Skip to main content

Śmierć Jezusa

Page 1

Coetzee Smierc Jezusa

Przeklad

Mieczyslaw Godyn

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2020


Tytuł oryginału The Death of Jesus Copyright © by J.M. Coetzee, 2019 Projekt okładki Adam Gutkowski goodkowskydesign.com Zdjęcie na okładce Gualtiero Boffi / Arcangel Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Dominika Kraśnienko Adiustacja Urszula Horecka Korekta Barbara Gąsiorowska Copyright © for the translation by Mieczysław Godyń Copyright © for this edition by Wydawnictwo Znak, Kraków 2020 ISBN 978-83-240-6048-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2020. Printed in EU


1

Rześkie jesienne popołudnie. Simón stoi na łączce za blokami mieszkalnymi, przyglądając się meczowi piłki nożnej. Zwykle jest jedynym widzem tych meczów rozgrywanych przez dzieciarnię z bloków. Ale dziś przystanęła tam również, by popatrzeć, dwójka nieznajomych: mężczyzna w czarnym garniturze i dziewczyna w szkolnym mundurku. Piłka szybuje łukiem na lewe skrzydło, gdzie gra David. Chłopiec stopuje ją, z łatwością wyprzedza obrońcę i dośrodkowuje górą. Piłka, nie tknięta przez nikogo, przekracza linię bramki. W tych cotygodniowych meczach nie ma stałych drużyn. Gracze dobierają się według włas­ nego uznania, raz tak, raz tak. Czasem jest ich 5


na boisku trzydziestu, czasem tylko pół tuzina. Kiedy trzy lata wcześniej David po raz pierwszy do nich dołączył, był najmłodszy i najmniejszy z grupy. Teraz należy do najwyższych, ale pomimo wzrostu jest zwinny, śmigły, nie znający – zdawałoby się – zmęczenia. Chwila przestoju w grze. Dwójka nieznajomych podchodzi do Simóna; drzemiący u jego stóp pies budzi się i podnosi głowę.  – Dzień dobry – mówi mężczyzna. – Co to za drużyny?  – Drużyny? Po prostu chłopcy z sąsiedztwa grają sobie w piłkę.  – Nie są źli – chwali nieznajomy. – Pan jest rodzicem? Czy jest rodzicem? Warto wyjaśniać, kim właściwie jest?  – To mój syn – pokazuje – o tam, David. Ten wysoki z czarnymi włosami. Nieznajomy lustruje wzrokiem Davida, wysokiego chłopca z czarnymi włosami, który przechadza się w roztargnieniu, nie zwracając uwagi na grę.  – A nie myśleli o zorganizowaniu się w drużynę? – pyta dalej mężczyzna. – Pozwoli pan, że się przedstawię. Julio Fabricante. A to Maria 6


Prudencia. Jesteśmy z Las Manos. Zna pan Las Manos? Nie? To sierociniec na drugim brzegu rzeki.  – Simón – mówi Simón. Wymienia uścisk dłoni z Juliem Fabricantem z Las Manos, kiwa głową Marii Prudencii. Maria ma na jego oko jakieś czternaście lat, jest mocno zbudowana, z gęstymi brwiami i dobrze rozwiniętym biustem.  – Pytam, bo bylibyśmy szczęśliwi, goszcząc ich u siebie. Mamy prawdziwe boisko, z liniami i prawdziwymi bramkami.  – Myślę, że są zadowoleni, po prostu biegając za piłką.  – Bez rywalizacji nie ma postępów – mówi Julio.  – Zgoda. Ale z drugiej strony budowanie drużyny oznaczałoby wybranie jedenastu zawodników i odrzucenie reszty, co przeczyłoby zasadom, jakie im przyświecają. Tak to widzę. Ale mogę się mylić. Może rzeczywiście chcieliby rywalizować i robić postępy. Proszę ich spytać. David dostał właśnie piłkę. Robi zwód w lewo i rusza w prawo tak płynnym ruchem, że obrońca jest bezradny. Potem podaje do kolegi z zespołu i patrzy, jak tamten anemicznie zagrywa piłkę prosto w ręce bramkarza. 7


– Bardzo dobry jest ten pański syn – mówi Julio. – Naturalny talent.  – Ma przewagę nad przyjaciółmi. Bierze lekcje tańca, stąd ta koordynacja. Gdyby inni chłopcy też się uczyli tańczyć, byliby równie dobrzy.  – Słyszysz, Mario? – pyta Julio. – Może powinnaś pójść za przykładem Davida i zapisać się na lekcje tańca. Maria patrzy nieruchomo przed siebie.  – Maria Prudencia też gra w futbol – wyjaśnia mężczyzna. – To podpora naszej drużyny. Słońce chyli się ku zachodowi. Niedługo chłopiec, który jest właścicielem piłki, zażąda jej z powrotem (Muszę już iść) i zawodnicy rozejdą się do domów.  – Wiem, że nie jest pan ich trenerem – ciągnie Julio. – Widzę również, że nie przepada pan za zorganizowanym sportem. Niemniej, dla dobra dzieci, niech pan przemyśli sprawę. To moja wizytówka. Chłopcom mogłoby się spodobać, gdyby mieli okazję zagrać jako drużyna przeciwko innej drużynie. Dr Julio Fabricante, Educator – głosi wizytówka. – Orfanato de Las Manas, Estrella 4.  – Chodź, Bolívar – mówi Simón. – Czas do domu. 8


Pies dźwiga się na nogi, puszczając przy tym cuchnące wiatry. Przy kolacji David pyta:  – Kim był ten człowiek, z którym rozmawiałeś?  – Nazywa się Julio Fabricante. To jego wizytówka. Jest z sierocińca. Proponuje, żebyście wyłonili spośród siebie drużynę, która zagra z ich reprezentacją. Inés ogląda wizytówkę.  –  Educator – odczytuje. – Co to znaczy?  – To wykwintne słowo na określenie nauczyciela. Kiedy następnego popołudnia Simón przychodzi na łączkę piłkarską, doktor Fabricante już tam jest, przemawiając do skupionych wokół niego chłopców.  – Możecie też sami wybrać nazwę dla swojej drużyny. I kolor koszulek, w których będziecie występować.  – Los Gatos – mówi jeden z chłopców.  – Las Panteras – rzuca inny. Nazwa Las Panteras zyskuje uznanie zebranych, którzy są wyraźnie podekscytowani propozycją doktora Julia.  – My w sierocińcu nazywamy siebie Los Halcones, od sokoła, ptaka o nadzwyczajnie bystrym wzroku. 9


David mówi:  – Dlaczego nie nazywacie się Los Huérfanos? Zapada niezręczna cisza.  – Ponieważ, młody człowieku – odpowiada doktor Fabricante – my nie szukamy żadnych przywilejów. Nie prosimy, by pozwolono nam wygrywać tylko dlatego, że jesteśmy, kim jesteśmy.  – Jesteś sierotą? – pyta David.  – Ja sam akurat nie, ale kieruję sierocińcem i w nim mieszkam. Mam wielki szacunek i miłość do sierot, których jest na świecie więcej, niżby się zdawało. Dzieci milkną. Simón też się nie odzywa.  – Ja jestem sierotą – oświadcza David. – Mogę grać w twojej drużynie? Chłopcy chichoczą nerwowo. Są przyzwyczajeni do Davidowych prowokacji.  – Przestań, Davidzie! – syczy jeden z nich. Pora, żeby on, Simón, się wtrącił.  – Nie jestem pewien, Davidzie, czy zdajesz sobie sprawę, co znaczy być sierotą, prawdziwym sierotą. Sierota nie ma rodziny, nie ma domu. Tutaj właśnie wkracza doktor Julio. On daje sierotom dom. Ty już go masz. – Zwraca się do Julia: – Przepraszam, że wplątuję pana w rodzinną dyskusję. 10


– Nie ma za co przepraszać. David poruszył ważną kwestię. Co to znaczy być sierotą? Czy to po prostu oznacza, że nie ma się widzialnych rodziców? Nie. Bycie sierotą, na najgłębszym poziomie, to bycie samotnym w świecie. W pewnym więc sensie wszyscy jesteśmy sierotami, bo wszyscy, na najgłębszym poziomie, jesteśmy sami w świecie. Jak tłumaczę swoim młodym podopiecznym: to żaden wstyd mieszkać w sierocińcu, bo sierociniec jest mikrokosmosem społeczeństwa.  – Nie odpowiedziałeś mi – nalega David.  – Mogę grać w twojej drużynie?  – Byłoby lepiej, gdybyś grał we własnej – mówi doktor Julio. – Gdyby wszyscy grali w Los Halcones, nie mielibyśmy przeciwników. Nie byłoby żadnej rywalizacji.  – Nie pytam o wszystkich. Pytam tylko o siebie. Doktor Julio zwraca się do Simóna:  – Co pan myśli, señor? Aprobuje pan Las Panteras jako nazwę dla swojego zespołu?  – Nie mam zdania – odpowiada Simón. – Nie chciałbym narzucać własnych gustów naszym młodym przyjaciołom. – Urywa. Chciałby dodać: Którzy byli szczęśliwi, grając w piłkę po swojemu, dopóki ty się nie pojawiłeś na scenie.


2

To ich czwarty rok w tym bloku. Chociaż mieszkanie Inés na drugim piętrze jest wystarczająco duże, by pomieścić całą trójkę, Simón – za wzajemnym porozumieniem – ma na parterze własny kąt, mniejszy i prościej umeblowany. Stać go na to, odkąd jego dochody wzrosły dzięki rencie z tytułu urazu kręgosłupa, który nigdy nie został do końca wyleczony, a którego nabawił się w czasach, gdy pracował jako sztauer w dokach Novilli. Ma własne pieniądze i własne mieszkanie, nie ma jednak swojego kręgu towarzyskiego – nie dlatego, że jest aspołeczny ani że Estrella jest nieprzyjaznym miastem, lecz dlatego, że już dawno temu postanowił poświęcić się wyłącznie wychowaniu 13


chłopca. Inés spędza dni, a czasem i wieczory, w butiku z modną odzieżą, którego jest współwłaścicielką. Jej krąg przyjaciół jest związany z Modas Modernas i szerszym światem mody. Simón rozmyślnie nie interesuje się tymi przyjaźniami. Czy Inés ma kochanków wśród swoich znajomych, tego nie wie i nie chce wiedzieć, dopóki ona pozostaje dobrą matką. David rozkwita pod ich opieką. Jest silny i zdrowy. Przed laty, gdy mieszkali w Novilli, mieli zatarg z władzami oświatowymi. Nauczyciele uznali Davida za obstinado, krnąbrnego. Od tamtej pory Inés i Simón trzymają go z dala od szkół publicznych. Simón jest przekonany, że dziecko o tak widocznej wrodzonej inteligencji da sobie radę bez formalnej edukacji. „On jest wyjątkowym chłopcem – mówi do Inés. – Kto może przewidzieć, w jakim kierunku rozwiną się jego talenty?” Inés, w chwilach wspaniałomyślności, jest gotowa się z nim zgodzić. Do estrelliańskiej Akademii Muzyki David uczęszcza na zajęcia śpiewu i tańca. Lekcje śpiewu są prowadzone przez dyrektora Akademii Juana Sebastiána Arroyo. Jeśli chodzi o taniec, nie ma w Akademii nikogo, kto mógłby chłopca czegokolwiek jeszcze nauczyć. W te dni, kiedy 14


pojawia się w szkole, tańczy tak, jak sam sobie umyśli; pozostali uczniowie naśladują jego kroki albo – jeśli nie dają sobie rady – po prostu patrzą. Simón także jest tancerzem, choć późno nawróconym i bez szczególnego drygu. Tańczy tylko w domu, wieczorami, sam. Ubrany w piżamę, nastawia niezbyt głośno gramofon i tańczy dla siebie z przymkniętymi oczami, aż do zupełnego uspokojenia umysłu. Potem wyłącza muzykę, kładzie się do łóżka i śpi snem sprawiedliwego. Przez większość wieczorów muzykę tworzy cykl tańców na flet i skrzypce, skomponowany przez señora Arroyo dla uczczenia pamięci jego drugiej żony Any Magdaleny. Tańce nie mają tytułów; płyta, wyszperana gdzieś na tyłach sklepu w mieście, nie ma żadnej etykiety. Sama muzyka jest powolna, dostojna i smutna. David nie zniża się do uczęszczania na normalne lekcje. W szczególności nie zaprząta sobie głowy robieniem ćwiczeń arytmetycznych, jak zwykły dziesięciolatek, a to z powodu uprzedzenia do arytmetyki, utwierdzonego w nim przez nieżyjącą już señorę Arroyo. Wpajała ona swoim uczniom, że liczby całkowite są boskimi, niebiańskimi bytami, które zasługują na szacunek, bo istniały, zanim powstał świat materialny, i nadal będą istnieć, gdy świat dobiegnie końca. 15


Mieszanie liczby jeden z innymi (adición, sustracción), dzielenie liczb na kawałki (fracciones) bądź używanie ich do mierzenia liczby cegieł lub ilości mąki (la medida) stanowi zniewagę dla ich boskości. Na dziesiąte urodziny David dostał od Inés i Simóna zegarek, którego nie nosi, ponieważ (jak powiada) ustawia on liczby w porządku kolistym. Być może godzina dziewiąta jest przed godziną dziesiątą – mówi – ale dziewięć nie jest ani przed, ani po dziesięciu. Do pietyzmu señory Arroyo dla liczb, znajdującego wyraz w tańcach, których uczyła swoich podopiecznych, David dodał własny osobliwy rys: utożsamianie pewnych liczb z określonymi gwiazdami na niebie. On, Simón, nie rozumie filozofii liczb głoszonej w Akademii: otwarcie przez świętej pamięci señorę, bardziej dyskretnie przez wdowca Arroyo i jego przyjaciół muzyków (sam osobiście nie uważa jej za filozofię, lecz za kult). Nie rozumie jej, ale ją toleruje – nie tylko ze względu na Davida, lecz również dlatego, że kiedy jest w odpowiednim nastroju podczas swoich samotnych wieczornych tańców, nachodzi go czasem chwilowa, przelotna wizja, jakby przeniesiona z nauk señory Arroyo: srebrzyste sfery, zbyt mnogie, by 16


je można było policzyć, wirują wokół siebie z nieziemskim pogłosem, w nieskończonej przestrzeni. Tańczy, ma wizje, a jednak nie uważa się za wyznawcę kultu liczb. Ma dla swoich wizji racjonalne wyjaśnienie, które na ogół mu wystarcza: kołyszący rytm tańca i hipnotyczny zaśpiew fletu wywołują stan transu, w którym fragmenty wspomnień odrywają się od łożyska pamięci i wirują przed wewnętrznym okiem. * David nie umie albo nie chce liczyć. Co gorsza, nie chce również czytać. To znaczy po tym, jak sam się nauczył czytać na Don Quixocie, nie przejawia zainteresowania innymi książkami. Zna Don Quixota na pamięć, w skróconej wersji dla dzieci; traktuje tę książkę nie jak zmyśloną opowieść, lecz jak prawdziwą historię. Gdzieś w świecie – jeśli nie w tym, to w następnym – Don Quixote przemierza trakty i bezdroża na swoim wierzchowcu o imieniu Rocinante, a obok niego truchta Sancho na ośle. Nie od dziś spierają się o Don Quixota.  – Gdybyś się otworzył na inne książki – przekonuje Simón – tobyś zobaczył, że oprócz Don Quixota jest na świecie mnóstwo bohaterów, a także 17


bohaterek wyczarowanych z niczego przez płodne umysły pisarzy. Prawdę mówiąc, jako utalentowany chłopak mógłbyś wymyślać własnych bohaterów i posyłać ich w świat, żeby mieli przygody. David prawie go nie słucha.  – Nie chcę czytać innych książek – mówi lekceważąco. – Umiem już czytać.  – Masz mylne wyobrażenie o tym, co znaczy czytać. Czytanie nie polega po prostu na przemienianiu drukowanych znaków w dźwięki. Jest czymś głębszym. Prawdziwe czytanie oznacza słuchanie tego, co książka ma do powiedzenia, i rozważanie tego, a może nawet prowadzenie w umyśle rozmowy z autorem. Oznacza dowiadywanie się czegoś o świecie: takim, jaki jest, a nie jakim chciałbyś, żeby był.  – Dlaczego? – pyta David.  – Dlaczego? Bo jesteś młody i mało jeszcze wiesz. Pozbędziesz się swojej niewiedzy tylko poprzez otwarcie się na świat. A najlepszym sposobem otwarcia się na świat jest czytanie tego, co mają do powiedzenia inni ludzie, ludzie bardziej doświadczeni od ciebie.  – Znam świat.  – Nie, nie znasz. Nie masz najmniejszego pojęcia o świecie istniejącym poza twoim własnym, 18


ograniczonym polem doświadczeń. Tańczenie i kopanie piłki są same w sobie fajnymi zajęciami, ale niczego nie uczą o świecie.  – Czytam Don Quixota.  – Don Quixote, powtarzam, to nie jest świat. Bynajmniej. To zmyślona opowieść o starym, pełnym złudzeń człowieku. Zabawna, bo wciągająca w krainę fantazji, ale ta kraina nie jest rzeczywista. W istocie przesłanie tej książki polega na ostrzeżeniu takich czytelników jak ty, żeby nie dali się wciągnąć w nierzeczywisty świat, świat fantazji, który wchłonął Don Quixota. Nie pamiętasz, jak się kończy książka? Kiedy Don Quixote doznaje opamiętania i każe siostrzenicy spalić swoje księgi, tak by w przyszłości nikogo nie kusiło pójście jego zwariowaną ścieżką?  – Ale ona nie pali tych ksiąg.  – Pali! Może nie powiedziano tego wyraźnie w tekście, ale na pewno pali. Jest przeszczęśliwa, że może się ich pozbyć.  – Ale nie pali Don Quixota.  – Nie może spalić, bo jest wewnątrz tej opowieści. Nie można spalić książki, w której się jest, w której się występuje.  – Można. Ale ona tego nie robi. Bo jakby zrobiła, to ja bym nie miał Don Quixota. Boby się spalił. 19


Simón zawsze wychodzi z tych dyskusji z chłopcem skonsternowany, ale i w jakiś niejasny sposób dumny: skonsternowany, bo nie umie poko­ nać dziesięciolatka w sporze; dumny, bo ten dziesięciolatek tak zręcznie potrafi zapędzić go w kozi róg. Ten dzieciak może i jest leniwy, może bezczelny – mówi do siebie – ale przynajmniej nie jest głupi.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Śmierć Jezusa by SIW Znak - Issuu