Skip to main content

Wołyński gambit

Page 1

ล LEDZTWO W CZASACH ZBRODNI

Znak Horyzont Krakรณw 2019


Projekt okładki Sebastian Komorowski Hoppers Ilustracje na stronach tytułowych części Justyna Rerak Opieka redakcyjna Krzysztof Chaba Adiustacja Ewa Penksyk-Kluczkowska Korekta Joanna Kłos Łamanie Edycja

Copyright © by Artur Baniewicz © Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2019 ISBN 978-83-240-5741-2

Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2019. Printed in EU


Grudzień 1942


1 Z daleka wyglądała jak kamień. Za duży jak na wyorany z pola, ale w nieckach takich jak ta trafiały się podobne. Białawe coś, czyli kamień sterczący z ziemi – tak to Józef Marzec postrzegał. Bo śniegu to tam akurat nie było. Niby dno niecki, miejscami wyżej cholewy przykrytej nawianą z pola bielą, ale na dnie pośrodku jednak czarno. Pomyślał, że marnie się Antek spisał, nie wyrównał, choć powinien, więc teraz to wokół kamienia wygląda jak wielkie kretowisko – i dopiero wtedy przejrzał na oczy. Aż stanął z wrażenia.  – Ożeż ty kurwa… – Stach Żołądek okazał się szybszy, choć szedł za Marcem, a ten Paweł, okularnik ze Lwowa, trochę mu przesłaniał widok. Ale z Żołądka zawsze był bystry gość, od małego. I teraz to on chadzał po wsi w błyszczącym hełmie komendanta ochotniczej straży pożarnej, gdy tylko trafiła się okazja, by zadać nim szyku. Tego ranka też zjawił się u Marców w hełmie, niczym do pożaru. Jak na strażaka przystało, założył także szeroki pas, przy którym wisiał toporek. Antek, dwudziestoletni siostrzeniec młynarza, i starszy o dziesięć lat Gruszczyk wybrali się podobnie na służbowo, co w wypadku Antka oznaczało siekierkę strażacką, jak u komendanta, w futerale jak trzeba, ale na zwykłym pasku, a w wypadku Gruszczyka pas szeroki jak się patrzy, lecz uszyty z nadpalonego wojskowego namiotu. Zamiast siekiery podtrzymywał łopatę o skróconym trzonku. Pomalowana jak toporki na kolor czerwony, z daleka obwieszczała światu, że oto nadciąga strażak ochotnik. 7


ARTUR BANIEWICZ

Szpadel, który Żołądek zabrał z pozostawionego na miedzy czerwonego wozu z ręczną pompą, już pomalowany nie był. Własność prywatna, ze składziku przy chałupie Marca. I to tym szpadlem zamierzył się teraz na spłoszonego Antka.  – Pierdolnąć ci powinienem – warknął. – Jak żeś, baranie, zasypywał? Porządnie miało być!  – Ale panie Staszku, jak Boga… – Chłopak poczerwieniał na twarzy. – No żem wyrównał, udeptał nawet! Stali tak na krawędzi obrośniętej zielskiem niecki, łypiąc posępnie to po sobie, to na czerniejące pośrodku kretowisko. Gruszczyk, który właśnie ulokował skręta w kąciku ust, zapomniał, gdzie ma zapałki albo czego właściwie szuka, bo ręce błądziły bezmyślnie po kieszeniach wyświechtanego palta.  – No, młody – wymamrotał – toś się spisał. Pierwszy otrząsnął się okularnik ze Lwowa. Nic dziwnego. Nie on by miał kłopoty, gdyby ktoś to wypatrzył i doniósł żandarmom. Po raz kolejny naszła Marca myśl, że nie powinien się w to pakować. I zaległa w żołądku niczym kamień, niewiele mniejszy od tego… tego tam. Sterczącego spod błota i upapranych ziemią włókien. Może traw, a może… Patrzył, jak czterdziestolatek w drucianych okularach przykuca jakoś tak powoli, ostrożnie nad pagórkiem czarnej ziemi, grudkowatej, spulchnionej łopatą, a potem zmrożonej na kamień. Jak odchyla rozpięty już wcześniej płaszcz i wyciąga eleganckie wieczne pióro, noszone w kieszonce marynarki obok białej, prążkowanej, złożonej w trójkąt chusteczki. Elegancki był gość i dlatego Marca tak zdumiał jego spokój. Miastowy elegancik powinien już obrzygiwać sobie wypastowane trzewiki. Tak naprawdę tylko te buty lwowiak miał praktyczne, nad kostkę, na grubej podeszwie, zimowe i mocne. Reszta, odprasowana i szykowna, nadawała się do kieleckiej kawiarni, ale nijak do tej dziury pośrodku upstrzonych plackami śniegu grudniowych pól. Zwłaszcza że i szary garnitur pod spodem, i niebieski, rozpięty nie wiedzieć czemu płaszczyk były wiosenno-jesienne i gość z grubym portfelem powinien je trzymać w szafie od ładnych kilku tygodni. 8


WOŁYŃSKI GAMBIT

Wojskowej saperki Marzec nie dodał do jego wizerunku. Wprawdzie Paweł już się z nią zjawił, ale wiadomo dlaczego i wiadomo, że normalnie nikt go nie widywał z takim dodatkiem. Z teczką raczej, i to z dobrej skóry.  – No rusz tyłek. – Żołądek machnął ku twarzy Antka łopatą, jakby chciał go uderzyć. Chłopak odskoczył i jeszcze mocniej spiekł raka, gdy ręka komendanta wyhamowała. – Bierz i kop, patałachu. Z kopania nic nie wyszło, bo Paweł ze Lwowa ani myślał wstawać z przysiadu. Ignorując Antka i jego szpadel, końcem pióra, niczym dzieciak patykiem, grzebał w tym, co Marzec pierwotnie brał za pokrytą zmarzniętym błotem trawę. I co nawet jak trawa odeszło od kamienia razem z kawałkiem takiej jakby ukorzenionej darni, ale trawą zdecydowanie nie było.  – Czarne – orzekł lwowiak, nie wiadomo do kogo to kierując, bo nawet na kolana Antka nie raczył zerknąć. – Brunetka. Gruszczyk, który przypomniał sobie, czego szuka w kieszeniach, wyjął zapałki. Żołądek zmrużył oczy, przez chwilę jakby wahał się, czy nie zejść do niecki.  – A jakie mają być? – Wzruszył ramionami, nie decydując się jednak podchodzić. Zakryte wąsami usta wykrzywił grymas obrzydzenia. – Żydówka, to i czarna. Mężczyzna w niebieskim płaszczu dźwignął się ciężko, opierając się rękoma o kolana. Stary nie był, otyły też nie, ale jakby obolały: odkąd się zjawił wczoraj wieczorem, Marzec nie przyłapał go na ani jednym energicznym ruchu. Na ostrożnych raczej. I na bolesnym krzywieniu ust. Przy siadaniu, wstawaniu… Pewnie coś z krzyżem nie tak. Więc nie chciało mu się wierzyć, kiedy Paweł gestem pokazał Antkowi, by się odsunął, a sam wyjął z pokrowca tę saperkę.  – Nie wszyscy Żydzi są czarni – rzucił gdzieś w przestrzeń. Nadal unikał wzroku pozostałych. Może go jednak mdliło i nie chciał, by pozostali wiedzieli. Miało prawo mdlić. Jego but niemal opierał się o to najbardziej białe, co było ludzką czaszką, a dokładnie czołem. Twarz na szczęście pozostała pod ziemią i kawałkami wyschniętych traw. Bo to od strony Marca to były jednak trawy. 9


ARTUR BANIEWICZ

Dopiero dalej, przy drugim bucie eleganta, z suchą trawą przemieszały się długie kobiece włosy.  –  Te Żydy były czarne – oznajmił ponuro, ale też jakby pospiesznie Gruszczyk. – Jak Cygany; na kilometr poznać, co za jedne. Pierwszy żandarm by ich z marszu… No to i tak by długo nie pożyły.  – Dzieciak nie wyglądał aż tak… – zaczął Antek, urwał jednak, spłoszony miną Żołądka.  – Kopać miałeś, a nie się mądrzyć. Antek przestał się opierać o szpadel, ale kopać nie zaczął. Bo to okularnik pierwszy wbił swoją krótką łopatkę w rzekome kretowisko.  –  Może ja. – W końcu zwrócił twarz w stronę stojących w górze. – Mówił pan: jedna młoda kobieta, panie Józefie?  – Ano jedna. Druga była stara.  – Siwa pewnie? – Zza okularów błysnęło jasnymi oczyma. Włosy, skryte teraz pod kapeluszem, też szczególnie ciemne nie były. Na to akurat Marzec zwrócił uwagę zaraz na początku. Że z wyglądu żaden Żyd. Chyba niepotrzebnie, bo przecież ważniejsze było to, jak rozmawiali. Spokojnie, bez nerwów. Choć czujnie. Jak to o interesach, niekoniecznie tych, co to się nimi potem można chwalić.  – A to pan nie wie, kogo szuka? – zaciekawił się niby to życzliwie Żołądek. – Panie… zapomniałem jak godność…  – Paweł – okularnik powtórzył to identycznie jak przy uścisku dłoni z Marcem i z dokładnie taką samą miną, podpowiadającą, żeby nie zadawać wnikliwszych pytań. – Ze Lwowa. Tyle że Żołądek to nie był Marzec.  – A nazwiska w tym Lwowie macie?  – Przepraszam. – Paweł ze Lwowa odpowiedział półuśmiechem i wyrwał kretowisku kawał bocznej ścianki. Ziemię po wierzchu ściął mróz, łopatki nie dało się wbić głęboko. Choć ją zaostrzono, czego ślady dały się zauważyć w postaci zeszlifowanej stali. To znaczy wcześniej dały się zauważyć, teraz była po prostu brudna. – To ważna dla mnie sprawa, więc sprawdzę tylko, czy to jej szukam, i możemy pogadać. 10


WOŁYŃSKI GAMBIT

O dziwo, Żołądek pokiwał dobrotliwie głową. Cofnął się, zerknął na Gruszczyka, który w końcu przypomniał sobie, że skręt przemaka mu w ustach, i wyjął zapałkę.  – To i my po jednym, co, Józek? Zakurzymy. – Chwyt za ramię i Marzec został odciągnięty kawałek dalej. – Gdzie strażacy, tam i dymek jakiś wypada, żeby był, he he. Dymek miał być na jego koszt, więc Marzec przysunął się usłużnie, osłonił od wiatru. Niepotrzebnie, bo Żołądek poczekał, aż Gruszczyk zapali swojego, i wyłuskał mu go, odpalając od żaru najpierw sobie, potem tego dla Marca.  – Zapałki drogie. – Błysnął żółtawymi zębami i złotem w miejscu po dwóch ubytkach. – Oszczędzać trzeba. To było jeszcze głośno, na potrzeby całego towarzystwa, choć Marzec wątpił, by ci w dole słuchali. Im głębiej okularnik Paweł kopał, tym mniej ich obchodziły ceny zapałek. Potem już komendant wyłącznie półgłosem się posługiwał. Po tym przypalaniu jeden od drugiego pozostali blisko siebie. I pewnie o to chodziło, bo na co dzień Stach nikogo by papierosami ot, tak nie częstował.  – Co o nim wiesz? Marzec sam to przemyślał. Kawał nieprzespanej nocy go to kosztowało, ale miał teraz gotowe odpowiedzi.  – Co ważne, to ci przez syna przekazałem. Lwowiak, ale tu interesy kręci, w Kielcach. I z tą młodszą Żydówką miał jakieś. Ale nic poza tym… Spokojnie rozmawiał. Mówi, że trudno, stało się. Żalu nie ma. Ale że mu koniecznie potrzebna. Trup znaczy. Bo powinna mieć przy sobie kawał ceraty z zapiskami. I ruble, złote. Może zaszyte a…  – Gówno, nie ruble. Ty myślisz, że łachów po Żydach nie sprawdziłem? Za durnia mnie masz?  – Mówi, że po to złote, żeby połykać. I na ceracie pisane też po to. Że jak połkniesz, to tego brzuch na gówno nie…  – Dobra, nie ucz ojca dzieci robić… – Żołądek dmuchnął dymem w stronę kopaczy, dodając na deser fałszywy uśmiech. Niepotrzebnie, bo żaden nie patrzył. Antek, choć tylko sterczał obok rozkopywanej mogiły ze szpadlem u boku, okazał się 11


ARTUR BANIEWICZ

zaskakująco twardy i chłonął wzrokiem to, co stopniowo odkrywała ziemia. – I niby co on tak…? Przychodzi i mówi: „Józefie, trupa z rublami w brzuchu masz pan na polu, pokaż, gdzie zakopany”? On głupi czy ty głupi?  – Ani on, ani ja – żachnął się Marzec. – Kluczył, podpytywał, nim przeszedł do rzeczy. Nim o co wprost zapytał, to już tak jakoś powiedział, że interes zrobimy, pół na pół. Znaczy złoto po pół. Bo jemu, tak myślę, może i bardziej chodzi o to, co zapisane na ceracie. Próbowałem podpytać, co tam…  – Ale cię zbył – przerwał mu Żołądek. – No dobra, to może i głupi nie jest. Tylko mi powiedz, Józek, jak on to sobie myśli… Nas czterech, on jeden. Inteligencik w okularkach. Niby czemu byśmy mu mieli w ogóle jakieś ruble dawać? To akurat było łatwe pytanie.  – A bo nie było mowy, że czterech. – Uśmiechnął się chytrze Marzec. – Nie wiem, jak się wywiedział, kto tych Żydów tak… Ale tylko o mnie wiedział na pewno.  – Pole twoje – podpowiedział komendant. – I twoim wozem Żydków wieźliśmy. Ktoś albo ten czerep znalazł, albo…  – Jakie moje? – obruszył się Marzec. – Łąka dworska, teraz u Niemca w zarządzie, moje dopiero… – Odwrócił się, wskazując na odległą o sto metrów dróżkę, czerwony wóz na niej, samotnego konia skubiącego z nudów łodygi i garbate poletko, które pani Marcowa wniosła w posagu.  – Dobra, ja nie geodeta – przerwał mu Żołądek – ani śledczy. Niemców łąka, na ich konto trupy idą. Mów lepiej: sprawdziłeś, czy gość ma broń? Pukawkę?  – Pewnie – rzucił z urazą Marzec. Po czym rozpogodził się, jak każdy, kto może się pochwalić talentem i sprytem. – Mówię mu: „Panie, a co pan, z policji? Jakie Żydy, ja nic nie wiem”. No to on, że żadna policja. Więc ja, że każdy tajniak tak mówi. A po kieszeniach nosi żelastwo. No to się facet pozwolił zwerwi… zwrewi… no, poszukać, czy coś ma. I nie miał. Ani przy sobie, ani w plecaku. Bo z plecakiem przyszedł. Ubrań trochę, takich gorszych, i ta łopatka. Żołądek myślał przez chwilę, kurząc papierosa. 12


WOŁYŃSKI GAMBIT

– Jak robi grubsze interesy, pukawkę powinien mieć. – Nie zabrzmiało to do końca pewnie. – Coś mi tu śmierdzi. Tak bez zabezpieczenia tu przylazł?  – Ja jeden, on jeden – wyliczył Marzec. – Za dnia zaszedł, ludzie widzieli, to bym go przecież nie… Co się miał bać? I spiliśmy flaszkę. A potem kazał na krucyfiks przysiąc, że…  – Taki żeś religijny? – zakpił komendant. – I on tylko spojrzał i od razu wyczuł: „Jak Józek Marzec na krzyż przysięgnie, to nie ma cudów, by słowo złamał”.  – A widać wyczuł! Łebski gość, skoro nas znalazł. Nie podśmiewaj się. Nie ma niedzieli, by mnie na mszy nie oglądali. Choroba, nie choroba, zawsze…  – I za ministranta byłeś, fakt – mruknął Żołądek, wyraźnie już o czym innym myślący. – No, jak to taki cwaniak, to niby mógł i o to ludzi wypytać.  – Nie taki znów cwaniak. – Gruszczyk, który stał tyłem i kawałek dalej, miał, jak się okazuje, niezły słuch. – Józek posłał po nas chłopaka i jesteśmy. My czterej, on sam. Z rublami się może pożegnać. Z tego Marzec też był dumny.  – Nie słałem syna z wieczora – wyjaśnił, by Stach go nie obsobaczał, zamiast okazać uznanie. – Bo wpierw piliśmy, potem stara drzwi zaryglowała. Hałas by był. A i Jasiek polazł spać, więc by się facet pytał, dokąd go po nocy…  – Do sracza, mądralo – ściął go Żołądek. Papieros Marca, choć porządny, z monopolowego tytoniu, na chwilę stracił cały smak. – Sławojkę masz przy stodole, a nie w chałupie.  – Daj mu spokój. – Gruszczyk ujął się za Józefem. – Jasiek to nie stary dziad, nie gania po nocach z pęcherzem. Mógł lwowiak zerknąć, dokąd lezie. I czemu nie wraca pół godziny.  – Dłużej – odzyskał rezon Marzec. – Do ciebie, Stachu, ze dwa kilometry będzie. I to za dnia.  – Ta, a nocą pięć – burknął Żołądek. – No dobra, niby racja. Zeszłoby młodemu. Jakby gość nie spał… Mógł się spłoszyć.  – I dlatego z rana posłałem. Zdążyliście, więc się nie…  – A jakby w nocy nawiał? 13


ARTUR BANIEWICZ

–  Toby nawiał. Co miał ważnego do powiedzenia, to już powiedział. O rublach. Nie wiem, po co my go tu w ogóle…  – Oż kurwa! – przerwał im Gruszczyk. Odwrócił się, stając jak najbardziej bokiem do niecki, a twarz kierując całkiem w stronę drogi i strażackiego wozu. Marzec zerknął i też uciekł ze spojrzeniem. Lwowiak, z jednej strony przytrzymując saperką, z drugiej chyba tym piórem (Józefowi nie chciało się wierzyć, że gołą ręką), ostrożnie przechylał na ściankę wykopu… No, właściwie nie wiadomo, jak to nazwać: jeszcze ludzką głowę czy już bardziej czaszkę. Czarne to było, wypełnione ziemią wszędzie, gdzie ziemia zdołała się wcisnąć, ale wcześniej coś wyjadło połowę skóry, mięsa i włosów, więc spod czerni prześwitały także białe fragmenty kości i zębów. Na górze, tam gdzie czubek głowy wystawał już wcześniej z grobu, czerep był całkiem biały. To znaczy: do teraz. Bo Marzec miał wątpliwą przyjemność podejrzeć moment, w którym okularnik nasuwa na tę biel strzępy skóry z przyrośniętymi włosami. Odwrócił się za szybko, by rozpoznać, czy w użyciu była ręka czy pióro. Jezusie Maryjo… Nie ma mowy, więcej na to ohydztwo nie spojrzy. Żeby potem mieć nocne koszmary?  – Lis wygrzebał. – Gruszczyk zaciągnął się aż po pępek.  – Lis lisem, ale Antek dał dupy. – Żołądek jako jedyny nie uciekał spojrzeniem od dna niecki. – Musiała dziewucha żyć, nie widzę inaczej. Nie leży, a prawie siedzi. Jakby ją sprawdził szpadlem, toby i z płytkiego dołu nie wstawała…  – Sprawdził? – nie zrozumiał Marzec. Komendant ujął wyimaginowany trzonek i wbił tak, że szpadel prawdziwy utkwiłby po drzewce w ziemi.  – Tak szkopy mówią – wyjaśnił Gruszczyk. – „Sprawdzić Żydka”. Takiego rozstrzelanego, co to nie wiadomo, czy dobrze rozstrzelany. Jak szkop sprawdza, to kulą; co się ma brudzić. Jakby tak my, to łopatą. Tu trzeba. – Klepnął się w kark, na styku z potylicą. – Trzaśnie, nie za głośno, i wiesz, że trupa zakopujesz. – Splunął, uważając, by nie upuścić peta. – Po bożemu. Żydek, nie Żydek, po co ma się męczyć? 14


WOŁYŃSKI GAMBIT

–  Jezu… – Marzec przeżegnał się, popatrzył bojaźliwie na Żołądka. – To wy takie rzeczy…? Na tych obławach? Od nich, ze wsi, raz była obława, ale bardziej dla Niemców na pokaz: połazili gromadą po polach, pokrzyczeli na postrach i wrócili do chałup. Żadnego Żyda nikt nie widział, tylko parę zajęcy. Ale po strażaków kilka razy przysyłali z gminy; zdarzało się, że i na noc nie wracali z tej roboty na wyjeździe. Za to gdy wracali, to podpici i z solidnie załadowanym wozem. Krzesła, pierzyny, worki z ubraniami, garnki…  – Bywało. – Komendant wzruszył ramionami. – Teraz się Niemcom getta pokończyły. Ale jak jeszcze były, to też raczej się pilnowało dookoła, by Żydek nie uciekał. – Rzucił kpiące spojrzenie Gruszczykowi. – Raz przy kopaniu zbiorowych grobów robił, a odgrywa fachowca z Oświęcimia.  – Tam ich podobno gazem. – Gruszczyk odwzajemnił się identycznym ruchem ramion. – A przy zbiorowych może i raz robiłem, nie powiem. Ale trochę żeśmy przy gettach pomagali, to się człowiek nasłuchał, co mówią granatowi.  – Boś jest, chłopie, głupi – podsumował Żołądek. – Było nie stać i nie gadać, tylko przebiec się po żydowskich domach, poszukać, co szkopy przegapili. A ty co? Lustro babie przywiozłeś za największy łup. – Roześmiał się na wspomnienie.  – Nie każdy to komendant – rzucił ze złością Gruszczyk – i może łazić, gdzie chce. Jakbym miał taki hełm… Ale bez hełmu to chuj szkopa wie: może mu przyjść do łba, że kolejny Żyd, i strzeli. I o takich słyszałem. A już jak pijany, to… Urwał, bo okularnik wstał, podszedł do brzegu niecki i pomagając sobie saperką, wszedł na górę. Kolana miał ośnieżone, ale bez grud błota – obok miejsca pochówku klękał ostrożnie – o poły rozpiętego płaszcza też zadbał, przytrzymując je w trakcie wspinaczki. Pióro znikło. Pewnie nie chciał umieszczać obok chusteczki czegoś, czym grzebał w trupie. Bardzo paskudnym trupie. Marzec, skrzywiony z odrazy, przyjrzał się odchylonej głowie, w której podgardlu coś zrobiło dziurę, sięgającą chyba do środka mózgu. O ile był tam jeszcze jakiś mózg. Bo na przykład połowy ciała na ramionach nie było. 15


ARTUR BANIEWICZ

Szyja zachowała się jako tako, ale niżej bielały spod warstw brudu kości obojczyków. Twarzy też nie było. Ot, kilka strzępów niedojedzonego mięsa. Bo to nie zgnilizna tak wyżarła skórę i ciało. Za zimno, za krótko w ziemi. Myszy, może krety. Coś małego, co w norach żyje. Bo nim tu przyszli, tylko czubek głowy wystawał. Lis, by objeść mięso z ramion, musiałby więcej wykopać.  – To nie ona – oznajmił Paweł ze Lwowa, przymykając na moment oczy i robiąc głęboki wdech. Dopiero teraz Marcowi przyszło na myśl, że tam, w dole, musi śmierdzieć. Pewnie lekko, bo to i zimowy pochówek, i zimowe odkopywanie trupów. Ale trupy to trupy, nie ma cudów, by nie cuchnęło.  – Co? – Żołądek drgnął zaskoczony. – Jak to nie ona?  – Nie Chaja – powiedział cicho lwowiak.  – Nie Chaja – powtórzył Gruszczyk. Wyjął niedopałek, schował do kieszeni, by użyć przy produkcji następnego skręta, i splunął. – No to chuj. I po złotych rublach. Lwowiak włożył saperkę pod pachę. Chyba zmarzł, bo złączył dłonie i nasunął na nie rękawy płaszcza. Płaszcza jednak nie zapiął.  – Skąd wiesz, że nie ona? – Żołądek zmarszczył brwi i gestem powstrzymał idącego w ich stronę Antka. – A ty, kurwa, odkopuj! No już! Wykopuj trupy! – Powrócił spojrzeniem do okularnika. – Tylko nie mów, że po fryzurze poznałeś.  – Po fryzurze nie – przyznał tamten głosem jakby drżącym. Ale może to nie głos drżał, tylko od lekkiego kiwania się i unoszenia na czubkach palców, jak dla rozgrzewki, robił wrażenie zmarzniętego. – Fryzurę widać, wykopki zbędne. Ranna była, grób płytki. Prawie się wygrzebała… Po ubraniu też nie. Bo chyba wiele na nich nie zostawiliście. Nie wypili wczoraj dużo, symboliczne pół litra na dwóch, ale to miastowy elegancik. Marzec pomyślał, że pijany już nie jest, za to być może przepity, i stąd taki ton. Bo to nie był dobry ton. Niby marzł, niby coś tam od niechcenia paplał, jak dla podtrzymania rozmowy, ale coś w jego spojrzeniu, no i głosie właśnie budziło niepokój. 16


WOŁYŃSKI GAMBIT

– A po co ma się marnować? – Grzeszczyk ruszył w stronę zagłębienia, wyciągając zza pasa skróconą wersję szpadla. – Żydki i tak do piekła idą; na co im tam ciepłe gacie? Roześmiał się z własnego dowcipu i zerknął w dół, szukając mało śliskiego miejsca na zeskok.  – Czekaj! – warknął Żołądek. Może od wiatru, może od mrozu, wąsy i brwi miał nastroszone. Pewnie tak wyglądał świętej pamięci Marszałek, gdy obsobaczał ministrów.  – Opłaciło się chociaż? – zapytał cicho lwowiak, a Marzec zrozumiał, co jest nie tak z jego głosem. I w ogóle całą resztą. Żołądek paradował w lśniącym hełmie pierwszego w gminie strażaka, bo się go ludzie bali. Nie żeby tak na co dzień i bez przerwy. Ale w takich jak ta chwilach, gdy spojrzenie Stacha mówiło „lepiej uważaj”. Ten miastowy najwyraźniej nie uważał.  – Pomogę Antkowi. – Grzeszczyk, trochę zdziwiony, wskazał chłopaka, który wbijał właśnie szpadel w kawał ziemi nieopodal nadżartej ludzkiej głowy. – Szybciej pójdzie.  – Mało roboty. – Okularnik w ogóle na niego nie spojrzał; przyglądał się temu, kto tu rządził. – Antek raz dwa zakopie.  – Wykopie – poprawił Grzeszczyk. I dopiero teraz coś go zastanowiło. – E, Stachu, a właściwie to po co…?  – Pytałeś, Paweł – Żołądek spoglądał spod daszka hełmu spojrzeniem równie nieruchomym jak to lwowiaka – jak ta wyglądała, co to ją teraz Antek odkopuje.  – Z pół godziny temu. Pamiętam.  – Raczej dwadzieścia minut. Szkoda, że zegarka nie masz. Bo nie masz, co? – Lwowiak wysunął na moment z rękawa lewy nadgarstek, pokazał, że jest tam tylko mankiet koszuli. W świetle szarego, bo szarego, ale poranka, dało się zauważyć, że koszula jest wystrzępiona. – Kieszonkowego też pewnie nie nosisz, bo nie jesteś jeszcze stary dziad.  – Młody też nie. Czterdziestka stuknęła. Więc może…  – A ja – przerwał mu Żołądek – pamiętam, że pytałeś, czyśmy nie widzieli innej Żydówki. Czarne faliste włosy, o, dotąd, oczy jak czekolada, nos lekko zadarty, brwi… 17


ARTUR BANIEWICZ

– Dobra pamięć. – Teraz to tamten przerwał. – Wziąłbym na posterunkowego, ale masz pan jeden feler. Marzec sam zesztywniał i widział wyraźnie, że Grzeszczyk jeszcze bardziej sztywnieje, gapiąc się w profil Pawła.  – Że niby… policjant? – Żołądek skwitował to szyderczym skrzywieniem wąsów. – Takie bajki to dzieciom. Na byle przodownika nie wyglądasz, a oficer nigdy by tu…  – Były komisarz. Więc jedno pytanie i się pożegnamy.  – Nie tak prędko, panie były. – Komendant spojrzał wymownie na Grzeszczyka. – Najpierw to pan nam ładnie opowiesz, co to za interesy z tą Chają. W grobie jej nie ma, czyli jest gdzie indziej. A my chętnie posłuchamy, czemu jej warto szukać. I gdzie. Potem, jak się dobrze spiszesz, już tylko z ubrania wyskoczysz, bo koszty ponieśliśmy i… Kolejności tego, co było dalej, Marzec nie umiałby ustalić. Co najpierw, co potem. Za szybko poszło. Lewa ręka byłego komisarza wyskoczyła z prawego rękawa od razu z otwartym ostrzem noża, prawa zgarnęła trzonek saperki, trzymanej pod pachą jak wielki termometr. Machnięcie z prawej w lewo, gdzie był podbródek Grzeszczyka, a równocześnie wypad lewym ramieniem do przodu. Żołądek liczył się raczej z ciosem saperką, więc zareagował całkiem przytomnie – skacząc naprzód, by zmniejszyć dystans i tym samym siłę ciosu uderzenia. Gdyby był blisko i w hełmie, wyszedłby z opałów. Pewnie nie ominęłyby go zapasy, ale gdy ma się w odwodzie trzy pary rąk, to zapasy nie są złe. Przytrzymać przeciwnika te kilka sekund – i po nim. Za późno zorientował się, że w robocie jest także nóż. Dostał nim najprościej, jak się z szybkiego wypadu dało – prostopadle do tułowia, blisko jego środka. Rozległ się odgłos jak przy solidnym beknięciu i najpierw toporek, który zdążył opuścić pochwę, a potem sam Żołądek zwalił się na śnieg. Kolanami, następnie czołem, by zastygnąć w skłonie z tyłkiem wypiętym w stronę czerwonego wozu z pompą. 18


WOŁYŃSKI GAMBIT

Grzeszczyk padł ciszej, jako że krawędź saperki ześliznęła się z podbródka, odkrawając gładko płat skóry, i całym impetem, nadanym przez sztywne ramię oraz obracające się ciało, ugrzęzła w gardle. Na tyle głęboko, że krew z rany nie popłynęła, tylko chlusnęła. To był ten jeden jedyny moment, w którym Marzec mógł coś jeszcze zmienić. Lwowiak przez sekundę stał przed nim rozkrzyżowany jak Jezus na krzyżu, w dodatku blisko krawędzi tej dziury, i wystarczyło skoczyć, z byka zaprawić… Zwaliłby się na plecy i pewnie więcej się nie podniósł, bo Antek zorientował się szybko i już gnał ze szpadlem, gotów pomagać. Ale Marzec po prostu stał, zbyt wstrząśnięty, by zebrać myśli i podjąć jakąś decyzję. Choćby tę o ucieczce.  – Na krucyfiks, Józek. – Dłonie, ta z nożem i ta z łopatką, wróciły w sąsiedztwo kieszeni płaszcza. Lwowiak stanął w rozkroku, bokiem i do tych na górze, i do Antka, który zamarł dwa kroki od skarpy dzielącej dno niecki od poziomu pól. Albo i na nim zrobił wrażenie widok powalonych, albo miał dość rozumu, by nie pchać się pod cios z góry. Choć może po prostu czekał, co zrobi Marzec.  – Jezu… – Marca nie stać było na więcej. Grzeszczyk obejmował palcami gardło, ale musiałby mieć pewnie jeszcze z dziesięć dodatkowych, by nie sikało spod nich czerwonym. Część musiała lać się do płuc, bo raz i drugi wykasłał hałaśliwie tak po pół kubka krwi zmieszanej ze śliną. A może i rzygami. Choć rzygami to chyba od Żołądka śmierdziało. Dziurę miał… cholera… akurat w żołądku chyba.  – Przysięgałeś, że ręki na siebie nie podniesiemy. – Głos człowieka, który im to zrobił, brzmiał łagodnie, ale łagodnością gospodarza, który stoi z siekierą przed szczerzącym zęby psem. I pies ma do wyboru: odzyskać rozum i merdać ogonem albo dostać przez łeb. – Wykopujemy, dzielimy na pół, co będzie, zapominamy o sobie. Ja też, przypominam, przysięgałem. Więc bądź uprzejmy cofnąć się do tego krzaczka i sobie posiedzieć. Bo kto pierwszy rękę podniesie, tego Bóg sobie zapamięta jako wyjątkowego skurwysyna, kłamiącego z dłonią na krzyżu. A tacy źle kończą. 19


ARTUR BANIEWICZ

Kolejne beknięcie. Żołądek. Zdołał unieść głowę, a potem nawet rozprostować rękę. Drugą przyciskał do rany, ale gdy już tak klęczał wyprostowany, tą jedną podniósł toporek.  – Zabij… gnoja – wystękał. – Antek… We dwóch go… Lwowiak zerknął na młodzika w dole, pokręcił głową. Za mało wymownie, bo Antek ruszył, choć dopiero po chwili wahania. Tyle że nie na wprost. W lewo, gdzie podejście nie było wyraźnie lepsze niż tutaj, ale gdzie dało się wyjść z niecki tak, by stanąć po dokładnie przeciwnej stronie okularnika, niż stał Marzec. Tylko że Marzec nie stał. Odszedł bokiem, zerkając za siebie, pod wskazany krzak. Wolałby w prawo, gdzie czekał wóz i koń, dobry, do straży zakwalifikowany, potrafiący pociągnąć wóz choćby i galopem. Gdyby tak wozu dopaść… Ale do miedzy daleko. A ten cholernik mógł równie szybko biegać, jak machać żelastwem.  – Miało być jedno pytanie – przypomniał lwowiak. – Do ciebie, Józek. Proste. A potem odjeżdżam.  – O… odjeżdża pan? – Marzec nie pamiętał, czy gdzieś przy końcu flaszki nie przeszli na „ty”, ale prędzej by sobie język odgryzł, niż zaryzykował. Usiadł obok wskazanego krzaka i starał się udawać, że zupełnie nie widzi Antka.  – Będę musiał zarekwirować wasz wóz.  – To mój… – Żołądek podparł się toporkiem, dźwignął na jedno kolano, zaczął zbierać siły, by całkiem wstać – Do doktora trza… szybko. Ani się waż… Mój koń, ty skur… Może gdyby toporek upadł inaczej, a on by go podnosił, zamiast się opierać o drzewce, zdążyłby machnąć i choć skaleczyć tamtego ostrzem w goleń. Ale żeleźce ustawiło się najgorzej, jak mogło, więc lwowiak nie tyle doskoczył, co energicznie podszedł, przydepnął je, złapał za pasek hełmu, zdarł go z głowy komendanta.  – Jeden feler, Żołądek, jak powiedziałem. – Cofnął się z hełmem w lewej ręce. Nóż złożył, wsunął do kieszeni i dopiero teraz do Marca dotarło, że to nie żaden nóż, a ta sama brzytwa, którą widział u gościa w plecaku, spięta gumką w jedno z pędzlem, lusterkiem i okrągłym mydłem. Tyle że cholerstwo, gdy je 20


WOŁYŃSKI GAMBIT

rozłożyć, okazało się spiłowane w szpic. – Cham jesteś i tykasz ludzi, z którymi krów nie pasałeś. I to oficerów. Noga nie przygniatała już toporka, więc Żołądek znów próbował poderwać go i uderzyć.  – Teraz! – krzyknął Antek do Marca i pognał z odsieczą. Saperka śmignęła nisko, od biodra i zdzielony w skroń Żołądek runął niczym wór kartofli. Nawet z tej odległości Marzec wypatrzył wklęśnięcie gdzieś między uchem a okiem. Potem zaczęła wypełniać je krew, ale powolutku. Czyli trup. Antek jakby się potknął, raczej o własną niepewność niż o kępę traw porastających obrzeża niecki. Potem były trzy, cztery krótsze, drobione kroki.  – Rzuć to! – Saperka poderwała się wymierzona w nadbiegającego młodzika niczym szpada jakiegoś staroświeckiego oficera wskazującego strzelcom cel. – Bo zabiję! Tyle że żadnych strzelców nie było. Antek splunął wyzywająco i powoli ruszył naprzód. Trochę tu rosło krzewinek, trochę śniegu leżało. Nie chciał ryzykować szarży mogącej skończyć się poślizgiem. Marzec pomyślał, że głupio zrobił. Dał przeciwnikowi czas. Niby na nic strasznego: na upuszczenie hełmu, zdjęcie okularów, wrzucenie do kapelusza i posłanie jednego z drugim w śnieg, daleko od miejsca, gdzie miało się odbyć starcie. Płaszcz też Paweł zdjął. Ale nie odrzucił. Szybkim ruchem zawinął go wokół lewego przedramienia. Lekki, wiosenny, pozwalał na takie sztuczki. Zimowego by w życiu… Marca przeszyła paraliżująca myśl, że to wszystko było z góry poukładane. I brzytwa, której tamten nie próbował wczoraj kryć, ba, na wierzchu nosił, i płaszcz rozchełstany, choć ziąb… Zawodowy bandzior? Bandzior nasadził hełm na głowę. I odskoczył. Bo Antkowi w końcu przestało się to podobać. Rzucił się biegiem, chyba po to, by stłumić wątpliwości. Te przygotowania mogły napędzić stracha. Ktoś szykujący się na śmiertelną walkę nie dba o okulary. To z płaszczem to nie była troska, ale Marzec zrozumiał to później, więc chłopak pewnie też nie od razu. 21


ARTUR BANIEWICZ

Mógł uznać, że także płaszcz, owijany lewą stroną na wierzch, jak dla ochrony przed pobrudzeniem czy rozdarciem, martwi lwowiaka bardziej niż uzbrojony wróg. Nim się starli, saperka wylądowała w lewej dłoni Pawła. Szybki ruch, przesuwający pancerz z płaszcza niżej, na dłoń, chwyt prawą za toporek komendanta – i już byli obok. Szpadel pomknął z góry, wysokim łukiem. Marzec pomyślał, że głupio, bo przecież hełm – ale nawet w hełm nie udało się trafić. Trochę ciosem saperki od boku, trochę unikiem lwowiak wyszedł spod cięcia. I sam ciął toporkiem na płask. Nie sięgnął, choć było blisko. Dłuższa broń to jednak przewaga. A i Antek poruszał się zręcznie. Odskok, uderzenie, tym razem z boku, choć też w głowę. Paweł zastawił się lewą ręką od prawej, niby dziwnie, niby blokując sobie przy okazji prawe ramię, ale szczęk stali o stal, a potem odskakujące od zwiniętego płaszcza ostrze szpadla było dowodem, że obrona wyszła. Atak gorzej. Ale był i atak. Nie za mocny z braku miejsca na zamach. Skuteczny jednak: toporek, mknąc od lewego biodra ku udom chłopaka, trafił pod krawędź pikowanej kurtki, gdzie za cały pancerz służyły spodnie i kalesony. Śnieg zrosiło kroplami krwi. Nie było tego wiele. Antek zatoczył się, lecz zaraz potem, ani spojrzeniem, ani dłonią nie sprawdzając, co z rozciętym udem, zamłynkował trzymanym nad głową szpadlem. Drugi krąg… trzeci… Przy czwartym ruszył naprzód.  – Jeśli ich nie zabi… – zaczął lwowiak, ale nie dokończył, choć cofając się, nadal był poza zasięgiem wirującej stali. Dopiero potem Antek wydłużył kroki i już nie było czasu na pogaduszki. Moment nieuwagi oznaczał śmierć. Młynków było z dziesięć, ostatni w biegu. Nogawka nasiąkała krwią, ból narastał, nie było na co czekać, zwłaszcza że odstępujący lwowiak zajął pozycję między przeciwnikiem a wozem. Gdyby nagle odwrócił się i pobiegł… Przez chwilę wyglądało, że to właśnie planuje – kiedy tak cofał się coraz szybciej, oglądając pośpiesznie, ni to na wóz, ni to w poszukiwaniu przeszkód, które mogą mu znienacka podciąć nogi. Jedną i drugą broń trzymał na wysokości ramion, gotów 22


WOŁYŃSKI GAMBIT

do odparowania ataku. Sam atakować nie próbował. Antek miał prawo poczuć się górą. I zacząć myśleć już na zapas: że gdyby im zabrać wóz, to nim dokuśtyka do wsi, nim opatrzą mu nogę, może być źle, nie tylko z nogą, ale i z nim. Może dlatego zaatakował biegiem, zamiast wyczekiwać okazji. Błędu chyba nie zdążył zrozumieć, bo do biegu zerwali się równocześnie, tylko że ten drugi w dziwnym półprzysiadzie. Szpadel przemknął wysoko nad hełmem, podbity na wszelki wypadek toporkiem, a saperka wyrżnęła Antka od dołu w podbródek, jak bokser sierpem od dołu. Cios był słabszy od bokserskiego, choć dzięki ostrzu bardziej krwawy i pewnie bolesny, nie dało się jednak ocenić, na ile daleki od nokautu, bo zaraz potem prostujący się Paweł poprawił bykiem, bijąc w twarz przeciwnika daszkiem hełmu i w już odlatującą ku ziemi głowę trzasnął z boku toporkiem. Marzec miał dość. Głupi był, że czekał tak długo, ale za to kiedy już dojrzał do decyzji, zerwał się niczym spłoszony zając i pognał w takim kierunku, by mieć dokładnie za plecami tego rzeźnika z białą chusteczką w kieszonce.

2  – Wyjdę, zabiorę i dupy wam zleję tą sikawką! – pogroziła Irena, zezująca z nosem przy szybie, ozdobionej mroźną mozaiką. Paweł Bujnicki przywiózł ze sobą nie tylko cudną czerwoną zabawkę, której dwaj młodzi Skowrońscy radośnie używali na zaśnieżonym podwórku, ale też siarczysty mróz. Szyby zamarzły. Choć raczej nie dlatego gospodyni darowała sobie uchylanie okna. Paweł podejrzewał, że po prostu nie chciała być zbyt wyraźnie słyszana. Jak to mówią? Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe?  – Przeziębią się i wymrą. – Splótł palce na kubku. Herbaty, a konkretnie mieszanki mięty z owocowymi suszami, prawie już w nim nie było, lecz ciepło jeszcze tak. – A ty dzień po nich. Więc może lepiej amnestia, groźna mamo. Odwróciła się od okna, niespiesznie, jakby podejrzewając, że może go przyłapać na gapieniu się na wypięte pośladki. Jeśli tak, 23


ARTUR BANIEWICZ

to słusznie. Niby gruby długi golf, spod którego nawet w skłonie widać było jedynie sam ich skraj, ale to była Irena. I, jak to ona, chodziła po domu w spodniach. Niby luźnych – tylko że w niczym to nie pomagało. Oceniła zawartość kieliszków. Były duże, na wino, na parapecie chłodził się bimber, ale że pili go po Irenowemu, z kompotem wiśniowym, nawet pasowały. Zgarnęła i bimber, i dzbanek. Szurając puchatymi kapciami, minęła choinkę, która była jak ona: nie za duża, mimo biedy papierowych ozdób elegancka w trudny do określenia sposób, miękka, ciepła i pachnąca dobrym domem, do którego człowiekowi chce się wracać i z którego bardzo nie chce się wychodzić. Podeszła do stołu, siadła naprzeciw Pawła, nalała.  –  Minutę po nich – sprostowała. – Uzależniona jestem od padalców. Dłużej niż minutę bym raczej nie pożyła. Z podwórka dobiegł pełen podziwu okrzyk młodszego ze świeżo upieczonych strażaków. Widocznie uniósł na chwilę opadający mu aż na podbródek hełm i obejrzał kolejne trafienie strugą wody w bałwana. Wyczyn faktycznie nielichy, bo w wieku niecałych trzech lat Misio kompletnie nie radził sobie z pompą i gdy to dziesięcioletni Olo chciał w coś wymierzyć, musiał używać nóg, ręce mając zajęte pompowaniem. To dlatego pewnie przed chwilą trafili w okno. Kolegów do pomocy na szczęście nie było skąd sprowadzić. Dom Ireny, dawniej leśniczówka, sterczał na niewysokim wzgórzu pośrodku wykarczowanego lasu, o dobry kilometr od najbliższych zabudowań. Dyskretne kieleckie zadupie. Trochę dlatego Paweł odpuścił sobie chowanie czerwonego wozu w stajni. Ale był i inny powód.  – Bruno nadal jej szuka – powiedziała ciszej i podsunęła kieliszek pod samą dłoń Pawła. – Wszystkich informatorów rozesłał po okolicy, sam jeździ po posterunkach, nawet w sąsiednich powiatach, i pije z kim trzeba, żeby i oni swoich… Chciał nawet przez tego Edwina z kieleckiego SD… Ale to by już chyba była przesada.  – Jak szaleć, to szaleć.  – Stara się. – Oparła łokcie o stół, pochylając się w jego stronę. – Nie jego wina, że… – zawahała się – uciekła. 24


WOŁYŃSKI GAMBIT

– Jakkolwiek zabawnie by to brzmiało. Zjawił się w złym momencie, obiadowa zupa wyszła, nową dopiero nastawiła, chleba została resztka i miał być dodatkiem do zupy, pili zatem pod herbatę i trochę mu już weszło do głowy. Żeby nie było całkiem biednie, Irena szarpnęła się na dwie świece, choć na zewnątrz było jeszcze widno. Z obrusem się nie wygłupiała, nie zadała sobie też trudu sprzątnięcia ze stołu stosu gazet. Taka właśnie była: osobliwe skrzyżowanie subtelności, wrażliwości i elegancji z anarchicznym podejściem do konwenansów oraz manierą robienia wszystkiego po swojemu.  – Że Żydówka ucieka przed żandarmem? – Skrzywiła się, ale w grymasie przeważał jednak uśmiech. – Fakt, brzmi zabawnie.  – Mniejsza z tym. – Podniósł kieliszek. – Twoje zdrowie.  – Już było – przypomniała. Upili jednak po łyku. – Nie chcesz spać? Ziewasz. Zmęczony jesteś. Albo cię nudzę.  – To też było – zrewanżował się. Próbowała go kłaść do łóżka, ledwie zlazł z kozła. Ale przebywać w pobliżu Ireny Skowrońskiej tylko przez krótką chwilę i to przespać? Szczyt głupoty.  – No widzisz? Nudna jestem. Ot, kura domowa. Czasem, dawniej, mówiła takie rzeczy, by go sprowokować. A może ulitować się? Nie miał pojęcia. Ale skoro zaraz potem, po raz enty, niczym płyta gramofonowa, zaczynał jej tłumaczyć, że nie jest ani nudna, ani brzydka, ani gruba, ani… – oj, potrafiła sobie wynaleźć trochę tych rzekomych wad… – to chyba jednak i jemu było to potrzebne. Choć jej pewnie też. Znawcy twierdzili, iż kobiety są łase komplementów. A ona była i esencją kobiecości, i zarazem kimś, komu życie dało w kość, pozbawiając nadmiaru pewności siebie.  – Taa… I dlatego hauptwachtmeister Lustenberger łamie sobie głowę, a potencjalnie także karierę, kombinując, jak tu podejść kumpli, by mu znaleźli jakąś tam głupią Żydówkę, ale jej przy tym nie zabili. Od tego nudzenia się u boku kury domowej Ire… Uciszyła go, zwijając w rulon leżącą z boku gazetę i waląc z impetem godnym polowania na muchy.  – Auć! – Potarł czoło. – Co to ma być?  – Metody nauczycielskie. Zapomniałeś? Polonistka jestem. W służbie czynnej, jeśli komplety się liczą. 25


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Wołyński gambit by SIW Znak - Issuu