


![]()






Projekt okładki i rysunki
Eliza Luty
Fotografie
Ewelina Lisiecka
Redaktorka nabywająca
Pola Biblis
Redaktorka prowadząca
Marta Brzezińska-Waleszczyk
Opieka redakcyjna
Anna Szulczyńska
Promocja
Kinga Wojnicka
Adiustacja
Aleksandra Kiełczykowska
Korekta
Anastazja Oleśkiewicz
Katarzyna Onderka
Łamanie
Dariusz Ziach
© Copyright 2026 by Leszek Talko
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-075-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU
Siedzieliśmy w mieszkaniu w Polsce, za oknami było szaro i zimno. Właśnie wróciłem ze spaceru z psami. Na skwerku znowu ktoś wysypał górę śmieci. Na ławce spało dwóch pijaków.
– A co byście powiedzieli na to, żeby zamieszkać w Toskanii? – zapytałem.
– Czy tam trzeba będzie chodzić do szkoły? – zainteresował się dziewięcioletni Bruno.
– Tak – powiedziała Ewelina.
– A to podziękuję – zmartwił się.
– Ale rok szkolny kończy się dwa tygodnie wcześniej niż w Polsce, a zaczyna dwa tygodnie później – dodałem.
– Mów dalej, to interesujące. – Spojrzał na nas zaciekawiony.
Dwa tygodnie później kupiłem bilety do Pizy. Trzy tygodnie później znaleźliśmy trzy domy, które nam się spodobały.
– To który? – zapytałem Ewelinę.
– Ale to przecież wariactwo – skrzywiła się.
– Wariactwo to siedzieć tutaj i czekać nie wiadomo na co.
Ile miałaś zleceń na fotografie?
– Żadnego – powiedziała.
– A ja nie miałem żadnego na pisanie. Co lubimy robić?
– Jeździć, zwiedzać dziwne miejsca, spotykać nowych ludzi, chodzić po górach, siedzieć nad morzem…
– Ilu nowych ludzi spotkaliśmy ostatnio? – zapytałem.
– Żadnego.
– A ile ciekawych miejsc jest w okolicy?
– Żadnego.
– A jak daleko w góry i nad morze?
– Pół dnia drogi.
– No to który dom w Toskanii? Z tych trzech najładniejszych?
– Pierwszy. A ty?
– Ja też pierwszy. No to kupię – powiedziałem.
– Ale tak po prostu?
– Tak. Przecież się w nim zakochaliśmy. Po prostu.

– Da Lio jest zaraz obok mojego domu – powiedziałem.
– Jedźcie. Pozdrówcie ciotkę. – Zamachał ręką.
Obiecaliśmy, że pozdrowimy, czego nie zrobiliśmy.
Gadaliśmy oczywiście o pizzy, nie o ciotce, i nawet nie wiedziałem, jak miała na nazwisko. Ale o knajpach w okolicy dowiedziałem się sporo.
Dojechaliśmy późną nocą do skrętu do naszego miasteczka.
Robaczki świętojańskie kłębiły się przed maską, a wąska, całkowicie ciemna droga pięła się pod górę.
– Tędy mamy wjechać? Zapakowanym po dach samochodem? No chyba żartujesz. – Wiktor, który wydawał się smacznie spać, teraz szeroko otworzył oczy.
– Tak. – Skinąłem głową. – Tam jest nasz dom.

O tym, jak przetransportować pralkę
W książkach o zmianach życiowych uwielbiałem rozdziały dotyczące przeprowadzek. Oprócz rozdziałów poświęconych remontom – były najśmieszniejsze. Ileż to rzeczy mogło się zepsuć, pójść nie tak albo po prostu w sposób niezaplanowany.
Nasz dom kupiliśmy gotowy do użytku. Wtedy tego nie wiedziałem, ale we Włoszech bardzo często kupuje się właśnie takie domy. Była kuchnia, w szafkach stały talerze, kieliszki i kubki, w szufladach były garnki i sztućce, w szafach i komodach – zapasowe komplety pościeli i narzut. Było tu wszystko, co niezbędne do życia, z wyjątkiem pralki i to właśnie pralkę postanowiliśmy kupić jako pierwszą rzecz do nowego-starego włoskiego domu.
Doskonale wiemy, jak się kupuje i instaluje pralkę w Polsce. Zamówiłem urządzenie w internecie, przyszło po dwóch dniach, podłączyłem je do ujęcia wody, włożyłem wtyczkę do prądu i tyle. Nie ma o czym opowiadać. We Włoszech… wszystko wygląda inaczej.
sobie sprawę, z czym się mierzę. Już po kilku metrach poczułem, że może być problem. Duży. I ciężki.
Owszem, wiedziałem, że pralka waży sześćdziesiąt kilogramów, sam wiele razy przesuwałem pralki w Polsce, pomagałem znajomym je przenosić – ale zawsze działo się to na płaskim terenie. Ot, przesunąć z łazienki do windy, a dalej już nie ma problemu. Te sześćdziesiąt kilogramów nie wydawało się również specjalnym wyczynem, kiedy na kółeczkach przesuwałem pralkę z łazienki do kuchni. Ale tam nie było drogi pod górę.
Tymczasem nasze miasteczko leży na wzgórzu i teraz właśnie zaczynałem rozumieć, jak czuł się Syzyf. On pchał kamień, a ja ciągnąłem pralkę, ale to chyba jemu było


Ewelina z naszą toskańską babcią.
Włosi, którzy szukają domów, najpierw pytają, jak daleko jest stamtąd do baru. Jeśli dowiadują się, że daleko lub, co gorsza, że baru nie ma – nie zadają już innych pytań. Po prostu nikt nie kupi domu w miejscu, gdzie nie ma baru.
Nasi sąsiedzi nie wiedzą, że w Polsce jest inaczej. Opowiadam im czasem, że w Polsce nie ma takich barów. Nikt nie pyta, czy w pobliżu domu jest jakiś bar.
Włosi niezmiennie się temu dziwią. Przecież nie można mieszkać w miejscu, gdzie ludzie nie spotykają się choćby na chwilę, by wypić kawę, zapytać, jak minął dzień, i wymienić najnowsze wieści. Kto umarł, kto się przeprowadził, kto dostał nową pracę. Co to za życie? I to koniecznie musi być bar lokalny – obok domu. Bo jaki jest sens chodzić do baru czy kawiarni daleko, gdzieś w centrum? Ci, którzy tam siedzą, są przecież obcy, nie znają naszych historii, naszych

wita
Wszystkie opowieści o tym, że cappuccino można zamawiać tylko do południa, okazały się kłamstwem. Miejscowi zamawiają i o czternastej. To też biorę, a co.


trzydziestu euro miesięcznie, by po półgodzinnej rozmowie i podaniu szczegółów usłyszeć, że oferta specjalnie dla mnie wynosi trzy tysiące euro rocznie.
– Potrzebuję ubezpieczenia na tydzień – tłumaczyłem kolejnej osobie przedstawiającej ofertę ubezpieczeń. – Idę z tym ubezpieczeniem do municipio , dostaję residenzę, idę do Casa Della Salute, a tam dostaję ubezpieczenie państwowe i już nie będę potrzebował waszego ubezpieczenia.
– Non c’è problema – ucieszył się konsultant. – Nie będzie pan musiał korzystać.
– A płacić?
– Płacić będzie pan musiał tylko przez rok.
Westchnąłem ciężko. Wydawało mi się, że znalazłem się w powieści Franza Kafki. Nie mogłem dostać residenzy bez ubezpieczenia, a ubezpieczenie kosztowało krocie. Mógłbym dostać residenzę, gdybym był zatrudniony w Polsce na etacie, a nie na umowę zlecenie. To jednak okazało się niewykonalne.
Czas mijał jednak nieubłaganie i zbliżał się nieodwołalny termin załatwienia residenzy.

zastanawialiśmy się, ile kosztuje rachunek u weterynarza, a słyszeliśmy, że dużo.
Wieczorem poszliśmy do Gian Paola porozmawiać o sumie. Machnął tylko ręką.
– Nie ma sprawy. Psy czasem się gryzą. Ale ty! – Wskazał na Ewelinę. – Jak ty szybko biegłaś! Szybciej niż mój pies myśliwski.


I teraz postarajcie się przybrać normalny wyraz twarzy. Wiem, chłopaki, że to trudne. Chyba się udało.
O tym, jak znaleźć grzyba
O tym, jak zbierać kaki
O tym, że w zimie musi być zimno
O tym, skąd bierze się woda
O tym, jak odebrać naprawdę wielki osuszacz
O tym, jak się wreszcie osuszyć
O tym, jak przeżyć krytyczny błąd
O tym, jak zbić szybę
O tym, jak pójść do szkoły
O tym, jak dostać wsparcie
O tym, że bez Scrabble się nie uda
O tym, gdzie jest Chińczyk
O tym, dlaczego warto wynająć namiot
O tym, jak rzucać kulą
O tym, jak wygrać w kapsle
O tym, że dobre wino jest dobre
O tym, jak nie przyjmowaliśmy zadatków
O tym, jak znaleźć nasz dom
O tym, jak się ostrzyc
O tym, że najpiękniejsze bywają zadupia
O tym, czy w naszym ogrodzie są Etruskowie, a jeśli tak, to jak ich znaleźć
O tym, jak karmić Stefana
O tym, jak wszystko poszło nie tak
O tym, jak upolować dzika
O tym, jak nie być anonimowym
O tym, jak dostać residenzę
