O. MAREK DONAJ OSA
UTRACENI Zapiski kapelana szpitalnego
WYDAWNICTWO ZNAK KRAKÓW 2021
Projekt okładki Olgierd Chmielewski Fotografia na okładce O. Marek Donaj w szpitalu przy ul. Skawińskiej. Fot. Światosław Lenartowicz Zdjęcia wykonane dzięki uprzejmości Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum Opieka redakcyjna Ewelina Kaczmarczyk Fotoedycja Marcin Kapica adiustacja Katarzyna Węglarczyk Korekta Barbara Gąsiorowska Łamanie Piotr Poniedziałek Copyright © by Marek Donaj © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z.o.o., 2021 ISBN 978-83-240-4425-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2021. Printed in EU
Wprowadzenie
Niniejsza książka jest zbiorem historii, które żyją w pamięci ojca Marka Donaja OSA – kapelana szpi talnego, posługującego przez dwadzieścia pięć lat w II Katedrze Chorób Wewnętrznych im. prof. An drzeja Szczeklika Collegium Medicum Uniwer sytetu Jagiellońskiego przy ulicy Skawińskiej 8 w Krakowie. Znanego wielu krakowskiego kapelana i proboszcza parafii św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie oraz człowieka o wielkim sercu, co za obserwować mogą wrażliwi czytelnicy tej książki. W niektórych momentach lektura Utraconych może wzbudzać przygnębienie. Nic dziwnego. Prze cież jest to książka pisana przez życie. Zachęcam jednak, by przyjrzeć się jej nieco wnikliwiej, ponie waż zawiera w sobie wiele radosnych promyków. Koniecznie powinniśmy zdawać sobie sprawę również z tego, że wydarzenia wspomniane w książ ce nie wyczerpują tematu, lecz obejmują zaledwie
5
znikomą, choć niezmiernie ważną część posługi oj ca Marka w szpitalu przy ulicy Skawińskiej. Waż ną nie tylko dla niego, ale również dla czytelników. Towarzyszenie ojcu w procesie powstawania tej książki, trwające zaledwie kilka miesięcy, było dla mnie podróżą do świata, obok którego tak często przechodziłam obojętnie, przemierzając ulice Ka zimierza. Autor otworzył mi oczy na przestrzeń niezmiernie istotną, w której prędzej czy później i ja spędzę część swojego życia. Dzięki temu zro zumiałam, że człowieczeństwo nie podlega śmierci, choćby wszystko inne umarło. W tych szpitalnych spotkaniach nie było pierwszego, drugiego i ostat niego miejsca. Jezus jest obecny w każdym człowie ku. Każde spotkanie było inne, każde uchodziło za najważniejsze. Niektóre rozciągnęły się na kilka lat, inne trwały ulotną chwilę. Nieważne, czy pacjen tem był znamienity pisarz, czy zwykły sklepikarz. To doświadczenie pomogło mi odkryć, czym jest agape w praktyce. Dominującymi tematami opisanych tu historii – choć nienazwanymi wprost – są miłość i tęsknota. Często zaskakiwało mnie to, że ojciec Marek nie mu siał się długo zastanawiać nad przytoczeniem tej czy innej szpitalnej opowieści. Odnosiłam wówczas wra żenie, że otwieram tylko kolejną szufladę z ukrywającą się w niej tajemniczą wartością, dla której właśnie nadszedł czas, by „postawić ją na świeczniku”.
6
Kształt książki i różnorodność przedstawionych w niej treści pokazują, że historia wcale się nie skoń czyła. Bo jak można zamknąć dwadzieścia pięć lat na kilkudziesięciu stronach? Jak można w jednym tomie oddać odczucia, emocje, sytuacje, spotkania, rozmowy, całe życie? Angelika Kolassa
Historia pewnego zeszytu
Mówi się, że mężczyźni nie płaczą, a kapłani szybko oswajają się z cierpieniem i śmiercią. Czy to prawda? Być może w wielu przypadkach tak, ale moje do świadczenia są zgoła odmienne. Dwadzieścia pięć lat posługi w szpitalu obaliło ten mit. Jestem męż czyzną i kapłanem, który nie oswaja się z cierpie niem, lecz pamięta. Choć widywałem je codziennie, nie potrafiłem się do niego przyzwyczaić. Od po czątku swojego kapłaństwa odkrywałem, że cier pienie ma imię. Bardzo konkretne. Pierwszy raz sakramentu namaszczenia cho rych udzieliłem 9 stycznia 1995 roku w szpitalu przy ulicy Skawińskiej na oddziale intensywnej terapii. Nie wiedziałem wówczas, że to miejsce było już wcześniej zaplanowane i pomyślane przez człowieka o wielkim sercu dla chorych – profesora Andrzeja Szczeklika – jako „ziemia obiecana”. W ten nieod gadniony sposób stałem się częścią rzeczywistości,
9
która stanowiła realizację jego marzeń. Właśnie tam – zaledwie dziewięć miesięcy po otrzymaniu święceń kapłańskich i niesamowitej władzy od puszczania grzechów – wypowiedziałem pierw sze imię człowieka chorego. Edward. Bez zbędnych wstępów… Potem były następne spotkania; imiona, które wypowiadałem. Co za tym się kryje? Imię ma niezwykłe znaczenie. Wyraża osobowość, charakter, przeszłość i przyszłość. Oznacza, że ten, kto je nosi, istnieje. Władysław. Katarzyna. Kazimierz. Ewa. Te resa. Leokadia. Wanda. Stefania. Anna. Józef. Jan. Bronisław. Romana. Krystyna. Marek. Tadeusz. Sta nisław. Olga. Marian. Elżbieta. Halina. Andrzej. Zo fia. Tadeusz. Władysław. Iwona. Kazimierz. Felicja. Anna. Krzysztof. Jerzy. Elżbieta. Irena. Grzegorz. Ta deusz. Józef. Marcin. Ewelina. To zaledwie niektóre z nich. Dziewiętnaście imion zapisanych na jednej stronie. Trzydzieści osiem na jednej kartce. A takich kartek jest sześćdziesiąt pięć. Łącznie dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt osób. Prawie co trzeci dzień kalendarzowy wpisywałem nowe imię. Sto trzydzieści imion rocznie przez dzie więtnaście lat. A do dwudziestu pięciu brakuje jesz cze sześciu nieudokumentowanych lat. Oni są we mnie. Każdego dnia ożywiani we wspomnieniach. Nie chodzi tylko o to, żebym za świadczył o ich cierpieniu – chodzi o pamięć o kon kretnych osobach, którą jestem im winien. O czym
10
będzie ta książka? O utracie, która nie może prze rodzić się w oddanie. O pamięci, której wymazać nie sposób. O osobach, które oddychały, choć już z ogromnym trudem. O miłości, która dojrzewała w bólu. O pragnieniach, które wydawać się mogły niemożliwe do spełnienia… To historia o spotkaniu człowieka z człowiekiem w okolicznościach zapewne niewymarzonych, a jed nak w jakiś sposób wyjątkowych.
Niekończąca się opowieść
Mówiłem o tym już tyle razy, że ktoś mógłby po wiedzieć: „wystarczy”. Ludzie często pytali, prosili o wywiady, a nawet pisali artykuły. Gdzieś wewnątrz wciąż czuję jednak potrzebę, by na nowo opowiadać te historie. To dziwne uczucie, bo przecież rozum podpowiada, że już nic nowego nie da się dodać. Po co więc wracać do historii raz opowiedzianej? Być może po to, żeby spojrzeć na dane wydarzenie w inny niż dotychczas sposób. Za każdym razem odczuwam i przeżywam je zupełnie inaczej. Każde kolejne wspo mnienie pozwala mi patrzeć głębiej. I choć wydaje się, że takie czy inne spotkanie jest tylko chwilą, która nim się skończy, już należy do przeszłości, to moc opowiedzianych przeze mnie wydarzeń zawiera się w tym, że kiedy zostają opowiedziane, niejako oswo jone, stają się moje i pozostają w sercu na stałe. Spotkane przeze mnie osoby są jakby osobną księgą. Każda historia jest inna, każda cenna. Mogę
12
do nich wracać, nawet jeśli nie stały się jednym z rozdziałów książki. Piękne jest to, że mam te opo wieści w głowie, więc nikt mi ich nie odbierze. Nie muszę się obawiać, że będą leżały zakurzone na półce pośród sterty nieużywanych książek. Im więcej czasu upływa od szpitalnych wydarzeń, tym bardziej stają się one dla mnie jasną wskazówką, kim byłem i kim jestem. Każda chwila spędzona za drzwiami przy ulicy Skawińskiej była dla mnie jak nierozpakowany prezent. Coraz lepiej rozumiem, że podczas tych wszystkich momentów coś otrzy mywałem. Nie chcę idealizować, takie myślenie nie towarzyszyło mi od zawsze. Kiedyś doświadczenia związane z moją posługą w szpitalu nie miały dla mnie aż tak szczególnego znaczenia; daleki byłem od mistycznych uniesień czy dopatrywania się wy jątkowości tych chwil. Teraz natomiast widzę to tak, jakby Ktoś to wszystko – ten mój udział w ży ciu spotkanych tam osób – zaplanował. Okazuje się, że tak miało być. Ludzie często mówią, że gdyby mogli cofnąć się do wydarzeń minionych, coś by zmienili. Gdy bym ja mógł wrócić, nie zmieniłbym niczego. Jest to wyraz mojego głębokiego przekonania, że byłem wtedy prawdziwy, byłem po prostu sobą. Gdybym chciał cofnąć czas, zaprzeczyłbym sam sobie. Pró bowałbym wykreować świat fikcyjny, rzeczywistość niemożliwą do zaistnienia, bo sprzeczną z moją
13
prawdziwą naturą. A przecież nie chodzi o to, by tworzyć jakiekolwiek mistyfikacje. Można powiedzieć, że na początku mojej po sługi kapelańskiej byłem człowiekiem ideałów. Był moment, kiedy miałem swój plan. Pamiętam, że wy wiesiłem ogłoszenie z informacjami o mszy świętej, spowiedzi etc. Potem trochę się zmieniłem, już tak często nie chodziłem do szpitala. Jego pracownicy zdjęli to ogłoszenie i schowali jako pamiątkę mojej gorliwości. Idealizm przejawiał się również w moich prag nieniach. Wielokrotnie oczekiwałem, że dana osoba wyjdzie szybko ze szpitala albo poczuje się lepiej. Kiedyś poszedłem do pewnej pacjentki i zastałem puste łóżko. Stał tylko kubek z gorącą jeszcze her batą. Poszukałem pielęgniarek i zapytałem, gdzie jest ta kobieta. Usłyszałem, że przed chwilą zmarła. Stało się to dla mnie lekcją; z ideałów zrodziło się memento. Perspektywa czasu sprawia, że widzę wyraźniej znaczenie tamtego wydarzenia. Czasami martwię się, że było takie oczywiste, a ja go nie dostrzegałem. Spotkanie z pacjentami nie było dla mnie jako początkującego księdza zbyt łatwe, ale z czasem od nalazłem w tym szpitalu siebie. Drogą do tego stał się drugi człowiek. Widziałem ludzi, którzy zna leźli się w obcym miejscu, w nowej rzeczywistości – najczęściej nie ze swojej winy – i nagle musieli się
14
w niej odnaleźć. Szpital stał się miejscem ściągania masek; zarówno dla nich, jak i dla mnie. Tam widać człowieka takiego, jaki jest naprawdę. Z problemami, obawami, mnóstwem pytań. Człowiek w sytuacji choroby chce wiedzieć, dlaczego cierpi. Odpowiedź na to pytanie nie wznosi nas na szczyt misterium ofiary. Człowiek cierpi, bo taka jest biologia. Oczy wiście teologicznie można uzasadniać, że obecność cierpienia na świecie jest konsekwencją grzechu, i często tłumaczy się to również w ten sposób. Do brze, ale w momencie kiedy mnie to dotyka, nie wi dzę zbyt wielu przyczyn, dla których miałbym teraz odczuwać ból. A może, tak jak mówił profesor An drzej Szczeklik, cierpienie ma być w pewnym sen sie oczyszczeniem (katharsis)? Cierpiąc, patrzymy na pewne rzeczy inaczej, zostawiamy to, co mniej ważne, i skupiamy się na sprawach najistotniejszych. Chcąc ochronić pacjenta przed pochopną diag nozą, można wybrać dwa podejścia. Pierwsze z nich podpowiada, żeby powiedzieć całą prawdę o cho robie i jej konsekwencjach. Drugie natomiast po zostawia margines, by nie od razu mówić wszystko, ponieważ wciąż pozostaje nadzieja na poprawę stanu zdrowia. Wydaje mi się, że lekarze, duchowni, którzy ciągle są z chorymi, powinni mówić im to, co jest zgodne z ich sumieniem, przekonaniami i wie dzą. Tylko takie podejście jest w stosunku do pa cjenta uczciwe.
Wybrane i przeznaczone
Każdy ksiądz ma jakąś posługę. Bywają proboszczo wie, duszpasterze, misjonarze i… kapelani. Ta ostat nia funkcja podczas rozmów bywa raczej pomijana, niestety także wśród duchowieństwa. Wielu uważa, że szpital to placówka w sam raz dla księdza, który jest już emerytem albo ma jakiś problem. Innymi słowy, jest to „ostatnia posługa księdza”, która nie wymaga już niczego oprócz dyspozycyjności. Mło dzi nie garną się do szpitali. Gdy pytamy kleryków w seminarium, kto chciałby tam pracować, najczęś ciej zapada głucha cisza. Ja nigdy nie byłem nastawiony do tej posługi aż tak nieprzychylnie. Może nie traktowałem jej w ka tegorii wybrania, misji czy choćby szczególnego powołania, ale wewnętrznie czułem, że jest ważna. Choć może nie byłem tego nawet do końca świa dom. Coś mnie popychało, bym stawał się tym, kim powinienem być. Wydaje mi się, że jeżeli już ktoś
16
został dopuszczony do jakiejś posługi, to powinien być człowiekiem współodczuwającym, umiejącym się postawić w sytuacji tego, komu służy – oczywi ście abstrahując od cierpienia, bo nie da się nikogo zastąpić w cierpieniu. Nigdy nie miałem poczucia przynależności do szpitala jako miejsca. Gdyby tak było, wówczas oznaczałoby to, że ono mnie zawłaszczyło. Nie mog łem pozwolić, żeby to, co robię codziennie, mną zawładnęło. Sens życia przecież jest gdzie indziej. W tym jednym byłem bardzo podobny do pacjentów. Podobnie jak oni musiałem walczyć, by nie dać się pochłonąć. Oni – chorobie, u mnie zaś było to zma ganie, by nie zrobić ze szpitala ani zakładu pracy, ani też domu. Bo to nie jest dom, choć czasami może przejawiać takie cechy. Nie jest to również typowe miejsce pracy; biurokratyzm w nim szkodzi – nam oraz tym, do których jesteśmy posłani. Ta rzeczy wistość jest tylko na chwilę, nie może być bez prze rwy. Trzeba mieć do niej dystans, wtedy jest się bardziej pożytecznym. Szpital nie jest celem. Po byt w nim powinien być chwilą, oby jak najmniej trudną. I czasami tak bywało. Z początków mojej posługi zostało mi wspomnienie wspólnych wi gilii – momentów naprawdę radosnych. Pamiętam taką wigilię z księdzem Józefem Tischnerem. Pra wie nikogo nie było. Podzieliliśmy się opłatkiem, złożyliśmy życzenia, a potem opowiadaliśmy sobie
17
kawały z pielęgniarkami. I to była ważna chwila, nie ze względu na słynne nazwisko tego, komu towarzy szyłem. Ludzie znani są dla nas pewnym odnośni kiem, ale jako pacjenci są przecież tacy jak wszyscy. Dla mnie każdy stawał się bliski. Na każdego, kto dał się poznać, miałem jakiś pomysł. Czasami na jakichś spotkaniach ludzie pytali mnie, czym się zajmuję. Z dumą – z której nawet nie zdawałem sobie sprawy – odpowiadałem, że jestem kapelanem. Podczas świątecznych kolacji wręcz ob sesyjnie opowiadałem o tym, co robię. Odczuwałem naprawdę silną potrzebę, by o tym mówić. Może niektórzy patrzyli na mnie jak na wariata, ale co cie kawe, nikt mi nie przerywał. A ja zwyczajnie mówi łem o tym, co było dla mnie najważniejsze. Spośród wszystkich tekstów ewangelicznych najbardziej tra fiały do mnie te, które mówiły o posłudze wśród chorych. W moim odczuciu zajęcia w szpitalu były najbliższe temu, co robił Pan Jezus. Chyba za mało mówi się o tym, że ta praca jest jedną z podstawo wych ewangelicznych form. Równocześnie przez cały ten czas poznawałem, ile sam jako ksiądz mogę na takiej posłudze zyskać. W szpitalu kontakt z ludźmi jest do bólu prawdziwy. Nawet najpiękniejsze kazanie nie trafi do odbiorcy, jeśli nie będzie poparte konkretnym doświadcze niem. Do szpitala trzeba wchodzić z wielką dozą pokory: idę tu po naukę. Bo skąd ja mam wiedzieć,
18
czym jest cierpienie? Zapewne przyjdzie czas, kiedy doświadczę go w życiu bezpośrednio. Jednak nim to nastąpi, mogę się go uczyć poprzez towarzyszenie tym, którzy cierpią. Te momenty są dla mnie dobrą lekcją, która w jakiś sposób mnie konstytuuje. Nie przeczę jednak, że i ja mogę ulec panice, gdy sam jako pacjent znajdę się w szpitalu. To, że ktoś jest lekarzem, nie oznacza, że lżej mu będzie umierać. Podobnie jest w przypadku kapłana. Ksiądz nie zo staje pozbawiony wszystkich trudów. Refleksja nad tym, co robisz, tak naprawdę przy chodzi później. Chodzi o to, żeby wykonywać swoje zadania normalnie, choć są czymś bardzo wyjąt kowym. Dla jednych może to być ciężar (czasami też tak to odczuwałem). Masz być dostępny o każ dej porze. Nieważne: deszcz czy słota, jesteś po trzebny – idziesz. Szedłem więc. I za każdym razem gdy wracałem, ogarniało mnie poczucie, że było to najpotrzebniejsze zajęcie spośród dotychczasowych. Nie myślałem wtedy o nikim innym, tylko o nich – spotkanych tam ludziach. Jakby pomału stawali się częścią mojego powołania; ja byłem dla nich, a oni byli dla mnie, bez rozróżniania, kto komu najwięcej dał. Dziś, kiedy o tym myślę, widzę, że zdarzały się momenty, kiedy czułem się wyróżniony, bo niewielu mogło czynić to co ja. Przypominam sobie spotka nie z profesorem Szczeklikiem przed szpitalem o go dzinie szóstej trzydzieści. Z jego ust padło pytanie:
19
„Kto zdąży wcześniej?”. Trochę tak jak pisała Hanna Krall o Marku Edelmanie – ja czasami też chciałem „zdążyć przed Panem Bogiem”. Należy zaznaczyć, że z biegiem lat postrzega nie funkcji kapelana uległo diametralnej zmianie. Zupełnie nieświadomie stałem się uczestnikiem tej transformacji. Gdy zaczynałem, księdza się tolero wało. Był też czas, kiedy raczej się go nie zauwa żało. Obecnie rola kapelana jest na stałe wpisana w funkcjonowanie szpitala; stał się jednym z człon ków personelu. Potrzeba, żeby nie tylko struktury się zmieniały. Potrzeba, żeby zmieniali się także kapelani. Myślę, że kierunek tej zmiany doskonale uchwycił profesor Szczeklik, kiedy powiedział, że należy dojść do ta kiego punktu, bym nie żył już tylko ja. Odchodząc od paternalizmu (postawy typu: ojciec wie, co jest najlepsze dla dzieci), należy się zwrócić w kierunku życzliwości. Trzeba odejść od takiego ego, które szuka gotowych rozwiązań. W szpitalu c złowiek dostaje szansę, by bardzo szybko zweryfikować, czy nie ma przypadkiem takich braków. I nie trzeba używać wielkiego słowa „miłość”. Wystarczy powie dzieć bardziej naukowo: liczy się symbioza, która została zapomniana, a jest bardzo ważna – ona po winna cechować więzi między chorym a lekarzem, kapelanem i każdą napotkaną tam osobą.
Spis treści
Wprowadzenie
•
5
Historia pewnego zeszytu • 9 Niekończąca się opowieść • 12 Wybrane i przeznaczone • 16 Sygnały • 21 Szpital • 24 Niech ksiądz się zatrzyma • 28 Lęk • 35 Każdy filozof ma swojego ucznia • 41 Pierwszy wstyd • 45 Znaczące pożegnanie • 48 Niemożliwe staje się możliwe • 50 Ostatni komunikat • 54 Raniące słowo • 59 Troskliwe serce • 62 Zaproszenie na spacer • 65 Niezrozumiałe, a jednak znaczące • 68
123
Odkrywanie tajemnicy • 72 Miejsce spełniania marzeń • 75 Biały fortepian • 79 Treść ponad formą • 81 Obcowanie z cierpieniem i śmiercią Srebrna taca czy gliniane naczynie? Ostatnia droga • 92 Szczęśliwy, bo usłyszał • 94 Ewangelizacyjna przestrzeń • 99 Lekarz czy kapłan? • 101 Upór • 104 Byłem pacjentem • 106 Pamięć serca • 109 Moje wyjaśnienie Źródła zdjęć Nota • 119
•
•
117
113
• •
84 89