendencje rewolucyjne”. Nie tylko publicznie ją poniżano i gnębiono, ale też – zakazano innym uczennicom rozmów z buntowniczką. Niewiele brakowało, a Olka zostałaby wyrzucona ze szkoły. Wydalenia zdarzały się z nawet bardziej błahych przyczyn15. „Prześladowania zawsze wzmacniają opór” – słusznie komentowała Szczerbińska. Charakterystyczna rzecz, że przyszli politycy, twórcy niepodległej Polski, nawet ministrowie czy szefowie rządu, za młodu zbierali w szkole głównie pały. Walery Sławek, który w kolejnych latach zostanie bliskim przyjacielem Olki, a w Drugiej Rzeczpospolitej wpływowym członkiem obozu piłsudczykowskiego, był uczniem w najlepszym razie miernym. Naukę uważał za „ciężki obowiązek”, nie radził sobie (i nie chciał radzić) z językiem rosyjskim. W pamiętniku zanotował, jakby celem usprawiedliwienia: „Wrogi stosunek odpychał wzajemnie ucznia Polaka i belfra-rusyfikatora”16. Także Roman Dmowski, przyszły antagonista Józefa Piłsudskiego, skądinąd opowiadający się w dorosłym życiu za potulną współpracą z Rosją, w szkole „nie grzeszył pilnością, więcej wysiłku poświęcając zabawie i psotom niż nauce”. Uczył się tak słabo, że trzy razy powtarzał klasę17. A sam Józef, przyszły mąż Olki? O nim akurat nauczyciele mówili, że to uczeń może niezbyt zaangażowany, lubiący wykręcać się od zadań domowych, ale za to spokojny i posłuszny. Nawet jego jednak – to karne, grzeczne dziecko – trzy razy ukarano aresztem szkolnym. Za to, że rozmawiał w szatni po polsku i że nie oddał na ulicy honorów mijanym Rosjanom18. Awersję do szkoły odczuwali zresztą nie tylko ci, którzy w przyszłości staną się znani i wpływowi. Wrogość była powszechna. Pewien zwyczajny gimnazjalista z Siedlec trzeźwo komentował: „Marzeniem ściętej głowy” była chęć wynaradawiania młodych Polaków za pomocą szkoły. „Ci którym tę misję poruczono, nadawali się do wszystkiego, ale nie do przyciągania nas do rosyjskiej kultury”19. Ojciec innego ucznia, tym razem z Warszawy, zwracał z kolei uwagę, że w klasach trwała stała wojna podjazdowa. Sztubacy, zamiast z uwagą słuchać nauczycieli i szanować ich autorytet, widzieli w nich głównie
24
kamil janicki | niepokorne damy
kłamców i manipulatorów. Każde zadanie, choćby z algebry czy na dyktandzie, uważali za „niewątpliwy podstęp”. A nauczyciel Rosjanin był dla nich „oszustem, którego słowom wiary dawać nie należy”20. Szkoła uchodziła za narzędzie wrogiego ucisku, a każdy belfer za szpicla i donosiciela. Nie znaczy to jednak, że uczniowie zrażali się do samej nauki. Często było wręcz odwrotnie. Gardzono oficjalnymi lekcjami: do tego stopnia, że przyszły prezydent Stanisław Wojciechowski na pierwszej stronie swoich wspomnień chwalił się, że za jego czasów tematy maturalne z rosyjskiego wykradało się z pomocą łapówek wręczanych pedagogom lub wysyłanym na przeszpiegi woźnym, a w rodzinie wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego zachowała się tradycja, wedle której odpowiedzi maturalne przez okno podrzucała mu zakochana w nim dziewczyna i przyszła żona 21. Z drugiej strony wszelkie przedmioty zakazane, nieprawomyślne lektury i umieszczone na indeksie zagadnienia przyciągały urokiem owocu zakazanego. Uczniowie z dreszczykiem emocji sięgali po nielegalne prace z zakresu historii Polski, ekonomii, filozofii. Najzdolniejsi z nich – często ci sami, którzy w szkołach uchodzili za niedojdy i imbecylów – połykali dziesiątki hermetycznych publikacji wymagających uwagi, zrozumienia zaawansowanych zagadnień i głębszego przygotowania. Zaczytywali się w elaboratach, po które nigdy by nie sięgnęli, gdyby nie szkolne represje i pragnienie przeciwstawienia się zarządzeniom władz22. Jak grzyby po deszczu wyrastały oddolnie tajne zrzeszenia, kółka samokształceniowe. Niektórzy trafiali do nich już w gimnazjum, zyskując dostęp do tajnych bibliotek i do prawdy na temat dziejów Polski, stale zakłamywanej w murach szkoły. Prawdziwie masowy charakter miały jednak nielegalne organizacje studenckie. Stanisław Wojciechowski wspominał: „w czasie mojego pobytu w uniwersytecie kółka objęły przeszło 500 uczniów”23. Przyszła głowa polskiego państwa zaczęła studia w 1891 roku. Wtedy własnymi organizacjami, propagującymi wiedzę, mogli się poszczycić przebywający w stolicy abiturienci niemal każdego gimnazjum w Kraju Nadwiślańskim. Równo dziesięć lat później, gdy na studia wyruszyła Olka Szczerbińska, nielegalne kółka działały nawet prężniej. Dostęp do nich mieli jednak wyłącznie mężczyźni.