Julita B ato r przepis n a
zdrowie Wydawnictwo znak krakรณw 2019
Projekt okładki Adam Gutkowski Grafika na okładce Vilmosvarga/Freepik Fotografia autorki na czwartej stronie okładki Jakub Bator Fotografie rozmówców pochodzą z ich prywatnych archiwów Przygotowanie grafik wewnątrz książki Aleksandra Śmieszek Opieka redakcyjna Kinga Janas Wiktoria Penszkal Adiustacja Sylwia Chojecka / e-dytor.pl Korekta Edyta Chrzanowska, Irena Piecha / e-dytor.pl Makieta i łamanie Agnieszka Szatkowska-Malak Copyright © by Julita Bator © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5948-5
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU
BYCIE MATKĄ TO JEST BARDZO TRUDNY ZAWÓD
MARIA WĄSZEWSKA-BERLIŃSKA – z wykształcenia teolog, profilaktyk uzależnień. Od wielu lat realizuje warsztaty umiejętności wychowawczych dla rodziców i nauczycieli. Matka piątki dzieci: Asi, Marty, Dominika, Oli i Zuzi. Od 2002 roku prowadzi wraz z mężem pod Warszawą Rodzinny Dom Dziecka. W latach 1996–2005 pracowała jako specjalista do spraw rozwiązywania problemów alkoholowych i przeciwdziałania przemocy w rodzinie dla miasta stołecznego Warszawy. Odznaczona NIEBIESKIM TELEFONEM przez Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie za działania w obronie osób cierpiących z powodu przemocy w rodzinie. Jest także wieloletnią członkinią Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych miasta stołecznego Warszawy.
PASJE: kocha uprawiać swój ogród oraz czytać książki, zimą jeździ na nartach, lubi koty.
WSTĘP
Bardzo rzadko biorę udział w jakichkolwiek warsztatach. Jes tem wzrokowcem i większość informacji przyswajam, czytając książki, czasopisma i artykuły w internecie. Ale kiedy się dowie działam, że szkoła, do której chodzi moje dziecko, organizuje spotkanie zatytułowane Wpływ atmosfery domu rodzinnego na ryzykowne zachowania u dzieci, i kiedy skojarzyłam nazwisko prowadzącej z opowiedzianą mi jakiś czas temu przez kogoś historią, która mną wstrząsnęła, nie miałam wątpliwości, że chcę w tym uczestniczyć. Na temat wychowania przeczytałam kilkadziesiąt poradni ków. Niektóre z nich mnie zainspirowały, inne pomogły w roz wiązaniu jakichś pojedynczych problemów, ale żaden nie zmie nił mojego życia. Natomiast warsztaty dla rodziców prowadzone przez panią Marię Berlińską zmieniły życie mojej rodziny. Nie odwracalnie. Ale po kolei. Zasłyszana niegdyś historia, która tak mocno mnie poruszyła, dotyczyła pewnej nastolatki. Dziew czynka nie pochodziła z patologicznej rodziny, przeciwnie – z tak zwanego dobrego domu. Była zadbana, ambitna, świetnie się uczyła. Rodzice zajmowali bardzo eksponowane stanowiska i robili zawrotne kariery zawodowe. Wszystko wydawało się w po rządku, wręcz idealnie. Tak naprawdę jednak była to rodzina rywalizująca. Stale odbywała się tam konfrontacja, które z ro dziców zrobiło coś lepiej, więcej osiągnęło, zdobyło kolejny certy fikat, zaliczyło następne szkolenie. Porównywanie miało miejsce
14
◊ Maria
Wąszewska-Berlińska
i w obrębie rodziny, i wśród bliskich znajomych rodziców. Iluzja idealnej rodziny prysła, kiedy w klasie maturalnej okazało się, że dziewczyna nie będzie mieć na świadectwie samych szóstek. Wyszło na jaw, że nastolatka choruje na anoreksję i zażywa am fetaminę. Ta historia bardzo mocno mną wstrząsnęła. Uświado miłam sobie bowiem, że zależność, jaka się tu ujawniła, jest dla mnie absolutnie nieoczywista. Schemat był taki: rodzice rywa lizują ze sobą nawzajem i ze znajomymi, dodatkowo wywierają presję na dziecko. Dla niego oznacza to piekło, prowadzi wręcz do anoreksji i narkomanii. Dotychczas jasne były dla mnie takie zależności: rodzic jest uzależniony, to oznacza, że dziecko też może być; rodzic stosuje przemoc – dziecko, czyli ofiara prze mocy, może w przyszłości stosować przemoc wobec innych. Puenta tej historii okazała się dla mnie czymś zaskakującym i zapadła mi głęboko w pamięć. I chociaż to skrajny przypadek, uświadomił mi on, że mimo podejmowanych starań mogę nie dawać moim dzieciom wszystkiego, czego potrzebują do pełnego rozwoju. Ba! Mogę nawet ten rozwój hamować. Kiedy wiele mie sięcy później dowiedziałam się o spotkaniu z panią Marią, kie rowana ogromną ciekawością i nadzieją, że to, co tam usłyszę, pozwoli mi być lepszą matką, poszłam tam i się nie zawiodłam. Jaka jest pani Maria, poza tym, że jest zupełnie wyjątkowa? Rocznik pięćdziesiąty może nas wprowadzić w błąd. Metryka w tym przypadku to tylko i wyłącznie cyfry. Pani Maria nosi się modnie, kolorowo, z nutą ekstrawagancji. Paznokcie pociągnięte czerwonym lakierem, we włosach różowe pasemka. Regularnie stosuje dietę dr Dąbrowskiej i masaż twarzy, a także ćwiczy. Świadomie i z premedytacją łamie panujący powszechnie ste reotyp urobionej po pachy i zaniedbanej matki Polki. Uważa, że matka wielodzietna ma wręcz obowiązek być zadbana. Jest cie pła, pełna wigoru, pozytywnej energii, głęboko wierząca. Swoją niewiarygodną pogodą ducha zaraża innych. Lubi ludzi.
Bycie matką to jest bardzo trudny zawód
◊ 15
Po warsztatach jedna z moich córek zmartwiła się, że to już koniec. Kazała mi się upewnić, że na pewno nie będzie dalszego ciągu. Odnotowała bowiem spore pozytywne zmiany w naszym życiu rodzinnym i pilnowała, żebym nie przegapiła żadnej części warsztatów. Kiedy na kolejną edycję zapisała się jej ciocia, moja córka zapytała ją, czy jest zadowolona, bo ona sama jest tymi warsztatami wprost zachwycona. Gdy podczas rozmowy z niewidzianą od kilku miesięcy przyjaciółką na zadane przez nią pytanie, jak wyglądają relacje między rodzeństwem, od powiedziałam, że czasem się szturchną, czasem się przezwą, ale generalnie jest OK, skwitowała to słowami: „norma”. A ja już wiedziałam, że to wcale nie jest norma, a przynajmniej nie punkt odniesienia, do którego chcę dążyć. Byłam już też świa doma, że poranki mogą być spokojne, że w rodzinnym życiu wcale nie chodzi o to, żeby przetrwać, że nie jest normą to, że się pokrzykuje na dzieci, że w codziennym pędzie nie zważa się na ich uczucia, bo nie ma na to po prostu czasu, że zmusza się je do niechcianych rzeczy (dla ich dobra oczywiście). Po warsztatach z panią Marią Berlińską wiedziałam to i mnóstwo innych rzeczy, a przede wszystkim, że dzięki konkretnym narzędziom harmo nijnie funkcjonujące życie rodzinne jest możliwe, na pewno zaś warto dążyć do tego, by było lepiej. Nie zawsze jest różowo. Nie zawsze też owa najmocniej podczas warsztatów akcentowana kwestia, czyli próba zaakceptowania uczuć dziecka, przynosiła pożądany efekt, ale nieakceptowanie uczuć dzieci zawsze, ale to zawsze kończyło się katastrofą. Z czasem zaobserwowałam, że wskutek akceptacji towarzyszących niekiedy moim nastoletnim dzieciom zachowań, które można było raczej przypisać dwulub trzylatkom, owe zachowania „się wygaszały”, a ich miejsce zajmowały reakcje adekwatne do wieku. Potwierdzają się też w praktyce słowa pani Marii, żeby się nie zrażać, kiedy coś nam nie wychodzi w relacji z dzieckiem. Wtedy trzeba na spokojnie
16
◊ Maria
Wąszewska-Berlińska
przeanalizować sytuację i zastanowić się, jak powinno się było prawidłowo zareagować, a za którymś razem, dwudziestym, sie demdziesiątym, a może i nawet sto trzecim, pożądane reakcje staną się dla nas na tyle naturalne, że w końcu nam to wyjdzie. Najcenniejszym dla mnie jest fakt, że po warsztatach udało mi się odwrócić proporcje między pouczaniem dzieci a akceptacją i wspieraniem ich. Kiedy Agata Christie postanowiła napisać swoją pierwszą powieść kryminalną i powiedziała o tym mamie, ta „jak zwykle żywiła całkowitą pewność, że jej córka potrafi zro bić wszystko”. Jestem przekonana, że kiedy zaczniemy akcepto wać to, co czują nasze dzieci, nie będziemy podcinać skrzydeł ich marzeniom, zaczniemy mocno w nie wierzyć i dodawać im wiary w siebie, to one nie będą miały innego wyjścia, tylko za wojują jakąś część swojego świata, będą szczęśliwe i spełnione.
Z jakiej rodziny pani pochodzi? Jakie wartości przekazane przez rodziców uważa pani za najcenniejsze, za takie, które ułatwiają codzienne życie? Moja rodzina była rodziną repatriantów. Pochodzimy z Wilna. Część rodzeństwa urodziła się jeszcze tam, część tutaj. Ja przy szłam na świat już w Polsce. Nasze losy są dość specyficzne. Małżeństwo moich rodziców było mezaliansem. Mama była dobrze wykształcona, ojciec wcale, ale był za to bardzo zdol nym i wybitnym człowiekiem. Przy mamie skończył wszystkie szkoły – podstawówkę i technikum. Udało mu się nawet dość wysoko zajść. Według mnie najcenniejsze w naszej rodzinie okazało się chyba to, że byliśmy bardzo ubodzy. Kiedy umarli moi rodzice, a umarli w odstępie sześciu tygodni między sobą, to ja i całe moje rodzeństwo (było nas w sumie pięcioro), wów czas już wszyscy dorośli, dziękowaliśmy mamie i tacie nad gro bem za tę ich biedę. Za to, że nigdy, a zwłaszcza za komuny, nie skorzystali z okazji, żeby kraść, sprzedawać, robić pieniądze. Mama była farmaceutką, ojciec kierownikiem budowy. I tu, i tu istniały możliwości nielegalnego wzbogacenia się. Nigdy z nich nie skorzystali. I właśnie za to im podziękowaliśmy. Także za to, że mimo iż byliśmy zawsze najbiedniejsi w szkole i w śro dowisku, w którym żyliśmy, i że chociaż nieraz było nam przy kro, że jesteśmy gorzej ubrani, to rodzice rozwinęli w nas takie poczucie własnej wartości, że nie daliśmy się ponieść jakimś
18
◊ Maria
Wąszewska-Berlińska
nieakceptowalnym zachowaniom po to, żeby zaimponować in nym. Na przykład moi bracia nigdy nie palili, pozostali absty nentami. W szkołach średnich wszyscy w jakimś sensie byliśmy liderami. Oczywiście w każdej rodzinie zdarzają się konflikty, w naszej też, to nie była sielanka. Ale jako dzieci czuliśmy się bardzo ważni. Rodzice ciężko i dużo pracowali, więc właściwie spotykaliśmy się dopiero wieczorami. Dla nich ważne było to, co mamy do powiedzenia. Po prostu my byliśmy ważni. Potrafili w zupełnie instynktowny sposób, a w tamtych czasach stano wiło to rzadkość, w dzisiejszych zresztą też (śmiech), zaszczepić nam bardzo duże poczucie własnej wartości. Mieli po prostu szacunek dla drugiego człowieka. Tak, mieli ogromny szacunek do ludzi. Byli dla nas wzorem. Mo ich rodziców spotkał koszmarny los ze strony Sowietów i Niem ców. Ojciec został na przykład zesłany do pracy w kopalni w oko licach Kazachstanu. Ale nigdy nie pozwolili nam źle mówić o Rosjanach, Żydach czy Niemcach. Mawiali: „System, a nie czło wiek”. I wydaje mi się, że ta ich filozofia życia też była dla nas takim przykładem. Nauczyła nas, że liczy się przede wszystkim człowiek. Nie to, co posiada, nawet nie to, skąd pochodzi. Mój oj ciec wyrósł w skrajnej biedzie, ja z rodzeństwem też nie mieliśmy lekko, wszystko musieliśmy zdobywać sami. Nasi rodzice wypo sażyli nas w coś takiego, że potrafiliśmy to zrobić. Chociaż wy szliśmy z bardzo trudnych warunków, bo nikt z nas nie dostał od rodziców żadnego posagu, to wszyscy dużo osiągnęliśmy w życiu. Mamy domy, skończone studia i każdy z nas zrealizował pełnię swoich możliwości. Można nawet powiedzieć, że moje rodzeń stwo jest, każde w swojej dziedzinie, wręcz wybitne. Ale nie robi liśmy tego po to, żeby coś udowodnić, nie myśleliśmy: „Muszę coś osiągnąć, muszę wysoko zajść”. To przychodziło samo. Co więcej, żyjemy ze sobą bardzo blisko. Rodzice nauczyli nas, że rodzina
Bycie matką to jest bardzo trudny zawód
◊ 19
i rodzeństwo są najważniejsze. Że ingerencja jest absolutnie nie dopuszczalna, że nikt nie wchodzi nikomu w życie z butami, nikt nikogo nie poucza, nikt nikogo nie krytykuje. To nie był idealny dom. To była normalna rodzina, w której pojawiały się konflikty, ale istniała też świadomość, że to normalne, że problemy można rozwiązywać. Że trzeba rozmawiać, że przede wszystkim trzeba się szanować, kochać i sobie wybaczać. Dużą ma pani rodzinę? W tej chwili ogromną. Moi rodzice mieli piętnaścioro wnucząt. Przynajmniej raz w roku organizujemy takie spotkanie ro dzinne, w którym uczestniczą tylko najbliższe osoby, czyli dzieci rodziców i ich rodziny. Jest nas wtedy pięćdziesiąt–sześćdziesiąt osób. Spotykają się wówczas wszystkie pokolenia: pradziadko wie, dziadkowie, dzieci i wnuki. I wszyscy chcą? I wszyscy chcą. Mało tego, cieszą się na to spotkanie. Mój syn po wiedział kiedyś: „Wiesz, mamo, rozmawiałem z kolegami, że nie długo Wszystkich Świętych i że się nie mogę doczekać. A oni na to: «Co ty mówisz?! To jest okropny dzień, trzeba iść na cmentarz». «No trzeba, ale my się nie możemy już doczekać!»”. Mamy taką tradycję, że zawsze o siedemnastej, gdy jest już ciemno, wszyscy spotykamy się wokół grobu dziadków. Przyjeżdża każdy, kto nie przebywa w tym czasie za granicą i nie choruje – czyli jakieś pięćdziesiąt–sześćdziesiąt osób. Później wszyscy przychodzą do mnie, ponieważ mam największy dom. Każdy coś przynosi. To nie jest tak, że ja muszę te pięćdziesiąt osób wykarmić. Jak wyglądają u was przygotowania do świąt? A więc czas, który w wielu polskich domach jest zmorą dzieci i rodziców. Wszyscy na siebie krzyczą, mają do siebie pretensje, choć nie o to przecież w tym
20
◊ Maria
Wąszewska-Berlińska
święcie chodzi. Oddała pani pałeczkę córkom i synowym? A jak barszcz będzie niedoprawiony, to co? Z okazji świąt spotykamy się na zmianę, na przykład na Boże Narodzenie u mnie, na Wielkanoc u brata. Syn opowiedział mi kiedyś, że był bardzo zdziwiony, gdy ktoś mówił, że święta są ta kie męczące. A on na to: „Święta męczące? Żadne święta nie są męczące!”. To bardzo ważne, zawsze to podkreślam: jeśli dzieci czy dorośli mają później pamiętać, że święta są przyjemne i radosne, to muszą być one organizowane bez napięcia, bez tego stresu, że wszystko musi się udać, że wszystko musi być pięknie, idealnie, że pierogi muszą być okrągłe, a ciasto pulchne. A nie muszą? I co z tego, że pierogi nie będą okrągłe? I co z tego, że wyjdzie nam zakalec? Ważne, żebyśmy razem te pierogi robili, wspól nie się cieszyli. Moje dzieci z rodzinnego domu dziecka poszły już w świat, ale i one wszystkie przyjeżdżają dzień wcześniej ze swoimi rodzinami, żeby przygotować święta. Nie po to, żeby przyjechać na święta, żeby je tylko spędzić. Mówią: „Ciociu, bę dziemy w sobotę rano. Tylko wszystkiego nie szykuj, bo my też musimy coś przygotować”. Ale to od nas zależy, jak przeżywamy święta. Możemy przecież sprawić, że tym dzieciakom się ulewa i mają dosyć, bo są kłótnie, napięcia, jest nerwowo. Możemy też przeistoczyć to w prawdziwe święta. Wtedy dzieci, już jako do rośli, również będą lubić ten czas. Od zawsze fascynuje mnie w amerykańskich filmach to ich tworzenie rytuałów. Na przykład: Święto Dziękczynienia, rodzina jedzie do dziadków, po drodze kończy im się benzyna, więc noc spędzają w jakimś przydrożnym motelu. Na świąteczną kolację mają pizzę i herbatę, do tego oglądają jakiś film. I tak tworzą swoją historię. Historię swojej rodziny. Bo za rok, kiedy już w zwykły sposób spędzą
Bycie matką to jest bardzo trudny zawód
◊ 21
to święto, to dodadzą do tego pizzę, herbatę i stary film. Czy takie rytuały są ważne dla rodziny? Czy w pani rodzinie są rytuały charakterystyczne tylko dla was? Ależ rytuały to jest jedna z podstawowych rzeczy! Te rytuały jed nak dzieci muszą polubić. Nie mogą być one dla nich ciężarem. U nas rytuały rodzinne są świętem. Jak przyjeżdża ktoś z dal szego kręgu, to od razu dostajemy telefon: „Słuchajcie, przyjeż dża ktoś tam z innego klanu, jak macie ochotę się zobaczyć, to wpadajcie”. I wpadamy. Inni nam zazdroszczą: „Jak wy to ro bicie, że macie ochotę się spotykać?”. Ja im na to odpowiadam: „A jak wy to robicie, że nie macie na to ochoty?”. „Bo z tym za wsze jest tyle roboty…” – słyszę w odpowiedzi. Któregoś roku przeprowadziliśmy się z domku jednorodzinnego do bloku. Mi nął miesiąc od przeprowadzki, przychodzi Wielki Czwartek, sia damy razem z dziećmi jak zwykle w okresie przedświątecznym, planujemy, co robimy na święta, i zaczynamy przygotowania. A tu od samego rana co chwilę jakiś dzwonek do drzwi, bo dzieci przez ten miesiąc miały już mnóstwo kolegów i koleżanek. I co chwilę ktoś kolejny jest wywoływany na zewnątrz. Dochodzą do mnie strzępki rozmów i powtarzające się pytanie: „Wyjdziesz?”, „Wyjdziesz?”. I za każdym razem słyszę jedną odpowiedź: „Nie, święta szykujemy”. Mnie się zrobiło trochę głupio i w końcu mówię do dzieciaków: „Słuchajcie, macie tylu kolegów, idźcie na dwie–trzy godziny. Wrócicie, będziemy robić dalej”. „Co ty, mama?! Przecież my święta szykujemy!” Żadne nie poszło. To brzmi jak bajka. Naprawdę tak jest, jeżeli się nie robi koło tego wariactwa. Co nie znaczy, że nam nie zależy, żeby było ładnie. Ja tylko rzucam: „To co robimy? Co stroimy?”. A one same z siebie mówią: „Cio ciu, jeszcze to zrobimy, jeszcze to. Tu zapalimy świeczkę, a tu powiesimy to”. Wszystko przebiega bez presji i bez oceny. Jak
22
◊ Maria
Wąszewska-Berlińska
zrobią krzywo, to też się nic nie stanie. Zły pieróg? Jaki zły pie róg?! Jak dzieci są małe, to wiadomo, jakie te pierogi mogą być. Bywało, że samo ciasto bez farszu na Wigilię jedliśmy. Nie szko dzi. Z czasem pierogi są już pełne. Jakie to ma znaczenie, że tam jest mało farszu? Nie ma żadnego. Ważne, że narobiliśmy tych pierogów razem. Koniec. W pewnym momencie pani szczęśliwą rodzinę dotknęła ogromna tragedia. Państwa dwudziestodwuletnia córka Ola zginęła w wypadku samochodowym. Jak poradziliście sobie z tą stratą? Wiara była podstawową rzeczą, która nam w tym pomogła. Ge neralnie w ogóle nie mam problemu ze śmiercią, jeżeli cho dzi o osoby starsze. Tak zostałam wychowana przez rodziców, że dla katolika śmierć jest wydarzeniem radosnym, ale utrata dziecka to coś wbrew naturze, żałoba jest bardzo trudna. Myślę, że gdyby nie takie wychowanie od najmłodszych lat, byłoby mi bardzo ciężko. Ola zginęła tragicznie, w rozkwicie, w cudow nym wieku, zdrowa, piękna, wspaniała, pełna życia. Kiedy było mi źle, starałam się pamiętać o tym, że ona jest w niebie. Było mi o tyle trudniej, że w tym czasie miałam szóstkę wymagają cych uwagi dzieci w rodzinie zastępczej. Te dzieci przebywały u nas krótko, więc były jeszcze zupełnie niestabilne. One też straciły Olę. Z tego względu nie mogłam sobie pozwolić na ża łobę, bo one na mnie patrzyły, po prostu nie spuszczały ze mnie wzroku. W ogóle sobie z tym nie radziły, więc nie było mowy, że bym ja mogła sobie pozwolić choćby na smutek. Dlatego wspo minam to jako takie trudne, nawet bardzo. Czy mówiła pani dzieciom o swoich emocjach, o tym, jak się pani czuje? Dzieci widziały, jak płakałam. Mówiłam wtedy: „To nie jest dla mnie łatwe. Bardzo kochałam Olę, a teraz jej nie mam, straci łam ją”. Na samym początku opowiadałam, co czuję, ale później
Bycie matką to jest bardzo trudny zawód
◊ 23
musiałam się wziąć w garść, bo one źle to znosiły. Kiedy Olę podtrzymywano przy życiu i leżała w szpitalu pod aparaturą, najtrudniejsze było dla mnie podjęcie decyzji o oddaniu jej or ganów do przeszczepu. Wtedy dzieci widziały mnie płaczącą i rozpaczającą, ale później nie mogłam sobie już na to pozwolić. Może niełatwo to sobie wyobrazić, ale one naprawdę potrzebo wały wówczas czegoś innego. Chciały być ważne. Zwłaszcza że dopiero weszły w ten etap, że w ogóle są dla kogokolwiek ważne. No i do tego jeszcze ta Ola, która była trochę taką księżniczką, kimś wyjątkowym. Dla nich też była wyjątkowa i ta strata rów nież dla nich okazała się wielka. Jak to się stało, że zaczęliście z mężem prowadzić rodzinny dom dziecka? Przez to, że byliśmy rodziną wielodzietną (mieliśmy pięcioro własnych dzieci), nigdy nam się nie przelewało. I tak się złożyło, że około pięćdziesiątego roku życia udało nam się wybudować duży dom. Kiedy dzieci zaczęły opuszczać rodzinne gniazdo, zaczęliśmy się z mężem zastanawiać, po co Bóg dał nam taki duży dom. Miałam różne pomysły, jak ten budynek wykorzys tać: myślałam o kobietach – ofiarach przemocy albo o starszych osobach. Mój mąż ma za sobą pobyt w domu dziecka i zaczął mówić o tym, żeby pomóc innym dzieciom. Ja czułam się zu pełnie spełniona przy własnych dzieciach i byłam dosyć scep tyczna. Mówię: „Wiesz, to trudne dzieci. My byśmy musieli być idealnym małżeństwem, a nie jesteśmy”. Idealne małżeństwa nie istnieją. Wszyscy mają jakieś problemy. A ja miałam taką wi zję, że jeżeli się bierze takie wymagające dzieci, to powinno być wzorcowo. I mąż mnie jednym zdaniem sprowadził na ziemię, bo stwierdził: „Mario, najgorszy dom jest lepszy niż placówka”. Powiedział to ktoś, kto w tej placówce był. I tak naprawdę nigdy do końca się z tych doświadczeń nie wyleczył.
24
◊ Maria
Wąszewska-Berlińska
Ile lat tam spędził? Nie tak długo, chyba trzy–cztery lata. Ale to było dla niego bardzo traumatyczne doświadczenie? To było tak traumatyczne, że nigdy tak naprawdę nie uwolnił się od tych doświadczeń. Często powtarzał: „Zawsze marzy łem, żeby pomagać jakimś dzieciom, które są skazane na pla cówkę”. Bo są takie dzieci, których rodzicom nie zabrano praw rodzicielskich, tylko mają te prawa ograniczone. Nie mogą one być adoptowane, zostają w placówkach. Są też dzieci – bo takie też wychowywałam, zresztą wychowuję do tej pory – które, nawet jeśli rodzicom odebrano prawa, nie mają szans na adopcję, bo są na przykład upośledzone. Podejmując de cyzję o rodzinnym domu dziecka, postanowiliśmy brać tylko takie, które nie mają perspektyw znaleźć się w normalnej rodzinie. Czyli zawiesiliście sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Tak. Zdecydowaliśmy się na takie dzieci, które mają rodziców, i wiedzieliśmy, że będziemy musieli cały czas utrzymywać bar dzo bliskie kontakty z ich rodzinami biologicznymi. Wielkanoc z nami, Wigilia z nami. I cudze problemy z wami. Dla każdego dziecka rodzic biologiczny jest zawsze najważniej szy. Decyzja została podjęta i wtedy powoli zaczęliśmy się szko lić z nastawieniem, że weźmiemy jedno, może dwoje. A tu się okazało, że trzeba przyjąć całą trójkę, żeby znowu nie trafili do placówki. Daliśmy się namówić. I tak się zaczęło. Ta przygoda trwa do dzisiaj. Przygoda trudna, skomplikowana, ale wartościowa.
SPIS TREŚCI
Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 MARIA WĄSZEWSKA-BERLIŃSKA
Bycie matką to jest bardzo trudny zawód . . . . . . . . . . . . . 11 JAKUB BUKOWCZAN
Powrót do zdrowia to zmiana stylu życia . . . . . . . . . . . . . . 61 JAGODA CIESZYŃSKA
Kocham czytać . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
121
JERZY GREGOREK
Nie chodzi o to, żeby walczyć ze zmarszczkami, ale z utratą sprawności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 193 JOANNA SERWIŃSKA
Najpierw załóż maskę z tlenem sobie, potem dziecku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 EWA WITOWSKA-JELEŃ
Oczy są zwierciadłem duszy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 317