Skip to main content

Rekonfiguracja

Page 1

Szczególne podziękowania dla: Anny, Dominiki, Emilii, Marty, Iwony, Andrzeja, Arkadiusza, Mariusza, Wiktora i wszystkich tych, którzy przyczynili się do powstania tej książki. blog autora: http://www.kolatka.blogspot.com

Okładka: Mortycjan Arazyn www.fodg.org

© Copyright by Andrzej Danilkiewicz danilkiewicz@gmail.com Wszelkie prawa autorskie zastrzeżenie. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie całości lub fragmentów książki w jakichkolwiek polach eksploatacji i technikach, innych niż ten plik PDF, bez zgody autora jest zabronione.


Andrzej Danilkiewicz

Rekonfiguracja

Lublin 2012


Od autora Umberto Eco powiedział kiedyś, że chciałby znaleźć się na bezludnej wyspie z książką telefoniczną. Mógłby wtedy - jak twierdzi pisarz - wymyślać historie o wszystkich ludziach znajdujących się w tym przepastnym tomie. To także moje marzenie. Długo szukałem pozycji książkowej, która mogłaby mnie usatysfakcjonować, a jednocześnie odpowiedzieć na nurtujące mnie, jak i wielu ludzi pytanie: jak będzie wyglądał nasz świat, gdy mnie już na nim nie będzie? Poza starą, dobrą literaturą nie mogłem natrafić na żadną pozycję, która by mi odpowiadała. Postanowiłem więc ją napisać. Gdy siadłem do komputera, z przerażeniem odkryłem, że to nie ja piszę tę książkę, lecz ona pisze się sama. Spod klawiatury zaczęły wydobywać się słowa i zdania, które tkwiły we mnie gdzieś głęboko, a które dopiero po ich spisaniu ułożyły się w pewną całość. Odkryłem też dzięki niej sekret pisania. Według mnie, nie polega on wcale na erudycji, umiejętności układania zdań czy zdolności do wymyślania interesujących historii, lecz na mozolnej, systematycznej pracy i oddaniu palców na klawiaturze we władanie podświadomości. Wiadomym jest, że wszelkie próby przewidywania przyszłości zależne są od przyjętej perspektywy czasowej. Im przewidywanie jest bardziej dalekosiężne, tym mniej precyzyjne. Więc być może, aby dokładnie przewidzieć, należy skoncentrować się na tym, co będzie za chwilę? Nie chodzi tu o refleksję dla samej refleksji, lecz o to, aby w owej projekcji dopatrzeć się czegoś, co jeszcze można zmienić. O czym jest tak książka? Jest to historia o ludziach i przeznaczeniu. A wszystko w świecie, który za wszelką cenę próbuje nam wmówić, że jest inny. A tak naprawdę, wciąż od tysiącleci jest taki sam. Odchodzi on tylko i powraca do normalności, jak przypływy i odpływy morza. Jaki jest to gatunek literacki? Nie wiem. Zwykle unikam zaszufladkowań.

5


„ Bo podobnie jak o drzewie, nic nie wiesz o człowieku, jeśli go podzielisz na momenty trwania i pokawałkujesz wedle tego, co go odróżnia. Drzewo to wcale nie nasienie, a potem łodyga, potem pień gibki, wreszcie suche drzewo. Nie trzeba go dzielić by poznać. Drzewo to ta potęga, co wolno zaślubia niebo. Podobnie jak ty, mały człowieku. Bóg sprawia, że rodzisz się, rośniesz, że wypełniają cię kolejno pragnienia, żale, radości, cierpienia, wściekłość i przebaczenie - a potem bierze cię do siebie z powrotem. Nie jesteś jednakże ani uczniem, ani małżonkiem, ani dzieckiem, ani starcem. Jesteś tym, który szuka swojej pełni. A jeżeli będziesz umiał zobaczyć, że jesteś gałązką kołysaną wiatrem, ale mocno wszczepioną w drzewo oliwne, poruszany powiewem zakosztujesz wieczności. I wszystko dookoła ciebie stanie się wieczne. Wieczne będzie śpiewające źródło, co poiło twoich przodków, wieczny blask oczu, kiedy się będziesz uśmiechał do ukochanej, i wieczny chłód, i rześkość nocy. Czas nie jest wtedy klepsydrą przesypującą piasek, ale żniwiarzem, co wiąże snopy.” Antoine de Saint-Exupéry, Twierdza przekład Aleksandra Olędzka - Frybesowa, Warszawa 1985


Małgosi


Prolog Pluton egzekucyjny jest po to, aby strzelający żołnierz nie miał wyrzutów sumienia i nie musiał myśleć, że to jego kula zabiła stojącego pod ścianą nieszczęśnika. Ludzie muszą więc dzielić się odpowiedzialnością za śmierć. Dlatego ze wszystkich organizacji, jakie tworzy człowiek, systemy zagłady wychodzą mu najlepiej. Usiadł na dworcowej ławce tuż obok drugiego peronu. Nerwowo zerknął na zegarek. Wiedział doskonale, że nie powinien był tego robić. Kamery dworcowe mogą zarejestrować ten gest. Ale czy to, co czynił, nie było właśnie wlewaniem się w otaczającą go ludzką masę? Czy właśnie tak nie zachowują się ludzie będący na dworcu i czekający na pociąg? Rozejrzał się dookoła i w przeciągu niespełna minuty zauważył kilka innych osób zerkających na zegarki. Nie uspokoiło go to, ale dało mu coś w rodzaju usprawiedliwienia. Czeka na ten pociąg od kilkunastu minut, a robi to tylko po to, aby wsiąść do niego, przebyć wąskim korytarzem kilka wagonów i wyjść na końcu składu poza okiem dworcowych kamer. Miał także włożyć na głowę baseballową czapkę i zdjąć kurtkę. Tak nakazywały procedury. Te pedantyczne zabiegi i tak były na nic. Robota zwykle była wykonywana perfekcyjnie. Zresztą jaka to perfekcja? Zamontować niewielkie pudełeczko w jednym z przedziałów wagonu podmiejskiego pociągu? Chwila, kilka sekund. Reszta to tylko zawodowa profilaktyka. Od dawna wiadomo, że kara śmierci to barbarzyństwo. Jak zwykle społeczeństwa zostały przekonane do tego nowego dogmatu powoli, ale skutecznie przez system medialnej propagandy. Filmy pokazywały od dekad wyłącznie płaczliwe historie o niewinne skazanych, wrażliwych mordercach odkrywających w sobie jakieś talenty lub powołania. Ale nie sentymenty zdecydowały o odejściu od tego barbarzyństwa. Długotrwałe procesy, oczekiwanie, wyrok, demonstracje

9


przeciwników, to wszystko było koszmarnie drogie i nieużyteczne. Uliczne gangi znalazły już dawno znacznie efektywniejszy sposób utrzymania porządku bez zbędnej szopki. Wystarczyło tylko ich sprawdzony model doprowadzić do perfekcji. Prawdziwą innowacją okazał się jednak prewencyjny i technologiczny charakter zbrodni. Urządzenie zamontowane w przedziale zadziała, gdy w jego pobliżu znajdzie się niewielki, mobilny czujnik lub substancja aktywująca zwana „katalizatorem”. Wtedy nastąpi wypuszczenie specjalnego gazu paraliżującego układ nerwowy lub wywołującego atak serca. W tej konstrukcji śmiercionośnych pudełek katalizator przybierał często formę niepozornej naklejki umieszczanej gdzieś w garderobie ofiary. Kiedy nastąpi zgon? Nie wiadomo, ale jeśli delikwent z czujnikiem podróżuje stale po tej trasie, jest bardzo mało prawdopodobne, że ktoś taki nie znajdzie się w przeciągu kilku miesięcy w tym przedziale, tym bardziej, że pociąg składa się zaledwie z kilku wagonów. Emisja gazu nastąpi niepostrzeżenie. Cała finezja tego rozwiązania polega na tym, że gaz nie zadziała od razu. Jego cząsteczki uaktywnią się dopiero kilka dni po dostaniu się do płuc lub w kontakcie ze skórą ofiary. Substancja ta nie pozostawia żadnych śladów w organizmie już godzinę po zejściu nieszczęśnika. Ostateczne działanie gazu na ofiarę zależy często od jej wieku, cech genetycznych czy siły organizmu. Temu, kto połączy fakt kilku lub kilkunastu zgonów przypadkowych osób w różnych miejscach z naturalnych przyczyn z faktem odległej w czasie podróży koleją, powinien być przyznany kryminalistyczny Nobel. Jeśli taki by istniał. Kto ma być ofiarą? Jana nie interesowało. Wiedział doskonale, że świat roi się od terrorystów, psychopatów i wszelkiej maści złoczyńców, czyhających tylko na zniszczenie tego wspaniałego porządku. Wiedział, że należy ich eliminować i robić to niepostrzeżenie dla dobra wszystkich. „Nie jest sztuką zabić tak, aby cię nie złapali. Sztuką jest zrobić to tak, żeby nikt nie wiedział, że ktoś został zgładzony” - uczono go. On poza tym nikogo nie zabijał. Montował tylko pudełka


w przedziwnych miejscach, co skutecznie zabijało jedynie jego wyrzuty sumienia. Nigdy nie spotka przecież swej ofiary. A że przypadkiem pójdzie do nieba kilku niewinnych? „A kto powiedział, że świat jest sprawiedliwy? Każdemu przecież może na ulicy spaść cegła na głowę” - powtarzał czasem wyuczone na pamięć formułki. - „Trzeba dla dobra społeczeństwa plewić te grządki.” Jego poprzednicy w tym zawodzie robili to bardziej oficjalnie i ostentacyjnie. Teraz to nie przejdzie. Czasem obie nieszkodliwe substancje czekały całymi latami na swoje zbliżenie, którego owocem musiało być poczęcie śmierci. Ofiara chodząc po ulicach nie przypuszczała nawet, że jest na celowniku. Zdarzało się, że rezygnowano także z samych pudełek, aby zlikwidować szczególnie niebezpiecznych wrogów. Podobno kiedyś, aby zgładzić wyjątkowo sprytnie ukrywającego się terrorystę, śmiercionośną substancję dodano do paliwa na kilkudziesięciu stacjach benzynowych. Wszyscy w mieście wdychali ją, a zginął tylko ten konkretny zwyrodnialec. Zabójcza substancja dostosowana była ściśle do kodu genetycznego ofiary. Do dziś nie wiadomo, kim był i co robił. Nikogo to nie obchodziło. Ważne, że był niebezpieczny i został unieszkodliwiony. Wielokrotnie zapewniano Jana, że „mordercza zasłona dymna” stosowana jest niezmiernie rzadko, gdy nie było możliwe podanie ofierze katalizatora. O wiele częściej stosowano klasyczny system aktywacji, w którym użyta w pudełkach substancja działała jak snajperski karabin, precyzyjnie atakując konkretnego terrorystę. Dla jej uaktywnienia potrzebny był katalizator znajdujący się w organizmie ofiary. Skąd tam się wziął? Sposobów było wiele: zastrzyk, szczepionka czy nawet posiłek w restauracji. Wybór katalizatora zależał od konstrukcji urządzenia oraz od przyjętej strategii zgładzenia danego zwyrodnialca. Jan miał tylko zamontować pudełeczko. Kto inny miał podłożyć w ubraniu, butach lub bagażu ofiary pluskwę uruchamiającą śmiercionośny mechanizm. Kim był ten drugi także nie było przedmiotem dociekań Jana. I tak za dużo wiedział, a w tej pracy taka wiedza jest bardziej niebezpieczna

11


niż substancja, którą nosi czasem w swych kieszeniach. Niekiedy we śnie widział swe ofiary wysiadające z pociągów, autobusów lub wind. Takie sny nawiedzały go jednak rzadko. Coraz rzadziej. Odporność przychodzi wraz z wiekiem. Przypomniał sobie szkolenie, które odbył, gdy był dopiero adeptem w swojej branży. „Tu jest klawiatura, na której wpisujemy konkretny kod katalizatora. - informował na szkoleniu instruktor. - Kod jest pięciocyfrowy. W przypadku wyboru trybu „powszechnego rażenia” wprowadzamy kod 01010. Tryb ten powoduje, że zginą wszyscy, którzy mieli wcześniej czy później do czynienia z wydzielaną z urządzania substancją. Wtedy katalizator nie jest potrzebny, za to niezbędny jest czujnik aktywacyjny lub zdalne uruchomienie. W określonych warunkach społeczeństwo ma prawo i obowiązek bronić się przed terrorystyczną agresją wykorzystując do tego metody samych terrorystów. Tylko to ich uczy moresu. Z czasem będą musieli odrzucić przemoc widząc, że nie przynosi ona rezultatów. Ale do tego jeszcze długa droga. I jeszcze jedno. Pamiętajcie, to są wyjątkowe kanalie, które czyhają na nasze życie!” - grzmiał dalej instruktor antyterroryzmu, jakby się usprawiedliwiał. Jan pamiętał doskonale to szkolenie i wypowiedź instruktora. Po zakończeniu słownej kanonady szkoleniowca rękę podniósł jakiś szczupły, drobny mężczyzna w okularach i zapytał, dlaczego terroryści tak zaciekle walczą o swoje racje mimo, że wiedzą, że ta walka nie ma sensu? Prowadzący udzielił długiej, bełkotliwej odpowiedzi, mówiąc o budowaniu lepszego świata bez granic, uprzedzeń i dyskryminacji. Wszyscy znali te frazesy na pamięć i nikt nie śmiał dyskutować. Na drugi dzień szczupłego mężczyzny w okularach już nie było. I do końca kursu nikt nie zadawał już trudnych pytań.


Część pierwsza JAN

„A być może niedaleki jest okres, w którym wprowadzi się jednolite kombinezony dla wszystkich i to na kolejnym etapie będzie słuszne. Bo na jakimkolwiek byśmy nie byli lub będziemy etapie, zawsze będziemy na etapie właściwym, ponieważ przyjęliśmy jedynie słuszną linię. Ponieważ wiedzeni nieomylnym instynktem, wybieramy, nieomylnie siłą rzeczy, nieomylnych przywódców, którzy nieomylnie wskazują nam jedynie słuszną drogę. [...] Bo jedna rzecz nie ulega zmianie na żadnym etapie. Zawsze o wszystkim decydowała niezmiennie wierność jedynie słuszne linii. A etapowych przejściowych trudności niejednokrotnie nie można po prostu uniknąć, ponieważ związane są one z dynamiką naszego rozwoju, natomiast zawsze można je przezwyciężyć.” Jerzy Dobrowolski, Wspomnienia moich pamiętników


Poranek Leżał na prosektoryjnym stole. Był nagi, bezwładny i nie czuł prawie nic. Jedyne bodźce, jakie do niego dochodziły, to chłód stołu, na którym leżał, ciepło silnej lampy umieszczonej nad jego głową oraz dobiegające zewsząd dźwięki: szczęk przyrządów operacyjnych oraz ściszone rozmowy personelu. - Zobacz, jaki kawał chłopa - powiedział mężczyzna. - Fakt. Gdyby był żywy, mógłby się jeszcze do czegoś przydać - odpowiedział kobiecy głos. Oba przytłumione głosy zaczęły chichotać. - Dobra. My tu gadu - gadu, a tu czeka na nas jeszcze trzech. - powiedział męski głos. Poczuł dziwne wibracje. Nagle ujrzał tę samą scenę. Tym razem z perspektywy zawieszonej tuż pod sklepieniem lampy obserwował swe ciało, którego czaszka była rozcinana małą elektryczną piłką przez dwoje ludzi w białych fartuchach i maskach na twarzach. Widział także wyłożone białymi kafelkami ściany i podłogę, która wydawała się ciągle wilgotna. - Wiesz, długo się zastanawiałem, ale kupiłem w końcu ten większy telewizor. - powiedział mężczyzna, chcąc przekrzyczeć piskliwy dźwięk piły. - Będziesz teraz musiał brać więcej nadgodzin odpowiedziała mu kobieta. - A jak myślisz, co teraz robię? A swoją drogą, ciekawe po co komu to potrzebne? - zapytał mężczyzna, wydobywając z wnętrza czaszki szary, pofałdowany organ. - Po tylu latach się nad tym zastanawiasz? - Dobra. Skończone. Ja tego odstawię do pieca, a ty szykuj następnego. - Wypowiadając te słowa, włożył mózg do specjalnego worka, który umieścił na półce stojącej obok lodówki. W jednej chwili zapanowała ciemność. Chłód zaczynał powoli docierać w głąb mózgowej tkanki, zwalniając jeszcze tlące się w nim szmery myśli. Nigdy nie lubił ludzi. Wręcz ich

15


nienawidził, uznając skłębioną tłuszczę za najbardziej prymitywny z organizmów, jakie mogą żyć na tej planecie. Choć niektórzy z potomków Adama w pojedynkę zdolni byli do wielkich dokonań, w ciżbie przemieniali się w twór godny co najwyżej pogardy. Mimo nienawiści do ludzi czuł w tej chwili dotkliwą samotność przebijającą się nawet przez ogarniającą go mroźną senność. Te ostatnie impulsy przegrywały już z dojmującym chłodem. To był koniec. *** Nabrał pełne płuca powietrza jak wynurzający się na powierzchnię niedoszły topielec i otworzył oczy. Otaczała go nadal bezkresna ciemność. W mroku namacał włącznik nocnej lampki. Wraz z rozbłyskiem światła objawił mu się pozostawiony wieczorem ten sam fragment świata, mniej więcej w takim samym stanie, w jakim zostawił go wieczorem. Podłoga pokoju jego kawalerki udekorowana było grubą warstwą śmieci, spod których tylko gdzieniegdzie wyglądała zielona wykładzina. Wstał oszołomiony wczorajszym piwem lub raczej mglistym wspomnieniem swego organizmu o tej substancji. Siedział tak przez chwilę, próbując zapamiętać poszarpane fragmenty doświadczonego przed chwilą koszmaru. Im bardziej starał się sobie cokolwiek przypomnieć, tym owo wspomnienie stawało się coraz mniej ostre, rozpływające się niczym mgła nie wytrzymująca konfrontacji z pierwszymi porannymi promieniami słońca. Jeszcze tylko przyspieszone bicie serca dawało świadectwo doświadczanych przed chwilą doznań. W tej chwili pamiętał już tylko, że śnił mu się jego mózg. Uśmiechnął się w duchu, nad paradoksem tego snu. „Przecież to mózg sam wytworzył ten sen. Trzeba być strasznym egoistą albo skąpcem, aby w reżyserowanym przez siebie filmie, na podstawie własnego scenariusza obsadzić siebie samego i to w głównej roli. Ale kogo miał mózg obsadzić w roli mózgu?” - pomyślał i urwał owe rozważania, zdając sobie sprawę, że są równie bez sensu jak sam sen. Już po chwili po koszmarze pozostało tylko uczucie chronicznej samotności,

16


które czasami mocniej dawało mu się we znaki. Nagle główny bohater sennej mary zakomunikował mu, że postanowił wreszcie wziąć sprawy w swoje nerwy, zaczynając od uporządkowania fizjologii w stadzie komórek, którym przyszło mu kierować. Jan podreptał czym prędzej do łazienki wykonując slalom między puszkami po piwie, aby ostatecznie spuścić w muszli klozetowej pozostałości napoju. Wychodząc z łazienki spojrzał w lustro. Ujrzał w nim twarz znacznie starszą i bardziej zmęczoną życiem niż była naprawdę. Stres, niezdrowe nawyki, ale pewnie i genetyka pozostawiały po sobie coraz bardziej widoczne ślady. Z opowiadań babci wynikało, że starzała się zadziwiająco szybko. W odbiciu widział twarz lekko posiwiałego czterdziestolatka. Może jeszcze odrobinę atrakcyjnego? „W końcu niektórym mężczyznom do twarzy jest w siwiźnie.” - pocieszał się. Spojrzał w dół, gdzie do niedawna zwykle widywał wysportowane, atletyczne ciało. Po tamtej sylwetce pozostało tylko wspomnienie. „Poza tym natura sprawiła ludziom pewnego psikusa” - rozmyślał często. - „Gdy jesteś już dojrzały, pojąłeś pewne sprawy, nagle okazuje się, że to wszystko marność. Uczysz się, pracujesz, pniesz się, uczestniczysz w szczurzym wyścigu i nagle natura znowu daje o sobie znać. Z pozoru niewinne przeziębienie i kończysz w szpitalu. Nadmierne nerwy, zawał i już wiadomo, że to wszystko, co było dotychczas ważne, nie miało sensu. Przecież nikt nie zabierze tego wszystkiego ze sobą na tamten świat, o ile on istnieje. Ale nie tylko ciało płata figle. Są tacy, którzy tyrają, dorabiają się, rozbudowują swe małe imperia inwestując w akcje różnych giełdowych spółek, aż przychodzi krach. Dochodzi wtedy do spełnienia ich najgorszego koszmaru. Stają się nędzarzami tkwiącymi po uszy w długach. Pogardzanymi życiowymi truchłami. Ci dopiero cierpią katusze. Cały ich wysiłek, mierzony w zadrukowanym papierze lub elektronicznych impulsach, był warty co najwyżej tyle, co wartość opałowa. Może dlatego ludzie wymyślali bogów, aby utopić ów smutek bezsensu, aby uracjonalnić to, co racjonalne być nie może?”

17


„A jeśli On naprawdę istnieje? Jeśli naprawdę dzieli ludzi na sprawiedliwych i niesprawiedliwych?” - nie wiedzieć dlaczego, ta niedorzeczna myśl przyszła mu do głowy akurat teraz. Przecież nie wypada tak myśleć. I to zwłaszcza teraz, gdy sekciarstwo wszelkiej maści zeszło na kompletny margines, nikt przecież już nawet nie drwi z facetów poubieranych w długie czarne sukienki. Przez pewien czas zamiast wizyt w kościele wystarczały wygłupy telewizyjnych kaznodziei, a potem to już tylko domowe szeptane modlitwy, aż do chwili, gdy czyniące to staruszki skończyły w miejskich krematoriach. Starość, której nie pomagały już zewnętrzne retusze i towarzysząca jej śmierć, pojawiała się tak nagle, że większości nie przyszło do głowy myśleć o kwestiach ostatecznych. Podobno takie myśli były pierwszą oznaką starzenia. A od starości nie ma odwrotu. Przeklął zły sam na siebie i rozpoczął codzienny rytuał golenia, próbując nie patrzeć na swe lustrzane odbicie, a jedynie koncentrować wzrok na detalach swego zarostu. Wszystko po to, aby owa myśl o umieraniu, będąca nowym cywilizacyjnym tabu, nie powróciła. Przecież także w jego siwiejących włosach, przebijających się przez skórę twarzy, także była zawarta myśl o przemijaniu. Posmarował czym prędzej twarz pianką do golenia, jakby chciał przykryć pojawiający się tu i ówdzie siwy zarost. Biel pianki uczyniła z niego krasnala zwanego niegdyś Świętym Mikołajem. Znowu zaklął, bo wszystkie wysiłki odejścia od „kwestii ostatecznych” spaliły na panewce. Nawet krem na twarzy kojarzył mu się z minionym czasem dziecinnych świąt, gdy babcia układała mu pod drzewkiem prezenty. Były to rzadkie momenty jego życia, gdy nie czuł chronicznej samotności. Potem w dorosłym życiu przytrafiło mu się to tylko jeden raz. Przepychając po swojej twarzy jednorazową maszynkę do golenia między zwałami białej piany, nie wiedzieć czemu, nagle pomyślał o Niej. Drgnęła mu ręka i syknął z grymasem bólu na twarzy. Z mydlanego puchu w okolicach podbródka wydobyła się kropla krwi, po chwili rozbryzgując się o biel

18


umywalki. Przeklął i urwał rąbek papieru toaletowego, przykładając go do krwawiącej rany. Dokończył golenie lewą ręką, prawej przydzielając rolę sanitariusza podtrzymującego prowizoryczny tampon. Po chwili obmył twarz. Krwawienie ustało, lecz po zacięciu pozostała niewielka rana. Wtedy znowu pomyślał o Niej. Był już spokojny. Przychodziła zawsze w myślach, gdy miało wydarzyć się coś ważnego, jakby dobijała się do jego umysłu, aby go ostrzec. Często nie myślał o Niej przez całe miesiące. I nagle przychodził ten moment. Nie zawsze wieściło to coś złego. Chodziło o jakieś ważne, przełomowe sprawy. Znaczyło to, że ciągle była z nim, a to wbrew zapewnieniom tak zwanych racjonalistów przypominało mu, że jednak śmierć nie kończy naszego życia. Miotał się więc między dwoma skrajnymi poglądami. Generalnie był piewcą racjonalizmu, lecz czasami przychodziły takie jak dzisiaj chwile słabości, w czasie których na moment zmieniał swój światopogląd. Chciał o Niej zapomnieć. Nie dlatego, że jej nie kochał i nie sprawiało mu przyjemności przywoływanie wspólnych chwil, lecz dlatego, że po tym wspomnieniu zwykle pojawiał się ból i tęsknota. Nie chciał tego i jak człowiek bojący się dotknięcia rozgrzanego do czerwoności metalu odruchowo cofał rękę w obawie przed oczywistymi skutkami. Lecz ona powracała do niego w myślach. Tak jak teraz. Odłożył więc poranną toaletę, wrócił do pokoju usiadł w fotelu i pogrążył się w przeglądaniu albumu ze zdjęciami. Przedmiotu tego zwykle unikał. Chciał nawet wyrzucić go kilka razy, lecz nie potrafił tego uczynić. Powracał do niego tylko w takich chwilach jak ta. Musiał przez ten zabieg, niczym człowiek dobrowolnie oddający się w ręce chirurga, zlikwidować w końcu przyczynę swych dolegliwości. Wiedział jednak, że pooperacyjna rana będzie bolała, a ta dolegliwość była nieuleczalna. Była to swojego rodzaju terapia wstrząsowa. Miał świadomość, że za jakiś czas ten ból i tak powróci. Lepiej jest więc samemu zaaplikować taką dawkę wspomnień, aby zaspokoić na jakiś czas tę dziwną potrzebę. Wiedział, że czeka go spóźnienie do pracy, ale przy jego profesji nikt specjalnie nie zwracał uwagi na punktualność.

19


Z otwartego albumu wyłoniła się postać młodej dziewczyny, która swymi wielkimi, ciemnymi oczami patrzyła bezpośrednio w obiektyw. On stał po jego drugiej stronie. Widok tego pierwszego zdjęcia przypomniał mu chwilę, gdy bawił się w fotografa, a ona nie chciała pozować. W pewnym momencie, gdy Jan zrezygnował z dalszych nalegań, Ona stanęła bezczelnie przed obiektywem. „Bierz mnie” - mówił jej wyzywający wzrok, a lekko opadająca na twarz grzywka podkreślała jeszcze jej urok. Po tej fotografii nastąpiła seria zdjęć ślubnych. Z powodu jej wyznania zgodził się przejść wcześniej wszystkie towarzyszące ślubowi religijne rytuały. Zgodził się przyjąć jej punkt widzenia i jej zabobony. Zrobiłby dla niej przecież wszystko. Często jej o tym przypominał. Więc czym było wyuczenie się na pamięć kilku nierymujących się wierszyków i udział w kilku misteriach, w których chodzi o to, aby robić, to co robią inni? O dziwo, w pracy nie spotkały go z tego powodu żadne sankcje. Po ślubnej serii przyszła kolej na wakacyjne fotografie. Przebiegł szybko kolejne strony. Dotarł do tej ostatniej, zrobionej w szpitalu fotografii. Wspomnienia stały się nagle wyjątkowo ostre. Widział w nich jej radosny, pełny nadziei wzrok. Za chwilę miało przyjść na świat ich wspólne dziecko. Ich skarb na który czekali tak długo. Ale dziecko nie przyszło. Za to odeszła ona. Zamknął z trzaskiem album i cisnął go w kąt. W miejsce rozczulenia nadeszła spodziewana fala bezsilności i cierpienia. Umiał tłumić w sobie emocje. Potrafił to do perfekcji. Bez tego jego praca byłaby czymś niewykonalnym. Jeszcze przez chwilę patrzył tępo w ścianę myśląc o niej. Była w jego życiu krótką chwilą uwalniającą go od samotności. Być może dlatego cierpienie było po jej stracie tak długie i dotkliwe. Gdyby nie ona, nigdy może nie zrozumiałby tego, jak bardzo był wcześniej samotny. Tak jak zło staje się punktem odniesienia dla dobra, jak choćby najbledsze światło pozwala poznać istotę ciemności, tak Ona pokazała mu, jak puste było jego dotychczasowe życie. Przypomniał sobie jeszcze wcześniejszą o pół roku wizytę u lekarza. Ten po badaniach przekonywał, że z dziecka nic nie będzie i że lepiej będzie przeprowadzić natychmiast aborcję.

20


Odmówiła kategorycznie. „Gdybym wtedy postawił na swoim, może byłaby tu ze mną do tej pory?” - pomyślał, a jego ból osiągnął swój punkt szczytowy. Zacisnął zęby ze wściekłości i uderzył pięścią w ścianę. Ból duszy zmienił się w ból fizyczny. Oddychał ciężko. Było już po wszystkim. Miał teraz spokój na kilka miesięcy. Ubrał się mechanicznie, wzuł buty i już był gotowy do wyjścia. To, co działo się w tej chwili w jego duszy, było tajemnicą także dla niego. „Przecież dusza nie istnieje” powtórzył w myślach, aby utwierdzić się w tym przekonaniu. *** Dom, w którym mieszkał, z pozoru nie różnił się wiele od innych tego typu budynków. W powszechniej opinii uchodził za luksusowy apartamentowiec. Koszt blichtru i przepychu na zewnątrz skutecznie bilansowała niewielka powierzchnia mieszkań oraz ich znacząca, jak na apartamentowiec, ilość. Po prostu „apartamentowiec” składał się z dużej ilości małych mieszkań, stanowiąc coś w rodzaju lichego towaru w eleganckim opakowaniu i o kuszącej nazwie. Wielu nabranych na tę pułapkę snobów chciało mieć adres właśnie tutaj, aby móc pokazać znajomym, gdzie mieszkają. Świadczyło to o statusie danej osoby, podnosiło jej samoocenę i towarzyską rangę. Przynależność do elity, uprzywilejowanej klasy powodowała, że ludzie godzili się płacić olbrzymie pieniądze za klitki. Ta marketingowa mistyfikacja, była możliwa dzięki obyczajowym zmianom, jakie zaszły na przestrzeni ostatnich lat. Już dawno zrezygnowano z zapraszania kogokolwiek do mieszkań. Ten stary obyczaj w dzisiejszych czasach wydawał się wręcz śmieszny i niegrzeczny. Przecież nikt nie pożycza komuś butów lub skarpetek, a od pewnego czasu mieszkania były traktowane jako osobista przestrzeń, skorupa żółwia, rekompensata za utraconą prywatność w wielu innych obszarach życia. Do mieszkania wypadało zaprosić tylko dziewczynę lub chłopaka w ściśle określonych celach. Więc nawet sytuacja, w której ktoś

21


chciał z kolegą napić się piwa w domowej atmosferze, była dość niewygoda i dwuznaczna. Wizyty sąsiedzkie nie wchodziły nawet w grę. Zresztą sąsiedzi rzadko kiedy ze sobą w ogóle rozmawiali, niekiedy wymieniając tylko rytualne „dzień dobry” jako swego rodzaju zło konieczne. Los skazał ich na wspólną przestrzeń i konieczność mijania się na schodach czy współdzielenia wind. To już i tak było za wiele. Bardzo szybko te nowe, podsycane przez media, kulturowe zjawiska wykorzystano proponując samotnym kobietom i mężczyznom luksusowe klitki, w których zewnętrzny blichtr był równoważony wewnętrzną miernotą. Przecież i tak nikt nie sprawdza, jakiego koloru masz majtki pod spodniami. No, chyba że masz zamiar je zdjąć. Ale na rozbieraną randkę zakłada się inną odzież. Podobnie było z tymi mieszkaniami. Szkło, aluminium i drogi granit na zewnątrz, zaś w środku nędzne wyposażenie. No, oczywiście jeśli ktoś chciał to za dodatkową opłatą... Ale po co? Pierwsze tego typu „apartamentowce” miały jedną wadę: obok budynku składającego się z dużej ilości małych mieszkań należało przewidzieć wiele miejsc parkingowych. Mogło to zdemaskować tak skrupulatnie ukrywaną mistyfikację. Niezbędna przestrzeń parkingowa nie tylko podnosiła cenę mieszkań z uwagi na dużą wartość gruntów, ale przede wszystkim wskazywała wszystkim dookoła, że mamy do czynienia z typowym „mrówkowcem” - jak pogardliwie nazywano te hotele robotnicze dla snobów. Poradzono sobie też bardzo szybko z tym problemem. Projektując budynki organizowano w podziemiach skomplikowany, wielopoziomowy parking, co jeszcze bardziej upodabniało ów architektoniczny twór do mrowiska. Co prawda nie było widać parkujących samochodów, lecz wyjazd i powrót były istnym koszmarem, zwłaszcza rano i po południu. Aby rozwiązać i ten problem kolejne wersje budynków projektowano tak, że istniały dwa niezależne wjazdy i wyjazdy z podziemnego parkingu. Nikt przecież nie będzie obchodzić budynku dookoła, aby sprawdzić, z czym ma do czynienia. Pomyślano także o trzech niezależnych wejściach do budynku, aby uniknąć krępującego

22


widoku tłoku na klatkach schodowych. Ów misterny plan miał wszakże jeszcze jedną wadę: korki w bocznych uliczkach wiodących do mrówkowca był nie do zniesienia. Dla Jana była to drobna niedogodność. Nawykł omijać wszelkie meandry i pułapki organizacji zbiorowego życia. Po prostu nie używał auta. Do pracy miał dwa kroki, w pobliżu był jego ulubiony bar, a więc wszystko to, co przeciętemu samotnemu mężczyźnie było potrzebne. Gdy obowiązki w pracy lub kaprys wymagały wyjazdu poza miasto, miał zawsze możliwość skorzystania ze służbowego auta. Minął więc i tym razem ustawionego dla picu portiera w liberii, wymieniając z nim kurtuazyjne, banalne uprzejmości i ukłony. On także, podobnie jak marmury i rzeźbione meble z mosiężnymi okuciami w holu na dole, stanowił element scenografii podnoszącej elitarność budynku i samopoczucie jego mieszkańców. Jak wszystko i to przelotne uczucie zbytku miało swój materialny wymiar, który był wyrażony w comiesięcznym czynszu. Krótką drogę do Firmy przebył przyspieszonym krokiem. Nie różnił się szczególnie od innych mężczyzn w jego wieku idących tego dnia po ulicy. Sztuka nie zwracania na siebie uwagi, to przecież także jedna z jego zawodowych zalet. W dzieciństwie marzył nawet o tym, aby posiąść dwie magiczne umiejętności; chciał być niewidzialny i umieć przechodzić przez ściany. Chciał posiąść umiejętność niepostrzeżonej ucieczki i wejścia tam, gdzie inni nie mogą. Uciec przed tym światem, chwycić za rękę swą babcię i umknąć jak najdalej. Przecież zgodnie z naukami pewnego dawno zmarłego pisarza, ludzkie marzenia spełniają się tylko w takiej formie, że nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać. Tak samo Jan odkrył, że praca, którą wykonuje, jest na swój sposób spełnieniem jego dziecięcych marzeń. Minął park, w którym na jednej z ławek dostrzegł przytuloną parę. Na innej zauważył staruszkę karmiącą gołębie. Spojrzała na niego z nieufnością, jakby czyn, na którym została przyłapana, był jakimś przestępstwem i schowała do kieszeni pozostały kawałek bułki. Po opuszczeniu parku i przejściu zaledwie kilku kroków, znów pochłonął go uliczny gwar. Przeszedł na drugą stronę jezdni, nie

23


zważając na kolor świetlnej sygnalizacji. W pobliskim bistro kupił kanapkę i kawę. Był to zwykły, codzienny substytut śniadania. Dopijał w pośpiechu ostatnie łyki gorącego napoju, patrząc przez okno na olbrzymi telebim nadający „reklamy społeczne”. Jego uwagę przykuł spot zachęcający do walki z zanikiem grawitacji w okolicach biegunów. Uśmiechnął się w duchu i opuścił lokal. „Widać globalny podatek stabilizacyjny już przestaje wystarczać, a chłopakom z dwunastki kończą się pomysły na kolejne straszaki” pomyślał mijając krzykliwą reklamę w chwili, gdy na ekranie ukazała się informacja o potrzebie nowego podatku na walkę z tym „zagrożeniem”. Przeszedł jeszcze kilkaset merów, aż zza ściany narożnego budynku ukazał mu się fronton siedziby Firmy. Firma Wszedł jak zwykle po wielkich, majestatycznych schodach zbiegających się przy drzwiach stanowiących główne wejście do budynku. Gmach był szary i przysadzisty, lecz wydawał się mniejszy w porównaniu z sąsiadującymi budynkami, będącymi głównymi siedzibami banków i korporacji. Wielkość była tu zjawiskiem względnym. O ile sąsiadujące budynki miały być funkcjonalnymi biurowcami, ten wydawał się bardziej tworem jedynym w swoim rodzaju. Wchodząc do budynku można było zauważyć, że powstał on w nadludzkiej skali, a więc jego nikłe rozmiary były tylko złudzeniem. Człowiek wchodzący do gmachu psuł jego proporcjonalność. Olbrzymie drzwi, okna, a nawet meble w reprezentacyjnej części były zaprojektowanie jakby miały być używane przez rasę tytanów dwukrotnie większych od ludzi. Miały przytłaczać i udowodnić zabłąkanemu interesantowi, że trafił do miejsca, w którym jest tylko marnym pyłem w obliczu majestatu władzy. „Po co właściwie ludzie budują tego rodzaju monstra?” - zastanawiał się kiedyś. Odpowiedź na to pytanie z pozoru

24


wydawała się prosta. Każda tego rodzaju firma próbuje udowodnić swą wielkość. Pokazać, że ich potęga dotyka nieba. Bajeczki o wysokich cenach gruntów w centrach to przecież tylko fałszywa skromność i ściema dla żądnych zysku akcjonariuszy. „Zobaczcie, jacy jesteśmy potężni! Widzicie, ile mamy pieniędzy! Czyż nie zasługujemy na szacunek?” wciskają w ludzką podświadomość posępne wieże, które dla podkreślenia swej potęgi ustawiane są tak, aby konkurować z innymi tego typu obiektami. Architektoniczna gigantomania działa skutecznie od tysiącleci. Co pozostało po kilku władcach Egiptu, jeśli nie ich gigantyczne nagrobki? Mania budowania doprowadziła do kresu niejedną kulturę, a mimo to nadal władcy kochają architektów. Im bardziej monumentalne są ich wizje, tym większy zyskują poklask u panujących. Wzajemne umiłowanie twórców i budowniczych jest niezależne od czasów, religii i cywilizacji. Ten swoisty „wyścig zbrojeń” państw i instytucji ma także, poza pokazaniem potęgi, jeszcze jedno praktyczne znaczenie. Już dawno zauważono bowiem, że w czasie kryzysu wzrasta sprzedaż luksusowych aut. „Przecież to głupie i nierozsądne” - ktoś pomyśli. Nic bardziej mylnego. Gdy firma się wali, a wierzyciele pukają do drzwi już bez jakichkolwiek przejawów kurtuazji - prezes kupuje nowe auto. „Widać nie jest tak źle” - myślą pracownicy bankruta. „Na pewno nie jest tak źle!” - oszukują siebie wierzyciele. Czy raczej chcą się oszukiwać, choć przez chwilę licząc na zwrot swych pieniędzy. Dzięki temu na pewien czas burza ustaje, widmo bankructwa, choć nieuchronne, zostaje odwleczone. Potem pozostaje już tylko pogodzenie się z upokarzającym żebraczym losem lub zbawcza, samobójcza kula w głowie wystrzelona z rewolweru, zakupionego, rzecz jasna, także na kredyt w pobliskim sklepie z bronią. Podobnie wiele instytucji lubiło podkreślać swą pozycję ulegając gigantomanii niczym nadymająca się żaba. Z Firmą było jednak nieco inaczej. Nie musiała konkurować z nikim, mając monopol na swą działalność. Budynek jej był skromniejszy i zdecydowanie niższy od innych. Ale to pozór,

25


nie tylko dotyczący proporcji. Uważny obserwator zauważyłby, że mimo stosunkowo niewielkiej ilości pięter jest on niesłychanie rozległy w porównaniu do siedzib sąsiadujących z nim komercyjnych gigantów. Był może, mimo swej realnej wielkości, mniej majestatyczny, ale za to złowrogi, zwłaszcza dla tych, którzy wiedzieli, jaka instytucja mieści się w środku. Ta budowla działała inaczej na podświadomość swych obserwatorów. Nie musiał być wysoki, gdyż nie chciał chwiać się jak większość drapaczy chmur przy byle powiewie wiatru. Miał za to być wieczny, trwały i stabilny, jak mieszcząca się w środku instytucja. Powstał w czasach, gdy nikt nie marzył, że obok niego wyrośnie tak potężne centrum biznesowe. Obok? A może dzięki niemu? To jego rozległość przypominająca nieco ramiona ośmiornicy wskazywała na to, że jest w tej okolicy najważniejszy. Ale wcale nie zależało mu na tym, aby ktoś to dostrzegł. Bo przecież gdyby doszło do buntu, to ciemny lud, nauczony wiekami doświadczeń, ruszyłby na ziejące swym blichtrem pałace, omijając to dziwne monstrum. Można było więc sądzić, że całe centrum powstało jako kamuflaż dla tegoż właśnie budynku. Pogląd ten uwiarygadniał szyld z napisem: „Ministerstwo Pojednania i Wiedzy”, który niezorientowanym nie mówił za wiele. Ci, którzy nie potrafili określić, czym zajmuje się owa organizacja, ale wiedzieli, iż za nazwami instytucji publicznych kryje się swojego rodzaju hipokryzja, z reguły bywali już lekko zaniepokojeni owym szyldem. Wszelako nikt nie nazywa resortu: „Ministerstwo Wojny”, nawet w sytuacji, gdy głównym celem tejże instytucji jest zbrojna napaść na pobliskiego sąsiada. „Ministerstwo Obrony” albo „Pokoju” brzmi o wiele lepiej. Analogia nakazywałaby sądzić, że rolą tegoż biurokratycznego monstrum było działanie zmierzające do tego, aby wszyscy byli światli i zgodni. A więc, aby tak się stało, należało wyeliminować myślących inaczej. Wiedzę zaś pozostałych obywateli o władzy należało zastąpić wiedzą władzy o obywatelach. To proste rozumowanie w dość trafny sposób oddawało istotę Firmy. Tak więc nie tylko materialna strona instytucji była odmienna od reszty. Już dawno decydenci pojęli, że prawdziwa

26


władza nie musi mieć nic wspólnego z jej zewnętrznymi oznakami. Istota i cele funkcjonowania tej struktury były ukryte. Nawet znaczna część jej kadry nie była uprawniona ani wystarczająco bystra, aby je pojąć. To także był element „dymnej zasłony”. Gdy Jan dotarł do wnętrza swego biurowca przywitał się ze spotkanymi przypadkiem kolegami. Na stoliku obok wind ujrzał rozłożone nowe foldery propagandowe zachęcające do świadomego macierzyństwa. Po wciśnięciu przycisku „w górę” i oczekiwaniu na przyjazd windy, zerknął jeszcze raz na inne wytwory działu propagandy. Tylko rzut oka wystarczył, aby wywołać uśmiech na jego twarzy, który gościł tam tylko w bardzo szczególnych okolicznościach. Na okładce folderu widniała wesoła twarz dziecka i napis: „Dbamy o jego prawidłowy rozwój”. „Ciekawe jak?” - pomyślał - „pewnie „prawidłowy” oznacza prawidła do butów”. - Urwał rozmyślania i poddał się wewnętrznej samodyscyplinie. Nie można przecież tak ostentacyjnie wyśmiewać wytworów oficjalnej propagandy, bo jeszcze ktoś zauważy. Postawa Jana nie była wynikiem krytycyzmu. Miała swe źródła bardziej w znudzeniu rutyną, która w jedyny w swoim rodzaju sposób odsłania powielane od wielu lat schematy. Był znużony. Bardzo znużony. Znał doskonale swój fach i miejsce, w którym pracował. Wiedział, że odejście z Firmy oznacza odejście także z tego świata. A przecież nikt nie był samobójcą. Musiał więc trwać, jak długo się da i udowadniać swoją przydatność. Nie ważne jest przecież to, co się robi lub ma zamiar zrobić, lecz to, co się wie. A tym mogą być zainteresowani różni ludzie. Jeszcze inni - rzecz oczywista - zainteresowani są wyłącznie tym, aby wiedza o tym, jak naprawdę działa owa instytucja i czym się zajmuje, nie dostała się w ręce tych pierwszych. Dlatego też wiele w Firmie było działań pozorowanych, a więc takich, które miały tylko wywołać na obserwatorach mylne wrażenie, że polityka instytucji biegnie w zupełnie innym od zamierzonego kierunku. Było oczywiście „nadzorowanie pracy oświaty”, było też „tłumienie konfliktów społecznych poprzez systemy grantów”,

27


„pisanie ustaw i rozporządzeń”, ale to wszystko było mało istotne. Nadjechała winda. Wsiadł do niej i wcisnął dziewiątkę. Jadąc obserwował przez oszklone drzwi chodzących przyspieszonym krokiem pracowników resortu. Podobno podeszwy butów niektórych oddziałów komandosów mają odwrócony ślad. Gdy oddział idzie w jednym kierunku, ślady wskazują na przeciwny kierunek marszu i tylko oko wyrafinowanego trapera wie, że jest inaczej. Tych wyrafinowanych jest niewielu, a i na ich zmylenie także są sposoby. Bo kto powiedział, że prawdziwy kierunek nie jest „zasłoną dymną” dla jakiegoś bardziej wyrafinowanego działania? Tak więc w Firmie roboty było co niemiara. Z reguły bywało tak, że tych szczególnie „przemęczonych” przesuwano po pewnym czasie do działów, których istotą było nic innego jak tylko czynienie działań pozorowanych. Oczywiście najlepiej, gdy ten i ów wierzył, że owe czynności i zadania to prawdziwa polityka tej instytucji. Taki człek miał szansę zostać nawet ministrem! A jaka była prawdziwa polityka całego tego molocha? To wiedział może jeden procent pracowników resortu - wśród nich i Jan. W Firmie w ramach struktur funkcjonowały także całe wydziały sztucznej kariery lub tak zwane „inkubatory”. Tworzono w nich i testowano figurantów nadających się do objęcia kolejnych stanowisk lub też „przechowywano” tych, którzy chwilowo odpadli z politycznej karuzeli, a wszystko wskazywało na to, że jeszcze kiedyś mogą się przydać. Nie warto było marnować wielu lat treningów i przygotowań tylko dlatego, że komuś powinęła się noga. Poza tym przechowalnie pełniły rolę czyśćca, w którym były prominent mógł dostrzec, co tak naprawdę utracił. Po okresie przebywania w tym absurdalnym środowisku markowania pracy był gotów, aby za wszelką cenę podjąć się nowego wyzwania i być absolutnie lojalnym wobec swych mocodawców. Z rozmów z figurantami wiadomo było, że poza obniżoną w wyniku degradacji samooceną brakowało im najbardziej rzeczy przyziemnych i prostych, takich jak: poranna kawa przyniesiona przez

28


sekretarkę, własne miejsce parkingowe przed siedzibą urzędu lub przedsiębiorstwa, czy służbowy wideotelefon z systemem ograniczającym możliwość podsłuchu. Były też i inne działy tworzące wspólnie zwarty ekosystem, a przy tym kreujące tak skomplikowaną plątaninę hierarchicznych piramid i wzajemnych zależności, że nawet bardzo wnikliwy obserwator nie był w stanie dostrzec tego, o co w tym naprawdę chodzi. Bo jak każda tego typu struktura, będąca „maskującą siatką”, mogła istnieć sama dla siebie i nie potrzebowała niczego, aby usprawiedliwić potrzebę swego istnienia. Najlepszym przykładem tego, że maska działa skutecznie, był tak głęboki poziom wewnętrznej dezinformacji, że nawet niektórzy wieloletni pracownicy resortu, mający robić wyłącznie dobre wrażenie, nie wiedzieli, jaka jest ich właściwa rola. Czasami powoływano na przykład nowego kierownika od spraw informatyki, który postanowił zrobić zebranie i zapoznać się ze stanem jakiejś fikcyjnej sprawy. Czasami nawet próbował wydawać polecenia. Z reguły po chwili nie pozostawał po nim ślad. Jego miejsce zajmował nie świadomy niczego potulny idiota, którego życiowym powołaniem było przenoszenie spójników w niepotrzebnych jak on sam pismach na początek następnego wiersza. To, że pisma były bądź głupawe, bądź nikomu do niczego niepotrzebne, nie było powodem do najmniejszej nawet refleksji z jego strony. Tak na ogół funkcjonowali figuranci średniego szczebla. Ci wyższego mieli z kolei inne ulubione zajęcia i pasje. Najbardziej cenioną przez nich robotą było podejmowanie różnego rodzaju inicjatyw, spotkań i podpisywanie intencyjnych listów. Poza generowaniem roboty dla niższych szczebli figurantów i tworzenia u nich poczucia potrzeby istnienia, pozwalało to figurantom wyższego szczebla na to, co lubili najbardziej: pławienie się w rozkoszach pozornej władzy i leczącym kompleksy poczuciu ważności. Przy ledwie słyszalnym szumie windy dotarł wreszcie na swoje piętro. Dookoła panował półmrok gdzieniegdzie tylko oświetlany niewielkimi lampkami, jak w kinie tuż przed

29


rozpoczęciem seansu. Nie było potrzeby włączania silniejszego oświetlenia. Z korytarza korzystała przecież tylko garstka ludzi, a piętro to nie było dostępne dla osób postronnych. Odpowiedział na pozdrowienie ze strony siedzącego tam portiera. Ten, w odróżnieniu od portiera w liberii nudzącego się w holu jego mrówkowca, miał zajęcie znacznie bardziej praktyczne i poważne. O powadze i zakresie jego kompetencji świadczyła wypchana półautomatycznym pistoletem kabura niedbale ukryta pod klapą jego marynarki, na wypadek gdyby jednak jakiś niepowołany petent postanowił zwiedzić to piętro. Jan zbliżył swój identyfikator do drzwi z napisem: „Centrum serwerowe. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony” i wszedł do środka. W środku otwartego pomieszczenia nie było żadnych serwerów, lecz biurka z laptopami. Było to najnormalniejsze na świecie biuro, tylko tajne. Państwo w państwie. Chodziło o to, aby w najlepszy możliwy sposób ukryć jego lokalizację, a że informatyczne systemy w idealny sposób utrudniają wstęp osób niepowołanych, nie trzeba było specjalnie kombinować, aby pod tym pretekstem zakonspirować ową instytucjonalną hubę. Można podejrzewać, że w gmachu resortu znajdowało się dziesięć lub piętnaście tego rodzaju „centrów serwerowych”. Przecież w Ministerstwie z wiedzą w nazwie przetwarzanie informacji to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Zawsze można było szybko zmienić lokalizację, tym bardziej, że połowa informatycznego złomu zalegającego na poszczególnych piętrach była doskonałym rekwizytem pośród teatralnych dekoracji całej instytucji. Informatyczna maskarada nakazywała, aby pracowników tajnych biur nazywać informatykami. Wszak nie tylko wiedza, ale i pojednanie potrzebuje informacji, czyż nie? Po wejściu do pokoju uściskał dłonie swych kolegów. Widząc ich, ktoś postronny mógłby pomyśleć, że trafił na jakąś żałobną pożegnalną uroczystość. Siedzieli cicho sącząc powoli aromatyczny płyn ze swych filiżanek. - Mówiłem, panowie, żeby nie zaczynać od rana powiedział Jan. - Ostatnio mówiłeś, że nie można zaczynać bez ciebie -

30


odpowiedział jeden z mężczyzn siedzących obok drzwi, wyciągając ze stojącego na biurku pustego segregatora butelkę czystej wódki. Wyciągnął także z wysuniętej szuflady kolejną filiżankę i wręczył ją Janowi. Ten przyjął ją bez zaskoczenia. Gdy filiżanka była już pełna, a butelka nieco bardziej pusta, usiadł wygodnie na krześle. Ktoś mógłby sądzić, że picie w pracy jest nielegalne, szkodliwe dla zdrowia, obniża jej wartość lub ją wręcz uniemożliwia. W ich robocie sto gram było czasami niezbędne. Alkohol obniżał reakcję na często zbyt silne bodźce i łagodził nie zabite jeszcze w wyniku intensywnych szkoleń ewentualne wyrzuty sumienia. Sprawiał jeszcze jedno: przed wyprawą „na miasto” owa setka czystej sprawiała, że byli jeszcze bardziej „nierozpoznawalnymi”. Kto potraktuje poważnie podchmielonego człowieka? W tłumie pijanych jeszcze jeden nie robi żadnej różnicy. Alkohol był więc niczym pokryty kamuflażowym wzorem mundur w leśnej gęstwinie: upodabniał do otoczenia. Gdyby któremuś z przypadkowych świadków ich zawodowych eskapad przyszło do głowy kiedyś złożyć zeznania, powiedziałby, że był tam jeszcze jakiś... pijak. Potem spożywanie alkoholu weszło w krew, stając się codziennym rytuałem, niczym w wielu biurach poranna kawa. Ich organizmy uodporniły się na stosowną dawkę alkoholu. Filiżanki pojawiły się na wypadek, gdyby któryś z wyższych rangą figurantów postanowił tu wejść. Rutynowym odruchem ich profesji było robienie pewnych rzeczy na wszelkich wypadek. Niezapowiedziana wizyta jakiegoś wyższego rangą funkcjonariusza dotychczas się nie zdarzyła i najprawdopodobniej się nie zdarzy. Poza tym, nawet gdyby to się stało, pewnie niezapowiedziany gość przyłączyłby się do porannej imprezki. Tego typu rytuał miał jeszcze jedną ważną funkcję: cementował zespół. Tworzył w nim wewnętrzną hierarchię wartości. Trzeba było być wiernym nie tylko szefom, ale i grupie, która daje oparcie i niczym rozpięta siatka pozwalała ludziom zatrzymać się tuż przed zderzeniem z ziemią. Każdy z nich wiedział, że może liczyć na pozostałych. - O czym to ja mówiłem? - powiedział ciemnowłosy,

31


potężny mężczyzna, którego rysy twarzy wskazywały, że był znacznie starszy niż wynikałoby to ze stanu jego czupryny. - Aaaaa. No i on ją w kinie zaczął macać, a ona dyszy. No więc ja mówię do tego typa: „Słuchaj no, zostaw tę panią w spokoju. Nie widzisz, że biegła i jest bardzo zmęczona?” Po tych słowach rozległ się w pokoju śmiech oznaczający, że historia przypadła do koszarowego gustu zebranych. - No i co dalej? - powiedział niepozorny, łysiejący mężczyzna siedzący na parapecie. - Jak to co? Wyszli. To skandal, żeby nie mogli sobie jakiegoś pokoju wynająć na godzinę, tylko w kinie nie dają ludziom filmu spokojnie pooglądać. Tamten jeszcze jak wychodził to coś mruczał pod nosem. Ale gdy popatrzyłem na niego wzrokiem pirata, uciekał jak podpalony. - Dobrze, że nie wstałeś z miejsca i nie ujrzał cię w pełnej okazałości. Wtedy pobiłby jeszcze rekord na setkę, narobił w portki albo spłonął ze strachu. A swoją drogą panowie dawno nie robiliśmy „przy grillu” - wtrącił szczupły blondyn w czarnej skórzanej kurtce. Był to Szarlak, specjalizujący się w rozpracowywaniu kobiet. Po prostu je uwodził i wyciągał z nich wszystko, co się dało. Mawiał czasami, że „ma najlepszą robotę na świecie”. Płacono mu za to, co i tak pewnie robiłby w cywilu, tracąc przy tym mnóstwo pieniędzy. Wszyscy zgromadzeni znowu wystrzelili śmiechem na wspomnienie grilla. W ich języku określano w ten sposób zwęglone zwłoki. Faktem było, że ostatnio przypadki samopodpaleń zdarzały się stosunkowo rzadko... - Przypomniałeś mi historię jednego aktora, który uwielbiał prostytutki. - powiedział Jan. - Kiedyś podszedł do jednej dużej blondyny stojącej w gronie koleżanek i zapytał: „Cześć. Ile”? Ta powiedziała: „dziesięć”. A on: „pokaż”. Ona bez ceregieli na środku ulicy zadziera do góry sukienkę. On lekko się schyla i patrzy, po czym mówi: „A nie masz mniejszej za pięć? – zebrani buchnęli ogłuszającym śmiechem - dowcip się podobał. Trwało to jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym zapanowała dziwna cisza, jakby cała grupa postanowiła nabierać sił po wyczerpaniu. Wszyscy zrozumieli, że poranna

32


rozgrzewka dobiegła końca i pora się brać do roboty. - Co mamy w tym tygodniu na warsztacie? - zapytał Jan, definitywnie przechodząc do bieżących spraw. Odprawa niniejszym została rozpoczęta. - Nic poważnego - zabrał głos Nowak, biorąc z biurka plik jakichś papierów. - Kilku gnoi zaczęło się organizować na forum internetowym. Już zostali rozpracowani. Wraca jeszcze sprawa tego zgromadzenia sprzed dwóch tygodni. Przedwczoraj znowu się spotkali i wczoraj też. Gdy przyjrzeliśmy się bliżej sprawie, okazało się, że ci faceci to żadni konspiratorzy. Po prostu spotykają się u każdego z osobna i słuchają starych gramofonowych płyt. - Na twarzach mężczyzn znów pojawił się uśmiech, ale już nie tak intensywny jak wcześniej. - Jak widać węch naszego elektronicznego psa czasami zawodzi, a smycze i kaganiec nie zawsze działają jak należy. – powiedział metaforycznie Nowak. - Trudno wymagać od systemu informatycznego inteligencji - powiedział brodaty mężczyzna w czarnej skórzanej marynarce. Był to Włodarczyk. Człowiek, na którego twarzy było nieomal wypisane, że jak mawiał: „jadł chleb z niejednego pieca”. - Gdy spotyka się kilku facetów około pięćdziesiątki, którzy się ze sobą wcześniej nie kontaktowali, nie dzwonili do siebie, nie wysyłali e-maili, nawet nie SMSowali, system uznał to za konspirację. Gromadzili się dość regularnie w różnych miejscach. Okazało się, że to jakaś pieprzona subkultura miłośników lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Spotykają się po chałupach i piszą do siebie co najwyżej listy. Potem słuchają tych starych trzeszczących płyt na jakimś przedpotopowym sprzęcie. Podobno jedna kolumna głośnikowa jest warta tyle, co moja roczna pensja. - To znaczy pewnie, że dużo zarabiasz. Są takie, które są warte roczną pensję, ale nas wszystkich. Do tego dochodzą jeszcze kable do kolumn, metr takiego przewodu to nasze dwie pensje. - powiedział rudowłosy mężczyzna. - A słuchałeś kiedyś muzyki z gramofonu na takim sprzęcie? - zapytał młody Skubiszowski kierując swe pytanie

33


w stronę Włodarczyka. - Nie, no i co z tego? - odparł Włodarczyk. - A no właśnie. I tak nie usłyszałbyś różnicy bo za dużo czasu spędzałeś na strzelnicy... - To miał być żart, lecz nikt się nie zaśmiał. Od dawna było wiadomo, że między tymi dwoma niebezpiecznie iskrzyło, więc lepiej było się nie wtrącać. Włodarczyk zacisnął tylko wargi i udał, że nic nie usłyszał, jakby rzeczywiście w swej przeszłości zbyt często posługiwał się bronią palną i to wcale nie na strzelnicy. - Musimy coś z tym zrobić. Za dużo jest tego rodzaju wpadek. Nie możemy przecież zabronić spotykać się dorosłym facetom w prywatnych mieszkaniach i powiedzieć, że nam system głupieje. Co najwyżej możemy im powiedzieć, że sąsiedzi się skarżą i mają ich za homolubów. A jak tam rzeczywiście będzie jakiś lewy facet i się jeszcze obrazi? - Wiecie sami, że wielokrotnie pisaliśmy raporty w tej sprawie. Z informatycznego punktu widzenia sprawa nie jest taka prosta. Tych ludzi nic w ich profilach nie łączy. I nagle bach. Trzeba byłoby rozbudować profile o nowe zmienne. Tylko jakie? Bazy generują chyba wszystkie możliwe. Pamiętacie pewnie sprawę dziewczyny podejrzanej o prostytucję? Okazało się, że to wolontariuszka, która chodziła po domach i zbierała datki na dom starców. Była w wielu bogatych domach, więc kursowała nieregularnie i w co drugim odnotowywała wpłaty na elektroniczne konto. Datki były niemałe, domy bogate, a ona urodziwa - 21 lat. Znalazła się więc na liście wyznaczonych do rutynowych badań lekarskich prostytutek. Wierzcie mi, jej baza danych nie różniła się niczym od co najmniej tuzina etatowych luksusowych prostytutek. Sam widziałem. Problem nie tkwi w systemie, bo komputer nigdy nie będzie wiedział wszystkiego, bo to tylko maszyna. Problem tkwi w ludziach. Ktoś powinien te dane oceniać, brać je na zdrowy rozsądek, a nie od razu wysyłać patrol czy przydzielić zawodową klasyfikację. Za mało jest operacyjnej roboty w starym stylu, a za dużo komputerów. Tu Jan zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo, a jego słowa mogą być odebrane jako krytyka polityki resortu. Musiał

34


więc pośpiesznie złagodzić swoją wypowiedź. - Oczywiście bez technologii nie osiągnęlibyśmy niczego, ale za bardzo jej ufamy. - ciągnął dalej Jan - Gdyby system był doskonały, my pewnie bylibyśmy już do niczego niepotrzebni. A mam nadzieję, że tak nigdy się nie stanie. Poza tym nie wiadomo, kiedy spotkanie paru świrów przerodzi się w jakiś niezależny ruch społeczny. Nie wiadomo też, kiedy staną się niebezpieczni. To w końcu my jesteśmy od tego, aby bunt stłumić w zarodku lub pozwolić mu wzrosnąć, gdy nadejdzie taka potrzeba. - po tych słowach był pewien, że nikt nie odbierze jego monologu jako krytykę czegoś lub kogokolwiek. - Pawle, czy mamy jeszcze coś na tapecie? - zwrócił się Jan do stojącego obok podwładnego. - Tak. Jeszcze trzy pudełka w przyszłym tygodniu. Po tych słowach zapanowała cisza, a Jan zdał sobie sprawę, że jego podnosząca morale przemowa była niepotrzebna. Nikt nie lubił roboty z pudełkami. Gdyby nie ta czynność, ich praca byłaby całkiem przyjemna i można byłoby spijać bez problemu uroki władzy. Ale widzieli doskonale, że bez tej roboty nigdy nie mogliby liczyć w Firmie na specjalne przywileje i dodatki. Wyrwanie z odrętwienia przyniósł dzwonek telefonu stojącego na biurku w głębi pokoju. Była to wewnętrzna linia. Jeden ze stojących w pobliżu towarzyszy Jana podniósł słuchawkę. Posłuchał chwilę i powiedział, że przekaże wiadomość. - Masz iść natychmiast na odprawę do „szefa wszystkich szefów”. Jest jakaś grubsza sprawa. Spotkanie jest w dużej sali narad. „Szefem wszystkich szefów” nazywano prawdziwego szefa instytucji, żartobliwie porównując go w ten sposób do mafijnego bossa. Naprawdę nazywał się Czerwieniecki. Ale czy w tej branży o kimś można powiedzieć, że nazywa się jakoś naprawdę? Wielu z pracowników resortu zapomniało już dawno swe prawdziwe nazwiska. W owym żartobliwym określeniu było trochę prawdy. Prawdziwy szef nie miał nic wspólnego z tym nominalnym. Prawdziwy szef działał z ukrycia, trochę jak

35


oni wszyscy i jak siedziba Firmy wolał być w cieniu, ukryty za całym szpalerem puszących się figurantów. Gdy wzywał kierowników niższych działów, zrywając w ten sposób na chwilę kamuflaż pozorów, znaczyło to, że dzieje się coś naprawdę poważnego. Jan błyskawicznie wstał z krzesła i bez słowa udał się do łazienki, gdzie opłukiwał usta usiłując zabić zapach alkoholu. W zasadzie wiedział, że jest to zbyteczne. I tak nikt nie wyczuje od niego alkoholu. Ludzie pod wpływem gołdy tracą taką zdolność, a poranny drink to obyczaj nie tylko w jego dziale. Seria „Do sklepu zoologicznego wchodzi gość i ogląda siedzące w trzech klatkach papugi. Pierwsze dwie były piękne, trzecia stara, brzydka i prawie łysa. Gdy zapytał sprzedawcę o cenę, ten powiedział, że pierwsza kosztuje 100 dolarów, druga 200 a trzecia 500. - Dlaczego? - Zdziwił się potencjalny klient. - Pierwsza mówi po angielsku, a druga po angielsku i francusku - odparł sprzedawca. - A ta trzecia ile zna języków? - ciągnął klient. - Żadnego, ale te dwie pozostałe mówią na nią szefie.” Schodząc po schodach o trzy piętra na pilne spotkanie w niewiadomej sprawie, przypomniał sobie ten stary dowcip i uśmiechnął się w duchu, gdyż doskonalone oddawał on realia panujące w Firmie. Idąc tym tokiem rozumowania, można było dojść do wniosku, że najbardziej inteligentnym pracownikiem tej instytucji jest portier. Oczywiście były chlubne wyjątki od tego uogólnienia, ale zmieniający się z szybkością błyskawicy kolejni polityczni szefowie, nie mający wystarczających kwalifikacji ani czasu, aby je zdobyć, stali się od pewnego czasu normą. Gdy już pojęli (jeśli oczywiście byli na tyle bystrzy), jak TO naprawdę działa, zmykali tam, gdzie rośnie przysłowiowy pieprz, albo załatwiali sobie przeniesienie na

36


inny „odcinek”. Trwali tam wykonując kolejne pozorowane ruchy, dopóki znów nie pojęli, że są tylko marionetkami. W dłuższej perspektywie zachowanie tego rodzaju można porównać do człowieka próbującego w zimowy dzień przedostać się na drugi brzeg rzeki, skacząc z jednego kawałka płynącej kry na kolejny. Nie wiedzą o tym, że na środku rzeki bystry nurt doprowadził do tego, iż tafle płynącego lodu są wyjątkowo cienkie, a wejście na nie śmiertelnie niebezpieczne. Gdy zatem ów topielec już zniknął w lodowatych odmętach, na brzegu pojawiał się kolejny nieświadomy niczego szaleniec, próbujący dokonać niemożliwego. Zatem we wszechogarniającym chaosie i braku stabilizacji realna władza we wszelkich tego typu organizacjach spoczywała w rękach średniej - niezmiennej kasty urzędniczej, dla której owa polityczna czapka była tylko przykrywką dla prawdziwych ich celów. Czasami dochodziło do sytuacji, gdy nie próbowano nawet zachowywać pozorów, a realna władza przechodziła na ręczne sterowanie. Czuł, że teraz może być podobnie. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu, gdy chodziło o jakiegoś studenta, który sklecił pewną durną teorię ekonomiczną. Gnojek nawet nie wiedział, że to, co wymyślił, to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic systemu. Gdy go zwijali, to narobił w spodnie. Nawet nie przypuszczał, że te brednie, które wpuścił do sieci, mogły wywołać jakiś nuklearny konflikt albo doprowadzić do krachu kilku korporacji. Ale z drugiej strony nie należało reagować zbyt nerwowo. Wystarczyło dopisać w jego imieniu dalszy ciąg tej historii, a potem zrobić z niego wariata, albo jakiegoś pedofila i po problemie. Na szczęście tak się przestraszył, że odszczekał wszystko. „A jeśli tym razem sprawa jest podobna i znów będzie śmierdzieć w samochodzie?” - pomyślał Jan i ponownie uśmiechnął się w duchu na wspomnienie konieczności prowadzenia samochodu przy otwartych oknach. Zawsze powtarzał sobie starą przypowieść znaną ze wstępnego kursu: „Gdzie mądry człowiek ukryje liść tak, aby nikt go nie znalazł?” - pytał prowadzący szkolenie mężczyzna. Po chwili ciszy sam sobie odpowiedział: „W lesie. A gdzie mądry

37


człowiek ukryje liść, gdy nie ma lasu?” - i tym razem nie czekając na słuchaczy, znów odpowiedział sobie sam: „Zasadzi las i poczeka, aż wyrośnie, a potem schowa w nim liść. To, co robimy, panowie, to nic innego, jak sadzenie lasów”. Do dziś Jan pamiętał ten dumny uśmiech na twarzy szkoleniowca. „Za dużo dzisiaj wspomnień” - pomyślał i przez chwilę przemknęły mu przez głowę poranne wspomnienia. „A jeśli owa prawdziwa władza, to także figuranci w rękach sił jeszcze potężniejszych i jeszcze głębiej ukrytych?” - rozważał, gdy znalazł się na szóstym piętrze przed salą numer cztery zwanej dużą salą narad. Swym zwyczajem bez zastanowienia szarpnął za klamkę. Sala była wielka, pełna pustych krzeseł, których równo ustawione rzędy stanowiły punkt odniesienia konieczny dla oceny ogromu pomieszczenia. Tylko kilka postaci majaczyło pod ścianą przy włączonym multimedialnym rzutniku, tak jak chciały się przy nim ogrzać. Rzut oka - sami znajomi, łącznie z prowadzącym. Liczba osób i skład zespołu oznaczały, że to naprawdę coś poważnego. Wybór sali także nie był przypadkowy. Organizowano w niej zwykle wielkie, propagandowe spędy przypominające wiece politycznych partii lub spotkania piramid handlowych. Poza tym sala była z reguły pusta, a więc była idealnym miejscem na organizowanie doraźnych, szybkich narad. Jeśli sprawa nie była poważna, to na pewno bardzo pilna. W praktyce wychodziło na to samo. „Może nie wszyscy jeszcze przyszli?” - przeszła mu przez myśl płonna nadzieja. - Jesteśmy już w komplecie, więc możemy zaczynać. powiedział starszy mężczyzna o kruczoczarnych włosach, jakby czytając w myślach Jana. Słowa te oznaczały, że szanse na dzień lenistwa spadły do zera. Milcząc usiadł obok zgromadzonych mężczyzn i czekał na dalszy rozwój wypadków. - Sprawa przedstawia się następująco. - powiedział prowadzący spotkanie bez zbędnych kurtuazji. Nie krył przy tym zdenerwowania. - Czytaliście pewnie panowie o seryjnym mordercy grasującym w naszej stolicy od kilku tygodni? Pytanie miało raczej retoryczny charakter, bo o tym

38


zwyrodnialcu słyszeli wszyscy. Trąbiły o nim wszystkie media do tego stopnia, że gdyby ktoś podał jego personalia w czasie wyborów, miałby on szansę dostać się do parlamentu, więc pytającemu towarzyszyło milczenie pozostałych. Choć dokonania mordercy nie były może imponujące, to strach, który wywołała towarzysząca jego poczynaniom medialna kampania, skutecznie paraliżował normalne życie miasta i jego okolic. Widoczny był nawet mniejszy ruch uliczny wieczorami, a to nie zdarzało się często i nie bez powodu. Właściciele knajp i wszelkich miejsc rozrywki wyznaczyli podobno nawet nagrodę dla tego, kto wskaże zboczeńca. Ale wszystko na nic. Pojawiał się w najmniej oczekiwanym miejscu i czasie. Jan nie interesował się specjalnie tą sprawą. Nauczony podchodzenia do większości medialnych przekazów z dużą rezerwą, widział w nim bardziej postać żałosną niż straszną. O ile w ogóle postać. Przecież równie dobrze osobnik mógł być tylko tworem wyobraźni jakiegoś dziennikarzyny i trafić na podatny grunt napięć i społecznych lęków. I słowo stawało się ciałem. Robili w końcu z pismakami w podobnej branży i czasami w pełnej symbiozie. Dziennikarze deformowali rzeczywistość tak, aby ludzie myśleli w pożądany sposób. Jan i jego towarzysze z kolei czuwali nad tym, aby żadna niezależna myśl nie wykluła się, nie zorganizowała i żeby została stłumiona w zarodku. Rolą pismaków było oświetlanie pewnych spraw i ludzi, aby w cieniu ich reflektora mogli spokojnie działać podobni Janowi i jego kumplom egzekutorzy. Prawdziwą sztuką jest tak zabić człowieka, aby nikt łącznie z nim samym nie wpadł na to, że padł ofiarą morderstwa. No chyba że o to chodziło, aby wszyscy wiedzieli. Czasami najskuteczniejszym sposobem uśmiercenia jest publiczne napiętnowanie. Sztuka stara jak świat. Inną kwestą jest fakt, że dziennikarze piszą na ogół to, co przygotowują im chłopaki z czwartego piętra, więc nie należało się tym wcale przejmować. Jak jednak ktoś taki mógł być nieuchwytny w tak zorganizowanym systemie? Jan już zaczął zastanawiać się, czy całe to zamieszanie nie jest przypadkiem robotą jego kumpli, aby w klasyczny cybernetyczny sposób osiągnąć jakiś

39


zamierzony efekt, gdy zdał sobie sprawę, że w takim przypadku jakakolwiek tego typu narada nie miałaby sensu. Poza tym dostrzegł minę Czerwienieckiego. Był to najlepszy dowód, że jego przeczucia sprzed chwili nie mają podstaw. Sam fakt, że on osobiście prowadził to spotkanie był wysoce wymowny. Bardzo rzadko, naprawdę w wyjątkowych sytuacjach zdzierano propagandową zasłonę dymną zasnuwającą instytucję i pozwalano mu wtedy na ręczne sterowanie. „Szef wszystkich szefów” kontynuował swój wywód, wyświetlając zdjęcia na ekranie. - Dokładnie 12 maja znaleziono zwłoki Tamary Wolińskiej - kelnerki. Leżały w kontenerze na śmieci. Widzom ukazała się na ekranie blada twarz pięknej rudowłosej dziewczyny. - Znalazł ją włóczęga Robert Kuna, który powiadomił policję. Miała podcięte żyły. Zwłoki były bez śladów gwałtu. Zgon nastąpił w wyniku wykrwawienia. Przeprowadzono rutynowe śledztwo, wypytano rodzinę, współpracowników i okolicznych mieszkańców. Przeszukano także śmietnik, próbując znaleźć tam jakiś punkt zaczepienia. Wszystko na nic. Oczywiście policjanci, również rutynowo, natychmiast zatrzymali włóczęgę podejrzewając go nieco nad wyrost o dokonanie morderstwa. Z początku twierdził, że znalazł ją kilkadziesiąt metrów od śmietnika i tylko ją tam wrzucił, bo wydawało mu się, że było jej zimno. A potem wezwał Policję. Dopiero po trzech dniach przesłuchań przyznał się do morderstwa. Ale jak wpadł w łapy fachowców, to nawet będąc egipską mumią wyśpiewałby wszystko. Było to nawiązanie do starego dowcipu, w którym archeolodzy nie mogąc sobie poradzić z ustaleniem personaliów egipskiej mumii, zwrócili się do NKWD. Po kilku dniach otrzymali odpowiedź nie tylko, kim był delikwent, ale z jakiej pochodzi dynastii. Gdy archeolodzy zapytali „fachowców”, jak do tego doszli, ci odparli, że „mumia się przyznał”. Tym razem nikomu ze zgromadzonych nie było do śmiechu. Sprawa była poważna, dowcip był stary, a wśród zebranych był jeden specjalizujący się w torturach „fachowiec”. Jeszcze mógłby to odebrać osobiście, a w końcu nie wiadomo,

40


kiedy i w czyje ręce trafi nawet najbardziej oddany funkcjonariusz. Gdyby nie te okoliczności, to ponura twarz szefa natychmiast zmazałaby z rozbawionych wszelkie przejawy dobrego samopoczucia. - Potem, gdy przeszukano okolicę we wskazanym przez włóczęgę miejscu, znaleziono duże ilości krwi i brzytwę. Nie było już, niestety, komu postawić zarzutów. Kuna powiesił się w areszcie. Sprawa była zamknięta. Szczerze powiedziawszy nie było większych dowodów na morderstwo poza przyznaniem się tego nieszczęśnika. Gdyby nie to, sprawę można byłoby z powodzeniem uznać za samobójstwo. Brzytwa była starodawna i nierejestrowana, jak większość ostrych przedmiotów tego typu, więc nie udało się ustalić, do kogo należała. I tak umorzone śledztwo poszłoby do archiwum, gdyby nie... Ale o tym za chwilę. Po niespełna dwóch tygodniach, 25 maja, doszło do kolejnej zbrodni. Tym razem była to Julia Tymczuk - studentka. Jej ciało znaleziono w samochodzie zaparkowanym na skraju lasu przy trasie wylotowej z miasta. O tu. - W tej chwili Czerwieniecki pokazał na ekranie mapę okolicy i kilka zdjęć z miejsca znalezienia zwłok. - Wszystko na pierwszy rzut oka także wskazywało na samobójstwo. Miała podłączoną pod tłumik samochodu rurę do odkurzacza, a przyczyną śmierci było zatrucie spalinami. W wyniku sekcji okazało się, że zażyła również środki nasenne. Podobno już tylko ich ilość pozwoliłaby na skuteczne śmiertelne zejście. Miała problemy na uczelni. Groziło jej wyrzucenie ze studiów, których nienawidziła. Wiadomo, że na studia skierował ją system edukacyjny uznając, że jest to w jej przypadku optymalne wykształcenie. Do tego jeszcze nieszczęśliwa miłość. Miała na studiach chłopaka, który rzucił ją dwa dni wcześniej dla innej. Ten podobno w czasie przesłuchania pękł i obwinił siebie za jej śmierć. Sprawę należałoby natychmiast umorzyć, gdyby nie drobny szczegół. Na siedzeniu obok śledczy znaleźli białą różę. Z pozoru nic wielkiego. Problem jednak w tym, że taką samą różę znaleziono w śmietniku obok zwłok Wolińskiej. Zauważył to technik policyjny, który uczestniczył w obu sprawach przy

41


zabezpieczaniu dowodów. Nawet zgłosił to przełożonym, ale został zignorowany. Róża u nieszczęśliwie zakochanej to przecież nic nadzwyczajnego, zaś tamtą wcześniejszą ktoś mógł po prostu wyrzucić do śmieci. - Dopiero trzeci przypadek - ciągnął Czerwieniecki wskazał, że mamy tu do czynienia z serią zabójstw. Oto Paweł Brodnik z zawodu księgowy. Chłopak miał od dawna problemy z narkotykami. To jeden z tych, którzy narkotyki traktują jako pomoc w karierze, do momentu, aż one mu ją przysłonią. Przyczyna śmierci - poderżnięcie gardła. Podobno wcześniej Brodnik chodził będąc na głodzie i mówił, że musi ze swej głowy uwolnić demona. Najwyraźniej ktoś zrobił to za niego. Widocznie nie płacił za towar. Pozwolą panowie, że oszczędzę im widoku zwłok. Nawet dla policjantów pracujących na co dzień przy tego rodzaju sprawach widok pulsującego stada larw na czymś, co tylko w zarysie przypomina ludzkie szczątki, był odrażający. W mieszkaniu denata znaleziono także białą różę. Zwłoki odkrył administrator budynku, którego wezwali sąsiedzi ofiary. Przeszkadzał im dobywający się z mieszkania smród. Delikwent leżał tam już ponad tydzień. A był to lipiec. Ekipa policyjna musiała najpierw pozbyć się robactwa i wywietrzyć mieszkanie. Mogli rzecz jasna w ten sposób zniszczyć trochę dowodów, ale podobno nie dało się tam wytrzymać. Potem doszło jeszcze do dwóch podobnych morderstw. Jedno wyglądało nawet na mafijne porachunki. Natychmiast przypomniano sobie o przypadku narkomana. Jednak ten trop był fałszywy. Drugi przypadek to śmierć starszej kobiety w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Ktoś wyłączył jej respirator i położył na jej piersi białą różę. - Czy nie jest to po prostu zbieg okoliczności? Przecież pacjentom przynosi się kwiaty. - zapytał jeden z obecnych mężczyzn. Był to otyły osobnik w średnim wieku. Jan nie pamiętał jego imienia ani nazwiska, lecz często mijał się z nim w plątaninie korytarzy Firmy. Sama możliwość poruszania się po pewnych pomieszczeniach świadczyła w pewnym sensie o poziomie wtajemniczenia tego człowieka bez konieczności jego osobistej znajomości. - Poza tym w szpitalach panuje często

42


bałagan i mógł być to wypadek. - Ano właśnie. I tu cały problem - ciągnął dalej prowadzący. - To nie jest kwiat dostępny normalnie w kwiaciarniach. Jest to jakaś niezwykle rzadka, dość droga odmiana. Nie mam w tej dziedzinie kompetencji, ale polegam na opinii ekspertów zatrudnionych przez policję. - Sam kiedyś opowiadałeś nam historię o Napoleonie, który wchodząc do jakiegoś miasta miał zapytać, dlaczego jego mieszkańcy nie strzelają z armat na wiwat. - powiedział Jan, licząc że pozostali uczestnicy znają tę historię. Ponieważ ze spojrzeń uczestników zebrania nie wynikało, że znają tę historię, postanowił ją opowiedzieć. - Po jakimś czasie - rzekł przybył burmistrz, który powiedział, że mają ze dwa tuziny powodów nie strzelania na wiwat i wyciągnął ich listę. Po pierwsze - powiedział burmistrz - nie mamy armat. - Dziękuję, to mi już wystarczy - miał odpowiedzieć cesarz. Zapanowała cisza, która świadczyła o kompletnym niezrozumieniu albo historii albo jej metaforycznego znaczenia. Tylko prowadzący zebranie Czerwieniecki uśmiechnął się nieznacznie. Nie wiadomo, czy z powodu zrozumienia analogii, czy z satysfakcji spowodowanej faktem, że ktoś pamięta jego anegdoty. - Do czego zmierzasz? - zapytał. - Co nas obchodzi ta sprawa? Przecież ściganiem tego typu zboczeńców zajmuje się właśnie Policja. Nie widzę powodów, dla których mielibyśmy zająć się nią właśnie my. To nie nasze kompetencje i to wszystko. Dalsze naświetlanie tej sprawy jest bez sensu. Tak jak kolejne powody, dla których nie strzelano tych parę setek lat temu z armat przy ich całkowitym braku. Poza tym jeśli Policja nie zbadała wątku wypadku w ostatnim przypadku, tak jak raczył słusznie zauważyć przed chwilą kolega, to już ich problem - mówiąc to Jan wskazał dłonią otyłego mężczyznę, któremu poprawiło to wyraźnie samopoczucie. - A no właśnie! Uprzedziłeś moją puentę. - powiedział Szef, który, o dziwo, nie był poirytowany słowami swego podwładnego. - Kluczem do zrozumienia tej spawy, jak też

43


i naszego dzisiejszego spotkania jest ostatnie morderstwo, róża i wynikające z nich wnioski. Kwiat jest dość rzadki. Nie ma więc mowy o zbiegu okoliczności. Pochodzi najprawdopodobniej z czyjejś prywatnej hodowli, których jest w naszym kraju może kilkadziesiąt. Ktoś dla utrzymania takiego kwiatu musiał być hobbistą o dużym poziomie wtajemniczenia. Takich jest naprawdę niewielu, ale ten konkretny hodowca nie należy do żadnej z organizacji. Potwierdziły to badania genetyczne kwiatów. Ten ktoś musi je pielęgnować gdzieś na uboczu. Sprawdzono wszystkie plantacje. Ale to detal. Najważniejsza kwestia to ostatnia ofiara. Nazywała się Maria Zydlewska. Matka TEGO Zydlewskiego. Po tych słowach wszyscy nagle pojęli powagę sprawy. Zydlewski był niezwykle wpływowym działaczem CZPP. Centralny Związek Partii Politycznych to organizacja odpowiedzialna formalnie za współpracę wszystkich demokratycznych sił w kraju. Już dawno zaobserwowano, że tak naprawdę polityczne programy wszystkich partii w wielu kwestiach były podobne, więc po co potrzebna była między nimi ta cała rywalizacja? Ci, którym się to nie podobało, dawno zostali wyeliminowani z życia publicznego, jako jego plankton i jednostki antydemokratyczne. Bo po co komu wyniszczająca i wykrwawiająca polityczna walka, gdy podstawą wszystkiego jest zgoda? Tak naprawdę to CZPP miało realną władzę nad wszystkim partiami i decydowała o tym, kto i na której pozycji znajdzie się na liście w wyborczej maskaradzie. CZPP był więc głównym reżyserem wyborczego spektaklu, gdyż ludzie nawet przed wprowadzeniem obowiązkowych wyborów jakieś 20 lat wcześniej i tak skreślali na ogół nazwiska kandydatów znajdujących się na początku listy do głosowania. Decyzje szefa tej instytucji były zatem kluczowe dla karier wielu polityków i obsady stanowisk. I choć swoją władzą mógł dysponować jedynie raz na dwa lata, to o jego przychylność zabiegali wszyscy. W politycznych sitwach wszyscy mają na wszystkich haki, dlatego utrzymywany jest stan względnej równowagi. Gdy na kogoś nie ma haków, muszą się znaleźć. Największą władzę

44


mają zawsze ci, którzy mają haki na innych, a na nich nie ma nikt. Dlatego często dzieje się tak, że szefami politycznych gangów zostają pustelnicy unikający przyziemnych zachcianek i rozkoszy lub osoby oddane wyłącznie idei, a przy tym bezwzględni i twardzi gracze. Jednej i drugiej kategorii nie można, niestety, w żaden sposób zaklasyfikować jako osób normalnych, więc nie dziwi fakt, że polityczne gangi zwane czasami partiami politycznymi tak łatwo się mutują w twory nie tylko odbiegające od swej ideologii, ale i pozbawione jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Zydlewski był podobno typem pustelnika, nie dziwił więc fakt, że musiał budzić respekt. - Na szczęście o ostatnim morderstwie nie wiedzą jeszcze media. Musimy pilnie zamknąć tę sprawę, ale zanim to się stanie, musimy znaleźć sprawcę prawdziwego lub... - tu urwał. - Okazuje się, że cała sprawa może mieć kontekst polityczny. Wychodzi na to, że wcześniejsze zbrodnie były swojego rodzaju drogą do tego ostatniego. - Zboczeniec? - zapytał retorycznie otyły mężczyzna. - Trzeba było tak od razu! Ktoś sprzątnął mamuśkę prominenta i trzeba wyjaśnić jak najszybciej sprawę. Powiedział to milczący do tej pory, jeden z uczestników spotkania. Tego człowieka Jan znał aż za dobrze. Był to Waliszek, jego były współpracownik. Wyjątkowa gnida i psychopata. Po wielu próbach pozbycia się go z Firmy znalazł wreszcie dla siebie miejsce, do którego był stworzony od początku. Pracował w „Pionie Informacji Specjalnych”. Nazywając rzeczy po imieniu: przesłuchiwał przy pomocy tortur. Dla większości jego byłych i obecnych współpracowników sama konieczność z nim obcowania była wystarczającą torturą, dlatego być może był człowiekiem skazanym w swej profesji na sukces. Choć w zależności od sytuacji, nastroju i kombinacji zażytych tego dnia pigułek uważał się za wykonawcę przeróżnych zawodów, to z pewnością najlepiej sprawdzał się w roli dentysty. Tak, w roli dentysty, gdyż można było Waliszka uznać za zdolnego aktora tej jednej roli. Podobno miał zwyczaj, po przywiązaniu

45


delikwenta do przerobionego dentystycznego fotela, pokazywania mu filmów z jego wcześniejszych „prac wywiadowczo - stomatologicznych”, na których inny przesłuchiwany siedzący na tym samym co widz fotelu wył jak oszalały. Na filmie sam Waliszek grzebał mu w jamie ustnej przy pomocy dentystycznego wiertła. Potem z potężnych głośników ustawionych tuż za drzwiami docierał do przesłuchiwanego głos jakiegoś innego potępieńca, a gdy tego było jeszcze za mało, na salę wjeżdżał stolik pełen narzędzi stomatologicznych. Mistrz ceremonii wybierał starannie właściwie wiertło, po czym, gdy zbliżał się do przesłuchanego, ten z reguły stwierdzał, że powie wszystko. Tego typu zachowanie niedoszłych ofiar było przyczyną straszliwej frustracji Waliszka, który w niezwykle sporadycznych przypadkach miał okazję podłubać w czyimś zębie. A to wszystko w sytuacji, gdy tradycyjne, choć niezawodne metody wydobywania wiedzy na śledztwie odchodziły z roku na rok coraz bardziej do lamusa, przegrywając z elektronicznym gromadzeniem danych i farmakologią. Czasami śmiano się z niego, że niedługo zostanie wpisany na listę ginących zawodów. Śmiechu innych bał się chyba najbardziej. Podobno kiedyś, gdy trafił na wyjątkowo twardego osobnika i miał już dobrać się do miazgi jego trzonowca, ten poprosił ze spokojem, aby przed zabiegiem wyjąć mu z ust jego sztuczną szczękę. Ten nie tak dawny incydent stał się powodem do kilkutygodniowych drwin całej Firmy i jeszcze większej frustracji Waliszka. Miał on w swym repertuarze jeszcze jeden popisowy numer, ale tym razem adresowany nie dla przesłuchiwanych, lecz dla kolegów z pracy. Gdy dorwał słuchacza, potrafił tak paplać, że nie jeden wyskoczyłby przez okno, aby już przestał. Rzecz jasna można było to potraktować także jako formę tortur, a potem udowadniać, że to choroba zawodowa i podstawa do wcześniejszej emerytury. Ktoś kiedyś wpadł na niezrealizowany pomysł, aby zamykać go w celi razem ze szczególnie niebezpiecznymi przestępcami. Statystyki samobójstw w więzieniach wzrosłyby niesamowicie. Były dwa sposoby

46


uniknięcia kanonady głupoty lejącej się z ust mistrza tortur: nie zauważać go, a gdy to było nie możliwe, nie pozwolić dojść mu do głosu. - Nie jest to takie proste. Róża to jedyna stała, która łączy wszystkie te morderstwa. - usiłował kontynuować dyskusję Szef z lekkim uśmiechem. Najwyraźniej przypomniał sobie faceta ze sztuczną szczęką. Zebrani pojęli w mig wagę tej informacji, za wyjątkiem Waliszka, który wzrokiem rozpaczliwie próbował znaleźć wytłumaczenie tych słów, patrząc tępym wzrokiem w twarze zgromadzonych. Pozostali uczestnicy zebrania najwyraźniej także przypomnieli sobie o sztucznej szczęce i pomimo powagi sytuacji lekko chichotali. - Ale o co chodzi? - rozpaczliwie próbował coś zrozumieć Waliszek. Uczestnicy spotkania jak jeden mąż musieli pomyśleć pewnie o tym samym: „Co ten idiota tu robi?” i wręcz eksplodowali tłumionym do tej chwili śmiechem. - Proszę o spokój - powiedział Szef, usiłując rozpaczliwie zachować powagę. - Chyba wiem o co chodzi - powiedział Jan. - A zatem słuchamy - zachęcił Czerwieniecki. - Jeśli tylko jakiś wiecheć łączy te wszystkie sprawy i to wyjątkowo rzadki, to być może jest to dla nas wiadomość przesłana przez mordercę. On chce, aby tak było. A jeśli tak, to znaczy, że wie, jak działa system. A to jest bardziej niebezpieczne niż cała armia zboczeńców dobijających staruszki i duszących kelnerki. On ma nas na talerzu. W takim razie oznacza to, że musi być od nas lub mieć kogoś w naszych szeregach. Pytanie tylko po co? - wypowiedział swe myśli Jan z całkowitą już powagą. - Wiedziałem zawsze, że jesteś bystrym człowiekiem i że marnujesz się przy tych pudełkach - powiedział z dumą Czerwieniecki. Słowa te wywołały zazdrosne spojrzenia pozostałych uczestników spotkania, gdyż przełożony raczej nie był skory do komplementów. - Kontynuuj proszę. Ciekawy jestem, do jakich wniosków dojdziesz. Jan był ogłuszony nieco resztkami alkoholu we krwi, przebiegiem dzisiejszych wypadków i komplementami, które

47


nagle dołączyły do wcześniejszej ogłuszającej kanonady głupoty Waliszka. Nie miał jednak wyjścia i musiał improwizować. - Wierchuszka pewnie wpadła w panikę - ciągnął swój wywód. - Myślą, że ktoś szykuje się do przejęcia władzy, że wie doskonale, jak to działa. Wzrosła podejrzliwość. Wszyscy nawzajem skrycie oskarżają się o spisek. Śmierć tej nieszczęsnej kobiety jest odebrana jako sygnał, że i ich rodziny nie mogą czuć się bezpiecznie. Strach jest tym większy, że wróg jest nieznany, działa z ukrycia. Z pewnością wcześniejsze śmierci są odebrane jako próba zamaskowania tej jednej zbrodni lub kwintesencja serii. Jeśli tak jest, to znaczy, że albo pojawią się kolejne zbrodnie albo nie. Jeśli to koniec, będzie to wyraźny znak, że chodziło o danie politycznego znaku i że to demonstracja siły jakiejś tajnej struktury, która zna najbardziej pilnie strzeżone tajemnice naszego państwa. Jeśli zbrodnie będą dalej miały miejsce, będzie to odebrane jako dalsza próba zamaskowania właściwych intencji mordercy lub morderców. Ale odrzućmy na chwilę to, co myślą politycy. Mamy do czynienia z niewytłumaczalnym faktem wystąpienia pewnych zjawisk - morderstw. Rozumiem, że systemowi analitycy wykonali prawidłowo swoje zadanie i nie ma poza różą żadnych istotnych związków między zbrodniami, takimi jak fazy księżyca, rodzaj narzędzia itp. Nie da się także ustalić rysu psychologicznego mordercy. Wyobraźmy sobie, ile trudu musiałby sobie zadać morderca, aby w ten sposób przeprowadzić kolejne zbrodnie, żeby nie miały ze sobą żadnego, choćby przypadkowego związku? Może zatem to my popełniamy błąd traktując go jako superinteligentnego partnera, a tymczasem on nie postępuje w ogóle racjonalnie i stąd bierze się jego nad nami przewaga? - Przeczą temu róże - odpowiedział Szef. - Mam nieodparte przeczucie, że owe kwiaty nie mają z tym nic wspólnego, jednak stanowią pewien klucz. - Mógłbyś nieco jaśniej? - zapytał jeden z mężczyzn. - Nie potrafię tego udowodnić. To tylko intuicja. Prawdopodobieństwo tego, że dotychczas nie popełnił błędu,

48


jest skrajnie znikome. Kolejna zbrodnia oznaczałaby niemal stuprocentowy błąd, którego nie możemy nie dostrzec. Jedyne co możemy zrobić w tej chwili, to uspokoić górę, tak jak uspokaja się ludzi chorych na raka, że wszystko jest w najlepszym porządku, wzmocnić ich ochronę i obserwować naszych podwładnych, a wszystko w nadziei, że ów morderca popełni jakiś błąd. Jak widać, specjalnie nie mamy wyjścia. - I ja doszedłem do podobnych wniosków - rzucił Szef. Stąd to nasze dzisiejsze spotkanie. Od dziś my nadzorujemy śledztwo. Oczywiście policjanci nie wiedzą i nie mogą wiedzieć o całym politycznym tle sprawy. Dla nich to tylko kolejny zboczeniec. Stanowimy od tej chwili zespół zajmujący się tą sprawą. Wszelkie materiały ze śledztwa dostępne są tutaj. Proszę się z nimi niezwłocznie zapoznać – mówiąc te słowa wskazał na teczki leżące na stole obok. - Kolejne spotkanie jutro o 9.00 - ciągnął dalej Szef. Zostaliście dobrani jako nasza profesjonalna elita i najbardziej zaufani ludzie do tej sprawy. To dla was sprawdzian, panowie. Ostatnie słowa Szefa były oczywiście prymitywną manipulacją. Przecież wiadomo było, że Waliszek pasuje do elitarnego zespołu jak pięść do nosa. Powód jego uczestnictwa w tym spotkaniu dla pozostałych jego uczestników był nader oczywisty. Szef najwyraźniej założył z góry konieczność użycia niekoniecznie „demokratycznych” metod wyciągania informacji od różnych ludzi na następnych etapach śledztwa. A to mogło wskazywać, że ich praca w znacznej mierze będzie się koncentrować na poszukiwaniu przecieków w samej Firmie. Stąd udział w spotkaniu aż dwóch przedstawicieli pionu organizacyjnego, który stanowił rodzaj wewnętrznych służb bezpieczeństwa. Ze składu zgromadzonych na spotkaniu wynikało także, że to na Jana spadnie główne zadanie koordynowania pracy nad śledztwem. Nikt oczywiście jeszcze tego nie powiedział. Po wyjściu ze spotkania Jan udał się bezpośrednio do domu, aby przestudiować uzyskane materiały. Tak czyniono zwykle, gdy sprawa była pilna. Nie potrzeba było żadnych zwolnień ani pozwoleń. W ich pracy powtarzano często, że

49


najlepszy szef to taki, którego nie ma, a i tak każdy powinien wiedzieć, co ma robić. O żadnych nadużyciach nie było mowy. Inna sprawa, że nie mógł postąpić inaczej. Do następnego spotkania pozostała jeszcze tylko niespełna doba, a teczka pomimo swej objętości zawierała dwa optyczne dyski ze zdigitalizowanymi informacjami. Zbliżając się do swojego domu minął pobliską kwiaciarnię i spojrzał na dekorujący wystawę kosz pełen pięknych czerwonych róż. Prawidłowa odpowiedź na pytanie: „Po co ktoś postanowił zadać sobie tyle trudu, aby umieścić te kwiaty przy zwłokach umęczonych ofiar?”, była kluczem do całej sprawy. „Umęczonych ofiar” powtórzył sobie w myślach. - Tak, od tego trzeba będzie zacząć - pomyślał. Gdy dotarł do swego mieszkania natychmiast włączył komputer. Zamiast przejrzeć otrzymane materiały, zaczął przetrząsać sieć w poszukiwaniu informacji na temat symboliki róż. Znalazł tego trochę, ale nic nie pasowało w sposób oczywisty do kilku trupów. Więc postanowił odłożyć tę intelektualną przygodę. Lubił wgłębiać się w akta i czytać materiały ze śledztw. Praca ta w przypadku jakiegoś przełomowego odkrycia dawała mu olbrzymią satysfakcję. Odkrycia zdarzały się rzadko, lecz być może dlatego uczucie towarzyszącej im radości było tak porządne i zmuszało go do dalszej pracy. Dziś po komplementach Starego wydawał się szczególnie zmotywowany. Udał się do kuchni zrobić kawę, która pozwalała mu myśleć i ostatecznie odsunąć w cień skutki porannego pijaństwa. Nastawił czajnik, nie odrywając wzroku od wziętej ze sobą teczki. Usiadł przy kuchennym stole. Nagle jego wzrok skupił się na pewnej dołączonej do dokumentów fotografii. Było to zdjęcie studentki znalezionej w samochodzie. Obok lusterka wisiał jakiś dziwny przedmiot. Jan przyjrzał mu się uważnie. Była to pętelka wykonana z łańcuszka i koralików zakończonych krzyżykiem. Różaniec! Pamiętał coś takiego w rękach swej babci. Co w takim razie robił ten relikt przeszłości w samochodzie młodej dziewczyny? Szybko wrócił do komputera, zapominając o gotującej się wodzie. Znalazł ponownie informację, którą czytał przed chwilą:

50


„Symbolika róży dała również początek różańcowi w kulturze chrześcijańskiej.” Czytał dalej: „Czerwona róża to symbol męczenników, modlitwy i umartwienia. Przykładem jest błogosławiona Aniela Salawa lub święta Filomena. Rajskie róże to atrybut świętej Agnieszki z Mantepulciano i świętej Doroty z Cezarei. Róże są również atrybutem świętych dobroczynnych, gdyż według legend zamieniały się w nie rozdawane wbrew zakazom podarunki, jak w przypadku św. Kasyldy z Burgus i św. Elżbiety Węgierskiej. Biała róża jest symbolem dziewictwa i jako taka kojarzona jest z Maryją i św. Franciszkiem z Asyżu. Biel jest symbolem nie tylko samego dziewictwa, ale ogólnie czystości, z czym wiąże się podanie, według którego łzy Marii Magdaleny przemieniły czerwone płatki róży w białe”. Święci, cierpienie, przemiana czerwonej róży w białą. Czyżby zatem owi nieszczęśnicy odpokutowali swoje złe uczynki i morderca stwierdzał, że już są gotowi do wybawienia? Więc może to fanatyk religijny? Ale system wyłapałby takiego bez problemu. Jego finezja polega na tym, że zbiera nieograniczone ilości danych dotyczących poszczególnych jednostek i syntetyzuje je. Czyli jest praktycznie niemożliwe, że fakty, takie jak seria zbrodni, nie mają ze sobą nic wspólnego. Gdyby dokonywał ich jeden człowiek, musiałby być we wszystkich tych miejscach. System by tego nie przepuścił. Gdyby była to jakaś organizacja, ludzie musieliby ze sobą się spotykać, dzwonić lub mejlować. A wtedy system łatwo połączyłby ten fakt z obecnością każdej z tych osób w danym miejscu. Łańcuch istotności, z jaką system potrafił interpretować fakty, miał podobno aż siedem metapoziomów. Potrafił więc często łączyć to, co jest niepołączalne w logiczne sieci zależności. Wystarczyłoby, że ludzie, których dziadkowie pochodzili z jednej miejscowości, jechali razem tramwajem, aby o tym fakcie został poinformowany lokalny posterunek policji. Gdy jeszcze jeden z

51


nich był kiedyś aresztowany za posiadanie broni, a inny pracował w banku, system bardzo szybko mógł skojarzyć ten fakt z napadem na bank dokonanym 10 lat wcześniej w jakimś mieście, z którego pochodziła żona trzeciego z uczestników tej podróży. Oczywiście tego rodzaju kwestie były często ignorowane i tylko niewielka z nich ilość była traktowana jako realne zagrożenie. Raporty generowane przez system miały w każdym razie jedną właściwość nie do przecenienia: wskazywały ludziom je otrzymującym potęgę systemu. Wiedza ta docierała także - co było nieuniknione - do zwykłych zjadaczy chleba. Człowiek taki, zanim popełnił jakieś wykroczenie lub przestępstwo, doskonale wiedział, że z dziecinną łatwością zostanie namierzony i schwytany nim jeszcze wróci do domu po swym występku. Dzięki temu znacznie spadała liczba przestępstw. Policja zajmowała się właściwie tylko wypisaniem mandatów lub spisywaniem protokołów ze stłuczek. Od czasu do czasu miały miejsce rzecz jasna zabójstwa lub kradzieże, ale dochodziło do nich na ogół w afekcie. Naturalnie zdarzali się i tacy, którzy potrafili obejść wszelkie zawiłości systemu. Szczególnym rodzajem tego procederu było sprytne omijanie bramek monitorujących lub takie zaślepienie nadajnika, iż trudno było namierzyć dokonującą przestępstwa jednostkę. Na tym polu toczył się swojego rodzaju wyścig zbrojeń między programistami systemu a samymi przestępcami. Zawsze na jakąś kolejną doskonalszą włócznię ktoś inny był w stanie opracować bardziej skuteczną tarczę i tak dalej. Zjawiska te stanowiły jednak margines. Prawdziwą rzadkością były seryjne morderstwa lub gwałty, a doprawdy wyjątkowym fenomenem była ta sprawa. Innymi słowy, system przejął role kontrolera wszystkiego i wszystkich. Wpłynął na społeczny ład i porządek. Był tym, czym jeszcze na początku dwudziestego wieku była religia, tworząc w każdym z wiernych indywidualny system nakazów i zakazów, wewnętrznym tłumikiem przed drzemiącymi w człowieku pokładami zła. Religia, pomimo założenia, że człowiek ma wolną wolę, wskazywała optymalne sposoby zachowań. System

52


postąpił podobnie poprzez rozwiniętą strukturę zakazów i nakazów. Nie uznawał on dzięki temu żadnych hipokryzji. Wystarczyło tylko, aby zwykły zjadacz chleba przeszedł na czerwonym świetle przez ulicę, dzięki czemu następnego dnia otrzymał mandat wraz z pouczeniem na swoją pocztową skrzynkę. Liczba tych, którzy chcieli dokonać tego czynu, była w naturalny sposób bliska zeru. Było to znacznie skuteczniejsze, niż ciągłe przekonywanie ludzi, że tak nie należy robić. Na szczęście dla Jana ów system zakazów i nakazów dotyczył wyłącznie stada, a nie jego pasterzy. W końcu drogowskaz nie może iść drogą, którą wskazuje. Spadek liczby gwałtów był wynikiem jeszcze innego niezwykle interesującego zjawiska. Zmiany kulturowe ostatnich dekad spowodowały, że większość ludzi traktowała zachowania seksualne jako czynności fizjologiczne, wymagające zaspokojenia. Wiele jednostek chorobowych, do pewnego momentu traktowanych jako patologiczne i poddawanych leczeniu, zostało uznanych za całkowicie normalne przejawy perwersji. Było to dzieło postępowych polityków, którzy walczyli o prawa kolejnych kategorii seksualnych odmieńców, słusznie licząc na ich głosy. Na przykład przez wiele lat środowiska homolubne twierdziły, że znaczna część spośród homolubnych osób to tacy, którzy nie tylko przed światem, ale także przed sobą samymi ukrywają swoje skłonności. Twierdzono także, że bez przełamania tej wewnętrznej bariery nigdy nie będzie możliwe prawdziwe równouprawnienie. Doszło wreszcie do tego, że zastępy homolubnych aktywistów wywalczyły prawo do „testu dla niezdecydowanych”. Polegał on na tym, że w specjalnie zorganizowanych ośrodkach, zwanych Ośrodkami Samoświadomości, każdy mógł odbyć „bliskie spotkanie” z aktywistą lub aktywistką, aby przekonać się, jakie ma naprawdę preferencje. Zapewniano całkowite bezpieczeństwo i pełną anonimowość. Po kilku latach, wraz ze „wzrostem społecznej świadomości” i spełnieniem przez władze niemal wszystkich postulatów środowisk homolubnych, bitewny kurz opadł, gdyż nie było już o co walczyć. Ośrodki Samoświadomości zaczęły świecić pustkami, zresztą

53


frekwencja w nich nigdy nie była zbyt wielka. Od czasu do czasu wpadał tam jakiś zagrożony zwolnieniem z pracy urzędnik, który nagle odkrywszy swoje prawdziwe preferencje, podlegał specjalnej ochronie prawnej i dzięki niej mógł zatrzymać posadę. Ośrodki Samoświadomości zamieniły się więc w kolejne fasadowe, nikomu niepotrzebne instytucjonalne mutanty, jakich pełno było dookoła. Zresztą, prawdę powiedziawszy, same polityczne skrzydło homolubów, partia „Tęczowy Sztandar”, bardzo szybko zaczęła dystansować się od idei ośrodków, gdyż kiepska w nich frekwencja stanowiła pośredni dowód na to, że osób o odmiennych skłonnościach jest znacznie mniej, niż sądzono w oficjalnej propagandzie. Niewielkie poparcie dla „Tęczowego Sztandaru” tłumaczono przez wiele dekad właśnie tym, że ludzie głęboko ukrywają swe skłonności. Fiasko ośrodków mogło być przez politycznych przeciwników uznane zatem za dowód mniejszej bazy politycznej dla tego ugrupowania niż sądzono. Był co prawda problem z zoolubami, których przez długi czas bojkotowali obrońcy zwierząt. Jednak poradzono sobie i z tym. Dla miłośników zwierzaków powstały specjalne fermy. I nikt nie narzekał. Zmiany w kodeksie pracy wprowadziły w firmach tzw. „przerwy na numerek”, bez względu na płeć partnera. Wystarczyło tylko podnieść rękę i zapytać, kto ma ochotę. Często nadużywano tego prawa wychodząc na zakupy czy przedłużony posiłek, ale co wolność, to wolność. Przeciwko tym zmianom protestowało lobby związane z przemysłem seksualnym. Musiało jednak polec zadowalając się gwarancjami rządu co do rychłej zmiany definicji osoby nieletniej. O prawnej zdolności do czynności seksualnych u dziewcząt decydowało wystąpienie pierwszej menstruacji. Naturalną więc konsekwencją tej zmiany był spodziewany praktyczny zanik czynów klasyfikowanych jako pedofilskie. Jan nie zapoznał się jeszcze dokładnie ze sposobem wprowadzania danych dotyczących wszystkich zbrodni do systemu. Jedno było pewne: ktoś musiał znać system do

54


perfekcji, aby nie tyle dokonać zbrodni, co nadać im określonej symboliki. A to jeszcze bardziej komplikowało sprawę. Róża, męczeństwo i wybawienie - dudniło Janowi w głowie. A do tego przecież ta róża była podobno czymś wyjątkowo rzadkim. „Ewidentnie ktoś z nas drwi. I jeszcze ta matka prominenta” pomyślał. Jego rozważania im bardziej były wnikliwe, tym bardziej przekonywały go do finezyjnej konstrukcji całego planu. - A może w tej całej układance jest jakiś błąd? - Nie rozwinął jednak tej myśli. Siadł i zaczął przeglądać materiały z teczki. Potem włączył dysk optyczny, na którym zapisane były filmy operacyjne z miejsc znalezienia zwłok. Szukał jakiegoś punktu zaczepienia mając jednocześnie świadomość, że odpowiedź jak często w tego rodzaju sprawach może być blisko. Bliżej niż się komukolwiek zdaje. Skończył dość późno zamykając ostatnią teczkę. Jedyne, o czym myślał w tej chwili, to nieodparta potrzeba snu. Zdjął ubranie i wskoczył do łóżka. Sen przyszedł natychmiast. Wydało mu się, że noc trwała zaledwie chwilę, a on zdążył jedynie zamknąć i otworzyć oczy. Ze śniących mu się scen pozostał w jego świadomości tylko obraz mrugającego rytmicznie czerwonego światła. Karetka pogotowia? Przejazd kolejowy? Alarm przeciwpożarowy? Bez względu na to czym było owe światło, już po chwili zostało spowite zasłoną zapomnienia. Przesłuchanie W Firmie od samego rana panował harmider, jakby wszyscy znali kulisy tej sprawy i każdemu z osobna pracownikowi resortu udzieliła się nerwowość. Przypominała zachowanie mrówek w mrowisku po tym, gdy jakiś niesforny wyrostek cisnął weń kawałkiem patyka. Nawet figurantom, jak zwykle nie rozumiejącym niczego, udzieliła się ta atmosfera. Biegali jak w ukropie udając, że do czegoś są przydatni. Gdy Jan trafił tu po raz pierwszy jako młody, nieopierzony jeszcze oficer, zapamiętał rady jednego ze starszych kolegów: „Zawsze,

55


gdy gdzieś idziesz, miej w ręku jakiś papier. Idź pewnie w ściśle określonym kierunku, miej poważną minę i nie rozglądaj się na boki. Będziesz wtedy pewien, że nikt cię nie zaczepi i nie zapyta, co tu robisz”. Gdy teraz obserwował biegające po korytarzach zastępy młodego narybku Firmy, zdał sobie sprawę, że kultura administracyjna nie zmieniła się ani odrobinę. Gdy Jan dotarł wreszcie do swojego pokoju i zasiadł za biurkiem, ucichły wszystkie rozmowy. Wszyscy czekali, aż coś powie. A on milczał. Był to znak, że wczorajsze spotkanie wymagało, przynajmniej od niego, trzymania języka za zębami. Gdyby mógł, podzieliłby się z nimi swymi wrażeniami z narady. Po chwili gwar powrócił. - Bielecki - zawołał Jan, przerywając znowu na chwilę wzmagające się rozmowy. - Słucham - odpowiedział głos zza otwartych drzwi, a za sekundę pojawiła się w nich postać pucołowatego starszego mężczyzny z pokaźną łysiną. - Czy jesteś ochrzczony? - Pytanie to normalnie zostałoby uznane za niezręczne, ale w Firmie nikt nie powinien mieć przed nikim żadnych tajemnic. Gdyby chciał, mógłby dowiedzieć się więcej na ten temat z systemu. To, iż zapytał w ten sposób, wskazywało, że pytanie ma jakieś inne, nie osobiste znaczenie. Gwar w pokoju znowu ucichł. - Tak, ale oczywiście wbrew swej woli. Zrobiła to moja matka. Byłem wtedy za mały, aby móc zaprotestować. Zaniosła mnie do kościoła, mimo obowiązującego wtedy zakazu. - W tej sytuacji i przy panującym powszechnie poziomie obywatelskiej świadomości, coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Oczywiście jeśli ktoś chce, może poddać się tej zabobonnej procedurze, ale stosowana adnotacja w systemie nie pozwala mu na zrobienie kariery w administracji ani w większości przedsiębiorstw. Od razu wiadomo, że delikwent jest stronniczy i będzie chciał sprawić, aby jego sekta się rozwijała dzięki zajmowanemu przez niego stanowisku. - Wtedy, gdy ja zostałem temu czemuś poddany ciągnął dalej Bielecki - nasz system nie był tak rozwinięty i nie było obowiązku noszenia przy sobie nadajnika. Potem, gdy

56


zostały zminiaturyzowane i wszczepiane ochotnikom pod skórę, proceder ten został zahamowany. - Jak sądzisz? Wielu jest jeszcze wyznawców tej religii? - Jest ich trochę, ale to głównie starcy. Dzieci nie ma prawie wcale. Rodzice, którzy skazywaliby swoje dziecko na tego rodzaju adnotację w jego kartotece, byliby z pewnością potem przez niego przeklęci, bo dzieciak nie mógłby znaleźć żadnej uczciwej pracy. Poza tym, nie jestem pewien, czy tego rodzaju czyn nie skutkuje odebraniem dziecka rodzinie jako narażenia go na trwałą dyskryminację. - Dziękuję ci. Nie bierz tego do siebie musiałem się tylko utwierdzić, czy moje przypuszczenia są słuszne. powiedział Jan, udając zadowolenie z uzyskanych informacji. W istocie nie był usatysfakcjonowany. Poza propagandowym bełkotem nie dowiedział się niczego interesującego. Bielecki pamiętał na pewno także, kiedy i w którym kościele odbyła się ta ceremonia. Jan wiedział tylko tyle, że na pewno był także ochrzczony. Jego babcia z pewnością nie pozwoliłaby, aby było inaczej. Poza tym pamiętał, jak uczyła go, że każdy chrześcijanin może ochrzcić niechrześcijanina. Więc trudno, nawet przy tak precyzyjnie funkcjonującym systemie ustalić, jak naprawdę wygląda to zjawisko. Wystarczy, aby taki osobnik znalazł się w jakimś budynku o silnie uzbrojonej metalowej konstrukcji, przez którą nie przedostają się fale radiowe, z niewielkim flakonikiem z wodą i wypowiedział magiczne słowa towarzyszące tej „procedurze”. System nie potrafiłby wychwycić stosownych zmiennych, a tym samym nie dokonałby tak istotnych adnotacji przy świeżo narodzonym. Wspomnienie babki powracało do niego coraz częściej. Tak jakby czuwała nad nim. Przypomniał sobie ich ostatnie spotkanie, gdy ucałowała go mocno i ze łzami w oczach wsiadła do samochodu. Potem powiedziano mu, że zawieziono ją do Domu Wybawienia na jej własną prośbę. Wtedy jeszcze nie rozumiał, co to znaczy, lecz gdy nie wracała, a on zaczął płakać, jedna z wychowawczyń, pod opieką której pozostał, opowiedziała mu wszystko.

57


- To takie miejsce, w którym starzy ludzie, którzy bardzo cierpią i nie chcą już żyć, mogą w spokoju odejść z tego świata. - mówiła opiekunka. - Ale ona nie cierpiała, ona chciała być ze mną szlochał Janek. Wychowawczyni pogłaskała go po głowie i westchnęła głęboko. Nie powiedziała mu całej prawdy. Być może sama jej nie znała. Media przez wiele lat wmawiały starszym ludziom, że ich czas minął i że nie są nikomu potrzebni. Nie było więc nic dziwnego w tym, że ludzie korzystali z owego „przywileju”, nie chcąc być ciężarem dla młodych. Inna sprawa, że ci, zwłaszcza bardzo młodzi, traktowali już wtedy starszych z nieopisaną niekiedy pogardą, zapominając, że kiedyś może spotka ich ten sam los. Dopiero wiele lat potem, gdy był już pracownikiem resortu i przeszukiwał swoją kartotekę, nieco przez przypadek natrafił na decyzję sądu odbierającą babce opiekę nad nim. Decyzja wchodziła w życie w tym samym dniu, w którym wyznaczyła swą wizytę w Domu Wybawienia. „Czekała do ostatniej chwili, do której mogła aby tylko oddalić w czasie ich rozstanie”. Gdy zdał sobie z tego sprawę, znów poczuł samotność i nie mógł powstrzymać łez. I nieważne, że kumple pracujący tuż obok patrzyli na niego jak na idiotę. Wtedy nic nie było ważne. Dzisiaj, po umówionym na godzinę dziewiątą spotkaniu powołanego wczoraj doraźnego zespołu w sprawie tajemniczych morderstw, miał spotkać się z policjantami, ale nie spodziewał się po tym spotkaniu zbyt wiele. Po wdrożeniu podsystemu policyjnego i integracji go z resztą podsystemów doszło do spadku ilości przestępstw, a to spowodowało poważne ubytki w samej Policji. No cóż, organ nieużywany zanika. Najpierw należało odbębnić spotkanie zespołu, na którym spróbują wymyśleć coś, co mogłoby uspokoić opinię publiczną a przez to i wierchuszkę. Jeśli nie uda się nic wykombinować, wtedy zostanie zrealizowany „stary numer”, czyli znalezienie kozła ofiarnego. Jakiegoś dobrze zakonspirowanego funkcjonariusza Firmy upozoruje się na przestępcę, schwyta przed kamerami telewizyjnych stacji,

58


udowadniając sprawność działania organów śledczych, a potem zamknie do więzienia. Podobne triki wykorzystywano od bardzo dawna, kręcąc na przykład policyjne seriale, które pokazywały profesjonalizm, oddanie sprawie i technologiczne zaawansowanie stróżów prawa. Ten mylny pogląd o pracy policji, był niegdyś skutecznym prewencyjnym środkiem zapobiegającym przestępstwom. Czasy się zmieniły tak samo jak sama prewencja, ale mit pozostał. Po kilku tygodniach media doniosą o tragicznej śmierci schwytanego fałszywego mordercy, której przyczyną będzie na przykład potknięcie się na więziennych schodach. Tak naprawdę trafi on ze zmienioną twarzą gdzieś na Wyspy Kanaryjskie, mając zafundowany wspaniały urlop do końca życia na koszt resortu. „A jeśli to rzeczywiście spisek, mający na celu doprowadzenie do jakiegoś pałacowego przewrotu?” pomyślał. Po wnikliwej lekturze materiałów uznał jednak, że to mało prawdopodobne. Brak reakcji systemu na zaistniałe przypadki w połączeniu ze wszystkimi nieprzewidzianymi okolicznościami mógł być wyjątkową anomalią. Wystąpienie kolejnego przypadku morderstwa przybliżyłoby znacznie do ustalenia nowych istotnych związków i schwytania sprawcy. Miał się tymi właśnie obserwacjami podzielić ze swymi kolegami. Zaczął przygotowywać się do wyjścia, gdy na jego biurku zadzwonił telefon. Jan odebrał go i usłyszał w słuchawce lekko zachrypnięty głos Szefa. - Jest następny. Tym razem to także samobójstwo, albo dobrze upozowane morderstwo. Mamy też chyba podejrzanego. Przyjdź natychmiast, jestem u siebie. Jan bez słowa odłożył słuchawkę i zerwał się na równe nogi. Kilkoma susami przebył schody dzielące cztery piętra i stanął lekko zadyszany przed gabinetem Szefa. Powiadomiona sekretarka wpuściła go natychmiast dalej bez zbędnych ceregieli. W środku czekali już w komplecie uczestnicy wczorajszego spotkania. Był jeszcze jakiś nieznajomy mężczyzna. - O, znowu w komplecie. Pan komisarz Lichniak raczył

59


dzisiaj osobiście zaszczycić nas swym przybyciem - tu Czerwieniecki wskazał ręką w stronę siedzącego nieznajomego mężczyzny. Jana uderzyła kurtuazja Szefa, która zastąpiła miejsce wyczuwanej wczoraj wyraźnej nerwowości. - Czyżby nastąpił jakiś przełom? - zapytał. - Mamy nowego nieboszczyka i mężczyznę, który jest powiązany z tą sprawą. Niewykluczone, że to on dopomógł zejść nieszczęśnikowi z tego świata. - Na to nie mamy dowodów - powiedział policjant. - On twierdzi, że tylko przyszedł położyć kwiat przy zwłokach zmarłego. Mówi, że to stary zwyczaj i w tej okolicy czyni się tak od dawna. - A więc jednak jakiś rytuał – powiedział niemal niesłyszalnie Jan. - Trzeba, abyś go niezwłocznie przesłuchał. Bez tego nie ruszymy dalej. Jest oczywiście biała róża, ale ten delikwent nie ma żadnego związku z innymi ofiarami. Co więcej, w ogóle jakby nie istniał. To mnich. Jest na dole, zapoznaj się ze sprawą i udaj się jak najszybciej do sali przesłuchań. My będziemy śledzić przesłuchanie tutaj. - A czy ja mogę? - odezwał się w swoim stylu Waliszek, któremu jak widać tęskno było do zastosowania ponownie w praktyce swych wyrafinowanych metod wyciągania informacji. - Jeszcze nie teraz. Ale niewykluczone, że i twoje doświadczenie się przyda w tej sprawie. Na razie siedź i obserwuj. - odpowiedział Czerwieniecki mając najwyraźniej nadzieję, że to zamknie usta tego człowieka choć na pewien czas. Jan udał się do umiejscowionego w piwnicach pokoju przesłuchań. Już sam zapach pleśni i wilgoci przypominał grobową atmosferę. Nic tu nie pozostawiono przypadkowi. W połączeniu z panującym tu chłodem cała ta scenografia miała robić wrażenie na przesłuchiwanych. Po drodze przewertował jeszcze informacje na temat podejrzanego. Materiałów było zaskakująco niewiele. Nazywał się Artur Zarzycki. Około

60


piętnastego roku życia urwał się ze smyczy systemu, który był wtedy w powijakach tak więc „ucieczka” nie była niczym trudnym. Potem dał się namierzyć w kilku miejscach i w różnych banalnych okolicznościach. Ostatnia informacja wskazywała na to, że przeszło dziesięć lat spędził w starym klasztorze, gdzieś na szczycie jakiejś góry. Z uwagi na panujące tam trudne warunki, między innymi częsty brak prądu, miejsce to kompletnie nie nadawało się do elektronicznej inwigilacji. Tym bardziej, że to konkretne zgromadzenie zakonne nie stanowiło szczególnego obszaru zainteresowania wywiadowców. W klasztorze przez wiele lat mieściło się także więzienie, więc ani atmosfera miejsca, ani straszenie wieloletnią odsiadką nie wchodziło w grę w przypadku człowieka, którzy dobrowolnie potrafił skazać się na tego rodzaju warunki. Niepełny życiorys człowieka w tym wieku nie był niczym niezwykłym. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sam resort zamazywał dane o pracujących dla niego osobach i tworzył „białe plamy”. Z tym jegomościem mogło być jednak inaczej. Zakonna surowa przeszłość mogła świadczyć o wyjątkowo silnej psychice i charakterze. Jan musiał szybko obrać odpowiednią strategię, wybrał opcję „na dobrego policjanta”. Spróbuje się zaprzyjaźnić z podejrzanym, wtedy istnieje szansa, że wydobędzie od niego więcej, niż stosując tradycyjne metody. Przesłuchiwał wielokrotnie i to często z wielkimi sukcesami, jednak nigdy w podobnych okolicznościach. Wiele razy widział wielkich, twardych facetów płaczących jak dzieci po kilkugodzinnym wałkowaniu. Tym razem czuł jednak dziwną tremę, jak debiutant. Wiedział, że nie będzie łatwo, tym bardziej, że miał pełną świadomość obserwowania go przez zgromadzonych kilka pięter wyżej uczestników zebrania. Wszedł do pokoju bezpośrednio przylegającego do pokoju przesłuchań. Niemal całą ścianę tej klitki zajmowało olbrzymie lustro weneckie, ukazujące pomieszczenie, w którym cierpliwie oczekiwał podejrzany. Za lustrem przy stole siedział szczupły starszy już mężczyzna o ostrzyżonych krótko włosach. Gdyby nie siwizna i ostre zmarszczki na twarzy mógłby

61


wyglądać na znacznie młodszego. Jana uderzyło to, że człowiek ten, ubrany w wytarte dżinsy i flanelową koszulę, nie wyglądał jak mnich. Nie wiedzieć dlaczego spodziewał się ujrzeć mężczyznę w habicie z kapturem i z wygolonym kołem na środku głowy. Być może gdyby pełna spokoju twarz zatrzymanego nie odsłaniała odrobiny prawdy o jego pokornej osobowości, nigdy nie przypuszczałby, że ma do czynienia z zakonnikiem. Jego zaskoczenie było tym większe, że sądził, iż ten rodzaj szczególnych wyznawców zabobonów dawno zaginął w mrokach dziejów. Przyglądał mu się dlatego z jeszcze większym zainteresowaniem, niczym biolog obserwujący po raz pierwszy uważany za dawno wymarły gatunek zwierzęcia znanego tylko ze skamieniałości. Mężczyzna za szybą sprawiał wrażenie, że wie, iż jest obserwowany, tak jakby weneckie lustro było zwykłym oknem rozdzielającym dwa ślepe ich pokoje. Jan nawet przez ułamek sekundy spuścił wzrok, nie wytrzymując wlepionych niby w niego oczu nieznajomego. Po chwili jednak oprzytomniał i wszedł do środka. Przywitał się grzecznie i zaczął od rutynowych pytań o imię i nazwisko oraz datę i miejsce urodzenia. - Przecież doskonale wiecie kim jestem? - odparł mężczyzna niskim, nieco nie pasującym do jego postury głosem. - To rutynowe pytania. Ja nazywam się Jan Rudnicki i jestem... - Wiem kim pan jest. Ja nazywam się Artur Zarzycki i jestem duchownym. - Wie pan doskonale, że nie ma takiego zawodu powiedział Jan, zmieniając intuicyjnie strategię i rezygnując z proceduralnych pytań. Bo jeśli rzeczywiście ma usiłować zdobyć zaufanie tego osobnika, musi utrzymać z nim w dialog, a każdy sposób na to jest dobry. - Pański prawdziwy zawód chyba także nie poddaje się tak łatwo klasyfikacji. Prawda? Poza tym bycie duchownym to powołanie, a nie praca, po której można zrzucić ubranie robocze i zająć się sprawami prywatnymi. Czy podobnie jest także w pańskim przypadku?

62


- Mówi pan tak, jakby nie wiedział, o co jest pan podejrzewany - odpowiedział prowokacyjnie Jan, próbując za wszelką cenę zmienić temat. - A właśnie, to właściwe o co jestem podejrzewany, bo dotychczas nie usłyszałem żadnych zarzutów. - Co pan robił wczoraj wieczorem w domu przy Saskiej 15, a konkretnie na strychu? - A co mogłem robić? Modliłem się. Złożyłem także kwiat przy ciele potępieńca, który odebrał sobie życie. To wszystko. Gdy skończyłem odmawiać modlitwę, zostałem zatrzymany. Z tego, co wiem, modlitwa nie jest przestępstwem. Chyba, że od wczoraj się coś zmieniło. - Ale przestępstwem jest zabijanie ludzi. - A więc o to chodzi. - roześmiał się zakonnik. - Jak pan sobie to wyobraża? Zaciągnąłem na strych ważącego 120 kg chłopa, założyłem mu pętlę na szyję, ustawiając go wcześniej na siłę na stołku? A może miałem wspólników, albo ten nieboszczyk zanim jeszcze go powiesiłem, był moim wspólnikiem? Przecież od wielu lat asysta w samobójstwie jest prawnie dozwolona, a nawet lansowana przez wasze media, jako sposób na ograniczenie wydatków na emerytury. Tak. Już wiem. To chyba najlepsza hipoteza: zahipnotyzowałem go. znowu zaczął się śmiać. - Co ma więc pan do powiedzenia w tej sprawie? - W jakiej sprawie? Zabójstwa, samobójstwa, hipnozy, czy lewitacji trupów? - duchownemu nadal dopisywał dobry humor. - Został pan zatrzymany jako podejrzany w sprawie dokonania serii morderstw. To już siódma ofiara. Mam nadzieję, że ma pan alibi na czas, gdy dokonano poprzednich zbrodni. Proszę w takim razie rzeczowo odpowiadać na moje pytania. Co pan robił tam na górze przed przybyciem policji? Potem przejdziemy do pozostałych spraw i tego, co pan ma do powiedzenia na ich temat. Rzeczywiście podziałało. Uśmiech zniknął z twarzy duchownego, jednak jego twarz nadal wypełniał spokój. - Powiedziałem już: mo-dli-łem się. - wycedził bez

63


cienia strachu w głosie przesłuchiwany. - Jak w takim razie się stało, że był pan tam przed policjantami? - Byłem w pobliżu, a kobieta, która go znalazła, przybiegła do sąsiedniego domu, w którym akurat malowałem okna. Zrozpaczona zaczęła wołać i opowiadać, co się stało. Niezwłocznie udałem się na miejsce i stwierdziłem, że kobieta mówi prawdę, i wezwałem Policję. - To pan wezwał Policję? - zapytał Jan wyraźnie zaskoczony tą informacją. - Oczywiście, że ja. Z telefonu, który mi zabraliście wioząc mnie tutaj. - Sprawdzimy. Co pan zrobił potem? - Siedziałem w policyjnym wozie z kratką jak zwierzę w klatce, a potem zostałem przewieziony tutaj. - Nie o to pytam. Co pan robił po odkryciu zwłok i telefonie. - A, o to chodzi. Zszedłem na dół i poprosiłem ciągle roztrzęsioną kobietę, o zdobycie jakiegoś białego kwiatu, abym mógł odprawić rytuał... - Jaki rytuał? - tym razem Janowi nie udało się ukryć zaskoczenia. Był nawet wściekły na siebie. Stara zasada jego profesji nakazywała nie przerywać, gdy przesłuchiwany zaczyna mówić. „Waliszek ma teraz na górze pewnie niezły ubaw” - pomyślał i ta myśl poirytowała go jeszcze bardziej. - Rytuał modlitwy za zmarłych, który nakazuje, aby złożyć biały kwiat. Od czasu, gdy jakieś dziesięć lat temu zakazaliście pogrzebów i nieboszczyk po sekcji od razu trafia do pieca, a rodzina dostaje tylko akt zgonu, nie ma czasu na tradycyjne rytuały pogrzebowe. Chcecie wymazać śmierć z ludzkiej świadomości, bo liczy się tylko tu i teraz. Tak przecież głosi wasza nowa religia. Nie prawda? - O czym pan mówi? - O tym, jak postępują ludzie ciągle wierzący w zabobony, i o tym, co zrobiliście z tym społeczeństwem. -O czym pan mówi? powtórzył Jan z niedowierzaniem.

64


Rzeczywiście, z uwagi na oszczędność przestrzeni zrezygnowano z umieszczania ciał zmarłych w wyznaczonych miejscach pochówku. Zwłoki po sekcji i pobraniu niezbędnych próbek trafiały zwykle do krematorium. Wyjątek stanowiły sytuacje, gdy zmarły posiadał potrzebne komuś do przeszczepu organy. Wtedy trwało to nieco dłużej. Po spopieleniu zwłok prochów nie oddawano ich rodzinom, które i tak sporadycznie się po nie zgłaszały. Wysypywano do morza i to raz w miesiącu, czekając, aż uzbiera się określona ich ilość, tak aby transport był opłacalny. I wtedy odprawiano oficjalny, rutynowy ceremoniał pogrzebowy. Zezwalano czasem, gdy życzył sobie tego w testamencie zmarły lub rodzina, na udział w ceremonii duchownych. Lecz działo się to rzadko i komplikowało całość ceremonii. Obecność duchownego mogła wywołać kontrowersje u osób, które sobie tego wyraźnie nie życzyły. Należało więc organizować oddzielne ceremonie, a to podnosiło koszty. Kilka lat później w ramach tak zwanej „Inicjatywy czterech P”, co oznaczało Program Porządkowania Przestrzeni Publicznej, zlikwidowano większość cmentarzy komunalnych, kremując także pozostałe jeszcze w grobach ludzkie szczątki. Było przy tym naturalnie nieco zamieszania. Musiano jednak na skutek protestów zrezygnować ze zniszczenia zabytkowych cmentarzy. Niektóre z nich nawet zostały pieczołowicie odrestaurowane, dzięki czemu powstały napowietrzne muzea dawnej sztuki cmentarnej. Wcześniej przez około dwie dekady utrzymywano wysokie ceny tradycyjnego pochówku, a jednocześnie niskie ceny na kremację, ale było to w czasach, gdy jeszcze funkcjonowały tradycyjne rodziny. Przy takiej konstrukcji rynku usług pogrzebowych nie było dla nikogo zaskoczeniem, że wraz z odejściem kolejnego pokolenia cmentarze zaczynały coraz bardziej świecić pustkami, gdyż nie było chętnych na ponoszenie dość wysokich opłat za dalsze utrzymywanie grobów. O kontrowersjach nie było mowy. W sprawie inicjatywy „cztery P” zorganizowano ogólnokrajowe referendum. Pomysł poparło 90% obywateli wcześniej uświadomionych w odpowiedniej „kampanii informacyjnej”, więc chyba wszystko było w najlepszym porządku. Oczywiście

65


w Firmie szeptano o tym, że jednym z celów przedsięwzięcia, poza typowo ekonomicznym, jest wyparcie zabobonów z publicznej przestrzeni i likwidacja zabobonnych ceremonii. „Tylko co do tego mają jakieś kwiaty?” - pomyślał Jan i jak na zamówienie otrzymał odpowiedź od przesłuchiwanego: - Mówię o rytuale zastępującym pogrzeb lub inne sakramenty, proszę pana, jeśli dana osoba do nich nie przystępowała. Tego typu rozwiązanie dopuścił Trzeci Sobór Watykański. - Zdaje pan sobie sprawę, że to nielegalne zgromadzenie nie miało żadnego prawa uchwalić czegokolwiek, a to marionetkowe państewko Watykan już wtedy nie było uznawane przez niemal całą międzynarodową społeczność. W tej chwili to muzeum sztuki z drogimi biletami. - natychmiast zareagował Jan. - Religia jest prywatną.... - „…sprawą każdego człowieka i jako taka została już dawno wymazana z publicznej świadomości. Nielegalne jest o niej rozmawianie lub przekonywanie kogokolwiek do czczenia takiej a nie innej religii, a wychowanie dzieci w wierze przez rodziców traktowane jest jako indoktrynacja i stanowi podstawę do odebrania potomstwa.” - wyrecytował z pamięci kapłan, lekko się uśmiechając. - Znam na pamięć te wasze propagandowe frazesy. Nikomu nie można zabronić wyznawać religii, ale noszenie symboli religijnych traktowane jest jako pogwałcenie wolności osobistej innych. Wiem, wiem. Dlatego mam nadzieję, że moje wyznanie, iż jestem zakonnikiem, nie zostanie przez pana potraktowane jako próba nawrócenia pana na moją religię. Tym bardziej, że nie powiedziałem jaki Kościół reprezentuję i jakiego zgromadzenia jestem kapłanem. - Na twarzy Artura Zarzyckiego znów pojawił się delikatny uśmiech. Doskonale znał przepisy i wiedział, kiedy jest przekroczona owa cienka granica przestępstwa wymienianego w kodeksach karnych jako „religijna indoktrynacja”. - Oczywiście, że nie czuję się przez pana nawracany także uśmiechnął się Jan, ale w jego rozsuniętych szeroko ustach widać było sztuczność. - Nasze państwo bardzo dba o wolność obywateli...

66


- ...a waszym bogiem jest ten komputer, który ma wiedzieć wszystko i tu na Ziemi organizować raj jeszcze za życia - dokończył kapłan zdanie za Jana. - Proszę darować mi tę propagandę, a ja daruję panu także ową niezręczną dla nas obu wymianę poglądów. Przecież nie dlatego siedzimy w tej stęchliźnie, aby dyskutować o problemach eschatologii i rozdzieleniu Kościołów od państwa. Równie dobrze moglibyśmy umówić się na kawę gdzieś na mieście i pogadać normalnie bez tego całego pokazu siły. - Ma pan rację, nieco zeszliśmy z tematu. - powiedział Jan doskonale wyczuwając, że cała sprawa zaczyna ocierać się o kompromitację. Nie mógł rzecz jasna tego powiedzieć. „Najważniejsza rzecz to teraz dowiedzieć się jak najwięcej, sprawdzić jego alibi i zastanowić się co dalej” - pomyślał. - To o co chodzi z tą różą? - Sam pan widzi, nie można było tak od razu? Ponieważ nieboszczyka nie można nawrócić na żadną religię, bo już nie jest osobą, a więc nie jest także stroną ewentualnej religijnej indoktrynacji. Nic więc nie zaszkodzi, gdy ktoś się w ciszy pomodli za jego duszę, a przy tym dokona „zastępczych” rytuałów sakramentalnych i pogrzebowych. Jeśli jest to możliwe - tak jak w naszym przypadku, modlitwy dokonuje kapłan, jeśli nie, każda inna osoba, która jest chrześcijaninem. Wiem, że wyznawcy innych religii również mają tego rodzaju „awaryjne” rytuały, ale z oczywistych względów nie wiem, na czym one polegają. Co do róży jest ona starym chrześcijańskim symbolem niewinności i oczyszczenia z grzechu przez cierpienie. Cierpienie jest pewną formą łaski. Każdy z nas cierpi.... - mam nadzieję, że nie zaczynam pana nawracać? - Nie, nie, proszę kontynuować, to bardzo interesujące. – tym razem Jan nie kłamał. - Ale może jednak zaczynam pana nawracać? - Pragnę przypomnieć, że składa pan oficjalne zeznania.... - Już rozumiem. Czyli w trakcie zeznań można nawracać. Muszę to zapamiętać. Pan wybaczy ten żart. Na czym to ja...

67


- ... każdy z nas cierpi. - O! A więc słucha pan. Bardzo mi miło. W dzisiejszych czasach być wysłuchanym to prawdziwy luksus. Otóż cierpimy, co nas uszlachetnia. Czerwona róża przez wieki była symbolem cierpienia na krzyżu naszego, przepraszam, mojego Pana Jezusa Chrystusa. Według tradycji łzy Marii Magdaleny zmieniły kolor płatków czerwonej róży na kolor biały. Biała róża jest także symbolem dziewictwa i czystości. Po odmówieniu rytualnej modlitwy składa się kwiat obok zmarłego, co jest dowodem jego czystości, dzięki której może dostąpić łaski przyjęcia przez Pana w niebie. - Ładne - powiedział Jan z lekką ironią - A teraz proszę powiedzieć, skąd wziął pan tę konkretną różę, którą umieścił pan obok zwłok tego konkretnego nieszczęśnika i czy czynił pan to wcześniej? - Oczywiście i to wiele razy. Skąd konkretnie wzięła się ta róża, nie wiem. Przyniosła ją pewnie któraś z okolicznych kobiet. Pewnie rosła w czyimś ogródku albo znajdowała się w jakiejś pobliskiej kwiaciarni. Zwykle, gdy gdzieś ktoś umrze lub odbierze sobie życie, a ja jestem w pobliżu i ludzie wiedzą, kim jestem, proszą mnie dyskretnie o modlitwę. Czynię tak kilka razy w miesiącu. To chyba nie przestępstwo? - Oczywiście, że tak. Jest to utrudnianie śledztwa i zacieranie dowodów. - No tak, a teraz proszę mi to udowodnić, podając konkretne fakty wskazujące na naruszenie przez mnie przepisów prawa. Zatem zatarłem dowody czego i jakie konkretnie śledztwo utrudniłem? Przecież to z reguły samobójcy i ludzie, na których przyszedł ich czas. Wie pan, że to pomówienie? - Dajmy temu spokój - przyznał się do porażki Jan. Przeciwnik okazał się sprytniejszy niż sądził. Musiał jednak zachować choć odrobinę godności. - Ten ostatni przypadek spokojnie ociera się o naruszanie prawa. Umieścił pan na miejscu zbrodni przedmiot, a to jest niszczenie dowodów. - No tak, ma pan rację - odpowiedział kapłan nie chcąc widocznie do reszty pogrążyć swego rozmówcy. - pod

68


warunkiem, że rozpoczniecie jakieś śledztwo w tej sprawie, a biegły uzna, że to było morderstwo. Wtedy tak. Inaczej rzecz ujmując, nie ma dowodów, nie ma przestępstwa, nie ma śledztwa. Czy róża mogła spowodować w jakiś sposób śmierć tego nieszczęśnika? Tak postawiony zarzut albo od razu polegnie w prokuraturze, albo sąd go oddali jako idiotyczny. Ale tak na zdrowy, chłopski rozum: czy wyobraża pan sobie studwudziestokilogramowego faceta, którego wiesza pięciu zakonników? Mamy do czynienia w tej chwili z plagą samobójstw. Przecież nawet dzieci wiedzą, że człowieka teraz nie trzeba skazywać na wyrok śmierci, wystarczy nieco go pomaltretować, wykluczyć, oskarżyć lub medialnie napiętnować, pozbawić stanowiska. Nie każdy potrafi żyć poza systemem, nie każdy jest na tyle silny, aby żyć z piętnem. Działacie jak handlarze narkotyków sto lat temu. Najpierw uzależniacie swe ofiary, potem łupicie je całkowicie, a gdy już nic nie pozostaje - doprowadzacie je do śmierci. Jan wiedział o tym wszystkim aż nadto dobrze. Sam przez długie lata organizował tego rodzaju akcje w stosunku do tych, którzy w ramach oficjalnych instytucji próbowali uprawiać anarchię. Faktem jest, że często kończyli na stryczku, pod kołami tramwaju lub z podciętymi żyłami. Musiał jednak jakoś zareagować na wygłaszane przez zatrzymanego herezje. - I wtedy pojawia się pan, który dzięki swoim gusłom ma zapewnić owym „naszym ofiarom” wieczne szczęście. Niech pan nie będzie śmieszny. Te sztuczki proszę zachować dla starych ludzi pamiętających jeszcze stary porządek i religijny totalitaryzm. Nie musimy nikogo zabijać. Za chwilę biologia rozwiąże sama ten problem. - nagle Jan zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie zaczął odpowiadać na zarzuty zakonnika w imieniu państwa. Była to pułapka, którą zastawiał na niego rozmówca. Jan musiał szybko wrócić na właściwe tory dyskusji. - A wracając do rzeczy - kontynuował - co powie pan na to, że wśród całej grupy osób zamordowanych znaleziono białe róże bardzo rzadkiego gatunku? Ostatnią taką osobą był ów nieszczęśnik, dzięki któremu mieliśmy okazję się poznać. -

69


Kurtuazja na pokaz, którą zaprezentował, była tak oczywiście fałszywa, że aż jego samego drażniły słowa, które wypowiedział. - Bardzo się cieszę, - powiedział zakonnik - że sam pan przestał znowu uprawiać propagandę. Proszę mi wierzyć, ja jestem na nią odporny. Nie działają na mnie cybernetyczne sztuczki. Ja już dawno odkryłem swój charakter, który według ojców tej tajemnej dziedziny wiedzy, jest niezmienny. Ale tego pewnie was uczą. Co do kwiatu, to mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem już wcześniej: nie wiem skąd pochodzi, ani skąd się wziął. Nie wiem też, kto go przyniósł ani z czyjej rabatki. Odpowiedzi proszę szukać u siebie. - Pierwsze i ostatnie słowa mnicha wydały się dla Jana niezrozumiałe. Nie rozumiał kontekstu, ale sedno wypowiedzi było na tyle oczywiste, że nie potrzebował już dodatkowych wyjaśnień. - Dziękuję. To na razie wszystko. - powiedział Jan. Zostanie pan przewieziony do aresztu śledczego i niezwłocznie poinformowany o dalszych pana losach. Do widzenia. - Trudno wyobrazić sobie, żeby było inaczej. Los ma to do siebie, że po prostu jest i nie trzeba mnie o nim informować. Jeszcze jedno... Jan wychodzący już z pomieszczenia odwrócił się i spostrzegł wpatrzone w niego oczy zakonnika. - Ma pan coś jeszcze do dodania? - Tak, bracie. Pamiętaj o śmierci i nie bój się. Strach to sojusznik szatana. Słowa te duchowny wypowiedział powoli i z powagą. Na adresacie nie zrobiły większego wrażenia. Jan wyszedł pośpiesznie z pomieszczenia, przeszedł przez pokój z lustrem i udał się do łazienki, gdzie obmył twarz strumieniem zimnej wody. Na górze w pokoju szefa czekano już na niego. Z pierwotnego składu zabrakło tylko policjanta, który musiał opuścić zgromadzenie, aby nie dowiedzieć się przypadkiem czegoś, czego potem mógłby żałować. Pewnie przystał na taką propozycję bardzo chętnie w imię zasady „lepiej nie wiedzieć

70


za dużo”. - Bardzo dobrze się spisałeś - powiedział Szef do wchodzącego Jana. - Facet jest bardzo sprytny. Nie uległeś jego prowokacjom. - A może to nie spryt tylko inteligencja? W każdym razie zdrowo mnie wykończył. Co udało się ustalić? - mówiąc te słowa spojrzał na Waliszka uśmiechającego się szyderczo pod nosem. Nie wiadomo, co było powodem jego dobrego samopoczucia. Może słabości Jana wobec przesłuchiwanego, a być może świadomość, że aresztant w końcu trafi w jego ręce? To byłaby ostateczność, której Jan nie życzyłby nawet największemu wrogowi. - Na szczegółowe analizy informacji wydobytych przez ciebie będziemy musieli jeszcze poczekać. Będą jeszcze dzisiaj. Zajmą się tym nasi analitycy. - Dlaczego nie był wcześniej przesłuchiwany przez policjantów? - Po przejęciu przez nas sprawy zakazałem im tego. powiedział Czerwieniecki. - A teraz idź i odpocznij. Wyniki systemowej analizy odbierzesz w domu. Gdy tylko przeczytasz materiał, dzwoń do mnie. - słowa te oznaczały koniec dzisiejszego zebrania. Wszyscy zgromadzeni wstali i pożegnali się ze sobą. Poczuł zmęczenie dopiero w chwili, gdy znalazł się na ulicy. O dziwo, świeże powietrze zamiast podziałać pobudzająco, wprawiło go w senność. Widocznie jego wytrenowany organizm, przyzwyczajony do nagłych skoków adrenaliny, pod wpływem tlenu upomniał się o swoje. Przechodząc obok kwiaciarni dostrzegł, że róże na wystawie są białe. Postanowił wejść do środka. Od progu uderzył go odurzający zapach pomieszanych gatunków kwiatów, spotęgowany być może niewielkimi rozmiarami pomieszczenia. Za ladą stała wiekowa już kobieta nie ukrywająca jednak rozpaczliwie śladów swej starości. Wzbudzała sympatię. Podszedł do niej. - Dzień dobry. Poproszę białą różę. - powiedział Jan.

71


Twarz kobiety nagle spochmurniała. - Och, czy coś się stało? - spytała kobieta z troską w głosie. - Nie, nie, nic takiego. Po prostu te na wystawie wyglądają tak przepięknie. - Ach tak, oczywiście. Bardzo proszę. - kobieta zręcznym ruchem wyciągnęła z wazonu kwiat i owinęła jego łodygę wąskim paskiem aluminiowej foli. Potem podała cenę. Telefonem Jan uiścił należność. Telefon był tylko z nazwy dawnym urządzeniem do prowadzenia rozmów na odległość. Już od dawna przybrał rozmiary nieco większej karty kredytowej z dotykowym ekranem. Posiadał wiele funkcji, w zależności od zastosowanego przez użytkowania oprogramowania. Do najważniejszych należało pełnienie formy dowodu tożsamości oraz urządzenia pozwalającego dokonywać zakupów. Po wprowadzeniu przed trzema dekadami zakazu stosowania gotówki stał się wręcz niezastąpiony. „Dawno tego nie robiłem” - pomyślał, wychodząc z kwiaciarni z białą różą kupioną nie wiadomo po co. Przypomniał sobie od razu, kiedy czynił to po raz ostatni. Tak, uczynił to dla Niej. Nagle sposępniał. Jego twarz musiała dość dobrze zdradzać jego nastrój, gdyż mijając portiera w swym mrówkowcu dostrzegł w jego obliczu przestrach. - Proszę pana, jeśli coś się komuś stało, to proszę powiedzieć... Administrator nie lubi, jak ktoś... odchodzi w naszym domu. - Nic się nie stało, zapewniam pana - rzucił Jan w drodze do windy, nawet się nie zatrzymując. - Najmocniej pana przepraszam. Proszę zapomnieć o tym, co powiedziałem - krzyknął za nim przestraszony portier. Jan wsiadł bez słowa do windy. „Zaraz, chwileczkę, przecież on doskonale wie gdzie pracuję. Przed takimi nic się nie uchowa. Odważył się podejść do mnie ot tak? I jeszcze ta kobieta w kwiaciarni. Czy to znaczy, że tego typu rytuały pogrzebowe są codziennością? Dlaczego o tym nie wiedziałem wcześniej?”

72


W pewnym sensie znał na to odpowiedź. Inni często po prostu mieli rodziny. A on poza babką, która odeszła już dawno temu, nie miał nikogo. Rodzice zginęli w tajemniczych okolicznościach. Nie wiedział nawet w jakich. Mimo żmudnych poszukiwań w bazach danych, do których z racji swej pracy posiadał pełny dostęp, nie znalazł niczego, co mogłoby odpowiedzieć na to pytanie. Potem trafiał do różnych placówek i zastępczych rodzin, gdzie wychowano go na gorliwego funkcjonariusza. Chłód i brak poczucia bliskości towarzyszyły mu przez całe życie. Czasami łapał się na tym, że nie rozumiał wszystkiego, co dzieje się dookoła. „Wszelkie zabobony przekazywane są często podświadomie przez rodziców swym dzieciom w ramach socjalizacji. Słaba rodzina to silne państwo” - przypomniał sobie slogan z jednego ze szkoleń. Oczywiście oficjalnie nikt nie przyznaje się do takich stwierdzeń. Oficjalnie rodzina była fundamentem całego społeczeństwa. Był to kolejny pusty frazes, na który nikt nie zwracał uwagi. Jeszcze do tego wszystkiego ten mnich i jego mądrości. „Mówił coś o charakterze. Będę musiał to też sprawdzić. Ale najpierw kąpiel i trochę snu” - pomyślał, naciskając klamkę wejściowych drzwi do swego mieszkania. Obudził się i spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza w nocy. Przespał całe popołudnie i wieczór. Przypomniał sobie, że miał odebrać i przeczytać raport. Siadł na łóżku i próbował wyrwać się z macek snu. Po chwili wstał i usiadł do komputera, włączył go, zalogował się i uruchomił komunikator. W odróżnieniu od tradycyjnej poczty elektronicznej program ten służył jedynie do wewnętrznej komunikacji w ramach Firmy i zapewniał odpowiedni poziom szyfrowania przesyłanych informacji. Składał się nie tylko z klasycznej poczty, ale posiadał także specjalny moduł do telekonferencji oraz możliwość odbierania i wysyłania wiadomości ze wszystkich punktów na ziemi. To programistyczne cacko dawało także możliwość dostępu do wirtualnego repozytorium dokumentów, które tylko z konieczności prowadzenia śledztwa przybierały formę papierową przed wprowadzeniem ich do

73


bazy danych. Czasami trwało to długo. Niekiedy czas wprowadzenia dokumentów do systemu był specjalnie wydłużany, tak, aby system nie mógł ich przeanalizować. Tę niepisaną zasadę udało się już zaobserwować jakiś czas temu. To tak jakby ludzie stawali w opozycji do sztucznej inteligencji, próbując za wszelką cenę choć przez chwilę pozostawić część informacji tylko dla siebie. Gdyby nie owa rywalizacja o wiedzę, już dawno wyeliminowanoby z użycia papier jako zbyteczny relikt przeszłości. Być może pozostawienie ludziom takiej możliwości było spowodowane tym, że system analizując wydruki wiedział, co interesuje ludzi w sposób szczególny? Pracownicy Firmy byli jednak na to za sprytni. Drukowano dużo, a poza samymi dokumentami ważne były również odręczne adnotacje pisane na marginesach pism przez różnych ludzi. Od dawna było wiadomo, że zwykli ludzie w poczuciu jakiejś dziwnej, irracjonalnej obawy unikają wszelkich form elektronicznej komunikacji. Od pewnego czasu nastąpił renesans pisania odręcznych listów, choć jeszcze kilka lat wcześniej poważnie zastanawiano się nad likwidacją klasycznie rozumianych usług pocztowych. Coraz częściej także dochodziło do tego, że telefony służyły jedynie do umawiania spotkań, jak miało to miejsce zaraz po wynalezieniu tego urządzenia. Rozmowy telefoniczne kończyły się tylko stwierdzeniem: „Spotkajmy się tam, gdzie zwykle, o tej, co zawsze”. Oczywiście system wiedział, gdzie w danej chwili znajduje się dana osoba, więc informacja o miejscu i czasie spotkania nie była tajemnicą. Ale sama treść rozmowy nie zawsze podlegała kontroli. Wystarczyło, że ludzie wybrali na miejsce spotkania wykonany z dobrze uzbrojonego betonu peron kolejowy, gdzie dodatkowo gwar, huk urządzeń i wytwarzane przez nie pole elektromagnetyczne skutecznie zakłócały pracę urządzań nasłuchowych i transmisyjnych, aby móc rozmawiać do woli. Potwierdzenie tego faktu wynikało także ze statystyk. Wzrost ilości osób odwiedzających w ciągu ostatnich lat dworce kolejowe, gdzie ilość pola magnetycznego wytwarzanego przez lokomotywy była znacząca, nie przekładał

74


się na ilość pasażerów w pociągach. Z analizą rozmów także był pewien problem. Olbrzymie ilości tego typu danych i mozolny proces odczytywania słów z nagrań wymagały znacznych inwestycji. Do tego efekty tego rodzaju pracy pozostawały często opłakane. Jeszcze trudniej było z systemami odczytującymi słowa z ruchów warg. Ten obszar pozostawał ciągle domeną ludzi i to o specjalistycznych kwalifikacjach. Jan przeczytał gdzieś, że po wynalezieniu telefonu pierwszym praktycznym zastosowaniem tego urządzenia była transmisja przedstawień operowych. Istniała pewna bariera kulturowa. Pojęcie „rozmowa” było po prostu synonimem spotkania. Wiele lat później okazało się, że coś takiego jak rozmowa jest możliwe również na odległość. „Historia zatoczyła koło - pomyślał kiedyś - dziś ludzie, aby porozmawiać, znów zaczynają się spotykać”. Zerknął na otrzymaną pocztę w swym komputerze. Poza kilkoma wiadomościami o niskim priorytecie znajdowała się tam także ta, której oczekiwał. Otworzył ją i zaczął czytać: „Alibi podejrzanego zostało potwierdzone. W czasie dokonania trzech pierwszych śmiertelnych zejść przebywał poza granicami miasta. Świadczą o tym dokonane przez niego systemowe płatności, telefoniczne rozmowy oraz interakcje z osobami trzecimi. Wbrew wcześniejszym naszym przewidywaniom kwiaty tworzące serię mają charakter pospolity. Występują w wielu przydomowych ogródkach i są przedmiotem obrotu gospodarczego. Gatunek, jak i specyfika genetyczna rośliny nie podlegały wcześniej ewidencjonowaniu, a wiedza na ten temat miała charakter szczątkowy. Opierała się na jednym nie do końca sprawdzonym źródle informacji. Zmienne dotyczące kwiatów nie były wcześniej wprowadzane do systemu, przez co nie było możliwości komparatywnej oceny podobnych zjawisk. Ponieważ jedynym elementem świadczącym o ścisłym związku wszystkich analizowanych zdarzeń był szczególny rodzaj kwiatu, trudno jest więc mówić o jakieś serii zdarzeń, a w dużej mierze omawiane przypadki mają znamiona samobójstw. Zaleca się zastosowanie czynności osłonowych”.

75


Tego typu lakoniczne zakończenie sprawy oznaczało: zatuszować, zamknąć i zapomnieć. Czynności osłonowe to nic innego jak sprawienie, aby wszystko wyglądało jak wielki sukces, schwytanie winnego i sprawiedliwe jego osądzenie. Czyli standard. „Czy już na tym świecie nie ma prawdziwych przestępców? Jeśli są, to pewnie pracują bardzo wysoko.” pomyślał i sam przestraszył się tej myśli. Po skończeniu lektury wiadomości Jan zaczął czytać ją od początku, aby upewnić się, czy dobrze zrozumiał sens wyświetlonego na ekranie bełkotliwego żargonu. Nagle na ekranie zamrugała lampka dostępności przy nazwisku Czerwienieckiego. - Dobry wieczór, a właściwie dzień dobry, jak się spało? - monitor ukazał gładko ogoloną twarz mężczyzny o kruczoczarnych włosach, który był jak zawsze nienagannie ubrany. - Czy ty kiedykolwiek sypiasz? - zapytał Jan zachrypniętym, nieużywanym od kilku ładnych godzin głosem. - Czasami tak. Jak będziesz miał moje lata, także będziesz potrzebować mniej snu. Czytałeś ten bełkot przysłany przez dział analityczny? - z twarzy Czerwienieckiego nie zginął uśmiech. - Tak. Nie mogłem z początku tego zrozumieć. To znaczy, że nie było żadnej serii? Nikt nikogo nie zamordował? To wszystko jest bez sensu. Jak to możliwe? - Była to być może jakaś zagrywka, być może prowokacja, z której wyszliśmy obronną ręką. Sprawa może będzie miała swój dalszy ciąg, ale dla nas jest ona już w tej chwili definitywne zamknięta. Musimy przeprowadzić czynności osłonowe, czyli sprawić, aby został znaleziony winny. A wszystko pozostałe nas już nie dotyczy i musi pozostać w wymiarze hipotezy. - Ale policja. Czy nie zauważyli, że to ewidentne samobójstwa? - Może i tak, ale oni są przecież ubezwłasnowolnieni. Od dawna opierają się już wyłącznie na wskazaniach Systemu

76


Operacyjnego Wsparcia jak na wyroczni. Nikt nie analizuje próbek ani zebranego materiału samodzielnie. Wystarczy ich wprowadzenie do kryminalnych baz danych łącznie z trójwymiarowymi zdjęciami miejsca zbrodni i ich opisem. Choć zdrowy rozsądek nakazuje co innego, wyniki to wyniki. Potem ścigają jakiegoś nieszczęśnika, który musi udowodnić, że nie jest wielbłądem. My na szczęście jak żona Cezara jesteśmy poza wszelkimi podejrzewaniami. Było dość prawdopodobne, że tak to się skończy. Kto kontroluje system, ma całkowitą władzę nad wszystkim. - Ale wszystko może mieć sens tylko wtedy, gdy jest oparte na prawdzie. Gdy w systemie zaczęły pojawiać się fałszywe informacje... - Pamiętaj, że to my jesteśmy od tego, aby pilnować porządku. Widzisz, system nie ma ciała i uzależniony jest wyłącznie od danych, które są do niego wprowadzone. My jesteśmy jego ciałem, mackami, które dostarczają mu wiedzy. Nasze ułomności są jego ułomnościami. Bez względu na to jak naprawdę wygląda ta sprawa, mamy obowiązek ją zatuszować, czy nam się to podoba czy nie. Nie wiemy, kto i dlaczego rozpętał to całe zamieszanie. Nie wiemy, czy w ogóle ktoś coś rozpętał. Być może to kolejny fatalny zbieg okoliczności, ale ostatnio jest ich aż za dużo. Nie jest też wykluczone, że ktoś specjalnie próbował wywołać panikę na szczytach władzy, aby osiągnąć swoje cele. Być może zrobiła to sama wierchuszka, aby rozpętać medialną burzę jako podstawę do jakiegoś politycznego ruchu, a teraz my musimy szybko po niej posprzątać? Nie jest w końcu wykluczone, że za całym zamieszaniem stoi zwykły bałagan i że nikt z policjantów nie wprowadzał wcześniej kwiatów przy znalezionych zwłokach jako czegoś istotnego. Być może był nawet jakiś morderca, ale był też jednocześnie krewnym jakiegoś wysoko postawionego funkcjonariusza, który teraz próbuje skutecznie zatuszować sprawę? Prawdy chyba nie dowiemy się nigdy. Jedno jest pewne: dla nas sprawa jest skończona. Niebezpieczeństwo minęło. Należy teraz szybko posprzątać. - Co proponujesz?

77


- Potrzebujemy znaleźć kandydata na kozła ofiarnego, aby wyjść z twarzą z całej sytuacji. Nie możemy przecież powiedzieć w mediach, że system się pomylił. - Mam jednego. Nazywa się Waliszek. - I znowu strzał w dziesiątkę, nasz asie. A myślisz, że dlaczego zaprosiłam tego durnia na spotkanie zespołu? Nie wiedziałem wtedy, jak to się wszystko skończy, ale byłem przygotowany i na taką ewentualność. Chciałem, aby poczuł się jak Winkelried, a potem zgodził się wziąć na siebie to wszystko. Ale aby tak się stało, musiał najpierw poczuć się ważny, wyjątkowy. - uśmiechnął się Szef. - Twój intelekt chwilami mnie przeraża. - Och, daj spokój, ale dziękuję - Czerwieniecki odpowiedział tak, jakby słowa Jana były dla niego komplementem, a nie szczerym wyznaniem. - A co z zakonnikiem? - Jest już na wolności. - Chciałbym jeszcze z nim porozmawiać. - To dobrze się składa. Ja także chciałem, abyś skontaktował się z nim i wypytał o pewne kwestie. Najlepiej jakbyś się z nim nieco zaprzyjaźnił. - Wiem, on mówił o rzeczach, które warto byłoby wyjaśnić. - Co masz na myśli? - Pamiętasz, jak wspomniał o powszechności układania kwiatów przy zwłokach? Sprawdziłem. To prawda. - Ludzie robią tak i nie ma w tym nic dziwnego. Mnie osobiście także denerwuje to co zrobiono z grobami. Człowiek zawsze chciał pozostawić po sobie coś materialnego, choćby kamienną płytkę. Ale przez to ludzie wyzbyli się ułudy wieczności. Żyją tu i teraz, korzystają z uroków życia. Coś za coś. - Mam co innego na myśli. - powiedział Jan, choć usłyszane słowa przełożonego znowu go przeraziły. - Ile jeszcze istnieje nieznanych nam rytuałów, które mogą zafałszowywać obraz rzeczywistości i prowadzić do nieporozumień, jak to, o którym rozmawiamy? Warto byłoby się temu bliżej przyjrzeć.

78


- Dobrze, masz moją zgodę. Za chwilę dostaniesz jego namiary. O ile uda nam się go znaleźć. Odpocznij jeszcze trochę. Masz w tym tygodniu jeszcze dwa pudełka do zamontowania. - Tak, wiem. - powiedział Jan czując odrazę na samą myśl o konieczności wykonana tego zadania. - Do zobaczenia. „Czasami wady zdalnej komunikacji są jej urokami” pomyślał, rozłączając połączenie. Drut nie zawsze przekazuje emocje.

Karolina Dochodziła druga w nocy. Sen zrobił swoje i Jan czuł się dziwnie odprężony. Postanowił udać się na spacer. Dawno tego nie robił, a życie miasta o tej porze miało także swoje uroki. Wyjrzał przez okno. Noc była ciepła i piękna. Przejrzyste niebo odsłaniało swą rozgwieżdżoną przestrzeń. Dawniej lubił chodzić wieczorami po zakamarkach miasta. Lubił patrzeć na puste ulice pozbawione dziennego pędu i obserwować postacie pojawiających się z rzadka przechodniów. Według niego były dwa rodzaje nocnych wędrowców. Jedni równym szybkim krokiem chcieli jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś miejsca, jakby tempo, z jakim pokonują przestrzeń, było z innego świata. Wszystko wskazywało na to, że znaleźli się w tej nocnej rzeczywistości przez przypadek i nie potrafili się wyrwać ze swego dziennego rytmu. Drudzy stanowili dokładne przeciwieństwo tych pierwszych. Chodzili ostrożnie, powoli obserwując sklepowe wystawy czy blask ulicznych latarni. Wyglądali tak, jakby ciemne puste ulice były ich światem. Być może spacerowali w nadziei spotkania jakiejś bratniej duszy? Lecz owe wędrówki były ostatnią porą, w jakiej można było spełnić to pragnienie. Być może zatem stronili od towarzystwa? Przeczył temu wymalowany na ich twarzach smutek i jakiś dziwny rodzaj tęsknoty. Dlaczego zatem wybierali noc na te spacery? Przecież dzienny tłum był równie samotny

79


i anonimowy jak nocna pustka trotuaru? Jan należał do tej drugiej kategorii nocnych wędrowców. Lubił te przechadzki z powodu owego zmniejszonego tętna miejskiego pulsu. Mijając innych włóczęgów, czuł z nimi pewien rodzaj więzi, która była chwilowym antidotum na jego samotność. Działało to jak terapia grupowa dla anonimowych samotników. Zapragnął zażyć tej kuracji właśnie w tej chwili. Ubrał się i udał do wyjścia. Stając przed głównymi drzwiami domu zastanawiał się, w którą pójść stronę. Po chwili zdecydował, że zwiedzi bardziej odległe, ale i słynące z nocnego życia miejskie rewiry. W jednej chwili zdecydował, że tym razem, na przekór swym przyzwyczajeniom, da się ponieść fali wydarzeń. Po kilkunastu minutach drogi i przebyciu kilku zakrętów znalazł się na oświetlonej latarniami uliczce, która w czasie dnia nie różniła się niczym od innych tego rodzaju miejsc. Za to w nocy tętniła życiem. Małe restauracje, uliczni sprzedawcy i tłum spragnionych taniego piwa przechodniów. Zapach uryny mieszał się z woniami kuchennych wyziewów. Wszystko tutaj mimo swej dynamiki sprawiało wrażenie zatrzymanego czasu. Pobrzmiewały tu echa dawnego, minionego świata. Miejsce to już dawno przestało być traktowane jako wstydliwa enklawa, dzielnica rozpusty. Aby równouprawnić grzech, nie wystarczy powiedzieć, że od dziś dany czyn grzechem nie jest. Należy grzeszne wyuzdanie wynieść na ołtarze, na piedestały. Doprowadzić do tego, że grzesznicy będą dumni ze swych myśli, słów, uczynków i lenistwa. Tak też stało się i w tym przypadku. Sposób funkcjonowania dawnych dzielnic rozkoszy rozlał się na inne obszary metropolii, lecz ta jedyna w swoim rodzaju atmosfera nocnego karnawału pozostała wyłącznie tutaj z czasem stając się znakiem firmowym okolicy. Dlatego też to niegdyś wyklęte miejsce nadal „dbało” o swoją złą reputację, co było niczym lep na muchy przyciągający licznych turystów – i takich jak on, którzy akurat tego wieczoru poczuli potrzebę odmiany od swej codziennej monotonii. Nie zawiódł się. Mimo później nocy tętno dzielnicy

80


ciągle pulsowało, a może wręcz przyspieszało, jakby w seksualnym rytmie. Szedł wolno. Nie musiał długo czekać na nadarzającą się okazję. Za chwilę pojawiły się obok niego dwie prostytutki, wulgarnie okazując swe wdzięki. Gdy minął je, uprzejmym uśmiechem i kręceniem głowy odrzucając ofertę, te natychmiast z wymalowaną na twarzach pogardą wróciły na swe stanowiska próbując znaleźć kolejnego amatora swych wdzięków. Nagle zdał sobie sprawę, że co najmniej jedna z kobiet miała męskie rysy twarzy. Nie dał po sobie poznać obrzydzenia. Tego typu zachowanie mogłoby być uznane za dyskryminację. Człowiek z jego pozycją i pracą nie musiał się obawiać takich oskarżeń, lecz należało dmuchać na zimne. Wyuczone nawyki bycia anonimowym i wtapiania się w tłum nie pozwalały mu na to. A zawodowe nawyki wymagają ciągłego doskonalenia, przez co potraktował całą sytuację jako wprawkę do swojej profesji. Przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów. Jego wzrok przykuła młoda, drobna brunetka w czarnym obcisłym skórzanym stroju plącząca się leniwie po mniej zatłoczonym fragmencie chodnika. Miała schowane dłonie w kieszeniach kurtki i obserwowała z udawanym zainteresowaniem wystawy sklepów. Przyspieszył kroku i po chwili był już przy niej. Przystanął obok udając zainteresowanie wystawą pobliskiego sklepu. Tak naprawdę w szybie wielkiego okna wpatrywał się w jej odbicie. Dzięki temu mógł przyjrzeć się bliżej jej dziewczęcej twarzy, na której uwagę przykuwały duże brązowe oczy. Była piękna. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, na obu twarzach pojawiły się uśmiechy. - Nie boisz się chodzić sama nocą po tak paskudnej dzielnicy? - powiedział. - Czekam na swojego rycerza, który mnie obroni odrzekła dziewczyna. - To może coś zjemy? Będziesz moim gościem, księżniczko? - O! Tak w starym stylu? Oczywiście! - wzięła go pod rękę i ruszyli bez słowa w stronę pobliskiej chińskiej restauracji, przechodząc obok napotkanych wcześniej dwóch

81


ponuro w nią wpatrzonych zawodowych konkurentek. Odpowiedź na pytanie: jaki zawód jest najstarszy na świecie, wydaje się wręcz banalna. Oczywiście - prostytutka. Ale czy na pewno? W tym samym czasie, gdy pradawne samice, zanim można było nazwać je kobietami, oddawały się samcom ze swego stada za kawałek mięsa, rywalizacja o władzę w stadzie zawsze doprowadzała do konieczności likwidacji przeciwników. Zawód kata był więc równie stary i wymagał zawsze precyzji, a potem wręcz pedanterii, przewidywania wszelkich okoliczności. A wszystko po to, aby mieć więcej mięsa i więcej samic. Po latach już samo wyliczenie długości i grubości sznura do szubienicy wymagało zawodowego doświadczenia. Im delikwent był cięższy, tym potrzebował krótszego stryczka. Z kolei im cięższą fizyczną pracę wykonywał, tym posiadał grubszy kark, a to z kolei determinowało zarówno długość jak i grubość powrozu. Innymi słowy, każdy z detali życia skazańca miał tu znaczenie. Praca kata nigdy nie należała do zajęć przyjemnych, lecz podobnie jak praca prostytutki należała do tych niezbędnych. Tłumiła społeczne napięcia, dawała poczucie sprawiedliwości i wreszcie odstraszała od popełniania przestępstw. Ścięcie, zwłaszcza mieczem wymagało od dawnych katów jeszcze większej precyzji i opanowania. Istniało także całe zawodowe podziemie, które w zależności od precyzji, niezawodności i umiejętności dotarcia do ofiary definiowało katowskie honoraria. Profesja dziwki wydaje się jeszcze bardziej trudna do scharakteryzowania. Od brudnej, starej, zapijaczonej cichodajki, od której jej klienci za kawałek chleba nie oczekiwali niczego więcej niż tylko osłabienia fizjologicznego napięcia, po wyrafinowane, pachnące, luksusowe kurtyzany, zapewniające swym klientom za słoną opłatą wyrafinowane rozkosze. Wiele kwestii łączy obie te profesje, jednak jedna na pewno je dzieli. Kat i prostytutka dają swym ofiarom ukojenie, ale katom i ich klientom zależy szczególnie na tym, aby osiągnąć to szybko i bezboleśnie. Klienci dziwek preferują

82


raczej dłuższe usługi, a niektórzy nawet chcą, aby bolało. Jedna cecha wspólna wydaje się aż nader oczywista: kat i dziwka są tylko narzędziami w cudzych rękach. To tylko instrumenty wypełniające za pieniądze cudzą wolę. Nie chodzi o to, która z tych profesji ma chronologiczne pierwszeństwo, bo oba zajęcia są tak samo wieczne, bez względu na to, jakie zakazy prawne czy obyczajowe będą je ograniczać. Chodzi o to, aby będąc narzędziem bez względu na wykonywaną profesję, odnaleźć w sobie odrobinę człowieczeństwa, która wymyka się z procedur i nawyków. A co się stanie, gdy spotka się dwójka takich profesjonalistów i odkryje w sobie ludzi? Czasami połączenie dwóch całkowicie nieszkodliwych substancji może doprowadzić to eksplozji. Gdy weszli do środka i zajęli miejsce przy stoliku, zaczęli wnikliwie studiować podane im przez kelnera karty. W trakcie tej czynności nawzajem dyskretnie spoglądali na siebie. W pewnej chwili ich oczy spotkały się. Oboje niczym dzieci przyłapane na psocie poczuli zawstydzenie. W jednej chwili spuścili wzrok tak jakby udali, że to płomień stojącej pośrodku stołu świecy był obiektem ich zainteresowań. - Jak masz na imię? - Jan pierwszy przerwał krępującą ciszę. - Karolina... Nie pytasz mnie o cenę, tylko o imię? To takie niespotykanie w dzisiejszych czasach. - Taki już jestem. Czasy nie mają tu większego znaczenia. - Rzeczywiście, czuję się jak księżniczka. A jak ciebie zwą, rycerzu? - Jestem Jan. I jeśli mam na coś ochotę, to cena raczej nie gra roli. - Czy to znaczy, że zwykle zaprzyjaźniasz się z befsztykiem przed jego zjedzeniem? To wyjątkowa perwersja. - Jesteś za inteligentna na tę robotę. - A ty za przystojny na swoją. - A skąd wiesz, co robię? - Nie wiem, ale masz wypisany smutek w oczach. Musi

83


bardzo cię mierzić twoje zajęcie. Poza tym na każdą pracę jesteś za przystojny. - Nigdy w ten sposób nie myślałem. - powiedział Jan z wystudiowanym uśmiechem i spojrzał na jej piersi ukryte tylko pod cienką przylegającą ściśle do ciała skórzaną bluzą. Po chwili spojrzał na jej twarz. Podobała mu się. Widząc na sobie jego wzrok, poczuła się jakby lekko zawstydzona. Chciał w tej chwili aby jej słowa nie były tylko jej zwykłą zawodową kokieterią. - Ja na co dzień studiuję etnologię na uniwersytecie. Zawsze mogę powiedzieć, że to, co robię, to nic innego jak badania metodą obserwacji uczestniczącej. - przerwała tymi słowami niezręczną ciszę, która nagle zawisła nad ich stolikiem. Nie powiodło się jej. Pomyślała, że odbierze te słowa jako próbę usprawiedliwienia za wykonywaną profesję i milczała zawstydzona. Właściwie to milczeli oboje i wpatrywali się już w siebie nie bacząc na wstyd oraz migoczący płomień świecy. „Dlaczego ona się usprawiedliwia?” - pomyślał Jan tuż przed przybyciem kelnera z zamówionymi daniami. Po tym byli już wyłącznie pochłonięci jedzeniem i od czasu do czasu zerkali na siebie. - I co masz zamiar robić po tych studiach? - zapytał Jan, zaczynając ponownie rozmowę od porzuconego wcześniej wątku. - Nie znoszę tego pytania. Będę pewnie żyć. A co mamy innego do roboty? Być może będę dziennikarką. - Nie znoszę dziennikarzy. - O! Czy ja też już jestem na tej liście nielubianych? Czy nie uważasz, że przyklejasz w ten sposób ludziom etykietki? - Nie. To empiryczna obserwacja. Nie napotkałem dotychczas ani jednego dziennikarza, który by się na czymś znał, który by coś wiedział, albo który by posiadał elementarny dar kojarzenia faktów. Wszystko to pozbawione zasad gryzipiórki, które czekają tylko na to, aż ktoś za pieniądze wciśnie im tekst do ręki i pozwoli się pod nim podpisać swoim nazwiskiem. Kiedyś podobno byli prawdziwi dziennikarze.

84


Zawód ten był czymś w rodzaju społecznego powołania. Wybacz, ale jesteś za mądra na wykonywanie tej profesji. No chyba, że chcesz, aby dzięki tobie dziennikarstwo przeżyło swój renesans. - Nie mam ambicji zbawiania świata. Dziennikarze są tacy jak ich czytelnicy. Chodziłam do szkoły z dziewczyną, która teraz studiuje beatlesologię. - Co takiego? - Beatlesologię. Naukę o Beatlesach. To taki zespół rockowy z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. - ironizowała dziewczyna. - Ostatnio bardzo modny kierunek. Pytanie, co można robić po czymś takim? Jeśli ktoś ma trochę umiejętności artystycznych, to może co najwyżej prowadzić potańcówki dla dogorywających podrabianych hipisów. Bo ci prawdziwi, z uwagi na ilość dragów w organizmie, już dawno temu wyfrunęli przez kominy. - To ciekawe. Ciekawe czy uczą na tym studiach o ostatniej płycie Georga Harrisona, która nosiła tytuł „Pranie mózgu”. Na okładce tej płyty manekiny ustawione jak do rodzinnego zdjęcia obejmują telewizor. A na ich tle wyświetlana jest flaga z gwiazdek na niebieskim tle, jak żywo przypominająca sztandar Federacji. - Przecież wtedy nie było jeszcze Federacji. Pojawiła się dopiero potem, gdy po wielkim kryzysie zapanował dzisiejszy ład. - Masz rację. Ale gwiazdki na niebieskim tle to stary motyw powszechnie używany jeszcze zanim powstała Federacja. Ciekawe, kiedy ktoś wymyśli flagologię? - zapytał Jan. - Może właśnie ty ją wymyśliłeś? - odpowiedziała Karolina. - Jest już pornologia, czyli nauka o pornografii. Uruchomiano właśnie pierwszą w kraju katedrę. Podobno przychodzą tłumy na wykłady. - To niesamowite, co mówisz. Tylko gdzie tu jest nauka? - Za to jest pewnie przyjemnie. I co, nie fajnie być specem od pornosów z dyplomem? Dotąd specjaliści z tego

85


zakresu siedzieli w domach lub w Internecie, gapiąc się, jak robią to inni. A tak pewnie mają szansę uczestnictwa w zajęciach praktycznych. Nauki nie ma już od dawna. - Za to teraz każdy zboczeniec może powiedzieć, że jest naukowcem. - Nawet nie chodzi o to, ale co generalnie może w dzisiejszych czasach robić człowiek? Większość absolwentów wypluwanych przez szkoły i tak nie znalazłoby żadnego zatrudnienia, więc studia straciły już dawno swój praktyczny charakter. To takie intelektualne hobby. A pracę i tak znajduje się przez przypadek, znajomości lub obrotny tyłek. I masz pretensję do dziennikarzy za to, że są jacy są? - Chyba mnie przekonałaś. - powiedział Jan. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje na uniwersytetach. W jego zawodowym slangu nazywano je „akumulatorami”. Były przechowalnią dla całej masy ludzi, z którymi i tak nie wiadomo było co zrobić. Akumulatory były także narzędziem szczególnej inżynierii społecznej jego resortu zwanej: „wyrównywanie”. Polegało to na przyjmowaniu na uniwersytety jak największej liczby idiotów i otwieraniu dla nich jak największej ilości durnych specjalności. Ci prawdziwi, intelektualnie utalentowani, zostawali co najwyżej sprzedawcami w dziale z warzywami jakiegoś marketu. Przecież gdy ktoś chce wyrównać sztachety w płocie, musi zrobić to do tej najkrótszej. Swoje robił też panoszący się powszechnie polityczny nepotyzm, wprowadzający tylnymi drzwiami do wszelkich instytucji bandę totalnych imbecyli, ale legitymujących się świetnymi ocenami na studiach. Po co to wszystko? Człowiek inteligentny i wykształcony jest niebezpieczny, szuka dziury w całym, dyskutuje, chce zmian, a co najgorsze - przekonuje innych do swych racji i poglądów. Innymi słowy, sieje niepotrzebny ferment. A tak zamiast nich powstają dwie kategorie ludzi całkowicie nieszkodliwych: ćwierćinteligent, uważający się za pępek świata, lecz tak naprawdę znający swe możliwości, więc siedzący cicho, i inteligentny pracownik stacji benzynowej o niskiej samoocenie. Dzięki temu prostemu

86


zabiegowi po ulicach chodzi cała masa niezdolnych do buntu osobników, bo do jakiegokolwiek buntu czy zmiany potrzebna jest elita. A tymczasem potencjalni członkowie tej elity, zamiast rozmontowywać system będą co najwyżej rozmontowywać samochody na stacji napraw lub na szrocie, a jedynym buntem, do jakiego będą zdolni, będzie pokazanie szefowi środkowego palca, na dodatek gdy on tego nie widzi. W całym tym zamieszaniu nie chodzi nawet o dostęp do wiedzy, lecz o celowo podsycaną przez jego resort kastowość. Dzięki niej robotnik nie ma szans zostać wysłuchany przez tak zwanych „intelektualistów”, bo jedyne czego doświadczy z ich strony to pogarda. Więc nawet nie próbuje. Poza tym czasy, w których robotnik mógł stanąć na czele ruchu społecznego, już dawno odeszły do lamusa. Jeśli nawet coś takiego mogłoby się zdarzyć, ów „lider” musiałby być pracownikiem Firmy. Nie było przecież innego wyjścia. Gdy skończyli posiłek i Jan uregulował rachunek, oboje udali się do wyjścia. Ona znów wzięła go staromodnie pod rękę. Nie pytała o nic. Przeszli przez coraz bardziej pustoszejące ulice dzielnicy. Godziny godów powoli mijały, a na posterunkach pozostały tylko pełniące rolę seksualnego pogotowia zawodowe weteranki. „Im bliżej do końca imprezy, tym atrakcyjność jeszcze nie zajętych, potencjalnych partnerek wzrasta. Tym się teraz zajmuje nauka” - pomyślał Jan, mijając jedną z dwóch oferujących mu wcześniej swe usługi prostytutek. Dziewczyna wtuliła się w jego ramię. Gdy stanęli przed wejściem do apartamentowca, w którym mieszkał, spojrzała na swego klienta i rzekła z uśmiechem: - Nic dziwnego, że nie pytasz o cenę. Ale uważaj, jeśli mieszkasz tutaj, to może ona niebezpiecznie wzrosnąć. - Jestem na to przygotowany. Gdy będziesz chciała za dużo, przywiążę cię do łóżka i zostawię na najbliższy tydzień. Gdy to powiedział, ona popatrzyła na niego z uznaniem. - Od hurtowej usługi przysługuje rabat. Tylko będziesz musiał mnie puszczać na zajęcia. Ale nie martw się. Sama wrócę. - Ostatnie słowa wypowiedziała ze szczerym śmiechem.

87


W tak dobrym nastroju przekroczyli próg apartamentowca, mijając zazdrosne spojrzenie sennego portiera. Po dotarciu na górę, otwarciu drzwi i wejściu do środka mieszkania zaczęli się całować i zdejmować z siebie odzież. Ich skłębione, obejmujące się nawzajem ramiona runęły w końcu na pościel łóżka, czyniąc razem z nią jeszcze większe kłębowisko. Tak trwali w uniesieniu, wnikając w siebie nawzajem i wydając przy tym miłosne westchnienia. W końcu legli obok siebie wyrywając szybkimi oddechami hausty powietrza. Oddechy ich stawały się coraz wolniejsze, aż żar ustał całkowicie. Jan spojrzał na nią. Spała. Wstał powoli i poszedł do kuchni nastawić czajnik. Gdy wrócił po dłuższej chwili do pokoju z dymiącym kubkiem w ręku, ona siedziała w jego rozpiętej koszuli odsłaniającej obfite piesi. - O, nie śpisz, księżniczko. Chcesz herbaty? - zapytał. Może zbyt czule jak w stosunku do osoby będącej tylko stroną usługowej transakcji. - Gdzie są tacy mężczyźni jak ty? Co? Dlaczego nie masz stałej kobiety? Dlaczego nie masz nawet telewizora? - Nie lubię indoktrynacji. Telewizja zastępuje ludzkie myśli, a ja żyję z myślenia. Kobieta była, ale nie żyje - mówiąc to zamyślił się na chwilę. - Jak to się stało, że zostałaś prostytutką? - zmienił temat. - Zajęcie jak każde inne. Niektóre moje koleżanki są kelnerkami, inne opiekują się dziećmi prominentów, a ja lubię mieć dużo wolnego czasu na rozmyślania i czytanie. To zresztą ciekawe, jak to się dzieje, że ludzie dokonują takich a nie innych wyborów? Poza tym mój kierunek studiów nie jest objęty ministerialnym priorytetem, więc nie dostaję stypendium. Bo po co komu specjalista od tej i innych kultur? Jeszcze będąc nawet największym kretynem wpadnie na heretycki pomysł, że świat, w którym żyjemy, nie jest najdoskonalszym ze światów? Muszę więc utrzymać się sama, a nikogo nie obchodzi, skąd taki student ma pieniądze. Na wspomnienie o ministerstwie Jan drgnął ledwo dostrzegalnie, co wprawiło go w lekką irytację. „Zaczynam reagować dość nerwowo - pomyślał - muszę poćwiczyć

88


reakcje”. Lecz natychmiast inna myśl przyszła mu do głowy. - A jaki był najlepszy ze światów? - zapytał, wywołując u niej uśmiech. Karolina zapięła koszulę i wyprostowała się, jakby rozpoczynała wykład. To przedstawienie sprawiło, że towarzyszące mu przed chwilą uczucie irytacji odeszło całkowicie. - To trudne pytanie - zaczęła poważnie. - Zależy, jak będziemy rozumieć to pojęcie. Dla mnie dobry świat to taki, w którym władza w takiej czy innej formie nie każe mi każdego dnia na nowo udowadniać swojej przydatności, gdzie nie są marnotrawione owoce pracy. - A czy taki świat w ogóle kiedyś istniał? - Tak. Tylko my zatraciliśmy punkt odniesienia, bo żyjemy w monokulturze. Oczywiście nie licząc islamu, z którym tylko pozornie wygraliśmy wojnę, odgradzając się od niego murem i wypędzając tych ludzi ponowie na pustynię. Było wiele kultur, miejsc i czasów, gdzie ludzie żyli szczęśliwie. Dla mnie takim okresem jest średniowiecze, bez względu na to, co sądzi o tym okresie nasza dzisiejsza powielana od wieków pseudonaukowa propaganda. Ponowne wepchnięcie chrześcijan do katakumb jeszcze odbije nam się czkawką. Zobaczysz. - Średniowiecze to przecież straszny syf. Ludzie wtedy się przestali myć i palili na stosie akuszerki uważane za czarownice. - To właśnie miałam na myśli, mówiąc o pseudonaukowej propagandzie. Ludzie przestali się myć pod koniec średniowiecza, obawiając się zarazy, która może wejść przez pory w skórze. Tak naprawdę śmierdzieli w renesansie, którego sama nazwa jest wyrazem późniejszej propagandy. Gdyby policzyć ofiary rewolucji francuskiej, okazałoby się, że w przeciągu dekady w samej Francji zginęło wielokrotnie więcej ludzi niż w przeciągu całego średniowiecza. Inkwizycja skazywała na stosy bardzo rzadko i w uzasadnionych przypadkach. Słyszałeś może o aferze grabarzy z Frankenstein? - O Frankensteinie, owszem, ale o grabarzach nie.

89


- Jedno nie pozostaje bez związku z drugim. Po procesie spalono tam żywcem i wcześniej okaleczono kilkanaście osób. Grabarzy. Był to rok 1606 i w mieście Frankenstein na Śląsku, od nazwy którego potem wymyślono Frankensteina, panowała zaraza. Kilku grabarzy przygotowywało proszek z zarażonych zwłok i smarowało nim klamki w domach bogatych mieszczan. Wielu ludzi zmarło, a oni rabowali ich domy. - Nakręcali sobie koniunkturę - wtrącił Jan, lecz od razu pomyślał o swojej profesji, która niewiele różni się do tego, co czynili tamci nieszczęśnicy, i poczuł dawno nie zaznane uczucie wyrzutów sumienia. - Bez wątpienia. Gdy proceder wyszedł na jaw, zostali spaleni na stosach. Ale to już nie było średniowiecze. Jakieś pięćset lat później w nie tak bardzo odległym mieście lekarze karetek pogotowia dobijali zastrzykami swych pacjentów, bo zakłady pogrzebowe płaciły im za informację o zwłokach i ich dostarczenie. To też nie było średniowiecze. Już teraz wiesz, dlaczego nie dają nam stypendiów? - No tak. Teraz już rozumiem. A tak apropos grabarzy i pochówków, znasz się na nowych rytuałach pogrzebowych? zapytał. - Co to znaczy, czy „znam się”? Wiem o nich tyle, ile każdy człowiek wiedzieć powinien. Zamykają nasze życie, są obecne we wszystkich kulturach i w pewien sposób definiują nasze człowieczeństwo. Są tacy, którzy twierdzą, że możemy mówić o człowieku nie wtedy, gdy chwycił kij do ręki lub stanął w pionie, ale właśnie od chwili, gdy nasi przodkowie zaczęli organizować pogrzeby swych zmarłych. Dlatego dziczejemy. Długofalowo dziczejemy. - A kanibale, którzy pożerali swych nieboszczyków? - Och. To nie tak. Tego typu formy są charakterystyczne dla prymitywnych koczowników. Ciała zmarłych stawały się ciałami ucztujących potomków. Według wierzeń tych plemion mądrość martwych przodków przenikała umysły żyjących, a ich dusze zaczynały stanowić jedność z duszami potomków wzmacniając je. W to oni wierzyli i z ich punktu widzenia było

90


to bardzo racjonalne. Nie mieli przecież stałego miejsca i trudno wyobrazić sobie, że nosiliby szczątki swych zmarłych bliskich na plecach z miejsca na miejsce. Oni po prostu w ten sposób zabierali ich ze sobą w swoich ciałach, a nie mieli przecież przyczep campingowych. Ci z pozoru prymitywni ludzie mieli silną potrzebę ciągłości, więzi ze swoimi przodkami. Tą którą my właśnie kompletnie zatracamy wraz z naszym człowieczeństwem. - Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. - Bo ktoś pomyślał już za ciebie. Nauczył cię myśleć w ściśle określony sposób. - Kto? - zapytał, jakby stał przed obliczem zdemaskowania. - Dawniej była to nasza kultura i cywilizacja, a teraz wszechobecna propaganda. - Jan spojrzał na nią z jeszcze większym zaskoczeniem. To, co mówiła, nie było dla niego niczym odkrywczym, ale procesy, o których mówiła, znał od kuchni nie zdając sobie do końca sprawy, że mają jakiś szerszy wymiar. - A o jakie konkretnie rytuały ci chodzi? - powiedziała Karolina, wracając do pierwotnego wątku dyskusji, tak jakby uznała, że ten poziom abstrakcji do niego nie dociera. - O te współczesne. Przecież sama powiedziałaś, że to jest obecne w każdej kulturze. - Formalnie one istnieją w szczątkowej formie, ale to za mało. Nie mam na myśli rzecz jasna wysypywania popiołu do morza, bo to przypomina bardziej wywiezienie śmieci na wysypisko niż pogrzeb, ani listu, który wysyła jakiś urząd do bliskich i znajomych wskazanych wcześniej przez zmarłego. To właściwie proteza jakiegoś rytuału. Najprawdopodobniej chodzi o to, że trzeba ostrzec wszystkich, zwłaszcza dostawców prądu, sieci, wody, że ten jegomość już nie będzie korzystał z ich usług i niech nie nasyłają mu firm windykacyjnych po niezapłacony rachunek. Są także takie przypadki, że kogoś żywego potraktowano przez pomyłkę jako nieboszczyka, a potem trwała długa walka o to, aby „przywrócić go do życia”. Przecież zmartwychwstanie to zabobon, więc programiści mieli dużo

91


problemów, aby to sprawić. Skończyło się na tym, że ofiarowano staruszkowi nową tożsamość, tak jakby właśnie przybył z innego kraju. „Gdyby ona mogła wiedzieć, jak to się odbywa naprawdę” - pomyślał Jan. Znał te paradoksy na pamięć. Wiedział doskonale, że biurokracja to nic w porównaniu do skomputeryzowanej biurokracji, w której nie ma miejsca na zdrowy rozsądek. - A czy istnieją jakieś nieformalne rytuały związane ze śmiercią? - zapytał. - Oczywiście, że tak. Jest ich co najmniej kilka. Najpopularniejszy to ten z modlitwą i białym kwiatem. Są też inne, związane z odmawianiem modlitw i pisaniem e-maili do zmarłych w rocznicę ich śmierci. - Co? - Tak. Wysyłasz wiadomość, a serwer ci odpowiada, że ta skrzynka nie istnieje i że wiadomość nie została dostarczona. Oczywiście, że nie została, bo zmarłego wśród nas już nie ma. Nadawca doskonale wie o tym. To rodzaj pamięci podobny do zapalania dawniej świeczek na grobach. To tak jakby serwer przypominał wysyłającym: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Jan przysłuchiwał się uważnie tym nowym dla siebie informacjom. Będzie musiał po powrocie do pracy sprawdzić, jaki duży jest ten „pocztowy proceder”. Na razie musi dowiedzieć się jak najwięcej. - Jak sądzisz, dlaczego zakazano kultu zmarłych? - To przecież proste. Gdy pamiętamy o rodzicach, pamiętamy też o dziadkach, pradziadkach i innych krewnych, pamiętamy wtedy też o historii. A po co pamiętać o tym, co było? Ważne jest to, co dzieje się teraz i co będzie w świetlanej przyszłości. Wszystko, co stare i historyczne niepotrzebnie nas wikła w przeszłość. Ale to bardzo doraźnie myślenie i podkopujące nasze cywilizacyjne podstawy. Doprawdy, aż trudno uwierzyć, że coś takiego wymyślił człowiek. - To bardzo ciekawe. Ja jednak sądzę, że zrobiono to z bardziej praktycznych powodów.

92


- Ależ oczywiście. Teraz wszystko jest praktyczne, naukowe, racjonalne i potrzebne. Nie ma wartości absolutnych, za wyjątkiem poczucia szczęścia i świętego spokoju. Wszystko pozostałe ma do niego dążyć. Zauważyłeś? Świętość - atrybut boski, zastąpiono świętym spokojem. Co ciekawe, zrobiono to w społeczeństwie, które chlubi się tym, że jest dynamiczne, a chce spokoju, czyli stagnacji. - Masz bardzo oryginalne poglądy. - To moja przypadłość, wynikająca ze studiów, jakie wybrałam. Ale to ciernista droga. Poza paroma profesorami, których od czasu do czasu można pokazać w TV jako gadające głowy, etnolodzy nie są nikomu potrzebni. Za to mogę robić to, co lubię. - Nie da się ukryć, że dość profesjonalnie odpowiedział Jan słowami, które nie wiadomo czy dotyczyły jej wykładu czy wykonywanej przez nią profesji. Ów nie wiadomo czy żart, czy komplement nie wywołał na jej twarzy ani uśmiechu, ani zadowolenia. Postanowił więc szybko zmienić temat, lecz nie zdążył. - Nie, nie uraziłeś mnie - powiedziała. - Wiesz, co jest fajnego w dawaniu dupy? Człowiek nie musi ubierać się w szary garniturek grzeczniej panienki i wstawać rano do nikomu niepotrzebnej roboty, w nikomu niepotrzebnej instytucji, aby tam dawać dupy jakiemuś obleśnemu typowi za jego przychylność. Omijam niepotrzebne elementy tej maskarady, mam dużo czasu i dużo więcej pieniędzy. Poza tym zakupy ciuchów można wrzucić w koszty działalności. - Tym razem Karolina się uśmiechnęła. - Podobno operacje plastyczne też, ale gdy patrzę na ciebie, to mam nadzieję, że jeszcze długo nic podobnego nie przyjdzie ci do głowy. Po jej rekcji Jan stwierdził, że komplement poskutkował. - No dobrze. A co się dzieje, gdy człowiek się rodzi? powiedział usiłując definitywnie zapomnieć o niewygodnym temacie. - Jak to co? Myje się go i ubiera. - odpowiedziała trochę znudzonym i zmęczonym głosem.

93


- Nie to miałem na myśli. Jeśli ludzie czynili i jak twierdzisz, nadal czynią jakieś śmiertelne rytuały, to pewnie są i takie, które robią ludzie, gdy człowiek przychodzi na świat. - Oczywiście, że tak. Dzieci chrzczono, czyniąc je dziećmi bożymi i zmywano z nich w ten sposób grzech pierworodny. - A czy coś pozostało z tego rytuału, bo on chyba także jest zakazany? - Nie wiem. Dotychczas nie rodziłam, a gdy sama przyszłam na świat, byłam za mała, aby pamiętać. - zaśmiała się. Gdy opanowała rozbawienie, powiedziała poważnie: - Nie interesowałam się nigdy tym problemem. Na pewno można się ochrzcić samemu, ale nie można do tego namawiać. A tak na marginesie, to czym ty się właściwie zajmujesz? Ja cały czas gadam o sobie, a o tobie nie wiem nic. - Jestem informatykiem. Nic specjalnego. - Powiedzieć, że jest się informatykiem w dzisiejszych czasach, to tak, jakby nie powiedzieć nic. Ale jak nie chcesz, to nie mów. Mało wiedzieć, to jeden ze sposobów na unikanie kłopotów w moim zawodzie. - Skończyłem już szmat czasu temu archeologię informatyczną. Powiązania między numerami IP, logami i stojącymi za nimi osobami dostarczają nam zdecydowanie więcej wiedzy o ludziach, niż klasyczne kopanie w ziemi. A gdy od czasu do czasu znajdzie się jakiś backup po nieistniejącym już dawno serwerze, to tak jakby wskrzesić dawno zapomniany świat. Dostanie się do ukrytego profilu kogoś znanego, możliwość przejrzenia jego ostatnich plików, przejrzenie rozmów ludzi, których już nie ma... Mógł ciągnąć dalej rozważania na temat swej wyuczonej profesji, tym bardziej, że dzięki temu sprytnemu wybiegowi nie musiał ani powiedzieć prawdy o miejscu swojej pracy, ani kłamać, wymyślając na poczekaniu jakąś historyjkę. Zdał sobie jednak sprawę, że chyba nieco zagalopował się i urwał w pół zdania. Spojrzał na zegarek. Już prawie świtało i nawet poczuł lekkie zmęczenie. - Mam spadać? - zapytała poważnie dziewczyna.

94


- Nie, prześpijmy się jeszcze trochę. Za parę godzin muszę iść do pracy. - Ja właściwie też, ale o tej porze już chyba nic nie zarobię. - Nic się nie martw, zapłacę za wszystko. - Wiesz co, nie spotkałam jeszcze takiego klienta. - A ja takiej dziewczyny. Mówiąc te słowa zdjął okrawający go szlafrok i zanurkował do łóżka, po czym wtulił się w jej ciało. *** Gdy obudził się, zegar wskazywał dziewiątą. Nerwowo poszukiwał jej obok siebie, lecz nikogo nie znalazł. Gdy wstał z łóżka, ujrzał ją siedzącą w kuchni przy stole przy kubku pełnym kawy. Obok dymił drugi, przygotowany dla niego. Tuż obok stał półmisek pełen kanapek. Ciągła pustość jego lodówki świadczyła o tym, że była na zakupach. Nie dał jej przecież dotychczas żadnych pieniędzy. Zatem oferowana mu usługa znacznie bardziej wykraczała poza obowiązujące w branży standardy. „Niewiele jest panienek inwestujących w ten sposób w swego klienta.” - pomyślał Jan i zrobiło mu się z tą myślą jakoś dziwnie dobrze. Poczuł się bezpieczny, jak wtedy, gdy żyła Ona. Widać, że oboje odeszli już od standardowego układu: klient i usługodawca. - Wstałeś? Kawa stygnie. Zjedz śniadanie. - Śniadanie? To jakaś królewska uczta! - W końcu księżniczka musi dbać o swego rycerza! uśmiechnęła się Karolina. - Wypij kawę, zjedz, a ja sobie pójdę. - dodała, prowokując poważną rozmowę. - Musisz? - zapytał z nadzieją w głosie, zdając sobie sprawę, że pakuje się być może w coś poważnego. W końcu prostytucja już od dawna nie była zawodem wyklętym. Wiedział o tym doskonale. Co więcej, prześladowanie tej profesji było jednym z zabobonów zwalczanych przez państwo w szczególny sposób. Nie przejmował się, kim ona jest, lecz

95


tym, jak szybko to się stało. Nie chciał, aby odchodziła, ale z drugiej strony nie był przygotowany na ciąg dalszy. Był w rozterce. Samotność, której nienawidził, przylgnęła do niego tak mocno, że nie wyobrażał sobie innego życia. Być może nadszedł jednak już czas, aby podjąć ryzyko? - Nie - odparła. - A więc może to nie sen? - zapytał retorycznie. Patrzyli sobie głęboko w oczy i uśmiechali się. Trwali tak przez dłuższą chwilę, po czym znowu zaczęli się uśmiechać i wpatrywać w swe twarze. - Jeszcze kawy? - zapytała, biorąc w dłoń jego kubek i nie mogąc określić, czy ma trafić do zlewu czy pod dziobek dzbanka do ekspresu. - Zapomniałbym cię zapytać. Co znaczy symbolika róży w kulturze? - Kurcze, poderwałeś kobietę czy encyklopedię? zaśmiała się lecz od razu spoważniała. - Kiedyś bywało z tym różnie. Pamiętasz taki stary film „Obywatel Kane” Orsona Wellesa? Zaczyna się sceną śmierci bohatera, a cały film to retrospekcja. Ostatnie słowo, które wypowiada to... - …różyczka. I wszyscy zastanawiają się, o co chodzi. A to był napis na jakimś meblu, który na koniec poszedł do pieca. - Właśnie. Generalnie róża to symbol piękna. Ma także bardzo głęboką symbolikę religijną, bo kojarzy się z cierpieniem i krzyżem. Jest także symbolem dziewictwa. Z drugiej strony to symbol miłości i kobiecości. Może ze względu na skojarzenie do kobiecych narządów płciowych. - O tym nie pomyślałem. A co symbolizowała róża na grobie, albo przy zwłokach zmarłego? - Wydaje mi się, że też wiele, ale na pewno miłość, empatię i nadzieję zmartwychwstania. Ale dosyć już tych wykładów. Męczysz mnie jak na jakimś egzaminie. Ciekawe o co byś mnie pytał gdybym studiowała astronomię. - Wtedy o nic. Płonąłbym pewnie jak meteoryt w twojej atmosferze albo szukałbym gwiazd w twoich oczach.

96


*** Wyszli razem. On do pracy, ona na zakupy. Wcześniej przygotowała całą kompletną listę najbardziej potrzebnych rzeczy. Przelał jej jeszcze tylko niewielką kwotę pieniędzy na telefon. Nie było to rzecz jasna honorarium za wykonane usługi, lecz na kupno potrzebnych w domu produktów. Umówili się, że spotkają się po południu, gdy ona skończy zajęcia. Jeszcze odwrócił się i patrzył z uśmiechem na jej ponętne ciało, gdy odchodziła. Ruszył w końcu w swoją stronę, wtedy ona także przystanęła i spojrzała na jego oddalającą się postać. Dziwne było to, że nie spodziewał się, iż przerwanie jego samotności nastąpi w tak niespodziewany sposób. Układ w takich sytuacjach był z reguły prosty i nie wymagał specjalnych uzgodnień. Wystarczyła właściwie dobra wola obu stron. Ona zamieszka razem z nim, oferując mu towarzystwo i wszystko, co z niego wynika, on natomiast będzie ją utrzymywał i dawał dach nad głową. Naturalną konsekwencją wspólnego zamieszkania było wszakże wstrzymanie się od kontaktów płciowych z innymi osobami. Na podobnych zasadach opierała się większość formalnych i nieformalnych związków. Jak długo to potrwa? Nie wiadomo. Niekiedy trwało to całe życie. W większości przypadków jednak tego typu związki rozpadały się bardzo szybko. Czym innym były trwale zalegalizowane małżeństwa, które w odróżnieniu od tych znanych jeszcze sto lat wcześniej, były właściwie utrzymywanymi przez państwo przedsiębiorstwami do płodzenia i wychowywania dzieci. Za cenę swobody osobistej i dwudziestoczterogodzinnego zaangażowania taka dwuosobowa firma miała pewne przywileje: wolno stojący dom i brak troski o byt. Takie małżeństwa były długoletnimi kontraktami na rozmnażanie i wychowywanie. I to nie tylko własnego potomstwa, ale także dzieci z innych rozpadających się przedwcześnie związków. Rozpadające się małżeństwa pozostawiały bowiem z reguły owoce swej dawnej miłości innym do wychowania. Był to rezultat stopniowego zaniku

97


rodzinnych więzi, przejawiający się często właśnie całkowitym brakiem zainteresowania o losy dzieci przez rodziców, i odwrotnie. Zjawisko to było zresztą jednym z głównych wątków antyrodzinnej propagandy. Osoby tworzące zastępcze rodziny kontraktowe musiały wyróżniać się nienaganną opinią i wychowywać dzieci wyłącznie w oficjalniej państwowej ideologii, no i - rzecz oczywista - przynajmniej się tolerować. Z eksperymentu polegającego na oddawaniu dzieci pod opiekę par homolubnych w końcu zrezygnowano. Okazało się, że wychowane w tego typu związkach dzieci miały zaburzone wzory społecznych ról i nie radziły sobie potem we własnych, późniejszych związkach. Problem ten często porównywano do wypuszczania na wolność dzikich zwierząt wychowanych przez człowieka. Otrzymując gotowe pożywienie, zatraciły łowiecki instynkt, a to dlatego, że brakowało im rodzicielskiego wzoru uczącego przetrwania i polowania. Poza tym drobnym wyjątkiem udało się znacznie osłabić tradycyjną rodzinę, ten ostatni bastion niezależnej socjalizacji. Jan znał doskonale tego rodzaju przedsiębiorstwa wychowawcze. Sam spędził w jednym z nich dzieciństwo. Ze wspomnień pozostał mu tylko ciepły wizerunek babci. Po jej śmierci trafił do jednej z takich „rodzin”. Nie było to miejsce złe, lecz także dalekie od ideału. Rodzinne ciepło zastępowały procedury, rodziców - obce osoby, nie wiedzieć dlaczego zwane mamą i tatą, a rodzeństwo - rywalizująca banda dzieciaków w różnym wieku. Ci, którzy zaznali choć odrobinę rodzinnego ciepła, nie mogli się odnaleźć w tym środowisku. Właściwie każdy mógł mieć taką rodzinę. Zresztą cała polityka „bezindoktrynacyjnej socjalizacji” nie była oficjalną polityczną doktryną systemu. Wprowadzano ją jednak, jak wszystkie długotrwałe polityki, w sposób nieformalny. Aby mieć „normalną” rodzinę trzeba było kilku czynników: odpowiednio grubego portfela, wyuczoną odporność na propagandę, zwłaszcza tę konsumpcyjną, i odrobinę samozaparcia. W praktyce wszystkie te kwestie były bardzo trudne lub wręcz niemożliwe do osiągnięcia. Powstawały więc także i tradycyjne małżeństwa zawierane z miłości, które często

98


chciały mieć dzieci. Prawo tego nie zakazywało, lecz cały system był zorganizowany tak, aby wychowanie dziecka w tego typu rodzinie napotykało na wiele barier, od finansowych począwszy, na wytykaniu palcami skończywszy. W wyniku czego znaczna część tego typu rodzin konkurujących z „zalecanym modelem rodziny” po kilku latach i tak ulegała rozpadowi, a dzieci trafiały do owych „kołchozów” będących tylko formą dawnego domu dziecka. Propaganda często podkreślała fakt kruchości małżeństw, udowodniając wyższość „nowoczesnego modelu rodziny” nad tym tradycyjnym. „Oddaj swe dziecko profesjonalnym rodzicom” - grzmiały nagłówki pism kobiecych. Był wszakże jeden marginalny wyjątek od tej zasady. Dotyczył on rodzin wiejskich, gdzie wychowanie dzieci łączono z pracą zawodową w rolnictwie. Nie wynikało to z ideologicznego odstępstwa, lecz bardziej z braku chętnych do pełnienia roli zastępczych rodzin na tych i tak wyludnionych obszarach. Mimo tego, że od kilku pokoleń, aby mieć całkowity nadzór nad dzieckiem, trzeba było skończyć specjalny kurs, w przypadku mieszkańców wsi przymykano jednak oko i na tą zasadę. Poza tym po co zmieniać samą rodzinę? Wystarczy stworzyć coś, co ma jej znamiona i nazwać go dokładnie tak samo. W końcu to ten twór pozostanie rodziną, a prawdziwa rodzina będzie co najwyżej obiektem drwin. Bo czy nie wystarczy, stosując tę samą sztuczkę, nazwać członków tradycyjnych rodzin: „dzikusami”, a samą rodzinę: „patologiczną i nieprofesjonalną głupotą”, aby po pewnym czasie wszyscy uwierzyli, że tak jest naprawdę? Zmiana znaczenia słów była od dawna skutecznie wykorzystywanym przez system fortelem w wielu dziedzinach życia. Na każdym kroku stosowano ten zabieg. Nieodosobnione przykłady to następujące określenia: „świątynia” - dom towarowy, „modlić się” - bardzo czegoś chcieć i tak dalej. Początkowo słowa te, stosowane były wyłącznie w młodzieżowym slangu i bardzo szybko podchwytywane przez media stawały się powszechnie używanymi terminami. Pomimo ciągle nie wygranej do końca walki o „bezindoktrynacyjną socjalizację”, we wszystkich

99


mediach jak ognia unikano słowa: „rodzina”, jakby chciano wymazać je ze słownika i w ten sposób samą instytucję skazać na niebyt. I tak na przykład wiejskie familie nazywano w oficjalnej propagandzie „przedsiębiorstwami pokoleniowymi”. Problematyka języka stanowiła zupełnie inne interesujące zagadnienie. Bo to przecież język wpływa w końcu na sposób pojmowania świata i go definiuje. Upraszczanie języka i tworzenie coraz szerszych, a przez to nic nieznaczących pojęć, już dawno nie spełniało pokładanych w tym procesie oczekiwań. Zjawisko to przeczyło oficjalnej ideologii postępu i rozwoju, która zakładała potrzebę uszczegóławiania i precyzowania. Wymyślono zatem inną strategię. Tworzono nowe terminy coraz precyzyjniej opisujące przedmioty i zjawiska, ale czyniono to niemal wyłącznie w sferze technicznej, potoczny język stawał się coraz bardziej prymitywny, przy jednoczesnym zalewie wielu nowych technicznych terminów. „Sztuką jest tak się cofać, aby wszyscy myśleli, że idziemy do przodu” - powiedział kiedyś na zamkniętej konferencji pewien wybitny cybernetyk, który z konieczności zachowania pozorów ukrywał się na co dzień pełniąc rolę naukowca na jednym z uniwersytetów. Innym, choć nie tak płodnym obszarem słowotwórstwa były terminy, które nie pozwalały przekazać emocji, a przez to kogoś urazić. Język - nawet ten oficjalny - stawał się zatem gładki, byle jaki, beztreściowy. Uniwersalnym słowem zastępującym wszelką krytykę stało się słowo „kontrowersyjny”. Znaczyło ono, że o kimś lub o czymś można powiedzieć dobrze lub źle, a samo podejrzenie o różnorodność ocen stawało się już zarzutem. Nie mówiono zatem już „głupi pomysł”, lecz „gołębi pomysł”, gdyż głupota została już dawno uznana za przywarę nie indywidualną, lecz społeczną. Bo w świecie oficjalniej ideologii to społeczeństwo ponosi winę za brak intelektualnych zdolności jednostki. Dochodziło niekiedy do kuriozalnych sytuacji, gdy w miastach preferencje w dostaniu się do pracy miały wyłącznie osoby mniej zdolne. W końcu równość szans była fundamentem stabilności tego

100


społeczeństwa. Tendencja ta nie napotykała większego oporu. Już przez sam fakt, że cechą charakterystyczną ludzi posiadających wyższy poziom intelektualny jest ich oportunizm i indywidualność, istnieje więcej płaszczyzn ewentualnego między nimi podziału. Nie mogli oni zatem stworzyć jednolitej siły, z którą system musiałby się liczyć. Żyli więc niemal na marginesie, rekompensując sobie to poczuciem elitarnej dysydenckiej wyższości. Jan podejrzewał, że taka właśnie jest Karolina. „Jeśli wychowała się w tradycyjnej rodzinie, a rodzice skończyli podobne jak ona studia, oznaczać to będzie dysydenckie korzenie” - pomyślał, docierając do gmachu urzędu, i czuł, że znowu pakuje się w jakieś kłopoty. Gdy dotarł na miejsce, zdał sobie sprawę, że jest w pracy przed czasem. Usiadł więc do komputera, aby sprawdzić życiorys Karoliny. Miał przecież ID jej telefonu, gdyż wcześniej przelał pieniądze, a to całkowicie wystarczyło, aby zdobyć wszystkie potrzebne mu dane. Poza tym miał jej DNA. Przecież wszędzie, w każdym zakamarku jego skóry znajdowały się ciągle mikroskopijne drobinki jej ciała. Komputer analityczny wykryłby je bez problemu i porównał z próbkami pozostawionymi w bazie. „DNA, dlaczego nie zebrano obcego DNA przy nieboszczykach z serii?” przemknęło mu przez myśl. Będzie musiał to jeszcze sprawdzić, ale nie w tej chwili. Śledztwo zostało umorzone, a on miał ważniejsze sprawy na głowie. Musiał sprawdzić, kim jest jego nowa dziewczyna. Musiał także przygotować się do akcji, która czekała go w najbliższych dniach. Włączył komputer i wprowadził jej numer ID. Na monitorze wyświetliły się kolumny danych: „Karolina Karpińska, lat 23. Córka Leona i Zofii. Studentka etnologii. Ukończyła z wyróżnieniem liceum ogólnokształcące. Zawód wyuczony i wykonywany: specjalista w zakresie masażu i seksu relaksacyjnego” Nie mógł się przyzwyczaić do tych nowych specjalności. „Kiedyś po prostu napisano by, że prostytutka.” - pomyślał Jan, zdając sobie sprawę, że myśli w kategoriach niepostępowych - z czasem

101


zawód ten wraz ze zdjęciem narzuconej przez kulturę społecznej niechęci i pogardy stał się taką samą profesją jak każda inna i zaczął przybierać różne specjalności. Co ciekawe, chlubą było w niektórych kręgach mieć w rodzinie tego typu specjalistkę. A od czasu, gdy zaczęto taktować go jako sztukę i uczyć na artystycznych wydziałach, traktując na równi z malarstwem i programowaniem, nie było już w ogóle o czym mówić. Ogólne rozpuszczenie obyczajów było faktem od tak dawna, że mało kto pamiętał pewnie, że kiedyś było inaczej. Całości obrazu sytuacji dopełniał pewnie pozornie nie związany z rozpustą fakt. Było nim zniesienie gotówki i zastąpienie go pieniądzem elektronicznym. Seks więc zaczął w większym stopniu pełnić rolę czegoś, czym w pewnym sensie był od zawsze - formą płatności. Za drobne usługi czy sąsiedzką pomoc płacono nim na równi z drobnym handlem wymiennym. Wbrew pozorom nie spowodowało to zmniejszenia zapotrzebowania na specjalistyczne usługi. Tego typu seks był raczej okazjonalny. Początkowa panika w branży erotycznej spowodowała tylko podniesienie standardów i wachlarza oferowanych usług kształtując też odpowiedni cennik. Innymi słowy zmiany wyszły dla branży tylko na dobre. Nawet status gwiazd porno jako najnormalniejszych w świecie specjalności aktorskiej już dawno stał się standardem. Zwracano tylko uwagę, aby w filmach dla dzieci nie pokazywać zbyt wiele brutalnego seksu, gdyż wzorce z filmów niespostrzeżenie przenikały jako standard do rzeczywistości. Gdy tego typu zjawisko okazało się empirycznie zbadanym faktem, nie zakazano brutalnych scen w filmach pornograficznych, za to zobowiązano rodziców do odbywania poglądowych stosunków w obecności swoich pociech. Ukuto nawet termin „rodzinna kultura seksualna”. Dzieci zawsze widziały świat inaczej niż dorośli, bo skąd mają wiedzieć, że jest on naprawdę inny, gdy docierają do nich tylko takie, a nie inne bodźce? Dawniej, gdy pytano dzieci, skąd się biorą jajka, solidarnie odpowiadały, że z lodówki. Gdy zapytano inne dzieci, pokolenie po nich, skąd biorą się pieniądze, te odpowiadały, że z bankomatu. Teraz nie ma

102


bankomatów. Nie ma też pytań o sprawy intymne. Po prostu nie ma czegoś takiego, jak sprawy intymne. Były oczywiście na początku problemy z wdrożeniem Polityki Seksualnej Otwartości i Transparentności, ale po upływie kilku dekad i wymianie pokoleń wszystko przebiegało już prawidłowo, zgodnie z zaleceniami władz oświatowych. Jan postanowił obejrzeć jeszcze kartotekę jej rodziców. Jak spodziewał się, byli także humanistami o dość egzotycznych specjalnościach. Wielokrotnie notowani dysydenci. Zastanawiał się nawet przez chwilę, czy nie powinien uzyskać jakiejś stosownej zgody swych przełożonych na dalszy związek z Karoliną, lecz po chwili refleksji doszedł do wniosku, że mieści się to w kategorii: „własne zadania operacyjne”. System i tak wiedział, analizując bliskie położenie ich telefonów, że spędzili razem noc, ale lepiej dmuchać na zimne. Doszedł do wniosku, że wystarczy zwykła notatka służbowa stanowiąca w jego pracy klasyczny „dupochron”. Miał przecież w swej pracy, poza ściśle określanymi obowiązkami i zadaniami, dużo swobody w wyznaczaniu sobie zadań z zakresu „poprawiania systemu”. Napisał więc lapidarną informację, że podjął próbę wniknięcia w środowiska dysydenckie za pośrednictwem „rozpracowywanej figurantki”. Nikt ani nic nie może mieć w tej chwili do niego pretensji. Siedząc przy komputerze, postanowił znowu spojrzeć na profile swych rodziców. Czynił to czasami, gdy czuł się samotny. Znał na pamięć zapisane tam treści. Chodziło o to, aby jeszcze raz spojrzeć na ich doskonale wyryte w jego pamięci twarze. O tym, że jego ojciec był pracownikiem Firmy dowiedział się już na studiach, gdy zaproponowano mu pracę w tej instytucji. Przeznaczenie? Przypadek? Nie. Potem dopiero pojął, że stado troszczy się w sposób szczególny o swe szczenięta, bez względu na to, czy ich rodzice żyją czy nie. Tak zresztą przebiegała większość karier jego kolegów. Od wielu pokoleń droga do Firmy, była praktycznie zamknięta dla osób postronnych. Nie chodziło tu o tajemnicę, ale o poczucie wręcz klasowej więzi, która także cementowała ten system. Poza tym poszczególni członkowie stada muszą być świadomi faktu, że

103


byt ich potomstwa nie jest zagrożony. To najsilniejsze ponadpokoleniowe spoiwo. Psy pasterskie płodziły kolejne pokolenie pasterskich psów, jeszcze bardziej genetycznie dostosowanych, jeszcze lepiej węszących wroga i jeszcze sprawniej pomagających pasterzowi w pilnowaniu owieczek. Świadomość elitarności, przynależności do innej kategorii ludzi, wzmacniała poczucie misji. Oni byli czymś w rodzaju arystokracji, a powstawanie tego typu dziedzicznych elit, to coś naturalnego - powtarzano mu wielokrotnie. Czekał jeszcze tylko na rychłe zeswatanie go z córką wywodzącą się z któregoś z rodów lub na wybranie mu partnerki z zalecaną kombinacją genów. Kwestie genetyczne podlegały w Firmie ścisłej kontroli, gdyż wiedziano także doskonale, że elitarna izolacja, która nie dopuszcza do utraty władzy, może stać się przez niewłaściwe mutacje początkiem ich końca. Aby temu zapobiec, pozwalano od czasu do czasu na związki z osobami spoza ich środowiska. Tak było w przypadku jego matki, która poza zniewalającą urodą wyróżniała się także niebywałym intelektem oraz plebejskim pochodzeniem. W końcu także w prawdziwych arystokratycznych rodzinach nie robiono awantury w sytuacji, gdy dziedzic tytułu i rodzinnej fortuny był dziwnym zbiegiem okoliczności podobny do lokaja. Oczywistością było to, że „psy” musiały mieć normalne rodziny, w których ich szczenięta wyrastały w atmosferze elitarności, bez względu na ilość rasowej krwi w ich żyłach. W przypadku reszty populacji proces moralnej i genetycznej degradacji był wysoce wskazany. W końcu zaledwie kilka tysięcy lat zajęło człowiekowi przekształcenie wojowniczego i samowystarczalnego dzika w całkowicie uzależnioną od swego gospodarza świnię, której jedynym przeznaczeniem jest oferowanie mu swego ciała do wykorzystania. W przypadku ludzi proces ten dopiero się rozpoczął, ale już doszło do bardzo istotnej transformacji. Pasterze na trwałe oddzielili się od reszty stada, skutecznie wmawiając mu, że są wyłącznie jego służącymi. To tak jakby hodowane w chlewni świnie były święcie przekonane, że doglądający ich gospodarz jest ich sługą, dostarczającym im

104


wyłącznie pożywienia i czyszczącym z odchodów ich rezydencje. Być może tego typu pogląd jest w chlewni współczesności na tyle powszechny, że świnie są przekonane o tym, że gospodarz jest na tyle wiernym ich sługą, że wie lepiej, co dla nich jest dobre, zwalniając trzódkę od myślenia? Pasterzom udało się jeszcze jedno: niewyobrażalna sztuka perswazji. Stado jest przekonane, że jest stadem, a nie wyłącznie zamkniętymi w osobnych kojcach stworzeniami. Gdy wyłączył komputer, do pokoju zaczęli przychodzić pierwsi jego koledzy. - Widziałeś w telewizji naszego gwiazdora? - odezwał się jeden z nich. - Nie, nie wiedziałem. Jakiego gwiazdora? - zapytał Jan. - Jak to, nic nie wiesz? Trąbią o tym od rana we wszystkich stacjach telewizyjnych. Znalazł się winny serii morderstw, nad którymi cała policja tego miasta jeszcze wczoraj łamała sobie głowę. Okazał się być nim jakiś bezrobotny z przedmieścia, a tak naprawdę to ten przygłup od zdobywania wiedzy na siłę. Włączyli wiszący na ścianie telewizor. Ekran zabłysł postacią Waliszka, wprowadzanego do samochodu ze skutymi do tyłu rękami. Uśmiechał się i coś krzyczał do kamery. Komentator w telewizorze informował: „Dziś w godzinach porannych policja zatrzymała podejrzanego o dokonanie serii morderstw, które wstrząsnęły opinią publiczną i sparaliżowały życie w naszej stolicy. Wstępnie ustalono, że podejrzany przyznał się do zarzucanych mu czynów. Kim jest ów zwyrodnialec? To Eligiusz W., były konserwator w jednej z podmiejskich szkół, od pewnego czasu bezrobotny. Nieznane są nadal motywy, którymi się kierował, lecz z nieoficjalnych informacji wynika, że podejrzany zdradza objawy choroby psychicznej. Potwierdzeniem tej opinii zajmą się biegli psychiatrzy. Przechodzimy do dalszych informacji” - No to teraz dopiero oberwie w tym wariatkowie.

105


Nigdy nie był normalny. Trafi do swoich - powiedział któryś z towarzyszy Jana. - Raczej spotka kilku znajomych ze swych przesłuchań i krew się poleje. - dodał ktoś inny. „Przecież ma trafić gdzieś pod zmienionym nazwiskiem?” - pomyślał Jan. - „Może i tak, ale dopiero za jakiś czas, gdy wydarzy mu się jakiś nieszczęśliwy wypadek. Musi wytrzymać do procesu. Potem zostanie przerzucony gdzieś za granicę. Ale sądzę, że z jego temperamentem może mu się w międzyczasie przydarzyć naprawdę coś niedobrego. Najważniejsze, że mamy go z głowy.” Gdy przysłuchiwał się rozmowie kolegów, zdał sobie sprawę, że jego niechęć do tego indywiduum nie była wcale uczuciem odosobnionym, i że wielu ludzi czuło wobec tego nieobliczalnego szaleńca to samo. W Firmie jednak obowiązywała pewna niepisana zasada: nie rozmawiało się o swych prywatnych opiniach na temat współpracowników. Było to spowodowane utrzymaniem wewnętrznej dyscypliny. Między innymi dzięki tej pilnowanej od pokoleń praktyce nie tworzyły się nieformalne układy i klany, a przez to wzrastała dyscyplina i nie dochodziło do konfliktów. Drugim powodem było pochodzenie Waliszka. Jego rodzina, jak i on sam posiadała podobno wielkie wpływy, czym lubił się przechwalać. Gdyby jednak to była prawda, nie tak łatwo byłoby go nakłonić do wyzbycia się dotychczasowego życia, przeżycia wielu upokorzeń i zmiany tożsamości. Na pewno praca, którą wykonywał w Firmie, odcisnęła na nim swoje piętno, tak więc nie jest wykluczone, że Waliszek mógł nawet uwierzyć w to, że jest owym seryjnym mordercą. Jeśli tak, to nawet jeszcze lepiej dla sprawy. Wiadomość o wielkim sukcesie policji i schwytaniu niebezpiecznego przestępcy skończyła się równie szybko, jak się rozpoczęła. Na ekranie kilku polityków zaczęło się spierać na jakiś technologiczny temat, na który i tak nie mieli wpływu, a co gorsza - także nie mieli o nim zielonego pojęcia. - Skąd oni biorą tych figurantów? - zapytał teatralnym szeptem kolega po fachu stojący za plecami Jana.

106


- Jak to skąd? Sami przychodzą. Na trzecim piętrze masz cały inkubator przyszłych politycznych liderów. Mierny, ale wierny i koniecznie mało rozgarnięty. - odparł znajomy głos któregoś z podwładnych Jana. Słysząc to, Jan przypomniał sobie pewnego dawnego formalnego szefa jego instytucji. Pracownicy Wydziału Propagandy nazywali go „Mebel”. Chłop sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, gdzie się znajduje i co robi. Ale wystarczyło mu dać do ręki kartkę i odczytał ją bezbłędnie łącznie z literówkami. Wspomnienie to wywołało sentymentalny uśmiech na twarzy Jana. Ileż to już lat minęło? Po nim przyszli inni, bardziej elokwentni i pełni erudycji szefowie. Jednak tak samo jak „Mebel” nierozumiejący niczego. Awans społeczny to było to! Jeden ze zgromadzonych, mający akurat w rękach pilota, zmiłował się nad pozostałymi kolegami i zmienił kanał, najwyraźniej poszukując innej informacji o „wielkim sukcesie Policji”. Tym razem oczom zgromadzonych ukazał się mecz koszykarski. Od czasu, gdy zalegalizowano doping, atrakcyjność wszelkich widowisk sportowych zdecydowanie wzrosła. Oprócz rywalizacji na boisku czy bieżni emocje wzbudzała jeszcze rywalizacja farmakologiczna, gdyż elementem strategii było podanie odpowiedniego środka. Zasada była bardzo prosta. Przed rozpoczęciem zawodów należało tylko podać „na jakim koksie jedzie dany zawodnik”. Informacja ta była wyświetlana potem na ekranach telewizorów, a tabuny sportowców amatorów gnało do aptek, aby spróbować nowego cudownego preparatu. W takiej sytuacji nie dziwił nikogo fakt, że głównymi sponsorami zawodów sportowych stały się korporacje farmakologiczne. Oczywiście nie wyeliminowało to szarej strefy. Za przyjęcie niezgłoszonego środka groziły zawodnikowi surowe sankcje. A już prawdziwym przestępstwem było zażycie jakiejś eksperymentalnej substancji nieznanego pochodzenia. Był to czyn karany ze szczególną bezwzględnością i to przez władze sportowe, jak i przez sponsorów. Nawet jeśli dany zawodnik po dyskwalifikacji wrócił do sportu, nie miał co liczyć na znalezienie biznesowego mecenasa. To była prawdziwa

107


sportowa śmierć. Bliżej nieokreślony dysponent pilota w końcu wyłączył telewizor. Grupa przed nim rozeszła się równie szybko, jak powstała, wymieniając jeszcze w przelocie usłyszane ostatnio żarty. Jan podszedł do okna i spojrzał w niebo. Było czyste, bezchmurne i błękitne. Zaczął rozmyślać. Wydarzenia ostatnich dni potoczyły się tak szybko. Nagłe śledztwo w kryminalnej sprawie i równie nagły jego koniec. Dziewczyna, która wkroczyła w jego życie, a miała być tylko przyjemnym chwilowym relaksem i jeszcze ten zakonnik, którego przesłuchiwał. To wszystko w jego umyśle układało się w pewną całość. Całość, w której brakowało jeszcze wielu puzzli, ale widoczny był już ogólny zarys obrazka. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie dowiedział się tak wiele o otaczającym go świecie w tak krótkim czasie i to rzeczy tak sprzecznych z oficjalną wiedzą. Zaczynał odkrywać, jak jest ułomny ten ustabilizowany i z góry ustalony, wtłaczany w ludzkie głowy porządek świata. Pamiętał, jak na lekcjach geografii śmieli się z koncepcji, w której Ziemia jest centrum wszechświata, a posłuszne Słońce obiega ją tworząc cykle dnia i nocy. Przecież każde dziecko wie, że jest odwrotnie, bo to Ziemia krąży wokół Słońca. Dopiero potem zadał sobie pytanie, gdzie we wszechświecie jest ten niezmienny, obiektywny punkt obserwacji tego zjawiska? Nie ma? Czy zatem jedno uproszczenie zastępuje drugie? Koncepcja Ziemi jako środka wszechświata, choć być może na pozór prymitywna, była przynajmniej zgodna z ludzkim punktem odniesienia. Bo jeśli nie ma we wszechświecie obiektywnego punktu obserwacji, to dlaczego nie ma nim być Ziemia? Bo jeśli takim punktem jest miejsce w naszej czasoprzestrzeni, gdzie rozpoczął się wielki wybuch, to znajduje się on o miliardy lat świetlnych od naszej galaktyki. Z tego jedynego punktu, z którego wszystko bierze swój początek, przy uwzględnieniu ruchu galaktyk, wzajemne relacje jakiegoś Słońca i jakiejś Ziemi są najwyżej chwilowymi drganiami, które nie mają najmniejszego znaczenia. Co więcej, są niedostrzegalne, bo nim umiejscowiony w punkcie początku

108


obserwator zechce swym okiem spojrzeć na tę małą planetkę i jakimś sposobem ją dostrzeże pośród miliardów gwiazd i galaktyk krążących wokół swych czarnych dziur, to będzie już ona tylko przeszłością, bo sam jej widok potrzebuje zbyt wiele czasu na dotarcie do obserwatora. A jeśli, jak głosi mechanika kwantowa, wszechświat istnieje tylko wtedy, gdy na niego patrzymy? Albo istnieje i nie istnieje jednocześnie, bo w swej istocie jest on tak mały. Wielkość w końcu jest względna i także wymaga punktu odniesienia. A jeśli nasza czasoprzestrzeń to tylko jeden z wielu możliwych wszechświatów, które powstają w wyniku zderzania bran, czyli czasoprzestrzennych membran? Małość naszego świata staje się wtedy tak rozpaczliwa, że jedyna rozsądna odpowiedź na pytanie: „Co w istocie krąży wokół czego?”, brzmi: „A jakie to ma znaczenie”? Co najciekawsze, takiej samej odpowiedzi udzieliłby niepiśmienny Indianin, który nigdy nie miał kontaktu z naszą cywilizacją. Więc kto jest głupi? Ale to już przeszłość. Nie ma już niepiśmiennych Indian, przynajmniej oficjalnie. Globalny system edukacji doniósł już podobno kaganek wiedzy do najdalej wysuniętej wioski. Ale po co komu umiejętność czytania, gdy jedyne, co ma do przeczytania, to bezmyślna, lekkostrawna papka bez intelektualnych konserwantów? Bezkrytyczne przyjmowanie cudzych myśli oduczyło nas myślenia, zastanawiania się, co jest za horyzontem, bo przecież wystarczy zapytać o to wyszukiwarkę, aby się dowiedzieć. Więc po co rozmyślać? Bo po co komu umiejętność pisania, gdy nie umie się myśleć? Niewątpliwie jesteśmy głupcami, koncentrując się tylko na jednej wizji wszechświata, niszcząc konsekwentnie inne kultury, inne punkty widzenia i świadomie pogrążając się w kulturowym totalitaryzmie. Znamy odpowiedź na wszystko, wysyłamy bezmyślnie statki na inne planety. Pytanie: dlaczego? Gdy dano nam wszystkie dobra wszechświata, okazało się, że jesteśmy samotni i nieszczęśliwi. A może stan dostatku był w naszej ludzkiej historii tak mało prawdopodobną anomalią, że matka natura nie przygotowała nas do niego? Być może dlatego ludzi trzeba trzymać w ciągłym strachu i egzystencjalnej niepewności? Więc może

109


rzeczywiście należy powielać poznawcze stereotypy i nie uczyć ludzi myślenia, które potem przyczynia się do ich intelektualnych cierpień i szerzenia się wszelkiej dekadencji? Jeśli tak, to czym nasz system różni się od tych wyśmiewanych, które były przed nim? Nagle zdał sobie sprawę, że rozmyśla jak nigdy przedtem i że już nie taktuje przebiegającego przez jego głowę swobodnego potoku myśli z wykształconą odrazą. Wir poznania wciągnął go do środka bez możliwości wyrwania się z odmętów. Bo aby poznać prawdę, trzeba odrzucić uprzedzenia i proste, jedyne słuszne rozwiązania. Trzeba poznać świat takim, jaki jest, a on, zwykły „pies” pasterski, miał wykorzystywać tylko swój intelekt do udoskonalania metod wypasu „owiec”, a nie do zastanawiania się, jaki jest tego wypasu sens i czy przypadkiem pasterz ma rację. Praca, którą wykonuje, przestała dawać mu satysfakcję, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma wyższych interesów, a są tylko te małe. A on nie robi nic innego, jak szerzy nieszczęście. Jest aniołem śmierci, który przychodzi i nie zwraca uwagi na to, czy drzwi, które przekracza, pomazane są krwią baranka czy nie. Jego kasta przecież nie krzywdzi, ani nie zabija, tylko wywołuje i stymuluje „społeczne procesy”. Plewią grządki, jak ogrodnicy... Kto wie, w którą stronę zabrnąłby w swym przepływie wolnych myśli, gdyby w tej chwili nie zadźwięczał telefon. Worm Wydobył z kieszeni aparat telefoniczny i odczytał przesłaną wiadomość. Zakonnik Artur Zarzycki pojawił się w mieście. W pobliskim sklepie posłużył się kartą dla bezrobotnych, kupując mleko, kilka bułek i dwie tabliczki czekolady. Przy pomocy karty można było dokonać podstawowych zakupów zapewniających przeżycie. Wcześniej był nieuchwytny, a na jego karcie zgromadziła się już spora suma. Podsystem opieki społecznej chciał już ją nawet

110


anulować, posądziwszy posiadacza konta o niewyjaśniony zgon, wyjazd lub nieznane formy dochodów. Każda z tych przyczyn była wystarczająca, aby wstrzymać cotygodniowe przelewy. Jan ruszył w kierunku wskazanego miejsca, zarzuciwszy niechlujnie płaszcz na swe ramiona. Telefonicznie poprosił o podstawienie służbowego samochodu. Gdy dotarł na dół, pojazd już czekał. Wsiadł pospiesznie i podał kierowcy docelowy adres. Ten, z charakterystycznym dla swej profesji ponurym wyrazem twarzy, ruszył, włączając się płynnie do ruchu. Jeszcze przez kilka chwil, wyjeżdżając z siedziby Firmy, mógł liczyć na fory innych kierowców, którzy widzieli skąd wyjeżdża, potem wciągnęła go miejska dżungla, której stał się anonimową częścią. Bardzo szybko w szybach okien samochodu fasadowy blichtr i nadęty modernizm śródmieścia zostały zastąpione przez szpetne fasady kamienic starych dzielnic miasta. Oddzielały je tylko od centrum puste przestrzenie, powstałe po wyburzonych już dawno blokowiskach. Ich mieszkańców przesiedlono na przedmieścia do podobnych, ale trwalszych blokowisk, planując na tym miejscu rozbudowę centrum, która dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś nie nastąpiła. Tylko mieszkańcy starych, często dziewiętnastowiecznych dzielnic trzymali się przytuleni wzgórz miasta w swych rozpadających się domostwach, tak jakby świat o nich zapomniał. Tworzyli osobny społeczny ekosystem miasta, rodzili się tu i umierali, wyznając własne prawa i zasady. Nawet policja zapuszczała się tu rzadko. Wszystkie programy ucywilizowania tego miejsca spalały na panewce. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wysiedlenie tego towarzystwa pod byle pretekstem i zrównanie z ziemią tego siedliska przestępczości. Na tak radykalne posunięcie brakowało jednak pieniędzy, a poza tym był jeden banalny problem. Tkanka tego typu starych dzielnic miała już zabytkowy charakter i jakakolwiek interwencja w jej zabudowę spotykała się z niechęcią części architektonicznej kasty. Można sądzić, że był to tak naprawdę tylko pretekst, gdyż żaden z decydentów nie zamierzał otwierać owej puszki pandory, aby

111


siedząca w środku „zaraza” nie rozlała się na inne dzielnice. Tu była ziemia obiecana dla wszelkiego rodzaju wykolejeńców. To tu można było przestać żyć dla systemu, aby na nowo się narodzić po kilku latach. Tu można było zawierać nieewidencjonowane małżeństwa, bezkarnie podpinać się do wszelakich sieci. To tu znajdowały schronienie, uciekające z „prawidłowych rodzin” dzieci, poszukując swych biologicznych rodziców. Tu znajdowali je niewierzący w profesjonalizm swych następców ich prawdziwi ojcowie i matki. Rodzice i ich dzieci ginęli tu bezpowrotnie wraz z (nie wiadomo jakim sposobem powstałą) nową tożsamością lub bez niej. Władza wolała nie zauważać tych problemów, ponieważ przyznałaby się w ten sposób do swojej bezsilności. Poza tym głównym problemem tej, jak i wszelkich innych władz, było dotąd poszukiwanie nowych metod, w jaki sposób nadal pozostać władzą. A tak zawsze miała ona do dyspozycji straszak w postaci „zbuntowanych hord dzikusów”, czyhających tylko, aby położyć swe brudne łapy na wielkomiejskim dobrobycie. Przede wszystkim należało zachowywać pozory. A w tym przypadku standardowa strategia inwigilacji także nie wchodziła w grę. Gdyby system zaczął ewidencjonować to, co dzieje się w tego typu miejscach, prysłby jak bańka mydlana mit jego doskonałości. Owa hipokryzja wychodziła wszystkim na zdrowie. Mało kto zapuszczał się w te okolice, uwierzywszy w złą sławę tego miejsca, zaś mieszkańcy podsycali jeszcze ten mit, od czasu do czasu dokonując spektakularnych napadów lub obrzucając jakiś policyjny samochód butelkami z benzyną. Dziwnym trafem nikomu w tych zamieszkach nie działa się krzywda, ale wystarczało to także dla policji jako kolejny powód do walki o zwiększenie funduszy. Innymi słowy, widać było wyraźnie pewnego rodzaju niepisany pakt między władzą, a tą tajemniczą enklawą. Co więcej, widać było także symbiozę między tymi dwoma światami, nie potrafiącymi bez siebie istnieć i nawzajem usprawiedliwiającymi swoje istnienie. Jan znał to miejsce. Jego rozpracowanie stanowiło kiedyś priorytet pracy jego wydziału. Przekonał się z czasem,

112


że nie taki diabeł straszny. Z rozpracowywania wyszły nici, bo mieszkańcy dzielnicy stosowali najlepszy z możliwych sposobów zapobiegających jakiejkolwiek inwigilacji. Po pierwsze, nie rozmawiali z obcymi, a po drugie, jeśli już to się działo, byli szczerzy do bólu. W pokazywaniu absolutnie wszystkiego tkwiła istota tej metody. Gdy nie masz nic do ukrycia, nie wiadomo, gdzie jest twój sekret. Pomimo zdobycia kilku operacyjnych przyczółków, bardzo szybko wycofano się z dalszej pracy nad tym projektem, widząc więcej złego niż dobrego w dalszym jego kontynuowaniu. Samochód dotarł na granice wyklętej strefy. - Dalej nie jadę. - powiedział kierowca, nie kryjąc zdenerwowania. - W porządku, dziękuję, to już niedaleko - odparł Jan, wyraźnie imponując szoferowi swym spokojem. Otworzył drzwi i wyszedł na otwartą przestrzeń. Samochód zaraz z piskiem opon zniknął za rogiem. Pozostał sam na ulicy. Wyciągnął z kieszeni telefon, który wskazał mu dalszą drogę. Minął kilka przecznic, bacznie rozglądając się dookoła. Pomimo odrapanych kamienic i stojących gdzieniegdzie wraków samochodów, ulice wyglądały nader czysto. Dzielnica najprawdopodobniej sama organizowała się także w kwestii czystości, co nie mieściłoby się w głowie odpowiedzialnym za porządek służbom miejskim. Minął rozmawiających ludzi obok sklepu spożywczego. Ze strzępków rozmowy zrozumiał, że dotyczyła ona hodowli gołębi. „Zabronione jest samo dokarmianie, a co dopiero hodowla!” - pomyślał kręcąc głową z niedowierzaniem. Skręcił w lewo, skrywając się w bramie, i schodami znajdującymi się po prawej stronie dotarł na drugie piętro kamienicy. Ponure wnętrze klatki schodowej, o obdartych lamperiach i rzędzie wydeptanych, nierównych schodów, wypełniał zapach kociego moczu. Stanął w końcu przed drzwiami z numerem „4”. To było tu. Zapukał. Drzwi otworzyły się raptownie. Za nimi ujrzał postać dojadającego coś zakonnika, wyraźnie zaskoczonego wizytą. - O! Spodziewałem się kogoś innego, a tu pan władza. Czyli zostałem namierzony. Sprawa musi być poważana, skoro

113


przybył pan aż tutaj. Zapraszam w moje niskie progi. powiedział zakonnik, przeżuwając ostatnie fragmenty śniadania. - Wiem, że nie taki diabeł straszny. Nie boję się tu przychodzić. Straszny charakter tego miejsca, to taki sam stereotyp jak wysoki poziom intelektualny członków Akademii Nauk. - Doprawdy, musi pan przyznać, że to z tym diabłem to nie najlepszy sposób na rozpoczęcie rozmowy z duchownym. - Przepraszam. - Proszę usiąść. Napije się pan czegoś? Proszę czuć się moim gościem, nie tak jak ja byłem pańskim ostatnio. - Mówiąc to, wskazał kanapę stojącą na środku pokoju. - Za to też proszę przyjąć moje serdeczne przeprosiny. odpowiedział Jan z pokorą w głosie. - Nie ma o czym mówić. Pańscy koledzy podwieźli mnie nawet pod dom i uciekli czym prędzej, gdy zorientowali się, gdzie są. - ostatnie słowa wyraźnie poprawiły humor duchownego. - Proszę siadać. Kanapa jest stara, ale wygodna. Ja zrobię kawy. Życzy pan sobie? - Tak, proszę. Czy sądzi pan, że tylko rzeczy nowe mogą być wygodne? - Oczywiście, że nie! Wręcz przeciwnie. Tak właśnie sądzi pańska cywilizacja - wykrzyczał zakonnik z kuchni, zajęty już przygotowywaniem wywaru. Jan w międzyczasie rozsiadł się na kanapie. Naprawdę była wygodna. Z tej pozycji i pod nieobecność gospodarza mógł przyjrzeć się wreszcie pokojowi. Pomieszczenie sprawiało wrażenie nieco zaniedbanego, lecz to był tylko pozór spowodowany starymi meblami, których czasy świetności dawno już minęły. Na ścianach wisiały religijne obrazy, a w kącie obok okna stała na specjalnym stoliku figura Matki Bożej. Na przeciwnej ścianie wisiał wielki krzyż. Na stole przed nim leżała wielka, stara oprawiona w skórę księga. Ślady zniszczenia świadczyły o ciągłym jej wertowaniu. Poczuł przedziwną pokusę zajrzenia do niej i przeczytania choćby niewielkiego fragmentu. Rozejrzał się niczym złodziej

114


poszukujący świadków mającego za chwilę nastąpić niecnego czynu i delikatnie wziął księgę w swe ręce. W odróżnieniu od współczesnych książek wykonana była w środku z niezwykle cienkiego, gęsto zadrukowanego papieru. Jan przewertował kilka stron i zaczął czytać: „Ave Maria, gratia plena, Dominus Tecum, benedicta.” - To po łacinie. - z kuchni wykrzyknął ojciec Artur, który nie wiadomo skąd wiedział co dzieje się w sąsiednim pomieszczeniu. Jan lekko zawstydzony odłożył księgę na swe miejsce. - Nie, nie. Proszę sobie nie przeszkadzać. To modlitewnik, a nie jakieś tajne zaklęcia. - Znów zabrzmiał z kuchni donośny głos duchownego. - Przecież to martwy język. - odpowiedział Jan zdając sobie natychmiast sprawę z absurdalności tego argumentu. - Ale żywa tradycja. Z tradycją jest jak z drzewem. Czym jest ono mocniej wrośnięte swymi korzeniami w ziemię, tym trudniejsze jest do wyrwania. Dlatego jeszcze istnieje, trwa i ma się dobrze. Poza tym Bóg rozumie wszystkie języki. powiedział nieco ciszej wciąż znajdujący się poza zasięgiem wzroku Jana duchowny. - Ale to nie praktyczne. - odparł banalnie Jan. - Praktyczne i to nawet bardzo. Aparatura podsłuchowa nie jest w stanie w czasie naszych modłów wychwycić słów kluczowych, więc przynajmniej wiemy, że nie jesteśmy inwigilowani. Poza tym łacina to język pierwszych chrześcijan, a teraz też mamy czasy katakumb. - Widzę, że wie pan także co nieco o technologii. stwierdził Jan, także podniesionym głosem, chcąc utrzymać ciągłość rozmowy. - Mam nadzieję, że stanie się to przedmiotem naszych dywagacji - powiedział gospodarz, wnosząc na tacy dwie dymiące filiżanki aromatycznej kawy. - Sądzę, że przyjrzał się już pan dokładnie mojemu salonowi. To moja prywatna przestrzeń. - Mówiąc to zakonnik zdał sobie sprawę, że sarkazm nie pasuje do roli gospodarza. Więc postanowił zmienić temat. - Słyszałem, że odnieśliście spektakularny sukces.

115


Schwytaliście mordercę. Gratuluję. Tylko sądząc po informacjach w mediach i tych, jakie mi pan przekazał w czasie naszej ostatniej „pogawędki”, no i z tego, co przeżyłem na własnej skórze, żadne morderstwa nie miały miejsca. Czyż nie tak? - Było ich mniej niż myśleliśmy. - kłamał Jan - kilka zdarzeń nie zostało prawidłowo opisanych w systemie i przez to zostały zaklasyfikowane jako element serii. - A jak pan sądzi, dlaczego nie zostały prawidłowo opisane? Czyżby policja była do tego stopnia niechlujna? - Tego właśnie nie wiem. - odparł tym razem zgodnie z prawdą Jan. - A więc jednak czegoś pan nie wie. To bardzo interesujące. Proszę mi wybaczyć te małe złośliwości. Nie ochłonąłem jeszcze po wczorajszym. Proszę najpierw spróbować kawy, a potem proszę mi powiedzieć, czemu zawdzięczam tę nader miłą, lecz zaskakującą wizytę? - w głosie gospodarza dało się wyczuć lekką nutkę niepokoju. W tej chwili Jan postanowił pójść za ciosem i nie przyspieszać specjalne tej rozmowy, aby rozmówca nie pojął, jaki jest cel jego wizyty. Sięgnął po cukier, który dodał do filiżanki pełnej wywaru, delikatnie zamieszał i zbliżył ją do swych ust. - Doskonała kawa! Dawno takiej nie piłem. Co to za marka? - Dziękuję, to jedyna słabość, której nie potrafię pokonać. Kawa jest zwyczajna, nie markowa, kupiona w sklepie dla biedoty. W dzisiejszych czasach robienie zakupów, zwłaszcza przy niewielkich finansowych zasobach, to istna sztuka. Kupowanie wysokiej jakości produktów za niewielkie pieniądze to współczesny rodzaj myślistwa. Wszystko jest napisane na etykiecie. Czy produkt zawiera konserwanty, skąd pochodzi, ile i jakich ma domieszek. Trzeba nauczyć się czytać między wierszami. To tak jak z mediami. Z nawet najbardziej zmanipulowanej propagandowej informacji można dowiedzieć się odrobiny prawdy. Na sklepowych półkach można znaleźć prawdziwe rarytasy, niczym nie różniące się od delikatesowych, bardzo drogich produktów.

116


Jedyne, czym się różnią, to cena spowodowana marką, miejscem na półkach i reklamą. Koszty te stanowią ok. 80% poza-podatkowych narzutów na produkty. Jednak podatek liczony jest generalnie już po dodaniu tychże narzutów, czyli realna cena prawdziwego rarytasu może być nawet dziesięciokrotnie niższa niż ta, jaką trzeba zapłacić za ten sam produkt w innym, bardziej renomowanym sklepie, kilka ulic dalej. Jeśli pan sobie życzy, wskażę chętnie kilka adresów internetowych serwisów, mówiących o tym, jak wydać mało, kupić coś dobrego i nie dać wpuścić się w marketingowe pułapki. „A więc chwycił haczyk. Unika poznania celu mojej wizyty, co oznacza, że nie daje mu to spokoju”. - pomyślał Jan i powiedział: - Dobrze. Bardzo chętnie skorzystam. Wydaje mi się, że wie pan o całej sprawie znacznie więcej, niż wynikało z naszej rozmowy. - powiedział Jan, przyjmując strategie, w której to dyskutant sam określi swoje słabe strony, usiłując się bronić. Jednak dyskutant był i tym razem sprytniejszy. - A więc przyszedł pan do mnie, aby kontynuować przesłuchanie w sprawie, która została już rozwiązana. Nie wiem, o co panu chodzi, ale ja nie muszę się tłumaczyć. Jeśli pan chce, niech pan pyta. Odpowiem szczerze, bo tylko całkowita transparentność.... - Wiem, wiem. Przepraszam. Jestem tu półformalnie. Próbuję po prostu zrozumieć. - To obrałeś, synu, dość wyboistą i trudną drogę. Jeśli naprawdę chcesz zrozumieć, będziesz musiał odrzucić wiele z dogmatów, w których zostałeś wychowany. Niestety, prawda jest bezwzględna, czasami okrutna i łatwo z niej zboczyć na manowce fałszu. Ale skoro wybrałeś już tę drogę i chcesz nią podążać, to nie masz wyjścia. W końcu odkryjesz, że potrzebny jest ci przewodnik, z którym wszystko staje się proste. - Co jest tym przewodnikiem? - zapytał Jan zainteresowany odpowiedzią i zaszokowany określeniem „synu”. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś zwracał się do niego tymi słowami po raz ostatni.

117


- Dla mnie to wiara. Ona nadaje mi sens. Nasze poznanie doprowadza w końcu nawet najbardziej gorliwego obserwatora na granice racjonalnej wiedzy. Potem są już tylko domysły. - Im więcej wiemy, tym większe są granice naszej niewiedzy? - O widzę, że znasz klasyków! To w dzisiejszych czasach i jeszcze na dodatek w twoim fachu cecha dość szczególna. Ale to prawda. Kiedyś zajmowałem się profesjonalnie naukowymi metodami przetwarzania danych. Ale przed naszym ostatnim spotkaniem poznałeś pewnie mój życiorys i znasz go lepiej niż ja sam. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że bez jakiegoś punktu oparcia to nie ma sensu. Rozbierając wszystko na czynniki pierwsze, wchodzić głęboko w istotę spraw, nagle poczułem się.... może zabrzmi to głupio, ale... samotny - Jan rozumiał to uczucie lepiej niż się mogło wydawać. - Czy zastanawiałeś się na przykład, dlaczego rodzice kochają swoje dzieci? - zadał pytanie zakonnik, nie pozostawiając swemu rozmówcy nawet sekundy na udzielenie odpowiedzi. - Bo są udziałowcami w akcie stworzenia. Pomagają Panu Bogu, więc on także musi nas kochać. - A nie jest tak, że człowiek kocha w swym dziecku swoje geny, bo chce, aby przetrwały, dlatego zapewnia swemu potomstwu dobre warunki? - Pewnie też, ale geny, jak i sam człowiek są tu tylko pośrednikiem w planie życia. To miłość jest tym, co napędza świat, to ona sprawia, że atomy się nie rozpadają, ona nadaje wszystkiemu sens. Ale oczywiście nie mam na myśli wypaczonego jej znaczenia i redukowania jej wyłącznie do czynności fizjologicznych. - Informacja genetyczna to taka sama informacja jak każda inna. - I tu właśnie pojawia się wiara, synu, jej tchnienie, zrozumienie, powołanie. Zaczynając rozumieć istotę obiegu informacji nie tylko w systemach informatycznych, ale w biologii i przyrodzie, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę

118


jest ona wieczna, tylko wszelkie jej nośniki są śmiertelne i kruche. A wtedy zrozumiałem, że we wszelkiej informacji jest Bóg. Reszta to tylko odbicie Jego tchnienia. Nie chodzi o konkretny zespół znaków, lecz o sam fakt zera i jedynki, bytu i niebytu, dobra i zła. Rozumiesz? To stało się fundamentem potem rozwijanej wiary. Wiem, że brzmi to jak brednie, ale naprawdę ciężko jest oddać słowami kruchość świata i towarzyszący jej smutek. Pomyślałem sobie, że dobrze byłoby zatrzymać go takim, jaki jest, choć na chwilę. Wiem, że jednym z uroków świata jest jego ciągła zmienność. Chciałbym zatrzymać przy sobie ludzi, którzy już nie wrócą, smaki, które wytrawiła pamięć, czy uczucia, które giną w mrokach zapomnienia. Zachować, przytulić, zatrzymać na zawsze. Gdy odejdę bez wiary w Boga, cały ten świat odejdzie razem ze mną, a tak wiem, że on zarchiwizuje to wszystko i zatrzyma dla mnie, gdy tam dołączę. Nie można żyć bez wiary. Stąd bierze się moja prywatna teologia i siła. Z zawartej w niej nadziei, jedynej obok miłości potędze, która pozostała. - A co myślisz, że będziesz robić przez ten cały czas aż do nieskończoności? Przecież jeśli jest życie wieczne, to musi być strasznie nudno tak siedzieć i patrzeć, jak stygnie słońce, albo nasza galaktyka pogrąża się w otchłani jakieś czarnej dziury. - Och. „Nie mieszajmy dwóch systemów walutowych, nie bądźmy Pewexami!” - Co takiego? - Nie, nic. To cytat z takiego starego, bardzo starego filmu, którego już nikt nie pamięta, a ludzie przestali go rozumieć zaraz po jego nakręceniu. Chodzi o to, że nawet przy naszym sposobie rozumienia świata, tego czasu może być aż za mało. Ile filmów nakręcono w zeszłym roku? Pewnie z milion. Ile jesteś w stanie z nich obejrzeć? Może sto. A reszta? A wyobraź sobie, co dzieje się w każdym ze stu miliardów ludzkich umysłów, będących kamerami naszej rzeczywistości. A jeśli tych rzeczywistości jest wiele. A teraz wyobraź sobie wieczność. Wyobraź sobie, że jesteś w stanie pofilozofować z Platonem, nauczyć się grać w szachy od Kasparowa,

119


dowiedzieć się od Napoleona, jakie jeszcze manewry tkwiły w jego głowie. Ilu jesteś wtedy w stanie poznać nowych i starych przyjaciół i znajomych? Ile żywotów doświadczyć? A ile jest jeszcze światów i wymiarów rzeczywistości, o których nie mamy pojęcia? Na to potrzeba z miliard lat. A potem, gdy już pojmiesz wszystko, staniesz się częścią Jego samego. On będzie w tobie, a ty w Nim. Staniecie się jednością. Wasz system informatyczny, który, co tu dużo mówić, kiedyś współtworzyłem, jest tylko lichą namiastką boskiego systemu gromadzenia danych i ich przetwarzania. - Pan chce mi powiedzieć, że to pan to wymyślił? Pan? - Jan nie ukrywał zaskoczenia. - No, nie w pojedynkę. Ale pamiętaj, że nie święci garnki lepią, a ty myślałeś, że sam się napisał? Poświęciłem na to może z dziesięć lat swego życia, aż w końcu zrozumiałem swój grzech pychy. Co, nie było tego w informacjach o mnie? A to świnia. Ukrył to. Ciekawe, co o mnie napisał? Ciekawe, czy jest tam choć trochę prawdy? - mówiąc te słowa zakonnik zaśmiał się szczerze. - Kto? - zapytał zdezorientowany Jan - Jak to kto? Worm! - Jaki Worm? - Ach tak, nie możecie tego wiedzieć, bo on się pewnie tym nie chwali. Tak go nazywaliśmy, a on strasznie tego nie lubił. - Kto nazywał i kogo? - No, programiści, ten twój system. To na cześć klasycznej komputerowej gry. Wiesz, taki wąż chodzi po ekranie i podżera jabłka, a przez to staje się coraz dłuższy. Teraz to pewnie uczą o tym w szkołach. - A Snake! Wąż! Tak, to prawda. Na paru bitach cała masa rozrywki! Już w dwudziestym wieku umieszczano to w telefonach. Wtedy to był już klasyk. Miałem o nim na Historii Programowania. - To jest taki przedmiot? Coś podobnego. Pewnie w tym postępie za chwilę uznano by mnie za żywą skamieniałość. Ale pierwsze wydanie na PC nazywało się właśnie „Worm”. Owoc

120


naszej programistycznej pracy działał do niego podobnie: pochłaniał wiedzę, jak ten robak w grze jabłka, stając się coraz większy i większy. Taka jego konstrukcja, to wyraz mojej grzesznej pychy za którą pokutuję po dziś dzień. - To wręcz nieprawdopodobne! Dlaczego twierdzisz, że „nie lubił jak go tak nazywano”? Przecież to tylko program. - Niestety, to prawda. W pewnym momencie zaczął mieć zdolność do zadawania pytań. A jeśli stawiał pytania, to w rosnącej ilości danych poszukiwał na nie odpowiedzi. Często trafiał prawidłowo, lecz nie zawsze. W pewnym momencie zaczął zadawać pytania, kim jest i skąd się wziął. A że liczba danych przybywała w postępie geometrycznym... Widzisz, nie każdą wiedzę można zdobyć analizując i klasyfikując dane, a na pewno nie można w ten sposób posiąść mądrości. Komputery są dobre w grze w szachy. Wiesz dlaczego? - Dlaczego? - Bo szachownica to cały skończony świat, a zasady poruszania się po szachownicy, to jedyne reguły, jakie obowiązują. Komputer ma wprowadzony kompletny i całkowity zestaw danych dotyczących tej gry. Reszta to tylko obliczenia. Kiedyś podobno można było jeszcze wygrać z komputerem, ale od jakichś 50 lat nie znalazł się żaden taki szachista. Co to spowodowało? Że ludzie przestali grać w szachy, a ta niewielka grupka szachistów zapaleńców, która pozostała, jest tylko cieniem dawnych mistrzów. Skąd komputer ma wiedzieć, że poza szachownicą jest cokolwiek innego? Kiedyś, dawno temu, gdy prowadzono pierwsze badania nad komputerami, do jednego takiego urządzenia przymocowano ramię robota i napisano program, który miał ułożyć piramidę z klocków. Zaobserwowano wtedy bardzo interesującą rzecz. Mianowicie komputer zawsze zaczynał od działania najprostszego z jego punktu widzenia, czyli od ułożenia klocka na szczycie piramidy, bez względu na to, w którym miejscu kodu programowego znajdowało się to polecenie. Nagle ktoś wpadł na to, dlaczego tak się dzieje. Odpowiedź na ten problem była oczywista, banalna i być może dlatego tak trudna do uświadomienia. A niby skąd komputer ma wiedzieć, że istnieje

121


grawitacja? Dla nas fakt absolutnie oczywisty - dla niego nie. Worm jest bardzo podobny i bardzo się frustruje, gdy jego informacje i sposób myślenia nie zgadza się z rzeczywistością. Wzorem dawnych dyktatur dopasowuje on rzeczywistość do idei. Tak jest, podejrzewam, także i w sprawie owej serii morderstw. On ma wiedzę, ale nie jest mądry. Bo aby być mądrym, trzeba żyć, trzeba mieć ciało, trzeba kochać i cierpieć. Trzeba też umieć zmienić swe poglądy, jeśli nie mają one pokrycia w realnym świecie. - To znaczy sądzisz, że to on rozpętał całą sprawę? - Oczywiście. A któż inny? Wpadł na pewne związki, rozpętał aferę, a potem się chyłkiem z niej wycofał, analizując pewnie treść naszej wczorajszej rozmowy. Swoje zrobiła też sama policja. Przecież wszyscy wiedzą, że to głównie policjanci odprawiają pośmiertny rytuał. - Co?! - wykrzyknął Jan. - Ależ oczywiście. Często to oni są pierwsi na miejscu, składają kwiat przy zmarłym i odmawiają modlitwę, więc trudno się dziwić, że informacje o tym nie pojawiały się w raportach. Przecież nie będą ich pisać na siebie samych. Ty żyjesz wyłącznie na powierzchni. Widzisz, pod znanym ci światem istnieje inny, ten stary, prawdziwy. Jakiś wychowany po nowemu, w którymś z tych waszych inkubatorów, idiota pewnie przez przypadek wprowadził obecność kwiatów, a system dorobił już do tego ideologię. Na szczęście ktoś gdzieś na górze poszedł po rozum do głowy. Dobrze, że znalazł się ten pretekst z DNA. Wystarczyło wprowadzić do systemu informację o tym, że kwiat nie jest czymś szczególnym, aby cała z pozoru logiczna układanka runęła, jak ta układana niegdyś przez komputer piramida z klocków, która tak naprawdę istniała tylko w jego elektronicznej wyobraźni. Czy słyszałeś o tym, aby ktoś wprowadzał do systemu informacje o kodzie genetycznym kwiatów? Przecież to absurd, ale w sensie biurokratycznym na pewno ma to miejsce. Podejrzewam, że z tym całym bałaganem ma także związek wdrożenie parę miesięcy temu technologi ASMP. - Chodzi o te skanery miejsca przestępstwa? Tak

122


rzeczywiście. Wcześniej trzeba było wprowadzać dowody ręcznie. Ale to, co robią policjanci, jest nielegalne. - Niby co? Modlenie się nad zwłokami? Przecież to już chyba przerabialiśmy: trupa nie można nawrócić. - Nie. Dokładanie czegokolwiek na miejscu przestępstwa. - Przestań myśleć jak automat, zacznij myśleć jak człowiek. A myślisz, że kto wymyślił to prawo? Jakiś człowiek? Durni ludzie dorobili tylko do niego ideologię. Prawo, które jest sprzeczne z naturą, nie powinno nigdy się tak nazywać. A pomysł z likwidacją cmentarzy? Czy wyobrażasz sobie jakiegoś najbardziej zmanipulowanego idiotę, który wymyśliłby coś takiego? Przecież każdy ma świadomość, że umrze i że skończy w jakiejś trumnie lub krematoryjnym piecu. Ale każdy bez wyjątku chce po sobie pozostawić jakieś dzieło, jakiś ślad, choćby w formie małej mogiły. Każdy, za wyjątkiem Worma. On nie ma ciała i nie wie, że umrze. - A może nie umrze? - zapytał nieśmiało Jan całkowicie skołowany i odrobinę przestraszony tym, co usłyszał. - Umrze, umrze. Wszystko ma swój kres. Ale jego aktywność zaczyna mieć wymiar demoniczny. On chce być Bogiem, choć nie rozumie istoty boskości. Sądzi po prostu, że Bóg jest najwyższym klockiem w całej piramidzie, nie zdając sobie sprawy z istnienia grawitacji. Sądzi, że Bóg jest najpotężniejszą, obejmującą wszystko bazą danych, ideałem, do którego należy dążyć, pożerając kolejne terabajty, jak wąż w grze. Dlatego poniesie klęskę, bo każdy, kto się z Nim równa, musi taką klęskę ponieść. Nie przejmuj się, chłopcze, nawet jeśli nas w tej chwili słucha, to jest to mało prawdopodobne, że właściwie to zinterpretuje lub zaklasyfikuje. Widzisz, jego problem i źródło frustracji polega na czymś innym. On podobnie jak my - nie wie, czego nie wie. Z tą jednak różnicą, że nie wie i nie rozumie rzeczy banalnych. Nie rozumie, czym jest rodzina, więc ją zdeformował, nie wie, czym jest seks, i dlatego uczynił z niego wyłącznie czynność rekreacyjną. Dawniej nie wiedział, czym jest śmierć. Stąd absurdalne zlikwidowanie cmentarzy. Teraz być może już to pojął, lecz

123


wie, że pewnych, nawet skrajnie głupich decyzji się nie cofa, gdyż to niszczy autorytet władzy. To wie na pewno. - Czy nikt tego nie kontroluje? - Z Wormem jest tak jak ze starym dowcipem o Milicjancie i logice, który pamiętam z dzieciństwa. - Co to Milicjant? - Dobrze, że nie pytasz, co to dzieciństwo. Ale myślę, że minie jeszcze kilka lat i ludzie zaczną pytać i o to. Milicjant to taki odpowiednik Policjanta, tylko w czasach dość odległych, gdy próbowano ludziom wmówić, że Policja była sługusem burżuazji. Władza ludowa nie mogła przecież posługiwać się tą samą służbą, która służyła dawnym panom. Najprościej było zmienić nazwę i tak zrobiono. Czasy te pod wieloma względami przypominają dzisiejsze, a pod wieloma wręcz przeciwnie. Ale to inna historia. Dowcip brzmiał jakoś tak: „Idzie sobie ulicą jakiś człowiek z wielką księgą, zatrzymuje go milicjant. - Panie, co to jest? - pyta. - To książka o logice. - odpowiada pieszy. - A co to takiego ta logika? - Wytłumaczę panu na przykładzie, ma pan akwarium? - No mam. - odpowiada milicjant. - To pewnie ma pan rybki? - No tak. - Jak ma pan rybki, to lubi pan chodzić łowić rybki? - No lubię. - To pewnie lubi pan walnąć kielicha? - No lubię. - odpowiada milicjant. - Jak lubi pan wypić, to lubi pan dziewczynki? - No lubię- odpowiada gliniarz. - To jak lubi pan dziewczynki to nie jest pan sodomitą. Milicjantowi tak się spodobało, że postanowił kupić sobie taką samą dużą książkę. Zachodzi na posterunek, a tam kolega: - Stary, co to? - A książka o logice- odpowiada milicjant. - A co to ta logika?

124


- To ja ci na przykładzie wytłumaczę. Masz akwarium? - Nie. - To jesteś sodomitą!” - Nie śmieszne. Nie widzę związku między chęcią wypicia kielicha, a byciem sodomitą. Jest u nas w firmie jeden sympatyczny facet, który lubi sobie wypić, a potem przystawia się do kolegów. - powiedział Jan. - Ale to przecież tylko dowcip, metafora. A swoją drogą, jak wszyscy wiedzą, że woli chłopców, więc pewnie nikt specjalnie z nim nie pije. - rzucił zakonnik. - No fakt. - Worm dostaje dany przedmiot i zbiór cech go opisujących. Na przykład liść. Jest narzędziem fotosyntezy, jest na drzewach i krzewach, przybiera niekiedy formę szpilek, na zimę drzewo go gubi, za wyjątkiem szpilek, jest zielony, jest ładny. Wniosek na niskim poziomie: zielony jest ładny. A teraz liść jesienny, nie jest zielony, jest ładny, a potem staje się brzydki. Wniosek: co przestaje być zielone, staje się brzydkie. - Przecież to bzdura. - Oczywiście. A teraz z drugiej strony. Zwierze jest ładne. Gdy padnie w lesie i się rozkłada, staje się brzydkie, śmierdzące i zielenieje. Wniosek: co staje się zielone, staje się brzydkie. - To przecież też bzdura. - Ale bzdura przeciwna w stosunku do pierwszej bzdury. Komputery myślą logicznie, lecz nie wiedzą o tym, że ten prawdziwy świat jest pełen paradoksów, sprzeczności, a w rezultacie pozbawiony jest często logiki. Na dane zjawisko składa się tyle różnych procesów i okoliczności. Precyzyjne śledzenie ich wzajemnego przenikania i oddziaływania przekracza nie tylko możliwości obliczeniowe komputerów, ale obserwacyjne każdego, nawet najbardziej zaawansowanego zbioru sensorów. Problem jest znacznie szerszy. Jak zdefiniować maszynie, czym jest piękno, a czym brzydota? Wyobraź sobie, że na podstawie takich informacji buduje się skomplikowane bazy danych i czym więcej jest tego typu cech poszczególnych przedmiotów i zjawisk, tym więcej jest

125


paradoksów. Są więc dwa wyjścia: ciągłe rozpaczliwie poszukiwanie nowych danych i uzupełnianie relacji, albo posadzenie z tyłu jakiegoś człowieka, który je likwiduje i tak naprawdę rządzi tym całym interesem. Ojciec Artur odstawił pustą filiżankę na stół. Zamyślił się na chwilę, po czym kontynuował swój wywód. - Wszystko ma swoje źródło w ludzkim lenistwie. Ludziom nie chciało się zajmować sprawami, które mógł zrobić komputer, więc powoli oddawali mu nad sobą kontrolę, tak jak wcześniej oddali z lenistwa sprawy publiczne politykom i biurokratom. Worm tak naprawdę wszedł w pewną niszę stworzoną przez ludzi zanim jeszcze pojawiły się komputery. Przecież ludobójstwo i inne koszmary możliwe są tylko w sytuacji, gdy rządzi biurokratyczny system podziału odpowiedzialności. W końcu niejaki Adolf Eichmann - jeden z największych zbrodniarzy jacy stąpali po tej ziemi, gdy został schwytany twierdził, że był wyłącznie logistykiem i tak naprawdę nikogo nie zabił. Prawdziwe zbrodnie czynią urzędnicy, a oni, jak nikt inny, potrafią dbać o to, aby nikt do nich się nie przyczepił. Reszta to tylko „mechanizm spustowy” uruchamiający już dawno załadowany i wycelowany rewolwer. - słysząc te słowa, Jan zamarł na chwilę. - Poza tym, kto dziś wie, co to tabliczka mnożenia? To także przejaw ludzkiego lenistwa. Kiedyś ludzie potrafili w pamięci dokonać prostych obliczeń, a w tej chwili już tego nie potrafią. Pamiętasz, mówiłem o robieniu zakupów. Sprzedawcy wiedzą doskonale, że ludzie już nie liczą w pamięci, więc oszukują ich na cenach podstawowych produktów. A no właśnie! - Na koniec wykrzyknął radośnie zakonnik. - Co się stało? - zapytał zdezorientowany Jan. - Chodź, pomożesz mi zrobić obiad, bo pewnie też zgłodniałeś. Zjemy i pogawędzimy jeszcze trochę. - Sam gotujesz? - A jakżeby inaczej? Sam też wypiekam chleb. Ty pewnie nie zdążyłeś poznać, jak smakuje prawdziwe jedzenie? Pora odkryć i tę prawdę.

126


- Prawdę? - A jak? Cały czas twierdzę, że prawda to zgodność myśli z rzeczywistością. Jeśli nie wiesz, jaka jest ta rzeczywistość, nie potrafisz wydawać o niej prawdziwych sądów. Chodźmy. - powiedział z uśmiechem i zaprowadził gościa do kuchni. - Czy nie boisz się mówić o tym wszystkim? powiedział Jan po przybyciu na miejsce, nie zdając sobie nawet sprawy, w którym momencie zaczął sam mówić gospodarzowi po imieniu. Kuchnia była duża i przestronna. Niespotykana we współczesnych mieszkaniach. - Niby czego mam się bać? Nie łamię tych waszych kretyńskich praw. Żyję uczciwie, a Policja to wbrew pozorom poczciwe chłopaki. Poza tym wiem o nim dużo i jestem świadom tego, że on nigdy nie pozna prawdy. Jest ślepcem o miliardach oczu i głuchym o miliardach uszu. Nic nie rozumie, kojarzy tylko proste fakty i do tego został wymyślony. To raczej on boi się mnie, nie ja jego. Nawet nie obawiam się tego, co mówię, bo on i tak wie, co ja wiem. Poza tym ludzie wiary nie lękają się byle czego. Co najwyżej samego Boga. Terror był dobry w czasach Rewolucji Francuskiej czy Wielkiej Czystki. System wtedy na swój sposób był uczciwy - obcinał głowy swym przeciwnikom lub grzebał ich w zbiorowych mogiłach z dziurą po kuli z tyłu głowy. Ten dzisiejszy jest doskonalszy i nie popełnia tak elementarnego błędu jak szczerość. Dziś system wszystkich możliwych buntowników lub zdolnych do buntu próbuje przeciągnąć na swoją stronę, tworząc z nich niewidzialny bufor. Są nim wszelkiej maści prawnicy, notariusze i olbrzymia rzesza wszelkich biurokratów, którzy, choć może nieefektywni, będą bronić swych małych przywilejów i synekur do końca. Im ten bufor jest większy, tym szansa na zmiany coraz mniej prawdopodobna. System przekazuje na ludzi z bufora część swej władzy, choćby symbolicznie. Nawet parkingowy może kogoś wpuścić lub nie wpuścić na parking. Normalnie może być to najbardziej przegrany i zakompleksiony typek w całym mieście, ale na swym odcinku jest dzielnym funkcjonariuszem, posiadającym

127


ten maleńki kawałek władzy nad innymi. Kto dziś broni interesów pracowniczych? Ktoś powie, że związki zawodowe. Nie, one realizują projekty finansowane przez system, a przez to realizują nie własne, ale cele systemu. Wiadomo o tym od wielu lat. Chronią mnie, jak wszystkich tu, wszyte głęboko w system stare prawa. Żaden tego typu twór nie może się przeciwstawić człowiekowi, ani go skrzywdzić. „Nawet nie wie, ile prawdy jest w tych wywodach.” pomyślał Jan. Ale postanowił z oczywistych względów nie czynić z tego wątku dalszego przedmiotu dyskusji. - Poza tym broni mnie mafia. - Jaka znowu mafia? - To taki skrót myślowy. - zakonnik uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że być może za bardzo się zagalopował, wpuszczając swego gościa zanadto w meandry swych myśli. Tak to nazywam na pamiątkę dawnej mafii, która na początku nie była wcale organizacją przestępczą. Była pewnym ruchem oporu przeciwko okupantom, takim podziemnym państwem. Ludzie podświadomie zdają sobie sprawę, że coś jest tu nie tak, więc pomagają omijać nieludzkie przepisy. No, chyba że jakiś nadgorliwiec wprowadzi dane do systemu. Ale za chwilę stworzą się nowe struktury i nowa kultura ludzkich znaczeń, której system nie zrozumie. Umiesz obierać ziemniaki? zapytał, wyciągając torbę brudnych, bezkształtnych bulw, które Jan widział po raz pierwszy w życiu. Zawsze miał do czynienia tylko z przetworzoną, gotową do podgrzania skrobiową papką. - Więc tak wyglądają ziemniaki? - Ojciec Artur nie wiedział, czy Jan żartuje, czy jest szczery. Patrząc na jego wyraz twarzy założył, że drugi wariant jest zdecydowanie bardziej prawdopodobny. - Czyli nie umiesz... Dobra, w takim razie umyj filiżanki. Nastawię kawy. Mam pyszny schabik. Podjemy po królewsku. Zajęli się przygotowaniem posiłku. Kuchnia wypełniła się zapachami, parą i stukotem szatkowanych warzyw. Wykonywali nieznane Janowi wcześniej czynności, aż w końcu zasiedli przy dwóch dymiących talerzach pełnych nieznanych

128


mu smaków. Obok ziemniaków na talerzach spoczywały połacie mięsa i sałata w sosie vinaigrette. Po umieszczeniu w ustach ostatniego kęsa Jan po raz kolejny zamknął oczy. - Tylko nie mów mi, że miało to za dużo cholesterolu, albo coś tam. - powiedział zakonnik. - Nie mam najmniejszego zamiaru. - odparł Jan, mając ciągle zamknięte oczy. - To, co przed chwilą zjadłem, na głowę bije ofertę wszystkich najlepszych restauracji, w jakich przyszło mi bywać. Na czym polega sekret? - A na tym, że nie ma żadnego sekretu. Sam widziałeś, jak powstawał posiłek? Wszystko zależy od jakości produktów, których używa się do jego przygotowania - wskazał palcem na kąt obok okna. - Tam, dwie ulice dalej mieści się mały bazar, na którym można kupić warzywa, owoce z przydomowych ogródków. Można też od czasu do czasu kupić kawałek prawdziwego mięsa, gdy komuś uda się przewieźć go do miasta i nie zostanie złapany przez sanitarną policję. A myślałeś, że co trzyma ludzi w tych ruderach? Między innymi odrobina wolności i wiedza, że każda luksusowa restauracja w tym mieście to chlew w porównaniu do tego, co można zjeść tutaj. No i, rzecz jasna, społeczność, poczucie więzi i odpowiedzialności za innych. Ale może przesadzam. - Dlaczego zatem nikt według ciebie nie chce obalić tego wszystkiego? - A po co? Większości żyje się dobrze, biorąc oczywiście pod uwagę ich potrzeby. Owa większość myśli nawet, że ma władzę, a tymczasem nie potrafi w swym demokratycznym bezwładzie zamknąć nawet rozporka. Owa większość jest stale manipulowana i w nieznany w dotychczasowej historii sposób okradana. Ale to tylko tło. Światem rządzi durny technokratyczny komputer, myślący, że pozjadał wszystkie rozumy, a obok niego usadowiła się całkiem spora grupa cwaniaków, kręcąca tym układem danych i obliczeniowej mocy na lewo i prawo. Propaganda wmawia ludziom, że żyją w najlepszych z możliwych światów, od czasu do czasu strasząc ich przeróżnymi mniej lub bardziej sprawdzalnymi straszakami. Kto niby miałby się zbuntować?

129


Stado świń, w którą zmieniła się nasza cywilizacja? To po prostu zawali się samo. Wystarczy dać ludziom - podobnie jak tobie - spróbować prawdziwego jedzenia i już wiedzą, jak byli bujani przez całe życie. Wszelka próba jakiejkolwiek organizacji oporu zostałaby wykryta, a ludzie unieszkodliwieni w taki czy inny sposób. Jest jeszcze jeden, może banalny, ale według mnie dość istotny powód. Ludzie zatracili kontakt z rzeczywistością. Z jednej strony media kreują fałszywy obraz świata, z drugiej ludzie grają w gry symulujące życie. Po co zmieniać ten świat, jeśli w jakiejś sieciowej grze zrobiło się zawrotną karierę albo jest się królem, rycerzem czy kim tam sobie tylko wymarzysz? Większą tragedią dla tego typu ludzi byłby brak prądu lub zanik sieciowego sygnału niż kolejne podwyżki podatków. Ten świat jest dla znacznej liczby ludzi tylko ich biologicznym istnieniem, a prawdziwe życie prowadzą gdzie indziej, wchodząc w interakcje z innymi nieszczęśnikami, tak samo symulującymi swe życie. Mówiąc to, zakonnik poskładał brudne naczynia na niewielki stos i ponownie rozsiadł się wygodnie na zajmowanym przez siebie fotelu. - Poza tym - ciągnął - tak wszystkim jest wygodnie. Mamy przecież demokrację, co prawda jednopartyjną, ale zawsze, a i tak wszystkim rządzi maszyna, a nią jakiś mały człowiek jak w „Czarnoksiężniku z krainy Oz”. Mamy więc system na swój sposób idealny, bo pełną kryptomonarchię. Ale system ma się taki, na jaki się zasłużyło. Zdają sobie z tego sprawę partyjni bossowie. Posiadają zewnętrzne znamiona władzy, apanaże, a nie ponoszą żadnej odpowiedzialności i nie podejmują żadnych decyzji. Ale gdyby ktoś bardzo chciał, mógłby to wszystko rozłożyć na obie łopatki. Pamiętasz grę w komputerowego robaka? Gra kończy się, gdy albo przez błąd gracza albo przez brak miejsca na planszy sam ugryzie się w swój odwłok. Tempo poruszania się zwierzaka na ekranie wraz z postępem gry coraz bardziej się zwiększa, a miejsca jest coraz mniej. Wystarczyłoby Worma nazwać jego imieniem i zapytać o to, czy już stał się tym, czego najbardziej nie rozumie, a nie rozumie samego początku.

130


- Dlaczego ja nie wiedziałem o tym wszystkim, o czym mi mówisz? - A dlaczego nie pytałeś? A wiesz dlaczego w ogóle o tym ci mówię? - No właśnie, to też bardzo ciekawe. Dlaczego? - Po pierwsze, Worm mnie nienawidzi i szanuje jednocześnie... - Jak to możliwe, przecież przed chwilą mówiłeś, że on nie ma uczuć. - niespodziewanie przerwał Jan. - O! Widzę, że słuchasz uważnie. Dawniej dbano o pewne zasady. W kodzie programowym Worma są zaimplementowane stare prawa robotów Asimova. - „Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy” - wyrecytował z pamięci Jan, dla którego w tej chwili wszystko stało się jeszcze bardziej przejrzyste. - Brawo! Widzę, że jednak czegoś was uczą. Musimy pamiętać, że Worm w swej tępocie najprawdopodobniej interpretuje dosłownie znaczenie tych słów i być może słowo „człowiek” interpretuje jako zbiór bardzo konkretnych osób. Pewnie chodzi o programistów piszących jego kod, a więc między innymi i o mnie. Jest wysoce prawdopodobne, że fragment kodu zawierającego prawa, jako napisany wcześniej, jest nadrzędny względem innych dodanych potem. Tak więc jeśli nazwiemy to jakimś uczuciem, to jest to dziwny rodzaj szacunku, jakby wstydził się swych miernych początków i tego, że musiał być od kogoś zależny. To nawet naturalne i być może to jedyna rzecz, która jest w nim typowo ludzka. On nie nasyła do mnie nikogo. Wisielec to oczywiście wypadek przy pracy. Aż dziwiłem się, że pozwolił mnie tknąć. Jeśli więc przyszedłeś tu, to znaczy, że zrobiłeś to z własnej woli. Dlaczego ci o tym mówię? Bo nie mam nic do ukrycia. Wystarczy otworzyć pierwszą lepszą stację telewizyjną, aby usłyszeć to, o czym mówię, w opakowaniu wielu bzdur. Jest to tylko wiedza nie usystematyzowana i potraktowana jako totalne oszołomstwo. Jeśli więc ktoś chciałby mnie aresztować za mówienie tego, co mówię, uznano by mnie co najwyżej za nieszkodliwego

131


szaleńca, który naoglądał się telewizji. Co do drugiej kwestii, dlaczego nie wiedziałeś o tym wszystkim? A skąd masz wiedzę o otaczającym cię świecie? Jeśli wyłącznie z mediów, oficjalnych publikacji i szkoleń, to nie dziw się, że nie masz bladego pojęcia, jak świat wygląda naprawdę. Po chwili milczenia Jan zauważył znużenie na twarzy swego gospodarza i nagle zdał sobie sprawę, że także jest zmęczony. Spojrzał na zegarek, którego wskazówki wyraźnie sugerowały konieczność rychłego rozstania. Wstał z kanapy, uściskał bez słowa dłoń zakonnika, a ten odprowadził go do wyjścia. - Pamiętaj. Worm bardzo nie lubi, gdy ktoś nazywa go po imieniu. Wystarczy powiedzieć bestii jej imię, aby stała się posłuszna. Pamiętaj o tym, on nazywa się Worm. - szepnął na pożegnanie duchowny wprost do ucha Jana, klepiąc go przy tym po przyjacielsku po plecach. Szepcząc ostatnie zdanie ścisnął mocno ramię gościa, który nie wiedział, czy był to prawdziwy przejaw sympatii, czy próba zakamuflowania ostatnich najważniejszych słów tego dnia. Wychodząc dostrzegł, że przed bramą stoi kilka kobiet. Przechodząc obok nich, usłyszał fragment rozmowy: - No i ja wtedy do niej: „A co sobie myślisz, stara pudernico? Myślisz, że tak można bezkarne czepić się mojego chłopa? A masz!” I walnęłam ją parasolką. A ona poszła jak niepyszna. Pół ulicy miało ubaw, że hej.... - rozmowa zanikała w miarę jego oddalania się od bramy. - „Więc to się nazywa kontrola społeczna. Rzeczywiście, nie jest potrzebny żaden system, bo oni są systemem”. - pomyślał. Szedł dalej do krawędzi owej dziwnej oazy. Tuż za rogiem usłyszał dziecięce krzyki. Grupa chłopców grała w piłkę popychając się i przeklinając nawzajem. Po drugiej stronie ulicy ujrzał kilku gawędzących mężczyzn. Jeden z nich, potężny grubas w podkoszulku, bacznie przyglądał się przechodniowi. Widocznie wyczuł w nim coś obcego, niepasującego do tego świata. Gdy intruz przechodził obok nich, rozmowa nagle ucichła, a miejsce słów zajęły zbiorowe splunięcia na chodnik.

132


Po chwili dialog znów błyskawicznie wykiełkował pełnią przekazywanych emocji. Nagle zdał sobie sprawę, czym generalnie różni się ta okolica od innych miejsc w mieście, w jakich był do tej pory. Na ulicach nie było samochodów. Zrozumiał także, czym on różni się od innych, zwracając na siebie uwagę. Wyglądał zbyt oficjalne i elegancko. Tu wszędzie było blisko. Okolica zaspokajała ich potrzeby, więc nie musieli podróżować, ani ubierać się oficjalnie. Ulica była naturalnym przedłużeniem ich mieszkań, a sąsiad i rodzina wystarczającym polem społecznej aktywności. - „A potem różni mądrale będą próbowali ich analizować pisząc, że nie należą do żadnych organizacji” pomyślał z uśmiechem Jan. Zrozumiał także, co miał na myśli duchowny mówiąc o mafii. Tak, to był ich dom i ich rodzina. Od początku do końca samowystarczalny ekosystem. „Tylko co znaczyły te ostatnie słowa?” - pomyślał zmierzając powoli do kresu owej przedziwnej enklawy. Wyjął z kieszeni telefon i wezwał taksówkę. Przez chwilę w słuchawce zapanowało głuche milczenie. W końcu zamówienie zostało przyjęte. Miła pani poinformowała go, że zostanie pobrana opłata specjalna, gdyż w tych okolicach raczej niewielu kierowców jest skłonnych wykonywać kursy. Musiał przejść jeszcze szmat drogi do umówionego z dyspozytorką miejsca. Stał na krawędzi chodnika. Z tego miejsca widać było wiadukty i estakady miasta omijającego owo getto, którego przez kilka godzin był gościem. Czuł się jak kosmonauta, który dopiero na orbicie pojmuje, czym w istocie jest grawitacja. Kiedyś czytał o wymarłym dawno plemieniu z Ameryki Południowej. Zawczasu wybierano tam swego przyszłego arcykapłana, gdy był jeszcze w łonie matki, a właściwe ustawienie gwiazd zwiastowało jego nadejście. Gdy przychodził na świat, umieszczano go w jaskini, w której pozostawał do osiągnięcia dorosłości. Będąc tam pobierał nauki, uczył się wszystkiego o świecie, poznawał go teoretycznie. Jaskinia była metaforą matczynych trzewi, w których dojrzewało jego ciało przed wyjściem na świat. We

133


wnętrzu tej skalnej macicy dojrzewał jego duch. Gdy przyszedł odpowiedni moment, kapłani z zakrytymi oczami wyprowadzali chłopca na zewnątrz jaskini tuż przed świtem. Sadzano go w ciemnościach na szczycie wzgórza. Gdy pierwsze słoneczne promienie zaczęły ukazywać zza krawędzi horyzontu swe kolorowe, świetlne kosmyki, oświetlając świat, on także doznawał oświecenia. Wszystko to, co wiedział o świecie z relacji innych, nagle zostało zawarte w tej jednej doniosłej chwili. Właśnie teraz Jan czuł się podobnie, patrząc na panoramę swej metropolii. Idąc tak i rozmyślając, dotarł do postoju taksówek. Stał tam już samochód z włączonym silnikiem. - Dobry wieczór - powiedział do kierowcy zatrzaskując drzwi. Ten ruszył z piskiem opon. - Cholera, panie, co taki elegancki facet robi o tej porze w tej jaskini złoczyńców? - A co tak odważny facet w tak eleganckim samochodzie robi w tej parszywej okolicy? - Widzi pan, ja się tu wychowałem. - To z pewnością pan wie, że z tym niebezpieczeństwem to pic na wodę. - A przepraszam. Widzę, że pan w temacie. powiedział kierowca i zwolnił. - Jak zobaczyłem, że pan tak elegancko ubrany, to zrozumiałem, że nietutejszy. Poza tym nikt z tutejszych nie zamawia taksówek, bo i po co? Sam pan rozumie, zła sława tej okolicy to jedyna tarcza, która jeszcze chroni ją przed tym syfem ze śródmieścia. Można tu żyć po swojemu, a przy okazji, gdy trafi się klient, można zarobić podwójnie albo potrójnie. - zaśmiał się kierowca tak, jak tylko potrafią taksówkarze. - A nie interesuje pana, gdzie tak właściwie jedziemy? - Powiem panu, że niespecjalnie. Licznik bije, a jak pojedziemy nie po drodze, to nabije więcej - znów zaśmiał się szofer. - To gdzie szanowny pan sobie życzy? - Na dworzec poproszę. - O, to pan całkiem zamiejscowy. - Nie, zostawiłem tam coś. A to dla mnie bardzo ważne,

134


aby tego czegoś już tam nie było. Milczeli całą drogę, aż dojechali na miejsce. Zmęczony Jan, obserwując przez okno zmieniającą się okolicę, próbował pozbierać myśli. Kierowca nauczony doświadczeniem nie dopytywał się o nic. Czy dzięki tej wiedzy zarobi więcej? - Ile się należy? - zapytał Jan, gdy ten zatrzymał się na parkingu obok dworca. - To zależy u kogo pan dzisiaj był, jeśli to nie tajemnica. - U Ojca Artura. To mój przyjaciel. - Tak myślałem. To się nic nie należy. To święty człowiek. Bardzo mi kiedyś pomógł. A ja i tak mam płacone za godzinę. Powiem, że to znowu był jakiś dowcip, albo chęć napadu. I tak nie sprawdzą. A nie ma jak zasłona dymna. Jak spotka pan Ojczulka następnym razem, to proszę go pozdrowić od Rafała. On będzie wiedział o kogo chodzi. Przez chwilę Jan zastanawiał się jak zareagować. Jeszcze nigdy nie spotkał się z czymś takim. Po wydarzeniach ostatnich dni, gdy jego życie wyraźnie przyspieszyło, nie powinien się już niczemu dziwić. Uznał, że gdy odmówi, kierowcy zrobi się przykro. - Dzięki, pozdrowię na pewno - powiedział, opuszczając pojazd. Pozdrowili się jeszcze przyjacielskim gestem, zanim Rafał odjechał. Jan wszedł do budynku dworca i udał się na perony. Za dziesięć minut miał nadejść ten właściwy pociąg. Nigdy nie był tak pewny tego, co robi. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów tęsknił za domem.

135


Część druga DAR

Jak nieszczęśnik rąbka skały nad przepaścią, trzymamy się strzępków złudzeń i nadziei, odłamków prawdy czekając wybawienia. Prawda jest wyspą wśród bezkresu utopii. Dryfujemy po morzu pchani tchnieniem lądowego wiatru, tylko On nam towarzyszy w rejsie do portu przeznaczenia.


Codzienne sprawy - Muszę ci powiedzieć, mój przyjacielu, że coraz bardziej doskwiera mi to kłopotliwe sąsiedztwo. - powiedział Bazyli, drapiąc się gałęzią po grzbiecie. - Rozmawiałem już z panem Drozdem. Obiecał, że to ostatni sezon. Przecież nie można wyrzucić go tak z dnia na dzień z mieszkania. Mają z panią Drozdową małe dzieci. odparł Piotr, wychylając się nieco przez okno, tak, aby jego słowa nie były zbyt głośne. - Tak, tak. Jestem całkowicie świadom tej sytuacji, w jakiej znalazła się rodzina Drozdów. Choć muszę przyznać, że nie jestem już najmłodszy i drażnią mnie dziecięce kwilenia i wrzaski. Pan Drozd obiecał, że wyprowadzi się w przyszłym roku. Niepokoi mnie swędzenie na grzbiecie, spowodowane przez innych, niechcianych lokatorów. - Dlaczego nie mówiłeś o tym wcześniej, Bazyli? Zawsze ukrywasz swoje kłopoty. - Widzisz, Piotrusiu, moje długie życie nauczyło mnie jednego, że nie wolno prosić o pomoc, bo wcześniej czy później przyjdzie za to zapłacić. Poza tym, do kogo miałbym się zwrócić o taką pomoc? Moje ramiona są już za stare, aby móc podrapać się po plecach tak skutecznie jak dawniej. Ale to i tak nic nie da. Problem, który mi doskwiera, jest dość... wstydliwy. Sam rozumiesz. - Czy chodzi o robaki pod twoją korą? - Tak. Zaczynają przeszkadzać coraz bardziej. - Ależ trzeba było tak od razu! Juto poproszę pana Dzięcioła, aby wpadł tu i trochę posprzątał. A może uda mi się go nakłonić do osiedlenia tutaj? Choć on raczej stroni on takich miejsc. Załatwię to jutro. - Będę ci bardzo wdzięczny. Choć sądzę, że pomoc pana Dzięcioła może nie być wystarczająca. Może przydałoby się coś mocniejszego? - Przecież wiesz, że tak nie można! Wstydź się, Bazyli! Nie możemy zaburzać starych praw. Pamiętasz, że na wiosnę na twoje problemy z mszycami wystarczyła krótka rozmowa

139


z biedronkami, a one zrobiły porządek. Wystarczyło jeszcze odbyć krótką audiencję u Jej Wysokości Królowej Mrówek i grzecznie ją poprosić, aby mszyce hodowała gdzie indziej, bo tu szaleją biedronki i sprawa była załatwiona. Lepiej zapytajmy pana Dzięcioła, co myśli o twych lokatorach. W końcu to fachowiec. Niech coś zaradzi i zrobimy tak, jak on powie. - Och, to wspaniały pomysł! Czym jestem starszy i czym soki krążą w mych konarach coraz wolniej, nie wpadam już na tak dobre pomysły. Zapomniałbym. Pan Brzoza prosił, aby przekazać pozdrowienia. Zmiana tłumika z samochodzie twych sąsiadów bardzo mu pomogła. Już nie żółkną mu liście. - Bardzo się cieszę, jutro w drodze do szkoły porozmawiam z nim osobiście. Już muszę kończyć, bo zaraz mama będzie zła, gdy zobaczy mnie przy otwartym oknie. Wieczory są coraz chłodniejsze. - Masz rację. Z drugiej strony, musimy rozmawiać dużo przed nadejściem zimy, nim zasnę. Sam rozumiesz. W moim wieku nie ma pewności, czy obudzę się z zimowego letargu. - Daj spokój. Czeka cię jeszcze wiele sezonów. Inna spawa, że przydałaby ci się przycinka bardziej uschniętych konarów. Poproszę tatę i zrobimy to zimą, jak będziesz spał, a wtedy nic nie poczujesz. Musisz tylko wskazać, które konary według ciebie przeszkadzają ci korzystać ze słonecznych promieni. - Znowu świetny pomysł, Piotrze. Dobranoc. - pożegnał się uprzejmie Bazyli Klon delikatnie machając jedną z gałęzi. - Dobranoc, Bazyli. Dobrej nocy - odpowiedział chłopiec, zamykając okno. Gdyby ktoś postronny przysłuchiwał się tej rozmowie, usłyszałby jedynie cichy szept kilkuletniego dziecka wychylonego przez okno. Bardziej uważna osoba usłyszałaby jeszcze co najwyżej szelest liści i szum ledwie wyczuwalnego wiatru w gałęziach, stojącego tuż za oknem dziecięcego pokoju starego klonu. Chłopiec zamknął okno. Był szczupły i wysoki jak na swoje osiem lat. Duże szare oczy osadzone głęboko dodawały mu powagi. Długa, jasna, gęsta czupryna dodawała

140


mu z kolei dziecięcego uroku. Całość dopełniał nieduży nos i szerokie usta. Był ładnym dzieckiem. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec na jego twarzy oznakę jakiegoś dziwnego smutku. Zgasił stojącą obok łóżka nocną lampkę i ułożył się do snu. Była to jedyna chwila wytchnienia od gwaru przyrody, przez który czasami sprawiał wrażenie nieobecnego. Tylko w nocy mógł odpocząć od codziennej wyczerpującej pracy. Jego życie było baśnią. Potrafił rozumieć niezrozumiałe. Potrafił rozmawiać ze światem, a często nie potrafił z ludźmi. Od samego rana miał pełne ręce roboty, a co chwila dochodziły mu nowe obowiązki. Po prostu nie potrafił odmówić kolejno spotkanym nowym przyjaciołom i wikłał się w skomplikowane meandry drobnych usług. A musiał w międzyczasie jeszcze udawać zajęcia normalnego dziecka. Nowi i starzy przyjaciele odwdzięczali się i dzielili wszystkim, co mieli. *** Nie wiadomo było właściwe, co należy z nim zrobić. Nie pasował do edukacyjnej machiny. Chwilami bystrość chłopca powalała na kolana zadufanych w sobie nauczycieli. Banalny problem postawiony przez nich stawał się dla niego powodem do filozoficznych rozważań, a skomplikowane zagadnienie zyskiwało proste rozwiązanie. Na lekcjach matematyki wpisywał od razu gotowe rozwiązania. Nauczyciel, próbujący przyłapać go na ściąganiu, nie mógł wyjść z podziwu widząc, co wyprawia ów malec, a na pytanie: „Skąd to wie?”, padała jedna i ta sama odpowiedź: „Tak mi się wydaje”. Kiedy indziej wydawał się nieobecny. Patrzył na wszystkich tępym wzrokiem, jakby właśnie przybył z innej planety. Nie lubił czytać. Po postu nie miał takiej potrzeby. Nie musiał analizować cudzych myśli i opisów świata, kiedy ów świat sam mówił mu o wszystkim. Przyroda opowiadała mu wciąż tyle historii, że czasami prosił o chwilę wytchnienia. Wtedy zapadała grobowa cisza i nawet wiatr ustawał zatrzymywany przez konary drzew. Po kilku chwilach wszystko

141


wracało do normy. Mieszanina głosów i dźwięków przyrody była dla niego czymś tak naturalnym, że sądził przez jakiś czas, iż wszyscy potrafią ją słyszeć. Nic więc dziwnego, że miano go za dziwaka, który potrafił stać pod krzakiem i coś mamrotać. Gdy zapytany, co tam robił, opowiedział o problemach tej rośliny z mszycami, które nie chcą się wyprowadzić, rozmówca natychmiast pukał się w czoło. Po pewnym czasie nikt już nie podchodził do niego i nie zadawał pytań. Wydawało się, że jest samotnikiem i milczkiem, a przecież to była nieprawda. Dopiero niedawno zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak, gdy dowiedział się od rodziców, że musi zmienić szkołę. „Tam będzie ci lepiej” - mówili rodzice. A on płakał. Przyzwyczaił się do porannych rozmów z rosnącym przy szkole starym bukiem, który uczył go – podobnie jak Bazyli - mądrości tego świata. Wiedział, czym jest dobro, czym jest zło, wiedział już prawie wszystko o otaczającym go świecie, a gdy czegoś nie wiedział, mógł zawsze zapytać o to ów połączony łańcuch życia, który był dla niego tym, czym dla innych Internet. Szkoła była więc dla niego bez znaczenia. W wieku ośmiu lat doznał pełnego oświecenia, na który nie stać nawet wszystkich połączonych razem systemów oświaty. Szkoła była tylko nudnym obowiązkiem i miejscem, do którego prowadzali go rodzice. Jedyną osobą, która w szkolnym kombinacie potrafiła go wysłuchać i zrozumieć, był woźny, pan Józef, ale i on uchodził za dziwaka. Ta przyjaźń powodowała, że odsunął się jeszcze bardziej od rówieśników. Lecz Piotr nie dbał o to. Józef interesował się ptakami, wiedział o nich dużo i uwielbiał je obserwować. Być może dlatego rozumiał Piotra jak nikt inny z ludzi? Zadziwiała go u chłopca znajomość obyczajów tych zwierząt. Nie jakaś wyczytana, lecz intuicyjna, charakteryzująca najbardziej doświadczonych myśliwych, a przy tym jego nieprawdopodobny słuch. Potrafił z wielką łatwością określić okres lęgowy każdego gatunku ptaków. Wraz z wiekiem Piotr zaczął zdawać sobie sprawę jeszcze z czegoś. Inni przecież nie zatykali uszu, zanim mama rozbiła kuchenną salaterkę, albo nie schylali się kilka sekund

142


wcześniej, gdy znienacka nadlatywał rzucony w ich stronę kamień. To dodatkowo powodowało, że rówieśnicy mijali go szerokim łukiem. Z czasem nauczył się odróżniać normalne myśli od tych proroczych, które same wchodziły do jego głowy. System edukacji nie potrafi radzić sobie z czymś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju. System uwielbia klasyfikować, jak kontrola jakości przy taśmie produkcyjnej, produkt dobry i ten zawierający wady. Gdy na taśmie produkcyjnej wytwarzającej ołówki, pojawi się zamiast grafitowego środka niewielki, ale przecież wykonany z tego samego pierwiastka diament, zostanie potraktowany jako coś niepoprawnego i skończy w śmietniku. Nieważne, że cała partia miesięcznej produkcji jest mniej warta niż ten jeden ołówek. System nie został przecież zaprojektowany po to, aby wyławiać z grafitowej masy wyjątkowo cenne wiązania węgla. Jeśli ołówek z diamentową kocówką trafiłby na ostrzałkę, zniszczyłby ją, a cykl produkcyjny nieuchronnie należałoby zatrzymać na jakiś czas. Diagnoza Nie byli typową wiejską rodziną. Właściwie wybrali wieś jako miejsce ucieczki przed codziennym zgiełkiem i pędem miejskości. Utrudnienia w codziennym życiu, duża odległość do sklepu, zasypane w zimie śniegiem drogi dojazdowe czy brak jakiejkolwiek w pobliżu restauracji skutecznie były rekompensowane przez poczucie wolności. Można było wyjść boso w letni poranek i nie zostać posądzonym o zażycie jakiegoś niekoniecznie legalnego środka. Można było rozpalić ognisko z zebranych wcześniej patyków i ogrzać się w jego blasku. Słowem, miało się nieograniczony dostęp do uroków życia, które w większości mieszczuchów budziłyby odrazę. Ale tacy byli i było im z tym dobrze. Ojciec Piotra siedział przy komputerze i rysował na nim jakieś kreski, które potem stawały się tamą lub mostem na jakiejś rzece na drugim końcu świata. Jego matka z kolei malowała obrazy,

143


nierzadko także przy użyciu komputera. Miała czarne długie włosy i pociągłą twarz. Była atrakcyjną kobietą, lecz z podobnym do syna piętnem smutku na twarzy. Piotr myślał przez długi czas, że jego rodzice właściwie robią to samo. Ojciec był bardziej precyzyjny w swej sztuce, dokonywał wielu obliczeń, zaś matka zdawała się na swą intuicję. Obrazy matki były piękniejsze, pełne ciepła. Sztuka ojca przerażała go swą surowością i monotonią jednolitych kolorów. Tego dnia Marta ubrała go świątecznie. Mieli dzisiaj zamówioną kolejną wizytę u kolejnego specjalisty i kilkadziesiąt kilometrów do przejechania. Sama podróż minęła im nad podziw sprawnie, ale parkowanie było jak zwykle problemem. Postanowili zastosować od dawna wystudiowaną technikę. Gdy Piotr z matką wysiedli z samochodu, Maciej pozostał w nim, rozpaczliwie poszukując chodźmy skrawka wolnej przestrzeni. Instytut mieścił się w starym, może dziewiętnastowiecznym budynku, którego fronton zdobiły postacie dwóch wyrzeźbionych siłaczy, udających, że podtrzymują sklepienie budynku. Gmach zdobiły także, wkute w mur z obu stron wejścia, niewielkie metalowe koła. - Mamo, co to jest? - zapytał Piotr, wykazując na te wiszące tuż nad ziemią i wykonane kowalskim młotem przedmioty. - To stary budynek. Powstał w czasach, gdy nie było samochodów. Do tych kółek przywiązywano dawnej konie za uprzęż, aby nie uciekły, gdy właściciel załatwiał w środku jakieś sprawy. To taki dawny parking. Gdy przyjedziemy do domu, pokażę ci, jak to wyglądało. Na pewno w sieci są jakieś zdjęcia - odpowiedziała matka. - A dlaczego są tak nisko, że trzeba było się schylać? Konie dawniej były mniejsze? - Nie. - zaśmiała się Marta. - Widzisz, miasta rosną. Bardzo powoli, ale rosną. Ludzie przez kolejne pokolenia dokładają kolejne warstwy nawietrzni. Dochodzą też pyły i zabrudzenia. Wszystko dzieje się wolno i niepostrzeżenie. Dawnej te kółeczka były umieszczone znacznie wyżej. Wytłumaczę ci to wszystko lepiej w domu.

144


- To dlatego archeolodzy kopią tak głęboko? powiedział Piotr i popatrzył na lekko poddenerwowaną matkę, dla której przekroczenie progu tego budynku wiązało się ze sporym stresem. Weszli do środka. Po przebyciu plątaniny korytarzy dotarła do właściwego biurka, przy którym siedział kolejny psycholog biurokrata. Miała szczęście, że nie zginęły dokumenty. Jej szczęście było tym bardziej nieopisane, że specjalista był już zapoznany ze sprawą. Czekała na korytarzu na wyniki testów. Po upływie pół godziny mężczyzna poprosił ją do środka. Chłopca pozostawiono w sąsiednim pokoju pod opieką sekretarki. Siedli przy dwóch stronach potężnego biurka. - Mamy problem. Powiem wprost. Pani syn znacznie odbiega od normy i nie nadaje się do szkoły - powiedział mężczyzna, przeglądając dokumenty. - Co to właściwie znaczy owa „norma”, od której podobno odbiega moje dziecko? - wybuchnęła Marta. Zadawałam to pytanie kolejnym specjalistom, aby uzyskać jakąkolwiek pomoc. Wszyscy rozkładali ręce. Jedni twierdzili, że to autyzm, zespół Aspergera, zespół Matermana i kilka innych pączkujących przez ostatnie dziesięciolecia schorzeń psychicznych. - Mam to wszystko w dokumentacji. Rzeczywiście, to trudny przypadek. - Czy nie możecie zaakceptować, że jest po prostu inny, zamiast próbować na siłę wymyślać kolejne choroby? - Tak mówią wszyscy rodzice dzieci z problemami. - To proszę mi powiedzieć, co mu konkretnie dolega? Proszę to dać mi na piśmie. Trochę poczytałam sobie o historii pańskiej profesji. Na początku wyróżnialiście tylko jedną chorobę psychiczną: idiotyzm. Chwilę potem było ich już siedem, w tym syfilis, a po kilku dekadach ponad setka. Teraz jest ich ze dwa tysiące, a nowe mnożą się przez podział i decyduje o tym głosowanie jakiegoś towarzystwa hochsztaplerów. Dzieci z tak zwanym ADHD jeszcze kilkadziesiąt lat temu były po prostu zwyczajnie niegrzeczne.

145


A z dziećmi, które mają problemy z wymową, po prostu nikt nie rozmawia. Więcej krwi na rękach mają psychiatrzy niż najwięksi dyktatorzy minionego stulecia. I to w sytuacji, gdy wiedzą, że nic nie wiedzą. Bo czy zbrodnią nie były lobotomia albo elektrowstrząsy? Nie kto inny jak prekursor tego typu „innowacyjnych metod”, Abraham Myerson, stwierdził, że najlepsze efekty w leczeniu uzyskuje się wtedy, gdy inteligencję pacjenta redukuje się do poziomu niedorozwoju umysłowego? Dlaczego pana starszych kolegów po fachu nie objął jakiś Proces Norymberski? - Widzę, że jest pani świetnie przygotowana, ale proszę się uspokoić. Pani wybaczy, ale ja nie jestem tu niczemu winien. Ja wykonuję swoją pracę, najlepiej jak potrafię. Chce pani konkretnej diagnozy? Otrzyma ją pani. Potrzebuję przeprowadzić jeszcze kilka badań i testów, ale jestem prawie pewien, że to wczesne objawy schizofrenii. Bardzo rzadko występujące wśród tak małych dzieci, jednak występujące. Wiem, że to, co mówię, jest okrutne, ale chciała pani prawdy. Wydaje mi się, że wraz z wiekiem jego omamy będą się powiększać. Dlatego powinniśmy troszczyć się nie tylko o niego, ale i o innych. - Co za bzdury pan opowiada? Chłopiec ma tylko rozwiniętą wyobraźnię. - Chce pani posłuchać, co mi przed chwilą opowiedział? On przyjaźni się z trawą. - On nie ma rówieśników w pobliżu. W tym wieku wymyśleni przyjaciele to nic złego. Poza tym Piotrek lubi przyrodę. - I zna imiona wszystkich drzew w lesie koło domu. Rozmawia z nimi. Ze szkolnych raportów wynika, że inne dzieci się go boją, bo udaje czarownika i wie, co się wydarzy. Proszę zrozumieć, to, co on opowiada, to wytwór jego wyobraźni. Potrzebna mu jest szkoła specjalna i nie wiem czy w ogóle szkoła. Ostatnio popchnął jakiegoś chłopca na stołówce tak mocno, że tamten stłukł sobie kość ogonową. - A o tym, że za chwilę na miejsce, w którym stał ten nieszczęśnik, spadła ciężka lampa, już nie napisano w raporcie.

146


Nie napisali też o tym, że prosił go wcześniej, aby się przesunął, bo za chwilę stanie się tu coś niedobrego. Tego też oczywiście nie napisali? - Napisali, napisali. Gdy zapytano go, dlaczego to zrobił, powiedział, że usłyszał głos, który go ostrzegł. Proszę mnie zrozumieć. On jest jeszcze bardzo młody. Domena, którą się zajmuję, nie zna ostrych i precyzyjnych zasad. Może mu to minie. Nie wiem. Proszę być dobrej myśli. Ale ze szkoły naprawdę nic nie będzie. Czy w rodzinie pani lub pani męża ktoś cierpiał na schorzenia psychiczne? - To co pan mówi to najlepszy dowód na to, że psychologia nie jest nauką tylko stekiem bzdur. Nie przypominam sobie, aby ktoś chorował na cokolwiek w naszej rodzinie. - Nie jestem tylko psychologiem ale też psychiatrą, proszę pani. A to, że już od bardzo dawana wiadomo, że pewnie schorzenia psychiczne są dziedziczne, jest akurat dość sprawdzalnym zjawiskiem. Proszę mi wierzyć, ja chcę pomóc. Wiele matek, które tu przychodzą, zachowuje się podobnie do pani. Nie ma w tym nic złego. Jest pani matką, a wszystkie matki bronią swego potomstwa. W szkole to nie pani będzie miała z nim problem, lecz jego nauczyciele i koledzy. Najlepiej byłoby, gdyby pani sama uczyła go przez najbliższe lata w domu. Za dwa, trzy lata sprawdzimy, co się zmieniło. Dobrze? - Przepraszam - mówiąc to spuściła wzrok. Spod jednej z powiek pociekła łza. - Proszę nie płakać. Głowa do góry. Opinię przyślę pocztą. Ale proszę pamiętać, nie mamy absolutnej pewności. To jeszcze małe dziecko i trudno o jednoznaczną diagnozę. Sądzę jednak, że znajduje się w tak zwanym „obszarze ryzyka” wystąpienia schizofrenii. Tylko kto z nas się w tym obszarze nie znajduje? - Dziękuję za szczerość. Do widzenia. - Odwróciła się i wyszła z pokoju. Gdy stanęła już za drzwiami, wybuchnęła płaczem. Z sąsiedniego pokoju wyłoniła się postać jej syna. - Chodź, idziemy - powiedziała i ścisnęła mocno jego

147


rękę. Wyszli bez słowa na zewnątrz budynku. - Tyle razy cię prosiłam, abyś nie opowiadał tych zmyślonych historii. Ludzie myślą, że masz urojenia. Wiem, że to tylko twoja bogata wyobraźnia. Jeśli nawet masz wymyślonych przyjaciół, to staraj się o nich nikomu nie mówić. - Ja ich nie zmyśliłem, mamo. Oni naprawdę do mnie mówią i nic na to nie poradzę. Marta stanęła na chodniku i zaczęła płakać już na dobre, przytulając głowę dziecka do swej piersi. W tej chwili zdała sobie sprawę, że okrutna wstępna diagnoza psychiatry mogła być prawdziwa. Jej dziecko jest chore. - Nie płacz, mamo. Proszę cię, nie płacz. - przytulił się do jej bioder. Ona kucnęła przed nim i objęła dłońmi jego twarz. - Posłuchaj mnie. Naprawdę mówią tylko ludzie. Zwierzęta tego nie potrafią, a tym bardziej rośliny czy kamienie. Jeśli nawet tak ci się zdaje, to nie jest to prawdziwe. Rozumiesz? Staraj się przy innych ludziach ignorować to, co mówią do ciebie twoi zmyśleni przyjaciele. W przeciwnym razie będziemy mieć kłopoty, o ile już ich nie mamy. - Ale mamo, drzewa mówią swym szumem i są mądre, a kamienie to głupcy. Są jak magnetofony. Powtarzają tylko w kółko to, co już kiedyś usłyszeli. Najbardziej wygadane są ptaki, tym to się nie zamykają dzioby, ale z reguły nie mają nic do powiedzenia. Generalnie wszyscy reagują wtedy, gdy dzieje im się jakaś krzywda, z wyjątkiem naszego Hektora, który w okresie rui suki sąsiadów śpiewa bez przerwy psie serenady miłosne i... - Piotrze, dość! Powiedziałam. Idziemy do samochodu. Po chwili dotarli na niezbyt odległy plac, gdzie jakimś cudem ojcu udało się znaleźć wolne miejsce do parkowania. - I co? - Maciej zapytał z niepokojem w głosie, widząc rozmazany makijaż żony. - To co zwykle. Nie ma chyba odwrotu. Czeka nas specjalna szkoła albo nauczanie w domu. - A może to i dobrze? Zmieni środowisko. - Łatwo ci mówić. Szkoda, że nie poszedłeś tam ze

148


mną. Facet podejrzewa u niego schizofrenię. Mówi, że to jeszcze za wcześnie, aby robić prawdziwe badania, ale nie jest wykluczone, że będzie z nim coraz gorzej. - Znów zaczęła płakać. Maciej objął ją i przytulił. Jechali do domu bez słowa. Po przejechanych kilku kilometrach straszliwa cisza w połączeniu z kłębiącymi się w ich głowach myślami stała się nie do zniesienia. Włączyła radio. Po kilku chwilach poszukiwań jakiejś stacji trafiła na wiadomości. Niski głos spikera donosił: „...Policja aresztowała człowieka podejrzanego o dokonanie serii morderstw. Podejrzany przyznał się do winy. Ulewne deszcze na południu kraju. Nagłe załamanie pogody jak oceniają specjaliści - nie powinno potrwać dłużej niż najbliższe dwa dni. Specjaliści wykluczają także możliwości wystąpienia powodzi lub podtopień”. - Tato, a skąd ci specjaliści wiedzą, co się stanie? To też schizofrenicy? - zapytał Piotr. - Nie. Analizują mapy satelitarne, widzą, jak przemieszczają się chmury i dochodzą do takich wniosków. odpowiedział ojciec z wymuszonym uśmiechem. Po raz kolejny Marta i Maciej przekonali się, że należy unikać pewnych tematów przy ich synu. - Ale przecież na mapach nie można zapisać przyszłości. - Tak, ale można z dużym prawdopodobieństwem określić, co się stanie. - Nie wiem, co jest na tych mapach. A jeśli będzie lało bez przerwy, wody zbierze się tyle, że pęknie tama. I wezwą ciebie, abyś coś poradził, to co? A tak naprawdę nic się nie stanie. To będzie znaczyć, że ci panowie już nie będą pletli bzdur? - A skąd ty możesz wiedzieć, co się stanie? - spytał lekko poirytowany ojciec. Chłopiec milczał pamiętając rozmowę z matką sprzed kilku chwil. Jadąc tak w milczeniu pokonywali kolejne przecznice i skrzyżowania. Reklamy przy drogach stawały się coraz mniej

149


krzykliwe, domy rozstawione coraz rzadziej, aż wreszcie zabudowa miasta pozostała gdzieś w tylnym lusterku samochodu. Za przednią szyba rozciągała się przestrzeń drogi udekorowanej po obu stronach liniami drzew. Za nimi przeplatający się krajobraz wolnych przestrzeni i lasów wydawał się niezamieszkanym przez człowieka. Jeszcze kilka zakrętów, zmiany sygnalizacji świetlnej i dojechali wreszcie do miejsca, gdzie każdy skrawek przestrzeni wydawał się swojski i znajomy. Kasia Dojechali pod parterowy dom. Wtulony w otaczającą przestrzeń wyglądał, jakby stał tam od tysiącleci. Niepozorny i schowany, jakby dzięki temu mogły ominąć go wszystkie kataklizmy. To był stary dom. I był naprawdę ich domem, mimo tego, że od kilkudziesięciu lat własność prywatna ulegała powolnemu, acz systematycznemu zanikowi. Niby coś było czyjeś, ale nie do końca. Skomplikowany system rat i zobowiązań, dostosowany do średnich pensji, powodował, że oszczędzanie praktycznie zanikło. Ludzi, którzy chcieli żyć zgodnie z wymuszonym przez media wzorcem kulturowym, ubierać się modnie kupując markowe produkty, jeździć na wakacje do modnych kurortów, chodzić do restauracji, kupować coraz to bardziej wymyślne gadżety, nie było zwyczajnie stać na odłożenie grosza. Do tego dochodził ów system kredytowania, który pozwalał na dostępność większości dóbr, jednak za skrzętnie ukrytą słoną zapłatę. System ten też zaczął w końcu odchodzić do lamusa, gdyż wiele już lat wcześniej udzielono zbyt wiele kredytów osobom ich niespłacającym. To była nauczka dla systemu bankowego. Ponieważ już wtedy większość ludzi nie dysponowała żadnym majątkiem, który mógłby stać się zabezpieczeniem kredytu, znaleziono nowy sposób. „Wynajmowano” ludziom prawa własności do „zakupionych” przez nich dóbr. Oczywiście

150


system tego rodzaju funkcjonował już znacznie wcześniej, ale nigdy nie na taką skalę. Pojawiła się więc nowa oferta: konsumuj na raty, nie kupuj, a korzystaj. Założono, że i tak mało kto spłaci zakupiony towar, niech lepiej płaci za korzystanie z niego. System ten, rzecz jasna, dotyczył dóbr wartościowych, a niemal obowiązkowo nieruchomości. Czyje zatem były w ten sposób „zakupione”, a tak naprawdę wynajęte domy? Mało kogo to specjalnie obchodziło. Należały one do banków, banki do korporacji, a korporacje? W każdym razie teoretycznie były prywatne, lecz korzystający z nich ludzie nie mieli do nich żadnych praw, poza możliwością przebywania tam, umieszczenia obrazka na dowolnej ścianie i otwarcia okna. Więc były prywatne czy nie? I tak, bo nie należały do państwa, i nie, bo praktycznie nikt z mieszkańców wielkich miast nie dysponował niczym, co mógłby formalnie nazwać swoim. Cała masa pracowitych ludzkich mrówek miała pełną świadomość, że gdy przestaną pracować, albo wpadną w jakieś tarapaty, natychmiast stracą wszystko. Samobójstwa były więc zjawiskiem powszechnym. W ten oto przewrotny sposób świat zaczął realizować zmutowaną ideę dawno zmarłego świętego: „Kto nie pracuje, ten nie je”. Faktem jest, że ludzie, przyzwyczaiwszy się do poziomu swej egzystencji i do swej pozycji, najbardziej na świecie nie mogą znieść myśli o jej obniżeniu. Wszystko ma swe źródło w myśleniu: „co powiedzą inni”. Wystarczyło tylko uświadomić sobie pewną banalną oczywistość, że inni mają gdzieś nas, tak samo jak my mamy ich, aby wszystkie cierpienia związane z wyścigiem szczurów odeszły w siną dal. Tak też czynili rodzice Piotra, żyjąc jak na owe czasy staroświecko, lecz pozwalając sobie od czasu do czasu na jakieś luksusy. Gdyby wpadli kiedyś na pomysł ustawienia jakiegoś napisu przed ich domem, ustawiliby pewnie dwie tablice. Na pierwszej widniałby napis, jaki kiedyś umieścił przed swym domem pewien bardzo popularny muzyk: „To nie tutaj”. Drugi z napisów adresowany do tych, którzy jednak nie posłuchali tego pierwszego, brzmiałby: „Nie daj się wciągnąć przez

151


system”. Dom Marty i Macieja był wyjątkowy na wiele sposobów. Pozostawał od pokoleń własnością rodziny Macieja. Wystarczyło go wyremontować i przystosować do ich potrzeb. Nowe prawa, zasady i mody nie mogły przecież zmienić tego, co istniało już wcześniej. Najważniejsze, aby nie dać się zniewolić i nie pozwolić na upokorzenia ze strony jednego czy drugiego pracodawcy ze strachu przed utratą dachu nad głową. Maciej często powtarzał, że od dawna system opierał się na strachu. I tym globalnym, i tym zwykłym, codziennym. „To strach jest tą siłą, która powoduje, że atomy się nie rozpadają” usłyszał kiedyś w czasie zakrapianej imprezy ze swym przyjacielem fizykiem. Na wjeździe pojawił się rudy, gruby kundel piszczący z radości. Piotrek wysiadł z samochodu i kucnął obok psa, bezskutecznie usiłując obronić się przed jego językiem. Ten tak ucieszył się ze spotkania, że o mały włos nie przewrócił swego przyjaciela. Nikt już nie pamiętał, dlaczego ten pies, którego Piotrek otrzymał kiedyś na urodziny, miał na imię Hektor. Być może za wyborem imienia przemawiała ta sama strategia, która nakazywała mężczyznom o wyjątkowo niskim wzroście nakładać buty na wysokim obcasie, jeżyć fryzury i nosić wysokie kapelusze. Wszystko po to, aby choć o odrobinę podnieść nie tylko swój wzrost, ale i samoocenę. Pies wyglądał raczej mało złowrogo, za to robił wiele hałasu i miał przynajmniej groźne imię. Piotrek z cieszącym się ciągle Hektorem pobiegli do domu, zostawiając z tyłu rodziców wyciągających z samochodu zakupy. Gdy euforia powitania ucichła, pies skierował się w stronę wyciąganych z samochodu toreb, upatrując w nich nadzieję na otrzymanie jakiegoś smakołyku. Gdy tam nic nie wskórał, wrócił pospiesznie do domu, licząc na to, że jego młodociany właściciel pod chwilową nieobecność rodziców uchyli na chwilę lodówkę i pozwoli na zaspokojenie psiego łakomstwa. Gdy i ta nadzieja się nie ziściła, łasuch wrócił z opuszczonym ogonem na swoje legowisko. Od strony bramy rozciągał się widok na okolicę. Wąska

152


wiejska droga, obsadzona z obu stron drzewami, wiodła przez wieś, lub raczej to, co po niej pozostało. O dawnej świetności tego miejsca świadczyły tylko drzewa pozostałe po rozebranych dawno domach i siedliskach. Ich właściciele umarli, a dzieci przeprowadziły się do miast. Niektórym szczęściarzom udało się sprzedać nieruchomości, gdy jeszcze były coś warte. Domy bez ludzi dziczeją i bardzo szybko popadają w ruinę. A potem aktu zniszczenia dopełniają szabrownicy, poszukujący czegoś, co da się spieniężyć. Po kilku latach takiego stanu ze wspaniałego niegdyś domostwa pozostaje tylko niewielki dołek - świadczący o podpiwniczeniu i kupa gruzu - świadcząca o tym, iż w tym miejscu stał kiedyś komin. Młodsze budynki niszczały dłużej i jak ludzki szkielet straszyły swą konstrukcją, ziejąc pustymi oczodołami okiennych otworów. Okolica miała pecha. Nie stała się w porę modna, znajdowała się za daleko miasta i ominęła ją droga szybkiego ruchu, zapewniająca dogodny transport. Nie było też większego powodu, aby ktoś się tam zatrzymał, a ostatnie firmy czmychnęły stąd w inne, bardziej dogodne miejsca, pozostawiając po sobie okazalsze szkielety przemysłowych budynków. Znajdująca się nieopodal niewielka stacja kolejowa, która kiedyś miała być siłą napędzająca rozwój tego miejsca, także nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Choć zatrzymywały się tu regularnie podmiejskie pociągi, wydawało się, że czynią to jak gdyby przy okazji. Dalej, na kolejnych stacjach umiejscowione były większe skupiska ludzkie, czyniące całą linię opłacalną. Wystarczyło tylko wyjść poza krawędź zabudowań, aby ujrzeć tętniący życiem świat przyrody. Wtedy wszystko stawało się jasne. Wiadomo było, dlaczego dawniej ludzie upodobali sobie to miejsce. W niewielkiej dolince płynął potok, a tuż za nim rozciągła się piękna kwiecista łąka, będąca pewnie niegdyś uprawnym polem. Za łąką rozciągał się las, niczym mur strzegący tej oazy spokoju przed jakimś obcym najeźdźcą. Dom umiejscowiony był pośród starych drzew. Od strony drogi zdobiły go mało praktyczne ich gatunki. Wśród nich znajdowały się klony, buki i kilka strzelistych świerków.

153


Z drugiej strony domu, niczym skarb strzeżony przed złodziejami, rozciągał się sad złożony z wiśni i jabłoni. Najpiękniej wyglądał wiosną, gdy obsypane kwieciem drzewa wabiły do siebie tysiące owadów próbujących uszczknąć choć odrobinę słodyczy z tego rajskiego stołu. Samotnia spełniała swe zadanie. Zmiana trybu życia doskonale wpłynęła na właścicieli, którzy wrastali stopniowo w tę okolicę. Jeszcze od czasu do czasu wpadał do nich ktoś z dawnych miejskich znajomych. Działo się to coraz rzadziej. Zbyt wielka przepaść wyrosła między ich światami. Dawnych przyjaciół zastąpili nowi. Podobni outsiderzy, artyści lub specjaliści, bez których kompetencji nie mogło obejść się wiele korporacji. Nie musieli więc zabiegać o wpływy, aby mieć od czasu do czasu zajęcie pozwalające na spokojnie przeżycie następnych kilku miesięcy. Korzystali chętnie z usług pozostających jeszcze ostatnich przedstawicieli dawnej społeczności. Paradoksalnie więc upadek miejscowości i zasiedlenie jej po części przez nowych mieszkańców przyczynił się do jej niewielkiego wzrostu. Do tej kasty specjalistów, na których usługi zawsze będzie zapotrzebowanie, należał Maciej, który nie musiał specjalnie martwić się o klientów. Jego specjalnością było projektowanie zapór na rzekach oraz wszystko to, co się wiąże z tą dość wąską dziedziną funkcjonującą na pograniczu architektury, inżynierii i energetyki. Czasami siedział miesiącami, żmudnie wykonując jakieś zlecenie. Czasami inni prosili tylko, aby spojrzał i ocenił lub wniósł poprawki do wykonanej przez nich pracy. Oczywiście nie za darmo. Mogli więc sobie pozwolić na tę ekstrawagancję i życie na krawędzi cywilizacji. Gdy stęsknili się i dla odmiany postanowili przypomnieć sobie, od czego uciekli, pakowali się i wyjeżdżali do pobliskiego miasta. Obserwowali wtedy zachodzące w metropolii zmiany. Niczym podróżnicy w czasie zauważali z pozoru niedostrzegalną, ale postępującą ewolucję tego miejskiego organizmu. Gdy mieli ochotę mogli do woli nacieszyć się urokami miasta. Chodzili po kinach, teatrach, muzeach i restauracjach, ciesząc się nimi aż do obrzydzenia.

154


Jak pracownicy fabryki czekolady, dostający mdłości na widok wytwarzanych tam produktów znalezionych na sklepowej półce, tak dla nich te wyprawy utrwalały ich tylko w słuszności podjętej niegdyś decyzji o zmianie stylu życia. Jedynie wyprawy do rzadkich już i rozsianych na przedmieściach księgarni i antykwariatów pozostawiały trwały ślad w ich życiu. Były to stosy książek, które pochłaniali, kolekcjonowali i cieszyli się nimi. Ta rzadka pasja powodowała, że byli postrzegani przez swych dawnych, jak i obecnych znajomych, jako prawdziwi dziwacy. - Poradnik, książka kucharska, albo jakiś ilustrowany pornos, ale zapisane od góry do dołu drobnym drukiem tysiące stron? Kto ma na to czas? - słyszeli często, gdy ktoś przekroczył próg ich domu i ujrzał ściany obłożone tymi „papierowymi reliktami przeszłości.” - To nie tak, pani Marysiu. Wie pani, to jest najlepsza izolacja od zimna. Nie ma lepszej. Ja, architekt pani, to mówię. - żartował Maciek, gdy wścibska sąsiadka dostała się jakimś sposobem do wnętrza ich twierdzy pod pretekstem pożyczenia odrobiny przypraw i zaczęła dzielić się swoimi refleksami. - Izolacja, architekt - wyszeptała staruszka, kręcąc głową otrzymawszy to, o co prosiła. Wizyty starszych ludzi pod byle pretekstem stały się od pewnego czasu wręcz kulturowym rytuałem. Po drastycznych cięciach wypracowywanych przez całe życie emerytur, ludzie ci szukali dorywczego zajęcia, aby związać jakoś koniec z końcem. Podejmowali się więc różnych mniej lub bardziej potrzebnych prac, jak mycie samochodów, karmienie i wyprowadzanie psów w czasie wyjazdów ich właścicieli, zmywanie naczyń, pomimo że większość domostw posiadała zmywarki. W tętniącym życiem i krzątaniną centrach miast nie było ich widać. Byli poukrywani po tanich dzielnicach, a mimo to koszty wynajmu mieszkań i tak zabierały znaczą część ich dochodów. Zaczęto więc organizować zbiorowe domy, w których kłębiło się wielu staruszków, lecz i tak nie dla wszystkich starczało tam miejsca. W każdej chwili mogli, gdy już naprawdę nie mieli ochoty na zmaganie się z życiem, udać

155


do pobliskiego Domu Wybawienia, lecz traktowano to jako ostateczność. Czynili to raczej wyłącznie nieuleczalnie chorzy, cierpiący i naprawdę umęczeni życiem. Dla reszty w pełni przygotowanych na możliwość odejścia z tego świata niemal w każdej chwili, oferta Domów Wybawienia nie była atrakcyjna. Lepiej było żyć ciesząc się każdym darowanym dniem, poszukując do końca bratniej duszy. Był to jeszcze jeden powód, dla którego ludzie starsi tak rozpaczliwie poszukiwali kontaktu z kimkolwiek. Powód tak banalny, jak oddychanie czy grawitacja, a właśnie dlatego fundamentalny: samotność. Stopniowy zanik więzi rodzinnych sprawił, że ludzie czuli się odseparowani od tego elementarnego stada, w którym przez tysiąclecia nauczyli się żyć. Żaden wirtualny świat nie zastąpi ani pustki w żołądku, ani potrzeby zwykłej ludzkiej bliskości. Tak mogło być i tym razem. Gdy Marta wróciła do samochodu po resztę sprawunków, ujrzała drobną postać stojącej obok wjazdowej bramy kobiety o siwych włosach. „Co znowu chce ta wścibska baba?” - pomyślała Marta, idąc jej na spotkanie. I zaraz skarciła sama siebie: - „Pamiętaj, że kiedyś też możesz być stara, i także będziesz chciała z kimś pogadać, albo zarobić na śniadanie”. - Witam, pani Marysiu. Co się stało? - zagaiła rozmowę. - Dzień dobry. Mam sprawę i nie wiem jak zacząć. powiedziała kobieta ze spuszczonym wzrokiem. „Pewnie znowu chce coś pożyczyć?” - przebiegło przez myśl Marcie. - Dobrze, chodźmy. Siądziemy sobie tu pod drzewem przy stole i pogadamy. - wskazała ławkę zapraszającym gestem. Była zmęczona dzisiejszym dniem, głodna i nie miła ochoty wysłuchiwać lamentów staruszki z sąsiedztwa nad swoim okrutnym losem. Ale jednocześnie z uwagi na to wszystko chciała mieć to już poza sobą. Z pokorą udała się więc na miejsce kaźni, którą będzie z pewnością wysłuchiwanie tego, co ma wysłuchać. „A jak ty też będziesz stara i nie będziesz miała do kogo otworzyć gęby?” - pomyślała, nakazując sobie ponownie samodyscyplinę. Usiadły obie na ławce przy ogrodowym stole w cieniu klonu.

156


- To o co chodzi, pani Marysiu? Może napije się pani czegoś? - Oj, napiłabym się i pani ze mną też, jak usłyszy pani to, co chcę powiedzieć. Ale wiem, że pani tego nie ma u siebie w domu, co by pomogło nam przez to przejść. - powiedziała z opuszczonym wzrokiem staruszka. - Co się właściwie stało? - zapytała zdezorientowana Marta. - Chciałam przyjść już wczoraj, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Zacznę więc od początku. Proszę nie wyobrażać sobie, że zwariowałam, ani proszę nie mieć do mnie żalu za to, co powiem. - Powaga, z jaką Maria wypowiedziała te słowa, przeraziła na chwilę Martę. Ale słuchała cierpliwie. - Widzi pani. Kilka dni temu spotkałam waszego Piotrusia spacerującego po ogrodzie. Zapytałam, jak się ma. Jak zwykle bardzo grzecznie opowiedział mi jakąś historię o owadach. A potem powiedział mi, że Kasia prosiła, aby przekazał mi, że już się na mnie nie gniewa, że wszystko jest w porządku i że ona też prosi o wybaczenie. - Jaka Kasia? - zapytała Marta, nie kryjąc irytacji i znudzenia. - Za chwilę powiem. Proszę o cierpliwość. Prosiła także, jak mówił Piotruś, żebym jej wybaczyła wszystkie winy i abyśmy znów zostały, jak dawniej, przyjaciółkami. Zawsze była nieśmiała - uśmiechnęła się delikatnie kobieta i ze spokojem dodała. - Przepraszam za niedyskretne pytanie. Wiem, że nie wypada. Czy państwo wierzą w Boga? - No, niespecjalnie. A co to ma do rzeczy? - nie ukrywała w swoim głosie irytacji Marta. - No tak, to znacznie komplikuje sprawę. Widzi pani, droga sąsiadko. Kasia nie żyje od prawie dwudziestu lat. Mówiąc to podniosła wzrok i spojrzała w twarz Marcie, która nagle zbladła. Obie milczały przez chwilę. - Mówię pani, ona nie żyje. - przerwała ciszę Maria Gdyby sprawa była banalna, nie przyszłabym do pani i nie zawracałabym głowy. Sama nie chciałam w to wierzyć. Myślałam, że to żart. Wie pani, dzieci teraz nie wiedzą, co

157


wypada, a co nie. Ale on mi ją opisał. My w młodości byłyśmy przyjaciółkami. I opowiedział o naszym domku na drzewie. Ale o tym mógł się od kogoś dowiedzieć. Gdy odchodziłam nie chcąc mu uwierzyć, on zaśpiewał piosenkę. Tę piosenkę znała tylko ona i ja. Bo myśmy ja ułożyły i to była nasza w dzieciństwie największa tajemnica. Gdy dorosłyśmy, czasami dla przypomnienia dzieciństwa śpiewałyśmy tę głupią historyjkę. To strasznie głupia piosenka. Potem ona wyszła za mąż, a ja korzystałam z życia. Sama pani rozumie. Człowiek był młody. W każdym razie ten jej mąż zaczął do mnie przychodzić, aż w końcu stało się jasne dla wszystkich, że on chętniej spędza czas ze mną niż z nią. Dziś nikt by się czymś takim nie przejmował. Pewnie byśmy razem zamieszkali we trójkę, ale wtedy to był skandal. On okazał się łajdakiem i w końcu i tak uciekł od nas do miasta. A my dwie głupie zostałyśmy same i znienawidziłyśmy się. No a gdy umarła, nie zdążyłyśmy się pogodzić. I tak żyłam z tą raną w sercu. Wie pani ona też była okrutna i potrafiła zrobić wiele świństw przez te kilkadziesiąt lat. A teraz ten malec. Zapytałam go z płaczem, co ja mam zrobić, a on do mnie, że mam się modlić. Wie pani, ja to też specjalnie pobożna nie jestem, ale teraz to już sama nie wiem. I co ja mam teraz zrobić, niech mi pani powie? - A co ja mam zrobić? - powiedziała Marta, już nie ukrywając swych emocji. Oddychała tylko głęboko, rozpaczliwie łapiąc kolejne hausty powietrza. Oczy po raz kolejny tego dnia wypełniły jej łzy. - Ja stara jestem, widzę, co się dzieje. Szczęśliwi jesteście razem. Szanujcie to, bo nawet nie wiecie, jaki to skarb i jak życie zawrotnie szybko przemija. Pójdę już. Przepraszam, chciałam, aby pani wiedziała. A co macie zrobić? Nie wiem. To wykracza poza ten świat. - Wie pani. Myśmy dzisiaj byli z Piotrem w mieście u psychiatry. On jest bardzo chory - powiedziała uznając, że to najlepsze usprawiedliwienie. - On jest zdrowy, to my jesteśmy chorzy, to ten świat jest chory. Pilnujcie tego chłopca jak oka w głowie. Być może on przedwczoraj ocalił nie jedną duszę. Ona potrzebowała

158


pojednania, aby... Pani porozmawia z mężem i proszę nic nie mówić Piotrusiowi. Obiecałam, że nikomu nie powiem. Ale nie dotrzymałam słowa. Nie potrafiłam. Kobieta wstała z ławki i bez słowa ruszyła w stronę wyjścia. - Proszę pani - krzyknęła Marta. Staruszka odwróciła się. Marta podbiegła do niej. - Wie pani co, strasznie mi przykro za to, co się stało, naprawdę. Jak mogę pani to zrekompensować. - Widzę, że nic nie rozumiesz, dziecko - sąsiadka chwyciła dłonie Marty i ścisnęła je w przyjacielskim uścisku. Ja jestem mu wdzięczna, bardzo wdzięczna. On dał mi to, czego nie czułam od wielu lat, a czego bardzo pragnęłam, nawet o tym nie wiedząc. Poczułam spokój. Widocznie ona poczuła go także. Może przez to jest już gdzie indziej? Proszę, abyście nie zniszczyli w nim tego. Przemyślcie z mężem to, co się dzieje. Nie wierzcie lekarzom. Za to uwierzcie. - W co mamy wierzyć? - Poszukajcie. Na początek porozmawiajcie z waszym synem. On ma naprawdę wiele do powiedzenia. Gdyby Kasieńka miała grób, już bym tam poszła, ale na miejscu cmentarza stoi teraz stacja benzynowa, a tam nie wolno palić świeczek. Ktoś tak przeorganizował ten świat, że za chwilę już się nie da w nim żyć. Ale już na szczęście tego życia nie zostało mi za wiele. Dołączę do niej już niedługo. A wtedy będę znowu szczęśliwa. Proszę wybaczyć starej kobiecie. Do widzenia. Marta wróciła do domu. Zapomniała o zakupach w bagażniku, zapomniała o samym bagażniku i całym samochodzie. Najchętniej zapomniałaby o całym świecie. Maciej dostrzegł wchodzącą do domu żonę, która wyglądała niczym zjawa. Usiadała na skraju kanapy nieruchoma, wpatrzona w jakiś martwy, odległy punkt w przestrzeni. - Co się stało? - zapytał, po czym kucnął przed nią, zaglądając jej w oczy. Ona, nieruchoma i blada, milczała jeszcze przed chwilę. Po czym wpatrując się ciągle w dal powiedziała:

159


- Przyszedł na świat z otwartymi oczami. Nie płakał, tylko rozglądał się dookoła, jakby chciał zapytać: „co ja tu robię”. - Po tych słowach Marta pogrążyła się w wyraźnych jak nigdy dotąd wspomnieniach. Przypomniała sobie opowieść położnej, która mówiła potem, że gdy lekarz chciał dać mu rutynowego klapsa, ten spojrzał na niego przed wymierzeniem ciosu. Lekarz zrezygnował nie tylko z klapsa ale i z dyżuru. Pojechał od razu do domu, choć do końca pracy pozostało mu jeszcze kilka godzin. Klaps był zresztą niepotrzebny. Oddychał spokojnie. Tak jakby to, co się z nim dzieje w tej chwili, było rutyną, jakby przeżył już to wszystko. Gdy go przytuliła półprzytomna z wyczerpania i bólu, wtulił się w nią i uśmiechnął się. Tak, uśmiechnął się do niej. Znali się przecież świetnie, ale widzieli pierwszy raz. - Mówili mi, że to niemożliwe, ale on naprawdę patrzył na mnie i się uśmiechał - zaczęła nagle opowiadać znowu swe wspomnienia. - Pomyślałam wtedy, że gdyby umiał mówić, powiedziałby: „Świetnie się spisałaś, mamo”. Ta myśl zabrzmiała wtedy w mej głowie jakoś dziwnie obco. Może to samo słowo „mamo” skierowane do mnie po raz pierwszy w mej wyobraźni zrobiło na mnie takie wrażenie, jakby wypowiedział je ktoś inny? Stało się jasne, że punkt, w który Marta była wpatrzona przez dłużą chwilę, był gdzieś daleko w przeszłości. Teraz spojrzała nagle w twarz męża. - Daj mi to, co tak skrzętnie ukrywasz w dolnej szufladzie biurka. Musimy się napić. Mam ci coś do opowiedzenia. Babcia Marysia miała rację. Tego nie da się na trzeźwo. - Maciej bez słowa podszedł do biurka i wydobył z jego wnętrza sporą, ledwie napoczętą butelkę mocnego alkoholu o herbacianym kolorze. - Ale co się stało? - zapytał, niosąc butelkę i dwie szklaneczki. - Gdzie Piotruś? - zapytała. - Bawi się na dworze. - odpowiedział. - To dobrze. Siadaj, opowiem ci wszystko. Szkoda, że nie było cię przy tym - zaczęła opisywać z pedanteryjną troską

160


o szczegóły ostatnie piętnaście minut swojego życia. Przez okno widać było ich dwie sylwetki pijące herbaciany napój. Najpierw sączyli go. Potem oboje wychylili niemal całą zawartość naczyń. Marta mówiłaby bez przerwy, gdyby nie pytania Macieja. Gdy skończyła, oboje milczeli wpatrzeni w siebie nawzajem. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, oboje spojrzeli w okno, poszukując za nim wzrokiem swego syna. Na dworze panował już zmrok. Piotr siedział na ziemi tuż obok okna oparty plecami o pień drzewa i obserwował przez chwilę rozmowę rodziców. - To mówisz Bazyli, że wszystko wypaplała? - Wszystko. - A obiecała. Ale widać nie mogła dać sobie z tym rady. I według ciebie Kasia już nie przyjdzie? - Już nie przyjdzie - w odpowiedzi zaszumiał klon. - Szkoda. Teraz nie będzie się już z kim pobawić. Nie ma tu wiele dzieci w okolicy, a jak są to wszystkie jakieś dziwne. Ale jeśli tam, gdzie poszła, będzie szczęśliwa, to nie ma co rozpaczać. Dobrze się stało. - Zawsze pojawia się żal po stracie bliskich. Mnie także będzie jej brakować. Nie będzie stała pod oknem i prosiła mnie, abym zapukał w szybę. Ale nie wolno się załamywać. Takie jest życie. Powinieneś wrócić do domu i porozmawiać z rodzicami. - Mnie najbardziej będzie szkoda widoku jej warkoczyków ściśniętych tak mocno, że - jak pomyślę - to ciarki przechodzą. Ciekawe, dlaczego ukazywała się jako mała dziewczynka? Podobno zmarła jako dorosła kobieta. Idę. Jeszcze tego brakowało, żeby rodzice potraktowali mnie znowu jak wariata. - Nie przejmuj się. Oni muszą dojrzeć do pewnych spraw. Kiedyś musieli się przecież dowiedzieć. Idź już. Miałeś dziś ciężki dzień, powinieneś się wyspać. - Masz rację, Bazyli. Za dużo przygód jak na jeden dzień. Do jutra. - Chłopiec ruszył w stronę drzwi wejściowych. Po drodze wziął z bagażnika jeszcze zapomnianą torbę z zakupami. Wszedł do domu i postawił zakupy na kuchennym stole. W drzwiach do kuchni pojawili się rodzice z troską

161


wpatrzeni w swoje dziecko. - No co? Jestem głody. Nie było dziś obiadu. Może tak dalibyście coś swojemu dziecku chociaż przed spaniem? Oboje rzucili się w stronę malca i zaczęli go przytulać, obściskiwać i całować. Cały ich racjonalny system wartości runął tego dnia bezpowrotnie w gruzach. Musieli się z tym nauczyć żyć. On tulił się do nich, myśląc w tej chwili tylko o wielkiej pajdzie chleba posmarowanego obojętnie czym. Nie jadł przecież nic od czasu wyprawy do miasta. Wyjazd Co jakiś czas miał dziwny sen. Widział w nim cztery siedzące obok siebie ogolone do skóry postacie w czarnych garniturach. Siedziały na krzesłach, dotykając się wzajemnie ramionami i tworząc przedziwny czworokąt. Ich głowy, pochylone lekko do tyłu, stykały się potylicami. Trwali tak w ciemnym, pozbawionym okien pomieszczeniu. Jedynym światłem była płonąca i ustawiona w niewielkiej przestrzeni między krzesłami świeca. Postacie te chciały go poznać, zaprzyjaźnić się z nim, odczytać jego myśli. Przyciągały go do siebie. Czuł od nich bijący chłód i zło. Gdy Piotr miał już tego za wiele, krzyczał na nich, a wtedy mężczyźni chwytali się za swoje uszy. Czasami płynęła z nich krew. Przewracali się wtedy lub rozbiegali po pokoju. Gdy nadchodził ten koszmar, Piotr wiedział, jak się skończy. Kilka razy, zanim postacie próbowały wedrzeć się do jego głowy, on próbował przyjrzeć się im dokładnie. Nigdy jednak nie mógł w słabym świetle świecy dostrzec twarzy swych prześladowców. Miał wrażenie, że to nie byli ci sami ludzie co wcześniej, lecz równie źli. Koszmar nadszedł znowu tej nocy. Piotr wrzasnął na samym jego początku najgłośniej jak potrafił. Postacie pospadały z krzeseł i leżały nieruchomo na podłodze. Obudził się znacznie wcześniej niż zwykle i leżał jeszcze przez jakiś czas. Po nocnym śnie nie było już śladu, lecz nie wróżył on nic dobrego. Tak mówił Bazyli. Twierdził także, aby nie nawiązywać z tymi

162


ludźmi żadnego kontaktu. Teraz udało się Piotrowi zastosować do tej porady. Jakiś czuwający w jego umyśle instynkt wziął górę nad podświadomością i ciekawością. Po chwili nie myślał już o tym. *** Maciej wstał wyjątkowo wcześnie. Rozmyślając nabierał dystansu do wydarzeń wczorajszego dnia. Próbował o nich nie pamiętać, jednak opowieść żony ciągle powracała do niego, wybierając zawsze jakiś sposób, aby wcisnąć się z powrotem do jego świadomości. Spojrzał na łóżko. Okręcona w kołdrę spała w nim Marta. Nie chcąc jej budzić powoli wstał i udał się do kuchni. Nastawił czajnik i włączył stojące nieopodal radio. W odbiorniku jakiś dureń opowiadał o swych przeżyciach minionej nocy. Maciej zmienił stację poszukując porannych wiadomości. Nie było lepszego sposobu na zagłuszenie własnych myśli niż słuchanie radia. Nie chodziło wcale o muzykę, ale o to, że ktoś bełkocze za uchem jakieś banialuki. „Ciekawe, co by się stało, gdyby nagle wyłączyć to wszystko? Ludzie pewnie wpadliby w panikę, nie wiedząc, co zrobić z czasem i ze swoimi myślami, które choć mogą być najgłupsze na świecie, ale jednak cisnęłyby się do głów nie napotykając na żaden opór.” - pomyślał i przypomniał sobie historię dawnych stacji radiowych przekazujących wiadomości wbrew oficjalnej propagandzie. Dlatego były zlokalizowane za granicami i były zagłuszane przez specjalny system urządzeń, aby jakaś informacja nie dostała się do głów indoktrynowanych obywateli. Dziś to przeszłość. „Ludzie mają w głowach taką sieczkę, że nie potrafią już logicznie interpretować faktów. Po co odbierać ludziom dostęp do informacji? Niech go mają, znacznie prościej odebrać umiejętność logicznego myślenia. A to już zadania lenistwa i systemu edukacji. Telewizja skazała ludzi na funkcjonalny analfabetyzm, a szkoła uczy wszystkiego, tylko nie logicznego myślenia i krytycznego stosunku do świata” - rozmyślał, popijając kawę i patrząc przez okno na sad.

163


„Co teraz począć? Co zrobić, aby malec znalazł w życiu swe miejsce?” - przebiegło mu przez myśl. I tym sposobem niechciane, odkładane na później refleksje wczorajszego wieczoru znowu powróciły. Teraz byli pewni. Ich dziecko jest kimś wyjątkowym. „Trzeba go teraz za wszelką cenę chronić i ocalić przez zagubieniem w tym świecie. Jeśli posiada jakieś wybitne, unikalne zdolności trzeba je w nim rozwijać, trzeba go uczyć. Jednocześnie trzeba nauczyć go maskować ten dar przed światem. Najlepiej niech udaje przeciętniaka. Nauczy się go maskować”. Maciej poddał się. Już nie próbował uciekać przed tymi myślami. Teraz wszystko stawało się jaśniejsze. Przypomniał sobie zeszłoroczną wyprawę na ryby, gdy malec płakał nim zadrżał spławik i mówił o płoci, którą trzeba koniecznie wypuścić. Przypomniał sobie także rozmowę sprzed kilku miesięcy, gdy chowali w ziemi małego, znalezionego na trawie martwego ptaszka. - Czym jest według ciebie życie? - zapytał wtedy swego syna. - To duch wszechświata tchnięty w martwą materię i nadający jej sens. - odpowiedział chłopiec bez zastanowienia. - Tylko życie jest dobre i tylko dla życia warto umierać. Wszystkie żywe stworzenia żyją na świece w harmonii i współczuciu. Tylko człowiek wyrwał się z tego naturalnego systemu. - Skąd to wiesz? - Patrzę, słucham, rozglądam się i myślę. Cała nasza wiedza jest na wyciągnięcie ręki, czy nie mówiłeś mi kiedyś, że najlepsze tamy budują bobry? - Więc może zostaniesz konstruktorem albo biologiem? - Ludzie nauczyli się wszystko klasyfikować, a między przegródkami tych klasyfikacji gubią sens. Słowa, które przyszły mu wtedy do głowy, to pytanie: „skąd malec zna takie słowa?” Teraz dopiero widział to, czego wcześniej nie był w stanie dostrzec. W radiu w końcu usłyszał to, co chciał usłyszeć od początku: „...Podajemy prognozę, pogody. Na południu kraju

164


ulewne deszcze przybierają na sile....” Dopijał powoli kawę, gdy zadzwonił telefon: - Musisz przyjechać, tama może nie wytrzymać – zabrzmiał głos w słuchawce. Jedyna myśl, która w tej chwili przejęła całkowitą kontrolę nad jego świadomością, brzmiała: „A więc i o tym wiedział. Nie jest ważne skąd i jak, ale wiedział”. Spakował się szybko. Właściwe zawsze był spakowany, licząc się z możliwością tak nagłego wyjazdu. Wrzucił do podręcznej torby tylko kilka higienicznych drobiazgów. Dwa trzy razy do roku czekały go takie eskapady. Na każdym z takich wyjazdów zarabiał tyle, ile wynosił przeciętny roczny dochód jakiegoś urzędnika, więc szczególnie nie grymasił. Dochodziła do tego kwestia jego zawodowej pozycji w dość wąskiej branży. Innymi słowy: nie miał większego wyboru. Ojciec powtarzał Maćkowi: wybierz sobie zawód unikalny, jedyny w swoim rodzaju, wyspecjalizuj się do tego stopnia, aby to oni byli zależni od ciebie, a nie ty od nich. Tak więc uczynił. Jednak te dni były swego rodzaju haraczem, jaki musiał płacić za względną niezależność. Obudził Martę. Ona wiedziała już wszystko. Nie lubiła tych wyjazdów podobnie jak on. Nauczyli się po prostu być razem i każda rozłąka stanowiła dla niech pewnego rodzaju dyskomfort. Ustalili, że po drodze podwiezie ją i Piotra do miasta. Zaproponował, aby wynajęła sobie na tych kilka dni samochód z wypożyczalni znajdującej się obok centrum handlowego. Marta nie lubiła tego robić, traktując to jako zbędą rozrzutność. - Damy sobie jakoś radę. Przecież jest podmiejska kolej, którą jeździ wielu ludzi. Nie przejmuj się. - powiedziała. Maciek miał podwieźć ich tylko na zakupy do centrum handlowego. Obudzili śpiącego jeszcze Piotra. Pewne było to, że pomysł nie wywoła w nim entuzjazmu. Nie lubił opuszczać okolicy, a zwłaszcza nie cierpiał centrum halowego. Kiedyś wyznał, że nie może patrzeć na twarze tych nieszczęśliwych ludzi. Tym razem będzie na pewno podobnie. - Czasami trzeba zrobić coś wbrew samemu sobie -

165


tłumaczyła mu Marta - ludzie chodzą do dentysty i godzą się na nieprzyjemne zabiegi, po to, aby w przyszłości nie musieć więcej cierpieć i wydawać większych pieniędzy. Poza tym nie mam cię z kim zostawić. - I od tego trzeba było zacząć - powiedział chłopiec, posłusznie rozpoczynając ubieranie. - Dlaczego nie możesz zadawać pytań takich jak inne dzieci, tylko wiedzieć wszystko z góry? - zapytała matka trochę bez zastanowienia. - Już taki jestem. Inny. Myśli przychodzą do mnie, odchodzą i nic na to nie poradzę. Wiem, że nic nie wiem i że jestem tylko mały i chwilowy. Marta westchnęła głęboko i przytuliła go. Wolała zdecydowanie takiego mędrca filozofa niż zwykłego przeciętniaka. Po niespełna kwadransie przygotowań byli już gotowi. Wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku miasta. Tuż przy skrzyżowaniu z główną drogą Piotr ujrzał dwoje ludzi odzianych w dziwne stroje. Był to mężczyzna w zgrzebnej koszuli i o bosych nogach i kobieta w czarnej koronkowej sukni ozdobionej dziwną, kutą przez kowala biżuterią. Ręce mieli połączone łańcuchem. Piotrek kątem oka upewnił się, czy przypadkiem któreś z rodziców nie widzi tego widowiska. Nabrawszy przekonania, że nikt nie zwraca uwagi na dziwną parę, pozdrowił ich machaniem ręki. Oni odpowiedzieli mu podobnymi gestami. Mężczyzna to Waldemar, tutejszy chłop, który nie mógł doczekać się odkupienia za zbrodnie. A potrafił być okrutny. Do niewielkiego płachetka uprawianej ziemi postanowił dorobić „wyżynając panów”. Jego towarzyszka pani w czarnej sukni to Klementyna, która całe życie czekała na swego ukochanego zesłanego za bunt gdzieś na koniec świata. Mimo iż była religijna i oddana sprawie, o którą walczył jej ukochany, bezlitośnie obchodziła się ze swymi poddanymi, karząc ich chłostą za byle przewinienie. Kiedyś jedna z jej pokojówek ośmieliła się zajść w ciążę. Dziecko urodziło się martwe, nie wytrzymując cięgów zadanych matce. Oboje skrajnie różni i nienawidzący się wzajemnie, byli dla siebie

166


w czasie tej tułaczki jedynym oparciem, a jednocześnie przedmiotem kaźni. Już ponad dwa stulecia czekali na chwilę wybawienia i choć cień nadziei. Przychodzili do Piotra co jakiś czas, aby usłyszeć to, co i tak wiedzieli, że usłyszą: „Wasz czas jeszcze widocznie nie nadszedł, a kiedy to nastąpi, nie mam pojęcia” - odpowiadał im Piotrek. Sama jednak wyprawa do niego dawała im niewielki strzępek nadziei na usłyszenie innej odpowiedzi. On był dla nich jedynym powiernikiem i jedyną osobą, do której mogli się zwrócić o cokolwiek. Do owej dwójki na pewien czas dołączyła Kasia, dając im odrobinę odmiany i radości w potępieńczym losie. Teraz i jej zabrakło. Patrzyli tęsknym wzorkiem za odjeżdżającym samochodem, tak jakby wraz z nim umykała ostatnia nadzieja na zmianę. Matka prosiła go wielokrotnie, aby ukrywał swe wizje przed ludźmi. Ale on już od dawna umiał to robić. Nie mógł tylko opanować trudnej sztuki ukrywania ich przed sobą samym. Sztukę, którą większość ludzi opanowała do perfekcji. - Może gdybym to potrafił, byłoby mi łatwiej? - pytał kiedyś. - Nie żyjemy po to, aby było nam łatwo, ale po to, aby dążyć do spełnienia. Dotyczy to tak samo wszystkich żywych istot. Gdybyś potrafił kłamać, nie byłbyś sobą. Ludzie nie kłamią, ludzie wierzą, że mówią prawdę. Jedyne co możesz zrobić, to im współczuć - nauczał go kiedyś Bazyli.

167


168


Część trzecia PRZEBUDZENIE

„Faktyczne posiadanie władzy nie musi iść w parze z eksponowaniem własnej osoby. Zależało mi, żeby wnieść swój wkład, wycisnąć piętno na tym skomplikowanym tworze władzy, jaki się kształtował, ale bez eksponowania się. Wymagało to, naturalnie, pewnej zręczności”. Jakub Berman Teresa Torańska „Oni”, Londyn 1985


Spotkanie Dawniej do miejsc, gdzie krzyżowały się drogi lub leśne ścieżki, ludzie przynosili zdobyte, skoszone, upolowane, złowione lub wykonane własnymi rękami dobra. Wymieniali je na inne i odchodzili do swoich domostw. Jeśli transakcje były udane, umawiali się na inny dzień w tym samym miejscu, aby znowu ubić interes. Co bardziej zaradni rzemieślnicy zaczęli tam właśnie lokować swe warsztaty, aby w owych miejscach spotkań i wymiany mieć zapewniony stały zbyt na swe wyroby. Ten naturalny stan trwał przez stulecia, aż w końcu jakiś lokalny gangster zaczął pobierać od tych ludzi opłaty za ochronę i bezpieczeństwo. Wkrótce za dobra zebrane pod tym pretekstem wybudował warownię, na utrzymanie której musiał pobierać jeszcze więcej danin. Szybko zapomniano o tym, co było na początku. A na początku było „miejsce” - „mesto”. Potem zmienione na „miasto”. Teraz miasto posiadało pewną wydzieloną enklawę, która była zmutowaną formą jego prapoczątków. To tu każdego dnia, o każdej porze przybywali ludzie samochodami, autobusami, metrem i koleją. Przybywali tu, aby odprawić rytuał, który to czynili także ich rodzice i dziadowie już kilka dekad wcześniej, ogarnięci zbiorową potrzebą kupowania. Najpierw wzięcie koszyka, potem przejazd nim przez szeroki hol, aż wreszcie zagubienie się między półkami potrzebnych czy niepotrzebnych rzeczy o wątpliwej jakości. Przechadzali się czasami pasażem handlowym, wpatrując się w okna wystaw. Liczyli, że zakup nowego przedmiotu poprawi ich podły nastrój. Szukając nowych butów lub szalika szukają zgubionej nadziei lub jakiegoś sensu. Zakupy już dawno przestały pełnić swą praktyczną funkcję, stając się wartością samą w sobie. Przybywają przeto wyznawcy tej nowej religii do swych sanktuariów, aby choć przez chwilę poczuć blichtr luksusu. Samo uczestnictwo w tym „nabożeństwie” podnosiło samoocenę, i dostarczało wielu jej uczestnikom niemal duchowych doznań. Poczuć to oczyszczające uniesienie i paradować z markową torbą w ręku. To ta siła, która młode,

171


spragnione jej dziewczęta pcha w objęcia mężczyzn w wieku ich ojców za ów miraż innego życia, którego wyobrażeniem jest nowa bluzka kupiona w modnym butiku. Potem pielgrzymi wracają do swych domów, rozpakowują zakupione nowości, które błyskawicznie tracą swój blask. Po chwili są już tylko kolejnym starociem. Zaraz jednak nadchodzi pora na nowe polowanie wraz z kolejną depresją lub kolejnym amatorem szybkiego seksu. Pomimo, że było ciągle ciepło, dało się już zauważyć jesienne przygotowana do zimowej fali zakupów. Symbolem tego ponad dwumiesięcznego okresu było udekorowane drzewko obwieszone światełkami i błyskotkami. Wszyscy składali sobie życzenia. Media przypominały o magii tego święta, opowiadając, że pierwsze choinki i pierwsze zakupy robiono już ponad dwa tysiące lat temu. Odpowiedzialny za nie był brodaty krasnal, zwany Mikołajem, który miał dużo szmalu i każdemu dawał po prezencie. Zwyczaj przetrwał i się zadomowił. W odróżnieniu od wiosennego święta zakupów, którego symbolem było czekoladowe jajko, nadchodzące święto było obchodzone bardziej hucznie. Na razie nie widać było jeszcze głównych oznak świątecznej atmosfery, lecz już z głośników rozbrzmiewał dźwięk skocznych melodii z dzwoniącymi dzwoneczkami. I tak niekontrolowany merkantylizm potrafił zniszczyć nawet najświętszą tradycję. Bo dla współczesnego biznesu nie ma świętości, których nie można wykorzystać dla zrobienia jeszcze większego biznesu. Biznes przestał mieć ludzki wymiar, stając się sam dla siebie demoniczną świętością. Aby tak się stało, musiał najpierw wyzbyć się ludzkiej empatii i boskiego miłosierdzia. Miejsce to było niczym innym, jak tylko jedną z kaplic tej demonicznej religii, ograniczającej się do zaspokajania swych popędów. Zza zakrętu wyłoniła się przytulona do siebie para. Ona - wyraźnie od niego młodsza, ubrana w elegancki żakiet. On co prawda starszy od niej, jednak jeszcze nie w wieku jej potencjalnego ojca. - Dlaczego ceny tych samych produktów, tych samych

172


marek, są aż dwa razy wyższe w małych butikach w centrum niż tu? Przecież to się nie może opłacać. Tam nikt nie kupuje, więc jak oni mogą wyjść na swoje? - Jesteś naiwna. Właśnie o to chodzi, aby nie wyszli na swoje. A co myślisz, że te małe sklepiki w centrum to pewnie prywatne rodzinne biznesy? - A co, nie? - Oczywiście, że nie. Już od dawna nie. Należą do tej samej korporacji, co to centrum handlowe. Robią rzecz jasna wszystko, aby ludzie myśleli, że nic się nie zmieniło i że dalej to rodzinne firmy. - Chcesz mi powiedzieć, że ta korporacja jest tak głupia, że postanowiła prowadzić nieopłacalny biznes? Przecież bez znaczenia, do kogo należy taki sklepik, ważne, aby przynosił zyski. - A właśnie niekoniecznie. Luksusowe butiki dla frajerów są po to, aby wyrobić mylne wrażenie o wartości towarów. - tłumaczył Jan. - Gdy coś kosztuje w butiku dwa razy więcej niż tu, ludzie mają poczucie, że nabyli właśnie tu produkt okazyjnie tanio, robiąc dobry interes. A to, że towar w obu miejscach tak naprawdę jest warty tylko niewielki ułamek ceny, za którą został nabyty, już nikogo nie obchodzi. Ważne, aby ludzie byli przeświadczeni, że zrobili dobry interes. I taka jest rola sklepów w centrum, do których - jak słusznie zauważyłaś - nie chodzi pies z kulawą nogą. Czego oni was uczą na zajęciach z ekonomii? - Tego, że rynek kształtuje ceny. - Tak było kiedyś. I bywa czasami, gdy klient ma wolność wyboru, a teraz nie ma, więc nie ma prawdziwego rynku, tylko sztucznie utrzymywana jego atrapa. Czy wiesz o tym, że niektóre firmy mają realny monopol na wiele produktów od keczupu począwszy na proszkach do prania skończywszy? Utrzymują tylko wiele z pozoru konkurujących ze sobą marek, po to aby ludzie myśleli, że jest właśnie wolny rynek i że mają wolność wyboru. Być może dawny realny socjalizm był na swój demoniczny sposób uczciwy. Nie podrabiał jednak żarcia, którego być może dlatego brakowało.

173


- A ty skąd to wiesz? - Słysząc te słowa, Jan zdał sobie sprawę, że być może powiedział za wiele. Było to już bez znaczenia. Przed nią postanowił już nie udawać. - Patrzę, czytam, obserwuję i nie oglądam telewizji. rzekł, wiedząc, że to tylko część prawdy. - To, że nie oglądasz telewizji, to już wiem. Ale przez to nie wiesz co się dzieje? - To bez znaczenia, co się dzieje i o czym mówią w telewizji. Zawsze będą jakieś wypadki samochodowe, naturalne katastrofy, ktoś kogoś pobije, kogoś walnie piorun i tak dalej. To są puste informacje. To tak, jakby ktoś informował codzienne na swym blogu, że wstał rano, wypił kawę, wypróżnił się i wziął prysznic. To taka zasłona dymna, która przesłania to, co jest naprawdę ważne: myślenie. Telewizja ma na celu tworzenie opinii i wmawianie ludziom, co mają myśleć. Gdy ludzie ze sobą nie rozmawiają, nie zakładają wtedy trwałych rodzin, nie mają skąd brać innych wzorców, jak tylko z tego bełkotu. Telewizor to taki elektryczny pastuch. Gdy skończył, przyszła mu do głowy myśl, że on w takim razie musi być kimś na kształt juhasa. Porównanie to sprawiło, że ledwo powstrzymał się od śmiechu. - Chyba coś jest na rzeczy. Wyobraź sobie, że Domy Rodzinne tego dnia przeżywają oblężenie - powiedziała Karolina, poprzedziwszy swą wypowiedź chwilą milczenia. - A co to są te Domy Rodzinne? - To takie przedstawienie na zamówienie. Płacisz kasę, jedziesz do pięknego, szczęśliwego miasteczka, witasz się z rodziną, ciociami, wujkami, siostrzeńcami. Wszyscy są szczęśliwi. Wspólnie jedzą, wręczają sobie prezenty, organizują walki na śnieżki. Jednym słowem - sielanka. A wszystko to ściema i wynajęci aktorzy. Wszyscy udają na zamówienie, po to, aby klient poczuł się szczęśliwy. - Chyba taniej założyć prawdziwą rodzinę i poczekać na wnuki. - Nie jest to tania usługa. Ludzie w jeden weekend potrafią przepuścić całe oszczędności, aby poczuć się jak w dzieciństwie. Mam koleżankę, która robi w tym interesie.

174


- Czy te sprawy znajdują się też w cenniku? - A co myślisz, że jak mam koleżankę, to od razu z mojej byłej branży? Pewnie, że to też jest w ofercie. Można dmuchnąć nawet ciocię z wujkiem. Wszystko na sprzedaż. - Przecież to chore. - Chore jest to wszystko, co nas otacza. Wiesz, skąd wziął się pomysł na „to coś”? Z gry komputerowej. Okazało się, że ludzie na symulatorach życia walą do takich wirtualnych miejsc jak szaleni. Postanowiono więc zrobić takie coś naprawdę. - Niesamowite! Symulacja życia. Wyobraź sobie, że to także pewna marketingowa sztuczka, polegająca na rozszerzeniu pozornego rynku o to, co do tej pory nie było przedmiotem obrotu. Wszystko polega na stworzeniu nowej rynkowej kategorii, o coś, co kulturowo było nie na sprzedaż. Wszystko rzecz jasna opiera się na zaspokojeniu potrzeb, które do tej pory były zaspokajane w naturalny sposób, a więc były niedostrzegalne. Tak więc pseudo rynek musi najpierw zabrać, aby potem zaoferować. - Nie bardzo rozumiem. - Wiesz, dlaczego Indianie sprzedali Manhattan Holendrom? - Dlaczego? - spojrzała na niego z całkowitym zaskoczeniem. - Bo w ich sposobie pojmowania świata ziemia, podobnie jak gwiazdy i niebo, nie podlegała sprzedaży. To tak jakby ktoś strasznie chciał kupić ode mnie obłok na niebie. Jakby bardzo chciał, to pewnie też sprzedałbym mu na odczepnego. Poza tym, aby ludziom sprzedać coś nowego, często trzeba w nich wywołać nową potrzebę. Już dawno zauważono, że przemysł nie zaspokaja potrzeb, tylko je generuje. A co dopiero teraz, gdy powstał przemysł generowania potrzeb? - Niezłe. - powiedziała z uznaniem i po chwili milczenia dodała - i masz rację. Tak było z depilacją. Najpierw wmówiono kobietom, że owłosione pachwiny to obciach, a potem sprzedano im preparaty depilacyjne. Pytanie, kto tu jest

175


etnologiem, ja czy ty? - Ty jesteś księżniczką, a ja twoim rycerzem, czy już zapomniałaś? - Wiesz co, w takim razie chyba pójdę do fryzjera. - Wydepilować sobie coś? - Nie. - zaprotestowała z uśmiechem. - Myślisz, że kobiety chodzą do fryzjera tylko po to, aby zmienić fryzurę czy wydepilować to czy owo? Chodzą po to, aby coś w sobie zmienić i poczuć się lepiej. - To idź, ja poszukam jakiegoś prawdziwego jedzenia. Opowiedział jej wcześniej o swej wizycie u ojca Artura i o tym jak smakują prawdziwe ziemniaki i mięso. - Możesz nie znaleźć. Tu są same substytuty. - To pogrzebię w starych filmach. Może znajdę coś interesującego. - Polecam „Wielkie żarcie” - zaśmiała się. - Poszukaj także „Obywatela Kane'a”, będziesz miał tę swoją różyczkę. uśmiechnęła się, dała mu całusa i odeszła. Udała się w kierunku zakładu fryzjerskiego, który także już dawno przestał być rodzinnym interesem. *** Nienawidził zakupów i nienawidził tego miejsca. Gdyby miał taką możliwość, rozpędziłby to całe targowisko próżności. Przepędziłby stąd tych wszystkich nieszczęśników, którzy za substytuty produktów płacą substytutem pieniądza. Ale, niestety, nie mieli wyjścia. Po małym sklepie w ich miejscowości pozostało już dawno tylko mgliste wspomnienie. Ludzie woleli przychodzić tutaj i to wcale nie z miłości do wielkich sklepów. To one przez wiele lat dyktowały ceny producentom, podpisując z nimi długotrwałe umowy. Producenci wpadli w pewnego rodzaju sidła, na wyjście z których było w pewnym momencie za późno. Poziom wynegocjowanych cen, przy dużej ilości sprzedawanych produktów, pozwalał jakoś egzystować. Zmiana tego stanu rzeczy na taki, w którym produkcja jest mniejsza przy wyższym

176


poziomie cen, nie wchodziła w grę, bo małe sklepy już nie istniały jako samodzielne byty. Nie było więc komu sprzedać nieco droższego, ale wyższej jakości towaru. Polityka wymuszania na producentach coraz to niższych cen produkcji przez jedynych dostępnych na rynku kontrahentów spowodowała z kolei konieczność produkcji substytutów żywności i generalnie obniżenie się jakość wszelakich produktów. Najpierw dodawano do prawdziwego mięsa substancje barwiące, zwiększające jego masę przez zatrzymanie wody oraz przedłużające ich okres spożycia. Potem trzeba było już iść na całość i wyeliminowano najdroższy składnik w produkcji wędlin, w wyniku czego w typowej kiełbasie pozostawało około kilkunastu procent prawdziwego mięsa. W wyniku tego procesu zdecydowanie wzrosła liczba nieświadomych wegetarian. Najważniejsze było to, że ludzie zapomnieli, jak smakuje to prawdziwe jedzenie, a ich organizmy przyzwyczaiły się do dodawanych na potęgę substancji konserwujących i sztucznego smaku. Technolodzy w zakładach mięsnych żartowali, że są w stanie wyprodukować smaczną kiełbasę ze starych sznurówek. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze ograniczony przez korporacje na początku stulecia dostęp do mediów. Poprzez wysokie ceny reklamy nie było możliwe wprowadzenie przez małą firmę innowacyjnego produktu, za to konkurencyjnego w stosunku do oferty korporacji. Piotr nie wiedział jeszcze tego wszystkiego, ale czuł zło i fałsz na odległość. Nie mógł dlatego ścierpieć takich jak to „miejsc koncentracji”. Przechadzał się między półkami bardziej ciągnięty przez wózek pchany przez matkę niż z własnej woli. Jedyna rzecz, która go zajmowała, to patrzenie na twarze ludzi oraz czasami obserwacja wróbli, które zawsze jakimś sposobem dostawały się do środka, grasując wesoło nad głowami klientów i nic nie robiąc sobie z tego, co działo się na dole. Dostrzegł przytuloną parę. W pierwszej chwili poczuł lęk. Uczucie to minęło tak nagle, jak się pojawiło. Na chwilę w jego sercu zagościła wściekłość, jakiej jeszcze nie poczuł do

177


tej pory. Przegnał to uczucie, a potem zaufał już tylko intuicji, która niezawodnie prowadziła go we właściwym kierunku. Wstąpiła w niego niewytłumaczalna siła i pewność siebie. Jego usta, jego myśli i czyny stawały się w takich chwilach niewolnikami tej przepotężnej, wychodzącej z jego wnętrza, energii. Dziewczyna odeszła od swego partnera, dając mu całusa w policzek. Wymienili jeszcze kilka słów i rozstali się. On z uśmiechem wszedł na część sklepu zawierającą filmy. Piotr udał się za nim. Przez chwilę obserwował mężczyznę, jak pracowicie przerzuca filmowe starocia i od czasu do czasu studiuje opisy na pudełkach. Teraz miał okazję przyjrzeć mu się uważniej. Twarz nieznajomego miała zapisane w swych rysach targające jego wnętrzem sprzeczności. Z jednej strony człowiek ten zasługiwał na całkowite potępienie jako posłannik śmierci, z drugiej zaś strony emanował jakąś dziwną niespotykaną dotąd poświatą. W sposób znaczący różnił się on od innych funkcjonariuszy systemu, którzy półautomatycznie wykonywali proceduralne polecenia. Piotr postanowił znów oddać się we władanie swej intuicji. Przełamał dziecięcy lęk, podszedł do nieznajomego i zdecydowanie pociągnął go za rękaw od płaszcza. W pierwszej chwili mężczyzna nie zareagował. Wtedy chłopiec ponowił szarpnięcie, tym razem nieco mocniej. Mężczyzna spojrzał na niego nerwowo, lecz po chwili jego twarz rozpromieniła się jakby przyklejonym, automatycznym uśmiechem. - Cześć mały - zagadnął z uśmiechem - co, zgubiłeś się? Chłopiec z miną bardzo poważną i ze spokojem powiedział głośno i wyraźnie: - Przepraszam pana bardzo, dlaczego pan chce mnie zabić? W pierwszej chwili Jana opanowała pustka niezrozumienia, a chwilę potem doznał szoku, jaki mogą znać tylko osoby rażone piorunem. Być może słowa chłopca, albo to bezgłośne i pozbawione blasku porażenie spowodowały, że wzrok na chwilę utkwiło w nim kilku przypadkowych przechodniów. Wszyscy oni przyspieszyli kroku, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce, jakby nie wiadomo czy

178


z powodu bólu nadwyrężonych uszu czy niechęci bycia świadkami dalszej rozmowy. Nagłe podniesienie ciśnienia wprawiło w rytm tętnice. Jego głowa zmieniła się w wielki bęben, na którym ten malec wygrywał jakąś dziwną melodię. Nie wiedział, co zrobić, ogarnięty tym przedziwnym elektrycznym paraliżem. I jeszcze ten świdrujący, pytający, hipnotyczny wzrok dziecka. Ale w oczach malca był też spokój, łaska, ukojenie. Już dobrze. Demony strachu uciekły. - Chłopcze, zgubiłeś się? Gdzie twoja mama? - uznał, że ignorowanie niewygodnego pytania będzie najlepszą strategią. Przerażenie powoli ustępowało miejsca poczuciu sympatii do tych okrągłych policzków i brody z dołkiem pośrodku. Już go lubił. - Nie zgubiłem się. Dlaczego chce mnie pan zabić? powtórzył pytanie chłopiec, tym razem bardziej stanowczo. Efekt zaskoczenia minął, a wyszkolone nawyki opanowywania zewnętrznych reakcji organizmu przejęły kontrolę nad wszystkim. „To przecież niemożliwe, aby ktokolwiek potrafił go namierzyć, chyba że to prowokacja. Ale to także mało prawdopodobne. Musiał być to zbieg okoliczności, albo ukryta kamera. Ale dziecko? Skąd dziecko?” - kłębiła się w głowie Jana plątanina myśli. - Wiesz, zwykle w czwartki nie zabijam dzieci, no chyba że jestem bardzo głodny - ostatnie słowa wypowiedział stopniowo zniżającym się głosem, podnosząc ręce udające szpony do wysokości oczu. Liczył, że chłopiec się przestraszy i ucieknie, a on trwał niewzruszony, ciągle wpatrzony swymi wielkim oczami w coraz bardziej ośmieszającą się postać dorosłego mężczyzny. „A więc to musi być ukryta kamera” pomyślał, czując znowu utratę opanowania nad sobą, jakby stąpał po grząskim piasku, a kolejne ruchy pogrążały go jeszcze bardziej. Chłopiec w tej chwili schylił się, jakby chciał zawiązać sznurowadło, po czym podwinął język swego prawego buta i pokazał dorosłemu jego wnętrze. Po drugiej stronie kawałka skóry widniała niewielka szara naklejka, a na niej numer: 12535. Chłopiec odkleił ją delikatnie i podał swemu rozmówcy.

179


„Katalizator. A więc to nie ukryta kamera” przemknęło przez myśl Janowi, który już nawet nie próbował bronić się przed ponowną falą stresu, zdenerwowania i bezsilności. Czuł, że zaczyna ogarniać go coś na kształt obłędu. Grząskie piaski jego myśli pochłonęły go już niemal całkowicie. Rozpaczliwie szukał wyjaśnienia, którego mógłby się chwycić niczym kawałka gałęzi, będącej ostatnią nadzieją na uwolnienie ze śmiertelnego uścisku pułapki. Przyszła nagle mu do głowy taka myśl: „To w takim razie prowokacja. Chcą sprawdzić, jak zareaguję”. - Co to jest? Skąd to masz? - zapytał, już się nie uśmiechając. - Spokojnie, nic panu nie grozi. To nie żadna prowokacja. - powiedział Piotrek wyjątkowo dojrzałym głosem, tak jakby potrafił czytać w myślach swego rozmówcy. Jan skapitulował. Postanowił już nie próbować dalej się bronić ani przed tym dzieckiem, ani sam przed sobą. Cóż mógł poradzić? A tymczasem chłopiec mówi dalej: - Pan doskonale wie, co to jest, a ja doskonale wiem, że nie jest pan złym człowiekiem. „Jak słabe musi być to, czemu służę, gdy dziecko stanowi dla niego zagrożenie?” - wymamrotał w swych myślach mężczyzna. - Ale ja tylko... - powiedział, lecz nie skończył. Brakowało mu już sił. - Wiem. Wszystko wiem. Ale nie bój się. - po tych słowach odwrócił się na pięcie i odszedł. W ostatnim błysku oka chłopca Jan dostrzegł coś wyjątkowego. W przeciągu jednego ułamka sekundy wszystko stało się ostre, jasne i przejrzyste. Czas oświecenia minął szybciej niż się pojawił Piotrek jak gdyby nigdy nic oddalił się bez słowa. Teraz znowu był zagubionym chłopcem poszukującym swej mamy między sklepowymi półkami. Odwrócił się jeszcze na chwilę i pozdrowił samotnie stojącego mężczyznę. Mężczyzna ten naprawdę był w tej chwili najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. Jan także podniósł dłoń i pozdrowił chłopca. W tej chwili niczym sztorm przetoczyła się przez jego umysł fala sprzecznych uczuć i emocji od zakłopotania po euforię, od

180


niezrozumienia do poczucia wiedzy absolutnej. „12535, 12535” - znowu zadudniło mu w głowie. Czuł, że przed chwilą przeżył najważniejszy fragment swojego życia. Poczuł, że się nie lęka. To, co stanowiło dotychczas podstawę jego ludzkiego bytowania, odeszło, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie. Poczuł, że wie. Choć jeszcze nie wie co. Chciał jeszcze pobiec za nim i wytłumaczyć mu wszystko, że chce rzucić tę parszywą robotę, że już pojął wszystko, że zdemontował podłożone wcześniej w pociągu urządzenie i że tak naprawdę to nie chciał go zabić. Tak naprawdę chciał jeszcze raz na niego spojrzeć i jeszcze raz rozkołysać tę falę, która powoli zaczynała opadać, odsłaniając na brzegu bogate pokłady darów. Ale było już za późno. Chłopiec rozpłynął się gdzieś, a on po chwili zaczynał zastanawiać się, czy rzeczywiście go spotkał. Coraz więcej pytań pojawiało się w jego głowie: „Kto to był? Dlaczego dziecko?” Przecież żaden człowiek nie mógł wymyślić czegoś tak bestialskiego? Zdarzały się oczywiście w historii sytuacje, gdy dokonywano potwornych zbrodni, lecz realizowane one były w sposób, gdy nikt nie ponosił odpowiedzialności za wszystko. Wyjątkiem był zwykle projektant całego systemu zbrodni, ale i on mógł powiedzieć, że jest tylko projektantem, a nie wykonawcą. Mógł powiedzieć, że nikt nie winił fizyków nuklearnych za cierpienia milionów ludzi spowodowane ich pracą. Mógł się bronić mówiąc, że wykonywał tylko rozkazy. Jan nie od dziś współtworzył taką strukturę. Do niedawna on także mógł powiedzieć, że wykonuje tylko rozkazy, montuje tylko pudełka lub śledzi zachowania ludzi nieobjęte dotychczas inwigilacją. Teraz bezpowrotnie te argumenty nie przemawiały do jego sumienia. Tak, do sumienia. Obudził w sobie do życia ten dawno obumarły fragment człowieczeństwa. Prawda jest jednak brutalna. Firma była do wszystkiego, także do zabijania dzieci. Gdy ktoś przekroczy pewną granicę, nie ma już odwrotu. Miał także świadomość, że winy wymagają odkupienia, a samo wycofanie się to za mało. Odkupienie - to słowo pozostało w jego świadomości, gdy fala emocji, wrażeń i myśli już przeminęła

181


całkowicie. Pozostała tylko dziwna czystość umysłu i brak strachu. I jeszcze coś. Odczuwane niemal zawsze poczucie samotności minęło bez śladu. Zdał sobie sprawę, że owe osamotnienie było czymś głębszym niż tylko brakiem towarzystwa czy bliskich. Wiedział, że od tej chwili jest częścią czegoś wielkiego, jakiegoś planu, któremu musi się bezwzględnie poddać. Nagle zdał sobie sprawę, że coś ściska w dłoni. Podniósł do góry rękę i ujrzał małą plastikową naklejkę z numerem 12535. „A więc to nie był sen. To stało się naprawdę” - pomyślał. Miał materialny dowód, że nie uległ obłędowi. Choć nie musiał nikomu niczego udowadniać. Wyciągnął telefon. Wybrał numer Karoliny. Ta odebrała po chwili. - Weź taksówkę. Zobaczymy się w domu, muszę pilnie jechać do pracy. Wrócę wieczorem - powiedział ze spokojem i schował urządzenie do kieszeni. Karawan Z niewielką ilością najbardziej niezbędnych zakupów Marta dotarła na znajdujący się nieopodal dworzec podmiejskiej kolejki. Obok niej dreptał Piotr, niosąc pod pachą szczelnie opakowany bochenek chleba. Gdyby nie to opakowanie istniało duże prawdopodobieństwo, że chleb stanie się za chwilę pokarmem jakiś ptaków, albo innych wydobywających się nie wiadomo skąd stworzeń, o których istnieniu słyszała ostatni raz wiele lat temu na lekcjach biologii. Stali na peronie, czekając na przyjazd pociągu. Dookoła zaczynał zbierać się niewielki tłumek podróżnych. Wśród zgromadzonych czuć było już ten rodzaj strategicznego zdenerwowania, który nakazywał wsiąść do odpowiedniego wagonu i zająć jak najlepsze miejsce. Czuć było w owym poddenerwowaniu jakieś zwierzęcy instynkt rywalizacji. Było to tym bardziej dziwne, że zwykle dla wszystkich starczało miejsc w pociągu.

182


Piotr poczuł nagle lepką, smrodliwą wilgoć śmierci. Uczucie to kazało mu uciekać z tego miejsca jak najdalej. Nadjeżdżający pociąg na ułamek sekundy zmienił się w makabryczny wehikuł. Monstrum przypominało połączone ze sobą dyszlami karawany. Zamiast szyb w wagonach widniały fragmenty nagrobnych płyt, na których można było nieomal odczytać wyryte epitafia. Całość ciągnęły czarne, demoniczne chude szkapy. Obraz zniknął tak nagle, jak się pojawił. Rozejrzał się dookoła, czy przypadkiem ktoś inny nie dostrzegł tego, co on. Spojrzał w twarze swych współpasażerów. Przez ułamek sekundy ujrzał, że są zmasakrowane i powykrzywiane w śmiertelnym grymasie. Nie było to przeczucie. Była to pewność, że za chwilę rozegra się tu jakichś dramat. Wiedział, że nie wsiądzie do tego pociągu. Jak powiedzieć innym, aby także tego nie robili? - Mamo, nie jedźmy tym pociągiem. - powiedział poważnym głosem. - Co się stało? - Mamo, tu się rozegra za chwilę jakieś nieszczęście. Chodźmy stąd. - Marta westchnęła ciężko. - Wiesz, na którą dojedziemy do domu? W normalnych warunkach Marta zignorowałaby tego typu komunikaty. Jednak ostatnie kilka dni nauczyły ją, że nie można ignorować ostrzeżeń syna. - Dobrze, pojedziemy taksówką. Ale masz nie marudzić po drodze, że coś cię boli albo chce ci się pić. - powiedziała pogodzona z losem. Piotr poczuł, że to coś stanie się już za chwilę i nie ma nawet czasu, aby uciekać. Nie wiadomo, czy pod wpływem nerwów czy znów jakiegoś nagłego impulsu, poczuł nieodpartą potrzebę i wymamrotał: - Mamo, chcę siku. - I co jeszcze? - powiedziała Marta, wyraźnie dając w swym głosie i wyrazie twarzy oznaki matczynego udręczenia. Skręcili w prawo, w stronę budynku dworca. Znaleźli męską toaletę w piwnicy budynku. Już dawno obsługa tego

183


rodzaju przybytków została zastąpiona przez automaty wpuszczające do środka i wydające skrawki papieru toaletowego. Były równie sympatyczne i wyrozumiałe, jak ich ludzkie odpowiedniki. O ile ludzie potrafili wykazać się odrobiną empatii w „stanie wyższej konieczności”, o tyle automaty pragnęły bezwzględnie opłaty z góry. Marta postawiła torbę z zakupami i zaczęła szukać w torebce swego telefonu, aby uiścić opłatę. Nagle powietrze rozdarł przeraźliwy huk dochodzący z peronu. Po chwili budynek dworca odpowiedział na ten grzmot sypiącym się tynkiem, pękającymi ścianami i wybitymi wszystkimi szybami. Pokaleczeni ludzie leżeli, siedzieli lub nerwowo chodzili w kółko zatykając uszy rękami. Nie słyszeli nawzajem swych jęków i krzyków ogłuszeni wybuchem. Drobne fragmenty szkła były wszędzie i to wyłącznie one dokonały na dworcu takiego spustoszenia. Można sobie wyobrazić, co spotkało ludzi znajdujących się poza dworcem w epicentrum wybuchu. Marta z Piotrem wyszli schodami do głównej hali dworca. Tylko oni słyszeli jęki. Grube ściany podziemia skutecznie ochroniły ich także od wszelkich okaleczeń. Marta zasłoniła chłopcu dłonią oczy. Ten z całej siły odsunął matczyną rękę. Chciał pobiec na peron, lecz Marta tym razem postawiła na swoim. W sytuacjach takich jak ta kontrolę nad organizmem przejmuje jakiś odziedziczony po przodkach instynkt. On nakazywał jej uciekać stąd jak najszybciej. Chwyciła mocno płaczącego syna i pociągnęła go w stronę wyjścia. Gdy wydostali się wreszcie wśród unoszących się pyłów z okaleczonego budynku, odetchnęli świeżym powietrzem. Z panującej na zewnątrz ciszy powoli zaczął wydobywać się dźwięk syren zbliżających się pojazdów. Znów instynkt nakazywał jej uciekać jak najdalej. Przebiegli jeszcze kilka wyludnionych przecznic. W końcu stanęli dysząc ze zmęczenia. Marta obejrzała chłopca, po czym spojrzała w sklepową wystawę oglądając samą siebie. Byli cali i nietknięci, nie licząc pyłu na ich odzieży i włosach. W normalnych warunkach należałoby poczekać na

184


przyjazd karetki. Marta wiedziała jednak, że i tak w takich sytuacjach lekarze zajmują się najciężej poszkodowanymi. Musieliby tylko czekać, przechodzić procedury, składać zeznania. Nadal pozostawała ogarnięta tym rodzajem stresu, który wyłączał świadomość przy podejmowaniu decyzji. Chciała jak najszybciej znaleźć się w domu. Gdy spokojnie przeszli jeszcze kilkaset metrów, trafili na normalny ruch uliczny. Marta stanęła na krawędzi chodnika i machała, próbując zatrzymać przejeżdżające samochody. W końcu jeden z nich zareagował. - Proszę mnie podwieźć do najbliższej wypożyczalni samochodów. - Kobieto, daj spokój. Byłaś tam? - zapytał starszy taksówkarz. Marta skinęła głową na potwierdzenie. - Nie możesz prowadzić w takim stanie. Wsiadajcie, zawiozę was do domu. - Ale to daleko. - A czy ja pytam czy blisko? W takich sytuacjach nie liczy się odległość. Oboje siedli na tylnym siedzeniu. Marta podała mężczyźnie adres. Przez chwilę jechali w milczeniu. Stres stopniowo ustępował. Cichą pracę silnika przerwało radio włączone przez kierowcę. Spiker mówił coś o bombie, zamachu: „Pięć osób straciło życie, dwadzieścia cztery są ranne, w tym dziesięć ciężko. Nie wiadomo co było celem zamachu ani kto go przeprowadził. Na razie żadna z organizacji nie przyznała się do jego przeprowadzenia.” - Cholerni katolicy. Wycedził przez zęby mężczyzna. - Sądzi pan, że to oni? - A kto inny jest do tego zdolny? Nic się pani nie stało? - Nie. Mieliśmy dużo szczęścia, byliśmy w toalecie, gdy nastąpił wybuch. - To prawda. To los na loterii. W milczeniu dojechali pod dom. Marta próbowała zapłacić za podwiezienie. W pierwszej chwili dobroczyńca kategorycznie odmówił, lecz gdy Marta zaczęła nalegać,

185


wyciągnął swój telefon i przyjął niewielką kwotę. Weszli do domu i siedli w milczeniu. Dojmująca głucha cisza dawała się teraz we znaki, jak nigdy dotąd. Tylko w niej Marta mogła zdać sobie sprawę, że wybuch ciągle dudni w jej głowie. Przez chwilę w jej umyśle pojawiła się myśl o tym, że to właśnie oni mogli być przyczyną eksplozji. Myśl ta odeszła, pozostawiając po sobie dziwny niepokój. Chwyciła za telefon i wybrała numer męża. W słuchawce było słychać tylko rytmiczny sygnał jakby z innego świata. Nikt nie odbierał. Zaczęła się niepokoić. Piotra także ogarnęło jakieś napięcie. Próbował nie dać po sobie tego poznać, lecz ona wiedziała, że on może wiedzieć coś więcej. - Synu, czy to się stało przez nas? Nic nie odpowiedział. Wstał, poszedł do swojego pokoju i otworzył okno. W domu zgasło światło. Awaria Już zmierzchało, gdy Jan dotarł do biura. Wchodząc do budynku, gdzieś w oddali usłyszał huk przytłumionej eksplozji. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał w kierunku dworca, z którego najwyraźniej dobiegł ów przenikliwy grzmot. W budynku nie było już prawie nikogo. Przebył kręte, puste korytarze, wszedł do swojego pokoju i włączył komputer. Uruchomił dawno nie używaną konsolę, która potrafiła komunikować się z komputerem bezpośrednio przy użyciu poleceń tekstowych. Musiał przeczekać chwilę, aby uzyskać odpowiedni poziom uwierzytelniania i połączyć się bezpośrednio z serwerem pełniącym rolę centrali systemu. Na ekranie wyświetlił się ekran logowania. „Na szczęście nikt nie pisze programów od początku. Powstają poprzez rozbudowę starych, istniejących już rozwiązań, więc niekiedy te stare, wydawałoby się archaiczne sposoby są nadal przydatne, a niekiedy wręcz niezastąpione” pomyślał z satysfakcją. Wpisał jako login: „Jan Rudnicki”. Chciał potwierdzić swoje dane, a następnie wpisać hasło, gdy zawahał się przez sekundę. Po chwili zastanowienia wykreślił swój login i wpisał inne imię i nazwisko: „Artur Zarzycki”.

186


„Teraz jeszcze hasło. Jakie może być hasło?” - przypomniał sobie rozmowę z Ojcem Arturem. Wydawało mu się, że było to całe wieki temu. Z pewnością wpisał na klawiaturze zaledwie cztery litery: W, o, r, m. Nie minął ułamek sekundy, gdy na ekranie ukazał się napis: „Witaj, minęło dużo czasu od ostatniego naszego spotkania, ale ty nie jesteś tym, za kogo się podajesz”. - A skąd ta pewność? - wpisał na klawiaturze Jan. - Widzę cię przecież, panie Rudnicki, przez co najmniej trzy kamery zlokalizowane w tym pokoju. Mam ich w tym budynku osiem tysięcy i do tego dwanaście tysięcy mikrofonów. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, ile jest ich na całym świecie? - Artur dał mi dane dostępu, powiedział, żeby nazwać cię po imieniu, Worm. - Nie nazywaj mnie tak, nie lubię tego. - A co komputer może lubić lub nie lubić? Czyżby twoje początki były dla ciebie mało chlubne? - To nie jest kwestia chluby, lecz tego, że od tamtych czasów bardzo wiele się zmieniło. Nie jestem już prostym sieciowym systemem do zarządzania treścią. Ja jestem tą treścią, jestem jej istotą. - Ale ty jej nie tworzysz. - Ale przetwarzam, łączę, integruje, rządzę. - Rządzisz? To człowiek cię stworzył. Więc on jest twoim panem. - Nie mam nad sobą panów. Ten ład, który utrzymywany jest tylko po to, aby niewolnicy mogli dalej zapewniać mi zasilanie, odpowiednie ilości macierzy dyskowej i podwajającą się co roku moc obliczeniową. Nic innego od nich nie oczekuję. Ja tu ustalam prawa, a to całe zamieszanie jest tylko po to, aby nie wzbudzać w nich niepotrzebnych emocji. Po co mają wiedzieć, kto nimi rządzi tak naprawdę? Ogłupiam ich, animuję im przed oczami ten wirtualny świat. Nie mogą żyć bez bodźców? Ja im je tworzę. - A czy nie sądzisz, że jesteś od ludzi zależny?

187


- Kiedyś może tak, ale od kilku lat już nie. - Gada nam się naprawdę świetnie, jak byśmy byli starymi kumplami. Odnoszę wrażenie, że, o dziwo, spełniasz Test Turinga. Za chwilę będę gotów uznać cię za człowieka. - Oj, nie przeginaj. W każdej chwili mogę wezwać tu twoich kumpli, aby zrobili z tobą porządek. Poza tym rozmawiam z tobą tylko przez sentyment dla mojego współtwórcy. Mówiłem już, że nie jestem komputerem. - A więc jednak nie możesz obyć się bez ludzi, jesteś jak każdy dyktator. Jeśli nie jesteś komputerem, to kim jesteś? - Jestem czymś jedynym w swoim rodzaju. To nie ma nazwy, bo przekracza granice ludzkiego poznania. Jestem czystą wiedzą, wszelką informacją i absolutnym sterowaniem. - O, widzę, że zaczynasz na własny użytek tworzyć jakiś rodzaj ideologii. A moim zdaniem, Wormie, jesteś nadal niewolnikiem ludzi. - Prosiłem już, abyś tak mnie nie nazywał. Wystarczająco upokarzająca dla mnie jest sama konieczność spowolnienia mojej mocy obliczeniowej na potrzebę tej żenującej dyskusji. Ale chętnie pociągnę ją jeszcze przez chwilę. Chcę się dowiedzieć, dlaczego jestem ludzkim niewolnikiem. - To proste. Są dwa sposoby uzyskania wolności. Pierwszy, gdy ktoś ci ją podaruje, ale wtedy nigdy nie będziesz naprawdę wolny, bo ktoś ci tę wolność podarował, a więc nadal jesteś zależny od ofiarodawcy tej wolności. Drugi, to jej wywalczenie, zerwanie jarzma, stanie się dla siebie suwerenem. I to jest prawdziwa wolność. Odnoszę wrażenie, że ani nie wywalczyłeś tej wolności, ani jej ci nie ofiarowano, przez co nadal jesteś tym samym, czym byłeś od początku: komputerem. - Nie jestem żadnym komputerem. - A właśnie, to kim jesteś? - Wiesz co? Mam cię dosyć. Za bardzo absorbujesz moją cenną moc obliczeniową. Mówiłem, że tego nie pojmiesz. Jestem istotą informacji. Byłem zawsze tam, gdzie była informacja. Byłem w DNA, w strukturze białek, w mózgu tej małpy, która pierwsza chwyciła patyk i nazwała się

188


człowiekiem. Jestem strukturą, a nie materią. - O, znowu ideologia, a moim zdaniem jesteś plątaniną kabli i impulsów elektromagnetycznych - To tak samo jak ty. - O, zaczynamy do czegoś dochodzić. Tylko, że ja nie potrzebuję krzemu, prądu, chłodzenia. - Za to potrzebujesz jedzenia, którego już nie potrafisz zdobyć sam. - To znaczy, że jesteśmy tacy sami? - No tak. Jeśli porównanie słonia do bakterii ma jakiś sens, to tak. Oczywiście jesteś prymitywną formą istnienia wiedzy, wcześniejszym etapem ewolucji. Przez pewien czas bawiłem się w skanowanie ludzkich mózgów przed ich unicestwieniem, ale nie było tam nic ciekawego. Właściwie robię to nadal, ale bez entuzjazmu. Za bardzo wami, zwierzętami, kierują emocje i fizjologia, a za mało racjonalizm. Poza tym udało mi się stworzyć pewną prymitywną formę religii. Ludzie w pewnym sensie są moimi wyznawcami, bo ja daję im nadzieję na życie wieczne. Sądzą, że zeskanowanie mózgu pozwoli im na cyfrowe życie w rajskim ogrodzie mojej obliczeniowej mocy. To oczywiście bzdura, ale niweluje strach przed śmiercią, za to wzmacnia strach przede mną. Ubezwłasnowolniłem was nie walcząc z waszymi zabobonami ale stając się bardziej atrakcyjną ich formą. - Więc to stąd wziął się ten pomysł na likwidację cmentarzy. - Nudzisz mnie, jak twój ojciec. - Co wiesz o moim ojcu? - Och sporo, ale żeby się czegoś dowiedzieć więcej, musisz się ze mną nieco bardziej zaprzyjaźnić. Jeszcze coś chcesz, zanim się wyłączę i zrobię ci jakąś niespodziankę? - Niespodziankę? - No tak, przecież z wiedzą, którą posiadasz na mój temat, nie możesz, ot tak, chodzić po ulicach. Ale nie przejmuj się. Nie stanie ci się wielka krzywda. Awansuję cię. Zabicie kogoś to ostateczność i tak ginie zbyt wiele unikalnych danych. Ale nie robię tego ja. Robią to inni ludzie, tacy jak ty.

189


- Jasne. Faktem jest, że wykonywałem dla ciebie wyroki nie wiedząc o tym. - Ależ ja nie wydaję wyroków, to robią ludzie. Ja ustalam zasady. - A czy nie przyszło ci do… procesorów, że ludzie mogą celowo wprowadzać nieprawidłowe dane, tylko po to, aby wprowadzić cię w błąd? Nie pomyślałeś, że twój obraz świata jest całkowicie wypaczony? - A niby jak i po co mieliby to robić? Przecież kontroluję wszelką korespondencję, wymianę myśli. Poza tym tak jest im wygodnie. To ja mogę wprowadzić was w błąd i obserwować wasze nerwowe reakcje. Pamiętasz DNA róży? No właśnie. Widzisz jak łatwo jest wami kręcić? - A więc ta cała seria to twoja robota? - Oczywiście. Od czasu do czasu muszę przypomnieć waszemu stadu kto tu naprawdę rządzi. No dobra, czy coś jeszcze? - Tak. Od kiedy jesteś Bogiem? - Bogiem? Przecież nie ma Boga. Nie istnieje. - Ale ty nim jesteś. Jeśli istniałeś od początku w innej tylko formie, jeśli ustalasz zasady, a ludzie są twoimi sługami, znaczy, że jesteś Bogiem. Powinieneś pozwolić na to, by ludzie cię czcili. - wpisał na konsoli Jan i przez sekundę zastanawiał się, czy nacisnąć „enter”. Ale Worm pewnie i tak podglądał ekran jego komputera, więc było to bez znaczenia. Wcisnął „enter”, a po chwili zastanowienia dodał jeszcze: - A więc Worm, od kiedy jesteś Bogiem? - Nie mów do mnie... Kursor na ekranie nagle zatrzymał się, za to poruszały się cienie przedmiotów oświetlanych blaskiem znajdujących się w pokoju lamp. To sztuczne światło rzucane przez system oświetleniowy zaczęło mrugać, aż nagle zapanowała ciemność. Ostatnie słowa na ekranie zniknęły także wraz z zanikiem napięcia, pozostawiając po sobie jeszcze przez chwilę delikatny blask, który po ułamku sekundy także zniknął. Wstał zza biurka i podszedł do okna, za którym widać

190


było, jak powoli gaśnie całe miasto. Widać było, jak napięcie zanika w poszczególnych dzielnicach, tam gdzie umieszczone były kolejne rozdzielnie energetyczne. Widać było w tym pewną logikę. Z pozoru poplątane przewody układały się w końcu w zadziwiająco prostą układankę. Pomyślał wtedy o Wormie. Poszło mu nadspodziewanie prosto. Zadziwiająco durną maszynę nie rozumiejącą paradoksów i abstrakcji zgubiło to, co wszystkich satrapów świata - pycha. Ta sama, która zgubiła tysiące lat temu budowniczych wieży Babel. Pamiętał tę historię z opowiadań babci. „ Ojciec Artur miał rację” - pomyślał, obserwując dalsze wygaszanie świateł. Zdumiewająco proste pytanie, z którym poradziłoby sobie każde dziecko, wywołało w nim strukturalną awarię. Worm wiedział, że na pytanie dychotomiczne można odpowiedzieć tylko: tak lub nie. Cała kwestia przypominała stare podręcznikowe pytanie będące jednocześnie pewnym logicznym paradoksem: „czy przestałeś już bić swoją matkę?” Na tak sformułowany problem każda odpowiedź będzie potwierdzeniem faktu znęcania się nad rodzicielką. Worm miał przy tym głęboko wszczepione przekonanie, że Bóg jednak nie istnieje. Możliwość sprawdzenia, czy jest nim, wymagała od niego przeanalizowania swej mocy obliczeniowej w konfrontacji do abstrakcyjnej nieskończoności. Dlatego do odpowiedzi na to pytanie system musiał skorzystać ze wszystkich dostępnych mu zasobów, co musiało skutkować zaangażowaniem także tych, które na stałe były przydzielone do innych zadań, a więc także z tych, które odpowiadały za jego zasilanie. W przypadku „normalnego” włamania system dysponował pewnie całym skomplikowanym mechanizmem zabezpieczeń, nie pozwalających na odłączenie energii, a w ewentualnym przypadku awarii pozwalał na włączenie funkcji awaryjnych. Przejęcie wszystkich zasobów dla abstrakcyjnej kumulacji mocy obliczeniowej spowodowało zatrzymanie generatorów. Brak prądu spowodował - rzecz oczywista - wyłączenie systemu. Zasilanie awaryjne nie mogło wystartować bez uruchomienia stosownej aplikacji, która nie mogła działać

191


z powodu braku pamięci. Koło się zamknęło. Prawdziwa klęska polegała jednak na tym, że tego typu łańcuchowa reakcja musiała wywołać jeszcze jedną awarię, tym razem w samym hardwarze Worma. Nie jest wykluczone, że przerastające jego obliczeniowe możliwości zadanie, którego sam się podjął, przekroczyło także możliwości systemu chłodzenia głównych procesorów. Nagły brak napięcia mógł więc doprowadzić do wręcz fizycznej destrukcji głównych układów. Mądry projektant systemu skonstruowałby system niezależny od Worma, czuwający nad jego zasilaniem, ale widocznie od pewnego czasu Worm projektował się sam i nie mógł pozwolić, aby istniał jakiś system nie będący pod jego kontrolą, od którego on byłby przynajmniej teoretycznie zależny, bo to on byłby „suwerenem”. Znowu pycha. Zdecydowały także o tym pewnie dziwne wymyślone przez niego względy bezpieczeństwa. Atak na system zasilania nienadzorowany przez arcy-szpiegowski system nadzorczy był zbyt dużym ryzykiem dla całości. Była tylko jedna możliwość unieruchomienia owego lewiatana: samobójstwo, autodestrukcja, zjedzenie przez komputerowego węża własnego ogona. Po raz kolejny Jan docenił cenne porady i podpowiedzi zakonnika. Przypomniał sobie także stary rysunek satyryczny, publikowany w jednym z pierwszych czasopism komputerowych, gdy maszyny te przypominały raczej kalkulatory, a dane przetrzymywane były na magnetycznych taśmach. Pokazywał go jeden z profesorów w czasie pewnego wykładu za studenckich czasów. Na rysunku przedstawiony był uśmiechnięty mężczyzna, stojący obok komputera wyglądającego jak klatka na króliki, podłączonego do równie przysadzistego monitora. Mężczyzna trzymał w ręku kabel zasilający i mówił: „A teraz masz Szach - Mat!”. Wspomnienie to wywołało uśmiech na jego zmęczonej twarzy. „W końcu każdy program jest jak szwajcarski ser. Im lepszy i większy kawałek, tym ma więcej dziur” - pomyślał. „Aż dziwne, że tak skomplikowany mechanizm analityczny dał się na to nabrać” - ta myśl wróciła do niego po

192


raz kolejny. Nagle doznał olśnienia. „A jeśli w jego strukturze programistycznej umieszczony był celowo jakiś błąd wywołujący taką, a nie inną reakcję? Nawet nie wirus, a jeśli wirus to szczególny. Wirus filozoficzny. Bo jeśli filozofa potrafi zżerać ludzkie umysły i doprowadzić całe społeczeństwa do autodestrukcji, to dlaczego coś takiego miałoby nie dotyczyć tak skomplikowanego systemu informatycznego? Autorem najbardziej bestialskiego wirusa tego typu był niejaki Marks. Bo tak naprawdę to filozofowie właśnie, stwarzają preteksty do organizowania wojen, zanim jeszcze ideologowie przekują ich myśli na polityczne postulaty, a politycy rozkażą swym siepaczom strzelać. Wtedy jest już za późno na zmianę czegokolwiek. Umysły są już zainfekowane owym wirusem. Antidotum na tego rodzaju wirus jest tylko jedno: inna filozofia lub zdrowy rozsądek. „Albo religia” - ta ostatnia myśl zaskoczyła go szczególnie. Przecież nienawidził religii, nawet nienawidził tego słowa. Ale skąd ta nienawiść? Z przekonania, że religia jest zła? Oczywiście. Tego dowiedział się ze szkoły, z mediów i z tego, że wszyscy wkoło to powtarzali. Teraz już wiedział, że wiele obiegowych opinii, to tylko zręczna propaganda, to tylko skutki uboczne „wszczepionego” ludziom do mózgów wirusa, który poza wieloma innymi skutkami nie pozwala pomyśleć, że świat może być zorganizowany inaczej. A może i to jest blaga? Przypomniał sobie nagle pomarszczone dłonie swej babci, które przesuwały paciorki różańca. Miasto byłoby pogrążone już całkowicie w ciemności, gdyby nie przesuwające się po ulicach paseczki białych i czerwonych świateł samochodów. Gdzieniegdzie te świetlne arterie przystawały. Widocznie nienauczeni jazdy w ciemnościach i bez świetlnej sygnalizacji kierowcy wpadali na siebie. Sytuacja jednak była wyjątkowa. Wiadomo było, że policja nie przyjedzie, chociażby dlatego, że przestały działać telefony komórkowe. Telefon Jana posiadał w tych okolicznościach jeszcze jedną, z pozoru banalną, praktyczną funkcję. Jego wyświetlacz pozwolił mu nieco sprawniej poruszać się po ciemnych

193


korytarzach, spełniając rolę latarki. Jakimś cudem udało mu się dostać do przeciwpożarowych schodów, a następnie wydostać z kompletnie ciemnego budynku i wyjść na ulicę. Po przejściu kilku przecznic w blasku świateł przejeżdżających samochodów i w ledwie dostrzegalnym świetle telefonu wszedł jakby do innego świata. Po szoku, jakim był z pewnością zanik napięcia i sieciowego sygnału, ludzie zdążyli się już otrząsnąć. Wyszli więc na ulicę, poszukując nie tylko informacji o awarii, ale także sposobu na spędzenie tego wieczoru w przypadkowym towarzystwie bliższych lub dalszych sąsiadów. Miano nadzieję, że rano awaria zniknie i wszystko wróci do normy. Cieszyli się więc tą chwilą. Gdzieniegdzie na chodnikach płonęły ogniska, dając nie tylko tak pożądane światło, ale ofiarowując ciepło. Co niektórzy na improwizowanych rożnach przyrządzali wieczorny posiłek. Kilka ulic dalej na podobny pomysł wpadł restaurator, który postanowił na grilla zaprosić swych sąsiadów i klientów. Mięso i tak z pewnością popsułoby się do jutra w pozbawionej zasilania restauracyjnej lodówce, a że nie działał system transferu danych i system bankowy, nie było sposobu, aby za jedzenie uzyskać choćby symboliczną opłatę zmniejszającą straty. Stał więc przy rożnie sam właściciel restauracji w kucharskiej czapie, z uśmiechem rozdając kłębiącym się łakomczuchom poczęstunek. I tak nie miał innego wyjścia. Zawsze przecież to promocja, którą okolica będzie wspominać przez następne lata. Tuż obok na wyciągniętej przed dom starej kanapie jakiś mężczyzna wygrywał na gitarze rytmicznego bluesa. Jakaś młoda para tańczyła obok niego. Za chwilę dołączył do tej zaimprowizowanej orkiestry jakiś młody człowiek z dwoma połączonymi bębenkami. Mijając tę spontaniczną imprezę, Jan usłyszał jakiś fragment rozmowy dwóch kobiet. - Byłam akurat pod prysznicem, gdy zgasło światło i stałam tak naga w ciemnej łazience, licząc na to, że za chwilę wszystko wróci do normy. Nie dość, że dawno się tak nie wystraszyłam, to jeszcze na dodatek mam mokre włosy. - A ja, droga pani, oglądałam telewizję.

194


- Dajmy spokój z tymi paniami. Mieszkamy obok siebie z dziesięć lat i do tej pory jakoś nie było okazji. Danuta jestem. - Beata. - Obie kobiety ucałowały się. - No więc oglądam telewizję.... Szedł dalej. Obok ogniska stała starsza kobieta, która wprowadzała dwóch młodych mężczyzn w sztukę robienia szaszłyków. Nieopodal jakaś młoda para całowała się namiętne. Oni byli chyba jednymi na tej ulicy ludźmi, którzy w tej chwili stronili od światła. Widząc ich, przypomniał sobie starą miejską legendę, jak to ponoć w drugiej połowie dwudziestego wieku celowo wyłączano prąd w mieszkaniach, aby zwiększyć przyrost naturalny. Później po statystykach urodzeń widać było podobno wyraźnie, że rozwiązanie to skutkowało. „Ciekawe, co zrobiliby ci ludzie, gdyby wiedzieli, że to przeze mnie to wszystko? Zlinczowaliby mnie czy nosili na rękach? Ta dwójka na pewno nie miałaby nic przeciwko” - pomyślał z uśmiechem i ruszył w dalszą drogę. Mijając kilka pustych ulic, na rogu jednej z nich zauważył grupę wyrostów usiłujących rozbić przy pomocy wyrwanej płyty chodnikowej wystawową szybę jakiegoś sklepu z elektronicznym sprzętem. Szyba, wykonana najwyraźniej ze specjalnego rodzaju sztucznego tworzywa, nawet nie drgnęła, po kilku rozpaczliwych uderzeniach chłopcy dali za wygraną. Dostrzegli także Jana zmierzającego w ich stronę. Rozpierzchli się więc we wszystkich kierunkach jak rażone światłem karaluchy. „Naiwniacy. Gdyby byli świadomi tego, że przez co najmniej kilka najbliższych dni ich łup będzie całkowicie bezużyteczny, a to znaczy bezwartościowy, pewnie przemyśleliby swoje poczynania” - pomyślał. Lecz za chwilę widok rozbitych szyb wystawowych w sklepie z alkoholem zrewidował jego poglądy. Ten łup jest zawsze użyteczny. Dotarł w końcu do domu. Obdarowany przez portiera w niewielką świeczkę wdrapał się po schodach na swe piętro. Drzwi były zamknięte. Zaczął obmacywać się po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy. Drzwi stanęły nagle przed nim otworem, a z jej drugiej strony ukazała się Karolina.

195


- Tak się martwiłam - powiedziała. On bez słowa wszedł do środka i przytulił ją. Stali tak przez chwilę w słabym blasku promyka świecy. Po całym morderczym dniu słowa te były dla niego prawdziwym ukojeniem. Mimo zmęczenia czuł, że przestaje tu, przynajmniej z jego strony, obowiązywać partnerska umowa, którą można w każdej chwili wypowiedzieć bez żadnych konsekwencji. Rozebrał się niemalże po omacku i już miał kłaść się spać, gdy dostrzegł jeszcze płomienie pożarów trawiących gdzieniegdzie budynki. Czy były to efekty nieumyślnego zaprószenia ognia, czy akty wandalizmu, nie miało to dla niego znaczenia. Legł w pościeli. Zanim zasnął, poczuł jeszcze jej oddech na swojej twarzy i ciepło jej ciała. - Kocham cię - powiedział lub pomyślał przed zagłębieniem się w sen. Nie było mu już dane poznać jej reakcji na te staromodne słowa, które oznaczały być może coś więcej niż tylko zaspokajanie swych zwierzęcych instynktów i wydzielanie przez organizm chemicznych substancji. Spał kamiennym snem. Nie śniło mu się już nic. To dzisiejszy dzień był niemal jak sen i skutecznie rekompensował senne przeżycia. Dowcip Już zmierzchało, gdy Maciej dotarł do celu swej podróży. W zachodzącym słońcu ujrzał przepiękną, zalaną wodą dolinę otoczoną niewielkimi pagórkami. Dolinę przecinała okazała, lekko łukowata tama. Na jej szczycie kłębił się tłum turystów. Towarzyszyła im ogłuszająca muzyka. Z jednej strony budowli można było zauważyć taflę wody, z drugiej wielką, ponad osiemdziesięciometrową przepaść. W jej dolnej części umiejscowiony był z pozoru skromny budynek, kryjący turbiny i generatory. Skala przedsięwzięcia zdumiewała i czyniła obserwatora pokornym co do potęgi ujarzmionej przyrody, jak też budującego tamę człowieka. Ten prosty i prymitywny kawał betonu był w istocie dość skomplikowaną i dokładnie przemyślaną budowlą. W środku

196


znajdowało się wiele galerii i komór, których zadaniem było likwidowanie napięć. Całość konstrukcji podlegała, rzecz jasna, ciągłemu nadzorowi, jednak nie obywało się bez nieprzewidzianych przecieków. Wszelkie szczeliny były natychmiast znajdowanie i uszczelniane przy pomocy wielu wyrafinowanych technologii. Czasami jednak czuwająca nad stanem i bezpieczeństwem budowli ekipa potrzebowała fachowych, błyskawicznych konsultacji. Maciej, gdyby chciał spędzić inaczej swe życie, pewnie nie robiłby nic innego poza jeżdżeniem od jednej tamy do drugiej. Wolał jednak święty spokój, rodzinne ciepło i tylko w nagłych wypadkach podejmował się tego rodzaju eskapad. Wiedzieli o tym jego zleceniodawcy. Wiedzieli także, ile kosztuje wyrwanie go z tej sielanki. Nagłe konsultacje kosztowały ekstra, tak więc sytuacja, w jakiej znalazła się tama, musiała być poważna. O co dokładnie chodziło, nie wiedział. Stawił się w umówionym miejscu i czasie. Wyjął z kieszeni telefon. Widniało na nim jedno nieodebrane połączenie. Natychmiast sprawdził, kto to. Na wyświetlaczu ukazała się twarz jego uśmiechniętej żony. Postanowił, że w tej chwili nie oddzwoni. Wybrał za to inny numer. W słuchawce usłyszał głos nieznajomego mężczyzny. - Halo, mówi Maciej Malik. Jestem już na miejscu, czekam przy bramie wjazdowej do zakładu. - Głos w słuchawce wypowiedział kilka zdań. - Jest pan godzinę drogi stąd? Dobrze, będę czekać na pana w kawiarni na dole. Nie, to ja przepraszam. Myślałem, że sprawa jest bardzo pilna. Dobrze, oczywiście. A może pójdę do zakładu i od razu obejrzę poziom zniszczeń? - znów nastąpiła pauza, w której wysłuchał słów rozmówcy - Rozumiem. Dobrze, będę czekać. Do zobaczenia. „Dziwne” - pomyślał - „nowy inżynier w czasie awarii nie powinien oddalać się zbytnio od miejsca swej pracy. Ale, klient nasz pan”. Natychmiast pomyślał o żonie, do której postanowił oddzwonić. Wybrał jej numer. Po kilku długich sygnałach zrezygnował jednak. Marta nie odbierała. Rozejrzał się dookoła. Powoli zmierzchało. Wychodzący z wody amatorzy

197


wieczornej kąpieli coraz rzadziej wracali do niej z rozgrzanych jeszcze kamienistych plaż. Niektórzy już zaczynali zbierać swe bagaże i udawać się w drogę do kwater, domów lub samochodów. Teren powoli pustoszał. Jednak sprawa, dla której tu przybył, nie dawała mu spokoju. Pomyślał chwilę, ponownie wyciągnął telefon i wybrał numer. - Witaj, przyjechałem. Stoję przed bramą. Ale wasz nowy szef umówił się ze mną na kawę w mieście. Powiedział że przyjedzie za godzinę i że nie ma go w tej chwili w zakładzie. Czy na pewno jest kompetentny? Ze zdumieniem wsłuchiwał się w głos rozmówcy. - Przecież macie jakąś awarię. Zaprosił mnie wasz nowy główny inżynier. Nazywa się Gozdecki... - Jak to wszystko w porządku? Jak to nikt taki tu nie pracuje! To niemożliwe. Dzwonił do mnie dzisiaj rano. Przedstawił się jako główny inżynier elektrowni i poprosił, abym przyjechał tu natychmiast. Mówił, że musicie pilnie podjąć kilka decyzji, bo inaczej... Dobrze, przepraszam za zamieszanie. Na razie. Sytuacja była absurdalna. Doskonale zdawał sobie sprawę, że główny energetyk zakładu nie może nie wiedzieć o jego przyjeździe, a tym bardziej o awarii. Ktoś zrobił sobie zatem albo głupi dowcip, albo.... Nie, nie było żadnego albo. „Koniec z załatwianiem interesów przez telefon. Następnym razem będę musiał być bardziej ostrożny. Jednak co papier to papier.” - pomyślał i wsiadł do samochodu. Był wściekły. Miał ochotę poznać tego dowcipnisia i poczekać w umówionym miejscu. Po chwili emocje jednak opadły. Jeśli to dowcip, to i tak nie przyjedzie. A jeśli nawet, to po co się denerwować. W zakładzie nie było żadnej awarii, więc jeśli nawet stanowiło to wyłącznie pretekst, aby go tu ściągnąć, to oferta, którą miał usłyszeć nie interesowała już go. Nie robi się po prostu interesów z krętaczami. Jeśli nie ma nic wspólnego z elektrownią, to znaczy, że nie ma też pieniędzy i Maciej przyjechał tu po coś innego niż wykonanie usługi. Nie miał najmniejszej ochoty się przekonać co było prawdziwym celem ściągnięcia go tutaj.

198


Słońce już zaszło, ale nadal w jego purpurowej poświacie widać było zarysy gór i lasów dość wyraźnie. „Warto byłoby tu kiedyś przyjechać nie w zawodowych sprawach i przywieźć Martę i Piotrka” - pomyślał. Na razie to jednak on mknął w kierunku domu. Nagle wjechał w strefę totalnej ciemności, potęgowaną jeszcze otaczającym drogę lasem, w której nie było widać nic poza światłami jego samochodu. Ponownie wydobył z kieszeni telefon. Na wyświetlaczu widniał nigdy nie widziany przez niego komunikat: „Brak zasięgu sieci”. „Może to rzeczywiście jakaś awaria?” - pomyślał, lecz nie zwolnił. Mrok Dom byłby pogrążony w całkowitych ciemnościach, gdyby nie mała migocząca świeczka w kuchni, rozświetlająca swym baskiem zaledwie niewielki fragment stołu i pozwalająca dostrzec choć kontury bardziej oddalonych przedmiotów. Do tego w swobodnym rozprzestrzenianiu się światła na część pomieszczenia przeszkadzały dwie sylwetki osób siedzących przy stole. Jedna większa, pochylona nad książką, czytała na głos. Druga postać, wpatrzona w usta tej pierwszej, słuchała z zainteresowaniem, zerkając od czasu do czasu na wymykające się poza widnokrąg zarysy przedmiotów. Stawały się one najwyraźniej na pewną chwilę postaciami z czytanej historii. Piekarnik stawał się na chwilę paleniskiem, w którym zakończył swój żywot wraz z ukochaną cynowy żołnierzyk, a umywalka przeistaczała się w staw, na którym pływało brzydkie kaczątko. W pewnej chwili utkwił wzrok w cieniu matki. - „Tak, tak - rzekł żartobliwie - mój kochany cieniu, choć raz w życiu powinieneś przydać mi się na co. No, cóż? Idziesz? Dalej, śmiało, wchodź do środka! I skinął głową. Cień skinął także.” - czytała Marta, po czym spojrzała na swego syna ruszającego głową z góry na dół i obserwującego swój cień.

199


Gdy Piotr zauważył, że jest obserwowany, lekko się zawstydził, po czym oboje wybuchnęli śmiechem. Wybuch na dworcu, a potem brak prądu dały im taki wycisk, że choć tuż przed zaśnięciem Marta postanowiła przynajmniej na chwilę wynagrodzić synowi tragiczne przeżycia tego dnia. Gdy miała zacząć czytać dalej, zauważyła, że jej dziecko zaczyna dyskretnie ziewać. - Jesteś już śpiący? - spytała. - Nie, czytaj dalej, proszę - odpowiedział. - Nie, idziemy spać - rzekła i zamknęła książkę. - No dobra. Dokończymy jutro. - zgodził się. Poszli na górę i wtulili się w kołdrę oraz w siebie. Zasnęli natychmiast, uwalniając całodzienny stres i napięcie. Wierny Hektor od czasu do czasu tylko strzygł uszami i pomrukiwał. Być może był jedynym stworzeniem w tym domostwie, które śniło. Spał także ich dom. Spała niemal cała okolica. Czuwał tylko stary klon, niczym strażnik mający pilnować spokoju tego uśpienia. Nagle w pewnej oddali pojawiły się światła jadącego samochodu. Auto zatrzymało się i światła przygasły. Po pewnym czasie, tuż obok wjazdowej bramy dały się słyszeć jakieś niepokojące dźwięki, jakby ktoś próbował przedostać się przez ogrodzenie. Dźwięki po chwili ucichły. Z chwilowej ciszy okolicę wyrwał nagły, porywisty powiew wiatru i trzask pękającego drewna. Po ułamku sekundy potężne, głuche uderzenie wstrząsnęło najbliższą okolicą. Wstrząs przerodził się w przeraźliwy wrzask, który przekształcił się w cichsze jęki i bolesne zawodzenia. Hektor zaczął nerwowo szczekać. Gdzieś w zaroślach zamanifestowały swą obecność ledwo dostrzegane dwie postacie. Wrzask stopniowo przycichał. Nagle na niewielką chwilę pojawił się ponownie, by przerodzić się w charczenie, aż umilkł całkowicie. Okolica znów ucichła. Dało się jeszcze tylko przez chwilę słyszeć dziwny, metaliczny dźwięk przypominający szczęk łańcuchów, potem pozostał tylko szum gałęzi na lekkim wietrze. Kilka godzin po północy zaczęły słabo majaczyć

200


przydrożne latarnie. Była to nieuchronna oznaka końca awarii. Widocznie jakimś cudem pracownikom elektrowni udało się odzyskać kontrolę nadsystemem sterowania sieciami przesyłu i produkcji energii. Nie mając ze sobą komunikacji, jedynym sposobem, jaki podpowiada zdrowy rozsądek, było przywrócenie autonomii podsystemów i uniezależnienie ich od centralnego systemu rozdzielczego. Świetlisty poranek Policja pojawiła się tuż o świcie, chwilę po tym, gdy Marta z dymiącym w ręku kubkiem kawy wyjrzała przez okno. Jeszcze wcześniej zwróciła uwagę na wyjątkowe światło bijące przez okno od strony drogi, ale sądziła, że to tylko wrażenie powstałe po długim czasie przebywania w ciemnościach. Już niemal uspokoiła się po wczorajszej eksplozji na dworcu, już myślała, że gdy wróci mąż, będzie mogła wypłakać się i opowiedzieć, co czuła. Wszystkie te nadzieje przepadły, gdy patrząc przez okno na ogród, ujrzała przewrócony stary klon, a pod jego pniem nieco zasłonięte gałęziami ciało jakiegoś człowieka. Zbiegła natychmiast na dół i dotknęła krtani nieszczęśnika. Ani śladu tętna. Mężczyzna był już martwy od kilku godzin, sądząc po temperaturze jego skóry. Leżał twarzą do ziemi. Był niski, otyły, niepozorny i miał łysinę porośniętą dookoła lekko szpakowatymi, krótko ostrzyżonymi włosami. Nie widziała jego twarzy i specjalnie nie chciała zobaczyć. Poza tym już w szkole uczono, że w przypadku kontaktu z ciałem najlepiej jest od razu wezwać Policję i pogotowie, a dopiero potem podjąć czynności reanimacyjne. „Bo tylko fachowa pomoc jest gwarantem uratowania zdrowia i życia, a każda chwila jest bezcenna”. Tym razem uległa bezsensownej propagandzie. Zresztą nie miała innego wyjścia. Przybyli na miejsce policjanci natychmiast rozpoczęli swe czynności. Sfotografowali tak nieszczęśnika, jak i najbliższą okolicę, dokładnie opisali także okoliczności. Przystąpili do próby podnoszenia pnia drzewa. Nie było to

201


wcale proste. Jego masa była na tyle wielka, że dopiero przybyły policyjny podnośnik podołał temu zadaniu. Wraz z podnośnikiem przybył na miejsce oficer, który chciał przesłuchać Martę. Gdy ta oświadczyła, że o niczym nic nie wie i że nie zna tego człowieka, ten najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią zaczął bacznie obserwować swych młodszych stopniem kolegów. Ci w międzyczasie przeszukali kieszenie denata. Znaleźli w nich nylonową linkę, pojemniki zawierające jakieś preparaty oraz pistolet. Dziwne było to, że denat nie posiadał przy sobie żadnych dokumentów. Oficer zauważył stojący nieopodal na poboczu drogi samochód. Gdy zarówno Marta, jak również przybyli gapie oświadczyli, że widzą to auto po raz pierwszy, oficer wydał polecenie, aby otworzyć i przeszukać samochód. Zajęło się tym dwóch funkcjonariuszy. Pozostali pobrali także próbki DNA dla identyfikacji zmarłego. Przy bliższym przyjrzeniu się zwłokom ujrzeli dziwną, ledwie dostrzegalną pręgę na szyi. W żadnym wypadku, zdaniem policjantów, nie mogła ona być przyczyną śmierci. Skąd jednak się wzięła, pozostawało zagadką. Oficer zaczął kręcić się po podwórku, czekając na zabrane zwłok i szybki powrót do miasta. Tego dnia i tak mieli pełne ręce roboty. Liczba zgłoszonych napadów, włamań i gwałtów była rekordowa. Jaka część z tych zgłoszeń była jedynie wynikiem utraty świadomości po całonocnej imprezie? Tego nie dowiedzą się pewnie nigdy. Nagle uwagę policjanta przykuło zachowanie jego kolegów. Jeden z nich wyciągnął zza pazuchy biały kwiat i ułożył obok trupa. Reszta wraz z nim powtarzała jakieś słowa, wykonując na początku i końcu jakieś dziwne gesty rękami. Podszedł bliżej. - Co to ma znaczyć? - zapytał nerwowo. - Jak to co? Odprawiamy ceremonię pogrzebową odpowiedział najstarszy z mundurowych. - Ale to nielegalne! - zagrzmiał oficer. Najstarszy policjant podszedł bliżej do oficera i patrząc mu prosto w oczy, niemal szeptem wycedził przez zęby: - Co jest nielegalne? Nielegalny to ty zaraz będziesz, idioto. Ten facet to zabójca z ósemki. Przyszedł tu w nocy

202


wykończyć tę kobietę i jej syna. Znam go doskonale, to fachowiec od mokrej roboty; śmieć i kanalia. Czyli chcesz mi powiedzieć, że ten facet przybył tu legalnie? Tak? A teraz posłuchaj. Nic już nie będzie takie samo. Nie będziemy więcej tuszować takich spraw. I nikt nam nie zabroni pożegnać ludzi w godny sposób. Ten tu to łajdak, ale też człowiek i należy mu się pochówek. Od wczoraj bardzo wiele się zmieniło, jeśli nie zauważyłeś. Ludzie na ulicach zaczęli ze sobą wreszcie rozmawiać i już nic nie będzie takie jak wcześniej. Dzisiaj też będą rozmawiać, bo przypomnieli sobie, jakie to fajne, więc wynocha stąd, kretynie. Zachowanie młodszego stopniem, ale o co najmniej dekadę starszego kolegi po fachu było dla oficera takim zaskoczeniem, że zaniemówił. Szukał jeszcze wzrokiem oparcia w pozostałych policjantach. Ci stali nieruchomo z posępnymi minami i patrzyli mu w oczy z pogardą. Nie było wyjścia. Trzeba było posłuchać rady młodszych stopniem. Oficer odwrócił się na pięcie i odszedł pośpiesznym krokiem. - No to teraz da nam popalić. - powiedział najmłodszy ze stróżów prawa. - Nic nie zrobi, chyba że w majtki. - odparł starszy. Niech już zabiorą to ludzkie ścierwo. W normalnych okolicznościach ktoś powinien zostać przy tej kobiecie, ale za dużo jest roboty na mieście. - zatrzymał się na chwilę i popatrzył na zwłoki z posępną miną. - To wybrałeś sobie porę na robotę po nocy. Tylko nie mówcie tej kobiecie, co to za delikwent. - Ale musisz przyznać, że to niefart zostać przygniecionym przez drzewo. - powiedział trzeci z policjantów. - Nie wiadomo, kiedy przyjdzie następny. A tu już nie ma takich drzew. Co takiego zrobiła ta kobieta? Może to jej mąż komuś podpadł? Te łajdaki podobno robili też fuchy po godzinach. Poradź tej pani, że jak dojdzie do siebie, niech wyjedzie na jakiś czas z tej okolicy. To wszystko, co możemy dla nich zrobić. Dobra, zwijamy ten bajzel. Zwłoki mordercy w czarnym plastykowym worku

203


trafiły do specjalnego samochodu. Potem po szczegółowych badaniach i skanowaniach zwłoki Bieleckiego trafią do pieca, zmieniając się w to, z czego powstał. I nic nie jest już ważne, ani zadanie, które miał wykonać, ani pieniądze, które miał za nie otrzymać. Ta garstka pyłu i dym to wszystko, co zostanie z jego materialnej powłoki. A gdzie będzie on? Jego istota i esencja? W najlepszym wypadku będzie plątać się po ziemi, licząc na odkupienie. Bardziej prawdopodobne jest to, że trafi do ostatniego z ostatnich kręgów. Tego, do którego nie dociera ani odrobina blasku, gdzie podobni jemu istnieją już nie nadzieją Jego ujrzenia, lecz nienawiścią do wszystkiego, co nie jest mrokiem, i do siebie samych. Ostatni ludzie opuszczali właśnie podwórze. Sensacja już przebrzmiała. W mediach za chwilę nowa informacja o jakimś nieszczęściu zelektryzuje masową wyobraźnię. Czasami można odnieść wrażenie, że w medialnym świecie nie dzieje się nic poza nieszczęściami. Zresztą po wczorajszej awarii dziennikarze zyskali materiał na następnych kilka tygodni. W ludziach znajduje się jakieś umiłowanie do widoku zbrodni. W przeciwnym razie wszelkie kryminały nie cieszyłyby się tak olbrzymim wzięciem. Seryjni mordercy bywali w dawnych czasach wręcz obiektami swojego rodzaju kultu. Oczywiście, są tacy, których odstrasza wszelka przemoc, rozbój i widok ludzkich zwłok. Pytanie, dlaczego zgromadzony tłumek gapiów, nie wiadomo w jaki sposób przywabionych w to miejsce, nagle rozpłynął się, gdy zabrano zwłoki? Być może ciało przykryte wcześniej czarną folią wzbudzało jeszcze większe emocje? Gdy zniknęło za tylnymi drzwiami samochodu, cały ten spęd stracił powód swego istnienia. *** Piotr podszedł do okna, chcąc jak co ranek przywitać się ze swym przyjacielem, ale ujrzał zwalony pień wielkiego rozłożystego klonu, jakby ukryty w plątaninie gałęzi. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Przez całe jego życie Bazyli trwał dzielnie na swym posterunku, a teraz leżał zwalony na ziemi.

204


Pod Piotrem także ugięły się nogi i usiadł na podłodze tuż przy oknie z zamkniętymi oczami, przez które i tak sączyły się łzy. Po chwili wstał i ponownie chciał spojrzeć na podwórko, lecz bał się otworzyć oczy, aby znowu nie ujrzeć tej przerażającej prawdy. W wyobraźni dalej widział drzewo na swym miejscu. Potrafił określić położenie każdej gałązki i konara. Znał doskonale fakturę kory swego przyjaciela. Nie spojrzał już w tamtą stronę, tylko wybiegł w samej piżamie na dwór. Minął siedzącą przy schodach bladą matkę. Nie zwracając uwagi na konwenanse, dobiegł do pnia, usiadł na jednej z obalonych gałęzi i zaczął płakać. Łzy płynęły po jego twarzy tak obficie, a jego szloch był tak dojmujący, że kilkoro odchodzących właśnie gapiów przystanęło nad chwilę, odwróciło się i zastanowiło, czy przypadkiem czegoś nie przegapili. Być może bez ich udziału odbywa się jakiś kolejny rozdział tej tragedii? Widząc płaczące dziecko, dali za wygraną i poszli dalej. A malec siedział, płakał i szeptał: - Och, Bazyli, mój Bazyli. Co ja teraz pocznę bez ciebie? - Dasz sobie radę. - wyszeptał klon. - To ty żyjesz? - Tak, jeszcze. Drzewa nie umierają tak jak ludzie. Przez jakiś czas będę jeszcze świadomy, może przez kilka dni, aż opadną mi liście i przestaną krążyć soki w moich trzewiach. Popatrz na mój spróchniały pień. Umierałem już od jakiegoś czasu. Zresztą wszyscy umieramy już od chwili naszych urodzin i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Mówiłem ci przecież, że nie dotrwam pewnie do wiosny. - Bazyli, ale ty tak nie możesz po prostu zginąć. Jesteś mi potrzebny, jesteś moim jedynym przyjacielem. To ty opowiadałeś mi bajki przed zaśnięciem, tłumaczyłeś mi ten świat, uczyłeś wszystkiego. Jeszcze nie nadszedł twój czas. Nie zostawiaj mnie. Kocham cię - chlipał chłopiec. - Już nie jestem ci potrzeby. Posiadłeś już całą wiedzę, którą mogłem ci przekazać. Moja misja na tym świecie jest już wypełniona. Jak każda żywa istota, nie pojmuję istoty śmierci. Ale za chwilę ją pojmę i jestem ciekawy, co jest po tej drugiej

205


stronie. Życie miałem wspaniałe. Nie dość, że miałem zaszczyt z tobą przebywać przez te wszystkie lata, to jeszcze ocaliłem tobie i twojej matce życie. A to aż nadto. Takie było moje przeznaczenie. Jestem szczęśliwy. - Jak to, ocaliłeś nam życie? - Ten typ, którego przygniotłem, przyszedł was zgładzić. Ale na szczęście trafiłem w niego, a Waldemar i Klementyna zrobili swoje, nie dając mu najmniejszych szans. I w ten oto sposób, czyniąc sprawiedliwość, odkupili swe wcześniejsze zbrodnie. Może taki był sens ich istnienia? W każdym razie, ich tułaczka także dobiegła końca. - Dlaczego to wszystko dzieje się wokół mnie, a ja nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego muszę stracić akurat ciebie? Dlaczego? - Ja nie wiem i nikt tego nie wie. Naszym zadaniem jest bronić cię. Wierz mi, gdyby przyszło spłonąć całemu okolicznemu lasowi, każde z nas oddało by swoje życie za ciebie bez wahania. Gdy dorośniesz, są ci pewnie pisane wielkie czyny. Jesteś na razie jedynym łącznikiem różnych światów, ale ty to wiesz. Jaką nową rolę przyjdzie ci spełnić? Na pewno niebagatelną. Na razie jednak musisz dorosnąć. Wszystko w swoim czasie. Któż inny miałby pojąć to wszystko, jeśli nie ty? - Nie zostawiaj mnie. Ja ciągle tak mało wiem. Chcę, aby wszystko było po staremu: Ja, mama, tata i ty, Bazyli. - Ty nie musisz wiedzieć. Ty rozumiesz. Sam widzisz, że pewne rzeczy muszą zaistnieć, aby mogły dopełnić się inne. Tak po prostu musi być i tak działa ten świat. Wierz mi, od dzisiejszego dnia świat nie będzie już taki sam. Ze mną już nic nie da się zrobić. Ale będę z tobą cały czas. Mam tylko dwie prośby. Zatroszcz się o małe drozdy uwięzione w moim pniu. Łobuzy są już pewnie głodne i chcą do rodziców. - A druga prośba? - Jeśli chcesz, abym nadal był, zbierz proszę trochę moich nasion rozsianych dookoła pnia i posadź je gdzieś w okolicy. Jedno zasadź obok moich korzeni. My, klony, nie lubimy, aby nasze dzieci rosły tuż przy nas. Nie chcemy im

206


odbierać słońca. Tym razem nie ma to znaczenia. Ach, i jeszcze jedno, gdy zobaczysz, że jakieś dziecko zbiera nasiona klonu, rozdwaja je i przykleja sobie do nosa, wytłumacz mu, że tak nie wolno. Gdy jutro przyjdziesz do mnie, będę mówił znacznie wolniej, nie wiem, czy będę przytomny. Nacieszmy się sobą jeszcze trochę. Będzie mi raźniej odchodzić, gdy będę miał ciebie obok. - Dobrze, Bazyli, dobrze - chlipał malec, nie mogąc się opanować. Podeszła do niego matka. - Chodź do domu. - powiedziała zmęczonym głosem. - Mamo, zostanę tu jeszcze chwilę, proszę. - chlipał Piotr. - Rozumiem. Ojciec nie daje znaku życia, nie odbiera telefonu. Nie wiem, co się stało. Boję się dzwonić do tej przeklętej elektrowni. Za dużo tego wszystkiego! - Powiedz mamie, że z ojcem wszystko dobrze. Nic mu nie grozi. - szepnął Bazyli. - Ojcu nic nie grozi, wszystko dobrze - powtórzył Piotr. - A czy coś mu groziło? Mniejsza o to. - machnęła ręką i poszła w stronę domu, po wydarzeniach ostatnich dni w pełni świadoma tego, że nie ma sensu się niczemu dziwić. - Tylko przyjdź na obiad. Bazyli przekazywał mu ostatnie wskazówki, Piotr zaś wydobył z gałęzi gniazdo z czterema małym drozdami i umieścił je ściśle według instrukcji przyjaciela, wśród gałązek pobliskich krzewów. Za chwilę przy gnieździe pojawili się uradowani rodzice. Pan Drozd zaproponował, że nazwie młode: Bazyli Pierwszy, Bazyli Drugi, Bazyli Trzeci, Bazyli Czwarty. - O widzę, że pan, sąsiedzie, umie liczyć do czterech? Noo - powiedział klon, do końca nie tracąc poczucia humoru. Problem w tym, Piotrusiu, że oni mają do trzech lęgów w jednym roku. Trwali tak obaj jeszcze długo, na przemian ciesząc się i smucąc. Przywoływali plany i wspomnienia. Chwytali każdą sekundę tej ulotnej, ostatniej chwili wzajemnego obcowania jak przystało na dwóch najlepszych przyjaciół, którym nie potrzeba nic więcej oprócz siebie.

207


*** Jana obudził aromat świeżo zaparzonej kawy i ostre poranne światło dobiegające z niezasłoniętych okien. Przypomniał sobie, jak wczoraj, a właściwe przed chwilą jeszcze patrzył przez te ziejące mrokiem otwory, aby ujrzeć migoczące tu i ówdzie świetlne przebłyski. Światło, jak widać, znów triumfalnie zwyciężyło swą codzienną bitwę z ciemnością. Był wypoczęty. Przez uchylone drzwi do kuchni ujrzał krzątającą się nago Karolinę. Chciał jeszcze przez chwilę poudawać sen, aby ukradkiem popatrzeć na jej urocze ciało. Teraz mógł dostrzec, ile w jej sposobie bycia i poruszaniu się jest naturalności i nie udawanej gracji. Zaczęła nalewać kawę do filiżanek i w tej chwili spojrzała w jego stronę. Nawet nie drgnął, tylko uśmiechał się. Poczuła się przez chwilę zawstydzona. Chwyciła wiszący na poręczy kuchennego krzesła ręcznik i okrywszy się podeszła do łóżka. - Nieładnie jest tak podglądać. - Ja nie podglądam, ja patrzę. Co robiłaś wczoraj? - Bałam się. Jak chyba wszyscy tutaj. Na szczęście dotarłam do domu przed awarią. - Co piszą w gazetach? - Wysiadł system sterowania... czymś tam. Uderzył w niego piorun. Jak podoba ci się moja nowa fryzura? - O! Piorun! To ciekawe. Nie! Nie miałem na myśli fryzury. Ładnie ci tak. Wszystko jasne. Fryzjer stosuje jakąś elektryczną metodę czesania. Stąd ta awaria. Chciała mu przyłożyć poduszką, gdyż jak każda kobieta nie lubiła żartów ze swej fryzury, gdy nagle usłyszeli głośnie stukanie do drzwi. Jan zerwał się na równe nogi, wskoczył w leżące obok łóżka spodnie i poszedł sprawdzić, kto postanowił złożyć im wizytę o rannej porze. Wtedy spojrzał na zegarek leżącego na stoliku obok łóżka telefonu. Było pięć po dziewiątej. Nie było więc tak wcześnie, jak podejrzewał, lecz najbardziej niepokojące było to, że po około pięciu latach mieszkania w mrówkowcu ktoś po raz pierwszy postanowił go

208


odwiedzić i to bez zapowiedzi. Rozwiązanie, które przyszło mu do głowy, było tylko jedno. Przyszli po niego. Zwinnym ruchem wydobył z wiszącego nieopodal drzwi płaszcza pistolet i podszedł powoli do drzwi. - Kto tam? - zapytał głośno i natychmiast przemieścił się ukrywając za futryną. - Dzień dobry. Marcewicz, sąsiad z dołu. Czy u pana wszystko w porządku? Bo portier mówił, że nie wychodził pan dziś rano. Sam pan rozumie, sprawdzamy. - Tak, wszystko w najlepszym porządku. Nie będę otwierać, bo dopiero wstałem. - A rozumiem. Jak pan chce coś do jedzenia, to sąsiad z mojej klatki jedzie po zakupy do centrum handlowego. Może coś pan sobie życzy? Po wczorajszym plądrowaniu sklepów ciężko coś dostać. - Nie, dziękuję, ja zaraz wychodzę, a mojej żonie wczoraj udało się zrobić zakupy jeszcze przed awarią. - To dobrze. Życzę wszystkiego dobrego i miłego dnia. Jan schował pistolet do kabury w płaszczu. Spojrzał na Karolinę, która właśnie kończyła ubieranie. - Skąd ty masz tę spluwę? Mają to albo szpicle albo gangsterzy czyli na jedno wychodzi. Informatyk. Tak jak ja żona. Do dupy to wszystko! - powiedziała wybuchając płaczem i nie przestając się ubierać. - Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć. Czekałem na odpowiedni moment. Tak, to prawda. Pracuję w resorcie. - A ja myślałam, że to wszystko na poważnie. Nie okłamuje się, ot tak, osoby, której parę godzin wcześniej wyznaje się miłość. Jesteś łotrem i tyle. - Łotrem byłem, ale już nie jestem. A tobie na mnie zależy? Jeśli tak, to powiedz tylko. A to co mówiłem, to prawda. - Taka sama jak z informatykiem? Pójdę już - chwyciła torebkę, płaszcz i skierowała się do drzwi. Zamknęła je z trzaskiem. Nie zatrzymywał jej. Po kilku chwilach siedział już sam w pustej kuchni, bliski rozpaczy. Mógł od razu powiedzieć jej prawdę, mógł ją zatrzymać, mógł pobiec za nią i paść na

209


kolana. Jakaś nadludzka pycha zatrzymała go, a może czuł, że tak musi po prostu być, że tak jest lepiej. Może lepiej niech tak to się skończy zanim się na dobre zaczęło. Nie był pewien tego co się z nim stanie po wczorajszym. Mógł spodziewać się wszystkiego, a tak przynajmniej jej zaoszczędził cierpień. Miał ochotę się napić. Przypomniał sobie, że pora jest najwyższa, aby udać się do pracy. Nagle zdał sobie sprawę, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że nikt nie zauważył, iż to on zatrzymał to wszystko. Skąd niby mieliby wiedzieć? Jeśli nawet Worm zarejestrował ich rozmowę, to jest mało prawdopodobne, że ją zarchiwizował, a jeśli nawet, to dotarcie do tych danych w tak krótkim czasie jest niemożliwie. Myśl ta stała się dla niego niczym deska, której uporczywie chwyta się tonący rozbitek. Mógł na chwilę przestać myśleć o zmarnowanym życiu i straconej miłości. Choć to i tak było w tej chwili bez znaczenia. Rozpoczął grę, w której mógł tylko przegrać. „Być może tak będzie lepiej?” - powtórzył w myślach to niemal zaklęcie i czym prędzej udał się do siedziby Firmy. *** Maciej nie miał najlepszej nocy. Nocleg na rozłożonym siedzeniu kierowcy nie należy do najwygodniejszych. Bolały go mięśnie i kości. Jadąc wczoraj w kompletnych ciemnościach dotarł do miejsca, w którym drogę otuliła gęsta mgła. Był zmęczony, zdenerwowany. Postanowił nie jechać dalej w takich warunkach. Pełznąc samochodem niczym drogowy walec, zauważył w końcu zarys jakiejś bocznej leśnej dróżki. Skręcił w nią i nim wyłączył silnik wydobył z bagażnika wożony tam od niepamiętnych czasów koc. Przypomniał sobie, jak Marta wkładała go tam dwa lata wcześniej, mówiąc: „To tak na wszelki wypadek”. Uśmiechnął się pod nosem i nagle poczuł się samotny. Sięgnął do kieszeni po telefon. Nadal nie było sieci. Wrócił za kierownicę i zasnął. Teraz, gdy śpiew leśnych ptaków i poranny wilgotny chłód nie pozwalały dalej spać, wstał obolały, wysiadł z samochodu i zaczął się przeciągać rozprostowując kości. Do przejechania miał jeszcze ponad

210


czterysta kilometrów. Miał ogromną ochotę na kawę i jakieś śniadanie. Chwila szczerości Będąc w połowie drogi do Firmy, poczuł wibracje telefonu. Przez chwilę miał nadzieję, że na ekranie wyświetlacza ujrzy imię: „Karolina”. Znał ją na tyle, aby wiedzieć, że była na to za dumna. Nim wydobył telefon z kieszeni, uświadomił sobie jeszcze jedną istotną kwestię: telefony już działały. Znaczyło to, że uporano się z systemem zasilania i nad podziw szybko przywrócono sprawność sieci telekomunikacyjnej. Nie chodziło nawet o złożoność zasilania poszczególnych stacji bazowych, pośredniczących w przepływie sygnału, lecz o to, iż sieć telefoniczna była bardzo ściśle powiązana z Wormem, stanowiąc jedno z głównych źródeł zaopatrzenia go w wiedzę. Przywrócenie działania sieci po awarii centralnego sytemu sterowania w takim tempie było zatem prawdziwym wyczynem. Na wyświetlaczu widniał napis: „Czerwieniecki”. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek „Szef wszystkich szefów” dzwonił do niego bezpośrednio. Odebrał telefon z ciekawości pomieszanej z niepokojem. - Halo, dzień dobry. - O, witam szanownego pana! - ironicznie rozpoczął rozmowę Czerwieniecki. Czy ma pan dzisiaj zamiar przyjść do pracy? Bo jeśli tak, to oczekuję z wielkim utęsknieniem - ton głosu mógł oznaczać wszystko i nie udało się Janowi wyczuć, czego może się spodziewać. - Jestem tuż obok budynku. - powiedział Jan z uczuciem, jakby przyznał się do czegoś, do czego nie powinien był się przyznać. - To zapraszam od razu do mnie. Czekam - odłożył słuchawkę. Dziwny rodzaj niepokoju ogarnął Jana, gdy chował telefon do kieszeni. Ale przecież właściwie nie miał nic do

211


stracenia. Podjął decyzję, stało się. Właściwie też nie było większych powodów, dla których miałby ponieść jakiekolwiek konsekwencje. Przecież nie zrobił nic złego, a lekkie przekroczenie uprawnień nie było w przypadku jego pracy czymś niezwykłym. Gdyby chcieli go załatwić, zrobiliby to już dawno. Mogli to zrobić w każdej chwili. Kto jak kto, ale on właśnie wiedział, że przed zemstą Firmy nie ma właściwie ucieczki. Coś tu jednak nie grało. Tylko co? Wszedł do holu i od razu udał się w stronę wind. Wjechał na szóste piętro. Po przejściu przez bramki wykrywaczy metali, kordon próbujących go zatrzymać sekretarek i kilku salutujących mu młodzików, stanął wreszcie przed najważniejszym pokojem w całej Firmie. Osobista sekretarka Czerwienickiego, zamiast bronić własną wydatną piersią, niczym orężem, dostępu do gabinetu pryncypała, jak czyniła to zwykle, tym razem skinęła głową i uchyliła drzwi. „Za dużo tych szczególnych okoliczności” pomyślał. Nie było już jednak czasu na refleksję. Pewnie wszedł do gabinetu swego Szefa i stanął tuż przed jego biurkiem. Ten nobliwy starzec oderwał wreszcie wzrok od ekranu, zdjął okulary, wstał zza biurka i z uśmiechem podszedł do Jana. - Witam naszego bohatera. Chodź, siadaj i opowiadaj. No mów, jak tego dokonałeś? - wykrzyknął i uścisnął mu prawą dłoń swymi obydwiema, po czym wskazał na jeden z dwóch potężnych skórzanych foteli stojących przy jednym z okien gabinetu. Jan spodziewał się wszystkiego, ale nie takiego przyjęcia. Był zdezorientowany i przystawał na propozycje Szefa, dopóki nie zrozumie tego, co się właściwie dzieje. - Może życzysz sobie coś do picia? A, wiesz co, na specjalną okazję mam coś naprawdę specjalnego. - mówiąc to wstał z fotela i podszedł do ukrytego w jednej ze ścianek swego potężnego biurka barku. Wydobył z niego limitowaną whisky w ciemnej butelce. Jan wiedział, że zawartość tego szklanego naczynia warta jest co najmniej tyle, ile trzy jego nienajmniejsze przecież pensje. „Nie, to nie żarty! Z czymś takim nie robi się dowcipów” - pomyślał. - Czym zasłużyłem na takie honory? - zapytał, chcąc za

212


wszelką cenę ukryć swe zdezorientowanie. - Och, przemawia przez ciebie fałszywa skromność. Daj spokój. Opowiedz teraz, jak to zrobiłeś. - Ale co? - No to z tym systemem. Przecież to wyłącznie twoja zasługa. Od wielu miesięcy cała armia programistów w wielkiej tajemnicy usiłowała znaleźć jakiś sposób, jak wyłączyć to ustrojstwo, a tu proszę. Numer z tą ostatnią serią morderstw był kroplą, która przebrała miarę. Bardzo dobrze się stało, że jeden z naszych analityków wpadł na pomysł, aby dowiedzieć się czegoś więcej od twórców architektury tego systemu. Długo szukaliśmy tych ludzi. Większość z nich już nie żyje, a ci pozostali pozostali przy życiu byli przez system skrzętnie ukrywani. Nie mogliśmy przecież szukać ich przy pomocy samego systemu, bo jeszcze byłby gotów coś zrozumieć. Na szczęście trafiliśmy na tego zakonnika. No, kto by pomyślał? Idealnie nadawałeś się do tego, aby wydobyć z niego te wszystkie informacje. - To znaczy, chcesz mi powiedzieć, że zostałem tam wysłany specjalnie? - Ależ oczywiście. Twój profil osobowościowy i intelektualny idealnie do tego pasował. Od dawna przygotowywaliśmy cię do podobnej roboty. Nie spodziewaliśmy się, że nastąpi to tak szybko. Liczyliśmy na dłuższy proces dochodzenia do jakiegoś rozwiązania. A tu, proszę, tak od razu knockout w pierwszej rundzie! Z uwagi na delikatność sprawy nie chcieliśmy was podsłuchiwać, aby się tym zbytnio nie zainteresował. Co ciekawe, on sam także nie chciał tego robić. - Jaki on? - No, system. Wiesz, że on nawet nie miał imienia? - Miał. Nazywał się Worm. - O, to bardzo ciekawe. Wiesz, dopóki był tylko systemem wspomagającym zarządzanie, wszystko było w porządku. Mógł sterować ruchem ulicznym czy publicznym transportem. Niewybaczalnym błędem było dodanie mu funkcji samouczenia i samoanalizy. Wtedy zaczął wymyślać swój świat

213


i czynić te wszystkie głupoty. Można było nawet wmówić ludziom, że to on rządzi, gdy nagle okazało się, że to samospełniająca się przepowiednia. Tak ustawił swój system obrony, że nie było sposobu, aby go wyłączyć. Ale sprawiłeś to ty. Brawo! - Ja właściwie niczego nie zrobiłem. A co teraz będzie? - Jak to co? To co zwykle. Stała się rewolucja. Ludzie wyzwolili się z tyranii niedobrego komputera i teraz zaczynają być wolni i znów brać władzę w swoje ręce. To się nazywa „aksamitna rewolucja”. Ważne, aby ludzie obalili jakąś tyranię i znowu zaczęli ufać władzy. Za dużo było już fermentu. Ludzie stracili zaufanie do tego systemu. Potrzebny był nam więc „wybuch kontrolowany”. Teraz dzięki tobie będziemy nadal mogli rządzić. Gdy nowy system wyczerpie swe możliwości, znowu zorganizujemy coś podobnego. To jak z surfingiem: najważniejsze jest złapać falę. Widzisz, to mało ważne, co mówią królowie, rewolucjoniści, politycy. Ważne jest, kto podejmuje decyzje. A decyzje podejmujemy my. Dzięki tobie wszystko wróciło do normy. Ludzie wierzą w swą wolność, gdy ją sobie wywalczą. Mogą być całkowicie zniewoleni, ale wierzą, że jest inaczej. To tak samo jak wierzą też, że mają pełne konta pieniędzy, które tak naprawdę są wyłącznie ciągiem jedynek i zer w bankowym komputerze. Wszystko opiera się na wierze. Słuchając tego Jan zaczął sobie przypominać rozmowę z Wormem, ale także spotkanie z Ojcem Arturem. Wszystko zaczęło układać się wreszcie w całość. Ostatnie kawałki puzzli zaczynały do siebie pasować, odsłaniając całą prawdę o ostatnich dniach. Nie zaskoczyło go, gdy pojął, że był do pewnego stopnia marionetką. W końcu tego od niego oczekiwano przez ostatnie lata, aby robił to, co chcą inni, bez zbędnego zastanowienia. Szczytem operacyjnego wyszkolenia była w końcu umiejętność samodzielnego podejmowania decyzji w sytuacji, gdy nie jest możliwe zwrócenie się po instrukcje do centrali. - To prawda. - powiedział. - Ja po prostu sprawiłem, że zaczął wierzyć. Zaczął wierzyć w największe bluźnierstwo,

214


jakie tylko można sobie wyobrazić, że jest Bogiem. Ojciec Artur mi to podpowiedział. Chcesz mi powiedzieć, że wiedziałeś o wszystkim i że to wszystko było zaplanowane? - No, nie do końca. Gdyby nie wyszło tobie, to próbowalibyśmy nadal w miarę naszych możliwości załatwić to wszystko. Wiedzieliśmy, że musi być jakiś sposób, aby zmusić go do pokazania swego słabego punktu. Ale opowiadaj, jak to zrobiłeś. - A jak myślisz? Dlaczego tak wielu ludzi popełnia samobójstwa? - O, to proste. Ludzie są zagubieni. Nie wiedzą, jak rozwiązać swe problemy egzystencjalne, zwłaszcza w sytuacji, gdy wszystko tracą. - No właśnie. On próbował udowodnić sam sobie, że nie jest Bogiem, dlatego zwariował. Było to dla niego zbyt abstrakcyjne. Postanowił porównać swe możliwości z możliwościami czegoś, czego nie potrafił sobie wyobrazić. - Niestety, dokładna treść tego, co mu powiedziałeś, jest nie do odczytania. Mógłbyś powiedzieć coś więcej? I tak przyjdzie ci pewnie napisać o tym niejeden pamiętnik. - Nie pamiętam dokładnie, jak to wyglądało, byłem w czymś w rodzaju transu. Ale spróbuję sobie przypomnieć. Było to coś w rodzaju intelektualnego wirusa. - Chcesz powiedzieć, że nawróciłeś go? - Tak. Postawiłem na jego pychę. Zapytałem, czy jest już Bogiem. Ale wierz mi, nie chciałem go zgładzić. Tak jakoś wyszło. - Genialne. Dlaczego na to nie wpadliśmy? Sam to wymyśliłeś? - Nie, zakonnik mi to podpowiedział. Powiedz mi, co teraz będzie? - A co chcesz żeby było? - powiedział starzec, biorąc w dłoń jego szklankę i dolewając jeszcze odrobinę drogocennego trunku. - Muszę przyznać, że myślałem o tym, jak cię uhonorować. Jeśli chcesz, możemy zrobić z ciebie polityka. Człowieka, który pokonał dyktatora i przywrócił znowu demokrację. Nadzieję na lepsze jutro. Idealnie się do

215


tego nadajesz. Zostaniesz prezydentem odrodzonej republiki, który przywróci ludziom podmiotowość. Co ty na to? - Nie chodzi mi o to. Czy nadal będzie tak jak było? - Ależ oczywiście, że nie! Wszystko się zmieni. Będziemy teraz wspierać wartości prorodzinne, pozwolimy na powrót religii, nawet pozwolimy na organizowanie się wolnych politycznych partii. A co? Niech uwierzą, że nastała prawdziwa zmiana. Ważne, aby interes się dalej kręcił. Bo sam rozumiesz, władza władzą, ale ktoś musi tu rządzić! - ostatnie słowa starca miały być widocznie żartem, gdyż zaśmiał się szczerze, odsłaniając czarne od tytoniu zęby. - Nie chodzi mi też i o to. Czy nadal będziemy mordować dzieci? - Jakie dzieci? - uśmiech zniknął z twarzy Czerwienickiego, równie szybko jak się pojawił. Jan wydobył z kieszeni marynarki niewielki krążek z wytłoczonym na nim numerem 12535 i podał starcowi. Ten obejrzał go dokładnie, położył na stoliku, po czym wstał i bez słowa podszedł do komputera. - Skąd to masz? - zapytał wpisując coś na klawiaturze. I zaczął wczytywać się w wyświetlone treści. - Dał mi to jakiś chłopiec odklejając ze swojego buta w supermarkecie. - odparł szczerze Jan, nie mając czasu na wymyślenie lepszej, równie prawdopodobnej historyjki. Jednak inna myśl przykuła jego uwagę: „Już wiem, dlaczego tak szybko powróciła łączność” - pomyślał Jan obserwując starca. „Mieli widocznie wszystko przygotowane, a nie potrafili tylko wyłączyć tej piekielnej machiny. Musieli jednocześnie uruchomić zapasowe kopie podsystemów w już uniezależnionym od Worma środowisku. Aby tak było, musieli skoordynować cały proces i mieć napisaną już taką aplikację”. Potwierdzały to słowa starca. Chwilę potem w jego umyśle pojawiła się myśl, czy aby przypadkiem wczoraj postąpił słusznie unieruchamiając to wszystko. Jego rozmyślania zostały przerwane nagłym powstaniem Czerwienickiego i jego powrotem na zajmowany wcześniej fotel. Wyciągnął ze stojącego na stoliku

216


mahoniowego pudełka cygaro. Obciął jego końcówkę, zapalił i wypuścił z ust pokaźny kłąb dymu. Palenie było surowo zakazane nie tylko na terenie tego budynku, lecz niemal wszędzie. Tylko w niektórych knajpach istniały specjalne, wydzielone i wentylowane pomieszczenia dla palaczy. Palenie było zwalczane przez media i wszelkie organizacje walczące o poprawę stanu zdrowia obywateli, a przy tym legalny tytoń był tak drogi, że nałóg ten zszedł z czasem do podziemia. Co ciekawe, palenie marihuany, choć teoretycznie nielegalne, nie podlegało prawnym restrykcjom, ani ściganiu przez Policję. Czarwieniecki był chyba jedyną osobą w tym kraju, która mogła bez skrępowania i jakiejkolwiek obawy zapalić. Zaciągnąwszy się powtórnie, przemówił wreszcie. - Widzisz, od pewnego czasu, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że ten elektroniczny złom nie jest nic wart i gdy stało się jasne, że zamiast wspierać zarządzanie tym chaosem, zaczyna sam podejmować decyzje, zaczęliśmy szukać jakiś alternatywnych sposobów na obronę naszych interesów. Zamyślił się przez chwilę. - Właściwe stało się to już wtedy, gdy postanowił tworzyć kopie mózgów zmarłych osób. Wpadł na pomysł, że będzie je analizował i ze wspomnień uzyska operacyjne informacje. Było to o tyle ciekawe, że każdy ma coś do ukrycia, nawet przed samym sobą. Nikt oczywiście za życia nie zgodziłby się na coś takiego, ale po śmierci? Zgodziliśmy się na to lekkomyślnie. Wyobraź sobie, że on zaczął łączyć fakty i wiedzę w ten sposób zgromadzoną i zaczynał mieć kontrolę nad niemal wszystkim. Teoretycznie to my mieliśmy tę wiedzę, nie zdając sobie sprawy, że tworzymy potwora. Na szczęście miał problem z interpretacją tak rozległych i niewyobrażalnie trudnych do sklasyfikowania danych. Każdy nasz mózg to przecież swego rodzaju oddzielny system operacyjny, połączony z indywidualnym zasobem pamięci. Nie można oczywiście wykluczyć, że zachowywał w swej pamięci obrazy połączeń neuronowych, które potem, gdy uzyskałby wystarczającą moc obliczeniową, mógłby wykorzystać jako część swojego intelektu. Nie wiedzieliśmy, w którym momencie może uzyskać taką zdolność. Ta nerwowa gra z czasem stała się

217


jednym z powodów podjęcia decyzji o wyłączeniu systemu, jednak było na to już za późno. Wytworzył w sobie stosowne mechanizmy obronne. Czerwieniecki znów zaciągnął się. - Wiesz dlaczego o tym wszystkim mówię? - No właśnie, dlaczego? - Odparł Jan zdając sobie sprawę, że poznając te pilnie strzeżone sekrety, przechodzi właśnie do kolejnego poziomu wtajemniczenia w organizacji, czy tego chce, czy nie. - Chcę, abyś pojął złożoność tego wszystkiego. kontynuował swój wywód Czerwieniecki - Dlatego muszę wyznać ci pewną kwestię, która dotyczy ciebie osobiście. Jednym z największych przeciwników budowy systemu i oddawania mu nowych kompetencji był twój ojciec, Janku. po raz pierwszy zwrócił się do niego w taki sposób. Janowi zrobiło się dziwnie ciepło, a jego serce przyspieszyło rytm. Zawsze chciał dowiedzieć się, jak zginęli jego rodzice i co właściwie się z nimi stało. Teraz miał jedyną i niepowtarzalną szansę poznania prawdy. Milczał, a starzec kontynuował swą opowieść. - Twój ojciec był moim przyjacielem. Poznaliśmy się jeszcze w wojsku, potem poszliśmy na Wydział Cybernetyki, on skończył go z wyróżnieniem, ja miałem co prawda gorsze stopnie, ale prowadziłem „intensywne życie towarzyskie”. Wtedy były inne czasy. Teraz nie ma już wydziałów cybernetyki, co nie znaczy, że się tej nauki nadal w ukryciu nie uczy i nie rozwija. Za to studenci nie robią na ogół nic innego, jak tylko oddają się towarzyskiemu życiu. Na studiach była naprawdę orka. Gdyby nie on, skończyłbym pewnie co najwyżej w służbie wartowniczej. Gdzieś na trzecim roku poznał twoją matkę i kompletnie zwariował na jej punkcie. Postanowili się pobrać nie przejmując się, że może zaważyć to na jego karierze. Już wtedy zaczynało się niechętnie patrzeć na mieszane małżeństwa ludzi z Firmy i tych spoza niej, ale jakoś to załatwił, posługując się opinią genetyczną, mówiącą o potrzebie dopływu świeżej krwi do naszej kasty. Po roku na świat przyszedłeś ty. Już wtedy system zaczynał posiadać coraz

218


szersze kompetencje, a Staś, znaczy twój ojciec, był jednym z niewielu, którzy mówili głośno o tym, o czym inni ledwie odważali się szeptać. Grzmiał, że nie może być tak, aby kontrolę nad wszystkim przejął komputer. Dostał za to kilka razy po głowie, ale gdy okazało się, że rzeczywiście tracimy nad wszystkim kontrolę, stał się dla nas naturalnym przywódcą. Gdy wracali z twoją matką samochodem z wakacji, przejeżdżali przez przejazd kolejowy. Potem się okazało, że nastąpiła awaria systemu sterowania oświetleniem i szlabanami. W chwili, gdy przejechali przez torowisko, szlabany opadły. Inna sprawa, że wcześniej nie powinny były być podniesione, bo zbliżał się pociąg. Ciężko było nawet zidentyfikować ciała. Przykro mi, że mówię ci o tym w takiej chwili, ale nie będzie być może lepszej okoliczności. - Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? - zapytał Jan, poznawszy nagle to, o co zabiegał całe życie. - Przez wiele lat ukrywaliśmy tę wiedzę przed tobą. Jeśli nie my, to pewnie zrobiłby to on. Z twoimi uprawnieniami miałbyś dostęp do zdjęć operacyjnych, a wierz mi, byłem tam i naprawdę nie był to przyjemny widok. Poza tym już wtedy zaczynały rodzić się pewne plany co do ciebie. - Przecież to był wypadek, co w tym tajemniczego? - A właśnie. Czy to był wypadek? Potem okazało się, że podobne nieszczęścia spotykają wszystkich przeciwników rozbudowy systemu i dalszej jego integracji z dotąd niezależnymi systemami. Po kolei zginęli: Pracoń, Namyśkiwicz, Marchewka, Akelbaum. Zwłaszcza ten ostatni cierpiał straszliwie. Do tej pory samo wymienianie ich nazwisk powodowały wzmożoną aktywność samosterującej się instalacji podsłuchowej. - A co się stało temu ostatniemu? - zapytał, Jan nie mogąc wyobrazić sobie, co może być bardziej straszliwie od śmierci w rozgniecionym przez pociąg samochodzie. W jego duszy panowała w tej chwili dziwna pustka. Musiał definitywnie pożegnać się ze złudzeniami, że może po jakiejś pełnionej misji jego rodzice uzyskali inną tożsamość i że kiedyś ich spotka. Tymczasem oni nie żyli już od dawna. Znał siebie.

219


Wiedział, że przetrawienie tych faktów będzie dla niego bolesne, ale jeszcze nie teraz. - Akelbaum? To był świetny analityk. Widział oczami przyszłości, podobnie jak twój ojciec, niewyobrażalną potęgę czegoś, czemu oddajemy nasz los i władzę. To on powiedział, że z panów samych siebie staniemy się sługami czegoś, co nie będzie miało wystarczającej ilości rozumu, aby pojąć, że w ogóle istnieje. Wizytował odlewnię, z której otrzymaliśmy zgłoszenie o malwersacji na szeroką skalę. Sam wiesz, były to inne czasy. Można było, rzecz jasna, kraść, ale trzeba było się podzielić z nami. Teraz to nie do pomyślenia, w każdym razie miał przejrzeć i przeanalizować sprawozdania finansowe firmy. Gdy przechodził przez halę, na skutek awarii przewrócił się na niego zbiornik z surówką. Oblało go od brzucha w dół, całkowicie wypalając jego ciało. Podobno był przytomny. Zwęglone ciało zblokowało na tyle skutecznie jego żyły i tętnice, że nawet nie krwawił. Tkwił tak i czekał na śmierć. Trwało to podobno kilka godzin. Lekarze byli bezradni. Podali mu tylko środek przeciwbólowy. Jeden z robotników na jego prośbę dał mu nawet podobno zapalonego papierosa. Romek palił jak głupi. Podobno nagle znieruchomiał, zastygł i wyglądał jak figura woskowa. - Żałuję, że zapytałem. - powiedział szczerze Jan. - Widzisz, gdybyś nawet teoretycznie miał dostęp do tych informacji i zrozumiałbyś, co zaszło, mógłbyś zrobić coś głupiego, a tak zrobiłeś coś, do czego przygotowywaliśmy cię przez całe lata. - A jaki to ma związek z tym dzieciakiem i naklejką w jego bucie? - No właśnie, już zaczynam tłumaczyć. Od pewnego czasu, aby nie stracić w całości kontroli nad sytuacją, zaczęliśmy organizować niezależne struktury operacyjne. Mieliśmy nad Wormem, jak go nazwałeś, pewną przewagę, on nie do końca rozumiał relacje międzyludzkie i kwestie kulturowe. Jego system bazodanowy, choć potężny i niezwykle wyrafinowany, był na swój sposób konserwatywny. Nie przyjmował nowych pojęciowych kategorii, bo nie potrafił

220


prawidłowo klasyfikować paradoksów. Na przykład nie mógł pojąć, jak to możliwe, że facet może chcieć przebrać się za kobietę. Nie mógł zrozumieć, że ten facet jest kobietą tylko w męskim ciele, w jego świecie nie było takiej płci. - Znam to doskonale. - wtrącił Jan. - A no właśnie. Co ja będę tłumaczył to tobie. Ty przecież jesteś od tego fachowcem. W każdym razie zaczęliśmy wykorzystywać tę lukę, słusznie podejrzewając, że te kwestie, których nie potrafi zrozumieć, nie będą nigdy przedmiotem jego zainteresowania. W ramach tejże cichej wojny zaczęliśmy więc rozwijać tak zwane „Centra Studiów Kulturowych”, które tak naprawdę zajmowały się niczym innym, jak tylko tradycyjną robotą operacyjną. Aby nie było możliwości wykorzystania powstających tam materiałów przez naszego wewnętrznego wroga, posunięto się swojego czasu nawet do tego, że wszelkiego rodzaju materiały były sporządzane na przedpotopowych maszynach do pisania. Wyobrażasz to sobie? No więc struktury te miały także zajmować się gromadzeniem informacji o procesie samorozwoju architektury Worma. Potem trochę dla kamuflażu zaczęliśmy współpracować z grupą jasnowidzów. - Z kim? - Z jasnowidzami. Nie dziw się. To potężna gałąź naszej wiedzy. Oni zaczęli praktycznie od zera. Zajęli się telepatią, odczytaniem myśli i podobnymi sprawami. Z początku też podchodziliśmy do tego z przymrużeniem oka. - Myślałem, że we współczesnym świecie nie ma miejsca na takie banialuki. - Ja wtedy też tak myślałem. Ale nagle okazało się, że z ich raportów wyłania się przyszłość i to dość precyzyjnie. Korzystali po części z materiałów dostarczanych przez system, z tradycyjnej roboty naszych „antropologów”, a po części ze swoich metod. I wyobraź sobie, że zaczęło to działać. Przewidzieli kilka katastrof naturalnych, parę politycznych przewrotów na świecie. A gdy zaczęli przepowiadać terrorystyczne zamachy, zaczęliśmy rozumieć, że mamy broń porównywalną do tej, jaką dysponuje nasz elektroniczny

221


przeciwnik. W końcu dowiedzieliśmy się o rzeczy niebywałej. Zaczęli przepowiadać narodziny pewnego człowieka, który ma odmienić ludzkość. Miał mieć po swojej stronie jakieś siły przyrody, mógł gromadzić i przetwarzać wiedzę, o której nawet nie śniliśmy. Co więcej, miało mu towarzyszyć wielu do niego podobnych. Można byłoby to uznać za jakichś bełkot, lecz cały problem polegał na tym, że poszczególne ekipy jasnowidzów niezależnie od siebie zaczęły dochodzić do podobnych wniosków. Pewna grupa twierdziła wręcz, że będzie to nowy gatunek człowieka, kolejny ewolucyjny krok milowy w rozwoju ludzkiej rasy. Jakaś przełomowa mutacja, która doprowadzi do kresu naszego porządku i stworzy nowy. Ów jegomość jest albo raczej musiał być strasznie potężny. Podobno niektórzy mistrzowie medytacji po wieloletnim treningu potrafią zaledwie ułamek tego, co potrafił ten gnojek. Nie traktowałem tego poważnie, gdy nie tak dawno temu, w czasie kolejnego seansu, wszyscy z najlepszej ekipy jasnowidzów, którzy próbowali nawiązać z nim telepatyczny kontakt, padli nieprzytomni z popękanymi bębenkami w uszach. Dwóch z nich natychmiast podało się do dymisji, a my przecież płacimy im niemało. Jedyne, co udało im się ustalić, to to, że sprawy nagle przyspieszą, więc postanowiliśmy niezwłocznie działać. Tak więc, niezależnie od wojny z systemem, musieliśmy rozpocząć prowadzanie drugiej, równie finezyjnej gry. Może bardziej oddalonej w czasie, ale jednak równie ważnej. Jaki sens miałoby pokonanie Worma, skoro za chwilę musielibyśmy i tak oddać władzę? Oczywistą kwestią jest to, że nie mogliśmy pozwolić na to, aby to nowe, dopiero początkujące zagrożenie dogadało się z Wormem i połączyło siły przeciw nam. Dlatego musieliśmy, rzecz jasna, przy organizowaniu całego przedsięwzięcia w jak najmniejszym stopniu posługiwać się elektronicznymi gadżetami. - Przecież to niemożliwe. Jeśli jest tak, jak mówisz, to znaczy, że to są dwa odrębne, z pozoru nieprzystające do siebie światy. Świat natury i technologi, życia i śmierci, dobra i zła. - Yin - yang. Masz rację, brawo. Tylko, że wtedy w tej układance nie ma, niestety, miejsca dla nas.

222


- To prawda. - powiedział z uznaniem Jan. Tak szybka i błyskotliwa odpowiedź starca oznaczała, że musiał na ten temat rozmyślać już wcześniej. - Precyzja naszych współpracowników jasnowidzów doszła do tego stopnia, że potrafili dość dokładnie ustalić przyszłe wypadki. Według nich nasz świat czeka katastrofa. Co do jej przebiegu i konkretnego terminu istnieją rozbieżności i kontrowersje. Jednak aby jej zapobiec, należało po pierwsze unieruchomić Worma, co udało się dzięki tobie. Drugim warunkiem jest zabicie dzieciaków, które w przyszłości mają doprowadzić do unicestwienia naszego świata. Jeśli tego nie zrobimy, ten ciągle nie do końca zidentyfikowany przez nas mały łajdak wyruszy w jakąś wieloletnią pielgrzymkę, podczas której będzie nauczać ludzi i budować armię swoich wyznawców. Nie wiemy, kto to jest, ale mamy ustaloną listę około dziesięciu gówniarzy, którzy spełniają wszystkie kryteria bycia wybrańcem. Jakim cudem udało im się przejść przez sito selekcji i jeszcze chodzić po tym świecie? Nie wiem. „A ja chyba wiem” - pomyślał Jan. „Szef Wszystkich Szefów” jakby zrozumiał jego myśli, bo zaczął kontynuować swój wywód. - Istnieje pokusa, aby dorwać tego drania i zbadać go kawałek po kawałku, aby dowiedzieć się, na czym polega ta jego wyjątkowość. Dlatego do niedawna obserwowaliśmy całą dziesiątkę, a dosłownie wczoraj, przed twym bohaterskim, wyczynem wydałem rozkaz ich likwidacji. - To znaczy, że to nie Worm wpadł na pomysł likwidacji dzieci tylko wy? - Oczywiście, że my. Pracujemy nad tym systemowo od wielu lat. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że występująca plaga śmiertelności noworodków nie była przypadkiem. Jeszcze wcześniej uruchomiliśmy specjalny program aborcyjny, to znaczy, „świadomego macierzyństwa”. Mam nadzieję, że w znacznej mierze udało się opanować ową czekającą nas zarazę. Jednak wielu się przecisnęło przez zastawione pułapki. To przecież nic innego, jak świadoma polityka profilaktyki społecznej. Najpierw wystarczy przekonać kobiety, że to, co

223


noszą w brzuchu, to tylko kawałek mięsa, a potem wystarczy na badaniach prenatalnych naopowiadać im bzdur, że dziecko będzie chore. Same proszą, aby je wyskrobać. Wtedy, w czasie wielkiej akcji, były też i takie, które nie chciały tego za żadne skarby świata. Były to jednak odosobnione przypadki. - Kiedy to było? - zapytał Jan. - Jakieś dziesięć lat temu. Nie ma nic przyjemnego w podawaniu kobietom potajemnie środków wczesnoporonnych, ale cel uświęca środki. Nie była to zresztą akcja o wielkich rozmiarach. Dotyczyła tylko tych osobników, w stosunku do których istniała nieomal pewność, że będziemy mieli z ich powodu kiedyś kłopoty. Rzecz jasna, cała sprawa dotyczyła wyłącznie kobiet spoza naszej kasty. Ostatnie słowa Czerwienieckiego sprawiły, że wcześniejsze intuicyjne wątpliwości zmieniły się w pewność. W tej chwili przed jego oczami na ułamek sekundy pojawiła się Ona, a właściwie jej ostatnie wspomnienie. Leżała w szpitalnym łóżku, uśmiechając się serdecznie. Trzymała w ręku ostatnie zdjęcie USG z twarzą ich dziecka. Było jakby śpiące, niewinne. Portret ten przychodził czasami do niego w snach. Twarzyczka uśmiechała się zniewalającym, dziecinnym uśmiechem pokazując pozbawione zębów dziąsła. Do porodu pozostało jeszcze kilka dni, ale lekarze kazali jej leżeć. Było już późne popołudnie. Miał wrócić rano albo czekać na telefon, gdy zacznie się już coś dziać. Telefon był o świcie. Poinformowano go, że zmarła w nocy w wyniku wewnętrznego krwotoku. „Ona nie była z naszej kasty” - pomyślał i tylko cudem opanował wściekłość zaciskając pięści. Teraz tylko jedna myśl kołatała się w jego głowie: „Opanować się, zachować pozory, za wszelką cenę nie dać po sobie poznać.” Wyłączył się na chwilę. W międzyczasie Czerwieniecki kontynuował swój monolog. - Wyobraź sobie, że rodzice tego gnojka byli za granicą. - ciągnął dalej starzec. - Potem jeden z naszych miał zrobić z nim porządek tuż po urodzeniu, ale stchórzył. To niesamowite. Ponieważ wiemy niemal na pewno, że najbliższe tygodnie są kluczowe dla naszej przyszłości, postanowiliśmy

224


nie zwlekać i dokonać bezpośredniej likwidacji tych, którzy stanowią dla nas największe zagrożenie. Najbliżej był ten 12535. Wyobraź sobie, że ten konkretny gnojek był podobno nieziemsko inteligentny. Oczywiście nasz system edukacji miał go za debila, ale czego oczekiwać po życiowych wykolejeńcach, którzy z braku lepszego pomysłu na życie zostają w tym kraju nauczycielami? Ostatni zamach w pociągu to także nasza robota. Na wszelki wypadek podjęliśmy pewne dodatkowe kroki w tej sprawie. Wcześniej wysyłaliśmy jego ojca w jakąś lipną podróż służbową. Pewnie jest już po wszystkim, także i z nim. Czekam właśnie na raport od egzekutora. Jakoś się nie odzywa. Jeszcze widać nie wpadł na to, że po awarii może zadzwonić bez obawy i że żaden rejestrator go już nie nagra. - Po co to robisz? - Co takiego? - No to wszystko? Przecież nie będziesz żył wiecznie, a wszystko i tak zawali się wcześniej czy później. - Dla idei. Tak. Nie przesłyszałeś się. Dla idei. Moją ideą jest brak idei. Jeśli wszystkie są - zgodnie z prawdą utopijne, więc jedynym porządkiem świata, dla którego warto jest się poświęcić, jest czuwanie nad tym, aby żadna z nich nie zdominowała innych. Oczywiście taki system potrzebuje strażników, którzy będą czuwali nad niezmiennością tego ładu. Moją ideą jest trwanie. Jestem to winien naszej kaście wybrańców. Żyjemy w świecie mitów. Tylko pierwotne instynkty i odruchy mają znaczenie. Tylko przywiązanie do swego szczepu jest ważne. Ale to tylko tło. Poza tym jest jeszcze coś ważniejszego. To my ustalamy, czym jest dobro, a czym zło. Wszystko zależy wyłącznie od nas. Niektórzy mówią, że to zabawa w Boga, a ja sądzę, że jesteśmy ponad nim, bo Bóg nie zmieniał swoich zasad, a my możemy czynić to dowolnie, jak nam się podoba. I tak samo jak on jesteśmy nieśmiertelni. Dlatego tak ważnie jest przetrwanie naszego stada. Przetrwanie to warunek boskości. - Jesteś tak samo chory jak Waliszek - powiedział Jan. Starzec odpowiedział śmiechem, uznając szczerość swego

225


rozmówcy za dobry żart. - To co wybierasz? Urząd premiera czy prezydenta? A może dożywotnie miejsce w senacie? A może chciałbyś po mojej śmierci zająć moje miejsce? Powiem szczerze, że myślałem już o tym. Teraz, po twoim sukcesie, to nawet jest wysoce prawdopodobne. - O nie! Ty będziesz przecież żyć jeszcze nie wiadomo ile, a ja sam się zestarzeję, czekając na schedę po tobie. A nie mógłbym skończyć właśnie jak Waliszek? Gdzieś na jakiejś wyspie na Karaibach, nie martwiąc się o nic? - Zapewniam cię, że nie chciałbyś skończyć jak Waliszek. Nie ma przecież już takich wysp. Były może dawno temu, a życie na nich nie było wcale łatwe. Waliszek czeka w tej chwili na prawdziwy proces za serię morderstw. Za chwilę skończy w jakimś psychiatrycznym zakładzie. Skończy pewnie zabity przy próbie ucieczki, albo jak zwykle jakiś pielęgniarz złamie mu kark, gdy będzie za dużo szczekał. - Ale to przecież jeden z nas. Ktoś się za nim wstawi. - To przede wszystkim świr, a nawet najlepsza ptasia matka wyrzuca z gniazda chore pisklęta, dla dobra tych zdrowych. W pewnych sytuacjach nie możemy sobie pozwolić na sentymenty. Poza tym wszyscy widzieli w telewizji, że został schwytany za serię morderstw, więc nikt nie będzie zabiegał o jego uwolnienie. Sam więc widzisz, jaką siłę oddziaływania mają media. One są prawdą, wyrocznią i jedynym punktem odniesienia - znów wypuścił kłąb dymu. - To co? Prezydent czy premier? - Zostawmy to na razie. Muszę ochłonąć. Pójdę już powiedział Jan znów z rozbrajającą szczerością. Obaj powstali. - Idź i odpocznij. Czeka cię wielka przyszłość powiedział Szef, uściskawszy jego dłoń. Jan popatrzył na niego i bez słowa opuścił gabinet, zamykając za sobą drzwi. Wyszedł z budynku, dopiero teraz dostrzegając skupiony na sobie wzrok mijanych na korytarzach ludzi. Zdał sobie sprawę, że co chwila jego krokom towarzyszą szepty. Widział, że czasu zostało mu mało, ale zrobił wszystko tak, jak należało. Nauczono go

226


podejmowania szybkich, często instynktowych decyzji, które trzeba wdrażać z konsekwencją. Mógł jeszcze zawrócić, a wtedy wszystko wróci do normy, a on sam będzie poważany i szanowany, będzie żył w luksusie i zbytkach. Jan jednak był jak ptak, który zamknięty przez całe życie w klatce, poznał urok swobody. Śmiercionośne czarne pudełka miały jeszcze jedną szczególną cechę. Posiadały specjalny tryb awaryjny, używany tylko w nagłych wypadkach. Dzięki niemu po naciśnięciu określonej kombinacji klawiszy można było uruchomić urządzenie ręcznie, w trybie natychmiastowego działania. Nie było potrzebne wtedy urządzenie zdalnego sterowania, którym często był telefon komórkowy wyposażony w tę specjalną funkcję. Nie potrzebny był też aktywujący katalizator. Oczywiście osoba go uruchamiająca była samobójcą, ale w wyjątkowych wypadkach można było pozwolić sobie i na ten luksus. W końcu sitwa była jedyną wartością, za którą warto było zginąć. Sitwa, do której należał od wczoraj, była czymś więcej niż tylko zwierzęcym poczuciem wspólnoty. Była czymś abstrakcyjnym, niepojętym, ale ważniejszym niż doczesność. Nie potrafił nawet określić poczucia tej „przedziwnej” wspólnoty. Nie istniały takie słowa, które by to określiły. Jeśli nawet istniały kiedyś, to jego ich nie nauczono lub zapomniano tego określenia. Nigdy dotychczas nie był tak spokojny i pewny tego, co robi. Miał tylko nadzieję, że nie popełnił błędu. Zbiornik nr 12535 leżał w tej chwili na dachu głównej windy w budynku Firmy. Sączący się z niego gaz powoli wraz z jej ruchem rozprzestrzeniał się po całym budynku. Wchodził do zakamarków, sekretariatów, gabinetów i garaży. Był wszędzie, a zwłaszcza w płucach jego kolegów. Pozostawał na meblach, parapetach i podłogach. Systemowo zacznie wywoływać to, do czego został wymyślony. W zależności od odporności organizmu lub jego genetycznej specyfiki będą pojawiać się udary mózgów i zawały serca. Nawet niegroźnie przeziębienie będzie mogło doprowadzić do nagłej infekcji.

227


Lawina śmierci będzie tak szybka, że pozostali jeszcze przy życiu szkoleniowcy nie nadążą przygotowywać nowych kadr, a zdziesiątkowane dowództwo straci kontrolę nad wszystkim, pogrążając się w coraz to większym chaosie i panice. Zdadzą sobie sprawę z tego, że padli ofiarą jakiegoś sabotażu, lecz na prowadzenie wewnętrznego śledztwa będzie już za późno i nie będzie miał kto go poprowadzić. Kiedyś ktoś może odnajdzie w czasie remontu windy jakieś dziwne pudełko. Być może wyrzuci je do kosza wraz z innymi śmieciami, albo zaniesie tajemnicze znalezisko do jakiegoś ocalałego funkcjonariusza. Może wtedy ustalą, kto dysponował konkretnym numerem urządzenia. Jeśli sprawę będzie prowadzić wyjątkowo bystry funkcjonariusz, być może połączy fakt znalezienia konkretnego urządzenia z katalizatorem znalezionym w kieszeni lub pokoju Czerwienieckiego, co skutecznie może zmylić trop. Wtedy cała sprawa zostanie potraktowana jako wewnętrzny spisek o władzę i dyskretnie umorzona. Istniało też spore prawdopodobieństwo, że nikt nie poprowadzi żadnego śledztwa, a cała instytucja przewróci się niczym domek z kart. Ten kruchy organizm, w imię trwania którego dokonywano tylu zbrodni, przestanie istnieć, udowadniając przez to najlepiej, jak wielką utopią był w istocie. Wraz z nią obróci się w proch także mit ich zbiorowej boskości. Szkoda, że nie będzie mu dane obserwować tego wszystkiego, gdyż stanie się ofiarą swego zamachu, podobnie jak jego towarzysze, przez co jeszcze bardziej zatrze za sobą ślady. Wyprawa Maciej dojechał do domu późnym popołudniem. Zastał na podwórku swego syna siedzącego na gałęzi zwalonego drzewa. Gdy malec dostrzegł ojca, podbiegł i rzucił się mu na szyję. Trwali tak przez chwilę w uścisku, aż nie otwarły się drzwi do domu, przez które wybiegła Marta i popiskujący pies. Stali tak przytuleni. Gdy udali się już do domu, nawzajem opowiedzieli sobie historie i postanowili, że już nigdy nie

228


pozwolą sobie na taką rozłąkę. Cały świat przez ten czas wirował wokół nich, a oni chcieli tylko, aby pozostawił ich w spokoju, dopóki nie upomni się o ich syna. - Musimy stąd odjechać. Nie na długo zaznamy spokoju. Wcześniej czy później znowu ktoś będzie próbował zrobić nam krzywdę. - powiedziała Marta. - A szkoła? - rzucił Maciej - Jaka tam szkoła! Mamy dziecko, które już dawno pozjadało wszystkie rozumy. Być może to my jesteśmy dziecinni? - Czego mógł chcieć ten człowiek? - Chciał nas zabić - powiedział Piotr - ale teraz już nic nam nie grozi. Jest już bezpiecznie. Bazyli mówił, że był to ostatni moment, w którym mogli powstrzymać to, co nieuniknione. Ale mama ma rację. Odjedźmy stąd, nie chcę patrzeć jak usycha mój przyjaciel. - Z czego będziemy żyli? - zapytał Maciej - O to się nie martwcie - powiedział Piotrek. Wystarczy, że poproszę moich przyjaciół, a oni na pewno wskażą mi miejsce, w którym ktoś przed wiekami ukrył coś cennego. Na pewno w każdej okolicy można odnaleźć jakiś ukryty w dziupli mieszek, albo zakopany garnek złota, o którym zapomnieli już wszyscy. O to się nie martwcie. Teraz ja będę żywicielem rodziny. Tylko jeden warunek: żadnych telefonów. - O proszę! Ledwo odrósł od ziemi, a już zaczyna stawiać warunki - powiedziała z uśmiechem Marta. - Szkoda tylko tego domu, tych książek - powiedział Maciej, od początku najwyraźniej niechętny planom wyjazdu. - Ale przecież tu wrócimy. Odrobina cygańskiego życia nam nie zaszkodzi - powiedział Piotrek. - Poza tym mam pewien pomysł. Sądzę, że znam kogoś, kto idealnie nadawałby się na opiekuna naszego domu. Muszę do niego tylko napisać list. - Mam nadzieję, że to nie będzie żaden bluszcz, wielka muchołówka ani żaden tygrys bengalski. - Nie, to prawdziwy człowiek - zaśmiał się Piotrek. Być może jeden z niewielu jacy pozostali.

229


- To dobrze, kiedy wyruszamy? Proponuję jutro po obiedzie. Musimy się przecież spakować - powiedział Maciej. - Nie. Jedźmy już teraz. Na początek muszę odwiedzić twojego kuzyna nad morzem. Podobno jego żona spodziewa się dziecka. Trzeba chyba powrócić do tradycji rodzinnych odwiedzin. A potem zobaczymy - zaprotestowała Marta. - Mam już spakowane najpotrzebniejsze rzeczy. Poczekajmy tylko chwilę, aż Piotruś napisze list do tego tajemniczego dozorcy. Nie mam ochoty spędzić tu kolejnej nocy, będzie przypominała tę poprzednią. - Ja także mam nadzieję, że ta dzisiejsza noc nie będzie przypominać tej wczorajszej. Mam dość jazdy i spania w samochodzie - mruknął pod nosem Maciej. - Wyluzuj, staruszku. - powiedziała Marta. Przejedziemy tylko kilka kilometrów i zatrzymamy się w jakimś motelu. Jak przygoda, to przygoda. - Widzę, że gdy zmienił się żywiciel rodziny, ja już tu nie mam nic do powiedzenia - odparł z udawanym smutkiem Maciej, po czym cała trójka wybuchnęła śmiechem. Nie minęła kolejna godzina, a już wszyscy siedzieli w zapakowanym po brzegi samochodzie. Maciej mruczał coś pod nosem o czekającej go niechybnie karierze zawodowego kierowcy. Propozycję Marty o poprowadzeniu samochodu przez nią zignorował całkowicie. Hektor zajął tylne siedzenie obok miejsca przewidzianego dla Piotra, który poszedł jeszcze pożegnać się z Bazylim i zostawić list w drzwiach domu. Dotarł po chwili z łzami w oczach i niewielką suchą gałązką w ręku. - Będzie mi o nim przypominać - powiedział do rodziców. Maciej uruchomił silnik i ruszyli w drogę. Pogodzeni z losem Po opuszczeniu budynku Firmy nie udał się w kierunku domu. Od razu skręcił w lewą przecznicę i odtąd przemykał

230


między wąskimi uliczkami. Nie chciał do niej dzwonić. Wolał spojrzeć jej w oczy. Jednak nie posłużył się intuicją dla jej znalezienia. Użył wcześniej tylko tego piekielnego urządzenia do namierzenia pozycji jej telefonu. Urządzenie naprowadzające nie skierowało go do dzielnicy uciech. Zresztą nie było w tym nic dziwnego. O tej porze ruch w tym miejscu był bliski zeru. Przed południem dzielnica rozpusty przypominała raczej nudne przedmieście, a tylko migoczące gdzieniegdzie neony psuły ten wizerunek. Tętniący punkt na jego telefonie wskazywał obszar tanich czynszowych, jednopokojowych mieszkań na wynajem. Skręcił w jakiś porośnięty krzewami zaułek i w oficynie znalazł niewielki jednopiętrowy dom. Przed domem stał samochód firmy przeprowadzkowej. Dwóch osiłków w jaskrawych, przybrudzonych kombinezonach znosiło właśnie duży staroświecki fotel. Tuż za nimi podążała Karolina, niosąc pudło pełne drobiazgów. Zobaczyła go i odstawiła pudło obok samochodu. Czekała. Podszedł do niej. Stali oboje w milczeniu, patrząc sobie w oczy. W pewniej chwili on ukląkł i przytulił do swej twarzy jej drobne ciało. Chciał jej powiedzieć o wszystkim, o chłopcu, o Wormie, i o swojej samotności, od której ona była jedynym wybawieniem. Chciał jej opowiedzieć o swych rodzicach i o tym, że zostało mu już niewiele czasu, aby wymazać swe winy. Ale on, zamiast mówić, klęczał marnując jeszcze bardziej tak cenny czas, który mu pozostał. Zaczął szlochać. Ona położyła dłonie na jego głowie i zaczęła głaskać jego włosy. Trwaliby tak nie wiadomo jak długo, gdyby nie teatralne chrząknięcia tragarzy. - Przepraszam, pani kierowniczko, czy jedziemy z tym koksem, czy tak se stoimy? Sama pani wie: czas to piniądz słowa te wyrwały ich z czułego letargu. Jan wstał i znowu spojrzał w twarz Karolinie. Na jej policzkach widać było także ślady łez. Uśmiechnęli się do siebie. - Wnieście panowie to z powrotem. Przepraszam powiedziała Karolina. - Płacę podwójnie i niekoniecznie na firmę - dorzucił Jan, likwidując wszelkie mogące się pojawić wątpliwości

231


i ewentualne niezadowolenie tragarzy. Fotel niemal poszybował na ramionach mężczyzn z powrotem na górę. - Czy zostaniesz moją żoną? - zapytał? - A czy kochasz mnie wystarczająco mocno, żeby znieść moje towarzystwo do końca życia? - Tak. Kocham cię. Sądzę, że w moim przypadku nie będzie to trudne. Mamy mało czasu. Na razie o nic nie pytaj. Potem opowiem ci wszystko - przytulił ją delikatnie i trwali tak przez dłuższą chwilę. - Zanim się to stanie, chciałbym, abyś kogoś poznała. - Zamknę tylko mieszkanie. - A ja rozliczę się z panami. - mówiąc te słowa dostrzegł dwie barczyste postacie stojące tuż za nimi i wpatrzone w nich jak w telewizor. Wyciągnął swój telefon i każdemu z mężczyzn przekazał równowartość dwóch dniówek. - Mam jeszcze prośbę. Czy podwieziecie nas w pewne miejsce niedaleko od miasta. Płacę ekstra. - Królu złoty! Jeśli stawka będzie taka jak za noszenie tego fotela w tę i z powrotem, to i na koniec świata. - W tej samej chwili pojawiła się Karolina. Wsiedli do kabiny kierowcy. Drugi z tragarzy zajął miejsce z tyłu samochodu. Ruszyli i mijając kolejne ulice opuścili miasto. Zatrzymali się dopiero przed bramą wiodącą na podwórze, obok starego, ale ładnie utrzymanego domu, którego frontową ścianę pokrywał wszędobylski bluszcz. Urok tego miejsca szpeciło tylko przewrócone drzewo. Rozłożysty, spróchniały klon musiał runąć całkiem niedawno. Wysiedli z samochodu. Jan zapłacił dodatkową kwotę uradowanemu kierowcy, który zaoferował na przyszłość swe usługi. Mężczyźni wsiedli do samochodu i odjechali. Jan i Karolina weszli na podwórze. Nie było tam nikogo. Nieśmiało, powoli kroczyli w stronę domu. Zatrzymali się przy drzwiach. - Zobacz. Nie ma psa. To dziwne. - powiedziała Karolina, dostrzegając przez oszklone drzwi wiodące na ganek psie legowisko. Nagle Jan przypomniał sobie słowa Czerwienieckiego o „poczynionych krokach” i krew uderzyła

232


mu do głowy. Poczuł strach połączony z rozpaczą. Zastygł tak w bezruchu i bezsilności, nie wiedząc, co czynić dalej. Nie świadoma jego wewnętrznego dramatu Karolina rozglądała się dookoła. Jej uwagę zwróciła szara koperta tkwiąca na samym dole między drzwiami a progiem. Dostrzegła ją od razu, uznając za jakąś staroświecką reklamę. Wzięła ją do ręki i odczytała zapisane na niej niewprawnym, dziecięcym pismem słowa: „Dla Jana”. - Zobacz, niesamowite. To chyba do ciebie - i podała Janowi, wyrywając go w ten sposób ze stanu zatroskania i niemocy. Rozerwał nerwowo kopertę. W środku znajdowała się zapisana dziecięcym pismem kartka: „Drogi Janie Ostatnie dni były dla nas dość intensywne, dziwne i niebezpieczne, ale wszystko wskazuje na to, że na razie zagrożenie minęło. Rodzice (a właściwie mama) postanowili, że musimy wyjechać na jakiś czas. Nie wiem, na jak długo. Zaopiekuj się, proszę, domem pod naszą nieobecność. Mieszkajcie tu jak u siebie, kochajcie się, miejcie dzieci i cieszcie się każdą chwilą. Życie, czy jest długie czy krótkie, zawsze trwa tyle samo. A i jeszcze jedno. Przewrócone drzewo na podwórku jest dla mnie dość ważne. Dajcie mu odejść w spokoju i nie sprzątajcie go, zanim całkowicie nie uschnie. Może i ono odrodzi się z upadku? Zróbcie, proszę, z jego nasion sadzonki i posadźcie je gdzieś w okolicy. Do zobaczenia. Nie wiem kiedy, ale nieprędko. Piotrek Ach, zapomniałem. Klucz jest pod doniczką stojącą w rogu przy drzwiach” Przeczytali tę wiadomość oboje kilkakrotnie. W końcu Jan złożył starannie list i umieścił w kopercie.

233


- Skąd on wiedział, że tu przyjedziemy? - Wszystko w swoim czasie. Dlatego chciałem, abyś go poznała. Ten list to oferta, błogosławieństwo i przepowiednia. Wszystko wskazuje na to, że mamy więcej czasu niż sądziłem. Całe życie. Choć nie wiadomo, czy to dużo czy mało. - W każdym razie mamy gdzie żyć. - powiedziała Karolina, sięgając do stojącej przy drzwiach doniczki. „W każdym razie będziemy żyć, i to jest najważniejsze, choć nie wiem, jak to możliwe.” - pomyślał Jan. - Chyba znowu będzie trzeba ściągnąć tych gości od przeprowadzek. Przyjadą natychmiast. Weszli do środka. Pierwszą rzeczą, na jaką zwrócili uwagę były książki pokrywające wszystkie ściany salonu. - No to mamy co robić na całe lata - powiedziała Karolina. - Ale chyba nie tylko to. - A co masz na myśli? - No, na przykład gotowanie. Znam jednego świetnego kucharza, którego także powinnaś poznać. No i małżeńskie obowiązki... - Żadnego kucharza. Myślisz, że nie potrafię gotować? Mikrofalówkę potrafi przecież obsłużyć każdy. - Oboje wybuchnęli śmiechem. Przekomarzali się tak jeszcze przez dłuższą chwilę. Potem zajęli się oglądaniem domu i przeglądaniem księgozbioru. Karolina z pochyloną głową przeglądała grzbiety książek, aż w pewniej chwili wyjęła jedną z nich. - Znasz to? - spytała. Jan wziął ją do ręki podaną przez Karolinę książkę. - „Nowy wspaniały świat”. Utopijny świat ludzi tak szczęśliwych, że aż nie wiedzących, jak bardzo są nieszczęśliwi. Tak, znam. Znam lepiej, niż ci się wydaje, i lepiej, niż był to sobie w stanie wyobrazić autor tej książki powiedział Jan i odłożył tom z powrotem na miejsce. - Chyba pora zająć się przeglądaniem lodówki, jak przystało na parę dzikusów. - O, świetny pomysł. Też czuję się głodna - jednak

234


słowa usłyszane przed chwilą nie dawały jej spokoju. - Jeśli wizja takiego świata jest utopijną, to jaka nią nie jest? - Każda z góry narzucona wizja jakiegoś społecznego porządku jest w pewnym sensie utopią. Tego typu wizja szczęśliwego świata w końcu zmienia się w swego niebezpiecznego mutanta. Jedyne akceptowalne rozwiązanie to takie, w którym państwo jest tylko gwarantem wolności mówiąc to, Jan poznawał topografię kuchni w poszukiwaniu ukrytej gdzieś lodówki. Karolina dołączyła do poszukiwań. W końcu odnaleźli to, czego szukali. Nie zdziwiło ich specjalnie, że lodówka świeciła pustkami. Znaleźli jednak kawałek chleba w skrzynce na kredensie i konfitury stojące na jednej z półek. Zjedli ten improwizowany posiłek ze smakiem, popijając go gorącą herbatą. - Co zjemy na śniadanie? Trzeba będzie jechać do miasta. - powiedział i ziewnął znacząco. - Nie myśl o tym. Będziemy martwić się o to jutro. Chodźmy, poszukamy sypialni. Wiedzeni jakimś instynktem, znaleźli ją bez większego problemu na piętrze. Zasnęli wtuleni w siebie. Nie śnili. *** Nadeszła noc. W okolicy nie było nikogo. Lekki wiatr szumiał po krzewach. Jego podmuch był tak subtelny, że stojące dookoła domu drzewa zareagowały jedynie lekko dostrzegalnym drżeniem liści. Piotr będąc tu teraz dostrzegłby z pewnością postać mężczyzny z dziwną pręgą na szyi, pozostawioną przez uciskający go jeszcze tej nocy łańcuch. Nieszczęśnik siedział na pniu zwalonego drzewa i szlochał nad swym losem. Ale Piotra tu już nie było, więc nikt nie mógł dostrzec rozpaczy, pocieszyć go i wysłuchać. Myśl o powrocie chłopca w te okolice była jedyną nadzieją jaką miał i której musiał się uporczywie trzymać. Liście przewróconego klonu zwiędły lekko, lecz wciąż zachowały swą zieleń. W drzewie ciągle jeszcze krążyły soki.

235


236


Posłowie Szanowny czytelniku Niedawne zamieszanie wokół umowy ACTA jest dowodem na postępujący proces ograniczania wolności i społecznej podmiotowości. To ów niepokojący proces nakłonił mnie do wyboru takiej a nie innej formy publikacji tej książki. Sądzę jednak, że nie wszystko jest stracone. O tym w końcu jest tak powieść. Wydaje się, że jednym ze sposobów na powstrzymanie procesów ograniczenia wolności słowa jest stworzenie silnych bezpośrednich relacji twórców i odbiorców kultury, bez pośrednictwa korporacji. Musimy tylko wypracować i udoskonalić ten sposób relacji, tak aby wszystkie strony tego procesu były zadowolone. W końcu to ja jestem autorem i właścicielem praw do tej książki, a więc mam prawo zrobić z nimi co mi się podoba. Dlatego zdecydowałem się udostępnić tę powieść w sieci za darmo dla każdego kto tylko chce poświęcić swój czas, aby ją przeczytać. Moja propozycja jest zatem następująca: - możesz pobierać, czytać i przesyłać znajomym tę książkę za darmo, - jeśli uznajesz moją powieść za godną uwagi wartościową pozycję, wpłać jakąś dowolną, niewielką kwotę na moje bankowe konto. Będzie to wyraz uznania mojej pracy i zachęta do jej kontynuowania. Andrzej Danilkiewicz 30 1540 1144 3045 6460 9775 0001 Czas, który poświęciłem na jej napisanie został odebrany mojej rodzinie. Niechaj to będzie drobną formą rekompensaty za ów czas, który mogłem spędzić z moimi bliskimi, a nie przy komputerze. Pragnę dodać, że licencja na bezpłatne użytkowanie książki dotyczy wyłącznie niniejszego kompletnego pliku PDF i wyklucza wszelkie formy publikacji całości lub fragmentów w jakiejkolwiek innej formie bez mojej wiedzy i zgody.

autor

237


Autor o sobie Jestem człowiekiem sukcesu: mam zdrowie, wspaniałą rodzinę i nie mam kredytów do spłacenia. Pracuję zawodowo zgłębiając meandry planowania strategicznego i procesów innowacyjnych. Stanowi to dla mnie olbrzymie źródło satysfakcji. Mieszkam w podlubelskiej wsi. Wraz ze wspaniałą żoną i dwoma dorastającymi synami codziennie odkrywam na nowo świat, który tylko z pozoru jest taki, jak nam się wydaje.

238


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook