Skip to main content

Formikarium, czyli w moim świecie mrówek. Opowiadania

Page 1

Projekt okładki Oksana Shmygol Opieka redakcyjna Anna Glac Dorota Gruszka Redaktor prowadzący Anna Szulczyńska Korekta Małgorzata Biernacka Artur Czesak Katarzyna Onderka

Copyright © by Aleksander Filipowicz Copyright © by Marcin Filipowicz Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2021 ISBN 978-83-240-6212-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU


Światło i dźwięk, czyli o niedoskonałości świata

Nie wiem, skąd się wziąłem. Z nocy, mgły, z niepamięci? Z tajemniczych szmerów, niewyraźnych, zamazanych obrazów, dziwnych zapachów? Nie wiem. Ale było mi z tym dosyć dobrze i o niczym myśleć ani niczego sobie przypominać nie chciałem, choć podobno miałem już cztery i pół roku. Byłem, bo byłem. Kładłem się spać, wstawałem, piłem mleko i jadłem chleb z kukurydzy. Ubierałem się, stałem koło okna i patrzyłem na podwórze. Widziałem wszystko, co było dookoła mnie i słyszałem mowę ludzi, szczekanie psów i śpiew ptaków. Mój ojciec był jeszcze wtedy na wojnie i żyliśmy tylko we trójkę, z matką moją i babką, czasem tylko odwiedzał nas kulawy i łysy, ale w wielkim słomkowym kapeluszu pan Dobrucki, który był nauczycielem, chociaż nie uczył

29


w żadnej szkole, tylko łowił ryby. Pan Dobrucki, idąc na ryby, przeważnie po południu, zatrzymywał się koło naszego domu, ustawiał dwa długie, białe wędziska tak, że opierały się o dach i widać je było przez okno, wchodził do nas i pił herbatę. Czasem, jak była bardzo ładna pogoda, ja z babką odprowadzaliśmy pana Dobruckiego na ryby, ale zawsze tylko do starego dębu, który rósł na samej krawędzi brzegu tak, że niektóre korzenie wisiały w powietrzu. Przysiadaliśmy na chwilę pod dębem, pan Dobrucki palił papierosa, potem brał swoje wędziska i schodził w dół. W tym miejscu, gdzie rósł dąb, kończyły się pola, urywały się nagle, droga skręcała, schodziła w dół i ginęła wśród łąk, krzaków i szuwarów. Patrzyliśmy z babką na pana Dobruckiego, widzieliśmy, jak przechodził przez łąkę koło stada czerwono-białych krów, które pasły się albo leżały. Kiedy pan Dobrucki mijał je, odwracały za nim głowy. Póki pan Dobrucki szedł przez łąkę, widać go było bardzo dobrze i nie było żadnych wątpliwości, że to jest on. Robił się wprawdzie coraz mniejszy, ale ciągle wiedzieliśmy, że to jest pan Dobrucki. Ale potem pan Dobrucki wchodził w wysokie trawy i robił się coraz krótszy, później widzieliśmy już tylko jego wielki kapelusz migający wśród krzaków, wreszcie przestawaliśmy go całkiem widzieć, tylko czasem z miejsca, w którym zniknął, zrywały się dzikie kaczki, po dwie, albo całe stada mniejszych ptaków, które nazywały się podobno bekasy, zataczały w powietrzu koła, coraz wyższe, stawały się coraz mniejsze i znikały na tle

30


nieba. Patrzyłem na ptaki i widziałem je znacznie dłużej niż moja babka, ale w końcu i mnie znikały z oczu. Pan Dobrucki, wracając z ryb, zachodził do nas, ale przeważnie byłem już po kolacji, leżałem w łóżku i czekałem na wielki złoty księżyc, który miał pokazać się w oknie. Pan Dobrucki zostawiał nam szeroką, pokrytą srebrną łuską rybę, która nazywała się leszcz, pił znowu herbatę i odchodził albo ja zasypiałem. Następnego dnia, jak była pogoda, znowu odprowadzaliśmy pana Dobruckiego, siadaliśmy pod dębem i patrzyliśmy, jak pan Dobrucki szedł, oddalał się, robił się coraz mniejszy, znikał. Chciałem bardzo kiedyś pójść z panem Dobruckim na ryby, ale moja babka mówiła, że tam, gdzie pan Dobrucki idzie, jest bardzo niebezpiecznie, że trzeba wiedzieć, którędy iść, bo można zapaść się w bagno i już nigdy nie wrócić. Siedziałem więc pod dębem, patrzyłem na rzekę, której nie było widać, bo zasłaniały ją krzaki i szuwary. Stamtąd, znad rzeki, słychać było rechotanie żab i głosy ptaków, czasem zrywał się wiatr i wtedy głosy słychać było jeszcze wyraźniej. Oglądałem zeschłe liście i żołędzie leżące na ziemi, widziałem je z bliska i bardzo dokładnie, widziałem nawet różne owady, robaczki, ich oczy, skrzydła, nóżki, ich wspinanie się po źdźble trawy, bieg, ruch i zatrzymywanie się, zrywanie się, odlot. Potem znów patrzyłem na rzekę, nad którą krążył w powietrzu na nieruchomych skrzydłach wielki ptak. Wiatr wiejący czasem z tamtej strony dotykał moich włosów i policzków, wąchałem jego dziwny zapach,

31


przypominał trochę woń skoszonej trawy, malin na talerzu, ziemi, grzybów, deszczu – i znów bardzo chciałem pójść i być tam, ale jednocześnie trochę bałem się, że będąc taki mały, jak tam pójdę, to w ogóle zniknę i nigdy mnie już nie będzie, co mi jednak także nie odpowiadało. Więc tylko patrzyłem w tamtą stronę albo, na odmianę, pochylałem się nad ziemią i z bliska przypatrywałem się kamieniom, roślinom, owadom. Pewnego dnia, gdy tak siedziałem pod dębem, a pan Dobrucki kończył palić papierosa i za chwilę miał odejść i zniknąć w trawach – przeżyłem nagle rzecz straszną. Było cicho i spokojnie, niebo było czyste, bez jednej chmurki, a powietrze tak przeźroczyste, że zdawało mi się, iż widzę jeszcze dalej i wyraźniej niż zwykle – właśnie teraz zdarzyło się coś okropnego i niezrozumiałego. Ale zacznijmy od początku. Najpierw zobaczyłem, że drogą koło nas idzie chłop, prowadząc na sznurze krowę. Krowa nie chciała iść, zapierała się, zatrzymywała, rozglądała, szarpała się i rzucała łbem. Z tyłu za krową szła baba i poganiała krowę długim, cienkim patykiem. Przeszli koło nas, skręcili i zaczęli schodzić w dół, na łąkę, w stronę krów, które spokojnie się pasły. Ale ta krowa, którą prowadzili chłop i baba, była wcale do tamtych niepodobna; była znacznie większa, miała duży łeb, wielki brzuch i ogromne wymiona, a co najważniejsze nie była czerwono-biała jak tamte – tylko czarno-biała. Ale to jeszcze nic. Więc oni tak szli przez łąkę i minęli tamte krowy, które wszystkie podniosły głowy i patrzyły

32


na nową krowę, czarno-białą. Chłop z babą zatrzymali się, baba wzięła do ręki sznur, na którym uwiązana była za rogi krowa, a chłop zaczął wbijać w ziemię pal, bijąc w niego z góry wielkim drewnianym młotem. I teraz dopiero zaczęły się dziać rzeczy dziwne i straszne. Chociaż było dosyć daleko, widziałem wszystko bardzo wyraźnie. Widziałem, jak młot podnosił się i uderzał w rozszerzony u góry i postrzępiony pal. Wszystko dokoła było takie jak zawsze, ale zaczynało się dziać coś bardzo złego: widziałem, jak młot uderza w pal, dotyka go – ale uderzenie słyszałem znacznie później, jakby to nie chłop walił młotem w pal, tylko ktoś obok, ale niewidoczny. Duch?! Rozejrzałem się dookoła, popatrzyłem nawet na babkę. Pan Dobrucki nie odchodził jeszcze, rozmawiał z moją babką, mówił, że dzisiaj jest niedobry dzień na ryby, bo idzie na zmianę, potem rozmawiali o księdzu, u którego pan Dobrucki mieszkał. Rozmawiali spokojnie, niczego nie widzieli. A tam, na łące, działo się coraz gorzej: teraz było słychać najpierw uderzenie, a potem dopiero chłop bił młotem w pal! Coś się strasznego stało, coś się zepsuło, rozpadło, rozsypało – w mojej głowie, uszach, oczach? Czy w ogóle na świecie? Zebrało mi się na płacz, wyjąkałem:  – Co oni robią? Babka spojrzała na mnie i spytała:  – Kto? Gdzie? Teraz byłem już pewien, że to nie moje oczy i uszy się zepsuły, tylko na świecie – w powietrzu i na ziemi – dzieje

33


się coś niedobrego. Słup prawie do połowy zagłębiony był już w ziemi, a chłop bił w niego ciągle wielkim młotem z waty. I znów chwilę później słychać było – nie wiadomo skąd – uderzenie. Pokazałem palcem i powiedziałem głośno:  – Ten człowiek bije młotem, ale nie słychać, kiedy uderza!  – Jak to nie słychać, co tobie się stało? – babka patrzyła na mnie z niepokojem. Patrzył na mnie także pan Dobrucki.  – Słychać, ale to nie on uderza, tylko kto inny! – krzyknąłem z rozpaczą. Pan Dobrucki popatrzył na chłopa wbijającego pal, potem roześmiał się i powiedział:  – Dźwięk się spóźnia. Rzeczywiście, to śmieszne. Świat jest niedoskonały…  – Tak, tak – przypomniała sobie babka – na przykład, jak młócą cepami albo jak lokomotywa gwiżdże…  – Właśnie. No, na mnie czas. Ale ryb proszę się dzisiaj nie spodziewać. Całuję rączki pani dobrodziejce, do widzenia, mały Archimedesie czy raczej Pitagorasie!  – Do widzenia, niech pan zajrzy do nas, nawet bez ryb.  – Do widzenia – powiedziałem. Pan Dobrucki wziął swoje białe wędziska, zeszedł ostrożnie stromą drogą w dół, zaczął się oddalać i robić coraz mniejszy. Było znów spokojnie i cicho. Chłop przestał uderzać młotem w pal, przywiązał do niego krowę, potem oboje z babą chwilę stali i patrzyli na krowę. Ale

34


krowa czarno-biała nie chciała się paść, tylko patrzyła na tamte, które chodziły swobodnie po łące i były daleko od niej. Babka powiedziała, że nie ma co tu dłużej sterczeć, więc wróciliśmy do domu. Nie protestowałem, szedłem grzecznie, ale nie odzywałem się do babki, tak że babka się nawet zaniepokoiła, położyła rękę na moim czole i spytała, dlaczego jestem taki nieswój, czy nie jestem chory? A ja nie byłem wcale nieswój ani chory, tylko smutny i zamyślony. Na drugi dzień był deszcz i potem jeszcze padało kilka dni, więc nie odprowadzaliśmy pana Dobruckiego na ryby, a jak się zrobiła znów pogoda, to pan Dobrucki przyszedł do nas bez wędzisk i powiedział, że od rana słychać artylerię. Ja wtedy spytałem, czy także widać tę artylerię, ale babka dosyć ponuro się roześmiała i powiedziała, że tego jeszcze brakuje, żeby było widać. Jakby było widać artylerię, to byłoby już za późno. Na drugi dzień rano, nie wiem, w jaki sposób, znalazłem się na wozie z matką, babką i panem Dobruckim, naszymi walizkami i białym plecionym koszykiem pana Dobruckiego, ale bez jego wędzisk. Widocznie zostały nad rzeką. Jechaliśmy podobno do cioci Kazi, na zachód. Najpierw przyjechaliśmy na stację, na której stał już bardzo długi pociąg, a dookoła pociągu był wielki tłum ludzi. Moja babka i matka jakoś wsiadły, mnie podano przez okno, a potem pan Dobrucki podawał też przez okno nasze bagaże. Babce zrobiono miejsce siedzące, ja miałem siedzieć na jej kolanach, a matka miała stać koło nas, ale

35


ja wolałem wyglądać przez okno. Ludzie biegali dokoła pociągu, podskakiwali, zaglądali do okien wagonów, krzyczeli, wymachiwali rękami. Jeden Żyd w łachmanach przepasanych sznurkiem śmiał się, śpiewał i wykrzywiał twarz. Był bardzo brzydki, brudny, zarośnięty, przez dziury w łachmanach widać było gołe ciało. Z kącików jego ust ciekła ślina. Odwróciłem głowę i patrzyłem na czarną lokomotywę z wielkim kominem, z którego buchał dym. Pociąg był bardzo długi, a tor wygięty, więc widziałem lokomotywę bardzo wyraźnie. I nagle zobaczyłem, jak z dachu lokomotywy wytryska w górę ostry, biały strumień pary, odrywa się od czarnej lokomotywy – i dopiero potem usłyszałem głośny gwizd. Ludzie zaczęli jeszcze głośniej krzyczeć, babka złapała mnie z tyłu za szelki, żebym nie wypadł z okna, i też krzyczała, że pan Dobrucki się gdzieś zgubił, ale moja matka powiedziała, że udało mu się wsiąść i jest w korytarzu. Znowu rozległ się gwizd, a chwilę potem biały obłoczek wyskoczył z lokomotywy i uniósł się w górę, potem jeszcze raz i jeszcze raz.  – Trzymaj czapkę! – krzyknęła babka. Przytrzymałem ręką moją marynarską czapkę z fontaziem – i poczułem, że jedziemy. Ludzie stali, krzyczeli, machali rękami i chustkami. Brzydki, brudny Żyd płakał. Wszyscy ci ludzie na stacji, nie ruszając się z miejsca, odchodzili do tyłu. My jechaliśmy naprzód.  – W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – jedziemy – powiedziała moja babka. Wychyliłem się i zobaczyłem

36


jeszcze kilka białych obłoczków wyskakujących z lokomotywy, ale gwizdów już nie usłyszałem. Potem tor się wyprostował i nie było już widać lokomotywy. Usiadłem więc na kolanach babki, skąd miałem też niezły widok, i powiedziałem:  – Świat jest niedoskonały. Oczywiście chciałem raczej stwierdzić, że „świat jest” lub coś w tym rodzaju, a nie, że jest niedoskonały, ale pani, która siedziała naprzeciwko nas, usłyszała to, co powiedziałem, i wykrzyknęła:  – Jezus Maria, co to dziecko wygaduje!?  – Co powiedziałeś? – spytała moja babka.  – Nic.  – On pierwszy raz jedzie pociągiem – powiedziała moja babka do pani siedzącej naprzeciwko nas. Popatrzyłem na tę panią: miała różową twarz, niebieskie, zdziwione oczy, na głowie wielki słomkowy kapelusz z dwiema czerwonymi wiśniami, ale nie prawdziwymi, tylko zrobionymi z czegoś. Odwróciłem głowę i patrzyłem w otwarte okno. Siedziałem nieruchomo, a za oknem przesuwały się bez przerwy coraz to nowe widoki. Rozejrzałem się dokoła siebie: wszyscy, tak jak ja, siedzieli albo stali nieruchomo, tylko jakiś pan w korytarzu chciał przejść na drugi koniec wagonu i bardzo powoli przepychał się między ludźmi. Patrzyłem znów w okno: domy, pola, łąki, lasy – przesuwały się do tyłu, wracały tam, skąd my wyjechaliśmy.


Dlaczego ojciec wącha miętę?

Przedwczoraj był zły wiatr, wczoraj był deszcz, dzisiaj jest mokro i nie będzie gdzie usiąść, i tak co dzień. Kiedyż więc nareszcie pójdziemy na ryby? Pewnego dnia ojciec powiedział, że pogoda jest dobra, ale nie pójdziemy przecież z gołymi rękami. Trzeba zrobić wędki, nazbierać robaków i nałowić karasi. Poszliśmy więc najpierw szukać końskiego włosia. Chodziliśmy po pastwiskach i rozglądaliśmy się za białym koniem, ale spotkaliśmy w ogóle tylko dwa konie, oba były kasztany i ogony miały czarne. Dopiero jak doszliśmy do drutów kolczastych, to ojciec znalazł na drutach dużo białego włosia. Zbieraliśmy obaj włosie, potem usiedliśmy w cieniu pod drzewem, odpoczywaliśmy, oglądaliśmy i układaliśmy naszą zdobycz. Śpiewały skowronki, po niebie płynęły białe chmury. Dwa spętane

38


konie pasły się na łące. Posuwały się powoli, skakały drobnymi kroczkami, czasem rozglądały się, potem pochylały znów głowy i pasły się dalej. Ojciec zapalił papierosa i położył się.  – Dobra pogoda na ryby – powiedział, patrząc w niebo.  – To chodźmy!  – Kiedy nie mamy jeszcze kijów, spławików, haczyków, robaków i karasi.  – To chodźmy szukać wszystkiego!  – Dzisiaj i tak nie znajdziemy wszystkiego – powiedział ojciec. Leżał z rękami pod głową, w ustach trzymał papierosa i patrzył na chmury. To opieszalstwo złościło mnie i smuciło. Powiedziałem z wyrzutem:  – Nigdy nie pójdziemy na ryby…  – Pójdziemy na pewno.  – Ja widzę już, że nie pójdziemy.  – Daję ci słowo honoru, że pójdziemy. Ojciec przewrócił się na bok, trzymał papierosa w palcach i patrzył na mnie. Miał dziwny wzrok, jakby mi chciał coś powiedzieć, ale nie umiał tego wymówić, albo jakbym ja nie mógł tego zrozumieć. Zacząłem wyrabiać jakieś głupie rzeczy, jak pies, kiedy się na niego patrzy, i zapomniałem o rybach. Goniłem za motylami i chciałem łapać jaskółki, które latały nisko nad łąką. Potem zaczęło się chmurzyć i poszliśmy do domu, bo ojciec powiedział, że będzie deszcz. Na drugi dzień padało i siedzieliśmy w domu. Mówiło się, że trzeba stąd wyjeżdżać, bo nie można siedzieć

39


rodzinie na karku i trudno jeść w kółko jedno i to samo: zacierkę na mleku. Zresztą pewnego dnia nie stanie i mąki na tę zacierkę. Powiedziałem, że możemy chodzić na ryby i będziemy mieli co jeść. Babka roześmiała się i powiedziała:  – Już wy nałapiecie, co drudzy zapomnieli…  – Dlaczego: co drudzy zapomnieli?  – Tak się mówi, to znaczy nic. Tego wieczora ojciec zabrał się nareszcie do robienia haczyków. Zrobił kilka małych i jeden wielki hak. Rozżarzał nad świecą igłę, wyginał z niej haczyk, potem jeszcze kilka razy wkładał do płomienia, poprawiał, klepał młotkiem, a na końcu rozpłaszczał grubszy koniec, żeby można było wiązać. Potem ojciec skręcał po trzy włosy i robił wędkę na mniejsze ryby; zrobił także wędkę na szczupaka. Stałem koło stołu i patrzyłem na ręce ojca. Matka z babką szeptały o tym, że stryjenka zamyka cukier i masło na klucz, że wczoraj znowu narzekała, że ja nie wycieram trzewików, jak przychodzę ze dworu, że cały korytarz zaniesiony jest błotem, że widocznie chowałem się w stajni. Powiedziała także, że ja powyrywałem dopiero co wzeszłe ogórki.  – Ja powyrywałem ogórki? To kury wygrzebały ogórki! – krzyknąłem wzburzony.  – Cicho…  – Po prostu mają nas dosyć. Trzeba się będzie przenieść do cioci Kazi – powiedziała babka.

40


– Cudzy chleb jest gorzki – powiedziała matka.  – Pojedziemy na zachód – powiedział ojciec.  – Gdzie na zachód? Ja nie chcę na zachód! – Przypomniały mi się straszne zachody słońc. Człowiek, którego dobrze nie znałem, a którego kazano mi nazywać ojcem, znowu chciał coś w naszym życiu zmieniać, zaczynał już kręcić i zwodzić. Zebrało mi się na płacz. Stanąłem koło okna i wpatrywałem się w ciemność. Widać było równą linię żywopłotu; pod tym żywopłotem była długa grządka z ogórkami, o które mnie niesłusznie posądzono. Kiedy zbliżyłem oczy do szyby, mogłem widzieć bielejące w ciemności jabłonie, które właśnie kwitły. Słyszałem dalekie szczekanie psów, jednostajny szum deszczu i od czasu do czasu kapanie wielkich kropli, które padały z dachu w łopiany rosnące pod oknami. *

Szliśmy obaj z ojcem drogą między pustymi pastwiskami. Droga była czarna jak z węgla. Świeciło słońce, ale czasem chowało się za chmury i wtedy robiło się chłodno. Po chwili słońce wyglądało znów i zaczynało nagle przypiekać w kark. Szliśmy na ryby. Ojciec niósł dwa wędziska, jedno cienkie, długie, drugie krótkie, grube – i bańkę od mleka z karasiami. Ja niosłem puszkę z robakami i drugie śniadanie w chlebaku. Chciało mi się bez przerwy gadać; ciągle o coś pytałem. Oglądaliśmy wielkiego

41


owada, który na cienkich nóżkach dźwigał ciężki, zrobiony z lśniącego metalu pancerz. Potem obserwowaliśmy ważki nadlatujące nie wiadomo skąd szybkim lotem i zawisające nieruchomo ponad naszymi głowami. Raz zobaczyłem taką ważkę z bliska: przysiadła na chwilę na słupie. Miała wielkie oczy, kruche, jakby zrobione z cienkiego szkła skrzydła i długi, chudy odwłok. Zatrzymywaliśmy się dwa razy, bo ojciec lubił palić papierosa, siedząc. Prowadziliśmy od czasu do czasu śmieszne rozmowy. Na przykład wtedy, kiedy ojciec przystanął, zerwał jakiś listek, roztarł go w palcach i potem, jakeśmy szli, co chwilę wąchał ten liść.  – Co to jest?  – Mięta.  – A dlaczego tatuś wącha miętę? Ojciec przystanął; jego oczy zaczęły schodzić z daleka i z wysoka coraz niżej i niżej – i wpatrzyły się w moje oczy. Ojciec uśmiechał się.  – Dlaczego tatuś się śmieje?  – Bo mi się przypomniało, że jak byłem mały i szedłem raz z ojcem, to znaczy z twoim dziadkiem, to ojciec też zrywał miętę i wąchał. Kiedy go spytałem, dlaczego to robi, powiedział, że jego ojciec, to znaczy twój pradziadek, tak samo lubił wąchać miętę. Powiedział jeszcze, że ciekaw jest, czy mój syn, to znaczy ty, zapyta się o to mnie…  – No i zapytałem się. To śmieszne, prawda?  – Dosyć śmieszne.

42


– I twój pradziadek, i prapradziadek, i praprapradziadek, i prapraprapra… też wąchali miętę? – śmiałem się.  – Możliwe.  – I mój syn, i wnuk, i prawnuk?  – Możliwe – powiedział ojciec, ale już nie uśmiechał się. Myślał pewnie o czym innym. Tymczasem mnie było dalej wesoło. Wygłupiałem się, potem zrywałem liście mięty, rozcierałem je w palcach i wąchałem. Miały dosyć przyjemny zapach. Na skórze zostawał zielony sok, który długo jeszcze pachniał. Ale wkrótce zapomniałem o tym, bo zbliżaliśmy się do rzeki. Wyszliśmy na szerokie łąki. Była tu wyższa i zieleńsza trawa niż na pastwiskach. Gdzieniegdzie rosły krzaki, dalej drzewa. Kiedy zbliżyliśmy się do wysokich drzew, zobaczyłem rzekę. Płynęła bardzo powoli, robiła gęste zakręty. W niektórych miejscach woda stała zupełnie nieruchomo. Szliśmy jeszcze chwilę wzdłuż rzeki. W pewnej chwili ojciec powiedział:  – Spróbujemy tu.  – Tutaj są ryby?  – Powinny być. Ale to nigdy nie wiadomo. Dwie kaczki poderwały się z tego brzegu, przeleciały z szumem na drugi, siadły na wodzie i schowały się w szuwarach. Było bardzo ładnie. Woda była niebieska, gładka, spokojna. Na powierzchni unosiły się wielkie jak talerze, zielone, lśniące, grube, jakby zrobione ze skóry liście. Między liśćmi kwitły duże, białe kwiaty. Koło jednego kwiatu, na liściu, siedziała żaba. Bliżej środka

43


woda była pusta, odbijały się w niej białe chmury. Drugi brzeg zarośnięty był gęsto szuwarami. Za szuwarami, na wysokim brzegu, nad gliniastym urwiskiem, rosły stare drzewa. Ich pnie były popękane od piorunów; na niektórych gałęziach nie było liści; na tle nieba widać je było wyraźnie. Ojciec zdjął marynarkę, usiadł na trawie, zapalił papierosa i patrzył na wodę.  – Dlaczego nie łowimy ryb? – spytałem.  – Trzydzieści lat nie łowiłem ryb – powiedział ojciec po chwili.  – Tatuś ma już trzydzieści lat?  – Mam grubo więcej. Koło nas stanął nagle obcy człowiek, jakby wyrósł spod ziemi. Był boso, miał brudne, pokryte strupami nogi. W ręku trzymał patyk. Stał i patrzył na nas. Ojciec zapytał go:  – Obywatelu, są tu szczupaki?  – Pewnie są, ja nie wiem, ja nie ł o w l u. Człowiek patrzył na stare wojskowe spodnie mojego ojca i na pas z mosiężną klamrą.  – A jaka inna ryba tu jest? – spytał ojciec po ukraińsku.  – Ja nie wiem – odpowiedział człowiek, odwrócił się i zaczął nagle strasznie krzyczeć: – Gdzie?! Gdzie?! No gdzie?! – i pobiegł, wymachując kijem.  – Dlaczego on tak krzyczy? – spytałem.  – Na krowy – odpowiedział ojciec. Byliśmy znów sami; było cicho. Człowiek stał teraz daleko od nas i patrzył w inną stronę. Potem oddalił się

44


jeszcze bardziej i ledwo go było widać. Ojciec przestał palić papierosa, objął rękami kolana i patrzył na wodę.  – Dlaczego nie łowimy ryb?  – Zaraz…  – Przecież tatuś skończył palić papierosa – nalegałem.  – Zaraz będziemy łowić. Przyszliśmy na ryby, a zamiast łowić – siedzimy i patrzymy. Było to głupie, niezrozumiałe. Upłynęło już tyle czasu, a jeszcze nic nie złowiliśmy. Nareszcie ojciec zaczął powoli rozwijać wędkę. Przyczepił do dużego zawieszonego na drucie haczyka karasia i zarzucił wędkę daleko na wodę, aż poza liście. Na powierzchni wody zrobiły się koła i rozchodziły się daleko, ale po chwili woda uspokoiła się i wygładziła, tylko na powierzchni unosił się duży korek i pięć małych koreczków. Spławik wędrował powoli, ciągnąc za sobą małe koreczki; wyglądało to śmiesznie, jakby za starą kaczką płynęły w szeregu małe kaczęta. Ojciec wbił krótkie wędzisko w ziemię, ułożył na trawie kilka zwojów sznurka i zabrał się do drugiej wędki. Nałożył na haczyk robaka i zarzucił do wody. Cienki biały spławik z gęsiego pióra stanął pionowo tuż koło liścia i nie ruszał się. Siedzieliśmy długo w milczeniu; zaczęły kumkać żaby, z szuwarów wypłynęły kaczki. Nic się nie działo. Powiedziałem:  – Nie ma ryb.  – Są, tylko nie chcą jeść tego, cośmy im dali. Za to ty zjesz teraz drugie śniadanie, prawda?

45


Wyjąłem dwie kromki chleba przełożone białym serem, ale ojciec powiedział, że nie ma apetytu i woli zapalić papierosa. Kucnąłem nad wodą, jadłem chleb i patrzyłem na rośliny wodne rosnące przy brzegu. Miały drobne jasnozielone listki w kształcie gwiazdek. Były też inne, długie i cienkie jak włosy. Woda była czysta, widziałem wszystko bardzo wyraźnie i dokładnie, widziałem nawet małe, przeźroczyste, skaczące jak pchły żyjątka. Po jednej roślinie łaził brzydki i niezgrabny owad. Ale ryb nie było, nawet najmniejszych. Kiedy tak patrzyłem w wodę, usłyszałem koło siebie w trawie cichy szelest. Obejrzałem się i zobaczyłem, że sznurek od wędki, który leżał w trawie – rozwija się, prostuje i pełznie sam do wody. Przestraszyłem się, chleb stanął mi w gardle, nie mogłem go połknąć. Podniosłem głowę i popatrzyłem na ojca: miał czerwoną twarz, jego policzki śmiały się. Powiedział cicho, wesoło:  – Zobacz, gdzie jest nasz duży spławik… Spławika nie było, nie było też małych koreczków. W tym miejscu, gdzie przedtem pływał korek, była teraz pusta, gładka woda, w wodzie odbijały się chmury. Było zupełnie spokojnie – tylko kaczki odpływały prędko w stronę szuwarów. Popatrzyłem znowu na sznurek. Leżał chwilę spokojnie – ale nagle ruszył się znów i jeszcze prędzej zaczął uciekać do wody. Podniósł się z ziemi, zawisnął w powietrzu, napiął się i szarpnął wędziskiem. Zobaczyłem, jak ojciec chwyta wędzisko i szamoce się z czymś, co było gdzieś na końcu sznura, daleko, na dnie

46


głębokiej wody. Ojciec rzucił kij, porwał sznur i ciągnął go do siebie. Nie pojmowałem, co się dzieje – aż nagle, koło samego brzegu, pokazała się wielka ryba. Przewracała się i rozbryzgiwała dokoła wodę. Stałem, podskakiwałem w górę i krzyczałem:  – Oho ho ho, ho ho ho, oho ho!… Ojciec pochylił się, złapał rybę pod skrzela i wyrzucił na brzeg. Leżała wielka, taka prawie wielka jak ja, oddychała i patrzyła groźnie wielkim okiem na mnie. Otwierała pysk, pokazując spiczaste zęby. Odskoczyłem w tył, ale krzyczałem jeszcze głośniej:  – Oho ho, ho ho!  – Cicho! Oszalałeś? – powiedział ojciec. Wziął rybę na ręce, zaniósł ją dalej od brzegu i położył ostrożnie na trawie. Powiedział: – Ładny szczupak! – Przyglądał mu się chwilę, potem klęknął, włożył szczupakowi kij między zęby i wydobył z jego paszczy haczyk. Wytarł ręce o trawę, usiadł i zapalił papierosa. Trzęsły mu się trochę ręce. Przestałem krzyczeć; patrzyliśmy obaj na szczupaka. Był piękny i straszny. Miał na sobie skośne pasy. Prężył się, podnosił ogon i otwierał wielką, pełną zębów paszczę. Kiedy otwierał paszczę, widać było czerwone skrzela i białe gardło. Ojciec podniósł głowę, popatrzył na mnie i powiedział:  – Oj, coś mi się zdaje, że chcesz siusiu…  – Niekoniecznie…  – No, no – lepiej zrób zawczasu. Szczupak już nie ucieknie. Ja go przypilnuję, potem ja też pójdę, a ty będziesz pilnował.

47


Szczupak kłapnął zębami i przewrócił się leniwie z boku na bok.  – No, idź już, trzymam szczupaka! – powiedział ojciec i położył wielką opaloną rękę na ciele szczupaka.  – Tylko trzymaj mocno! – krzyknąłem i pobiegłem prędko pod drzewo. Ojciec miał rację; była już ostatnia chwila.


Spis treści

Agnieszka Dauksza, Flaming opuścił stado. Filipowicz bioeko. . . .

5

Światło i dźwięk, czyli o niedoskonałości świata . . . . . . . . 29 Dlaczego ojciec wącha miętę? . . . . . . . . . . . . . . . . . . 38 Biały ptak. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 49 Formikarium. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 67 Kulifant. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 88 Zaćmienie słońca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 102 Trzej panowie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 110 Pies wdowy Wurm . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 116 Szczur. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 129 Temat prawie bez komplikacji. . . . . . . . . . . . . . . . . . 140 Krajobraz doskonały . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 156 Z notatnika snów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 164 Chwila, w której wszystkie języki świata… . . . . . . . . . . . 171 Kali . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 190 Kot w mokrej trawie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 201 Zabić jelenia! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 216 Gruzy i piękne wspomnienia. . . . . . . . . . . . . . . . . . . 226 Wielki łosoś. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 235 Radość w próżni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 256 Gałąź. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 264 Scena końcowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 276 Adam Wajrak, Radość z bycia w przyrodzie. . . . . . . . . . . 291 Nota wydawcy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 301


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Formikarium, czyli w moim świecie mrówek. Opowiadania by SIW Znak - Issuu