Harry Haft jako zawodowy pięściarz
A L A N
S C O T T
H A F T
HARRY
HAFT HISTORIA BOKSERA Z BEŁCHATOWA. OD PIEKŁA AUSCHWITZ DO WALKI Z ROCKYM MARCIANO.
Przedmowa John Radzilowski i Mike Silver
TŁUMACZENIE MAŁGORZATA KAFEL
KRAKÓW 2019
Tytuł oryginału: Broken Juliet Tytuł oryginału: Harry Haft. Auschwitz Survivor, Challenger of Rocky Marciano Copyright © 2015 by Leisa Rayven Copyright © 2006 Syracuse University Press, Copyright © for the translation by Aleksandra Żak Syracuse, New York 13244-5160. All Rights Reserved Opieka redakcyjna: Natalia Karolak Copyright © for the translation by Małgorzata Kafel Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Wydawca prowadzący: Aleksandra Ptasznik Adiustacja i korekta: Studio NOTA BENE Redaktor prowadzący: Anna Małocha Łamanie: Irena Jagocha Przyjęcie tłumaczenia: Aleksandra Ptasznik Projekt okładki: Eliza Luty Konsultacja językowa (transkrypcja słów z jidysz): Anna Klingofer-Szostakowska Fotografia na okładce: © James D. Kelly Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Fotografia autorki: © Stephanie Do Rozario Adiustacja, korekta i łamanie: Studio NOTA BENE ISBN 978-83-7515-443-6 Projekt okładki: Syracuse University Press design Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Eliza Luty ISBN 978-83-8135-015-0
www.otwarte.eu Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
BICIE
– Na tamten świat – odpowiedział żołnierz, którego Szlemek zapytał, dokąd jadą. Wsiadali na ciężarówkę. Harry wspiął się zaraz za nim. Niewielu więźniów słyszało wówczas o Auschwitz, więc jeden z żołnierzy dopilnował, żeby się dowiedzieli, że nikt stamtąd nie wraca żywy. Oczywiście ta informacja nie ułatwiła im podróży. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Mogli wsiąść na ciężarówki albo zginąć w Strzelinie. Innych opcji nie było. Z ciężarówki przesiedli się do autobusu, z autobusu do pociągu. Harry i Szlemek robili, co mogli, żeby nie dać się rozdzielić, szczególnie że miała to być pierwsza podróż Szlemka bydlęcym wagonem i chłopak był przerażony. Harry odpychał innych, żeby być blisko niego i dodawać mu otuchy. – Nie martw się – mówił. – Oni zawsze potrzebują ludzi do pracy. Jeżeli będziemy trzymali się razem, na pewno coś wymyślimy. W ciemności Harry objął Szlemka ramieniem i zamknął mu oczy, żeby mógł odpocząć. 93
Do Auschwitz nie było daleko i wszyscy więźniowie przeżyli transport. Kiedy drzwi się otworzyły, mężczyźni wysiedli. Kazano im się ustawić na rampie. Następnie strażnicy przeszli wzdłuż szeregu przybyłych i wybrali tych, którzy wyglądali na najsilniejszych. Szlemek i Harry znaleźli się wśród nich. – Widzisz, przyjacielu – powiedział Harry. – Będziemy pracowali i dostaniemy jeść. Znajdę sposób, żeby nasze życie było znośne. Żołnierze skierowali ich obu do długiej kolejki. Wśród silnych, zdrowo wyglądających młodych ludzi poczuli, że mają szansę. Okazało się, że czekają na rejestrację. Kiedy przyszła kolej Harry’ego, zapytano go o nazwisko i zanotowano je w rejestrze wraz z odpowiadającym mu numerem. Następnie ten numer, 144738, wytatuowano mu zielonym atramentem na przedramieniu. Potem przyszła kolej na Szlemka, 144739. Wytatuowani więźniowie zostali ponownie załadowani na ciężarówki i odwiezieni do pobliskiego Birkenau. Kiedy wysiedli, kazano im się ustawić w szeregu. Następnie jakiś oficer przeszedł wzdłuż szeregu, przyglądając się uważnie każdemu z nich. Raz jeszcze podzielono ich na dwie grupy. – Na lewo. Na prawo – mówił oficer. Szlemek i Harry zostali skierowani na lewo. Byli głodni i przerażeni. Zaczął padać drobny deszcz, więc otworzyli usta i skierowali twarze ku niebu. Grupie po prawej kazano się rozebrać do naga. Szlemek i Harry patrzyli z przerażeniem, a potem z zazdrością, jak mężczyznom wręczano po kawałku chleba, mydła oraz ręczniki i kazano iść pod prysznic. Nie mogli wiedzieć, że ci, którym zazdroszczą, za chwilę zostaną zagazowani. Wieczór jeszcze nie nadszedł, ale niebo było ciemne, zasnute burzowymi chmurami. Unoszący się z kilku 94
pobliskich kominów czarny dym pogłębiał mrok. Pozostałej grupie kazano wracać do baraku, gdzie dostali po kawałku chleba i kubek wody. Szlemek, Harry i kilku innych mężczyzn jeszcze tego samego dnia zostali wysłani do pracy. Pierwsza noc w Birkenau miała być początkiem najcięższego etapu obozowej gehenny Harry’ego. Następnego dnia mężczyźni zostali skierowani do pracy w krematorium. U ich stóp wyładowywano wozy pełne nagich ciał mężczyzn, kobiet i dzieci przywiezionych wprost z komór gazowych. Mieli je wrzucać do pieca. Harry usiłował nie patrzeć na twarze umarłych, ale nie mógł się powstrzymać. Trzeba było dwóch mężczyzn, żeby wrzucić do ognia dorosłego, ale ciałami dzieci Harry miał się zajmować sam. Po raz pierwszy pożałował, że okazał się dostatecznie silny, żeby pracować, a tym samym pozostać przy życiu. Więź, jaką odczuwał z pomordowanymi, sprawiała, że czuł się zarazem martwy i żywy. Nie mógł powstrzymać się od liczenia wrzucanych do pieca zwłok. Woń palonego mięsa towarzyszyła mu nieustannie, nawet po powrocie do baraków. Pewnego dnia przekonał się, że wciąż ma jeszcze uczucia. Jeden z robotników z jego grupy znalazł na pierwszej stercie przywiezionych ciał własną żonę. Wpadł w szał. Nieśmiały, cichy mężczyzna rzucił się na stojącego najbliżej strażnika, jakby było mu już wszystko jedno. Zastrzelili go na miejscu. Harry’emu i Szlemkowi kazano wrzucić do pieca ciało towarzysza. Harry złapał za nogi, Szlemek za ramiona. W ostatniej chwili Harry spojrzał na twarz mężczyzny. Miał otwarte oczy, żył. Potem sięgnęli po jego żonę i spalili ją obok niego. Widok tamtego płonącego człowieka okazał się ponad wytrzymałość Harry’ego. Następnego dnia odmówił 95
pójścia do krematorium. Załamał się jak dziecko. Nie mógł już tego robić. Był gotów na konsekwencje, choćby na śmierć. Wtedy wtrącił się jeden z esesmanów. – Dajcie mi tego człowieka. Może mi się przydać – powiedział. Harry’ego oszczędzono i przydzielono do innej pracy. Nie musiał już przez cały dzień oglądać ciał pomordowanych. Został członkiem grupy nazywanej Sonderkommando. Na terenie obozu znajdował się magazyn, do którego rzucano rzeczy osobiste ludzi przywożonych do Birkenau. Do zadań Sonderkommando należało przeglądanie odzieży w poszukiwaniu ukrytych w niej wartościowych przedmiotów, takich jak złoto, biżuteria i pieniądze. Chłopak poczuł ogromną ulgę, że nie musi już pracować przy zwłokach. Tymczasem oficer o nazwisku Schneider, który interweniował w jego sprawie, miał w tym swój interes. Harry zdawał sobie sprawę, że Niemiec uratował mu życie i starał się ciężko pracować. Jednak esesmanowi chodziło o coś innego. – Zrobię wszystko, o co mnie pan poprosi – powiedział chłopak. Schneider uniósł brwi. – Wszystko? – Wszystko. – Skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać? – Moje życie jest w pana rękach. – Ale czy potrafisz dochować tajemnicy? – Prędzej umrę – zapewnił Harry, wyciągając prawą rękę. – Widzi pan moje połamane palce? Próbowali mnie zmusić do mówienia, nawet włożyli mi rękę między drzwi, ale nie pisnąłem ani słówka. Schneider uśmiechnął się. Pomyślał chwilę. 96
– Przeżyjesz tutaj. Dopilnuję tego. Ja też po wojnie chcę żyć, a ty mi w tym pomożesz. Chłopak wierzył esesmanowi. Już w chwili, gdy został uratowany, zauważył, że to wysoki rangą oficer. Nie przestawał jednak się zastanawiać, jaką cenę będzie musiał zapłacić za ochronę. Przez kilka dni nie rozmawiali. Potem pewnego ranka Schneider wręczył Harry’emu butelkę po whisky, do wykorzystania jako pojemnik. Niemiec odprowadził chłopaka do baraku i dopilnował, żeby ten dobrze ukrył butelkę w swojej pryczy. Kazał Harry’emu wśród odebranych więźniom rzeczy szukać klejnotów. Schneider codziennie dbał o to, żeby dwa lub trzy ładne diamenty zostały wyniesione do baraku. Następnie chłopak wczołgiwał się na pryczę i chował zdobycz w butelce po whisky. Po kilku tygodniach naczynie wypełniło się do połowy. Pewnego dnia nieoczekiwanie do baraku weszła grupa żołnierzy. Wszystkie prycze były identyczne, a jednak oni ruszyli prosto na miejsce Harry’ego. Jeden z nich wsunął pod siennik lufę karabinu i uniósł go. Butelka została odkryta. Harry został zaprowadzony do magazynu, przesłuchany i dotkliwie pobity. Strażnicy zdołali wymusić na nim przyznanie się do kradzieży diamentów. Jednak pomimo tortur, chłopak nie wspomniał o Schneiderze. Następnie został wywleczony z baraków i zabrany do budynku Strafkommando zajmującego się więźniami, którzy złamali obozowe zasady. Ten, kto tam trafił, mógł przeżyć najwyżej dzień lub dwa. To było miejsce, w którym zadawano najstraszliwszy ból, gdzie strażnicy bili i kopali więźniów, katowali ich kolbami karabinów, pałkami i łańcuchami. 97
Harry wytrzymał straszliwe tortury. Kiedy leżał na ziemi, nie mogąc się ruszyć, usłyszał znajomy głos. – Ten człowiek jest mój – oznajmił Schneider. – Jest mi potrzebny. Przynieście go do mnie. Strażnicy podnieśli zakrwawionego, skatowanego Harry’ego z podłogi. Nie mógł stać o własnych siłach, więc Schneider złapał go pod ramię i wyprowadził z budynku do stojącej przed główną bramą ciężarówki. Ponieważ była już tak przepełniona, że nie dało się na niej zmieścić nikogo więcej, Schneider ściągnął z niej jakiegoś mężczyznę i wepchnął Harry’ego na jego miejsce. Po kilku minutach samochód ruszył. Harry był ciężko poturbowany, ale jakimś cudem żył. Świadomość, że dostał kolejną szansę, przywróciła mu siły. W pewnej chwili wyczuł w kieszeni spodni jakieś wybrzuszenie. Po omacku rozpoznał, że to butelka – tym razem pełna whisky. Musiał mu ją tam wsunąć Schneider. Harry wypił połowę, a resztę wymienił na kawałek chleba, dzięki czemu ten kolejny transport stał się łatwiejszy do zniesienia.
ŻYDOWSKA BESTIA
Harry kończył chleb, kiedy po godzinnej podróży ciężarówka zatrzymała się przed jakąś bramą. Dotarli do kopalni węgla kamiennego w Jaworznie, jeszcze jednego obozu pracy przymusowej. Razem z pozostałymi został ulokowany w barakach stanowiących część bloku mieszczącego prawie tysiąc robotników. Praca w kopalniach węglach odbywała się na dwie zmiany. Harry został przydzielony do nocnej. Szyby kopalniane znajdowały się w pewnym oddaleniu, a więźniów prowadzili na miejsce pracy niemieccy żołnierze z pomocą żydowskich dozorców. Żeby utrzymać kontrolę nad dużą liczbą robotników, strażnicy ustawiali ich po pięciu i przykuwali każdemu jedną nogę do długiego łańcucha. Harry po raz pierwszy chodził skuty z innymi. Każdej nocy musieli w ten sposób, pod strażą, pokonać szybko osiem kilometrów. Hercka nie miał w tym wprawy, a obrażenia po niedawnym pobiciu dodatkowo utrudniały mu marsz. 99
Pierwszego dnia Harry spojrzał w twarz żydowskiego dozorcy, który przykuwał go do łańcucha i rozpoznał w nim bełchatowskiego chuligana o imieniu Misza. To był typ faceta, który utrzymuje, że jest twoim przyjacielem, a potem cię okrada. Popatrzyli sobie w oczy. – Misza, ty kanalio. Jesteś z nimi? – No, wiesz… Trzeba jakoś żyć – odparł tamten i zabrał się do przykuwania nogi kolejnego więźnia. Kiedy ruszyli, Misza się przyłączył, nadając rytm. – Lewa, prawa, lewa, prawa… Harry nie umiał zgrać ruchów z innymi. Przez jego niezdarność pozostali tracili równowagę i wszyscy musieli się zatrzymywać, żeby poprawić splątany łańcuch. Misza zorientował się, kto jest przyczyną zamieszania i podbiegł do Hercki. Ponieważ strażnicy na niego patrzyli, szedł tuż obok i wrzeszczał chłopakowi wprost do ucha: – Lewa! Prawa! Kopał go przy tym i walił pałką po plecach. Pierwszego dnia po dotarciu na miejsce Harry był cały obolały. Co gorsza, Misza nie przestawał darzyć go szczególnym zainteresowaniem. Codziennie w drodze do szybu bił go za przyzwoleniem strażników. Pobyt Hercki w Jaworznie zaczął się więc od razów wymierzanych mu przez dawnego żydowskiego sąsiada. W niektóre dni Harry błagał swojego oprawcę, żeby zostawił go w spokoju. Wyglądało na to, że kopanie i okładanie Harry’ego kijem sprawia tamtemu przyjemność. Hercka należał do grupy robotników, których zadaniem było noszenie materiałów wybuchowych na miejsce detonacji. Po wybuchu więźniowie ładowali uzyskany w ten sposób węgiel do wagonów. Niewolniczą pracę w kopalniach wykonywali również Polacy, tak jak pozostali 100
nadzorowani przez żołnierzy. Nienawidzili oni zarówno pracujących wraz z nimi Żydów, jak i pilnujących ich Niemców. Ponieważ nie mogli odpłacić się tym drugim, wyżywali się na tych pierwszych, których obarczali winą za własne położenie. Przez kolejne miesiące przez sześć dni w tygodniu wykonywali katorżniczą pracę w kopalniach. W niedzielę pozwalano im odpocząć. Gołymi rękami ładowali węgiel do wagonów. Na koniec zmiany dostawali wodę do mycia, jednak Harry nie mógł zmyć z siebie brudu. Jego ręce przybrały tę samą barwę, co jego przyszłość. Pewnego dnia, ładując węgiel na wóz, Hercka niespodziewanie zobaczył wysokiego oficera w mundurze. Osłupiał, gdy rozpoznał Schneidera. Niemiec stanął przed nim i kazał mu iść za sobą. Przez chwilę chłopak zastanawiał się, czy to sen. Czuł się, jakby doznał objawienia. – Proszę, proszę! Czyż to nie ciekawe, że kiedyś kradliśmy diamenty, a teraz wydobywamy węgiel? – zagadnął Schneider, jakby widzieli się zaledwie wczoraj. Harry uznał, że nie śni, kiedy oficer wyjął z kieszeni butelkę whisky i pozwolił mu ją dokończyć. Smak trunku wydał mu się zupełnie realny. – Nie dziwię się, że żyjesz! Chłopak skinął głową. – Dzięki – powiedział. Zaczynał się już przyzwyczajać, że fakt pozostawania przy życiu jest powodem do komplementów. Schneider wyjął z drugiej kieszeni kawałek chleba i kiełbasę, które wręczył Harry’emu, po czym zwierzył mu się, że Niemcom nie wiedzie się już na froncie tak dobrze jak rok wcześniej. Potem zdjął kurtkę od munduru i podwinął rękawy. – Chodź no tu. Chcę ci coś pokazać – powiedział. 101
Chłopak podszedł do niego. Schneider uniósł rękę. – Ja też mam numer. Widzisz? Harry popatrzył na cyfry na jego przedramieniu. – Co to jest? – zapytał. – To ma pomóc mnie zidentyfikować. Jeżeli zostanę zabity, będzie wiadomo, kim byłem. Jest tu też moja grupa krwi. Widzisz, co się dzieje, kiedy osiąga się mój stopień? – zapytał, patrząc na zdezorientowaną minę Harry’ego. – Rozumiesz, dlaczego ci to pokazuję? Po wojnie będę miał problemy. Rosjanie i Amerykanie będą szukali wysokich niemieckich oficerów. Kiedy dostanę się do niewoli, tatuaż zdradzi im moją tożsamość i będę musiał za wszystko zapłacić. – Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną – odparł Harry. – Kiedy rozejdzie się wieść o tym… o was… będą nas ścigać. – Harry wciąż się zastanawiał, dlaczego Schneider rozmawia z nim tak otwarcie. – Dlatego cię szukałem. Uratowałem ci życie i jesteś mi coś winien. Możesz zaświadczyć, że nie byłem taki jak inni. – Schneider opuścił rękaw, zapiął mankiet i włożył kurtkę z powrotem. – Będziesz moim świadkiem? – zapytał. – Jasne. – Dobrze. W takim razie zrobię, co w mojej mocy, żeby ci pomóc. Dokończ jedzenie. Zobaczymy się jutro. Schneider dotrzymał słowa. Zjawił się około północy. Dał chłopakowi whisky i czekoladę do wykorzystania jako łapówki – by zapewnić sobie lżejszą pracę i wkraść się w łaski skorych do gniewu brygadzistów, których kije dosięgały teraz innych. Harry uwielbiał przynoszone przez Niemca kiełbasy. Dzięki nim wkrótce przybrał na wadze. Dobrze odżywiony więzień obozu pracy stanowił niecodzienny widok, 102
z drugiej jednak strony wygląd twardziela gwarantował, że nikt nie śmiał z nim zadzierać. Wkrótce po obozie rozeszła się plotka, że Harry jest pod ochroną. Misza dał mu spokój, kiedy dowiedział się, że ma na niego oko wysoki rangą oficer, i teraz chłopak mógł dotrzeć do kopalni w łańcuchu, nie będąc bity ani kopany. Przysiągł sobie jednak, że nie zapomni, jaką przyjemność czerpał tamten ze znęcania się nad nim. Harry cieszył się wyjątkową nietykalnością, jeśli chodzi o przejawy obozowego okrucieństwa, posiadanie anioła stróża nie zwalniało go jednak z niebezpiecznych prac w kopalni. Pewnej nocy stał za blisko wysadzanej ściany, kiedy zdetonowano ładunek, i choć dobrze wiedział, jak osłaniać ciało przed eksplozją, odłamki wyszczerbionej skały trafiły go w stopę. Już w chwili uderzenia wiedział, że ma połamane kości. Kiedy wynoszono go z kopalni, prócz fizycznego bólu doskwierała mu ponura świadomość, że w wyniku tych obrażeń może trafić z powrotem do Auschwitz. Ilekroć żydowski robotnik zostawał ranny przy pracy, umieszczano go w szpitalu, jednak nie w oczekiwaniu na pomoc lekarzy, lecz transport do obozu śmierci. Współwięźniowie ułożyli Harry’ego w wagonie. Gdy przywieziono go do szpitala, właśnie wschodziło słońce. Mężczyźni położyli go na podłodze sali pełnej chorych, jęczących w gorączce na swoich posłaniach. Mijały godziny, a on zdawał sobie sprawę, że jeśli nie wstanie i nie wróci do obozu, razem z pozostałymi pacjentami trafi do komory gazowej. Około południa na salę wszedł Schneider w towarzystwie głównego lekarza. – Ten w kącie – powiedział, wskazując na Harry’ego. – To mój osobisty robotnik. Żeby mi nie trafił do transportu, bo będziecie mieli ze mną do czynienia. 103
Jaworzno, podobรณz obozu koncentracyjnego Auschwitz. Dom, w ktรณrym kwaterowali esesmani (zdjฤ cie z 1959 r.)
Budynek obozowej pralni, w którego podziemiach mieścił się areszt dla więźniów (zdjęcie z 1959 r.)
Przesłanie było jasne. Lekarz dał znak pomocnikom, żeby umieścili chłopaka na łóżku. – Oczywiście – odparł. – Jak pan sobie życzy. Obejrzę go. Podeszli do Harry’ego. Kiedy lekarz pochylał się nad jego nogą, Schneider wyjął z kieszeni butelkę whisky, nalał trochę do kubka stojącego przy łóżku i podał Harry’emu. – Noga jest złamana. Leczenie wymaga sześciu tygodni w gipsie – powiedział lekarz. – Co niby miałbym z nim robić przez sześć tygodni? – Proszę go przydzielić do pracy w szpitalu. – Do jakiej pracy? – Niech sprząta. – Dobrze – odparł lekarz. Dotrzymał słowa i założył Harry’emu gips. Na czas powrotu do zdrowia chłopak miał pozostać w szpitalu w charakterze pomocnika. Jak się okazało, potrwało to o kilka tygodni dłużej, niż lekarz szacował tamtego pierwszego dnia. Chłopak z ulgą wrócił do baraku. Wiedział, że chorzy i ranni są skazani na śmierć. W szpitalu nie mógł znieść błagań ludzi, którym nie był w stanie pomóc, więc starał się ich nie słyszeć. Przez cały dzień do nikogo się nie odzywał. Dopiero nocą, gdy zimno stawało się nie do zniesienia, potajemnie przynosił pojedynczym chorym dodatkowe koce czy szmaty. Kiedy wrócił do pracy, Schneider codziennie o północy przychodził się z nim zobaczyć. Przynosił chleb, czekoladę, mięso i oczywiście whisky. Tak jak przedtem, Harry wykorzystywał część otrzymanych racji, żeby przekupić polskich brygadzistów. Jednak większość żywności zjadał sam, na wypadek gdyby kolejny dzień miał przynieść głód. 106
Szybko przybrał na wadze i zasłynął jako jedyny dobrze odżywiony Żyd w Jaworznie. Pewnego ranka, wracając ze zmiany, spotkał przyjaciela z innej brygady robotników, który nie spał całą noc, żeby przekazać mu wiadomości. – Hercka, przywieźli z Łodzi twojego brata Pereca. – Gdzie jest? – W bloku piątym. – Dzięki, Jankielu – odparł Harry i stanął w szeregu, bo właśnie liczono więźniów. Zaraz potem ruszył do bloku piątego. Żydowscy dozorcy wiedzieli, że jest pod ochroną, i pozwalali mu przemieszczać się swobodnie po obozie. Gdy dotarł do bloku piątego, szedł wzdłuż rzędu baraków, wołając co chwilę: – Perec Haft! Następnie rozglądał się i czekał. W pewnym momencie brat wyszedł do niego. – Tak jest! – powiedział, salutując. Harry był tak dobrze odżywiony, że Perec go nie poznał. – Perec, to ja, Hercka! Padli sobie w objęcia. Perec był przynajmniej piętnaście centymetrów niższy od Harry’ego i ważył nie więcej niż czterdzieści pięć kilogramów. Nie wyglądał dobrze. Transport pociągiem z Łodzi dał mu się we znaki i Hercka wiedział, że teraz życie brata zależy od niego. Przyniósł w kieszeni kawałek chleba i patrzył, jak Perec żuje wolno, delektując się każdym kęsem. O północy, kiedy jak zwykle przyszedł Schneider, Harry poprosił go, żeby załatwił Perecowi pracę w pobliżu niego. Niemiec dopilnował, żeby osłabiony chłopak otrzymywał lżejsze zadania i powierzono mu podpinanie do pociągu wagonów z węglem. 107
Harry dzielił się z bratem otrzymywanym od Schnei dera jedzeniem i wkrótce Perec zaczął nabierać sił. Po jakimś czasie wydarzyło się kolejne nieszczęście. Kiedy Perec spinał wagony, jeden z nich się zsunął i zmiażdżył mu stopę. Rannego zawieziono do obozowego szpitala, gdzie miał czekać na najbliższy transport do Auschwitz. Kiedy Harry się o tym dowiedział, zdał sobie sprawę, że musi dotrzeć do szpitala przed czwartą po południu, przed odejściem transportu. Około drugiej, kiedy jego towarzysze spali, wymknął się z baraku. Nie wiedział, gdzie szukać Schneidera, więc poszedł prosto do dyżurującego lekarza. Szczęśliwie był to ten sam mężczyzna, z którym miał do czynienia poprzednio. – Doktorze, wczoraj przywieziono tu mojego brata. To ten ze zmiażdżoną stopą. – To znowu ty? – Jest tutaj mój brat, musi pan go wyleczyć tak samo jak mnie. Proszę go przydzielić do sprzątania w szpitalu, dopóki nie będzie mógł wrócić do kopalni. Lekarz nie odezwał się ani słowem, ale na jego twarzy malowało się zdumienie stanowczym tonem Harry’ego. – Proszę zapytać Schneidera, zaraz po niego pójdę – dodał chłopak. W odpowiedzi na arogancję więźnia Niemiec tylko pokręcił głową i parsknął. – Pokaż mi tego twojego brata – powiedział wreszcie. – Zajmę się nim. Ale na przyszłość uważaj, jak się do mnie odzywasz. Nie zapominaj, że jesteś Żydem. Harry odetchnął z ulgą. Nie miał zamiaru być nieuprzejmy. – Tak jest, panie doktorze – odparł szybko. Pewnego niedzielnego popołudnia Schneider odwiedził Harry’ego w baraku. 108
– Wyjdźmy na zewnątrz – powiedział. – Mam dla ciebie ekscytujące wiadomości. Zabrzmiało to tajemniczo. Czyżby wojna się skończyła? Schneider wyprowadził zaintrygowanego chłopaka za barak. Jak zwykle wyjął butelkę whisky, jednak tym razem najpierw dał się napić Harry’emu, który nie pogardził porządnym łykiem bursztynowego płynu. – Mój przyjacielu, jesteś teraz dużym, silnym Żydem, a ja zrobię z ciebie gwiazdora. – Kogo? – Gwiazdora. Dostarczysz rozrywki moim kolegom: oficerom i szeregowym żołnierzom. Zostaniesz bokserem. W niedziele będziemy urządzali walki. Zaczynamy za tydzień przed kwaterą oficerów. – Dobrze. Cokolwiek pan powie – odparł Harry. Nie miał powodu nie ufać esesmanowi, który uratował mu życie. Od tamtej pory Schneider dbał o to, żeby chłopak dostawał w kopalni lżejsze zadania, a podczas nocnych spotkań rozmawiali o nadchodzących walkach. Oficer wyjaśnił, że jego rywalami będą inni więźniowie, a stawką dodatkowe racje żywności. Mieli walczyć na gołe pięści, ale Harry mógł skorzystać z zimowych rękawiczek Schneidera. Pojedynek miał trwać do chwili, gdy jeden z więźniów nie będzie w stanie go kontynuować. Pierwszej niedzieli o trzeciej po południu Niemiec zjawił się w baraku Harry’ego, żeby zaprowadzić go do kwatery SS. Hercka nie czuł strachu ani zdenerwowania. Nauczył się już obojętności wobec spraw, które były konieczne, żeby przeżyć. Wystarczała mu świadomość, że musi spłacić dług wobec Schneidera, i o niczym więcej nie myślał. Oficer wyjął z kieszeni kurtki parę rękawiczek i wręczył je Harry’emu. 109
– Lepiej z nich skorzystaj. Czekają cię trzy lub cztery walki. Harry posłuchał jego rady. Były to zwykłe skórzane zimowe rękawiczki, używane i miękkie. Przed siedzibą SS utworzono prowizoryczny ring, wbijając w ziemię cztery drewniane słupki z otworami, przez które przeciągnięto linę. Wokół wytyczonego w ten sposób kwadratowego placu szybko zbierał się tłum. Żołnierze zajmowali miejsca na złożonych z trzech czy czterech rzędów krzeseł trybunach. Jedli, pili, rozmawiali i śmiali się jak podczas prawdziwego sportowego widowiska. Kilku żydowskich więźniów grało na instrumentach strunowych jakąś melodię. Harry wszedł na ring, a Schneider przysunął sobie krzesło do narożnika. Jakiś żołnierz przyniósł wiadro wody i ręcznik, które oficer umieścił sobie przy nogach. Rozpoczął zabawę, pociągając długi łyk z butelki. Żołnierz na środku ringu, pełniący funkcję sędziego, kazał Harry’emu zdjąć koszulę, a potem podszedł do niego i obmacał jego rękawice, żeby się upewnić, że niczego w nich nie ukrywa. Kiedy na ring przyprowadzono jego pierwszego przeciwnika, wstrząśnięty Harry ujrzał przed sobą żywy ludzki szkielet. Walka bynajmniej nie miała być sprawiedliwa. Osiemnastoletni Hercka był mocno zbudowany i silny. Schneider dobrze go odżywiał, dbał, żeby nie pracował ponad siły i nie był torturowany. W oczach drugiego zawodnika malował się strach i nie ulegało wątpliwości, że mężczyzna nie zgłosił się na ochotnika. Chłopak przypomniał sobie, jak jego niemiecki opiekun mówił, że walka skończy się, kiedy jeden z zawodników nie będzie w stanie jej kontynuować i zrozumiał, co to oznaczało. 110
Popatrzył na obserwujących ring żołnierzy. Panował wśród nich nastrój upiornej wesołości. Czekali na spektakl. Harry miał dostarczyć rozrywki tym chorym draniom. Mieli się dobrze bawić, patrząc, jak jeden Żyd zabija drugiego. Prawie wszyscy zebrani zajęli miejsca i żołnierz pełniący funkcję sędziego zarządził: – Start! Widząc, że przeciwnik jest zupełnie bezbronny, Harry się zawahał. Słyszał, jak żołnierze wykrzykują pod jego adresem antysemickie obelgi, i wiedział, po co to robią. Zachęcali go, żeby zabił innego Żyda. Nie miał wątpliwości, że go zastrzelą, jeśli tego nie zrobi. Więc się podporządkował. Kiedy znokautował współwięźnia po raz pierwszy, sędzia musiał go podnieść. Za drugim razem przeciwnik stracił przytomność i został wyniesiony z ringu. Harry wrócił do narożnika, w którym zasiadał Schnei der. Oficer poczęstował go w nagrodę whisky, ale chłopak odmówił. Walka nie trwała nawet pięciu minut. Po chwili przyprowadzono kolejnego na wpół żywego rywala. Tamtej pierwszej niedzieli Harry pokonał pięciu innych Żydów. Z każdą walką lepiej mu szło „zabawianie” oficerów SS. Im bardziej był brutalny, tym lepiej bawili się jego kibice. Nauczył się przeciągać pojedynek, zanim wykończył przeciwnika. W ten sposób podniecenie na widowni sięgało nieludzkiego zenitu. Oczywiście Harry wiedział, że znokautowani mężczyźni, choć nieprzytomni, są żywi. Wyobrażał sobie, jak trafiają do obozowego szpitala, gdzie oczekują na poniedziałkowy transport do Auschwitz. Schneider próbował uspokoić sumienie Harry’ego, tłumacząc mu, że ich los i tak był przesądzony. 111
Ta farsa weszła do cotygodniowej rutyny. Każdej niedzieli Harry zostawał czempionem pokonującym kilku ledwo żywych rywali. Wkrótce oficerowie SS zaczęli nazywać go „żydowską bestią”. Po walkach zadowolony Schneider odprowadzał Harry’ego do baraku, dziękując mu po drodze za rozrywkę. „Rozrywki” trwały przez kilka miesięcy. W tym czasie Harry – Żydowska Bestia z Jaworzna – stoczył siedemdziesiąt siedem walk. Pamiętał twarze niewielu swoich przeciwników. Pewnego niedzielnego ranka Schneider zjawił się wcześniej niż zwykle, żeby zaprowadzić swojego zawodnika do obozu oficerskiego. Był wyjątkowo radosny i podekscytowany. Hercka wyraźnie wyczuwał różnicę. – Co się dzisiaj dzieje? – zapytał. – Chodź. Powiem ci po drodze. Wyszli z baraków. – Nie chcę, żebyś się denerwował, ale dzisiejszą walkę będzie oglądało kilku generałów z Berlina – powiedział. – I? – Słyszeli o tobie i są bardzo zaintrygowani. Wszyscy mówią, że w całej Polsce nie ma Żyda, który byłby w stanie cię pokonać. A ja oczywiście się z tym zgadzam. – Więc? – Więc generałowie przywieźli własnego zawodnika. Podobno też jest niepokonany i nie pochodzi z Polski. Żołnierze, którzy oglądali twoje poprzednie walki, sporo na ciebie postawili. Ja też co nieco zainwestowałem. Harry nie był pewien, o co chodzi Niemcowi. – To znaczy, że wszyscy mi kibicują? – zapytał. – Tak. Jeżeli przegrasz, żaden strażnik w obozie nie będzie zadowolony. Teraz chłopak zrozumiał. 112
– Proszę się nie martwić. Pana pieniądze są bezpieczne. Nie przegram. Schneider najwyraźniej miał jednak obawy. Wiedział o przeciwniku Harry’ego nieco więcej, niż był skłonny zdradzić mu po drodze. Tego dnia przed kwaterą SS zebrał się spory tłum. Po raz pierwszy żołnierzom towarzyszyły ładnie ubrane kobiety. Ring został urządzony bardziej profesjonalnie, słupki połączono trzema linami zamiast jednej. Dostawiono krzeseł, jakby spodziewano się większej widowni, a orkiestra liczyła co najmniej dziesięciu muzykantów. Harry wyszedł na ring pośród gromkich pokrzykiwań obozowych strażników. Schneider zajął miejsce w narożniku, jak zwykle z wiadrem i ręcznikiem. Kiedy chłopak zaczął zakładać rękawiczki, Niemiec go powstrzymał. – Dzisiaj odbędzie się tylko jedna walka. Wszyscy postawili na nią. Nie zakładaj rękawiczek. Będziecie walczyli na gołe pięści. Wyciągnął z kieszeni butelkę, odwrócił się do Harry’ego plecami i pociągnął z niej kilka razy. Hercka stanął oparty o narożny słupek. Widzowie zaczynali okazywać zniecierpliwienie, tupiąc nogami i hałasując. Na środek ringu wyszedł nieznany Harry’emu sędzia. Po wstępnych informacjach wygłosił długą mowę powitalną, którą zupełnie zagłuszyli kibice. Zwrócił uwagę obecnych na siedzących w pierwszym rzędzie dwóch generałów. Trudno było ich nie zauważyć. Każdy z nich miał w ustach cygaro, a u swego boku śliczną dziewczynę trzymającą pokaźną butelkę alkoholu. Wojskowi wstali i pomachali do zgromadzonych. Harry obejrzał się na Schneidera, który właśnie kończył butelkę. 113
– Wszystko w twoich rękach, Hercka – powiedział, po raz pierwszy zwracając się do niego po imieniu. Czekali już tylko na drugiego pięściarza. Dwaj żołnierze przyprowadzili zawodnika generałów przejściem prowadzącym na ring. Przeciwnik Harry’ego okazał się francuskim Żydem mniej więcej dziesięć lat starszym i dobre piętnaście centymetrów wyższym od niego, musiał więc mierzyć około metra dziewięćdziesięciu. Widać było, że jest dobrze odżywiony. Miał długie, muskularne ramiona. Sędzia przedstawił zawodników podekscytowanej, niecierpliwej widowni. Harry został nazwany niepokonaną, dziką Żydowską Bestią z Jaworzna, zaś przeciwnika przedstawiono jako byłego mistrza Francji wagi ciężkiej. Sędzia dał znak pięściarzom, żeby wyszli na środek ringu po instrukcje. – Rundy będą trwały po trzy minuty, przerwy minutę. Macie walczyć czysto. To ma być boks, nie uliczna bijatyka. Początek i koniec rundy będzie ogłaszany gongiem. Zrozumieliście? – Ile rund? – zapytał Harry. – Do wyłonienia zwycięzcy – padła odpowiedź. – Wracaj do narożnika i czekaj na sygnał. Rozległ się dźwięk gongu. Francuz był zwinny i Harry z trudem go trafiał. Sam poruszał się ciężko, przywykł do walki w półdystansie i po raz pierwszy miał do czynienia z przeciwnikiem, który wymierzał ciosy i odskakiwał. Sytuacja wymagała sprytu. Rundy ciągnęły się w nieskończoność, nie było sensu tracić energii na ściganie Francuza po ringu. Hercka stanął pośrodku. – Walcz jak mężczyzna, żabojadzie! – zawołał i pokazał mu, żeby podszedł bliżej. Tłum zaczął buczeć na francuskiego boksera. Buczenie nie ustawało. Harry nie 114
ruszał się z miejsca gotowy do walki i Francuz musiał zdawać sobie sprawę, że wyjdzie na tchórza, jeśli nie podejmie wyzwania. Okazał się wprawnym i doświadczonym bokserem. Na twarz Harry’ego spadł grad mocnych prostych. Po czterech czy pięciu rundach miał porozcinane łuki brwiowe i krew zalewała mu oczy. W przerwach między rundami Schneider przemywał rany swojego zawodnika mokrym ręcznikiem. W kolejnych rundach Harry krwawił już tak obficie, że prawie nic nie widział. Nie czuł się osłabiony, ale przeszkadzało mu ograniczone pole widzenia. Jego zwycięstwo wcale nie było pewne i gorączkowo myślał, co robić. Wreszcie zwabił Francuza do narożnika, obrócił i złapał w pułapkę. W ataku furii miotał cios za ciosem. Przeciwnik zaczął się chwiać niczym gigantyczne drzewo pod ostrzem topora i wreszcie padł na ziemię. Harry nie przestawał go tłuc, dopóki twarz Francuza nie zmieniła się w krwawą miazgę. W końcu stanął nad nim, czekając, aż się podniesie. Jego krew kapała na pokonanego rywala. Generałowie i ich goście z Berlina podnieśli się z krzeseł, krzycząc na swojego zawodnika. On jednak nie mógł wstać – stracił przytomność. Schneider zerwał się z miejsca, wybiegł na środek ringu i podniósł rękę Harry’ego w geście zwycięstwa. Obozowi strażnicy wiwatowali jak szaleni. Francuz został ściągnięty z ringu. Harry’emu zdawało się, że pośród hałasu i szaleństwa tłumu usłyszał dwa wystrzały, ale nie był pewien. Wciąż dzwoniło mu w uszach od odebranych ciosów. Nigdy więcej nie zobaczył francuskiego boksera ani o nim nie słyszał.