Tytuł oryginału: TOTAL RECALL. MY UNBELIEVABLY TRUE LIFE STORY Copyright © Fitness Publications Inc. 2012 All rights reserved First published by Simon & Schuster Inc., New York, USA Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013 Polish translation copyright © Magdalena Słysz & Andrzej Niewiadomski 2013 Redakcja: Beata Słama, Beata Kaczmarczyk Konsultacja przekładu: Paweł Filleborn (kulturystyka), Witold Zalewski (polityka amerykańska), Robert Ziębiński (filmoznawstwo) Indeks: Dorota Jakubowska Zdjęcie na okładce: Greg Gorman Opracowanie fotograficzne: Audrey Landreth ISBN 978-83-7885-037-3 Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym
adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom. Skład wersji elektronicznej: Virtualo Sp. z o.o.
Spis treści
Dedykacja ROZDZIAŁ 1 Wyjazd z Austrii ROZDZIAŁ 2 Praca nad ciałem ROZDZIAŁ 3 Wyznania czołgisty ROZDZIAŁ 4 Mister Universe ROZDZIAŁ 5 Pozdrowienia z Los Angeles ROZDZIAŁ 6 Leniwe dranie ROZDZIAŁ 7 Specjaliści od marmuru i kamienia ROZDZIAŁ 8 Poznawanie Ameryki ROZDZIAŁ 9 Największy pokaz mięśni w dziejach ROZDZIAŁ 10 Niedosyt ROZDZIAŁ 11 Kulturyści ROZDZIAŁ 12 Dziewczyna marzeń ROZDZIAŁ 13 Maria i ja ROZDZIAŁ 14 Co cię nie zabije, to cię wzmocni ROZDZIAŁ 15 Zostać Amerykaninem ROZDZIAŁ 16 Terminator ROZDZIAŁ 17 Małżeństwo i filmy ROZDZIAŁ 18 Czas komedii ROZDZIAŁ 19 Prawdziwe życie Terminatora ROZDZIAŁ 20 Bohater ostatniej akcji ROZDZIAŁ 21 Choroba serca
ROZDZIAŁ 22 Przykładny mąż i ojciec ROZDZIAŁ 23 Polityczna propozycja ROZDZIAŁ 24 Jak to się robi w Kalifornii ROZDZIAŁ 25 Gubernator-terminator ROZDZIAŁ 26 Powrót ROZDZIAŁ 27 Na co komu Waszyngton? ROZDZIAŁ 28 Prawdziwe życie gubernatora-terminatora ROZDZIAŁ 29 Sekret ROZDZIAŁ 30 Zasady Arnolda PODZIĘKOWANIA I ŹRÓDŁA Przypisy Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.
Mojej rodzinie
Ameryka była tak potężna, jak to sobie wyobrażałem, dorastając na prowincji w Austrii. Nie musiałem więc udawać radości i podniecenia, gdy w 1969 roku grałem Herkulesa zwiedzającego Times Square w moim pierwszym filmie, Herk ules w Nowym Jork u.
Za zgod ą Lionsg ate
ROZDZIAŁ 1 Wyjazd z Austrii
Urodziłem się w czasach głodu. W roku 1947 Austria była pod okupacją wojsk alianckich, które pokonały hitlerowską Trzecią Rzeszę. W maju, dwa miesiące przed moim przyjściem na świat, w Wiedniu z powodu braku żywności wybuchały zamieszki. W Styrii, kraju związkowym w południowo-wschodniej części Austrii, gdzie mieszkaliśmy, też panował głód. Po latach, gdy matka chciała mi przypomnieć, ile razem z ojcem zrobili, żebym wyszedł na ludzi, opowiadała, jak szukała jedzenia na wsi, chodziła od jednego gospodarstwa do drugiego, żeby zdobyć trochę masła, cukru czy mąki. Czasami nie było jej w domu przez trzy dni. Mówią na to Hamstern – chomikowanie. Wtedy żebranie o jedzenie było na porządku dziennym. Nasza wieś, bardzo typowa, nazywała się Thal. Mieszkało w niej kilkaset rodzin, domy i gospodarstwa skupiały się w osady połączone ścieżkami i polnymi drogami. Główna droga gruntowa biegła przez kilka kilometrów po niskich alpejskich wzgórzach wśród pól i lasów. Wojska brytyjskie, które nadzorowały nasz rejon, widywaliśmy rzadko – tylko od czasu do czasu przejeżdżała ciężarówka z żołnierzami. Jednak wschodnią część kraju okupowali Rosjanie i ich obecność była odczuwalna. Zaczęła się zimna wojna i wszyscy żyliśmy w strachu, że zaraz wjadą rosyjskie czołgi i zostaniemy przyłączeni do radzieckiego imperium. Księża w kościołach straszyli wiernych przerażającymi opowieściami o Rosjanach strzelających do niemowląt w ramionach matek. Nasz dom stał na szczycie wzgórza przy drodze i gdy dorastałem, rzadko zdarzało mi się widywać więcej niż dwa samochody dziennie. Naprzeciwko wznosił się zrujnowany zamek, pochodzący z czasów feudalnych, od naszych drzwi dzieliło go około stu metrów. Na następnym wzniesieniu stał ratusz z biurem burmistrza, kościół katolicki, do którego matka co niedzielę prowadziła nas na mszę, miejscowy Gasthaus, czyli gospoda będąca sercem wsi, i szkoła podstawowa – chodziłem do niej ze starszym ode
mnie o rok bratem Meinhardem. W najwcześniejszych wspomnieniach widzę matkę robiącą pranie i ojca przerzucającego łopatą węgiel. Miałem wtedy nie więcej niż trzy lata, ale jego obraz wyrył się w mojej pamięci bardzo mocno. Był wysokim, potężnym mężczyzną i wiele rzeczy robił sam, bez niczyjej pomocy. Każdej jesieni dostawaliśmy przydział węgla, który zrzucano z przyczepy ciężarówki przed domem, i wtedy ojciec zatrudniał Meinharda i mnie do pomocy przy przenoszeniu go do piwnicy. Zawsze robiliśmy to z dumą. Zarówno ojciec, jak i matka pochodzili z klasy pracującej, z robotniczych rodzin zatrudnionych przy produkcji stali, mieszkających na północy. Poznali się pod koniec wojny w mieście Mürzzuschlag, gdzie matka, Aurelia Jadrny, pracowała jako urzędniczka w punkcie dystrybucji racji żywnościowych podlegającym ratuszowi. Była po dwudziestce i zdążyła już owdowieć – jej mąż został zabity osiem miesięcy po ślubie. Gdy któregoś ranka siedziała za biurkiem, zauważyła mojego ojca przechodzącego ulicą – starszego od niej mężczyznę, pod czterdziestkę, ale wysokiego i przystojnego. Był w mundurze policjanta. Miała słabość do facetów w mundurach, więc codziennie na niego czekała. Wiedziała, kiedy miał służbę, i zawsze wtedy tkwiła za biurkiem. Rozmawiali przez otwarte okno, a ona dawała mu do jedzenia to, co miała pod ręką. Nazywał się Gustav Schwarzenegger. Ślub wzięli pod koniec 1945 roku. On miał trzydzieści osiem lat, ona dwadzieścia trzy. Ojciec dostał przydział w Thal, gdzie stanął na czele czteroosobowego posterunku, odpowiedzialnego za utrzymanie porządku we wsi i okolicach. Z żołdu, który dostawał, ledwo dało się wyżyć, ale w ramach przydziału otrzymał mieszkanie: Forsthaus, starą leśniczówkę. Forstmeister, leśniczy, mieszkał na parterze, a Inspektor z rodziną – na piętrze. Dom, w którym spędziłem dzieciństwo, był zwykłym budynkiem z kamienia i cegieł, o harmonijnych proporcjach, grubych murach i małych oknach chroniących przed alpejskimi zimami. Mieliśmy dwie sypialnie z piecami na węgiel oraz kuchnię, w której jedliśmy, odrabialiśmy lekcje, myliśmy się i bawiliśmy. Źródłem ciepła w tym pomieszczeniu była kuchenka. Nie było kanalizacji, nie mieliśmy prysznica ani klozetu, tylko coś w rodzaju
nocnika. Najbliższa studnia znajdowała się w odległości około półtora kilometra i któreś z nas musiało do niej chodzić, nawet gdy padał deszcz czy śnieg. Staraliśmy się więc zużywać jak najmniej wody. Grzaliśmy ją, wlewaliśmy do miednicy i myliśmy się gąbką albo szmatką – matka pierwsza, w czystej wodzie, potem ojciec i wreszcie my – Meinhard i ja. Nie przeszkadzało nam, że woda jest trochę brudna, jeśli pozwalało to uniknąć kursu do studni. Mieliśmy tylko niezbędne meble i kilka lamp elektrycznych. Ojciec lubił obrazy i antyki, ale gdy dorastaliśmy, były to luksusy, na które nie mógł sobie pozwolić. Matka grała na cytrze, śpiewała nam piosenki i kołysanki, lecz to ojciec był prawdziwym muzykiem. Umiał grać na różnych instrumentach dętych: na trąbce, skrzydłówce, saksofonie, klarnecie. Pisał także muzykę i dyrygował lokalną orkiestrą żandarmerii – jeśli gdzieś w kraju zmarł jakiś oficer policji, orkiestra grała na jego pogrzebie. Latem w niedziele często chodziliśmy na koncerty do parku, podczas których ojciec dyrygował, a czasami i grał. Większość krewnych z jego strony miała zdolności muzyczne, ale my z Meinhardem ich nie odziedziczyliśmy. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mieliśmy koty, a nie psy – może dlatego, że matka je uwielbiała i ich utrzymanie nic nie kosztowało, bo same zdobywały sobie pożywienie. Zawsze było u nas mnóstwo kotów, które wychodziły z domu i do niego wchodziły, leżały zwinięte w kłębek tu i tam, przynosiły na wpół martwe myszy z poddasza, żeby pokazać, jacy to z nich wspaniali łowcy. Każdy z nas miał własnego kota, z którym spał – taki był u nas zwyczaj. W pewnym momencie w domu było siedem kotów. Uwielbialiśmy je, ale w tamtych czasach nie chodziło się ze zwierzętami do weterynarza. Gdy jeden z kotów zaczynał niedomagać, bo był chory albo stary, czekaliśmy, aż usłyszymy strzał z pistoletu ojca, dochodzący z tylnego podwórka. Wtedy matka, Meinhard i ja kopaliśmy dół i usypywaliśmy nagrobek z małym krzyżem. Matka miała czarnego kota o imieniu Mooki i twierdziła, że jest niezwykły, choć żadne z nas nie wiedziało dlaczego. Pewnego dnia, gdy miałem z dziesięć lat, kłóciłem się z matką, bo nie chciałem odrobić pracy domowej. Na kanapie leżał Mooki, jak zwykle zwinięty w kłębek. Musiałem być naprawdę niegrzeczny, bo matka podeszła szybko, żeby dać mi w twarz. Zobaczyłem, na co się zanosi, i próbowałem się
zasłonić, ale zamiast tego uderzyłem ją wierzchem dłoni. Mooki natychmiast zsunął się z kanapy, wskoczył między nas i zaczął drapać mnie po twarzy. Ściągnąłem go z siebie i wrzasnąłem: – Ojej! Co to ma być?! Spojrzeliśmy z matką na siebie i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, choć po policzku ciekła mi krew. Wreszcie matka miała dowód, że Mooki to niezwykły kot. Po zawierusze wojennej moi rodzice najbardziej pragnęli spokoju i bezpieczeństwa. Matka, wysoka kobieta o szerokich ramionach, silna i zaradna, była tradycyjną Hausfrau, utrzymującą w domu nieskazitelny porządek i czystość. Zwijała dywany i na kolanach szorowała szczotką i mydłem drewnianą podłogę, a potem wycierała ją do sucha szmatami. Maniacko dbała o to, żeby nasze ubrania wisiały porządnie na wieszakach, a pościel i ręczniki były starannie złożone, z kantami ostrymi jak brzytwa. Na tyłach domu uprawiała buraki, ziemniaki i jagody, żebyśmy mieli co jeść, a jesienią robiła przetwory i kisiła kapustę na zimę. Trzymała to wszystko w słojach z grubego szkła. Gdy ojciec o dwunastej trzydzieści wracał do domu z posterunku, mama czekała z obiadem, a potem, kiedy wracał punkt osiemnasta – z kolacją. Zajmowała się też finansami. Ponieważ wcześniej pracowała w urzędzie, była doskonale zorganizowana, dobrze pisała i liczyła. Co miesiąc, gdy ojciec przynosił wypłatę, zostawiała mu pięćset szylingów na drobne wydatki, a resztę przeznaczała na życie. Prowadziła całą rodzinną korespondencję i opłacała co miesiąc rachunki. Raz do roku, zawsze w grudniu, zabierała nas na zakupy. Jechaliśmy autobusem do domu towarowego Kastner und Ohler tuż za następnym wzniesieniem, w Grazu. Stary budynek miał tylko dwa albo trzy piętra, ale dla nas był wielki jak Mall of America. Były tam schody ruchome i winda ze szkła i metalu, więc gdy wjeżdżaliśmy na górę, widzieliśmy wszystko. Mama kupowała nam tylko niezbędne rzeczy, ubrania, koszule, bieliznę, skarpetki i tym podobne, które następnego dnia dostarczano nam do domu, zapakowane w brązowy papier. Nowością były wówczas zakupy na raty i matka z przyjemnością z nich korzystała, płacąc co miesiąc ułamek należności, aż uregulowała ją do końca. Ten rodzaj zachęty do kupowania w przypadku takich osób jak moja mama stanowił dobry sposób stymulowania rozwoju gospodarki.
Matka radziła sobie także z problemami zdrowotnymi, mimo że ojciec potrafił udzielić pierwszej pomocy. Brat i ja przeszliśmy chyba wszystkie możliwe choroby dziecięce, od świnki przez szkarlatynę po odrę, więc mama miała doświadczenie. Nic nie mogło jej powstrzymać: którejś zimowej nocy, gdy byliśmy jeszcze bardzo mali, Meinhard dostał zapalenia płuc, a nie można było wezwać lekarza ani karetki pogotowia. Mama zostawiła mnie więc w domu z ojcem, a sama wzięła zawiniętego Meinharda na plecy i pokonała ponad trzy kilometry w śniegu, żeby zanieść go do szpitala w Grazu. Ojciec miał bardziej skomplikowaną osobowość. Potrafił być wspaniałomyślny i czuły, szczególnie wobec matki. Bardzo się kochali. Widać to było po sposobie, w jaki podawała mu kawę, a on ofiarowywał jej drobne upominki, przytulał ją i klepał po pupie. Nas także kochali, zawsze zabierali mnie i Meinharda do swojego łóżka i tulili, szczególnie gdy baliśmy się burzy. Jednak raz na tydzień, zwykle w piątkowy wieczór, ojciec wracał do domu pijany. Nie było go do drugiej, trzeciej albo czwartej w nocy, ponieważ pił z miejscowymi, zawsze przy tym samym stole w gospodzie, często nawet z księdzem, dyrektorem szkoły czy burmistrzem. Budził nas w nocy, bo walił wściekle do drzwi i krzyczał na matkę. Gniew szybko mijał i nazajutrz ojciec był do rany przyłóż, zabierał nas na obiad albo dawał prezenty na zgodę. Ale gdy my nabroiliśmy, spuszczał nam lanie. Wszystko to wydawało nam się zupełnie normalne: każdy ojciec wymierzał dzieciom kary fizyczne i przychodził do domu pijany. Gospodarz, który mieszkał niedaleko nas, targał syna za uszy i gonił go z cienką, giętką rózgą namoczoną wcześniej w wodzie, aby razy bardziej bolały. Picie alkoholu było elementem braterstwa. Czasami mężczyźni zapraszali nawet żony i dzieci, żeby przyłączyły się do nich w gospodzie. Dzieciaki zawsze czuły się uhonorowane, gdy mogły usiąść z dorosłymi i dostać deser. Pozwalano nam też pójść do sąsiedniej izby, napić się coca-coli i pograć w gry planszowe, pooglądać czasopisma albo telewizję. Siedzieliśmy tam do północy i myśleliśmy sobie: O rany, to jest dopiero życie! Po latach zrozumiałem, że pod tą Gemütlichkeit kryły się gorycz i strach. Dorastaliśmy wśród mężczyzn, którzy czuli się nieudacznikami. Ich pokolenie doprowadziło do drugiej wojny światowej i ją przegrało. Ojciec odszedł
z żandarmerii i wstąpił do policji w armii niemieckiej. Służył w Belgii i we Francji, a także w Afryce Północnej, gdzie złapał malarię. W 1942 roku w Leningradzie, w najbardziej krwawej bitwie tej wojny, o mało nie został wzięty do niewoli. Budynek, w którym przebywał, został wysadzony przez Rosjan. Ojciec przez trzy dni leżał uwięziony pod gruzami. Miał przetrącony kręgosłup i odłamki szrapnela w obu nogach. Spędził wiele miesięcy w szpitalu, zanim doszedł do siebie na tyle, aby wrócić do Austrii i wstąpić do policji cywilnej. A kto wie, jak długo leczył rany psychiczne, biorąc pod uwagę to wszystko, czego był świadkiem. Słyszałem, jak mężczyźni mówili o tym, gdy się upijali, i mogę sobie wyobrazić, jak bolesne były dla nich te wspomnienia. Zostali pokonani i bali się, że pewnego dnia wkroczą Rosjanie i zabiorą ich, by odbudowywali Moskwę czy Stalingrad. Byli przepełnieni gniewem. Próbowali tłumić wściekłość i uczucie poniżenia, ale nie mogli wyzbyć się rozczarowania. Zastanówcie się: obiecuje wam się, że będziecie obywatelami nowego potężnego imperium, że każda rodzina będzie miała wszelkie najnowsze wygody. A zamiast tego wracacie do zrujnowanego kraju, gdzie prawie nie ma pieniędzy, brakuje jedzenia, gdzie wszystko trzeba odbudować. Są tam wojska okupacyjne, więc nie jest się panem na własnej ziemi. A co najgorsze, trudno poradzić sobie z tym, co się przeżyło. Jak można odreagować tę niewiarygodną traumę, jeśli nikomu nie wolno o niej mówić? Trzecia Rzesza została oficjalnie wymazana z historii. Wszyscy urzędnicy państwowi – lokalni pracownicy administracji, nauczyciele, policjanci – musieli przejść tak zwaną denazyfikację. Przesłuchiwano takiego kogoś, a potem weryfikowano jego zeznanie, żeby stwierdzić, czy był zagorzałym nazistą i czy mógł popełnić zbrodnie wojenne. Wszystko, co miało związek z nazizmem, podlegało konfiskacie: książki, filmy, plakaty, nawet osobiste zapiski i zdjęcia. Trzeba było oddać każdą taką rzecz, wojna musiała być wymazana z pamięci. Meinhard i ja nie byliśmy tego świadomi. W domu mieliśmy piękną książkę z obrazkami, którą pożyczaliśmy, żeby odgrywać księdza: udawaliśmy, że to Biblia, bo była większa niż nasze Pismo Święte. Jeden z nas otwierał ją, podczas gdy drugi odprawiał mszę. Ta książka była albumem do samodzielnego uzupełniania, mającym propagować wspaniałe osiągnięcia Trzeciej Rzeszy, podzielonym na rozdziały
poświęcone robotom publicznym, cudownym nowym okrętom, nowym pomnikom, wielkim bitwom stoczonym w Polsce. W każdym z takich rozdziałów znajdowały się ponumerowane puste strony i gdy szło się do sklepu, aby coś kupić albo zainwestować w obligacje wojenne, dostawało się zdjęcie z odpowiednim numerem, które należało wkleić do albumu. Kiedy zebrało się już całą kolekcję zdjęć, dostawało się nagrodę. Uwielbiałem strony, które ukazywały fantastyczne dworce kolejowe czy potężne lokomotywy buchające parą, fascynowała mnie też fotografia przedstawiająca dwóch mężczyzn jadących po torach drezyną z ręcznym napędem – symbolizowała dla mnie przygodę i wolność. Meinhard i ja nie mieliśmy pojęcia, na co patrzymy, aż pewnego dnia, gdy mieliśmy bawić się w księdza, okazało się, że album zniknął. Szukaliśmy go wszędzie. Wreszcie spytałem matkę, gdzie podziała się ta piękna książka, przecież to była nasza Biblia! Ale mama odpowiedziała krótko: – Musieliśmy ją oddać. Później zagadywałem ojca: „Opowiedz mi o wojnie”, albo wypytywałem go, co robił i przez co przeszedł. On jednak zawsze odpowiadał krótko: „Nie ma o czym mówić”. Jego sposobem na życie była dyscyplina. Wprowadził rutynę, której nic nie mogło zmienić: wstawaliśmy o szóstej i albo ja, albo Meinhard szliśmy do sąsiedniego gospodarstwa po mleko. Kiedy trochę podrośliśmy i zaczęliśmy uprawiać sport, do naszych obowiązków doszły ćwiczenia i musieliśmy zasłużyć na śniadanie, wykonując pompki. Po południu, gdy kończyliśmy odrabiać lekcje i zrobiliśmy już wszystko, co musieliśmy zrobić, ojciec kazał nam grać w piłkę nożną, niezależnie od pogody. Jeśli graliśmy kiepsko, czekała nas bura. Ojciec równie głęboko wierzył w trening umysłowy. Po mszy w niedziele zabierał nas na rodzinną wycieczkę: jechaliśmy na przykład do innej wsi albo na przedstawienie, oglądaliśmy jego występ z policyjną orkiestrą. Wieczorem musieliśmy pisać sprawozdania z przebiegu wydarzenia, co najmniej na dziesięć stron. Potem oddawał nam kartki z zaznaczonymi na czerwono uwagami i jeśli zrobiliśmy błąd ortograficzny, musieliśmy dane słowo przepisać pięćdziesiąt razy. Kochałem ojca i naprawdę zależało mi na jego opinii. Pamiętam, że raz, kiedy
byłem jeszcze mały, ubrałem się w jego mundur i stanąłem na krześle przed lustrem. Kurtka sięgała mi prawie do stóp, a czapka opadała na nos. Ojciec jednak nie miał dla nas czasu i nie interesowały go nasze problemy. Gdy chcieliśmy mieć rower, powiedział nam, żebyśmy na niego zarobili. Wciąż odnosiłem wrażenie, że nie jestem wystarczająco grzeczny, wystarczająco silny, wystarczająco bystry. Ciągle dawał mi do zrozumienia, że mógłbym coś jeszcze w sobie poprawić. Takie wymagania ze strony ojca mogłyby skrzywić wielu chłopców, ale mnie jego surowość zahartowała. Była dla mnie motywacją. W tamtych czasach Meinhard i ja byliśmy sobie bardzo bliscy. Zajmowaliśmy wspólny pokój, aż skończyłem osiemnaście lat i wyjechałem z domu, żeby wstąpić do wojska, lecz wcale nie chciałem mieć własnego. Do dziś czuję się bardziej komfortowo, gdy mam z kim pogadać przed snem. Jednocześnie ze sobą współzawodniczyliśmy, jak to bracia – zawsze jeden próbował prześcignąć drugiego i zdobyć względy taty, który, jako sportowiec, lubił rywalizację. Organizował nam wyścigi i mówił: „A teraz zobaczmy, kto jest najlepszy”. Byliśmy wyżsi od większości chłopców w naszym wieku, ale Meinhard, jako starszy o rok, zawsze zwyciężał w różnych zawodach. Ja jednak nieustannie szukałem okazji, żeby zdobyć przewagę. Meinhard miał pewną słabość: bał się ciemności. Kiedy miał dziesięć lat, skończył podstawówkę w naszej wsi i przeszedł do Hauptschule, która znajdowała się za wzgórzem, w Grazu. Jeździło się tam autobusem, a przystanek był dwadzieścia minut drogi od naszego domu. Problem polegał na tym, że w krótkie zimowe dnie lekcje kończyły się dobrze po zachodzie słońca, więc Meinhard wracał do domu już po zmroku. Tak bał się drogi w ciemnościach, że wychodziłem po niego na przystanek autobusowy i razem szliśmy do leśniczówki. Tak naprawdę ja też się bałem i nie lubiłem chodzić sam wieczorami. Nigdzie nie było latarni i nawet w Thal panowały ciemności, choć oko wykol. Drogi i ścieżki biegły przez las jak w bajkach braci Grimm, i to tak gęsty, że nawet za dnia panował w nim mrok. Wychowaliśmy się na tych strasznych opowieściach, nigdy nie przeczytałbym ich moim dzieciom, ale stanowiły element naszej kultury. Zawsze
występował w nich jakiś czarownik, wilk albo potwór, który czyhał, żeby skrzywdzić dziecko. To, że mieliśmy ojca policjanta, tylko wzmagało nasze lęki. Tata czasami zabierał nas na obchód po okolicy i mówił, że szuka tego czy innego przestępcy albo nawet mordercy. Dochodziliśmy do jakiejś stodoły stojącej samotnie w polu, a wtedy on kazał nam stać i czekać, podczas gdy sam wyjmował pistolet i zaglądał do środka. Gdy we wsi rozchodziła się wieść, że złapał ze swoimi ludźmi jakiegoś złodzieja, biegliśmy na posterunek, żeby zobaczyć faceta przykutego kajdankami do krzesła. Do przystanku nie docierało się tak po prostu, idąc wzdłuż szosy. Prowadząca do niego ścieżka biegła obok ruin zamku i dalej w dół po stoku wzgórza, skrajem lasu. Pewnego wieczoru, gdy nią szedłem, starając się nie myśleć o niebezpieczeństwach czających się między drzewami, nagle pojawił się przede mną mężczyzna. Wrzasnąłem i stanąłem jak wryty – okazało się, że to jeden z miejscowych robotników rolnych, który szedł w przeciwną stronę, ale gdyby to był goblin, na pewno by mnie dopadł. Walczyłem ze strachem przede wszystkim dlatego, że chciałem dowieść swojej siły i hartu ducha. Pragnąłem udowodnić rodzicom, że jestem odważny, a mój brat nie, chociaż jest ode mnie starszy o rok i czternaście dni. Ta determinacja się opłaciła. Za to, że wychodziłem po Meinharda na przystanek, ojciec dawał mi pięć szylingów tygodniowo. Matka korzystała z tego, że jestem taki dzielny, i wysyłała mnie co tydzień na targ po warzywa, co wymagało przejścia przez inny ciemny las. Dostawałem za to kolejne pięć szylingów, które wydawałem ochoczo na lody albo znaczki do kolekcji. Wada takiego układu polegała na tym, że rodzice byli bardziej opiekuńczy wobec Meinharda, a mnie poświęcali mniej uwagi. Latem 1956 roku podczas wakacji wysłali mnie do pracy w gospodarstwie mojej matki chrzestnej, a brat został w domu. Lubiłem pracę fizyczną, ale gdy przyjechałem do domu i dowiedziałem się, że pod moją nieobecność zabrali go na wycieczkę do Wiednia, poczułem do nich żal. Stopniowo nasze drogi się rozeszły. Gdy ja czytałem działy sportowe w gazetach i zapamiętywałem nazwiska sportowców, Meinhard z coraz większym zainteresowaniem studiował „Der Spiegel”, niemiecki odpowiednik „Time’a” – w naszej rodzinie było to najpopularniejsze czasopismo. Gorliwie uczył się nazw
wszystkich stolic świata oraz długości wszystkich większych rzek. Wkuwał układ okresowy pierwiastków i wzory chemiczne. Miał bzika na punkcie wszelkich faktów i stale rywalizował w tej dziedzinie z ojcem. Meinhard czuł też awersję do pracy fizycznej. Nie lubił brudzić sobie rąk. Zaczął wkładać do szkoły białe koszule. Matka nie protestowała, ale skarżyła mi się: – Myślałam, że mam dość prania białych koszul waszego ojca, a teraz Meinhard je sobie upodobał. Niebawem w rodzinie nabrano przekonania, że Meinhard w przyszłości zajmie się pracą umysłową, może zostanie inżynierem, a ja będę zwykłym robotnikiem, bo nie brzydziłem się pracą fizyczną. – Chcesz być mechanikiem? – pytali mnie rodzice. – A może stolarzem, żeby robić meble? Nie wykluczali też, że zostanę policjantem, jak ojciec. Ja jednak miałem inne pomysły. Powoli zaczęła mi w głowie kiełkować myśl, że moje miejsce jest w Ameryce. Nic konkretnego, po prostu… Ameryka, i już. Nie wiem, skąd się to wzięło, może chciałem uciec od ciężkiego życia w Thal, od żelaznej ręki ojca. Ekscytowały mnie codzienne podróże do Grazu, bo jesienią 1957 roku, w ślad za Meinhardem, przeszedłem do Hauptschule i zacząłem naukę w piątej klasie. W porównaniu z Thal Graz był wielką metropolią, pełną samochodów i sklepów. Nie było tam Amerykanów, ale Ameryka wnikała do naszego życia. Wszystkie dzieci bawiły się w kowbojów i Indian. Na zdjęciach w podręcznikach i na ziarnistych czarno-białych filmach dokumentalnych, które wyświetlano w klasie na terkocących projektorach, oglądaliśmy amerykańskie miasta, przedmieścia, charakterystyczne krajobrazy i autostrady. Co ważniejsze, wiedzieliśmy, że Ameryka jest nam potrzebna ze względów bezpieczeństwa. Odczuwaliśmy w Austrii skutki zimnej wojny. Gdy tylko nadchodził jakiś kryzys, ojciec musiał pakować plecak i jechać nad granicę węgierską, prawie dziewięćdziesiąt kilometrów na wschód, żeby razem z innymi obsadzić umocnienia. Rok wcześniej, w 1956, kiedy Rosjanie stłumili powstanie węgierskie, był odpowiedzialny za opiekę nad setkami uchodźców przybywających do naszego kraju. Organizował obozy przejściowe i pomagał uciekinierom dostać się tam, gdzie chcieli.
Niektórzy z nich pragnęli wyjechać do Kanady, inni – zostać w Austrii, i oczywiście wielu marzyło o wyjeździe do Ameryki. On i jego ludzie angażowali do pomocy swoje rodziny. Nas, dzieci, zatrudniano do wydawania zupy – byłem wtedy bardzo przejęty. *** Naszą wiedzę o świecie poszerzaliśmy w kinie NonStop niedaleko rynku w Grazu, gdzie wyświetlano kroniki filmowe. Była to ponadgodzinna projekcja, powtarzana przez cały dzień. Najpierw nadawano kronikę z materiałami z całego świata i komentarzem po niemiecku, potem filmy z Myszką Miki albo inne kreskówki, a na koniec reklamy składające się ze slajdów ukazujących różne sklepy w Grazu. Potem rozlegała się muzyka i wszystko zaczynało się od nowa. Bilety nie były drogie – kosztowały zaledwie kilka szylingów – a każda kronika pokazywała nowe cuda: Elvisa Presleya śpiewającego Hound Dog, prezydenta Eisenhowera wygłaszającego przemówienie, amerykańskie samoloty pasażerskie i samochody o opływowych liniach, gwiazdy filmowe. Wciąż mam te obrazy w pamięci. Były, oczywiście, także nudne reportaże, na przykład o kryzysie w związku z Kanałem Sueskim w 1956 roku, ale wylatywały mi z głowy. Jeszcze większe wrażenie niż kroniki robiły na mnie amerykańskie filmy. Pierwszym, jaki obejrzeliśmy z Meinhardem, był Tarzan z Johnnym Weissmullerem. Wydawało nam się, że zaraz wyskoczy z ekranu prosto na nas. Myśl, że człowiek może skakać z drzewa na drzewo i rozmawiać z lwami albo szympansami, była fascynująca, podobnie jak romans Tarzana z Jane. Takie życie wydawało mi się wspaniałe. Ja i Meinhard byliśmy na tym filmie kilka razy. Dwa kina, do których chodziliśmy, stały naprzeciwko siebie po obu stronach najpopularniejszej ulicy handlowej w Grazu. Wyświetlano w nich na ogół westerny, ale zdarzały się też komedie i dramaty. Jedyny problem stanowiły ograniczenia wiekowe, których ściśle przestrzegano. Przydzielony do kina policjant sprawdzał wiek wchodzących z biletami. Na film z Elvisem, odpowiednik obecnego PG-13, można się było dostać stosunkowo łatwo, ale te, które interesowały mnie najbardziej – westerny, filmy o gladiatorach i wojenne – oznaczone według dzisiejszego systemu jako R, były
trudniej dostępne. Czasami życzliwy kasjer pozwalał mi zaczekać, aż zacznie się projekcja, a potem wskazywał głową przejście na sali, gdzie stał policjant. Innym razem ustawiałem się przy wyjściu z kina i wchodziłem na salę od tyłu. Pieniądze na te rozrywki zarobiłem na swoim pierwszym przedsięwzięciu, sprzedaży lodów w Thalersee latem 1957 roku. Thalersee był parkiem z pięknym jeziorem wśród pagórków, po wschodniej stronie Thal, jakieś pięć minut marszu od naszego domu. Z Grazu nad jezioro łatwo się było dostać i w lecie przyjeżdżały tam tysiące ludzi, żeby się wykąpać, popływać łódką lub w coś pograć. Po południu byli już zgrzani i spragnieni, więc kiedy któregoś razu zobaczyłem kolejkę do budki z lodami stojącej na tarasie, dostrzegłem szansę na biznes. Park był na tyle duży, że wyprawa na taras czasami oznaczała nawet dziesięciominutowy spacer i po powrocie lody były już na wpół roztopione. Odkryłem, że mogę kupić kilkadziesiąt lodów w rożkach za szylinga od sztuki, a potem chodzić wokół jeziora i sprzedawać po dwa szylingi. Właściciel lodziarni z radością przyjął możliwość dodatkowego zarobku, a nawet pożyczył mi specjalną skrzynkę, żeby trzymać rożki w lodzie. Sprzedając lody, w jedno popołudnie mogłem zarobić sto pięćdziesiąt szylingów – prawie sześć dolarów – a przy okazji ładnie się opalić. Jednak pieniądze, które zarobiłem na lodach, szybko się skończyły, a nie lubiłem być bez forsy. Jesienią wpadłem więc na pomysł, by żebrać. Urywałem się ze szkoły i wędrowałem głównymi ulicami Grazu, wypatrując życzliwej twarzy. Mógł to być mężczyzna w średnim wieku albo student, albo chłopka, która przyjechała do miasta na jeden dzień. Podchodziłem do niej i mówiłem: – Przepraszam bardzo, ale zgubiłem pieniądze i bilet miesięczny na autobus, nie mam jak wrócić do domu. Czasami kobieta odganiała mnie, częściej jednak rzucała coś w rodzaju: Du bist so dumm!, czyli „Jak można być tak głupim?!”. Wtedy już wiedziałem, że mi się udało, bo po chwili wzdychała i pytała: – Ile ci potrzeba? – Pięć szylingów – odpowiadałem. A ona na to: – No dobra. Ja.
Zawsze prosiłem taką panią o podanie adresu, żebym mógł odesłać pieniądze. Zazwyczaj jednak mówiła wtedy: – Nie, nie, nie musisz mi oddawać. Tylko następnym razem bądź bardziej uważny. Choć czasami podawała mi adres. Oczywiście nie miałem zamiaru zwracać forsy. W najlepsze dni potrafiłem wyłudzić sto szylingów – prawie cztery dolary. To wystarczało na zakupy w sklepie z zabawkami, pójście do kina i „wystawne” życie! Słabą stroną mojego planu było to, że dzieciak w wieku szkolnym sam na ulicy w środku tygodnia budził podejrzenia. Poza tym wielu ludzi w Grazu znało mojego ojca. W końcu ktoś mu powiedział: „Widziałem dziś w mieście twojego synalka, prosił jakąś kobietę o pieniądze”. W domu wybuchła dzika awantura zwieńczona bolesnym laniem, i to zakończyło moją karierę oszusta. *** To wczesne wypady poza Thal rozbudziły we mnie marzenia. Doszedłem do przekonania, że jestem kimś szczególnym, kto ma dokonać wielkich rzeczy. Wiedziałem, że będę dobry w jakiejś dziedzinie – choć nie miałem pojęcia w jakiej – i że stanę się sławny. Ameryka jako mocarstwo stwarzała największe możliwości i dlatego postanowiłem, że tam wyjadę. Dziesięcioletnie dzieci majątakie marzenia, nic w tym niezwykłego. Ale pomysł wyjazdu do Ameryki był dla mnie jak objawienie i traktowałem go bardzo poważnie. Stale o nim mówiłem. Czekając na autobus na przystanku, powiedziałem kilka lat starszej ode mnie dziewczynce: – Wybieram się do Ameryki. Tylko na mnie popatrzyła i mruknęła: – Taaa, jasne, Arnoldzie. Dzieci przyzwyczaiły się, że bez przerwy o tym gadam, i uważały, że zwariowałem, lecz to mnie nie zniechęcało i nadal opowiadałem o swoich planach niemal wszystkim: rodzicom, nauczycielom, sąsiadom. Hauptschule, czyli szkoła średnia pierwszego stopnia, nie była miejscem, w którym kształcili się przyszli światowi przywódcy. Miała przygotowywać dzieci do
zawodu. Chłopcy i dziewczynki uczyli się w oddzielnych skrzydłach budynku. Uczniowie poznawali podstawy matematyki, nauk przyrodniczych, geografii, historii, religii, nowożytnego języka, sztuki, muzyki, ale w mniejszym zakresie niż w ogólnokształcącej szkole średniej AHS Unterstufe i Oberstufe, która przygotowywała do studiów na uniwersytecie czy politechnice. Ukończenie Hauptschule umożliwiało pójście do szkoły zawodowej, praktykę w konkretnym zawodzie albo podjęcie pracy jako niewykwalifikowany robotnik. Mimo to nauczyciele starali się rozwijać nasze zdolności umysłowe i wzbogacać życie. Wyświetlali nam filmy, zapraszali śpiewaków operowych, umożliwiali kontakt z literaturą, sztuką i tak dalej. Byłem tak ciekawy świata, że nie miałem w szkole większych problemów. Uczyłem się, odrabiałem lekcje i miałem średnie oceny. Czytanie i pisanie wymagały ode mnie dyscypliny, stanowiły raczej obowiązek niż przyjemność, inaczej niż dla kilku innych uczniów z klasy. Z matematyki natomiast byłem dobry, zapamiętywałem wszystko bez trudu i potrafiłem sprawnie liczyć w pamięci. Dyscyplina w szkole była równie surowa jak w domu. Nauczyciele bili nas tak mocno jak rodzice, jeśli nie mocniej. Jeżeli dzieciak został przyłapany na tym, że bierze pióro kolegi, szkolny kapelan tak grzmocił go po głowie katechizmem, że biedakowi godzinami dzwoniło w uszach. Nauczyciel matematyki tak walnął kolegę w tył głowy, że ten uderzył brodą o ławkę i złamał sobie dwa zęby. Wywiadówki były przeciwieństwem dzisiejszych, podczas których nauczyciele i rodzice wychodzą ze skóry, żeby nie zawstydzić dziecka. Cała nasza trzydziestka siedziała w ławkach, a nauczyciel mówił: – Oto wasza praca domowa. Odrabiajcie ją przez następne dwie godziny, gdy będą przychodzili wasi rodzice. Rodzice kolejno wchodzili do klasy: chłopka pracująca w gospodarstwie, robotnik z fabryki… Niemal za każdym razem powtarzała się ta sama scena. Rodzice z szacunkiem witali się z nauczycielem i siadali, a wtedy on po cichu omawiał z nimi postępy dziecka. Potem słychać było, jak czyjś ojciec mówi: – Ale czasami sprawia kłopoty? Następnie odwracał głowę, patrzył na swoją latorośl, podchodził i wymierzał jej
mocny policzek, po czym wracał do biurka nauczyciela. Wszyscy wiedzieliśmy, co zaraz nastąpi, i rżeliśmy z radości. Gdy mój ojciec wchodził po schodach, poznawałem go po krokach, ponieważ nosił policyjne buty. Stawał w drzwiach ubrany w mundur, a wtedy nauczyciel z respektem zrywał się z miejsca, bo miał do czynienia z władzą. Siadali i rozmawiali przez chwilę, aż przychodziła kolej na mnie: ojciec rzucał mi surowe spojrzenie, podchodził, lewą ręką łapał mnie za włosy, a prawą walił w twarz: bum! A później bez słowa wychodził z klasy. To były ciężkie czasy. Codziennie pokonywaliśmy trudności. Na przykład dentyści nie stosowali znieczulenia. Dorastając w tak surowych warunkach, człowiek uczył się znosić ból i pamiętał o nim nawet wtedy, gdy ciężkie czasy się skończyły. *** Kiedy Meinhard miał czternaście lat i coś mu się nie podobało, uciekał. Mówił do mnie: – Chyba znowu dam nogę. Ale nikomu nie mów. Potem po kryjomu pakował do torby trochę ciuchów i znikał. Matka odchodziła od zmysłów, ojciec obdzwaniał wszystkich kumpli na innych posterunkach i pytał o syna. Jeśli się miało za ojca szefa miejscowej policji, był to niezwykle skuteczny przejaw buntu. Meinhard odnajdywał się po jednym lub dwóch dniach, zwykle u któregoś z krewnych albo po prostu u kolegi piętnaście minut drogi od domu. Zawsze zdumiewało mnie to, że nie spotykała go żadna kara. Może ojciec próbował załagodzić sytuację. W pracy zbyt wiele razy stykał się z ucieczkami, wiedział więc, że ukaranie Meinharda tylko pogorszy sprawę. Dam jednak głowę, że wymagało to od niego ogromnej samokontroli. Ja chciałem odejść z domu, mając jakiś plan. Ponieważ byłem jeszcze dzieckiem, wykombinowałem, że najlepszym sposobem zdobycia niezależności będzie pilnowanie własnego nosa i zarabianie pieniędzy. Byłem gotów podjąć się każdej pracy. Nie bałem się chwycić za łopatę i kopać. Któregoś lata w czasie wakacji facet z naszej wsi załatwił mi robotę w fabryce szkła w Grazu, gdzie pracował. Miałem za
zadanie przerzucać łopatą potłuczone szkło z wielkich stosów do pojemnika na kółkach, zawozić do fabryki i ładować do pieca, w którym znów je topiono. Wypłatę dostawałem pod koniec dnia. Następnego lata dowiedziałem się o pracy w tartaku w Grazu. Wziąłem szkolną torbę i spakowałem do niej chleb z masłem. Potem wsiadłem do autobusu, dotarłem do tartaku, zebrałem się na odwagę i wszedłem do środka. Poprosiłem o rozmowę z właścicielem. Zaprowadzili mnie do jego biura. – Czego chcesz? – zapytał. – Szukam pracy. – Ile masz lat? – Czternaście. – Co zamierzasz robić? Przecież nic nie umiesz! Mimo to zaprowadził mnie na podwórko i przedstawił ludziom, którzy pracowali przy maszynie tnącej kawałki drewna na opał. – Tu będziesz pracował – oznajmił. Zacząłem od razu i pracowałem tam do końca wakacji. Do moich obowiązków należało ładowanie łopatą wielkich gór trocin na ciężarówki, które je wywoziły. Zarobiłem tysiąc czterysta szylingów, równowartość pięćdziesięciu pięciu dolarów. W tamtych czasach to była duża suma. Największą dumę budziło jednak we mnie to, że choć byłem jeszcze dzieckiem, płacono mi jak dorosłemu. Wiedziałem, co zrobić z pieniędzmi. Przez całe życie donaszałem ubrania po Meinhardzie, nigdy nie miałem nowych rzeczy. Właśnie zacząłem uprawiać sport – należałem do szkolnej drużyny piłkarskiej – i tak się złożyło, że tamtego roku modne były dresy: długie czarne spodnie i czarne bluzy zapinane na suwak. Uważałem, że wyglądają doskonale, i nawet pokazywałem rodzicom zdjęcia noszących je sportowców w czasopismach. Ale oczywiście nie chcieli mi ich kupić, więc przede wszystkim sprawiłem sobie dres, a resztę pieniędzy przeznaczyłem na rower. Nie starczyło mi na nowy, był jednak w Thal gość, który składał rowery z używanych części, i kupiłem od niego taki. Nikt w domu nie miał roweru; ojciec swój sprzedał po wojnie, żeby mieć pieniądze na jedzenie, i nigdy nie kupił sobie następnego. Chociaż
mój rower nie był idealny, dwa kółka oznaczały wolność.
ROZDZIAŁ 2 Praca nad ciałem
Z ostatniego roku nauki w Hauptschule najlepiej zapamiętałem próbne alarmy przeprowadzane na wypadek wybuchu wojny atomowej. Zaczynały wyć syreny, a my składaliśmy wtedy podręczniki, chowaliśmy się pod ławki z głową między kolanami i zamykaliśmy oczy. Nawet dziecko zdawało sobie sprawę, że to żałosne. W czerwcu 1961 roku wszyscy tkwiliśmy przed telewizorami i oglądaliśmy wiedeńskie spotkanie na szczycie amerykańskiego prezydenta Johna F. Kennedy’ego i radzieckiego przywódcy Nikity Chruszczowa. W niewielu domach były telewizory, ale wszyscy znali sklep z urządzeniami elektrycznymi przy Lendplatz w Grazu, który wystawiał w oknach dwa odbiorniki telewizyjne. Biegliśmy tam i sterczeliśmy na chodniku, oglądając w wiadomościach informacje na temat tego spotkania. Kennedy sprawował urząd prezydenta od niespełna pół roku i większość komentatorów uważała za błąd, iż prowadzi już rozmowy z Chruszczowem, który był prymitywny, wygadany i szczwany jak lis. My, dzieci, nie mieliśmy zdania w tej kwestii, a ponieważ telewizory stały za szybą, i tak nie słyszeliśmy komentarzy. Ale wszystko oglądaliśmy! Uczestniczyliśmy w wydarzeniach. Ze względu na położenie geograficzne żyliśmy w ciągłym strachu. Za każdym razem, gdy między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi wybuchał jakiś konflikt, baliśmy się, że już po nas. Sądziliśmy, że Chruszczow zrobi Austrii coś strasznego, bo znajdowaliśmy się pośrodku; zresztą właśnie dlatego zorganizowano szczyt wiedeński. Rozmowy nie przebiegały pomyślnie. W pewnym momencie, po wystąpieniu z jakimś wrogim żądaniem, Chruszczow oświadczył: „To od Stanów Zjednoczonych zależy, czy będzie wojna, czy pokój”, a wtedy Kennedy odpowiedział groźnie: „Jeśli tak, panie przewodniczący, to niech będzie wojna. Przed nami długa, mroźna zima”. Gdy tamtej jesieni Chruszczow kazał zbudować mur w Berlinie, dorośli mówili: „No to mamy”. Żandarmeria była wówczas jedyną siłą zbrojną, jaką dysponowała Austria, i ojciec
musiał pojechać na granicę w mundurze i z całym wyposażeniem. Nie było go przez tydzień, dopóki nie zażegnano kryzysu. *** Tymczasem żyliśmy w napięciu, co chwilę mieliśmy próbne alarmy na wypadek wojny atomowej. W mojej klasie, do której chodziło trzydziestu dorastających chłopaków, testosteron aż kipiał, ale żaden z nas nie chciał wojny. Najbardziej interesowały nas dziewczyny. Były zagadką, zwłaszcza dla takich chłopców jak ja, którzy nie mieli sióstr. Widywaliśmy je w szkole tylko na dziedzińcu przed lekcjami, bo uczyły się w oddzielnym skrzydle budynku. Były to te same dziewczyny, z którymi dorastaliśmy, ale nagle zaczęły wydawać nam się jakieś inne. Jak z nimi rozmawiać? Osiągnęliśmy wiek, w którym odczuwa się popęd seksualny, lecz przejawia się on w dziwny sposób. Na przykład któregoś ranka przed szkołą obrzuciliśmy koleżanki śnieżkami. Na pierwszej lekcji tamtego dnia mieliśmy matematykę. Zamiast otworzyć podręcznik, nauczyciel powiedział: – Widziałem was, łobuzy. Lepiej o tym porozmawiajmy. Baliśmy się, że oberwiemy. To był ten sam belfer, przez którego kolega wybił sobie zęby. Ale tamtego dnia facet nie miał bojowego nastroju. – Chcecie, chłopcy, żeby te dziewczęta was lubiły, prawda? – Kilku z nas pokiwało głowami. – To naturalne, że tego chcecie, bo kochamy płeć przeciwną. Potem będziecie chcieli je całować, przytulać, kochać się z nimi. Czy nie tego każdy z was chce? Znów kiwanie głowami. – Więc nie mówcie mi, że rzucanie śnieżkami w dziewczyny ma sens! Czy tak okazujecie miłość? Czy w taki sposób mówicie: „Naprawdę cię lubię”? Skąd się to u was wzięło? Teraz naprawdę przykuł naszą uwagę. – Bo jeśli chodzi o moje podchody do dziewcząt – ciągnął – to pamiętam, że raczej prawiłem im komplementy, całowałem je, przytulałem i starałem się, żeby było im dobrze. Oto, co robiłem.
Ojcowie tak z nami nie rozmawiali. Zrozumieliśmy, że jeśli chcemy zdobyć dziewczynę, musimy zadać sobie trochę trudu i nawiązać rozmowę, a nie ślinić się jak pies w rui. Trzeba nawiązać nić porozumienia. Byłem jednym z tych, którzy rzucali śnieżkami. I wziąłem sobie te rady głęboko do serca. W ostatnim tygodniu nauki doznałem prawdziwego objawienia. Stało się to, gdy pisałem wypracowanie. Nauczyciel historii zawsze wybierał czterech albo pięciu uczniów, wręczał im gazetę i kazał pisemnie odnieść się do artykułu czy zdjęcia, które ich zainteresowało. Tym razem padło na mnie i dostałem stronę z działem sportowym. Widniało na niej zdjęcie Kurta Marnula, mistrza Austrii, który ustanowił rekord w wyciskaniu na ławce: sto dziewięćdziesiąt kilogramów. Ten wyczyn mnie zainspirował. Najbardziej jednak uderzyło mnie to, że Marnul nosił okulary. Widziałem je wyraźnie. Były lekko przyciemnione. Okulary kojarzyły mi się z intelektualistami – nauczycielami i księżmi – a tu proszę, Kurt Marnul leżał na ławce w koszulce bez rękawów, miał potężną klatkę piersiową i wąskie biodra, podnosił ciężką sztangę i miał na nosie okulary. Patrzyłem i patrzyłem na to zdjęcie. Jak to możliwe, że ktoś, kto od szyi w górę wygląda jak profesor, wyciska na ławce sto dziewięćdziesiąt kilo? O tym właśnie napisałem. Przeczytałem moją pracę na głos i ku mojemu zadowoleniu w klasie rozległy się śmiechy. Wyszedłem z klasy zafascynowany tym, że można być bystrzakiem i siłaczem jednocześnie. Wraz z zainteresowaniem dziewczynami przyszła świadomość własnego ciała. Zacząłem jeszcze bardziej pasjonować się sportem: przyglądałem się sportowcom, obserwowałem, jak ćwiczą, co robią ze swoimi ciałami. Rok wcześniej nic to dla mnie nie znaczyło, teraz znaczyło wszystko. Gdy tylko skończył się rok szkolny, ja i wszyscy moi koledzy pojechaliśmy do Thalersee, naszego letniego miejsca spotkań; pływaliśmy w jeziorze, uprawialiśmy zapasy w błocie i graliśmy w nogę. Szybko zaprzyjaźniłem się z bokserami, zapaśnikami i innymi sportowcami. Poprzedniego lata poznałem jednego z ratowników, Willego Richtera, który miał już ponad dwadzieścia lat. Pozwolił mi zostać swoim przybocznym i pomocnikiem. Willi był dobrym, wszechstronnym sportowcem. Po pracy włóczyłem się za nim i patrzyłem, jak ćwiczy. Park traktował
jak salę gimnastyczną, podciągał się na gałęziach, robił na ziemi pompki i przysiady, biegał po ścieżkach i wykonywał skoki z miejsca. Od czasu do czasu prężył przede mną muskuły, wprawiając mnie w niekłamany podziw. Willi przyjaźnił się z dwoma braćmi – oni to dopiero byli wysportowani. Starszy z nich studiował na uniwersytecie. Obaj podnosili ciężary, uprawiali kulturystykę, a w dniu, w którym ich poznałem, trenowali pchnięcie kulą. Spytali, czy chciałbym spróbować, i zaczęli mnie uczyć postawy i kroków. Potem poszliśmy pod drzewo, na którym Willi się podciągał. On także nagle zapytał: „Może spróbujesz?”. Ledwo mogłem się utrzymać, bo do tego trzeba mieć naprawdę silne palce, a gałąź była gruba. Udało mi się podciągnąć raz czy dwa, ale potem dałem za wygraną. – Wiesz co, jeśli będziesz ćwiczył przez całe lato, gwarantuję ci, że zdołasz podciągnąć się dziesięć razy, a to nie byle co. I założę się, że po obu stronach najszerszych grzbietu przybędzie ci po centymetrze. – Miał na myśli mięśnie najszersze grzbietu, latissimi dorsi. Pomyślałem: O rany, to niesamowite, tylko od jednego ćwiczenia! Potem poszliśmy za nim na szczyt pagórka i towarzyszyliśmy mu podczas dalszego treningu. Od tamtej pory ćwiczyłem z nim codziennie. Poprzedniego lata Willi zabrał mnie do Wiednia na mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów. Wybraliśmy się samochodem z kilkoma facetami i jechaliśmy cztery godziny. Podróż trwała dłużej, niż przypuszczaliśmy, i zdążyliśmy dopiero na ostatnią kategorię, czyli wagę superciężką. Zwyciężył wielki Rosjanin, Jurij Własow. Tysiące ludzi na widowni krzyczały i wyły, gdy wycisnął nad głowę sto dziewięćdziesiąt i pół kilo. Po mistrzostwach w podnoszeniu ciężarów odbywały się zawody kulturystyczne i wtedy pierwszy raz zobaczyłem wysmarowanych oliwą facetów, prężących mięśnie w kulturystycznych pozach. Później poszliśmy za kulisy i zobaczyłem Własowa z bliska. Nie wiem, jak się tam dostaliśmy – może ktoś miał znajomości w klubie sztangistów w Grazu. To była przygoda i wspaniale się bawiłem, ale mając trzynaście lat, nie sądziłem, że to będzie moja przyszłość. Jednak rok później coś zaczęło do mnie docierać i uświadomiłem sobie, że chcę być silny i muskularny. Obejrzałem film Hercules and the Captive Women i bardzo mi się spodobał. Ciało bohatera zrobiło na mnie wielkie
wrażenie. – Wiesz chyba, kim jest ten aktor? – zapytał Willi. – To Mister Universe, Reg Park. – Opowiedziałem Willemu o moim wypracowaniu. Okazało się, że był przy tym, jak Kurt Marnul ustanawiał swój rekord. – To mój kolega – oznajmił Willi. Kilka dni później powiedział: – Kurt Marnul przyjedzie dziś wieczorem nad jezioro. No wiesz, ten facet, którego widziałeś na zdjęciu. – To wspaniale! – wykrzyknąłem. Czekałem na niego z kolegą z klasy. Pływaliśmy i jak zwykle siłowaliśmy się w błocie, gdy wreszcie pojawił się Marnul z piękną dziewczyną. Miał na sobie obcisłą koszulkę, ciemne spodnie i te same przyciemnione okulary. Przebrał się w budce ratownika i wyszedł z niej w skąpych kąpielówkach. Szczęki nam opadły. Wyglądał niesamowicie! Słynął z gigantycznych mięśni naramiennych oraz czworobocznych i rzeczywiście był potężny w ramionach. Miał wąską talię i wypracowane mięśnie brzucha – wyglądał fantastycznie. Dziewczyna, która z nim była, też przebrała się w kostium kąpielowy – bikini – i również wyglądała olśniewająco. Przywitaliśmy się z nimi, a potem kręciliśmy się w pobliżu i patrzyliśmy, jak pływają. Wtedy już naprawdę mnie wzięło. Marnul regularnie przyjeżdżał nad jezioro, często z fantastycznymi dziewczynami. Był miły dla mnie i mojego kumpla, Karla Gerstla, bo wiedział, że jest naszym idolem. Karl był jasnowłosym chłopakiem mojego wzrostu, parę lat starszym ode mnie, któremu sam się przedstawiłem, gdy zauważyłem, że ma wyrobione mięśnie. – Ćwiczysz? – zagadnąłem go. – Uhm – mruknął. – Zacząłem od podciągań i stu brzuszków dziennie, ale nie wiem, co dalej. – Zaproponowałem mu więc, żeby trenował codziennie z Willim i ze mną. Ćwiczenia zadawał nam Marnul. Wkrótce dołączyli do nas inni: koledzy Willego i faceci z siłowni, w której ćwiczył Kurt, wszyscy starsi ode mnie. Najstarszym z nich był osiłek po czterdziestce, który nazywał się Mui. Zawodowy zapaśnik u szczytu formy, teraz trenował tylko ze sztangą.
Tak jak Marnul trwał w kawalerskim stanie. Utrzymywał się z rządowego stypendium i był wiecznym studentem na uniwersytecie. Równy gość, bystry i znający się na polityce, mówił płynnie po angielsku i odgrywał ważną rolę w naszej grupie, ponieważ tłumaczył nam angielskie i amerykańskie czasopisma kulturystyczne. No i „Playboya”. Stale otaczały nas dziewczyny – takie, które chciały z nami ćwiczyć albo po prostu się z nami prowadzać. Europa zawsze była mniej purytańska niż Stany Zjednoczone. Do spraw cielesnych podchodziło się w sposób bardziej otwarty, nie tak wstydliwie, z mniejszym skrępowaniem. W ustronnych miejscach nad jeziorem widywało się nagich plażowiczów. Moi koledzy spędzali wakacje w koloniach nudystów w Jugosławii i we Francji, czuli się wolni. A z pagórkami, zaroślami i ustronnymi ścieżkami Thalersee było idealnym miejscem spotkań zakochanych. Gdy miałem dziesięć czy jedenaście lat i sprzedawałem tam lody, nie bardzo wiedziałem, dlaczego prawie wszyscy rozkładają się na wielkich kocach w krzakach, ale później zrozumiałem. Tamtego lata wymyśliliśmy, że będziemy żyli jak gladiatorzy, jakbyśmy cofnęli się w czasie. Piliśmy wodę i czerwone wino, jedliśmy mięso, uprawialiśmy miłość, biegaliśmy po lesie i ćwiczyliśmy. Co tydzień rozpalaliśmy ognisko nad jeziorem i piekliśmy shish kebab z pomidorami i cebulą. Leżeliśmy pod gwiazdami i obracaliśmy rożny nad ogniem, aż mięso było idealne. Mięso na te uczty kupował ojciec Karla, Fredi Gerstl. Był jedynym prawdziwym mózgowcem w grupie, mocno zbudowanym facetem w grubych okularach, który sprawiał wrażenie raczej kumpla niż ojca. Interesował się polityką i razem z żoną prowadził dwa największe kioski z prasą i papierosami w Grazu. Stał na czele stowarzyszenia sprzedawców wyrobów tytoniowych, ale najbardziej lubił pomagać młodym ludziom. W niedziele on i jego żona brali swojego boksera na smycz i spacerowali wokół jeziora, a my z Karlem wlekliśmy się za nimi. Nigdy nie wiadomo było, co Frediemu przyjdzie do głowy. W jednej chwili rozprawiał o zimnej wojnie, a w następnej droczył się z nami, że jeszcze nic nie wiemy o dziewczynach. Kiedyś uczył się śpiewu operowego, więc czasami stawał na brzegu jeziora i śpiewał. Pies wył do wtóru, a wtedy Karl i ja, zawstydzeni, dawaliśmy nogę – wyrywaliśmy do przodu albo zostawaliśmy w tyle.
To Fredi wymyślił zabawę w gladiatorów. – Co wy, chłopaki, wiecie o treningu siłowym? – zapytał któregoś dnia. – Dlaczego nie bierzecie przykładu z rzymskich gladiatorów? Oni wiedzieli, jak się ćwiczy! Chociaż nakłaniał Karla do studiów medycznych, był zachwycony tym, że jego syn uprawia sport. Wierzył w harmonię ciała i umysłu. – Powinniście budować jak najdoskonalsze ciało, ale także doskonalić umysł – mawiał. – Czytajcie Platona! Starożytni Grecy nie tylko zapoczątkowali olimpiady, lecz także dali nam wielkich filozofów, i dobrze by było, żebyście skorzystali z jednego i drugiego. Opowiadał nam historie o greckich bogach, mówił o urodzie ciała i ideale piękna. – Wiem, że część z tego wpada wam jednym uchem, a drugim wypada, ale będę wam to wbijał do głów, aż któregoś dnia, jak przyjdzie co do czego, zrozumiecie, jakie to ważne. Wtedy jednak bardziej skupialiśmy się na tym, czego możemy się nauczyć od Kurta Marnula. Był dla nas atrakcyjniejszy i jako Mister Austria cieszył się największą popularnością. Miał wspaniałe ciało, dziewczyny i rekord świata w wyciskaniu na ławce, a do tego jeździł alfą romeo z opuszczanym dachem. Z czasem poznałem jego rozkład dnia. Pracował jako brygadzista, nadzorował robotników drogowych. Zaczynał wcześnie rano i kończył o piętnastej. Potem spędzał trzy godziny w siłowni, gdzie intensywnie trenował. Pozwalał, żebyśmy do niego przychodzili, bo chciał nas czegoś nauczyć: pracujesz, zarabiasz forsę i stać cię na taki samochód, trenujesz i wygrywasz mistrzostwa. Żadnej drogi na skróty, na wszystko trzeba zapracować. Marnul lubił piękne dziewczyny. Potrafił wypatrzyć je wszędzie: w restauracjach, nad jeziorem, na boiskach. Czasami zapraszał je do siebie do pracy, gdzie w koszulce bez rękawów dyrygował robotnikami i kierował sprzętem. Potem podchodził do tych dziewczyn i z nimi gawędził. Thalersee odgrywało w jego życiu kluczową rolę. Zwyczajny facet po prostu zaprosiłby dziewczynę na drinka po pracy, ale nie Kurt. On zawoził ją alfą nad jezioro, żeby razem popływać. Potem jedli kolację w restauracji i za każdym razem zamawiał wino. W samochodzie zawsze woził butelkę wina i koc. Po kolacji wracali nad jezioro i wybierali sobie jakieś romantyczne miejsce. Karl rozkładał koc, otwierał wino i nadal urabiał dziewczynę. Jego widok w akcji
przyspieszył proces zapoczątkowany przez nauczyciela matematyki: zapamiętywałem teksty Kurta i jego taktykę, łącznie z kocem i winem. Wszyscy to robiliśmy. I na dziewczyny to działało! Kurt i inni widzieli we mnie potencjał, bo szybko stałem się muskularny i jeszcze silniejszy. Pod koniec lata zaproponowali mi, żebym potrenował z nimi w Grazu, ze sztangami. Sala gimnastyczna Stowarzyszenia Sportowców mieściła się pod trybunami stadionu piłki nożnej. Była to wielka betonowa sala z lampami na suficie i podstawowym sprzętem: sztangami, hantlami, drążkami do podciągania się i ławkami do wyciskania. Pełno w niej było potężnych facetów, którzy dyszeli i sapali. Kumple znad jeziora pokazali mi kilka podstawowych ćwiczeń i przez następne trzy godziny ćwiczyłem z entuzjazmem, wykonując dziesiątki wyciskań, przysiadów i ugięć ramion. Zwykły trening dla początkujących składa się z trzech serii po dziesięć powtórzeń każdego ćwiczenia, żeby rozruszać mięśnie. Jednak nikt mi tego nie powiedział. Stali bywalcy sali pod stadionem lubili wpuszczać nowych w maliny. Podpuścili mnie tak, że wykonałem dziesięć serii każdego z ćwiczeń. Gdy skończyłem, radośnie wziąłem prysznic – w domu nie mieliśmy bieżącej wody, więc zawsze marzyłem o prysznicu pod stadionem, mimo że była w nim tylko zimna woda. Potem ubrałem się i wyszedłem. Nogi miałem jak z gumy, lecz zbytnio się tym nie przejmowałem. Jednak gdy wsiadłem na rower, zaraz z niego spadłem. To było dziwne, w dodatku stwierdziłem, że prawie nie mam władzy w rękach i nogach. Znów wsiadłem na rower, ale nie mogłem zapanować nad kierownicą, a uda trzęsły mi się jak galareta. Zjechałem na pobocze i wpadłem do rowu. To było żałosne. Wreszcie się poddałem i zsiadłem z roweru. Skończyło się na tym, że musiałem iść do domu na piechotę. Była to heroiczna sześcioipółkilometrowa wędrówka. Mimo to nie mogłem się doczekać, kiedy wrócę na siłownię i zacznę ćwiczyć z obciążeniem. Tamto lato było cudowne: zamiast egzystować, zacząłem żyć. Wyrwałem się z ogłupiającej rutyny życia w Thal, w ramach której wstawałem, szedłem po mleko do sąsiadów, wracałem do domu, robiłem pompki i brzuszki, podczas gdy matka przygotowywała mi śniadanie, a ojciec szykował się do pracy. Nagle pojawiły się
radość, element walki, ból, zadowolenie, przyjemności, kobiety, emocje. Myślałem: To jest życie! To fantastyczne! Chociaż ceniłem ojca i to, co osiągnął dzięki dyscyplinie, jego dokonania zawodowe, sportowe i muzyczne, to jednak sam fakt, że był moim ojcem, umniejszał znaczenie tego wszystkiego. Ni stąd, ni zowąd zyskałem nowe życie, które należało tylko do mnie. *** Jesienią 1962 roku, w wieku piętnastu lat, zacząłem nowy rozdział w życiu. Zapisałem się do szkoły zawodowej w Grazu i rozpocząłem naukę konkretnego fachu. Mimo że nadal mieszkałem z rodzicami, rodzinę pod wieloma względami zastąpiła sala gimnastyczna. Starsi faceci pomagali młodszym. Podchodzili, żeby zwrócić uwagę, gdy zrobiło się coś źle, albo żeby poradzić, jak poprawić formę. Jednym z moich partnerów stał się Karl Gerstl i obaj poznawaliśmy radość, jaką daje wzajemne motywowanie się i rywalizacja. – Zrobię dziesięć powtórzeń z tą sztangą, gwarantuję ci – mówił Karl, po czym robił jedenaście, żeby wywrzeć na mnie wrażenie, i wykrzykiwał: – To było fantastyczne! Patrzyłem na niego i odpowiadałem: – A ja zrobię dwanaście! Wiele pomysłów na ćwiczenia braliśmy z czasopism. W Niemczech ukazywały się pozycje poświęcone budowaniu ciała i podnoszeniu ciężarów, ale amerykańskie były o niebo lepsze, a Mui nam je tłumaczył. Te czasopisma były naszą biblią, jeśli chodzi o odżywianie się, sposób przyrządzania napojów proteinowych wspomagających budowę mięśni, ćwiczenia z partnerem. Przedstawiały bodybuilding jako drogę do realizacji marzeń. W każdym numerze zamieszczano zdjęcia mistrzów i opis ich ćwiczeń. Oglądaliśmy więc uśmiechniętych facetów prężących mięśnie na Muscle Beach w Venice w Kalifornii, oczywiście w otoczeniu fantastycznych dziewczyn w seksownych kostiumach kąpielowych. Wszyscy znaliśmy nazwisko wydawcy, Joego Weidera, Hugh Hefnera świata kulturystyki. Był właścicielem czasopism, w każdym wydaniu zamieszczał felieton ze zdjęciem i lansował swoją żonę Betty, piękną modelkę, którą można było zobaczyć na niemal każdej fotce z plaży.
Wkrótce życie w siłowni pochłonęło mnie bez reszty. Myślałem tylko o treningach. Którejś niedzieli, gdy okazało się, że sala gimnastyczna jest zamknięta, włamałem się do niej i ćwiczyłem w przejmującym zimnie. Musiałem owinąć sobie dłonie ręcznikami, żeby skóra nie przywarła mi do metalowych prętów. Robiłem postępy tydzień po tygodniu, podnosiłem coraz większe ciężary, moje mięśnie wytrzymywały coraz więcej powtórzeń, zmieniła mi się sylwetka i masa. Zostałem członkiem drużyny Stowarzyszenia Sportowców. Byłem dumny, że ja, Arnold Schwarzenegger, smarkacz, należę do tego samego klubu co Mister Austria, sławny Kurt Marnul. Uprawiałem też inne sporty, ale reakcja mojego ciała na trening siłowy szybko uzmysłowiła mi, w jakiej sferze mam największy potencjał i jak daleko mogę zajść. Nie potrafiłem powiedzieć, co mnie napędza, wszystko jednak wskazywało na to, że urodziłem się, by ćwiczyć, i czułem, że to przepustka, która pozwoli mi wyrwać się z Thal. Kurt Marnul mógł zdobyć tytuł Mister Austria, myślałem, a przecież sam mi mówił, co mogę osiągnąć, jeśli będę trenował, więc to właśnie zamierzam robić. Ta świadomość sprawiła, że wielogodzinne podnoszenie ton stali było dla mnie przyjemnością. Każda bolesna seria, każde dodatkowe powtórzenie stanowiło krok do celu, czyli zdobycia tytułu Mister Austria, a następnie udziału w zawodach o tytuł Mister Europe. W listopadzie w domu towarowym w Grazu wziąłem do ręki najnowszy numer „Muscle Builder”. Na okładce widniał Mister Universe, Reg Park. Był w stroju Herkulesa, miał przepaskę na biodrach, i ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że to facet, który grał w moim ulubionym filmie. W środku znajdowały się inne zdjęcia Parka: jak pozuje, trenuje, zdobywa po raz drugi z rzędu tytuł Mister Universe, ściska rękę Joemu Weiderowi i gawędzi na Muscle Beach z legendarnym Steve’em Reevesem, wcześniejszym Mister Universe, który również grał główną rolę w filmach o Herkulesie. Nie mogłem się doczekać, aż znajdę Mui i dowiem się, o czym opowiada artykuł. Okazało się, że przedstawia całą drogę życiową Rega, od dzieciństwa w ubogim środowisku w angielskim Leeds aż po zwycięstwo w zawodach o tytuł Mister Universe, wyjazd do Rzymu, by zagrać Herkulesa, i małżeństwo z pięknością z RPA, gdzie mieszkał, gdy nie trenował na Muscle Beach. Ta historia stała się dla mnie inspiracją. Mogłem zostać drugim Regiem Parkiem.
Moje marzenia nagle się skrystalizowały i nabrały sensu. Znajdę sposób, żeby wyjechać do Ameryki: poprzez bodybuilding! I jakoś wkręcę się do filmu. Dzięki niemu stanę się znany na całym świecie. Role przyniosą mi pieniądze – byłem przekonany, że Reg Park jest milionerem – i pozwolą zdobywać najatrakcyjniejsze dziewczyny, co stanowiło bardzo ważny aspekt kariery. W następnych tygodniach doskonaliłem tę wizję, aż stała się bardzo konkretna. Zamierzałem wziąć udział w zawodach o tytuł Mister Universe, pobić rekord w podnoszeniu ciężarów, wyjechać do Hollywood i być jak Reg Park. Widziałem to wszystko oczami wyobraźni tak wyraźnie, że musiało się ziścić. Nie było innej możliwości: albo to, albo nic. Matka od razu zauważyła, że coś się zmieniło. Wracałem do domu szeroko uśmiechnięty. Powiedziałem jej, że trenuję, więc widziała, ile radości sprawia mi praca nad mięśniami. Jednak z biegiem czasu moja obsesja zaczęła ją niepokoić. Wiosną całą ścianę nad łóżkiem obwiesiłem zdjęciami mięśniaków. Byli to bokserzy, zawodowi zapaśnicy, ciężarowcy i trójboiści, ale głównie kulturyści w pozach uwydatniających mięśnie, zwłaszcza Reg Park i Steve Reeves. Byłem dumny z tej ściany. Działo się to jeszcze w epoce przed kserografami: wyszukiwałem zdjęcia w czasopismach, zanosiłem je do przefotografowania, a następnie zamawiałem odbitki dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Kupiłem miękką matę pilśniową, kazałem ją pociąć na prostokąty, a potem przyklejałem do nich zdjęcia i wieszałem na ścianie. Wyglądało to naprawdę nieźle. Jednak mama była zaniepokojona. Wreszcie pewnego dnia postanowiła zasięgnąć rady specjalisty i ściągnęła do domu lekarza, gdy jechał drogą z codziennymi wizytami lekarskimi. – Chcę, żeby pan coś zobaczył. – Zaprowadziła go po schodach do mojego pokoju. Siedziałem w salonie i odrabiałem lekcje, ale słyszałem większość rozmowy. – Panie doktorze – mówiła matka – wszyscy inni chłopcy, koledzy Arnolda, wieszają na ścianach zdjęcia dziewcząt. Wiem, bo widziałam. Plakaty, kolorowe fotosy, fotografie z czasopism. A tu, proszę spojrzeć. Nadzy mężczyźni. – Frau Schwarzenegger – odrzekł lekarz – nie ma w tym nic złego. Chłopcy szukają inspiracji. Patrzą na ojca, ale często to nie wystarcza, bo ojciec to ojciec, więc spoglądają także na innych mężczyzn. To nawet dobrze. Nie ma się pani czym
martwić. Wyszedł, a matka otarła łzy i udawała, że nic się nie stało. Później mówiła do koleżanek: – Mój syn ma na ścianie w swoim pokoju zdjęcia siłaczy i atletów, i gdy na nie patrzy, dostaje takiego napędu, że ćwiczy codziennie. Arnold, powiedz im, jakie ciężary podnosisz. Oczywiście miałem już powodzenie u dziewczyn, lecz przecież nie mogłem powiedzieć o tym matce. Tamtej wiosny matka sama odkryła, jak wiele się zmieniło: poznałem dziewczynę, dwa lata starszą ode mnie, która lubiła przebywać na świeżym powietrzu. – Ja też lubię biwakować! – oznajmiłem. – Na sąsiednim polu jest naprawdę ładne miejsce, tuż poniżej naszego domu. Może przyjdziesz z namiotem? Zjawiła się następnego popołudnia i śmiejąc się, rozbiliśmy na polu jej śliczny namiocik. Kilkoro dzieciaków z sąsiedztwa pomagało nam wbijać śledzie. Był w sam raz dla dwojga i miał zasuwaną na zamek klapę. Kiedy dzieciaki sobie poszły, weszliśmy z dziewczyną do środka i zaczęliśmy się obściskiwać. Dziewczyna zdjęła bluzeczkę, lecz nagle usłyszałem zgrzyt suwaka i gdy się odwróciłem, zobaczyłem głowę matki. Urządziła nam straszną awanturę, nazwała dziewczynę ulicznicą i dziwką, a potem pomaszerowała po stoku do domu. Panna była przerażona. Z moją pomocą złożyła namiot i czym prędzej uciekła. Po powrocie do domu pokłóciłem się z matką. – Co to ma znaczyć?! – krzyczałem. – Najpierw mówisz lekarzowi, że mam te zdjęcia na ścianie, a potem się martwisz, gdy nakrywasz mnie z dziewczyną. Nie rozumiem. Faceci tak właśnie robią! – Nie, nie, nie. Nie w moim obejściu. Biedaczka musiała oswoić się z nową sytuacją. Była naprawdę wkurzona, a ja tylko chciałem żyć własnym życiem! Tamtej soboty pojechałem do miasta i pogodziłem się z dziewczyną – jej rodzice wyjechali i miała wolną chatę. *** Ważną część nauki w szkole zawodowej, do której zacząłem chodzić jesienią 1962
roku, stanowiły praktyki. Przed południem mieliśmy lekcje, a po południu rozchodziliśmy się po mieście do swoich zajęć. To było znacznie lepsze niż siedzenie przez cały dzień w klasie. Moi rodzice wiedzieli, że jestem dobry z matematyki, umiem liczyć w pamięci i to lubię, więc załatwili, że będę szkolił się w handlu i przedsiębiorczości zamiast w zawodzie hydraulika czy stolarza. Praktykę odbywałem w Mayer-Stechbarth, małym sklepie z materiałami budowlanymi przy Neubaustrasse, zatrudniającym czterech pracowników. Jego właścicielem był Herr Matscher, emerytowany prawnik, który zawsze wkładał do pracy garnitur. Prowadził sklep z żoną Christine. Początkowo przydzielano mnie głównie do prac fizycznych, do układania drewna, do odgarniania śniegu z chodnika. Lubiłem dostarczać towar: wnoszenie ciężkich płyt kompozytowych po schodach do domu klientów było formą ćwiczeń. Wkrótce poproszono mnie o zrobienie inwentaryzacji i zacząłem się interesować prowadzeniem sklepu. Nauczyłem się pisać zamówienia i wykorzystywać wiedzę zdobytą na lekcjach księgowości. Najważniejszą umiejętnością, jaką opanowałem, była jednak technika sprzedaży. Chodziło o to, by nie pozwolić klientowi wyjść ze sklepu z pustymi rękami. Jeśli tak się stało, świadczyło to o tym, że jesteś beznadziejnym sprzedawcą. Nawet jeśli miała to być tylko mała śrubka, należało ją sprzedać. Wymagało to rozmaitych zabiegów. Jeśli nie mogłem sprzedać linoleum, wciskałem odkurzacz. Zakumplowałem się z drugim praktykantem, Franzem Janzem, ponieważ obu nas fascynowała Ameryka. Rozmawialiśmy o niej bez końca, a nawet próbowaliśmy przetłumaczyć moje nazwisko na angielski – wyszedł nam „czarny koniec”, choć „czarny oracz” byłby bliższy. Zabrałem Franza do siłowni i próbowałem zainteresować treningiem, ale nie złapał bakcyla. Bardziej interesowała go gra na gitarze. Należał do Mods, pierwszego zespołu rockowego w Grazu. Franz rozumiał jednak moją pasję. Któregoś dnia zauważył, że ktoś chce się pozbyć zestawu sztang. Zaciągnął te sztangi do domu na sankach i namówił ojca, żeby oczyścił je z rdzy i pomalował. Potem obaj mi je przywieźli. Wtedy zamieniłem nieogrzewane pomieszczenie przy schodach w domową siłownię. Od tamtej pory mogłem zintensyfikować trening i ćwiczyć w domu także w te dni, w które nie chodziłem na stadion.
W Mayer-Stechbarth byłem znany jako ten praktykant, który chce wyjechać do Ameryki. Państwo Matscherowie okazali nam wiele życzliwości. Uczyli nas, jak dogadywać się z klientami i ze sobą nawzajem, jak wyznaczać sobie cele. Frau Matscher starała się wypełniać luki w naszej edukacji. Uważała na przykład, że nie nauczono nas prowadzić rozmów towarzyskich, a chciała, żebyśmy nabrali trochę ogłady. Gawędziła więc z nami o sztuce, religii i bieżących sprawach. Żeby nagrodzić nasze wysiłki, częstowała nas chlebem z marmoladą. *** W czasie gdy Frau Matscher zaczęła wprowadzać mnie w świat kultury, poznałem smak sportowego sukcesu. Piwiarnia może wydawać się dziwnym miejscem, żeby zaczynać karierę w sporcie, aleja właśnie tam ją zacząłem. Był marzec 1963 roku, miałem niespełna szesnaście lat, gdy pierwszy raz wystąpiłem publicznie w barwach drużyny Stowarzyszenia Sportowców: czarnych butach treningowych, brązowych skarpetach i ciemnym jednoczęściowym trykocie z wąskimi ramiączkami i klubowym emblematem. Mieliśmy się zmierzyć z ciężarowcami z rywalizującego z nami klubu, w ramach występów dla widowni złożonej z trzystu, czterystu ludzi – wszyscy siedzieli przy długich stołach piwiarni w Grazu, palili papierosy i stukali się kuflami. Jako debiutant byłem bardzo podekscytowany i zdenerwowany, gdy wychodziłem na scenę. Natarłem ręce kredą, żeby sztanga się nie ślizgała, i podniosłem sześćdziesiąt osiem kilogramów, mój zwykły ciężar. Ludzie zaczęli klaskać. Ten aplauz wywołał efekt, jakiego się nie spodziewałem: nie mogłem się doczekać, kiedy znów wyjdę na scenę. Tym razem, ku mojemu zaskoczeniu, podniosłem osiemdziesiąt cztery kilogramy – o szesnaście kilo więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Niektórym ludziom idzie lepiej przed publicznością, innym gorzej. Facet z przeciwnej drużyny był lepszym ciężarowcem niż ja, ale publiczność go rozpraszała i podczas ostatniej próby nie dał rady podnieść sztangi. Później powiedział mi, że nie mógł się skupić tak jak w siłowni. Ze mną było odwrotnie: obecność publiczności dodawała mi siły i stanowiła motywację, działała na moje ego. Odkryłem, że o wiele, wiele lepiej radzę sobie przed widownią.
ROZDZIAŁ 3 Wyznania czołgisty
W bazie wojskowej pod Grazem stacjonowała jedna z dywizji pancernych armii austriackiej. Dowiedziałem się o tym, bo wszyscy młodzi mężczyźni w Austrii musieli odbyć służbę wojskową, i zamierzałem znaleźć dla niej miejsce w mojej wizji przyszłości. Pomyślałem, że komisja poborowa prawdopodobnie przydzieli kogoś o mojej budowie do piechoty, żeby wnosił karabiny maszynowe i amunicję w góry. Ale piechota stacjonowała w Salzburgu, a to kolidowało z moim planem. Chciałem zostać w Grazu i nadal trenować. Zamierzałem zostać mistrzem świata w kulturystyce, a nie walczyć na wojnie. Nie było to także celem armii austriackiej. Mieliśmy własne wojsko, bo nam pozwolono. Miało to świadczyć o naszej suwerenności. Była to jednak mała armia i nikt nie przewidywał, że będzie brała udział w prawdziwej walce. Bardzo chciałem wstąpić do wojska i wyjechać z domu – byłby to mój pierwszy wyjazd. Właśnie skończyłem naukę i wiedziałem, że im szybciej odsłużę wojsko, tym szybciej dostanę paszport. Pomysł, żeby zostać czołgistą, wydawał się niezły. Kilku kolegów, którzy wstąpili do wojska, służyło w Grazu, więc zasypywałem ich pytaniami na temat bazy. Było tam wiele stanowisk dla rekrutów, zarówno w administracji, jak i w kuchni, gdzie nie miało się styczności z czołgiem. Moi kumple służyli w piechocie zmechanizowanej, do której należą żołnierze stanowiący wsparcie dla czołgów i odpowiednio przeszkoleni: jeżdżą na czołgach, po wkroczeniu do walki zeskakują z nich, szukają min przeciwczołgowych i tak dalej. Mnie jednak fascynowały same czołgi. Uwielbiałem te wielkie maszyny, z pewnością do takich należał skonstruowany przez Amerykanów M47 Patton. Miał trzy i pół metra szerokości, silnik o mocy ośmiuset koni mechanicznych i ważył pięćdziesiąt ton. Był tak potężny, że mógł przejechać przez ceglany mur, a siedzący w środku człowiek nawet by tego nie zauważył. Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś
mógłby powierzyć coś tak wielkiego i drogiego osiemnastolatkowi. Inną atrakcją było to, że aby zostać kierowcą czołgu, należało najpierw zrobić prawo jazdy na motocykl, samochód, ciężarówkę i traktor. Wojsko opłacało wszystkie te kursy, które w cywilu kosztowałyby tysiące szylingów. W całej armii austriackiej było tylko dziewięćset czołgów, a ja chciałem się wyróżnić. Ojciec, który marzył, że zostanę policjantem albo żołnierzem, z radością szepnął słówko dowódcy bazy, swojemu kumplowi z czasów wojny. Ten pasjonował się sportem i chętnie przyjął mnie do siebie. Gdy tylko przeszedłem szkolenie, postarał się, żebym w bazie miał do dyspozycji sprzęt treningowy. Wszystko poszłoby doskonale, lecz się przeliczyłem. Zaczynałem zdobywać trofea w podnoszeniu ciężarów, byłem mistrzem juniorów w regionie, a latem zdobyłem mistrzostwo Austrii w trójboju siłowym w kategorii wagi ciężkiej, pokonując bardziej doświadczonych zawodników. Choć wystarczyło na mnie spojrzeć, by wiedzieć, że jestem tylko wyrośniętym nastolatkiem, odnosiłem także sukcesy w kulturystyce. Wygrałem w mistrzostwach regionu i zająłem trzecie miejsce w zawodach o tytuł Mister Austria – stanąłem na podium z Kurtem Marnulem, który nadal był niepokonany. Tuż przed wstąpieniem do wojska zgłosiłem się do pierwszego turnieju międzynarodowego, odpowiednika Mister Europe w klasie juniorów. Nie wiedziałem, że przez całe sześć tygodni szkolenia podstawowego nie będę mógł wyjechać z Grazu. Nie miałem nic przeciwko szkoleniu wojskowemu. Nauczyło mnie ono, że coś, co z początku wydaje się niemożliwe, jest do osiągnięcia. Nie sądziliśmy, że uda nam się wspiąć na klif z całym ekwipunkiem polowym. Ale gdy dostawaliśmy taki rozkaz, wspinaliśmy się, i już. Po drodze zbieraliśmy grzyby i upychaliśmy je do kieszeni, a wieczorem oddawaliśmy kucharzowi, żeby ugotował z nich zupę. Jednak bardzo chciałem wziąć udział w zawodach juniorów o tytuł Mister Europe i nie mogłem przestać o tym myśleć. W każdej wolnej chwili ćwiczyłem w latrynie prezentację. Błagałem instruktora musztry, aby potraktował to jako zdarzenie losowe i pozwolił mi pojechać do Stuttgartu na turniej. Jednak nie było o tym mowy. W wieczór przed zawodami postanowiłem chrzanić wszystko i wyszedłem za bramę
bez przepustki. Po siedmiogodzinnej podróży pociągiem znalazłem się w Stuttgarcie, zaprezentowałem pozy przed liczącą kilkuset fanów widownią i napawałem się oklaskami. Zdobyłem tytuł Best Built Junior Athlete of Europe 1965, czyli najlepiej zbudowanego młodego sportowca. Był to mój pierwszy pobyt za granicą i nigdy nie występowałem przed tak liczną publicznością. Czułem się jak King Kong. Niestety, po powrocie do obozu szkoleniowego spotkała mnie kara. Zostałem zamknięty w karcerze i siedziałem tam przez dwadzieścia cztery godziny. Dowództwo dowiedziało się jednak o moim zwycięstwie i kazało mnie wypuścić. Przez resztę szkolenia się nie wychylałem i wkrótce zgłosiłem się do jednostki pancernej, którą dowodził kolega ojca. Od tamtej pory służba wojskowa była dla mnie jak jazda kradzionym samochodem. Zorganizowałem sobie w barakach siłownię i ćwiczyłem po cztery godziny dziennie, bo na tyle mi pozwolono. Niektórzy oficerowie i szeregowi żołnierze także zaczęli ćwiczyć. Po raz pierwszy w życiu codziennie jadłem mięso, prawdziwe proteiny. Nabierałem ciała tak szybko, że co trzy miesiące dostawałem mundur o jeden numer większy. Kurs prawa jazdy na motocykl zacząłem od razu, a na samochód – w następnym miesiącu. Uczyliśmy się podstaw mechaniki, bo musieliśmy umieć naprawić pojazd. Potem był kurs prowadzenia ciężarówek, co okazało się trudniejsze, ponieważ wojskowe ciężarówki miały ręczną, niezsynchronizowaną skrzynię biegów. Żeby zmienić bieg na wyższy albo niższy, należało wrzucić na luz, dwukrotnie nacisnąć sprzęgło i zwiększyć obroty silnika, aby uzyskać odpowiednią prędkość. To często powodowało straszliwy zgrzyt skrzyni biegów i prowadziło do stresujących sytuacji, bo już po krótkim szkoleniu kazano nam wyjechać na ulice. Dopóki ten system nie wszedł człowiekowi w krew, trudno było nie odrywać wzroku od drogi przy zmianie biegów. Właśnie zmagałem się z dźwignią, gdy jadące przede mną samochody nagle się zatrzymywały i musiałem hamować, jednocześnie redukując bieg – a wszystko to przy wtórze wrzasków instruktora. Kiedy wracaliśmy do bazy, byłem zlany potem – ale był to doskonały sposób na pozbycie się zbędnego tłuszczu. Prowadzenie traktora z przyczepą, czyli następny etap, też było trudne, szczególnie cofanie przy użyciu lusterek i kręcenie kierownicą w odwrotnym kierunku.
Opanowanie tej umiejętności zajęło mi sporo czasu i kosztowało kilka kolizji i stłuczek. Gdy zdałem egzaminy i przeszedłem do czołgów, poczułem ulgę. M47 jest tak skonstruowany, że prowadzi się go jedną ręką, przy użyciu drążka sterującego biegami i ruchem gąsienic. Siedzi się w lewym przednim kącie kadłuba, z pedałami gazu i hamulca pod stopami. Metalowy fotel można podnosić i opuszczać, zwykle prowadzi się z głową wystawioną przez otwarty właz, aby lepiej widzieć. Przed wkroczeniem do walki opuszcza się siedzenie i zamyka właz, a potem patrzy przez peryskop. W nocy używa się prymitywnego detektora podczerwieni, żeby widzieć drzewa, zarośla i inne czołgi. Mimo wysokiego wzrostu mieściłem się w fotelu, ale prowadzenie czołgu przy zamkniętym włazie czasami wywołuje klaustrofobię. Byłem naprawdę dumny, że uczę się prowadzić tę potężną maszynę, bo nigdy do tej pory nie miałem z czymś takim do czynienia. Najbliższym polem manewrowym był rozległy pas ziemi ciągnący się wzdłuż pagórków między Thal a Grazem. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy opuścić bazę i jechać półtorej godziny krętą żwirową drogą – kompanią dwudziestu czołgów, które chrzęściły i dudniły, przejeżdżając obok pojedynczych domów i wiosek. Zwykle jeździliśmy nocą, kiedy ruch był najmniejszy. Byłem dumny z moich umiejętności kierowcy, tego, że umiałem precyzyjnie manewrować maszyną, sprawnie pokonywać doły i rowy, tak aby dowódca czołgu i koledzy z załogi nie obijali się o pancerz i urządzenia. Zdarzały mi się jednak wypadki. Gdy obozowaliśmy w polu, obowiązywał ścisły rozkład dnia. Najpierw ćwiczyliśmy. Obciążniki i gryfy oraz ławkę do ćwiczeń trzymałem w schowkach w górnej części kadłuba, gdzie zwykle przechowuje się narzędzia. Przyłączało się do mnie trzech, czterech czy pięciu facetów z innych plutonów i trenowaliśmy razem półtorej godziny przed śniadaniem. W niektóre noce kierowcy musieli zostawać przy czołgach, podczas gdy reszta załogi szła spać do namiotu. Każdy z nas kopał wtedy płytki dół, rozkładał w nim koc, a na górze parkował czołg. Chodziło o to, żeby chronić się przed niedźwiedziami. Nie wolno było ich zabijać, a one chyba o tym wiedziały, bo wędrowały sobie swobodnie po polu manewrowym. Wystawialiśmy także wartowników, którzy stali na czołgach, poza zasięgiem niedźwiedzi.
Którejś nocy obozowaliśmy nad strumieniem i w pewnej chwili obudziłem się przestraszony, bo wydawało mi się, że słyszę niedźwiedzia. Nagle zorientowałem się, że widzę nad sobą niebo. Mój czołg zniknął! Rozejrzałem się nerwowo i zobaczyłem go kilka metrów dalej – tkwił w wodzie. Przednią część korpusu miał zanurzoną, a armatę wbitą w błoto. Jak się okazało, zapomniałem zaciągnąć hamulec ręczny, a teren był pochyły, i gdy spaliśmy, czołg powoli się stoczył. Próbowałem wyjechać nim ze strumienia, ale gąsienice tylko buksowały w błocie. Musieliśmy sprowadzić pojazd holowniczy ważący osiemdziesiąt ton, a i tak dopiero po kilku godzinach udało się wyciągnąć mój czołg z wody. Potem musieliśmy pojechać nim do warsztatu, bo trzeba było zdjąć wieżę. Działo wysłano do czyszczenia. Za ten popis dostałem dwadzieścia cztery godziny karceru. Nawet w garażu dla czołgów mogło być niebezpiecznie. Pewnego razu uruchomiłem maszynę, ustawiłem fotel i odwróciłem się, żeby przed wyjazdem skontrolować wskaźniki. Wszystkie parametry były w porządku, czułem jednak, że czołg się trochę trzęsie, jakby coś było nie tak z silnikiem. Pomyślałem: Może trzeba dodać trochę gazu? Więc dodałem, wciąż patrząc na wskaźniki, lecz trzęsienie jeszcze się nasiliło. Dziwne. Wtedy zauważyłem opadający pył. Wyjrzałem przez właz na zewnątrz i zobaczyłem, że zamiast tylko zwiększyć obroty silnika, ruszyłem i właśnie rozwalałem ścianę garażu. Dlatego tak trzęsło. Pękła jakaś rura, woda tryskała, zalewając wszystko, i zalatywało gazem. Ludzie krzyczeli: „Stop! Stop!” – więc zgasiłem silnik. Wysiadłem i przebiegłem przez garaż, żeby znaleźć dowódcę, tego, który znał mojego ojca. Uznałem, że w nim moja jedyna nadzieja. Spotkałem go tego ranka i rzucił coś w rodzaju: „Wpadłem któregoś dnia na twojego tatę i opowiedziałem mu, jak dobrze sobie radzisz”. Zapukałem więc do drzwi jego biura i wyznałem: – Panie pułkowniku, chyba narobiłem trochę kłopotów. On jednak wciąż był w doskonałym humorze. – Och, nie przejmuj się! Co się takiego stało, Arnoldzie? – Hm, niech pan sam sprawdzi, panie pułkowniku. Musi pan to zobaczyć. A on na to: – Daj spokój.
Gdy wychodziliśmy na dwór, poklepał mnie jowialnie po plecach, jakby chciał powiedzieć: „Dobrze ci idzie”. Potem jednak zobaczył tryskającą wodę, gromadzących się ludzi i czołg wystający zza rozwalonej ściany. W jednej chwili zmienił się w kogoś zupełnie innego: zaczął wrzeszczeć, obrzucać mnie wszelkimi wyzwiskami, jakie tylko przyszły mu do głowy, krzyczał, że wezwie mojego ojca i odwoła wszystko, co do tej pory o mnie mówił. Nabrzmiały mu żyły na szyi. Wreszcie ochłonął i warknął: – Gdy tu wrócę po lunchu, wszystko ma być naprawione. Tylko w ten sposób zdołasz się zrehabilitować. Zbierz ludzi i do roboty! W wojsku najfajniejsza jest jego samowystarczalność. Dywizja ma własnych murarzy, hydraulików i materiały budowlane. Na szczęście nie zawalił się dach ani nic większego, a czołg, oczywiście, był wykonany ze stali, więc nic mu się nie stało. Koledzy uznali mój wypadek za tak zabawny, że od razu przyszli mi z pomocą, więc nawet nie miałem specjalnie czego organizować. Po południu rury były załatane, a ściana odbudowana i musieliśmy tylko poczekać, aż wyschnie, żeby położyć tynk. Byłem zadowolony, bo miałem okazję nauczyć się mieszać cement i układać pustaki. Gorzej, że cała baza się ze mnie nabijała: – O, słyszeliśmy o twoim wypadku. Musiałem też odsłużyć tydzień w pododdziale kuchennym, gdzie obierałem ziemniaki razem z innymi pechowcami, tak że gdy wszyscy przychodzili jeść, mogli nas oglądać. Wiosną 1966 roku doszedłem do wniosku, że wojsko nie jest mi już potrzebne. Moje zwycięstwo w Stuttgarcie poprzedniej jesieni wzbudziło duże zainteresowanie. Albert Busek, jeden z organizatorów turnieju i redaktor czasopisma „Sportrevue”, napisał komentarz, w którym przepowiadał, że w kulturystyce zaczyna się epoka Schwarzeneggera. Dostałem kilka propozycji pracy jako zawodowy trener, między innymi od wydawcy Buseka, Rolfa Putzigera, największego promotora kulturystyki w Niemczech. Zaproponował mi prowadzenie należącej do niego siłowni w Monachium, Universum Sport Studio. Było to niezmiernie kuszące: miałbym wspaniałe warunki do ćwiczeń i więcej okazji, żeby stać się znany. W Austrii
kulturystyka znajdowała się jeszcze w cieniu podnoszenia ciężarów, a w Niemczech stawała się niezależną dziedziną sportu. W świecie kulturystyki powoli rozchodziła się wieść o moim zwycięstwie w Stuttgarcie. Znalazłem się na okładkach kilku czasopism, bo moja historia wydawała się ciekawa: nikomu nieznany osiemnastoletni Austriak z czterdziestoośmiocentymetrowymi bicepsami. Postanowiłem wystąpić z prośbą o wcześniejsze zwolnienie ze służby. Do podania dołączyłem kopię propozycji pracy od Putzigera i kilka artykułów prasowych na mój temat. Dowódcy wiedzieli, jakie mam ambicje, że chcę zostać mistrzem kulturystyki, więc uznałem, że to będzie doskonałe posunięcie. Nie oczekiwałem jednak zbyt wiele. Choć minimalny okres służby wojskowej wynosił zaledwie dziewięć miesięcy, kierowcy czołgów musieli odsłużyć trzy lata ze względu na koszty szkolenia. Słyszałem o takich, których zwalniano wcześniej z powodu choroby w rodzinie albo dlatego, że byli potrzebni w gospodarstwie, nie słyszałem natomiast o nikim, kto zostałby zwolniony, żeby realizować swoje marzenia. Nie chodziło o to, że nie lubiłem wojska. Służba wojskowa była jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się przydarzyły. Będąc żołnierzem, zyskałem pewność siebie. Kiedy zacząłem samodzielne życie, z dala od rodziny, stwierdziłem, że całkiem dobrze sobie radzę. Nauczyłem się zdobywać przyjaciół i być przyjacielem. Hierarchia i dyscyplina wydawały się tam bardziej naturalne niż w domu. Gdy wykonywałem rozkazy, czułem, że robię coś ważnego. W ciągu tych dziewięciu miesięcy nauczyłem się tysiąca rzeczy, od prania i cerowania koszul po smażenie jajek na osłonie rury wydechowej czołgu. Spałem na świeżym powietrzu, nocami pełniłem wartę przy barakach, przekonałem się, że nieprzespana noc nie oznacza wcale, iż następnego dnia nie można dać z siebie wszystkiego, a dzień bez jedzenia nie oznacza, że umrze się z głodu. O tym wszystkim wcześniej nawet nie myślałem. Marzyło mi się, by pewnego dnia zostać przywódcą, lecz wiedziałem, że w tym celu najpierw należy nauczyć się posłuszeństwa. Jak powiedział Winston Churchill, Niemców można mieć albo u gardła, albo u stóp, i takie samo podejście obowiązywało w armii austriackiej. Jeśli za bardzo się puszyłeś, pokazywano ci, gdzie
twoje miejsce. W wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat jest się już gotowym, żeby przyswoić sobie tę lekcję, po trzydziestce robi się na to za późno. Im więcej armia piętrzyła przed nami trudności, tym spokojniej myślałem: Dobra, nie będę się tym przejmował, zniosę wszystko. Liczyło się tylko to, że mnie, osiemnastolatkowi, powierzono maszynę o wadze pięćdziesięciu ton, choć nie zawsze wykazywałem się taką odpowiedzialnością, jaką powinienem. Moja prośba o wcześniejsze zwolnienie z wojska leżała w aktach przez wiele miesięcy. Zanim ją rozpatrzono, kolejny raz naraziłem na szwank moje dobre imię. Późną wiosną byliśmy na dwunastogodzinnych nocnych manewrach – od osiemnastej do szóstej. O drugiej kompania zajęła pozycje na szczycie pasma wzgórz i przyszedł rozkaz: „Dobra, przerwa na posiłek. Dowódcy czołgów do raportu”. Żartowałem sobie przez radio z kolegą, który właśnie dostał nowszą wersję pattona, M60, wyposażoną w silnik dieslowski. Chłopak popełnił błąd i pochwalił się, że jego czołg jest szybszy od mojego. Wyzwałem go więc na pojedynek i obaj ruszyliśmy w dół stoku. Zatrzymałbym się – tak nakazywał głos rozsądku – ale wygrywałem. Reszta załogi w moim czołgu zaczęła szaleć. Słyszałem, że ktoś krzyczy, żebym hamował, pomyślałem jednak, że po prostu tamten próbuje zyskać przewagę. Kiedy znalazłem się u podnóża pagórka, zatrzymałem się i spojrzałem w tył, szukając M60. Wtedy zauważyłem na naszej wieżyczce żołnierza – był jej uczepiony, jakby od tego zależało jego życie. Gdy ruszałem, na czołgu siedziało kilku innych piechurów. Pozostali albo zeskoczyli, albo spadli, tylko on utrzymał się do samego końca. Włączyliśmy więc światła i wjechaliśmy z powrotem na górę – powoli, żeby nikogo nie przejechać – zbierając rozproszonych żołnierzy. Na szczęście obyło się bez poważniejszych obrażeń. Kiedy dotarliśmy na szczyt, czekali już na nas trzej oficerowie w jeepie. Minąłem ich i zaparkowałem czołg, jakby nic się nie stało. Gdy tylko wygramoliłem się przez właz, oficerowie zaczęli na mnie krzyczeć. Stanąłem na baczność, czekając, aż skończą. Kiedy wreszcie wrzaski ucichły, jeden z oficerów podszedł do mnie, przyjrzał mi się i wybuchnął śmiechem. – Szeregowy Schwarzenegger, przejeźdźcie czołgiem tam – polecił. – Rozkaz! – Zaparkowałem czołg we wskazanym miejscu. Wysiadając, zauważyłem, że stanąłem w głębokim i gęstym błocie.
– A teraz, szeregowy Schwarzenegger, chcę, żebyście przeczołgali się pod maszyną. Gdy wyjdziecie po drugiej stronie, macie wdrapać się na wieżyczkę, wsiąść do czołgu, przejść przez kadłub i wyjść włazem ewakuacyjnym. A potem jeszcze raz. – Kazał mi powtórzyć całą procedurę pięćdziesiąt razy. Kiedy skończyłem, cztery godziny później, byłem pokryty warstwą błota ważącą z dziesięć kilogramów i ledwo się ruszałem. Wniosłem pewnie jeszcze koło pięćdziesięciu kilo do czołgu, gdy przez niego przechodziłem. Później kazano mi pojechać do bazy i wyczyścić maszynę. Ci faceci mogli zamknąć mnie do pudła na tydzień, muszę jednak przyznać, że ta kara była bardziej spektakularna. Nie mam pewności, ale myślę, że ten nieszczęsny wyścig przyczynił się do mojego wcześniejszego zwolnienia z wojska. Kilka tygodni po tym incydencie zostałem wezwany przed oblicze przełożonych. Na biurku dowódcy leżały czasopisma kulturystyczne i oferta pracy, które przedłożyłem. – Wyjaśnij nam to – odezwał się. – Zaciągnąłeś się do wojska jako kierowca czołgu na trzy lata, a kilka miesięcy temu napisałeś prośbę o zwolnienie latem ze służby, bo chcesz przyjąć tę robotę w Monachium. Odparłem, że lubię wojsko, jednak praca w Monachium to dla mnie wielka szansa. – Hm… – Dowódca się uśmiechnął. – Zważywszy na to, że stwarzasz tu pewne niebezpieczeństwo, spełnimy twoją prośbę i pozwolimy ci odejść wcześniej. Nie możemy pozwolić, żebyś rozwalił następne czołgi.
ROZDZIAŁ 4 Mister Universe
– Pamiętaj, że jeśli coś pójdzie źle, zawsze możesz dostać pracę ratownika w Thalersee. Nie ma powodu do niepokoju. To powiedział Fredi Gerstl, gdy poszedłem do niego, żeby się pożegnać. Fredi zawsze chętnie pomagał młodym ludziom i wiedziałem, że chce dobrze, ale nie interesowała mnie praca ratownika ani żadne inne wyjście awaryjne. Chociaż Monachium leżało tylko trzysta dwadzieścia kilometrów od Grazu, dla mnie był to pierwszy etap podróży z Austrii do Ameryki. Dużo słyszałem o Monachium: że każdego tygodnia na tamtejszy dworzec wjeżdżają setki pociągów, o nocnym życiu, swobodnej atmosferze w piwiarniach i tak dalej, i tak dalej. Gdy pociąg zbliżał się do miasta, widziałem coraz więcej domów, potem większych budynków i wreszcie na horyzoncie pojawiło się centrum miasta. W głowie tłukła mi się myśl: Jak się tam odnajdę? Jak przeżyję? Ale powtarzałem sobie niczym mantrę: To będzie mój nowy dom. Byłem coraz dalej od Grazu, i to Monachium miało być moim miastem, choćby nie wiem co. Monachium było dynamicznie rozwijającą się metropolią, nawet jak na standardy cudu gospodarczego zachodnich Niemiec, który wiosną 1966 roku stał się już ewidentny. Było to światowe miasto liczące milion dwieście tysięcy mieszkańców. Właśnie wygrało konkurs na organizację letniej olimpiady w 1972 roku i finał Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1974 roku. Igrzyska olimpijskie w Monachium miały symbolizować przemianę zachodnich Niemiec i ich wejście do społeczności międzynarodowej jako nowoczesnego, demokratycznego państwa. Wszędzie widać było dźwigi. Budowano już stadion olimpijski, a także hotele, biurowce i apartamentowce. W całym mieście drążono tunele metra, które miało być najnowocześniejsze i najszybsze na świecie. Hauptbahnhof, główny dworzec kolejowy, na którym powinienem wysiąść, stał w centrum tego wszystkiego. Na placach budów potrzebowano robotników, a ci
napływali z rejonu Morza Śródziemnego i bloku wschodniego. W poczekalniach i na peronach słychać było hiszpański, włoski, turecki oraz języki słowiańskie. Wokół dworca znajdowały się hotele, nocne kluby, sklepy, spelunki i siedziby firm. Universum Sport Studio, siłownia, w której mnie zatrudniono, mieściła się przy Schillerstrasse, zaledwie pięć minut od dworca. Po obu stronach ulicy ciągnęły się nocne kluby i bary ze striptizem, działające do czwartej nad ranem. O piątej otwierano pierwsze kawiarnie i bary mleczne, w których można było zjeść śniadanie, na przykład kiełbasę, albo napić się piwa. Miejsc do picia i zabawy nie brakowało. W takiej okolicy dziewiętnastoletni chłopak z prowincji bardzo szybko uczył się życia. Albert Busek obiecał, że ktoś wyjdzie po mnie na dworzec, i gdy szedłem przez peron, zobaczyłem uśmiechniętą twarz kulturysty Franza Dischingera. Przed rokiem był faworytem europejskich zawodów Best Built Man w kategorii juniorów, które odbywały się w Stuttgarcie i w których go pokonałem. Był przystojnym młodym Niemcem, wyższym ode mnie, ale jego ciało jeszcze się nie wypełniło i pewnie dlatego sędziowie przyznali zwycięstwo mnie. Należał do pogodnych facetów i dobrze się dogadywaliśmy, dużo się razem śmialiśmy. Umówiliśmy się, że gdy przyjadę do Monachium, zostaniemy partnerami do ćwiczeń. Przekąsiliśmy coś na dworcu, a następnie on i jego kumpel, który miał samochód, podrzucili mnie do domu na przedmieściach, gdzie mieszkał Rolf Putziger. Nie znałem jeszcze mojego nowego szefa, ale cieszyłem się, że zaoferował mi lokum u siebie, bo nie stać mnie było na wynajęcie mieszkania. Putziger okazał się przyciężkim, niezdrowo wyglądającym starszym gościem w garniturze. Był prawie zupełnie łysy i miał brzydkie zęby, które odsłaniał, gdy się uśmiechał. Przyjął mnie życzliwie i oprowadził po domu. Był tam mały pokój, który miałem zająć, gdy tylko dostarczą zamówione przez niego łóżko. Zapytał, czy na razie mógłbym spać na kanapie w salonie. Odparłem, że nie mam nic przeciwko temu. Ten układ nie budził moich podejrzeń, ale pewnej nocy Putziger wrócił późno do domu i zamiast pójść do swojej sypialni, położył się obok mnie. – Może chciałbyś przenieść się do sypialni, tam byłoby ci wygodniej? – zapytał. Poczułem, że napiera na mnie stopą. Zerwałem się z kanapy jak oparzony, zebrałem swoje rzeczy i szybko ruszyłem do drzwi. W co ja się wpakowałem? – myślałem
gorączkowo. Wśród kulturystów trafiali się geje. Znałem w Grazu faceta, który miał w domu fantastyczną siłownię i czasami ćwiczyliśmy u niego z kumplami. Nie krył się ze swoim pociągiem do mężczyzn i pokazał nam zakątek w parku, gdzie mężczyźni spotykali się z chłopcami. Był jednak dżentelmenem i nigdy nie narzucał się żadnemu z nas. Wydawało mi się więc, że wiem, jak wygląda gej. A tymczasem Putziger nie miał w sobie nic z geja, wyglądał jak biznesmen! Dogonił mnie na ulicy, gdy przystanąłem, żeby zastanowić się nad tym, co się stało i gdzie mam się podziać. Kajał się i obiecywał, że jeśli wrócę z nim do domu, nie będzie mi się narzucał. – Jesteś moim gościem – powiedział. Jednak po powrocie do domu próbował ze mną negocjować. Rozumie, że wolę kobiety, ale gdybym został jego przyjacielem, załatwiłby mi samochód, pomógł w karierze i tak dalej. Oczywiście przydałby mi się wtedy prawdziwy mentor, lecz nie za taką cenę. Rano z ulgą się stamtąd wyniosłem. Putziger mnie nie wyrzucił, bo bardziej niż kochasia w łóżku potrzebował gwiazdy w swojej siłowni. Kulturystyka była wtedy sportem tak mało znanym, że w Monachium znajdowały się tylko dwie siłownie i większa z nich należała do Reinharda Smolany, który w 1960 roku jako pierwszy uzyskał tytuł Mister Germany, a w 1963 – Mister Europe. Zajął trzecie miejsce w zawodach o tytuł Mister Universe, był więc bez wątpienia jednym z najlepszych niemieckich kulturystów i autorytetem, jeśli chodzi o trening siłowy. Jego siłownia była lepiej wyposażona i nowocześniejsza niż Putzigera, klienci przechodzili więc do Smolany. Zatrudnienie mnie w Universum Sport Studio miało być sensacją i podnieść notowania siłowni. Albert Busek ze „Sportrevue”, który wprawił to wszystko w ruch, wysuwając moją kandydaturę, okazał się tak honorowy, jak Rolf Putziger obleśny. Gdy opowiedziałem mu, co się wydarzyło, był zdegustowany. Ponieważ nie miałem gdzie mieszkać, pomógł mi urządzić w magazynie siłowni tymczasowe miejsce do spania. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, żeby poszedł na uniwersytet, Albert zostałby lekarzem, naukowcem albo intelektualistą. On jednak poszedł na politechnikę. Odkrył, że lubi ćwiczyć, i uświadomił sobie, że dobrze pisze i fotografuje. Zapytał więc
Putzigera, czy mógłby pracować dla jego czasopisma. – Taaa, przynieś jakiś swój artykuł, napisz coś – odparł tamten. Gdy Albertowi i jego żonie urodziły się bliźnięta i odebrano mu stypendium, zatrudnił się u Putzigera na pełny etat. Wkrótce został redaktorem czasopisma i zdobył pozycję specjalisty w dziedzinie kulturystyki. Był pewny, że ja też dużo osiągnę, a ponieważ chciał, żebym odniósł sukces, pełnił funkcję bufora między Putzigerem a mną. Mimo kłopotów z właścicielem siłowni praca była dla mnie idealna. Przedsiębiorstwo Putzigera składało się z siłowni, czasopisma i sklepu wysyłkowego, handlującego odżywkami. W siłowni, zamiast jednej wielkiej sali, było kilka pomieszczeń, które miały okna i naturalne oświetlenie. Zupełnie nie przypominały ciemnej betonowej nory na stadionie w Grazu, gdzie dotąd ćwiczyłem. Sprzęt był bardziej wyrafinowany niż ten, z którym miałem okazję się zetknąć. Oprócz hantli i sztang były tam przeróżne urządzenia do ćwiczenia ramion, pleców i nóg. Dzięki nim mogłem wyrabiać poszczególne mięśnie, podkreślać je i doskonalić ciało. Ćwicząc tylko z hantlami i sztangą, nie mógłbym tego osiągnąć. Bardzo lubiłem pomagać ludziom w treningu, o czym przekonałem się w wojsku, więc ta część pracy nie przysparzała mi kłopotów. W ciągu dnia szkoliłem małe grupy albo zajmowałem się pojedynczymi klientami: policjantami, budowlańcami, biznesmenami, intelektualistami, sportowcami, artystami estradowymi, Niemcami i zagraniczniakami, młodszymi i starszymi, homo – i heteroseksualistami. Zachęcałem amerykańskich żołnierzy z pobliskiej bazy wojskowej, żeby wpadali do mnie poćwiczyć. To w Universum Sport Studio pierwszy raz spotkałem Murzyna. Wielu naszych klientów trenowało, bo dbali o formę i zdrowie, ale mieliśmy też małą grupę ciężarowców i kulturystów, w których widziałem ewentualnych partnerów do treningu. Uświadomiłem sobie, że wiem, jak przyciągać takich ludzi i ich motywować. – Taaa, możesz zostać moim partnerem do ćwiczeń. Potrzebujesz pomocy – żartowałem. Jako trener lubiłem być przywódcą i choć miałem bardzo mało forsy, zabierałem ich na lunch, na kolację albo na imprezę. Pełna zaangażowania praca z klientami oznaczała, że nie miałem tyle czasu na treningi, ile wtedy, gdy ćwiczyłem intensywnie cztery-pięć godzin dziennie.
Zmieniłem więc system i zacząłem trenować dwa razy dziennie, dwie godziny rano, przed pracą, i dwie godziny wieczorem, kiedy ruch stawał się mniejszy i w siłowni zostawali tylko poważni zawodnicy. Taki podzielony trening z początku mnie denerwował, ale gdy zobaczyłem rezultaty, zrozumiałem, że to był dobry pomysł: lepiej się koncentrowałem i szybciej dochodziłem do siebie, wykonywałem więcej powtórzeń, i to trudniejszych. Czasem udawało mi się ćwiczyć dodatkowo w porze lunchu. Wybierałem tę część ciała, która wydawała mi się słabsza, i ćwiczyłem ją przez trzydzieści-czterdzieści minut, na przykład robiąc wspięcia na łydki w dwudziestu seriach czy wykonując wyciskanie francuskie na triceps. To samo robiłem wieczorami po kolacji: wracałem o dwudziestej trzeciej, żeby poćwiczyć jeszcze godzinę. Kiedy szedłem spać do swojego przytulnego pokoiku, czasami czułem, jak drga mi ten czy inny mięsień, który tego dnia katowałem – był to efekt uboczny skutecznego treningu. Cieszyłem się, bo wiedziałem, że tkanka mięśniowa się zregeneruje i będzie rozrastać. Ćwiczyłem z takim samozaparciem, ponieważ miałem świadomość, że za niecałe dwa miesiące stanę do walki z najlepszymi kulturystami na świecie. Zgłosiłem się do największego turnieju kulturystycznego w Europie, Mister Universe, odbywającego się w Londynie. Byłem arogancki, bo taki nowicjusz jak ja nie powinien nawet marzyć o występie w podobnym turnieju. Zamierzałem najpierw ubiegać się o tytuł Mister Austria, a gdybym go zdobył, wziąć udział w mistrzostwach Europy. Ale w tym tempie przygotowanie się do zawodów w Londynie zajęłoby mi lata. Byłem na to zbyt niecierpliwy. Nie bałem się rywalizacji, a to był najodważniejszy krok, jaki mogłem zrobić. Oczywiście nie byłem idiotą, nie spodziewałem się, że wygram – jeszcze nie teraz. Chciałem jednak sprawdzić, na jakim jestem etapie. Albert był tym pomysłem zachwycony, a ponieważ znał angielski, pomógł mi wypełnić formularz zgłoszeniowy. Przy takim reżimie potrzebowałem więcej niż jednego partnera do ćwiczeń. Na szczęście w Monachium było kilku liczących się kulturystów, na których moje marzenia o zdobyciu tytułu Mister Universe zrobiły duże wrażenie, nawet jeśli uważali, że mam trochę nie po kolei w głowie. Regularnie trenował ze mną Franz Dischinger, podobnie jak Fritz Kroher, jak ja chłopak z prowincji, z małego miasteczka w lasach bawarskich. Przyłączał się do nas nawet sam Reinhard Smolana,
właściciel konkurencyjnej siłowni. Czasami zapraszał mnie na trening do siebie albo przychodził do Universum Sport Studio i trenowaliśmy przez wiele godzin. Po kilku tygodniach wiedziałem, że znalazłem kumpli, i zacząłem się czuć w Monachium jak w domu. Najbardziej lubiłem ćwiczyć z Frankiem Columbu, który wkrótce stał się moim przyjacielem. Poznałem go rok wcześniej w Stuttgarcie. Tego samego dnia, w którym ja zdobyłem tytuł Mister Junior Europe, on wygrał europejskie zawody w trójboju siłowym. Franco był Włochem, pochodził z Sardynii i wychował się w gospodarstwie w małej górskiej wiosce, która – gdy mi o niej opowiedział – wydała mi się jeszcze bardziej prowincjonalna niż Thal. Przez większość dzieciństwa pasł owce, a w wieku dziesięciu czy jedenastu lat mieszkał sam w lesie, przez wiele dni musiał zdobywać pożywienie i bronić się w razie potrzeby. Gdy miał lat trzynaście, porzucił naukę, żeby pomagać rodzicom w gospodarstwie, ale był bardzo pracowity i inteligentny. Zaczynał jako murarz i bokser amator, a potem wyjechał na północ, do Niemiec, żeby zarabiać na życie jako robotnik budowlany. W Monachium nauczył się niemieckiego i poznał miasto tak dobrze, że postanowił zostać taksówkarzem. Egzamin na taksówkarza był bardzo trudny nawet dla miejscowych i wszyscy byli zdumieni, że udało się go zdać Włochowi. Franco był ciężarowcem, a ja kulturystą, i zdawaliśmy sobie sprawę, że te sporty się uzupełniają. Ja chciałem rozbudowywać ciało, co oznaczało, że muszę popracować ze sztangą, a Franco wiedział, jak to robić. Ja z kolei znałem się na kulturystyce, która interesowała Franca. Mówił do mnie: „Chcę zostać Mister Universe”. Inni się z niego śmiali – miał tylko sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – ale jeśli chodzi o bodybuilding, perfekcja i symetria czasami są ważniejsze niż wymiary. Cieszyło mnie, że będziemy trenować razem. Franco, może dlatego, że spędził dużo czasu w lesie, szybko podłapywał nowe pomysły. Na przykład bardzo spodobała mu się moja teoria „szokowania mięśni”. Zawsze wydawało mi się, że największą przeszkodą w skutecznym treningu jest to, iż ciało tak szybko się przyzwyczaja. Jeśli będziesz wykonywał codziennie te same ćwiczenia, to nawet jeżeli zwiększysz obciążenie, mięśnie będą rosnąć coraz wolniej, aż wreszcie przestaną, ponieważ coraz sprawniej wykonują znane sekwencje ruchów.
Żeby je obudzić i skłonić do wzrostu, trzeba im wpoić: „Nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. Nastąpi co innego, niż się spodziewacie. Dziś jest to, jutro tamto”. Jednego dnia ćwiczę z bardzo dużym obciążeniem, następnego dnia robię więcej powtórzeń. Żeby więc „szokować” mięśnie, wymyśliliśmy metodę „odejmowania”. Podczas normalnego treningu z obciążeniem jako pierwszą wykonuje się serię ćwiczeń z mniejszym ciężarem, a kolejne z coraz większym. Przy „odejmowaniu” było odwrotnie. Na przykład przygotowując się do zawodów w Londynie, chciałem rozbudować mięśnie naramienne. Ćwiczyłem więc z hantlami, trzymając po jednym w każdej ręce na wysokości ramienia i podnosząc je nad głowę. Przy „odejmowaniu” jednak zaczynałem od maksymalnego obciążenia: wykonywałem sześć powtórzeń z czterdziestopięciokilogramowymi hantlami, potem je odkładałem, brałem czterdziestokilogramowe i znowu robiłem sześć powtórzeń. I tak dalej. Gdy dochodziłem do osiemnastokilowych hantli, ramiona tak mnie paliły, że podczas kolejnych sześciu powtórzeń miałem wrażenie, jakbym podnosił pięćdziesiąt kilogramów. Ale potem znowu zaskakiwałem mięśnie naramienne i podnosiłem osiemnastokilowe hantle z boku, z poziomu bioder na wysokość ramion. Mięśnie naramienne były już tak ogłupiałe, że nie wiedziałem, co robić z rękami, ponieważ kiedy trzymałem je opuszczone, bardzo bolały, a nie byłem w stanie ich podnieść. Żeby złagodzić ból, mogłem jedynie oprzeć je na stole albo na jakimś sprzęcie. Mięśnie aż wyły od nieoczekiwanej sekwencji powtórzeń. Pokazałem im, kto tu rządzi. Teraz miały tylko jedno wyjście: dojść do siebie i rosnąć. *** Po całodziennych ćwiczeniach wieczorem miałem ochotę się zabawić. W Monachium w 1966 roku zabawa oznaczała piwiarnię, a piwiarnia bójkę. Chodziłem z kumplami do piwiarni, gdzie co wieczór ludzie zasiadali przy długich stołach, śmiali się i kłócili, machając kuflami. No i oczywiście się upijali. Faceci stale wszczynali burdy, ale nigdy nie przejawiali krwiożerczych instynktów. Gdy było po walce, jeden z nich mówił do drugiego: „Och, zjedzmy na spółkę precla. Mogę postawić ci piwo?”.
A tamten odpowiadał: „Dobra, przegrałem, więc przynajmniej postaw mi piwo. Zresztą i tak już skończyła mi się forsa”. I pili razem, jakby nic się nie stało. Samo piwo nie stanowiło dla mnie atrakcji, bo alkohol podczas treningu był niewskazany. Rzadko wypijałem wieczorem więcej niż jeden kufel. Za to bardzo lubiłem się bić. Czułem się, jakbym z każdym dniem odkrywał w sobie nowe siły, przekonywał się, jaki jestem potężny i niepokonany. Nie zastanawiałem się długo: jeśli gość popatrzył na mnie dziwnie albo z jakiegoś powodu sprowokował, stawałem naprzeciwko niego. Stosowałem terapię szokową: ściągałem koszulę, odsłaniając podkoszulek bez rękawów, i zadawałem cios. Czasami facet, gdy zmierzył mnie wzrokiem, mówił: – Tam, do diabła. Może napijemy się razem piwa? Oczywiście, kiedy dochodziło do poważniejszej bójki, kumple i ja się wspieraliśmy. Następnego dnia w siłowni wspominaliśmy wydarzenia wieczoru i pękaliśmy ze śmiechu. – Och, trzeba było zobaczyć Arnolda. Złapał tych dwóch za łby i walnął jednym o drugi, a wtedy przybiegł z kuflem ich kumpel, więc grzmotnąłem drania krzesłem od tyłu… Mieliśmy fart, bo nawet jeśli przyjeżdżała policja, co kilka razy się zdarzyło, puszczała nas wolno. Pamiętam, że zabrano nas na posterunek tylko raz, gdy jakiś facet twierdził, że wstawienie nowego zęba będzie go kosztowało kupę forsy. Zaczęliśmy kłócić się o sumę i policjanci pomyśleli, że znowu będziemy się naparzać. Aresztowali nas i zwolnili dopiero, gdy uzgodniliśmy wysokość kwoty. Ale lepsze od bójek były dziewczyny. Naprzeciwko siłowni, po drugiej stronie Schillerstrasse, znajdował się hotel Diplomat, gdzie zatrzymywały się stewardesy. Franco i ja wychylaliśmy się z okna w koszulkach bez rękawów i flirtowaliśmy z dziewczynami. – Co tam robicie?! – wołały. – Tu jest siłownia! – odkrzykiwaliśmy. – Chcecie poćwiczyć?! Chodźcie na górę! Czasami przechodziłem też przez ulicę, wkraczałem do hotelowego lobby i przedstawiałem się stojącym w grupkach stewardesom. Żeby wzbudzić ich
zainteresowanie, łączyłem swoje najlepsze metody znad Thalersee z technikami sprzedaży, których nauczyłem się w sklepie z artykułami budowlanymi. – Mamy tam naprzeciwko siłownię – mówiłem, a potem prawiłem dziewczynie komplementy i zachęcałem ją do ćwiczeń. Naprawdę wydawało mi się głupie, że siłownie nie starają się przyciągać kobiet. Obiecywałem dziewczynie, że będzie mogła poćwiczyć za darmo. A gdy któraś przychodziła, czy dlatego, że interesowali ją mężczyźni, czy dlatego, że naprawdę chciała potrenować, byłem szczęśliwy. Dziewczyny zjawiały się przeważnie wieczorami. Stali bywalcy zwykle wychodzili przed ósmą, ale ze sprzętu można było korzystać do dwudziestej pierwszej. Wtedy właśnie odbywałem drugi trening danego dnia. Jeśli dziewczyny chciały tylko poćwiczyć, mogły wziąć prysznic i wyjść o wpół do dziewiątej. Jeśli nie, mogły zostać, a potem wybrać się z nami na jakąś imprezę. Czasami przychodził z dziewczynami Smolana i wtedy dopiero zaczynała się zabawa. W pierwszych miesiącach pobytu w Monachium uczestniczyłem w nocnym życiu i oddawałem się rozrywkom. Potem stwierdziłem, że się rozpraszam, i zacząłem narzucać sobie dyscyplinę. Moim celem nie była zabawa, ale zdobycie mistrzostwa świata w kulturystyce. Jeśli miałem spać siedem godzin na dobę, musiałem kłaść się do łóżka o dwudziestej trzeciej. Na zabawę zawsze przyjdzie czas, myślałem, zresztą jak dotąd nigdy jej nie brakowało. Okazało się, że w zdobyciu tytułu Mister Universe bardziej przeszkodzić może mi mój szef niż jakiś pijus z piwiarni machający kuflem. Choć do turnieju zostało już tylko kilka tygodni, wciąż nie miałem informacji, czy moje zgłoszenie zostało przyjęte. Wreszcie Albert zadzwonił do Londynu i dowiedział się od organizatorów, że nic ode mnie nie wpłynęło. Zażądał więc wyjaśnień od Putzigera, który przyznał, że znalazł moje zgłoszenie w wychodzącej poczcie i je wyrzucił. Był zazdrosny, że zostanę odkryty i wyjadę do Anglii albo do Ameryki, zanim zdąży na mnie zarobić. Przepadłbym, gdyby nie to, że Albert dobrze znał angielski i chciał mi pomóc. Zadzwonił jeszcze raz do Londynu i przekonał organizatorów, żeby rozpatrzyli moje zgłoszenie, mimo że termin ich przyjmowania minął. Wyrazili zgodę. Kilka dni przed zawodami przyszły odpowiednie dokumenty i zostałem dopisany do listy uczestników. Wsparli mnie też inni kulturyści w Monachium. Putziger powinien był opłacić mój
wyjazd do Londynu, bo sukcesy, jakie mógłbym tam odnieść, zwróciłyby uwagę na jego siłownię. Ale gdy rozeszła się wiadomość o sabotażu, którego się dopuścił, to jego konkurent, Smolana, obszedł ludzi z kapeluszem i zebrał dla mnie trzysta marek na bilet. Dwudziestego trzeciego września 1966 roku wszedłem więc na pokład samolotu. Miałem dziewiętnaście lat i pierwszy raz leciałem samolotem. Wcześniej myślałem, że pojadę pociągiem, więc nie posiadałem się z radości. Byłem pewny, że żaden z moich szkolnych kolegów jeszcze nie latał. Podróżowałem z biznesmenami, a wszystko dzięki kulturystyce. Pierwsze zawody o tytuł Mister Universe odbyły się rok po moim urodzeniu, w 1948. Od tamtej pory organizowano je corocznie, we wrześniu, w Londynie. Dominowali w nich zawodnicy anglojęzyczni, tak jak zresztą w całej kulturystyce – szczególnie Amerykanie, którzy, zdaje się, wygrywali w każdej dekadzie po osiem razy. Wszyscy słynni kulturyści, którzy byli moimi idolami, mieli na koncie tytuł Mister Universe: Steve Reeves, Reg Park, Bill Pearl, Jack Delinger, Tommy Sansone, Paul Winter. Pamiętam, że jako dziecko widziałem zdjęcie z tych zawodów. Zwycięzca zajmował miejsce na podium z trofeum w dłoni, w otoczeniu pozostałych zawodników, stojących niżej, na scenie. Zawsze wyobrażałem sobie, że ja też kiedyś się tam znajdę. Wszystko w tej wizji było wyraźne, wiedziałem, jak będę się czuł i jak będę wyglądał. Gdyby tak się stało, byłbym jak w raju, ale nie liczyłem, że wygram już w tym roku. Zdobyłem listę kulturystów w klasie amatorów, z którymi miałem rywalizować, obejrzałem ich zdjęcia i pomyślałem: Jezu. Mieli lepiej wyrzeźbione ciała ode mnie. Chciałem wejść do pierwszej szóstki, bo obawiałem się, że nie pokonam czterech finalistów z poprzedniego roku. Wydawało mi się, że każdy z nich ma zbyt dobrą rzeźbę i że nie mogę się z nimi równać. Wciąż jeszcze byłem w trakcie budowania idealnej masy mięśniowej. Zamierzałem osiągnąć odpowiednie wymiary i na tym poprzestać, a potem już tylko rzeźbić mięśnie. Zawody odbywały się w Victoria Palace Theatre, starym okazałym budynku ozdobionym marmurami i rzeźbami, kilka przecznic od Victoria Station. Wszystkie większe turnieje miały podobny przebieg. Przed południem przeprowadzano eliminacje albo rundy techniczne. Kulturyści i sędziowie zbierali się w audytorium – reporterzy mieli tam wstęp, ale publiczności nie wpuszczano. Ten etap umożliwiał
sędziom ocenę rozbudowy i rzeźby mięśni każdej części ciała, a także porównanie poszczególnych zawodników. Stało się w szeregu w głębi sceny razem z innymi uczestnikami tej samej klasy (w moim przypadku „wysokich amatorów”). Wszyscy mieli numery przypięte do slipów. Sędzia mówił: „Numer czternaście i numer osiem, proszę wystąpić do przodu i zademonstrować mięsień czworogłowy”. Wywołani kulturyści wychodzi na środek sceny i przybierali standardową pozę, żeby wyeksponować cztery mięśnie na przodzie uda, podczas gdy sędziowie robili notatki. Rezultat rund technicznych brany był pod uwagę przy podejmowaniu decyzji w dalszej części dnia. Potem, po południu, odbywała się wielka gala, czyli finały: prezentacja uczestników wszystkich kategorii i wreszcie występy zwycięzców w poszczególnych kategoriach, aby wybrać mistrza amatorów i zawodowców. W porównaniu z innymi turniejami zawody o tytuł Mister Universe były wielkim wydarzeniem. Miejsca w Victoria Palace zostały wyprzedane co do jednego, na widowni siedziało ponad tysiąc pięciuset klaszczących i wiwatujących fanów kulturystyki, a dziesiątki innych tłoczyły się przed wejściem, licząc, że uda im się wcisnąć do środka. Scena była profesjonalnie oświetlona reflektorami punktowymi, a żeby stworzyć odpowiedni nastrój, sprowadzono nawet orkiestrę. Dwugodzinny program między poszczególnymi rundami zawodów przewidywał dodatkowe rozrywki, takie jak konkurs bikini, występy akrobatów, gimnastyków oraz dwóch grup kobiet w trykotach i wysokich butach, paradujących i prezentujących kulturystyczne pozy. Ku mojemu zdziwieniu podczas rundy technicznej stwierdziłem, że przeceniłem konkurencję. Faworyci wśród „wysokich amatorów” mieli rzeczywiście lepszą rzeźbę, lecz gdy staliśmy razem na scenie, zdecydowanie się wyróżniałem. Prawda jest taka, że nie wszyscy kulturyści są silni, zwłaszcza ci, którzy trenują głównie na maszynach treningowych. Mnie natomiast lata treningu trójboju i ćwiczeń z wolnymi ciężarami pozwoliły wyrobić potężne bicepsy, mięśnie ramion, pleców i ud. Po prostu wyglądałem na większego i silniejszego od pozostałych. Przed finałem rozeszła się wieść, że na zawodach pojawił się młody olbrzym, pochodzący nie wiadomo skąd, o trudnym do wymówienia nazwisku, więc publiczność zareagowała szczególnie głośno i entuzjastycznie, gdy nasza grupa
wkroczyła na scenę. Nie wygrałem, ale zająłem wyższe miejsce, niż ktokolwiek by się spodziewał. Na ostatnim etapie zawodów pozostałem tylko ja i Amerykanin Chester Yorton – sędziowie wybrali jego. Musiałem przyznać, że ich decyzja była słuszna. Choć Chet ważył co najmniej dziewięć kilogramów mniej ode mnie, miał piękne proporcje i wspaniałą rzeźbę, no i pozował lepiej niż ja, bo zdążył zdobyć doświadczenie. Poza tym był bardzo ładnie opalony, tak że wyglądałem przy nim jak niewypieczona bułka. Jednak bardzo się cieszyłem, że zająłem drugie miejsce, i to tak niespodziewanie. Czułem się jak zwycięzca. Jako debiutant znalazłem się w świetle reflektorów i ludzie mówili: „W następnym roku to on wygra”. Zaczęły o mnie pisać angielskie czasopisma poświęcone kulturystyce, co było bardzo ważne, bo żeby osiągnąć cel, musiałem stać się znany w Anglii i Ameryce. Ale gdy tylko miałem czas pomyśleć, oprzytomniałem. Uświadomiłem sobie jasno, że to Chet Yorton stanął na podium, nie ja. Zasłużył na wygraną, czy jednak nie popełniłem błędu? Co by było, gdybym przyjechał do Londynu, by wygrać? Może byłbym lepiej przygotowany? Podczas występów bardziej bym się starał? Czy mogłem zwyciężyć i zostać Mister Universe? Zdecydowanie zbyt nisko oceniłem swoje szanse. Te myśli sprawiły, że poczułem się gorzej. To była dobra lekcja. Później nigdy już nie jeździłem na zawody, żeby rywalizować. Jeździłem, żeby wygrywać. Choć nie udawało mi się to za każdym razem, nastawienie zawsze miałem takie samo. Stałem się prawdziwym zwierzęciem. Gdybyście mogli posłuchać moich myśli przed zawodami, usłyszelibyście coś takiego: Zasłużyłem na podium, mam do niego prawo i powinno się przede mną rozstąpić morze. Jazda mi z drogi, do cholery, bo wypełniam misję. Przyznajcie mi pierwsze miejsce i spływajcie. Wyobrażałem sobie siebie na podium z trofeum w ręku. Wszyscy inni staliby niżej, a ja patrzyłbym na nich z góry. *** Trzy miesiące później znów znalazłem się w Londynie – śmiejąc się i dokazując na dywanie w salonie z gromadką maluchów. Były one dziećmi Waga i Dianne Bennettów, właścicieli dwóch siłowni, którzy plasowali się na samym środku
angielskiej sceny kulturystycznej. Wag był sędzią na zawodach o tytuł Mister Universe i zaproponował, żebym zamieszkał u nich w domu w Forest Gate i potrenował przez kilka tygodni. Chociaż mieli już sześcioro własnych dzieci, wzięli mnie pod swoje skrzydła i byli dla mnie jak ojciec i matka. Wag nie ukrywał, że czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy. Uważał, że przede wszystkim muszę poćwiczyć pozowanie. Zdawałem sobie sprawę, że między przybieraniem poszczególnych póz a płynnym układem różnica jest ogromna. Pozy są jak poszczególne ujęcia, a układy jak film. Żeby zainteresować i uwieść widownię, trzeba zgrabnie przechodzić od pozy do pozy. Ale jak się zachowywać pomiędzy nimi? Co robić z rękami? Jaką przybrać minę? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wag przekonał mnie, że powinienem zwolnić i wykonywać ruchy jak w balecie, że to kwestia postawy, prostych pleców i trzymania prosto głowy. To jeszcze potrafiłem zrozumieć, trudniej mi natomiast było zaakceptować pomysł, że mam pozować do muzyki. Wag puszczał na swoim zestawie hi-fi temat z filmu Exodus i zachęcał mnie do prób. Początkowo muzyka mnie rozpraszała i deprymowała, czułem się skrępowany. Ale po jakimś czasie zacząłem dostrzegać, że mogę zsynchronizować ruchy i unosić się na melodii jak na fali – spokojne chwile, żeby zaprezentować w skupieniu piękną pozę: bicepsy tyłem w skręcie tułowia trzy czwarte, potem, gdy muzyka narasta, płynne przejście do klatki piersiowej bokiem, a wtedy buch! – wspaniałe kaptury przodem podczas crescendo. Dianne zajęła się dostarczaniem mi protein i uczeniem manier. Czasami chyba myślała, że wychowywałem się wśród wilków. Nie umiałem właściwie posługiwać się nożem i widelcem, nie wiedziałem też, że powinienem pomagać sprzątać po obiedzie. Dianne podjęła moją edukację w miejscu, gdzie zakończyli ją moi rodzice, Fredi Gerstl i Frau Matscher. Rzadko się na mnie wściekała, ale raz stało się to wtedy, gdy zobaczyła, jak po turnieju toruję sobie drogę wśród fanów. Myślałem wtedy: Wygrałem. A teraz sobie pójdę. Ona jednak zatrzymała mnie i powiedziała: – Arnoldzie, tak się nie robi. Ci ludzie przyszli tu specjalnie, żeby cię zobaczyć. Wydali pieniądze, a niektórzy przyjechali z bardzo daleka. Możesz poświęcić im kilka minut i rozdać autografy. Ta uwaga zmieniła moje życie. Nigdy dotąd nie myślałem o publiczności, tylko
o rywalach. Jednak od tamtej pory zawsze znajdowałem czas dla fanów. Nawet dzieci brały udział w projekcie „kształcenie Arnolda”. Nie ma chyba lepszego sposobu, żeby nauczyć się języka, niż zamieszkać u pełnej życia, szczęśliwej londyńskiej rodziny, w której nikt nie rozumie po niemiecku, śpi się na kanapie i ma się sześcioro młodszego rodzeństwa. Dzieciaki traktowały mnie jak nowego wielkiego ulubieńca i uwielbiały uczyć mnie nowych słówek. Zdjęcie z tamtego okresu ukazuje mnie w chwili, gdy poznałem swojego idola z dzieciństwa, Rega Parka. On, opalony i rozluźniony, jest w dresie, ja mam na sobie „estradowe” slipy, wydaję się blady i przejęty. Stałem obok Herkulesa, trzykrotnego Mister Universe, gwiazdora, którego zdjęcie powiesiłem na ścianie i który stał się dla mnie inspiracją. Ledwo wydobywałem głos. Cały angielski, którego się nauczyłem, w jednej chwili wyparował mi z głowy. Reg mieszkał wtedy w Johannesburgu, gdzie miał sieć siłowni, ale kilka razy w roku przyjeżdżał do Anglii w interesach. Przyjaźnił się z Bennettami i wspaniałomyślnie zgodził się pokazać mi kilka sztuczek. Wag i Dianne uważali, że moje szanse na zdobycie tytułu Mister Universe wzrosną, gdy stanę się znany w Anglii. Kulturyści dawali się poznać publiczności, jeżdżąc w trasy – promotorzy z całych Wysp Brytyjskich organizowali lokalne imprezy i występując na nich, można było wyrobić sobie nazwisko i przy okazji zgarnąć trochę pieniędzy. Tak się złożyło, że Reg jechał na taką imprezę do Belfastu w Irlandii Północnej i zaproponował, żebym mu towarzyszył. Wyrabianie sobie nazwiska w świecie kulturystyki wygląda podobnie jak w świecie polityki: jeździ się od miasteczka do miasteczka, licząc, że ludzie zaczną o tobie mówić. Ta strategia okazała się skuteczna i popularność, jaką zdobyłem, pomogła mi w końcu zostać Mister Universe. Pewnego wieczoru stałem za kulisami i patrzyłem, jak Reg pozuje na scenie przed widownią złożoną z kilkuset rozentuzjazmowanych fanów. Później podszedł do mikrofonu i wywołał mnie na scenę. Umilkł, gdy ja popisywałem się swoją siłą: podniosłem sto dwadzieścia pięć kilogramów w podrzucie i wykonałem martwy ciąg, dźwigając pięć razy dwieście dwadzieścia sześć kilogramów. Na koniec zaprezentowałem pozy kulturystyczne, co wywołało owację na stojąco. Już miałem zejść ze sceny, gdy Reg powiedział:
– Arnoldzie, podejdź tu. Podszedłem do mikrofonu, a wtedy rzucił: – Powiedz coś do tych ludzi. Odparłem: – Nie, nie, nie. – Dlaczego nie? – Bo nie mówię tak dobrze po angielsku. – Hej – on na to – nieźle ci idzie! Nagrodźmy go oklaskami. Facet, który nie zna angielskiego, musi mieć odwagę, żeby wypowiedzieć takie trudne zdanie. – Zaczął klaskać i wszyscy się do niego przyłączyli. Pomyślałem: Jezu, to niesamowite. Podoba im się to, co mówię! Reg tymczasem ciągnął: – Powiedz: „Lubię Irlandię”. – Lubię Irlandię. – Znowu oklaski. – Pamiętam, jak mi powiedziałeś, że pierwszy raz będziesz w Belfaście i że nie możesz się już doczekać, kiedy tam przyjedziemy. Tak było? – Tak. – Więc powiedz to teraz! „Nie mogłem się doczekać…”. – Nie mogłem się doczekać… – „Żeby tu przyjechać”. – O rany, i znowu oklaski. Za każde zdanie, które Reg kazał mi powtórzyć, dostawałem aplauz. Gdyby dzień wcześniej mnie uprzedził: „Kiedy wyjdziesz na scenę, poproszę cię, żebyś powiedział kilka słów”, byłbym śmiertelnie przerażony. A w ten sposób, nie stresując się, ćwiczyłem przemawianie do publiczności. Nie musiałem się martwić, czy ludzie mnie zaakceptują, ani myśleć, co mam mówić. Nie bałem się, bo przede wszystkim chodziło o prezentację ciała. Podnosiłem ciężary. Prezentowałem pozy. Wiedziałem, że mnie polubili. To było super. Później obserwowałem Rega na kilku imprezach. Wspaniale przemawiał. Potrafił rozbawić ludzi. Wychodził do nich. Opowiadał anegdoty. I był Herkulesem! Mister Universe! Poza tym znał się na winach, najedzeniu, mówił po francusku i włosku. Był
jednym z tych wszechstronnych facetów. Przyglądałem się, jak trzyma mikrofon, i mówiłem sobie: „Ty też tak musisz. Nie możesz tylko pozować na scenie jak robot, a potem zaraz z niej schodzić, bo ludzie się na tobie nie poznają. Reg Park z nimi rozmawia. To jedyny znany mi kulturysta, który to robi. Dlatego go kochają. Dlatego jest Regiem Parkiem”. *** Po powrocie do Monachium skupiłem się na rozwijaniu biznesu, czyli siłowni. Stary Putziger rzadko się w niej pokazywał, co Albertowi i mnie bardzo odpowiadało. Tworzyliśmy zgraną ekipę. Albert kierował wszystkim – wysyłkową sprzedażą odżywek, czasopismem i siłownią – wykonując robotę za kilku ludzi. Ja miałem za zadanie, oprócz treningów, pozyskiwać nowych klientów. Oczywiście naszym celem było prześcignięcie Smolany i zdobycie pozycji najlepszej siłowni w mieście. Pierwszym krokiem była, rzecz jasna, reklama, ale nie bardzo mogliśmy sobie na nią pozwolić, więc sami zlecaliśmy druk plakatów, czekaliśmy do późnego wieczora, a potem chodziliśmy po mieście, rozklejając je na budowach, ponieważ sądziliśmy, że bodybuilding może zainteresować budowlańców. Jednak ta strategia nie przynosiła takich efektów, jakich się spodziewaliśmy. Zachodziliśmy w głowę, dlaczego tak się dzieje, aż któregoś dnia Albert przechodził obok jednego z placów budowy i zauważył na murze plakat Smolany, w tym samym miejscu, w którym wcześniej znajdował się nasz. Okazało się, że Smolana wysyłał swoich ludzi na miasto, żeby przyklejali jego plakaty na naszych, zanim jeszcze zdążył wyschnąć klej. Zmieniliśmy więc system. Rozlepialiśmy plakaty o północy, a potem o czwartej nad ranem robiliśmy drugą rundkę, by się upewnić, że gdy budowlańcy przyjdą do pracy, nasze będą na wierzchu. W efekcie tej plakatowej wojny szeregi naszych klientów zaczęły powoli rosnąć. Wprawdzie Smolana miał więcej miejsca, ale u nas była lepsza atmosfera i lepsza zabawa. To stanowiło nasz atut. Przychodzili też do nas zapaśnicy. Obecnie wrestling to potężna dyscyplina sportu, którą interesuje się telewizja, jednak w tamtych czasach zapaśnicy jeździli od miasta do miasta i walczyli na imprezach. Gdy przyjeżdżali do Monachium, występowali w Circus Krone, gdzie znajdowała się wielka arena. Na
walki zapaśników przychodziły tłumy. Zapaśnicy zawsze szukali miejsc, w których mogliby trenować, i gdy usłyszeli o mnie, zaczęli wybierać naszą siłownię. Trenowałem z takimi facetami jak Harold Sakata z Hawajów, który grał niegodziwego Oddjoba w Goldfingerze, filmie o Jamesie Bondzie z 1964 roku. Jak wielu zawodowych zapaśników, Harold zaczynał od podnoszenia ciężarów – na letniej olimpiadzie w Londynie w 1948 roku zdobył srebrny medal dla Stanów Zjednoczonych. Przychodzili do nas także zapaśnicy węgierscy i francuscy – goście z całego świata. Czasami otwierałem dla nich siłownię w porach, gdy zwykle była zamknięta, a wieczorami chodziłem oglądać, jak walczą. Na wszelkie sposoby chcieli zrobić ze mnie zapaśnika, ale ja miałem inne plany. Byłem jednak dumny, że nasza siłownia stała się takim małym ONZ-etem, bo chciałem, żeby wszystko, co robię, miało wymiar globalny. Zachodzili do nas również przejeżdżający przez miasto amerykańscy i angielscy kulturyści, a wieść, że Universum Sport Studio to doskonałe miejsce do ćwiczeń, rozeszła się niebawem także wśród stacjonujących w pobliżu amerykańskich żołnierzy. Szeroka i różnorodna klientela służyła jednocześnie reklamie. Jeśli ktoś mi mówił: – Hm, byłem w jednej z siłowni należących do Smolany, mają tam lepszy sprzęt niż wy. – Może rzeczywiście mają jedno pomieszczenie więcej – odpowiadałem. – Ale zastanów się, dlaczego wszyscy wolą przychodzić tutaj. Jeśli amerykański kulturysta przybywa zza oceanu, trenuje u nas. Jeśli żołnierz szuka siłowni, trenuje u nas. Jeśli zawodowy zapaśnik zatrzymuje się w mieście, trenuje u nas. Przychodzą do nas nawet kobiety! – Włączyłem tę gadkę do stałego repertuaru. Pierwsze sukcesy w Londynie upewniły mnie, że jestem na właściwej drodze i że to, co chcę osiągnąć, nie jest niedorzecznym wymysłem. Utwierdzało mnie w tym przekonaniu każde zwycięstwo. Po udziale w zawodach Mister Universe w 1966 roku zdobyłem jeszcze kilka innych tytułów, między innymi Mister Europe. Podczas Oktoberfest wygrałem rundę w zawodach Lowenbraukeller – podniosłem znajdujący się w tej piwiarni kamienny blok o wadze dwustu pięćdziesięciu trzech kilogramów, i to wyżej niż wszyscy inni zawodnicy tego dnia. Stałem się lokalną sławą. Wiedziałem, że jestem już faworytem turnieju Mister Universe 1967, lecz to mi nie
wystarczało – chciałem odnieść naprawdę wielki triumf. Poprzednio zadziwiłem tam wszystkich swoimi wymiarami i siłą, teraz zamierzałem zaprezentować się jako jeszcze potężniejszy i silniejszy, tak żeby opadły im szczęki. Całą uwagę i energię skupiłem więc na planie treningów, który opracowałem z Wagiem Bennettem. Od miesięcy większość oszczędności wydawałem na jedzenie oraz witaminy i proteiny w tabletkach, które miały pomagać budować masę mięśniową. W ramach diety piłem napój, który stanowił koszmarne przeciwieństwo piwa: były to same drożdże piwowarskie, mleko i surowe jajka. Śmierdział i smakował tak paskudnie, że Albert się porzygał, gdy raz go spróbował. Ale ja wierzyłem, że napój działa, i może tak było. Przeczytałem wszystko, co tylko mogłem znaleźć, o metodach treningowych sportowców z Niemiec Wschodnich i Związku Radzieckiego. Coraz częściej krążyły plotki, że ciężarowcy, miotacze i pływacy stosują doping, aby osiągać lepsze wyniki. Gdy tylko odkryłem, że biorą sterydy, poszedłem do lekarza, żeby je wypróbować. Wtedy jeszcze nie wprowadzono zakazu stosowania sterydów anabolicznych i można je było kupić na receptę, choć ludzie mieli wobec nich mieszane uczucia. Kulturyści nie rozmawiali o nich tak swobodnie jak o treningu czy odżywkach, a w mediach toczyła się dyskusja, czy czasopisma kulturystyczne powinny pisać o dopingu, czy ignorować ten trend. Jedyne, co chciałem wiedzieć, to czy czołowi światowi zawodnicy biorą anaboliki. Dowiedziałem się tego, pytając znajomych w Londynie. Nie zamierzałem startować w zawodach z gorszej pozycji. „Zrób wszystko, co można”, taką miałem zasadę. A ponieważ wtedy nie były jeszcze znane zagrożenia – badania nad efektami ubocznymi anabolików dopiero rozpoczęto – nie miałem czym się przejmować. Zresztą nie przejmowałbym się, nawet gdyby zagrożenia istniały. Narciarze zjazdowi i kierowcy Formuły i też wiedzą, że mogą zginąć, a mimo to startują w zawodach. Bo jeśli nie zginiesz, wygrasz. Poza tym miałem dopiero dwadzieścia lat i myślałem, że będę żył wiecznie. Żeby zdobyć anaboliki, poszedłem po prostu do miejscowego lekarza pierwszego kontaktu. – Słyszałem, że to wspomaga wzrost mięśni – powiedziałem.
– Owszem, ale nie wiązałbym z tym większych nadziei – odparł. – Podaje się je pacjentom po operacjach, podczas rehabilitacji. – A mógłbym spróbować? – spytałem, a on się zgodził. Wypisał skierowanie na zastrzyki co dwa tygodnie i przepisał tabletki. – Niech pan stosuje to przez trzy miesiące i odstawi w dniu, w którym skończą się zawody. Anaboliki wywoływały u mnie głód i pragnienie, dzięki czemu przybierałem na wadze, lecz głównie dzięki wodzie, a przecież nie o to chodziło. Nauczyłem się korzystać z tych środków w ostatnich sześciu, ośmiu tygodniach przed większym turniejem, ale efekt ich działania można porównać z ładną opalenizną. Później, gdy już wycofałem się z kulturystyki, anaboliki stały się poważnym problemem w sporcie. Goście brali dwadzieścia razy większe ich dawki niż my, a gdy na rynku pojawiły się ludzkie hormony wzrostu, sytuacja naprawdę wymknęła się spod kontroli. Zdarzało się, że kulturyści umierali. Od tamtego czasu współpracuję z IFBB (Międzynarodową Federacją Kulturystyki) i innymi organizacjami, żeby zakazać w sporcie wszelkich środków dopingujących. W rezultacie tych wszystkich udoskonaleń treningu i sposobu odżywiania się, gdy we wrześniu 1967 roku wsiadałem do samolotu, aby polecieć do Londynu, byłem o prawie pięć kilogramów cięższy, bo moja masa mięśniowa się zwiększyła. Moje drugie zawody o tytuł Mister Universe okazały się takim sukcesem, jak sobie wyobrażałem. Stanąłem do rywalizacji z kulturystami z Republiki Południowej Afryki, Indii, Anglii, Jamajki, Szkocji, Trynidadu, Meksyku, Stanów Zjednoczonych i wielu innych krajów. Po raz pierwszy słyszałem, jak publiczność skanduje: „Ar-nold! Arnold!”. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem. Gdy stanąłem na podium, trzymając trofeum – tak jak w marzeniach – potrafiłem nawet powiedzieć poprawnie kilka słów po angielsku, by pokazać, że mam klasę, i podzielić się swoją radością. Powiedziałem do mikrofonu: – Zrealizowałem mój życiowy cel. Jestem szczęśliwy, że zostałem Mister Universe. Powtórzę to, bo brzmi fantastycznie. Jestem szczęśliwy, że zostałem Mister Universe! Dziękuję wszystkim w Anglii, którzy mi pomogli. Byli dla mnie bardzo dobrzy. Dziękuję wam wszystkim.
Tytuł Mister Universe umożliwił mi życie, o jakim młody człowiek nawet nie mógł marzyć. Gdy było ciepło, pakowaliśmy się z innymi kulturystami do naszych starych samochodów i jechaliśmy na wieś, gdzie zabawialiśmy się w gladiatorów – piekliśmy mięso, piliśmy wino i kochaliśmy się z dziewczynami. Wieczorami spędzałem czas w międzynarodowym towarzystwie, z właścicielami barów, muzykami, barmankami – jedna z moich dziewczyn była striptizerką, inna Cyganką. Jednak szalałem, gdy była pora na szaleństwo, a kiedy trzeba było ćwiczyć, stawiałem się w siłowni. Nie opuściłem ani jednego treningu. Reg Park obiecał, że gdy zostanę Mister Universe, zaprosi mnie do RPA na występy i imprezy promocyjne. Rankiem po zawodach wysłałem więc do niego telegram: Wygrałem. Kiedy mam przyjechać? Reg nie rzucał słów na wiatr. Przysłał mi bilet na samolot i latem 1967 roku spędziłem trzy tygodnie w Johannesburgu z nim, jego żoną Mareon i ich dziećmi, Jonem Jonem i Jeunesse. Reg i ja objechaliśmy całą Republikę Południowej Afryki, byliśmy w Pretorii i Kapsztadzie, gdzie występowaliśmy. Aż do tamtej pory nie miałem nawet mglistego pojęcia, czym naprawdę jest sukces w kulturystyce, filmie i biznesie. Widok szczęśliwej rodziny Rega i jego dostatniego życia zainspirował mnie tak samo jak jego rola Herkulesa. Reg pochodził z klasy robotniczej z Leeds; w Ameryce był gwiazdorem kulturystyki. W latach pięćdziesiątych zakochał się w Mareon; zabrał ją do Anglii i ożenił się z nią. Jednak Leeds działało na nią przygnębiająco, więc przenieśli się do RPA, gdzie założył sieć siłowni. Biznes prosperował doskonale. Ich dom, który nazwali Olimpem, wznosił się nad miastem, miał basen i ogrody. Wnętrze było przestronne, piękne i wygodne, ozdobione dziełami sztuki. Chociaż uwielbiałem życie w Monachium – treningi, imprezy, bijatyki i uganianie się za dziewczynami – pobyt u Parków uświadomił mi, że powinienem sięgnąć wyżej. Reg codziennie budził mnie o piątej rano, a o wpół do szóstej byliśmy już w jego siłowni przy Kirk Street 42 i trenowaliśmy. Nigdy nie wstawałem o takiej porze, ale wtedy poznałem zalety wczesnego treningu, przed rozpoczęciem dnia, gdy człowiek nie ma jeszcze innych zajęć i nikt od niego niczego nie chce. Reg udzielił mi także ważnej lekcji dotyczącej ograniczeń psychicznych. Podczas treningu doszedłem do tego, że podnosiłem sto trzydzieści sześć kilogramów we wspięciu na palce, więcej niż
jakikolwiek znany mi kulturysta. Myślałem, że zbliżam się do granicy ludzkich możliwości. Byłem więc zdumiony, kiedy zobaczyłem, że Reg podnosi czterysta pięćdziesiąt kilogramów. – Ograniczenia masz w głowie – tłumaczył. – Zastanów się: to mniejsze obciążenie niż podczas chodzenia. Ważysz sto szesnaście kilogramów, więc podnosisz prawie tyle samo we wspięciu na palce przy każdym kroku. Podczas prawdziwego treningu musisz podnosić więcej. – I miał rację. Limit, o którym myślałem, był czysto psychologiczny. Od chwili gdy zobaczyłem, jak ktoś inny podnosi takie ciężary, sam zacząłem robić postępy w ćwiczeniach. To świadczyło o przewadze umysłu nad ciałem. W podnoszeniu ciężarów, a konkretnie w rwaniu, przez wiele lat istniała bariera dwustu dwudziestu sześciu kilogramów – tak jak czterominutowa mila, czyli przebiegnięcie mili w czasie krótszym niż cztery minuty, co udało się dopiero Rogerowi Bannisterowi w 1954 roku. Ale gdy tylko wielki rosyjski sztangista Wasilij Aleksiejew wyrwał w 1970 roku dwieście dwadzieścia siedem kilogramów, ustanawiając nowy rekord świata, trzej inni zawodnicy w ciągu następnego roku podnieśli jeszcze więcej. To samo zjawisko zaobserwowałem podczas treningów z moim partnerem Frankiem Columbu. Wiele lat później pewnego popołudnia robiliśmy na zmianę przysiady z obciążeniem w Gold’s Gym w Kalifornii. Ja zrobiłem sześć powtórzeń z dwustu dwudziestoma sześcioma kilogramami. Chociaż Franco był lepszy ode mnie w przysiadach, już po czterech powtórzeniach odłożył sztangę. – Jestem wykończony – oświadczył. Wtedy zauważyłem, że na salę wchodzą dwie dziewczyny z plaży, i podszedłem do nich, żeby się przywitać. Wróciłem i powiedziałem do Franca: – One nie wierzą, że potrafisz zrobić przysiad z obciążeniem dwustu dwudziestu sześciu kilo. Wiedziałem, że lubi się popisywać, szczególnie przed dziewczynami. I oczywiście powiedział: – Już ja im pokażę. Tylko popatrz. Podniósł dwieście dwadzieścia sześć kilogramów i zrobił dziesięć powtórzeń. Starał się przy tym, by wyglądało to tak, że robi to bez wysiłku. Jego uda pewnie wyły:
„Co jest, kurwa?!”. Co więc się zmieniło? Nastawienie. W sporcie łatwo zapomnieć o sile umysłu, ale od tamtej pory wiem, jak jest ważna. Gdy wróciłem do Monachium, czekało mnie nowe wyzwanie: jak wykorzystać tytuł Mister Universe, żeby przyciągnąć do siłowni klientów. Kulturystyka była wówczas tak mało znaną dziedziną sportu i uchodziła za takie dziwactwo, że o zdobyciu przeze mnie mistrzostwa świata poza siłownią niewiele się mówiło. Większą sławę zyskałem, podnosząc ciężki kamień w piwiarni. Albert wpadł jednak na pewien pomysł. Gdybyśmy poprosili dziennikarzy, żeby napisali artykuł o zdobyciu przeze mnie tytułu Mister Universe, pomyśleliby, że zwariowaliśmy. Kazał mi więc w mroźny dzień przejść się po mieście w slipach kulturystycznych. A potem zadzwonił do kilku znajomych dziennikarzy i powiedział: „Pamiętasz Schwarzeneggera, tego, który wygrał zawody w podnoszeniu kamienia? Zdobył tytuł Mister Universe i chodzi po Stachus tylko w majtkach”. Paru redaktorów uznało to za tak zabawne, że wysłali fotoreporterów. Oprowadziłem ich po całym mieście: od rynku po Hauptbahnhof, gdzie specjalnie zatrzymywałem się na pogawędki ze starszymi paniami, aby pokazać, że jestem człowiekiem miłym i przyjaźnie nastawionym, a nie potworem. To samo robią przecież politycy, ale jak na kulturystę, było to niezwykłe zachowanie. Mimo zimna doskonale się bawiłem. Następnego dnia jedna z gazet opublikowała moje zdjęcie – stoję w slipach na budowie, a jakiś grubo ubrany robotnik gapi się na mnie, nie kryjąc zdumienia. Po ponad roku pracy i robieniu takich numerów udało nam się podwoić liczbę klientów. Było ich teraz trzystu – tyle że miasto miało ponad milion mieszkańców. Albert nazywał kulturystykę subkulturą subkultury. Prowadziliśmy długie rozmowy, zastanawiając się, dlaczego ten sport jest tak mało popularny. Uznaliśmy, że odpowiedź musi kryć się w mentalności samych kulturystów – to samotnicy, którzy chcą się schować pod pancerzem mięśni. Wszystko więc robią ukradkiem, trenują w lochach i wychodzą na powierzchnię tylko wtedy, gdy mięśnie dają im już poczucie bezpieczeństwa. Historia zna słynnych siłaczy, jak urodzony w Prusach Eugen Sandow, często nazywany ojcem współczesnej kulturystyki, albo Alois Swoboda, jednak od początku XX wieku nie było nikogo takiego jak oni. Żaden ze
współczesnych kulturystów nie był aż takim showmanem, żeby trening siłowy stał się popularny. Zawody organizowane w Monachium były przygnębiającym tego potwierdzeniem. Wprawdzie nie odbywały się w piwiarniach, jak kiedyś występy siłaczy, ale w siłowniach, w których były tylko gołe ściany, goła podłoga i kilka tuzinów krzeseł, albo w salach widowiskowych na pustej scenie. A było to przecież Monachium, duże miasto, pełne ludzi, tętniące życiem, żądne rozrywek. Wyjątek stanowiły zawody o tytuł Mister Germany, odbywające się corocznie w Bürgerbräukeller, piwiarni, w której stołowali się robotnicy. Albert i ja wpadliśmy więc na pomysł, żeby nadać zawodom kulturystycznym wyższą rangę. Uzbieraliśmy trochę pieniędzy i kupiliśmy prawa do organizacji turnieju o tytuł Mister Europe 1968. Potem zwróciliśmy się do właścicieli Schwabinger Brau, eleganckiej starej piwiarni w dobrej dzielnicy, i zapytaliśmy: „Gdybyśmy tak zorganizowali tu zawody kulturystyczne?”. Nietypowe miejsce pomogło nam rozreklamować imprezę i ściągnąć tysiąc widzów, podczas gdy poprzedniego roku przyszło zaledwie kilkuset. Oczywiście zaprosiliśmy prasę i zadbaliśmy o to, by dziennikarze mieli pojęcie, co oglądają, i potem napisali, co trzeba. Wszystko to mogło okazać się klapą. Mogliśmy sprzedać za mało biletów albo ktoś mógł wywołać awanturę, wskakując na scenę i waląc Mister Europe w łeb kuflem. Jednak w piwiarni, nad głowami pijących piwo i stukających się kuflami, zapanowały niewiarygodny entuzjazm i ożywienie. Nasza impreza wyznaczyła nowe standardy w niemieckiej kulturystyce. Tamte zawody wywarły duży wpływ na kulturystów ze wschodniej Europy, ponieważ zbiegły się z radziecką inwazją na Czechosłowację. Dwudziestego pierwszego sierpnia, niespełna miesiąc przed turniejem, na teren tego państwa wjechały czołgi mające zdławić demokratyczne reformy, wprowadzone podczas tak zwanej praskiej wiosny na początku 1968 roku. Na tę wieść skontaktowaliśmy się z tamtejszymi kulturystami i pojechaliśmy po nich na granicę. Czesi byli tamtego roku wyjątkowo liczni na zawodach, ponieważ wykorzystali je jako pretekst do ucieczki. Później powyjeżdżali z Monachium do Kanady albo Stanów Zjednoczonych.