Skip to main content

Głos Rodziny Nr 5(15) 2021r/III Przyszłość idzie przez rodzinę i musi przez nią iść św. Jan Paweł II

Page 1

św. Jan Paweł II

Głos Rodziny P I S M O PA R A F I I R Z Y M S KO K AT O L I C K I E J Ś W I Ę T E J R O D Z I N Y W P U Ł AWA C H

Bóg przychodzi, a za Nim kolędnicy i Orszak Trzech Króli

fot. rkw

ISSN 2719-4663

Nr 5 (15) 2021 rok III

Przyszłość idzie przez rodzinę i musi przez nią iść


Był krótko, ale zapisał się dobrze w naszych sercach Ks. kan. Juliusz Iracki odszedł do Pana w 73 roku życia i 49 roku kapłaństwa 6 XI

fot. rkw

Nowe umeblowanie zakrystii


Jesteśmy wdzięczni

J

Na ręce Księdza Arcybiskupa Stanisława Budzika składamy serdeczne podziękowania za wszelkie dobro, jakie powierzył Kościół ks. Juliuszowi, za okazywane zaufanie i zrozumienie.

fot. rkw

ako najbliższa rodzina Drogiego nam Ks. Juliusza, dziękujemy Bogu za jego życie, powołanie, za wszystkie lata posługi kapłańskiej i za to, że był ważną cząstką naszej rodziny.

Jak krytykować papieża Franciszka?

A

merykański jezuita o. Thomas Reese w rozmowie z portalem Religion News Serwice zaproponował wskazówki dla osób, które nie zgadzają się z papieżem Franciszkiem, ale zamierzają „pozostać dobrymi katolikami”. Ocenił, że krytyka papieża jest dopuszczalna przy zachowaniu pięciu warunków. Jako pierwszy wymienił konieczność szacunku dla Głowy Kościoła, przejawiającego się unikaniem epitetów pod adresem papieża. Przypomniał, że w środowiskach katolickich pojawiały się one wobec poprzednich pontifeksów, również wobec Benedykta XVI oraz św. Jana Pawła II. Według o. Reese krytykujący Ojca Świętego katolik powinien poszukiwać w działaniach papieża przede wszystkim pozytywów. Przyznał, że on sam choć „poważnie nie zgadzał się” w niektórych kwestiach ze św. Janem Pawłem II, to „wychwalał go za jego rolę w wyzwoleniu Polski i Europy Wschodniej, a także w jego wysiłkach

na rzecz porozumienia pomiędzy katolikami i żydami”. Amerykański jezuita poradził, aby przed wypowiedzeniem słów krytyki wobec papieża „precyzyjnie i całościowo” sprawdzić jego nauczanie w określonej kwestii. Zasugerował też, aby nie wypowiadać, szczególnie na Twitterze, opinii na temat papieża pod wpływem emocji. – Weź głęboki oddech. Policz do 10 lub 100 – poradził o. Reese, wskazując, że wcześniej warto porozmawiać z kimś dobrze poinformowanym. Na koniec jezuita z USA zapytał czy osoba negatywnie nastawiona do Franciszka gotowa jest również krytykować swojego „ojca lub inną osobę, którą kocha”. – Jeśli twoja odpowiedź brzmi „nie”, w takim razie nie rób tego [...], bo Kościół jest rodziną. Walki familijne są najgorsze. Naszym celem powinno być godzenie, a nie tworzenie podziałów – podsumował o. Reese. mz (KAI/VN/RNS) / Waszyngton

Dziękujemy za dzisiejszą obecność, modlitwę i krzepiące nas Słowo. Dziękujemy wszystkim Księżom, szczególnie z proboszczowi i wikariuszom z Parafii Świętej Rodziny w Puławach, siostrom zakonnym i wszystkim parafianom z którymi współpracował śp. ks. Juliusz. Dziękujemy personelowi szpitala w Puławach, gdzie Zmarły miał swój ostatni ziemski przystanek na drodze do wieczności. Dziękujemy wszystkim obecnym na uroczystościach pogrzebowych wczoraj – w Puławach, a dzisiaj w Bełżycach i Matczynie. Wierzymy, że nasz Brat i stryjek zostawił dobry ślad w Waszych sercach a teraz już tylko odpoczywa. Jeszcze raz wszystkim serdeczne Bóg zapłać za wszelkie dobro, którego adresatem był zmarły ks. Juliusz. Niech odpoczywa w pokoju! Rodzina śp. ks. Juliusza

Kiedy ksiądz umiera wszystko trwa dalej ołtarz nadal płonie tą samą ofiarą te same słowa, to samo znaczenie ktoś inny nad chlebem wypowie ktoś inny przypomni że żyje się wiarą Duchem gorejącym w Słowie Nic się nie zmieni z tego, co niezmienne wiele zaniknie wiele zjawi w pamięci dusze stęsknione od czekania senne odkryją jak prawdziwi jak piękni są święci Nic się nie zmieni zostaną sklepienia, trwalsze od moli od rdzy i złodziei zostanie co powinno zostać w Krwią obmytych sumieniach cisza i smak nieskończony odkrytej nadziei. rkw 9 XI 2021 r.

1


fot. rkw

(Nie)zgubili się w górach – rekolekcje w Bieszczadach

R

ekolekcje w Bieszcz adach. Co masz w głowie, czytając te słowa? Eucharystię w małym, drewnianym kościółku czy wspaniały las, błękit nieba, zapierające dech w piersiach widoki?... Tak samo, jak my teraz, myślą młodzi czytający plakaty reklamujące rekolekcje organizowane przez puławską Galileę. Wielu uczestników jedzie tam, aby świadomie pogłębić swoją relację z Bogiem. Inni natomiast decydują się na podróż ze względu na możliwość spędzenia czasu w Bieszczadach. Oba te powody są dobre. To, co od wielu lat jest niezmienne, to coroczne zaskoczenie, które towarzyszy zarówno uczestnikom, jak i osobom posługującym. Zdaje się, że początek wyjazdu zawsze jest taki sam: zbiera się grupka ludzi, część osób rozmawia, ktoś stoi sam, inny do niego podchodzi, wpadają na siebie znajomi, którzy się siebie nie spodziewają, ksiądz uspokaja zestresowanych rodziców, kierowca pomaga układać bagaże, co przypomina trudnością grę w Tetris, tylko z użyciem dużej ilości siły fizycznej, pada hasło na wejście do autokaru, siadamy... Jedziemy. Nagle nie ma tego, co w domu, o czym myślimy na co dzień... Zdaje się, jakby w sercu było ciszej. W tym spokoju jesteśmy sobą bardziej niż zwykle, ponieważ zostajemy niejako odsączeni od całej otoczki naszego życia. Zaczyna się czas obserwacji. Patrzymy wtedy sami na siebie, na innych, na Boga... Zauważamy, że On też na nas patrzy. Gdy udaje się dostrzec ten fakt,

2

zaczynamy rozmawiać i powstaje swego rodzaju mapa myśli – np.: Bóg na mnie patrzy – dlaczego patrzy? Patrzy, bo zwraca na mnie uwagę. – Dlaczego zwraca na mnie uwagę? Ponieważ jestem dla Niego ważny(a). – Dlaczego jestem dla Niego ważny(a)?... Bóg jest miłością. Przynajmniej dla mnie nadrzędnym celem naszych rekolekcji jest to, aby pokazać uczestnikom, jak bardzo Pan ich kocha. Pewnie nie zawsze nam się to udaje, ale ziarno zostaje zasiane i może w bardziej sprzyjających dla konkretnej osoby warunkach zdoła wyrosnąć. Wydaje mi się, że wzrost dusz na organizowanych przez nas rekolekcjach jest spotęgowany otoczeniem, wycieczkami. Całe nasze życie jest pokonywaną przez nas drogą. Na rekolekcjach podobnie – mamy konkretne cele, no. Wyjście na szczyt jakiejś góry, jednak najbardziej poznajemy siebie o otaczających nas ludzi w drodze, gdy obserwujemy nasze zachowania, mamy czas na rozmowę. Często nie jesteśmy sami w stanie odkryć niektórych prawd lub ich zrozumieć. Wtedy w pogotowiu czekają posługujący (księża, katecheci i animatorzy). Próbujemy najlepiej, jak tylko jesteśmy w stanie, w czasie bloków tematycznych wskazać na to, Kim jest Trójca Święta oraz kim jesteśmy my dla Boga. Uczestnicy również zawsze mogą podejść do kogoś z nas i porozmawiać o trudnych dla nich sprawach, poprosić o modlitwę lub nawet o wspólne spędzenie czasu. Podczas całego wyjazdu zarówno

uczestnicy jak i posługujący mają możliwość spowiedzi. Jest to bardzo cenne, ponieważ nieraz nawet ostatniego dnia niektórzy decydują się na nią i bardzo często jest ona kluczowym punktem w przeżywaniu rekolekcji. Centrum każdego dnia jednak nie jest ani wycieczka, ani to co mówimy. Zawsze najważniejszy jest Jezus w Eucharystii. Na Mszy staramy się o jak najładniejszą oprawę muzyczną, przyozdobienie ołtarza oraz własny strój, aby pokazać Mu, że jest dla nas Kimś, dla Kogo chcemy się starać i na Kim nam zależy. Niektórzy z Państwa czytających moją wypowiedź mogą czekać na opisy wycieczek, idealne recenzje tego, co działo się w tym roku w Skorodnem. Nie chcę jednak o tym mówić. Każdy z nas, którzy tam byliśmy , pisząc taki artykuł, wspomniałby coś zupełnie innego. Byłaby to więc wypowiedź bardzo subiektywna oraz niepodkreślająca tego, co rzeczywiście jest istotne. Z tego względu chcę przytoczyć porekolekcyjne świadectwa kilku osób. A: „W czasie jednej z modlitw poczułam potrzebę objęcia jednej z koleżanek i powiedzenia jej, jak bardzo kocha ją Bóg. Następnego dnia zaczepiła mnie z pytaniem, dlaczego to zrobiłam. (Wystraszyłam się, że może jest na mnie zła za przerwanie modlitwy.) Zgodnie z prawdą oznajmiłam, że nie mam pojęcia i z biciem serca czekałam na to, co powie dalej. Usłyszałam: „Wiesz... Ja wtedy bardzo prosiłam Boga, aby mi odpowiedział”. Gdy się o tym dowiedziałam, miałam ciarki na plecach. Jestem szczęśliwa, że Pan postanowił przeze mnie odpowiedzieć komuś na jego modlitwę”. K: „Jak wpłynęły na mnie rekolekcje. [Moje pierwsze] rekolekcje Galilei były dla mnie czymś nowym, zaskakującym ale przede wszystkim uwalniającym. Ale po kolei. Jadąc na rekolekcje nie miałem wcześniej doświadczenia ze wspólnotami. Dodatkowo, byłem bardzo skryty – czułem ogromny brak miłości w każdej postaci, co dla młodego, wrażliwego chłopaka takiego jak ja, było momentami nie do zniesienia. Dlatego porzuciłem wówczas tą wraż-


Aleksandra

L

ouis Freeh, który w latach 1993– 2003 był dyrektorem FBI, zapewnił, że „śledztwo w tej sprawie [bp. N. DiMarzio] wykazało, że w oskarżeniach pod adresem biskupa nie ma nawet cienia prawdy”. Oświadczenie to dotyczy 77-letniego byłego już biskupa diecezji Brooklyn-Queens – Nicholasa DiMarzio, W środę 26 września podczas porannej Mszy św. w konkatedrze św. Józefa w nowojorskim Brooklynie pożegnał się on ze swą 1,5-milionową diecezją, którą przejął po nim 59-letni biskup Robert Brennan i który wraz z nim koncelebrował tę liturgię.

molestowania 10 mln dolarów) oraz przeciwko Jerremu Sandusky’emu – byłemu trenerowi piłkarskiemu na uniwersytecie stanowym w Pensylwanii, którego w 2012 r. skazano na 30–60 lat więzienia. W liście do diecezjan, po 18 latach posługi bp DiMarzio w Brooklynie, kardynał Dolan napisał: „W ciągu 12 lat mojej służby jako arcybiskupa Nowego Jorku, poznałem go [DiMarzio] jako dobrego księdza i biskupa, promieniującego ciepłem człowieka i dobrego przyjaciela”. Biskup Nicholas Anthony DiMarzio urodził się 16 VI 1944 r. w Newarku

Były dyrektor FBI odrzucił oskarżenia

https://thetablet.org

liwość, aby poradzić sobie jakkolwiek z tym faktem. Dziś przyznaję, że te rekolekcje mnie zmieniły. Zmieniły na dobre. Zacząłem być otwarty na drugiego człowieka, a w sercu mam zamiłowanie do miłości. Wydawać by się mogło, że to wszystko, ale nie. Pan Jezus zmienia moje życie nieustannie. Gdyby nie te rekolekcje, to bardzo wiele by mnie ominęło. Dzięki nim chcę kochać. Jezus zaprosił mnie do tego, bym kochał, a ja nie potrafię przestać. Bo On nie potrafi przestać kochać mnie”. O: „Pierwszy raz pojechałam na rekolekcje w 2018 r. na drugi turnus, który odbył się w sierpniu. Dzięki rekolekcjom i spotkaniom Galilei bardzo się otworzyłam. Również dzięki wyjazdom do Skorodnego zawdzięczam poznanie mojego ukochanego, z którym spotykam się już ponad dwa i pół roku, a który pojechał na rekolekcje również w 2018 r. jednak w pierwszym turnusie. Zrobiłam także duży krok w wierze. Jestem bardzo szczęśliwa, że trzy lata temu wybrałam się do Skorodnego. Stałam się przez ten czas lepszym człowiekiem”. A: „Rekolekcje. Był to piękny czas, aby poznać Pana Boga, aby nawiązać nowe znajomości, odpocząć od Internetu oraz doskonale wspólnie spędzić czas. Na rekolekcjach zawsze było wesoło, nikt nikogo nie oceniał, każdy był dla siebie miły i sympatyczny. Generalnie było super. Bardzo polecam”. D: „Rekolekcje wpłynęły na mnie bardzo pozytywnie. Dzięki nim mogłem lepiej zrozumieć sens wiary i doceniłem wartość regularnej modlitwy. Po powrocie z nich czułem się szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej i widzę, że mogę tę radość przekazywać innym ludziom”. K: „Pamiętam, jak przy modlitwie wstawienniczej poczułam takie ciepło. Mocno przeżyłam również to, jak poprosiłam o znak czy się spowiadać bo się bałam strasznie i podeszła do mnie koleżanka, która mnie przytuliła. Byłam mocno zszokowana”. Każdy z tych młodych przeżył coś innego. Dla każdego z nich rekolekcje przyniosły dobre owoce. Myślę, że wszyscy znaleźli też najważniejszą drogę w swoim życiu – Jezusa. Obu nigdy nie zapomnieli, jak bardzo Bóg ich kocha...

Według dziennika „New York Daily News” bp DiMarzio ustąpił z urzędu w 2 lata po osiągnięciu wymaganego przez prawo kanoniczne wieku emerytalnego i w kilka tygodni po zakończeniu postępowania kościelnego w sprawie wysuniętych przeciw niemu oskarżeń o przestępstwa seksualne. Chodzi o dwóch mężczyzn, którzy zarzucili mu molestowanie w latach siedemdziesiątych w jednej z parafii w New Jersey, gdzie wówczas pracował. Do zbadania tych oskarżeń, do których biskup się nie przyznawał, metropolita nowojorski kard. Timothy Dolan powołał dwie niezależne od siebie firmy: prawniczą i detektywistyczną, przy czym sam kierował pracami tej drugiej. I z tych zarzutów biskup został oczyszczony. Nadal jednak czeka go proces cywilny, co zapowiedział Mitchell Garabedian – adwokat ofiary domniemanego wykorzystywania seksualnego. W swoim czasie zasłynął on z procesów przeciwko księżom z archidiecezji bostońskiej (która musiała wypłacić wówczas ofiarom

(stan New Jersey). Święcenia kapłańskie przyjął 30 V 1970 r. jako kapłan archidiecezji Newark. 10 IX 1996 r. św. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym tej jednostki kościelnej (sakrę nominat przyjął 31 października tegoż roku). 7 VI 1999 r. papież powołał go na biskupa diecezji Camden (w stanie New Jersey), skąd 1 VIII 2003 r. przeniósł go do Brooklynu. Ustąpił z tego urzędu 29 września br. Jego następcą został w tym samym dniu bp Robert John Brennan, urodzony 7 VI 1962 r. w nowojorskim Bronxie. Święcenia przyjął 27 V 1989 r. jako kapłan diecezji Rockville Centre w metropolii nowojorskiej. 8 VI 2012 r. Benedykt XVI mianował go biskupem pomocniczym tej diecezji (sakra – 25 lipca tegoż roku), skąd 31 I 2019 r. Franciszek powołał go na biskupa Columbus (stan Ohio), a stamtąd 29 września br. – na obecne stanowisko do Brooklynu. Uroczysty ingres do tej stolicy biskupiej nowy ordynariusz odbędzie 30 listopada. o. jj, kg (KAI) / Brooklyn

3


Podobnie było na konkurencyjnych transatlantykach: „Mauretanii” i „Lusitanii”. W owych czasach obowiązywały takie normy. Dopiero katastrofa „Titanica” zwróciła uwagę na archaiczność przepisów bezpieczeństwa i zmusiła wszystkich producentów do instalowania na statkach szalup w liczbie wystarczającej dla wszystkich pasażerów i członków załogi. Zawsze powraca pokusa, by oszczędzać na bezpieczeństwie.

J

http://legendtitanic.blogspot.com

uż przy budowie „Titanic” naznaczony został śmiercią siedemnastu robotników. Potem w katastrofie zginie również główny projektant statku, pracujący od lat w stoczni Harland & Wolff konstruktor, Thomas A. Andrews. W czasie ewakuacji, zarządzonej przez kapitana, honorowo pozostał na statku. Ostatni raz miał być widziany ok. godz. 2:10 przy kominku w palarni I klasy, zaledwie dziesięć minut przed pójściem na dno „Titanica”. Jego ciało nigdy nie zostało znalezione. To wręcz symboliczne zatonięcie twórcy razem z dziełem. Omawiając szczegóły dotyczące budowy transatlantyków, White Star Line rozważało kwestię liczby szalup ratunkowych. Odrzucono propozycję

4

dotyczącą zainstalowania 48 szalup – zdolnych pomieścić łącznie 2886 osób – jako rozwiązania zbyt kosztownego i „zaśmiecającego pokład”. Alexander Carlisle, późniejszy dyrektor stoczni Harland and Wolff, dał niezwykle krytyczny komentarz do odbytej narady: „Poświęciliśmy dwie godziny na dyskusję o dywanach w kabinach pierwszej klasy i 15 minut na problem szalup ratunkowych”. Do dzisiaj nie wiadomo, kto ostatecznie zdecydował o liczbie szalup na pokładzie „Titanica”. Ostatecznie na statku pojawiło się tylko 20 szalup mogących pomieścić jedynie 1100 osób, czyli połowę pasażerów i członków załogi. To mało ludzkie podejście do bezpieczeństwa pasażerów spowoduje, że będzie mniej ocalonych niż mogłoby być.

www.britannica.com

http://mediapl-ngc.natgeotv.com

Titanic – anatomia katastrofy

Dla kapitana Edwarda Johna Smitha rejs za sterem „Titanica”, najbardziej luksusowego i najbezpieczniejszego statku świata, miał być ostatnim przed przejściem na emeryturę. Był jedynym człowiekiem, który mógł się pochwalić doświadczeniem w kierowaniu tak dużymi jednostkami. Cieszył się uznaniem i szacunkiem załogi oraz pasażerów. Podobno, w czasie 26 lat służby dla White Star Line mógł przepłynąć prawie dwa miliony mil morskich. O bezpieczeństwie „Titanica” powiedział: „Nie potrafię sobie wyobrazić warunków, które mogłyby spowodować zatonięcie tego statku, ani żadnego rzeczywiście poważnego wypadku, jaki mógłby mu się przytrafić. Współczesne budownictwo okrętowe ma już tego rodzaju problemy daleko za sobą”. Niedługo przed pierwszym rejsem, na życzenie kapitana Smitha, nastąpiły zmiany na stanowiskach oficerskich, które spowodowały niejasny podział obowiązków, skutkujący chociażby tym, że marynarze z bocianiego gniazda nie mieli do dyspozycji nawet


Na rozkaz kapitana orkiestra „Titanica” zaczęła grać – miało to zapobiec panice. O tym, że dla połowy ludzi brak miejsca w szalupach, wiedziało jedynie kilku ludzi na pokładzie. Objawy paniki można było zauważyć dopiero między godziną pierwszą a drugą w nocy. Wtedy już gołym okiem było widać nienaturalne pochylenie statku, dziób zanurzony całkowicie w wodzie i wynurzające się z wody ogromne śruby okrętowe. O godzinie drugiej w nocy przestał pracować generator prądu. Tonący statek pogrążył się w ciemnościach. Krótko po tym zawalił się drugi komin. Szesnaście szalup wraz z szalupami składanymi i tratwami mogło pomieścić poniżej 1200 osób. W rzeczywistości szalupy opuszczały statek w połowie puste z powodu niewiedzy oficerów o ich ładowności. Jednostką, która była najbliżej i odpowiedziała na wezwanie, była „Carpathia„, należąca do linii Cunard. Od „Titanica” dzieliło ją 58 mil morskich. Dystans ten mogła przebyć w ciągu czterech godzin, co i tak nie pozwalało zjawić się jej na czas. Dane o ofiarach są niejednoznaczne – zginęło ponad 1500 osób. Przeżyło katastrofę tylko około 730. David Savage, naukowiec z Queensland University of Technology, wykazał że prawdopodobieństwo ocalenia życia w katastrofie zależało od płci, klasy, w której się podróżowało, a także narodowości. Przykładowo bycie Brytyjczykiem zmniejszało szanse przeżycia mężczyzn o 7% względem średniej. Tymczasem bycie Amerykaninem – zwiększało te szanse w sto-

sunku do średniej o 8,5%. Z pasażerów I klasy zginęło nieco mniej niż połowa, z pasażerów II klasy około 60%, z pasażerów III klasy trzy czwarte. Z ośmiu oficerów nawigacyjnych (licząc kapitana) ocalała połowa. Mimo że wszyscy czterej w chwili zatonięcia „Titanica” mieli już dyplomy kapitańskie, armator żadnemu z nich nie powierzył w przyszłości dowództwa żadnego statku. W czasie przesłuchania zadano dokładnie 25 600 pytań. Powstało 1000 stron stenogramów. Dnia 30 czerwca 1912 przedstawiono raport brytyjskiej komisji. W konkluzji czytamy: „Przyczyną zatonięcia była wyłącznie góra lodowa. Statek nie posiadał wad, a jego szybkość doprowadziła go do zguby. Parowiec posiadał niewystarczającą liczbę obserwatorów i szalup. Nadmierna pewność siebie była przyczyną niedopatrzeń a przepisy o bezpieczeństwie były anachroniczne. Szalupy nie były w pełni oraz należycie obsadzone pasażerami i załogą statku. Kapitan Stanley Lord zasługuje na potępienie a szlak żeglugowy na północnym Atlantyku należy przesunąć o 60 mil na południe. Odkrywca wraku „Titanica”, dr Robert Ballard, był głęboko przekonany, że wrak powinno się pozostawić w spokoju jako mogiłę. W związku z tym nie wydobył z wraku żadnego przedmiotu, lecz złożył na nim tablicę upamiętniającą ofiary katastrofy. Czego uczy nas katastrofa „Titanica”? Przede wszystkim pokory. Nikomu nie wolno uważać się za niezwyciężonego, dopóki nie wygra ostatniego pojedynku. ks. Ryszard Winiarski

www.quora.com

lornetki. Zabrał ją do kajuty drugi oficer, David Blair. Nie było również na pokładzie najlepszego radiotelegrafisty, Jacka Binnsa, który zasłynął niesamowitym męstwem i opanowaniem ratując innego liniowca „Republica”. Ocalono niemal wszystkich podróżnych. Kilka dni wcześniej wypłynął statkiem „Minnesota”. Kapitan z honorem został na statku aż do zatonięcia. Odrębnym problemem była łączność radiotelegraficzna. Przed katastrofą „Titanica” nie było żadnych reguł nakazujących przekazanie odebranych wiadomości na mostek. Zależało to jedynie od dobrej woli radiooperatora. Łączność radiotelegraficzna była nowinką techniczną bardziej wykorzystywaną do wysyłania wiadomości i życzeń od pasażerów, niż ostrzeżeniami o górach lodowych. Tylko jedna z sześciu odebranych depesz trafiła w ręce kapitana Smitha, reszta krążyła pomiędzy oficerami a radiooperatorami. Od zauważenia góry lodowej do momentu kolizji minęło zaledwie 37 sekund. Nawet nagły skręt nie mógł uchronić statku przed zderzeniem z górą lodową. Dochodzenie wykazało, że tamtej tragicznej nocy to „SS Californian„ był pływającym najbliżej „Titanica” statkiem. O godzinie 22.20 jednostka wpłynęła w pole lodowe, a dowodzący nią kapitan Stanley Lord podjął decyzję o zatrzymaniu statku i przeczekaniu do rana. Wiadomość o tym została nadana przez radio i podobno odebrana na „Titanicu”, ale nigdy nie przekazana na mostek. Operator telegrafu „SS Californian”, Cyril Furmstone Evans, przekazał meldunek o zauważeniu przez załogę statku trzech dużych gór lodowych. Wiadomość została odebrana na pokładzie „Titanica” i przekazana na mostek. Kapitan Stanley Lord zapewniał dziennikarzy, że tonący parowiec był oddalony o 20 mil i niewidoczny dla ich oczu. Ernest Gill – mechanik z „SS Californian” – złożył jednak u notariusza zeznanie, że „Titanic” był widoczny. Z pewnością obecność gór lodowych częściowo tłumaczy dlaczego statek nie odpowiedział na wołanie „Titanica” o ratunek. W czasie przesłuchania kapitana „SS Californian” wyszło na jaw, że Lord budził strach pośród załogi i dlatego nie obudzono go oraz nie podjęto żadnego działania, nie chcąc się narażać na gniew kapitana.

5


Pierwszy rejs, który był ostatnim

6

tego, z pośrednikiem jakiej linii żeglugowej się zetknęli. Ich przedstawiciele jeździli po wioskach i namawiali do wyjazdu. Potem załatwiali wszystkie formalności, bo oprócz biletu trzeba było wyrobić wizę i wyrobić paszport. Pośrednicy czerpali z tego prowizję, ale człowiek chciał wyjechać za ocean bez ich pomocy nie poradziłby sobie. Polsko brzmiące nazwiska na „Titanicu”: Ostrowska, Kozłowski, Pawłowicz – znajdują się głównie na liście trzeciej klasy. Wiadomo, że wśród pasażerów był Polak żydowskiego pochodzenia, który pracował w Londynie – Berek Trembecki, zafascynowany statkiem, postanowił , że nim popłynie. Udało mu się przeżyć.

https://wp.pl.aleteia.org

P

rawie każdy oglądał filmową historię „Titanica” z 1997 r. z Leonardo DiCaprio i Kate Winslet. Okręt, który wypłynął 10 IV 1912 r. po czterech dniach zatonął po zderzeniu z góra lodową. Wśród 1500 ofiar tej katastrofy był też polski duchowny, 27-letni ks. Józef Montwiłł, który znalazł się na transatlantyku uciekając przed reżimem carskiej Rosji. Groziła mu zsyłka na Syberię za chrzest dziecka i spowiedź jego rodziców, którzy byli unitami. Historia „Titanica”, który jeszcze przed wypłynięciem z portu został ogłoszony jako niezatapialny fascynuje ludzi od ponad stu lat i stała się jednym z mitów popkultury. Dlaczego „Titanic” tak mocno wrył się w zbiorowej pamięci, mimo, że na „Cap Arconie” czy „Gustlofie” zginęło o wiele więcej ludzi? Być może dlatego, że na „Titanicu” życie straciło wielu zamożnych ludzi, którzy byli ówczesnymi cele brytami. Wiele legend krążyło też na temat skarbów, które przewożono na statku, pochłoniętych przez ocean. Transatlantyk miał wielki marketing jeszcze przed wypłynięciem z Southampton. Reklamowano go jako luksusowy niezatapialny. To rozpalało wyobraźnię. Dodać do tego należy coraz większą dostępność gazet i książek oraz dynamicznie rozwijający się przemysł filmowy. Już w samym roku katastrofy nakręcono dwa pierwsze nieme filmy na ten temat. Nawet Niemcy zrealizowali w 1943 r. na zamówienie nazistowskiego wydziału propagandy swój fabularny obraz Titanic, aby zdyskredytować Anglików i Amerykanów. Polaków na „Titanicu” było prawdopodobnie kilkunastu. Niestety, amator na listach pasażerów nie odnotował narodowości. W tym czasie wielu naszych rodaków emigrowało za ocean, ale podróż tym statkiem była dla nich za droga. Najtańszy bilet kosztowa 8 funtów, najdroższy 250, wówczas to była gigantyczna kwota. Polacy emigrowali przede wszystkim na pokładach niemieckich transatlantyków, głównie z Hamburga, gdzie było łatwiej się dostać. Ci, którzy płynęli z Anglii z reguły wybierali tańsze rejsy. To, z jakich portów wypływali Polacy zależało od

W porcie w Southampton na pokład „Titanica” wszedł 27-letni polskim kapłan o litewsko brzmiącym nazwisku Józef Montwiłł, który wcześniej przyjechał do Londynu. Tam jego krewny ks. K. Matulajtys był proboszczem jednej z londyńskich parafii. Ks. Józef chciał się poświęcić pracy duszpasterskiej na rzecz litewskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Miał pełnić misję w Małej Litwie na Brooklynie, w Nowym Jorku. Dlatego społeczność londyńska zorganizowała zbiórkę pieniędzy na bilet dla niego, drugiej klasy, który kosztowa 13 funtów. W liście do przyjaciół, wysłanym z Francji, gdzie na krótko statek zacumował, duchowny napisał: „Jestem na pokładzie okrętu »Titanic«. Czegoś podobnego nie wyobrażałem sobie. Co za olbrzym, co za przepych, wszak to istna arka Noego. Zasyłam pozdrowienia i błogosławieństwo, prosząc o modli-

twę szczęśliwej podróży. Jak będę na miejscu zaraz napiszę. Ks. Józef.” Dodać należy, że miał przy sobie około 600 rękopisów ludowych pieśni litewskich, które zebrali klerycy sejneńskiego seminarium. Chciał je wydać drukiem w USA, gdyż w kraju nie mógł tego zrobić ze względu na panującą cenzurę. Ks. Józef Montwiłł pochodził z rodziny wielodzietnej spod Mariampola. Wstąpił do seminarium w Sejnach. Po czterech latach formacji i studiów, dnia 22 III 1908 r. w Warszawie został wyświęcony na księdza. Pracował między innymi w parafii Lipsk, skąd pochodziła późniejsza błogosławiona Marianna Biernacka, patronka teściowych. Rosyjska polityka zakładała masowe nawracanie litewskich katolików na prawosławie. Mimo zakazu władz carskich ks. Józef posługiwał ukraińskim grekokatolikom. Założył Towarzystwo Odnowienia Narodowego Litwy. Był redaktorem gazety katolickiej w Sejnach i drukował swoje teksty w wydawnictwie Vadovas. Został uznany za wroga carskiego imperium. Inwigilowany podjął decyzję o ucieczce za ocean. Na pokładzie „Titanica” było jeszcze dwóch księży katolickich i jeden seminarzysta z Irlandii, który przeżył katastrofę. Wbrew obrazowi wyreżyserowanemu przez Jamesa Camerona, do końca zachowali się jak powinni zachować księża- udzielali ostatnich posług pasażerom. W podróży brał udział ks. Thomas Byles, Anglik, urodzony w 1870 r. W Nowym Jorku miał błogosławić ślub swojego młodszego brata. Urodził się rodzinie protestanckiej. Jego ojciec Alfred, był znanym kaznodzieją kongregacjonalnym. Na katolicyzm nawrócił się w 1894 r. podczas studiów na Oxfordzie. Po odbytych studiach teologicznych w Rzymie, Thomas przyjął tam święcenia kapłańskie 15 czerwca 1902 r. Pracował jako wikariusz w par. św. Heleny w Ongar. Stamtąd udał się na pokład „Titanica”. Trzecim kapłanem, który płynął był niemiecki benedyktyn, o. Joseph Peruschitz z Bawarii. Niedziela 14 kwietnia 1912 r. była pierwszą po Wielkanocy


W

Prosimy o katechezę na ten temat, może jakieś konkursy plastyczne na najbardziej oryginalne przedstawienie Święta Objawienia Pańskiego. Zapraszamy wszystkich nie tylko do pojawienia się na Orszaku, ale o wiele

fot. rkw

szyscy wiemy, że to największe plenerowe jasełka i że dorośli na równi z dziećmi biorą w nich udział. Serdecznie wszystkich zapraszamy do obecności i czynnego udziału. Orszak jest jedną z najlep-

Orszak Trzech Króli szych godzin katechezy, jakimi dysponuje Kościół. Zapraszamy rodziców i dziadków, by spróbowali wykonać choćby pojedyncze elementy strojów królewskich, pasterskich czy anielskich. Zapraszamy katechetów, nauczycieli nauczania początkowego, wychowawców i dyrekcje szkół. Odrobina wysiłku pomoże zobaczyć uczniów w nowych, lepszych wcieleniach a poza tym jest to forma dynamicznego przechowywania tradycji tak, aby tradycja nie kojarzyła się ze skansenem ale ze źródłem albo z korzeniami, z których wyrasta to, co najlepsze. Tyle, tak różnych manifestacji przechodzi ulicami naszych miast, tyle obraźliwych i nienawistnych słów zostaje wykrzyczanych, tyle zniszczenia, jakby przechodziły hordy Hunów, że musi pojawić się przeciwwaga, głos przeciwny lub choćby odrębny. Warto pokazać, że przy wszystkich istniejących różnicach, możemy zrobić coś razem i nie tylko z myślą o sobie. Zapraszamy samorządowców, których na co dzień dzieli polityka, przynależność i światopogląd. Orszak Trzech Króli może nam pomóc uwierzyć, że są i muszą być przestrzenie wolne od podziałów. Zapraszamy księży, siostry zakonne i katechetów, szczególnie tych, uczących religii w szkołach. Zainteresujcie uczniów ideą Orszaku Trzech Króli.

wcześniej. Można zgłosić swoją gotowość do wykonaniu konkretnych prac i działań! Jest wiele do zrobienia, w dodatku mamy niewiele czasu i pełno ograniczeń. Swoją gotowość może zgłosić jakakolwiek grupa lub pojedynczy ludzie. Czekamy na Was albo w Stowarzyszeniu „Rodzina” albo w kancelarii parafialnej. Wspólna praca daje prawo do udziału we wspólnym świętowaniu. Dziękujemy tym, którzy już zrobili wiele, by orszak mógł powstać. Zapraszamy was do udziału w OTK 6 stycznia 2022 r. To, coś więcej niż przejście ulicami miasta! Czekamy na każdego z Was! rkw / Stowarzyszenie „Rodzina”

fot. rkw

(dzisiaj jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego). Wszyscy księża odprawiali kolejno Mszę św. (koncelebra przez Soborem Watykańskim II była zakazana). Świadkowie, którzy przeżyli, dobrze zapamiętali słowa ostatniego kazania. Ks. Montwiłł mówił o groźbie stania się „duchowym wrakiem w czasach pokusy” i nawoływał do modlitwy, która „powinna być szalupą w czasach niepewnych”. On sam nie wsiadł do szalupy w chwili zderzenia z górą lodową. Gdy rozpoczęto ewakuację, odmówił a swoje miejsce oddał komuś innemu. Pozostał z pasażerami, by odmawiać z nimi różaniec i spowiadać. Podobnie zachowali się dwaj pozostali księża. Uratowana z katastrofy pasażerka trzeciej klasy Helen Mary Mockler wspominała: „Po tym, jak dostałam się do szalupy, która odpłynęła jako ostatnia i gdy powoli oddalaliśmy się od statku, wyraźnie słyszałam głos księdza i odpowiedzi wiernych na jego wezwania modlitewne. Stawały się one coraz słabsze i słabsze, aż mogłam rozróżnić tylko dźwięki »Być bliżej Ciebie chcę , o Boże mój« oraz krzyki, tych, którzy pozostali”. Redakcja tygodnika „Zaranie” 9 V 1912 r. opublikowała następująca informację: „Na okręcie tym znajdowało się pomiędzy pasażerami dwóch księży, którzy odmówili skorzystania z łodzi ratunkowych. Gdy statek przechylił się i począł się pogrążać, widziano ich, jak stojąc na pokładzie wśród nieszczęśliwych, ginących wraz z nimi, podnosili ręce, udzielając im ostatniego rozgrzeszenia”. Rodzice i dziadkowie ks. Józefa otrzymali odszkodowanie w wysokości 130 funtów od Titanic Relief Fundation, dziesięciokrotność ceny biletu. W roku 1977 brat ks. Józefa, Piotr Montwiłl, wydał książkę o swoim bohaterskim bracie-księdzu pt. Kiedy przeszłość wraca. Do końca życia nie mógł pogodzić się ze śmiercią brata i pielęgnował o nim pamięć. Całe życie marzył o wolnej Litwie i był orędownikiem odzyskania przez nią niepodległości. Zmarła na Brooklynie w wieku 97 lat. W roku 1992 wierni zaapelowali o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego ks. Józefa Montwiłła. Upamiętniono go tablica w litewskim kościele w Londynie, medalem ściennym, kapliczką w Lubowie oraz pomnikiem pod Mariampolem, odsłoniętym w setną rocznicę katastroLidia Lasota fy „Titanica”.

7


Czas odejść, czas powrotów

O

dejście od wiary oznacza niewątpliwy kryzys relacji ale trzeba wiedzieć czy kryzys dotyka relacji z Bogiem czy może dotyczy relacji z Kościołem jako instytucją czy też dotyczy relacji z konkretnym człowiekiem. To nie to samo! Za każdym razem chodzi o coś innego, choć w każdym przypadku o chodzi o wiarę człowieka. Za każdym razem dochodzi do jakiegoś rozczarowania, zranienia lub zgorszenia. Wiara Piotra załamuje się wobec zapowiedzi krzyża. Piotr w pewnym sensie czuje się zgorszony koncepcją Boga, który w dość skandaliczny sposób zamierza objawić miłość do grzeszników, pozwalając by chwilowo, na oczach wszystkich zatriumfowali nad Niewinnym. By stali się Jego bezwzględnymi sędziami. Cierpienie niezawinione to największy krzyż dla ludzkiego rozumu. Ilość pytań i ich ciężar gatunkowy, który powstaje, jest wyzwaniem, którego nie należy i nie da się lekceważyć! Cierpienie niezawinione katalizuje, przyspiesza pewne procesy, które w warunkach bezpiecznego dobrobytu zachodzą powoli lub nie zachodzą wcale. Nie można stawiać znaku równości pomiędzy odejściem z Kościoła a zwątpieniem w Boga. To mogą być procesy współistniejące albo rozłączne. Wielu ludzi praktykujących nie ma dostatecznej wiary w sens i owocność praktyk, tak jak wielu pozostających poza widzialnym, instytucjonalnym

wymiarem Kościoła zachowuje osobową relację z Bogiem. Oczywiście nie prowadzi życia sakramentalnego, pozbawia się lub zostaje pozbawiona, owych cudownych źródeł łaski, ale nie może być uznana za niewierzących. Problem wystąpień z Kościoła powinien być przedmiotem szczególnej analizy i troski pasterzy. Zbyt łatwo oswajamy się z myślą, że kolejne setki tysięcy ludzi przestają utożsamiać się z Kościołem, skrycie lub jawnie pozostają w opozycji do niego, odrzucają wymogi moralne lub ostentacyjnie kwestionują wezwania pasterzy. Według opracowania CBOS, w latach 1997–2020 udział polskich katolików w regularnych praktykach religijnych zmalał o 13 procent. To jest armia licząca ponad 4,5 miliona ludzi. Czy wiemy, dlaczego odeszli z Kościoła? Czy znamy najgłębsze powody rezygnacji z sakramentów świętych? Wyczuwam narastający lęk przed zadawaniem takich pytań. Pewnym tropem może okazać się analiza najważniejszych wydarzeń tego czasu. Ciekawe, że w badanym okresie były dwa epizody stabilizacji deklarowanych postaw: śmierć Jana Pawła II (2005) i wybór Franciszka (2013). Odsetek niepraktykujących w latach 1997–2020 wzrósł o 6 procent tj. ponad 2 miliony wiernych. Obie tendencje obserwujemy zwłaszcza wśród młodszej części społeczeństwa. Wystarczyły filmy Smarzowskiego

(Kler) i braci Siekielskich (Tylko nie mów nikomu, Zabawa w chowanego), by młode pokolenie przyswoiło sobie pogląd, że ujawnione skandale nie spowodowały dostatecznej reakcji polskiego episkopatu. Tak oto, na naszych oczach, powstaje społeczność w pewnym sensie równoległa do Kościoła, która odrzuca dwa kluczowe pojęcia: dogmat i autorytet. Dogmat jest prawdą objawioną a autorytet ustanowionym przez Chrystusa strażnikiem tej prawdy. Młodzi coraz częściej kwestionują nadprzyrodzony rodowód prawdy, chcąc ją odkrywać i określać w polemikach, sporach, ulicznych manifestacjach i protestach. Ks. Janusz Mariański uważa, że zmniejszanie się praktyk religijnych w Polsce należy interpretować jako utratę szacunku do instytucji Kościoła. Możemy mówić o ludziach, którzy szukają wiary bez przynależności i bez zobowiązań, w której panuje swoisty triumwirat: subiektywizm, relatywizm i pragmatyzm. Oznacza to, że wszystkie poglądy są jednakowo uprawnione, bo każdy jest niczym wyrocznia delficka. Każdy ma własne kryteria dobra i zła, z tego powodu uważa się za twórcę moralności. Wielu z tych, którzy opuścili Kościół na trochę lub na resztę życia, przeżyło zasadnicze rozczarowanie Kościołem. Wielu nie poczuło w nim obecności Boga. Wielu zostało zgorszonych i poranionych słabościami

Proszę, bądź dobrym kapłanem

N

azywam się [...] i przez lata byłam dręczona przez pewnego księdza, którego miałam nazywać „braciszkiem” a ja byłam jego „siostrzyczką”. Przyszłam tu, ponieważ chciałam, aby zwyciężyła „prawda miłująca”. Jestem tu także w imieniu innych ofiar [...] dzieci, które zostały głęboko zranione, którym skradziono ich dzieciństwo, czystość i szacunek [...] które zostały zdradzone i u których wykorzystano ich bezgraniczną ufność [...] dzieci, których serca biją, które oddychają, żyją [...] ale zabito je raz

8

(dwa, wiele razy) [...] ich dusze stały się małymi zakrwawionymi strzępami. Jestem tu, ponieważ Kościół jest moją Matką i bardzo mnie boli, gdy jest zraniony i gdy jest brudny. Dorośli, gdy doświadczyli tego zakłamania jako dzieci, nigdy nie będą w stanie wymazać go ze swego życia. Będą mogli o tym na chwilę zapomnieć, spróbować wybaczyć, spróbować żyć pełnią życia, ale na ich duszach pozostaną blizny, które nie znikną. Staram się przeżyć, poczuć radość, ale tak naprawdę jest to niewiarygodnie trudna walka... Mam dyssocjalne

zaburzenie tożsamości, ciężkie złożone zaburzenie pourazowe (PTSD), depresję, lęki, strach przed ludźmi, błędy i nie śpię i jeśli mogę zasnąć w takim przypadku, to zawsze mam koszmary. Czasami mam stany, kiedy jestem „na zewnątrz”, nie postrzegam „tu” i „teraz”. Moje ciało pamięta każdy dotyk... Boję się księży, bycia blisko nich. Ostatnio nie mogę chodzić na Mszę św. Bardzo mnie to boli... Kościół, ta święta przestrzeń, był moim drugim domem [...] a on mi ją zabrał. Ogromnie pragnę czuć się bezpiecznie


konkretnych ludzi lub bezdusznością instytucji. Wielu przygląda się nie tylko fasadzie, ale próbuje dociec co jest za fasadą. Jeśli spotyka arogancję, slogany, agresję, szantaż lub groźby, ma wrażenie, że za fasadą czai się monstrualne choć nieokreślone zło, przykryte rytuałem, pobożnością, lękiem i faryzeizmem. Wielu odeszło, bo nie widzi, by jakikolwiek rytuał ich ożywiał. Wielu nosi w sobie pytania, na które Kościół nie odpowiedział, raczej je zignorował lub przemilczał. Wielu też odeszło, bo szuka luzu, życia na skróty, łatwiejszej moralności w której nie ma tyle wymagań, która na więcej pozwala. Dla nich Kościół kojarzy się z uciemiężeniem i kontrolą i tak udręczonych sumień. Wielu czuje się przygniecionym ogólną atmosferą a niekoniecznie czymś konkretnym. Czy wolno nam tych ludzi uważać za straconych? Bynajmniej! Kościół nie może sobie pozwolić na takie myślenie, nie tylko ze względów wizerunkowych ale przede wszystkim byłaby to znacząca, a w niektórych przypadkach nieodwracalna, strata wielu owiec zostawionych samym sobie. Trzeba o nie zawalczyć szukając pojedynczo w przypadkowych, niebezpiecznych stadach: gangach, sektach, subkulturach, grupach nieformalnych, pseudoobywatelskich ruchach, demonstracjach ulicznych, forach internetowych itp. Troska pasterska nie może ich omijać a tym bardziej atakować. Św. Jan Chryzostom przestrzega nas, byśmy nie stali się wilkami w owczych skórach: „Jak długo pozostajemy owcami, zwyciężamy; otoczeni niezliczoną

gromadą wilków, jesteśmy mocniejsi. Gdy jednak stajemy się wilkami, ulegamy, ponieważ jesteśmy pozbawieni pomocy Dobrego Pasterza. Wszak nie jest On pasterzem wilków, ale owiec; dlatego opuszcza cię i odchodzi, gdy nie oczekujesz, aby okazał swoją potęgę. Chrystus jakby chciał powiedzieć: Nie trwóżcie się, że gdy wysyłam was między wilki, nakazuję zachowywać się jak owce i jak gołębice. Mógłby rozporządzić inaczej i posłać was nie narażając na żadne niebezpieczeństwo, mógłbym nie czynić was owcami słabszymi od wilków, ale straszniejszymi od lwów. Ale tak właśnie trzeba. W ten sposób uwidoczni się wasze męstwo i rozsławi moja potęga” (Homilia 33, 1.2). Odejścia mają niezwykle destrukcyjne oddziaływanie na tych, którzy wciąż pozostają we wspólnocie Kościoła, zwłaszcza, że często dochodzi do rozłamów w łonie rodzin. Powiedzmy, rodzice jeszcze pozostają w Kościele, podczas gdy ich dzieci już nie. Rodzice mają bardzo często poczucie klęski. Słusznie czy niesłusznie, obwiniają się za apostazje swoich dzieci, jakby wszystko zależało od rodziców a przecież proces zwątpień ma wiele, różnorakich przyczyn. A jedną z nich jest pozbawione wiarygodności życie i posługa pasterzy. Z tego powodu, bardzo często rodzice mają zamknięte usta. Ich bezsilność jest trudna przede wszystkich dla nich samych. Należy się im głębokie i rozumne współczucie. Potrzebują wsparcia swoich pasterzy, a nie krytyki czy oskarżeń. Odejścia są znakiem dla wszystkich. To jest żółta, a niekiedy czerwona,

kartka pokazana dorosłym. Jest w tym, być może uproszczona, ocena naszej wiarygodności. Odejścia są czymś wstydliwym i upokarzającym dla tych, którzy zostają. Nie możemy czuć się komfortowo, wiedząc jak wielu, zwłaszcza młodych, utraciliśmy; jak wielu kwestionuje naszą wiarę, wykpiwa nasze dogmaty i lekceważy nasze zasady. I nie czas, by koncentrować się na swoich przeżyciach, czując jak bardzo nas to zawstydza, uwiera i boli. Najważniejsi są oni i ich powroty. Żeby czuli, iż zawsze mogą wrócić a my ich przyjmiemy mimo wszystko. Nasz utracony spokój odnajdziemy w ich powrotach, nie wyłączając łez i skruchy. Powroty są możliwe, ale tylko wtedy, gdy oddaleni zobaczą, że Kościół jest nie tylko wymagającą ale też cierpliwą i wyrozumiałą matką. Nie ma to nic wspólnego z pobłażliwością ani zaślepieniem. Największą pokutę powracający i tak będą nosić w sobie. Pamięć, świadomość, że jest się zdolnym do wszystkiego, jest największym więzieniem. Nie dodawajmy im własnych kar, które byłyby próbą odreagowania zadanego nam bólu. W pawłowym „Hymnie o miłości” czytamy: „Miłość jest cierpliwa, [...] nie unosi się gniewem, [...] nie pamięta złego, [...] wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Miłość nigdy nie ustaje” (1Kor 13, 1–13). Albo to prawda, albo wierzymy w jakąś inna miłość, która nie ma nic wspólnego z Jezusem Chrystusem.

w kościele, aby wreszcie się nie bać, ale moje ciało, emocje reagują zupełnie inaczej... Proszę was o ochronę Kościoła, ciała Chrystusa! Wszystko to pełne jest ran i blizn. Proszę, NIE pozwólcie, aby rany te jeszcze bardziej się pogłębiały i aby pojawiały się nowe! Jesteście młodymi i silnymi mężczyznami. Powołanymi! Mężczyznami powołanymi przez Boga i do służenia Bogu, a przez Niego ludziom... Bóg powołał was, abyście byli Jego narzędziem wśród ludzi. Ciąży na was wielka odpowiedzialność! Odpowiedzialność, która

nie jest ciężarem, ale DAREM! Proszę, potraktujcie go za przykładem Jezusa... z pokorą i miłością! Proszę, nie zamiatajmy tych spraw pod dywan, bo wtedy zaczną cuchnąć, gnić, a sam dywan się rozpadnie... Uświadommy sobie, że jeśli ukrywamy te fakty, gdy milczymy o nich, to ukrywamy brud i tym samym stajemy się współsprawcami. Jeśli chcemy żyć prawdą, nie możemy zamykać oczu! Życie w prawdzie to życie zgodne z Jezusem, spoglądanie na rzeczy Jego oczami. A On nie zamykał oczu na grzech w obliczu grzechu i grzesznika,

ale żył prawdą z miłością... W duchu miłującej prawdy wskazał grzech i grzesznika. Proszę, uświadomcie sobie to, że otrzymaliście ogromny dar. Dar bycia „alter Christus”, bycia wcieleniem Chrystusa tu, na świecie. Ludzie, a zwłaszcza dzieci, widzą w tobie nie osoby, ale Jezusa Chrystusa, któremu wciąż ufają bezgranicznie. Jest to coś ogromnego i mocnego, ale też bardzo kruchego i wrażliwego. Proszę cię – bądź dobrym kapłanem.

ks. Ryszard Winiarski

Świadectwo kard. Seán O’Malley’a OFM Cap, przedstawione seminarzystom

9


Maleńka Encyklopedia Totalitaryzmu (4)

Religia w systemie totalitarnym

Instytucjonalizacja tych odczuć w postaci ściśle skodyfikowanych i filozoficznie uzasadnionych systemów wierzeń wraz z odpowiednimi kultami, rytuałami, stanami kapłańskimi i Kościołami, stanowi jedną z form samoobrony ludzkości przed grozą bezsensownego istnienia. Walka z religią, podejmowana wielokrotnie w historii, była – niemal z reguły – walką z rosnącymi w potęgę i wpływy instytucjami religijnymi – z Kościołem i klerem. Samą potrzebę religii bardzo trudno jest wykorzenić lub zastąpić czymś innym. Próba wprowadzenia po Rewolucji Francuskiej kultu Rozumu sprawia z perspektywy czasu groteskowe wrażenie. Podobnie groteskowo i sztucznie wypadły nazistowskie usiłowania zastąpienia chrześcijaństwa Wagnerowską wersją starogermańskich wierzeń.

10

kurentem. Jeśli nie da się go zniszczyć, próbuje się go upaństwowić – poddać całkowicie gestii władzy. Pozornie odwrotne zjawisko totalitaryzmu wyznaniowego, tak jaskrawo występujące w niektórych państwach islamu, zwłaszcza w Iranie, podlega w gruncie rzeczy temu samemu mechanizmowi aspiracji polityki do pełnego rządu dusz. Z tą różnicą, że tu właśnie religia funkcjonuje jako polityczna ideologia. Praktyczne skutki dla totalitarnie rządzonych społeczeństw są te same. I te same pozostają głębsze niepokoje i tęsknoty człowieka w obliczu tajemnicy jego natury i jego przeznaczeń. Jan Józef Szczepański, b. opozycjonista

https://pch24.pl

https://pl.wikipedia.org

Pożar paryskiej katedry Notre Dame

Jednym z najskuteczniejszych uderzeń w podstawy religijnego światopoglądu była Marksowska koncepcja „opium dla ludu” – teoria, upatrująca w religii i jej instytucjach przedłużenie i kamuflaż systemu wyzysku, uprawianego przez klasy uprzywilejowane. Jednakże skuteczność ta okazała się ograniczona. Naturalna potrzeba wiary i tym razem znalazła ujście w kultach zastępczych, jak np. „kult jednostki”. Zakładanie „muzeów ateizmu” w zdewastowanych świątyniach, prześladowanie wiernych i kleru nie przeszkodziły katakumbowemu trwaniu tradycyjnych kościołów oraz plenieniu się sekt. Ten opór ma nie tylko doktrynalne korzenie. Motywowany jest w znacznej mierze względami moralnymi. Słynna formuła Dostojewskiego: „Jeżeli Boga nie ma – wszystko wolno” daje tu trafne wyjaśnienie, bowiem owo „wszystko wolno” stało się przede wszystkim zasadą pragmatycznej polityki władzy. Przyczyna konfliktu nowoczesnych państw totalitarnych z religią tkwi w samej istocie totalitarnej ideologii, która dąży do podporządkowania sobie człowieka w całości, do likwidacji wszelkich sfer jego życia, mogących wymknąć się kontroli politycznej. Kościół (wszystko jedno jakiej denominacji) jest tu potężnym i groźnym kon-

W wiedeńskiej katedrze zamieszczono zaskakującą „instalację artystyczną”, którą jest potężnych rozmiarów damski sweter. Zawieszono go w prezbiterium, a jego symbolika ma rzekomo nawiązywać do konieczności miłości bliźniego. Parafia twierdzi, że sweter jest nowoczesnym „welonem wielkopostnym”

www.thecut.com

J

ak pogodzić zjawisko świadomości z automatyzmem procesów materii? Tajemnica, tkwiąca w tej sprzeczności jest źródłem wszelkich metafizycznych odczuć, z których wywodzi się religijne myślenie. Od zarania dziejów człowiek czuje wyraźnie swoją odrębność w przyrodzie. W większości cywilizacji towarzyszy temu głęboko zakorzeniony sprzeciw wobec śmierci i nicości, a także przekonanie o istnieniu jakiegoś absolutnego prawa opartego na rozróżnieniu dobra i zła.

Katedra Notre Dame nazajutrz po pożarze. Paryż, 16 kwietnia 2019 r.


https://itvm.pl

No

więc wszystko przebiegło zupełnie zwyczajnie, a wręcz banalnie. Małe miasteczko przy wschodniej granicy, rodzice katolicy, chrzest, pierwsza komunia z ciepłą oranżadą, lekcje

we do jakiegoś klasztoru. Nie rozumiałem do kogo się ci ludzie modlą, komu śpiewają, o co chodzi w tych piosenkach? Wydawało mi się to puste i śmieszne. Przeczuwałem chyba bardziej niż wiedziałem, że nie ma to sensu. Zwłaszcza to, co pierwszy raz wtedy zobaczyłem. A widziałem tam radosne tańce, trzymanie się za ręce, nakładanie rąk na głowy modlących się, kazania wykrzyczane w takim stylu, w jakim to zrobiłby czarny pastor w Luizjanie. Bardzo mocno to kontrastowało z tym, co do tej pory słyszałem od naszego pociesznego, statecznego, grubego, prowincjonalnego proboszcza. Niestety, chyba wbrew oczekiwaniom organizatorów, zabiegi te mną nie wstrząsnęły ani trochę. Nie licząc wstrząsów przepony gdy jakaś czerwona na twarzy kobieta krzyczała coś o piekle. Lub kiedy jakiś biedaczysko przez mikrofon opowiadał jąkając się z przejęcia jak się kiedyś intensywnie onanizował, ale ponieważ mocno się

wszelkich religii. Dotarło do mnie, że niektórym ludziom (a może większości?) potrzebny jest Bóg-Stwórca, albo Bóg-Ojciec, albo Bóg-Sędzia, albo Bóg-Nauczyciel, albo jeszcze jakiś inny Bóg, albo dowolna kombinacja tych Bogów. Bez niego takim ludziom, żyje się źle na tym padole, gdyż lęki egzystencjalne zabijają w nich radość życia. Wiara jest wtedy jak ten gaz rozweselający, który uprzyjemnia wizytę u dentysty. Mi natomiast żaden Bóg nie jest do niczego potrzebny – niczego nie tłumaczy i w niczym nie pomaga. Ot i wszystko. Ostatnim ważnym etapem mojej drogi ku apostazji było odkrycie forum dyskusyjnego na portalu www. katolik.pl. Dzięki dyskusjom tam prowadzonym lub choćby śledzonym jeszcze wyraźniej zrozumiałem, że jestem ateistą. Mało tego, okazało się, że ateistów w tym kraju jest więcej! Na dodatek zupełnie bez skrępowania o tym mówią i na poważnie dyskutują

Wszystko przebiegło zupełnie zwyczajnie modlił Jezus wstąpił w „to” miejsce i uzdrowił je – a cała sala gromkimi brawami dziękowała mu za wspaniałe świadectwo. „Dla jaj” również zgodziłem się na bierzmowanie. Jakieś znaczenie miał też pewnie argument, że bierzmowanie jest potrzebne do ślubu kościelnego, gdyż Wtedy jeszcze myślałem, że być może... kiedyś... kto wie...? Lecz niestety, msza, na której byłem bierzmowany była ostatnią w której uczestniczyłem. Nie licząc oczywiście ślubów i pogrzebów, bo te traktuję jako wydarzenia o charakterze wyłącznie towarzysko-rodzinno-społecznym. Ale wtedy jeszcze moja niewiara była słaba, oparta tylko na braku zrozumienia tej całej religii. Dużą zmianę w sposobie postrzegania przeze mnie religii przyniosły moje studia przyrodnicze. Ekologia, genetyka, darwinizm, a zwłaszcza książki Richarda Dawkinsa takie jak Samolubny gen czy Ślepy zegarmistrz były czymś co „otworzyło me oczy” (uważam, że w każdym świadectwie tekst o „otworzeniu oczu” musi się znaleźć obowiązkowo). Zacząłem dostrzegać psychologiczno-społeczne podłoże i mechanizmy działania

z katolikami. Podobało mi się to, że tak wyraźnie stają po tej drugiej, „niekatolickiej”, stronie sporu i twardo bronią swych racji. Dzięki tym dyskusjom nabrałem większej pewności siebie w rozmowach o naturze religijnej. I ta moja rosnąca pewność siebie przeważyła w końcu szalę na korzyść decyzji o dokonaniu apostazji. Robert

www.tygodnikpowszechny.pl

religii w salce katechetycznej, a potem już w szkole, w niedzielę do kościoła, w maju na majowe, roraty z lampionami i ze zbieraniem na zaliczenie świętych obrazków. Potem, w ostatnich klasach podstawówki, sprzeciw przeciwko pustym rytuałom i obrzędom, pierwsze spory z katechetami (lekcje religii przeniosły się już wtedy do szkół), okłamywanie rodziców, że było się w kościele. W liceum już oficjalnie przestałem chodzić do Kościoła. Nadal jednak uczęszczałem na lekcje religii przez co u księdza prowadzącego te lekcje pojawiło się kilka siwych włosów. Tak w ogóle to było nas trzech – nazywaliśmy siebie „Trójcą Świetną”. W dniu kiedy mieliśmy religię ubieraliśmy się obowiązkowo na czarno od stóp do głów. Siadaliśmy na końcu klasy i załatwialiśmy swoje ważne sprawy, wtrącając czasem jakiś swój głupkowaty komentarz do tego o czym mówił ksiądz. Bawiliśmy się świetnie, a księdzu wystarczało najwidoczniej samo to, że przychodzimy na jego lekcje. Miał cały czas nadzieję, że się zmienimy. Dla zabawy również pojechaliśmy na trzydniowe rekolekcje młodzieżo-

11


Zadośćuczynienie skrzywdzonym

W

spólnoty Anonimowych Alkoholików oraz Al-Anon (gromadząca krewnych i przyjaciół alkoholików) proponują swoim członkom pracę nad rozwojem osobistym. Odbywa się ona w oparciu o program zwany przez Anonimowych Alkoholików Dwunastoma Krokami, a przez członków Al-Anon Dwunastoma Stopniami. Realizacja tych siostrzanych programów prowadzi do zdrowienia alkoholików i ich rodzin.

Stopień Ósmy Al-Anon. Lista osób przez nas skrzywdzonych, którym chcemy zadośćuczynić Cztery lata temu moje życie zmieniło się diametralnie. Trafiłam do Al-Anon, podczas gdy męża skierowano do AA. Byłam wtedy wrakiem człowieka zarówno w sferze emocjonalnej jak i fizycznej. Moje małżeństwo wisiało na włosku. Miałam zamiar być szczęśliwa i nie popełnić tych samych błędów, co matka, a okazało się inaczej. Wybrałam alkoholika, powieliłam rodzinne schematy. Byłam pełna żalu i pretensji. W Al-Anon zaczęłam zdrowieć. Moje życie przypominało zaśmiecone podwórko, które trzeba było posprzątać. Powoli, stopień po stopniu, dochodziła do mnie bolesna prawda o mnie samej. Całe życie traktowałam siebie jak ofiarę i nie dopuszczałam myśli, że coś robię źle albo krzywdzę osoby w moim otoczeniu. Stopień Ósmy jest bardzo trudny. Miałam wypisać osoby, które skrzywdziłam, wejść w ich skórę, zastanowić się jak mogły się czuć, a potem (w Dziewiątym Stopniu) zadośćuczynić. O dziwo, moja pierwsza reakcja była taka, że to ja byłam biedna

12

i skrzywdzona, i właściwie nie mam co pisać. Potem szczerze popatrzyłam na moje relacje z ludźmi i... niemiło się zaskoczyłam. Najgorzej boli mnie to, że zafundowałam dzieciom powtórkę z mojego dzieciństwa. Dom pełen krzyku, wymagań, nawet przemocy. Osobą, która robiła awantury byłam ja. Czepiałam się i zawsze musiało być po mojemu. Ciągłe kłótnie, o różnych porach dnia i nocy. Brak atmosfery zaufania, bezpieczeństwa. Brak miłości. Nie potrafiłam dać im czasu, razem się pobawić, przytulić, powiedzieć kocham. Dopiero od kilku lat się tego uczę. Myślałam, że nakarmione i czysto ubrane dzieci to dzieci szczęśliwe. Teraz widzę, że dom bez miłości i poczucia bezpieczeństwa to najgorsza trauma, jaką im dawałam. Mam trudności w komunikacji z dziećmi. Syn ma problem z emocjami, korzystamy z pomocy psychologa. Z córką ciężko mi się dogadać. Teraz staram się być lepszym rodzicem, staram się nie żyć jak kiedyś. Dzięki mężowi mogę być innym człowiekiem, bo gdyby nie jego choroba, nadal tkwiłabym w starym sposobie myślenia. Nie zawsze było jak teraz. Robiłam mu awantury, wyzywałam. Specjalnie wychodziłam z domu, żeby się martwił. W moim domu rodzinnym mężczyzna miał zarabiać, ale nie miał prawa głosu, bo kobiety jak Babcia czy Mama zawsze wszystko robiły lepiej. Dziadek często był poniżany na oczach rodziny i obcych ludzi, a był kochanym człowiekiem. Ja tak samo robiłam mężowi. Nie traktowałam go jak partnera, tylko śmiecia. Skutek był taki, że pił więcej, wpędzony w poczucie winy. Moje podejście do bliskich i obcych osób cechował brak szacunku, zrozumienia, miłości i życzliwości. Teraz traktuję innych tak jak chciałabym być traktowana. Lepiej lub gorzej mi to wychodzi. Na mojej liście skrzywdzonych znalazło się sporo osób. Jednych przeprosiłam osobiście, nieobecnym napisałam listy i odczytałam na cmentarzu. Kilka osób jeszcze zostało, bo na ten moment zadośćuczynienie im nie jest możliwe.

Aby to wszystko grało, w pierwszej kolejności z troską i miłością traktuję siebie. Bo jeśli, to co daję ma wrócić, to dobro musi wyjść ode mnie. Długo uważałam, że powinnam zasłużyć na miłość i uwagę. Nie lubiłam siebie za swój wygląd, wątpiłam w swoją wartość. Zawsze czułam się gorsza, niedopasowana. Przejadałam się albo karałam niejedzeniem. Tylko miłość Boga może uratować mnie i moją rodzinę. Dzięki Jego łasce mogę być lepszym człowiekiem. Na swoim życiowym podwórku zmieniam dach i zaczynam stawiać płot. Po wywózce śmieci zrobiło się tu całkiem dużo miejsca. Pogody Ducha! Ania

Mam na imię Jerzy i jestem alkoholikiem. Tak zwykle rozpoczynam każdą swoją publiczną wypowiedź, której celem jest podzielenie się doświadczeniem w mozolnym osiąganiu trzeźwości, w kolejnym kroku na drodze duchowego rozwoju, a także nadzieją, że fragment mojej historii stanie się pomocą dla tych, w których życiu alkohol stał się problemem. Wspólnota AA, do której mam zaszczyt i radość należeć, jest gotowa zawsze do pomocy, a swoją wiedzę i mądrość czerpie z Programu XII Kroków, który niewątpliwie powstał z Bożej inspiracji. Dziś chcę się podzielić kilkoma refleksjami związanymi z moją pracą na tym programie, a konkretnie na Kroku VIII. Do jego realizacji przystąpiłem bardzo zdeterminowany i z pełnym zaangażowaniem. Uczciwie przygotowywałem się do „przepracowania” Kroków, a szczególnie IV i V, które wymagały zmierzenia się z bolesnymi zdarzeniami z przeszłości. Po ich zakończeniu wydawało mi się, że najtrudniejsze za mną. A już szczególnie Krok VIII zapowiadał się być „spacerkiem”. Myślałem, że wypisać osoby, które skrzywdziłem, to żadna trudność – wystarczy przepisać listę z pracy nad Krokiem IV. Nie zwróciłem wówczas uwagi, że w tamtym kroku przyznawałem się do wstydliwych i bolesnych spraw, ale nie do końca


zdawałem sobie sprawę, że kiedyś będę musiał przygotować się do stanięcia osobiście przed skrzywdzonymi przeze mnie, czasami wręcz ofiarami mojego brzydkiego wówczas życia. Jednak uzmysłowiłem sobie, że ten z pozoru prosty krok jest niezwykle istotny, skoro twórcy programu każą mi ponownie zmierzyć się z ofiarami mojej samowoli. Twarzą w twarz dopiero w kolejnym Kroku IX, ale już sporządzanie listy będzie wymagać ode mnie wielu emocji, odwagi (w perspektywie osobistego spotkania) i uczciwości, by na tej liście znaleźli się wszyscy. Ci „mniej” skrzywdzeni także. Zadanie stało się jeszcze trudniejsze, gdy jego druga część kazała „stać się gotowym do zadośćuczynienia”. Uczynić zadość (jak dawniej powiadano) to dać tyle ile trzeba dla zadowolenia pokrzywdzonego, dość wystarczająco, aż ponad to, co się zabrało. To trudne, tu nie wystarczy zwykłe przepraszam. Bo zadośćuczynienie to moralne (czasami też materialne) wynagrodzenie za coś, rekompensata za wyrządzoną krzywdę. A przecież krzywda ma wiele odcieni. Jakże boli ta psychiczna... I tak Krok VIII objawił mi swoją trudność i ważność, szczególnie w perspektywie łączącego się nim Kroku IX. Przeszkody pojawiły się także w mojej głowie. Jak zmierzyć się z upartą myślą, że owszem zawiniłem, ale przecież to on/ona zaczął, to on/ ona wcale nie był lepszy. A zaraz potem myśl natrętna, że tak naprawdę, to niewielka krzywda – oj, nie było tak strasznie itd... itp... Zatem czy warto umieszczać taką osobę na mojej liście? Była też kusząca myśl, by niektórych pominąć w spisie pokrzywdzonych. Przecież wielu zniknęło już z mojego otoczenia – wyjechali, odeszli na zawsze. Więc może odpuścić? Nie. Uczciwość, szczególnie wobec siebie (warunek konieczny do zrealizowanie programu) kazał mi przyznać, że oprócz osobistego stanięcia wobec ofiary, możliwe jest również napisanie listu, a przede wszystkim modlitwa wobec tych, którym inaczej zadośćuczynić się nie da. Tak więc, mimo rzeczywistych i pozornych trudności, moja lista skrzywdzonych powstała. A w czasie jej tworzenia pojawiła się świadomość i gotowość do realizacji tego, co uczynić należy w Kroku IX. Jerzy

Grudzień Pamięci ofiar stanu wojennego w 1981 r.

Wszystko stanęło tej nocy na baczność mróz i żelazo i strach co rozdziera nagle zastąpić chciał sobą Opatrzność partyjny mesjasz sługa sług generał wszystko stanęło kiedy wszyscy spali snem co się zaczął upalnego lata nagle zbudzeni w uścisku ze stali krzyczeć zaczęli do wolnego świata wszystko stanęło zbiorowy paraliż wszystko zaczęło mieć widmo ryzyka ale na jednej zwiastowania fali na mszę roratnią budził komunikat wszystko stanęło nie wiedząc którędy kto w imię czego kiedy poprowadzi jakim adwentem do jakiej kolędy kto sam zdradzony a kto innych zdradził wszystko stanęło prócz szarych oddziałów prócz poborowych i prócz powielaczy prócz tych co padli w kopalni od strzałów które tak trudno do końca wybaczyć rkw

13


O

baj nie wahali się cierpieć za swoje non possumus – powiedział historyk ks. dr Robert Ogrodnik porównując losy św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego i bł. Stefana Wyszyńskiego. Konferencja prasowa związana Rokiem św. abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, obchodzonym w 2022 r. w Zgromadzeniu Sióstr Rodziny Maryi, została zorganizowana 4 listopada w Centrum Medialnym KAI. W spotkaniu wzięli udział: ks. dr Robert Ogrodnik, historyk, pracownik PAN, siostra dr Antonietta Frącek, historyk, dyrektor Archiwum Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, s. Janina Kierstan, przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, Magdalena Abramow Newerly, dyrektor Muzeum Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Historyk ks. dr Robert Ogrodnik charakteryzując sylwetkę św. Felińskiego zwrócił uwagę na czynniki, które ukształtowały jego osobowość. Głęboką religijność i patriotyzm wyniósł z domu rodzinnego: jego matka była zaangażowana w tzw. spisek Konarskiego i została zesłana na Syberię. Na młodego Felińskiego duży wpływ wywarły kontakty z Wielką Emigracją w Paryżu (m.in. Mickiewiczem i Słowackim) oraz udział w młodym wieku w poznańskiej

14

Wiośnie Ludów (1848). „Gdy rozważa się jego sylwetkę duchową, zwłaszcza w świetle listów, to uderza osobista świętość, wyczulenie na sprawy charytatywne i ogromne zaufanie Bożej Opatrzności” – mówił ks. Ogrodnik. Ciekawym wątkiem poruszonym przez ks. Ogrodnika był wpływ Felińskiego na bł. Prymasa Tysiąclecia. Wyszyński pozostawał pod ogromnym wrażeniem świętości Felińskiego. Jeszcze przed swoim uwięzieniem w 1953 r. pisał do matki generalnej Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi, że stara się o rozpoczęcie jego procesu beatyfikacyjnego. Prymas miał poczucie, że jego pasterzowanie w okresie powojennym przypomina sytuację z okresu arcybiskupstwa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, choć Feliński kierował archidiecezją warszawską bardzo krótko, tylko przez 16 miesięcy: od 9 II 1862 r. do 14 VI 1863 r. Obydwaj przewodzili archidiecezji w atmosferze nacisków władz i zróżnicowanych postaw społeczeństwa od serwilizmu do czynnej opozycji. Także słynne oświadczenie Wyszyńskiego w liście do Bieruta: „Non possumus”, zostało według ks. Ogrodnika, zaczerpnięte z pożegnalnych słów

abpa Felińskiego skierowanych do duchowieństwa. W przeddzień swojego wygnania z archidiecezji, 13 VI 1863 r., mówił on: „Strzeżcie praw Kościoła świętego. Pilnujcie gorliwie świętej wiary waszej. Przeciwnościami się nie zrażajcie. Miejcie Pana Boga w pamięci i w sercu. Jeżeli was by kto namawiał do takiego czynu, którego popełnić się nie godzi bez uchybienia prawom Bożym i prawom Kościoła, odpowiadajcie każdy: non possumus, odpowiadajcie wszyscy: non possumus”. Po 90. latach powtórzył te słowa prymas Wyszyński w memoriale skierowanym do prezydenta Bieruta w maju 1953 r.: „A gdyby zdarzyć się miało, że czynniki zewnętrzne będą nam uniemożliwiały powoływanie na stanowiska duchowne ludzi właściwych i kompetentnych, jesteśmy zdecydowani nie obsadzać ich raczej wcale, niż oddawać religijne rządy dusz w ręce niegodne. [...] Podobnie, gdyby postawiono nas wobec alternatywy: albo poddanie jurysdykcji kościelnej, albo osobista ofiara — wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym spokojem i świadomością,

fot. rkw

https://pl.m.wikipedia.org

Non possumus św. abp. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego


jącym się, nie do przecenienia jest ich rola w ratowaniu dzieci żydowskich, ale też osób dorosłych żydowskiego pochodzenia. Było to wielką zasługą przełożonej matki Matyldy Getter, która wykorzystując sieć sierocińców prowadzonych przez siostry (prowincja warszawska miała ich 22, a w całej przedwojennej Polsce było ich ponad 40) ukrywała dzieci żydowskie. Dzieci były przywożone do domów sióstr, podrzucane lub znajdowane (jedno nawet znaleziono w psiej budzie). Najwięcej dzieci żydowskich ukrywano w Płudach pod Warszawą. W dziesięciu budynkach rozłożonych na dużym obszarze parku, gdzie siostry prowadziły Dom Dziecka i szkołę 7-klasową, przebywało ok. 160 dzieci, a ukrywano aż 40 dzieci żydowskich. Dorosłym znajdowano schronienie w szpitalach, na placówkach wiejskich, ale także w domach zakonnych. Wśród ukrywających się był m.in. ksiądz Tadeusz Puder, pochodzenia żydowskiego. Matka pouczała swoje siostry: „Ktokolwiek przychodzi na nasze podwórze, w imię Chrystusa nie wolno nam odmówić”. Siostra Antonietta przypomniała też inne słowa matki z czasów okupacji: „Może ta nasza ofiara sprawi, że Pan Bóg uratuje i nasze dzieci.” Pod opieką sióstr było 3 tysiące dzieci w 1939 roku, a w 1944 – 4,5 tysiąca dzieci. – Żadne dziecko żydowskie nie zginęło. Żadna siostra z powodu ukrywania dzieci nie była więziona, nie była rozstrzelana – zakończyła s. Antonietta. W tej szlachetnej i ryzykownej akcji m. Matylda Getter współpracowała z Ireną Sendlerową i Janem Dobraczyńskim. Według szacunku sióstr uratowano od 750–800 dzieci, ale dokładne dane nie są znane, zwłaszcza że dom Zgromadzenia przy ulicy Żelaznej w Warszawie został zbombardowany i spłonął, a wraz z nim cała dokumentacja. Starsze siostry wspominały powojenne spotkania obu odważnych kobiet: „Czy wiadomo, ile myśmy tych dzieci uratowały?” – pytała czasem Sendlerowa matkę Matyldę. Zasługi matki Matyldy Getter w dziele ratowania dzieci żydowskich nie zostały docenione i matka do dzisiaj nie została uhonorowana Orderem Orła Białego – to zaniedbanie polecił uwadze dziennikarzy ks. Robert Ogrodnik. gie / Warszawa

fot. rkw

że do prześladowania nie daliśmy najmniejszego powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach cesarza składać nam nie wolno. Non possumus!”. – Obaj nie wahali się cierpieć za swoje non possumus, dziś to oni błyszczą w panteonie chwały! – podsumował ks. Ogrodnik. – Łączy ich jeszcze jedno: to samo miejsce pochówku, czyli warszawska archikatedra. Siostra dr Antonietta Frącek przedstawiła dzieje Zgromadzenia założonego przez Felińskiego w 1857 r. w Petersburgu. Może dlatego, że jako młody człowiek odczuł brak rodziny, ojciec wcześnie zmarł, a matka została zesłana, nazwał nowe zgromadzenie Rodziną Maryi – kontynuowała. Zgromadzenie wyróżniało się troską o równość i jedność sióstr – jak w rodzinie. Był jeden chór, nie wymagano posagów, bo siostry miały same zapracować na swoje utrzymanie. Ich charyzmatem na początku była opieka nad sierotami w Ochronce, później doszła troska o edukację przez zakładanie szkół i przedszkoli. Połączenie modlitwy, życia zakonnego z pracą nad edukacją i wychowaniem dziećmi przyciągało od początku wiele kobiet do Rodziny Maryi. W pięć lat od założenia należało do niego 36 sióstr, które otaczały opieką setkę dzieci w Petersburgu. Największy rozwój przypadł jednak na okres II RP. W 1939 r. istniało 160 domów zakonnych, w których było prawie 1400 sióstr. Przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny, s. Janina Kierstan przedstawiła sytuację powojenną, kiedy siostrom odebrano opiekę nad prowadzonymi ochronkami i szkołami. Obecnie praca sióstr przekształciła się bardziej z edukacyjnej na opiekuńczo-parafialną. Poza Polską najprężniej rozwija się gałąź brazylijska, gdzie siostry prowadzą 31 domów, a w jednym z miast obejmują opieką i edukacją dzieci od żłobka do Uniwersytetu. W czasie konferencji przedstawiono zasługi sióstr Rodziny Maryi w czasie II wojny światowej. Poza prowadzeniem tajnych kompletów, udziałem sióstr w pracy Podziemia jako kurierki, udzielaniem schronienia osobom przesiedlonym czy ukrywa-

Cur Deus Homo I znowu żłóbek i kolędy smętne że zimno, chłodno i obco wśród swoich trudno założyć ubranie odświętne trudno się cieszyć gdy każdy się boi I znowu żłóbek wątpliwa kołyska leniwy oddech wielkich przeżuwaczy dalecy coraz bardziej z bliska i pozornie bliscy najdalej, w rozpaczy I kto zrozumie ten Boski paradoks: cur Deus Homo idąc za najszczerszą tęsknotą Bóg okrył się nagością jak słomą, by nas okryła najprawdziwsza radość rkw 2021 Zdanie: Cur Deus Homo (Why God Became Man) wypowiedziane przez św. Anzelma z Canterbury (1033–1109)

15


fot. rkw

Wizytacja biskupia – słowo proboszcza

W

itamy w domu Świętej Rodziny Drogi Księże Arcybiskupie. Rok 2021 przeżywamy pod znakiem beatyfikacji trojga wybitnych Polaków: Prymasa Tysiąclecia, ociemniałej Matki Róży Czackiej a od wczoraj męczennika ks. Jana Machy. Ważnym wydarzeniem była wizyta polskich biskupów u progów apostolskich i spotkanie z papieżem Franciszkiem. Nie bez znaczenia dla naszej duchowości jest pandemia, spory ideowe Polaków i dramat rozrywanej wschodniej granicy. Uczymy się tych wyzwań, pytamy Boga, co one znaczą i co On chce nam przez te niewątpliwe znaki czasu, powiedzieć. Od poprzedniej wizytacji biskupiej w 2016 r. parafia przeżyła konsekrację świątyni, zmianę proboszcza, oraz śmierć dwóch kapłanów związanych z parafią, pierwszego proboszcza ks. Tadeusza Siwkiewicza i rezydenta ks. Juliusza Irackiego. Wierni z oddaniem modlą się za nich, jak za swoich bliskich sercu zmarłych. Po konsekracji świątyni

parafianie ufundowali Drogę krzyżową wraz z relikwiarzami 52 świętych i błogosławionych, wykończyliśmy sale duszpasterskie, uruchomiliśmy instalację fotowoltaniczną, klimatyzację i ogrzewanie świątyni. Trwają prace krakowskich artystów nad witrażami. Projektowana jest chrzcielnica. Jednak najważniejsze jest codzienne życie modlitwy i czynne miłosierdzie dla potrzebujących: całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu, Msza w Godzinę Miłosierdzia, Nowenna do MB Nieustającej Pomocy oraz coniedzielne katechezy dla dorosłych. Niezwykle ważna jest praca Poradni Życia Rodzinnego i aktywność stowarzyszeń świeckich, zwłaszcza stowarzyszenia RODZINA, które wykonuje organiczna pracę dla całego miasta. Zwracam uwagę na dwa doroczne wydarzenia: Dni Papieskie, w których bierze udział kilkaset osób i Orszak Trzech Króli, który gromadzi tysiące Puławian. Moi wierni, z których jestem dumny, pozostają otwarci na potrzeby ro-

PISMO PARAFII RZYMSKOKATOLICKIEJ ŚWIĘTEJ RODZINY W PUŁAWACH

dzin, osób niepełnosprawnych, hospicjum czy schroniska dla bezdomnych św. brata Alberta. Wierni wspierają remont kościoła w Bożej Woli oraz misję ks. Tadeusza Smereczynskiego w Kazachstanie. Dzisiaj przekazujemy dar ołtarza dla sióstr karmelitanek w Dysie, z którego zrodziły się klasztory w Kijowie i Charkowie. Jest to nasz prezent z okazji 50-lecia refundacji Karmelu w Dysie. Liczymy też, że święcenia diakonatu, w tym naszego alumna, odbędą się w naszej świątyni w maju przyszłego roku. Pragnę dać świadectwo oddania wielu moich Kochanych Parafian, szacunku jakim otaczają księży a przede wszystkim ich modlitw, które użyźniają nasze, nieudolne duszpasterskie wysiłki i żywej relacji z Chrystusem. Pragnę podkreślić ofiarną pracę wszystkich: wikariuszy, katechetek, pracowników parafialnych, wolontariuszy, dyrekcji i nauczycieli Szkoły Podstawowej nr 11 oraz orzeźwiający powiew grup modlitewnych. Dziękuję serdecznie wszystkim imiennym i bezimiennym dobroczyńcom naszej parafii. Dziękuję za współpracę Radzie parafialnej, która mimo zmiany proboszcza nie przerwała swojej kadencji, pracuje w niezmienionym składzie, szukając prawdziwego dobra parafii. Dziękuję wszystkim instytucjom archidiecezji za współpracę, a ks. arcybiskupowi za zaufanie i powierzenie mi tej parafii w dzierżawę. Świadomy jestem, że następne sprawozdanie może już trzeba będzie przedstawić samemu Stwórcy. Mogę powiedzieć, że jednego pragniemy najbardziej: Chcemy we wszystkim spełniać wolę Bożą. Serdecznie witamy w domu Świętej Rodziny w Puławach. ks. Ryszard Winiarski

Adres redakcji: ul. Saperów Kaniowskich 2, 24-100 Puławy; e-mail: ryszard.k.winiarski@gmail.com; h ps://pulawy-swrodziny.kuria.lublin.pl Z E S P Ó Ł R E D A KC YJ N Y: ks. Ryszard Winiarski – red. prowadzący, Agnieszka Kawka, Wojciech Kostecki, Joanna Kurlej – korekta, Wojciech Olech, Anna Różycka, Tomasz Sajnog, Justyna Szychowska, Andrzej Więcławski

16


fot. rkw

Wizytacja biskupia – 21 XI 2021 r.


fot. rkw

Różańce – narzędzia duchowej walki dla klas III


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Głos Rodziny Nr 5(15) 2021r/III Przyszłość idzie przez rodzinę i musi przez nią iść św. Jan Paweł II by Parafia Świętej Rodziny w Puławach - Issuu