Skip to main content

Paddington daje sobie radę

Page 1

Paddington daje sobie radę

Michael Bond

ilustracje Peggy Fortnum


Tytuł oryginału Paddington Helps Out Projekt okładki Zuzanna Weremiuk Ilustracje na okładce i w środku Peggy Fortnum Opieka redakcyjna Magdalena Kilian­Antoine Łamanie Dawid Kwoka Adiustacja Urszula Horecka Korekta Małgorzata Kłosowicz Justyna Techmańska First published in Great Britain by HarperCollinsPublishers Ltd in 1960 Revised edition published by HarperCollins Children’s Books in 2014 Text copyright © Michael Bond 1960 Illustrations copyright © Peggy Fortnum and HarperCollinsPublishers Ltd 1960 Cover illustration adapted and coloured by Mark Burgess from the originals by Peggy Fortnum Copyright © for the Polish edition by SIW Znak sp. z o.o., 2021 Copyright © for the translation by Aleksandra Kamińska ISBN 978­83­240­7556­0

Przeczytaj, co o książce sądzą inni czytelnicy, i oceń ją na lubimyczytać.pl Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30­105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e­mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie III, Kraków 2021 Druk i oprawa: OZGraf


Rozdział pierwszy Piknik na rzece

Paddington zdumiony usiadł na łóżku. Życie w domu Brownów toczyło się według ustalonego rytmu – do­ tyczyło to w szczególności pory śniadania. Pobudka o tak wczesnej porze jak tego dnia w zasadzie się nie zdarzała. Niedźwiadek uważnie rozejrzał się po swojej sypialni, ale wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu. Fotografia cioci Lucy, zrobiona tuż przed jej prze­ prowadzką do domu dla emerytowanych niedźwiedzi


6

Paddington daje sobie radę

w Limie, stała na szafce nocnej obok słoika ulubionej marmolady i kilku innych drobiazgów. Jego stary kapelusz oraz flauszowy płaszcz wisiały na kołku na drzwiach, a peruwiańskie centavo spoczy­ wały bezpiecznie pod poduszką. Gdy uniósł zwisający skraj prześcieradła i zajrzał pod łóżko, upewnił się, że jego skórzana walizka z sekretną przegródką, zawierająca pamiętnik i parę ważnych do­ kumentów, też jest na swoim miejscu. Paddington odetchnął z ulgą. Choć mieszkał z ro­ dziną Brownów już od ponad roku, nadal nie przywykł do posiadania własnego pokoju, a poza tym był z natury ostrożny i zapobiegliwy. Dlatego zamiast z powrotem zasnąć, sięgnąwszy naj­ pierw łapą do słoja z marmoladą, nadstawił czujnie ucha. Z ogrodu dobiegały głosy co najmniej kilku osób. Parę ra­ zy trzasnęły drzwi, a następnie rozległ się stłumiony dźwięk do złudzenia przypominający brzęk talerzy. Towarzyszył mu głos pana Browna wydającego chyba jakieś polecenia. Paddington wygramolił się z łóżka i prędko podszedł do okna. Na dole najwyraźniej działo się coś ciekawego i za nic nie chciał tego przegapić. Zerknął przez szybę i osłu­ piał ze zdumienia. Chuchnął na szkło i przetarł je łapą, żeby się upewnić, że nie śni.


Piknik na rzece

7

Na trawniku poniżej cała rodzina Brownów – pań­ stwo Brownowie, Jonatan i Judyta – zebrała się wokół dużego wiklinowego kosza. Po chwili dołączyła do nich gospodyni, pani Bird, z talerzem pełnym kanapek. Paddington zsunął się z parapetu i popędził na dół. Cała sprawa była bardzo intrygująca i należało ją jak naj­ szybciej zgłębić. – I oto on: Paddington we własnej osobie! – zawołali Brownowie, kiedy dołączył do nich akurat w chwili, gdy zamykali pokrywkę koszyka. – Ten niedźwiadek wywęszy kanapkę z marmoladą z drugiego końca miasta! – mruknęła gospodyni. – Co my z tobą mamy! – Judyta pogroziła mu pal­ cem. – To miała być niespodzianka! Specjalnie wcześniej wstaliśmy! Paddington wodził oczami od jednej twarzy do dru­ giej coraz bardziej zaintrygowany. – Spokojnie, Paddingtonie, to nic takiego! – zawołała ze śmiechem pani Brown. – Nie ma się czym przejmo­ wać. Po prostu wybieramy się na piknik na rzece. – I urządzimy sobie zawody wędkarskie! – zawołał Jonatan, wymachując podbierakiem. – Tata obiecał na­ grodę dla tego, kto pierwszy złowi rybę! Paddington nie posiadał się z radości.


8

Paddington daje sobie radę

– Prawdziwy piknik?! – wykrzyknął. – Nigdy jeszcze nie byłem na pikniku na rzece! – To bardzo dobrze się składa – pan Brown dziarsko podkręcił wąsa – bo dziś będziesz miał okazję. Pospiesz się zatem i zjedz śniadanie. Zapowiada się piękny dzień, szkoda każdej minuty. Niedźwiadkowi nie trzeba było tego dwa razy powta­ rzać. Gdy Brownowie zajęli się pakowaniem piknikowe­ go sprzętu do bagażnika samochodu, popędził do domu, gdzie już czekało na niego śniadanie. Paddington prze­ padał za nowymi doświadczeniami i nie mógł się już do­ czekać obiecanej wycieczki. W mieszkaniu z Brownami najbardziej lubił właśnie to, że tak często przytrafiały mu się niespodzianki. – Mam wielką nadzieję, że nigdy nie uda mi się spró­ bować wszystkiego! – zwierzył się pani Bird, która właś­ nie zajrzała do pokoju, by sprawdzić, czy już zjadł swoje grzanki z marmoladą. – Bo inaczej nie będzie już żad­ nych niespodzianek! – Już ja ci dam niespodziankę, jeśli zaraz nie zmy­ jesz sobie z wąsów resztek jajka na bekonie! – mruknęła gospodyni. – Jeśli chodzi o przyciąganie brudu, nie ma na świecie drugiego takiego niedźwiadka jak ty! Paddington zrobił zbolałą minę i ruszył do łazienki.


Piknik na rzece

9

– Starałem się tylko pospieszyć! – usprawiedliwił się. Mimo to bez zwłoki popędził po schodach na piętro. Miał jeszcze sporo rzeczy do zrobienia przed wyjściem z domu. Po pierwsze, musiał spakować swoją walizkę, a po drugie, chciał koniecznie zajrzeć do atlasu. Pad­ dington interesował się geografią i był bardzo ciekaw, jak to jest piknikować na rzece. Brzmiało to niezwykle intrygująco. – Nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale kiedy ta rodzina się dokądś wybiera, za każdym razem bierze ze sobą tyle bagażu, co cały pułk wojska na miesięczną wyprawę! – mruknęła pani Bird, poprawiając kapelusz po raz bodaj czterdziesty. Brownowie zapakowali się do samochodu i ruszyli w kierunku rzeki. Oprócz samych Brownów, Paddingto­ na i pani Bird w aucie znajdowały się też kosz piknikowy, gramofon, stosik płyt, kilka zawiniątek, sprzęt wędkarski, parawan, namiot i sterta poduszek. Pani Brown musiała przyznać rację gospodyni. Było jej bardzo niewygodnie. Skórzana walizka Paddingtona wbijała jej się w plecy, a jego stary kapelusz, który nie­ dźwiadek koniecznie chciał mieć na głowie dla ochrony przed słońcem, łaskotał ją w policzek.


10

Paddington daje sobie radę

– Daleko jeszcze? – spytała. Paddington, skulony obok niej na przednim siedzeniu, rzucił okiem na mapę. – Zdaje mi się, że to już następny skręt w prawo – oświadczył, pokazując kierunek. – Oby to była prawda! – westchnęła pani Brown. Już raz tego ranka źle skręcili, bo Paddington pomylił trasę z kawałkiem marmolady przyschniętym do mapy. – Skręt w prawo za zaschniętą marmoladą, też coś – parsknął pan Brown. – Tamtemu policjantowi wcale się to nie spodobało! Pragnąc się jakoś zrehabilitować, niedźwiadek wysta­ wił głowę przez okno i przez chwilę powęszył. – Myślę, że już się zbliżamy! – zawołał. – Czuję coś dziwnego! – To benzyna z baku – skwitował pan Brown, zerkając w kierunku wskazywanym przez Paddingtona. – Rzeka jest po drugiej stronie. W tej samej chwili skręcili w boczną drogę i zobaczyli szeroki nurt rzeki. Paddingtonowi rozbłysły oczy. Podczas gdy po­ zostali zajęli się wyładowywaniem bagaży, on stanął na brzegu i podziwiał krajobraz. Był pod wielkim wrażeniem.


Piknik na rzece

11

Nadrzeczna promenada była pełna ludzi, a na wodzie unosiło się mnóstwo łódek. Paddington dostrzegł kajaki, łódki z wiosłami, rowery wodne i żaglówki. Obok nich przepływał właśnie parowiec z grupą pasażerów, rozpry­ skując wodę i sprawiając, że wszystkie pozostałe łodzie zakołysały się na fali. Ludzie na pokładzie wydawali się bardzo zadowoleni, a kilka osób wskazało niedźwiadka palcami i mu pomachało. Paddington ukłonił się, uchylając kapelusza, i zwrócił się do pozostałych. – Chyba lubię rzeki – oznajmił. – Mam taką nadzieję, kochany – powiedziała niepew­ nie pani Brown. – Chcieliśmy ci sprawić przyjemność. Przyjrzała się rzędowi łódek przycumowanych do przy­ stani. Poprzedniego dnia pomysł jej męża, by urządzić so­ bie piknik na rzece, wydał jej się znakomity, teraz jednak, gdy dotarli na miejsce, zaczęło jej doskwierać jakieś nie­ dobre przeczucie. Wiedziała, że pani Bird myśli o tym samym. Z bliska łódki wydawały się bardzo małe. – Jesteś pewien, że są bezpieczne, Henry? – spytała nerwowo. – Bezpieczne? – powtórzył pan Brown, prowadząc po­ zostałych na przystań. – Ależ oczywiście, że są bezpieczne. Zostaw to mnie. Paddingtonie! – zawołał. – Ty będziesz


12

Paddington daje sobie radę

odpowiedzialny za liny, dobrze? To znaczy, że będziesz naszym sternikiem. – Dziękuję! – powiedział radośnie niedźwiadek. Poczuł się bardzo ważny. Oczy błyszczały mu z podniecenia, gdy wspiął się na łódkę i zaczął badać nieznane sprzęty. – Człowiek z wypożyczalni jest zajęty – oznajmił pan Brown, pomagając reszcie wejść na pokład – więc powie­ działem mu, że sami odbijemy od brzegu. – Paddingtonie! – wykrzyknęła pani Brown, podno­ sząc z dna łodzi najlepszy kapelusz przeciwsłoneczny pa­ ni Bird. – Uważaj, co robisz z tym podbierakiem! Zaraz strącisz komuś głowę! – Przepraszam – odparł skruszony niedźwiadek. – Chciałem go tylko wypróbować! – No dobrze. – Pan Brown zajął miejsce i chwycił za wiosła. – Odpływamy! Stań przy sterze, Paddingtonie. – Co mam robić? – zawołał niedźwiadek. – Pociągnij za linę! – odkrzyknął pan Brown. – Śmia­ ło, łap tę z lewej! – Ojej – westchnęła nerwowo pani Bird, trzymając się mocno burty i zaciskając palce na rączce parasolki. Kątem oka dostrzegła, że ludzie im się przyglądają. Tymczasem Paddington pociągnął z całej siły za obie liny przymocowane do steru. Nie wiedział, czy pan Brown


Piknik na rzece

13

miał na myśli s w o j ą lewą stronę, czy może jego, więc dla pewności postanowił ciągnąć za obie. Wszyscy za­ milkli w oczekiwaniu, a pan Brown trudził się przy wiosłach. – Tak sobie myślę, kochany – wtrąciła pani Brown po paru minutach – że byłoby ci łatwiej, gdybyś odcu­ mował najpierw łódź od pomostu. – Co takiego?! – wykrzyknął pan Brown. Otarł pot z czoła i ze złością zerknął przez ramię. – To nikt jeszcze tego nie zrobił? – Ja się tym zajmę! – zawołał Paddington, czując się bardzo ważny. – To ja odpowiadam za liny! Brownowie czekali cierpliwie, podczas gdy niedź­ wiadek przecisnął się wzdłuż burty i zaczął rozsupły­ wać węzeł. Nie szło mu to zbyt sprawnie, ponieważ łapy nadają się do tego gorzej niż ręce, lecz w końcu zawołał, że wszystko gotowe. – No dobrze! – odkrzyknął pan Brown i ponownie wziął się do wioseł. – Odpływamy, zrzucaj cumę, Pad­ dingtonie. Trzymajcie się wszyscy! – Zrzucaj co? – zawołał niedźwiadek, przekrzykując plusk wody. Piknik na rzece okazał się dużo bardziej skompli­ kowanym przedsięwzięciem, niż Paddington mógł


14

Paddington daje sobie radę

przypuszczać. Na łodzi znajdowało się tyle lin, że łatwo było się pogubić. Najpierw pan Brown kazał mu odwią­ zać linę… a teraz wszyscy mieli się trzymać. Paddington zamknął oczy i chwycił się liny z całych sił obiema łapami. Nie do końca zdawał sobie sprawę, co wydarzyło się potem. Dopiero co stał na łódce… a w następnej chwili już jej pod nim nie było! – Henry! – krzyczała pani Brown. – Na miłość boską! Paddington wpadł do wody! – Niedźwiadek za burtą! – wołał Jonatan, gdy łódka oddalała się od brzegu. – Trzymaj się, Paddingtonie! – wtórowała mu Judyta. – Płyniemy po ciebie!


Piknik na rzece

15

– Ależ ja się właśnie trzymałem! – zawodził Padding­ ton, walcząc o pozostanie na powierzchni. – To dlatego wpadłem do wody! Pani Brown zaczęła wiosłować parasolką. – Pospiesz się, Henry! – ponaglała męża. – On na pewno nie umie pływać! – dodała Judyta. – Co takiego? – zawołał Paddington. – Mówi, że na pewno nie umiesz pływać! – odkrzyk­ nął pan Brown. Na te słowa Paddington zaczął rozpaczliwie młócić łapami i z bulgotem zniknął pod wodą. – Patrz, co narobiłeś! – zbeształa męża pani Brown. – Radził sobie, dopóki mu tego nie powiedziałeś! – Oczywiście, jak zwykle moja wina! – Pan Brown zgromił żonę wzrokiem. – Wszystko w porządku! – zaraportował Jonatan. – Ktoś rzucił mu koło ratunkowe! Zanim Brownowie zdołali zawrócić do przystani, Paddington został już wyciągnięty na pomost i leżał na grzbiecie otoczony tłumem gapiów. Ludzie prze­ krzykiwali się radami, a pracownik wypożyczalni sprzę­ tu wodnego robił niedźwiadkowi sztuczne oddychanie. – Całe szczęście nic mu nie jest! – wykrzyknęła z ulgą pani Brown.


16

Paddington daje sobie radę

– Nic dziwnego, nie był w żadnym niebezpieczeń­ stwie! – odpowiedział człowiek z wypożyczalni. – Choć­ by się położył na dnie, woda i tak sięgałaby mu najwyżej do wąsów. Ma w tym miejscu ledwo niecałe dwadzieścia pięć centymetrów głębokości… a teraz nawet mniej, bo ten tutaj większość wypił. Najwidoczniej zanurzył się z otwartym pyskiem. Judyta pochyliła się nad niedoszłym topielcem. – Chyba próbuje coś powiedzieć – stwierdziła. – Gulgulgul – wybełkotał Paddington, siadając. – Leż przez chwilę spokojnie, kolego – upomniał go pracownik wypożyczalni i popchnął go z powrotem na pomost. – Gulgulgul – zabulgotał ponownie niedźwiadek. – Chybazgubiłemkapeluszszsz.


Piknik na rzece

17

– Chybazgubiłemkapeluszszsz? – powtórzył męż­ czyzna, spoglądając na niedźwiadka z zaciekawieniem. – A to ci! Jesteś zagraniczny? Mamy tu zwykle sporo obco­ krajowców w letnim sezonie – dodał, zwracając się do Brownów. – Co prawda pochodzę z Peru – wtrącił się Pad­ dington, gdy wypluł strumień wody i wreszcie złapał oddech – ale mieszkam w Londynie na Windsor Gar­ dens pod numerem trzydziestym drugim. I zgubiłem swój kapelusz! – Tylko nie to! – jęknęła pani Brown, chwytając męża za ramię. – Henry, słyszałeś? Paddington zgubił kapelusz! Cała rodzina wymieniła spojrzenia. Regularnie zda­ rzało im się narzekać na kapelusz Paddingtona – zazwy­ czaj wtedy, gdy niedźwiadka nie było akurat w pobliżu. Kapelusz był okropnie stary i zniszczony i przechodnie wytykali misia palcami na ulicy, przez co Brownowie nie raz najedli się wstydu. Mimo to musieli przyznać, że nie wyobrażają sobie Paddingtona bez tego kapelusza. – Miałem go na sobie, kiedy wpadłem do wody! – la­ mentował Paddington, macając się po głowie. – A teraz zniknął! – O rety! – przyłączył się Jonatan. – Był przecież nie­ źle dziurawy! Mógł zatonąć!


OpOwieść, w której paddingtOn Odkrywa, że nawet z pOważnych tarapatów mOże wyniknąć dObrO

Codzienne obowiązki mogą być sporym wyzwaniem. Gdy państwo Brownowie zachorowali, a pani Bird wyjechała, Paddington musiał wziąć sprawy w swoje łapki. Wszystko jednak wymknęło się niedźwiadkowi spod kontroli… Kawa o smaku kapusty, przerośnięte kluski, powódź w pralni – a to nie koniec. Czy Paddington opanuje ten puchaty chaos, który wywołał?

Paddington to niezwykły przyjaciel twojego dziecka. Mały niedźwiadek o wielkim sercu. Wielbiciel marmolady, dobrych manier i przygód! Opowieści o nim to klasyka brytyjskiej literatury dziecięcej w najlepszym wydaniu. Seria przetłumaczona na ponad 30 języków, która już od przeszło 60 lat rozgrzewa serca maluchów i pokazuje, że gafy zdarzają się nawet najlepszym. I misiom, i dzieciom. Dla wszystkich, którzy mają misia w sercu. A szczególnie dla dzieci w wieku 4+.

Cena 39,99 zł


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Paddington daje sobie radę by SIW Znak - Issuu