ANNA CIEŚLAR
| BERDO |
KRA KÓW 2020
Kiedy Radek skończył dwa lata, Berdo poszedł na dziwki po raz ostatni. Właśnie do tej blondyny, której przyglądał się teraz bez‑ namiętnie znad pełnego kufla, zaskoczony własną obojętnością. Żadnego pożądania, nawet ukłucia, nic, mimo że rozcięcie su‑ kienki odsłaniało tyle, ile trzeba, tak jak lubił – nie dużo, wul‑ garnie, lecz w sam raz, by pobudzić wyobraźnię. Teraz jednak był przykładnym ojcem własnego syna. Na samą myśl parsknął, aż piwna piana wylądowała na kontuarze. Musiał przyznać, że gówno się znał na rodzicielstwie. Potrafił skłusować i sprawić wilka, ale wychowanie dzieciaka przekraczało jego umiejętności. Spojrzał znów na drugi koniec baru, gdzie otulona papieroso‑ wym dymem niby radioaktywnym wyziewem znad moczarów siedziała blondyna. Jak miała na imię – nie pamiętał. Nie była jak Iza. Żadna z nich nie była jak Iza.
* Z zewnątrz dobiegły ich warczenia i skowyty. Urwały się, po czym odezwały ponownie. Berdo nasłuchiwał, a kiedy zaczęły przybierać na sile i zmieniły się w zwarty, upiorny jazgot, sko‑ czył na równe nogi, złapał stojącą w kącie kuszę i wybiegł na ganek. Chwilę później Radek chwycił go za rękę. – To Zev. Tato, to Zev! Rudo‑czarna masa. Zev i Kanczi. Dwa cielska odskakiwały od siebie, by zaraz zewrzeć się znów w jedno nad porzuconymi w trawie sarnimi resztkami. Podwinięte wargi, błyskające kły. Wilcze i psie. Kłapanie szczęk, to chybione, to znów sięgające celu. Strzępy futra, smugi krwi na wygniecionej trawie. Berdo krzyknął w momencie, gdy zwierzęta odskoczyły, ale nie za‑ reagowały, tylko znów rzuciły się na siebie. Kanczi próbował sięgnąć gardła wilka, a wtedy Zev z niespodziewaną szybkością odwrócił się i rozorał mu pysk. Pies odskoczył, wydając serię płaczliwych skowytów, i natarł po raz drugi. Chwycił Zeva za górną wargę, zwarł szczęki i trzymał w uścisku. Na moment zwierzęta znieruchomiały, jakby w nerwowym oczekiwaniu. Ich mięśnie były napięte do granic możliwości. Nagle Zev naparł całym ciałem na Kancziego i przygwoździł go do ziemi. Ber‑ do zbiegł ze schodów, naciągając cięciwę, i uniósł broń. Radek uczepił się jego ramienia. – Nie strzelaj! – Zaniósł się spazmatycznym szlochem. – Bła‑ gam, nie strzelaj! – Zamknij się!
4
Berdo wyszarpnął ramię z uścisku. Próbował wycelować, ale Kanczi i Zev stały się znowu jedną skłębioną masą. Wreszcie zwolnił cięciwę. Bełt drasnął wilka w bark i utkwił w ziemi. Zev okręcił się, jakby chciał złapać własny ogon, i zaczął umykać w stronę lasu. Zanim Berdo sięgnął po kolejny bełt, wilk zdą‑ żył zniknąć w gęstwinie. Kanczi leżał na boku wśród powyrywanych strzępów sierści. Próbował wstać, ale wydał z siebie tylko cichy skowyt i położył się z powrotem. Zaczął się czołgać. Radek skoczył w jego stronę, ale Berdo chwycił go za ramię i pociągnął w tył. Zasłonił sobą psa i pchnął małego ku schodom. – Idź do domu. Radek znowu rzucił się w przód. Próbował go wyminąć, a gdy Berdo nie chciał ustąpić, ugryzł go w dłoń. Michał syknął bardziej z zaskoczenia niż z bólu i pchnął Radka po raz drugi, tak że ten potknął się o schody i przysiadł na pierwszym stopniu. – Właź do domu, powiedziałem! Radek się nie poruszył. Stanął na szeroko rozstawionych no‑ gach, jakby gotów do pojedynku, lecz gdy Berdo zrobił krok w jego stronę, wycofał się ku drzwiom. Berdo podszedł do Kancziego z kuszą w ręku. Pies dostrzegł go i uniósł nieco łeb, lecz zaraz go opuścił. Krwawiące war‑ gi, rozległa rana na barku. Ślady kłów na szyi i bokach. Cichy, świszczący oddech. Berdo ukląkł i pogłaskał Kancziego po łbie tuż nad oczami. Gładka sierść. Obejrzał się przez ramię. Wszedł na ganek i zamknął drzwi, a potem wrócił do psa i długo mu się przyglądał. Odszedł kawałek, nałożył bełt i napiął cięciwę. Ce‑ lował w miejsce tuż za łopatką, ale nie mógł opanować drżenia rąk. Grot kreślił w powietrzu nieregularne kształty, więc Michał 5
po chwili rozluźnił cięciwę i opuścił broń. Zamknął oczy, a kie‑ dy znów je otworzył, pies nadal przed nim leżał. Krew broczyła z ran i plamiła ziemię. Berdo nabrał powietrza i uniósł broń po raz drugi. Tym razem szybko i pewnie. Rozległ się świst zwalnia‑ nej cięciwy i zapadła cisza. Kanczi nie wydał żadnego dźwięku. Berdo cofnął się o krok i upuścił kuszę na trawę. Przez chwi‑ lę nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Stał i patrzył, aż wreszcie nakazał sobie wziąć się w garść. Bełt wbił się w ciało niemal po same lotki, przeszedł na wy‑ lot i utkwił w ziemi. Berdo wyszarpnął grot, a potem wyjął bełt przez ranę wylotową, odrzucił i znów się cofnął. Czuł na pal‑ cach ciepłą krew. Zacisnął dłonie w pięści, a potem wolno je otworzył. Lepkość. Odwrócił się i wszedł po schodach na ganek. Długo stał przed drzwiami, po czym pchnął je barkiem, aż ot‑ warły się na oścież, i przekroczył próg. Z szafki wyjął szklankę. Przez chwilę obracał ją w palcach, zostawiając czerwonordzawe odciski na grubych ściankach. Poczuł metaliczny zapach. Po‑ stawił naczynie na stole, a potem podszedł do ławy i odsunął ją od ściany. Ukląkł i podważył nożem jedną z desek. Ze skryt‑ ki wyjął wódkę, wrócił do stołu i usiadł. Napełnił szklankę po brzeg i z hukiem odstawił butelkę. Kilka kropel skapnęło na blat. Starł je przedramieniem. Opróżnił szklankę i napełnił po‑ nownie. Słyszał, jak w pokoju Radek płacze i drze notatnik. Ze świstem nabrał powietrza i przymknął powieki. Odgłos targa‑ nego papieru był aż nadto sugestywny. Jakiś czas później Radek stanął w wejściu do pokoju, w po‑ zbawionej drzwi futrynie. Wpatrywał się w Berda błyszczącymi oczyma. Miał mokrą twarz i zaciśnięte pięści. Chwilę patrzyli na siebie i Berdo zdał sobie sprawę, że Radek przygląda się jego 6
ubrudzonym krwią dłoniom. Opróżnił szklankę, a potem wstał i podszedł do drzwi wejściowych. Wyjrzał. Ciało Kancziego le‑ żało w miejscu, w którym je zostawił. Zamknął drzwi i usiadł znów za stołem. Nalał sobie trzecią porcję, a potem następną, lecz nie wypił jej już, bo zakręciło mu się w głowie. Zauważył, że Radek wychodzi z chaty, obserwował, jak przekracza próg. Po‑ myślał, że powinien go zatrzymać, ale nie miał na to siły. Wresz‑ cie zalała go fala kojącego odrętwienia, wszystkie myśli rozmyły się tak, że w głowie miał pustkę, a życie stało się lekkie i proste.
* Trzymał Radka za rękę, dopóki mały nie zasnął. Potem posta‑ wił na stole lampę naftową i wyszedł na ganek. Nie domknął drzwi. Aron ułożył się u jego stóp. Millionen Jahren uwielbiał noce takie jak ta. Spokojne, rozgwieżdżone i ciepłe tak, że mógł siedzieć na ganku do późna, chłonąć zapachy, słuchać szmeru strumienia, który w niezwykłej nocnej ciszy zdawał się przybie‑ rać na sile, patrzeć w migotliwe gwiazdy i odczuwać przestrzeń. Teraz jednak nasłuchiwał oddechu Radka, przestwór wydawał mu się przytłaczający, a światło gwiazd wątłe i zimne jak nigdy. Pogłaskał Arona po łbie. Czuł, że utrata kochanego psa to je‑ dynie siła sprawcza. Coś w Radku pękło i staruszek wiedział, że ową ranę będzie mógł zabliźnić jedynie Berdo. Oby znalazł w sobie dość odwagi. I siły. Wszedł do chaty, gdy Radek zaczął wołać Kancziego i łkać przez sen. Usiadł przy łóżku i obserwował, jak mały zaciska pię‑ ści, przewraca się w pościeli. Czekał. Powstrzymał chęć chwyce‑ nia go za rękę, nie chciał go budzić. Chwilę później Radek sam zerwał się z posłania, a gdy dotarło do niego, gdzie jest, znów zniknął pod kołdrą i płakał zwinięty w kłębek. Millionen Jahren wyciągnął rękę, ale pod dotknięciem jego dłoni Radek skurczył się jeszcze bardziej. – Radku… Staruszek szukał odpowiednich słów, ale po raz pierwszy od dawna nic nie przychodziło mu do głowy. Siedział więc tylko i patrzył. Lampa naftowa paliła się z cichym sykiem, bardziej to wiedział, niż słyszał. Wątłe światło odbijało się w szybach 8
okien, tak że mógł dojrzeć w nich wnętrze chaty, jak w lustrze. Widział siebie, lekko rozmytą, nieostrą postać bezradnego sta‑ rego człowieka. W pewnym momencie Radek wychylił się spod kołdry. Uło‑ żył głowę na poduszce i patrzył na niego bez słowa. Oddychał przez usta, pociągał nosem. Millionen Jahren rozejrzał się za chusteczką, ale nie miał ani jednej. Westchnął w przypływie zmęczenia. Szczypały go oczy, więc odruchowo potarł twarz dłońmi. – Możesz się położyć koło mnie? – bardziej stwierdził, niż zapytał Radek. Millionen Jahren był mu wdzięczny za propozycję. Zgasił lampę. Ze stęknięciem wyciągnął się na łóżku. Wstrzymał od‑ dech i czekał, aż minie ból w lędźwiowym odcinku kręgosłupa, a potem przewrócił się na bok. Chwilę później poczuł, że Radek przyciska się do niego, i usłyszał, jak mówi prosto w jego pierś. Stłumiony, a jednak wyraźny głos. Ciepły oddech. – Nienawidzę go za to. Bardzo nienawidzę. – Rozumiem twój żal, Radku. Teraz śpij. Spróbuj. Jutro po‑ rozmawiamy. Millionen Jahren walczył ze zmęczeniem, starał się nie za‑ snąć przed Radkiem, ale sen nieustępliwie upominał się o nie‑ go. Nim zgasła w nim świadomość, usłyszał jeszcze słowa, które zabolały go bardzo, choć w innych okolicznościach i czasach zapewne nie posiadałby się z radości. – Ty powinieneś być moim tatą, nie on.