Skip to main content

Artur Hajzer. Droga Słonia

Page 1

Bartek Dobroch

D R O G A

S ล O N I A

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2018


Projekt okładki Paweł Panczakiewicz PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl Zdjęcia na okładce: na górze: Artur Hajzer na szczycie Ama Dablam (6912 m n.p.m.), w tle południowa ściana Lhotse; archiwum Artura Hajzera, fot. Krzysztof Wielicki na dole: Artur Hajzer podczas zejścia stokiem Manaslu; archiwum rodzinne Jerzego Kukuczki / PAP Zdjęcie na wyklejkach: widok z wierzchołka Parchamo (6273 m n.p.m.) w kierunku południowo-zachodnim na szczyty zamykające dolinę Rolwaling, fot. Bartek Dobroch Opieka redakcyjna Damian Warszawski Wybór zdjęć Bartek Dobroch, Damian Warszawski Adiustacja Katarzyna Węglarczyk Korekta Bożena Dembińska / e-DYTOR Barbara Gąsiorowska Indeks Artur Czesak Łamanie Dariusz Ziach Copyright © by Bartłomiej Dobroch © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-4949-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2018. Printed in EU


Mister Elephant

Ledwie przekroczyłem próg jej domu, już prowadzi mnie do salonu, w stronę kredensu, gdzie na honorowym miejscu stoi drewniany słoń wielkości czajnika.  – Ostatni prezent od Artura. Dał mi takiego słonia – mówi z przejęciem. – Ponieważ to był Słoń, to moją przyjemnością było wszędzie kupować słonie. Gdziekolwiek byłam i zobaczyłam słonika, zaraz kupowałam. Rzeczywiście, słoników jest więcej. Nagromadziła się ich cała kolekcja. Większość klasycznych, z porcelany. Białej albo barwionej. W kolorach: różowym, szarym czy… jak rzec, słoniowym? Takich, jakie kupuje się na szczęście i stawia, na przykład, na maturalnej ławce. Kilka pluszowych. Wszystkie z obowiązkowo zadartą do góry trąbą. Oprócz jednego, któremu wcale nie jest do śmiechu: ma opuszczoną trąbę i wygląda, jakby raczej nosił w sobie smutek, żal. W tym drewnianym rozpoznaję jedną z popularnych pamiątek, które zapełniają indyjskie i nepalskie stragany. Te na Pahargandżu w Delhi i te na każdej uliczce dzielnicy Thamel w Katmandu. Ten indyjski jest niepowtarzalny. Słoń na kształt rosyjskich matrioszek. W klatce jego drewnianego korpusu widać drugiego słonia, który z kolei nosi w sobie jeszcze trzeciego – maleńkiego. 13


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

W przeciwieństwie do rosyjskich figurek wszystkie stanowią jednak integralną całość. Wyrzeźbione są z jednego kawałka drewna. I nie służą do zabawy. Służą do tego, aby budzić wspomnienia. Tuż po Wszystkich Świętych, w listopadzie 2015 roku, w domu Heleny Hajzer patrzą na siebie z dwóch kredensów stojących przy przeciwległych ścianach: Artur z czarno-białej fotografii za szybą i indyjski słoń, którego himalaista podarował matce po ostatniej wizycie w Nepalu i wyprawie na Lhotse. W latach osiemdziesiątych dziennikarzowi „Dziennika Zachodniego” mówiła o synu: „Słoniowi stać się nic nie może”.  – Kiedy zyskał ten przydomek: Słoń? – pytam Helenę Hajzer.  – W szkole to było. W klasie to się go bali, nikt nie chciał mu się narazić. On był takim jak gdyby wodzem. Mówię: „Artur, zobaczysz, klasa ci wleje”. „Śmieliby pana tknąć!” – brzmiała jego odpowiedź. On był górą w tej klasie. Był umięśniony i taki do walki gotowy. Liczyli się z nim, nie tknęli go. Po chwili jednak dodaje:  – Mnie jest trudno powiedzieć, z czego się wzięło określenie „Słoń”. Mogę tylko wnioskować.  – Ze szkoły. On już z tym przezwiskiem przyszedł do klubu i nie ma żadnych spekulacji na ten temat – potwierdza od razu matczyną wersję pierwszy trener wspinaczki, współzałożyciel Harcerskiego Klubu Taternickiego (HKT) Ignacy Walenty Nendza. – Od małego koledzy go wołali Słoń, on górował nad nimi, a te chłopy później były wyższe od niego, jak już dorosły. On jako dziecko, można powiedzieć, już miał takie cechy jak słoń. To polskie powiedzenie: „poruszać się jak słoń w składzie porcelany”, jest obraźliwe dla słoni. Miał pan kiedyś ze słoniami do czynienia? Ja jeździłem w dżungli na słoniach. Wspaniałe zwierzęta! Są tak subtelne, tak delikatne, poruszają się kocimi ruchami, choć takie masywne, swymi łapami 14


Mister Elephant

badają teren. To samo z Arturem: choć miał przezwisko Słoń, był zawodnikiem, który potrafił zaskoczyć przede wszystkim szybkością i wytrzymałością. Te właśnie cechy dostrzegł w nim Jurek Kukuczka. „Był taki słoniowy właśnie. Uparty, powolny, stanowczy, konsekwentny”1 – wyjaśnia żona Iza w telewizyjnym reportażu Gdyby nie Słoniu. W tym samym filmie syn Artura Hajzera z pierwszego małżeństwa, Filip, przytacza związaną z tą ksywą historię: „Ojciec – nie wiem, ile było w tym prawdy – sam utrzymywał, że strasznie rozpieszczał wszystkich tragarzy i całą obsługę ekspedycji. Oni z sympatii chcieli się do niego pseudonimem odzywać, ale im nie wychodziło »Słoń«, mówili: »Łoń«. Przetłumaczył im to na angielski: »Mister Elephant«. Przylgnęło to do niego mocno w Nepalu”2.  – Nie wiem, jaka jest geneza tej ksywy – mówi z kolei Anita Skwara, koleżanka od czasów licealnych – ale na pewno wzięła się z jego opanowania. Był takim wyważonym facetem. Zawsze spokojny, jak to słoń. Miał rodzaj jakiegoś spokoju wewnętrznego – potwierdzają to wszyscy, którzy chodzili z nim po górach. Natomiast nigdy nie był jakimś gigantem pod względem fizycznym, w szkole był raczej przeciętnych gabarytów.  – Wcześnie ujawniły się jego podstawowe cechy: był zdyscyplinowany i bardzo napalony na wspinaczkę, a jednocześnie mimo młodego wieku bardzo racjonalnie wszystko planował. Bo warunków fizycznych to nie miał – precyzuje Janusz Mikołajczyk, uczestnik dwóch pierwszych wypraw wysokogórskich Hajzera. – Był, jak sama ksywa mówi, dosyć ciężki. Masywny. Paweł Pallus, instruktor wspinaczkowy Artura:  – Już jako młody chłopak był taki… duży. Nie był gruby, ale taki przy sobie.  – Nie był gruby, ale taki przy sobie – powtarza Ludwik Musioł, gdy w gronie starszych kolegów Artura rozmawiamy o nim na 15


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

spotkaniu opłatkowym Harcerskiego Klubu Taternickiego w Katowicach. – Był troszeczkę słoniowaty.  – Jemu było zawsze trudno – dodaje Mikołajczyk. – Mimo niesprzyjających warunków fizycznych tak daleko zaszedł we wspinaczce, bo rzeczywiście wykorzystał na sto procent wszystkie swoje możliwości, które mu natura dała, przede wszystkim psychiczne. Gdy przypomniałem mu to kilka lat temu, odpowiedział: „Bo wspinaczka jest tu, w głowie, a nie w bułach”, i dużo w tym racji było. Musioł, pod którego okiem Hajzer robił pierwsze drogi w skałach:  – Nieraz było tak, że mu koledzy dokaszali, drogi robili troszeczkę lepsze, jemu trudniej szło. Miał dwanaście, trzynaście lat. Już wtedy mówiłem: „Nie nabijajcie się tak z Artura, bo Artur najdalej z was wszystkich zajdzie”. I to się sprawdziło. Krzysztof Wielicki 24 lipca 2013 roku, podczas pożegnalnej ceremonii w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach: „Słoń – tak na niego mówiliśmy, taką miał ksywę. To oznaczało, że szedł jak burza; to był bardzo przebojowy chłopak. Mimo że miał przer­wę we wspinaczce, skutecznie powrócił do gór. On – podobnie jak Kukuczka – do pewnego czasu gwarantował, że wyprawa zakończy się sukcesem. Ktoś, kto jechał z Hajzerem, miał pewność, że wejdą na szczyt. Tak było do pewnego czasu. Cóż zrobić, życie”.


Inicjacja Dolina Rolwaling w Nepalu

To nie była jedna z tych wypraw, o których opowiada się później latami. Bo zakończyły się wielkim sukcesem. Bo zdobyto szczyt, którego nazwa budzi drżenie ekscytacji. Bo dokonano przejścia drogi, która wygląda jak schody do nieba alpinizmu. Bo mimo dramatycznych wydarzeń wszystko szczęśliwie się skończyło. Albo wręcz przeciwnie. To nie była nawet jego pierwsza wyprawa. Co więcej, nie uważał potem, że to w ogóle była wyprawa. Pisał: wyjazd, „celowo unikam słowa wyprawa”3. Jakby umniejszał jej znaczenie. Ale rola, jaką odegrała w jego życiorysie, okazała się kluczowa. Była jak pierwszy krok na drodze Słonia. Ukonstytuowała go jako świadomego życiowych wyborów człowieka. Stanowiła niejako rytuał inicjacyjny. Obrzęd przejścia. Himalajski chrzest, wspinaczkową komunię. Podczas tej wyprawy narodził się Artur Hajzer – himalaista. Chociaż to już moja licentia poetica. Bo w mistykę gór nigdy zanadto nie wierzył. Niemniej właśnie tam, w nepalskiej dolinie Rolwaling, rozciętej rwącym potokiem o tej samej nazwie zaliczającym na kilkudziesięciu kilometrach trzy tysiące metrów spadku, by wpaść do rzeki Tamba Kosi, inaczej Tamakoshi4, nad którą wisi długi most 17


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

prowadzący na właściwy próg wysokogórskiej doliny, Artur Hajzer przekroczył swój himalajski rubikon. Właściwie nic tego wcześniej nie zapowiadało. Miał zaledwie dwadzieścia lat. W Polsce trwał stan wojenny. Większość alpinistów odkładała marzenia o dalekich wyprawach na lepszy czas. Po złagodzeniu przez Gierka w latach siedemdziesiątych rygorów paszportowych w stanie wojennym znów zaczęto odmawiać obywatelom prawa do paszportu. Ponowne złagodzenie przyszło dopiero po przemówieniu Wojciecha Jaruzelskiego z okazji wypadającego 22 lipca 1982 roku Narodowego Święta Odrodzenia Polski.  – Nagle się otworzyła furtka dla wyjazdów za granicę. Pomyślałem, że jedziemy – mówi spiritus movens tamtego wyjazdu Ryszard Warecki. Gdy tylko puściło z paszportami, zaczął mobilizować i popędzać kolegów. Do udziału w wyprawie zaprosił młodych i ambitnych członków HKT: Rafała Chołdę, Jana Nowaka, Dariusza Sokoła. Przyszli uczestnicy wyprawy pracowali, malując kominy, gdy tymczasem on zajmował się wszystkimi sprawami związanymi z logistyką i transportem. W trzy miesiące udało się zorganizować całą wyprawę. Nie byłoby to pewnie możliwe bez pomocy kwatery głównej harcerstwa, która załatwiła paszporty. Warecki:  – Zebrałem grupę młodych wilczków, którzy nigdzie nie byli, a mieli stanowić o jakości tego lekko stetryczałego już wtedy klubu. Na dobrą sprawę Artura w ogóle nie brałem pod uwagę. Nie miałem z nim za wiele styczności, choć mieszkał pięćdziesiąt metrów ode mnie. Był jednak ode mnie dużo młodszy. Czasami się gdzieś pojawiał, ale ja nie obracałem się wtedy w środowisku HKT. Pamiętałem go jeszcze z okresu, gdy był szwendającym się wszędzie tłustym maluchem. Jako członek wyprawy mnie za bardzo nie interesował, 18


Inicjacja

ale chłopaki mówiły: „On się teraz zawziął, dużo się wspina, może go weźmiemy?”. „No dobra, zobaczymy” – powiedziałem. Młode wilczki ufały wówczas bezgranicznie kierownikowi, bo same o terenie, w który się udawały, miały raczej mgliste pojęcie. Artur wiedział coś o polskich przejściach w Alpach, czytał też książki opowiadające o pionierskich wyprawach na ośmiotysięczniki, ale dopiero w samolocie do Delhi przeszedł szybką lekcję geografii najwyższych gór świata, poznając różnicę między Himalajami a Karakorum. „Czułem się trochę zawiedziony, że nie zobaczę słynnej Nanga Parbat”5 – przyznawał później. Wraz z kolegami wiedzieli jedynie, że rejonem ich działań będzie nepalska część grupy górskiej Rolwaling Himal, położonej na pograniczu z Tybetem, gniazda sześciotysięczników, nad którymi górował drugi co do wysokości po tybetańskim Melungtse szczyt w tym paśmie, a równocześnie jego jedyny siedmiotysięcznik położony częściowo po nepalskiej stronie – słynny, leżący mniej więcej w połowie dystansu pomiędzy Katmandu a Everestem i widoczny ze stolicy Nepalu, Gauri Shankar (7145 metrów). O paśmie tym pisał wcześniej w „Taterniku” Zbigniew Kowalewski: Ponieważ zdecydowana większość szczytów jest dziewicza, więc i istnieją olbrzymie możliwości robienia pierwszych wejść, jak również poważnych przejść ścianowych. (…) Potężne ściany i ostre granie charakteryzują większość sześciotysięczników i dlatego dokonanie I wejścia na szczyt wymaga z reguły pokonania drogi o dużych trudnościach technicznych6.

Warecki twierdzi jednak, że ten tekst nie miał bezpośredniego wpływu na wybór rejonu, w którym chciał działać. Decydowała strategia: dobre położenie, szybki dostęp z Katmandu, wysokości 19


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

tamtejszych gór odpowiednie dla pierwszych wspinaczkowych doświadczeń w Himalajach, a jednocześnie ich dziewiczość. Teren doliny był rzadko odwiedzany i praktycznie niezbadany, nie eksplorowany wcześniej przez Polaków, nie licząc wcześniejszej o trzy lata wyprawy Klubu Wysokogórskiego Warszawa pod kierownic­ twem znanego w środowisku pod pseudonimem Baron Andrzeja Skłodowskiego7, przez co każde właściwie wejście miało szanse być pierwszym polskim, a w głowach kołatały marzenia o górach w ogóle jeszcze nie zdobytych. „Byliśmy przekonani, że staniemy na szczycie najsłynniejszego w tym rejonie Gauri Shankara, (…) jednak gdy tylko zobaczyliśmy jego strzeliste kształty, ten zbyt śmiały pomysł natychmiast wyleciał nam z głowy”8 – pisał Hajzer, najmłodszy uczestnik wyprawy, o którym koledzy do dziś mówią: „On zawsze był najmłodszy”. Warecki przyznaje, że zdobyty po raz pierwszy przez Amerykanina Johna Roskelleya oraz Szerpę Dordże9 w 1979 roku szczyt pozostał dla nich celem raczej w sferze marzeń niż w rzeczywistości. Bazę stanowiła jedyna większa, całosezonowa wioska w regionie – Beding. Nie wszystkim jednak udało się powspinać. Krzysztof Rękosiewicz zwany Ringiem zasłabł, źle się czuł, wydawało się – w składzie nie było bowiem lekarza, by zdiagnozować przyczyny – że fatalnie znosi wysokość. Trzeba było go sprowadzić. O dziwo, nie wysłano z nim żadnego z wyprawowych żółtodziobów, do których należał Hajzer. Poświęcił się Tomasz Świątkowski, jeden z doświadczonych uczestników wyjazdu. Rolwaling zapisał się w jego pamięci tylko pięknym trekkingiem z przygodami. Tych nie brakowało jednak nawet niżej. Gdy próbowali wracać, podchodzić znów do Beding, Ringo ponownie słabł, a ponieważ dolegliwości nie ustępowały, Świątkowski postanowił wezwać helikopter. Udał się w górę rzeki Tamakoshi, głęboko wciętą pod Gauri Shankarem doliną, która prowadziła w kierunku granicy z chińskim Tybetem: 20


Inicjacja

– Chciałem podejść do posterunku wojskowego i nadać depeszę. Podchodziło się pięknym lasem, w którym skakały małpy. Powyżej dolina rozlewała się w płaskowyż, który był jak stół. Zielony stół. Cudzoziemcom nie wolno było tam wchodzić, ale spotkałem Nepalczyka, który znał się z wojskowymi. Zaprosił mnie do chaty, poczęstował posiłkiem, herbatą z jaczym masłem, o mały włos się nie porzygałem. Nadałem jednak depeszę do jakiegoś chairmana polsko-nepalskiego towarzystwa w Katmandu. Być może był to polski konsul honorowy w Nepalu. W depeszy zwrotnej na prośbę o helikopter odpisał: „Niestety nie mogę wam pod tym względem pomóc, ale będę się za was modlił”. *** Na podobny trekking w Rolwaling wybrałem się w 2014 roku. Nie był to mój pierwszy wyjazd w Himalaje, ale niektórzy z kolegów, przewodników tatrzańskich, mieli okazję zobaczyć je po raz pierwszy w życiu, tak jak większość uczestników wyprawy HKT. Tam gdzie zaczynała się himalajska droga Słonia, zaczynała się też moja droga ze Słoniem. Zielono-pomarańczowy autobus marki Tata wyruszył nad ranem z Katmandu. Jechał wpierw dolinami przez go­ rącą tropikalną dżunglę, piął się na kolejne wzgórza i zjeżdżał z nich krętymi drogami, z których autobusom zdarzało się czasem spadać. Zawsze wolałem jeździć w Nepalu wraz z miejscową młodzieżą na dachu, co w razie wypadku dawało mi pozory większego bezpieczeństwa, iluzję możliwości ucieczki, której brakowało w nabitej jak konserwa stalowej puszce autobusu. Wtedy, ponad trzy dekady wcześniej, autobusy były podobne, ale droga kończyła się dużo wcześniej. W środku można było nabić sobie guza w wyniku uderzenia głową o dach, poza tym Nepalczycy mieli w zwyczaju podróżować ze swoim inwentarzem. Nam jednak nie towarzyszyły 21


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

kozy, a sąsiadka nie prosiła o wodę dla swojego koguta, któremu z jutowego worka wystawała tylko głowa. Żar ciągle lał się z nieba, suszył porozkładane na bambusowych matach ziarna kukurydzy i papryczki chili, roślinność podlana minionym we wrześniu monsunem była soczysta jak nepalskie mango, a w ogródkach kwitły nagietki. Ale na horyzoncie po raz pierwszy pojawiły się one – bijące po oczach swoją bielą, mocno kontrastującą z zielenią wzgórz i ciemnym błękitem nieba. Tylko z położonego na wysokości Kasprowego Wierchu Charikotu szczyty Rolwaling Himal widać było tak dokładnie, w całej rozciągłości tego pasma. Być może ktoś, kto założył to miasteczko, którego nazwa brzmi dzisiaj Bhimeszwar, wybrał miejsce właśnie dla tego widoku. Być może na ten sam lub podobny widok – nikt z członków wyprawy nie pamięta już, czy zaczynali z Charikotu czy, jak wyprawa Skłodowskiego, z położonego po drodze na granicę z Tybetem Barabise – padło pierwsze spojrzenie Hajzera na Himalaje. Może to był moment decydujący, poznanie życiowej miłości. Od zachodu na wschód rozciąga się ziemia obiecana alpinizmu. Pierwsza z lewej z chmur wyrasta skomplikowana struktura mitycznego niemal Gauri Shankara. Następnie jakby z ukrycia, zza kurtyny niższych grzbietów górskich, wyłania się jeden z najtrudniejszych, najbardziej nieprzystępnych szczytów świata, leżą­ cy już w całości po stronie tybetańskiej Melungtse. Kiedy Artur Hajzer był tu pierwszy raz, szczyt ten był jeszcze niezdobyty. Jako pierwsi i jak dotąd jedyni osiągnęli go w 1992 roku Słoweńcy Marko Prezelj i Andrej Štremfelj. Dalej można zobaczyć szeroki i potężny, wówczas także jeszcze dziewiczy Kang Nachugo. W ostatnim z prawej gnieździe szczytów wyróżnia się jeszcze biały trapez Chobutse, który jako jeden z nielicznych obok Gauri Shankara wielkich szczytów miał już pierwsze wejście, dokonane przez Niemców w 1972 roku. Gdzieś w środku, na głównej granicznej grani, pośród 22


Inicjacja

tych rosłych strażników wyrasta niepozorna czarno-biała – bo od jednej strony wyraźnie skalna, a od drugiej całkowicie śnieżna – piramida, którą podobnie jak Melungtse miałem zobaczyć tylko z tego miejsca. Dopiero porównując swoje zdjęcia ze starym zdjęciem z archiwum Artura Hajzera, dowiedziałem się, że owym szczytem była opisywana przez niego główna bohaterka pierwszego himalajskiego wyjazdu – Gaurihanka-Go. Szeroka przełęcz Menlung La oddziela ją od innego sześciotysięcznika, bardziej strzelistego Chekigo, wówczas jeszcze niezdobytego, na który członkowie wyprawy Wareckiego także chcieli się wspinać. Szutrowa droga prowadziła nas z Charikotu dalej, to w dół doliny, to lekko w górę stokami okalających ją wzgórz. W pewnym momencie kierowca zgonił pasażerów z dachu, a tkwiące na nim bagaże przykryte zostały i obwiązane foliową plandeką. Kilka minut później autobus przejechał przez naturalną myjnię w postaci spadającego wprost na drogę wodospadu. Autobus dojeżdża dziś do wioski Gongar, którą od zamieszkiwanej przez Szerpów Beding dzielą trzy dni marszu. Skłodowski pisał o ośmiu dniach podejścia z Barabise10, Hajzer – o sześciu dniach marszu „przez ubogie tereny zamieszkiwane przez Tamangów i Gurungów”11. Zanocowaliśmy w Gongar. Po godzinie dalszego marszu wzdłuż doliny szlakiem prowadzącym do Tybetu ścieżka odbija w Chetchet w prawo, pokonuje ów długi, choć stosunkowo nisko jak na nepalskie standardy zawieszony most i pnie się po przeciwnej stronie zakosami po wykutych pod przewieszonymi skałami schodach, które pamiętają pewnie nie tylko pierwsze wizyty Polaków, ale też docierające tam w latach pięćdziesiątych pierwsze wyprawy brytyjskie12. Wijąc się wśród pól uprawnych i kamienno-glinianych domów otoczonych bananowcami i kwitnącymi poisencjami, osiąga wioskę Simigaon, z której ponownie widać Gauri Shankara. Przez kolejne dni wędrówki wyłania się on jeszcze kilkukrotnie, prezentując swoją arcytrudną 23


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

południową ścianę – pokonaną zresztą dopiero w 2013 roku przez Francuzów, którzy nie osiągną jednak wierzchołka szczytu (zdobyto go dotąd jedynie trzy razy). Tuż przed położonym na wysokości ponad 3700 metrów Beding, na straży doliny tak głęboko wciętej, że miejscami trudno w niej złapać nawet zasięg telefonu satelitarnego, wyłania się jeszcze tylko Chekigo. Cały w bieli. Inne szczyty kryją się gdzieś za przełamaniem doliny, jej łagodnymi meandrami, a także po obu bokach za bardzo stromymi, wyrzeźbionymi przez wycofany lodowiec gładkimi ścianami i trawiastymi stokami. Pod wieczór krytą niebieskimi dachami wioskę spowija rdzaworuda – od odbicia gasnącego światła w jesiennych trawach – mgła. Dzień marszu dalej można napotkać już tylko jedną zamieszkaną osadę, poprzegradzaną pajęczyną ułożonych z kamieni murków stanowiących prowizoryczne zagrody dla jaków i krów. „Od razu spodobała mi się nazwa ze względu na swą ujmującą lakoniczność – Na”13 – pisał o niej Zbigniew Piotrowicz, kolejny Polak zauroczony tym do dziś pustym, rzadko odwiedzanym – a jeżeli, to głównie przez ambitnych alpinistów – regionem. Amerykanie, Katalończycy, Argentynka i Słoweniec, których spotkaliśmy w dolinie, przechodzili nowe drogi, ściany, weszli na nie zdobyty wcześniej sześciotysięcznik Chukyima Go, a osiągnięcia te trafiały potem na długą listę przejść nominowanych do nagrody Złoty Czekan. Ich gospodarzami także byli wspinacze. Dolinę Rolwaling zamieszkuje bowiem największa procentowo w stosunku do całej liczby mieszkańców populacja zdobywców Mount Everestu. Ponoć w każdym domu mieszka przynajmniej jeden. Spotkana w hoteliku w Na w październiku 2014 roku Dawa Yangzum, drobna dziewczyna prowadząca klientów na trekking, okazała się jedną z trzech Szerpijek, które kilka miesięcy wcześniej jako pierwsze Nepalki wspięły się na K2. Hotelik prowadzi Szerpa Mingma Gyale, jeden z najmocniejszych nepalskich himalaistów, który rok później dokona pierwszego przejścia 24


Inicjacja

zachodniej ściany górującego niemal za miedzą Chobutse. Będzie ono punktem zwrotnym w historii szerpijskiego himalaizmu, pierwszą wielką solową wspinaczką dokonaną przez Szerpę. Tylko w 2017 roku Mingma Gyale wejdzie z klientami na pięć ośmio­ tysięczników, do końca tego roku mając ich na swoim koncie aż dwanaście. Jego ojciec stracił osiem palców u rąk podczas pracy dla japońskiej wyprawy na Everest w 1983 roku. Historia ta do złudzenia przypominała inną, opisaną przez Hajzera. Ich gospodarzem w Beding był niejaki Dordże, który ubrany w kurtkę puchową z naszywką hiszpańskiej wyprawy na Kanczendzongę, chwalił się znajomością z polskimi himalaistami. „Dopiero po jakimś czasie spostrzegliśmy, że ma amputowane prawie wszystkie palce u rąk – pisał Hajzer. – Stracił je w wyniku odmrożeń, których nabawił się podczas japońskiej wyprawy na Everest w 1981 roku. (…) Była to jego ostatnia wyprawa”14. Później Dordże trudnił się przemytem jaków z Tybetu. Członkowie wyprawy spotkali go na czele grupy Szerpów i Tybetańczyków maszerujących w kierunku granicznej przełęczy Menlung, położonej na 5600 met­ rach wysokości i pokrytej lodowcem. „To, co zobaczyliśmy, wprawiło nas w osłupienie. Tylko Dordże miał sprzęt z prawdziwego zdarzenia. Reszta jego kompanów maszerowała w podwójnych trampkach, wełnianych swetrach, prochowcach i »okularach lodowcowych«, wykonanych z siateczki splecionej z sierści jaka. Każdy zamiast czekana miał długi bambusowy kij i jutowy worek pełniący funkcję plecaka”15 – opisywał himalaista w książce Atak rozpaczy. Kilka dni później nocą obudził ich hałas na lodowcu. To Szerpowie przeprowadzali przemycane jaki przez przełęcz w świetle księżyca, nie po to, by kryć się przed chińskimi strażnikami, których w tym regionie – jak zapewniali – nie było, ale by chronić zwierzęta przed śnieżną ślepotą. Jaki radziły sobie na lodowcu bez lin poręczowych, jedynie z małego skalnego progu opuszczano je w specjalnych uprzężach. 25


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

Hajzer przytaczał tę historię, by umniejszyć skalę swojego odniesionego dzień wcześniej pierwszego himalajskiego sukcesu. Właściwie ataki na szczyty ponad przełęczą Menlung były dwa. Do pierwszego poszli Janusz Mikołajczyk, Jerzy Szadziński, Hajzer i Sokół, który tak streszcza sytuację:  – Wcześniej w ramach aklimatyzacji wyszedłem z ładunkiem i zdeponowałem go w drodze. Nad przełęczą duch w narodzie opadł. A ja czułem niedosyt. Powiedziałem, że zostawiamy to wszystko, nawet jak nikt już nie przyjdzie, ja sam podejdę, żeby to znieść. Gdy jednak zeszliśmy do Beding, Rysiek Warecki się wściekł. Strasznie wszystkich oprócz mnie opieprzał. Artura zapytał, czy jest w stanie wrócić i pójść z nim. Artur odpowiedział, że tak. Mieli ten komfort, że na lodowcu, trochę poniżej przełęczy, były już zdeponowane namioty i śpiwory. Sokół będzie pierwszą osobą, której Hajzer w swojej książce podziękuje. Warecki:  – Wielkie młodzieżowe nadzieje, ci, którzy w Katmandu ma­ chali czekanikami, opowiadali, kto, gdzie, co poprowadzi, kto będzie kierownikiem bazy czy kucharzem, gdy oni będą łoili himalajskie ściany, jak przyszło do działania w górach, to się wspinania w trudnych warunkach lodowych wystraszyli. Stracili animusz. Nie zabrakło go Hajzerowi i Chołdzie. Wraz z Wareckim już następnego dnia byli z powrotem poniżej przełęczy Menlung i zanocowali w pozostawionym przez Sokoła namiocie. Zdeprymowani niepowodzeniem pierwszego ataku zdecydowali się zaatakować tylko jeden z dwóch planowanych szczytów, bliższy Gaurihanka-Go liczący 6126 metrów. Wydawało im się, że na pokonanie ośmiuset metrów przewyższenia powinien im wystarczyć jeden dzień. Spowolniła ich wysokość, torowanie w głębokim śniegu i niebezpieczna, krucha grań osiągająca IV stopień trudności. W Tatrach 26


Inicjacja

Widok na szczyt Tabayabyum (5555 metrów n.p.m) znad wioski Beding w dolinie Rolwaling, październik 2014

pokonywany przez nich nieraz i z łatwością. Gdy stanęli na szczycie, zmierzchało. Zjazdy w ciemnościach dłużyły się nieskończenie. W namiocie znaleźli się po dwudziestu godzinach akcji górskiej. Mieli świadomość, że w obliczu marzeń o Gauri Shankarze może nie było się czym pochwalić, ale pierwszy sześciotysięcznik zdobyty na wyprawie Harcerskiego Klubu Taternickiego, w dodatku nową drogą, dał wszystkim ogromną satysfakcję. Oprócz wejścia na Gaurihanka-Go16 – drugiego w historii wejścia na ten szczyt – członkowie HKT osiągnęli jeszcze wierzchołki dwóch nie zdobytych wcześniej pięciotysięczników, w tym liczącego dokładnie 5555 metrów Tabayabyum, na który Hajzer wspiął 27


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

się razem z Janem Nowakiem. Dzień później na szczyt drugiego, nienazwanego pięciotysięcznika weszli Nowak, Chołda i Warecki.  – Faktycznie, Artur, Rafał i Jasiek sprawdzili się na tamtej wyprawie – ocenia Warecki. – Pokazali, w przeciwieństwie do ludzi, po których spodziewałem się pożytku, że się nadają. Że coś z nich będzie w górach. Artur, podobnie jak pozostała dwójka, był przede wszystkim dobry jako członek zespołu, niekonfliktowy, stawiał cel nad jakieś zagrywki. W górach trzeba mieć spokój, racjonalizm. Część osób się w nich nie sprawdza, robi się agresywna, konfliktowa. To nie są dobre dusze w żadnym zespole. Artura wziąłem na ten wyjazd bez pełnego przekonania, ale miło mnie zaskoczył. W Rolwalingu narodziło się też inne górskie marzenie młodego himalaisty. Spotkany po drodze Jugosłowianin, przybyły tam na rekonesans Gauri Shankara Południowego, opowiadał o południowej ścianie Lhotse i o wcześniejszej o rok ekspedycji na nią. Ściana ta miała w przyszłości odegrać ważną rolę w życiu bohatera tej książki. Tymczasem we własnej książce tak podsumowywał swoje pierwsze himalajskie doświadczenia: „Pobyt w Rolwaling Himal, zakończony sukcesem, miał dla mnie dodatkowe znaczenie. Tam po raz pierwszy uwierzyłem w siebie i zrozumiałem, że nie trzeba być fizycznym gigantem, aby być dobrym w górach”17.


Spis treści

Cięcie

7

Część I

11

Mister Elephant

13

Inicjacja

17

Preludium

29

Jadymy w skały

44

Przygoda z górami

64

Miejsca kluczowe

78

Koniec zabawy

105

Część II

125

Ściana XXI wieku

127

Reguły gry

164

Sztuka czekania

176

Trafne decyzje

208

Ten trzeci, ten czternasty

233

Otoczka kulturowa

244

Człowieczy los

262

543


ARTUR HAJZER. DROGA SŁONIA

Część III

287

Na szczyty biznesu

289

Co mi teraz chcesz powiedzieć?

318

Plus czy minus…

343

Część IV

363

Powroty i upadki

365

Przemiany Słonia

390

Lodowy kierownik

423

Co powiedziała wróżka?

483

Przypisy

501

Bibliografia

521

Indeks osób

528

Podziękowania

538

Źródła fotografii

541


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Artur Hajzer. Droga Słonia by SIW Znak - Issuu