Skip to main content

Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu

Page 1


Kraków 2026

Przełożyła Aleksandra Żak

Tytuł oryginału

Our Brains, Our Selves: What A Neurologist’s Patients Taught Him About the Brain

Copyright © Masud Husain, 2025

Copyright © for the translation by Aleksandra Żak

Projekt okładki

Tomasz Majewski

Ilustracja na okładce

Wellcome Library, London / Wikimedia Commons / CC BY 4.0 – zmodyfikowano

Ilustracja na wyklejce

© Tiago Martins / Unsplash

Fotografia autora

© Oliver Mayhall

Konsultacja merytoryczna

Urszula Dąbrowska

Redaktorzy nabywający

Artur Wiśniewski, Agata Pieniążek

Redaktorka prowadząca

Aleksandra Grząba

Adiustacja

Maria Zając

Korekta

Justyna Ostafin, Edyta Chrzanowska

Indeks

Katarzyna Homoncik

Łamanie

Dawid Kwoka

Koordynator produkcji

Jakub Kornacki

Przygotowanie do druku

Maria Gromek

Opieka promocyjna

Bogna Piechocka

ISBN 978-83-8367-802-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2026

Printed in EU

3. Tracę pamięć?

4. Nocni goście

5. Ciche

6. Kobieta

7. Czyja to ręka?

8. „Ja” i tożsamość

SPIS TREŚCI

MAŁY CUD

List, który przyszedł, był krótki. Miał zmienić moje życie, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

Czy mógłbym zbadać pewnego młodego człowieka o imieniu David? Potrzebował opinii neurologa. Nietypowe było to, że doznał udaru jako trzydziestoparolatek, ale na szczęście szybko odzyskał sprawność fizyczną. Już po kilku dniach bez trudu chodził i mówił, jakby nic się nie stało. Jednak szybko okazało się, że nie wszystko jest w porządku.

Zachowanie Davida znacząco się zmieniło. Wcześniej był bardzo towarzyskim i zmotywowanym ekstrawertykiem. Teraz wydawał się całkiem inny. Chociaż dość szybko po udarze wrócił do pracy doradcy finansowego, nie interesowały go zadania, które do niedawna uważał za tak stymulujące. Wyglądał na znudzonego. Brakowało mu entuzjazmu. Nawet kiedy parę tygodni później go zwolniono, nie zrobiło to na nim wrażenia. Nie chciało mu się ubiegać o zasiłek i mieszkał teraz z przyjaciółmi.

Chociaż z początku chętnie mu pomagali, szybko zaczął ich irytować. Dotąd uwielbiał towarzystwo i często

31

przejmował inicjatywę w swoim kręgu społecznym, teraz jednak stał się „trudny” – niezaangażowany, zdystansowany, obojętny. Ku rozdrażnieniu przyjaciół bardzo niewiele pomagał w domu. Cały dzień nic nie robił, po prostu czekał, aż kumple wieczorem wrócą, coś ugotują i zaczną go zabawiać. Właśnie jego bierność najbardziej ich drażniła. Stał się obcym człowiekiem dla najbliższych sobie ludzi.

Internista Davida dodał także w swoim liście, że przepisał pacjentowi lek antydepresyjny, sądząc, że jego zachowanie jest rezultatem obniżenia nastroju, ale farmaceutyk nie odniósł żadnego skutku. Lekarz był zaskoczony. Czy bylibyśmy w stanie ustalić, dlaczego David stał się tak „bierny i nudny”?

Skrzywiłem się. Czy zdaniem tego lekarza neurolodzy zmieniają nudnych ludzi w ciekawych? Konsultacja neurologiczna stanowi ostatnią deskę ratunku w wielu niewyjaśnionych przypadkach, ale to wydawało mi się absurdem. W tej opowieści były jednak pewne niezwykłe elementy. Po pierwsze, udar u osoby młodej to dość rzadka sytuacja. Po drugie, zmiana zachowania: ten mężczyzna był tak obojętny, że nie umiał się nawet zabrać do zgłoszenia po zasiłek. To też było dość osobliwe. Ale jeśli David nie miał depresji, to co mu dolegało?

Kiedy doznał udaru, trafił do jednego z naszych siostrzanych szpitali, wiedziałem więc, że będę mógł prześledzić przeprowadzone u niego badania na swoim komputerze. Po kilku kliknięciach patrzyłem na wyniki rezonansu magnetycznego Davida. Z początku nie zauważyłem nic nadzwyczajnego, ale gdy bliżej im się przyjrzałem, dostrzegłem, że mężczyzna doznał nie jednego udaru, ale dwóch. Zobaczyłem

dwa maleńkie punkciki po obu stronach mózgu, niemal symetryczne, w głęboko położonych częściach zwanych jądrami podstawnymi.

To było bardzo dziwne. Udary zwykle nie mają takiego symetrycznego przebiegu. Zazwyczaj dotknięta jest tylko jedna strona mózgu, bo przy udarze dochodzi albo do niedrożności naczynia krwionośnego w mózgu (to atak niedokrwienny), albo do pęknięcia naczynia krwionośnego (to krwotok).

Skoro ucierpiały obie półkule, mogło to oznaczać, że skrzepy z innego narządu, na przykład z serca, dotarły do dwóch różnych naczyń krwionośnych po obu stronach mózgu.

Przejrzałem badania krwi i serca, którym poddano Davida, ale żadne z nich nie ujawniło przyczyny. Nie było nic zaskakującego w tym, że szybko odzyskał sprawność fizyczną, bo udary okazały się bardzo niewielkie. Ale dlaczego potem popadł w taką apatię?

To była ciekawa historia. Było wiele pytań bez odpowiedzi. Postanowiłem, że musimy szybko przyjąć Davida.

Zamknąłem oczy. To był długi dzień w gabinecie, a upał nie pomagał. Zza otwartego okna dobiegało buczenie klimatyzacji, dzięki której w jakiejś innej części szpitala z pewnością panowała przyjemniejsza temperatura. Przyjęliśmy tego popołudnia wiele osób i czułem się wyczerpany. Ku mojemu rozczarowaniu młody pacjent z osobliwymi objawami nie przyszedł.

Była to przychodnia dla pacjentów ambulatoryjnych w Narodowym Szpitalu Neurologii i Neurochirurgii przy

33 Mały cud

londyńskim Queen Square. Szpital, od wielu pokoleń nazywany pieszczotliwie The Square, stał się domem dla wielu pionierów neurologii1. Dorównywał mu może tylko Salpêtrière, będący jego francuskim odpowiednikiem. W XIX i XX wieku

The Square przyczynił się do ogromnego postępu w rozumieniu chorób mózgu. Dzięki badaniom na pacjentach z chorobami neurologicznymi pracujący tam specjaliści zyskiwali rewolucyjną wiedzę o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu.

Taka historyczna tradycja bywa niekiedy ciężarem dla współczesnych lekarzy. Od czasu do czasu przypomina nam się, jak imponujące są dokonania tamtych pionierów. Od ich nazwisk wywodzą się nazwy wielu chorób, ich metody badań przekazywano następnym pokoleniom. Wciąż stosujemy do stawiania diagnoz opracowane przez nich techniki. Jednak we współczesnej służbie zdrowia często nie mamy czasu, by myśleć o tym, co zawdzięczamy wybitnym poprzednikom. Po prostu jesteśmy zbyt zajęci opieką nad kolejnymi pacjentami.

To popołudnie było inne. Mój potencjalnie ciekawy pacjent się nie pojawił. Szkoda, ale to nie była moja wina, i może tak było lepiej. Teraz miałem trochę więcej czasu, by dokończyć listy dotyczące pacjentów, których przyjąłem.

Coś jednak nie dawało mi spokoju. Dlaczego nie przyszedł?

Wyszedłem z gabinetu. W poczekalni minąłem telewizor, na którym wyświetlano wiadomości o antyrządowym proteście w Syrii. Nie zwróciłem na to większej uwagi. Arabska wiosna przyniosła wiele zaskoczeń i to najwyraźniej miało być kolejne. Nikt wtedy nie mógł przewidzieć, jak wielki wpływ będą miały na nas te odległe wydarzenia – najpierw Europa miała przyjąć syryjskich uchodźców z otwartymi

Mały cud

ramionami, a potem niemal natychmiast zatrzasnąć im –jako obcym – drzwi przed nosem. Ale tamtego popołudnia nie wybiegałem myślami tak daleko.

– Pacjent, który miał teraz przyjść, się nie pojawił. Odwołał wizytę? – spytałem recepcjonistki.

– Nie! Mam go skreślić? – zapytała pośpiesznie.

Listy oczekujących w naszej przychodni są długie, a pacjenci, którzy się nie pojawiają, wydłużają tylko innym czas oczekiwania na wizytę. Rozumiałem jej chęć wykreślenia go z listy.

– Nie. Ale może ma pani jego numer telefonu?

Nie wiem, dlaczego o to spytałem – chyba po prostu za bardzo zafascynowała mnie jego historia. Jakoś wciągnęła mnie opowieść o tym człowieku, który nagle stał się „nudny”!

Ku mojemu zaskoczeniu już po dwóch sygnałach ktoś podniósł słuchawkę.

– Czy rozmawiam z Davidem? – zapytałem.

– Tak – odpowiedział mężczyzna po drugiej stronie.

Słowo było rozciągnięte, wypowiedziane obojętnym tonem, a głos jakby przyzwyczajony do mówienia niewielu słów, mimowolnie minimalistyczny.

– Dzwonię ze szpitala. Jestem neurologiem, do którego miał pan przyjść. Był pan umówiony w naszej przychodni dziś po południu. Czy z jakiegoś powodu nie mógł się pan pojawić?

Nastąpiła długa cisza.

– Aaaa… Bardzo przepraszam… Po prostu wydawało mi się, że to strasznie daleko.

– Rozumiem. Proszę posłuchać, to ważne, żebyśmy pana zbadali. Ma pan czas jutro rano?

35

Znowu długie milczenie.

– Dobrze. Dam radę.

– Na pewno pan przyjdzie? – spytałem. – Będę czekał tylko na pana.

– Dobrze. Gdzie i kiedy? – odpowiedział po kilku sekundach, niechętnie.

Niemal widziałem to wzruszenie ramion, jakbym w jakiś sposób okradał go z jego cennego czasu. Wcale nie wydawał się podekscytowany. Odrobinę mnie to zirytowało.

Chociaż staramy się tego nie okazywać, jako lekarze śmiemy sądzić, że pacjenci mogą nas potrzebować – może nawet chcieć przyjść na wizytę. Ale ten najwyraźniej myślał inaczej.

Następnego ranka wyglądałem z okna swojego gabinetu na duży ogród na środku Queen Square. Nad koronami drzew widać było fragment szaroniebieskiego Pomnika Królowej Charlotty. Oto stała, nieco niezgrabnie, z wyciągniętą, ale pustą prawą ręką, dłoń chwytała powietrze. Kiedyś dzierżyła buławę, ale ta została jej dawno odebrana przez imprezowiczów. W czasach wiktoriańskich, ponieważ nie było oryginalnej inskrypcji, sądzono, że pomnik przedstawia królową Annę, i w rezultacie nazwano plac na jej cześć. Dużo później dokładniejsze badania wykazały, że prawdopodobieństwo, by pomnik wzniesiono właśnie dla uczczenia jej postaci, jest niewielkie. Upamiętniał on raczej Charlottę z Meklemburgii-Strelitz, która jako siedemnastolatka przybyła z niewielkiego niemieckiego księstwa, by poślubić młodego króla Jerzego III .

Mały cud

Zaraz po przybyciu do Londynu ponoć wcale nie mówiła po angielsku. Dworzanie uważali ją za brzydką, sądzili, że ma niewiele zalet. Niektórzy twierdzili nawet, że jej rysy twarzy są zbyt obce i zdradzają mauretańskie pochodzenie, co mogło potwierdzać dalekie pokrewieństwo z portugalską rodziną królewską. Niezależnie od tego, jaka była prawda, Charlotta miała duże trudności ze zbliżeniem się do Anglików, jednak, z tego, co wiemy, podejmowała niestrudzone starania. Szybko nauczyła się nowego języka i mówiła nim płynnie, choć do końca życia z niemieckim akcentem. To właśnie jej sposób mówienia okazał się jej największą słabością i ponoć nigdy naprawdę nie czuła, że pasuje do nowego miejsca.

To doświadczenie jest mi bliskie. Kiedy jako dziecko, w 1968 roku, przybyłem do Wielkiej Brytanii, czułem się niezwykle dumny z tego, że dobrze mówię po angielsku, bo od młodego wieku uczyłem się go w ówczesnym Pakistanie Wschodnim. Dużo później, jako dziesięciolatek, podekscytowany postanowiłem nagrać swój głos na należącym do taty dyktafonie Philipsa i gdy odsłuchałem nagranie, byłem w szoku – nie rozpoznawałem tej mowy. Melodia zdań zdawała mi się niemal obca. Ku własnemu zaskoczeniu stwierdziłem, że mam zagraniczny akcent. Choć dotąd uważałem swoją angielszczyznę za doskonałą, wtedy zrozumiałem, że tylko się łudziłem. Ten akcent, a także drobiazg, jakim była moja brązowa skóra, jednoznacznie zdradzały moją inność. Postanowiłem sobie, że muszę się zmienić, inaczej ciągle będę brzmiał jak przybysz z innego kraju. Przez kolejne trzy lata słuchałem pilnie radia BBC , ćwiczyłem wymowę i nabożnie nagrywałem własny głos, by sprawdzić, czy mój

37

akcent się poprawia. Podobnie jak Charlotta, chciałem się dopasować.

Wiele lat po jej przybyciu, kiedy król Jerzy doznał pierwszego ataku choroby umysłowej, której przyczyny niektórzy doszukiwali się w chorobie metabolicznej zwanej porfirią 2 , a inni w arszeniku albo chorobie afektywnej dwubiegunowej3, zajął się nim Francis Willis, lekarz, którego dom znajdował się ponoć na Queen Square. Techniki Willisa polegały po części na poniżaniu i zastraszaniu, a po części na przy pochlebianiu się. Kazał pętać króla, czasami zakładać mu kaftan bezpieczeństwa, czasami go kneblować4. Królowa, zrozpaczona, ale pragnąca zadbać o męża, znalazła rzekomo inny dom na placu, gdzie przechowywała dla niego zapasy. Dzisiaj znajduje się tam pub, adekwatnie nazwany Queen’s Larder – Spiżarnią Królowej – i odwiedzany przez wielu neurologów.

W końcu stan Jerzego III się poprawił, najpewniej wskutek naturalnego procesu zdrowienia, ale Willis przypisał sobie zasługi i był wychwalany za swoje osiągnięcia. Chociaż król miał doświadczać nawrotów choroby, powstało już powiązanie między zaburzeniami funkcjonowania mózgu a Queen Square. Tutaj nie da się uciec od historii. To miejsce jest nią przesiąknięte, spowija współczesnych przebywających tu neurologów swoją szczególną kulturą przynależności –w tym przypadku do długiej, bogatej tradycji, do dziedzictwa, które trudno ignorować.

Tego ranka David w końcu się pojawił. Byłem zaskoczony.

Już traciłem nadzieję, kiedy – spóźniony czterdzieści minut –stanął w drzwiach. Ponoć miał „kłopot z autobusami”. Nie

Mały cud

do końca mu wierzyłem, ale nie skomentowałem. Był inny, niż sobie wyobrażałem.

Siedział przede mną niski, żylasty mężczyzna o szczupłej twarzy w okularach z grubymi czarnymi oprawkami.

Zerkał na mnie z całkowitą obojętnością. Ciemnobrązowe przetłuszczone włosy opadały mu na spocone czoło, a zaniedbane wąsy, przyprószone resztkami płatków śniadaniowych (pewnie ze śniadania), umościły się niezgrabnie nad jego cienkimi ustami. Gęstwina zadziwiająco kędzierzawego i rdzawego zarostu pokrywała jego policzki i podbródek –przypominało to bardziej zwarte zarośla niż brodę. Miał na sobie wymiętą szarą koszulę, która wyglądała, jakby nie odkleiła się od jego ciała od kilku dni, a może także nocy, upstrzoną plamami najróżniejszej proweniencji. David zdawał się o wiele starszy, niż był. Wyraźnie o siebie nie dbał.

– Dziękuję, że pan przyszedł – powiedziałem, otwierając szeroko oczy i pewnie zanadto zdradzając zaniepokojenie jego stanem.

– Tak, nie ma sprawy.

– Jak rozumiem, kilka miesięcy temu był pan w szpitalu. Co teraz sprawia panu największą trudność?

– Trudność? Ja nie mam żadnych trudności. – Wzruszył ramionami.

Uśmiechnąłem się, widząc ten gest. Właśnie taką reakcję sobie wyobrażałem, kiedy rozmawiałem z nim przez telefon. Twarz Davida była za to dużo mniej ekspresyjna, wyglądał tak, jakby mój gambit nie zrobił na nim wrażenia. Wydawało się, że w ogóle cały nie wywarłem na nim żadnego wrażenia.

39

– No cóż, pański lekarz napisał do mnie z prośbą, bym pana przyjął.

– Naprawdę? – Nasunął okulary wyżej na nos.

– Jak się pan czuje po udarze?

– Dobrze. Szybko mi się poprawiło.

– Takie też mam informacje. Nie odczuwa pan słabości w rękach ani nogach?

– Nie.

– Nie ma pan poczucia, że coś jest dla pana trudniejsze?

– Nie.

– A praca?

– Co z pracą?

Widać było, że to donikąd nie prowadzi; obojętnie zbywał każde z moich pytań. Zacząłem przeczuwać, że David nie będzie łatwo współpracował.

– Jakie pan miał odczucia po powrocie do pracy? – spytałem, chcąc dać mu okazję do dłuższej wypowiedzi.

– W porządku – odparł, niczego nie zdradzając.

– Czy pracodawcy uważali tak samo?

Teraz mówiłem bardzo bezpośrednio, ale też mocno czułem, że w jego przypadku nie da się inaczej. David sam z siebie nie zamierzał powiedzieć mi niczego przydatnego.

– O co panu chodzi? – spytał ostrożnie, mrużąc oczy, jakby speszony.

– Wciąż pan pracuje? – skontrowałem bardzo powoli, z rozmysłem.

Zacisnął usta, ale tylko na chwilę, i zaraz jego twarz znów straciła wyraz.

– Nie, nie pracuję.

Dałem mu czas, by powiedział coś więcej, ale nic nie dodał.

To było jak próba nawiązania kontaktu z opryskliwym nastolatkiem. Rozmowa zaczynała się coraz bardziej rwać.

–

Dlaczego?

– Nie układało się – odparł ogólnikowo.

– Nie układało się?

– Tak.

Wyciąganie informacji od całkiem obcych ludzi to sztuka, którą lekarze muszą opanować. Zwłaszcza neurolodzy szczycą się swoją umiejętnością wydobywania szczegółów, dzięki którym diagnoza staje się jasna jeszcze przed badaniem. Studentów medycyny uczy się zadawania otwartych pytań, ale większość doświadczonych lekarzy odkrywa, że muszą odpowiednio zmieniać charakter pytań w zależności od odpowiedzi pacjenta.

David uświadamiał mi jednak, jak trudny może być czasami ten proces, a ja zaczynałem się frustrować jego powściągliwością.

Ale ponieważ zastanawiałem się, czy jego zwięzłe odpowiedzi nie są wynikiem choroby, postanowiłem spróbować łagodniejszego, mniej bezpośredniego podejścia.

– Proszę posłuchać, chcę się tylko dowiedzieć, co się z panem stało.

Nie dodałem nic więcej, pozwoliłem, by gabinet wypełniła grobowa cisza. Za oknem przetoczyła się hałaśliwie ciężarówka, dźwięk jeszcze uwypuklił panujące między nami milczenie. – Zwolnili mnie – powiedział w końcu. Jego zaniedbane wąsy odrobinę zadrgały.

I znów postanowiłem zaczekać, by sprawdzić, czy powie coś więcej, ale nie powiedział. Było niemal tak, jakby trzeba było z niego wyciągać informacje kawałek po kawałku.

41 Mały cud

FASCYNUJĄCE HISTORIE Z GABINETU NEUROLOGA

Czy każdy problem z pamięcią zwiastuje chorobę Alzheimera?

Czy można pomylić męża z kochankiem?

Czy bezwzględna szczerość to cecha charakteru, czy objaw choroby?

Czy można mieć zdrowe oczy i ograniczone pole widzenia?

Profesor Masud Husain , światowej klasy neurolog z Oksfordu, zabiera czytelnika w pasjonującą podróż do wnętrza ludzkiego mózgu . Opowiada o siedmiu pacjentach, których historie na zawsze zmieniły jego sposób postrzegania umysłu.

To twój mózg decyduje, kim jesteś. Ta książka pokaże ci, jak wiele od niego zależy – i pozbawi cię złudzeń. Husain, niczym serialowy doktor House, dzięki swojej wiedzy i swojemu doświadczeniu stawia zaskakujące diagnozy, a jego opowieść wciąga niczym najlepszy thriller medyczny. To historie ludzi, którzy stali się outsiderami – nie z własnego wyboru.

Lektura obowiązkowa dla miłośników Olivera Sacksa i wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć siebie.

W 2025 roku książka otrzymała Trivedi Science Book Prize – nagrodę przyznawaną przez Royal Society za najlepszą książkę naukową.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu by SIW Znak - Issuu