Skip to main content

Bez lęku

Page 1

MIA SHERIDAN

BEZ LĘ KU T Ł U M AC Z E N I E

A L E K S A N D R A

KRAKÓW 2018

Ż A K


Tytuł oryginału: Midnight Lily Copyright © 2016 by Mia Sheridan. All rights reserved Copyright © for the translation by Aleksandra Żak Opieka redakcyjna: Natalia Karolak Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Anna Kopeć-Śledzikowska / Wydawnictwo JAK Korekta: Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK, Anna Kopeć-Śledzikowska / Wydawnictwo JAK Łamanie: Andrzej Choczewski / Wydawnictwo JAK Projekt okładki: Eliza Luty Fotografie na okładce: kobieta w ramionach mężczyzny – DIOMEDIA / FPM, dom nad jeziorem – © B. Harvey / Stocksy, las – @nielsfahrenkrogphoto / Twenty20 Fotografia autorki: © Jenny Gaskins / Jenny G Photography ISBN 978-83-7515-480-1

www.otwarte.eu

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl


Książkę dedykuję moim przyjaciółkom, duchowym siostrom, które nieraz mnie ocaliły


Panna

Persefona, królowa świata podziemnego, skazana na spędzanie połowy życia w ciemności, a połowy w świetle.


PROLOG

Widziałem ją wszędzie. Na ulicach, w zatłoczonych restauracjach, raz nawet w krótkim mgnieniu ciemnych włosów i białej koronki tuż przed zamknięciem drzwi windy. Bez zastanowienia, z sercem walącym w piersi jak dzwon, przebieg­ łem dwie kondygnacje schodów tylko po to, by odkryć, że to inna kobieta. Trzymała za rękę małego chłopca. Przyciągnęła go do swojego boku, gdy wychodziła z windy, i spojrzała na mnie podejrzliwie, jakby się bała, że go porwę i ucieknę. W tamtym czasie wciąż się zastanawiałem, czy nie zwariowałem. Wątpiłem, czy ona kiedykolwiek w ogóle istniała. Ale potem przypominałem sobie dotyk jej palców na mojej skórze, gładki jedwab jej włosów, melodię jej śmiechu i to, jak bardzo wciąż ją kochałem. I wiedziałem, w głębi duszy w i e d z i a ł e m, że była prawdziwa. Śniłem o niej, a ona w ciemności trzymała mnie w ramionach. W mroku szeptała, że jestem dość silny, by wytrwać, że

9


jestem wart miłości, którą mi dała. Przypominała mi, kim byłem, zanim w ogóle stałem się kimś. Moja Nocna Lilia. Skąpana w blasku księżyca. Bo teraz – tak samo jak wtedy – gdy nadeszło światło dnia, już jej nie było.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Holden Huk śmigła helikoptera ucichł, gdy zwolniło i w końcu się zatrzymało. Zamroczony otworzyłem oczy i spojrzałem za okno na ogromny las otaczający polanę, na której wylądowaliśmy. Mięśnie mi drżały, pięści zaciskałem na udach, ale czułem się trochę lepiej niż wtedy, gdy wylatywaliśmy z San Francisco. Przynajmniej się przespałem. Kilka godzin? Zawsze to coś, więcej niż poprzedniej nocy. Może nawet więcej niż w ciągu ostatnich trzech dni.  – Idziesz, stary? – zawołał Brandon, otwierając szarpnięciem drzwi. – Przepraszam, że cię budzę, ale w środku jest łóżko, na którym będzie ci o wiele wygodniej niż na tym siedzeniu.  – Nie spałem – wymamrotałem. Chwyciłem sportową torbę i powoli ruszyłem w stronę wyjścia. W mojej głowie walił bolesny werbel, ogarnęły mnie mdłości. Cholera, ciągle czułem się półżywy. Skrzywiłem się i wyskoczyłem przez otwarte drzwi.  – Modliłem się – dodałem. 11


Brandon zaśmiał się cicho.  – Człowieku małej wiary. Chyba nie wątpiłeś, że dostarczę cię tu w jednym kawałku? Mam dziki talent do latania, stary. Odwrócił się i zaczął iść, nawet nie zamykając drzwi helikoptera. Jak się domyśliłem, oznaczało to, że długo nie zostanie. Poszedłem za nim.  – Przez większość czasu nie umiesz nawet utrzymać piłki. A za to płacą ci miliony. Czemu miałbym powierzać ci swoje życie? Brandon rzucił mi przez ramię szydercze spojrzenie, ale potem się roześmiał.  – Wciąż nie mogę uwierzyć, że kupiłeś helikopter – powiedziałem, doganiając go, gdy szliśmy przez wysoką trawę pokrytą rosą. Wzruszył ramionami.  – Zawsze chciałem nauczyć się latać. Czemu nie? Życie jest krótkie. Jeśli ma się szansę odhaczyć parę rzeczy z listy życzeń, trzeba to zrobić. Poza tym z najbliższego lotniska pasażerskiego jedzie się tutaj trzy godziny. Tak było o wiele szybciej.  – Rany, a jak daleko stąd do cywilizacji w ogóle?  – Ponad sto kilometrów do Telluride. Kiedy mówiłem o prywatności, miałem na myśli p r a w d z i w ą prywatność. Gdy przeszliśmy przez rzadki zagajnik, naszym oczom ukazał się bok ogromnego dwupiętrowego domu letniskowego z oknami od sufitu do podłogi na obu poziomach. Gdy się zbliżaliśmy, widziałem drzewa i niebo odbijające się w szkle, jak gdyby cała budowla była po części migoczącą iluzją. W nocy świeciła pewnie jak latarnia. Gwizdnąłem, zerkając na las rosnący bezpośrednio przed domem – taki widok miałem oglądać ze środka.  – Cholera, kiedy budujesz chatę w dziczy, to się nie patyczkujesz. Jak w cholernym Lśnieniu, stary. Masz na wyposażeniu parę upiornych bliźniaczek? 12


Brandon zaśmiał się, gdy wszedłem za nim po dużych kamiennych schodach.  – Uważaj, z czego żartujesz. Kiedy ostatnio byłem tu z grupą, kilka dziewczyn zarzekało się, że widziały ducha w lesie. Wybiegły z jacuzzi z przeraźliwym wrzaskiem. Zrobił minę, która miała chyba wyrażać śmiertelne przerażenie, i zagiął palce jednej dłoni jak szpony. Prychnąłem i przewróciłem oczami, gdy wyciągnął komplet kluczy i otworzył drzwi.  – Chyba niepotrzebnie piły alkohol w upale. I miały za mało szarych komórek. To była stała cecha dziewczyn, z którymi imprezował Brandon. Dobrze o tym wiedziałem, bo ja też z nimi imprezowałem.  – Tak czy siak, bardzo chciały, żebym zasłonił je własnym ciałem przed straszydłami za oknem. N a g i m c i a ł e m. W moim łóżku. Wszyscy na tym zyskali. Ale wiesz, co jest naprawdę upiorne? Podobno jakieś osiem kilometrów stąd jest stary opuszczony szpital psychiatryczny. Zajebisty czad, nie? W jego głosie nie było sarkazmu. Naprawdę uważał, że to czad.  – Czad – zgodziłem się bez przekonania. Czad... i potworność. Ale miałem parę poważniejszych problemów niż opuszczony budynek parę kilometrów stąd. Brandon rzucił klucze na stolik przy kanapie, gdy weszliśmy do wielkiego pomieszczenia. Cały dom wyposażony był w solidne meble w męskim stylu pasujące do luksusowego resortu narciarskiego. Były zestawione razem po kilka, by stworzyć wrażenie intymności.  – Przywiozłem tu dekoratora wnętrz, który zaaranżował wszystko w zgodzie z feng shui, żeby energia była w równowa­ dze i takie tam. Zerknąłem na niego zdziwiony, a potem szybko się rozejrzałem. 13


– Czy tego mi właśnie brakowało? Równowagi energii? Brandon wzruszył ramionami.  – Może i tak, stary. Wydusiłem z siebie cichy śmiech, rzuciłem torbę na ziemię i podszedłem do okna, by zerknąć na widok. Z tej wysokości było to zupełnie inne przeżycie. Wszędzie wokół wspaniały ogrom gęstego lasu, w oddali góry ze szczytami skrytymi w chmurach, rosa migocząca na liściach w przedwieczornym słońcu. Przez parę minut patrzyłem w milczeniu.  – Czyli naprawdę mnie tu zostawisz, co? – spytałem, nie odwracając się, a mój ton wyrażał większe osamotnienie, niż zamierzałem. Miałem zostać sam na sam z powietrzem, lasem, kamieniami i niebem. I jeszcze z opuszczonym szpitalem psychiatrycznym. O tym się nie da zapomnieć. No i ze sobą – przed tym nigdy nie ucieknę, chociaż naprawdę się starałem. Ale tutaj... Brandon przez chwilę milczał.  – Tak, naprawdę. A tobie się poprawi. Będzie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiesz, że to...  – Tak, wiem. Mój umysł dopowiedział to, czego nie usłyszałem od Brandona. To była moja druga szansa. I o s t a t n i a szansa na to, by się przygotować do powrotu... Najwyższy czas, by zebrać się do kupy. Dalej wyglądałem przez okno. Krajobraz w swym pięknie i prostocie zdawał się kpić z brudu moich wewnętrznych zawiłości. A może sprawa wcale nie była skomplikowana. Może to coś całkiem prostego: byłem cholernym pojebem, który utknął tak głęboko w dupie, że nie potrafił już znaleźć wyjś­ cia. Potrząsnąłem głową, by oczyścić umysł. Odwróciłem się z powrotem do Brandona, który patrzył na mnie z niepokojem. Przeczesałem palcami włosy. Potrzebowałem prysznica. Krzywiąc się, spytałem:  – Powiesz mi, co się wczoraj stało? 14


Z początku nie odpowiadał, a potem spytał:  – Nic nie pamiętasz?  – Tylko urywki. Opadłem na najbliższy fotel, masując sobie skronie. Obudziłem się z potwornym bólem głowy, który wciąż odczuwałem, dzięki potężnej ilości alkoholu wypitego poprzedniej nocy. Zdecydowanie potrzebowałem klina.  – Pamiętam, że Paul mnie wyrzucił. Mój agent z twarzą czerwoną z wściekłości dosłownie wykopał mnie ze swojego domu. Leżałem rozwalony na ziemi i jęczałem. Gdy Brandon mnie podnosił, po brodzie ściekała mi obrzydliwa ślina.  – Przeleciałeś Sabrinę w łazience na dole, stary. Wszyscy na imprezie to słyszeli. Sabrina. Piękna blondynka, „popisowa” żona Paula. Poczułem mdłości. Cholera. Kurwa. Opadłem z powrotem na fotel, próbując uporządkować fragmenty wspomnień, które migotały w moim umyśle. Sabrina poszła za mną do łazienki, napraszała mi się, a ja... skorzystałem z okazji? Nie przypominałem sobie, żebym się zgodził, jak przez mgłę pamiętałem tylko jęki i długie paznokcie wbijane w skórę, gdy rżnąłem jakąś laskę na umywalce. Zanim uświadomiłem sobie, co robię, sięgnąłem ręką do pleców, a gdy lekko przycisnąłem do nich dłoń, poczułem kłujący ból od zadrapań. To był dowód mojego obrzydliwego zachowania. Żółć podeszła mi do gardła, zdusiłem wymioty, przesuwając spoconymi dłońmi po udach.  – Ja pierdolę – wymamrotałem. – Kurwa, ja pierdolę.  – Tak, w sumie chyba dobrze to podsumowałeś – zgodził się Brandon. – I to w każdym znaczeniu. – Na jego twarzy malowała się tylko litość, więc odwróciłem wzrok. Potem na parę sekund zapadła cisza. – Nie możesz tak dalej, chłopie – dodał. – Nie jesteś s o b ą. Nie możesz w ten sposób żyć. Ale 15


to ty musisz podjąć decyzję. Jeśli zechcesz, uda ci się znów poukładać sobie życie. Skinąłem głową, chociaż nie miałem pojęcia, jak miałbym to zrobić.  – Tak, wiem – skłamałem. – To dobry pomysł. Stary, doceniam to. Naprawdę doceniałem. Gdyby nie to, utknąłbym na detoksie dla gwiazd, gdzie paparazzi ukrywaliby się na drzewach i próbowali zrobić mi zdjęcie, jak się rozklejam na terapii grupowej albo coś w tym stylu. Zamiast tego Brandon podniósł mnie z ziemi – dosłownie – i zabrał do siebie. A rano przyniósł mi kawę i proszek przeciwbólowy, po czym zaproponował, że mnie tu zabierze. O ile obiecam, że wykorzystam to miejsce, by wrócić na właściwą drogę. Chciałem to zrobić, naprawdę chciałem. Byłem tak cholernie zmęczony własnym życiem, ciągłymi imprezami i piciem, żałosnymi lizusami, przygodnym seksem i zbyt jasnymi porankami, którym zawsze towarzyszyły wstyd, mdłości i depresja. Dlatego spakowałem torbę i skorzystałem z jego propozycji. Wiedziałem, że powinienem traktować to wyłącznie jako dar, ale tak naprawdę wolałem się ukryć, niż mierzyć się z tym wszystkim, co spieprzyłem. A teraz byłem tutaj. Brandon podszedł bliżej i chwycił mnie za ramię, ściskając pokrzepiająco.  – Zanim pojadę, muszę przeszukać ci torbę. Zerknąłem na niego, lekko mrużąc oczy. Ale na jego twarzy widziałem tylko troskę i być może poczucie winy. Nie cieszyła go zabawa w strażnika. Zastanawiałem się, czy nie powiedzieć mu, żeby się pieprzył, ale nie mogłem już sobie pozwolić na utratę kolejnego przyjaciela. Wypuściłem powietrze.  – Tak, jasne. Dobrze. Wstałem i sięgnąłem po swoją sportową torbę, po czym rzuciłem ją na kanapę i odsunąłem się, gdy zaczął ją przeszukiwać. 16


Wiedziałem, że szuka pigułek. Troszczył się o mnie, ale pewnie nie chciał też, żebym przedawkował prochy, zaszyty w jego chacie w dzikich ostępach Kolorado. Media nieźle by się z tym zabawiły. Próbowałem wzbudzić w sobie lęk na myśl, że właśnie to mogłoby się wydarzyć, ale czułem jedynie niewielką ciekawość. Zastanawiałem się, po jakim czasie znaleźliby moje zwłoki. Po minucie zasunął moją torbę i odepchnął ją.  – Możesz zająć dowolną sypialnię na górze. Gosposia w tym tygodniu zrobiła zakupy. Spiżarka i lodówki w kuchni i garażu są pełne jedzenia, starczy go na jakiś miesiąc. Na dole jest w pełni wyposażona siłownia. Korzystaj z niej, stary. Dzięki wzniesieniu terenu ćwiczenia będą lepsze niż gdziekolwiek indziej. W garażu jest jeep, kluczyki wiszą obok drzwi.  – Myślałem, że mam tu tkwić zaszyty przez kolejne cztery tygodnie. Poza tym wiedział, że nie powinienem prowadzić.  – Bo tak jest. Ale masz prawo wiedzieć, gdzie jesteś, w razie gdyby doszło do nagłego wypadku. Nie jesteś w więzieniu. Przez chwilę patrzył mi prosto w oczy. Wyraz jego twarzy był jak dokończenie zdania: „jeszcze”.  – Jeśli będziesz miał jakieś pytania, dzwoń. Jest tu całkiem niezły zasięg. Rzadko miałem z tym problemy. Skinąłem głową.  – Po prostu się wyluzuj, stary. Odpocznij. Zregeneruj się. Przewietrz głowę. Przyglądał się mojej twarzy o sekundę za długo. Najwyraźniej chciał coś jeszcze dodać, ale zmienił zdanie. Jasne. I tak wiedziałem, o co mu chodziło. Nie pokazuj się. Skaż się na wygnanie, żeby nie spieprzyć spraw jeszcze bardziej. Poważnie zastanów się nad tym, dlaczego tak bardzo nienawidzisz swojego życia, ty głupi, niewdzięczny draniu.  – No dobra. Lepiej już pójdę, dopóki jeszcze mam dobre warunki do latania. 17


Klepnął mnie w ramię i ruszył w stronę drzwi. Krótki szczęk zamka i zostałem sam. Znów uderzyła mnie fala mdłości. Usiad­łem na kanapie, głęboko wciągając powietrze i chowając głowę między kolanami. Ta przeklęta cisza. Po paru minutach zakłócił ją odległy krzyk ptaka. Brzmiał dziwnie, jak człowiek, i sprawił, że poczułem ciarki na plecach. Po chwili usłyszałem odgłos śmigła helikoptera, który zaraz ucichł. Brandon odleciał. Przeczesałem obiema dłońmi swoje krótkie ciemne włosy, a potem wyprostowałem się i sięgnąłem do torby. Rozpiąłem ją i wymacałem ukrytą kieszeń wszytą przy dnie. Rozdarłem szew i wyciągnąłem plastikową torebkę owiniętą taśmą klejącą. Gdy ją otwierałem, trzęsły mi się dłonie. Zakląłem cicho, kiedy dwie pigułki bezgłośnie spadły na dywan pod moimi stopami, a jedna potoczyła się pod stolik. Zacząłem jej szukać na czworakach. W tym momencie nawet dla mnie stało się jasne, że jestem nieskończenie żałosny. Z ulgą wypuściłem powietrze, gdy moje palce natrafiły na małą pigułkę. Zaniosłem owiniętą taśmą torebkę do kuchni, zerkając na ciemne szafki, sprzęty kuchenne przemysłowej wielkości i blaty z ciemnoszarego granitu. Schowałem torebkę za pudełkami z płatkami śniadaniowymi w dużej spiżarce – nie byłem pewien, przed kim je chowam, ale teraz to był już odruch – a potem połknąłem dwie tabletki, które spadły na podłogę, i pochyliłem się nad zlewem, by napić się prosto z kranu. Miałem zamiar przestać zażywać pigułki. Jeszcze parę dni i to zrobię. Został mi miesiąc, zanim będę musiał poważnie podejść do trenowania. Kolejnych parę dni niczego nie zmieni. Zbiorę siły i wtedy to zrobię. Kiedy będę gotowy. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj potrzebowałem pigułek. Potrzebowałem błogiego odrętwienia, które mi dawały. 18


Znów usiadłem przy oknie z widokiem na las i zacząłem się zastanawiać, jakie zwierzęta w nim mieszkają. Niedźwiedzie? Czy powinienem się bać niedźwiedzi? Wilki? Nieważne. Nie będę wychodził. Niedźwiedzie czy wilki były o wiele mniej przerażające niż paparazzi próbujący zrobić zdjęcie byłego gwiazdora futbolu, obecnie bez pracy i w kompletnej rozsypce. Zadzwonię do Ryana... Podskoczyłem i skrzywiłem się na tę myśl. Nawet teraz, niemal po trzech miesiącach czasem do niego dzwoniłem, gdy potrzebowałem najlepszego przyjaciela, kogoś, kto zna m n i e – takiego, jakim byłem, zanim stałem się własnością publiczną. Zanim zmieniłem się w należącego do wszystkich Holdena Scotta. A potem przypominałem sobie, że odszedł, i wciąż mnie to szokowało. Jak długo to potrwa? Jak długo będzie powracał ten przebłysk mojej podświadomości przekonanej, że on wciąż żyje, że wystarczy tylko zadzwonić? Czy naprawdę życzyłem sobie, żeby ta myśl zniknęła? To była ostatnia cząstka mojego umysłu, która nie chciała uwierzyć, że odszedł na zawsze. Głowa znów zaczęła mi pulsować. Odwracając się przepełniony paskudnym politowaniem dla samego siebie, włączyłem telewizor i położyłem się na skórzanej sofie, licząc, że bóstwo feng shui ześle mi dobre wibracje. Chciałem się trochę zdrzemnąć. Sen był mi cholernie potrzebny. Byłem tak potwornie zmęczony. Może wszystko będzie wyglądać lepiej, gdy chwilę odpocznę.

* Sen nie nadszedł. Trochę po północy wytoczyłem się z domu, żeby się przewietrzyć. W tle słychać było śmiech z puszki w jakimś wieczornym talk show, sztucznie wytworzony odgłos szczęścia, przez który zaciskały mi się szczęki, a skórę przeszywał ból. Wszystko było n i e t a k. Mimo woli 19


niespokojnie przebierałem nogami, jakby w moich żyłach pełzały mrówki. Nie mogłem, kurwa, oddychać. Wyłączyło mi się myślenie. Czułem się tak, jakby coś lub ktoś nieustannie walił w mój mózg, próbując przyciągnąć moją uwagę, a to bolało. Wcześ­niej rozebrałem się do bokserek i chociaż nocny powiew końca lata był odrobinę za chłodny, przyjemnie było czuć go na nagiej skórze. Stałem przy balustradzie wielkiego tarasu otaczającego cały dom, wpatrując się w ciemny las i wdychając chłodne świeże powietrze, jakby mogło jakimś cudem oczyścić mnie ze wszystkich porażek. Wzdrygnąłem się lekko, gdy zobaczyłem, że między drzewami coś się porusza – niewyraźna sylwetka kogoś ubranego na biało. Wbiłem wzrok w miejsce, gdzie byłem pewien, że... c o ś widziałem. Ale po chwili odwróciłem zmęczone oczy i potarłem powieki. Jezu, miałem zwidy. Już mi się to zdarzało, gdy nie sypiałem przez wiele dni. A teraz działo się znowu. A może tam c o ś było – wilk, jakieś zwierzę, które w zdrad­ liwym świetle księżyca wyglądało na człowieka. Podniosłem ręce, śmiejąc się w cichą pustkę nocy.  – Hej, niedźwiedzie! Wilki! Słuchajcie, chujki. Wiecie, kim jestem? – Moje słowa odbijały się echem w przepastnej ciemności. – Jestem Holden Scott, najbardziej pożądany mężczyzna w Lidze Futbolowej. – Opuściłem ręce. – Kiedyś w NFL. Zhańbiony, ale wciąż pożądany. Spójrzcie na mnie. Jestem pieprzonym BOGIEM! Kobiety w całym kraju mnie pragną. Chcą mi rodzić dzieci. Zakradają się do mojego pokoju w hotelach i chowają pod łóżkiem. To cholernie popaprane. – Zaśmiałem się, ale nie było w tym radości, brzmiało to raczej jak dziwne szczeknięcie. – One... – Wypuściłem drżący oddech. – One... Wciągnąłem kłująco zimne nocne powietrze, czując nadchodzącą falę rozpaczy, jakby była namacalna. Zbijała mnie z nóg, wciągała pod powierzchnię i spychała na dno, wypełniając moje usta gorzkim smakiem cierpienia. 20


– Widzicie, rzecz w tym, że mam plan awaryjny. Mogę zacząć puszczać się za pieniądze. Już nie będzie darmochy. Zarobiłbym cholerną fortunę. Jestem bogiem wśród ludzi! – zawołałem znowu. I wtedy moje nogi się poddały. Padłem na kolana, milcząco osądzany przez księżyc. Zwiesiłem głowę. Czułem się tak, jakby moja dusza spała, a ja nie miałem zielonego pojęcia, co mogłoby ją zbudzić.


ROZDZIAŁ DRUGI

Holden Następny ranek był jasny i rześki, z nikłymi promieniami słońca na horyzoncie. Udało mi się przespać parę godzin i czułem się jakby nieco świeższy, gdy stałem przy poręczy tarasu z kubkiem kawy, patrząc, jak blade poranne światło przegania nocne cienie. Gdyby tylko to uczucie mogło potrwać na tyle długo, bym zdołał uchwycić swój nowy początek. Jeśli nie tutaj, to gdzie? Nie na boisku z piłką w dłoniach na oczach tysięcy fanów skandujących moje imię, nie między udami jakiejś piękności o pustych oczach, nawet nie wśród tak zwanych przyjaciół w moim własnym domu – zawsze miałem wątpliwości, czego tak naprawdę ode mnie chcą, i w końcu odkrywałem, że nie jest to przyjaźń. Jeśli nie tutaj, to może nigdzie. Może naprawdę nigdzie. Wczesnym popołudniem znów poczułem żądzę, bestię sprag­nioną odurzenia. Przechadzałem się po tarasie, próbując się powstrzymać, ale wiedziałem, że w końcu ulegnę. Że nie przyjdzie mi do głowy wystarczająco dobry powód. Wiedziałem, 23


że jestem żałosny. Ile osób bez zastanowienia zamieniłoby się ze mną miejscami? Ile przewróciłoby oczami i z dramatyczną miną otarło nieistniejące łzy współczucia dla biednego tarzającego się w forsie gwiazdora futbolu, który miał wszystko i odrzucił to z głupoty? Albo z arogancji. Albo przez obie te rzeczy. Sam nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego to zrobiłem. Kiedy próbowałem, głowa zaczynała mi pulsować i nie byłem w stanie sformułować jasnej myśli. Gdyby udało mi się to zrozumieć, może miałbym szansę coś zmienić. A może dalej byłbym cieniasem, który wie, co musi zrobić, ale nie ma dość siły, by spróbować. Bo szczerze mówiąc, trzeba było mieć całkiem wygodne życie – i w ogóle nie martwić się o podstawowe potrzeby – żeby nieustannie tak się nad sobą użalać. A mnie w tym względzie niczego nie brakowało. Nie wspominając już o tym, że sława chroniła mnie przed konsekwencjami, z którymi inni musieliby się zmierzyć. Otaczali mnie klakierzy – ludzie, którzy woleli mnie uszczęśliwiać, niż narazić się na wykluczenie z mojego życia i utratę pozycji, jaką dawała przyjaźń czy relacja zawodowa ze mną. Dawno, dawno temu myślałem, że to niezły fart. Teraz... Stałem przez chwilę w kuchni, przesuwając palcami po torebce z pigułkami, jakby to była skóra ukochanej. W końcu jęcząc z obrzydzenia, rzuciłem ją na blat i poszedłem poszukać alkoholu. Może parę głębszych trochę stępi głód. Nigdy nie miałem problemu z alkoholem – a raczej zawsze uważałem, że mogę przestać pić, kiedy tylko będę chciał. Chociaż zdecydowanie zrobiłem parę głupich rzeczy pod wpływem, na przykład prowadziłem auto wzdłuż Sunset Boulevard, a dwie piszczące modelki reklamujące bikini wychylały się przez szyberdach. W końcu aresztowano mnie za jazdę pod wpływem. Brandon poprosił pewnie, żeby nie zostawiano tu żadnego alkoholu, ale po przeszukaniu najgłębszych zakamarków spiżarki znalazłem butelkę Johnniego Walkera, ciągle w pudełku 24


i z kokardą z przodu – to był najwyraźniej prezent, o którym Brandon zapomniał. Ten, kto sprzątał to miejsce, go nie znalazł. Nie umknęło mi, że triumf, jaki teraz czułem dzięki temu znalezisku, był co najmniej odrobinę tragiczny. I tak wychyliłem shota, wykrzywiając twarz pod wpływem palącego smaku i opierając się chęci rzygania. Wziąłem głęboki oddech i wypiłem kolejnego, zamykając oczy, gdy ciepło rozchodziło się po moich żyłach. Ale o szóstej wieczorem to przestało mi wystarczać i uległem nawoływaniu kochanki – połknąłem kilka tabletek przeciwbólowych, popijając je szkocką z wodą sodową. Mieszanka alkoholu i prochów rozpłynęła się po moim ciele, wprawiając mnie w miłe odrętwienie. Wytoczyłem się na taras i rozpaliłem grilla, unosząc szklankę ku niebu w toaście za wspaniały zachód słońca, niebo spowite jaskrawymi serpentynami różu i złota.  – Imponujące przedstawienie. Dobra robota. Gdy stek zaczął skwierczeć, wbiłem wzrok w drzewa przed sobą, zagubiony w nieładzie niedopowiedzianych myśli. Ruch. Coś białego. Zamarłem, mrużąc oczy i wpatrując się w niknące światło, a przez mój kręgosłup przebiegł dreszcz podniecenia i lęku, nieco stłumiony przez używki, ale wyraźny. Przez kilka sekund wszystko trwało w bezruchu, a jedynymi odgłosami były skwierczące mięso i parę odległych ptasich krzyków. Włosy na karku stanęły mi dęba. Usłyszałem w głowie szept: „coś się zaraz wydarzy”. Dziwna myśl, ale uczucie, które jej towarzyszyło, było znajome, i wtedy wróciło do mnie wspomnienie. To było na ostatnim roku studiów, właśnie miał się zacząć ostatni mecz sezonu. Na trybunach siedzieli łowcy talentów, przynajmniej dwóch albo trzech. Zapomniałem zabrać coś z szatni i musiałem po to pobiec. A może byłem na widowni? Dlaczego miałbym tam być? Nie, to się nie zgadza. Pieprzyć moją pamięć. Nie powinienem był mieszać alkoholu i pigułek. Tak czy siak, ostatni rok... Wybiegłem z szatni – tak, to była 25


szatnia, zgadza się – zatrzymałem się w drzwiach i ogarnęło mnie przeczucie: „coś się zaraz wydarzy”. To samo poczułem przed chwilą. Tamtego dnia byłem wojownikiem na boisku, a trzy miesiące później zrekrutowali mnie do drużyny San Francisco w pierwszej turze i podpisałem jedną z najbardziej intratnych umów w Lidze. Teraz moje serce przyspieszyło, a w żyłach zaczęła płynąć adrenalina – zupełnie tak samo jak wtedy. Coś się zaraz wydarzy. Przełykając ślinę, odwróciłem się i podszedłem możliwie najswobodniej do drugiej poręczy. Oparłem się o nią, a las, w którym widziałem ruch, miałem teraz za plecami. Wyciąg­ nąłem z kieszeni telefon i podniosłem go, żeby zrobić sobie selfie. Napiąłem mięśnie. Czekałem. Znowu ruch, tym razem na ekranie mojego telefonu. Kliknąłem przycisk i zrobiłem zdjęcie. Odwracając się w stronę grilla, przewróciłem stek, a potem otworzyłem plik. Moja twarz zasłaniała część tła, ale dobrze uchwyciłem drzewa za swoimi plecami. Na zdjęciu widać było ruch, który zobaczyłem.  – Tak – wymamrotałem. Czując przypływ satysfakcji, rozciągnąłem palce na ekranie, żeby zbliżyć kadr. Przybliżyłem telefon do twarzy.  – Cholera jasna – wydyszałem. Cokolwiek to było, ledwie uchwyciłem to aparatem – ale c o ś tam było. Powiększyłem obraz jeszcze bardziej, ale nie dało się zobaczyć, co to dokładnie jest – zdjęcie było zbyt rozmyte. Może kawałek białej tkaniny? Ciemne włosy? Ale nie zwariowałem, nie przywidziało mi się. Cokolwiek tam było, czekało, aż się odwrócę, żeby przebiec między drzewami. Czy zwierzęta są aż tak inteligentne?  – Co jest, do cholery? – Podniosłem głowę i znów się rozejrzałem. Przeszył mnie dreszcz. – No co jest? – powtórzyłem. Zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do Brandona. A może na policję? Ale co miałbym zgłosić? Że być może widziałem 26


ducha? Głośno się roześmiałem. Pewnie dobrze by mi poszło, biorąc pod uwagę, że wyraźnie byłem pod wpływem. Na pewno jakoś by to wyciekło. Ludzie kpiliby ze mnie jeszcze bardziej niż dotąd i prędzej czy później z drzew zaczęliby zwisać paparazzi. Oczywiście m i a ł e m zdjęcie, ale było zbyt niewyraźne, żeby można je było nazwać dowodem. Ktoś znalazł­by jakieś inne wyjaśnienie i wyszedłbym na idiotę. Może i tak nie powinienem za bardzo sobie ufać, będąc w takim stanie. Zjadłem kolację, siedząc na tarasie, wpatrując się w drzewa, ale tej nocy już niczego nie dojrzałem. W końcu wtoczyłem się do środka i zdrzemnąłem się na kanapie z telefonem przyciśniętym do piersi, jakby zdjęcie miało przestać istnieć, gdy tylko zamknę oczy.

* Zdjąłem ubranie i wdrapałem się do stojącego na tarasie ja­cuzzi pełnego gorącej, bulgoczącej wody. Westchnąłem, czując, jak rozluźniają mi się mięśnie. Minęły cztery dni, odkąd tu przyjechałem, i cholernie się nudziłem. Butelka szkockiej była pusta, a pigułek zostało mi tylko na jakiś tydzień. Będę musiał je rzucić z dnia na dzień. Co sobie myślałem, kiedy się na to godziłem? Pozostało mi tylko wziąć jeepa Brandona, pojechać na lotnisko, o którym mówił, i wsiąść do samolotu. Brandon byłby rozczarowany, ale w końcu by mu przeszło. Otaczająca mnie ciepła woda sprawiała, że moje kończyny przypominały ciężką galaretę. W obłoku wirującej pary mój umysł stawał się coraz bardziej zamglony, a powieki powoli opadły.  – Wierzysz w Boga, Holden? – wykrztusił Ryan. Czy wierzyłem? Nie byłem pewien. Moi rodzice w niego wierzyli. Wychowano mnie w wierze. Mama zawsze powtarzała, 27


że trzeba być dobrym chrześcijaninem, ale sam nigdy nie myślałem za dużo o Bogu. Tylko co miałem odpowiedzieć Ryanowi? Jego życie było do dupy. Jego ojciec był cholernym sadystą. To jasne, że Ryan chciał wierzyć w celowość swojego cierpienia, tych wszystkich pieprzonych blizn. Ogarnęła mnie rozpacz, przełknąłem ślinę. Czułem ucisk w gardle.  – Tak, stary. Oczywiście. Skinął głową i zamknął oczy. Siniak na jego szczęce miał chorobliwy czarnawo-fioletowy kolor, wargę wciąż oblepiała krew. Zrobił mu to jego ojciec. Wściekły i bezradny zacisnąłem w pięści wsparte na udach dłonie. Na jego twarzy pojawił się nikły cień uśmiechu, bardziej ulotny niż pojedyncza kropla deszczu.  – To dobrze, bo czasami myślę, że sam sobie z tym nie poradzę, Holden.  – Nie jesteś sam. Ja z tobą jestem – odparłem. Coś paliło mnie w piersi. Znów się uśmiechnął.  – Wiem. Zawsze przy mnie byłeś. Ty i twoi rodzice. – Jego uśmiech zgasł i zastąpił go lekki grymas.  – Wiesz, może Bóg mnie posłał? – Zachichotałem. – Jezu Wszechmogący, to brzmi cholernie głupio i arogancko, prawda? Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu cicho się zaśmiał.  – Tak, to prawda, ty zadufany w sobie dupku. Ale jego uśmiech był teraz szerszy. Podniósł rękę, tworząc z palców literę V – tym gestem zawsze pozdrawiał mnie z trybun pod koniec meczu, dając mi znać, że mnie oglądał. Sam też podniosłem rękę i odwzajemniłem uśmiech. Woda wypełniła moje usta i zakrztusiłem się, po chwili poderwałem się i nabrałem powietrza. Moje ciało szarpało się w bulgoczącej wodzie, rozglądałem się dzikim wzrokiem, próbując sobie przypomnieć, gdzie jestem. Kurwa, chyba 28


zasnąłem. Śnił mi się Ryan w dzieciństwie, ale żeby zasnąć w jacuzzi? Jeśli nie zabije mnie alkohol i dragi, załatwię to jakoś inaczej – rozbiję się autem albo utonę w cholernej wannie. Serce biło mi jak szalone. Wyprostowałem się i przesunąłem dłonią po mokrych włosach, zerkając na las w oddali. Na jego skraju stała dziewczyna. Aż się wzdrygnąłem, wydając z siebie cichy okrzyk. Ona też się wystraszyła i odwróciła się. Wstając gwałtownie, zawołałem:  –  Czekaj! Zawahała się i odwróciła głowę w moją stronę. Chwyciłem ręcznik i wygramoliłem się z jacuzzi. Mało brakowało, a poślizgnąłbym się i uderzył łbem o podłogę tarasu. Odwróciła się z powrotem w stronę lasu i zaczęła biec.  – Czekaj! – zawołałem znowu. Zbiegłem po schodach i ruszyłem przez trawnik przed domem, owijając się ręcznikiem w pasie podczas biegu i przytrzymując go, żeby nie spadł. Wszedłem do lasu w miejscu, gdzie była, i zatrzymałem się. Światło było tu słabsze, ukośne promienie przenikały przez korony drzew.  – Halo? – zawołałem, ale nikt nie odpowiadał, nic nie słyszałem. Spojrzałem na swoje bose stopy i za siebie, na miejsce, z którego przyszedłem, dostrzegając ślady stóp na ścieżce. Wróciłem tam, gdzie wszedłem za nieznajomą między drzewa, i rozejrzałem się uważniej, ale były tam tylko jedne ślady: moje. Marszcząc czoło, poszedłem z powrotem w stronę domu, oglądając się za siebie i oddalając od lasu, a po plecach przebiegł mi dreszcz. Najpierw Ryan, a teraz to. Zacząłem widzieć duchy? Czy to się dzieje z człowiekiem, który jest tak uzależniony, że chemia wypala mu dziury w mózgu? A może to przez brak snu mam zwidy? Czy ja się rozsypuję? Ale nie, Ryan tylko mi się śnił, to było wspomnienie. 29


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Bez lęku by SIW Znak - Issuu