Skip to main content

Epoka milczenia. Druga Rzeczpospolita bez tabu

Page 1

KAMIL JANICKI

Epoka milczenia Przedwojenna Polska, o której wstydzimy się mówić

Znak Horyzont Kraków 2018 Kraków 2018


Projekt okładki Marcin Słociński Zdjęcie na pierwszej stronie okładki Shutterstock / Everett Collection Shutterstock / Artem Furman Opieka redakcyjna Natalia Gawron-Hońca Wybór ilustracji Kamil Janicki Rafał Kuzak Wszystkie ilustracje znajdujące się w książce pochodzą z domeny publicznej. Weryfikacja merytoryczna Rafał Kuzak Adiustacja Elżbieta Kot Korekta Aleksandra Ptasznik Grażyna Rompel Indeks Rafał Kuzak Opracowanie typograficzne i łamanie Katarzyna Leja Copyright © by Kamil Janicki © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-4210-4 Książka powstała przy współpracy z portalem Twoja Historia.pl www.twojahistoria.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. K ­ ościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU


Spis treści

Brudne trzewiki małej Patsy. Prolog 11

I. WYPARCIE 23 „Każde oskarżenie jest fałszywym oskarżeniem”. Kraj bez przestępczości seksualnej  25 „Kobietę trzeba zdobywać siłą”. Kultura gwałtu nad Wisłą  44 „Indywidua niedorozwinięte umysłowo, fizycznie i płciowo”. Zbiorowy portret przedwojennego zwyrodnialca  59 „Wprowadzają w błąd władze sądowe”. Czy Polki zmyśliły tabletki gwałtu?  78 „Tutaj wystarcza bierne zachowanie”. Gwałty na mężczyznach  95

II. CODZIENNOŚĆ 111 „Ci wariaci są nieszkodliwi”. Stalking  113 „Bój się, by przez ciebie kto do grzechu nie był pobudzony”. Mobbing i napastowanie seksualne  126


III. CZYSTOŚĆ  147 „To się nazywa sztucznie robić zbrodniarzy”. Molestowanie nieletnich  149 „Rzecz przelotna, konieczna, której trudno uniknąć”. Dziecięca prostytucja, dziecięca pornografia  162 „W domu będzie ci się samej nudziło”. Pedofilia  179 „Miała na zabawie kolejno stosunek z pięcioma mężczyznami”. Roznosiciele chorób wenerycznych  194 „Gromadzono je w jednym pomieszczeniu, rozbierano, segregowano i wyceniano”. Handel żywym towarem  203

IV. NORMALNOŚĆ  219 „Generalny kontroler wszystkich łazienek”. Voyerzy  221 „Czynność ma w sobie coś dziecinnie-bzdurnego”. Ekshibicjoniści  232 „Nieuchronnie pełzająca ręka”. Obmacywacze  246 „Każdy normalny człowiek jest fetyszystą”. Jaka epoka, takie zboczenia  255


V. SKRAJNOŚĆ  269 „Ja Celinkę chowam dla siebie”. Kazirodztwo  271 „Psina nikomu nie powie”. Zoofilia  293 „W pełnym tego słowa znaczeniu, nierząd z trupami”. Nekrofilia  305 VI. DELIKATNOŚĆ 313 „Być wiązanym i bitym, być służącym i paziem”. Masochizm  315 „Gdy mąż żony nie bije, to w niej wątroba gnije”. Sadyzm  338

Po co o tym pisać? Epilog  347 Nota autora  351 Przypisy  353 Wybrana bibliografia  387 Indeks  395 Indeks miejscowości  399


Brudne trzewiki małej Patsy

Prolog Bucik był uwalany błotem i w tej konkretnej chwili to była dla Patsy sprawa najwyższej wagi. Próbowała wycierać jeden trzewik o drugi. Uparta, brunatna plama w odpowiedzi przeskoczyła na przeciwną stronę. Dziewczynka ratowała się patykiem. Brązowe zabrudzenie nie dość, że nie znikło, to jeszcze rozniosło się na pończochy. Tego było już za wiele. Nadąsana Patsy zdecydowała, że potrzebuje pomocy. „Marysiu… Maaarysiu…” – p ­ owtarzała, szarpiąc rękę swojej bony. Bez skutku. Opiekunka całą uwagę poświęcała jakiemuś obcemu panu. Nie wiedzieć czemu co chwilę wybuchała sztucznym śmiechem, dziwnie się prężyła, a twarz miała czerwoną prawie jak pomidor. Przede wszystkim zaś – w ogóle nie zwracała uwagi na swoją podopieczną. Patsy tupnęła nóżką, a do przymrużonych oczu już zaczęły jej napływać łzy. Miała całe cztery latka. I jako duża dziewczynka dobrze wiedziała, że nic tak nie działa na piastunki jak płacz. Tym razem jednak efekt był w najlepszym razie połowiczny. Maria z irytacją warknęła, że przecież zaraz za ławką są krzaki. I właśnie tam kazała czyścić obuwie. Patsy momentalnie się rozchmurzyła. Wyprawa w zarośla to była prawdziwa przygoda! Dziewczynka chwyciła swój kijaszek,

Prolog

11


stanęła dumnie wyprostowana i niczym żołnierz na defiladzie pomaszerowała w chaszcze. Szybko zniknęła za najbliższym krzakiem. I trzeba było dobrych trzydziestu minut, by zajęta flirtem bona – Maria Stanisławiak – uświadomiła sobie, że dziecko jeszcze nie wróciło1. Opiekunkę oblał zimny pot. Spanikowana biegała między ławkami, przepytywała inne niańki i zaczepiała każde dziecko, które na pierwszy rzut oka przypominało Patsy. Czas mijał, a ­dziewczynki nigdzie nie było widać. Zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu. Maria wiedziała, że im dłużej będzie zwlekać, tym pewniej wina zostanie zrzucona właśnie na nią. Poza tym przetrząśnięcie w pojedynkę pięciu hektarów warszawskiego Parku Ujazdowskiego nastręczało nie lada trudności. Trzeba było wołać pomocy. Zdyszana opiekunka wparowała do mieszkania swoich pracodawców przy ulicy Górnośląskiej 16. Łamiącym się głosem przekonywała, że tylko na moment zajęła się rozmową. I to rzecz jasna nie z żadnym chłopcem, ale z innymi niańkami2. Chwila nieuwagi wystarczyła, by dziecko samowolnie się oddaliło. Matka Patsy, Gwendolina, natychmiast przystąpiła do działania. Kazała dzwonić po męża, a sama pognała do parku, by ratować córkę. Było po szóstej wieczorem. Dziewczynka zniknęła już ponad godzinę wcześniej i jej los pozostawał nieznany. Na szczęście jeszcze się nie ściemniało – był w końcu środek lata. Nie było też ryzyka, że dziewczynka zmarznie. Temperatura sięgała dwudziestu pięciu stopni, niebo było bezchmurne. Tylko należało koniecznie znaleźć ją przed zachodem słońca3. Po kolejnym kwadransie w parku zaroiło się od policji. Oddział funkcjonariuszy rozproszył się wśród alejek, stanowczo zatrzymując wszystkie małe dziewczynki. Zgrupowano je

12

Kamil Janicki  EPOKA MILCZENIA


w jednym miejscu i wbrew protestom opiekunów poddano żywiołowemu przesłuchaniu4. W mieście trwała tymczasem bezprecedensowa mobilizacja aparatu śledczego. Rozesłano sto patroli pieszych i motocyklowych. Alarm dotarł na każdy komisariat. Funkcjonariusze pracujący na rogatkach Warszawy zatrzymywali i przeszukiwali samochody. Powiadomiono też służby prowincjonalne, w obawie, że porywacze postarają się wywieźć dziewczynkę poza stolicę5. Porywacze, bo dla Antoniego Sitkowskiego, szefa warszawskiego Urzędu Śledczego, nie ulegało wątpliwości, że musi chodzić o znacznie więcej niż zwykłe zaginięcie. Patsy była córką amerykańskiego konsula, Stewarta E. McMillina. Afera groziła międzynarodowym skandalem. A przecież cały świat wiedział, że w podobnych sprawach nie wolno na nic czekać6. Był sierpień 1932 roku. Niespełna pół roku wcześniej w ojczyźnie McMillina doszło do zbrodni okrzykniętej sprawą stulecia. Z łóżeczka we własnym domu zniknęło dwudziestomiesięczne dziecko: synek sławnego pilota i kawalera Medalu Honoru, Charlesa Lindbergha. Rodzina zapłaciła porywaczom zawrotną kwotę pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Dzisiaj, uwzględniając inflację, byłby to niemal milion. W zamian otrzymali tylko zwłoki dziecka. Inspektor Sitkowski nie zamierzał pozwolić, by podobna historia powtórzyła się w Polsce, i to na jego warcie. Jeśli jakaś zuchwała banda została ośmielona informacjami o sprawie Lindbergha, to należało działać bez litości7. Rodzina dziewczynki nikomu nie ufała, a inspektor tylko podsycał paranoję zamorskiego dyplomaty i jego małżonki. Szybko aresztowano Marię Stanisławiak, bo przecież przygodny flirt w parku mógł być przykrywką dla wyrachowanej akcji kryminalnej. Następna w kolejce była kucharka McMillinów. Pracodawcy wiedzieli, że

Prolog

13


Prasa nie była w stanie zgodzić się co do sylwetki małej Patsy. Dla jednych dziennikarzy była zagubionym szkrabem. Dla innych – dojrzałą ponad wiek, rezolutną czterolatką. Obok: fotografia anonimowej dziewczynki.

w przeszłości zdarzało jej się spraszać do domu bliżej nieokreślonych mężczyzn. A to stawiało ją w bardzo niekorzystnym świetle. Wreszcie McMillinowie przypomnieli sobie o Helenie Szkudlarskiej. I to właśnie na nią padło główne podejrzenie. Szkudlarska była poprzednią niańką Patsy. Podobno źle się prowadziła, a do uszu McMillinów dotarło, że leczy się na syfilis lub inną chorobę weneryczną. Zgorszeni szybko wypowiedzieli jej posadę, na odchodnym wysłuchując rzucanych w gniewie pogróżek. Wtedy wydawało się, że to tylko puste pokrzykiwania. Teraz jednak konsul nabrał pewności, że jeśli ktoś porwał Patsy, to właśnie niemoralna i naznaczona kiłą Szkudlarska. Jeszcze zanim dzień dobiegł końca, kobietę przyskrzyniono i poddano intensywnemu przesłuchaniu. W apartamencie McMillinów trwało tymczasem gorączkowe oczekiwanie na wyniki śledztwa. Wreszcie około północy rozległ się dzwonek telefonu. Konsul zerwał się z miejsca i podbiegł do słuchawki. Z twarzy odpłynęła mu cała krew. Słuchał przez moment, aż wreszcie wydał z siebie głośne westchnienie ulgi. Dziewczynka się znalazła. Przerażona, zapłakana, ale żywa. Relacje poszczególnych gazet wzajemnie się wykluczały. Wyglądało to tak, jakby brukowce opisywały kilka różnych historii. Albo – jakby ktoś usilnie starał się wyciszyć sprawę i zatuszować co bardziej drastyczne szczegóły. „Ilustrowana Republika” donosiła, że dziewczynka wałęsała się po ulicy i do komisariatu odprowadziły ją jakieś przypadkowe kobiety. Dziennikarze sugerowali, że niezidentyfikowany wspólnik Szkudlarskiej

14

Kamil Janicki  EPOKA MILCZENIA


Prolog

15


spanikował na wieść o jej uwięzieniu. Nie mając innego wyjścia, wypuścił dziecko8. „Dobry Wieczór” posunął się w swoich wnioskach jeszcze dalej. Na pierwszej stronie numeru z 13 sierpnia informowano, że… do żadnego porwania nie doszło. Dziecko „biegało, skakało”, a wreszcie – samo oddaliło się od opiekunki. Dziewczynka w pojedynkę przeszła dobrze ponad kilometr, a gdy była już niemal na końcu ulicy Czerniakowskiej, „przystanęła i zaczęła płakać, mówiąc, że chce do tatusia”. Tutaj zaopiekowali się nią dobrzy ludzie9. Gazety nie były w stanie zgodzić się nawet co do sylwetki głównej bohaterki. Dla jednych była ona zagubionym, gaworzącym wyłącznie po angielsku malcem. Dla innych – wyjątkowo rezolutną jak na swój wiek dziewczynką, która poza mową ojczystą władała też językiem polskim i niemieckim. Musiał minąć kolejny dzień, by prasa zaczęła prezentować wspólny front. I by zaczęto węszyć w poszukiwaniu prawdy. Najlepiej takiej jej wersji, która ściągnie uwagę czytelników i sprawi, że przed kioskami ustawią się tłumy rozemocjonowanych ludzi, gotowych wydać po 10 groszy za najnowszy numer bulwarówki. Ustalono, że dziewczynka w istocie sama odeszła od bony. Po wyczyszczeniu butów zajrzała do publicznego szaletu, a potem zaczęła beztrosko zwiedzać resztę parku. W pewnym momencie drogę zastąpił jej nieznany mężczyzna. Obiecywał, że pomoże znaleźć drogę do ławki, na której siedziała Maria Stanisławiak. Zamiast tego zaprowadził Patsy aż na ulicę Czerniakowską i kazał wejść do podrzędnej restauracji, mieszczącej się pod numerem 193. Dla siebie zamówił wódkę. Dziecku natomiast kupił wafle i wodę sodową. Głaskał Patsy po głowie, przytulał, robił wszystko, by ją uspokoić. W knajpie spędził kilka godzin, w międzyczasie wychodząc parę razy na zewnątrz i zaraz wracając. Rachunek rósł, a tymczasem

16

Kamil Janicki  EPOKA MILCZENIA


mężczyzna nie dawał znać, że jest gotów go uregulować. Obsługa zaczęła zwracać na niego coraz baczniejszą uwagę. Jegomość był obdartusem, co widocznie kontrastowało ze schludnym ubraniem dziewczynki. Na dodatek wiercił się niespokojnie, wyglądał za okno, wyraźnie się czymś niepokoił. Zniecierpliwiona właścicielka knajpy, Kazimiera Opatkowska, podeszła do jego stolika i zażądała pieniędzy. Później opowiadała prasie, że od początku miała złe przeczucia. Raczej jednak w kwestii rachunku niż niedobranego towarzystwa. Klient wymigiwał się, próbował opóźnić sprawę. Wreszcie stwierdził, że żona przełożyła mu portfel do drugiej marynarki i że nie ma czym zapłacić. Opatkowska wzięła do pomocy kelnera. Zakomenderowała, że ten ma iść z gościem do domu i odebrać dług. Zarazem jednak zażądała, by dziecko pozostało w restauracji, aż rachunki zostaną wyrównane. Nieznajomy na moment zaniemówił. Dało się poznać, że jest coraz bardziej zdenerwowany.  –  „Nie mogę zostawić dziecka, bo się rozpłacze, gdy zostanie samo” – oponował, twierdząc, że dziewczynka jest rzecz jasna jego córką.  –  „Nie rozpłakało się, gdy pan wpierw wychodził, to się nie rozpłacze i teraz. Dziecko zostaje” – obstawała przy swoim Opatkowska, dobrze pamiętająca, jak wiele wódki wypił jegomość. I jak dużo kosztowały zamówione wafle. Przyparty do muru klient dał wreszcie za wygraną. Gdy wyszedł, Patsy nadal siedziała grzecznie, nie odzywając się ani słowem. Musiała minąć kolejna godzina, by zwierzyła się restauratorce, że nie zna dziwnego pana i że bardzo już chciałaby wrócić do rodziców. Roztropnie podała swój adres i nazwisko. Porywaczem okazał się Bronisław Drewniak. Mężczyzna doskonale znany funkcjonariuszom. Na koncie miał przynajmniej

Prolog

17


siedem wyroków za szantaże i oszustwa, a jego portret widniał w każdym policyjnym albumie przestępców. Dziennikarzy nikt nie musiał przekonywać, że człowiek ten działał w ramach precyzyjnego planu i że niewiele brakowało, a w Polsce rzeczywiście powtórzyłaby się najprawdziwsza „lindbergjada”. Popularny magazyn kryminalny „Tajny Detektyw” wyjaśniał po tygodniu śledztwa prowadzonego przez ludzi inspektora Sitkowskiego: W świetle zebranych danych jest już więcej niż pewne, że córeczka konsula została porwana (…) dla wymuszenia od rodziców sutego

Patsy zniknęła podczas zabawy w Parku Ujazdowskim. Gęste zarośla, pagórkowata rzeźba terenu, kręte alejki. W tym miejscu dziecko rzeczywiście mogło rozpłynąć się jak we mgle. Szczególnie jeśli opiekunka wykazała się absolutną niekompetencją.

18

Kamil Janicki  EPOKA MILCZENIA


okupu. Cały plan sparaliżowało sprawne działanie policji. Drewniak działał w porozumieniu ze Szkudlarską, która o godz. 8 wieczór miała przybyć do restauracji przy ul. Czerniakowskiej. Szantażyści ­liczyli na to, że dziecko, znające Szkudlarską i będące niegdyś do niej bardzo przywiązane, jako do swojej bony, bez trudu da się przez nią uprowadzić za miasto do kryjówki. Tymczasem policja w krótkim czasie po alarmie o zaginięciu dziecka zdołała zatrzymać Szkudlarską i to całkowicie pokrzyżowało plany przestępców. Szkudlarska straciła możność przybycia na umówione miejsce, Drewniak zaś nie miał nawet przy sobie pieniędzy na zapłacenie rachunku w restauracji. I dziecko ocalało10.

Redaktorzy brukowców byli zachwyceni. Porwanie dziecka w celu wymuszenia okupu nie zdarzyło się w Warszawie od przynajmniej dwudziestu lat. A zupełnie nigdy nie zdarzyło się, by na cel podobnej zbrodni wzięto rodzinę zagranicznego dyplomaty. Pikanterii całej sprawie dodawał jeszcze fakt, że mózgiem operacji okazała się zgorzkniała niańka, pragnąca zemścić się na pracodawcach. Szykował się sensacyjny proces, na miarę największych spraw epoki. Ta afera miała nawet potencjał, by przykryć historię niesławnej Rity Gorgonowej. Reporterzy sądowi aż zacierali ręce z niecierpliwości. W styczniu 1933 roku, gdy policja zakończyła swoje dochodzenie, „Ilustrowany Kuryer Codzienny” przekonywał, że na jaw wyszły kolejne, druzgoczące szczegóły. Zaczęła krążyć nawet kwota planowanego okupu. Drewniak i Szkudlarska ­chcieli żądać – bagatela – 10 tysięcy dolarów. Rzecz jasna „pod groźbą uśmiercenia dziecka”11. Spierano się tylko co do miejsca, gdzie miała być więziona ofiara. Zdaniem jednych planowano ją wywieźć na wieś. Inni wskazywali na melinę na Woli12.

Prolog

19


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook