DELUXE
Każda praca hańbi Pozdrowienia z późnego kapitalizmu
Kraków 2022
Copyright © by Wiesławiec Deluxe Projekt okładki i stron tytułowych Magda Kuc Grafika na okładce © Richard Laschon / AdobeStock Zdjęcia na skrzydełkach © kasto / AdobeStock © Rido / AdobeStock Redaktorzy inicjujący Zbigniew Rokita Bogna Rosińska Redaktorka prowadząca Agnieszka Rzonca Redakcja Agnieszka Rzonca Korekta Joanna Mroczkowska Magdalena Wołoszyn-Cępa Projekt typograficzny i łamanie DAKA – studio graficzne, Dawid Kwoka ISBN 978-83-240-8370-1 Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2022 Druk: OZGraf
Fabryka kartonu
8
P
o zwolnieniu się z pierwszego w mojej zawodowej biografii bullshit jobu uznałem, że moje zawodowe DNA jest związane z pracą w sprzedaży korporacyjnej w sektorze przetwórstwa przemysłowego. A właściwie nie uznałem tak z zasady, ale dośpiewałem sobie tę historyjkę po przejściu przez kolejną fazę postępowań rekrutacyjnych, w której jedynym oferentem okazał się tym razem koncern z branży opakowaniowej zajmujący się produkcją i dystrybucją hurtowych ilości kartonu makulaturowego, pragnący zatrudnić mnie na stanowisku asystenta ds. sprzedaży na rynek DACH. Sformułowanie „rynek DACH” brzmi absurdalnie, pod tym dziwnym akronimem skrywa się jednak dość banalna treść: chodzi o rynek niemieckojęzyczny, złożony z Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Zmiana pracy okazała się manewrem z cyklu z deszczu pod rynnę, ale w momencie zatrudniania się u nowego pracodawcy nie mogłem tego wiedzieć.
209
Biuro producenta kartonu makulaturowego znajdowało się przy ulicy Żwirki i Wigury na tak zwanej dalekiej Ochocie, w połowie drogi między Polem Mokotowskim a lotniskiem Warszawa Okęcie, i mieściło się w kompleksie czterokondygnacyjnych budynków biurowych pochodzących, sądząc po wyglądzie, z początku pierwszej dekady XXI wieku. Lokalizacja sama w sobie nie byłaby najgorsza, gdyby do miejsca świadczenia pracy najemnej dojeżdżać pociągiem podmiejskim, w pobliżu znajdowała się bowiem stacja kolejowa Warszawa Żwirki i Wigury. Niestety, żeby do pracy dojechać pociągiem podmiejskim, trzeba mieć też gdzie do niego wsiąść, a to nie wchodziło w moim przypadku w grę, mieszkałem bowiem na Ursynowie zaraz przy stacji metra. Skazywało mnie to zatem albo na makabrycznie przepełniony i nieregularnie odjeżdżający autobus bezpośredni linii numer pięćset cztery, albo na rozwiązanie najbardziej pragmatyczne: dojazd metrem do stacji Racławicka i przesiadkę na jadący ulicą Antoniego Odyńca w stronę lotniska Chopina autobus linii sto czterdzieści jeden. Oba rozwiązania okazały się koszmarne, bowiem przedpandemiczna Warszawa była miastem wiecznie zakorkowanym, autobusy pojawiały się na swoich przystankach w porach kompletnie nieskorelowanych z rozkładem jazdy i zazwyczaj były wypełnione ludźmi po sufit. Do tego dochodził czynnik dodatkowy: zaprojektowana w okresie międzywojennym jako szeroka, reprezentacyjna i wysadzana w środku drzewami aleja Żwirki i Wigury, posiadająca trzy pasy ruchu w jedną stronę, w tym jeden buspas zarezerwowany dla komunikacji publicznej, była w godzinach porannego i popołudniowego szczytu
kompletnie zakorkowana. Samochody i autobusy stały stłoczone naprzemiennie na wszystkich trzech pasach, czyniąc funkcjonowanie wydzielonego pasa dla zbiorkomu kompletną fikcją. Autobus jadący od strony lotniska Chopina do centrum często był w stanie przemieścić się wzdłuż alei w kwadrans o maksymalnie kilkadziesiąt metrów. Dojazdy do pracy stały się więc dla mnie bardzo szybko atrakcją, po której 75 procent porannej energii ulegało zużyciu i cel egzystencjalny na dany dzień zawężał się do pulsującego pod czaszką „przetrwać”. W momencie wysyłania zgłoszenia tego również jeszcze nie wiedziałem. Rozmowa rekrutacyjna u producenta kartonu makulaturowego przebiegła w bardzo miłej atmosferze. Budynek wyposażony był w portiernię, standardowe korporacyjne bramki na kartę oraz dwie windy rozprowadzające personel po czterech piętrach. Wymienione na tablicy nazwy koncernów nic mi nie mówiły, nie były to tak zwane duże marki konsumenckie. W połączeniu ze staromodnym designem z początku XXI wieku, ustawionymi gdzieniegdzie roślinami w doniczkach, planszami zachwalającymi zalety i rozkład budynków lokalnego business parku i wyłożoną na piętrach na podłodze szarą wykładziną całość robiła kameralne, techniczne wrażenie. Otoczenie takie w pierwszym odruchu mnie uspokajało, kojarzyło mi się z „firmą”, wytwarzającą i sprzedającą jakieś konkretne towary, a nie „korporacją” robiącą nieprzejrzyste nie wiadomo co. Rozmowa prowadzona była przez dwie panie, jedną w moim wieku, która jak potem się okazało, była team leaderką zespołu wsparcia sprzedaży kompletowanego
211
na miejscu, oraz grającą pierwsze skrzypce czterdziestokilkuletnią panią manager koncernu ds. business development and continuous improvement, która sprawiała wrażenie osoby miłej i kompetentnej oraz płynnie posługiwała się językiem niemieckim, angielskim i francuskim. Jak się okazało później, rezydująca na stałe w Belgii pani manager ds. business development and continuous improvement mówiła płynnie również po włosku, a jej zadaniem było przeprowadzenie żelazną ręką projektu redukcji kosztów operacyjnych koncernu poprzez likwidację biur w Niemczech, Holandii, Belgii, Francji, w Czechach i na Węgrzech oraz zapewnienie ciągłości działania firmy przez organizację centralnego biura wsparcia sprzedaży w Warszawie. Pomysł nie był zatem zbyt oryginalny. Panie porozmawiały ze mną w trzech językach obcych, dopytywały o szczegóły mojej pracy z systemem SAP na stanowisku specjalisty ds. sprzedaży zakrętek metalowych i chciały wybadać na podstawie moich zeznań podobieństwa i różnice pomiędzy ustawieniami systemu ERP u mojego przedpoprzedniego pracodawcy a swoim koncernem. W trakcie rozmowy chciałem zaprezentować się w sposób maksymalizujący szanse otrzymania oferty pracy, a więc jako osoba, dla której codzienna praca z klientem korporacyjnym, opóźnienia w produkcji i dostawie, ciągłe reklamacje jakościowe, negocjacje cenowe i duża liczba wjeżdżającej codziennie korespondencji to nie pierwszyzna. W pewnym momencie zauważyłem, że pani manager z Belgii zmieniła nieco ton, tak jakby chciała dyskretnie zwrócić uwagę na pewną potencjalną niedogodność bądź też otwarcie uprzedzić o przejściowych trudnościach wiążących się z pracą na stanowisku, na które
byłem rekrutowany. Tąpnięcie rozmowy i zmiana tonu przekazywania informacji były dla mnie kompletnie niezauważalne w momencie dyskusji, ale nabrały znaczenia retrospektywnie po kilku miesiącach pracy na zasadzie „o matko, a więc to to chciała wówczas mi powiedzieć”. Pani manager z Belgii odchrząknęła i powiedziała zatem: – Mamy tutaj w firmie pewną specyficzną sytuację. Nasz koncern rośnie, zdobywa nowe rynki, dzięki czemu doszło niedawno do szeregu fuzji i przejęć. Kupiliśmy w ostatnich dwóch latach papiernie zlokalizowane we Francji, Hiszpanii i Włoszech. W związku z tym, że przejęcia te są całkiem świeżą sprawą, nie udało nam się jeszcze wdrożyć zintegrowanego systemu informatycznego do obsługi wszystkich zakładów produkcyjnych. Czy panu to nie przeszkadza? Odpowiedziałem, zgodnie z konwencją przewidzianą na rozmowach kwalifikacyjnych, że skądże znowu, w ogóle mi to nie przeszkadza. – Cieszę się. Pracujemy obecnie nad wdrożeniem ujednoliconego systemu ERP, nie będzie to w naszym przypadku SAP, ale Microsoft Dynamics AX. Podłączenie wszystkich posiadanych przez nas papierni w Europie zajmie jeszcze przynajmniej kilka miesięcy, co skaże pana z początku na pracę z różnymi starszymi programami, a później na przesiadkę na nowy system. – Wyśmienicie, nie ma problemu, brzmi to ciekawie obserwować takie wdrożenie zintegrowanego ERP własnymi oczami. Jest to z pewnością bardzo interesujące zagadnienie. Otóż gdybym rozumiał, na jaki kaliber problemu z systemem informatycznym wskazuje fakt, że pani manager
213
ds. business development and continuous improvement czuje się zobowiązana poruszyć ten temat podczas rozmowy kwalifikacyjnej, prawdopodobnie podziękowałbym serdecznie za rozmowę i przestał reagować na ewentualne maile i telefony z firmy. Nic jednak nie zrozumiałem, więc kiedy dwa dni później przyszła oferta opiewająca na osiem tysięcy pięćset złotych brutto, obejmująca dodatkowe benefity w postaci ubezpieczenia medycznego w Lux Med, doładowywanej co miesiąc kwotą pięciuset złotych karty obiadowej Sodexo i obietnicą corocznej premii w wysokości całych 5 procent wynagrodzenia, uznałem jedynie „hura! wracam do normalnej pracy”. Imbecylem jest się niestety całe życie. Muszę zaznaczyć, że wytworzenie spójnego i gładkiego opisu tego, co spotkało mnie w fabryce kartonu, jest emocjonalnie najtrudniejszym zadaniem, przed którym stoję podczas pisania tej książki. Część zdarzeń miała dla mnie tak stresujący i traumatyczny charakter, że w pewnym momencie, mniej więcej w połowie trwającego trzynaście miesięcy okresu zatrudnienia, musiałem pójść do psychiatry, a ten wypisał mi antydepresanty w związku z rozpoznaniem zespołu lęku uogólnionego, który rozwinął się u mnie na tle silnego konfliktu interpersonalnego z koleżanką z zespołu. Spróbuję ograniczyć się do próby pozbawionego ozdobników rozrywkowo-satyrycznych opisania przebiegu zatrudnienia w fabryce kartonu makulaturowego, tak aby narracja na temat tego doświadczenia, obecnie w dużej mierze wyparta i niedostępna mi jako płynna i przygotowana opowiastka, pojawiła się ponownie w postaci linii przebiegającej przez punkty, do których mam dostęp.
Fakt, że dalej zmagam się z traumą związaną z tym miejscem, nie był dla mnie do tej pory oczywisty. Zanim zacząłem pisać ten rozdział, wydawało mi się, że będzie to w miarę spójny literacki minireportaż z kolejnego miejsca pracy, który da się przeprowadzić, gładko przesuwając narrację od natłoku obowiązków, przez idiotyzm niektórych small talków, niesprawność systemów informatycznych, po niedogodności logistyczne. Uświadomiłem sobie, że tak jednak nie jest, i staję tu przed zadaniem dużo trudniejszym: napisać, co tam się zdarzyło naprawdę, w momencie sięgania po te wspomnienia czując jednocześnie stres i strach. Jest to chyba dobra definicja urazu psychicznego będącego efektem działania przemocy: wywołana przez wewnętrzną fragmentację niezdolność do ułożenia spójnej, dziarskiej i zamaszystej opowieści. Mimo to spróbuję. Biuro producenta kartonu makulaturowego znajdowało się na drugim piętrze budynku. Po wyjściu z windy trzeba było skręcić w prawo, przejść około dziesięciu metrów korytarzem, ponownie skręcić w prawo i przejść kolejne pięć metrów. Drzwi zamykane były standardowym elektromagnetycznym zamkiem otwieranym zbliżeniowo elektroniczną kartą. Po przekroczeniu progu biura trafiało się do niewielkiego hallu dla gości, w którym ustawione były kanapa i stolik przykryty grubą kupką technicznych czasopism branżowych w języku angielskim o nazwach w rodzaju „Cartonboard”, „Offset Printing” czy „Packaging Trends” oraz ulotkami i prospektami reklamowymi koncernu. Na lewo od wejścia rozpoczynał się niewielki korytarz, zwieńczony
215
dwoma przeszklonymi gabinetami, w których rezydowali dyrektor ds. sprzedaży na rynek polski oraz manager ds. sprzedaży na rynek polski, na wprost znajdowały się dwie sale konferencyjne ze stołami ustawionymi w kształt litery O wyświetlanej na kalkulatorze (podłużny prostokąt), na prawo od wejścia mieściła się przestrzeń typu open space, z wydzielonym przeszkloną ścianą boksem team leaderki i czterema rzędami stołów z ustawionymi na nich komputerami stacjonarnymi. Do open space’u od prawej strony przylegała biurowa kuchnia bez okna, obwieszona generycznymi planszami o treści z zakresu filozofii zarządzania (grafy i wykresy ukazujące za pomocą strzałek „współzależności” pomiędzy pojęciami team, responsibility, cooperation, value, passion oraz product). Rzędy stołów oddzielone były od siebie wystającymi na metr ponad poziom blatów pudłami, w których znajdowały się doniczki z paprociami. Rośliny rozładowywały nieco wrażenie plastikowości wnętrza i wytwarzały optyczną barierę między osobami siedzącymi przy kolejnych rzędach stołów. W momencie mojego przyjścia do pracy w biurze, poza panią dyrektor ds. sprzedaży na rynek polski, managerem ds. sprzedaży na rynek polski i team leaderką zespołu wsparcia sprzedaży na rynki europejskie, zatrudnionych było osiem osób: dwie do obsługi rynku Beneluksu, dwie do obsługi rynku czeskiego, jedna odpowiedzialna za Węgry, dwie osoby do obsługi rynku polskiego i dwie do obsługi rynku brytyjskiego. Wraz ze mną do obsługi rynku niemieckiego zatrudnione zostały jeszcze dwie dziewczyny, obie w wieku około trzydziestu lat. Razem dawało to obsadę w postaci czternastu osób.
Po rozpoczęciu pracy okazało się, że trzy osoby nowo zatrudnione do obsługi rynku niemieckiego, zostały przyjęte do pracy niejako „na zapas”. Firma chciała zagwarantować sobie obecność gotowych do akcji zasobów kadrowych, ale jeszcze nie ogłosiła czterem asystentom ds. sprzedaży w Nadrenii Północnej-Westfalii, że ich miejsca pracy zostają zlikwidowane i przeniesione do Polski. W tym czasie trzy świeżo zatrudnione w Warszawie osoby miały przechodzić szkolenie z funkcjonowania systemów komputerowych firmy. W punkcie zero miało dojść do ogłoszenia zamiaru likwidacji miejsc pracy w Niemczech, pracownicy zatrudnieni tam mieli otrzymać propozycję przeniesienia się do Polski połączoną z ponad dwukrotną redukcją wynagrodzenia, po przewidywanym zaś jako zjawisko o stuprocentowej pewności odrzuceniu przez pracowników w Niemczech wymaganej przez tamtejsze prawo pracy „oferty” miał się rozpocząć trzymiesięczny okres wypowiedzenia umów o pracę, podczas których trójka pracowników z Polski miała zostać oddelegowana na szkolenie do Nadrenii Północnej-Westfalii celem „transferu wiedzy”. Sama idea, że praca, którą do tej pory wykonywał od piętnastu lat zespół złożony z czwórki doświadczonych Niemek i Niemców, może zostać z powodzeniem scedowana na trójkę świeżo zatrudnionych Polek i Polaków, wydawała mi się od początku wątpliwa. Jednakże pomysł, aby tracących swoje wieloletnie stanowiska pracy ludzi konfrontować bezpośrednio z osobami, które im tę pracę zabierają, a także planować przeprowadzenie skutecznych „treningów” i „transferu wiedzy” w czasie trwania okresu wypowiedzenia, był w mojej ocenie dowodem absolutnej
217
bezwzględności i obojętności na czynnik ludzki. Było to stawianie obu stron procesu od początku w skrajnie niewygodnej i stresującej sytuacji przy przyświecającym całej akcji założeniu, że świeżo zatrudniony pracownik w Polsce bez problemu może przejąć 133 procent etatu od doświadczonego pracownika w Niemczech. Słowem: koncern się z ludźmi nie patyczkował. Tymczasem u jednej z dwóch współzatrudnionych na rynek niemiecki koleżanek zauważyłem przejawy ciekawych struktur dyskursywnych. Dziewczyna miała trzydzieści lat, była absolwentką filologii rosyjskiej, mówiła po rosyjsku, polsku, angielsku i niemiecku, na pewno nie brakowało jej inteligencji. Sprawiała też wrażenie osoby pewnej siebie czy też „idącej po swoje”. Podczas odbywanych w kuchni rozmów zauważyłem, że podzielamy niezadowolenie z niedorozwoju w Polsce transportu publicznego, kompletnego zakorkowania miasta, niezdolności Polaków do segregowania śmieci, duszącego w zimie smogu oraz łańcuchowego przywiązania ludzi do indywidualnego transportu samochodowego. Nic tak nie łączy jak wspólne narzekanie – Polak musi sobie przecież pozrzędzić, od razu robi się lżej na duszy. Szybko jednak zauważyłem w przebiegu rozmów odchylenie od normalnego dla mnie tonu i treści. Przykładowo już po dwóch tygodniach pracy koleżanka, odbierając telefony od zatrudnionych w Niemczech osób, których nie widziała na oczy i z którymi rozmawiała właśnie trzeci raz w życiu, używała formy Hallooo mein Schaatz i prężyła się przy tym niczym zalotna biurowa kocica, przesuwając ręką po włosach, po czym chichotała do telefonu
i odbywała wstępną rozmowę długości kilku minut, która nosiła znamiona beztroskiego plotkowania na dowolne tematy w konwencji „no i jak tam, moja kochana, twój wieczór wczorajszy?” albo „jasne, przystojniaczku, zawsze możesz zadzwonić tutaj i podpytać, ciaaao”. Przykład numer dwa: siedzę w kuchni i piję kawę, koleżanka wchodzi, staje przy szafkach, wyciąga kubek i mówi do mnie, wskazując na naszyty na swoich dżinsach na pupie wizerunek owada: „Zobacz, mam tutaj taką pszczółkę, wiesz? Pszczółka lubi się bzykać, bzy, bzy, bzy”, po czym zalewa sobie herbatę i wychodzi. Moją reakcją na tę absurdalną deklarację było osłupienie i chłodne ominięcie sugerowanych skojarzeń na zasadzie „yyy, aha, świetnie”. Reakcja nie spodobała się prawdopodobnie mojej koleżance z zespołu, choć nie zaowocowało to na razie żadnym epickim tąpnięciem stosunków, a raczej czymś w rodzaju obrażonego wycofania, połączonego z przesunięciem akcentów w pozostałych rozmowach z dotychczasowego wspólnego przyznawania, że Niemcy mają zimą czyste powietrze, dobrze rozwiniętą sieć transportu kolejowego i pełno użytkowanych przez cały rok ścieżek rowerowych w stronę: „ta, Niemcy były fajne kiedyś. Ale teraz za dużo tam ciapaków przyjechało, turasów różnych i innych brudasów. Nie to co w Szwajcarii. W Szwajcarii tych brudasów nie ma jeszcze na szczęście”. Moją odpowiedzią na otwarcie rasistowski dyskurs było dość silne klasowe najeżenie, nie widziałem żadnego sensu w łagodnym tłumaczeniu koleżance od „pszczółka lubi się bzykać, bzy, bzy, wiesz?”, że czuję się nieswojo, uczestnicząc w dyskusji o „ciapatych” i „bangladeszach”, zamknąłem się więc w sobie, sugerując przez wycofanie, że nie
219
aprobuję tego typu języka. Koleżanka prawdopodobnie odczytała to poprawnie, czyli jako wyższościowe usztywnienie i brak uznania, a jako osoba urodzona na obszarze byłego Związku Radzieckiego i wyrastająca najprawdopodobniej w konserwatywnej materialistycznej rodzinie właśnie na punkcie „uznania” i traktowania „jak równy równego” miała pierdolca. Często w sposób niesprowokowany wygłaszała ultrakonserwatywne interpretacje męskich i kobiecych ról płciowych, które jednocześnie miały w sobie pozorny element progresywno-emancypacyjny, jak np. „Znowu ten ciapaty do mnie pisze, ten to pewnie z tych, co myślą, że kobieta to przy garach ma tylko stać i dzieci rodzić, ta, taki to pewnie wraca z pracy i wielki bohater, i jeszcze obiad mu podaj pod nos, i herbatę zrób”, zmieszane jednak z seksualnymi fantazjami uwikłanymi w tak zaprojektowaną dialektykę: „Facet to musi być facet, ja to lubię, jak mnie łapie za włosy, ciągnie i wlewa mi w usta wino, mówiąc »pij, kobieto«”. Koleżanka, jak niejedna osoba, ze mną włącznie, lubiła pić alkohol, ale zamiast preferować zaciszne bary z tyskim z nalewaka za osiem złotych typu Amatorska czy Pub pod Baryłką, chodziła „na kluby” lub pić drinki do sieciowych pijalni wódki i piwa. Byliśmy z dwóch bardzo różnych bajek. W moim odbiorze cechowała ją nadmierna pewność siebie, teatralna inscenizacja pozytywnej, ale wypłukanej z emocjonalnej głębi i wiarygodności komunikacji, koncentracja na otrzymywaniu społecznych nagród za jej akcentowaną seksualną atrakcyjność i ogólna autoprezentacyjna sztuczność. W skrócie: typical dark triad bitch. Jeszcze przed wyjazdem na szkolenie do Nadrenii
Północnej-Westfalii nasze relacje zaliczyły nosedive i nigdy nie wróciły do normalności. Druga koleżanka była zwyczajną, ugodową i ciężko pracującą dziewczyną, która dojeżdżała do biura codziennie samochodem czterdzieści kilometrów w jedną stronę, a jej zdolność do brania na siebie dużej liczby powtarzalnych, mechanicznych zadań wykonywanych ze stoperem w ręku przekraczała możliwości zwyczajnego człowieka. Z perspektywy czasu myślę, że umiejętność znoszenia ponadprzeciętnego obciążenia pracą była głównym kryterium, według którego przyjmowano do działu sprzedaży firmy produkującej karton. Mogliśmy się nie lubić i nie być w stanie się na co dzień dogadać, ale dymani wszyscy byli równo i wszyscy z właściwych sobie tylko powodów uznawali za punkt honoru zaciskać zęby i pokazywać, że pozostają kompetentnymi pracownikami nawet w warunkach przypominających okop pod ostrzałem karabinu maszynowego. Ja z powodu obecnej we mnie nutki irytującego prymusa, koleżanka numer jeden z powodu właściwej dla niej fantazji o ostrej tygrysicy – queen bee, koleżanka numer dwa z powodu pogodzenia z losem i naturalnego dla niej nastawienia, że „robota to robota, ciężko jest, ale pieniędzy przecież za darmo nie dają”. Po kilku tygodniach zaznajamiania się z otoczeniem IT i przygotowań „na sucho” w biurze dotarła do nas wiadomość, że pani manager ds. business development and continuous improvement przekazała czwórce niemieckich pracowników informację o wypowiedzeniu umów o pracę wraz z ofertą relokacji do Polski. Zgodnie z oczekiwaniami nikt nie był zainteresowany likwidacją swojego życia
221
w Nadrenii Północnej-Westfalii i można było przejść do etapu drugiego, czyli transferu wiedzy. W tym celu zaplanowano dwa trzytygodniowe pobyty trójki pracowników z Polski w likwidowanym biurze, w dwustutysięcznym nadreńskim mieście pod Düsseldorfem. Delegacje rozplanowane zostały w rytmie trzy tygodnie – tydzień przerwy – trzy tygodnie i rozpoczynały się na początku listopada w taki sposób, aby cały proces przekazania obsługi klientów do biura w Warszawie zamknąć przed Bożym Narodzeniem. Plan delegacji zakładał rozpoczęcie procesu transferu wiedzy czterodniową wizytą w papierni, zlokalizowanej w niewielkim mieście we wschodniej części landu. Papiernia stanowiła główny zakład produkcji kartonu makulaturowego na rynek niemiecki znajdujący się w zasobach koncernu. Po przylocie na lotnisko w Düsseldorfie wypożyczyliśmy samochód, korzystając z faktu, że koleżanka numer dwa jako jedyna w zespole miała prawo jazdy, i ruszyliśmy autostradą na wschód Zagłębia Ruhry do miasta, gdzie zlokalizowana była fabryka. Przed przybyciem na miejsce myślałem, że papiernia to jakiś staromodny zakład z czerwonej cegły z kopcącym kominem i młynem wodnym umiejscowionym na przepływającej nieopodal rzeczce, rodem z dziewiętnastowiecznych rycin o rewolucji przemysłowej w Anglii. Nic bardziej mylnego. Współczesna papiernia to gigantyczny moloch, optycznie zdecydowanie bardziej imponujący od fabryki zakrętek metalowych, wyposażony we własną elektrownię węglową, bocznicę kolejową do transportu koksu opałowego, wysokie kominy i ogromną halę główną, mieszczącą linię produkcyjną – kilkusetmetrowej długości industrialnego Behemota o skomplikowanej strukturze wewnętrznej.
TWÓJ CZAS NIGDY NIE NADEJDZIE
Dziesięć lat w różnych zakładach pracy najemnej nauczyło go jednego: zakład pracy nie jest miejscem, w którym chcesz się znajdować. W naiwnych wizjach studenta socjologii praca jawiła się jako celowa i rozumna działalność człowieka. Tymczasem on widział tylko władzę, taśmową powtarzalność zadań, bezsens wąskiej specjalizacji, eksploatację i różne formy rozkwitającego kretynizmu, który miał dostarczać znaczenia pozbawionym znaczenia czynnościom. Autor popularnego fanpage’a publikujący pod pseudonimem Wiesławiec Deluxe przeszedł przez wszystkie kręgi piekła: od sprzedaży na stoisku z okularami przeciwsłonecznymi, przez prowadzenie wykładów na katolickiej uczelni, pracę handlowca w fabryce zakrętek, aż po różne stanowiska w strukturach korporacji z zachodnim kapitałem. Wiesławiec Deluxe z krytycznym dystansem, dużą dawką abstrakcyjnego humoru i erudycją pokazuje, jak nasze życie można sprowadzić do obrazka narysowanego w Paincie. Bez znieczulenia przedstawia emanacje późnego kapitalizmu i desperackie próby odnalezienia się w systemie, który kreuje bezsensowne bullshit jobs.
ISBN 978-83-240-8370-1
Cena 44,99 zł
To książka przeraźliwie śmieszna i absurdalnie smutna.