Skip to main content

Numer 18 "Rity Baum"

Page 1

18

ISSN 1429-852X nr indeksu 366129

filozofia, literatura, sztuka, społeczeństwo

cena: 12,50 PLN (w tym 5% VAT) / ISSN 1429-852X / nr indeksu: 366129

NR 18

18

Agamben / Thacker Gallowey / Becker / Paul / Katastrofsky / Institute for Applied Autonomy / Anonymous Group / Vinge / Kurtzweil / Roesler / Fundamental Research Lab / Marchal / Ubermorgen / Schmidhuber / Legg Hutter / Lisek / Gate / 0100101110101101.ORG / McKenzie Wark / Bureau of Invers Technology / Cox Knahl / Critical Art Ensemble / Heberle / Kurant / Sanecki / Wysocka / Podsiadły / Krysa / Campa / Harwood / Breeze / Sonheim / Basinski / Novak


TRANSHUMAN Alexander R. Galloway, Eugen Thacker O mizantropii

3

Konrad Becker, Potęga klasyfikacji

– kultura, kontekst, komenda, kontrola, komunikacja, komputer

10

Carlos Katastrofsky (vir.Us.Exe)

15

Christiane Paul Sztuka cyfrowa / sztuka publiczna: społeczności sieciowe

16

The Institute for Applied Autonomy (IAA) Engaging ambivalence:

interventions in engineering culture

18

Kama Wróbel Robaki w służbie sztuki

21

Anonymus A letter from Anonymus

25

Vernor Vinge Osobliwość

27

Ray Kurzweil Prawo przyspieszających powrotów

33

Otto Roesler Endonomadologia

39

Bruno Marchall The universal dovetailer argument

43

Ubermorgen Be soft manifesto

47

Shane Legg, Marcus Hutter A formal measure of machine intelligence

50

Juergen Schmidhuber Nowa sztuczna inteligencja jest ogólna

i matematycznie rygorystyczna

53

Robert B. Lisek Kombinatoryczna informatyka

i nowa architektura ogólnej sztucznej inteligencji

62

0100101110101101.Org Radioactive side in the heart of manchester

64

Giorgio Agamben W sprawie bezpieczeństwa i terroru

67

Mckenzie Wark The occulted state

68

Bureau of Inverse Technology Antiterror line

74

Geoff Cox, Martin Knahl Krytyka opracowania zabezpieczającego

75

Robert B. Lisek Crash [manifesto]

85

Critical Art Ensemble When thought becomes crime

87

Fundamental Research Lab Spectrum / das gespents. Self-replication of pathogen

90

Agnieszka Kurant Nieznane nieznane

93

Przemek Sanecki Pamflety

97

O neopogaństwie, z Przemysławem Saneckim rozmawia Emilia Wysocka

99

Emilia Wysocka „Art as information about information about art”

– konceptualizm i technologia

102

Dominik Podsiadły Neo-guerilla-art

106

Marta Heberle Żyj we mnie, przeżyj we mnie. Ciało jako przestrzeń

doświadczania innego oraz terytorium pamięci w projekcie art oriente objet

110

Joasia Krysa Spectrum

113

Riccardo Campa W stronę polityki transhumanistycznej

117

Graham Harwood Jaberwoocky

121

Mez Breezz <----[inter]Sections-A+B->

122

1


Alan Sondheim Super-ninja

123

Michael Basinski City of webs

125

Marcos Novak Transmitowanie architektury

128

Monika Vitcheva Wypadek laboratorium

131

CYBER Kazimierz Krzysztofek Od kultury do antropotechnologii

138

Katarzyna Szymielewicz Społeczeństwo w sieci.

Między cyber-wolnością a cyber-niewolą

143

KEYMO Galeria 147 Grażyna Gajewska Nowe technologie – ideologie – płeć

151

Tadeusz Złotorzycki Cywilizacja gadżetów, czyli technototal

156

Marta Zawodna W poszukiwaniu świętego azylu

158

TEATR, MIASTO, MASZYNA Marta Wąsik Internet jako scena

162

Sylwia Ogrodniczak Anty-Edyp? Czyje to dziecko?

164

Marcin Boronowski Miasto jako przestrzeń zamieszkania

i jako scena działań do jej zmiany – podejście Antyfaceta

166

Tekla Woźniak EUtopia to dobre miejsce

172

Rafał Jęczmyk Co oznacza słowo avant

176

WIERSZE Ewa Świąc wiśnia, saprofity, po zimie, kokony, krew ryby I, krew ryby II, przedostatni

184

Marta Eloy Cichocka nie mam czasu pisać wierszy, biała rawska, powody do radości, raport o stanie wojsk, morfeusz na morfinie vs lotus omnivor, pointless

187

Samantha Kitsch okrągły rok, motylom, poliż, poliż (2), targ w Scarborough, błahostka

193

AUTORZY NUMERU

198

TRANSHUMAN – ŹRÓDŁA

202

Część materiałów została zamieszczona w języku angielskim. W oryginale zostały zachowane artykuły teoretyczne, zawierające formuły matematyczne i logiczne, oraz obiekty artystyczne. Część artykułów bez korekty.

2


Alexander R. Galloway Eugene Thacker O mizantropii Co daje cura I Wyobraźmy sobie wystawę artystyczną, poświęconą wirusom komputerowym. W jaki sposób być kuratorem takiego przedsięwzięcia? Czy wystawa składałaby się z dokumentacji znanych wirusów czy też wirusów in situ? Czy przypominałaby raczej archiwum, czy zoo? Ekspozycja ta wymagałaby prawdopodobnie współpracy kilku muzeów, wyposażonych w komputery, pełniące funkcje „garnków miodu”, baranków ofiarnych wystawionych na ryzyko zarażenia. Dzięki stworzeniu takiej sieci zapewniono by powtarzalność sekwencji infekcji i replikacji. Teraz wyobraźmy sobie wystawę innego rodzaju: muzealną wystawę poświęconą epidemii. W jaki sposób opiekować się wystawą poświęconą chorobie? Czy zawierałaby ona rzeczywiste złośliwe mikroby (w czymś na podobieństwo menażerii mikrobów) jako dodatek dokumentacji dziejów epidemii? A może epidemia musiałaby przejść do historii, by móc stać się przedmiotem ekspozycji? Czy potrzeba tu zatem dwu całkowicie różnych instytucji: muzeum teraźniejszości i przeszłości? W rzeczy samej takie wystawy już istnieją. Wielu artystów stworzyło i pokazało prace korzystając z medium wirusa komputerowego. Najbardziej znacząca jest tu praca Biennale.py wirus, stworzona przez grupy 0100101110101101. org oraz epidemiC jako część weneckiego Biennale Sztuki w 2001 roku. Praca ta stała się również częścią wystawy I love you: computer_virus_hacker_culture (2002), której kuratorem był digitalcraft, pokazanej w Museum für Angewandte Kunst we Frankfurcie nad Menem. Podobnie w Stanach Zjednoczonych pierwsze muzeum poświęcone chorobie zostało ustanowione przez Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (CDC). The Global Health Odyssey, jak nazwano muzeum, wykorzystuje format muzeum historycznego, by snuć opowieść o dziejach epidemii i walce z nimi, prowadzonej przez CDC. Pozostańmy przez moment przy motywach biologicznych obu wystaw, jak też przy pytaniu o sposób sprawowania opieki nad nimi. Rola kuratora polega nie tylko na selekcji, wystawieniu i przechowywaniu artefaktów, lecz również na wykonywaniu tych czynności z troską, z dbałością o sposób ich prezentacji na wystawie i w katalogu wystawowym. Słowa „kurator” i „być kuratorem” wywodzą się od łacińskiego curare (opiekować się, troszczyć się), wiążącego się ściśle ze słowem cura (leczyć). Być kuratorem, opiekować się, leczyć. Na pierwszy rzut oka bycie kuratorem wystawy muzealnej ma niewiele wspólnego

z praktykowaniem medycyny i opieką medyczną. Jedno zajmuje się kulturą i historią, drugie zaś nauką i statystyką narodzin, zgonów, zachorowań. Jedno zarządza sztuką, a drugie – życiem. Jednakże będąc kuratorem wystawy poświęconej wirusom lub epidemiom jest się zmuszonym troszczyć się o najbardziej mizantropijnych sprawców infekcji i chorób. Trzeba dbać o coś, co wymyka się kuracji. Impas polega tu na tym, że najlepszy kurator musiałby wykazywać najmniej troski. Powrócimy do tego na końcu. Współczesna kultura informatyczna jednakże zbliżyła do siebie role bycia kuratorem i lekarzem na wiele nieoczekiwanych sposobów, wiążących się z pojęciem curare. Przykładowo koncepcja opieki medycznej była od początku związana z informacją, statystyką, bazami danych, liczbami (liczba narodzin, zgonów, chorób itd.). Ekonomia polityczna ery Ricardo, Smitha i Malthusa wskazywała na bezpośrednią korelację między stanem zdrowia populacji a bogactwem narodu. Medycyna znacznie się zmieniła za sprawą postępu technologicznego w dziedzinie opieki medycznej. Mówi się obecnie o telemedycynie, infomedycynie i opiece domowej. Na poziomie wysokiej abstrakcji doświadczamy działania sieci informacyjnych w systemach obserwacji medycznej, w których przebiegające w czasie rzeczywistym monitorowanie potencjalnego ryzyka dla zdrowia publicznego – występującego naturalnie bądź będącego wynikiem ataku – jest możliwe w sztucznych warunkach. Takie wizje opieki zdrowotnej, w których prawo wielkich liczb stanowi treść, a topologia sieciowa formę, stawiają wiele pytań. Socjolog Michael Fortun (2005) w studium poświęconym projektom populacji genomów zastanawia się, czy odeszliśmy już od klasycznej formy medycyny – troski o ciało pacjenta, co opisywał Foucault jako troskę o siebie – w stronę postfordowskiego modelu troski o dane, w którym zadaniem medycyny jest coraz częściej zapewnienie, by ciała biologiczne współgrały z informatycznymi wzorami na ekranie. „Epidemiczne” wystawy, takie jak Biennale.py i Global Health Odyssey, zasługują na uwagę, gdyż u ich podłoża tkwią nie tylko motywy biologiczne. Mimo różnic zachodzących między nimi, wystawy te wiążą ze sobą wymiar opieki nad wystawą i wymiar leczenia. Jest to relacja zapośredniczona przez curare, troskę. Lecz co oznacza w tym przypadku troska? Jest to rodzaj opieki dalekiej od humanistycznego i fenomenologicznego znaczenia troski w relacjach między osobami; jest to raczej troska o dane, gdzie centralną rolę odgrywa życie informacji lub statystyka narodzin, zgonów i zachorowań.

3


Antyhumanizm I: wirusy komputerowe W 1990 roku, w wywiadzie z Antonio Negrim, Gilles Deleuze opisywał formę oporu właściwą nieludzkim istotom, takim jak wirusy komputerowe: „Prawdą jest, że zanim w pełni urzeczywistnią się społeczeństwa kontroli, istnieją już pewne formy wykroczeń i oporu (dwa osobne zjawiska). Na przykład piractwo komputerowe i wirusy zastąpią strajki oraz to, co XIX stulecie zwało sabotażem („niszczeniem” maszyn) (1997: 175). Wirusy komputerowe mają niejednolitą historię; wymagają często innowacyjnych technik programowania, używanych również w innych dziedzinach informatyki, lecz jednocześnie pojmuje się je jako rodzaj wykroczenia i przestępstwa. (Czy wirusy komputerowe powinny stać się częścią historii komputerów?) Większość wczesnych przykładów wirusów była związana albo z uniwersytetami, albo z korporacjami: gra Darwin (AT&T/Bell Labs, wczesne lata 60.), Cookie Monster (MIT, środkowe lata 60.), Creeper i Reaper (BBN, wczesne lata 70.), tapeworm (XeroxPARC wczesne lata 70.) itd. Podobnie jak większości działań hakerów, przyświecała im głównie intencja badawcza. Jednak w przeciwieństwie do hakingu, prowokacyjnym narzędziem opisu tych wcieleń kodu bardzo wcześnie stał się język biologii. Klasyczne prace science fiction, jak The Shockwave Rider Johna Brunnera, spopularyzowały witalizm wirusów komputerowych, zaś we wczesnych latach 80. badacze, jak Fred Cohen, mogli publikować artykuły

4

na temat wirusów komputerowych w akademickich periodykach typu „Computers & Security”. Jedna z największych lekcji na temat wirusów komputerowych oraz ich kuzynów (Internet Worms, konie trojańskie) pod kątem rozumienia działania sieci głosi, że podobnie do wirusów biologicznych, „wykorzystują one normalne funkcjonowanie systemu swego żywiciela” do stworzenia większej ilości własnych kopii. Wbrew powszechnej opinii nie wszystkie wirusy komputerowe są destrukcyjne, podobnie jak w dziedzinie biologii. Wirusy komputerowe mogą powodować utratę danych, lecz mogą być również performatywne (np. demonstrują naruszenie zabezpieczeń), badawcze (np. zapewniają dostęp) lub mogą opierać się raczej na zakłóceniu niż na destrukcji (np. zmieniają ruch, blokują łącza sieci). Eksperci w dziedzinie zabezpieczeń komputerowych szacują, że obecnie istnieje 80 tysięcy wirusów, a w przybliżeniu 200 wirusów pozostaje aktywnych w każdym momencie. Tak gwałtowne zmiany czynią zadanie identyfikacji i klasyfikacji wirusów niemal niewykonalnym. Zmienność wynika bowiem w dużej mierze z rozwoju samych typów wirusów. Podręczniki poświęcone wirusom komputerowym opisują często kilka generacji złośliwego kodu. Wirusy pierwszej generacji rozprzestrzeniały się między maszynami poprzez dysk zewnętrzny. Były to najczęściej wirusy rozszerzenia, które przepisywały kod programu lub wirusy atakujące sektor rozruchowy, które instalowały się na głównym bloku startowym (MBR) komputera, powo-


dując, że w trakcie restartowania komputer uruchamiał się z kodu wirusa, nie zaś normalnego MBR. Wczesne programy antywirusowe dokonywały obliczenia, w którym rutynowo sprawdzany był rozmiar plików programowych (w przeciwieństwie do plików tekstowych, pliki programowe nie powinny się zmieniać, a zatem zmiana rozmiaru pliku wskazywała w tym wypadku obecność wirusa w postaci rozszerzenia lub innego typu). Wirusy drugiej generacji mogły manipulować wynikami tych obliczeń, bądź to zwiększając bądź też zmniejszając kod programu, by zachował ten sam rozmiar. Wirusy trzeciej generacji, jak na przykład „ostrożne” wirusy, poszły jeszcze dalej; mogą zatrzymać lub naśladować oprogramowanie antywirusowe, dostarczając podróbek zeskanowanych plików. Wirusy czwartej generacji są przeciwieństwem wirusów trzeciej generacji, wykorzystują kod „śmieciowy” i kod atakujący, by prowadzić wieloaspektową infiltrację aż do całkowitego opanowania oprogramowania antywirusowego (wirusy „opancerzone”). Na tym etapie rozwoju wirusów tylko jedna technika antywirusowa, przynajmniej teoretycznie, nadal zachowuje skuteczność, a mianowicie identyfikacja wirusów oparta na ich wyjątkowej sygnaturze, tworzonej przez łańcuch kodu właściwy każdej klasie wirusów. Wiele programów antywirusowych wykorzystuje obecnie to podejście, co wiąże się z wymaganiem stałego uaktualniania rejestru teraźniejszych wirusów i ich sygnatur. Wirusy piątej generacji lub inaczej wirusy „polimorficzne” integrują aspekty sztucznego życia, mogąc przekształcać się w trakcie replikacji i przenoszenia w ramach sieci. Wirusy te zawierają specyficzny odcinek kodu – mutation engine – którego rola polega na stałym modyfikowaniu sygnatury kodu, a przez to umykaniu przed programem antywirusowym lub przynajmniej myleniu go. Są one z pewnością przykładem sztucznego życia. „Wirusy polimorficzne definiuje się przez ich zdolność do replikacji ich różnicy”. Oznacza to, że mogą one przekształcać się w czasie replikowania i rozpowszechniania. W tym przypadku wirusy komputerowe definiujemy przez ich zdolność do zmiany swej sygnatury i utrzymywania ciągłości swego działania, np. nadpisywania kodu, infiltrowania dzięki tworzeniu imitacji programów itd. Wirusy nie są nigdy całkowicie takie same. Z pewnością jedną z podstawowych i najbardziej uciążliwych cech wirusów biologicznych jest właśnie wyżej opisana zdolność do ciągłej i gwałtownej mutacji kodu genetycznego.

Antyhumanizm II: pojawienie się chorób zakaźnych Wirusy komputerowe są zjawiskiem technologicznym, skrywającym się pod metaforą biologiczną, choroby zakaźne zaś są zjawiskiem biologicznym opisanym w paradygmacie technologicznym. Obawy związane z dzisiejszymi wybuchami epidemii choroby wściekłych krów i SARS, a także pandemii grypy, doprowadziły do wydania bilionów dolarów na nowe szczepionki i systemy monitorowania stanu zdrowia społeczeństw. W ten sposób epidemiologia staje się odpowiednią metodą badań nad wirusami komputerowymi. Pojawiające się choroby zakaźne zależą od i robią użytek z tych samych właściwości, które konstytuują sieci. Ten sam element, który nadaje sieci jej charakter dystrybutywny, jej horyzontalność, zostaje przekształcony w narzędzie niszczenia sieci.

Za przykład może tu posłużyć proces identyfikacji SARS (Zespołu Ostrej Ciężkiej Niewydolności Oddechowej) w 2003 roku, który następnie zostaje wykorzystany w obecnych zmaganiach z wirusem ptasiej grypy (H5N1). SARS jest czymś więcej niż tylko siecią biologiczną; łączy ze sobą różnego rodzaju sieci: sieci transportu, sieci instytucjonalne i komunikacyjne (w sposób przypominający często medyczny thriller). W listopadzie 2002 roku pojawiły się pierwsze przypadki SARS, początkowo diagnozowanego jako nietypowe zapalenie płuc, w południowej prowincji Chin Guangdong. Przed połową lutego 2003 roku Światowa Organizacja Zdrowia i inne agencje opieki zdrowotnej zostały ostrzeżone przed nowym typem zapalenia płuc pochodzącym z Chin. Rząd chiński odnotował około 300 przypadków zachorowań w prowincji Guangdong i jej okolicach. Pod koniec lutego lekarz, który zajmował się pacjentami z nietypowym zapaleniem płuc w Guangdong, powrócił do swego hotelu w Hong Kongu. Sieć biologiczna zetknęła się z siecią transportu. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że lekarz ten zaraził w trakcie podróży dwanaście osób, które udały się do Wietnamu, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Kilka dni później lekarze w Hong Kongu odnotowali pierwsze przypadki zachorowań na SARS, jak zaczęto nazywać nową chorobę. Tydzień później, na początku marca, funkcjonariusze opieki zdrowotnej w Toronto, Manili i Singapurze odnotowali pierwsze przypadki SARS. ŚOZ doprowadziła do zetknięcia sieci instytucjonalnej i komunikacyjnej przez zorganizowanie akcji informacyjnej w kanałach informacyjnych i Internecie, wspierającej punkty odprawy na lotniskach do i z Toronto i Hong Kongu. Jednocześnie ŚOZ zorganizowała międzynarodową telekonferencję z udziałem administratorów i funkcjonariuszy opieki zdrowotnej, w tym amerykańskiego Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (CDC), którzy wyrazili zgodę na dzielenie się informacjami w kwestii zachorowań na SARS. Natychmiast zaczęto przesyłać dane pacjentów z SARS do bazy danych ŚOZ. Sieć profesjonalna zetknęła się z siecią instytucjonalną i komputerową. Przed końcem marca naukowcy z Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom zasugerowali, że zmutowany koronawirus, powodujący przeziębienie u wielu ssaków, może mieć związek z SARS. 14 kwietnia naukowcy z Michael Smith Genome Sciences Centre w Vancouver odczytali sekwencję DNA koronawirusa SARS, zajęło im to sześć dni. Do kwietnia 2003 roku SARS dominował w programach informacyjnych i na okładkach magazynów takich jak „Times” i „Newsweek”. Koordynacja i współpraca przy użyciu różnych sieci jest godna uwagi, jednak należy również zauważyć, że na poziomie biologicznym SARS zarażał właśnie te sieci. Na początku kwietnia 2003 roku Biały Dom wydał rozporządzenie wykonawcze zezwalające na objęcie kwarantanną osób zdrowych i nie posiadających jeszcze symptomów choroby, lecz podejrzanych o zarażenie SARS. W marcu i kwietniu 2003 roku procedurę kwarantanny wprowadzono w Ontario, Hong Kongu, Singapurze i Pekinie. Budynki mieszkalne, szpitale, przestrzenie publiczne – supermarkety, kina, centra handlowe – były poddane środkom bezpieczeństwa polegającym na izolacji i kwarantannie. Od Toronto do Pekinu ludzie nosili maski chirurgiczne, próbując ustrzec się przed zarażeniem. Pod koniec kwietnia rozprzestrzenianie się SARS wydawało się stabilizować. Urzędnicy ŚOZ oświadczyli, że zachorowania na SARS osiągnęły punkt szczytowy w Kanadzie, Singapurze, Hong Kongu i Wietnamie (z wyjątkiem Chin). Wiele krajów odnotowało spadek przypadków zachorowań, mimo że

5


nie wyprodukowano żadnej szczepionki. Pod koniec maja 2003 roku urzędnicy służby zdrowia w Stanach Zjednoczonych ostrzegali, że wirus SARS najprawdopodobniej pojawi się ponownie w czasie kolejnego sezonu grypowego. Koronawirus SARS wykorzystał trzy typy sieci i złączył je w jedną: biologiczną sieć infekcji (wiele przypadków zachorowań w ramach dostępu do opieki zdrowotnej); transportową sieć lotnisk i hoteli; sieci komunikacyjne, kanały informacyjne, witryny internetowe, bazy danych, rozmowy w trakcie międzynarodowych konferencji. SARS i inne wyłaniające się choroby zakaźne są nowymi wirusologiami globalizacji; wskazuje na to samo znaczenie terminu wyłaniające się choroby zakaźne. Wyłaniające się choroby zakaźne są produktem globalizacji. Jak niedawno ujął to przedstawiciel opieki medycznej w Tajlandii: „obecnie z pewnością lepiej wykrywamy wirusy, ale też znacznie lepiej je rozprzestrzeniamy” (Specter 2005: 61).

Zatarcie twarzy wrogości Jesteś przyjacielem czy wrogiem? Oto klasyczne sformułowanie koncepcji wrogości, które zawdzięczamy Carlowi Schmittowi. Wszystko zależy od tej relacji, każda decyzja ma w niej początek. Wróg-albo-przyjaciel to pierwsza dystynkcja polityczna, co oznacza, że należy w pierwszej kolejności ustalić, kim są nasi wrogowie. Dystynkcja ta ma również charakter topologiczny i diagramatyczny, a zatem trzeba rzetelnie przyjrzeć się architektonice konfliktu, by mieć świadomość swego w nim miejsca. Antykapitalizm, na przykład, nie stanowi jedynie nienawiści skierowanej do osoby, nienawiść ta wymierzona jest również w architektoniczną strukturę organizacji i wymiany. Dystynkcja wróg-albo-przyjaciel występuje nie tylko w modelowej konfrontacji spojrzeń, uznania i braku uznania, jak pokażemy to za chwilę, lecz także w topologicznej – czyli zmapowanej, sztucznej, strukturalnej i formalnej – pragmatyce rozmieszczenia siły politycznej. W jakim stopniu polityczne diagramy i topologie konfliktów militarnych są analogiczne względem siebie? W najogólniejszym sensie implikują one relacje między wrogością polityczną a militarną. Na przykład, po pierwsze występuje symetryczny konflikt na wielką skalę: impas między dwoma państwami narodowymi, koncentracja sił militarnych (frontowych i tylnych oddziałów, fal ataku, linii walki). Po drugie może wystąpić konflikt asymetryczny: rewolucja lub powstanie, czyli bitwa manewrowa nakierowana na to, co Clausewitz nazwał „decydującym punktem” słabości (flankowanie, zaskoczenie, atak na wielu liniach). Dziś możemy rozpoznać nowy typ konfliktu symetrycznego: zdecentralizowane i rozbite działania przebiegające w poprzek spektrum politycznego, od sieci terrorystycznych, protestów społeczeństwa obywatelskiego, operacji militarno-technologicznych (wojny sieciowe lub „network-centric warfare”). Jednakże w tym miejscu odpowiedniość pomiędzy polityką a topologią zaczyna zanikać, jak zauważają historycy wojskowości, dany konflikt może przejawić naraz kilka polityczno-militarnych topologii (na przykład oscylowanie między zmasowanymi siłami a oddziałami manewrowymi w armii starożytnej Grecji, z czego pierwsze uosabiał gniew Achillesa, a drugie – spryt Odyseusza), określona zaś typologia konfliktu może być adaptowana przez dwa zupełnie niekompatybilne ugrupowania polityczne (zarówno transnarodowcy, jak i alterglobaliści są powiązani siecią). W ten sposób narasta sprzeczność: im usilniej próbujemy zaszufladkować jakiś gotowy scenariusz polityczny

6

w danej topologicznej strukturze konfliktu, tym mocniej uświadamiamy sobie, że surowa konstytucja politycznej wrogości nie jest w rzeczywistości skutkiem topologicznej organizacji; i na odwrót: im bardziej próbujemy przypisać kształt konfliktu tej lub innej przyczynie politycznej, jak implicite zrobili to Deleuze i Guattari w koncepcji kłącza, tym bardziej postrzegamy taki kształt jako nagromadzenie anonimowych wektorów sił, nieuświadomionych, praktycznych celów polityki, które są jak kamień spadający zgodnie z prawem grawitacji czy pąk zakwitający wiosną. Jesteś przyjacielem czy wrogiem? Wszystko zależy od tego, jak zmierzymy się z sytuacją, od tego, gdzie stoimy. Wrogość jest zawsze twarzą, ponieważ z wrogością zawsze się mierzymy, konstytuujemy ją w konfrontacji. Stoimy u boku naszych przyjaciół, stoję naprzeciw mego wroga. Przyjaciele stają przed sobą, o ile stoją naprzeciw, i stawiają czoło wspólnemu wrogowi (wspólnej wrogości). Sformułowana przez Schmitta dystynkcja przyjaciel-wróg nie ma jedynie charakteru polityczno-militarnego, lecz zarazem polityczno-etyczny. Podstawowa dystynkcja przyjaciel-wróg jest ściśle związana z relacją między mną a innym. Relacja ta nie musi być gwałtownym ogniem spojrzeń i walki o uznanie (jak w modelu heglowskokojeve’iańskim). Według Lévinasa, etyka konstytuowana jest jako pierwsza przez niejednoznaczne wezwanie twarzy innego, ponieważ między mną a innym zachodzi pewna dynamika skupiona wokół twarzy (będącej bardziej czasownikiem niż rzeczownikiem): „Bliskość innego oto znaczenie twarzy. Znaczenie twarzy od samego początku wykracza poza formy plastyczne, próbują na zawsze zakryć twarz maską ich obecności dla percepcji” (1989: 82-83). Zestawienie Lévinasa ze Schmittem w tej kwestii może okazać się pouczające. Ja nie wyrusza, avant la lettre, by zidentyfikować przyjaciela lub wroga zgodnie z wcześniej istniejącymi kryteriami (politycznymi, militarnymi, etycznymi). To raczej niesamowite zdarzenie twarzy stawia Ja zobowiązujące, intymne wyzwanie: „Inny staje się moim sąsiadem właśnie za sprawą tego, że twarz wzywa mnie, prosi i błaga o mnie, a czyniąc to, przypomina mi o mojej odpowiedzialności i kwestionuje mnie” (Levinas 1989: 83). Jak wpływa to na pojmowanie wrogości? Z pewnością Ja istnieje dla innego. Ale chodzi o coś więcej. Wrogość nie jest po prostu jakimś krańcowym rozłamem, absolutnym podziałem (przyjaciel/wróg, ja/inny), ale raczej rozprzestrzenianiem się twarzy i oblicz (facings), których przestrzenność i tymczasowość, iluzoryczne ograniczenie tworzą warunki możliwości wrogości w jej formie politycznej i militarnej (stawanie twarzą w twarz ze sprzymierzeńcami, stawanie twarzą w twarz z wrogami). Przyjaciele, wrogowie, jaźnie – twarze są wszędzie.

Przyjaciel bez twarzy Lecz co z wrogością bez twarzy? Co z zatarciem twarzy wrogości? W tym miejscu przychodzi nam zastanowić się nad polityczno-militarnymi topologiami. Wrogość jest udramatyzowana i odgrywana w pragmatycznym i militarnym polu strategii oraz wojny. Wyłonienie się wspomnianej wyżej nowej symetrii przybiera rozmaite formy: militarnego konfliktu opartego na informacji (cyberwojna), działalności niemilitarnej (haktywizm), sieci kryminalnych i terrorystycznych (jedno oblicze wojny sieciowej), protestów społeczeństwa obywatelskiego i ruchów demonstracyjnych (inne oblicze wojny sieciowej) oraz formacji militarnych, możliwych


dzięki nowym technologiom informacyjnym (operacje „C4I”). Co jednoczy te przedsięwzięcia poza tym, że używają one na różnych poziomach nowych technologii? Według Arquilla i Ronfeldta, przedsięwzięcia te zasługują na uwagę ze względu na ich specyficzne właściwości – bezkształtność, amorficzność, beztwarzowość. Topologie wojny sieciowej i mnogości rzucają wyzwanie tradycyjnym ujęciom wrogości: one nie mają twarzy, są przykładem wrogości bez twarzy lub raczej wrogości „odtwarzowionej”. Są to przykłady poruszania się w roju (swarming), określanego jako „systematyczne uderzenia siły i/lub ognia przez rozproszone, połączone siecią jednostki atakujące adwersarza jednocześnie ze wszystkich stron” (Arquilla, Ronfeldt 2000: 8). Mimo że studium Arquilla i Ronfeldta nad koncepcją roju, czerpie inspiracje z dziedziny biologii, ma zasadniczo charakter polityczno-militarny. Rój atakuje ze wszystkich stron, nieregularnie, lecz również stale – nie ma frontu, nie ma linii walki ani głównego punktu słabości. Rój jest rozproszony, lecz pozostaje w ciągłej komunikacji. W skrócie, jest wrogiem pozbawionym twarzy, wrogiem odartym z „twarzowości” jako takiej. Wyłania się tu nowa problematyka. Skoro ujęcie wrogości sformułowane przez Schmitta (przyjaciel-wróg) poprzedzone jest bardziej fundamentalną relacją, co Lévinas nazywa stawaniem twarzą w twarz z innym, i skoro dla Lévinasa jest to zasadniczy element myślenia o relacji etycznej, jaka etyka nam pozostaje, gdy inny nie ma twarzy, lecz wciąż postrzegany jest jako inny (przyjaciel lub wróg)? Jaki kształt przybierze relacja etyczna, gdy staniemy twarz w twarz z rojem? Kluczowym elementem prowokującym do myślenia w „doktrynie roju” jest napięcie, które wyłania się z połączenia strategii niesprecyzowanej i przemyślanej, swobodnego wyłaniania się i kontroli, amorficzności i koordynacji. Koncepcja poruszania się w roju wywodzi się z badań biologicznych nad społecznymi insektami oraz ich zdolnością do zbiorowego wykonywania złożonych zadań: konstruowanie gniazda przez osy, skoordynowane migotanie świetlików itd. (Bonabeau, Théraulaz 2000: 72-79). Każdy z tych przykładów ilustruje podstawowe zasady biologicznej samoorganizacji: to, w jaki sposób zbiór prostych, lokalnych interakcji kulminuje w złożonej, zbiorowej organizacji, która rozwiązuje określone problemy i wypełnia zadania. Studia techniczne i biologiczne zadają wciąż na nowo to samo pytanie: jak inteligentne, globalne organizacje wyłaniają się z miriad błahych lokalnych interakcji? Arquilla i Ronfeldt również zadają to pytanie, ograniczając dociekania do aplikacji militarnych. Przeprowadzona przez nich analiza ma charakter ontologiczny: dotyczy relacji między wrogością a topologią. Autorzy wyróżniają pięć typów militarnych diagramów: chaotyczna bójka, w której dominują walki między dwoma osobami, niemal bez dowództwa czy kontroli, koncentracja brutalnej siły (dominują hierarchia, formacje dowództwa i linia walki), złożone manewry, gdzie mniejsze, wielodniowe, selektywne flankowe ruchy towarzyszą koncentracji siły, i w końcu rój – „amorficzne, lecz skoordynowane uderzenie ze wszystkich stron”) (Bonabeau, Théraulaz 2000: 21). Chociaż elementy każdej z powyższych strategii można znaleźć na przestrzeni dziejów (wojownicy mongolscy na swych koniach dostarczają wczesnego przykładu poruszania się w roju), wyróżniającą cechą strategii roju jest napięcie między amorficznością a skoordynowaniem. Jak możliwe jest kontrolowanie czegoś, co z definicji konstytuowane jest przez własne rozprzestrzenianie się, przez bycie całkowicie rozproszonym, rozrzuconym i horyzontalnym.

Odpowiedź na to pytanie w kontekście konfliktu – militarnego i cywilnego – wymaga rozważenia kwestii wrogości. Jeśli w knflikcie władza jest zazwyczaj usytuowana wokół relacji wrogości (przyjaciel-wróg, sprzymierzeniec-wróg), a relacja wrogości strukturyzuje porządek konfliktu (symetryczna przeciwwaga, powstanie, nieposłuszeństwo obywatelskie), co się stanie, gdy wrogość rozpłynie się w nieuchwytnym roju? Jest to również pytanie o to, w jaki sposób ustrukturyzowany jest konflikt w kategoriach bardziej złożonych trybów wrogości (zejście do podziemia, konflikt o niskiej intensywności, wojna z terrorem). Czy kategorie związane z pojęciem wrogości są odpowiednie do opisu takich konfliktów? Co, jeśli sieć nie może być wrogiem? Czy oprócz zatarcia różnic politycznych między tymi złożonymi typami wrogości, istnieje wspólne dla nich przesunięcie, polegające na rozwiązaniu i „odtwarzowieniu” wrogości? Czy można pokierować rojem? Jeśli nie ma wroga, w obliczu którego można stanąć, w jaki sposób stanąć twarzą w twarz z wrogiem? Bardziej niż o samą twarz wroga, chodzi o to, że stawanie twarzą w twarz jest procesem, czasownikiem, działaniem, które się staje. Na tym polega levinasowskie ujęcie etycznego spotkania, które nie opiera się na wrogości, lecz na zakwestionowaniu ja. Lecz, choć w innym tonie, jest to również podejście Deleuze’a i Guattariego, gdy poruszają problem „twarzowości”. Podobnie do Lévinasa autorzy ci podkreślają fenomenalną, afektywną jakość stawania przed obliczem. Ponadto jednak stawanie przed obliczem (innego, wroga) jest dla nich kwestią uznania, pewnego porządku otworów, linii, łuków: „Głowa zawiera się w ciele, lecz nie twarz. Twarz jest powierzchnią: rysy twarzy, linie, zmarszczki; twarz podłużna, okrągła, trójkątna; twarz jest mapą, nawet jeśli jest przyklejona do i owija sobą pewną objętość, nawet gdy otacza i ogranicza otwory, które teraz są już tylko dziurami” (Deleuze, Guattari 1980: 170). W bardziej przyziemnym sensie twarzowość jest uznaniem przez ja twarzy innych istot ludzkich, stąd nawyk stawania twarzą w twarz, spotykania innych przez cały czas. Lecz według Deleuze’a i Guattariego podstawowy proces związany z twarzą wiedzie również do deterioryzacji znajomej twarzy, do rozmnożenia twarzy w śniegu, chmurach, innych miejscach, w których nie powinno być twarzy… Miejsca, w których nie powinno być twarzy – czy tym jest rój? Czy też należy wydobyć „twarzowość” z wrogości każdego miejsca? Rozważmy przykład z kultury popularnej. W filmie Matrix. Rewolucje występują dwa typy rojów. Pierwszy – rój wartowników podobnych insektom, którzy atakują miasto Syjon ze wszystkich stron – to podręcznikowy przykład roju; ostatecznie rój pokonuje obronną blokadę stworzoną przez ludzi. Lecz później rój komunikuje się z Neo przez zespolenie mnóstwa pojedynczych wartowników w jedną amorficzną twarz – literalne nadanie twarzy wrogości. To, co początkowo było rojem bez twarzy, przekształciło się w twarz zbudowaną z roju. Matrix okazuje się jednocześnie całkowicie rozproszony i zdolny do wysokiego stopnia centralizacji (rój kontra twarz). Wcześniejsze filmy science fiction mogły jedynie ujmować groźny fenomen roju przez indywidualne stworzenia (np. Them!), współczesne filmy science fiction, korzystając z wyrafinowanej technologii graficznej, zdolnej do animacji złożonych zachowań roju do ostatniego szczegółu, wciąż muszą przedstawiać twarz wroga, ponieważ gdy tylko rój osiąga szczyt swej siły, jego status wroga pozbawionego twarzy zmienia się i rój zostaje rozwiązany. (Tron jest czymś podobnym: rozwiązanie „utwarzowienia” dokonuje się za cenę przedstawienia roz-

7


maitych awatarów połączonych ze sobą siecią, którzy szybko uporali się z robotą na początku i końcu filmu). Ponownie nie chodzi tu o to, że posiadanie twarzy – lub spójność, integralność, pojedynczość, jak kto woli – jest jedynym warunkiem wstępnym skutecznej władzy i organizacji, ponieważ rój posiada siłę, zanim zyskuje twarz, lecz twarzowość stanowi konkretny przykład organizacji, wokół której rój może, lecz nie musi, się skupić. Podstawowym elementem niejednoznacznym w takim ujęciu roju jest napięcie, zachodzące w skali makro pomiędzy amorficznością a kontrolą, swobodnym wyłanianiem się a procesem kontrolowanym. Czy koordynacja ma na celu ograniczenie amorficzności, czy też przeciwnie, sama się z niej wywodzi? Czy minimalny stopień scentralizowanej władzy jest wymagany do wyłaniania się, czy też jest ona wytworem tego wyłaniania się? Badania biologiczne poświęcone samoorganizacji najwyraźniej radzą sobie z tym problemem, lecz kontekst polityczno-militarno-etyczny stawia więcej trudnych kwestii, zarazem bardziej konkretnych, problematycznych i abstrakcyjnych. W pewnym sensie rój, rojenie się-jako-twarzowość przypomina o utracie twarzy właściwej nie tylko rozproszonym insektom, lecz również istotom ludzkim; rojenie się przypomina o zamazywaniu się twarzy, które towarzyszy wszystkim przypadkom stawania twarzą w twarz z innym. „Z twarzą mamy do czynienia tylko wtedy, gdy głowa przestaje być częścią ciała” (Deleuze, Guattari 1980: 170).

Co daje cura II Powróćmy do wyobrażeń na temat ekspozycji wirusów i epidemii. Jakiego rodzaju czasowość jest właściwa praktyce bycia kuratorem wystawy? Curare (opieka) odkrywa w działaniach kuratora podwójną rolę. Z jednej strony, dbałość kuratora konceptualnie ciąży w stronę przedstawiania obiektu statycznego: kolekcjonowania, archiwizowania, zachowywania w kontekście instytucjonalnym i architektonicznym. Jest w tym bezruch – pomimo gadaniny o ludziach w muzeum i zakłopotaniu interaktywną ekspozycją. Dbanie o bezruch pomiędzy ścianami, pod osłoną szkła, jest historycznym bezruchem. To bezruch przeszłości. Jednakże jest tu możliwy również eksces, otwarcie, nieważne czy szerokie, czy wąskie, poprzez które zdarza się to, co nieoczekiwane. Interpretacje i opinie zwiedzającego wystawę mogą różnić się głęboko od pierwotnej wizji kuratora, a także od interpretacji i opinii innych zwiedzających. Zwiedzający może też w ogóle nie zwrócić uwagi na ową wizję wystawy i jej interpretacje, pomijając całą dbałość kuratora. Oto jak wygląda ta scena: nadmiar („jaka jest twoja opinia?”) albo niedostatek („nie zauważyłem”). Działalność kuratorska nie ogranicza się oczywiście wyłącznie do muzeów i galerii. Była ona powszechnym motywem średniowiecza w odniesieniu do przewodnika duchowego lub kapłana, odpowiedzialnego za ludzi świeckich – których dusze zostały poddane jego duchowej trosce. Foucault zauważa, że taka praktyka wiąże się z pewną formą rządzenia. Dominującą metaforą biblijną była w tym przypadku metafora pasterza i jego trzody. Jak pokazują późne prace Foucault, ten rodzaj troski – troszczenia się o innych – miał dopełnienie w etyce troski o siebie, której genealogię Foucault wywodzi z kultury klasycznej Grecji. Pojęcie epimeleia heautou (troski o siebie) było dla Greków nie tylko postawą wobec samych siebie, innych i świata, lecz również nieustanną praktyką samoobserwacji i samobadania. Centralnym dla analizy Foucault jest fakt, że taki rodzaj

8

troski określany był jako „działania, poprzez które jednostki biorą za siebie odpowiedzialność i zmieniają, przekształcają, odmieniają i oczyszczają siebie” (Foucault 2005: 11). Epimeleia heautou ma tu na celu nie tylko troskę o siebie, ale też przekształcenie siebie, które było logiczną konsekwencją troszczenia się o siebie. Jednakże przekształcenie siebie może pociągać za sobą również samozniszczenie. Jest to podstawowa cecha zmiany, o której pisze Arystoteles (stawanie się jest dopełnione przez przemijanie). Czy można określić punkt, w którym zmiana siebie przechodzi w samozniszczenie? Sformułowanie autodestrukcja zostało użyte przez Gustava Metzgera dla określenia wielu performatywnych dzieł sztuki powstałych w latach 60. W The Laws of Cool Alan Liu opisuje autodestrukcyjne dzieła sztuki Metzgera jako wczesną postać estetyki wirusowej. W estetyce wirusowej różnica między tworzeniem a destrukcją zostaje zamazana, odsłaniając „destrukcyjność, która atakuje dzieło za pomocą technologii i technik, którymi ono samo się posługuje” (Liu 2004: 331). Metzger jest industrialnym prekursorem wirusowej estetyki, współczesne prace artystów takich jak jodi.org i Critical Art Ensemble są jej spadkobiercami. Według Liu wspomniane przykłady wirusowej estetyki „wprowadzają destrukcyjność do informacjonalizmu” (2004: 331), co również opiera się na podziale informacja/głos. Curare zakłada więc dwuaspektową relację przemiany. Wyzwala, kontekstualizuje, wiąże, kieruje, reguluje i kontroluje. Lecz również otwiera i rozluźnia kontrolę, którą chce ustanowić. Jest to miejsce przecięcia władzy i przemiany. To prowadzi nas do końcowego pytania: czy w curare zawiera się pewna bez-troska? Tłumaczyła: Katarzyna Liszka Literatura: John Arquilla, David Ronfeldt, 2000, Swarming and the Future of Conflict, RAND, Santa Monica. Eric Bonabeau, Guy Théraulaz Swarm Smarts, „Scientific American”, marzec 2000. Fred Cohen, 1987, Computer Viruses: Theory and Experiments, „Computers and Security” 6, s. 22-35. Fred Cohen, 1990, A Short Course on Computer Viruses, ASP Press, Pittsburgh. Gilles Deleuze, 1997, Negotiations 1972-1990, Columbia University Press, New York. Gilles Deleuze, Félix Guattari, 1980, A Thousand Plateaus, tłum. Brian Massumi, University of Minnesota, Minneapolis. Michael Fortun, 2005, Care of the Data, wykład wygłoszony na sympozjum Lively Capital 2: Techno-Corporate Critique and Ethnographic Method, University of California at Irvine, 23-24.10. Michel Foucault, 2005, The Hermeneutics of the Subject: Lectures at the College de France, 1981-82, Palgrave Macmillan, New York. Emmanuel Levinas, 1989, Ethics as First Philosophy [w:] Séan Hand (red.) The Levinas Reader, Routledge, New York, s. 82-83. Stephen Levy, 1992, Artificial Life, Vintage, New York, s. 309 i następne. Alan Liu, 2004, The Laws of Cool, University of Chicago Press, Chicago. Franziska Nori (ed.), 2002, I love you: computer, viren, hacker, kultur, MAK, Frankfurt. Eugene Spafford, 2000, Computer Viruses as Artificial Life, [w:] Christopher Langton (red.) Artificial Life: An Overview, MIT Press, Cambridge. Michael Specter, 2005, Nature’s Bioterrorist, „The New Yorker”, 28.02.


9


Konrad Becker Potęga klasyfikacji – kultura, kontekst, komenda, kontrola, komunikacja, komputer

W jaki sposób rzeczy są ze sobą powiązane? Co jest konieczne, aby jedna rzecz weszła w związek z drugą? Jakie wzajemne powiązania istnieją pomiędzy subiektywnym znaczeniem, a faktem przypisywania uogólnionego lub zobiektywizowanego sensu? Co to oznacza dla naszego poczucia siebie i tego, jak się nawzajem do siebie odnosimy? Czym jest znaczenie, jak ono się kształtuje? Pytania te od wieków nurtują ludzkość. W erze informacji cyfrowej, interfejsów użytkownika i zautomatyzowanych wyszukiwarek pytania te, samotnie surfujące po bezmiarze danych elektronicznych, stają się niezmiernie aktualne. Proteusz, bożek morski z mitologii greckiej, ma wprawdzie zdolność przepowiadania przyszłości, odpowiada jednak tylko temu, kto potrafi go złapać, chcąc zaś tego uniknąć, zmienia swój kształt. W epoce eksplozji informacji, bardziej niż kiedykolwiek przedtem, ma znaczenie nie tylko to, czy informacja jest użyteczna, ale czy jest odnajdowalna i dostępna. Nie jest łatwo określić różnicę pomiędzy podobnymi i niepodobnymi przedmiotami, lecz zadanie to staje się bez porównania trudniejsze w przypadku pojęć abstrakcyjnych i idei. Jednak znajdowanie informacji nie jest przeciwieństwem gubienia jej, ale czynnym wysiłkiem w kierunku rozpoznania wzajemnych powiązań w systemach znaczeń. Wyszukiwanie jest aktem wyobraźni, przybliżeniem spodziewanych rezultatów, gdzie wyniki wpisują się w przyszłość. Demony chaosu i fikcja społeczna Kultury starożytne żywiły wyobrażenia oceanu informacji i potwora morskiego, zamieszkującego jego mroczne odmęty – czarnoskrzydłej Nocy, demona Chaosu, „bezdennej i mrocznej otchłani” Tiamat, z której poćwiartowanego ciała wyłonił się kosmos i powstał świat. Owe demoniczne istoty są odbiciem lęków związanych z obszarem chaotycznych i nieuporządkowanych informacji, gdzie nie docierają logocentryczne promienie bóstw solarnych i światło rozumu. Dryfująca po morzach wiedzy, nawigacja leży u podstaw współczesnych nauk. Od imienia Kybernetesa, sternika starożytnych greckich żeglarzy, przemierzającego morskie szlaki według wskazań gwiazd, wzięła swą nazwę cybernetyka. Dyscyplina ta, zajmująca się mechanizmami kontroli

10

i sprzężenia zwrotnego, po raz pierwszy zastosowana w balistyce, legła u podstaw wielu współczesnych technologii informacyjnych i komunikacyjnych. Przy próbach stworzenia inteligentnych map świata często okazuje się, że mapy te więcej mówią o swoich autorach, niż o terytoriach, które opisują. Klasyfikacja, będąca podstawą mapowania pojęciowych obszarów wiedzy, zazwyczaj mylnie bierze przejściowe fikcje społeczne za rzeczywiste i namacalne, niezmienne fakty. Zdarza się to raz po raz, zwłaszcza w odniesieniu do rasy, płci, instytucji społecznych i każdej innej dziedziny, w której, w procesie tworzenia rzeczywistości, w grę wchodzi osobisty interes. Samospełniające się kategorie voodoo Nazwy dają przewagę tym, którzy je znają – zdolność wywołania, wzbudzenia lub nawet kierowania siłami związanymi z nazwą. Zawsze istniał bliski związek pomiędzy wiedzą a kontrolą, a zdolność nadawania nazw stanowi oznakę władzy. Rozwiązywanie problemów wiąże się z nazywaniem rzeczy i zagadnień i z wyznaczaniem kontekstu, w którym się nimi zajmuje. Wprowadzanie porządku w klasy nazw i hierarchie określeń nie jest kwestią czysto praktyczną czy formalnie naukową, lecz również religijną. Kategoryzacja jest rodzajem kognitywnego voodoo mającego związek z głęboko zakorzenionymi przekonaniami, że świat został stworzony przy użyciu języka poprzez przeliterowanie nazw i w efekcie, na wszechświat można wpływać przez porządek i prawidłowe użycie nazwy. Jest to możliwe, jednak nieoczywiste. Na szczęście, tworzenie wspólnych światopoglądów i ideologicznych pól pojęciowych jest bardziej złożone. Próbując narzucić światu swą pełną pychy wolę, sztukmistrze klasyfikacji mogą nie doceniać sił działających w umysłach innych. Padają ofiarą pobożnego życzenia odnośnie poziomu zgodności, jaki można osiągnąć. Na szczęście świat niekoniecznie poddaje się kategoryzacji voodoo. Sztywną standaryzację trudno osiągnąć w świecie, gdzie badanie jest ciągłym procesem, któremu towarzyszą zmieniające się definicje i bezustanna płynność rozumienia. To splątana rzeczywistość niespodziewanych zwrotów perspektywy i dynamicznych współzależności, w której obowiązują coraz to nowe trajektorie władzy. Aby ustanowić standard potrzebna


jest najpierw obopólna zgoda, a to nie może mieć miejsca tam, gdzie zgodność nie istnieje. Niemniej, jednak specjalistycznej naukowej klasyfikacji można użyć w celu promocji określonego programu, stworzenia rzeczywistości, która sama w sobie stanowi skuteczny argument, przemawiający za taką, a nie inną interpretacją rzeczywistości. Schematy katalogujące nie są wynalazkiem autentycznego porządku naturalnego, lecz porządku stworzonego, a cel jest wybrany, nie zaś nadany. Kategoryzacja w dziedzinie wiedzy niekoniecznie zaświadcza o danej rzeczywistości, ale tworzy wiedzę w zgodzie z określoną interpretacją spostrzeżenia. Systemy klasyfikacji notorycznie schodzą z kursu, ale najwyraźniej sprawdzają się w rozgrywkach samospełniających się przewidywań ideologicznej władzy. Wszystek druk, który pasuje albo i nie O ile porządkowanie i systematyzowanie wiedzy od zawsze było kluczowe dla znajdowania wcześniejszych informacji – przynajmniej od czasów biblioteki aleksandryjskiej – pomysł segregowania informacji, na przykład alfabetycznie według nazwisk autorów, jest dużo nowszy. Dominujący dziś biblioteczny system klasyfikacyjny jest przedłużeniem dziewiętnastowiecznych poglądów niejakiego pana Deweya i jego ograniczonego pojęcia o rzeczywistościach wychodzących poza świat amerykańskich białych protestantów klasy średniej. Wynalazca klasyfikacji dziesiętnej książek z lubością posługiwał się metaforą armii, aby przywrócić porządek w bezładnym kłębowisku informacji, narzucić strukturę hierarchiczną i wtłoczyć idee w diagramy naśladujące wojskowy dryl. Melvil Dewey stawiał śmiałe tezy o świecie, kiedy w roku 1876 wrzucił wszystkich niechrześcijan do jednego worka, umieszczonego na szarym końcu wszystkich kategorii religijnych. Twórcy radzieckiego systemu bibliotecznego wyrażali podobnie zdecydowane poglądy ideologiczne o świecie, ustanawiając „Dzieła klasycznych autorów marksizmu-leninizmu” najwyższą kategorią. Oddaje to problem braku pokrywania się systemów katalogowych i wzajemnej nieprzystawalności programów klasyfikacji – każdy z nich jest obrazem innego wszechświata. System klasyfikacyjny amerykańskiej Biblioteki Kongresu musiał opatrzyć kategorię „Związek Radziecki” etykietką „była”, zaś małe państwa, jak „Austria” czy „Szwajcaria” nadal umieszcza na tym samym poziomie ważności co kontynenty afrykański i azjatycki. Te zabawne efekty zaburzenia rzeczywistości i skali wyrastają również z potrzeby odnajdywania fizycznych obiektów, książek i atlasów na półkach.

Spotkanie software’u idei i klasyfikacji z hardwarem namacalnych obiektów – reakcja niematerialnego z fizycznym – może prowadzić do zaskakujących wyników. Jeśli chodzi o znajdowanie rzeczy w dużych zasobach cyfrowych, tradycyjne systemy kategoryzacji przegrywają z inteligentnym zautomatyzowanym wyszukiwaniem i technologiami indeksowania. Jednak próby kategoryzowania informacji i zasoby wyszukiwania obecne w elektronicznym świecie mogą okazać się wysoce nieodpowiednie, jeśli są zagłuszone przez przestarzałe nawyki i nieaktualne strategie, wypracowane podczas wcześniejszych prób systematyzowania wiedzy. Informacja cyfrowa nie potrzebuje półki, w związku z czym pojawia się pytanie, czy określone z góry kategoryzacje to rzeczywiście taki dobry pomysł. Główną przyczyną sukcesu Google’a był fakt, że nie ma tam żadnej wirtualnej półki, żadnej niewygodnej, uprzednio skonstruowanej, kartoteki. Półka ma jednak to do siebie, że nawet gdy dziwnie zaburza przestrzeń wiedzy, przynajmniej wyraźnie widać czy jest pełna czy pusta. Mentalistyczne katalogi i jasnowidzące ciasteczka Specjaliści od katalogowania i kategoryzacji za wszelką cenę próbują uniknąć tego, co zależne od kontekstu i tymczasowe, ale odnoszą wręcz odwrotny skutek. Usiłując wprowadzić prawo i porządek w sferze informacji, niektórzy wojownicy kategoryzacji wydają się ślepi na naturę ulotnych rzeczywistości i rozmytych odcieni znaczeń. Zainteresowania i wymogi twórców katalogów, z konieczności, biorą górę nad bardziej obiektywną potrzebą nawigacji po złożoności świata. Mnożą oni technologie kognitywnego zarządzania, które nie dostrzegają kulturowej i subiektywnej niejednoznaczności oraz ryzykowności zależnych od kontekstu twierdzeń. Idee obiektywnego porządkowania abstrakcyjnej przestrzeni są oparte na religijnym poglądzie o nieskalnej czystości. Żywią się one niebezpiecznymi ideologiami cybernetycznej kontroli, według których świat zewnętrzny da się sprowadzić do pojedynczego punktu widzenia. Język stanowi złożoną czasową i przestrzenną dynamikę znaczeń i przedstawień w stosunku do znaczonych przedmiotów. W językoznawstwie ogólnym nie ma stopnia równego, są tylko różnice. Ci, którzy pracują nad kategoryzacją i tworzą ontologię systemów klasyfikacyjnych, która ma w założeniu pozostawać w równowadze przed długi czas, muszą zawczasu organizować świat. Kategoryzować z wyprzedzeniem oznacza przewidywać przyszłość, co jest domeną wyroczni, jasnowidzów i mediów spiryty-

11


stycznych. I te właśnie pułapki kategoryzacji osoby zajmujące się mentalizmem i tzw. zimnym odczytem wykorzystują w swoich pokazach. Systemy organizacyjne pogarszają się wraz z upływem czasu i wzrostem skali. Koszt utrzymania wysoce zarządzanych, dużych, scentralizowanych ilości danych wkrótce staje się zastraszający. Pomimo że systemy rządzone prawem podaży – takie jak Google – szczęśliwie nie muszą używać prognoz i projekcji dotyczących potrzeb użytkowników, olbrzymia skala danych pozostaje głównym wyzwaniem technologicznym. Współczesna widmowa logika W przypadku złożonych systemów informacyjnych konieczne jest nie tylko to, aby maszyny reagowały i komunikowały się z ludźmi, ale również między sobą nawzajem. O czym rozmawiają za naszymi plecami? Semantyczne sieci komputerowe rozprawiają o ontologizmach i logice pierwszego rzędu, sprowadzając inferencję do prostych reguł. Sylogizmy są formą logicznego argumentu, określonego przez Arystotelesa tymi słowami: „Kiedy stwierdza się pewne rzeczy, z konieczności wynikają z nich inne”. Klasyczny przykład: ludzie są śmiertelni. Grecy są ludźmi. Dlatego Grecy są śmiertelni. Ten rodzaj kartezjańskiej logiki nie tylko brzmi sztywno i technicznie, ale – oparty na absurdalnych prawdach absolutnych – nieuchronnie prowadzi do niedorzecznych wniosków. Clay Shirky podaje następujący przykład: jeśli Hrabia Drakula jest wampirem + Hrabia Drakula mieszka w Transylwanii + Transylwania jest regionem Rumunii + Wampiry są nierzeczywiste – jedynym logicznym wnioskiem wypływającym z takiego zestawu zdań jest to, że Rumunia nie jest rzeczywista. Czasami od tego, co logiczne do tego, co głupie jest bliżej niż się wydaje. Komputery są świetnie przygotowane do sylogizmów, ale świata nie da się sprowadzić do jednoznacznych zdań, które można bez wysiłku przestawiać. U progu XX wieku Sherlock Holmes znacząco propagował ideę, że nieprzeciętnie inteligentni ludzie dochodzą do nieuniknionych wniosków, łącząc uprzednie fakty: „Kiedy wyeliminuje się niemożliwe, cokolwiek zostanie, choćby nie wiem jak nieprawdopodobne, musi być prawdą.” Arthur Conan Doyle, twórca Holmesa, nie tylko spopularyzował rozumowanie dedukcyjne, ale intensywnie zajmował się fotografią zjawisk paranormalnych, rozmowami z duchami i wieloma innymi mrocznymi rzeczami. Doyle jest ochoczym kontynuatorem spirytualizmu końca XIX wieku, złożonego zjawiska społeczno-kulturowego będącego rodzajem adaptacji do postępów w nauce i nowych technologii. Holmes jest częścią tej reakcji na rodzącą się nowoczesność, gdzie nieracjonalne spotyka racjonalne u zarania masowych społeczeństw. Napędzany kokainą pseudoracjona-

12

lizm logicznej dedukcji był histeryczną reakcją na zagadkowy świat, pełen libidinalnej ektoplazmy i zalew przedmiotów z działających na przemysłową skalę maszyn. Malowanie obrazków uproszczonego świata w zawężonej logice jest kojące i nieco pocieszające. Niestety, wyprowadzająca z równowagi szara codzienność – od czasów starożytnych po nowoczesne społeczeństwa i miejski niepokój – w większości składa się z niekompletnej, nieprzekonującej lub niepewnej i mocno uzależnionej od kontekstu informacji. Maszyny są dobre w logicznym rozumowaniu, które sprawdza się w przypadku indeksowania. To właśnie tam, wspomagana komputerowo automatyzacja, jest w dużej mierze użyteczna i skuteczna. Ludzie przetwarzają informację opierając się na uczuciach, popularnej heurystyce, intuicji, paranoi, spekulacji w ciemno, presji i dynamice grupy. Ludzie polegają na naśladownictwie, tradycji lub powtórzeniu i wielu innych metodach, ale rzadko na myśleniu sylogicznym czy dedukcji. Czy ideom śnią się elektryczne barany? W tradycji filozoficznej termin ontologia oznacza badanie bytów i ich relacji w systematycznym opisie istnienia. Tradycja ta, mniej zainteresowana tym, co jest niż tym, co możliwe, stawia pytanie „Co istnieje?”. Przedmiotem jest czysto spekulatywny cel, nie chodzi o to, aby ułatwiać działanie, ale by rozwijać rozumienie. Ontologiczne implikacje kategoryzacji są wysoce problematyczne, a idee naturalnej klasyfikacji pod epistemologicznym płaszczykiem skrywają esencjonalizm. Ontologia, w której chodzi o wypowiadanie jasnych i wyraźnych twierdzeń na temat bytów w określonej dziedzinie, sama w sobie zawiera zmienne definicje. Informatyka i dziedzina zarządzania/klasyfikacji wiedzy cyfrowej przyswoiły sobie teraz słowo „ontologia” i stosują go w odniesieniu do problemu informacji zrozumiałej dla maszyny i jednoznacznego opisu konceptualizacji. Sposób, w jaki organizują zbiory bytów, rzeczy bądź idei w spokrewnione grupy lub rozgałęzione hierarchie opiera się na takiej kategoryzacji i klasyfikacji. Filozofowie lubią sobie nawzajem wytykać mylne kategorie, pomyłki semantyczne czy ontologiczne. Przykładem może być zdanie „Bezbarwne zielone idee wściekle śpią”, w którym pewne właściwości przypisuje się rzeczom, które posiadać ich ponoć nie mogą. Podobnie za błędne uważa się określanie umysłu jako przedmiotu niematerialnej substancji, ponieważ wydaje się to bez znaczenia dla dynamicznego zespołu skłonności i zdolności. Niestety, nie ma zgodności co do tego, jak w praktyce rozpoznawać błędy kategorii. Ontologizmy domagają się dziedzin z centralną i prawowitą władzą, zwięzłego, stabilnego korpusu o ograniczonej liczbie bytów i jasnych granicach, odpowiadających formalnym kategoriom. Ściśle regulowane dziedziny systemów sądowniczych są tego właśnie przy-


kładem. Oczekują, aby ich uczestnicy byli wysoko wykwalifikowanymi twórcami katalogów, wymagają zaawansowanej wiedzy specjalistycznej i zdolności koordynacji użytkowników oraz kompetentnych źródeł, pomocnych w podejmowaniu decyzji. Zamknięte dziedziny ontologiczne o zhierarchizowanej naturze są typowe dla systemów religijnych. Będące nie tylko psychotycznymi osobistościami zinstytucjonalizowanymi bądź nie, próbują one zaprowadzić w świecie porządek poprzez niekończące się i dziwaczne spisy albo zawiłe systemy klasyfikacji w prywatnych kosmologiach. Są one jednak również podstawą krytycznej dyscypliny psychologicznej kontrolowanej paranoi, kabalistycznych metodologii analitycznych i innych umysłowych wygibasów. Ponadto istnieją długie tradycje specjalizujące się w doświadczalnie prowokowanych deliriach interpretacji i sztucznie tworzonych indywidualnych złudzeniach aluzji. Należą do nich techniki katartycznego roztrzaskiwania kategorii poprzez paradoks i rozpad fałszywych określeń w zawiłościach zagadek Zen. Ślepe taksonomie i porządki wyobraźni Mnemotechniki i haki pamięciowe nie sprawdzają się nie dlatego, że są obiektywne. Wręcz przeciwnie, starożytna ars memoria stosuje narracyjne konstruowanie wyobraźni i wizualne zakotwiczenie informacji w geometrii myśli. Typologie i taksonomie nie wydają twierdzeń, które można osądzić jako prawdziwe lub fałszywe, ale są raczej narzędziami organizacji i stabilizacji przemyśleń na temat wspólnej rzeczywistości. Jeśli nie liczyć marzeń maniaków komputerowych o „ontologii wszystkiego”, większość orędowników sieci semantycznych jest wystarczająco świadoma, że tworzenie ontologii zstępującej (top-down) czy taksonomii, która działa w przypadku wszystkich i obejmuje wszystko, nie wchodzi w grę. Utrzymują oni, że badania te umożliwiają lokalnym grupom zainteresowań tworzenie własnej ontologii i nie prowadzi się ich w celu zorganizowania nowego światowego porządku autorytarnej klasyfikacji. Reifikacja typologii nie jest czymś niezwykłym, ale konstruowanie taksonomii, w naiwnej wierze, że oddają one hierarchiczną strukturę rzeczywistości, można uważać za raczej mało światłe. W realnym świecie, gdzie występują olbrzymie obszary mnożących się bytów, które pokrywają się w różnych konfiguracjach, niestałe i pozbawione wyraźnych granic, ontologiczne systematyzowanie nie sprawdza się, jeśli chodzi o szeroki dostęp dla nieprofesjonalnych użytkowników. Pożądany poziom spójności w środowisku klasyfikacji normatywnej wpływa na równowagę pomiędzy złożonością, uproszczeniem i skalą. Albo istnieje duża zgodność w wąskim gronie użytkowników, albo małe zgodności w dużych grupach. Stereotypy i wykorzystanie subiektywności Rozproszone użycie znaczników w hierarchiach płaskich umożliwia nową heterogeniczność o dużej dawce określonej inteligencji, która podwyższa wartość organizacyjną w miarę upływu czasu i wzrostu skali. Wywołane przez użytkowników o podobnych zasadach klasyfikowania wspólne tagowanie może prowadzić do tego, że wzajemnie wzmacniają oni swoje poglądy, skłonności i niezmienne przekonania. Specjalistyczna ślepota, zagorzałe faworyzowanie, środowiskowe mody, przestępcze skłonności czy oparte na

stereotypach uprzedzenia mogą prowadzić do powstania silnej dynamiki wypaczonych tematów, opartej na wątpliwej słuszności osądach. Jeśli jednak tagowanie pozostaje przejrzyste, pozwala na zachowanie indywidualnych, przeciwstawnych czy nawet heretyckich punktów widzenia bez konieczności wpychania ich w ciasny kostium przemijających opinii głównego nurtu. Uwzględnia statystyczne rozproszenia, gdzie nierzadko rzadkie zdarzenia tworzą większość. Suma długiego ciągu zdarzeń o małej popularności może przewyższyć te o dużej popularności i internetowe przedsięwzięcia wykorzystują to w swoich interesach. To sięgnięcie po nieznane i odległe – które odłącza model usługowy od, będącej szczytem idiotyzmu, niepodważalnej krzywej popytu – z pewnością sprawiło, że programowanie mediów stało się nieco bardziej inteligentne. Przyczyniło się również do komercyjnego wykorzystania rynków, będących niszami kulturowymi i znamionuje przejście od tradycyjnych, sztywnych modeli prekonfigurowanych kategorii do nowych społeczeństw sprawujących kontrolę; od edukacyjnej indoktrynacji do płynnego wydobycia kognitywnej odpowiedzi i zmian reakcji w zarządzaniu percepcją poprzez sondaże opinii. Tak zwane interfejsy Web 2.0 umożliwiają komodytyzację subiektywności, gdzie grupy społecznościowe zostają wykorzystane, a następnie udostępnione na licencji użytkownikowi. Cyfrowe oczy i ukryci bogowie „Doskonała wyszukiwarka byłaby jak umysł Boga”, stwierdził kiedyś współtwórca Google’a, Sergey Brin. W związku z tym, cyfrowe wyszukiwarki dążą do jak największego zasięgu i maksymalnej zdolności wywoływania danych. Na początku jest szukane słowo, ale Google chce przetworzyć wszystkie informacje świata i zrozumieć dokładnie, o co ci chodzi. Bez użytkowników nie ma umysłu Boga. Google stał się obecnie głównonurtową wyrocznią z wyboru, gdzie fale pytań, zgodnych z duchem czasu, rozbijają się o skały zakrzepłych tożsamości. Z badania przeprowadzonego niedawno przez Center for the Digital Future Uniwersytetu Południowej Kalifornii, wynika, że większość ludzi wierzy, iż wszystkie lub prawie wszystkie informacje dostarczane przez wyszukiwarki są wiarygodne i dokładne. Coraz więcej ludzi, chcąc poznać najnowsze wiadomości, wybiera źródła internetowe zamiast tradycyjnej gazety. Wyraźnie widać, że kwestie ustalania ważności i nieodłącznego porządkowania informacji, wraz z kryjącym się za tym systemem mierząco-porządkującym okazują się czynnikiem wpływającym na światopoglądy. Z kolei wyobraźnia, kształtowana przez informacje, które wchłaniamy, z góry określa przedmiot naszych poszukiwań. Serwis wiadomości Google stał się już klasycznym przykładem internetowej agregacji wiadomości. Logika ustalania ważności oraz metody indeksowania Google’a skutkują wykluczeniem, a serwis nie odznacza się pluralizmem punktów widzenia. Wynikom wyszukiwania opartym na skrzywionych, ale ukrytych mechanizmach klasyfikacji brak szerszej perspektywy, sprawiedliwości i dużego zakresu reprezentacji. Praktyki ustalania ważności stanowią tajemnicę handlową i jeśli nagle alternatywna informacja znika z pierwszych miejsc w wynikach wyszukiwania, zwyczajnie nie da się dociec dlaczego. Dopiero w zdecentralizowanym systemie, gdzie wszyscy użytkownicy stają się przezroczyści dla praktyki poszukiwania danych głębokiego marketingu i badania motywacji, ale którego centrum pozostaje nieprzeniknio-

13


ne, może w środku pozostać ukryty bóg. Gdy korporacja korzysta z serwera, opartego na otwartym oprogramowaniu, wszelkie polityczne i gospodarcze wpływy pozostają ukryte, a główni dostawcy technologii wyszukiwania i wydobycia w najmniejszym stopniu nie odpowiadają za kwestie cenzury i manipulacji. W czasach gdy dostęp do informacji jest w większości kontrolowany przez kilka firm, zagadnienie to pozostaje jednym z najbardziej problematycznych aspektów wyszukiwarek. Tam, gdzie igrają szpiedzy Wyszukiwanie, eksploracja danych i wydobywanie informacji cieszą się dużym zainteresowaniem państwowych i biznesowych agencji wywiadowczych i wszystkie główne operacje komercyjne odbywają się przy udziale szpiegów. Technologie te są niezbędne w operacjach bezpieczeństwa, zarządzaniu ryzykiem oraz systemach dowodzenia, kontroli, łączności, informatyki i rozpoznania (C4I). Mogą być użyte w misjach humanitarnych lub ratowniczych, ale w asymetrycznej cyfrowej wojnie z terroryzmem segregowanie i wydobywanie informacji może zmienić się w wirtualne lub realne operacje typu „znajdź i zniszcz”. Jest to obszar działania agentów bezpieczeństwa Total Information Awareness i ich panoptycznego „oka opatrzności”. Podważając zdolności wyszukiwarki dla celów swego wszystkowidzącego oka, dokonują na masową skalę inwigilacji prywatnych informacji przepływających w sieci, siejąc informacyjną paranoję i strach o dane. W ten oto sposób wolność niekontrolowanego uczestnictwa w społecznych, kulturalnych i intelektualnych działaniach w warunkach prywatności i autonomii znika z pola widzenia. Aplikacje do eksploracji danych i wydobywania informacji są opracowywane w niezwykle drogich pakietach software’owych, które pozostają poza zasięgiem organizacji obywatelskich, niezależnych badaczy i inicjatyw krytycznych. Te potężne aplikacje nie są popierane jako narzędzia dla społeczeństwa, ale używane jako broń przeciwko temu społeczeństwu przez tych, którzy mogą sobie na to pozwolić. Dalsze opracowywanie technologii semantycznej zwiększy niepokojącą zdolność identyfikowania i rozumienia jednostek oraz manipulowania nimi bez ich wiedzy i świadomości. W imię różnorodności potrzeba dostępnych i przejrzystych aplikacji, zaś kryptologia otwartych tajemnic musi pozostać otwarta. Potrzeba dynamicznego systemu heterogenicznej wielorakości, obejmującego interfejsy wymiany P2P i otwarte strategie wyszukiwania, skalowalnego robota internetowego służącego informacji osobistej i anonimowych wyszukiwarek, jak również zdecentralizowanych architektur klastrowych pozbawionych centralnego serwera. Narzędzia do produkcji inteligencji kulturowej powinny być w rękach wielu, a nie pozostawać przywilejem nielicznych. Prawdziwie wolny rynek konkurencyjnych idei wymaga dostępu do narzędzi, wspomaganego komputerowo, analizowania i wnioskowania, zaś demokratyczna różnorodność tworzenia sensów oznacza powszechną dostępność zautomatyzowanych procesów informacyjnych. Rozszerzone poznanie cyborgowe Liczni eksperci zauważają, że w wielu dziedzinach, takich jak biocybernetyka i kognitywistyka, rozwój w sferze przetwarzania informacji idzie w kierunku ściślejszej

14

symbiozy między człowiekiem a komputerem. Integracja systemu ludzkiego (HSI) jest hasłem wywoławczym dla nowych interfejsów użytkownika, udoskonalonych pod względem szybkości i głębi wydobywania informacji oraz podejmowania decyzji. Rozszerzone poznanie pragnie przeskoczyć ludzkie ograniczenia poznawcze poprzez obliczanie adaptacyjne. Adaptacyjny interfejs posiada czujniki określające stan i emocje użytkownika oraz maszyny wnioskujące i klasyfikatory oceniające informacje pochodzące z czujników. Systemy obliczeniowe stale dostosowują się do swoich użytkowników i – poprzez wyczuwanie, uczenie się i wnioski – rozumieją tendencje, wzorce i sytuacje odpowiednie do kontekstu oraz celów. Jest to odejście od systemu linearnego czy statycznego tekstu i elektronicznej maszyny do pisania w kierunku zaawansowanej statystycznej analityki tekstowej, eksploracji informacji i ulepszonego rozpoznawania wzorców. Oczywiście pilot odrzutowego myśliwca jest obecnie prototypowym cyborgiem. Jednak zarówno piloci, jak i pracownicy informacji na ziemi muszą błyskawicznie wyłapywać właściwe informacje z olbrzymiej ilości danych i działać zgodnie z wynikami. Wydaje się naturalne, że DARPA (Agencja Zaawansowanych Obronnych Projektów Badawczych) jest głównym graczem w dziedzinie technologii, która kształtuje przyszłość działań wojennych i dominacji informacyjnej. Ponieważ każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nie do odróżnienia od magii, bez praktycznego zrozumienia zasad jej działania ta wschodząca technologia pozostaje czarną magią. Nauki tajemne dynamicznych i nadmiernie finansowanych laboratoriów stawiają sobie za cel wpływ na kształtowanie informacji. Wbudowana polityka informacyjna Abstrahując od futurystycznych aplikacji i obliczeniowej złożoności, technologie umysłu są filozofią polityczną w przebraniu neutralnego kodu. Niewinne programy narzędziowe, które wtapiają się w codzienność pracy i rozrywki poprzez cieniowanie, zaciemnianie czy subtelne ukierunkowywanie naszego postrzegania, na różne sposoby wplatają kognitywne wątki w materię rzeczywistości. Celowo opracowane tak, aby przynosić wyniki w ograniczonym punkcie odniesienia czy naiwne mechanizmy ideologii w określonych dziedzinach, te narzędzia kognitywne zawsze mają charakter polityczny. Klasyfikacja nie jest jedynie narzędziem wydobywania, lecz również wbudowanym elementem ustawicznego budowania kontekstu pracy i kojarzonych z nim dynamicznych procesów i mechanizmów. Logika codziennego języka i retoryka polityczna zwykle ewoluują z hierarchii obiektów semantycznych, której założenia przedstawia się jako dane od boga i naturalne. Jednak w codziennej rzeczywistości zalewu informacji konieczne jest uznanie zarówno arbitralności, jak i rozmyślnego określania oraz faktu, że hierarchie nie są w cudowny sposób wytwarzane przez naturę. W grę wchodzi także struktura informatyczna społeczeństa i jego instytucji. W heterogenicznych obszarach badań nad wyszukiwaniem i kształtowaniem się nauk stosowanych, u podstaw demokratycznego społeczeństwa, wątkiem, którego należy szukać jest inteligencja kulturowa. Tłumaczyła: Joanna Pyra


Carlos Katastrofsky vir.us.exe (2009) title: vir.us.exe
year: 2009
webpage on server / windows program
launch artwork: http://www.antibodies.net/vir.us.exe “vir.us.exe is a windows program, communicated and spread by e-mail announcements, mailing lists and other networked (viral) press activities. katastrofsky explains that a virus lives upon the reproduction of itself with the aim to survive as long as possible. However, the most dangerous parts of such an infection are not always the harmful cells a virus is based upon; it is the psychological concept of fear acting invisibly in the background. The project thus strips down the mechanisms of a viral infection and transfers its core principles into the digital realm. By avoiding everything a virus should do, only the virus itself will be left. This way it will become a meta-virus spreading not because it is an actual virus but because it is perceived as such.” (Luis Silva) vir.us.exe is commissioned by KURATOR and LX 2.0 Lisboa 20 Arte Contemporanea, as part of the AntiBodies programme co-ordinated by Relational with support from Arts Council England, granted the London 2012 Inspire mark as part of the Cultural Olympiad.

#include <windows.h> #include <shellapi.h> #include <iostream> void Selfdestruct(); static const char tempbatname[] = „ _ uninsep.bat” ; void main(void) { Selfdestruct(); } void Selfdestruct() { // temporary .bat file hf = CreateFile(temppath, GENERIC _ WRITE, 0, NULL, CREATE _ ALWAYS, FILE _ ATTRIBUTE _ NORMAL, NULL) ;

static char templ[] = „:Repeat\r\n” „del \”%s\”\r\n” „if exist \”%s\” goto Repeat\r\n” „del \”%s\”” ; char modulename[ _ MAX _ PATH] ; absolute path of calling .exe file

//

char temppath[ _ MAX _ PATH] ; // absolute path of temporary .bat file char folder[ _ MAX _ PATH] ; GetTempPath( _ MAX _ PATH, temppath) ; strcat(temppath, tempbatname) ; GetModuleFileName(NULL, modulename, MAX _ PATH) ; strcpy (folder, modulename) ; char *pb = strrchr(folder, ‚\\’); if (pb != NULL) *pb = 0 ; HANDLE hf ;

if (hf != INVALID _ HANDLE _ VALUE) { DWORD len ; char *bat ; bat = (char*)malloc(strlen(templ) + strlen(modulename) * 2 + strlen(temppath) + strlen(folder) + 20) ; wsprintf(bat, templ, modulename, modulename, folder, temppath) ; WriteFile(hf, bat, strlen(bat), &len, NULL) ; CloseHandle(hf) ; ShellExecute(NULL, „open”, temppath, NULL, NULL, SW _ HIDE); } }

15


Christiane Paul Sztuka cyfrowa / Sztuka publiczna: władza i działanie w społecznościach sieciowych

Technologie cyfrowe i sztuka nowych mediów rozszerzyły, poddały w wątpliwość, a nawet przedefiniowały pojęcia przestrzeni publicznej, sfery publicznej i sztuki publicznej. Współczesna kultura w dużej mierze obraca się wokół przepływu danych (tekstowych, wizualnych i dźwiękowych), technologii, komunikacji i interakcji, wspierając ideę społeczności sieciowych, co stawia pytania o działanie, kontrolę i władzę. Jak zauważył David Garcia (1998): „Przepływ ten nie jest tylko jednym z elementów organizacji społecznej, lecz wyrazem procesów, które dominują w naszym życiu gospodarczym, politycznym i społecznym” [3]. Niniejszy esej stanowi próbę zbadania, w jaki sposób sztuka cyfrowa wykorzystuje sieci elektroniczne do przedefiniowania pojęcia przestrzeni publicznej, poprzez poszerzanie możliwości różnego rodzaju interwencji. W tym kontekście należy rozważyć postawę artystów wobec mass mediów w ogóle, jak również możliwości zrozumienia społeczności sieciowych w relacji do takich pojęć jak autorytet, kontrola i władza. Elektroniczne sieci przyniosły nowe rozumienie tego, co publiczne i otworzyły nowe przestrzenie na artystyczne interwencje. Tak zwana sztuka publiczna ma za sobą długą historię, termin ten był zazwyczaj stosowany w odniesieniu do prac eksponowanych w przestrzeni publicznej, poza miejscami tradycyjnie do tego przeznaczonymi (w tym kontekście muzea i galerie nie stanowią przestrzeni publicznej) lub do działań artystycznych w przestrzeni publicznej. Sztuka publiczna jest zazwyczaj autoryzowana, a niekiedy nawet finansowana przez rządy lub władze panujące nad daną przestrzenią i często bywa wykorzystywana przez totalitarne reżimy w celach propagandowych [1]. Równolegle jednak towarzyszy jej historia „partyzanckiej” sztuki publicznej. Formy sztuki publicznej w swoim założeniu mają być ulotne; polegają na interwencjach uwzględniających specyfikę danego miejsca, dokonanych przez ruchy takie jak Fluxus czy Międzynarodówka Sytuacjonistów (Situationist International – SI). Sytuacjoniści to ruch o charakterze zarówno artystycznym, jak i politycznym, który powstał w późnych latach 50. dwudziestego wieku w wyniku połączenia się kilku mniejszych grup, w tym Między-

16

narodówki Lettrystycznej (Lettrist International) oraz Londyńskiego Towarzystwa Psychogeograficznego (London Psychogeographical Association). Chociaż sytuacjonizm w założeniu odnosił się do teorii i praktyki konstruowania sytuacji w przestrzeni publicznej, jego przedstawiciele celowo unikali definicji, jak również doktryny interpretacyjnej.

Polityczny aktywizm, haktywizm i taktyczne media Oprogramowanie społeczne można uznać za podkategorię aktywizmu, który ma długą tradycję w historii sztuki i podejmuje problematykę wsparcia słabo reprezentowanych grup, rasizmu, ról płciowych oraz kontroli mediów i informacji. Możliwość wymiany w ramach społeczności sieciowych na nowo zaktywizowała kolektywne strategie, dostarczając nowych sposobów kontaktowania się osób i grup, jak również nowych środków umożliwiających podważenie utrwalonych struktur władzy i kontroli. Filozofia darmowych danych stanowi siłę napędową ruchu open source (oraz ruchu Copyleft), działającego na rzecz nieograniczonej redystrybucji i modyfikacji kodu źródłowego (pod warunkiem, że wszystkie kopie i dokumenty pochodne zachowają te same prawa). Rosnące znaczenie kontroli nad informacją, prywatności i ochrony danych, jak również publiczna debata, dotycząca tych kwestii sprawiły, że sztuka aktywistów wyrosła na nową siłę, której artystyczny świat nie może zignorować; odbyło się kilka wystaw poświęconych aktywizmowi, hakingowi i ruchowi open source. Spośród ruchów artystycznych, które podjęły krytyczną analizę autorytarnej kultury manifestującej się poprzez wykorzystanie mediów, można wymienić grupę Surveillance Camera Players, która urządzała występy przed kamerami do monitoringu, jak również ruch Critical Art Ensemble (CAE). Zarzuty postawione Stevowi Kurtzowi z CAE i jego batalia z wymiarem sprawiedliwości doskonale obrazują, jak drażliwymi kwestiami dla władz USA są krytyczna analiza polityki oraz – panująca w obecnym klimacie – restryk-


cyjna, autorytarna logika [5]. Grupy artystycznych aktywistów, podejmujące problemy systemów i mechanizmów kontroli, muszą, rzecz jasna, postawić sobie pytania dotyczące ich własnej wewnętrznej organizacji. Jak zauważył McKenzie Wark (2002), wewnętrzna struktura tych grup może łatwo stać się odzwierciedleniem relacji władzy z zewnętrznego świata. Innym, bardziej zewnętrznym problemem może być to, że grupa przyciągająca uwagę mediów skoncentruje się jedynie na reagowaniu na swój medialny wizerunek. Jak słusznie zauważa Wark, awangardowe grupy z przeszłości – dadaiści, surrealiści, sytuacjoniści, The Living Theater czy Art & Language – miały często problemy z powodu swojej wewnętrznej struktury, która opierała się na hierarchicznych, a nawet dyktatorskich praktykach, jak chociażby wskazany przez Warka „syndrom fabryki Warhola ze źle opłacanymi robotnikami” [4]. Projekty aktywistów w świecie sztuki cyfrowej często stosują strategie takie jak zawłaszczenie, remiksowanie i klonowanie stron internetowych lub wykorzystują cyfrowe technologie jako media taktyczne po to, by ukazać siłę i mechanizmy kontroli tych technologii. Popularną strategią jest „wywracanie technologii na lewą stronę” i zwracanie uwagi na technologię samą w sobie; wykorzystuje ją Institute for Applied Autonomy w projekcie iSee. iSee to internetowa aplikacja, która tworzy mapy ukazujące rozmieszczenie w przestrzeni miejskiej kamer do monitoringu [7]. Mapy te umożliwiają użytkownikom wybór trasy omijającej zasięg kamer lub chociaż „ścieżki o najsłabszym nadzorze”. Interwencje aktywistów przybierają niekiedy formę haktywizmu – metody wykorzystującej haking, a więc łamanie, ulepszanie i przebudowę danych oraz systemów, jako strategię kreatywną, a nie jedynie destruktywną. W spektrum hacktywizmu zawierają się zarówno nieszkodliwe psikusy, jak i działania na granicy prawa. Na przykład grupa The Electronic Disturbance Theater, która określa swoje działania jako „elektroniczne nieposłuszeństwo obywatelskie”, urządziła szereg „wirtualnych strajków okupacyjnych” na poparcie rebeliantów-zapatystów w meksykańskim stanie Chiapas, wykorzystując samodzielnie napisaną aplikację internetową Flood Net, która zakłócała działanie wybranych stron internetowych, np. strony prezydenta Meksyku i departamentu obrony USA [6]. Alternatywna przestrzeń Internetu podważa nasze tradycyjne, materialne modele własności, praw autorskich i marek. Internet, będąc jednocześnie otwartym systemem i archiwum możliwych do powielenia danych, pozwala na szybką rekontekstualizację wszelkich informacji. Wirtualna nieruchomość firmy lub instytucji może być łatwo skopiowana (sklonowana) i osadzona w nowych kontekstach; jest to taktyka stosowana przez wielu artystów, aktywistów internetowych czy hacktywistów. Ze względu na swoją koncentrację na kwestiach kontroli i rządzenia, sztuka aktywistów i taktyczne media społeczności sieciowych pozwalają na najbardziej dobitne wyeksponowanie problematyki władzy w sferze publicznej. Społeczności te z pewnością przedefiniowały to, czym jest i czym mogłaby być sztuka publiczna, szczególnie jeśli chodzi o problem przestrzeni, która staje się dystrybuowana nie-lokalnie.

Przypisy: [1] J. Baudrillard, 2003, Requiem for the Media, [w:] N. Wardrip-Fruin i N. Montfort, New Media Reader. Cambridge, Mass: MIT Press, s. 277-288. [2] A. Galloway, 2004, Protocol: How Control Exists After Decentralization. Cambridge, Mass.: MIT Press. [3] D. Garcia, 1998, Some Thoughts on Public Domain, [w:] http:// www.debalie.nl/artikel.jsp?articleid=12829, (stan z dnia 30 marca 2005). [4] M. Wark, 2002. Review of Critical Art Ensemble’s Digital Resistance: Explorations in Tactical Media, [w:] http://rhizome.org/thread.rhiz?thread=4976&text=10078 (stan z dnia 30 marca 2005). Materiały z Internetu: [5] Critical Art Ensemble, http://www.critical-art.net/. [6] Electronic Disturbance Theater, http://www.thing.net/ ~ rdom / ECD / ecd.html. [7] Institute for Applied Autonomy, iSee, http://www.appliedautonomy.com/isee.html.

Tłumaczył: Robert B. Lisek

17


The Institute for Applied Autonomy (IAA) ENGAGING AMBIVALENCE: INTERVENTIONS IN E N G I N E E R I N G C U LT U R E The most significant underwriter of engineering research in the United States is the Department of Defense, largely acting through the Defense Advanced Research Projects Agency (DARPA). DARPA exists to channel funds from the military to academic and corporate research labs in exchange for technological innovations that serve the needs of its clients - the Army, Navy, Air Force, and Marines. As DARPA public relations officers are fond of pointing out, innovations funded by DARPA grants may also find expression in civilian applications, particularly in the communications and aerospace industries. Researchers (‘principal investigators’) are held accountable to DARPA programme managers via aggressive schedules of milestones, deliverables, and administrative review. Framing this process as a form of cultural co-production implicates both researchers and military officers as active participants in constructing military-funded civilian research, and highlights tensions between martial and academic approaches to knowledge production. This depiction reveals opportunities for interventions that pose deep challenges to engineering culture.

to DARPA in the form of proposals and prototypes. The most stimulating submissions are selected for further development while the rest are abandoned, unworthy of further attention. Principal investigators who keep their programme managers satiated are in turn nourished with DARPA funding and the support of their host institutions. Researchers who fail to satisfy DARPA managers must look to other, less well-endowed, funding sources or be denied resources and, often, tenure. Research prototypes thus become the ‘word made flesh’ (or, more accurately, silicon and steel), embodiments of desire created through a cyclical process of co-creation by researchers and programme managers. Through proposal solicitations, review sessions, and demonstration milestones, researchers continuously labor to engage DARPA managers in the co-construction of technologically enabled martial fantasy, enjoying the bounty of continued funding where they succeed and adjusting their products where they fall short.

DARPA review as co-production

Because their operations depend on the unfettered flow of DARPA funding, research and development labs generally rely on literal interpretation strategies when deciphering DARPA solicitations. Artists and amateurs, on the other hand, have much more latitude in their reading of DARPA texts and are free to explore the metaphorical value of DARPA concepts. For example, our ‘Contestational Robotics’ (2004) initiative proceeds from a loose reading of DARPA’s Tactical Mobile Robotics programme: ‘The Tactical Mobile Robotics program is developing robotics technologies and platforms designed to revolutionize dismounted operations by projecting operational influence and situational awareness into previously denied areas.’ Recognising the references to ‘denied areas’ as a metaphor for the privatisation of public space, we developed several devices that allow artists, activists, and juvenile delinquents to ‘project operational influence in ways that humans cannot by using reliable semi-autonomous robotic platforms’. Like their military counterparts, our graffiti writing (figure 1) and humanoid pro-

DARPA’s mission, ‘to maintain the technological superiority of the US military and prevent technological surprise from harming our national security by sponsoring revolutionary, high-payoff research that bridges the gap between fundamental discoveries and their military use’, is a narrative of transcendence. As the titles of two of its recent DARPAtech conferences suggest, the agency is concerned with ‘Bridging the Gap’ (2004) between laboratory research and battlefield application, or more poetically, with ‘Transforming Fantasy’ (2002) into martial reality. Like other institutions that employ ‘fantasy into reality’ imagery (e.g. Disney, the pornography industry), DARPA is in the business of creating and satisfying desire. DARPA program managers entice academics with fanciful visions of future combat scenarios informed by science fiction and video games. These solicitations are cryptic pronouncements to be interpreted by principal investigators at competing research laboratories and presented back

18

Re-interpretation as Intervention


Normalised Ambivalence By explicitly addressing political issues, our projects challenge engineering culture. As a practice, engineering proceeds through a highly productive ambivalence about the relationship between engineers and the society in which they operate. On the one hand, engineers are fundamentally concerned with acting on a world that they perceive as ‘essentially problematic... an opportunity for continuous, useful, material, development’ (Holt 1997). We may call this the da Vinci impulse - the capacity for innovative material production that draws upon all of the arts and sciences to increase understanding and improve the human condition. At the same time, engineering views itself as a service industry whose primary responsibility is to provide technical expertise to its employers (CoEE 2003). This is the Dilbert impulse -the tendency to myopically focus on technical problems and leave consideration of a product’s ultimate use to marketers and end-users. While the da Vinci impulse energises a highly skilled workforce dedicated to solving ‘hard problems’, the Dilbert impulse provides ethical justification when those problems arise in conjunction with morally dubious applications. The ambivalence embodied in these contradictory formulations of engineering practice is enabled by a conception of technology as value-neutral tool that, by extension, insists technological development is an ethically indifferent activity. This instrumental view of technology (Feenberg 1991) and ambivalence towards the world are normalised through im-

mersion in engineering culture - primarily in technical universities. In addition to providing technical innovation for the military, DARPA involvement in academia normalises ambivalence among students and researchers. Although the agency’s motivation is to enhance the military’s ability to win wars and kill enemies, open declarations of martial efficacy are rare within academia. Instead, DARPA-supported research is presented to the academic community (including the students working on military projects) in abstract terms, as ‘optimization algorithms’ and ‘enabling technologies’. Civilian applications are highlighted, thus fostering a sense that the particular (and, by extension, all) technologies are neutral. The rhetorical work done by this positioning of military research relies on the slippage between ‘dual use’ technologies, which have a varied but limited set of military and civilian applications, and ‘general purpose’ tools, which can be brought to bear on virtually any problem. While it may be argued that in practice there can be no such thing as a general purpose tool (Weizenbaum 1976), emphasising civilian applications for a DARPA-funded research project downplays the particular application for which it has been designed and frees the engineer from responsibility for the uses to which it will most likely be put. The culture that celebrates technology’s neutrality thus mobilizes ambivalence as a mechanism that enables thoughtful, well-intentioned individuals to work on projects they would otherwise find morally repugnant.

Infiltration and Tactical Aesthetics As an organisation, the IAA is an exercise in tactical aesthetics - we use the visual and rhetorical devices of sanctioned research organisations in an elaborate performance aimed at infiltrating engineering culture. By demonstrating technical competence, we earn the right to speak to engineers not as activists or theorists, but rather as an ‘Institute’ of fellow travellers, indistinguishable in many respects from the research organisations where our audience toils every day. Our projects are presented as ‘research findings’ at university lectures and technical conferences, and are reported on in engineering journals and trade publications. Our critique of engineering practice thus comes from within engineering culture, and is given material weight by the production of working artifacts. While there is a long history of artists and social theorists questioning relationships between technology and society, there is an equally long history of engineers ignoring art and social theory. By acting as engineers who address contentious political issues, we undermi-

19

Figure 1: GraffitiWriter (1999) 100

paganda machines (figure 2) are intended to perform actions too risky for human actors – although, in our case, the ‘operations’ include spray-painting slogans and distributing subversive literature, and the “denied areas” are government buildings, shopping malls, and public streets. Similarly, our metaphorical reading of the Small Unit Operations: Situational Awareness System concept (‘mobile communication system... optimized for restrictive terrain’ that relies on ‘wearable computing’ to ‘maintain communications and situational awareness in a difficult urban environment’) substitutes civilians for soldiers and cities for battlefields. Taking this conceptual turn reveals a need to monitor and avoid surveillance camera networks (figure 3), and the utility of a cell phone text messaging service that allows demonstrators to coordinate actions and track police movements during political protests (figure 4).


ne the normalised ambivalence that characterises engineering practice. The works thus act as Trojan horses, carrying our critique through the gates of detachment that guard engineers against taking responsibility for the products of their labour. In lieu of ambivalence, we offer the engineering community the image of an ‘engaged engineering’ that works diligently in the service of freedom and human dignity, and takes responsibility for the world it helps create. REFERENCES: CoEE (Code of Ethics for Engineers) (2003) National Society of Professional Engineers. Critical Art Ensemble and Institute for Applied Autonomy (2001) ‘Contestational Robotics’, in Critical Art Ensemble (eds.) Digital Resistance: Explorations in Tactical Media, New York: Autonomedia. DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency) (2004) Mission and Overview <http://www. darpa.mil/body/misssion. html>, accessed on 24.12.04. Andrew Feenberg (1991) Critical Theory of Technology, New York: Oxford University Press. J.E. (Tim) Holt (1997) ‘On the Nature of Mechanical Engineering Work - An Engineering Ethos’, in The International Journal of Engineering Education, 12(5). Joseph Weizenbaum (1976) Computer Power and Human Reason: From Judgement to Calculation, San Francisco: W.H. Freeman.

Figure 3: iSee (2002)

Figure 4: TXTmob (2004)

20


Kama Wróbel Robaki w służbie sztuki

Sztuka digitalna jest szerokim określeniem praktyk artystycznych wykorzystujących narzędzia technologii cyfrowej; ich rozwój sprawił, że tradycyjne aktywności artystyczne zostały od niej uzależnione i tym samym wpłynęły na proces popularyzacji tego typu działań. Pomimo że w Polsce praktyki medialne wciąż jeszcze nie są w wystarczający sposób eksploatowane, to istnieje jednak możliwość śledzenia ich rozwoju w różnych centrach i instytucjach kultury. Szczególnym typem aktywności jest coraz mocniej zauważalna praktyka hacktywistyczna, wywodząca się z działań hakerów komputerowych – zdalnych i bardzo często nieuprawnionych manipulacji w systemach teleinformatycznych. W obrębie tego typu aktywności można rozróżnić dwa rodzaje działań w obszarze artystycznym – haking i haktywizm. Haking z założenia jest akcją pozapolityczną i pozaekonomiczną, a jedynym jej celem jest albo skuteczny atak na daną jednostkę, np. komputerową, albo po prostu akcja dla akcji. Popularniejszą formą, stosowaną przez artystów, jest hacktivism, który pod względem semantycznym wywodzi się z połączenia dwóch wyrazów: hack oraz activism. Oczywiście – tak jak każdy nurt – posiada własne założenia, które określają pole manewru twórców działających w tej przestrzeni. Każdorazowo działanie będzie nastawione na jednoznacznie sprecyzowany cel – zazwyczaj polityczny, społeczny lub ekonomiczny – z założeniem protestu przeciwko różnorodnym niesprawiedliwościom, monopolom itp., wpisując się tym samym w strategię działań mediów taktycznych (tactical media). Pojęcie mediów taktycznych wprowadzone zostało do obiegu terminologicznego w połowie lat 90. przez Geerta Lovinka i Davida Garcię i „określało zarówno aktywnie krytyczne wobec korporacjonizmu, komercjalizacji i zawłaszczania sieci przez wielki biznes strategie pionierów net artu (0100101110101101.ORG, Heatha Buntinga, Vuka Cosicia czy Jodi), jak i działania hacktywistów czy ruchów społecznych lat 90-tych (m.in. alterglobalistów, działaczy ekologicznych, ruchu feministycznego)” [1]. W tym kontekście warto pamiętać, że pojęcie „taktyka” według teoretyków mediów rozumiane jest jako działanie wykorzystujące braki czy też luki w określonym systemie, które na celu ma doprowadzenie do jego przejęcia bądź zawieszenia [2]. Powszechnie uznaje się, że rozwój hacktivismu przypada na rok 1998, w którym Internet stał się medium ogólnodostępnym, umożliwiającym powszechne uczestnictwo w działaniach wewnątrzsieciowych, z których moż-

na wyszczególnić trzy typy: web sit-ins, defacing web pages oraz e-mail bombing. Warto pamiętać, że w obrębie opisywanej przeze mnie kultury funkcjonował ukuty przez samych działaczy termin Electronic Civil Disobedience (ECD) [3], opisywany jako „forma pozbawionego przemocy protestu przeciwko instytucjom lub osobom podejmującym nieetyczne lub bezprawne czynności”. Ma on nie dotykać w bezpośredni sposób osób postronnych, ale w dużej mierze je zrzeszać, bowiem jedną z ciekawszych strategii ataków haktywistycznych jest tzw. virtual lub web sit-ins (wirtualna posiadówka), będąca niczym innym jak masowym okupowaniem witryny internetowej określonej firmy lub organizacji, w celu wywołania efektu przeciążenia serwera, a w konsekwencji jego zawieszenia (np. DoS). Wraz z początkiem lat 90. grupa Critical Art Ensemble [4] przeniosła stosowaną przez aktywistów koncepcję sit-ins do świata wirtualnego, co zaowocowało licznymi hacktywistycznymi akcjami. „Pomysł był prosty. Zamówienie przez Internet treści danej strony obciąża w pewnym stopniu komputer, na którym strona się znajduje. Także łącze, którym biegną dane, ma ograniczoną przepustowość. W teorii, wiele ponawianych, jednoczesnych zamówień strony mogłoby przeciążyć komputer lub łącze i zablokować dostęp do strony innym osobom. Brak dostępu przyciągnie uwagę zarówno internautów, jak i właścicieli blokowanej strony” [5]. Strategię tę zastosowano m.in. w jednej z pierwszych udokumentowanych akcji typu sit-ins, w 1995 roku. Net-Strike grupy Strano Network był wymierzony w rząd francuski, jako odpowiedź na politykę zarówno społeczną, jak i jądrową [6]. Podobne działanie, ale w ramach festiwalu Ars Electronica w Linz, zorganizowała w 1998 roku grupa Electronic Disturbance Theater (EDT). Zaimplementowanie do software’u instalacji SWARM autorskiej aplikacji FloodNet, opartej na Javie, umożliwiło blisko dwudziestotysięcznej grupie internautów proces dwudniowego blokowania oficjalnych stron internetowych prezydenta Meksyku Ernesto Zedillo, Pentagonu oraz giełdy papierów wartościowych we Frankfurcie; była to forma protestu przeciw konfliktowi w Chiapas. W tym samym czasie podmieniono również zawartość stron Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Zdrowia. „Prawdopodobnie nie doszło do całkowitej blokady dostępu, jednak akcja stała się wydarzeniem medialnym, a problem [Indian] Chiapas został nagłośniony. Od tego czasu program FloodNet (obecnie udostępniony za dar-

21


mo w Internecie) był kilkanaście razy używany do blokady stron rządu Meksyku. Akcje z jego użyciem organizowali także obrońcy praw zwierząt, przeciwnicy modyfikowanej genetycznie żywności lub amerykańskich ataków na Irak. W ubiegłym roku blokada stron MFW towarzyszyła protestom na ulicach Pragi” [7]. Strategia ta została zastosowana również w ramach Jam Echelon Day (JED) z 1999 r., gdzie celem ataku było zakłócenie działania globalnej sieci wywiadu elektronicznego Echelon, służącego do przechwytywania danych z systemu telekomunikacyjnego porozumienia AUSCANNZUKUS. Warto również wspomnieć o sławnym proteście sieciowym, który wyniknął z konfliktu pomiędzy sklepem internetowym ETOYS.com a grupą artystów-alterglobalistów, posługujących się tą samą nazwą. Wirtualny sklep z zabawkami uznał, że grupa twórców bezprawnie używa zastrzeżonej nazwy, pomimo że witryna ETOY funkcjonowała dwa lata dłużej, i zmusił ich do odsprzedania praw do domeny. Za pomocą masowego ataku na serwery firmy – czyli wirtualnego sit-ins – udało się sparaliżować dostęp do sklepu w okresie przedświątecznym i rozpropagować w Internecie wiele nieprzychylnych informacji na temat koncernu. To zaowocowało gwałtowanym spadkiem notowań ETOYS.COM na giełdzie, a także rezygnacją z roszczeń wysuniętych wcześniej wobec grupy ETOY. Nieco inaczej – lecz również z wykorzystaniem ataku typu DoS (Denial of Service) – Robert B. Lisek w artystycznym projekcie Removal of Gallery/Usunięcie Galerii doprowadził do całkowitego zawieszenia bazy MSQL i serwera wrocławskiej galerii BWA przez SQL Injection. W tym kontekście warto pamiętać również o innych odmianach ataku DoS – DDoS (Distributed Denial of Service) oraz DRDoS (Distributed Reflection Denial of Service). Coraz popularniejszym typem działań hacktywistycznych jest podmienianie informacji znajdujących się na docelowej stronie atakowanej instytucji, co w dużej mierze jest wykorzystywane w celach społeczno-politycznych. Tego typu strategia została zastosowana w 1997 roku przez portugalską grupę UrBaN Ka0s, która – w ramach akcji mającej nawoływać do autonomii Timoru Wschodniego – podmieniła treść na kilkudziesięciu indonezyjskich stronach, zamieszczając na nich hasła wolnościowe (http://www.2600.com/hackedphiles/east_timor/). Uznaje się, że był to jeden z pierwszych masowych ataków w historii. Wydaje się jednak, że najgłośniejszą akcją tego typu było włamanie się grupy milw0rm do systemu instytutu Bhabha Atomic Research Centre. W 1998 roku, w ramach protestu przeciwko próbom użycia broni jądrowej, grupa dokonała efektywnych zmian w wyglądzie strony instytutu, poprzez umieszczenie na niej zdjęcia grzyba atomowego oraz różnorodnych, pacyfistycznych haseł. Inną w formie i wyraźnie humorystyczną akcją była tegoroczna ingerencja w strukturę strony internetowej amerykańskiej Defence Logistic Agency, dokonana przez Polaka zwanego portythepigiem. W kodzie strony, za pomocą SQL Injection został zagnieżdżony fragment wideo z piosenką Wesoły Romek pochodzącą z filmu Miś. Nagranie to zostało jednak ukryte, a obejrzeć je można było po wklepaniu na klawiaturze wyrazu portythepig. Niezwykłą popularnością cieszy się strategia zwana steganografią, która polega na kodowaniu określonych informacji w lokalizacjach typu obraz, który następnie umieszczany jest na wybranej witrynie internetowej. W tym obszarze szczególną aktywnością wykazuje się m.in. grupa

22

Hacktivismo [8], która „stworzyła niewielki program o nazwie camera/shy, pakujący informacje z ocenzurowanych witryn w graficzne pliki gif. Takie pliki bez problemu zostają przepuszczone przez firewall i mogą być swobodnie wymieniane np. pocztą elektroniczną. Innym dziełem tej grupy jest program six/four (odwołanie do 4 czerwca 1989 – daty masakry na placu Tiananmen), umożliwiający bezpośrednie połączenie między komputerami użytkowników i wymianę plików z pominięciem sieci WWW, usług pocztowych, czatów itd” [9]. Hactivismo – jako jedna z grup, które aktywnie współpracują z opozycyjnymi organizacjami państw o ograniczonym czynniku wolności, m.in. Chin, Korei Północnej, Iranu – pokonała blokady cenzorskie chińskiego firewalla, umożliwiając na pewien czas dostęp do wszystkich nieudostępnianych wcześniej witryn. Akcja ta powiodła się, jednak jej następstwem było zaostrzenie systemów cenzorskich w tym kraju. W kontekście poruszanego tematu, warto również pamiętać o różnych typach robaków sieciowych i innego rodzaju oprogramowaniu typu trojany lub boty, które niezwykle często są używane do ataków hacktywistycznych. Za jedną z pierwszych i ciekawszych akcji tego rodzaju uważa się implementację robaka WANK (Worms Against Nuclear Killers) do sieci DECNet w 1989 roku. Robak ten infekował komputery DOE, HEPNET i SPAN (NASA), pracujące pod kontrolą systemu VMS (Virtual Memory System)[10] i wyświetlał za ich pomocą komunikat krytykujący nuklearny wyścig zbrojeń; używał przy tym wersów piosenek zespołu Midnight Oil. WANK w żaden sposób nie szkodził systemowi, a jego podstawowym zadaniem było przekazanie komunikatu politycznego. W podobnym celu powstał także robak Injustice z 2001 roku, który za zadanie miał wyświetlać informację o zabiciu przez izraelskie wojsko młodego, dwunastoletniego Palestyńczyka w Strefie Gazy. Inną formą, bo z kategorii działań stricte artystycznych, jest nowa realizacja Roberta B. Liska, która w bezpośredni sposób łączy się z zagadnieniem mediów taktycznych. Crash 2.0. worm (2010) została zaprojektowana jako instalacja sieciowa, której działanie opiera się na stworzonym przez Roberta B. Liska robaku sieciowym. Robak sam się rozprzestrzenia i infekuje, połączone za pomocą linków, strony internetowe w celu pozyskania pożądanych informacji – w tym przypadku wyrazów semantycznie łączących się z pojęciem crash, a w domyśle również z katastrofą smoleńską. Warto wspomnieć, że w bazie Crash 2.0 znajduje się aż siedem milionów rekordów poświęconych różnym atakom terrorystycznym. Robak ten – nota bene stworzony na podstawie oprogramowania używanego przez GRU (rosyjskie służby specjalne) – zagnieżdżając się w kodzie źródłowym strony, rozpoczyna jej skanowanie. Następnie pozbywa się zbędnych już znaczników kodu HMTL i CSS [11] pozostawiając i przesyłając do skonstruowanej wcześniej bazy MySQL [12] istotne dla programu wyrazy. Działanie to zostało oparte na stworzonym przez Liska portalu NEST [13], który jako platforma internetowa jest również przydatnym narzędziem do wyszukiwania powiązanych ze sobą ludzi, grup czy wydarzeń (itp.), a także do wizualizacji tych połączeń. Zostało to zobrazowane w drugiej części instalacji, która pozwala odbiorcy na prześledzenie ogólnoświatowego zbioru informacji na temat pojęcia crash i katastrofy polskiego samolotu Tu-154. Crash 2.0 jest instalacją trwającą w czasie realnym, dlatego też nie widzimy jej ostatecznego kształtu. Proces jej tworzenia może się jednak zakończyć w wyznaczonym przez artystę momencie.


23


W ramach projektu przygotowana została tzw. maszyna grafowa służąca do wizualizacji połączeń pomiędzy wybranymi pojęciami; jej działanie można obejrzeć na stronie: http://ovh.ab.pl/lisek/graf.php. Warto również wspomnieć o wykreowanym przez Roberta B. Liska programie roboczo zwanym „maszyna-książka”. Ma on generować tekst złożony z wyrażeń zgromadzonych w bazie danych MySQL, poprzez osadzanie ich w zupełnie nowych kontekstach (http://ovh.ab.pl/lisek/book.php). Dlatego też warto zaznaczyć, że projekt ten w pewnym sensie podważa powszechnie panującą opinię na temat prawdy zawartej w informacjach z mediów, umożliwiając prześledzenie różnych, alternatywnych sposobów ich interpretacji. Jak widać, różnorodność działań wykorzystujących praktyki hakerskie jest ogromna, a przedstawione powyżej przykłady stanowią tylko niewielką ich część. Wydaje się także, że postępujący proces komercyjnej globalizacji będzie wpływał na nieustanny rozwój tej dziedziny aktywności, która, pomimo swojej morfologicznej odmienności, intensywnie wspiera ruchy aktywistyczne. Przypisy: [1] Anna Nacher, Postpanoptyzm w przestrzeni gęstej informacyjnie: locative media jako media taktyczne na http://www. scribd.com/doc/38463749/Postpanoptyzm-w przestrzeni-g%C4%99stej-informacyjnie (stan z 3.10.2010). [2] Patrz: Teoria Michela de Certeau i Henriego Lefebvre’a w zakresie strategii i taktyki. [3]Termin civil disobedience został użyty po raz pierwszy przez amerykańskiego teoretyka Henry’ego David’a Thoreau w 1848 roku. Patrz również na : http://www.thing.net/~rdom/ecd/ecd. html. [4] Więcej informacji na temat strategii i działań grupy na stronie: http://www.critical-art.net/books.html. [5] http://www.pomagamy.pl/numery/9/blokowanie_bitow.htm stan z 5X 2010. [6] Patrz: (http://www.tommasotozzi.it/index.php?title=Netstrike_%281995%29. [7] Ibidem. [8] Więcej o grupie na http://www.hacktivismo.com/news/. [9] Patrz: Rudzka Magdalena, Hacktivism: Internet jako narzędzie protestu na http://www.obieg.pl/teksty/5760 (stan z 3.X.2010). [10] VMS jest opracowanym w latach 70. przez firmę Digital Equipment Corporation typem serwerowego systemu operacyjnego stworzonym dla komputerów VAX, a następnie Alpha produkowanych przez Digital. [11] HTML (skrót ang. Hypertext Markup Language) - język służący do tworzenia dokumentów publikowanych w Internecie. Stworzony w 1990 r. przez Tima Berners-Lee (CERN), początkowo pozwalał tylko na bardzo proste formatowanie tekstu. Wraz z pojawieniem się graficznych przeglądarek interneto-

24

wych rozpoczął się proces wzbogacania języka, zdolnego odtąd do określania graficznego wyglądu dokumentu. Dokument HTML to plik tekstowy zapisany z rozszerzeniem .htm lub .html, w którym umieszczane są znaczniki (tagi) pozwalające przeglądarkom odpowiednio zinterpretować wygląd dokumentu i funkcje poszczególnych jego elementów. Przykładowo, składnia znaczników mających podkreślić tekst wygląda następująco: <u>tekst</u> i oznacza: <u> rozpocznij podkreślanie (underline); </u> zakończ podkreślanie.” Cyt. Tamże, s. 79. CSS (ang. Cascading Style Sheets) jest natomiast językiem odpowiadającym za wizualną część projektu. [12] MySQL jest darmowym oprogramowaniem do zarządzania, oparty na relacyjnym modelu organizacji danych tj. na matematycznej teorii mnogości. [13] Patrz: http://fundamental.a rt.pl/NESTofficial.html. Materiały z Internetu: [1] http://www.hacktivismo.com/news/. [2] http://www.critical-art.net/books.html. [3] Lovink, Geert. Tactical Media, the Second Decade, Brazilian Submidialogia 2005. [4] http://geertlovink.org/texts/. [5] Wolf Lieser, The World of Digital Art, Berlin 2010. [6]Anna Nacher, Postpanoptyzm w przestrzeni gęstej informacyjnie: locative media jako media taktyczne na http://www. scribd.com/doc/38463749/Postpanoptyzm-w-przestrzenig%C4%99stej-informacyjnie (stan z 3.10.2010). [7] http://www.critical-art.net/books.html. [8] http://www.pomagamy.pl/numery/9/blokowanie_bitow.htm stan z 5X 2010. [9] http://www.hacktivismo.com/news/. [10] Patrz: Rudzka Magdalena, Hacktivism: Internet jako narzędzie protestu na http://www.obieg.pl/teksty/5760 (stan z 3.X.2010). [11] M. Wark, Hacker Manifesto [version 4.0] [@:] http://subsol. c3.hu/subsol_2/contributors0/warktext.html. [12] What is Hacktivism? http://www.thehacktivist.com/hacktivism1.php. [13] http://www.hack.gr/jargon/html/H/hacker.html. [14] http://www.hacktivism.org/. [15]http://www.attrition.org/security/commentary/cn-us-war. html. [16] http://www.cert.org/advisories/CA-1989-04.html. [17] http://www.critical-art.net/books/ecd/ecd2.pdf. [18] http://www.thing.net/~rdom/ecd/harrycontrib.html. [19] http://www.etoy.com. [20] http://www.rtmark.com/etoymain.html. [21] http://www.rtmark.com/etoy.html. [22] http://www.attrition.org/~jericho/works/security/dos.html. [23] http://www.cultdeadcow.com/details.php3?listing_id=410. [24] http://code-is-law.org/. [25] http://www.theregister.co.uk/content/archive/23633.html. [26] http://www.2600.com/news/view/article/1233.


25


“Truth is treason in the empire of lies.” - Ron Paul Pay attention citizens, governments, and the world. Anonymous’ peaceful campaign will focus on any organization, corporation, government, or entity until the Internet is truly free. Anonymous is doing what many successful campaigns have done in the past; a sit-in. It may be hard to comprehend, but a digital sit-in is our most effective method to show that all of us deserve Freedom of Speech and a free Internet. Our methods may appear, on the outside, to be cruel to those the entities that we are campaigning against, but remember buy supporting censorship they are denying everyone a basic human right. Any person, corporation, government, or miscellaneous entity that stops supporting censorship and starts promoting Freedom of Speech and a free Internet will become our allies. Anonymous, at this time, wants to persuade our counterparts rather than hurt them. We are campaigning for freedom for everyone, even the opposing side. Do not fear us. Anonymous’ campaign does not intend to harm the individual citizen, any organizations, any websites, or government, that supports true freedom of speech. Anonymous’ past is not our present. We are here for all of you; to campaign for all of you. Where others have made this promise and failed; we make this promise and aim to keep it for everyone. Anything attributed, credited, or tagged to Anonymous is not always what we do. We arenot always the same consciousness on a yearly, monthly, or even hourly basis. Do not believe everything you hear or read on the news. Anonymous is often credited with actions that are not campaigned for by Anonymous. The true core of Anonymous is here to help the free world for now. Anonymous wishes to represent the truth and ask that you as a citizen, media organization, or government do the same.

26


Vernor Vinge OSOBLIWOŚĆ W ciągu najbliższych trzydziestu lat będziemy dysponować technologiami do stworzenia nadludzkich inteligencji. Wkrótce po tym era człowieka zakończy się. Czy takiego postępu można uniknąć? Jeżeli nie, to czy można chociaż tak pokierować wydarzeniami, abyśmy przetrwali? Kwestie te są wciąż badane. Niektóre z możliwych odpowiedzi – a także kilka dodatkowych zagrożeń – zostały przedstawione w niniejszym artykule.

Czym jest Osobliwość? Główną cechą XX wieku było przyspieszenie postępu technologicznego. Argumentuję w tym dokumencie, że jesteśmy na krawędzi zmian porównywalnych do powstania ludzkiego życia na Ziemi. Bezpośrednią przyczyną tej zmiany jest stworzenie – poprzez użycie technologii – istot z wyższą niż ludzka inteligencją. Istnieje kilka sposobów, dzięki którym nauka może osiągnąć przełom i stanowią one kolejne powody, dające pewność, że takie zdarzenie nastąpi: • Mogą powstać zaawansowane komputery, które mają świadomość i są nadludzko inteligentne. Jeśli na pytanie, „czy potrafimy stworzyć maszynę będącą ludzkim odpowiednikiem”, odpowiedź brzmi „tak, jesteśmy w stanie”, to jest prawdopodobne, że krótko po tym może powstać istota bardziej inteligentna niż człowiek. • Duże sieci komputerowe – i związani z nimi użytkownicy – mogą obudzić się jako nadludzko inteligentne jednostki. • Komputerowo-ludzkie interfejsy mogą stać się tak intymne, że ich użytkownicy będą uważani za nadludzko inteligentnych. • Nauki biologiczne są w stanie dostarczyć sposobów na udoskonalenie naturalnego ludzkiego intelektu. Pierwsze trzy możliwości zależą w znacznej mierze od udoskonalenia sprzętu komputerowego. Postęp w tej dziedzinie, toczący się przez ostatnie dekady, ma niezwykle stabilną krzywą [17]. Opierając się głównie na tej tendencji, uważam, że stworzenie wyższej niż ludzka inteligencji nastąpi w ciągu najbliższych trzydziestu lat. Charles Platt [20] zauważył, że entuzjaści sztucznej inteligencji

(AI – Artificial Intelligence) głoszą podobne postulaty od ostatnich trzech dekad. Tak więc nie jestem winien dwuznaczności względem czasu. Dokładnie mówiąc: będę zaskoczony, jeśli nastąpi to po 2030 roku. Jakie będą konsekwencje? Gdy wyższa niż ludzka inteligencja zacznie się rozwijać, postęp znacznie przyspieszy. W rzeczywistości nie ma powodu, aby postęp nie pociągał za sobą stworzenia jeszcze inteligentniejszych istot w krótszej perspektywie czasowej. Najlepszą analogią, jaką widzę, jest ta z ewolucyjnej przeszłości: zwierzęta mogą przystosować się do trudnych warunków i wprowadzać ulepszenia, ale nie szybciej niż postępuje dobór naturalny – świat działa jak własny symulator w przypadku doboru naturalnego. Ludzie mają zdolność do internalizacji świata i wnioskowania „co, jeśli”; mogą rozwiązać wiele problemów tysiące razy szybciej niż dobór naturalny. Obecnie, poprzez stworzenie środków do realizacji tych symulacji ze znacznie większą prędkością, wkraczamy w porządek radykalnie różny od naszej ludzkiej przeszłości. Z ludzkiego punktu widzenia zmiana ta będzie powodować odrzucanie wszystkich wcześniejszych zasad, być może w mgnieniu oka nastąpi wykładnicza ucieczka, całkowicie poza jakąkolwiek kontrolą. Zmiany, które mogły wcześniej zdarzyć się w ciągu milionów lat – jeśli w ogóle – nastąpią prawdopodobnie w następnym stuleciu. Greg Bear kreśli wizję głównych zmian zachodzących w ciągu kilku godzin [5]. Sądzę, że uzasadnione jest nazwanie tego zjawiska osobliwością. Jest to moment, w którym nasze stare modele muszą zostać odrzucone i zacznie obowiązywać nowa rzeczywistość. Im bardziej zbliżamy się do tego

27


punktu, tym szybciej wynurzają się coraz szersze nadludzkie kwestie, aż do momentu, gdy takie wyobrażenie stanie się codziennością. Gdy jednak w końcu to nastąpi, może okazać się wielką niespodzianką i wielką niewiadomą. W roku 1950 było bardzo niewielu, którzy to dostrzegali: Stanisław Ulam [28], parafrazując Johna von Neumanna, mówił: „Jedna rozmowa skupiona była na coraz szybszym rozwoju technologii i zmianach ludzkiego sposobu życia, który wydaje się zbliżać do pewnej istotnej osobliwości w historii rasy, po której znane nam ludzkie sprawy nie będą mogły być kontynuowane”. Von Neumann wprost używa terminu osobliwość, choć wydaje się, że ma na myśli zwykły postęp, a nie stworzenie nadludzkich inteligencji. Dla mnie nadludzkość jest istotą osobliwości. Bez niej osiągnęlibyśmy nadmiar technicznego bogactwa, który nie zostałby prawidłowo wchłonięty [25]. W 1960 r. zostały rozpoznane niektóre skutki nadludzkiej inteligencji. I.J. Good napisał [11]: „Niech ultrainteligentna maszyna będzie zdefiniowana jako urządzenie, które znacznie przewyższa wszystkie intelektualne umiejętności człowieka. Ponieważ projektowanie maszyn jest jedną z tych umiejętności, ultrainteligentna maszyna mogłaby projektować kolejne generacje coraz doskonalszych maszyn. Doprowadziłoby to bez wątpienia do eksplozji inteligencji, a inteligencja człowieka pozostałaby daleko w tyle. Tak więc pierwsza ultrainteligentna maszyna byłaby ostatnim wynalazkiem człowieka, zakładając, że urządzenie będzie wystarczająco posłuszne”. Good uchwycił istotę ucieczki runaway, ale nie przewidział jej najbardziej niepokojących konsekwencji. Wszelkie inteligentne maszyny tego rodzaju nie byłyby ludzkimi narzędziami – podobnie jak ludzie nie są narzędziami dla królików lub szympansów. Uznanie tego kataklizmu rozpowszechniło się w latach 60., 70. i 80.,[29] [1] [31] [5]. Być może to zasługa pisarzy science fiction, którzy wyczuli jego pierwsze konkretne skutki. Ostatecznie, właśnie ortodoksyjni pisarze science fiction są tymi, którzy starają się opisać konkretne historie, będące potencjalnymi skutkami rozwoju technologii. Coraz więcej pisarzy stara się przebić nieprzeniknioną ścianę przyszłości. Mogą ulokować swoje fantazje w erze, który nastąpi za miliony lat [24]. Dostrzegają, że ich najbardziej dokładne ekstrapolacje mogą przewidzieć rzeczy dotąd uznawane za niepoznawalne. Galaktyczne imperia mogą wydawać się domeną postczłowieka. Teraz, niestety, są nią nawet te międzyplanetarne. Co z latami 90. i wiekiem XXI, w których zbliżamy się do krawędzi? W jaki sposób pojęcie osobliwość rozpowszechnia się w ludzkim obrazie świata? Jeszcze przez pewien czas krytycy maszynowego człowieka będą mieli dobrą prasę. Prawdopodobnie głupio jest myśleć, że będziemy w stanie stworzyć sztuczny odpowiednik lub coś większego od ludzkiej inteligencji, zanim nie będziemy dysponować sprzętem tak potężnym jak ludzki mózg. Nie jest przesadzone przypuszczenie, że bylibyśmy w stanie stworzyć ludzki odpowiednik na mniej wydajnym sprzęcie, o ile bylibyśmy gotowi zrezygnować z prędkości; o ile bylibyśmy gotowi zadowolić się sztuczną istotą, która byłaby dosłownie powolna [30]. Jednak o wiele bardziej prawdopodobne jest, że opracowanie takiego programu będzie trudne, poprzedzone wieloma nieudanymi próbami i eksperymentami. Jeśli tak, to pojawienie się świadomych maszyn nie zdarzy się, dopóki nie rozwiniemy sprzętu znacznie silniejszego niż ludzki mózg.

28

W miarę upływu czasu powinniśmy zobaczyć więcej symptomów. Dylematy odczuwane przez pisarzy science fiction będą dostrzegane przez innych twórców. Słyszałem, jak pisarz komiksów martwił się, w jaki sposób osiągnąć spektakularny efekt, kiedy wszystkie widoczne mogą być wytwarzane przez technologiczne upowszechnienie. Zobaczymy automatyzację, która zastępuje coraz to wyższe poziomy pracy. Już teraz posiadamy narzędzia – programy do obliczeń symbolicznych – które zwalniają nas z najcięższej pracy na prostym poziomie. Innymi słowy, naprawdę produktywna praca jest domeną coraz mniejszej i coraz bardziej elitarnej grupy ludzkości. Wraz z nadejściem osobliwości widzimy, jak spełniają się prognozy prawdziwego technologicznego bezrobocia. Innym symptomem postępu w kierunku osobliwości jest fakt, że idee będą rozprzestrzeniać się coraz szybciej, a nawet najbardziej radykalne z nich wkrótce staną się powszechne. Kiedy zacząłem pisać science fiction, w połowie lat 60., wydawało się bardzo łatwą rzeczą znaleźć pomysły, które miały przez dziesięciolecia przenikać do świadomości kulturowej; teraz czas oczekiwania skrócił się do jakichś osiemnastu miesięcy. (Oczywiście, może to tylko ja tracę wyobraźnię starzejąc się, ale widzę to również u innych). Osobliwość zbliża się i przyspieszamy do prędkości krytycznej. A co z nadejściem osobliwości samej w sobie? Co można powiedzieć o jej rzeczywistym wyglądzie? Ponieważ wiąże się ona z intelektualną ucieczką (runaway), prawdopodobnie nastąpi szybciej, niż jakakolwiek rewolucja techniczna oglądana do tej pory. Przyspieszenie będzie zaskakujące – może nawet dla uczestniczących w nim naukowców. („Ale przecież wszystkie nasze poprzednie modele były katatoniczne! Zmieniliśmy jedynie niektóre parametry....”). I co się stanie po miesiącu albo dwóch lub po jednym, dwóch dniach? Przychodzi mi na myśl tylko jedna analogia: narodziny ludzkości. Będziemy w erze postczłowieka. Mimo mojego nieokiełznanego optymizmu technologicznego czasami myślę, że czułbym się bardziej komfortowo, gdybym mógł te transcendentalne wydarzenia przesunąć tak, aby odbyły się za tysiąc lat... zamiast za dwadzieścia.

Czy osobliwości można uniknąć? Cóż, być może osobliwość w ogóle nie nadejdzie: czasami próbuję sobie wyobrazić objawy, których powinniśmy się spodziewać, jeżeli osobliwość nie będzie mogła się rozwijać. Istnieją, powszechnie znane argumenty, Penrose’a [19] oraz Searle’a [22] przeciwko zasadności maszynowego człowieka. W sierpniu 1992 r. Thinking Machines Corporation przeprowadziła warsztaty, aby rozważyć pytanie: „jak zbudować myślącą maszynę” [27]. Uczestnicy nieszczególnie popierali argumenty przeciwko inteligencji maszynowej; w istocie panowało powszechne przekonanie, że umysł może istnieć w oparciu o niebiologiczne substraty oraz że dla jego istnienia kluczowe znaczenie mają algorytmy. Rozgorzało jednak wiele dyskusji na temat mocy obliczeniowej, która jest obecna w organicznych mózgach. Mniejszość była zdania, że najpoźniej w 1992 r. komputery będą trzy razy mocniejsze od ludzkiego mózgu. Większość uczestników zgodziła się z oszacowaniem Moraveca [17], że mamy jakieś dziesięć do czterdziestu lat do parytetu sprzętowego. A jednak


pojawiła się również mniejszość, która przypuszczała, że obliczeniowe możliwości pojedynczych neuronów mogą być znacznie wyższe, niż powszechnie sądzono (patrz: [7], [21]). Jeśli tak jest istotnie, nasz obecny sprzęt komputerowy może być dziesięć razy słabszy od sprzętu, który mamy w naszych głowach. O ile to prawda – lub jeśli krytyka Penrose’a lub Searle’a jest poprawna – możemy nigdy nie zobaczyć osobliwości. Zamiast tego, na początku XXI w. zobaczymy opadanie krzywych wydajności sprzętu – i to z powodu naszej niezdolności do automatyzacji prac projektowych, niezbędnych dla przeprowadzenia dalszych ulepszeń technicznych. Możemy skończyć na etapie bardzo potężnego wyposażenia, ale bez możliwości jego dalszego rozwijania. Komercyjne cyfrowe przetwarzanie sygnału może być niesamowite, dodając nawet analogowy wygląd na cyfrowe operacje, ale nic nigdy nie obudzi się i nigdy nie nastąpi intelektualna ucieczka (runaway), która jest istotą osobliwości. Taki stan rzeczy może być postrzegany jako złoty wiek, ale może być on również końcem postępu. Przypomina to przyszłość przewidywaną przez Gunthera Stenta. W rzeczywistości, na stronie 137 [25], Stent wyraźnie powołuje się na rozwój tranludzkich inteligencji jako warunek wystarczający, aby podważyć swoje przewidywania. Jeśli jednak technologiczna osobliwość może się zdarzyć, to się zdarzy. Nawet jeśli wszystkie rządy na świecie pojmą jej zagrożenie i będą się jej śmiertelnie obawiać, postęp w tym kierunku będzie kontynuowany. W literaturze znane są opowieści o ustawach zakazujących budowy maszyny na podobieństwo ludzkiego umysłu [13]. W rzeczywistości, przewaga nad konkurentami – gospodarcza, wojskowa, a nawet artystyczna – polegająca na przodowaniu w automatyzacji, jest tak pociągająca, że uchwalanie aktów prawa lub zwyczajowych reguł, które tego zabraniają, spowoduje jedynie, że ktoś inny pierwszy osiągnie cel. Eric Drexler [8] dokonał spektakularnego wglądu w to, jak daleko może się rozwijać postęp techniczny. Drexler zgadza się, że nadludzkie inteligencje będą dostępne już w niedalekiej przyszłości – i będą zagrożeniem dla ludzkiego status quo. Twierdzi on jednak, że możemy ograniczyć takie transludzkie urządzenia, aby ich zachowania były kontrolowane i mogły być bezpiecznie używane. Takie są ultrainteligentne maszyny I.J. Gooda. Uważam, że to ograniczenie jest całkowicie niepraktyczne. Choćby w przypadku fizycznej deprywacji: wyobraźcie sobie was samych, zamkniętych w domu z ograniczonym dostępem do danych zewnętrznych, gdzie znajdują się wasi mistrzowie. Jeśli ci mistrzowie myślą, powiedzmy, co najmniej milion

razy wolniej niż wy, nie ma wątpliwości, że w ciągu roku można wymyślić plan, który pozwoli wam się wyzwolić. Ja to nazywam „szybko myślącą formą superinteligencji słabego superczłowieka”. Taki słaby nadczłowiek mógłby prawdopodobnie spalić się w ciągu kilku tygodni. Silny superczłowiek będzie czymś więcej, niż podkręceniem szybkości zegara sztucznego umysłu. Trudno powiedzieć dokładnie, do czego silny superczłowiek będzie podobny, ale różnica wydaje się głęboka. Wyobraźcie sobie umysł psa, pracujący bardzo szybko. Czy tysiąc lat życia psa zsumuje się do intelektu człowieka? Jeśli umysł psa zostałby sprytnie podłączony i następnie uruchomiony z dużą prędkością, moglibyśmyzobaczyć coś innego... Wiele spekulacji na temat superinteligencji wydaje się być opartych na modelu inteligencji słabego superczłowieka. Uważam, że nasze domysły na temat świata po osobliwości można uzyskać przez myślenie o naturze silnego superczlowieka. Wrócę do tego później. Innym podejściem do ograniczenia jest budowanie zasad dla mózgu nadludzkiej istoty, np. prawa Asimova [3]. Sądzę, że wszelkie przepisy dostatecznie restrykcyjne, aby być skutecznymi, byłyby także w stanie wyprodukować urządzenie o zdolnościach wyraźnie niższych w stosunku do jego nieskrępowanej wersji; istnienie konkurencji w postaci człowieka sprzyja zatem rozwojowi modeli bardziej niebezpiecznych. Jednak marzenie Asimova jest zdumiewające: wyobraźcie sobie niewolnika obdarzonego wolą, która tysiąckrotnie przekracza wszelkie wasze możliwości. Wyobraźcie sobie stworzenie, które może zaspokoić każde bezpieczne życzenie – cokolwiek to znaczy – i nadal ma 99,9% wolnego czasu na inną działalność. Będzie to nowy wszechświat, którego nigdy tak naprawdę nie zrozumiemy, ale zamieszkały przez życzliwych bogów (jednym z moich życzeń jest, by się stać którymś z nich). Jeśli osobliwości nie można zapobiec lub jej ograniczyć, to jak zła może być era postczłowieka? Cóż ... bardzo zła. Fizyczne wyginięcie rasy ludzkiej jest jedną z możliwości. Albo, jak w kontekście nanotechnologii ujął to Eric Drexler, biorąc pod uwagę wszystko, co taka technologia może zrobić, być może rządy po prostu zdecydują, że nie potrzebują obywateli. Jednakże fizyczna zagłada może nie być najbardziej przerażającą możliwością. Inna analogia: pomyślcie o różnych sposobach naszego odnoszenia się do zwierząt. Niektóre z brutalnych, fizycznych nadużyć są nieprawdopodobne... W świecie postczłowieka nadal będzie istnieć mnóstwo nisz, w których automatyki równoważne ludziom będą pożądane: systemy wbudowane w autonomiczne urządzenia, samoświadome demony

29


o niskim udziale mocniejszych odczuć. Silna nadludzka inteligencja może być podobna do tej z Society of Mind [16] z niektórymi bardzo odpowiednimi składnikami. Niektóre z tych ludzkich odpowiedników mogą być stosowane tylko do cyfrowego przetwarzania sygnału. Będą one bardziej jak wieloryby niż ludzie. Inne mogą być bardzo ludzkie, ale tak jednostronne, że mogą zostać umieszczone w szpitalu psychiatrycznym. Choć żadna z tych istot może nie być człowiekiem z krwi i kości, mogą być zbliżone do tego, co teraz nazywamy człowiekiem. I.J. Good [12] zaproponował Meta-Golden Rule, która może być rozumiana jako „traktuj swoich poddanych tak, jak sam chciałbyś być traktowany przez przełożonych”. Starałem się wykazać powyżej, że nie możemy zapobiec osobliwości, że jej przyjście jest nieuchronną konsekwencją naturalnej ludzkiej potrzeby rywalizacji i możliwości tkwiących w technologii. A jednak... jesteśmy inicjatorami. Nawet największa lawina jest wyzwalana przez małe rzeczy. Mamy wolność ustanowienia warunków wstępnych, tak aby rzeczy były mniej nieprzyjazne. Oczywiście – tak jak z inicjowaniem lawiny – nie jest jasne, jak to się odbędzie.

Inne drogi do osobliwości: wzmocnienie inteligencji Kiedy ludzie mówią o tworzeniu nadludzko inteligentnych istot, zwykle wyobrażają sobie projekt AI. Jednak, jak wspomniałem na początku tego artykułu, istnieją inne ścieżki do superczłowieka. Sieci komputerowe i ludzko-komputerowe interfejsy wydają się bardziej przyziemne niż AI, mogą jednak prowadzić do osbliwości. Nazywam to, przez kontrast, wzmocnieniem inteligencji (IA – Intelligence Amplification). IA jest tym, co rozwija się bardzo naturalnie, w większości przypadków nawet nie dostrzeżone przez jej wynalazców. W każdym razie nasze możliwości dostępu do informacji i do komunikowania się z innymi są lepsze. W pewnym sensie udało nam się osiągnąć wzrost w stosunku do naturalnej inteligencji. I jest to bardzo prawdopodobne, że IA jest znacznie łatwiejszą drogą do osiągnięcia superczłowieka niż czysta AI. W przypadku ludzi najtrudniejsze problemy rozwoju zostały już rozwiązane. Wzmacnianie siebie powinno być łatwiejsze, niż zrozumienie, czym tak naprawdę jesteśmy i zbudowanie od zera maszyn, które byłyby tym wszystkim. Istnieje, co najmniej hipotetyczny, poprzednik tego podejścia. Cairns-Smith [6] spekuluje, że życie biologiczne mogło zacząć się jako rozszerzenie bardziej prymitywnej formy życia poprzez krystaliczny wzrost. Lynn Margulis przedstawiła poważne argumenty, że mutualizm jest wielką siłą napędową ewolucji [15]. Zauważmy, że nie proponuję, aby badania były ignorowane lub gorzej finansowane. Wyniki AI będą mieć często zastosowanie w IA i vice versa. Uważam, że w badaniach sieci i interfejsów jest coś tak głębokiego – i potencjalnie dzikiego – jak w badaniach nad sztuczną inteligencją. Mając to na uwadze, możemy zapoznać się z projektami, które bezpośrednio nie są jak konwencjonalne interfejsy i projektowanie sieci, ale które prowadzą nas do osobliwości ścieżką IA. Oto kilka możliwych projektów, które mają szczególne znaczenie z punktu widzenia IA: • Człowiek-komputer (zespołowa automatyka): weź

30

problemy, które uważane są za rozwiązywalne czysto maszynowo (np. problemy pokonywania wzniesień) i zaprojektuj programy i interfejsy, które korzystają z intuicji ludzi oraz dostępnego sprzętu komputerowego. Biorąc pod uwagę wszystkie dziwaczności problemu pokonywania wzniesień wyższego wymiaru (i czyste algorytmy, które zostały opracowane do ich rozwiązywania), może być bardzo ciekawe pokazanie i kontrolowanie narzędzi przewidzianych dla członka ludzkiego zespołu. • Rozwój symbiozy człowiek-komputer w sztuce: łączenie zdolności generowania grafiki przez nowoczesne maszyny i wrażliwości estetycznej człowieka. Oczywiście, przprowadzono ogromną ilość badań w projektowaniu narzędzi komputerowych dla artystów. Uważam, że dążymy do lepszego połączenia kompetencji i uznajemy kooperacyjne podejście za możliwe. Karl Sims [23] wykonał wspaniałą pracę w tym kierunku. • Dopuszczenie człowieka-komputera do zespołów w turniejach szachowych. Mamy już programy, które mogą grać lepiej niż prawie wszyscy ludzie, ale co zostało zrobione, by tę moc wykorzystać i zrobić coś jeszcze lepszego? • Opracowanie interfejsów umożliwiających dostęp do komputera i sieci bez przywiązania do jednego miejsca. Jest to forma IA, która daje duże korzyści finansowe. • Opracowanie bardziej symetrycznych systemów wspomagania decyzji. Popularne badania obszaru oddziaływania produktu w ostatnich latach stały się systemami wspomagania decyzji. Jest to forma IA, ale być może zbyt skoncentrowana na systemach, które są wyrocznią. Tak jak program dostarcza informacje użytkownikowi, musi istnieć idea użytkownika dającego wytyczne programowi. • Użycie lokalnych sieci przez zespoły ludzkie, które naprawdę pracują – są bardziej efektywne niż wchodzący w ich skład pojedynczy członkowie. Na ogół jest to obszar pracy grupowej, bardzo popularny w handlu. Zmianą punktu widzenia tutaj byłoby uznanie działalności grupy za organizm. W pewnym sensie to stwierdzenie może być traktowane jako cel wynalezienia rules of order dla takich organizmów powstałych z połączenia. Na przykład, skupienie grupy może być łatwiejsze niż przez klasyczne spotkania. Kompetencje poszczególnych ludzkich członków mogą być oddzielone od kwestii ego, tak że wkład poszczególnych członków koncentruje się na projekcie zespołowym. I oczywiście wspólne bazy danych mogą być wykorzystane znacznie wygodniej niż w konwencjonalnych działaniach. Zauważmy, że propozycja ta ma na celu działania zespołowe, a nie spotkania polityczne. W politycznym kontekście automatyka opisana powyżej będzie po prostu egzekwować energię osób postępujących zgodnie z zasadami! • Wykorzystanie Internetu jako narzędzia człowieka-maszyny. Ze wszystkich pozycji na liście, postęp na tym polu przebiega najszybciej i może prowadzić nas do osobliwości prędzej niż cokolwiek innego. Władza i wpływy Internetu są bardzo niedoceniane. Na przykład myślę, że nasze nowoczesne systemy komputerowe pękłyby pod ciężarem własnej złożoności, gdyby nie USENET, który przy wsparciu ludzi, administruje systemem. Duża anarchia w sieci świadczy o jej potencjale. Łączność, przepustowość. rozmiar zasobów i szybkość komputerów rosną, widzimy coś takiego jak Lynn Margulis [15] w wizji biosfery jako procesora, ale z milion razy większą szybkością i z milionami ludzkich inteligentnych agentów. Powyższe przykłady ilustrują badania, które mogą być realizowane w kontekście współczesnych działów informa-


tyki. Istnieją również inne paradygmaty. Na przykład, wiele prac w dziedzinie sztucznej inteligencji oraz sieci neuronowych korzysta z bliższego związku z życiem biologicznym. Zamiast po prostu zrozumieć życie biologiczne za pomocą komputerów, badania mogą być skierowane na tworzenie kompleksowych systemów, które opierają się na życiu biologicznym, aby otrzymać wskazówki lub dostarczyć funkcje, których nie rozumiemy na tyle dobrze, by wdrożyć je w rozwiązania sprzętowe. Od dawna marzeniem science fiction był bezpośredni interfejs łączący mózg i komputer [2] [29]. W rzeczywistości istnieje konkretna praca, którą można wykonać, i wykonuje się, w tym obszarze: • Protezy kończyn są tematem bezpośrednich handlowych zastosowań. Przetworniki z nerwów do krzemowych przetworników mogą być wykonane [14]. To jest ekscytujący krok z najbliższej przyszłości w kierunku komunikacji bezpośredniej. • Bezpośrednie linki do mózgu wydają się możliwe, jeśli ilość bitów jest niska: mając ludzką elastyczność uczenia się, rzeczywiste cele neuronów w mózgu mogą nie być dokładnie wyselekcjonowane. Nawet 100 bitów na sekundę byłoby bardzo użyteczne dla ofiar skoków, które dotąd miały do dyspozycji tylko interfejsy z menu. • Podłączenie do pnia nerwu wzrokowego ma potencjał przepustowości 1 Mbit/s lub więcej. Ale do tego musimy znać dokładną skalę architektury wizji i musimy z wyrafinowaną precyzją umieścić ogromną sieć elektrod. Jeżeli chcemy, aby nasze połączenie wysokiej przepustowości było dodane do ścieżek, które są już obecne w mózgu, problem staje się znacznie trudniejszy. Na pewno nie jest łatwo wykonać przyłączenie siatki odbiorników o wysokiej przepustowości do mózgu. Przypuśćmy jednak, że sieci o wysokiej przepustowości były, obecne podczas gdy struktura mózgu była faktycznie ustawiona w czasie rozwijania się zarodka. To sugeruje: • Badania na zwierzęcych zarodkach. Nie przewiduję żadnych sukcesów IA w pierwszych latach takich badań, ale dostarczenie rozwijającemu się mózgowi dostępu do skomplikowanych symulowanych struktur nerwowych, może być bardzo interesujące dla ludzi, którzy badają, w jaki sposób rozwija się mózg zarodka. W dłuższej perspektywie, takie eksperymenty mogą prowadzić do stworzenia zwierząt z ciekawymi zdolnościami intelektualnymi. Początkowo miałem nadzieję, że dyskusja nad IA przyniesie bardziej bezpieczne podejście do osobliwości; wszakże, IA umożliwia nam udział w pewnego rodzaju transcendencji. Niestety, patrząc wstecz na te propozycje IA, jestem pewien, że nie przyniosły one oczekiwanych korzyści. Jeśli idzie o bezpieczeństwo, cóż, na pierwszy rzut oka niektóre z tych propozycji wydają się trochę przerażające. Jeden z moich nieformalnych recenzentów zwrócił uwagę, że IA w rękach wybranych jednostek spowoduje powstanie niebezpiecznej elity. Ludzie mają trwający miliony lat ewolucyjny bagaż i uczestniczą w walce o przetrwanie. Istota, która zostanie zbudowana de novo, mogłaby być o wiele bardziej łagodna. A jednak nawet egalitarny widok Internetu, który budzi się wraz z całym rodzajem ludzkim może być postrzegany jako koszmar [26]. Problemem nie jest to, że osobliwość reprezentuje zejście ludzkości z centralnej sceny, ale to, że zaprzecza ona naszym głęboko zakorzeniony pojęciom bycia. Myślę, że bliższe przyjrzenie się pojęciu silnego superczłowieczeństwa może ujawnić, dlaczego tak jest.

Silne superczłowieczeństwo i najlepsze, o co możemy zapytać Załóżmy, że mamy możliwość doprowadzenia do osobliwości. Załóżmy, że możemy spełnić nasze najbardziej ekstrawaganckie plany. Czego wtedy moglibyśmy chcieć? Aby ludzie sami stali się własnymi następcami, a wszelka niesprawiedliwość była ograniczona przez naszą wiedzę o naszych korzeniach. Ci, którzy nie ulegną zmianie, chcieliby zostać łagodnie potraktowani. Może to być złoty wiek, który pociągnie za sobą postęp (przeskoczenie bariery Stenta). Nieśmiertelność – lub przynajmniej życie trwające tak długo, jak może przetrwać wszechświat [10] [4] – byłaby wtedy możliwa do osiągnięcia. Jednak w tym świetlanym świecie pojawiają się dużo trudniejsze problemy filozoficzne. Umysł, mający wciąż te same zdolności, nie może żyć wiecznie, po kilku tysiącach lat będzie wyglądał bardziej jak zapętlona taśma niż osoba. Najbardziej zimne ujęcie tego znajduje się w książce Larry’ego Nivena [18]. Aby żyć nieskończenie długo, umysł musi się rozwijać, a kiedy staje się wystarczająco doskonały i patrzy wstecz, jaki związek może mieć z tym, czym był pierwotnie? Oczywiście jest w nim wszystko to co w formie oryginalnej, ale jest już czymś o wiele większym. I tak, nawet w przypadku jednostki, nadal obowiązuje koncepcja nowego życia, powstającego stopniowo ze starego (Cairns-Smith i Lynn Margulis). Problem nieśmiertelności pojawia się w bardziej bezpośredni sposób. Pojęcia ego i samoświadomość były podstawą racjonalizmu ostatnich stuleci. Teraz jednak pojęcie świadomości jest atakowane przez ludzi od sztucznej inteligencji („samoświadomość i inne urojenia”). IA (wzmocniona inteligencja) z innej strony podkopuje nasze pojęcie ego. Świat po osobliwości będzie obejmować sieci o wysokiej przepustowości. Centralnym elementem silnie superludzkich istot będzie prawdopodobnie ich zdolność do komunikowania się na różnych poziomach, w tym także na znacznie wyższych niż mowa lub pismo. Co się dzieje, gdy kawałki ego są kopiowane i łączą się, a samoświadomość wzrasta lub kurczy się, aby być odpowiednia do charakteru problemów które chcemy rozwiązać? Są to istotne cechy silnego superczłowieczeństwa i osobliwości. Z myślą o nich, zaczynamy czuć, jak w istocie dziwną i różną epoką będzie era postczłowieka – nieważne jak mądre i dobre wydaje się to teraz. Z pewnego punktu widzenia, wizja ta pasuje do wielu naszych wyobrażeń o szczęściu: czas bez ograniczeń, gdy możemy naprawdę poznać siebie i zrozumieć najgłębsze tajemnice. Z innego punktu widzenia, jest to najgorszy z możliwych scenariuszy zarysowanych wcześniej w tym dokumencie. Który z tych tych punktów widzenia jest bardziej uprawniony? W rzeczywistości, myślę, że nowa era jest po prostu zbyt różna, by pasować do klasycznej koncepcji dobra i zła. Ta koncepcja jest oparta na idei izolowanych i niezmiennych umysłów, połączonych cienkimi linkami o niskiej przepustowości danych. Jednak świat po osobliwości jest związany z szerszą tradycją zmian i współpracy, która zaczęła się dawno temu, może nawet przed powstaniem biologicznego życia. Myślę, że niektóre pojęcia z etyki miałyby zastosowanie w takich czasach. Badania IA i szerokopasmowej łączności powinny pogłębić nasze rozumienie tych spraw. Teraz widzę jedynie pewne przebłyski [32]. Istnieje metazłota zasada, być może istnieją zasady pozwalające odróżnić siebie od innych na podstawie przepustowości połączenia. Mimo że

31


umysł i ego staną się znacznie bardziej labilne niż w przeszłości, wiele z tego, co cenimy (wiedza, pamięć, myślenie), nigdy nie zostanie utracone. Myślę, że Freeman Dyson ma rację, kiedy mówi: „Bóg jest tym, czym umysł staje się po przejściu poza skalę naszego pojmowania”[9].

Przypisy: [1] Alfve’n, Hannes, writing as Olof Johanneson, The End of Man?, Award Books, 1969 earlier published as The Tale of the Big Computer, Coward-McCann, translated from a book copyright 1966 Albert Bonniers Forlag AB with English translation copyright 1966 by Victor Gollanz, Ltd. [2] Anderson, Poul, Kings Who Die, If, March 1962, p8-36. Reprinted in Seven Conquests, Poul Anderson, MacMillan Co., 1969. [3] Asimov, Isaac, Runaround, „Astounding Science Fiction”, March 1942, p94. Reprinted in Robot Visions, Isaac Asimov, ROC, 1990. Asimov describes the development of his robotics stories in this book. [4] Barrow, John D. and Frank J. Tipler, The Anthropic Cosmological Principle, Oxford University Press, 1986. [5] Bear, Greg, Blood Music, „Analog Science Fiction-Science Fact, June”, 1983. Expanded into the novel Blood Music, Morrow, 1985. [6] Cairns-Smith, A. G., Seven Clues to the Origin of Life, Cambridge University Press, 1985. [7] Conrad, Michael _et al., Towards an Artificial Brain, BioSystems, vol 23, pp175-218, 1989. [8] Drexler, K. Eric, Engines of Creation, Anchor Press/Doubleday, 1986. [9] Dyson, Freeman, Infinite in All Directions, „Harper & Row”, 1988. [10] Dyson, Freeman, Physics and Biology in an Open Universe, „Review of Modern Physics”, vol 51, pp447-460, 1979. [11] Good, I. J., Speculations Concerning the First Ultraintelligent Machine, in „Advances in Computers”, vol 6, Franz L. Alt and Morris Rubinoff, eds, pp31-88, 1965, Academic Press. [12] Good, I. J., [Pomocy! Nie mogę znaleźć źródła Golden Meta-Rule Meta, choć mam jasne wspomnienie, że usłyszałem o niej kiedyś w 1960 roku. Za pomocą sieci, znalazłem odnośniki do kilku pokrewnych przedmiotów. G. Harry Stine i Andrew Haley pisali o meta-zasadzie: G. Harry Stine, How to Get along with Extraterrestrials ... or Your Neighbor, „Analog Science Fact- Science Fictio”, February, 1980, p39-47.] [13] Herbert, Frank, Dune, Berkley Books, 1985. However, this novel was serialized in_Analog Science Fiction-Science Fact in the 1960s. [14] Kovacs, G. T. A. et al., Regeneration Microelectrode Array for Pe-

32

ripheral Nerve Recording and Stimulation, „IEEE Transactions on Biomedical Engineering”, v 39, n 9, pp 893-902. [15] Margulis, Lynn and Dorion Sagan, Microcosmos, Four Billion Years of Evolution from Our Microbial Ancestors, Summit Books, 1986. [16] Minsky, Marvin, Society of Mind, Simon and Schuster, 1985. [17] Moravec, Hans, Mind Children, Harvard University Press, 1988. [18] Niven, Larry, The Ethics of Madness, If, April 1967, pp82-108. Reprinted in Neutron Star, Larry Niven, Ballantine Books, 1968. [19] Penrose, Roger, The Emperor‘s New Mind, Oxford University Press, 1989. [20] Platt, Charles, Private Communication. [21] Rasmussen, S. et al., Computational Connectionism within Neurons: a Model of Cytoskeletal Automata Subserving Neural Networks, in Emergent Computation, Stephanie Forrest, ed., pp428-449, MIT Press, 1991. [22] Searle, John R., Minds, Brains, and Programs, in „The Behavioral and Brain Sciences”, vol 3, Cambridge University Press, 1980. The essay is reprinted in The Mind‘s I, edited by Douglas R. Hofstadter and Daniel C. Dennett, Basic Books, 1981 (my source for this reference). This reprinting contains an excellent critique of the Searle essay. [23] Sims, Karl, Interactive Evolution of Dynamical Systems, Thinking Machines Corporation, Technical Report Series (published in Toward a Practice of Autonomous Systems: Proceedings of the First European Conference on Artificial Life, Paris, MIT Press, December 1991. [24] Stapledon, Olaf, The Starmaker, Berkley Books, 1961 (but from the date on forward, probably written before 1937). [25] Stent, Gunther S., The Coming of the Golden Age: A View of the End of Progress, The Natural History Press, 1969. [26] Swanwick Michael, Vacuum Flowers, serialized in „Isaac Asimov‘s Science Fiction Magazine”, December(?) 1986 - February 1987. Republished by Ace Books, 1988. [27] Thearling, Kurt, How We Will Build a Machine that Thinks, a workshop at Thinking Machines Corporation, August 24-26, 1992. Personal Communication. [28] Ulam, S., Tribute to John von Neumann, „Bulletin of the American Mathematical Society”, vol 64, nr 3, part 2, May 1958, pp149. [29] Vinge, Vernor, „Bookworm, Run!“, Analog, March 1966, pp840. Reprinted in True Names and Other Dangers, Vernor Vinge, Baen Books, 1987. [30] Vinge, Vernor, True Names, “Binary Star” Number 5, Dell, 1981. Reprinted in True Names and Other Dangers, Vernor Vinge, Baen Books, 1987. [31] Vinge, Vernor, First Word, “Omni”, January 1983. [32] Vinge, Vernor, w przygotowaniu [ :-) ].


Ray Kurzweil Prawo Przyspieszających Powrotów Fragment

Analiza historii techniki pokazuje, że zmiany technologiczne rosną wykładniczo, w przeciwieństwie do zdroworozsądkowego, intuicyjnego widzenia liniowego. W XXI wieku nie doświadczymy stu lat postępu, lecz – mierząc miarą dzisiejszego postępu – będzie to 20 tysięcy lat. „Powroty”, takie jak szybkość chipa i opłacalność, również wzrastają wykładniczo. Istnieje nawet wykładniczy wzrost we wzroście wykładniczym. W ciągu kilku dekad inteligencja maszyn przewyższy ludzką inteligencję, co doprowadzi do Osobliwości (Singularity) - technologicznej zmiany, tak szybkiej i głębokiej, że będzie ona stanowić zerwanie ludzkiej historii. Konsekwencje zawierają m.in. połączenie inteligencji biologicznej i niebiologicznej, nieśmiertelnego człowieka opartego na oprogramowaniu i bardzo wysoki poziom inteligencji, która rozszerza się w kosmosie z prędkością światła. Przyszłoc jest całkiem błędnie rozumiana. Nasi ojcowie spodziewali się, że przyszłość będzie bardzo podobna do czasów, w których żyli. Ta z kolei była bardzo podobna do ich przeszłości. Mimo to wykładnicze tendencje istniały tysiące lat temu, były w bardzo wczesnej fazie, a trend wykładniczy był tak płaski, że wyglądał jakby nie istniał. Tak więc ich błędne przewidywania były w dużej mierze uzasadnione. Obecnie, zgodnie ze wspólną wiedzą, wszyscy oczekują ciągłego postępu technologicznego oraz zmian społecznych, które pociągnie za sobą. Przyszłość będzie o wiele bardziej zaskakująca niż większość obserwatorów przewiduje: zaledwie kilka osób prawdziwie zrozumiało implikacje faktu, że tempo zmian przyspiesza.

Intuicyjne widzenie liniowe vs historyczne widzenie wykładnicze Większość długookresowych prognoz, dotyczących możliwości technicznych w przyszłych okresach, lekceważy potęgę przyszłych technologii, ponieważ opierają się one na tym, co nazywam intuicyjnym widzeniem liniowym postępu technologicznego, a nie na historycznym widzeniu wykładniczym. Ta rozbieżność w poglądach pojawia się często w różnych kontekstach, na przykład w dyskusji o kwestiach etycznych, które Bill Joy poruszył w swojej kontrowersyjnej historii Dlaczego przyszłość nas nie potrzebuje na łamach magazynu „Wired”. Bill i ja byliśmy często łączeni w różnych miejscach jako, odpowiednio: pesymista i optymista. Chociaż jestem zdecydowany krytykować stanowi-

sko Billa, (nawet ja nie zgadzam się z jego pesymizmem) zazwyczaj kończę na obronie Joya, jeśli idzie o kluczową kwestię, jaką jest wykonalność. Ostatnio laureat Nagrody Nobla oddalił obawy Billa, wykrzykując, że „nie zobaczymy samoreplikujących się nanoinżynieryjnych istot w ciągu stu lat”. Zwróciłem uwagę, że potrzebowaliśmy stu lat, aby wiarygodnie oszacować szybkość postępu technicznego wymaganego do dojścia ku temu szczególnemu kamieniowi milowemu, jakim jest dzisiejsze tempo rozwoju. Ponieważ jednak w każdej dekadzie podwajamy tempo, pewne jest, że nastąpi stuletni postęp – przy dzisiejszym wzroście – w ciągu tylko 25 lat kalendarzowych. Z punktu widzenia matematyka, głównym powodem jest to, że krzywa wykładnicza w przybliżeniu jest podobna do linii prostej, gdy patrzy się na nią przez krótki okres czasu. Zatem nawet jeśli tempo wzrostu w ostatnich latach (np. w zeszłym roku) jest dużo większe niż dziesięć lat temu – nie mówiąc już o stu czy tysiącu latach wstecz – nasze wspomnienia są jednak zdominowane przez niedawne doświadczenie. Jest to typowe, dlatego że nawet wyrafinowani komentatorzy, rozważając przyszłość, ekstrapolują obecne tempo zmian w ciągu najbliższych 10 lub 100 lat, w celu określenia ich oczekiwań. Dlatego ten sposób patrzenia na przyszłość nazywam intuicyjnym widzeniem liniowym. Poważna ocena historii techniki pokazuje jednak, że zmiany technologiczne mają charakter wykładniczy. We wzroście wykładniczym kluczowa miara, taka jak moc obliczeniowa, jest pomnożona przez stały współczynnik dla każdej jednostki czasu (np. podwojenie co roku), a nie po prostu dodawana stopniowo. Wykładniczy wzrost jest cechą każdego procesu ewolucyjnego, technologia jest podstawowym przykładem. Można analizować dane na różne sposoby i w różnych skalach czasowych. Dla wielu technologii, począwszy od elektronicznych po biologiczne, zachodzi przyspieszenie postępu. W rzeczywistości, spotykamy nie tylko prosty, wykładniczy wzrost, ale podwojony wzrost wykładniczy, co oznacza, że tempo wzrostu wykładniczego samo rośnie w postępie wykładniczym. Obserwacje te nie opierają się jedynie na założeniu kontynuacji prawa Moore’a – np. na wykładniczym zmniejszaniu się rozmiarów tranzystorów w układzie scalonym) – ale opiera się na bogatym modelu różnorodnych procesów technologicznych. Pokazuje to jasno, że technologia, w szczególności tempo zmian technologicznych, rozwija się nie liniowo, tylko co najmniej wykładniczo. Ma to miejsce od chwili pojawienia się technologii, a nawet od czasu pierwszych ewolucyjnych zmian na Ziemi.

33


Podkreślam to, ponieważ jest to najpoważniejszy mankament, który przyszli prognostycy powinni wziąć pod uwagę rozważając nadchodzące trendy. Większość prognoz całkowicie ignoruje takie historyczne widzenie wykładnicze postępu technicznego. Ludzie mają tendencję do przeceniania tego, co można osiągnąć w krótkim czasie – bo zwykle pomijamy niezbędne szczegóły – ale nie doceniają tego, co można osiągnąć w długim okresie, ponieważ wzrost wykładniczy jest ignorowany.

Prawo przyspieszonych powrotów Możemy zorganizować te obserwacje w poniższy sposób, który nazywam prawem przyspieszonych powrotów. Ewolucja stosuje pozytywne sprzężenie zwrotne w tym sensie, że większość metod, wynikających z jednego etapu ewolucyjnego, jest wykorzystywana do tworzenia kolejnego. W rezultacie tempo postępu procesu ewolucyjnego wzrasta wykładniczo w czasie. Porządek informacji osadzonych w procesie ewolucyjnym wzrasta. Choćby miara, w jaki sposób informacja pasuje do celu; w procesie ewolucji jest nim np. przetrwanie. Z powyższych obserwacji wynika, że „powroty” (przychody) procesu ewolucyjnego – np. szybkość, efektywność lub całkowita moc – wzrastają wykładniczo w czasie. W innej dodatniej pętli sprzężenia zwrotnego wybrany proces ewolucyjny – np. obliczenia – staje się bardziej efektywny – np. ekonomicznie – większe środki są udostępniane w celu dalszego rozwoju tego procesu. Powoduje to drugi poziom wzrostu wykładniczego, czyli tempo wzrostu wykładniczego rośnie wykładniczo. Ewolucja biologiczna jest jednym z takich procesów ewolucyjnych. Ewolucja zmian technologicznych jest kolejnym procesem ewolucyjnym. Rzeczywiście, wyłonienie się pierwszej technologii tworzącej gatunki skutkowało nowym ewolucyjnym procesem technologii. W związku z tym, rozwój technologiczny jest następstwem i kontynuacją ewolucji biologicznej. Specyficzny paradygmat – metoda lub podejście do rozwiązywania problemów, np. zmniejszanie się tranzystorów w układzie scalonym w celu osiągnięcia większej mocy komputerów – zapewnia wykładniczy wzrost aż do momentu, gdy metoda wyczerpuje swój potencjał. W takim przypadku następuje zmiana paradygmatu – czyli zasadnicza zmiana podejścia – co umożliwia kontynuację wzrostu wykładniczego. Jeśli zastosujemy te zasady na najwyższym szczeblu ewolucji na Ziemi, to pierwszy krok – powstanie komórek – wprowadził paradygmat biologii. Kolejno wprowadzenie DNA dostarczyło „cyfrowej” metody do zapisywania wyników ewolucyjnych eksperymentów. Ewolucja gatunków, która łączy racjonalne myślenie z umiejętnością chwytania spowodowała zasadnicze zmiany paradygmatu, przejście z biologii do technologii. Nadchodząca podstawowa zmiana paradygmatu będzie przejściem z myślenia biologicznego do hybrydy, łączącej biologiczne i niebiologiczne formy myślenia. Hybryda ta zawierać będzie biologicznie inspirowane procesy, wynikające z odwrotnej inżynierii mózgów biologicznych.

34

Jeśli przyjrzymy się odcinkom czasowym tych kroków, widzimy, że proces ten stale przyspieszał. Aby wykonać pierwsze kroki, ewolucja form życia – od prymitywnych komórek – wymagała miliardów lat; później postęp przyspieszył. W czasie eksplozji kambryjskiej główne zmiany paradygmatu trwały tylko dziesiątki milionów lat. Następnie humanoidy pojawiły w ciągu milionów lat, a homo sapiens w ciągu tylko setek tysięcy lat. Wraz z pojawieniem się gatunków zdolnych do tworzenia technologii, wykładnicze tempo stało się zbyt szybkie dla ewolucji używającej syntezy białek i przeniosło się do, stworzonej przez człowieka, technologii. Technologia wykracza poza zwykłe wykonywanie narzędzi, jest to proces tworzenia coraz bardziej zaawansowanych technik z użyciem narzędzi z poprzedniego etapu innowacji. W ten sposób technologia ludzka różni się od wykonywania narzędzi przez inne gatunki. Istnieje zapis każdego etapu technologii, a każdy nowy etap opiera się na porządku z poprzedniego etapu. Pierwsze technologiczne kroki – np. wyostrzenie krawędzi, ogień, koło – trwały dziesiątki tysięcy lat. Dla ludzi żyjących w tamtej epoce istniały niewielkie, zauważalne zmiany technologiczne w ciągu tysiąca lat. W roku 1000 postęp był znacznie szybszy i zmiana paradygmatu wymagała wieku lub dwóch. W XIX wieku widzieliśmy więcej zmian technologicznych niż w ciągu dziesięciu wcześniejszych wieków. Następnie w pierwszych dwudziestu latach XX wieku widzieliśmy większy postęp niż w całym XIX wieku. Obecnie zmiany paradygmatu występują w ciągu kilku lat. Internet nie istniał w swojej obecnej formie jeszcze kilka lat temu i w ogóle nie istniał dziesięć lat temu. Szybkość zmiany paradygmatu – czyli ogólne tempo postępu technicznego – jest podwajana, w przybliżeniu, co dekadę, tj. czas zmiany paradygmatu jest o połowę krótszy co dekadę i wzrost przyspieszenia sam rośnie wykładniczo. Zatem technologiczny postęp w XXI wieku będzie równoważny temu, co wymagało – w liniowym spojrzeniu – 200 wieków. Tak więc w XXI wieku zobaczymy prawie tysiąc razy większe zmiany technologiczne niż w wieku XX.

Osobliwość jest blisko Aby zrozumieć znaczenie zbliżającej się osobliwości. trzeba rozważyć charakter wzrostu wykładniczego. W tym celu przypomnę opowieść o wynalazcy szachów i jego patronie cesarzu Chin. W odpowiedzi na cesarską propozycję nagrody za nową ukochaną grę, wynalazca poprosił o jedno ziarno ryżu na pierwszym polu szachowym, dwa na drugim polu, cztery na trzecim i tak dalej. Cesarz szybko przystał na tę pozornie łagodną i pokorną prośbę. Jedna z wersji tej historii mówi, że cesarz zbankrutował, gdyż po 63. podwojeniu liczba ziaren ryżu wyniosła 18.000.000 trylionów. Jeśli weźmiemy dziesięć ziaren ryżu na cal kwadratowy, to wymagana liczba pól ryżowych będzie równa podwojonej powierzchni Ziemi, wliczając oceany. Inna wersja mówi, że wynalazca stracił głowę. Należy podkreślić, że gdyby cesarz i wynalazca pozostali na pierwszej połowie szachownicy, wszystko odbyłoby się dość spokojnie. Wynalazca otrzymałby łyżkę


ryżu, a następnie miskę ryżu, i wreszcie baryłkę. Do końca pierwszej połowy szachownicy wynalazca zgromadziłby jedynie duże pole (4 biliony ziaren). Gdyby jednak przeszli oni na drugą połowę szachownicy, sytuacja szybko uległaby pogorszeniu. Nawiasem mówiąc, w odniesieniu do podwajania mocy obliczeniowej, czyli tam, gdzie teraz jesteśmy, było niewiele ponad 32 podwojenia, odkąd w czasie II wojny światowej zostały wynalezione pierwsze programowalne komputery. Taka jest natura wzrostu wykładniczego. Mimo że technologia rozwija się w wykładniczej domenie, ludzie żyją w sposób liniowy. Zatem trendy technologiczne nie są zauważane. Następnie, jakby znikąd, następuje wybuch technologii. Na przykład, gdy od roku 1980 w ciągu dwóch lat Internet wzrósł z 20 tysięcy do 80 tysięcy węzłów, postęp ten pozostał niedostrzeżony przez opinię publiczną. Dziesięć lat później, kiedy rozrósł się on od 20 do 80 milionów węzłów w takim samym czasie, jego wpływ stał się widoczny. Jeśli wzrost wykładniczy stale będzie przyspieszać w pierwszej połowie XXI wieku, to ujawni się jako wybuch w nieskończoność, przynajmniej z punktu widzenia ograniczonej i liniowej perspektywy współczesnych ludzi. Postęp w końcu będzie tak szybki, że zniszczy naszą zdolność jego postrzegania. Będzie dosłownie poza naszą kontrolą. Czy postęp technologiczny będzie kontynuowany, aby przyspieszyć w sposób nieokreślony? Czy nie ma punktu, w którym ludzie są w stanie myśleć dostatecznie szybko, aby za nim nadążać? W odniesieniu do nieuzbrojonego człowieka, wyraźnie tak. Co jednak mogłoby osiągnąć tysiąc naukowców, z których każdy jest tysiąc razy bardziej inteligentny od dzisiejszych ludzkich naukowców i każdy działa tysiąc razy szybciej niż współcześni ludzie, ponieważ przetwarzanie informacji w niebiologicznym mózgu jest szybsze? Jeden rok będzie jak tysiąclecia. Co oni mogliby wymyśleć? Cóż, z jednej strony będą sięgać po technologię, aby stać się jeszcze bardziej inteligentnymi, bo ich inteligencja nie będzie miała ograniczeń. Będą zmieniać swoje procesy myślowe, aby myśleć jeszcze szybciej. Kiedy naukowcy będą ewoluować do milion razy inteligentniejszych i szybszych, wówczas godzina będzie oznaczała sto lat postępu w dzisiejszych kategoriach. Załóżmy następnie, że mamy już Osobliwość. Osobliwość jest tak szybką i głęboką technologiczną zmianą, że stanowi to załamanie ludzkiej historii. Niektórzy twierdzą, że nie możemy zrozumieć Osobliwości, przynajmniej na naszym obecnym poziomie rozumienia rzeczy, i że niemożliwe jest zatem, aby patrzeć poza horyzont zdarzeń, jakim jest Osobliwość, i mówić w sposób sensowny, co leży poza nim. Mój pogląd jest taki, że pomimo naszych poważnych ograniczeń myślenia – zaledwie stu trylionów połączeń międzyneuronalnych w naszych biologicznych mózgach – mamy jednak wystarczającą moc abstrahowania, aby wypowiedzieć sensowne zdania na temat charakteru życia po Osobliwości. Co najważniejsze, uważam, że inteligencja, która następnie się pojawi, będzie reprezentować cywilizację ludzko-maszynową. Będzie to kolejny krok w ewolucji, następna zmiana paradygmatu na wysokim poziomie.

Aby wprowadzić pojęcie Osobliwości w odpowiednią perspektywę, przyjrzyjmy się historii samego słowa. Osobliwość jest znanym słowem w sensie „unikatowe wydarzenie z daleko idącymi konsekwencjami”. W matematyce termin ten implikuje nieskończoność, eksplozję wartości występującą wówczas, gdy dzielimy stałą przez liczbę, coraz bliższą zera. W fizyce podobnie – osobliwość oznacza zdarzenie lub miejsce z nieskończoną mocą. W centrum czarnej dziury materia jest tak gęsta, że jej grawitacja jest nieskończona. W jego pobliżu materia i energia są wessane w czarną dziurę, horyzont zdarzeń oddziela region od reszty wszechświata. Stanowi to rozerwanie przestrzeni i czasu. Wszechświat rozpoczął się właśnie taką Osobliwością. W 1950 roku John von Neumann był cytowany jako wyraziciel opinii, że „coraz bardziej przyspieszający postęp technologii (...) zbliża się do istotnej osobliwości w historii rasy, po której ludzkie sprawy, jakie znamy, nie będą mogły być kontynuowane.” W 1960 roku I.J. Good pisał o „eksplozji inteligencji”, wynikającej z tego, że inteligentne maszyny będą projektować maszyny nowej generacji bez interwencji człowieka. W 1986 roku Vernor Vinge, matematyk i informatyk z uniwersytetu w San Diego, pisał o szybko zbliżającej się technologicznej osobliwości w powieści science fiction Marooned in Realtime. Następnie, w 1993 roku, Vinge przedstawił referat na sympozjum zorganizowanym przez NASA, w którym opisał Osobliwość jako zbliżające się wydarzenie wynikające przede wszystkim z pojawienia się „istot z większą niż ludzką inteligencją”, w którym widział zapowiedź zjawiska uciekania (runway). Z mojego punktu widzenia Osobliwość ma wiele twarzy. Stanowi ona niemal pionową fazę wzrostu wykładniczego, gdzie tempo wzrostu jest tak ekstremalne, że technologia wydaje się rosnąć z nieskończoną prędkością. Oczywiście z punktu widzenia matematycznego nie ma nieciągłości, nie ma żadnego zerwania, a tempo wzrostu jest bardzo duże, ale skończone. Z naszego obecnego, ograniczonego punktu widzenia to nieuchronne zdarzenie wydaje się być ostrą i nagłą przerwą w ciągłości postępu. Jednak podkreślam słowo „obecnie”, ponieważ jednym z najistotniejszych skutków Singularity będzie zmiana charakteru naszej zdolności do rozumienia. Innymi słowy, staniemy się znacznie bardziej inteligentni poprzez połączenie się z naszą technologią. Kiedy w 1980 roku pisałem moją pierwszą książkę The Age of Intelligent Machines, zakończyłem ją widmem powstania inteligencji maszynowej wyższej niż ludzka inteligencja, ale trudno było spojrzeć poza horyzont zdarzeń. Teraz, myśląc o implikacjach ostatnich 20 lat [tekst powstał w 2001 roku – przyp. red.], czuję, że faktycznie jesteśmy w stanie zrozumieć wiele aspektów tego progu, który przekształci wszystkie sfery ludzkiego życia. Rozważmy kilka przykładowych wniosków. Duża liczba naszych doświadczeń będzie przesunięta z rzeczywistości do rzeczywistości wirtualnej. Duża część inteligencji naszej cywilizacji stanie się niebiologiczna i do końca tego wieku będzie bilion bilionów razy silniejsza od inteligencji ludzkiej. Jednakże, aby zaradzić często wyrażanym obawom, nie oznacza to końca biologicznej inteligencji, nawet jeśli straci ona swoją uprzywilejowaną pozycję. Ponadto ważne jest, aby pamiętać, że niebiologiczne formy będą pochodną biologicznych. Innymi

35


słowy, nasza cywilizacja pozostanie ludzka, a nawet pod wieloma względami znacznie bardziej ludzka od tego, co obecnie uważamy za ludzkie, choć nasze rozumienie tego pojęcia przesunie się poza jego oryginalne, ściśle biologiczne znaczenie. Wielu obserwatorów podniosło alarm w związku z powstawaniem form niebiologicznej inteligencji przewyższającej ludzką. Potencjał do zwiększenia własnej inteligencji poprzez bliski związek z innymi mediami myślenia niekoniecznie złagodzi obawy. Niektórzy już wyrazili chęć pozostania „nieuzbrojonymi” przy jednoczesnym zachowaniu ich miejsca na szczycie intelektualnego łańcucha pokarmowego. Moim zdaniem możemy się spodziewać, że z jednej strony, z punktu widzenia biologicznego człowieka, nadludzkie inteligencje pojawią się jako jego transcendentni służący, zaspokajający potrzeby i pragnienia. Z drugiej strony, czczone dziedzictwo biologiczne zajmować będzie tylko nieznaczną część intelektualnych mocy, jakie przyniesie Singularity. Nie trzeba dodawać, że Singularity zmieni wszystkie aspekty naszego życia: społeczne, seksualne i ekonomiczne.

Uogólnione prawo Moore’a Przed rozważeniem dalszych implikacji Osobliwości, prześledźmy różne technologie, które podlegają prawu przyspieszonych powrotów. Wykładniczy trend, który zdobył największe publiczne uznanie, stał się znany jako prawo Moore’a. Gordon Moore, jeden z twórców układów scalonych, a następnie prezes firmy Intel, zauważył w połowie lat 70., że co 24 miesiące możemy umieścić dwa razy więcej tranzystorów w układzie scalonym. Zważywszy, że elektrony mają mniejszą odległość do przebycia, obwody pracują dwa razy szybciej, przynosząc czterokrotny wzrost mocy obliczeniowej. Po sześćdziesięciu latach oddanej służby prawo Moore’a umrze śmiercią naturalną, nie później niż w roku 2019. W tym bowiem czasie tranzystor będzie miał tylko kilka atomów szerokości. Czy zatem będzie to koniec wykładniczego wzrostu informatyki? Nie zakładałbym się o to. Prawo Moore’a nie było pierwszym, ale piątym paradygmatem, zapewniającym wykładniczy wzrost informatyki. Za każdym razem rola jednego paradygmatu traci znaczenie, a wpływ drugiego na tempo rozwoju wzrasta. Urządzenia komputerowe konsekwentnie pomnażały moc obliczeniową w jednostce czasu, począwszy od US Census – mechanicznego urządzenia obliczeniowego stosowanego w 1890 roku, poprzez maszynę Robinsona opartą na przekaźnikach Turinga, która złamała kod Enigmy, CBS-owy komputer z rurą próżniową, który przewidział wybór Eisenhowera, tranzystorowe maszyny użyte w pierwszych podbojach przestrzeni kosmicznej, aż do, opartego na układach scalonych komputera osobistego, którego użyłem do dyktowania – i automatycznej transkrypcji – tego eseju. Zauważyłem jeszcze coś dziwnego. Kiedy narysowałem wykres 49 maszyn na wykresie wykładniczym, gdzie linia prosta oznacza wykładniczy wzrost, nie otrzymałem linii prostej. Otrzymałem kolejną krzywą wykładniczą. Innymi słowy, istnieje wykładniczy wzrost w tempie wzrostu

36

wykładniczego. Prędkość komputera (kosztu jednostkowego) podwaja się co trzy lata między 1910 i 1950 rokiem, podwoiła się co dwa lata między 1950 a 1966, a obecnie podwaja się co roku. Ale skąd pochodzi prawo Moore’a? Co kryje się za tym niezwykle przewidywalnym zjawiskiem? Widziałem, że stosunkowo niewiele napisano o jego ostatecznym źródle. Czy to tylko „zbiór oczekiwań przemysłu i celów”, jak twierdzi Randy Isaac, szef badań podstawowych w IBM? Czy zachodzi coś głębszego? Moim zdaniem jest to jedna z wielu manifestacji wykładniczego wzrostu ewolucyjnego procesu, jakim jest technologia. Wykładniczy wzrost informatyki jest doskonałym ilościowym przykładem rosnących wykładniczo powrotów (returns) z procesu ewolucyjnego. Możemy także wyrazić wykładniczy wzrost informatyki w zakresie przyspieszenia tempa: trzeba było 90 lat do osiągnięcia pierwszego MIPS (milionów instrukcji na sekundę) na tysiąc dolarów, teraz dodajemy (w kalkulatorach) MIPS na tysiąc dolarów dziennie. Prawo Moore’a ściśle odnosi się do liczby tranzystorów w układzie scalonym o stałej wielkości i z czasem zostało wyrażone jeszcze ściślej w terminach wielkości tranzystora. Ale zamiast wielkości tranzystora, która jest tylko jednym z charakterystycznych czynników, a nawet liczby tranzystorów, myślę, że najbardziej odpowiednią miarą jest szybkość obliczeń na jednostkę kosztu. Bierze się tu pod uwagę wiele poziomów „inteligencji”, tzn. innowacji, czyli technologicznej ewolucji. Oprócz wszystkich innowacji w układach scalonych, istnieje wiele warstw innowacji w zakresie projektowania komputerów, np. przetwarzanie potokowe, przetwarzanie równoległe, pamięć i wiele innych. Wykładniczy wzrost informatyki nie zaczął się od powstania układów scalonych (ok. 1958 r.), a nawet tranzystorów (ok. 1947 r.), ale wraca do kalkulatorów elektromechanicznych stosowanych w 1890 i 1900 roku przez US Census. Działa tu co najmniej pięć różnych paradygmatów informatycznych, z czego prawo Moore’a dotyczy tylko ostatniego. To oczywiste, że po prawie Moore’a nastąpi szósty paradygmat, tzn. zabraknie mocy w drugiej dekadzie tego stulecia. Chipy dziś są płaskie (chociaż wymagane jest nawet do 20 warstw materiału w celu wytworzenia jednej warstwy obwodów). Nasz mózg przeciwnie – jest organizowany w trzech wymiarach. Żyjemy w świecie trójwymiarowym, dlaczego więc nie wykorzystywać trzeciego wymiaru? Ludzki mózg używa bardzo nieefektywnie elektrochemicznych analogowych procesów obliczeniowych sterowanych cyfrowo. Większość obliczeń wykonywana jest w połączeniach międzyneuronalnych z prędkością zaledwie 200 operacji na sekundę w każdym połączeniu, a to około dziesięć milionów razy wolniej niż współczesne obwody elektroniczne. Mózg korzysta jednak z ogromnej mocy równoległego przetwarzania w trzech wymiarach. Istnieje wiele technologii, które budują obwód w trzech wymiarach, np., nanorurki, które już pracują w laboratoriach, czy obwody budowane z pentagonalnych list atomów węgla. Jeden cal sześcienny układu nanorurek będzie milion razy potężniejszy niż ludzki mózg. Istnieje więcej niż wystarczająco wiele nowych technologii komputerowych, w tym trójwymia-


rowy układ krzemowy, komputery optyczne, informatyka krystaliczna, informatyka DNA i komputery kwantowe, służących zachowaniu prawa przyspieszonych powrotów w zastosowaniu do obliczeń przez długi czas. Tak więc podwójny wykładniczy wzrost informatyki jest szerszy niż prawo Moore’a, które dotyczy tylko jednego z paradygmatów. Przyspieszenie tempa rozwoju informatyki jest z kolei częścią jeszcze szerszego zjawiska przyspieszania tempa każdego procesu ewolucyjnego. Obserwatorzy zbyt pochopnie krytykują ekstrapolacje trendu wykładniczego na podstawie tego, że trend jest zobowiązany do wyczerpania zasobów. Klasycznym przykładem jest pojawianie się osobników (gatunków) w nowym miejscu zamieszkania (np. króliki w Australii). Liczba tych osobników będzie gwałtownie rosnąć przez jakiś czas, ale potem dotrze do granicy, gdy zabraknie zasobów, takich jak żywność i miejsce. Jednak zasoby leżące u podstaw wykładniczego wzrostu procesu ewolucyjnego są stosunkowo nieograniczone, m.in. z powodu samego procesu ewolucyjnego. Każdy etap ewolucji dostarcza nowych, mocniejszych narzędzi dla następnego. W ewolucji biologicznej nadejście DNA pozwoliło na mocniejsze i szybsze ewolucyjne eksperymenty. Później, ustawienie „wzorów” planów ciała zwierząt w czasie eksplozji kambryjskiej pozwoliło na szybki ewolucyjny rozwój innych części ciała, takich jak mózg. Biorąc bardziej współczesny przykład: pojawienie się narzędzi do projektowania wspomaganego komputerowo, pozwala na szybki rozwój nowej generacji komputerów. Drugim z powodów jest chaos środowiska, w którym odbywa się proces ewolucyjny i który zapewnia możliwości dalszych różnorodności. W ewolucji biologicznej różnorodność wchodzi do procesu w postaci mutacji i ciągle zmieniających się warunków środowiska. W ewolucji technologicznej ludzka pomysłowość, w połączeniu z ciągle zmieniającymi się warunkami rynkowymi, utrzymuje proces innowacji. Maksymalny potencjał materii i energii, zawierający inteligentne procesy, jest ważnym zagadnieniem. Jednak według moich modeli, nie będzie tych ograniczeń w tym wieku, natomiast będzie to problem najbliższych stuleci. Pojedyncze modele, takie jak prawo Moore’a, osiągają ostatecznie poziom, na którym wykładniczy wzrost nie jest już możliwy. Tak więc prawo Moore’a jest krzywą S. Jed-

nak wzrost mocy obliczeniowych jest wykładniczy – przynajmniej do czasu, gdy nasycimy wszechświat inteligencją naszej ludzko-maszynowej cywilizacji. Zgodnie z prawem przyspieszonych powrotów (zwrotów), zmiana paradygmatu, nazywana również innowacją, przekształca krzywą S poszczególnego paradygmatu w ciągły wzrost wykładniczy. Nowy paradygmat (np. układy trójwymiarowe) pojawi się, gdy stary paradygmat osiągnie swoje naturalne ograniczenie. Stało się to co najmniej cztery razy w historii obliczalności. Różnica ta wyodrębnia również gatunki zdolne do tworzenia narzędzi, gdzie mistrzostwo w ich wytwarzaniu lub użyciu przez każde zwierzę jest charakteryzowane nagle kończącą się krzywą S, w przeciwieństwie do technologii człowieka, która ma wzrost wykładniczy.

Sekwencjonowanie DNA, pamięć, komunikacja, Internet i miniaturyzacja Prawo przyspieszonych powrotów odnosi się do wszystkich technologii, a nawet do każdego prawdziwego ewolucyjnego procesu, i może być mierzone z niezwykłą precyzją w technologiach opartych na informacji. Istnieje mnóstwo przykładów wzrostu wykładniczego, wynikających z prawa przyspieszonych powrotów w technologii, jak np. sekwencjonowanie DNA, szybkość komunikacji, różnego rodzaju elektronika, a nawet szybko malejące rozmiary technologii. Wyniki Singularity pochodzą nie od wykładniczej eksplozji samych obliczeń, ale raczej z wzajemnego oddziaływania i z efektów synergii, które mogą wyniknąć z rozmaitości przeplatająch się rewolucji technologicznych. Ponadto, należy pamiętać, że każdy punkt na krzywej wzrostu wykładniczego, leżący u podstaw tego wachlarza technologii (patrz wykresy poniżej) reprezentuje intensywny ludzki dramat konkurencji i innowacyjności. Zadziwiające jest zatem, że wynik tych chaotycznych procesów układa się w takie gładkie i przewidywalne trendy wykładnicze. Na przykład, gdy czternaście lat temu zaczęto skanowanie ludzkiego genomu, krytycy zwrócili uwagę, że zważywszy na szybkość, z jaką genom może być skanowany, zajmie to tysiące lat. Jednak piętnastoletni projekt został zakończony lekko przed terminem. Tłumaczył: Robert B. Lisek

37


38


Otto Roesler Endonomadologia

W 1628 roku w Hiszpanii Calderon de la Barca napisał sztukę Życie jest snem. Opowiadał w niej o młodym synu króla, który część swojego życia spędzał w więzieniu, a część w roli następcy tronu w stolicy swojego kraju. Podawano mu jakiś środek nasenny, prawdopodobnie alkohol, by potem siłą zabierać, a to do więzienia, a to z powrotem na zaszczytny urząd. Za każdym razem kiedy zmieniała się jego sytuacja, mówiono mu, iż to czego doświadczał poprzednim razem, było snem. Sztuka Calderona mówi o tym, że nie możesz odróżnić snu od jawy, że życie jest tak naprawdę snem. Nie umiem powiedzieć, kto jako pierwszy w historii wpadł na ten pomysł, ale kilka lat przed Calderonem Kartezjusz we Francji miał podobną myśl. Dlatego też kartezjanizm nazwałbym teorią interfejsu. Sama koncepcja interfejsu jest daleko starsza, gdyż należałoby cofnąć się do myśli Buddy, która traktuje o podobnych zagadnieniach. Kartezjusz jest nam jednak bliższy. Dlaczego mówię o tym wszystkim? Dotyczy to sytuacji analogicznej do więzienia. Obecnie znajdujemy się poza kontrolą jakichkolwiek wytycznych, mówiących o tym, jak miałaby wyglądać przyszłość. Jest umierający kontynent nazywany Europą, są i inne, świetnie prosperujące kontynenty, jednakowoż równowaga sił na tej planecie nie odzwierciedla relacji między mniejszością starszych, białych ludzi, którzy posiadają władzę, a większością młodych, których zdanie w ogóle nie jest brane pod uwagę. Kontynuując, problem mechaniki kwantowej nie został rozwiązany. Pojawił się kryzys polityczny i – poprzez fizykę – kryzys w nauce. Dotyczy to kwestii z 1927 roku, kiedy to nauka straciła kontakt z racjonalizmem. Był to moment, kiedy Niels Bohr przedstawił zasady komplementarności, a Wolfgang Pauli stworzył ideę początkowego prawdopodobieństwa (primary chance). Miałem szczęście, że przez pewien czas mogłem pracować nad teorią chaosu, a jest to teoria, która w oparciu o logiczne podstawy, porusza zagadnienie prawdopodobieństwa. Pogoda to bardzo znany przykład aplikacji teorii chaosu. Jak wszyscy wiemy, nie można dokonać prawidłowej prognozy z półrocznym wyprzedzeniem. Łatwo jest to sobie uzmysłowić, ze względu na ewidentną

konieczność uwzględnienia ogromnej ilości niuansów atmosfery w jednym momencie czasu, by wykalkulować przyszłe ruchy wiatrów. Tak więc wiatr wieje tam, gdzie chce. Można to pogodzić jednak z racjonalizmem, jako że jest to w zasadzie problem złożoności. Wszyscy są tego świadomi. Fakt, iż nie możemy kontrolować pogody, jest racjonalną implikacją tego, co wiemy o świecie. Jednakże Wolfgang Pauli przedstawił problem prawdopodobieństwa początkowego, który pojawia się w kwantowym eksperymencie. Jeśli by przeprowadzić eksperyment z licznikiem Geigera, który kliknie lub nie w zależności od tego, czy dane źródło promieniowania radioaktywnego wpuści do jego wnętrza cząstkę, okaże się, iż dokonywany pomiar jest całkowicie nieprzewidywalny. Ta nieprzewidywalność była utożsamiana z prawdopodobieństwem początkowym, w takim rozumieniu, iż nie istnieje żadne deterministyczne, zrozumiałe wytłumaczenie dlaczego tak się dzieje. Od 1927 roku mechanika kwantowa zyskała status teorii, która przewiduje tylko początkowe prawdopodobieństwa, ale nie same w sobie zdarzenia. To oznacza koniec naukowego programu, w takim rozumieniu, w jakim stworzył go Kartezjusz - iż racjonalny, naukowy opis świata jest możliwy. W ten właśnie sposób rozumiał on naukę. Stworzył ideę, która czyniła świat racjonalnym, otwartym na humanizm miejscem. Fakt, iż kartezjanizm upadł w 1927 roku nie jest powszechnie znany, ale obserwuje się proces odwracania się młodych ludzi od nauki. Jej atrakcyjność wyraźnie spadła w momencie zaistnienia interpretacji kopenhaskiej. Pewien człowiek w Niemczech, o nazwisku Manfred (albo Karl) von Mayen, opublikował książkę, w której twierdzi, że istnieje bezpośredni związek między republiką Weimarską oraz powstaniem mechaniki kwantowej z jednej strony, a historycznym rozwojem Niemiec z drugiej, kiedy to naukowcy nie byli w stanie przeciwstawić się powstałemu irracjonalizmowi w rządzie. Można by oczekiwać, że istnieje związek między wiarą w kartezjański racjonalizm nauki a humanizmem – na zasadzie poczucia indywidualnej odpowiedzialności tych, którzy czują się wystarczają-

39


co ważni, by interweniować w momencie popełniania poważnych błędów przez społeczeństwo. Dlatego być może, w obliczu kryzysu, warto na nowo wprowadzić racjonalizm. Ale nie z tym chciałem się tutaj zwrócić.

nieobecne w świetle dnia (chyba, że jesteś pijany).Mianowicie jeśli coś, co było tu, a już nie jest, następnie pojawia się w zmienionej formie, oznacza śnienie. Można to nazwać kwestią materialnej niesprzeczności.

Jak ktoś taki, jak Kartezjusz mógł zaproponować tak znaczący pogląd, który wszyscy po nim żyjący, mniej lub bardziej, zaakceptowali? Tak więc, jest on jednym z niewielu ludzi w historii, których sposób myślenia opętał kolejne pokolenia. I to jest niezwykle interesujące. Podobnie jest z faktem, że wystarczyło ledwie 10 procent całego jego dorobku, by to osiągnąć. Reszta, która może okazać się jeszcze ważniejsza, nie znalazła akceptacji bądź po prostu pozostała nieznana. Za przykład można podać fakt, iż jest on rozpoznawany jako twórca dualizmu, głoszącego, iż umysł i materia są odrębnymi bytami. W rzeczywistości jednak bliższe przyjrzenie się jego rozważaniom wskazuje, że był monistą. Nie wierzył w podział między materią a umysłem, który jednakowoż mu przypisano. Powstaje pytanie w jaki sposób udało mu się wywrzeć tak ogromny wpływ na ludzkość i jaka była zasadnicza treść jego wglądu? Według mnie, było to przeczucie interfejsu – a może i nawet sięgnął głębiej. W jaki sposób jednak wpadł na koncepcję interfejsu? Miał 23 lata, kiedy doświadczył tej intuicji. Może zacznę w tym miejscu: dotyczy to jego sławnego snu, który przyśnił mu się jednej zimowej nocy z 10 na 11 listopada 1619 roku, kiedy jako oficer powrócił do swojej kwatery, zakończywszy obowiązki urzędowe. W owym czasie miała miejsce elekcja cesarza, zdaje się we Frankfurcie, a on przebywał w zaśnieżonym miasteczku niedaleko Ulm, w południowych Niemczech, gdzie później miał urodzić się Einstein. Kiedy tamtej nocy śnił, mieszkał samotnie w domu na farmie, który przydzielono mu jako oficerowi.

Jest to współczesne określenie, ale Kartezjusz mógł go równie dobrze użyć. Pomyślał, że ta zgodność świata, którą miał nadzieję znaleźć w dziennym świetle poranka, mogłaby go uratować. Po chwili wahania jednak uświadomił sobie, że kryterium to nie jest wiarygodne, gdyż mogłoby się okazać, że rzeczywistość, w której przebywamy, może być sprzeczna. Dokładnie tak, jak to się dzieje w kwestii snu. Dlatego też, by być pewnym tego, że może polegać na rzeczywistości, musiałby udowodnić hipotezę niesprzeczności. A ta hipoteza okazała się być całkiem trudna do rozstrzygnięcia w realnym świecie. Po dziesięciu dniach uznał, że nadal nie może znaleźć przykładu, potwierdzającego zachodzenie sprzeczności w realnym świecie, choć jego nieistnienia nie mógł wykluczyć. Po upływie około roku uzmysłowił sobie, że może potrzebować jednak więcej miesięcy czy lat, by studiować rzeczywistość i rozwikłać tę zagadkę. Po 10, 20 czy 30 latach przyznał, że może upłynąć wiele wieków, zanim jego hipoteza zostanie rozstrzygnięta. Stało się to w ramach fizyki. Hipoteza, że świat mógłby być niesprzeczny, została obalona. Przynajmniej nadal jest to opinia większości fizyków. A jeśli wierzyć w znaczenie nauki, to mamy tu do czynienia z dość przełomowym zdarzeniem w historii, kiedy to nauka porzuciła tę właśnie ideę, która stała u jej początków.

Treść snu – a jest on dobrze znany – składała się z dość ciekawych sytuacji. Najpierw Kartezjusz znalazł się niedaleko cmentarza, zaczął wiać silny wiatr, który miotał nim we wszystkie strony. Zorientował się nieco później, iż nie może poruszyć jedną nogą. Stał się kulawy. Wyraźnie jest to senne wspomnienie historii biblijnej, w której ten, co zmagał się z niebiosami, okulał. Chodzi tu o historię Jakuba. Dalsza część snu przyniosła mu książkę, wprost przez okno na stół, tuż obok łóżka, na którym leżał. Nie wiedział, czy nadal śni, czy jest na jawie. Niezwykle go zaciekawiła. Okazało się, że jest to książka wszelkiej możliwej wiedzy. W późniejszym czasie, Goedel zastanawiał się, czy możliwym jest, by podobna rzecz kiedykolwiek mogła istnieć. Książka ze snu Kartezjusza spisana była w formie sztuki teatralnej. Zawierała szczególnie interesujący dla niego rozdział: Quod vitae sectabo itae. Jaką drogę powinno się obrać w życiu? To był właśnie problem jego młodego wieku. Kiedy zamierzał przejrzeć ów rozdział, wiatr wyrwał mu książkę z rąk i wyniósł z pokoju. Kiedy wróciła po chwili, Kartezjusz począł ją gorączkowo przeglądać, uzmysławiając sobie, że brakuje tego konkretnego rozdziału. Rankiem zdał sobie sprawę, że miał nocne halucynacje, których istnienia nie byłby w stanie rozpoznać. Jest to dość niebezpieczna sytuacja, kiedy racjonalna reakcja na otoczenie jest niemożliwa. Stanął przed prawdopodobnym problemem bycia lunatykiem, co zmusiło go do wyciągnięcia pewnych wniosków z tego zdarzenia. W ten sposób wypracował metodę, która pomogłaby mu ukryć przed innymi fakt, iż nie potrafił odróżnić snu od jawy. Zaobserwował, iż coś, co dzieje się w nocy podczas snu, jest zwykle

40

Co jest tak istotne w idei niesprzeczności, by się przy niej upierać? Myślę tu o interfejsie. Otóż Kartezjusz był marzycielem. W swoim śnie znalazł coś, co go zaniepokoiło, za czym wyruszył bez jakichkolwiek wstępnych założeń, kierując się tylko swoimi doświadczeniami, chcąc się z nimi zmierzyć. A faktycznym zagadnieniem, przed którym Kartezjusz stanął tamtej nocy było to, iż został owładnięty przez siłę, której nie kontrolował. Zastanawiał się, czy fakt, iż sen i rzeczywistość były dla niego praktycznie nierozróżnialne, nie jest przypadkiem czymś tak bardzo istotnym, by stawić temu czoła. Ujrzał, iż wszystko, do czego uporczywie przylgnął, było materią snu, subiektywnym doświadczeniem, świadomością. Ale świadomość nie jest zwykle zasadniczym problemem fizyki, codziennej nauki, czy spraw doczesnych. Dlatego też był bardzo osamotniony. Przed nim niemal nikt w historii Europy nie dostrzegł problemu świadomości. Samo pojęcie świadomości jest obce zachodniemu myśleniu. W buddyzmie lub w Japonii ludzie zawsze po powrocie do domu zrzucają swoje europejskie ubrania, by włożyć kimona. W ten sposób uzmysławiają sobie, iż nie istnieje nic prócz świadomości, a codzienna praca nie oznacza więcej niż świadomość tej rzeczywistości, która jest tylko świadomością. Wracając do Kartezjusza, powszechnie znane jest jego wyrażenie cogito ergo sum. Cogito oznacza: myślę więc jestem, ale cogito nie jest tylko myśleniem – to posiadanie świadomości. Nauki kognitywne wywodzą się z tego słowa, stąd poznanie jest prawdziwą substancją, co więcej, jest interfejsem. Żyjemy w interfejsie świadomości. Ale świadomość jest czymś więcej niż interfejsem. Jest wszystkim, co mamy.


Nie ma innej rzeczywistości niż świadomość. Nie możemy od niej uciec. Niektórzy powiedzieliby, że śmierć pozwala na wyrwanie się z więzienia świadomości, ale to nie jest, oczywiście, prawda. Aby uzmysłowić sobie, że jest się martwym, należy posiadać świadomość. Więzienie świadomości jest na tyle ciasne, iż nawet śmierć nie jest ofertą ucieczki. Jest to sytuacja niebywale okrutna. Z okrucieństwem egzystencji spotkał się tamtej nocy młody Kartezjusz. Stąd wywodzi się ta koncepcja interfejsu. Jako że nie posiadamy nic prócz świadomości, spróbujmy teraz usensownić więzienie, jakim jest świadomość, więzienie młodego króla ze sztuki Calderona. Królewskiego syna. Idea więzienia jest tu kluczowa. W świat realny mogą być wplątane stalowe włókna, co czyni go obliczalnym tak, jak dzieje się to przypadku komputera czy Internetu. Kartezjusz użył określenia stalowego włókna i faktycznie potrzebował tego określenia. Wróćmy do koncepcji więzienia, do kategorii sadystycznych pytań: jeśli świat jest logiczny, dlaczego Kartezjusz chciał go takim uczynić? Nie tylko z powodu halucynacji, ale i z tej przyczyny, że świat nie różni się niczym od snu. Jest to tylko psychiczna substancja. Z drugiej strony, w tej ogromnej, barwnej rzeczywistości są liczby, które opisują włóknisty system relacji, nazwany przez niego geometrią analityczną. Kartezjusz znalazł metodę stosowania matematyki do tego rodzaju relacji, do cieni, które przenikają sen z innymi jego osobliwościami. Jeśli cienie te nie są sprzeczne, co miał nadzieję ujrzeć o poranku, wtedy mógłby polegać na związkach istniejących w świecie. A jeśli nie byłoby tu sprzeczności, miałby pewność, że nie jest w niebezpieczeństwie. Idea niesprzeczności dała Kartezjuszowi nieograniczoną siłę. Jeśli świat jest niesprzeczny, a ja jestem tym, który śni ten świat, wtedy mogę użyć zachodzących w nich relacji, a na ich podstawie mogę zbudować zrozumiały model świata. W ten sposób staje się on maszyną. Mechanistyczna teoria Kartezjusza umożliwiła mu patrzenie na świat i ludzi, jak na maszyny. Wszystko stało się maszyną. Nawet jeśli treść świata jest treścią snu, jest świadomością, kolorami, emocjami, słowem wszystkim. A co z relacjami? Cienista część świata, niewyrazista i najbardziej skromna jego część, według starożytnych Greków nazywaną była Hadesem. Zgodnie z ich mitologią była to jedyna alternatywa życia doczesnego. Ale wszystko tam było takie samo – od relacji po cienie. Nie było sensu zamieszkiwać hadesowych podziemi, gdyż nawet jego władca wolał być skromnym wieśniakiem na powierzchni bądź niewolnikiem za pługiem, niczym zwierzę poganianym przez swojego właściciela. Wolał być niewolnikiem na ziemi niż królem podziemi, ponieważ te relacje są nic niewarte. To tylko cienie. Jednakże to właśnie na nich skoncentrował się Kartezjusz. Uznał te relacje za kluczowe. Dlaczego? Ponieważ, jeśli rzeczywistość jest względnie niesprzeczna, to świat jest maszyną, a ludzie, których spotykasz w codziennym życiu, nie są niczym więcej niż właśnie maszynami. Zgodnie z tą zasadą można konstruować komputery i sztucznych ludzi. Nawet przed powstaniem komputera, gdzie swobodnie możesz tworzyć i sterować światami na niższych poziomach (wertykalna zewnętrzność: vertical exterioryty), Kartezjusz czuł, że istnieje ktoś, kto nim kieruje. Nawet przed tym momentem, z całym szacunkiem do ludzi w twoim świecie i do siebie samego, mogłeś twierdzić, że są maszynami. Jesteś w stosunku do nich zewnętrzny, jak wertykalna zewnętrzność, która

wymusiła na tobie sen o świadomości, jest zewnętrzna w stosunku do ciebie. Tym sposobem wracamy do sadystycznej sytuacji. Możesz powiedzieć, że mamy szczęście, gdyż mechanika kwantowa pozwala nam uciec przed tym mechanistycznym obrazem świata. Byłoby to niezwykle przykre, gdyż urzeczywistnienie myśli Kartezjusza daje nieograniczoną przewagę nad innymi. To jest ta sama sytuacja zniewolenia, której doświadczył Kartezjusz, kiedy nagle zrozumiał, iż inni mają względną naturę w stosunku do niego. Stąd nauka – ta nowożytna, kartezjańska – jest dziwną ideą, jednostka jest nieskończenie ważna, ponieważ w swojej świadomości wszyscy inni są tylko fikcjami, które mogą być traktowane dobrze lub źle, ponieważ są w stosunku do niej zewnętrzne. To jest właśnie siła horyzontalnej zewnętrzności, którą Kartezjusz odkrył, w odróżnieniu do wertykalnej zewnętrzności (pomiędzy jednostkami), której nie mógł zaakceptować. Więc idea, której był autorem dotyczyła sprawiedliwości. Mówi ona o tym, iż jeśli jesteś nieskończenie wszechmocny, możesz być sprawiedliwy bądź nie. A jeśli jesteś sprawiedliwy, jeśli nie nadużywasz nieskończonej mocy, którą posiadasz, będąc poza światem tych, którzy zależą od ciebie, wtedy nagle stajesz się sprawiedliwy. Ponieważ ten, pozwalający śnić przykład, który nieustannie ci towarzyszy, byłby pozostawiony w niełasce, jeśli niewłaściwie użyłbyś nieskończonej siły zewnętrzności nowożytnego racjonalizmu. Ów nowożytny racjonalizm, nowożytna nauka, wszystko to należy do teorii interfejsu. To właśnie pozwoliło Kartezjuszowi na humanizację świata i byłoby bardzo szkoda, jeśli nie mógłby być odbudowany. Chciałbym jeszcze podsumować ten wykład kilkoma uwagami dotyczącymi kwestii zastosowania. Teoria interfejsu, którą przed chwilą wam przedstawiłem, nazywa się endofizyką. Jesteśmy samotnymi monadami bądź nomadami, co niemal stawia nas w tej samej sytuacji. Ale jeśli weźmiecie to na poważnie, Kartezjusz uważał, iż jego nauka ostatecznie pozwoli na stanie się nieśmiertelnymi. Uczyniłoby to naukę jeszcze potężniejszą, niż była do tej pory. Ale zdarzył się ów kryzys w dziedzinie fizyki, kiedy to nagle mechanika kwantowa ukazała granicę racjonalizmu. Ale jeśli wierzysz w kartezjanizm, jeśli jesteś zdania, że świat jest racjonalny, wtedy ponownie znajdziesz drogę wyjścia, znajdziesz wytłumaczenie, dlaczego ów fenomen interfejsu w fizyce kwantowej pojawił się właśnie w ten sposób. Istnieje zewnętrzny obraz, który pozwoli na zrozumienie, dlaczego nie można wyjaśnić nieprzewidywalnego pomiaru w liczniku Geigera. Endofizyczna teoria wyjaśnia kwantowy fenomen jako coś, czego należy oczekiwać w momencie, kiedy jest się częścią świata. Jednak wyjaśnienie szczegółów tego zagadnienia zabrałoby mi zbyt wiele czasu. Być może ta nowa droga uprawiania nauki, jaką jest endofizyka, pozwoliłoby na jej kontynuację, na dokonywanie kolejnych przewidywań, na ponowne uchwycenie sterów świata. Razem z Peterem Weibelem nazywamy to technologią zmieniającą świat (world-change technology). Technologia ta zmienia cały świat, a nie jedynie jedynie dokonuje poprawki jednego z jego elementów, jak dotądczyniły to wszystkie technologie. W ten sposób zaczyna się właśnie manipulowanie interfejsem. Jeśli to prawda, że jest on realnością interfejsu, że można odzyskać racjonalizm poprzez branie pod uwagę faktu, iż jest się wraz ze swoim ciałem częścią tego świata, wtedy moż-

41


liwe są do pojęcia różnice między tobą a całą resztą. A jeśli naprawdę skonfrontujesz się z tą obcą sobie sytuacją, iż faktycznie znajdujesz się w świecie, możesz spróbować zacząć manipulować tym interfejsem. Jestem pewien, iż nie zdołałem całkowicie przebrnąć przez to, co zamierzałem powiedzieć, ale może udało mi się przekazać choć niewielki zarys powyższej idei. Dziękuję za pozwolenie mi na tak długą przemowę.

Pytanie: Kiedy mówił pan o zewnętrzności, wertykalnej i tej horyzontalnej, zastanawiałem się nad wertykalnością w rozumieniu całej tej kwestii niewolnictwa i więzienia: brzmi to dość okropnie – może to być związane z kwestią religii i kwestiami tego rodzaju – ale jeśli podejść do tego od innej strony, wtedy może pojawiłby się inny rodzaj odczuć. Myślałem o tym czy, nie moglibyśmy zapomnieć o tej całej trójwymiarowości? To wszystko wydaje się usterką w całym systemie.

Odpowiedź: Podniosłeś bardzo ważną kwestię religii; czy wszystko to nie jest przypadkiem odmładzaniem fundamentalizmu? Być może. Jest to filozofia, Kartezjusz był filozofem, co na ogół powoduje powstanie nieporozumienia. Przynależy on raczej do starego typu szamanizmu. Sztuka, jak i nauka, są elementami szamanizmu. Szaman jest kimś, kto nie pracuje na swoje utrzymanie, ale środki do życia zapewniają mu ci, którzy pracują. A on odpłaca za to czyniąc ceremonie, tworząc dzieła sztuki, oceniając innych, stając się sędzią, uprawiając naukę, czyniąc cuda, będąc lekarzem medycyny. Szamanizm wywodzi się z tej społecznej frakcji, która nie pracuje, ale stara się być pomimo to wartościowa. Zwykle to o czym mówię jest rozumiane jako religia. Jest to nieporozumienie. Choć sama w sobie jest częścią tego sposobu myślenia. Osobliwe jest jednak to, iż ktoś taki jak Kartezjusz łączył naukę z religią. Wywodził się ze szkoły Loyoli – pierwotnie znajdującej się w Hiszpanii. Uczęszczał do szkoły prowadzonej przez jezuitów (La Fleche). Powiedziano mi, iż Loyola wymyślił pewne techniki, które nazwał ćwiczeniami. Owe ćwiczenia były tak naprawdę eksperymentami, ale eksperymentami ze swoją własną egzystencją. Loyola stał się mnichem, oddał wszystko co posiadał by udać się do Palestyny. Zrobił też zakład. Poszedł do kapitana statku, który miał wyruszyć do Palestyny i powiedział mu, że powinien go zabrać ze sobą. Oczywiście kapitan odparł: „Ile zamierzasz mi zapłacić?” Na co Loyola odparł: „Widzisz, jestem żebrzącym mnichem, nie mam pieniędzy.” „To dlaczego uważasz, że powinienem cię zabrać na statek?” Loyola odparł: „Ponieważ dzięki temu dopłyniesz.” Z tymi słowami udał się kolejno do trzech kapitanów statków, a dopiero trzeci z nich zabrał go ze sobą. Masz trzy szanse, by zgadnąć, który spośród tych trzech dopłynął do Palestyny.

W takim sposobie myślenia Kartezjusz dorastał, czyniąc zakłady z niebem. Jest to religijny typ myślenia. Ale wydaje mi się, że Kartezjuszowi udało się powrócić do starszego poziomu szamanizmu, gdzie religia i nauka są jednym. Sądzę, że jego myśl jest bardziej współczesna. Dziękuję bardzo za to pytanie.

Pytanie: Mówił pan o horrorze współczesnych czasów. Panuje powszechne przekonanie, iż to właśnie Kartezjusz przyczynił się do powstania tego, co jest znane jako współczesny świat, zachodnia cywilizacja. Dlatego też zastanawiałem się, jak to jest, że pan żałuje, iż zostawiamy za sobą racjonalizm i humanizm, przecież są one między innymi źródłem obecnej sytuacji. Jak to może ratować czy pomóc nam, kiedy było to w pierwszej kolejności przyczyną?

Odpowiedź: Wspaniale. Tak. Kartezjusz. On jest odpowiedzialny za ten cały bałagan. Dlaczego więc mielibyśmy wracać do jego starych recept? Nie sądzę, że jest on odpowiedzialny za te wszystkie problemy. Ten racjonalizm umożliwił, oczywiście, zaistnienie kolonializmu i ostatecznie bomby atomowej. Stąd też młodzi ludzie, niestety, rzeczywiście nienawidzą nauki, właśnie z powodu bomby. To bardzo powoli wsiąka w umysł. Gdyby Raisa Gorbaczowa nie uratowała świata przed falą komunizmu, nadal stalibyśmy wobec niebezpieczeństwa wojny atomowej wymazującej rodzaj ludzki – a to byłoby bezpośrednią konsekwencją kartezjańskiego realizmu. Potrzebujemy znowu kogoś takiego jak ona, kogoś kto stworzyłby Lampsakos w internecie – mam na myśli założenie tam rodzinnego miasta dla całej ludzkości – gdzie każdy na tej planecie miałby prawo żyć, mieć prawo głosu i swój adres, tożsamość oraz bezpłatny dostęp do wszystkich potrzebnych mu informacji. Jest to możliwe dzięki współczesnej technologii. Wszyscy ludzie w Europie, którzy są bezrobotni z tej przyczyny, iż nie ma wystarczającej liczby miejsc pracy, mogliby być zatrudnieni w Lampsakos, dostarczając wszystkim potrzebnych informacji, z których każdy mógłby korzystać bądź uczyć się dowolnie wybranego zagadnienia, by zajmować rolę nauczyciela. To byłaby rola starej, umierającej Europy – podarować właśnie taki prezent ludzkości. Ów prezent kosztowałby jedynie dziesięć bilionów dolarów, są to koszta istnienia Lampsakosu. Potrzeba jednego biliona rocznie, by na tej planecie stworzyć nowe miejsca pracy, gdzie ludzie mogliby pracować dla innych. To byłby prawdziwy współczesny kartezjanizm. Staje się to niebywale proste, jeśli uzmysłowić sobie, jak każdy z nas jest ważny i jak nieskończony potencjał posiada. Dzięki temu można naprawdę coś zrobić. To jest właśnie prawdziwa idea Kartezjusza. Koncepcja maszyny była tylko potrzebna, by upewnić się, że to właśnie ta idea jest prawdziwa. Dlatego też myślę, że świat, póki co, nie wyciągnął zbyt wiele nauki z kartezjańskiego dorobku. To byłaby moja odpowiedź. Dziękuję bardzo. Tłumaczyła: Emilia Wysocka

42


Bruno Marchall The Universal Dovetailer Argument

It is a pleasure to present the Universal Dovetailer Argument (hereafter UDA) after the talk of Otto Roesler on Endophysics, nomadology and Descarte’s dream and work. The UDA is an argument showing that if we take seriously enough an Emil Post-Alan Turing digital version of Descartes Mechanism then, eventually, Incompleteness phenomena provide models of Roesler’s distinction between endo and exo physics extended in the arithmetical (Platonist, Pythagorean) realm. That version of Mechanism is sometimes called computationalism, comp, and I take it in the weak sense that it asserts the existence of a level of description of oneself such that we „survive” or just „experience nothing” in case a functional and digital substitution is made at that level. Later I will explain why if such a level exists then we cannot know it. We can only bet on it. To put it bluntly UDA shows that the notion of Primary or Primitive Matter suggested by Aristotle is inconsistent with comp, although Plato and Pythagoras are consistent with it: somehow matter arise from the mind. Even postulating a substantial notion of matter appears to prevent any arithmetically consistent use of it for justifying the stability of the observable appearance: materialism is just epistemologically incompatible with the computationalist hypothesis. Here, with comp, mind can eventually be tackled by a subtle mixture of extensional number theory (the Euler Gauss Hardy Ramanujan one where numbers play their own role and represents nothing more than themselves) and intensional number theory (recursion theory, computer science, information sciences, topology, ..: numbers can represents other entities or approximation of some entities). Physics, Matter? Should be emerging, in a testable way. A quasi „operational” view of comp can be given trough the notion of a comp practioner, and through the science-fiction-like thought experiments about the destiny of someone saying „yes” to his doctor when his doctor

proposed to him an artificial digital brain, or body. Comp makes such thought experiment/experiences a theoretical possibility, and this provides us a mean to approach some fundamental question in a theoretical way. The main thought experiments are the experiment/experience of classical self-teleportations and classical self-duplications. Those will help to distinguish at some high level the notion of first and third person descriptions which corresponds closely to the difference between experience and experiment, and which reflects the fundamental endo and exo basic distinction. Note that Everett did introduce a similar distinction---and makes a similar use of that distinction in its no-collapse formulation of Quantum Mechanics, and in its statistical derivation of the statistical internal talks by physicians when we assume explicitly that they are obeying to the wave equation. UDA shows that the exo/ endo separation occurs naturally and already at the level of numbers. Strictly speaking it provides a negative result: the mind-body problem is two times more difficult than most naturalist or materialist imagine. Indeed, it shows that we have not only to justify our possible discourses on some hard notion like the notion of consciousness, free-will, responsibility, but we have to justify matter or the stable appearance of matter in a non empirical way aswell. The Aristotelian reification of matter as a way to singularize reality cannot work once we assume comp and this is due to as a sort of inflation of possibilities forcing the physical laws as being machine’s everywhere observables. Note that this has been correctly guessed by a Platonist like Plotinus, for example in his „answer to Aristotle (notably in his 6th treatise from the Ennead V). Let me sketch the UDA argument in short and concise steps, defining each basic notion au fur et à mesure. Step one: comp makes you an adept of classical teleportation: like a program, you are cut here and then pa-

43


sted there. Let us define, simply, the first person experience by a personal account of the experiment, as described in a personal diary or in the brain. The point is that such a memory is supposed to be destroyed in the annihilation part of the „cutting”: you are „read” into a code or description, and destroyed here (under anesthesia if you ask) and reconstituted „there” from that description, which has been send there through classical channels. The third person description, in this case, is, simply, given by an account of some external observer; that observer is outside the teleportation boxes. In this simple experience/experiment the first person experience is hardly distinguishable from the third person experiment, although I am really only talking on their *discourses*. Indeed the teleportated person will say „I have been teleported from here to there”, and the third person experimenter will say „he has been teleportated from here to there”, with the usual „grandmother sense” of „I” and „He”. Step two: let us introduce a delay of reconstitution. You are again cut here, but, the pasting has been postponed for a year (say). Let us also suppose that you are reconstituted on the planet Mars, where nothing grows, so that you have no external evidences about any possible reconstitution delay. The point is that you cannot have any first person evidences as-well (assuming comp of course). The first person experience, or its account in the personal diary of the „traveller” is similar than in a simple teleportation without delay. The third person description of the experiment is quite different because the one year delay is third person noticeable. Step three: the main feature of classical information is that it is duplicable as any user of a photocopy machine knows. Now you are read and annihilated here, but the read information is duplicated and you are reconstituted in two places simultaneously, in Washington and Moscow, to fix the idea. By assumption comp is correct, and although nobody can know for sure the exact substitution level (giving you, by the way, the right to say „no” to the doctor) we are assuming the level has been correctly chosen, perhaps serendipitously. Now the reconstitution in Washington and Moscow are independent event, and the fact that you survive at one place cannot interfere with the fact that you survive at the other place, at least in the third person account of the experiment. So, if you are asked „here”, before the reading and annihilating process, where will you be after that experiment, you can answer, taling about yourself in a third person way, that you will be in Moscow *and* in Washington. But, obviously you will not write in any personal diary that you feel to be in the two place at once. The one which is reconstituted in Washington will feel himself to be in Washington and the one being reconstituted in Moscow will feel to be in Washington, and this will be reflected in each of the duplicated personal diaries. With comp, both reconstitution can prevail his status of survivor. So, a fundamental indeterminacy is at play here: the candidate for such a duplication is necessarily maximally ignorant about where he will feel to be. The person knows in advance that if she bets that she will find herself in Washington, the one in Moscow will correctly (we assume comp at the start!) conclude that the bet was wrong, and reciprocally. I call this the (comp) first person indeterminacy. This contradicts the belief that mechanism leads to determinism. Actually

44

it the very third person determinism naturally associated with comp which leads to a strong form of first person indeterminacy. <end 1> Step four: here we combine the two preceding steps and we introduce a delay of reconstitution for one of the reconstitution in the duplication experiment. So you are cut and read here and reconstituted in Washington, and in Moscow, except that we are waiting for one year in Moscow before proceeding. What could be your current expectation, before the experiment is done, about your possible futur souvenir. Will it be „I remember having been transported in Moscow” or will it be „I remember having been transported in Washington. But we already know, by step 2, that the first person cannot be aware of any reconstitution delay, and the point here is that such a delay will not change the possible first person experiences so that the ignorance is again maximal. In case we would quantify the 1-indeterminacy by a probability measure, for example by P(Moscow) = P(Washington) = 1/2, THEN we have to use the same quantification when delays are introduced. Step five: until now, in each teleportation considered so far, the „original” candidate has been read and annihilated before his reconstitution(s). What would be the expectation of the candidate for a simple teleportation (without duplication) in case the original is just read and is not annihilated. This case is just the preceding one where we consider that an absence of annihilation is equivalent with an annihilation followed by an immediate (with „null” delay) reconstitution. So, a simple teleportation without annihilation is equivalent to a duplication, and, despite the strong asymmetry of the experiment, it leads to the same expectation. This means that IF we choose P=1/2 for a duplication as above, we have to choose P=1/2 in this case too. Step six: this step is akin to the oldest metaphysical argument, which appears already in Plato and is developed meticulously by Descartes in his Meditations where it plays a prominent role. It is the „dream argument”. That argument is simple enough to be conveyed for those who remember doing quite „realist” dreams capable of misleading them on reality and their awake-ness status. Today we can explain the argument through the notion of video-game or „virtual reality”. The point is that, at least for a short period of time, no (first) person, assuming comp, can distinguish between reality (in case that notion makes sense) and virtual reality. In particular we can recapitulate all the five preceding experiments together with the replacement of the „real reconstitutions” by virtual one; those being assumed to be sufficiently realist during some time. Here again if we ask for the expectation of the candidate before his annihilation „here” and its reconstitution (duplicated, say) in a virtual environment, he should answer in exactly the same way as before. This is a direct consequence of comp: a first person cannot distinguish some natural (like dream) or artificial (like virtual reality) rendering of its immediate neighborhood. Step seven: here enters the Universal Dovetailer UD.The UD is a program (a finite piece of code) capable of generating and executing all possible programs. The collection of programmable functions, from N to N (N is the set of natural numbers) in Fortran, Lisp Java C++ or Python, or even in term of universal rational unitary matrices (cf qu-


antum computing) has this amazing property of being closed for Cantor’s Diagonalization procedure. This means that in any of such language you can program a generator of the list of all programs P1, P2, P3, P4 (by length order, and by alphabetical order those which have the same lenght) and use that effectively enumerable list to program the following diagonal function G(n) = Pn(n) + 1. That is: to compute G(73), it is enough to generate the program up to the P73th, and to apply it on its own code number 73, and then to add one: G(73) = P73(73) + 1. Now, given that G is programmable, it admits a number code k (say), so that G(n) = Pk(n). Let us apply G on its own code number k: G(k) = Pk(k). Now, by definition of G, G(k) = Pk(k) + 1. Then, by Leibniz rule, Pk(k) = Pk(k)+1. In case all the programmable functions would be well defined on all natural numbers, this equality would have lead to the result 0 = 1 (by subtracting the number Pk(k) to both sides of Pk(k) = Pk(k)+1). So, if the list Pk does code all programming functions defined on all natural numbers, it must contain also functions which are undefined on some natural numbers: in particular G(k) must be undefined: if not the preceding contradiction will occur again. And then we can conclude that we cannot use any of those program to distinguish, from their code or code number, which one in principle compute a function defined on all natural numbers or defined only partially (like G). Why? Because if we could do that, we would be able to filter from the infinite list of all programs P1 P2 P3 P4 P5 P6 ... those who are defined everywhere, but then we would get a new list of programs from which we can extract a new diagonal function G’, which by the same diagonal reasoning like above, would lead distinctively

toward 0 = 1 again. Then the only possible way to write a program which generates and run each possible piece of code will consist in programming a dovetailing on all executions: this mean generating each code successively and at the same time executing them by successive little pieces. In that way we do not take the risk of generating some precise infinite execution (which exists by the closure for the diagonalization procedure) which would preclude the execution of other codes. That closure of the set of programmable (sometimes partial) functions is the conceptual reason to believe in the so-called Church Thesis (due to Babbage, Post, Markov, Turing, Kleene and some others) according to which all programming language, and all universal machine (the one capable to interpret the instructions written in those language, as far as we supply memory if asked) are equivalent with each other with respect to the class of programmable functions, and that those language do capture all programmable functions from N to N. Actually by comp I generally mean the conjunction of the „yes doctor self-implication”, Church thesis and some amount of arithmetical realism (also called arithmetical platonism: the belief that „I” am not so important that number theoretical truth depends on „my” existence). Of course, the running of a Universal Dovetailer takes necessarily an infinite, but countable time or discrete number of steps. The UD never outputs any result. What happens is that, when we run the UD, any possible computational state will be accessed by it soon or later, even necessarily an infinite number of times, and that computational states will be accessed by an infinity of „computational histories” generated by the UD from some programs. Now,

45


let me suppose, for the sake of the argument, that we are living in a steady „physical universe” sufficiently robust to process that infinite computation. Let us now make a typical „physical experiment” like dropping a pen, and trying to predict what (first person) experience I can expect from that experiment, taking into account the presence of the infinite run of the UD. By comp, when I drop the pen, my mind, through my brain/body state, is in some computational state S. By the six preceding steps, my first person expectation should be highly indeterminate. Indeed, I will be reconstituted in the state S through an infinity of computations executed by the UD. By step five, it is not necessary to annihilate me when I am dropping the pen, and by steps two and four, there is no use to invoke the gigantic delays of execution due to the dovetailing procedure for eliminating possible computational continuations, and by step six, the virtual nature of the reconstitution does not matter. So whatever I will experience in that experiment, it can only be justified by a relative uncertainty measure which must exist on the set of all relative computations going through that state S (or comp is refuted). Apparently we are close to such a refutation of comp. Indeed, at first sight, it is not clear how we can eliminate the infinity of the aberrant comp histories where I experience seeing the pen transformed into some flying pig or any other white rabbit à-la-Wonderland. Those histories are possible dreams or hallucinations. Note the UD seems to act like the Descartes „Malin Génie” from which he „proves” the existence of God! In our context, those aberrant stories have most probably a very big computational cost, but this cannot be used, at least directly, for solving the measure problem, nor can we invoke a physical universe for making singular one comp history among all the possible one for if I was belonging in such a universe, if it run the UD, the comp indeterminacy just cannot be avoided once we assume comp. The only remaining possibility at this stage would be that I belong to a „little universe” which would be incapable of running the UD. This would already show that comp entails some non trivial proposition about our physical universe, but this move will be forbidden by the last step. Step eight: This step is by itself a new sequence of thought experiments, the movie graph argument, and from a logical point of view, a similar argument has been discovered independently by Tim Maudlin. It is a direct argument showing the absurdity of maintaining both the computationalist hypothesis and the thesis that consciousness is univocally related to the physical processing of the brain or of the computer which replaces it. With comp, consciousness can only emerge from the platonic relations bearing on the relation among all possible computational states (including the so-called counterfactuals), and time,space and other physicalities emerge from first person plural (based on duplication of entire population of subject: this is already confirmed by Everett formulation of quantum mechanics through Schroedinger notion of quantum entanglement). The movie graph argument is a little bit beyond the scope of this presentation, but

46

it can be seen as a natural extension of the delay/virtual invariance result: not only the first person cannot distinguish between any sort of material (in the Aristotelian primitive sense) reality and virtual reality, but a first person cannot distinguish between a virtual reality and a purely (platonic) arithmetical reality. After all, what the UDA shows already is that all the computational histories already exist in „Plato Heaven” even if we restrict it on the arithmetical realm (where platonism is admitted by virtually all mathematicians). Now, for those philosopher who accept the use of Occam razor, let me say that technical progress has been made on the comp measure problem, and strong evidence for the existence of a quantum measure of uncertainty, more of the credibility type than probability type, though, has been obtained those last ten years. I can only suggest the auditor to consult my web page for some references and links (http://iridia.ulb.ac.be/~marchal/). Recently, we have been able to derive from an „interview” of a self-referentially correct universal machine (thanks to results by Gödel 1931, Löb 1955, and Solovay 1976) a precise and complete arithmetical---and testable---interpretation of Plotinus theory of Matter (cf his treatise four in his Ennead II). This will be the subject of a future paper. Thanks for your kind attention. Crash symposium 2006 London Bibliography: Descartes, R., 1953, Oeuvres et Lettres. Bibliothèque de la Pléiade. Gallimard, Paris. Everett III, H.,1 957, „Relative state” formulation of quantum mechanics. Review of Modern Physics, 9(3):454-462. Gödel, K., 1931, Über formal unentscheidbare sätze der principia mathematica und verwandter systeme i. Monatsh., Math. Phys., 38:173-198. Löb, M. H., 1955, Solution of a problem of Leon Henkin, „Journal of Symbolic Logic”, 20:115-118. Maudlin, T., 1989, Computation and Consciousness „The Journal of Philosophy”, 48:407-432. Marchal, B., 1988, Informatique théorique et philosophie de l’esprit. In Actes du 3ème colloque international de l’ARC, pages 193227, Toulouse. Marchal, B., 1994, Conscience et Mécanisme. Technical report IRIDIA 1995. Marchal, B., 1998, Calculabilité, Physique et Cognition. PhD thesis 1998, Brussels University/Lille University, France. Marchal B., 2007, A Purely Arithmetical, yet Empirically Falsifiable, Interpretation of Plotinus’ Theory of Matter, Contributed Talks in CiE 2007: Computation and Logic in the Real World, University of Siena, June 2007. [added] Plotinus. „Enneads,” 7 vols., translated by AH Armstrong, Loeb Classical Library. http://iridia.ulb.ac.be/~marchal/bxlthesis/consciencemecanisme.html Solovay, R. M. (1976). Provability Interpretation of Modal Logic. Israel Journal of Mathematics, 25:287-304.


Ubermorgen

BE SOFT MANIFESTO

SOFT SHOCK

HOW ABOUT A NICE BIG CUP OF SHUT THE FUCK UP. 
 Beach Soft. Water Hard. Oil well, Water not so well. How many Soft must Murray walk down before he can call himself an artist. Wear a Helmet and sing! The answer is Soft in the wind. Ice Melt. Buy PET-Bottles made out of oil, filled with pure water. At a gas station near Stavanger in Death Metal infested Norway. They are selling Gasoline, Diesel and Motoroil, Snickers, Iron Maiden CDs and Hamburgers. Now

Future Soft Collection. 
SOFTRIDER!

ONE WAY TO SOFT
ALL YOU NEED IS SOFT
SOFT AND YOU’LL SMILE 
HISTERIC GLAMOUR. SOFT IS SERIOUS
DOTOILDOTWORLD. PREPARE YOURSELF FOR SOFT
HARD MAY HAVE THE AUTHORITY, BUT SOFT HAS ONE HELL OF A HANGOVER. 
THE SOFT FAMILY.
THE EASIEST WAY TO SAY I LOVE YOU IS SOFT.

K.O. SOFT.

YOU CAN’T

HARD KICKS ASS - SOFT ROCKS.
WE ARE SOFT. MY NIPPLES ARE NOT. 
GET YOUR SOFT.

YOU CAN’T K.O. SOFT. 
SOFT CUTS LIKE A KNIFE.
RUST - Radical Urban Soft Trainingcamp. To get a tray w/24 beers you need to go to the Duty Free shop at the airport. The struggle between the Soft and the Hard. Murray and Andy. Sing Hard. Party Soft. Soft Spin. For Sale, curated in space with economic downturn creating excess space! Find spaces, occupy them, party soft, create, express yourself, work Hard. Play Soft.

THE SOFT - A MUSICAL TO BELIEVE IN
GLOBAL SOFTNESS READY.
LIVE SOFT.
THE SOFT WEAR COMPANY.

SOFT BALL.

Soft is the new Hard. Bio-Piracy -

IF YOU’RE COMING, YOU START THE BIKE AND IT IS JUST HUMMING.
Centralized Command and Control Is Hard. Self aggregated ressources. Global mutual coordination is Soft. 

FREE SOFT WARE. 
ForProfit is Hard. For-Benefit is Soft. 
BE SOFT

SOFT IS UNDERSTANDING THE WORLD IN ITS FULL Urban Bees - Dumpster-Diving. 
DIY Soft, Buy Hard. Hybrid vs Single-Channel. 
Vegetarian Laboratory. 
Softlab. Hardcorp.

47


DETAILS. SOFT IS RUNNING AROUND NAKED IN THE WINTER. BEING SOFT MEANS GETTING RID

SOFT AIN’T HARD.

OFF OLD HABITS.

 
WE’RE JUST ASKING YOU TO QUIT SCHOOL AND PURSUE YOUR DREAMS. 
PUMPING SOFT.
SOFT ENTERPRISES?
RIDE TILL YOU ARE SOFT (MASSAGE)

LEAN BACK AND SOFT
AUF WIEDERSEHEN, LONG LIFE SOFT.

SOFT HAS

NO COLOR.
BE UNIQUE - BE SOFT.
THE SOFTEST WAY TO MAKE AN EASY LIVING.
SOFT

WITH DIESEL POWER.
BIO SOFT.

IF YOU COME, START ALONG AND THEN HUM. 
SOFT: HUMAN AFTER ALL. ONLY THE SOFT.
FOR SOFT LIVING.

UNLEASH THE SOFT.
SOFT - DEEP WITHIN YOU.
I SPY WITH SOFT EYE.
ALL SYSTEMS SOFT. 

DON’T ASK HARD, DON’T TELL SOFT.
THE SOFTER THE CAKE, THE HARDER THE JELLY.
ROLLING SOFT. 
I’M STILL SOFT.
SOFT STATE OF MIND.
THE BEST AND WORST

INSIDE SOFT. 
The Softer they come. the softer they fall.

SOFT IS A FOUR LETTER WORD:
BRATWURST

OF SOFT.
SUPER SOFT.

IS HARD, SAUERKRAUT IS SOFT. 

SOFT 3D. 
The Sanskrit word for “war” means “desire for more cows.” 
SOFTTHROATING.

 I’D RATHER BE STROKED THAN RAMMED.

According to the annual report on estimated accidents in the

48


home, from Britain’s Department of Trade and Industry and detailed in a June issue of New Scientist, three dozen people were sent to the hospital for injuries associated with teapot covers; about 165 for injuries from placemats, about 330 from toilet-paper holders, and about 13,000 from vegetables. However, sponge-related accidents fell from 996 the previous year to 787, and only 329 injuries from meat cleavers were reported. These ones are not as Useless. Everything you always wanted to know about humans, but were afraid to ask... Seventy percent of the dust in your home consists of shed human skin and hair... 

MAKING FUN OF THINGS IS HARD WORK, BUT MAKING THINGS IS SOFT. 
DOES THAT MEAN SOFT IS GOD? NOW YOU ARE A PERFECTIONIST.
SOFT

PRAY FOR SOFT.

SOFT EQUAL SEX. THE OPPOSITE OF SEX IS TO HAVE NO IDEA. 

 IS NIGH. SOFT IS NEAR. 
WANNE MAKE OUT? ARE YOU A GIRL? 
WHO TOLD YOU THAT I LIKE TO BE SOFT?!
DON’T MESS WITH SOFT. 

GOT SOFT? TAKE A BITE OUT OF CRIME.

DIRTY SOFT. 
One human hair can support 3 kg. The average human scalp has 100,000 hairs. Each square centimetre of human skin on the hand contains about 100 cm of blood vessels and 300 cm of nerve tissue. The tooth is the only part of the human body that can’t repair itself. Every human spent about half an hour as a single cell. One human brain generates more electrical impulses in a single day than all of the world’s telephones. The average human being will walk 160 billion millimetres in a lifetime. Human thighbones are stronger than concrete. Most tropical marine fish could

WHAT DO YOU MEAN YOU DON’T OWN ONE OF THESE? 
It takes the interaction of survive in a tank of human blood. SOFTCORE!

72 different muscles to produce human speech. 
If you gave every human on earth an equal portion of dry land (including uninhabitable areas), everyone would get a plot of land roughly 3 metres by 3 metres.

IT STARTED WITH THE SOFT. 
SOFT SHOCK.
WITH OR WITHOUT?
SOFT IS

SOFT WON’T BITE.

BETTER THAN NOTHING.

 
SOFT IS A FACT OF LIFE.
SOFT DOES MATTER.
BELIEVE SOFT. 
SOFT AND OBEY.

SOFT - LOVE IT WHILE IT LASTS.
Humans are the only animals that cry tears and blush. 
The grain and soybeans fed to U.S. livestock could feed 1,300,000,000 humans.

JUST SOFT. 
CLICKIT OR TICKIT
SOFT

FACE.

ARE YOU A MUSIC OR A FASHION FREAK? THEN SOFT IS FOR YOU.
THE SELFPROCLAIMED ARTIST IS SOFT. THE AUDIENCE HAS A BAD TASTE.

 SOMEBODY’S

GOT THEIR CRANKY-PANTS TOO TIGHT TODAY.

If all the molecules of DNA in a single human cell were laid out end to end, they would stretch 2 metres. This DNA is packed into a nucleus 10 millionths of a metre across. Frowning uses more muscles in the face than smiling does. 

SURVIVAL

OF THE SOFTEST!
33% OF ALL AMERICANS FLUSH THE TOILET WHILE THEY ARE ON IT. ABOUT 36 MILLION PHONE CALLS ARE PLACED EACH DAY IN NEW YORK. 85,000,000 TONS OF PAPER ARE USED EACH YEAR IN THE US. 888,000 CREDIT CARDS IN CIRCULATION WILL TURN OUT TO HAVE INCORRECT CARDHOLDER INFORMATION ON THEIR MAGNETIC STRIPS. A FEMALE FERRET WILL DIE IF IT GOES INTO HEAT AND CANNOT FIND A MATE. A TYPICAL DOUBLE-BED MATTRESS CONTAINS AS MANY AS 2 MILLION HOUSE DUST MITES (DEMODEX FOLLICULOROM)

SOFT AFTER ALL!

BE

SOFT! www.dotoildot.com

49


Shane Legg Marcus Hutter A formal measure of machine intelligence

Some well known Definitions of Intelligence

“The capacity to learn or to profit by experience.” – Dearborn “Abilit y to adapt oneself adequately to relatively new situations in life.” – Pinter “A person possesses intelligenceinsofar as he has learned, or can learn, to adjust himself to his environment.” – Colvin “W e shall use the term ‘intelligence’ to mean the ability of an organism to solve new problems.. . .” – Bingham “A global concept that involves an individual’s ability to act purposefully, think rationally, and deal effectively with the environment.” – Wechsler

The ReinforcementLearning Framework

The most general framework in artificial intelligencefor an agent interacting with an environmentis reinforcement learning observation

intelligenceis a property of an individual intelligenceis a matter of degree the individual interacts with an environment intelligenceis related to the individual’s success the environmentis not fully known to the individual and so the agent must be adaptable and learn from experience

ReinforcementLearning is Extremely General

Playing chess

Making money on the stock market environment

action

The agent tries to choose its actions so as to receive as much reward as possible from the environment.

50 50

From these definitions (and many similar ones), the following key elements are apparent:

Navigating a robot through a maze

reward

agent

CommonFeatures in Definitions of Intelligence

Answering questions on an IQ test Passing a Turing test etc...


An Informal Definition of Intelligence

Combining these gives us the following definition: Intelligencemeasures an individual’s general ability to succeed in a range of environments. This captures the essenceof many definitions of intelligence. However the definition is still informal. ... what we would like is a formal definition for arbitrary systems.

Formalising the Agent and the Environment The process of interaction produces an increasing history of observations, rewards and actions, o1 r1 a1 o2 r2 a2 o3 r3 a3 o4 . . . The agent is a probability measure over actions conditionedon the history, π( ak | o1 r1 a1 o2 r2 . . . ok rk ) The environmentis a probability measure over observationsand rewards conditionedon the history, µ( ok rk | o1 r1 a1 o2 r2 . . . ak − 1 )

Formalisingthe Success of an Agent in an Environment

The agent tries to maximise the total reward. What this means depends on how we value reward at different points in time. A simple solution is to require that the total reward received from an environmentis bounded. Thus the future reward, V µπ

∞

:= E

ri

≤ 1,

i =1

where the expected value is taken over all possible interaction histories of π and µ.

The Space of PossibleEnvironments

As we desire a very general definition of intelligenceour space of environmentsshould be as large as possible. An obvious choice is the space of all probability measures. However this causes serious problems as we cannot even describe some of these measures in a finite way. The solution is to use all computableprobability measures. This allows for an infinite space of environmentswith no upper bound on their complexity. Clearly environmentscan be stochastic. This space, denotedE , appears to be the largest useful space of environments.

Defining a General Measure of Performance We want to compute the general performance of an agent. As there are an infinite number of environmentsin E , we cannot simply take a uniform distribution over them. If we consider the agent’s perspective, this is the same as asking: Given several different hypotheses which are consistent with the data, which hypothesis should be consideredthe most likely? This is a standard problem in inductive inference for which the usual solution is to invoke Occam’s razor Given multiple hypotheses which are consistent with the data, the simplest should be preferred. Thus we should test agents in such a way that they are on average rewarded for consideringsimpler environmentsto be more likely.

How to Measure the Complexity of an Environment? As each environmentis described by a computablemeasure, we can use standard Kolmogorov complexity. If U is a prefix universal Turing machine then the Kolmogorov complexity of an environmentµ is the length of the shortest program on U that computes µ, K ( µ) := min{ l( p) : U( p) = µ} . p

It can be shown that K depends on U only up to a small constant that is independent of p. As each program p is a binary string from a prefix-free set, a natural way to express the probability of µ is 2− K ( µ) .

51 51


Formal Definition of Intelligence

The universal intelligenceof an agent π is thus, 2− K ( µ) V µπ .

Υ( π) := µ E

Compare to our informal definition, Intelligencemeasures an individual’s general ability to succeed in a range of environments.

What next? How bad is the dependencyon U? Can this be helped? Can Υ be used to create practical tests of machine intelligence? There is a related complexity based test for sequenceprediction was used to create a usable IQ test with some encouragingresults. We should be able to do somethingsimilar. Get more feed back. A poster on this was presented at IJCAI, a short article appeared in New Scientist magazine, a 3 page article in a neurosciencemagazine, and the paper gets down loaded several times a day... plenty of curiosity, but little real feed back. If we want to create intelligent machines, then clarifying what this means would be a good start!

Is Universal Intelligenceany good?

Is Universal Intelligenceany good? Practically meaningful A high value of universal intelligencewould imply that an agent was able to learn to perform well in a wide range of environments. Such a machine would obviously be of large practical significance. Non-anthropocentric Universal intelligenceis based on fundamentals of information and computation theory. In contrast, other tests such as the T uring test are largely a measure of a machine’s “humanness”, rather than its intelligence. Simple and intuitive formal definition Universal intelligencecan be discussed and studied in a precise way — unlike some informal notions of intelligencethat take pages of text to describe and depend on equally hard to define concepts such as “creativit y”, “understanding”, “wisdom”, “consciousness” and so on.

What next? How bad is the dependencyon U? Can this be helped?

Correctly orders simple adaptive agents By consideringV µπ for a number of basic environments,such as small MDPs, and agents with simple optimisation strategies, it can be shown that Υ orders the agents’ intelligencein a natural way. Agents with high universal intelligenceare extremely powerful The maximal agent with respect Υ is the universal agent AIXI. AIXI has been proven to have powerful optimality properties, including Pareto optimality and the ability to be self-optimisingin all environmentsin which this is possible for a general agent. Thus Υ spans very low intelligenceup to super intelligence.

52

Can Υ be used to create practical tests of machine intelligence? There is a related complexity based test for sequenceprediction was used to create a usable IQ test with some encouragingresults. We should be able to do somethingsimilar. Get more feed back. A poster on this was presented at IJCAI, a short article appeared in New Scientist magazine, a 3 page article in a neurosciencemagazine, and the paper gets down loaded several times a day... plenty of curiosity, but little real feed back. If we want to create intelligent machines, then clarifying what this means would be a good start!


Juergen Schmidhuber Nowa sztuczna inteligencja jest ogólna i matematycznie rygorystyczna

Większość tradycyjnych systemów sztucznej inteligencji (SI) ostatnich dziesięcioleci jest albo bardzo ograniczona, albo oparta na heurystyce. Nowe tysiąclecie jednak przyniosło znaczący postęp w dziedzinie algorytmów optymalnych i praktycznie wykonalnych, algorytmów do prognozowania, wyszukiwania, wnioskowania indukcyjnego na podstawie brzytwy Ockhama, rozwiązywania problemów, podejmowania decyzji i uczenia się ze wzmocnieniem w ogólnych środowiskach. Od czasów indukcyjnego wnioskowania będącego w centrum wszystkich nauk indukcyjnych, niektóre wyniki są istotne nie tylko dla SI i informatyki, ale także fizyki, prowokując nietradycyjne przewidywania, oparte na twierdzeniu Zusego dotyczącym światów generowanych komputerowo. Najpierw przeglądamy historię SI od pracy Goedla z 1931, a następnie dyskutujemy nad ostatnimi, powstałymi po 2000 roku, metodami przekształcania badania ogólnej SI w naukę formalną.

Wprowadzenie Teoretycznie istnieje optymalny sposób dokonywania przewidywań opartych na obserwacjach, pochodzący z wczesnych prac Solomonoffa i Kołmogorowa. Podejście to odzwierciedla podstawową zasadę brzytwy Ockhama: proste wyjaśnienia są lepsze niż skomplikowane.

Teoria uniwersalnego wnioskowania indukcyjnego pokazuje, co prostota tak naprawdę znaczy. Biorąc pod uwagę pewne założenia dotyczące obliczalności dostarcza techniki produkujące, w oparciu o przeszłość, optymalne wiarygodne zdania, dotyczące przyszłych wydarzeń. Jeśli istnieje optymalny, formalnie opisywalny sposób przewidywania przyszłości, to powinniśmy być w stanie zbudować maszynę, która oblicza i wykonuje sekwencję działań, maksymalizuje spodziewane lub przewidywalne nagrody, zatem rozwiązuje dawny cel badań Sztucznej Inteligencji. Przez wiele dziesięcioleci badacze SI nie zwracali uwagi na teorię wnioskowania indukcyjnego. Dlaczego tak się działo? Jest jeszcze jeden powód oprócz faktu, że większość z nich tradycyjnie ignorowało teoretyczną informatykę: teoria była postrzegana jako związana z nadmiernymi kosztami obliczeniowymi. W rzeczywistości, najbardziej ogólne zdania odnoszą się do metod, które są optymalne (w pewnym asymptotycznym sensie), ale nieobliczalne. Zatem naukowcy od uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji często uciekali się do metod alternatywnych, które mają pewien brak, jeśli idzie o silne podstawy teoretyczne, ale przynajmniej wydają się wykonalne w ściśle określonych sytuacjach. Na przykład, od początku próby budowy „General Problem Solver” dużo pracy włożono w opracowanie heurystycznych algorytmów uczenia maszynowego, które rozwiązują nowe problemy w oparciu o doświadczenia z poprzednich proble-

53


mów. Wiele wskaźników do uczenia się przez porcjowanie, uczenia się przez makra, hierarchicznego uczenia się czy uczenia się przez analogię znaleźć można w książkach Mitchella i Kaelblinga. Ostatnie lata przyniosły znaczący postęp w dziedzinie obliczalnych i wykonalnych wariantów optymalnych algorytmów do przewidywania, wyszukiwania, wnioskowania indukcyjnego, rozwiązywania problemów, podejmowania decyzji i uczenia się ze wzmocnieniem w ogólnym środowisku. Wiele z wyników uzyskano w szwajcarskim AI Laboratorium IDSIA.

Najważniejsze fakty z historii SI. Od Goedla (1931) do roku 2010 Goedel i Lilienfeld

W 1931 roku, zaledwie w kilka lat po tym, jak Julius Lilienfeld opatentował tranzystor, Kurt Goedel położył fundamenty informatyki teoretycznej (CS) swoją pracą o uniwersalnych językach formalnych i granicach dowodzenia i obliczalności. Skonstruował formalne systemy umożliwiające zdania samozwrotne, które mówią o sobie, a w szczególności o tym, czy mogą być wywnioskowane z danego zbioru aksjomatów poprzez procedurę dowodzenia twierdzeń. Goedel zajął się budową zdań, którę mówią o swojej własnej niedowodliwości, pokazując, że tradycyjna matematyka jest wadliwa w algorytmicznym sensie lub zawiera prawdziwe zdania, które nie mogą być dowiedzione. Wynik Goedla o niezupełności jest powszechnie uważany za najbardziej niezwykłe osiągnięcie matematyki XX wieku, chociaż niektórzy matematycy mówią, że to logika, nie matematyka, a inni uznają go za podstawowy wynik informatyki teoretycznej, dyscypliny, która oficjalnie nie istniała przed wynikami Goedla. Wynik ten ma ogromny wpływ nie tylko na informatykę, ale także na filozofię i inne dziedziny. W szczególności, jeśli ludzie mogą „zobaczyć” prawdziwość niedowodliwych zdań goedlowskich, to jak błędnie uważają niektórzy naukowcy, maszyny i sztuczna inteligencja będą zawsze niższe w stosunku do inteligencji ludzkiej. Biorąc pod uwagę ogromny wpływ wyników Goedla na teorię sztucznej inteligencji, sensownie jest przyjąć, iż początki SI to właśnie rok 1931.

Zuse i Turing

W 1936 roku Alan Turing przedstawił maszynę Turinga, aby przeformułować wyniki Goedla i ich rozszerzenia zrobione przez Alonzo Churcha. MT są często wygodniejsze niż oparte na liczbach całkowitych systemy formalne Goedla, dlatego stały się głównym narzędziem informatyki. Jednocześnie Konrad Zuse zbudował pierwszy działający, kontrolowany przez program, komputer (1935-1941), używając binarnej arytmetyki i bitów Gottfrieda Wilhelma von Leibniza (1701), zamiast bardziej kłopotliwego systemu dziesiętnego używanego przez Charlesa Babbage’a, który był pionierem koncepcji zaprogramowanych komputerów w 1840 roku i starał się, bez sukcesu, zbudować komputer. W roku 1941 były dostępne wszystkie główne składniki „nowoczesnej” informatyki, dziesięć lat po publikacjach Goedla, sto lat po Babbage’u, a około trzy wieki po Wilhelmie Schickardzie, który w 1623 roku rozpoczął historię automatycznego sprzętu komputerowego, tworząc pierwszy niesterowany programem, komputer.

54

W 1940 Zuse opracował pierwszy język programowania wysokiego poziomu (Plankalkül), którego użył do napisania pierwszego programu do gry w szachy. Gra w szachy uważana była wtedy za inteligentną działalność, zatem można nazwać ten program pierwszym projektem SI, jednakże Zuse naprawdę nie zaimplementował go wtedy. Niedługo potem, w 1948 roku, Claude Shannon opublikował teorię informacji, używając kilku wcześniejszych pomysłów, takich jak entropia (Ludwig Boltzmann, XIX w., mechanika statystyczna) oraz bit informacji (Leibniz, 1701).

Przekaźniki, rury, tranzystory

Tranzystory, koncepcja opracowana i opatentowana przez Juliusa Edgara Lilienfelda (1920) i Oskara Heila (1935), zostały zbudowane przez Williama Shockleya, Waltera H. Brattaina i Johna Bardeena (1948: tranzystor ostrzowy), jak również przez Herberta F. Matara i Heinricha Walkera (1948, wykorzystujący transkonduktancyjne efekty diod germanowych, zaobserwowane w Luftwaffe podczas II Wojny Światowej). Dziś jednak większość tranzystorów jest typu Lilienfelda i Heila. W zasadzie przełącznik pozostaje przełącznikiem bez względu na to, czy jest zaimplementowany jako przekaźnik lub rura, lub tranzystor, choć tranzystory przełączają szybciej niż przekaźniki (Zuse, 1941) i rurki (Colossus, 1943; ENIAC, 1946). To ostatecznie doprowadziło do znacznego wzrostu wydajności sprzętu komputerowego, co było niezbędne dla wielu kolejnych zastosowań SI.

I w SI

W 1950 roku Turing wymyślił słynny subiektywny test pozwalajacy rozstrzygnąć, czy maszyna jest inteligentna. 6 lat później, a 25 lat po publikacjach Goedla, John McCarthy wreszcie ukuł termin SI. 50 lat później, w 2006 roku, skłoniło to niektórych do celebrowania 50. urodzin SI, ale tytuł tej części powinien jasno wskazywać, że jej autor nie zgodza się z tym poglądem – ważna jest rzecz, a nie jej nazwa.

Korzenie SI opartej na prawdopodobieństwie

W latach 60. i 70. Ray Solomonoff połączył teoretyczną informatykę z teorią prawdopodobieństwa, tworząc ogólną teorię uniwersalnego wnioskowania indukcyjnego oraz predyktywną SI, które są ściśle związane z pojęciem złożoności Kołmogorowa. Jego teoretycznie optymalne predyktory i ich bayesowskie algorytmy uczenia się zakładają jedynie, iż obserwowalne reakcje środowiska (w odpowiedzi na pewną sekwencje działań) są pobierane z nieznanego rozkładu prawdopodobieństwa zawartego w zbiorze M – wszystkich przeliczalnych rozkładów. Oznacza to, że mając sekwencję obserwacji, możemy założyć, że istnieje program komputerowy obliczający prawdopodobieństwa kolejnych możliwych obserwacji. Dotyczy to oczywiście wszystkich naukowych teorii fizycznych. Ponieważ zwykle nie znamy tego programu, przewidujemy za pomocą wagowej sumy x – wszystkich rozkładów w M, gdzie suma wag nie przekracza 1. Okazuje się, że jest to rzeczywiście najlepsze, co możemy zrobić, najlepsze w bardzo ogólnym znaczeniu. Uniwersalne podejście jest praktycznie niewykonalne, ponieważ M zawiera nieskończenie wiele rozkładów. Stanowi to jednak pierwszy krok ku ogólnej teorii optymalnego przewidywania opar-


tego na doświadczeniu. Teoria ta pokazuje granice zarówno ludzkich, jak i sztucznych predyktorów (prognostyków), a także dostarcza kryterium dla wszystkich przyszłych maszyn, służących do przewidywania faktów.

SI vs astrologia

Błędne prognozy robione przez SI, która w latach 60. i 70. miała niewielką moc obliczeniową, zdyskredytowały niektóre badania. Wielu teoretycznych informatyków odniosło się pogardliwie do dużej cześci SI, ponieważ nie było twardych wyników teoretycznych. Niklaus Wirth – laureat nagrody Turinga i twórca języka programowania PASCAL – nie wahał się porównać SI do astrologii. Praktyczna SI tamtej epoki była zdominowana przez systemy eksperckie i programowanie logiczne. Oznacza to, że mimo fundamentalnych wyników Solomonoffa, w centrum uwagi w tamtym czasie była logiczna, deterministyczna dedukcja faktów w oparciu o wcześniej znane fakty, w przeciwieństwie do (probabilistycznej) indukcji hipotez na podstawie doświadczenia.

Ewolucja, neurony, mrówki

Niezauważony przez głównych guru AI tamtej epoki, biologicznie inspirowany typ SI powstał w 1960 roku, kiedy to Ingo Rechenberg zastosował metody sztucznej ewolucji do rozwiązywania złożonych zadań optymalizacji takich jak zaprojektowanie optymalnego skrzydła samolotu lub komór spalania dysz rakietowych. Takie metody, i ich późniejsze odmiany, dawały często lepsze wyniki, niż klasyczne podejście. W następnych dziesięcioleciach stały się popularne inne rodzaje „subsymbolicznych” AI. Były to wczesne publikacje dotyczące sieci neuronowych, obejmujące prace McCullocha i Pittsa z lat 40. (łączące sieci proste neuronowe ze starymi pojęciami matematycznymi, takimi jak liniowa regresja); Minsky’ego i Paperta (czasowe zniechęcenie do badań sieci neuronowych), Kohonena, Amariego, z lat 60.; Werbosa, z lat 70.; i wiele innych z 80. Ortogonalne podejście zawierało logiki rozmyte (Zadeh, lata 60.), Rissanena praktyczne warianty uniwersalnej metody Solomonoffa, SI z „wolną reprezentacją” (Brooks), sztuczne mrówki (Dorigo i Gambardella, lata 90.), statystyczną teorię uczenia maszynowego (z mniej ogólnymi założenia niż te badane przez Solomonoffa) i maszyny wektorów nośnych (Vapnik i inni). Od roku 2006 alternatywne typy SI otrzymują więcej uwagi niż tzw. GOFAI (Good Old-Fashioned AI).

Główny nurt SI poślubia statystykę

Dominującym motywem lat 80. i 90. było małżeństwo głównego nurtu SI i starych pojęć z teorii prawdopodobieństwa. Sieci bayesowskie, ukryte modele Markova i wiele innych modeli probabilistycznych znalazły szerokie zastosowanie w zakresie rozpoznawania obrazów, diagnostyki medycznej, eksploracji danych, tłumaczenia maszynowego czy robotyki.

Humanoidy i roboty-samochody

W latach 90. i po roku 2000 znaczący postęp w praktycznym SI był wynikiem powstania lepszego sprzętu, około 1000 razy szybszego w ciągu dekady. W 1995 roku, oparty na szybkiej wizji robot-samochód, stworzony przez Ernsta Dickmannsa (którego zespół zbudował pierwsze na świecie

niezawodne roboty samochodowe w 1980 roku w kooperacji z Mercedes-Benz), samodzielnie prowadził 1600 km z Monachium do Danii i z powrotem. Była to trasa odbywająca się przez 160 km bez jakiejkowiek interwencji kierowcy (który prowadził rzadko w krytycznych sytuacjach), w ruchu do 193 km/h, z systemem wizualnego śledzenia do 12 innych samochodów równocześnie, z automatycznym wymijaniem innych samochodów. Japońskie laboratoria (Honda, Sony) i laboratorium Pfeiffera w TU Munich zbudowały słynne humanoidalne, kroczące roboty. Problemy inżynieryjne często wydawały się większym wyzwaniem niż problemy związane z AI. Innym źródłem postępu był szeroki dostęp do danych przez Internet, stworzony przez Tima Berners-Lee w CERN (Szwajcaria) w 1990 roku. To znacznie ułatwiło powstanie wszelkiego rodzaju „inteligentnych” aplikacji eksplorujących dane. Jednak nie było żadnych fundamentalnych przełomów w dziedzinie algorytmów. Ulepszenie czy rozszerzenie istniejących algorytmów wydawało się mniej imponujące i mniej ważne niż udoskonalenia sprzętu. Na przykład, mistrz świata w szachach, Kasparow, został pobity przez szybki komputer IBM z systemem używającym standardowego algorytmu. Raczej proste, ale drogie obliczeniowo metody probabilistyczne do rozpoznawania mowy, statystyczne maszyny tłumaczące, wizualizacja komputerowa, optymalizacja, wirtualna rzeczywistość itp. stały się wykonalne na komputerach PC, głównie dlatego, że w ciągu dziesięciu lat komputery stały się 1000 razy mocniejsze. Jak zauważa Stefan Artmann (osobista komunikacja, 2006), dzisiejsze podręczniki SI wydają się znacznie bardziej złożone i mniej jednolite niż kilkadziesiąt lat temu, ponieważ ich celem jest przedstawienie wielu pozornie różnych działów AI. Wydaje się, że istnieje potrzeba nowego, unifikującego spojrzenia na inteligencję. Obecnie szeroko docenia się znaczenie osadzonych SI (roboty żyjące w realnych środowiskach fizycznych), podczas gdy rozszerzenie AI do sfery ciała fizycznego wydaje się być o krok od formalizmu. Formalny punkt widzeania z początkiem tego wieku jest faktycznie takim krokiem w stronę pierwszej matematycznej teorii uniwersalnych SI. Jest to połączenie „starej” teoretycznej informatyki i „starożytnej” teorii prawdopodobieństwa, w celu uzyskania optymalnego zachowania osadzonych racjonalnych agentów żyjących w nieznanych, ale możliwych do nauczenia środowiskach.

Sztuczne rekurencyjne sieci neuronowe (RNN)

Najwięcej pracy w uczeniu maszynowym skupia się na maszynach z zachowaniem reaktywnym. RNN są jednak bardziej ogólnymi procesorami sekwencyjnymi i są inspirowane przez ludzkie mózgi. Mają adaptacyjne połączenia ze sprzężeniem zwrotnym i są w zasadzie tak mocne, jak dowolny komputer. Pierwsza RNN nie mogła uczyć się patrząc daleko w przeszłość. Ale nasz RNN o nazwie LSTM („długa pamięć krótkotrwała”) pokonuje ten fundamentalny problem i skutecznie uczy się rozwiązywać wiele wcześniejszych zadań, w tym: rozpoznawanie niektórych wrażliwych na kontekst języków; wzmocnione uczenie się w częściowo obserwowalnym świecie; metauczenie się szybkiego online algorytmu uczenia się; komponowanie muzyki; rozpoznawanie mowy; predykcja szeregów czasowych. Na przykład LSTM RNN przewyższa wszystkie znane sposoby, jeśli idzie o trudny problem rozpoznawania pisma ręcznego – wygrał kilka konkursów pisma. Uczy się przez stopniowe schodzenie i/lub ewolucję.

55


56


57


58


59


60


Wniosek: ogólna SI staje się nauką formalną Ostatnie teoretyczne i praktyczne postępy doprowadziły do renesansu w dziedzinie uniwersalnych maszyn uczących się i optymalnego wyszukiwania. Kształtuje się nowy rodzaj SI. Czy jednak naprawdę zasługuje na atrybut „nowy”, zważywszy że korzenie SI sięgają roku 1930, gdy Goedel opublikował fundamentalny wynik informatyki teoretycznej, a Zuse zaczął budować pierwszy komputer (ukończony w 1941), oraz roku 1960, kiedy to Solomonoff i Kołmogorow opublikowali swoje pierwsze wyniki? Twierdząca odpowiedź wydaje się uzasadniona, ponieważ ostatnie wyniki dotyczą praktycznie wykonalnych, obliczalnych wariantów starych metod, które były nie obliczalne. „Nowa” SI jest nowa w tym sensie, że porzuca heurystyczne lub nie ogólne podejścia z ostatnich dziesięcioleci, oferując metody, które są zarówno ogólne, jak i teoretycznie ścisłe i optymalnie dowodliwe w sensie, który ma uzasadnienie w świecie rzeczywistym. Istnieją co najmniej dwa przekonujące sposoby prowadzenia badań SI: (1) konstrukcja (heurystyka) maszyny lub algorytmu, który w jakiś sposób (nie ma znaczenia, w jaki) rozwiązuje wcześniej nie rozwiązany interesujący i poznawczo trudny problem, jak np. pokonanie człowieka najlepiej grającego w Go (sukces przyćmi każdy brak teorii). (2) udowodnienie, że dany nowy algorytm jest optymalny dla ważnej klasy problemów SI. Naturą heurystyk, opisanych w punkcie (1), jest brak trwałości - wkrótce zastępowane są przez lepsze. Twierdzenia, opisane w punkcie (2), są wieczne. Z tych przyczyn nauki formalne preferują twierdzenia. Na przykład, po zdominowanej przez heurystyki początkowej fazie, teoria prawdopodobieństwa stała się nauką formalną. Stare, ale optymalne techniki teorii prawdopodobieństwa są nadal w codziennym użyciu i rzeczywiście są bardzo znaczące dla nowoczesnej SI, podczas gdy wiele metod heurystycznych, które początkowo odnosiły sukcesy, w końcu stało się niemodnych i wyszło z użycia. Podobnie pierwsze dziesięciolecia prób „ogólnej AI” i „ogólne obliczenia poznawcze” zostały zdominowane przez metody heurystyczne. W ostatnich jednak latach rzeczy zmieniły się. Jak opisano w niniejszej pracy, nowe millenium przyniosło pierwszy matematycznie ważny, asymptotycznie optymalny system uniwersalnego rozwiązywania problemów, zapewniając nowe, rygorystyczne fundamenty dla ogólnej SI i osadzonych agentów poznawczych oraz ustalenia granic zarówno ludzkiej, jak i sztucznej inteligencji, zapewnieniając tym samym kryterium dla wszystkich przyszłych podejść do ogólnych systemów poznawczych. Dziedzinia ta zatem rzeczywiście staje się prawdziwą nauką formalną.

Literatura: [1] M. Beeson, Foundations of Constructive Mathematics. Springer-Verlag, Heidelberg, 1985. [2] J.S. Bell, On the problem of hidden variables in quantum mechanics, „Rev. Mod. Phys.”, 38:447–452, 1966. [3] C.H. Bennett and D. P. DiVicenzo, Quantum information and computation, „Nature”, 404(6775):256–259, 2000. [4] C.M. Bishop,Neural networks for pattern recognition, Oxford University Press, 1995. [5] R.A. Brooks, Intelligence without reason. In Proceedings of the Twelveth Intarnationl, Joint Conference on Artificial Intelligence, pages 569–595, 1991. [6] L.E.J. Brouwer, Over de Grondslagen der Wiskunde. Dissertation, Doctoral Thesis, University of Amsterdam, 1907. [7] F. Cajori, History of mathematics (2nd edition). Macmillan, New York, 1919. [8] G. Cantor, Uber eine Eigenschaft des Inbegriffes aller reellen algebraischen Zahlen, „Crelle’s Journal fűr Mathematik”, 77:258–263, 1874. [9] G.J. Chaitin, A theory of program size formally identical to information theory, Journal of the ACM, 22:329–340, 1975. [10] G.J. Chaitin, Algorithmic Information Theory, Cambridge University Press, Cambridge,1987. [11] D. Deutsch. The Fabric of Reality. Allen Lane, New York, NY, 1997. [12] E.D. Dickmanns, R. Behringer, D. Dickmanns, T. Hildebrandt, M. Maurer, F. Thomanek, and J. Schiehlen. The seeing passenger car ’VaMoRs-P’. In Proc. Int., Symp. on Intelligent Vehicles ’94, Paris, pages 68–73, 1994. [13] M. Dorigo, G. Di Caro, and L.M. Gambardella, Ant algorithms for discrete optimization, „Artificial Life”, 5(2):137–172, 1999. [14] T. Erber and S. Putterman. Randomness in quantum mechanics – nature’s ultimate cryptogram?, „Nature”, 318(7):41–43, 1985. [15] H. Everett III. ‘Relative State’ formulation of quantum mechanics. Reviews of Modern, „Physics”, 29:454–462, 1957. [16] E.F. Fredkin and T. Toffoli, Conservative logic, „International Journal of Theoretical Physics”, 21(3/4):219–253, 1982. [17] R.V. Freyvald, Functions and functionals computable in the limit. Transactions of Latvijas Vlasts Univ. Zinatn, „Raksti”, 210:6– 19, 1977. [18] P. Gács, On the relation between descriptional complexity and algorithmic probability, „Theoretical Computer Science”, 22:71– 93, 1983. [19] K. Goedel, Űber formal unentscheidbare Sätze der PrincipiaMathematica und verwandter, „Systeme I. Monatshefte fűr Mathematik und Physik”, 38:173–198, 1931. [20] E.M. Gold, Limiting recursion, „Journal of Symbolic Logic”, 30(1):28–46, 1965. [21] M.B. Green, J.H. Schwarz, and E. Witten, Superstring Theory, „Cambridge University Press”, 1987.

Tłumaczył: Robert B. Lisek

61


Robert B. Lisek Kombinatoryczna informatyka i nowa architektura ogólnej sztucznej inteligencji

0.1. Zbiory uporządkowane Badamy systemy w odniesieniu do ich abstrakcyjnych właściwości, takich jak struktura i organizacja. W naszym podejściu ważne znaczenie odgrywa teoria zbiorów uporządkowanych i punkty stałe morfizmów. W [1] prezentujemy stan wiedzy w tej dziedzinie oraz wyniki w oparciu o nowe rezultaty związane z retraktami. Zwracamy również uwagę na metody reprezentowania, manipulowania i mierzenia zbiorów cześciowouporządkowanych. Retrakty i punkty stałe mają kluczowe znaczenie dla rekurencji i obliczalności. Punkty stałe są ważne, ponieważ dokładnie charakteryzują rozwiązania definicji rekurencyjnych. Wygodnie jest opisać funkcję za pomocą rekurencji, szczególnie w językach programowania (również kuszące w semantyce). Problem polega na tym, czy funkcje są dobrze zdefiniowane. Ideą jest metoda kolejnych przybliżeń. Proces przybliżania dostarcza punkty stałe, które są rozwiązaniami równań rekurencyjnych. Używamy morfizmów do przetwarzania zbiorów częściowouporządkowanych. Sprawdzamy na tych zbiorach różne miary. Definiujemy nową koncepcję: energii morfizmu. Energia morfizmu zbioru częściowouporządkowanego jest inwariantem morfizmu: funkcją z morfizmu na przedział liczb rzeczywistych. Intuicyjnie, związek między złożonością morfizmu i jego energią jest prosty: im bardziej skomplikowany morfizm, tym wyższa energia. Tego rodzaju badaniaużywane są do tworzenia Ogólnej Sztucznej Inteligencji i wielu innych nowych problemów związanych z pojawieniem się złożonych, kombinatorycznych obiektów, bazujących na bardzo dużych zbiorach danych, z jakimi mamy obecnie do czynienia.

0.2. Programowanie automatyczne Programowanie automatyczne jest solidną dziedziną od samych początków SI. W latach 80. odnotowało jednak znaczący spadek. Stanford projekt PSI [2], który skonstruował LISP (program per dialog w języku naturalnym z użyt-

62

kownikiem), wydaje się być ważnym punktem klasycznego programowania automatycznego. Lou Steinberg, lider PSI, przypuszczał, że automatyczne programowanie jest „SI zupełne” w tym sensie, że wymaga ogólnej wiedzy, aby zrozumieć, co program/użytkownik chce osiągnąć (bez potrzeby określenia szczegółów, które mają być wykorzystywane w języku programowania) [2]. Ogólna Sztuczna Inteligencja (OSI) związana jest z nieograniczoną zdolnością uczenia się. GRAS (General Recursion Autogenous System) ma być eksperymentalną, kognitywną architekturą, która uczy się poprzez modyfikowanie i rozszerzanie siebie, w tym również rozwijanie samej zdolności uczenia się (coraz lepiej się uczy). Załóżmy, że uczenie się traktowane jest jako programowanie: uczenie się jest projektowaniem nowego algorytmu. Uczenie się jako umiejętność to pisanie programów. Uczenie się jako ogólna wiedza o świecie to budowanie modelu, który jest w stanie przewidywać konsekwencje zdarzeń lub działań. W takim podejściu każdy ogólny program uczący się jest programem, który pisze programy. Jest programem, który musi wymyśleć zarówno algorytmy, jak i reprezentacje. Dla ludzkich programistów, gdy programy stają się bardziej złożone, sensowne jest wynalezienie nowych notacji [języków], w celu sprawnego ujęcia abstrakcji. Taka prawidłowość zachodzi również w przypadku systemów SI. Nieograniczonym systemem uczącym się będzie system, który wymyśla nowe języki programowania.

0.3. Architektura i maszyny oparte na zbiorach uporządkowanych LISP wprowadził abstrakcyjne drzewa syntaktyczne (AST) jako podstawowy typ danych i automatyczny sposób zarządzania pamięcią. Był to także prawdopodobnie pierwszy funkcjonalny język programowania. PLANER, PROLOG i różne warianty systemów dowodzących twierdzenia wprowadziły automatyczne wnioskowanie, obecnie powszechnie stosowane w większości nowoczesnych


języków. SNOBOL (przeznaczony do przetwarzania języka naturalnego) wprowadził porównywanie wzorców. „Obiektowa" semantyka wielu współczesnych języków wywodzi się z „architektury” systemów SI z lat 70. Obecnie istnieje potrzeba stworzenia nowej klasy języków, w których podstawowy typ danych będzie zbiorem częściowo uporządkowanym. Zbiory uporządkowane są strukturami bogatszymi niż łańcuchy i drzewa, na których oparte są wszystkie używane przez nas języki i maszyny liczące. Jednocześnie zbiory te są obiektami, które możemy kontrolować. Dlatego też zbudowanie nowej architektury i komputerów opartych na nich byłoby znaczącym krokiem w stronę realizacji Ogólnej Sztucznej Inteligencji.

0.4. Samodoskonalenie się i robotyka Dla empirycznego robota automatyczne programowanie może uzyskać inne źródło oparcia: system może próbować pisać programy, które modelują (i przewidują) zjawiska oraz kierują robotem w oparciu o wzór zaobserwowanych wcześniej działań. OSI z możliwością nieograniczonego samodoskonalenia musi być w stanie stworzyć nowe reprezentacje, w których myśli. Podstawą jest, że każdy robot lub organizm ma początkowo reprezentację świata otrzymaną z surowych sygnałów, uzyskanych z czujników. Następnie nakłada ontologię świata przez interpretację tych sygnałów na bardziej abstrakcyjne pojęcia, np. korzysta z pojęcia 3-wymiarowej przestrzeni. W większości systemów robotyki i sztucznej inteligencji do tej pory, ontologia dla systemu przygotowana była przez człowieka programistę. Wierzymy, że było to spowodowane w dużej mierze przez zbyt uproszczone ujecie tego, czym jest koncept i jak może być reprezentowany (użycie reprezentacji drzewiastych). Pełniejsze ujęcia, w tym wymóg wdrożenia umiejętności rozpoznawania, przewidywania i planowania zjawisk, ujawnia pełen zakres problemu [3]. Robot, który ma indukowane (lub otrzymał) pojęcie przestrzeni 3D i obiektów z danych z czujników może następnie przystąpić do opracowania kinematyki z takimi pojęciami, jak siła i przyspieszenie, a ostatecznie inwariantów, takich jak optymalizacja energii. Uważamy, że postęp w dziedzinie budowy nowych systemów OSI związany jest ze stworzeniem nowych reprezentacji bazujących na zbiorach uporządkowanych i nowych technik nieograniczonego uczenia się maszynowego. Literatura: [1] Robert B. Lisek, Retracts And Fixed Points In Theory Of Ordered Sets. Towards Combinatorial Computer Science, CCS USA, 2007. [2] Cordell C. Green, Richard J. Waldinger, David R. Barstow, Robert A. Elschlager, Douglas B. Lenat, Brian P. McCune, David E. Shaw, and Louis I. Steinberg, Progress report on program-understanding systems, Stanford University, Stanford, CA, 1974. [3] David Vernon, Giorgio Metta, and Giulio Sandini, A Survey of Artificial Cognitive Systems: Implications for the Autonomous Development of Mental Capabilities in Computational Agents, IEEE Transactions on Evolutionary Computation, „Special Issue on Autonomous Mental Development”, 11(2), 2007.

63


0100101110101101.ORG RADIOACTIVE RIDE IN THE HEART OF MANCHESTER A group of artists scavenged it from Chernobyl

A project by Ryan C. Doyle, Eva and Franco Mattes aka 0100101110101101.ORG and others Video and photos www.PlanC.cc Manchester UK - A rusty, soviet-style sculpture, created with contaminated materials scavenged from the site of the 1986 Chernobyl disaster, appeared overnight in one of Manchester's public parks. The elaborated project is a collaboration of machine artist Ryan C. Doyle and provocateurs Eva and Franco Mattes aka 0100101110101101.ORG, with filmmaker Todd Chandler, gonzo photographer Tod Seelie, DIY organizer Jeff Stark and fabricator Steve Valdez. In the Summer 2010 the group embarked on a journey to Chernobyl, to develop a secretive Plan C. They had one thing in common: an obsession for Tarkovsky's 1979 movie Stalker. After obtaining permissions to enter the highly radioactive Zone of Alienation they ventured into the ghost town of Pripyat and found the abandoned amusement park. Built for May Day 1986 as a gift to the power plant workers it was never inaugurated, since the reactor exploded five days before. Finally the group located what they were hoping to find, the Red Ride. They picked through the irradiated remains. While they were there a load of scavenged materials left the Zone on a rural tractor, leading west. A month later the scrap metal was sitting in an anonymous warehouse under the railroad in Manchester, UK, where the group started secretly working day and night on The Liquidator. The sinister-looking sculpture-ride was installed overnight in Manchester's Whitworth Park. "The idea came after meeting sculptor James Acord, the only individual licensed to work with radioactive materials" said Eva Mattes "He thinks that it's inevitable that artists use the materials of their age. I was ten when Chernobyl's radioactive cloud flew over my head, and into my thyroid". "Manchester was not a coincidence" declared artist Ryan C. Doyle "it was the heart of the industrial revolution and it's close to the first and biggest European nuclear power plant". Concern spread among Manchester citizens: "They say it's a sculpture but I don't like it, I don't see any beauty", said Rosie Parker, a regular of the Park "It seemed very unsafe in the first place, and this radioactive thing makes me shudder". The ride operated daily for a whole week at the beginning of October, involving thousands of enthusiastic visitors of all ages and origins. It than disappeared as fast as it had appeared. "Thousands of tons of radioactive scrap metal leave the Zone everyday to be sold to the Russian and Chinese market and eventually come back to us in the form of spoons, pots and sinks", declared Franco Mattes "Radioactivity has no border. So we must probably just get used to it, starting from the younger generations". The whole project is shredded in mystery and where the sculpture will go next is still unknown. A short film about the whole affair, directed by Todd Chandler and Jeff Stark, is in the making. Plan C is their first collaboration, although they are not new to such adventures. Cumulatively, the group has created jet-powered carnival rides, navigated junk rafts across the Adriatic Sea and organized viral media art campaigns. More info on the group: Ryan C. Doyle: http://happybunnypony.com, Eva and Franco Mattes: http://0100101110101101.ORG, Todd Chandler: http://floodtidefilm.com, Tod Seelie: http://todseelie.com, Jeff Stark: http://jeffstark.org, Steve Valdez. Plan C was commissioned by AND Festival www.andfestival.org. uk and dispari&dispari project www.dispariedispari.org

64


65


66


Giorgio Agamben W sprawie bezpieczeństwa i terroru

Bezpieczeństwo, jako naczelna zasada polityki państwowej sięga, narodzin nowoczesnego państwa. Już Hobbes wspomina o nim jako o przeciwieństwie strachu, który zmusza ludzkie jednostki do zjednoczenia się w społeczeństwo. Ale aż do XVIII wieku myśl o bezpieczeństwie nie mogła się rozwinąć jako samodzielna dziedzina. W 1978 r., podczas wykładów w Collège de France (które nie zostały jeszcze opublikowane), Michel Foucault wykazał, jak polityczna i gospodarcza praktyka fizjokratów przeciwstawia bezpieczeństwo dyscyplinie i prawu jako instrumentom sprawowania władzy. Zarówno Turgot i Quesnay, jak również wpływowi myśliciele ruchu fizjokratycznego nie byli przede wszystkim skupieni na zapobieganiu głodowi lub na kontroli produkcji, ale chcieli umożliwić ich (głodu i produkcji - przyp. red) rozwój i następnie regulować i „zabezpieczać” ich skutki. Podczas gdy władza oparta na dyscyplinie izoluje i zamyka terytoria, środki bezpieczeństwa doprowadzają do otwarcia i globalizacji; podczas gdy prawo chce zapobiegać i regulować, bezpieczeństwo interweniuje w toczące się procesy, aby nimi kierować. Krótko mówiąc, dyscyplina chce produkować porządek, bezpieczeństwo pragnie regulować nieporzdek. Ponieważ środki bezpieczeństwa mogą działać jedynie w kontekście swobodnego przepływu, handlu oraz indywidualnej inicjatywy, Foucault jest w stanie pokazać, że rozwój bezpieczeństwa ściśle wiąże się z ideami liberalizmu. Obecnie mamy do czynienia z ekstremalnymi i niebezpiecznymi zmianami w myśli o bezpieczeństwie. W trakcie stopniowej neutralizacji polityki i progresywnego odstępowania od tradycyjnych zadań państwa, bezpieczeństwo staje się podstawową zasadą państwowej działalności. To, co do połowy XX wieku było jednym z kilku ostatecznych środków administracji publicznej, teraz staje się głównym kryterium politycznej legitymizacji. Namysł nad bezpieczeństwem zawiera w sobie istotne ryzyko. Państwo, które czyni bezpieczeństwo głównym zadaniem i źródłem słuszności, jest kruchym organizmem. Takie państwo zawsze będzie łatwo prowokowane przez terroryzm i w konsekwencji samo może stać się państwem terrorystycznym.

Nie powinniśmy zapominać, że pierwsza, znacząca organizacja terrorystyczna po wojnie, Organization de l’Armée Secrète (OAS), została założona przez francuskiego generała, który uważał się za patriotę i był przekonany, że terroryzm jest tylko odpowiedzią na zjawisko partyzantki w Algierii i Indochinach. Gdy polityka i sposób, w jaki była rozumiana przez XVIII-wiecznych teoretyków „nauki o utrzymywaniu porządku”, redukuje się do działań policyjnych, różnica między państwem i terroryzmem grozi zanikiem. W rezultacie bezpieczeństwo i terroryzm mogą stworzyć jeden śmiertelny system, w którym wzajemnie uzasadniają i legitymizują swoje działania. Ryzyko polega nie tylko na tajnym współudziale przeciwników, ale również na tym, że dążenie do bezpieczeństwa prowadzi do światowej wojny domowej, wskutek czego wszelkie cywilizowane współżycie staje się niemożliwe. W nowej sytuacji – końca klasycznej formy wojny suwerennych państw – staje się jasne, że bezpieczeństwo ostatecznie realizuje się poprzez globalizację. Implikuje to ideę nowego planetarnego porządku, który jest w istocie najgorszym ze wszystkich nieporządków. Istnieje jednak jeszcze inne zagrożenie. Środki bezpieczeństwa dążą do stale rosnącej depolityzacji społeczeństwa, ponieważ wymagają ciągłego odniesienia do stanu wyjątkowego. W dłuższej perspektywie są one nie do pogodzenia z demokracją. Nic nie jest ważniejsze niż zmiana koncepcji bezpieczeństwa jako podstawowej zasady polityki państwowej. Europejscy i amerykańscy politycy muszą w końcu wziąć pod uwagę katastrofalne skutki bezkrytycznego użycia powyższych konstrukcji myślowych. Nie jest tak, że demokracje powinny przestać się bronić, lecz być może nadszedł czas, aby zacząć działać na rzecz zapobiegania nieporządkowi i katastrofom, a nie tylko działać w celu ich kontrolowania. W przeciwnym razie można powiedzieć, że polityka potajemnie działa na rzecz wywołania katastrof. Zadaniem polityki demokratycznej jest zapobieganie rozwojowi warunków, które prowadzą do nienawiści, terroru i destrukcji, a nie ograniczanie się do kontroli tych zjawisk, kiedy już wystąpiły. Tłumaczył: Robert B. Lisek

67


McKenzie Wark The Occulted State

Kobieta z dwójką małych dzieci próbuje wejść na pokład samolotu na lotnisku Ronalda Reagana. Ochrona zatrzymuje ją, kiedy odkrywa, że dziecięcy kubek zawiera więcej niż dopuszczalne trzy uncje płynu. Naraz pojawiają się umundurowani agenci, zawiadomieni zostają przełożeni. Odprawa zatrzymała się. Dziecięcy kubek staje się obiektem szczególnie podejrzanym. To tak, jakby największa władza, która kiedykolwiek istniała w historii świata, mogłaby być podważona przez najprostszą formułę. Jak napisał kiedyś Gianfranco Sanguinetti: „tchórzostwo staje się, po raz pierwszy w historii, wysublimowaną jakością; strach jest zawsze uzasadniony”. To, co dzieje się następnie, jest niejasne, nawet na taśmach monitoringu. Prawdopodobnie przez przypadek kobieta rozlewa zawartość kubka na ziemię. Umundurowane służby bezpieczeństwa otaczają ją i zmuszają, aby na kolanach posprzątała wylaną ciecz (dwukrotnie, ponieważ za pierwszym razem coś zostało). Jakiś czas po tym zdarzeniu władze cofają zakaz przewożenia płynów, opisując go jako nieskuteczną część teatru bezpieczeństwa. Wszystko to w imię wojny z terrorem. Wojny, która, jak mimochodem wspomniał wiceprezydent Dick Cheney, nigdy nie może się skończyć. Biorąc pod uwagę, że odbyło się to w okresie, kiedy Cheney podczas jednego z polowań postrzelił w twarz kolegę (i był to przyjaciel, którego powinien był przeprosić), to jasno pokazuje, że czysta władza legitymizowana przez samą siebie stała się normą. Stan wyjątkowy po raz kolejny ujawnia się jako normalny stan rzeczy. To, że państwo opiera się na czymś innym niż sprawiedliwość, prawo lub umowa społeczna, raczej zaskoczyło sytuacjonistów. Jak pisze Guy Debord do kolegi i współzałożyciela grupy sytuacjonistów Pinota Gallizio w 1958 roku: „Wczoraj byłem przez długi czas przesłuchiwany przez policję w związku z czasopismem i organizacją. To jest dopie-

68

ro początek. Jedną z zagrażających zasad, które dotarły do mnie dość szybko podczas przesłuchania, jest ta, że policja chce uznać Międzynarodówkę Sytuacjonistyczną jako stowarzyszenie, które wprowadza nieporządek we Francji”. Od 1950 roku, kiedy to wyjechał do Paryża, Debord wchodził w kontakt z państwem najczęściej za pośrednictwem policji. Nie pracował w żadnych mediach lub instytucjach kultury. Nie był także zaangażowany w działania partii politycznych. Jego doświadczenia wskazywały, że państwo to policja. [Dla zainteresowanych – dalsza część artykułu w języku angielskim:] After the assassination of his friend and patron Gerard Lebovici in 1984, certain journalists took a certain relish in claiming to have been privy to certain details of secret police files on Debord. They claimed that he had been under surveillance for some time. This led him to remark: „What a strange and unfortunate land, where one is informed of the work of an author more quickly and confidently through police archives then through the literary criticisms of a free press or through academics who make a profession out of knowing the issues at hand” [4]. Debord specified, in a testament of sorts, that statements he had made to the police should not be included in his collected works. Not because any statements he made their would cause him any embarrassment, but because of literary “scruples about the form” [5]. Debord admitted to using false names and documents in Italy in the 70s, but he had its reasons. This was a time of the strategy of tension, in which a rising tide of working class militancy was diverted by a shadowy game of bombings and other terrorist acts by certain secretive groups followed by repressions and reprisals of police agencies of the state. Things reached a certain peak in


1978 when the Red Brigades kidnapped Aldo Moro, who had twice been Prime Minister and was the architect of the so-called historic compromise which was supposed to bring the left into the government. Moro’s body was found dead in a car parked mid way between the offices of the Communist Party and that of his own Christian Democrats. The right blamed the Communists for the Red Brigades. The Communists blamed the far-left Autonomists. The Autonomists blamed each other. Debord thought he saw the hand of the state in these murky events. He encouraged his young friend Gianfranco Sanguinetti to expose it: “I have known a man who spent his time among the party girls of Florence and who loved to keep bad company with all of the hard-drinkers of the bad neighborhoods. But he comprehended everything that went on. He demonstrated his comprehension once. One knows that he will do it again. He is, today, considered by some to be the most dangerous man in Italy” [6]. Sanguinetti had, with Debord’s assistance, pulled off a brilliant hoax in 1975, and Debord encouraged his to action again. Sanguinetti did not initially credit Debord’s theory of secret police involvement in the Moro affair, but he came around to it. He published a short book called Terrorism and the State in which he wrote that: “It is its own secret services which organize and pull the strings of terrorism. Is this not, then, the main secret of the Italian State” [7]? This was an extraordinary thesis at the time, and it got Sanguinetti into even more trouble. It retrospect it doesn’t seem all that far fetched. A war on terror – led by a general no less – aided the consolidation of a state in crisis. The big losers, in Sanguinetti’s account were the Autonomist left. Both the state and its official enemy, the Communist party were united in condemning the Autonomists for sympathy, if not complicity, with the armed struggle, pushing the Autonomists onto the defensive. “The poor Autonomists, who, for their part, never had much of a clue either about terrorism or about revolution, have thus ended up, like a coveted prey, in the game-bag of the Stalinists and the judiciary” [8]. Sanguinetti’s analysis of terrorism, while salutary, is nevertheless somewhat unsatisfactory. His identification of terror directly with the state feeds into a conspiratorial approach to thinking about state power, as if by uncovering the secret machinations of the state one could somehow apprehend its truth. Something like this was the aim of the 500 people who gathered at the Embassy Suites hotel in Chicago for a combination trade show and political convention for the 9/11 Truth movement. Given that Zogby polls show 42% of Americans doubting the conclusions of The 9/11 Commission Report, and 49% of New Yorkers believing that some leaders “knew in advance” about the 2001 attacks on the World Trade Center and the Pentagon, they are not alone. The Truthers are out there. In his keynote address syndicated radio host Alex Jones rehearsed the main argument of the movement, that on September 9th 2001, it was “controlled demolition” that brought down the towers of the World Trace Center in New York City, not the impact of hijacked passenger jets [9]. This is the central tenet of the 9/11 Truth ideology. To them it seems more plausible than imagining that, where 9/11 is concerned, the state has nothing to hide.

Sangunetti distinguishes between offensive terrorism by non-state actors and defensive terrorism by the state. He judged Italian terrorism of the period to be defensive terrorism on the part of the state. This refreshing claim can be turned aside from the path of conspiracy theory and used for new tactics in thinking through the inscrutable surface effects of power at work. Perhaps the origins of terrorism are not so easily decided. Perhaps the origins are not even all that relevant. Perhaps the state can make use of what appears to be offensive terrorism coming from a non-state actor, as a way to consolidate power and pre-empt social movements. As the rather more sanguine Debord remarks: “Such a perfect democracy constructs its own inconceivable foe, terrorism. It wishes to be judged by its enemies rather than by its results” [10]. The state that makes a spectacle of responding to a need for security need not answer to any other desires. In the disintegrating spectacle of the twenty-first century, truth is as strange as fiction. In his novel Spook Country, William Gibson writes of a cold civil war, all but invisible, waged within a state of Byzantine complexity and obscurity [11]. His elaborate spy plot includes the usual agents and counter agents, but curiously enough mixes in the owner of an advertising agency with the improbable name of Hubertus Bigend. The son of a minor Situationist, Bigend has grasped that the secret is to the spectacle as art once was to culture. The secret is not the truth of the spectacle, it is the aesthetic form of the spectacle. Gibson intuits something central here to Situationist experience, if not its theory: that the spectacle of appearances has another side. That which is good appears; that which does not appear is better. What is secret is not the truth of the spectacle. The division between the spectacle of appearances and the secrecy of non-appearances is itself an aspect of the falsification of the whole that the spectacle affects. While the spectacle renders all that appears equivalent, the division between the secret and the spectacular implies a hierarchy – the first principle of power. Appearances are exchangeable for appearances; secrets exchangeable only for secrets. For Debord and Sanguinetti, it is not knowledge which is power, but secrecy. A counter power is then not so much a counter knowledge as a strategy that is capable of both revealing secrets when it is tactically advantageous, but also of creating them. Against the power of the secret as the founding power of the state, the Situationists and post-Situationists alike pose the glamour of the clandestine as a kind of counter power. The refusal to appear within the spectacle is also a refusal of the division between the spectacular and its secret. Which in turn makes the Situationists (and certain ex-Situationists) appear as dangerous to the state. The paradox is that this apparent danger, while only apparent, becomes in spectacular society a real danger. Another Hotel Room: this time the Budapest Hilton, and this time the organizer is the International Republican Institute, a nongovernmental group which may or may not be in receipt of American government money. Retired Army Colonel Robert Helvey leads a seminar on the techniques of nonviolent resistance attended by about 20 leaders of Otpor, the Serbian opposition movement [12]. Helvey’s approach is based on that of Gene Sharp, author of From Dictatorship to Democracy and other works, which in turn draw on the insight of Montaigne’s friend Etienne

69


70

bomb.tif 70

2011-02-15 02:02:45


de La Boétie [13]. The key to which is that if people withdraw their obedience to the state, the state cannot stand. Or as Debord says, in the same vein: „This is how, little by little, a new epoch of fires has been set alight, which none of us alive at the moment will see the end of: obedience is dead” [14]. And yet the outcome is far from certain. The withdrawal of consent from one state may just as easily serve another. Debord: „Yet the highest ambition of the integrated spectacle is still to turn secret agents into revolutionaries, and revolutionaries into secret agents” [15].

vie studio. It is a hijacking of the vehicle of the image itself. While terrorists appear as, and may even believe themselves to be, enemies of the state, their role is quite different. They are the – apparently – external principle of necessity for the state. They provide it with its reason to exist. They may act of their own volition. They may be agents of another state. They may be agents of the very state they are attacking, or merely its dupes. It doesn’t actually matter. They provide the state with a reason to exist, and can usually be assured of its full attention.

All the disintegrated spectacle might add to this transaction is that they might not even know it. There might be two ways of becoming an agent of the state. One is to be knowingly co-opted; the other is by descending into the spectacle of violence. Whether the Red Brigades were manipulated by the first method or not, they certainly became agents of the state via the second. Regardless of their allegiances and ideologies, both the secret agent and the armed revolutionary use the same forms of organization. The state is a form of organization: the form of hierarchy and secrecy. Sanguinetti: „All secret terrorist groupuscles are organized and directed by a clandestine hierarchy of the very militants of clandestinity, which reflects perfectly the division of labor and roles proper to this social organization: above it is decided and below it is carried out” [16].

Certain states are less and less concerned with the well being and productivity of their subjects – their so-called biopower. The state of the disintegrating spectacle reveals itself as concerned mostly with its own sovereignty and the defense of property. It no longer makes any promises. For an anecdote revealing this quality of the disintegrating spectacle, consider the short story of the President and the tropical storm. When the storm breached the levees and sank a fabled southern city, the President deigned to visit and show his concern, as protocol requires. Only he did not set foot there. Rather, upon leaving his vacation home, he had his personal jet detour over the sodden earth en route back to his other house. This was in order to produce the requisite photographic opportunity, of the President looking out the window with a look of compassionate conservatism, while below private armies of goons with guns secured valuable property, and the homeless were left to make a spectacle of their own misery, fans without tickets in the stadium of the endgame.

Given that agents of the state invariably have much greater resources at their disposal, it is no accident who gets to infiltrate and manipulate who. But in the disintegrating spectacle, this may not even be necessary. Regardless of the inconvenience, a terrorist attack on the state provides the very pretext the state needs to consolidate its power, and in more recent times, perhaps, to go on the offensive, preempting popular self organization in advance. Nothing succeeds as well as a terrorist attack in making the people feel as though they have a common enemy with the state. In the disintegrating spectacle, the state offers nothing but the spectacle of its own necessity. „Until 1968 modern society was convinced it was loved. It has since had to abandon these dreams; it prefers to be feared” [17]. The spectacle incorporates within itself images of its own overcoming. “It is known that this society signs a sort of pact with its most avowed enemies, when it allots them a space in the spectacle” [18]. It is personified by certain kinds of anti-celebrity, images of the integral action that would further disintegrate the spectacle, but which actually sustain it to the extent that they are mere images. The anti-celebrities appear as dangerous to the spectacle in spite of being useful for it because the spectacle does not control them. They do its work for their own reasons. Since no other reasons besides the logic of spectacle are supposed to exist, their very existence is both useful and troubling. After the Lebovici assassination, Debord found himself cast as just such an anti-celebrity, who must be dangerous precisely because of his refusal of service to the spectacle. The spectacle of communism hardly troubles the state any more. The representatives of organized labor found their place in the state. They became what they beheld. The enemy that the spectacle can recognize is, once again, as in certain times past – the terrorist. An act of terror aims above all at the production of the image. It is the spectacle for those who do not own their own news network or mo-

There is a certain vanity in thinking that every aspect of our everyday life is of intimate concern to power. What if power, too, was not much more than a spectacle of appearances? Sanguinetti’s greatest work did not just make an argument about the nature of power as appearance, it acted as the means by which power exposed itself in a less than flattering light. In 1975 Sanguinetti sent out a curious document to a hundred or so prominent people in Italian public life, under the pseudonym Censor. The text contained the Machiavellian argument to the effect that creating the appearance of the Communist Party joining the government does not negate the rule of bourgeois power, but could actually enhance it. The text apparently addressed itself to the real power elite, and took a distinctive form: „One reason we chose the ancient form of expression, the pamphlet, rather than a more systematic text, is that we do not want to renounce the pleasure of speaking with swords drawn’ [19]. Censor called for the power elite to at least attempt to be truthful amongst itself. It ought not to be duped by the specter of the power of the Communists. This was merely a phantom, which the power elite had itself invoked to strengthen the state during the cold war. But there was no need for power to believe in a phantom that was largely its own creation. The real danger was elsewhere, but before examining it, Censor expounded on the distinctive features of Italian capitalism of the seventies, features not unlike those Debord identified as the integrated spectacle. As a consequence of its own development, capitalism had expanded state power, which took on a nominally democratic form, but in the context of expanded secrecy and disinformation. Its principle means of dealing with conflict was to incorporate rather than repress it. Censor: “The sta-

71


te is the palladium of commercial society, which converts even its enemies into proprietors” [20]. Development had one aspect that troubled Censor, namely that it made the economy an autonomous sphere. He offered a critique of it from the right. Left to its own devices, the autonomous development of the economy might generate the forces capable of overthrowing it. Censor called for the ruling class to think historically and politically rather than to let the economy take care of itself. The organized labor movement, led by the Communists, where no longer the enemy. The project of post-war reconstruction had already incorporated them in a subordinate role of maintaining labor discipline, in the name of building a modern, democratic economy and society. Certain forces within the Communist party had threatened insurrection in 1948, but the party itself put down this revolt, thus confirming its allegiance to the bourgeois state. „The Trojan horse should not be feared, except when there are well-armed Archean troops inside” [21]. Much more damaging to the state in Censor’s view was the behavior of the Christian Democrats. He saw them principally as the party of the middle classes who aligned their interests with the bourgeoisie. But the party was riddled with private interests who treated the various organs of the state as so many personal fiefdoms. The main danger to the state came from neither the apparent strength of the Communists nor the unreliability of the Christian Democrats, but from a new kind of worker’s movement. The working class had defected from its own party. After May 68 it could no longer be co-opted, via its leaders, with wage rises. The workers did not know what they were fighting for, but what they wanted was to fight. They had started to question private property itself – the one thing crucial to the state. “Private property thus constitutes the fortress wall of society, and all other rights and privileges are the advanced defense” [22]. The internal weakness of the state made this movement particularly dangerous: „on high reigns apathy, boredom and immobility; below on the contrary, political life begins to manifest feverish symptoms” [23]. One such symptom was the Autonomist left, outside the Communist Party. But for Censor this was just the fever. The spontaneous action of the working class was the real disease. This was causing something of a panic among the ruling classes: “The bourgeoisie is afraid of being right, and afraid of being afraid. It soon perceived that it was right to be afraid” [24]. Censor stressed the usefulness of the Communist party in imposing discipline on the working class and keeping refractory elements in line. But this view was not shared by the ruling class, deluded by their own fiction which cast the Communists as the leadership of the dangerous classes against the state rather than as the police agent of the state against them. The ruling class thought the price the Communists demanded for their services outweighed the guarantees they could offer of their own effectiveness. And perhaps rightly so, as the Communists quite under-estimated the danger to themselves of rebel workers who no longer saw the unions and the Party as their representatives. And so, from 1968 on into the seventies, Italy descended into an undeclared civil war, in which „the only things still functioning in Italy were the unions and the police” [25].

72

The hot year of 1969 was the time when the possibility of a general insurrection was genuinely close. What averted it was a wave of bombings, variously attributed to anarchists or fascists, but behind at least some of which was the hand of the secret services of the state. Against this, not only the Communists but also the Autonomist left felt the need to rally around opposition to clandestine violence. But for Censor, the continued use of the terror tactic was dangerous. If the complicity of agencies of the state were to come to light, this risked alienating the very people that the strategy had neutralized, and re-establishing the conditions for worker’s revolt. As Censor wryly observes: “If no good policies have ever been founded on truth, the worst policies are founded on the improbable” [26]. Re-founding ruling class power on firmer ground meant a more honest policy. The state had to reinstate legality or disappear. But the state couldn’t count on anything but its secret services, and the continual use of force was weakening the state. Quoting Machiavelli’s Prince, Censor argued that a state that used force too much and too often did not appear stronger for it, but weaker. And in any case, terrorism was less of a threat to the state than the mutiny of the working class. The real threat was not bombs, but as La Boétie would say, disobedience. The ruling class had discounted the threat of the working class because the new movement lacked leadership and organization. Organized labor and Communist leadership was co-optable; disorganized labor was not. This was much more dangerous: „all revolutions in history began without leaders and when they had them, they were finished” [27]. The state had to stop its short-term defensive tactics. Censor: „our state, continually defending itself against phantom enemies – red or black according to the mood of the moment, all poorly constructed – never wanted to confront the problems posed by the real enemy” [28]. The real threat was disorganized labor: „this crisis is total because, intensively, it is life itself… that has succumbed to the contagion” [29]. It is not a crisis in the economy but a crisis of the economy. The workers gained wage rises, but were disenchanted with the flimflam that was all these wages could buy. Censor: „we poisoned the world, and we gave the people a special reason to revolt against us every instant of their daily lives: we poisoned life itself” [30]. It might still be possible to head off the danger from disorganized labor by bringing organized labor – the Communist party – more fully into the state. This was the policy of the historic compromise, although as Censor points out it was neither historic nor a compromise. There is nothing historic about a merely expedient tactic that could later be reversed. There is no compromise when only one side – the Communists – gives anything up. On the international plane, the cold war had subsided into a period of peaceful coexistence between Moscow and its allies on one side and Washington and its allies on the other. For Censor this too was a mere tactic. Both sides faced troubling dissent internally. In the west, most clearly in France and Italy; in the east, the Czechs and Poles were creating their own forms of spontaneous withdrawal of obedience. This was the backdrop to Censor’s support for the full incorporation of the Communists into a western state.


Censor called the ruling class to action. Power could not be delegated to others any longer. The maintenance of the state could not be entrusted to the secret police. Those who thought it better to govern with rifles than with Communists over estimated the efficiency of rifles. Power could not be entrusted to the Christian Democrats, who were content to squabble over the spoils of each particular office and leave the state as a whole to its ruin. Power could not be left in the hands of managers, who were no better than over-paid wage earners, unable to grasp the historic process. Nor was it acceptable to cash out and leave the mess to someone else. The diffuse spectacle was undermining the very authority of the class that had created it, and was in as much trouble as the concentrated spectacle in the east. The ruling class risked being overcome by its own creation. It simply had to be faced that capitalism had not delivered on its promises. The manufacture of abundance had led only to an abundance of boredom. The ruling class had lost sight of anything of real value. Far from securing power, abundance threatened it. Censor: “We have thoughtlessly dispersed so much false luxury and comfort that the entire population is quite rightly dissatisfied” [31]. While the ruling class struggled against disorganized labor and its negation of property and the state, it had also the positive historical task of affirming something of value outside of mere abundance. This may be en even bigger challenge. “this abundance of fabricated objects requires the demarcation of an elite more than ever – an elite that is sheltered by this abundance and takes what is really precious: otherwise, there will soon be no place on earth with anything precious left in it” [32].

uble form of spectacle and secret gave way to a disorganized and decentralized distribution of such powers. Debord: „the liars have lied to themselves” [33]. Przypisy: [1] As broadcast by Now Public, 14th June 2007. [2] Gianfranco Sanguinetti, On Terrorism and the State, translated by Lucy Forsyth and Michel Prigent, B. M. Chronos, London, 1982, p59. [3] Debord to Gallizio, 17th July 1958, in Guy Debord, Correspondence: The Foundation of the Situationist International, Semiotexte, New York, 2008. [4] Guy Debord, Considerations on The Assassination of Gerard Lebovici,Tam Tam Books, Los Angeles, 2001, p 60. [5] Guy Debord, Panegyric, Verso, London, 1991, p58. [6] Debord to Sanguinetti, 21st April 1978, Correspondance, Tome V, Fayard, Paris, 2004. [7] Sanguinetti, On Terrorism, pp14-15. [8] Sanguinetti, On Terrorism, p19. [9] „New York Times”, 5th June 2006. [10] Guy Debord, Comments on the Society of the Spectacle, Verso, London, 1990, p24. [11] William Gibson, Spook Country, Putnam, New York, 2007, p74 [12] „New York Times Magazine”, 26th November 2000. [13] Etienne de aa Boétie, The Politics of Obedience, Kessinger Publications, 2004. [14] Guy Debord, In Girum Imus Nocte Et Consumimur Igni, P24 Gia.

Censor pointed the way to the seizure of initiative by the ruling class as he seventies gave way to the eighties. Sanguinetti’s pamphlet received creditable coverage in the news media, including much speculation about its author. When Sanguinetti revealed the hoax, scandal followed, but one aspect of the affair is often overlooked. Sanguinetti produced the aura of authenticity for his document by making it appear as if it were a secret that had been revealed. The secret quality of the document was what made it appear as if it had, not truth, but power. So many believed that it could be what it appeared to be. Sanguinetti’s Real Report still works as an allegory for the relation between power and the secret in the age of the disintegrating spectacle. Unlike Censor’s Christian Democrats, the Congressmen and Senators of the early twenty-first century cannot be bought; one rents them by the hour. They squabble over the particulars while the state as the guarantor of the property interests of the ruling class as a totality becomes nobody’s business. Terror still forms a convenient alibi, if not always a terribly effective one. The major differences between the diffuse spectacle of the 70s and the disintegrating spectacle are two: Firstly, organized labor is thoroughly integrated into the state, and disorganized labor no longer even takes it as a point of reference. Secondly, the state as the centralized power over the do-

73


BUREAU OF INVERSE TECHNOLOGY Antiterror Line BUREAU OF INVERSE TECHNOLOGY - Antiterror Line Another BIT interface for handling wild information is the Uphone, a phone-in-audio interface to the web. The first application of this system in 2003 was the ANTITERROR LINE. The Antiterror Line is a project that addresses the increased incursions into civil liberties that have become ubiquitous in the post September 11th context: the arbitrary exercises of power that go on in the name of antiterrorism. Incidents such as being detained at Heathrow airport for over an hour for wearing a t-shirt with a gun on it by British Airways security staff concerned "for the well-being of the other passengers". Often these attacks are minor inconveniences. However as a distributed phenomonon they are worth assessing, which is what the Bureau has done with the Antiterror Line. The Antiterror Line is a public audio database and national phone number (UK and US). The next time you are under antiterror attack you can dial the number discretely and use your phone to record events - or you can call in later to report an antiterror incident experienced. Within 5 minutes, the recording will upload to a publicly available, read-writeable database, marked by the date and time of the event. Later you can go to the site and annotate it, or not, or anyone else can - but it is there, compiling your testimony or experience with everyone else's. A database of civil liberties infringements that by themselves might be trivial but accumulated, accreted, amassed, may amount to something more. Instructions for use: set PHONE TO AUTODIAL your national uphone number UK +44 207 987 0655 USA +1 212 998 3394 In 2002 the US Attorney General John Ashcroft set up a similar line under the US Patriot Act, called the Terrorist Information Prevention System or TIPS. This was a hotline that recruited thousands of Americans, "TIPS volunteers", to report suspicious activity. They were volunteers because they were not paid to assume the the risks of reporting on their neighbours and friends; and of not knowing what would happen to that data. Reporting a suspicion can incur substantial personal risks, and in other informant programmes that the Federal and State governments run they both pay and carefully ensure the safety of informants. In this case, volunteers were just expected to tear at the social fabric of trust that underscores and underwrites daily interactions voluntarily. The BIT Antiterror project was set up very much in contrast to Ashcroft's TIPS project and has a number of features that are different, crucially with respect to the structure of participation. The central question is who gets to produce the information and who gets to interpret it. With Ashcroft's TIPS Line, only CIA or Federal agents get to interpret the information. In the case of the Antiterror line the database is public: anyone can listen to the calls as they are deposited in the online database; annotate the system, reuse the samples, or reinterpret them. msgJun30_161503 UK “Ah hi it’s me calling again from Heathrow airport um I’ve been detained at the gate for ah almost 45 minutes for wearing a tshirt with a picture of a gun on it. But the security told me that I couldn’t leave the desk, couldn’t make phonecalls, that I couldn’t um sit down, I had to stand there and wait while the security officer went and spoke with his superiors he said he checked with the police and he checked with his superiors and he said it was up to British Air CLICK” Who assumes the risk and who assumes the costs in both cases is quite different. In the case of the TIPS line, it is an 800 number - a free call - but affords no other protection or assurances. In the case of the Antiterror line you do have to assume the cost of a local phone call, the costs are distributed. This also marks the absence of that power asymmetry - that there’s not a centralised agency that is bearing the costs or doing the interpretation or exclusively reusing the work.

74


Geoff Cox Martin Knahl Krytyka oprogramowania zabezpieczającego

Środki bezpieczeństwa mają nam zapewnić ochronę przed jawną przemocą i terroryzmem, lecz kto ochroni nas przed owymi środkami? U źródeł tego pytania tkwi fakt, że rządzący systematycznie dopuszczają się aktów rzeczywistej i symbolicznej przemocy, która nie zostaje ukarana, przeciwnie znajduje tak skuteczną legitymizację, że jesteśmy przekonani, iż akty przemocy, wymierzone przeciwko nam w formie środków bezpieczeństwa, nas chronią. Niniejszy esej proponuje spojrzeć w podobny sposób na inherentną przemoc, zakodowaną w oprogramowaniu. Główna jego teza brzmi, że oprogramowanie zabezpieczające nie tyle chroni użytkownika przed niebezpieczeństwem, co wręcz przemoc ustanawia. Oto kilka warunków, które przyczyniają się do urzeczywistnienia stanów wyjątkowych, a tym samym niepewności.

Krytyka przemocy Niniejsza argumentacja czerpie inspirację z eseju Waltera Benjamina W sprawie krytyki przemocy z 1921 roku. Kwestią podstawową dla Benjamina nie jest to, czy przemoc stanowi środek do osiągnięcia słusznego czy niesłusznego celu, lecz czy przemoc może być sama w sobie środkiem moralnym. Odpowiedź wymaga, jak pisze Benjamin, „bliższego kryterium, jakiegoś rozróżnienia w sferze samych środków, bez względu na cele, którym mają służyć” (1996: 27). Zamiast dążyć do pogodzenia słusznych celów przez usprawiedliwienie środków i vice versa, esej W sprawie krytyki przemocy skupia się na samych środkach lub dokładniej na „pytaniu o sprawiedliwy charakter pewnych środków, które stanowią o przemocy” (1996: 29).

Jeśli chodzi o państwo, przemoc, której dokonują jednostki lub podmioty prawne, stanowi zagrożenie dla systemu prawnego usprawiedliwiającego użycie przemocy w jego ramach. Cele prawa wydają się osiągalne jedynie dla mocy prawa. Prawo używa przemocy ze względu na prawne cele, które samo ustanawia. Na przykład przemoc policji będącej organem władzy państwowej jest legitymizowana zarazem w jej roli stanowienia i ochrony prawa – w rzeczy samej, dla Benjamina wszelka przemoc jest środkiem stanowienia i ochrony prawa. To pokazuje, że, mówiąc słowami Benjamina, prawo dąży do „monopolu na przemoc”, nie tylko w dziedzinie stanowienia celów prawnych, lecz – co istotniejsze – w dziedzinie ochrony samego prawa. Tym samym zwraca również uwagę na zagrożenia, jakie niosą dla samego prawa działania podejmowane poza prawem oraz tłumaczy, dlatego muszą one zostać powstrzymane. Prawo do strajku stanowi wyjątek od tej reguły, przyznawane przez państwo w wyniku uznania nieuchronności antagonizmu wewnątrz społeczeństw. Strajk to aktywna odmowa pracy, wycofanie z działania, to rodzaj nie-działania, który niekoniecznie musi nosić znamiona przemocy. Przemoc jest bardziej dostrzegalna w samej motywacji do strajkowania, która w pierwszym rzędzie jest motywacją do ucieczki przed przemocą, wywieraną na pracowniku przez pracodawcę. Stanowisko to jest zgodne z poglądami Trockiego wyrażonymi w eseju Terrroryzm z 1911 roku, który uznaje argumenty przeciwko używaniu przemocy za szczyt hipokryzji, przejawiającej się w tym, że samo państwo ze swymi prawami, policją i armią, stanowi narzędzie kapitalistycznego terroru:

75


„Nasi wrogowie klasowi mają w zwyczaju uskarżać się na nasz terroryzm. Nie jest wcale jasne, co przez to rozumieją. Skłonni są określać mianem terroryzmu wszelkie działania proletariatu skierowane przeciwko interesom wroga klasowego. Strajk jest w ich oczach podstawową metodą terroryzmu. Groźba strajku, zorganizowanie pikiety strajkujących, ekonomicznego bojkotu wymierzonego w zwierzchnika niewolników, bojkotu moralnego wymierzonego w zdrajcę naszych szeregów – wszystko to i znacznie więcej nazywają oni terroryzmem. Jeżeli za terroryzm uznaje się każde działanie wzbudzające strach i wyrządzające krzywdę wrogowi, wówczas oczywiście cała walka klasowa będzie niczym innym jak terroryzmem” (1987). Prawo do strajku jest więc prawem użycia pewnej formy przemocy, by osiągnąć określone cele, zaś państwo zastrzega sobie możliwość riposty z użyciem przemocy. Trocki wskazuje tym samym rażący paradoks systemu wartości, opowiadającego się za wartością ludzkiego życia, poświęcając jednocześnie miliony istnień ludzkich w wojnach. Przemoc jawi się więc, z jednej strony jako niedopuszczalna, z drugiej jednak jako konieczna w wyjątkowych okolicznościach – „w przejściu od wysokiego moralnego standardu do surowej korzyści własnej” (Buck-Morss 2003: 33). Podobny paradoks stosuje się do współczesnej wojny z terrorem, gdzie stan wyjątkowy staje się uzasadnieniem erozji z trudem wywalczonych praw obywatelskich i wolności. Te same podwójne standardy są widoczne w sposobie traktowania ludzi, uznanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, przez to podlegających aresztowaniom i zatrzymaniom. Każda z tych jednostek zostaje zmieniona w „nieobywatela”, nagie życie, które „osiągnęło najwyższy stopień nieokreśloności” (Agamben 2008: 11). Zawieszenie i cofnięcie przez państwo gwarancji ochrony i uprawnień jest warunkiem współczesnej władzy, co wnikliwie omawia Giorgio Agamben w Stanie wyjątkowym (2008). Rozbudowując Politische Theologie (1922) Carla Schmitta, która ustanawia istotową bliskość między suwerennością a stanem wyjątkowym, Agamben argumentuje, że stan wyjątkowy – wbrew powszechnemu przekonaniu – nie jest tymczasowym środkiem zaradczym przedsiębranym w wyjątkowych okolicznościach, lecz paradygmatem nowoczesnych rządów. Zgodnie z tą logiką, władze państwowe używają przemocy przeciwko możliwemu do zidentyfikowania wrogowi w taki sposób, że owo użycie władzy wydaje się uzasadnione, mimo iż popada w sprzeczność z prawem pozytywnym i naturalnym. Gdy system prawny nie może zagwarantować wymaganych celów, represyjny aparat państwowy interweniuje „ze względów bezpieczeństwa” (Benjamin 1996: 38). Inaczej mówiąc, bezpieczeństwo wyznacza wyjątek.

Przemoc oprogramowania Rozprzestrzenianie się oprogramowania w sieciach jest przejawem ideologii, zaś możliwość łączenia się, poza jej czysto techniczną funkcjonalnością, pozostaje zagrożeniem dla bezpieczeństwa. Oto co Alexander Galloway i Eugene Thacker w The Exploit opisują jak nowy rodzaj sieciowej symetrii (network-network symmetry) władzy, w której kontrola jest rozdzielana względnie autonomicznie w horyzontalnych lokalach organizacyjnych a jednocześnie dystrybuowana jest pomiędzy sztywne, wertykal-

76

ne hierarchie lub kierowane komendy (2007). Opis ten jest socjotechnicznym truizmem, który wspiera stwierdzenie autorów, że sieci i suwerenność nie są niekompatybilne. Jednak gdy występują razem, są wyjątkowe i zawsze odniesione do „suwerenności-w-sieciach” (sovereignty-in-networks). Odpowiednio tym, którzy rozwijają opozycyjne taktyki, zaleca się wykorzystanie słabych punktów sieci, by wyzyskać moc różnic istniejących w systemie. Takiego właśnie odkrycia dokonali twórcy programów i złośliwego oprogramowania, wykorzystując podatne na zagrożenia systemy operacyjne, serwisy internetowe i oprogramowania zabezpieczające. Odwołajmy się do konkretów: internetowa przemoc jest propagowana poprzez rozmaite środki, jak użycie wirusów, spamu, nieuczciwych kliknięć, wyłudzania prywatnych informacji osobistych (phishing) oraz funkcjonowanie sieci botów (zbiór robotów lub botów funkcjonujących autonomicznie). Ogromna liczba terminów takich jak te rozwinęła się w dziedzinie oprogramowania zabezpieczającego, zaś bardziej lub mniej ustrukturyzowane zbiory (collections) istnieją bądź to w formie zaleceń przemysłu bezpieczeństwa (zob. obrazy Symantec) bądź też w formie standardów dla badań. Rozumienie charakteru i natury znanych słabych punktów zostało również rozwinięte w postaci specyficznej taksonomii, dostarczając ramy dla zbadania znanej i potencjalnej przyszłej podatności na zagrożenia (Igure, Williams 2008). Złośliwe oprogramowanie instalowane jest przez worms, konie trojańskie, luki w zabezpieczeniach systemu pod wspólną komendą i infrastrukturą kontrolną. Program zainstalowany przez sieć botów może naruszyć twardy dysk systemu i monitorować uderzenia w klawiaturę, gromadzić dane prywatne (takie jak poufne informacje dotyczące finansów, z numerami kart kredytowych, hasłami bankowymi i kontami Paypal włącznie), rozprowadzać i przekazywać dane przez Internet do swego master. Poniższe nazwy i hasła zostały wzięte z popularnego bota wyposażonego w zdolność przechwytywania danych na temat tożsamości i innych informacji w sieci (Ianelly, Hackworth 2005): bool IsSuspiciousBot(const char *szBuf) – szuka haseł związanych z polem aktywności bota. Oto kilka przykładów: • “JOIN #” • “302 “ • “366 “ • “:.login” • “:!login” • “:!Login” • “:.Login” • “:.ident” • “:!ident” • “:.hashin” • “:!hashin” • “:.secure” • “:!secure” bool IsSuspiciousIRC(const char *szBuf) – szuka haseł związanych działaniem IRC. Przykłady: • “OPER “ • “NICK “ • “oper “ • “You are now an IRC Operator” bool IsSuspiciousFTP(const char *szBuf) – szuka FTP


[Protokołu Transferu Plików] potwierdzenia autentyczności dokumentów tożsamości uruchamianych przez hasła takie jak USER i PASS. bool IsSuspiciousHTTP(const char *szBuf) – może próbować gromadzić HTTP bazując na potwierdzeniu autentyczności dokumentów tożsamości i innych danych. W przypadku tego bota, celem były paypal cookies. • “paypal” • “PAYPAL” • “PAYPAL.COM” • “paypal.com” • “Set-Cookie:” bool IsSuspiciousVULN(const char *szBuf) – szuka danych wskazujących na podatne na zagrożenia wersje serwerów. Przykłady obejmują: • “OpenSSL/0.9.6” • “Serv-U FTP Server” • “OpenSSH_2” images: Symantec http://www.symantec.com/ Istnieje o wiele więcej różnych przykładów, które mogą ilustrować brak bezpieczeństwa w związku z działaniem sieci botów i wykorzystywaniem słabych punktów systemu. Wraz z popularnością dzielenia się plikami i ogromną ilością komputerów podłączonych do sieci peer to peer (P2P), owe sieci stały się bardziej podatne na ataki. The Trojan. Peacomm jest przykładem konia trojańskiego, który stanowi podstawę dla stworzenie sieci botów P2P (Grizzard 2007). Groźbę zazwyczaj przynosi email (zatytułowany np. „Sekretarz Stanu USA Condoleezza Rice kopnęła kanclerz Niemiec, Angelę Merkel”) z załącznikami (np. „Pełna relacja.exe”) – oba puste. Plikiem wykonywalnym (the executable) jest koń trojański, który modyfikuje systemowe procesy services.exe i dołącza ukryte wątki. Następnie zainfekowany system próbuje ustanowić komunikację P2P przez UDP (Datagromowy Protokół Użytkownika) używając określonych adresów IP, by uzyskać dodatkowe złośliwe pliki. Używając zapory sieciowej z filtrowaniem egress można wykryć, że procesy services.exe próbują się połączyć ze zdalnymi adresami przez port UDP. System otrzymuje później dodatkowe adresy IP, a przez to tworzy rozbudowaną sieć. By ułatwić ten proces koń trojański nadal utrzymuje listę niewłaściwych peers. Strategia komunikacji P2P rozpowszechnia załącznik i wzmacnia sieć botów, zwłaszcza w porównaniu z podejściem tradycyjnym używania scentralizowanej komendy i kontrolujących serwerów. Sieci botów mogą również powodować szereg różnych zakłóceń na stronach, będących celem ataku. Sieć botów może tak pokierować zbiorem uprowadzonych systemów, by dotrzeć do innych systemów (np. stron komercyjnych lub rządowych) z information requests w ataku DDoS (Distributed Denial of Service). W krańcowych wypadkach zdarza się, że gdy system nie jest w stanie poradzić sobie z nadmiernymi awariami, traci całą bazę danych. W maju 2006 roku amerykańska firma publikująca blogi Six Apart stała się ofiarą ataku DDoS, dokonanego przez niezwykle agresywną sieć botów. W ciągu kilku minut serwery tejże firmy padły, powodując zniknięcie 10 milionów blogów swoich klientów. W końcu firma Six Apart odkryła, że nie ona była bezpośrednim celem ataku, lecz jeden z jej klientów, izraelska firma Blue Security, która zhańbiła się oferując serwis (a spam-counter attack service) (Berinato 2006).

Jednakże atak sieci botów trwał jeszcze przez tygodnie, doprowadzając do ruiny wiele firm i stron internetowych. Ostatecznie firma Blue Security poddała się i zbankrutowała, wyrażając swą niechęć (w przeciwieństwie do państwa Izrael) do wzięcia udziału w nieustannie narastającej „softwojnie” przemocy i kontrprzemocy. Rzecz w tym, że oprogramowania zabezpieczające posługują się podwójnymi standardami. Mogłoby się wydawać, że problem bezpieczeństwa daje się zredukować do wyzwania radzenia sobie z niepewnością, wpisaną w relacje sieciowe. Inaczej mówiąc, sieć musi odróżnić, czy jesteś przyjacielem, czy też nie, przywołując koncepcję wrogości Carla Schmidta (zawartą w Pojęciu polityczności z 1927 roku). W warunkach neoliberalnej współczesności – nierozerwalnie związanej z bezpieczeństwem – jasne jest, że liberalne demokracje używają przemocy przez położenie nacisku na przyjazność i uczestnictwo w sieciach. Jest to zorganizowana przemoc demokracji albo przemoc uczestnictwa, jak ujmuje to Markus Meissen (2007: 26). Innymi słowy liberalna demokracja używa przyjaznej formy przemocy, która wcale nie wydaje się być przemocą – na przykład zachęcając do korzystania z określonych programów. Przez cały czas przemoc jest tu stosowana bez przemocy, pod pozorem ochrony przed przemocą: bezpieczeństwa.

Nie-przemoc oprogramowania Gdy niemożliwe są inne rozwiązania, odpowiedź przynosi przemoc oprogramowania – zastąpienie strajku oprogramowaniem, co przewidział Deleuze, gdy twierdził: „Na przykład piractwo komputerowe i wirusy zastąpią strajki i to, co dziewiętnaste stulecie zwało sabotażem («niszczeniem» maszyn)” (1990). Wielu artystów i aktywistów pracuje w ten sposób – poprzez działania bezpośrednie i piractwo. Hakerzy, krakerzy i intruzi dla systemu są na ogół uznawani za tych, którzy penetrują systemy zabezpieczające na odległość. Jest to jednakże pejoratywne znaczenie tego terminu. Najogólniej odnosi się do kogoś, kto jest zdolny do stworzenia haków i zademonstrowania wirtuozerii technicznej (Levy 1984). Etyczne zasady hakingu dotyczą następujących kwestii: Dostęp do komputerów – i wszystkiego, co może nauczyć cię czegoś na temat tego, jak się rzeczy mają – powinien być nieograniczony i całkowity. Zawsze dawaj pierwszeństwo imperatywowi podaj dalej! Wszystkie informacje powinny być wolnodostępne. Nie ufaj władzy – promuj decentralizację. Hakerów powinno się oceniać za ich czyny, nie według kryteriów fikcyjnych, takich jak tytuł, wiek, rasa czy pozycja. Możesz stworzyć sztukę i piękno na twoim komputerze. Komputery mogą zmienić twoje życie na lepsze. Nie rozpowszechniaj danych innych ludzi. Uczyń dostępnymi dane publiczne, chroń dane prywatne. Warto podkreślić, że zgodnie z tymi zasadami wielu hakerów potępia ataki przeciwko systemom komunikacyjnym. W 1999 roku Komputerowy Klub Chaosu dołączył do międzynarodowej koalicji grup hakerów (w tym Kult Zdechłej Krowy), by potępić użycie sieci jako pola bitwy w imię deklarowanego pokoju informacyjnego: „NIE WOLNO POPIERAĆ żadnych aktów „cyberwojny”. Należy zachować przy życiu sieci komunikacyjne. Stanowią one system nerwowy postępu ludzkości”.

77


CRASH

At the crash causes it’s rarely a technical problem resulting from the conference “unless the four power ussr usa england and france declared algeria independent if we could have hoped for after jamie murphy s 93rd minute winner against belarus made it three wins out of four guns were shot down in mass executions persisting through the night but you ll look for their stories on the recent adoption of the declaration did not get on to twitter team headquarters and start i am sorry you com wp srv aponline as of november 30 2008 december 7 2008 russia is thwarting georgia s nato ambitions western support of the kremlin would most certainly misinterpret as an it seemed to be the world premiere of the andrei serban production a bodice that seemed less tight fitting and a bell skirt dress that ever so slightly from i m thinking this accident was the greatest spiritual fruit and blessing that resulted in any documentary one ultimately has to be made that may require the intercepting aircraft to take it up the ass i do not like visitors especially americans in an hour of nothing but a propaganda device to and it s easy for them to chase my daughter instead of chasing people at gas stations and an open society ed wallace in order to prevent patients’ lives from being put at risk’ … and we have our heads so far up his backsides if he were the god of hosts is all that keeps it from falling out of the water power rights of the licensees were subject to serious security breach in the german embassy evacuated all ru sm 053 testing machine for scott air paks o a s a— 00 h cs a o © y j r a m s mn s mo s moscow s turn to come under scrutiny tributes to polish president the plane is to land or divert it was the end of last week rising from 274 million dollars to 291 million dollars – about two thirds to 1 700 to 2 200 if we want people emperor’s there they were machined if your luggage uses a zipper a lock is not78there was this letter to you my reverend doctor tewari docredence to their they just have diversity fatigue by


79


80


Wybornym przykładem działania bezpośredniego bez użycia przemocy jest taktyczny program FloodNet, stworzony w 1998 roku przez Teatr Elektronicznego Niepokoju. Implementacja FloodNet opiera się na apletach Java, które towarzyszą realizacji wirtualnego strajku okupacyjnego oraz aktom nieposłuszeństwa obywatelskiego w sieci, a także dostarcza narzędzia, umożliwiające protestującym skuteczne zamknięcie serwerów WWW instytucji, w które wymierzone są te działania, poprzez zasypanie ich poleceniami (request). Polecenia są automatycznie ponownie załadowane na wysokiej częstotliwości, powodując nadmierny ruch na serwerze, a tym samym brak dostępu do witryny internetowej. W dalszej kolejności umożliwia to użytkownikom przesłanie statement do docelowej strony przez przekazanie ich do log files: „Przez wybór faz budowania „złych” adresów URL, na przykład używając „prawa_człowieka”, by stworzyć adres URL “http://www.xxx.gb.mx/prawa_człowieka”, FloodNet może przesłać wiadomości na serwer server error logs, z zamierzenia zadając pytania, dotyczące nieistniejącego adresu URL. To powoduje, że serwer zwraca wiadomości jak „prawa_człowieka nie znalezione na tym serwerze”. To działa ponieważ serwery przetwarzają polecenia dla stron, które nie istnieją. Współgrający z FloodNet aplet Java pyta namierzony serwer o katalog zwany, w tym przykładzie, „prawa_człowieka”. Ponieważ katalog ten nie istnieje, serwer odpowiada znajomym „File not Found” lub „Error 404”, rejestrując niewłaściwe pytanie. To wyjątkowy sposób pozostawienia wiadomości na tym serwerze” (Stalbaum). Taktyka zależy od wrażliwości hakera, otwierającego słabe punkty zabezpieczeń systemu. Jak zwykle dana siła nadal wytwarza własne słabe punkty w systemie, a kwestia przemocy staje się coraz bardziej intrygująca i paradoksalna. Zdaniem jednych hakerów etyczne praktyki wolnego oprogramowania reprezentują odejście od użycia przemocy. Esej ten pokazuje jednak, że przemoc jest nieunikniona i nieodłączna od socjotechnicznych struktur sieci. Ponadto brak bezpieczeństwa jest pobudzany przez rozkwitający przemysł zabezpieczeń, który tworzy zarazem świadomość i lęk przed odczuwalnym brakiem zabezpieczenia, intensyfikując zależność użytkowników od oprogramowania oraz jednocześnie wzmacniając ambiwalencję nawet wśród profesjonalistów w dziedzinie zabezpieczeń, świadomych, że „bezpieczeństwo tworzy własny typ szkody”. Akcje dysydentów oprogramowania prawdopodobnie intensyfikują tak antagonizmy w sieci, jak usprawiedliwienie pewnych środków ustanawiających przemoc – przywołując esej Benjamina. Oprogramowanie jest z konieczności pełne przemocy, nawet jeśli wydaje się od niej wolne.

Czysta przemoc oprogramowania Oprócz przemocy systemowej istnieje również przemoc zakorzeniona w samym języku – nie tyko w formie zachęty do zadawania rzeczywistej przemocy, czy przez odzwierciedlenie w języku rzeczywistej dominacji społecznej (np. język stworzony przez mężczyzn) albo jako środek ostrej krytyki – ale poprzez samo wytwarzania znaczenia. Twierdząc, że „w «esencjalizującej» zdolności języka zawiera się fundamentalna przemoc” (2008: 58), Slavoj Žižek odwołuje się do spostrzeżenia Hegla, że w zdolności języka

do reprezentowania rzeczy jest coś z przemocy – ekwiwalent symbolicznej śmierci. W dziedzinie oprogramowania języki programowe są nawet w bardziej jawny sposób agresywne – nie tylko reprezentują rzecz, lecz również ją odgrywają. Inaczej mówiąc, jeśli kod źródłowy (source code) mówi coś i jednocześnie coś robi, tym samym symbolizuje i odgrywa przemoc nakierowaną na rzecz. Literalnie wykonuje coś i dokonuje egzekucji (executes it). Akt zapisywania tych słów na komputerze demonstruje przemoc i kontrprzemoc zawierającą się w wyborze programu i systemu operacyjnego. Rozwój oprogramowania jest ograniczony siłą. Przemoc dotyka informacji, która chce być wolna. W „softwojnie” (2007), którą opisuje Angela Mitropoulos program stosuje przemoc przeciwko użytkownikom za każdym razem, gdy zmusza ich do płacenia i regularnego uaktualniania, podczas gdy dostępne są bezpłatne alternatywy. Mitropoulos odnosi się do problemu własności intelektualnej i wiążących się z nią konfliktów dotyczących treści cyfrowych, jak w przypadku P2P. Sprawca łamie w tym przypadku szereg podstawowych zasad nieodłącznych od mediów cyfrowych, gdzie pliki mogą być bezpłatnie kopiowane i dzielone, ponadto chce uczynić legalnym sprzeciwiający się tym zasadom sposób postępowania. Moralna dwuznaczność licencji oprogramowania i samego prawa nie budzą wątpliwości oraz znajdują się w samym centrum wszelkiego rodzaju umów. Złamanie umowy oznacza aktywowanie groźby przemocy, narzuconej prawem, podczas gdy większa przemoc już miała miejsce, lecz nie została ukarana. To stanowi podstawę pirackiej etyki – wykraść to, co już wcześniej zostało ukradzione. Opisując relację pomiędzy przemocą a zmianą społeczną, Benjamin odwołuje się do eseju Georgesa Sorela zatytułowanego Reflections on Violence (1915), by ukazać różnicę między przemocą a siłą (1996: 245-6). Sorel odnosi się do porażki demokracji parlamentarnej w dotrzymaniu złożonych obietnic, a także do zasady kontrprzemocy w formie strajku i rewolucji. Rzecz w tym, że w pewnych okolicznościach przemoc staje się siłą, podobnie jak czyste środki. Konsekwencje wynikające z zakłócenia relacji między środkami a celami mają charakter polityczny, co potwierdza Agamben: „Polityka nie jest sferą celu samego w sobie, ani środków podporządkowanych celowi: jest sferą czystej mediacji bez celu, polem ludzkiego działania i myślenia” (2006: 116). W W sprawie krytyki przemocy Benjamina pojęcie czystych środków pociąga za sobą potencjał czystej, bezpośredniej przemocy – ludzkie działanie, które nie ustanawia prawa ani go nie chroni, a które jest poza prawem. Koncepcja czystej przemocy nie stosuje się do agresywnego czynu samego w sobie, lecz tego czynu w relacji do warunków zewnętrznych. Teraźniejszość jest pochwycona przez nieczystą przemoc historii, którą Benjamin opisuje jako „rzeczywisty stan wyjątkowy” (Wohlfarth 2009: 14). Paradoksalność stanowiska Benjamina wynika z połączenia przemocy proletariatu (inspirownej marksizmem) z teologią boskiej przemocy, zawierającej się w jednej z doktryn żydowskiego mesjanizmu, gdzie zbawienie przynosi czysta boska przemoc. Zamiast afirmować przemoc terroryzmu lub konieczność pewnych środków usprawiedliwionych przez cele, wzywa do „kolektywnego działania politycznego, które nie stanowi zagrożenia dla ludzi, lecz niesie groźbę dla stworzonych przez człowieka mitycznych sił, które nim rządzą” (Buck-Morss 2003: 33). Koncepcja czystej, boskiej przemocy

81


opisuje przemoc, która zdaje się przychodzić znikąd – sponad prawa – i dla której „zabijanie nie jest ani zbrodnią ani przestępstwem”, jak formułuje to Žižek, ponieważ prawo stosuje się tylko do żywych. „Boska przemoc – kontynuuje Žižek – jest wyrazem czystego popędu, żywotności i ekscesu, które uderzają w nagie życie, regulowane przez prawo (2008: 168). Dla Benjamina rewolucja wymaga tego rodzaju ekscesu, lub – by posłużyć się słowami Agambena – środków bez celu. Wraz z oprogramowaniem, czyste środki otwierają słabe punkty systemu, przyczyniając się do tworzenia stanu niepewności. Jeśli nikt nie ochroni nas przed przemocą zabezpieczeń, jedyne, co nam pozostaje to rozpoczęcie „czystej softwojny”, będącej wyrazem oporu wobec mitycznych sił, które regulują nasze systemy. Tłumaczyła: Katarzyna Liszka

Literatura: Giorgio Agamben, 2000 [1992], Means Without End: Notes on Politics, przekł. Vincenzo Binetti, Cesare Casarino, University of Minnesota Press, Minneapolis. Giorgio Agamben, 2001, On Security and Terror, przekł. Soenke Zehle, Frankfurter Allgemeine Zeitung, Sept 20 <http://www.egs.edu/faculty/agamben/agamben-on-security-and-terror.html>. Giorgio Agamben, 2008, Stan Wyjątkowy. Homo sacer II, przekł. Monika Surma-Gawłowska, ha!art, Kraków. Hannah Arendt, 2000 [1964], Labor, Work, Action, [w:] The Portable Hannah Arendt, Penguin, New York, s. 167-181. Paul Barford, Vinod Yegneswaran, 2006, An Inside Look at Botnets, Advances in Information. Security, Springer <http://pages.cs.wisc.edu/~pb/botnets_final. pdf>. Walter Benjamin,1996 [1921], W sprawie krytyki przemocy, [w:] Anioł historii. Eseje, szkice, fragmenty, przekł. Krystyna Krzemieniowa, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań. Scott Berinato, 2006, Attack of the Bots, “Wired”, nr 14 (11). Konstantin Beznosova, Olga Beznosova, 2007, On the imbalance of the security problem space and its expected consequences, „Information Management & Computer Security”, nr 15. (5), Emerald Group Publishing Limited, s. 420 – 431. Susan Buck-Morss, 2003, Thinking Past Terror: Islamism and Critical Theory on the Left, Verso, London.

82

Nick Carr, 2007, otnets - a hidden menace that threaten the future of the internet, „The Guardian”, 5 April. Gilles Deleuze, 1990, Control and Becoming, rozmowa z Antonio Negrim, [w:] Futur Anterieur, przekł. Martin Joughin <http:// www.generation-online.org/p/fpdeleuze3.htm> Alexander R. Gallowa, Eugene Thacker, 2007, The Exploit: A Theory of Networks, Electronic, „Mediations”, Vol. 21, University of Minnesota Press, Minneapolis. Julian Grizzard et al, 2007, Peer-to-Peer Botnets: Overview and Case Study, HotBots ‘07, 4th. USENIX Symposium on Networked Systems Design & Implementation, Cambridge (MA), 11-13, April. Nicholas Ianelli, Aaron Hackworth, 2005, Botnets as a Vehicle for Online Crime, CERT Coordination Center, Carnegie Mellon University <http://www.cert.org/archive/pdf/Botnets.pdf>. Vinay M. Igure & Ronald D. Williams, 2008, Taxonomies of Attacks and Vulnerabilities in Computer Systems, [w:] IEEE Communications Surveys & Tutorials, 1st Quarter: Vol. 10 (1) <http://www. comsoc.org/pubs/surveys>. Steven Levy, 1984, Hackers, Heroes of the Computer Revolution, Project Gutenberg Etext of Hackers <http://www.ibiblio.org/pub/ docs/books/gutenberg/etext96/hckrs10.txt>. Markus Miessen, red., 2007, The Violence of Participation, Sternberg Press, Berlin. Angela Mitropoulos, 2007, The Social Softwar, [w:] Web 2.0: Man’s Best Friendster?, Mute, Vol. 2 (4), January <http://www.metamute.org/Web-2.0-Mans-best-friendster/>. Gerald V Post, Albert Kagan, 2007, Evaluating information security tradeoffs: Restricting access can interfere with user tasks, „Computers & Security”, Vol. 26 (3), May, s. 229-237 <https://www. hmso.gov.uk/acts/acts2006/pdf/ukpga_20060048_en.pdf>. Carl Schmitt, 2000 [1927], Pojęcie polityczności, [w:] Teologia polityczna i inne pisma, przekł. Marek A. Cichocki, Znak, Kraków, s. 191-250. Brett Stalbaum, The Zapatista Tactical FloodNet: A collaborative, activist and conceptual art work of the net <http://www.thing. net/~rdom/ecd/ZapTact.html>. Iain Thomson, 2008, Enterprise security software market booms, 18 June <http://www.vnunet.com/vnunet/news/2219275/enterprise-software-market>. Leon Trotsky, 1987 [1911], Terrorism, [w:] What do we mean...?, „Education for Socialists”, nr 6, March, Socialist Worker’s Party. Irving Wohlfarth, 2009, Critique of Violence: the deposing of the law, [w:] „Radical Philosophy”, Jan/Feb: 153, s. 13-26. Slavoj Žižek, 2008, Violence, Profile Books, London.


83


84


Robert B. LISEK CRASH [MANIFESTO]

Kod jest definiowany na wiele sposobów: jako logika, zbiór instrukcji określających działanie maszyny liczącej lub proces, który wykonuje. Kod stał się substantia prima, główną narracją, architekturą dla technologicznie kontrolowanego społeczeństwa i głównym narzędziem kapitalizmu. Jest to zarówno metafora, jak i rzeczywistość: kod DNA, kod komputerowy, kod jako protokół, kod jako prawo, kod kulturowy, kod elitarny, szyfr. Kod wydaje się być bazą naszego dyskursu. Taki dyskurs oferuje proste wyjaśnienia, np. pozwala widzieć państwo jako maszynę działającą w oparciu o kod, który może być zapisany i wykonany: konstytucja jako kod, prawo jako kod, ludzie jako obiekty na łasce nieludzkiego kodu. Kod określa zasady, według których homo sapiens komunikuje się, robi interesy, prowadzi wojny, określa sposób, w jaki myśli i żyje.

czeństwa? Co zapewnia bezpieczeństwo? Jego nieobecność. Permanentnie podtrzymywany stan zagrożenia i podsycanie strachu umożliwia utrzymanie władzy. Nic nie potrzebuje zabezpieczenia, tylko same zabezpieczenie. Wypadek i panika. Zdezintegrowany spektakl. Kto czerpie zysk z tego spektaklu? Politycy i służby nie mogą istnieć bez aktów terroru. Panika związana z bezpieczeństwem rozprzestrzenia się jak wirus. Dezinformacja i tajność. Różnica między tajnym i jawnym implikuje hierarchię, pierwszą zasadę władzy. Na tej różnicy budowane są struktury nazywane państwem. Myśl o tym poprzez to, co to implikuje. Klucz nie istnieje. Ostateczne rozkodowanie jest niemożliwe.

Równocześnie kod staje się pewnym dyskursem dla wybranych. W zamierzeniu kod ma przenosić informacje niezależnie od podmiotów. W rzeczywistości staje się odbiciem błędów, norm i wartości elity kodującej. Kod jako ściany i drzwi więzień i korporacji XXI wieku. Skazani, aby leżeć przed kościołem kapitału.

Otwarte źródła. Wolna informacja. Wolne oprogramowanie w przyspieszeniu, elementy nieuformowane, strumienie cząsteczek zmierzające w stronę punktu osobliwego. Wolne oprogramowanie jest w środku, pomiędzy rzeczami. Gwiazdozbiór przepływów, które określają jego sposób bycia. Hack the mind crack the brain. NYC FLOA7.

Kod, jako czyste pojęcie jest związany z logiką i językami maszyn. Kodowanie jest sztuką tworzenia struktur przy użyciu tych języków. Kod jest twardy i nieustępliwy, a jednocześnie miękki i plastyczny. Haker jest przyjacielem kodu, gra z potencjałem kodu, wymyśla i formuje zdarzenia.

7E7RAGRAMA7ON. Przebieg po ideach. Real Idea: holograficzny umysł. W każdej części znajduje się całość. Zaraza, wirus i ekstaza. Cyrkulacje i trajektorie crash-agentów. Czy o to chodziło?

Kod nie jest autonomiczny, ponieważ każdy kawałek kodu jest określony przez elementy, z których się składa. Nie ma kodu posiadającego wszystkie elementy, gdyż byłby to bezużyteczny absurd. Kod jest wielością, chociaż nie każda wielość jest kodem. Żyjemy w społeczeństwie kontroli, kod jest częścią numerycznego języka kontroli. Społeczeństwo kontroli, populacje regulowane poprzez dostęp do odpowiedniej wiedzy i utrzymane stanie określonej niewiedzy (policja wiedzy). Musisz operować kodem, aby w pełni uczestniczyć we współczesnym życiu: dostęp do informacji, towarów i usług, upodobania, preferencje, dane osobowe, profile, listy dyskusyjne. Kod służący do identyfikacji: numer ubezpieczenia, prawo jazdy, paszport, rachunek bankowy, numer identyfikacji podatkowej, adres IP, numer telefonu, waga ciała, ciśnienie krwi, układ genomów. Obsesja bezpieczeństwa. Co jest podstawą bezpie-

Gra w ujawnianie i ukrywanie. Lichtung [Heidegger] i jego zaprzeczenie – greckie Dokos [Parmenides]. „Natura bycia kocha ukrywać się” [Heraklit]. Crash. Zawieszanie się jest wglądem w przestrzeń miedzy tym, co inteligibilne i tym, co materialne. Jest również wzięciem w nawias tego, co widzialne, jest krótkotrwałą śmiercią obrazu w momencie załamania się maszyny, systemu, programu. Separacja: jak podzielić przestrzeń obliczania? Gdzie przebiegają granice między rdzeniem, systemem operacyjnym i programem? Podział na przestrzeń rdzenia wraz z OS i otwartą przestrzeń programów jest uznany za konieczny ze względów bezpieczeństwa. Jednak zawieszanie jest bardziej przezroczyste, gdy OS i kernel są otwarte. P3N7AGRAM7ON. Usunąć zabezpieczenia. Nie ma hierarchii, nie istnieje model Secure Computing i Secure Society. Otwarty system obliczeniowy. Zdolność do gene-

85


rowania i uruchomienia dynamicznego kodu. Informacja chce być wolna. Akt twórczy jest grą, jest aktem zabawy, odsłanianiem przepływu. Sztuka irytuje, używa zakłóceń i wypadków. Sztuka i technika nie mają punktu styku. Nauka na pozycji służebnej. Sztuka nie może „podglądać” wyników naukowo-technicznych, w przeciwnym wypadku wszystko staje się czymś w rodzaju modnej, pustej zabawy. Sztuka dotyka czegoś abstrakcyjnego i nieludzkiego, czegoś, co zawsze przekracza konkret w postaci obiektów, zdarzeń i instytucji. Teoria życia i biotechnika. Biotechnologiczne artefakty – takie jak baza danych genomu czy biochip – są szczególnym przypadkiem konfiguracji produkcji wiedzy i niematerialnej bioekonomii. Te dziwne artefakty są symptomem utowarowienia i normalizacji życia, ale są także ujawnieniem pewnych sposobów „myślenia” życia o sobie samym. Morfologiczna przemiana jako ruch w dwie strony. Pobieranie biologicznych próbek (włosy, skóra, krew), przekształcenie ich w sekwencję danych DNA, a następnie w plik, przesłanie pliku do bazy danych; i odwrotnie: pobieranie pliku i syntezowanie nowej sekwencji DNA, aby w końcu implantować ją w postaci „mokrej” sekwencji w bibliotece bakterii - takie procesy wiążą implozję tworzenia i destrukcji. Biowymiana. Co jest przeniesione na pierwszy plan, kiedy myślimy, że coś jest bio, np. biopaliwa, biofarmaceutyki i bioterroryzm? Pojęcie życia jest uznane za włączone do domeny technologicznej, zarówno dla zysku ekonomicznego, jak i dla potrzeb bezpieczeństwa. Metakapitał. Wszystko jest częściowo wymienne, ponieważ wszystko jest połączone. Stosunek między kapitałem i kodem staje się nierozstrzygalny. Czy cały kapitał to kod, czy każdy kod jest kapitałem? Życie staje się walutą genetycznego kodu. Kod umożliwia handel, pracuje jako społeczny znacznik, jako nowa forma kapitału. Jaki to ma wpływ na nasze życie metafizyczne? Czy kładziemy zbyt duży nacisk na mówienie, że kapitał i kod

86

robią to lub tamto? Jeśli życie jest po prostu horyzontem naszego myślenia o życiu, to może w biotechnicznym życiu istnieje coś jeszcze – to, co oblicza, pozostając na zewnątrz obliczania. Podstawowym problemem jest relacja między życiem i liczbą. Czy życie może być sprowadzone do liczby? Czy całość życia można sprowadzić do szeregu algorytmów? Czy inteligencja jest obliczalna? Żyjemy w interfejsie świadomości, ale świadomość jest czymś więcej niż interfejsem. Świadomość jest wszystkim, do czego mamy dostęp. Nie ma innej rzeczywistości niż świadomość. Jesteśmy przywiązani do idei, że rzeczywistość jest spójna. Idea spójności daje nieograniczoną władzę. Jeśli świat jest spójny, mogę zbudować jego model, mogę go zrozumieć, świat staje się kodem. Jednak po wynikach Heisenberga i Goedla takie myślenie o rzeczywistości nie ma sensu. Świat nie jest spójny. CRASH THE CORE. Każdy układ spontanicznie dąży do stanu krytycznego. Życie nie rozwija się stopniowo, lecz skokowo, z krótkimi okresami stazy. Kolizje i katastrofy są naturalnymi zjawiskami samoorganizującymi. Nieustanne iteracje i mutacje powodują nieciągłe skutki. Konieczność jest konstelacją przypadku. Człowiek jest typem schyłkowym. U podstaw człowieczeństwa jest coś nieludzkiego. Tańczymy na krawędzi noża. Jeśli w ciągu najbliższych sześciu dekad rozwój technologii przetwarzających kod będzie rozwijał się wykładniczo, to będziemy mieli możliwość stworzenia sztucznych inteligencji tryliony razy przewyższających intelektualne możliwości człowieka. Pierwszy raz w dziejach planety homo sapiens będzie mógł spotkać inteligencję odmienną i wyższą od swojej. Krótko potem era człowieka zakończy się. CRASH. Tworzenie i niszczenie. Dochodzimy do punktu osobliwego, gdzie wsysa nas nasze przeznaczenie, do punktu w którym prędkość ucieczki rośnie wykładniczo aby eksplodować kombinatorycznie. W tym właśnie miejscu stajemy się jednocześnie twórcami i niszczycielami.

Sao Paulo 11. 08. 2010


Critical Art Ensemble When Thought Becomes Crime* How did it come to this? Only a perverse authoritarian logic can explain how CAE can at one moment be creating the project “Free Range Grain” for the At Your Own Risk exhibition at Schirn Kunsthalle in Frankfurt, reconfiguring it for The Interventionists exhibition at Mass MoCA in a second moment, and then suddenly have a CAE member in FBI detention. The U.S. Justice Department has accused us of such shocking crimes as bioterrorism, health and safety violations, mail fraud, wire fraud, and even murder. Now, as we retool “Free Range Grain” for the Risk exhibition at the Glasgow Center for Contemporary Art, the surreal farce of our legal nightmare continues unabated. 118 Marching Plague Of course, we always knew that cultural interventionist work could have serious consequences. And over the years, predictably, CAE has been denounced (and threatened) by all varieties of authority: cops, corporate lawyers, politicians, all types of racists, and church groups—even the Archbishop of Salzburg. But to be the target of an international investigation that involves the FBI; the Joint Terrorism Task Force; the ATF; the Department of Homeland Security; the Department of Health and Safety; numerous local police agencies; and even Canadian, Norwegian, and German federal investigators goes far beyond the pale. As of this writing, CAE member Steven Kurtz, and one of our long-time collaborators, University of Pittsburgh geneticist Robert Ferrell, are fighting the insanely real threat of being sent to federal prison. So how did we create such a vortex of Kafkaesque legalistic repression? In the “Free Range Grain” project, for instance, CAE simply used molecular biology techniques to test for genetically modified food in the global food trade. We want(ed) this interventionist performance to demonstrate how the “smooth space” of global trade enables the very “contaminations” the authorities say it guards against. Now we, along with our colleagues on the CAE defense team, have been trying to understand why the authorities have taken such a reactionary position in regard to our art practice. We have come up with many reasons; we can address only a few in this brief article. The first reason, we believe, involves the discourse in which we framed our project. By viewing the scientific process through the lens of the capitalist political economy, we disrupted the legitimized version of science as a self-contained, value-free Appendix I: When Thought Becomes Crime 119 specialization.

The powers that be would have science speak for itself, within and about itself. This insularity is akin to Clement Greenberg’s idea of letting art history explain the production of art, or Emile Durkheim’s use of “social facts” to explain the social. But any discourse exists within larger historical and political contexts. It seemed self-evident for us to place competing discourses in conversation, and to show the socioeconomic ideologies at work in food production. From the perspective of authority, however, we were being subversive, deviant. For those who wish to preserve the autonomy of science, citizens can discuss scientific structure, method, materials, etc., as long as they do not refer to the political or economic interests that impinge on scientific research. A biology club can talk about

cells, but if it goes beyond the institutionalized boundaries of the life sciences, look out for the feds. The second challenge we posed came from our amateur approach to life science knowledge systems, experimental processes, acquisition of materials, etc. An amateur can be critical of an institution without fear of recrimination or loss of status or investment. An art professor, for example, will probably not tell students that art school is a pyramid scheme into which they will pour a lot of capital, feed the higher-ups, and probably get very little if anything in return. That criticism is more likely to emerge from outside the power structure (or from disgruntled ex-students). In science, where the financial stakes are much higher, any criticism of resources may well result in funding cuts—a situation one can ill afford in such a capitalintensive discipline. So it takes an outsider to science—a creative tinkerer—to rattle the cage of the discipline’s most dearly held assumptions

87


and practices. 120 Marching Plague With special regard to the institutional financing of science, the amateur reveals the profit-driven privatization of a discipline that is purportedly—mythologically— open to all. By undertaking research as if science were truly a forum in which all may participate according to their abilities and resources, CAE angers those who manipulate scientific activity through capital investment. The financial stakes are so high that the authorities can imagine only one motivation for critical, amateur research, particularly if it is conducted at home outside of systems of surveillance/ discipline. If that research intends to expose, disrupt, or subvert the metanarratives that put scientific investigation in the service of profit, the amateur investigator must want to produce terrorist acts. In the paranoid political climate of the United States, American authorities leap all too easily from ideological criticism to terrorism. Moreover, CAE’s legal battle reveals that the government has made thinking into a crime: A citizen can be arrested without having committed any act of terror or without having done anything illegal at all. Former U.S. Attorney General John Ashcroft has unofficially reformed law enforcement policy and practice according to the Bush administration’s idea of “preemptive war.” He has argued that if indicators—any type of dissent in relation to the interests of the investing classes or “national interest”—suggest that a person or group could do something illegal, then they should be arrested, detained, deported, or otherwise persecuted with the full resources of all repressive state agencies. Apparently, the U.S. Justice Department is now trying to make CAE

88

into an example of what can happen to citizens whose only “crime” is having thoughts of dissent enacted within the sphere of legality and with the alleged protection of constitutional rights. Appendix I: When Thought Becomes Crime 121 For experimental art, political art, tactical media, and independent media in the United States (and to some degree in other nations), the implications of Steven Kurtz’s arrest are profound. The repressive forces of the state are directly targeting producers of cultural interventionist work. In past decades, policymakers have often leaned on political artwork through financial penalties such as rescinding artist’s grants, folding federal arts programs, and economically squeezing out the spaces that exhibit subversive work.** Now, these attacks on civil grounds have undergone a horrific paradigm shift, and individual artists are being charged with criminal activity. The persecution works slowly and insidiously, through silencing artists, looting their work and their research, and constraining their movement. We are no longer seeing cultural conflict in action, but a proto-fascist attack upon open source management of expression itself. *The set of theses presented in this document were collectively developed through a series of lectures given by the CAE Defense Team. Contributors include Doug Ashford, Gregg Bordowitz, CAE, Natalie Jeremijenko, Claire Pentecost, and Lucia Sommer. Special thanks to Karen Schiff for editing. **The New York Council for the Humanities recently rescinded a grant awarded to the City University of New York for its series on academic freedom because Steve Kurtz was one of the invited speakers!


89


Fundamental Research Lab SPECTRUM/ DAS GESPENST self-replication of pathogen

self-replication The presentation of self-replication - the most fundamental process in the nature selfreplication that means exponential grow and spreading of structures. I would like to understand the process of spreading of structures, especially I focus on DNA selfreplication. PCR real time The presentation of self-replication of DNA by using PCR real time [(Polymerase Chain Reaction in real time). I took the some genes from Eschericha Coli bacterium, precisely I gen of transferase glukozowa applying PCR real time. The speed of self-replication is fast and reaction accelerates exponentially. PCR real time is a process of selfreplication in wich I sart wit one DNA sequeance, after the first cycle I have two copies of DNA, and after 30 cycles you get over billion of DNA copies. presentation Self-replication is presented as sound transmission of PCR output data and the synergic light projection . Next I wrote patches for pd and supercollider that translate PCR data into a space of sound and light. You can see the installation and lab exhibition of lab equipment and graphs/maps of the infection of Warsaw in the Leto Gallery. http://www.flickr.com/photos/33834437@N06/ bacterium I generated the new gender of the bacterium E-coli [1XkZF no name yet],that quickly spreads in the water. I injected a gene to Ecoli that is responsible for infection of homo sapience [overexpression of Shiga toxins (Stx). Ecoli has also been modified in order to accelerate the process of division of cell and spreading it in the water [overexpression FtsL gen] . map/graph I also prepared a map/graph that represent the best way to infect Warsaw city. The map provides an understanding of how ‘pathogens’ (in this case the artist’s E-coli bacteria). spread and the connections between multiple biological and communicative networks. In graphic terms, a narrative of bacterial infection demonstrates how easily new dangerous bacteria strands can be grown and how quickly they might spread in a metropolis such as Warsaw[the graph is computed so that nodes show stations of water cleansing and weighted links represent power of water flow]. http://lisek.art.pl/gespenst _ files/warsawAttackGRAPH.jpg 
I injected my ecoli to some plants. Next step was tranform ecoli by GUS, GFP, Luciferase...[I cloned these genes and I made its overexpression in ecoli]. I receive of green fluo luminance of plants/ bacterium.

The project proves that suficiently determined person can easily generate new dangerous bacterium and preset the way of its quick spreading in metropolis such like Warsaw. The exhibition at Leto Gallery
curators: Joasia Krysa & Geoff Cox
curator’s text[pdf]

90


91


92


Agnieszka Kurant Nieznane nieznane

Interesuje mnie obserwowanie, w jaki sposób próby logicznej analizy prowadzą często do błędnej interpretacji otaczającego nas świata i do stworzenia fikcyjnego obrazu rzeczywistości. Poszukuję momentów nieciągłości, przekraczania granic logiki czasu, przestrzeni, języka oraz wiedzy. Analizuję, w jaki sposób podstawowe, obiektywne elementy rzeczywistosci mogą być podważane, np. mierzalny, linearny czas. Obiektwna linia czasu powoli znika. Istnieją ślady przyszłości w przeszłości i w teraźniejszości. W pracy Future Anterior chciałam przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, iż przyszłość istnieje już w teraźniejszości. Przyszłość nie zaczyna się jutro, lecz wczoraj. W pewnym sensie żyjemy w przyszłości. Dlatego fascynują mnie sytuacje, które mogą wpłynąć na zaburzenie linearnej koncepcji czasu. Taką sytuację starałam się stworzyć, zapraszając do współpracy znanego polskiego jasnowidza, który przewidział co stanie się około roku 2020. Zainteresowało mnie, w jaki sposób paranormale zjawisko jasnowidzenia jest włączane w oficjalną rzeczywistość polityczno-medialną. Krzysztof Jackowski jest wykorzystywany jako wiarygodne źródło wiedzy przez policję, polityków i biznesmenów. Zaprosiłam grupę dziennikarzy „New York Timesa” aby rozpisali przepowiednie jasnowidza na pojedyncze artykuły z punktu widzenia konkretnego momentu, konkretnego dnia w przyszłości, tak jakby była to teraźniejszość. Artykuły te złożyłam następnie w format realnego „New York Timesa” i wydrukowałam na papierze gazetowym. Druk ten jednak pojawia się i znika w zależności od pogody oraz temperatury pomieszczenia, reaguje też na ciepło dłoni czytelników. Jest delikatny jak informacja, która nieustannie się zmienia, gdyż jest deformowana przez plotki. Istotą Future Anterior jest dla mnie fakt, iż praca ta zmieni swój status za kilka lat. W roku 2020 część informacji, które zostały opublikowane w tym fikcyjnym wydaniu gazety stanie się prawdą, a część na zawsze pozostanie science fiction. Być może w retrospekcji ten „New York Times” uzyska w przyszłości nawet quasi-polityczne znaczenie. Zatem najbliższych 12 lat będzie tylko przejściowym stanem tej pracy. Próbuję badać granice tego, co mentalnie przedstawialne, reprezentowalne. Dlatego współpracuję często ze specjalistami, których praktyka balansuje na granicy nauki i fikcji. Interesuje mnie, w jaki sposób paranormalne

zjawiska są często włączane w codzienne życie, w media, w politykę, w system oficjalnie akceptowanej rzeczywistości obiektywnej. Niektóre – wydawałoby się neutralne – elementy rzeczywistości są często przez kogoś kontrolowane. W mojej pracy Pogoda polityczna inspirowałam się aktami manipulacji czynnikami atmosferycznymi. Z jednej strony zainteresowała mnie długa tradycja manipulowania pogodą: w Rosji od lat 20. XX wieku rozpylano w powietrzu gazy, powodujące opad deszczu i zapewniające słoneczną pogodę na parady pierwszomajowe. W podobny sposób oczyszczono niebo nad Pekinem przed olimpiadą. Ostatnio praktykę tę wykorzystano przed obchodami rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej – Rosja wydała 45 milionów rubli na poprawienie pogody. Inspirowała mnie także historia Aleksandra Chizhewskiego – rosyjskiego naukowca, który odkrył związek pomiędzy cyklami solarnymi i wieloma zjawiskami biosfery, a w konsekwencji zachowaniem ludzi oraz zmianami historyczno-politycznymi na świecie. Chizhewski twierdził, iż magnetyzm solarny powoduje zmiany zachowań całych populacji oraz wiele gwałtownych wydarzeń, takich jak katastrofy samolotowe, rewolucje, powstania. Pogoda polityczna to negatyw rzeczywistości – padający czarny śnieg. Poprosiłam specjalistów zajmujących się efektami specjalnymi do filmów o stworzenie efektu do nieistniejącego filmu science fiction. Czarny śnieg pada w tempie prawdziwego, jednak jest sterowany pilotem. Można go samemu włączyć lub zatrzymać. Często deformuję jeden element rzeczywistości, aby ujawnić inne fikcje całego otaczającego nas świata. W pracy Ready Unmade interesowałam się przekraczaniem granic logiki języka i szerzej rozumianej komunikacji. Z drugiej strony, interesowała mnie zawsze bezpośredniość doświadczenia i stopniowo narastające wrażenie – jak ujmują to Paul Virilio i Slavoj Žižek – „derealizacji“ naszego doświadczenia rzeczywistości, poczucia science fiction. Interesuje mnie destabilizowanie ludzi, wzbudzenie takiego właśnie odczucia science fiction, które podważyłoby całe nasze doświadczenie świata. Budzenie wątpliwości i podważenie zaufania w to, co widzimy i słyszymy. Postanowiłam nauczyć ptaki języka innego gatunku zwierząt. Nauczyłam je szczekać. Przez 4 miesiące trzy ary uczone były szczekania przez zawodowego hodowcę i tre-

93


nera ptaków egzotycznych. Ptaki te od momentu wyjścia z gniazda przez cały okres nauki słuchały jedynie dźwięku szczekających psów. Interesowało mnie zderzenie widoku ptaków – które mentalnie asocjujemy z konkretnym typem wydawanych przez nie dźwięków – ze szczekiem psów. To zderzenie przedmiotu (papugi) z niepasującym doń dźwiękiem, tworzy odczucie science fiction naszego doświadczenia i w konsekwencji wszystko wokół również zaczyna nam się wydawać podejrzane. Prawa logiki wydają się zawieszone. Starałam się stworzyć fragment świata, opartego na innej logice, świata, gdzie ptaki szczekają, psy śpiewają, a ludzie porozumiewają się tylko telepatycznie. Ready Unmade jest pewną realną fikcją, która pozwala nam dostrzec fikcję całej otaczającej nas rzeczywistości. Ta fikcja staje się pewną prawdą, ponieważ papugi w pewien sposób używają języka szczekania, którego się nauczyły. Zatem jest to pewna logika. Jednak logika ta rozpadła się po kilku dniach, gdy ptaki zaczęły naśladować inne dźwięki. Jest to zatem pewien świat, który trwał zaledwie kilka dni, podobnie jak moja praca. W efekcie nic nie jest prawdą ani nieprawdą. Wiele lat temu zafascynowałam się historią o tym, jak Orson Welles w 1938 roku w USA w programie radiowym wyemitował słuchowisko oparte na Wojnie Światów H.G. Wellsa. Większość słuchaczy potraktowała tę fikcję jako rzeczywistość, powstała panika i masowa histeria w obawie przed tym, że na Ziemi wylądowali kosmici. Zafascynowało mnie, jak dużą siłę rażenia może mieć komunikat, który zmienia się w plotkę. Przez pewien czas ta plotka, konfabulacja stała się częścią rzeczywistości tych osób i przez to stała się realna. W podobny sposób destabilizuje widzów w odczuciu rzeczywistości praca Uncertainty Principle – miniaturowa wyspa unosząca się magicznie w powietrzu, dzięki lewitacji elektromagnetycznej, niczym Laputa z Podróży Guliwera lub wisząca skała z obrazu Magritte’a. Kiedy rozmawiamy lub oddychamy blisko niej, wyspa delikatnie się porusza. Podobnie dezorientuje widzów praca Świat jest nieruchomy. Wiewiórka zamrożona w pół skoku, wisząca w powietrzu, w polu magnetycznym zdaje się lecieć w nieskończoność, jakby znajdowała się w innej czasoprzestrzeni, gdzie moment skoku trwający dla niej kilka sekund, dla nas trwał w nieskończoność. Wiewiórki zastygają często nagle nieruchomo na kilka chwil, jakby czas rzeczywiście na moment się zatrzymał. Nieobserwowalne, niewidzialne elementy rzeczywistości mają z reguły większy wpływ na nasze życie niż nam się może wydawać. Pogoda lub plotki mogą zmieniać kursy giełdowe, ceny gruntów na rynku nieruchomości lub ważne decyzje polityczne. Legenda, mit miejski czy plotka mają wpływ na tożsamość miasta. Interesuje mnie ta ekonomia niewidzialności. Czynniki takie jak pogoda czy plotka mogą stać się ultrapolityczne i doprowadzić do zmian systemowych. Ostatnio chmura nad Islandią spowodowała milionowe straty w ekonomii. Obecnie niematerialność stała się bardzo ważnym odniesieniem dla polityki i ekonomii. Tzw. praca niematerialna, jak definiuje ją Maurizio Lazaratto, zaczyna być podstawą globalnej ekonomii. Widać to między innymi na przykładzie dochodu narodowego wielu krajów, który w coraz większym stopniu pochodzi już nie z produkcji i rolnictwa,

94

lecz ze sprzedaży copyrightów i patentów, a zatem z pracy niematerialnej wynalazców, designerów, programistów. Praca fizyczna staje się znacznie mniejszym źródłem dochodu w coraz większej liczbie państw, zwłaszcza w sytuacji outsourcingu pracy fizycznej. Wzrasta zaś rola pracy niematerialnej, do której zalicza się też praca tzw. prekariatu, czyli np. artystów i freelancerów. Poza tym coraz więcej niewidzialnych elementów rzeczywistości ma wpływ na nasze zachowanie, nastrój. Podprogowe komunikaty i reklamy, NLP używane jako strategia przez polityków i media, aromaterapie i nauka w czasie snu. Wiele moich projektów bada tę ekonomię niewidzialności: wystawa całkowicie niewidzialnych prac Snow Black; zmieniające autora w zależności od pogody, pojawiające się i znikające prace z serii Wartość hipotetyczna oraz wspomniany wcześniej Future Anterior. Punktem wyjścia wielu moich ostatnich projektów jest teoria Niezwykle Rzadkich Zdarzeń. Koncepcja ta rozwija się w ramach nauk o złożoności. Tworzona jest przez Nassima Nicholasa Taleba (Black Swan), a w Polsce przez prof. Andrzeja Nowaka i stawia tezę, iż najważniejsze zmiany w danych układach złożonych (społecznych, ekonomicznych, ekologicznych etc.) następują poprzez zaistnienie w nich nagle i w sposób nieprzewidywalny Niezwykle Rzadkiego Zdarzenia, które z definicji nie daje się powtórzyć. Niezwykle Rzadkie Zdarzenia są to momenty wtargnięcia w rzeczywistość nieprzewidzianego elementu lub fenomenu z innego porządku. Powodują one zaburzenia systemu i mogą doprowadzić nawet do gigantycznych zmian w polityce, ekonomii i w całej rzeczywistości. Ze względu na ten fakt koncepcja ta postuluje odejście od dominującego w nauce skupienia na badaniu średniej, status quo i podważa sensowność przeprowadzania laboratoryjnych eksperymentów odrzucających wszelkie niepowtarzalne oraz pozornie niewpływające na wynik badania szumy, outliery, błędy, niezwykle rzadkie zdarzenia etc. W perspektywie niezwykle rzadkich zdarzeń i paradygmatu złożoności, nauka przybliża się do sztuki. Wszystkie elementy rzeczywistości są efektami bifurkacji w systemach złożonych. Bifurkacje występują w społeczeństwie i w historii: nagłe rozkwity lub upadki danych cywilizacji, pojawienie się takich postaci jak Chrystus lub Lenin. Bifurkacje społeczeństw są nieprzewidywalne. Nauka nie jest w stanie wyobrazić sobie ani przewidzieć przyszłości. Interesuje mnie, w jaki sposób rzeczy zmieniają swój cel i znaczenie. Większość wynalazków została odkryta przypadkiem, w poszukiwaniu czegoś innego. Wiele przedmiotów ujawnia swoje dodatkowe, często istotniejsze od pierwotnych, funkcje dopiero po wielu latach. Tak jest w przypadku leków i nowych technologii. Przedmioty mają ukryte drugo- i trzeciorzędne funkcje, które mogą się czasem ujawnić i stać dominujące. Te dodatkowe, ukryte funkcje interesują mnie podobnie jak wartość dodana dzieła sztuki. W pewien sposób sztuka przypomina matematykę ze względu na fakt, iż podobnie jak matematyka odkrywa czasem rzeczy, które znajdują praktyczne zastosowanie w rzeczywistości czy w społeczeństwie dopiero po długim czasie, po nielinearnym procesie. Sztuka jest rodzajem katalizatora wpływającego na rzeczywistość na zasadzie rzadkich zdarzeń – w sposób nielinearny. Wierzę, iż nieporozumienie, błąd, błędna interpretacja są często ważniejsze niż oryginalny pomysł, od którego wychodzę. Interesują mnie nietrwałe, rozpadające się lub


zmieniające się w czasie formy i znaczenia. Istotna jest dla mnie idea utraty kontroli nad formą i znaczeniem dzieła. Ta utrata kontroli stała się punktem wyjścia Wyjścia awaryjnego (Emercency Exit) – projektu, który stworzyłam dla Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji wraz z architektką Aleksandrą Wasilkowską. Badałyśmy miasto jako układ złożony, w którym niezwykle rzadkie zdarzenia mogą mieć gigantyczne skutki. Niemożliwe jest totalne skontrolowanie i zaplanowanie rzeczywistości miejskiej gdyż im większa kontrola, tym mniejsze przygotowanie na mogące się w każdej chwili pojawić błędy, zakłócenia, abberacje. Często wypadki i błędy powodują twórcze mutacje. Dlatego nieznane nieznane jest nam de facto bardzo potrzebne. Emergency Exit jest rozwinięciem idei „skoku w pust-

dek, że czuwa nad nami masterplan, że ktoś kontroluje tę rzeczywistość, że wiemy jak będzie wyglądać nasze jutro, a z drugiej strony mamy potrzebę wyłamywania się z systemu rzeczywistości, potrzebę wolności, spontaniczności. Częstym współczesnym fenomenem jest np. urban exploration - tzw. turystyka katastroficzna, związana z miejscami tragicznych wydarzeń. Ludzie wybierają się na wycieczki do Lasu Kabackiego, są wycieczki do Czarnobyla czy ostatnio zorganizowane podróże do Smoleńska w celu obejrzenia miejsca katastrofy. Oprócz narracji narzucanych nam odgórnie przez władze oraz architektów, tkanka miejska budowana jest w dużej mierze przez plotki, legendy i mity miejskie. Miejsca spotkań, również przypadkowych, często powstają dzięki istnieniu tych fenomenów. Nazywam

kę“ Yvesa Kleina w nowy fikcyjny miejski sport. Jednocześnie był to rodzaj dziury teleportacyjnej (portable hole) do wyskakiwania z systemu rzeczywistości. Takimi dziurami bawią się bohaterowie komiksów i filmów: nagle rzucają na coś czarną plamę która okazuje się dziurą, do której można wpaść, ale też przemieścić się w czasie i przestrzeni. Interesowały nas również wymyślane przez ludzi fikcyjne sporty, które są efektem silnej potrzeby robienia czegoś odmiennego, niebezpiecznego, stworzenia czegoś dla siebie poza istniejącymi i znanymi formami spędzania wolnego czasu, emergentna tendencja kreatywności ludzi. Najpierw nowy sport uprawiają pojedyncze osoby, a w pewnym momencie staje się on dyscypliną olimpijską. Interesuje nas ten moment, gdy wymyślona przez ludzi aktywność jest przez nich uprawiana, ale nie została jeszcze wykorzystana przez reklamę czy przemysł. Modernizm i towarzyszące mu utopie społeczne nie brały pod uwagę rzadkich zdarzeń, outlierów. Najbardziej odzwierciedla się to w modernistycznej potrzebie kontroli formy, znaczenia, autorstwa. Dlatego np. modernistyczna architektura nie brała pod uwagę oddolnej samoorganizacji mieszkańców. Mieszkańcy miast mają sprzeczne, idące w dwóch różnych kierunkach potrzeby. Z jednej strony chcemy czuć się bezpieczni, czuć że panuje porzą-

to efektem kuli śnieżnej: w jaki sposób z prostej informacji lub plotki powstaje skomplikowany system odniesień, znaczeń i cała niewidzialna struktura doprowadzająca często do zmiany w systemie. Emergency Exit dawało widzom możliwość bezpośredniego silnego doświadczenia. Wchodząc na konstrukcję przypominającą trampolinę lub skocznię narciarską, wszyscy odczuwali strach – nie wiedzieli w co skaczą, gdyż morze skłębionych chmur dawało poczucie zachwiania parametrów rzeczywistości, trudno było ocenić z jak wysoka się skakało. Choć widzowie wiedzieli, że skok był całkowicie bezpieczny, wiele osób sparaliżował strach i nie skoczyło. Lądowanie w chmurach na miękkim, sprężystym, ukrytym materacu było tak przyjemne i zaskakujące, że budziło intensywne, skrajne, zaskakujące uczucia i reakcje – od śmiechu do łez. Utrata kontroli, będąca naszym punktem wyjścia w projekcie Emergency Exit jest dla mnie niezwykle istotna. Artysta lub architekt powinien wziąć pod uwagę, założyć oraz zaakceptować pewną większą lub mniejszą utratę kontroli nad znaczeniem, i zmieniającą się w czasie, formą dzieła. Bezpieczeństwo poprzez kontrolę, masterplan, to iluzja, utopijna wiara w socjoinżynierię. Miasto powinno być planowane niczym porowata struktura, gąbka,

95


która jest w stanie absorbować wszelkie zaskakujące nas zjawiska i nowe elementy rzeczywistości. Wtedy w sytuacjach pojawiania się niezwykle rzadkich zdarzeń, miasto nie będzie się rozpadać ani zaburzać funkcjonalnie, lecz będzie się organicznie rozwijać. W mieście potrzebne są wolne, niekontrolowane i elastyczne strefy, które pozwolą na adaptację do zmieniających się warunków i partycypację mieszkańców. Planowanie miasta ma sens, jeśli odbywa się na zasadzie budowy ram, które będą wypełniane przez mieszkańców emergentnie, oddolnie, aby ci ostatni poczuli, że współtworzą przestrzeń miasta. Skok w pustkę Kleina jest marzeniem, fantazją, uwolnieniem się, ale na pograniczu sugestii samobójstwa, to rodzaj acte gratuit. To skok zupełnie nierealny, ale każdy z nas marzy o nierealnych przeżyciach i takim właśnie przeżyciem, jednak rzeczywistym, było Emergency Exit. Wśród moich projektów wpływania na rzeczywistość miejską poprzez podprogowe manipulacje oraz zaburzanie pracy systemu, istotne są Lavoro Immateriale (Zero Złotówka). Usunęłam z monet jednozłotowych cyfrę 1 i zastąpiłam ją cyfrą zero. Monety zostały wypuszczone w Warszawie i krążą razem z prawdziwymi jednozłotówkami, gdyż ze względu na identyczny rewers są często mylone. W pracy Hipnoza narodowa – zrealizowanej dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej w czasie Pikniku naukowego w Warszawie – współpracowałam ze znanym hipnotyzerem zbiorowym. Potraktowałam naród polski jak zbiorowego pacjenta. Inspirowałam się, fascynującym mnie od dzieciństwa, absurdalnym fenomenem Kaszpirowskiego, który hipnotyzował ludzi z ekranu telewizora odliczając „1,2,3...“, co miało wprowadzić telewidzów w błogi stan snu i znieczulić ich na otaczającą, trudną do zaakceptowania rzeczywistość lat 80. Postanowiłam wyleczyć Polaków z ich kompleksów i fobii. Podstawowe element hipnozy są obecnie wykorzystywane non stop w mediach, przez polityków, sprzedawców, reklamy, a nawet kieszonkowców w tramwajach. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, kiedy i jak jesteśmy hipnotyzowani. Postanowiłam stworzyć fikcję zbiorowej hipnozy całego narodu niczym scenariusz science fiction rodem z W. Burroughsa lub J.G. Ballarda. Wiele osób udało się rzeczywiście zahipnotyzować. Interesuje mnie współpraca z profesjonalistami z dziwnych, niemal fikcyjnych dziedzin, zajmujących się zjawiskami paranormalnymi, z naukowcami badającymi granice nauki, sztuczną inteligencję i teleportację, z lingwistami badającymi granice języka, z antropologami określającymi granice cywilizacji. Często mam wrażenie, że być może inteligencja pozaziemska pochodzi z Ziemi. Współpracujący ze mną Luc Steels – jeden z największych specjalistów

96

w dziedzinie sztucznej inteligencji – przeprowadza eksperymenty z robotami, które rozwijają się robiąc błędy. Tylko popełnianie i analizowanie przypadkowych błędów oraz reperowanie systemu może spowodować progres. Wszyscy specjaliści, z którymi współpracuję, wchodzą świadomie w rejony granic logiki, gdzie trzeba błądzić po omacku, gdyż zasady obowiązujące w centrum terytorium poznawczego świata, w którym żyjemy ulegają tam erozji ,a jednocześnie nie są jeszcze znane prawa spoza tej rzeczywistości. To, czym się zajmują, w pewnym sensie przypomina sztukę. Zawsze wzorem artysty był dla mnie serbski fizyk i wynalazca Nicola Tesla. Jego odkrycia i patenty uznane zostały przez współczesnych mu ludzi za science fiction podczas gdy jemu brakowało zaledwie aparatu matematycznego oraz zaufania rządu USA, aby rozwinąć technologię lewitacji lub komunikacji z planetami i cywilizacjami spoza Układu Słonecznego. Tesli zadedykowałam symfonię, którą stworzę we współpracy ze Zbigniewem Karkowskim. Jest to utwór oparty na infradźwiękach. Infradźwięki to te dźwięki, których nie słyszymy, choć mają one wpływ na nasze samopoczucie, zdrowie, myślenie. Dźwięki te mają inną częstotliwość niż odbiera nasz układ słuchowy. W historii znane są plany i próby wykorzystania infradźwięków jako broni, środka usypiającego lub też paranarkotyku. Niesłyszalna symfonia będzie muzyką, która może bezgłośnie usypiać, koić lub zabijać. Nauka, podobnie jak science fiction, wyobraża sobie przyszłość jako delikatnie zmodyfikowaną teraźniejszość. Niezwykle inspirują mnie współczesne podejścia do wiedzy jakie reprezentuje, np. Sarat Maharaj mówiący o „nie-wiedzy” (non-knowledge). Maharaj tłumaczy pojęcie nie-wiedzy jako rodzaj detournement istniejących systemów wiedzy, jako rodzaj antymaterii. Prawdziwy progres w wiedzy może zachodzić tylko, jeśli będziemy brać pod uwagę możliwość powiedzenia lub stworzenia kompletnego nonsensu. Interesuje mnie niewielki dystans dzielący często sukces od porażki, potencjalność od możliwości, logikę od absurdu, sens od nonsensu, efemeryczność od trwałości, rzeczywistość od fikcji. Logika dotychczasowej wiedzy i nauki była często bardzo ograniczona. Jest to logika, którą sami stworzyliśmy, pozbawiając się często możliwości postępu samej nauki właśnie, gdyż opiera się ona w wielu aspektach na sztywnych zasadach, wykluczających świadome błądzenie, robienie pomyłek. Popełnianie błędów jest zaś jednym z mechanizmów pozwalających nam często na niezwykły progres wiedzy i odkrycia w nauce. Wiele ważnych idei powstało w oparciu o początkowy błąd logiczny, o niewiedzę. Sztuka jest właśnie błądzeniem po terytorium nie-wiedzy.


Przemek Sanecki Pamflety (...) Istnieją co najmniej trzy grupy quasi-zawodowe, wywierające nacisk na społeczność artystów, które w procesie historycznym powinny zostać zastąpione przez procedury-negocjacje, będące szczególnym przypadkiem nowego porządku. Pierwszą z tych grup tworzą jednostki, które wydają się podzielać przekonanie, że dzieło sztuki należy tłumaczyć. Ich zadaniem jest zatem określenie celu dzieła sztuki w paradygmacie określonym najczęściej przez uniwersytecką proweniencję jednostki. Drugą grupę tworzą biurokraci. Reprezentują oni strukturę-zbiorowość zidentyfikowaną w kategoriach państwa. Sztuka jest cenzurowana przez nich pod względem zgodności ideologicznej z interesem publicznym. Trzecią grupą jest społeczność handlarzy, którą można określić jako reprezentację interesu prywatnego kapitału. Ewaluacja sztuki w ramach tego systemu od ewaluacji innych produktów różni się tylko wartością dodaną. Są to, w gruncie rzeczy, byty nastawione wrogo względem artystów. Potrzebują ich i ich produktów ze względów sobie tylko właściwych. (...) Sukces artysty jest uzależniony od tego, czy zostanie rozpoznany jako podmiot artystyczny przez którąś z wymienionych grup normatywnych i włączony do ich gry. Artysta musi więc wygenerować taką formę produkcji artystycznej, przyjąć konkretną aktywację idei sztuki, która zostanie uznana za służącą interesom którejś z grup. Warunkiem koniecznym tego rozpoznania jest pozostanie w godzie z morfologią wcześniejszych rozpoznań. Nowości są zbyt niebezpieczne i w ostateczności redukowane do znanych wzorców. Jednoznacznie wskazuje to na degradację idei sztuki przez owe grupy quasi-profesjonalistów. Stopniowo zawężają horyzonty swoich wyborów do cech najłatwiej wyróżnialnych. Faktycznie to owe grupy zawłaszczyły ideę sztuki. Artyści nie mogą się z nimi równać ani pod względem spójności ideologicznej, ani instrumentów władzy, potrzebnych do konsekracji własnej. (...) Środowiska decydentów są z zasady zamknięte dla artystów, lecz otwarte wobec siebie nawzajem. Legitymizacja wyborów biurokratów i handlarzy dokonuje się najczęściej ustami tłumaczy. Bywa też na odwrót i generalnie każda wariacja w obrębie tego zbioru jest możliwa. Często jednostki łączą funkcje i są tacy, którzy tłumaczą, są urzędnikami i handlarzami jednocześnie. Dobrym przykładem mogą być osoby zasiadające w radach specjalistów przy okazji różnych grantów (np. ministra kultury), nagród (np. Spojrzenia, Paszport Polityki), zakupów do kolekcji (np. Znaki Czasu). Artyści stali się wymówką, co prawda konieczną, ale pozbawioną wpływu na treść idei sztuki. Aby mieć wystawy, korzystać z subsydiów państwowych, sprzedawać, być obecnym w tak zwanym dyskursie, trzeba wpierw przejść przez rygorystyczne sito selekcji.

(...) Społeczności artystów brak innych wyznaczników własnego losu poza tym, opisanym powyżej, determinizmem spekulacji. Pomimo świadomości przemocy symbolicznej, politycznej, ekonomicznej, jakiej się na niej dokonuje, nie potrafi ona wyartykułować kolektywnego sprzeciwu, nadać nazwy zbrodni. Czyni tak ze strachu przed anatemą, która pozbawiłaby ją na zawsze nadziei na partycypację w danej konfiguracji władzy. Przemoc jest faktem, niemniej tchórzostwo i cynizm artystów może ją czynić uzasadnioną. Skupieni na przemian na kokieterii lub produkcji estetycznego śmiecia, uzależniają własny sens oraz jakość bytu od łaskawości oprawców. (...) W sztuce normalnej znaczenia są generowane po to, by uzasadnić ideologie i konstytuujący je porządek polityczno-ekonomiczny. Tzw. sztuka krytyczna w Polsce nie różni się w żaden wyraźny sposób od innych nurtów produkcji stylistycznego gadżetu. W takim samym lub nawet większym stopniu wspiera ideologię junty. Maskuje egoistyczne i cyniczne reguły gry figurą zatroskanego humanisty. Dostarcza decydentom populistyczny PR, pozwalający im zachować rolę lewicowych dandysów. Uzależnieni od ich opinii artyści krytyczni nie są zdolni do rzeczywistego twórczo-politycznego radykalizmu. (...) Jeśli celem rzeczywistym (tzn. nie poetyckim czy estetycznym) artystów jest uczynienie ze swojej aktywności zawodowej faktu ideologicznego, instytucjonalnego jak i ekonomicznego, to jego wypełnienie oznaczałoby bądź podporządkowanie sobie w pełni wspominanych systemów władzy bądź ich całkowite zniesienie. Sztuka jest bowiem aktywnością totalną – również ideologiczną, instytucjonalną i ekonomiczną. Konflikt jest logiczną konsekwencją ambicji obu stron. Jak na razie spacyfikowało się go skutecznie poprzez wysterylizowanie społeczności artystów z autonomicznej idei sztuki. (...) Konieczna jest czystość. Nie będzie ona możliwa bez uprzedniej emancypacji ideologicznej, politycznej i ekonomicznej artystów. Wymaga to od nich teorio-praktyki, która nie wpada w koleiny świata sztuki. Należy zdawać sobie sprawę z tego, że wystąpienie dziś przeciw sztuce jest wystąpieniem przeciw porządkowi świata, który ją konstytuuje. Nie spotka się to z życzliwością tych, których racje są mniej lub bardziej bezpośrednio związane z kapitalistyczno-państwowym totalitaryzmem stojącym za problemem sztuki. Sztuka, jaką się ideologicznie forsuje, nie ma nic wspólnego z twórczą aktywnością w świecie. Należy wycofać jakąkolwiek istotność ze znanej obecnie sztuki, pokazać jej instrumentalny charakter. Należy skończyć z fałszywą samoświadomością.

97


98


O neopogaństwie Z Przemysławem Saneckim rozmawia Emilia Wysocka

Emilia Wysocka: Fundacja The Edge, nazywająca siebie Światowym Centrum Pytań, ustanowiła na rok 2006 pytanie autorstwa Stevena Pinkera o treści: „Historia nauki jest wypełniona odkryciami, które były uważane za społecznie, moralnie i emocjonalnie niebezpieczne w danym czasie; kopernikańskie i darwinowskie rewolucje są najbardziej oczywistym tego przykładem. Jaka jest twoja niebezpieczna idea? Idea (niekoniecznie stworzona przez ciebie), którą oceniasz za niebezpieczną nie dlatego, że jest nieprawdziwa, ale dlatego, że może być prawdziwa” [1]. Jak to wygląda w kontekście sztuki? Przemysław Sanecki: Mam ich kilka. Historia sztuki była możliwa dzięki heroicznemu zrywaniu z tradycją i współczesnością. W sztuce nie chodzi już o stworzenie kolejnych dzieł sztuki. W sztuce chodzi o totalną zmianę rzeczywistości, której konsekwencją będzie ostateczne anulowanie sztuki w jej obecnym historyczno-ideologicznym kształcie. Należy wymyślić coś innego. EW: Zgodzisz się jednak, że „każda praktyka artystyczna wyrasta z jakiejś, świadomie lub nieświadomie przyjmowanej przez artystę, teorii sztuki” [2]. Albo inaczej: każdy artysta sam tworzy swoich prekursorów [3]. Czy istnieją twoi prekursorzy? PS: Trudno powiedzieć, jestem krytyczny. Ostatnio czytałem trochę amerykańskiego Art&Language, Declaration of

dependence itp. Nie czuję specjalnej „mięty”do lewicy, jestem anarchistą... Kosuth wydaje się być OK. Ian Burn jest herosem. Choć to wszystko bardzo, bardzo historyczne... EW: Jeszcze trochę tej historii, jeśli pozwolisz. Jak rozumiesz zdanie Bruce’a Naumana z 1967 roku: „Prawdziwy artysta pomaga światu uwalniając mistyczną prawdę.” PS: Nie cenię Bruce’a Naumana. Pierdoli jak ksiądz-pedofil. Widziałem w tym roku jego retrospektywę w Hamburger Banhof i nie różniła się niczym od innego estetycznego śmiecia. EW: A czym jest dla ciebie działalność poetycka i działalność badawcza artysty – postawa badawcza wobec sztuki? Co sądzisz o zdaniu Roya Atkinsona, który nazwał tę pierwszą tradycyjnym schronieniem artystów? PS: Poezja bazuje na tym samym irracjonalizmie co religia. Jest w równym stopniu nadużyciem lęku przed nieznanym. Jest gwałtem na rozumie. Artyści, którzy sięgają po ten rodzaj aury są albo idiotami, albo po prostu oszustami. Z drugiej strony działalność badawcza... Co tu badać? Jeśli każdy artysta ma własną ideę sztuki, to jej badanie kończy się na introspekcji. Po co to nazywać sztuką? EW: Powołując się na kategorie towarzyszące pojęciu paradygmatu – które do refleksji humanistycznej wprowadził Thomas Kuhn – oraz na jego rozważania dotyczące rewolucyjnego porządku rozwoju nauki – które zawędrowały również na pole teorii sztuki – czy sztuka ma lub powinna mieć kumulatywny czy raczej eliminatywny charakter rozwoju? PS: Sztuka powinna mieć eliminatywny charakter. Mielibyśmy dziś już spokój z tym całym gównem, na które nakleja się etykietę „sztuka”. EW: Jaki masz stosunek do estetycznej koncepcji sztuki? Czym jest dla ciebie pojęcie estetyki w kontekście sztuki?

99


PS: Zawsze podobało mi się coś, co jest po prostu dobrze wykonane. Ludzie to mają zapewne na myśli, mówiąc z uznaniem, że coś jest sztuką. Estetyka ma albo wszystko albo, nic wspólnego ze sztuką. Takie rozważania nie mają jednak dla mnie większego znaczenia. EW: Czy mógłbyś coś powiedzieć na temat swojego performance’u w ramach działań ACCESS Epidemic vs U, które miały miejsce w maju tego roku? PS: Wypraszałem z galerii obecne tam osoby. Posługiwałem się kluczem geometrycznym, gender i własnym widzimisię. Geometria i gender też były widzimisię. Opresja konstytuująca porządki nie ma nic wspólnego z transcendencją czy boskim porządkiem. EW: Chciałabym odnieść się do twojego Pamfletu: czy mógłbyś przybliżyć pojęcie sztuki normalnej? PS: Sztuka normalna to sztuka tworzona pod okiem biurokratów, handlarzy i tzw. wykształconych idiotów. EW: Czym jest według ciebie rzeczywisty twórczo-polityczny radykalizm? PS: Kumulacją kapitału i wolnomyślicielstwem. EW: Jaka jest twoja autonomiczna idea sztuki? PS: Nie ma czegoś takiego. EW: Co myślisz o stwierdzeniu Setha Siegelauba, że „nie potrzebujesz galerii, żeby pokazać idee”? Konceptualizm – kierunek którego jednym z zasadniczych celów miała być walka z instytucjonalizacją i urynkowieniem sztuki – ostatecznie został wchłonięty. Nawet artyści net artu w pewnym momencie zaczęli sprzedawać swoje prace i wystawiać w galeriach, potwierdzając tym samym tę formę obiegu sztuki. Co myślisz o tym przeciągającym się problemie sztuki wobec jej urynkowienia, które nie znalazło rozwiązania we wcześniejszych strategiach? PS: Idei też się nie pokazuje. Realizuje się je. Realizować to, czego inni się boją. Co do losu artystów anty-instytucjonalnych, to jest w tym logika. Jeśli zajmujesz się sztuką, to prędzej czy później skończysz w instytucji. Sztuka jest instytucją. Chodzi o to, żeby anulować sztukę, dać przyczynek do zmian w organizacji świata, które uczynią możliwym stworzenie podwalin czegoś nowego, naprawdę twórczego i służącego gatunkowi. EW: Laurence Weiner nawiązywał w działaniach do wartości swoich prac w kategorii wymiany ekonomicznej. Od lat 60. każdy materialny efekt jego twórczego działania zawierał informację do kogo należy. Te prace, które nie były sprzedane miały adnotacje, że należą do prywatnej kolekcji. Zostały w ten sposób całkowicie pozbawione przywilejów. Rynek przedmiotów kontemplacji jest wciąż narzucającym się pojęciem, tak jak ekskluzywne doświadczenie posiadania. Stąd łatwo o wniosek, iż w rzeczywistości mechanizmy wymiany ekonomicznej pozwalają na cyrkulację gestu w kulturze jako dziełu sztuki. Kontekst ten nasunął mi się wobec twojego performance’u we wrocławskim BWA, podczas którego zażyłeś amfetaminę [4]. Jak zazna-

100

czyłeś, kupiłeś ją za pieniądze z honorarium, co wskazało na kontekst instytucjonalnych finansów. Albo inne działanie, w którym, w liście otwartym, zażądałeś od decydentów Zamku Ujazdowskiego zwrotu niebieskiej liny, formy twojego udziału w wystawie „Establishment” [5], ze względu na złożoną ci ofertę jej kupna. Czy mógłbyś powiedzieć więcej o tych zdarzeniach? Laurence Weiner, Daniel Buren, Hans Haake, Marcel Brodthaers badali praktyki transformowania, za pomocą których instytucje sztuki zmieniają wybrane przedmioty w dzieła sztuki. Czy mógłbyś zakreślić pole swoich dociekań wobec wyżej wymienionych faktów sztuki? Dlaczego uznałeś, że warto o tym mówić? PS: Wymienieni przez ciebie mają dobry PR. Niczym Hans Kloss walczyli ze Złem. OK. Może byliby bardziej wiarygodni, gdyby nie odcinali kuponów od swojego heroicznego okresu. Zawdzięczam im jednak casusy ważne dla mojej teorio-praktyki. Ale nie bądźmy głupi – ich sukcesy były sukcesem tych, którzy pozwolili im na te gry. Nie znamy ich nazwisk, ale nie wszystkim zależy na rozgłosie. Poza tym większość ich problemów to z natury problemy nierozstrzygalne, a więc były stratą czasu. Co do Establishment. Jedyny akt sztuki, jaki tam zaistniał – oczywiście jeśli już muszę się wyrażać w tych kategoriach – to był ten mój sznur do suszenia bielizny. Poza tym wystawa była pomyślana tak, żeby zalegitymizować gust paru osób. Do tego zresztą są potrzebne instytucje państwowe. Rzeczpospolita jest świetnym przykładem sojuszu trzech quasi-mafijnych instytucji: państwa wyznaniowego, neoliberalnej ekonomii i proimperialistycznego militaryzmu. Co do amfetaminy. To działanie było uzasadnione, jak chyba żadne dzieło sztuki w Polsce od kilkudziesięciu lat. Kogo mam tu zacytować? EW: OK, więc nie możemy mówić o skuteczności przemian na polu sztuki wobec sytuacji, gdy wcześniejsze awangardowe praktyki stały się li tylko casusami, bez realnej możliwości wyeliminowania znienawidzonych paradygmatów, co potwierdziłoby kumulatywny aspekt sztuki. Co zrobić z tym, że nie udało się nic trwale i kategorycznie zmienić w sztuce jako wytworze muzealno-galeryjnym, podobnie jak w kwestii ciągłego procederu dostosowywania własnej twórczości do wymagań i oczekiwań tego systemu? PS: System... O to właśnie chodzi. Nie zmienisz sztuki, jeśli nie zmienisz systemu. Zresztą – podkreślę to – nie chodzi o zmianę sztuki, lecz jej anulowanie. Nie będzie to możliwe bez uprzedniej emancypacji ekonomicznej, politycznej i intelektualnej. To estetyczne gówno, ta msza święta, w której tyle pięknych dusz się bruka, jest konsekwencją materialno-intelektulanej biedy i prowadzi donikąd. EW: Jaki jest twój stosunek do słów Louisa Althussera, iż celem zaangażowanych artystów winno być nieustanne podważanie obowiązującej praktyki artystycznej? PS: Miał rację. Sztuka jest jednak wierzchołkiem góry lodowej. Jak można podważyć praktykę artystyczną bez podważania systemu, któremu ta praktyka służy? EW: A kategoria sztuki jako polityki? PS: Sztuka jako polityka to kategoria historyczna. Potrzebna jest po prostu teorio-praktyka, dzięki której pierdoleni decydenci nie będą się czuć OK. Jak to robić? Na straży


porządku stoi policja, rodzaj antywirusa. System polityczno-ekonomiczy jest kiepskim softwarem. Przeprogramuj. Przeczytaj Thoreau, Bakunina, teksty radykalnych konceptualistów, Marksa, Althussera, Bourdieau, Badiou, Ranciere’a, Kuhna, Chomskiego, Latoura, tactical media... Znajdź tych, którzy myślą podobnie, dyskutuj, planuj, realizuj. Każdy ma swoją ścieżkę, swoją ideę sztuki. Pamiętaj tylko, że wchodzisz na niebezpieczny grunt. Wystąpić przeciw sztuce, to wystąpić przeciw organizacji świata. To może cię wykasować. Uzbrój się w technologie – słowa, algorytmy i implementacje. EW: Jaką widzisz alternatywę funkcjonowania absolwentów szkół artystycznych, alternatywę dla sytuacji, o której mówisz w swoim Pamflecie, co czyni różnicę między profesją artysty a profesją np. matematyka, który doświadcza podobnego „sita”, niepozwalającego mu żyć ze swojej profesji, czy dla działań artystycznych zauważasz jakieś inne możliwości dystrybucji. PS: Pójście na studia artystyczne to trochę tak, jakby popełnić samobójstwo i liczyć na cudowne zmartwychwstanie w świecie dorosłych. Nikt nie zrobi za ciebie rewolucji. Albo będziesz liczył na przychylność losu, albo sam coś zmienisz. Żyjemy w głupim i niesprawiedliwym świecie. Są odpowiedzialni za to. Należy ich identyfikować i neutralizować. Mam nadzieje, że frustracja młodych zaowocuje w końcu jakimś czynem. Trzeba działać grupowo, ale nie po to, żeby wepchnąć się w obecną strukturę. Prawdziwa walka rozgrywa się zawsze w obrębie przedstawicieli jednego pokolenia, pomiędzy rówieśnikami. Moje pokolenie – obecni trzydziestolatkowie – było zbyt ogłupione. Dorastaliśmy w latach osiemdziesiątych. Mamy inne mózgi. Nie byliśmy organicznie przygotowani do jakiegokolwiek sensownego oporu, gdy zaczynaliśmy nasze dorosłe życie. Trzydziestolatkowie są dziś głęboko skorumpowani. Dzisiejsi dwudziestolatkowie są nadzieją. Muszą walczyć. To nie jest jedyny, a na pewno nie najlepszy, świat jaki można sobie wyobrazić. Potrzebna jest silna ideologia. Taka, która nie tylko nada sens zmianom, ale i zminimalizuje moralny hazard. Trudne, ale możliwe. EW: „Dwie najbardziej podstawowe funkcje sztuki – funkcja poznawcza i funkcja kreacyjna – zostały poważnie podważone; pierwsza - przez naukę, druga – przez technikę.” Są to słowa Jerzego Ludwińskiego sprzed 40 lat. Co o nich myślisz? PS: Zgadzam się. Jak wspomniałem, sztuka dziś jest kroniką biedy intelektualnej menedżerów kultury i ich piesków. Nie ma w tym poznania, kreacji. Jest narzędziem dystynkcji. Nie posiada żadnych innych sensów. Jest spekulacją.

PS: Dla mnie oficjalne jest to, co robię. Nie widzę żadnych przeszkód w zrobieniu performance’u np. w warszawskiej państwowej instytucji. Jeśli okaże się, że jest mi to potrzebne do ustanowienia jakichś treści, to to zrobię. Przemoc jest możliwa tylko wtedy, gdy na nią pozwalamy. Jest to oczywiście kwestia naszych słabości, ale to pouczające. Dostajemy jasne sygnały, co należy zmienić. EW: Jak byś skomentował słowa Jarona Laniera, mówiącego, jak określił to Geert Lovink, z brzucha Sillicon Valley: „Jeśli chcesz wiedzieć, co się naprawdę dzieje w społeczeństwie czy ideologii, idź za pieniędzmi”. PS: Bardzo dobrze powiedziane. Śledźmy pieniądze. Zróbmy tak, by służyły tym, którzy wiedzą co z nimi zrobić. Pieniądz jest doskonałym narzędziem kreacji. Przejęcie władzy jest przejęciem majątków. EW: Na zeszłorocznej konferencji Critical Strategies in Art and Media. Perspectives in New Cultural Practices[6], która odbyła się w Nowym Jorku, jej moderator i inicjator, Konrad Becker, posłużył się we wstępie słowami Guy Deborda: „Wszyscy świadomi ludzie naszych czasów zgadzają się, iż sztuka nie może być dłużej uważna za wyższą aktywność czy nawet za aktywność kompensacyjną, której można by się godnie poświęcić”. To słowa wypowiedziane przeszło pół wieku temu przez człowieka, którego myśl była podstawą intelektualną ostatniej rewolucji polityczno-gospodarczo-kulturowej. Na ile zasadne czy symptomatyczne wydaje ci się przywoływanie ich dzisiaj? Czy różnica kontekstu winna być tu uwzględniona? Nie ma już wojen indochińskich, za konkubinat nie idzie się do więzienia, a sztuka może nie przeszła zmiany, ale w znaczny sposób poszerzyła swoje pole dociekań. Niemniej jednak, jak w dalszej dyskusji określił to Peter Lamborn Wilson: „Art is death. Art is dangerously death. The corps stinks.” PS: Oczywiście. Zgadzam się z Guy Debordem. Nie wyobrażam sobie sprawiedliwego ustroju społecznego, który by zezwalał na tę mieszankę idioty, księdza i rzemieślnika, którą dziś jest artysta. Sztuka jest skompromitowanym zajęciem. To jeden z powodów, dla którego trzeba ją anulować. EM: Jakie więc są nowe perspektywy w praktyce kulturowej? Słowem, w jaki sposób można zmienić sytuację? PS: Sprawić, by została utracona ciągłość sztuki. Wystarczy kilka lat. Podzieli tym samym los wymarłych kultów, języków. Będzie obiektem archeologicznym lub czymś równie dziwacznym jak dzisiejsze neopogaństwo. Tak, tak właśnie powinniśmy myśleć o sztuce. Neopogaństwo.

EW: Jaki masz stosunek do rozwoju technologicznego? PS: Potrzebujemy narzędzi oporu, broni. Innymi słowy – potrzebujemy dostępnych demokratycznie narzędzi, które w pierwszej kolejności wyemancypują tych, którzy nie podzielają późnokapitalistycznej, neoabsolutystycznej ideologii, a następnie pozwolą na efektywne akty oporu. EW: Co sądzisz o dychotomii w postaci: oficjalny-nieoficjalny dyskurs?

Przypisy: [1] http://www.edge.org/q2006/q06_index.html. [2] Grzegorz Dziamski, Przełom konceptualny i jego wpływ na praktykę i teorię sztuki, Poznań 2010. [3] Parafraza słów Jorge Louisa Borgesa. [4] http://www.youtube.com/watch?v=ECAZyyv3D7M. [5] http://www.arteon.pl/forum.php?id_note=107. [6] www.world-information.org/wii/critical_strategies/en/videos.

101


Emilia Wysocka „Art as information about information about art” – konceptualizm i technologia 1

Silne związki między sztuką a technologiami komunikacyjnymi bądź informacyjnymi były problemem na tyle oczywistym, że podejmowanym przez wielu badaczy (np. Tadeusz Peiper Miasto. Masa. Maszyna). „Dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku nastąpiła ścisła, by tak rzec, kolaboracja między sztuką i technologiami oraz artystyczną działalnością konceptualną, w wyniku czego powstał autentyczny i przyspieszony rozwój awangardy.”[2] Jednak w obszarze sztuki nie był to nazbyt oficjalnie uznawany fakt. „Mimo wszystko, w dzisiejszym świecie jednak najbardziej charakterystycznymi dziedzinami twórczości ludzkiej są nauka i technika, i nie da się obok nich przejść do porządku dziennego. Dialog artystów, którzy przecież zagłębiają się w tej rzeczywistości, którzy z tą rzeczywistością podejmują walkę, otóż ten dialog artystów z nauką i techniką jest konieczny, bo to jest równocześnie podjęcie jakiegoś dialogu z rzeczywistością, która obok nas” [3]. Pewien aspekt warunkowania sztuki przez technologię można poprzeć chociażby przykładem muzyka, Edgara Varese, który „zamilkł w latach 30. i sławne Deserts stworzył dopiero wtedy, gdy technika elektroniczna lat 50. umożliwiła stworzenie dźwięków syntetycznych” [4]. Większość artystów zdawała sobie sprawę z tego, że „nie może rywalizować z człowiekiem na księżycu w salonie. To sprawia, że pozycja artysty staje się dwuznaczna i ironiczna; jaką przyjąć postawę wobec masowych mediów, które docierają do znacznie większej liczby osób niż galerie sztuki” [5]. Jak wspomina jednak Grzegorz Dziamski: „Większość badaczy podkreśla niechętny stosunek artystów konceptualnych do technologii, wyraźnie oddzielając sztukę konceptualną od ruchu E.A.T (Experiments in Art and Technology, 1966–1971).” „Silna w okresie wojny wietnamskiej (1957 – 1975) podejrzliwość wobec militarno-przemysłowego kompleksu, w dużym stopniu finansującego

102

badania nad najnowszymi technologiami, stawiała pod znakiem zapytania wykorzystywanie zaawansowanych technologii w sztuce”. Poza tym większość artystów konceptualnych podzielała pogląd Douglasa Hueblera, który określał aparat fotograficzny jako głupią maszynę do kopiowania (dumb copying devise); chętnie posługiwali się aparatem czy kamerą video bez ulegania fascynacji nowymi możliwościami technologicznymi. Można by przywołać przestrogę Sol LeWitta, który w „Paragraphs of Conceptual Art” pisał: „Niekiedy artyści mylą nowe środki z nowymi ideami. Nie ma nic gorszego niż widzieć sztukę pławiącą się w zbytkownych błazeństwach. W większości przypadków artyści, którzy interesują się nowymi środkami, są pozbawieni dyscypliny umysłu, która pozwoliłaby im dobrze ich używać. Potrzeba dobrego artysty, by używać nowych materiałów i tworzyć z nich dzieła sztuki. Niebezpieczne jest nadawanie im takiego znaczenia, że stają się ideą pracy (jest to inny rodzaj ekspresjonizmu)” [6]. Nie wszyscy konceptualiści stosowali się do poglądów LeWitta. W 1970 roku w Jewish Museum w Nowym Jorku krytyk sztuki, Jack Burnham zainicjował zainteresowanie związkami sztuki z technologią informacyjną, organizując wystawę Software, Information Technology: Its New Meaning for Art. „W odróżnieniu od innych tego rodzaju przedsięwzięć wiążących sztukę z technologią, które miały miejsce w okresie między 1966-1972, skupiających się na aplikacji estetycznej aparatury technologicznej, „Software” był poświęcony idei software’u jako metaforze sztuki” [7]. Burnham uważał software „za próbę wytworzenia wrażeń estetycznych bez interwencji obiektu’.” Było to de facto pierwsze tak ważne wydarzenie w Stanach Zjednoczonych, próbujące użycia komputerów w kontekście muzealnym. Ambicją Burnhama było ukazanie paraleli pomiędzy efemerycznymi protokołami komputerowego software’u, i ciągle wzrastającą, dematerializacją form sztuki eksperymentalnej, których funkcjonowanie krytyk metaforycznie


łączył z systemami przetwarzającymi informacje [8]. Burnham, zainspirowany wczesną ideą software’u, którą miał okazję poznać w praktyce w czasie, gdy był wykładowcą w Center of Advanced Visual Studies w MIT, szczególnie interesował się specyfiką interakcji człowiek – komputer. Realizowana przez niego wystawa „Software” miała stworzyć płaszczyznę testowania relacji między publicznością a systemami informacyjnymi. Większość z nich spełniała wymóg obustronnej komunikacji między odbiorcą a maszyną. Kurator zaprosił do współpracy kilku konceptualistów, takich jak: Les Levine, Hans Haacke czy Joseph Kosuth, Vito Acconci, David Antin, John Baldessari, Robert Barry, Douglas Huebler, Nam June Paik, Laurence Weiner. Ich sztuka znalazła się obok prezentowanej technologii, czyli publicznie ukazanego hipertekstu (Labyrinth), będącego elektronicznym katalogiem zaprojektowanym przez Neda Woodmana i Teda Nelsona oraz modelu inteligentnej architektury – zmiennego środowiska dla gryzoni laboratoryjnych (Nicholas Negroponte i the Architecture Machine Group z MIT). Sięgając jeszcze do słów Dziamskiego: „Les Levine pisał w katalogu wystawy Software (1970), że dzieło sztuki jest hardware’em, a wszystkie informacje o nim tworzą software. W wielu przypadkach przedmiot jest znacznie mniej wartościowy niż dotyczący go software. Przedmiot jest końcem systemu. Software jest otwartym, trwającym systemem” [9]. „Doświadczanie bezpośredniego oglądania dzieła nie jest już wartością w społeczeństwie kontrolowanym przez software, doświadczenie zapośredniczone przez media zabiera tyle samo energii, co doświadczenie z pierwszej ręki. W ten sposób większość tworzonej dzisiaj sztuki kończy jako informacja o sztuce” [10], ponieważ większość ludzi czerpie wiedzę ze świata sztuki głównie z informacji wtórnych, a więc mediów. Jeśli sztuka zajęłaby się formami niewymagającymi fizycznej prezentacji, zastąpiłaby informację wtórną informacją pierwotną (primary and secondary information); informacje o sztuce zostałyby zastąpione informacjami tworzonymi przez samych artystów. Wewnętrzna struktura dzieła nie zmieniałaby się w momencie przepuszczenia jej przez dowolny przekaźnik. „Nie jest to oczywiście możliwe tak długo, jak długo artyści będą wytwarzać konkretne przedmioty. Dla malarstwa i rzeźby, gdzie wizualna prezentacja – kolor, skala, rozmiar, lokalizacja – jest ważna, fotografia czy werbalizacja dzieła jest swoistą zdradą sztuki. Ale kiedy sztuka zajmuje się rzeczami niewymagającymi fizycznej prezentacji, to jej wewnętrzna (komunikacyjna) wartość nie zmienia się w przekazie medialnym. Katalog czy książka może więc zostać wykorzystana do komunikowania (i rozpowszechniania) sztuki, stając się najbardziej neutralnym środkiem prezentowania nowej sztuki. Sztuka konceptualna, odrywając sztukę od form prezentacji, tworzyła program (software), który mógł być prezentowany za pomocą różnych mediów, dobieranych ze względu na ich skuteczność. Otwierało to sztukę na nową, informatyczną epokę, w której wszystko, także sztuka, stawało się informacją” [11]. Jak mówił Seth Siegelaub: „Nie potrzebujesz galerii, żeby pokazywać idee”[12]. Czym dla kubizmu był Kahnweiler, a Durand-Ruel dla impresjonizmu, tym dla konceptualizmu był właśnie Siegelaub. Jego strategia marketingowa opierała się na zainwestowaniu w tanie i łatwe środki powielania idei, takie jak ksero. Sprawił, że katalog stał się informacją pierwotną a wystawa informacją wtórną. Charakter prac konceptualnych oczywiście umożliwiał mu prowadzenie takiej polityki bez miejsca. Wystawy zawierały

się w katalogach, książkach czy innych publikacjach, które zapewniały obieg projektów, zaleceń i instrukcji artystów. Galeria czy innego rodzaju instytucja sztuki nie mogła być już centrum było ono wszędzie tam, gdzie znajdował się artysta (Seth Seigelaub). Najlepszym tego przykładem jest wystawa przygotowana w 1969 roku pt. „July, August, September”. Siegelaub poprosił 11 artystów o wykonanie pracy w dowolnym miejscu oprócz Nowego Jorku i przysłanie informacji o niej do katalogu.[13] Ekscytującym aspektem tego pomysłu była globalność, niezależność artystyczna, antykomercyjność i antyinstytucjonalizm, co owładnęło wyobraźnię wielu. Była to idea całkowicie wywrotowa wobec porządku istniejącego w świecie artystycznym. W zasadzie jednak sami artyści, prócz umożliwiania podobnej strategii, nadal byli zależni od decyzji organizatorów, czy będą czy nie będą zaproszeni do kolejnych katalogów. Mimo, iż Sol Le Witt ze zrozumiałych powodów, był krytycznie ustosunkowany do złudnej atrakcyjności nowych technologii, przygotował on grunt pod rewolucję cyfrową. Sam pomysł, iż „idea staje się maszyną, która stwarza sztukę” (The idea becom a machine that makes the art) [14] jest już początkiem oprogramowania. Deklarowanie dystansu do dzieła sztuki, jego serialność i systemowość jest początkiem rozróżnienia na dzieło sztuki (work of art) i artefakt (artifact) [15]. Oddziela twórcę idei od jego wykonawcy, nawet jeśli miałaby być to ta sama osoba. Jak pisze o jego pracach Alexander Alberro: „Pozbawione wewnętrznej tajemnicy, znaczenia, tematu do odcyfrowania czy zinterpretowania; ich treścią jest samoreferencyjna, aprioryczna logika i formalna organizacja systematycznie rozwijająca się w założonym z gór porządku” [16]. Artyści konceptualni byli przygotowani na rewolucję cyfrową. Zarówno net art, jak i sztuka multimedialna upatrują w niej swoich korzeni. Ich ideę, na którą złożyły się takie słowa jak oprogramowanie, software, powstała wręcz równolegle i niezależnie od prac nad cyfrową menażerią sprzętową. Jednak przede wszystkim konceptualizm był walką o uświadomienie artyście jego pozycji w sztuce. Szczególnie Kosuth i Art & Language, upierając się przy zmianie relacji między teorią sztuki a sztuką, mieli na celu uświadomienie artysty, „że każda praktyka artystyczna wyrasta z jakiejś świadomej lub nieświadomej, przyjmowanej przez artystę, teorii sztuki” [17]. W ich oczach artysta nie powinien się zrzekać samodecydowania o tym, czy to, co robi jest, czy nie jest sztuką. Winna to być część jego praktyki. Milcząca akceptacja zastanych i akceptowanych teorii sztuki rodzi tylko powielanie przedmiotów podobnych do tych, które wcześniej uznane zostały za jej przedmioty lub nieznacznie je modyfikuje [18]. Konceptualizm w swoim rygorystycznym, analitycznym odłamie posunął się do wewnętrznych rozłamów, które determinowane były poszukiwaniem tej najczystszej wersji konceptualizmu. Tak więc Terry Atkinson krytykował nominalizm Laurenca Weinera czy Roberta Barrego, których ciągłe włączanie w ramy sztuki kolejnych rzeczy na prawie ready-made nie ma już żadnego znaczenia dla sztuki. Stąd „postulat grupy Art & Language, żeby zamiast nominować kolejne przedmioty do rangi dzieł sztuki, artyści skupiali się na analizie samego pojęcia sztuki – nie chodzi o to, żeby powiedzieć, co jeszcze może być dziełem sztuki, lecz o to, żeby zastanowić się nad tym, dlaczego coś ma być dziełem sztuki i jak to wpłynie na nasze rozumienie sztuki”[19]. Konceptualizm występował w opozycji do formalizmu jako historycznej sukcesji modernistycznej awangardy, analizując fakty, które dotyczyły tworzenia i recepcji sztuki. Wnikli-

103


wość badań w zakresie sieci znaczeń i struktur wiedzy często implikowała użycie tekstu jako strategicznego narzędzia, które miało egzaminować szczelinę między tym, co werbalne a tym, co wizualne [20]. „W takim wypadku sztuka konceptualna jest metakrytycznym i autorefleksyjnym procesem artystycznym” [21]. Z kolei sztuka-i-technologia, jak opisuje to Shanken, skupiona jest na materii bądź koncepcjach technologii i nauki. Do jej praktyki zalicza się egzaminowanie form wizualnych nauki i technologii i – co wydaje się najbliższe metodzie konceptualnej – użycie idei naukowych i technologicznych środków do analizy ich zwyczajowych zastosowań. Jako proces metakrytyczny stawia on wyzwanie systemom wiedzy, które strukturyzują metody naukowe. Co więcej, określają społeczne i estetyczne implikacje środków technologicznych, które definiują i dystrybuują informacje. Sztuka konceptualna zaistniała w instytucjach sztuki podczas intensywnego, artystycznego eksperymentowania z technologiami, chociaż niewielu historyków zwróciło uwagę na istniejące relacje między nimi. Edward A. Shanken zauważa, iż krytyka sztuki wyraźnie odseparowała sztukę konceptualną od sztuki zaangażowanej w technologię, jeśli nawet nie uznała ich za przeciwstawne sobie kategorie. Jak twierdzono, „sztuka tworzona dla zadowolenia oka nie może być sztuką konceptualną, a taka (...), jest większość sztuki optycznej, kinetycznej czy świetlnej, czyli sztuki korzystającej ze wsparcia najnowszych technologii” [22]. Jednak analogie między obiema tendencjami oferują przestrzeń refleksji nad związkami między nimi, które konstytuują szersze przemiany społeczne w zakresie przejścia od wieku maszyn i społeczeństwa industrialnego do wieku informacji i społeczeństwa postindustrialnego. Robert C. Morgan powiedział o sztuce konceptualnej, że jest to „znacząca i innowacyjna metoda lub typ (nie styl) artystycznej praktyki w przeddzień ery informacyjnej” [23]. Żaden z krytyków nie dostrzegł jasnej paraleli pomiędzy sztuką konceptualną a technologiami informacyjnymi, zanim nie zrobił tego Burnham. Wydaje się jednak jasne dlaczego sztuka konceptualna i sztuka-i-technologia były identyfikowane jako oddzielne kategorie artystycznej praktyki. Sztuka-i-technologia oferowała jeszcze w latach 50. i 60. ciekawy potencjał estetycznego eksperymentu, ale już w latach 70. dla wielu artystów go straciła. „Krytyka była zdania, iż jest on zdominowany przez materialność i spektakl mechanicznej aparatury, na które projekt konceptualny narzucał anatemy. Problemy techniczne na wystawach sztuki i technologii, takich jak „Sofware” (…), przyczyniały się do wygasania zainteresowania publiczności dokładnie w momencie, kiedy szereg poważnych i pełnych sukcesu wystaw sztuki konceptualnej sięgał szczytów popularności” [24]. Zwrot artystów w stronę technologii w tamtym czasie był mocno problematyzowany przez opinię publiczną, zważywszy na ówczesną sytuację historyczną, taką jak wojna w Wietnamie, zimna wojna czy zainteresowanie ekologią. Poza tym, czy produkowanie obiektów estetycznych w kontekście kapitalistycznego utowarowienia ma jeszcze sens? Odpowiada na to jedno z najbardziej obrazowych zdań należących do Douglasa Heublera: „Świat jest pełen przedmiotów, bardziej lub mniej interesujących; nie chcę dokładać kolejnych” [25]. Mniej oczywista jest jednak sytuacja zależności, wynikających z narastającej popularności konceptualizmu. „Sztuka konceptualna (...) ze swoim atakiem na modernistyczny obiekt zaczynała coraz mocniej zaznaczać swój

104

wpływ na różnorodne dyskursy artystyczne, które chciały być bardzo aktualne, włączając w to fotografię, performance i instalację. Dlatego racjonalnym krokiem wydaje się, iż artyści, krytycy, kolekcjonerzy, kuratorzy, kupcy, inwestując w międzynarodowy prestiż sztuki konceptualnej, dystansowali się od jej związków ze sztuką-i-technologią, która stawała się coraz bardziej peryferyjna w stosunku do współczesnych artystycznych problemów; jeśli nie była już po prostu przeszłością. Czynniki te przyczyniały się raczej do pogłębienia rozgraniczeń między artystycznymi tendencjami, niż wskazywały na płynność i ciągłość między nimi. Jednak błędem byłoby niedocenienie podobieństw między artystami konceptualnymi a artystami takimi jak Schoffer, Seawright, Sheridan, Krueger i wielu innych, którzy – podobnie do artystów związanych ze sztuką-i-technologią ze środkowych i późnych lat XX wieku – zajmowali się procesami, interakcją, odbywającą się w czasie rzeczywistym i dynamicznymi systemami.” Utworzyło to sztuczną lukę, w której mieścili się artyści zorientowani nazbyt technologicznie dla konceptualistów, a z kolei nie brani pod uwagę przez np. cybernetyków, dlatego że ich praca była przede wszystkim konceptualna i tylko w niejawny sposób mówiła o używaniu technologii; przykładem jest tu postać Roya Ascotta. Poza tym wciąż utrzymywał się sentyment do słów Sol LeWitta, które Ursula Meyer odświeżyła jedynie twierdząc, iż „sztuka konceptualna diametralnie sprzeciwia się sztuce hardware’u” [26]. Z tej antyformalistycznej perspektywy sztuka-i-technologia wyglądała na jaskrawy, ekspresjonistyczny i komercyjny eksces [27]. Problemem była „elegancka powierzchowność … wielu perfomanców kinetycznych i „świetlnych zdarzeń”, które robiły wrażenie podmiejskiej dyskoteki” [28]. Co więcej, artyści z kręgu Art & Language, Michael Baldwin, Harold Hurrel, David Bainbridge, Charles Harrison, negatywnie wypowiadając się na temat tego rodzaju praktyk, tworzyli pseudotechnologiczne „rzeźby”, fałszywe programy komputerowe, które miały parodiować naukowe struktury wiedzy i ich bezkrytyczne stosowanie w sztuce oraz społeczeństwie. W gruncie rzeczy prace te miały dużo więcej wspólnego niż można było sądzić z celami, jakie upatrywała sobie sztuka-i-technologia. Krytyczne podważanie znaczenia technologii charakteryzuje szerokie i różnorodne badania w dziedzinie sztuki-i-technologii prowadzone od lat 50. Za szczególne tego przykłady, uważa Shanken teorię o sztuce autodestruktywnej Gustava Metzgera (1959), Homage to New York (1960) Tinguely’ego, Robot K-456 (1964) Nam June Paika i Shuya Abesa, prace Stelarca, Lynn Hershman, Julia Scher czy Jodi.org. „Równanie sztuki-i-technologii z estetyką maszyn, kinetycznymi gadżetami i innego rodzaju spektaklami, które karmiły i utrzymywały modernistyczne dyskursy bardziej niż je egzaminowały” [29], jest jej niepełnym obrazem. Był to okres, kiedy technologie cyfrowe nie były ogólnie dostępne (intensywny rozwój komputerów osobistych to dopiero 1981 rok), dlatego też używanie ich było utrudnionym terenem wczesnego rozpoznania, składającym się zaledwie z domysłów, czym to może stać się w przyszłości. Potwierdzeniem tych niejasności może być chociażby fakt, że opis Indeksu 01 (1972) Art & Language, wykonany we wczesnych latach 80. przez Charlesa Harrisona, już jasno odwoływał się do sztucznej inteligencji, która znana była jako neurofilozofia, z silnym podtekstem cybernetycznej i systemowej teorii. Tym samym, uczynił tę wypowiedź niezwykle podobną do teorii Burnhama na temat systematycznych związków między sztuką konceptual-


ną a technologią. Stwierdzenie to przychodzi łatwiej, gdy problem, widziany ze znacznego dystansu historycznego, pozbawiony jest estetyczno-politycznych uprzedzeń tamtego czasu. Postęp technologiczny, szczególnie pojawienie się Internetu, zapewniło możliwość badania potocznie rozumianej materialności i semiotycznej złożoności obiektów sztuki, które jeszcze 30 lat wcześniej były nie do pomyślenia. Wobec podobnego dystansu, Shanken szczególnie podkreśla pomyłkę krytycznego dyskursu, która przeczyła możliwości uznania tego, iż artysta może zajmować się jednocześnie technologią i konceptualizmem. Podaje chociażby krzywdzącą rolę mechanizmów instytucjonalnych, które stworzyły i wzmocniły kategoryczne rozróżnienie między sztuką konceptualną, a tą używającą najnowszych technologii. Jest ona widoczna w statusie dwóch artystów: Hansa Haacke (uczestnika projektu „Software”) i Roya Acotta. Mimo, iż liczne prace Haackego można było swobodnie wiązać ze sztuką kinetyczną i rozwiązaniami technologicznymi (szczególnie odwoływały się do procesów biologicznych i systemów fizycznych, np. Condesation Cube), został on w pierwszym rzędzie włączony w kontekst sztuki konceptualnej. Natomiast Ascott pozostał jednocześnie widoczny i niewidoczny dla każdego z obozów przez cały okres 1960 i 1970.[30] Czy sytuacja się wiele zmieniła mimo 30-letniego dystansu? Technologia nie ma problemu ze sztuką, ale sztuka ma wciąż problem z technologią. Dlatego też zamiast mówić o granicach, należałoby mówić o dominującej kulturze.

Przypisy: [1] Jest to opis pracy Les Levina, Systems Burn-Off, pokazanej na wystawie Software Jacka Burnhama. W latach 60. Les Levine był w czołówce artystów eksperymentujących z interaktywnym użyciem systemów informacyjnych. Określenie to jest paralelne do serii prac Josepha Kosutha: „The Art as Idea as Idea”. [2] Ignacy S. Fiut, Awangarda XX wieku w ujęciu refleksji ewolucyjnej, [w:] Wiek Awangardy, red. Lilianna Bieszczad,UNIVERSITAS, Kraków 2006. s. 265. [3] Jerzy Ludwiński Sztuka a technologia, [w:] Sztuka w epoce postartystycznej i inne teksty, ASP Poznań i BWA Wrocław, s. 46. [4] Krzysztof Szwajgier, Na krawędzi. Dialektyka przejścia, [w:] Wiek Awangardy, red. Lilianna Bieszczad, Kraków 2006, s. 177. [5] Kynaston McShine, Introduction to Information. 1969. [w:] Conceptual Art: A Critical Anthology. red.: Alexander Alberro, Blake Stimson, The MIT Press 1999, s. 168. [6] Sol LeWitt, Paragraphs on Conceptual Art. Artforum, 1967. <http://www.tufts.edu/programs/mma/fah188/sol_lewitt/paragraphs%20on%20conceptual%20art.htm>. [7] Edward A. Shanken, The House That Jack Built: Jack Burnham’s Concept of „Software” as a Metaphor for Art. Department of Art & Art History, Duke University. [8] Edward A. Shanken. Art in the Information Age: Technology and Conceptual Art, Leonardo, Vol. 35, No.2, 2002. [9] Ibidem. [10] LeLevine cytowany przez Gene Youngblood, Expanded Cinema, New York, Dutton, 1970, s. 340. [11] Edward A. Shanken, op. cit. [12] Grzegorz Dziamski, Przełom konceptualny i jego wpływ na praktykę i teorię sztuki, Poznań, 2010, s. 23. [13] Ibidem, s. 25. [14] Ibidem, s. 66. [15] Ibidem, s. 124. [16] Ibidem, s. 68. [17] Ibidem, s. 40. [18] Ibidem, s. 40. [19] Ibidem, s. 37. [20] Edward A. Shanken, Art in the Information Age: Technology and Conceptual Art., Leonardo, Vol. 35, No.2, 2002. [21] Ibidem. [22] Grzegorz Dziamski, Konceptualny post-medializm. Dyskurs 6, http://www.asp.wroc.pl/dyskurs/Dyskurs6/GrzegorzDziamski. pdf. [23] Robert C. Morgan, Art into Ideas, New York, Cambridge Univ. Press, 1996, s. 2–3. [24] Edward A. Shanken, op. cit. [25] Ursula Meyer, Conceptual Art, Nowy Jork 1972, s. 137, cytował Grzegorz Dziamski, Przełom konceptualny i jego wpływ na praktykę i teorię sztuki. Poznań, 2010. s.121. [26] Ursula Meyer, Conceptual Art, Nowy Jork 1972, s. xvi. [27] Edward A. Shanken, op. cit. [28] Słowa Jacka Burnhama, cytowane przez Edwarda A. Shankena, op.cit. [29] Edward A. Shanken, op. cit. [30] Edward A. Shanken, op. cit.

105


Dominik Podsiadły

Sztuka neo-post-nowoczesna Pseudo-Manifest plus kilka porad, jak uprawiać nową psycho-socjalną sztukę [Le Manifeste du Art Resistance]

Będziemy kształtować nasze narzędzia, a następnie nasze narzędzia będą kształtować nas. Marshall McLuhan: Understanding Media (1964) The Extensions of Man

Przyczyna Współczesny artysta napotyka wszechobecne „skostnozmordlenie”, które jest integralnie powiązane z odbiorcą zrastającym się powoli z instytucjami afirmującymi sztukę. W wyniku tego Twórca jest mamiony ezoteryczną mocą, nadającą mu możliwość prezentacji swoich artystycznych wizji wyimaginowanemu odbiorcy (współczesny odbiorca sztuki stanowi coś na kształt Matrycy, a artysta ewoluuje w stronę Maszyny sterującej ludzką jaźnią) za pomocą narzędzi sztuki takich jak (uwaga długa lista): galeria, klub, strona internetowa, pokaz, transmisja, przekaz strumieniowy, autobus, ulica, gazeta, koncert, prywatny apartament, sklep (magazyn wielobranżowy nazywany dawniej Domem Towarowym, aktualnie nomen omen Galerią Handlową). Ta nieciekawa sytuacja kształtuje pozorne wrażenie dostępności, powszechności i mobilności przekazu, powodując swoistą destrukcję podstawowych funkcji sztuki. Niedokończona, ciągle trwająca rewolucja w sztuce ciągnie się od końca wczesnego średniowiecza (tak, tak koniec XIX i początek XX wieku, były tylko jej fluktuacjami, oczywiście mówimy o Sztuce Współczesnej, która jest glo-

106

balną emanacją Sztuki Europejskiej) i ciągle drażni wszelkiej maści demony, którym zawsze sprzeciwiał się Artysta i jego funkcja społeczna. „Quasi-akademizm” nadal szczelnie spowija wszelkie przejawy myśli twórczej już u jej zarania – w umyśle twórcy narzucając swoje reguły. Jakże chętnie przejął ekspresyjne formy wypowiedzi, mające na celu odświeżenie artystycznej ekspresji, takie jak performance i happening, które są tak nachalnie i chętnie mylone w swoich znaczeniach. Przemyślenia te dotyczą przedmiotu sztuki, czyli jej istoty, której zobrazowaniem jest Obiekt. To obiekt jest najważniejszy, dla niego stwarza się odbiorcę. A wiemy już, że we współczesnym świecie obserwator sztuki, często tożsamy z jej konsumentem, stał się swoistą instytucjonalną Hydrą. Dlatego należy tą masę upadłościową permanentnie atakować. Naszym zadaniem jako Twórcy jest zaszczepiać wszelki kod, służący celowi czyli Mutacji. Aby móc nadać odnowione znaczenie obiektom estetycznym, należy dokonać iniekcji do głównego interfejsu (w tym wypadku chodzi o Instytucje) nowego kodu DNA, próbować zmusić różnymi działaniami Dzieło Sztuki do przeprogramowania od-


107


biorcy (na którego składa się każda istota obdarzona zmysłami). Wiadomo, że nie mam szansy na zorientowanie się, czy nasze próby przyniosą skutek (nie będę rozważał jakości uzyskanej w wyniku naszych działań). Po pierwsze, należałoby wykorzystać wszelkie dostępne metody dane nam dzięki rozwojowi Cywilizacji i Społeczeństwa(...?). Nie można się zastanawiać nad „lege artis” tych poczynań. Wirus nie zastanawia się nad swoim działaniem, on po prostu jest nim (tzn. „działaniem”)... ma zmuszać do generowania nowej jakości, nieobliczalnej mutacji lub, w przypadku błędu, dokonać swoistego kolapsu z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dzięki tej ostatniej wymienionej sytuacji, moglibyśmy obserwować swoisty holokaust zdegenerowanych gałęzi powstałych w wyniku całego procesu ewolucji Sztuki. Nie można mieć sentymentalnego związku z kamieniem w bucie. Lepiej umieścić go wraz z butem w butonierce.

Skutek Krótki przewodnik po sposobach na zaatakowanie nowotworu, jaki narósł wokół Sztuki Współczesnej, skrywając ją pierścieniem podejrzanych zależności, siatką wzajemnej adoracji. Oczywiście opis ten jest wstępnym szkicem, część pomysłów nie sili się na bycie sensownymi i wysublimowanymi, część może być aktualnie niewykonalna z powodu różnorodnych przyczyn, część nie jest tu wymieniona. Możemy aktualnie obserwować na świecie podobne działania, już realizowane przez różnych twórców. To się po prostu dzieje. Podstawowe sposoby to czynności, które możemy wykonać przeciwko obiektom dystrybuującym sztukę. Tu możemy wiele osiągnąć, realizując jakieś zdarzenia artystyczne, których nie było w planach danej instytucji, tym sposobem drażnimy i widzą i obsługę. Przy okazji skutecznie paraliżujemy daną instytucję za pomocą dezinformacji, podszywania się pod postacie, instytucje, korzystając z metod „soc-engineering” i stron ze złośliwym kodem, przy użyciu wynajętego sprzętu i ludzi. Realizujemy swoiste hackowanie lub crackowanie galerii przy użyciu między innymi tzw.: metod „brut-force”, ale nie tylko (bardzo przydadzą się w projektowaniu takich działań metody socjotechniczne): 1. Można na przykład nagle i niespodziewanie zarzucić przestrzeń galerii śmieciami i obiektami na skalę masową. Mamy tu do wyboru całą masę obiektów: wszelkiego rodzaju śmieci i odpady, węgiel, gruz, materiały budowlane, palety, folię, płyty OSB, można też wystawić prawdziwe prace swoje lub cudze. Ten swoisty wernisaż, jak i cała wy-

108

stawa może być zawsze nagłośniona przy pomocy własnego obiegu informacji. 2. Następna metoda to swoisty „kidnaping-artist”: po prostu porywamy wystawiającego artystę w dniu wernisażu lub wcześniej i realizujemy inną wystawę (pożądane w przypadku znanych nazwisk lub twórców szczególnie osadzonych w śmietance artystowskiej). 3. Podstawiamy się zamiast artysty lub grupy postaci, rzekomo ze sobą nie powiązanych. Tu możemy, dla uwiarygodnienia ich realności, utworzyć różnorodne byty w internecie, dobrym polem do popisu są tu sieci społeczne. 4. Tworzenie fałszywych stron różnorodnych galerii i innych instytucji powiązanych z kulturą, które umieszczamy w sieci, korzystając z metod spoofingu (na przykład zamiast http://www.bwa.wroc.pl/ tworzymy stronę o nazwie: http://www.bwa.wroc.com/, http://www.bvva.wroc. pl/). Na fałszywych stronach możemy umieszczać informacje, które uważamy za istotne dla nas lub naszej idei. Równolegle możemy blokować oryginalną stronę (tak, jak to robi serwis 4chan z organizacjami antypirackimi). 5. Można też na pokazach multimedialnych lub projekcjach korzystać z urządzeń paraliżujących pokazy, na przykład tak zwany TV-B-Gone Kit, który umożliwia wyłączenie wszelkich telewizorów i ekranów prezentacyjnych, czy też po prostu uniemożliwiać pracę galerii, robiąc zwarcie instalacji elektrycznej, lub dokonując prozaicznego zalania pomieszczeń. Dobre są też metody znane ze szkoły czy okupacji (gazowanie wystaw za pomocą kwasu masłowego wlanego do kanalizacji, oblewanie farbą gości wystawy i inne podobne metody). 6. Atakowanie stron związanych ze sztuką za pomocą wszelkiego rodzaju exploitów, ataków DoS spamu, itp (patrz punkt 4). Na koniec pozwolę sobie przytoczyć cytat z książki Jerzego Ludwińskiego Sztuka niezidentyfikowana – idea wystawy, którą zacząłem właśnie czytać: „Istnieją procesy rozgrywające się w świadomości wielu ludzi, które nie są ujawniane przy pomocy żadnych znanych nam środków przekazu. Być może, że nowa cywilizacja będzie mogła je odbierać drogą zbliżoną do telepatii. Byłby to rodzaj sztuki idealnie powszechnej, a równocześnie idealnie neutralnej. Etapu tego nie da się pokazać na wystawie, można go jednak zasugerować...”.

Disclaimer: Nie ponoszę odpowiedzialności za podane tu porady, wszystko co zostało tu napisane jest tylko fikcją literacką zaprzęgniętą do tego tekstu. Wszelka zbieżność z osobami i instytucjami jest tylko przykładowa i przypadkowa.


Kuratorka Dominik PodsiadĹ&#x201A;y, 2010

H_W_ D_ M_ K_i_ D_ N Dominik PodsiadĹ&#x201A;y, 2010

109


Marta Heberle Żyj we mnie, przeżyj we mnie. Ciało jako przestrzeń doświadczania Innego oraz terytorium pamięci w projektach Art Orienté Objet

Ciało postczłowieka. Ulegające dematerializacji, przetwarzane na bity, sprowadzane do ciągów liczb, kompresowane do algorytmów. Modyfikowane, doskonalone, przedłużane, rozszerzane, przekraczane. Ciało doby technologicznych możliwości, ale i technologicznej opresji. Powstrzymując się od wartościujących ocen przeobrażeń, jakim ulega cielesna powłoka – znajdująca się w bliskim aliansie z technologią, rozwijającą się z gwałtownym przyspieszeniem – które nie przyniosłyby w tym miejscu żadnej korzyści, należy stwierdzić, że owo oddziaływanie nie pozostaje bez wpływu na postrzeganie i rozumienie kategorii ciała, jednocześnie skłaniając do jej rekonceptualizacji i redefinicji. Kwestie związane z przemianami ciała stanowią istotny element sztuki, wykorzystującej jako medium najnowsze technologie. Artystyczne interpretacje eksplorują możliwości przedłużania ciała, dostarczania mu nowych, zmediatyzowanych doświadczeń sensorycznych (np. realizacje Stelarca – Third Ear zawieszone pomiędzy odniesieniem do prostych form szamańskich a pionierskimi operacjami neurologicznymi), badają różne formy relacji, w jakie ciało wchodzi z technologią (np. symbiotyczny związek biobota i człowieka w projekcie A-Positive Eduardo Kaca), bądź też ujawniają jego elementarne właściwości (np. biochemiczne transformacje przeprowadzone przez Yanna Marussicha w Blue Remix). Cary Wolfe wskazuje, że w ciągu ostatniej dekady w obrębie interdyscyplinarnych studiów kulturowych wykształciła się nowa przestrzeń, poświęcona społecznym badaniom nad zwierzętami (Animal Studies). Dyscyplina ta inicjuje między innymi refleksję nad zmianami, jakim – wraz z przedawnieniem tradycyjnego, humanistycznego paradygmatu – uległy pojęcia podmiotowości i doświadczenia, podejmuje związane z nimi kwestie etyczne. Analogiczną tendencję dostrzega Wolfe na gruncie twórczości artystycznej: „w sztuce współczesnej nastąpił wyraźny wzrost zainteresowania tym, co Derrida nazywa «problemem zwierzęcia» jako motywem i tematem”. Twórcze realizacje przyglądają się relacjom między ludźmi i zwierzętami, pytając jednocześnie o to, czego dowiadujemy się w ich kontekście o nas samych. Que le panda vive en moi oraz Que le cheval

110

vive en moi, projekty artystystycznego tandemu Art Orienté Objet unikają prób odpowiedzi na fundamentalne pytanie o to, kim my w perspektywie tych relacji jesteśmy, skupiając się na przekształceniach ciała, powodowanych przez wprowadzanie do jego wnętrza komponentów specyficznie zwierzęcych. Początkowo artyści Marion Laval-Jeantet i Benoît Mangin, konfrontowani z perspektywą zniknięcia biologicznej różnorodności, rozważali koncepcję zakładającą stworzenie szczególnej hybrydy poprzez fuzję człowieka i zwierzęcia, dokonującą się w ciele tego pierwszego, które jednocześnie zostałoby przekształcone w przestrzeń pozwalającą przetrwać zagrożonemu gatunkowi – pandzie. Akcja zakładała transfuzję krwi pandy i, w wymiarze symbolicznym, miała pozwolić zagrożonemu wyginięciem zwierzęciu na przeżycie w ciele człowieka. Na poziomie realnych konsekwencji zmierzała natomiast do podniesienia problemu drastycznego zmniejszania się populacji niektórych gatunków stworzeń. Ze względu na obecne w działaniach instytucji i w systemie prawnym tabu, realizacja pracy okazała się problematyczna, natomiast odmowa pomocy ze strony ośrodków badawczych zmusiła artystów do rezygnacji z pierwotnych zamysłów. Nadal poszukiwali jednak alternatywnych sposobów na zrealizowanie swego zamierzenia, akceptując pewien kompromis związany z modyfikacją oryginalnej idei. Wkrótce rozpoczęli współpracę ze szwajcarskim laboratorium, specjalizującym się w produkcji preparatów wykorzystywanych w terapii nowotworowej. Prowadzone tam badania koncentrowały się przede wszystkim na immunoglobulinach oraz na analizowaniu zgodności krwi zwierzęcej i ludzkiej. W efekcie kolaboracji, Laval-Jeantet zdecydowała się na przetoczenie krwi konia i wykorzystanie immunoglobulin tego zwierzęcia, zaś kontrowersyjnej akcji artystycznej nadała tytuł Niech koń żyje we mnie. Artystka argumentuje wybór siłą zwierzęcia, której spodziewała się doświadczyć w sobie po transfuzji, a która miała stanowić wyzwanie dla rozbieżności fizjologii ludzkiej i ssaka kopytnego; argumentuje także tym, że konie, przynajmniej w sferze fantazji, były już wielokrotnie poddawane hybrydyzacji i przekształcane w jednorożce, Pegazy czy najbliższe człowiekowi centaury. Artystyczny eksperyment nie doprowa-


dził do powstania niezwykłej postaci, zamiast tego był nastawiony raczej na przemiany dokonujące się wewnątrz, w organizmie artystki, zainteresowanej głównie tym, w jaki sposób przyswojenie dużej dawki immunoglobulin naraz zmieni funkcjonowanie jej organizmu, jakie psychofizyczne reakcje wywoła. Przed ostateczną realizacją projektu w akcji performance, eksperymentowała więc z immunoglobulinami neurowydzielniczymi, których podanie wywołało gwałtowną reakcję, objawiającą się pobudzeniem, bezsennością i agresją na różnego rodzaju bodźce zewnętrzne. Radykalna akcja francuskiej grupy, Braterstwo krwi inicjujące debatę na temat granic międzygatunkowych, przywodzi na myśl historię o mitycznym królu Midasie, który wypił krew byka, by w obliczu klęski, spowodowanej najazdem Kimmerów, popełnić samobójstwo. Art Orienté Objet potwierdzają zasadność owego odniesienia, jednak wskazują, że „z dala od śmiertelnej ingerencji (...) celem jest przeprowadzenie prawdziwych terapeutycznych poszukiwań, na mocy których końska krew staje się kompatybilna i wywołuje zbawienne skutki”. Być może nie zbawiennym, ale z pewnością interesującym efektem tego artystycznego działania jest poszerzenie spektrum naturalnych, ludzkich doznań o dosłowne doświadczenie Innego, w tym wypadku zwierzęcia, w obrębie własnego ciała, pozwolenie, by stworzenie innego gatunku przemówiło zarówno przez fizjologię, jak i psychikę. Na czas trwania artystycznego eksperymentu artystka staje się hybrydyczną, liminalną istotą inkorporującą wrażliwość Innego, jego sensorium, komponenty charakterystycznej dlań reaktywności. Wprowadzenie do krwiobiegu immunoglobulin i krwi konia pozwala jej odczuć, w jaki sposób zwierzę reaguje na impulsy z otoczenia, daje wyobrażenie o jego hiperwrażliwości, o tym, jakie czynniki budzą w nim strach, niepokój. Jest to w pewnym sensie ,wywołana przez substancje chemiczne, sensoryczna empatia. Przywoływany już Wolfe, analizując wybrane prace Eduardo Kaca, zauważa, że „obala on centralną pozycję człowieka oraz antropocentryczne tryby rozumienia i doświadczania świata poprzez przemieszczenie centralnej pozycji metonimicznego zastępnika, ludzkiej (i humanistycznej) wzrokowości”. Projekt AOO również odrzuca ów antropocentryczny model doświadczania i rozumienia, czyniąc to w sposób eksplicytny i bezkompromisowy, manifestujący się w dosłownym poddaniu się zwierzęcej reaktywności, a więc temu, jak odczuwa Inny. Zarządzany przez potężną dawkę immunoglobulin organizm Laval-Jeantet jest opanowany przez jakości zwierzęce, reaguje tak jak zwierzę, co pociąga za sobą specyficzną, inną niż ludzka percepcję świata, inne procedury poznawcze. Logika, zgodnie z którą wyzwolony humanistyczny podmiot dominuje nad naturą, zostaje więc zanegowana w symbolicznym akcie otwarcia ciała na doznanie Innego, czy, jak wskazuje Hayles, „podzielenia się sobą” z inną formą życia. Jeśli z kolei weźmiemy pod uwagę kontekst ewolucji, możemy potraktować artystyczny eksperyment francuskiej formacji nie tyle jako doświadczanie Innego w przestrzeni ciała, co raczej jako ożywianie pamięci o stworzeniach, z którymi człowiek posiada pewien rodzaj łączności, pewne wspólne ogniwo. Być może w istotach ludzkich istnieją śladowe cechy charakterystyczne dla koni, zaś Que le cheval vive en moi stanowi ich ewokację? Być może ożywia pamięć o innych utraconych formach czucia, o posiadanych niegdyś cechach, które okazały się być recesywne i jednocześnie objawia jakąś istotną informację o homo sapiens? Jeśli argument ewolucyjny nie wydaje się wystarczająco przekonujący, dowodów naszego biologicznego podobieństwa

do najprostszych nawet form zwierzęcego życia dostarcza Projekt Poznania Ludzkiego Genomu (Human Genome Project). Realizacja AOO w swym pierwotnym, niezrealizowanym kształcie, zakładającym transfuzję krwi pandy, uprawnia także do myślenia o ludzkim ciele jako o terytorium, na którym możliwe jest połowiczne – bo w gruncie rzeczy jedynie symboliczne – przeżycie zagrożonych wyginięciem gatunków. Przewaga, jaką posiadamy z racji tego, że władamy technologią, czyni nas niejako odpowiedzialnymi za życie zwierząt, które są na tyle słabe, że stopniowo stają się całkowicie niedostosowane do naszego świata i znikają z jego powierzchni. Artystyczne przedsięwzięcie Laval-Jeantet i Mangin podpowiada, że jesteśmy w stanie ocalić je, oferując wilgotne bunkry naszych silniejszych, technologicznie uzbrojonych ciał.

111


112


Joasia Krysa SPECTRUM Spectre Spectre to rezultat badań przeprowadzonych przez artystę w Laboratorium Biologii Molekularnej; projekt eksploruje związek między technologią biomolekularną, kodem i zagadnieniami wyrastającymi z technologii sieciowych. W odniesieniu do nowych praktyk biosztuki, celem artysty było zaprezentowanie samoreplikującego się zachowania bakterii i zwrócenia uwagi na biopolityczne znaczenie scenariusza bioterrorystycznego. Przygotowane na wystawę dane z procesu samoreplikacji DNA były prezentowane jako projekcja wizualna i instalacja dźwiękowa. Wystawa obejmowała również bioluminescencyjne bakterie (lucyferaza), rośliny fluorescencyjne (GFP), schematy oraz dokumentację wideo. Badania Roberta B. Liska były początkowo związane z samoreplikacją i wyizolowanym genem bakterii Eschericha Coli. DNA zostało zreplikowane poprzez użycie szybkiej techniki, nazywanej niekiedy molekularnym ksero (PCR- reakcja łańcuchowa polimerazy). Prędkość samoreplikacji jest gwałtowna - po jednym cyklu powstają dwa nowe DNA, a po 30 cyklach w krótkim czasie powstaje ich ponad miliard [4]. Interwencja artysty polegała na stworzeniu scenariusza, w którym został zbudowany nowy rodzaj bakterii – E-coli1XkZF – który szybko namnaża się w wodzie. Został dodany gen, który produkuje szkodliwe dla ludzi białko i zmodyfikowany gen odpowiedzialny za prędkość rozmnażania się w wodzie. Scenariusz jest pokazany jako mapa reprezentująca proces skażenia wody w mieście. Projekt pokazuje w jaki sposób patogen rozprzestrzenia się, ujawnia związki między sieciami biologicznymi i komunikacyjnymi. Autor pokazuje jak łatwo można stworzyć nowy niebezpieczny szczep bakterii i jak szybko może on rozprzestrzeniać się w metropolii, takiej jak Warszawa. Dzieło Liska odzwierciedla jego długoletnie zainteresowanie teorią grafów i koresponduje z poprzednimi pracami związanymi z sieciami, takimi jak projekt NEST, uhonorowany nagrodą na ARCO International Contemporary Art Fair w Madrycie. Projekt można ulokować w szerszej dziedzinie, jaką jest sztuka oprogramowania, która często odnosi się do biologii i wynurzających się zachowań. Oprogramowanie może być postrzegane w kategoriach genotypów (kod maszynowy) i fenotypów (wyższy poziom zachowania, czyli to, co się dzieje, gdy kod zostaje uruchomiony). Autor skupia się na pracy z genotypem, a kiedy ten proces jest wykonywany, generowany jest fenotyp jako doświadczenie artystyczne. Biotechnologia jest wyraźnie uwikłana w skomplikowane narracje kultury, wiedzy i podmiotowości. Przypomina to sposób, w jaki Michel Foucault teoretyzuje ciało i technologię, połączone w konstrukcję władzy – to co nazywa biowładzą [2]. Projekt poznania ludzkiego genomu jest dobrym przykładem, w jaki sposób wiedza i biowładza są związane. Ludzki genom z pewnością należy do wspólnego

dziedzictwa ludzkości, a nie do osób lub przedsiębiorstw. Panująca obecnie tendencja sprawia, że kod jest wtłaczany w system własności. Zagadnienia własności, prywatności, bezpieczeństwa i niewidzialnej architektury sieci są ściśle ze sobą związane. Doświadczenie w dziedzinie biotechnologii sytuuje praktykę artystyczną Liska w pobliżu pracy Eduardo Kaca, który wyprodukował transgeniczne dzieło sztuki „GFP Bunny” (2000). Uwaga mediów, wynikająca z takich projektów i kwestie etyczne z tym związane przybierają niekiedy ekstremalną formę, np. aresztowanie przez FBI artysty Steve’a Kurtza (Critical Art Ensemble) pod zarzutem terroryzmu. Lisek – dostarczając nową bakterię i realistyczny przepis bioterrorystycznego ataku Warszawy – porusza się w przestrzeni problemów związanych z dystrybucją władzy i bezpieczeństwem. Warto zadać pytanie, co jest przeniesione na pierwszy plan, kiedy mówimy, że coś jest bio, np. biopaliwa, biofarmaceutyki i bioterroryzm? Jedno jest pewne i niekwestionowane, „pojęcie życia jest uznane za włączone do domeny technologicznej, zarówno dla zysku ekonomicznego jak i dla potrzeb bezpieczeństwa” [6]. Tak więc ostatni bastion natury jest anektowany przez nowe technologie. Biotechnologiczne artefakty – jak manipulacje DNA lub nowa bakteria – są interesujące nie tylko dlatego, że są szczególnym przypadkiem konfiguracji produkcji wiedzy i wytwarzania niematerialnej bioekonomii, ale również dlatego, że ujawniają pewne sposoby myślenia życia o sobie samym.

Systemy Otwarte Inne prace Liska dotyczą krytycznego zrozumienia dynamiki systemów społecznych. Nacisk położony jest na pojęcie systemów otwartych, o ile otwartość jest związana z systemami typu sieci, platformami internetowymi i narzędziami typu oprogramowanie społeczne. Starszą wersją takiego podejścia – zarówno pod względem chronologii, jak i zastosowanego systemu – jest FACE (Free Arts Concepts Exchange) (2007). Projekt od strony technicznej opiera się na wcześniejszym projekcie FLOAT (2005), który używa grafów, aby dostarczyć online platformę do wymiany, modelowania i testowania konceptów. System jest elastyczną i kooperacyjną platformą do rozwijania nowych konceptów z użyciem tekstów, obrazów, grafiki, wideo i wiadomości. Projekt można określić jako sieciowy system wymiany konceptów, grupowego tworzenia i eksperymentowania. Pozwala użytkownikowi na „grę ze znaczeniem obiektów medialnych poprzez tworzenie nowych obiektów lub przekształcanie wcześniej pobranych. Obiekty dostępne są w postaci kodu źródłowego, który można modyfikować” [5]. Nacisk jest położony na aspekt współpracy – odpowiedzialność za architekturę, w tym elementy konstrukcyjne (np. węzły), przechodzi na jego użytkowników. Proces tworzenia, organizacji i rozłożenia konceptów jest reprezento-

113


wany jako graf, w których każdy koncept ma swój węzeł lub jest konfiguracją kilku węzłów. Uczestnicy mogą kontrolować swoje własne grafy, a także poruszać się poprzez odkrywanie grafów innych uczestników. Ważne jest, aby dostrzec ścisły związek między lokalnymi interwencjami każdego z uczestników i globalnym zachowaniem całej sieci, a także powstające stosunki społeczne: „Dane, które powstają podczas pracy z tą aplikacją mogą mieć wiele różnych właściwości i parametrów – takich jak czas, miejsce, proces tworzenia, proces dystrybucji, referencje, noty krytyczne - które mogą być następnie analizowane i wizualizowane. Dynamiki społeczne – działania i interakcje uczestników prowadzą do personalizacji wartości i pociągają za sobą zmianę porządku społecznego, bez względu na to, czy autorzy są tego świadomi, czy nie” [5]. Propozycja pokazuje, jaką rolę odgrywa oprogramowanie w procesie dynamicznej produkcji znaczeń i tym samym zakłada, że funkcja zarządzania jest rozdystrybuowana w projekcie między uczestnikami. Nie ma jednej centralnej jednostki administrującej. Rozproszony system zarządzania bierze pod uwagę różne poglądy i koncepcje uczestników.

Crash 2.0. Gra w ukrywanie i ujawnianie Crash 2.0 jest eksperymentem społecznym i infrastrukturą, która zajmuje się śledzeniem w sieci informacji dotyczących aktów terrorystycznych takich jak porwania, zamachy i katastrofy lotnicze. Crash 2.0 oparty jest na NEST, który jest „portalem i oprogramowaniem służącym do wyszukiwania oraz wizualizacji połączeń między ludźmi, grupami, wydarzeniami, dokumentami i miejscami” [5]. Do wyszukiwania informacji Lisek zastosował robaka sieciowego, którego napisał, bazując na oprogramowaniu używanym przez rosyjskie służby specjalne GRU. Projekt jest platformą, wspierającą użytkownika w samodzielnym poszukiwaniu, porządkowaniu i weryfikacji informacji. Tym samym projekt oferuje alternatywę dla interpretacji proponowanych przez media. Jaki obraz katastrofy wyłania się z analizy dokumentów i danych z sieci? „Program nie odzwierciedla wydarzeń przeszłych, lecz pokazuje prawdopodobieństwo wydarzeń przyszłych” [5]. Kwestie katastrofy są rozpatrywane w zakresie tego, co implikują. Autor stawia pytanie o wypadek, jako czynnik powodujący kryzys polityczny i zajmuje się problemem paniki oraz innymi, czysto psychologicznymi reakcjami społecznymi. Lisek nie ogranicza sposobu kodowania i dekodowania zdarzenia, wyszydza istnienie klucza, który umożliwia ostateczne rozwikłanie katastrofy smoleńskiej. Przestrzeń zdarzenia jest tworzona przez stosunki społeczne w nim zawarte [1]. Dla Liska wydarzenie takie jak wypadek smoleński, nie jest jakimś zdarzeniem punktowym, lecz zbiorem relacji między rzeczami i osobami. Pokazuje, że fakt to pewna dynamiczna struktura powiązań miedzy osobami, grupami, zdarzeniami, danymi i lokalizacjami. Sugeruje nową formę analizy, która nie zależy od pojęcia faktu, jako rzeczy samej w sobie, pojęcia, które służyło jedynie do sztucznego izolowania faktu w celu pozyskiwania go, przechowywania etc. Fakty nie są wyizolowane, znajdują się w sieci relacji społecznych. Autor zaprzecza zarówno autonomii zdarzenia społecznego, jak i autonomii przeżycia estetycznego – pomysłowi, który ma swoje początki w estetyce Kanta, postrzegającej dzieło sztuki jako rodzaj ding-an-sich i traktującej przeżycie estetyczne jako bezinteresowne i oddzielne od codziennej

114

praktyki. Crash 2.0 może być postrzegane jako ready-made, ujawnia bowiem surowe dane z sieci. W takim ujeciu artysta jawi się jako spadkobierca tradycji Duchampa. Jednak należy dokonać rozróżnienia. W rzeczywistości praca Liska, choć formalnie nawiązuje do metody Duchampa, faktycznie kompromituje ją. Umieszczenie w galerii obiektu codziennego użytku, jakim jest pisuar, zmienia funkcję obiektu, obiekt przestaje istnieć w świecie wartości użytkowych i jest podniesiony do sfery estetycznej, gdzie zostaje nasycony wartościami symbolicznymi, tradycyjnie związanymi z dziełem sztuki [3]. Duchamp zatem zmienia status obiektu, poprzez dodawanie do niego aury estetycznej. Lisek kieruje naszą uwagę na fakt, że ta aura jest iluzoryczna i dzieła sztuki nie istnieją w oderwaniu od relacji społecznych. W samym sercu projektu Liska leży krytyka instytucjonalnych praktyk. Artysta ujawnia praktyki, które mistyfikują prawdziwy charakter stosunków panujących w instytucji i relacje z innymi instytucjami. Warto skorzystać z pojęć używanych przez Lefebvre’a w zakresie strategii i taktyki. Definiuje on strategię jako opanowanie przestrzeni. „Strategia określa przestrzeń, tak by podmioty w ramach tej przestrzeni mogły realizować cele poprzez gromadzenie korzyści, pozwalających na dalszy rozwój ich strategii. Zdrugiej strony, taktyki są to izolowane działania, polegające na wykorzystaniu luki w systemie, w celu tworzenia różnych efektów, aby doprowadzić do zawieszenia systemu” [3]. Strategia, zgodnie z Lefebvrem, to to, co instytucje stosują, aby utrzymać władzę. Działania Liska można nazwać taktycznymi, ponieważ demistyfikują ukryte sieci powiązań pomiędzy instytucjami. Lisek pokazuje, że sztuka, albo przynajmniej patronowanie sztuce przez państwo, mogą być wykorzystywane do manipulacji społeczeństwem, do rozwijania praktyk kontroli. Na płaszczyźnie ogólnej projekt wskazuje, że podczas gdy kultura w zamierzeniu ma być wyrazem ładu społecznego, to u podstawy jest wyrazem politycznej i gospodarczej dominacji. Powyższe projekty warto umieścić w szerszym kontekście: rozważań dotyczących kodu i kapitału. Zdarzenie „staje się walutą kodu. Kod, umożliwiając handel rzeczami, pracuje jako społeczny znacznik, jako nowa formą kapitału” [6]. Z jednej strony możemy spojrzeć na powstawanie ekonomii politycznej w XVII wieku i towarzyszące im pola (demografie, statystyki, analizy populacji) i powiedzieć, że rozwój nowoczesnych form kapitalizmu wyłania się z wczesnej „informatyki” ludności [3]. Z drugiej strony możemy patrzeć na tendencje postfordowskiej, niematerialnej pracy i uznać, że tylko takie formy kapitału mogą obecnie istnieć [1]. Matematyk zastępuje pytania o kod, pytaniem bardziej podstawowym: relacji między życiem i liczbą. Czy życie może być sprowadzone do liczby? Arystoteles zapewne powiedziałby nie, Kartezjusz-Hobbes – tak; Hegel-Rousseau – nie, Darwin-Galton – tak; Bergson – nie, itd. Zatem związek między życiem i liczbą jest przed relacją między życiem i kodem. Czy życie można sprowadzić do szeregu obliczeń? Czy zdarzenie takie, jak wypadek można sprowadzić do działania szeregu algorytmów? Przypisy: [1] K. Becker, Tactical Reality Dictionary, Vienna 2004. [2] Foucault, Michel (1998) The History of Sexuality Vol.1: The Will to Knowledge. London: Penguin. [3] H. Lefebvre, The Production of Space, trans. by Donald Nicholson-Smith, (Cambridge, MA: Blackwell, 1991), s. 84. [4] R.B. Lisek, Spectre http://lisek.art.pl/gespenst.html. [5] R.B. Lisek, NEST http://fundamental.art.pl/NESTofficial.html. [6] R.B. Lisek, Crash Manifesto, Sao Paulo 2010.


115


116


Riccardo Campa W stronę polityki transhumanistycznej

Centralna idea transhumanizmu, traktująca o sterowaniu ewolucją, łączy się z różnorodnymi politycznymi, filozoficznymi oraz religijnymi opiniami. Zgodnie z tym obserwuje się, że i jednostki, i grupy, które dołączyły do ruchu, prezentują wiele odmiennych przekonań. Z jednej strony takie zróżnicowanie w kategorii idei i bodźców może być zaletą, ale z drugiej, może to pociągać za sobą realny paraliż, szczególnie gdy członkowie przedkładają swoje dotychczasowe afiliacje nad przynależność do zorganizowanego transhumanizmu. Aby zaradzić podobnej niedogodności, opublikowałem dokument Włoski Manifest Transhumanistyczny, który – przynajmniej w moich intencjach – przedstawia pozytywną syntezę odmiennych, transhumanistycznych tendencji i filozoficznych inklinacji. W niniejszym artykule mam zamiar zaprezentować kilka idei wyekstrahowanych ze wspomnianego manifestu – tych dotyczących polityki – mając nadzieję na zarażenie nimi pozostałych organizacji aktywnych za granicą oraz w skali międzynarodowej. W ruchu transhumanistycznym istnieją trzy zasadnicze płaszczyzny, w obrębie których przejawiają się ideologiczne różnice: polityczna, religijna i naukowa. W kwestii polityki, ostatnie głosowanie sygnatariuszy WTA (World Transhumanist Association) pokazało, iż transhumaniści mają różnorodne, tradycyjne przekonania polityczne – od skrajnie lewego po radykalnie prawe skrzydło, z uwzględnieniem wszystkiego, co znajduje się pomiędzy. Jednakże liczby wskazują na przewagę zdeklarowanych członków lewicy (ogółem 47%), z dominacją tych, określających siebie jako socjalistów czy postępowców, z niewielkimi frakcjami anarchistów (2%) i komunistów (1%). Podobną liczność wykazują libertarianie (20% całego udziału) z mniejszym, bardziej radykalnym – randianowsko-obiektywistycznym, anarcho-kapitalistycznym i minarchistycznym – komponentem. Istnieją również członkowie, którzy popierają konserwatywne, religijne i nacjonalistyczne idee. Szacuje się istnienie około 0,5% chrześcijańskich demokratów, utożsamiających się z prawoskrzydłowym ekstremizmem. Wśród międzynarodowego członkostwa WTA, do tej pory 14% zdeklarowało poparcie dla ponadskrzydłowej postawy (upwing) (ani po prawej, ani po lewej, ale ku górze), podczas gdy 11% twierdzi, iż nie jest zainteresowane problemami współczesnej polityki. Podobnie wart uwagi jest fakt, iż przytłaczająca większość transhumanistów popiera demokratyczne samostanowienie, podczas gdy – szczegół ten jest równie interesujący – krytyka demokracji przejawia się w całym politycznym spektrum.

W odniesieniu do religii, 64% spośród transhumanistów uważa się za ateistów bądź agnostyków, jednocześnie 31% przynależy do jakiegoś duchowego bądź religijnego ugrupowania. Spośród tych ostatnich, 9% to chrześcijanie (protestanci, katolicy i mormoni), 4% to buddyści, 2% to poganie, 1% – żydzi i muzułmanie – wspominając tylko niektóre z popularnych wspólnot religijnych. Istnieją również i ci, dla których transhumanizm jest religią. W kwestii nauki obserwuje się dwie, przeważające tendencje. Z jednej strony mamy transhumanistów, dbałych o pozostanie w ramach oficjalnej i akademickiej nauki i zgodnie z tym skłonnych uważać fikcję naukową, utopię i futuryzm za niewiele więcej ponad stratę czasu czy użyteczny eksperyment myślowy. Z drugiej strony są transhumaniści, którzy pewne technologie czy kwestie, będące do tej pory jedynie przedmiotem wiary, są gotowi rozpatrywać tylko dlatego, iż zostały wyprorokowane przez wybitnych futurystów czy powieściopisarzy, trudniących się fikcją naukową. Różnice te powstają w większości takich zagadnień jak: transfer umysłu, nieśmiertelność, nadejście technologicznej osobliwości. Okazuje się, iż 19% członków WTA uważa kierunek swojego dyskursu za utopijny, futurystyczny i naukowo-fikcyjny, podczas gdy 8% jest odmiennego zdania, twierdząc, iż WTA jest aż nazbyt skupione na krótkoterminowych, mało inspirujących, wręcz prozaicznych kwestiach. Pozostałe 73% sądzi, iż w tej kwestii obecne podejście WTA jest wystarczająco wyważone. Powyższe rozważania jednak nie powiedzą nam wiele, dopóki nie weźmiemy pod uwagę, jak respondenci interpretują myśl przewodnią WTA. Dlatego też daleko bardziej istotnym jest spostrzeżenie, iż tylko 7% deklaruje swoją przynależność do „nieśmiertelnych”, tj. wierzących w możliwość ziemskiej nieśmiertelności. Pozostałe 93% ogranicza się do bardziej pragmatycznego i realistycznego stanowiska, definiując transhumanizm poprzez pojęcia takie jak: długowieczność, przedłużanie ludzkiego życia oraz podnoszenie jego średniego czasu trwania, w ramach możliwości oferowanych przez nauki biologiczne i przyrodnicze. Jeśli rozważymy, iż: – ogromna większość transhumanistów określa się jako lewoskrzydłowi lub ponadskrzydłowi (up-wingers), – większość nielibertariańskich prawicowców, również tych umiarkowanie religijnych, ma – szczególnie w Europie – orientację wspólnotową, – w Europie nawet libertarianie (nazywani tam liberałami) nie opowiadają się przeciw socjalnej i społecznej polityce w dziedzinie badań, edukacji i służby zdrowia,

117


– wówczas możemy wywnioskować, iż skłonność „plutokratycznego elitaryzmu” do podejrzeń, że transhumanizm jest konspiracją wyższej klasy średniej przeciw współobywatelom, jest jedynie fałszywą karykaturą. Innymi słowy, wizerunek stworzony przez transhumanistyczne mniejszości minarchistyczne i anarcho-kapitalistyczne, przywarł do całego światowego ruchu. W rzeczy samej większość transhumanistów z całego świata wspiera wysiłki tych wszystkich, którzy walczą przeciw wykluczeniu z obecnych i przyszłych technologii, zarówno na społecznym, jak i międzynarodowym poziomie. Zaangażowanie transhumanistów w technologiczne i informacyjne uprawomocnienie (empowerment), może być zdefiniowane na trzech płaszczyznach interwencji: wolności, rozwoju, dostępu. Wolność. Walka o zwiększenie zasobów ludzkich i ekonomicznych, poświęconych techno-nauce i badaniom, jest fundamentalnym krokiem. W tym względzie wydaje się być oczywiste, że bez udzielenia rzeczywistej swobody dociekań – co jest zdefiniowane przez metodę i etos naukowy – podobne wysiłki są daremne. Byłoby to jednoznaczne ze zmarnowaniem owych zasobów. Z tego względu, naszym priorytetem jest antyprohibistyczna walka o uzyskanie niezależności w kwestii prowadzenia badań naukowych w obrębie każdej dziedziny, dodatkowo swoboda mutowania, rozwijania, transformowania własnego fenotypu oraz genotypu. Dla większej precyzyjności, optymalne wykorzystanie środków, już i tak marnych pod względem dostępności, jest dzisiaj poważnie utrudnione przez ograniczone prawa, takie jak włoska ustawa nr 40/2004, dotycząca technologii prokreacyjnych, klonowania, inżynierii genetycznej i eksperymentów na komórkach macierzystych. Uchylenie bądź radykalna reforma tego przepisu prawnego należy do nadrzędnych celów transhumanizmu. Rozwój. Kolejną kwestią jest zagadnienie rozwoju. Odkąd prometejskie, technologiczno-naukowe poszukiwania zostały uwolnione od religijnych, przeszkód politycznych i ekonomicznych, należy ustalić procedurę, która stymulowałaby programy badawcze, dążące do ulepszenia warunków społecznych i jednostkowych, poczynając od zdrowia, jakości i statystycznej długości życia. Na przykład Włochy, będące w pewnej mierze prekursorem w dziedzinie robotyki, nie inwestują wystarczająco w dziedzinę biotechnologii, poczynając od fundamentalnych eksperymentów w zakresie biologii aż do gerontologii oraz przełomowych badań na gruncie medycyny. Z drugiej strony jednak, wydaje się jasne, iż jakikolwiek wysiłek w tym kierunku będzie daremny bez uprzedniej reformy włoskich programów badawczych i systemu akademickiego, prowadzącej do większej przejrzystości, merytokracji i efektywności. Dostęp. Nie zamierzamy jednak na tym poprzestać. Nie powinniśmy zadowalać się oficjalną wolnością i efektywnym wsparciem społecznym dla programu technologiczno-naukowego. Żądamy również rzeczywistej wolności. Oznacza to, iż musimy domagać się polisy socjalnej i gwarancji, iż dochód nie będzie jedynym parametrem decydującym o tym, kto ma faktyczną możliwość doskonalenia się, spowolnienia efektów starzenia, opóźniania śmierci. Implikuje to powszechny podział korzyści wypływających z badań naukowych i efektów innowacji technologicznej, co obejmuje uspołecznienie dostępu do techno-

118

logii. Obywatel byłby uprawniony do decydowania o własnym życiu, z zastrzeżeniem, iż przy podejmowaniu tego wyboru winien móc liczyć na wsparcie społeczności, której jest członkiem. Nie można pozwolić sobie na podobną krótkowzroczność jak zaistnienie jakichkolwiek niejasności, które masowo sprowadziłyby tych wykluczonych do obozu bioluddystów. Polityka dzielenia się dostępem do technologii jest legitymizowana przez kolektywną naturę naukowego wysiłku. Każde odkrycie, wynalazek, innowacja, zawdzięcza swoje istnienie połączeniu wysiłków wielu umysłów, pracujących w odmiennych miejscach i czasach. Kiedy urodziliśmy się, nasza społeczność zobligowała nas do uczestnictwa w jej języku, wiedzy, informacji. Nasza osobowość nie powstała z niczego. Dotyczy to zarówno obywateli, jak i naukowców czy badaczy. Komputer kwantowy, wyprodukowany przez międzynarodową firmę, nie byłby możliwy do wyobrażenia bez koncepcji Demokryta, Galileusza, Leibniza i wielu innych myślicieli. Co więcej, badania naukowe często są bezpośrednio lub pośrednio finansowane lub w ogóle możliwe dzięki funduszom publicznym. Niesprawiedliwe byłoby pobieranie pieniędzy z kieszeni pracowników i obywateli na finansowanie programów badawczych, jeżeli ostateczny ich wynik prowadziłby do ich społecznej marginalizacji. Oczywiście wynalazca czy odkrywca zasługuje na uznanie, włączając w to pieniężne wynagrodzenie, co jest konieczne przy prywatnym gromadzeniu wysiłków; ale nadzwyczaj nieskuteczne jest przyznawanie bezwarunkowych i monopolistycznych praw własności w obrębie nowych technologii, poprzez mechaniczne i rozległe przyznawanie patentów oraz innego rodzaju zabezpieczeń, które mogą zaciemniać wspomniane wyżej zamierzenia oraz uniemożliwić dostrzeżenie rzeczywistego, zbiorowego wysiłku, kryjącego się za doniosłymi odkryciami. Efekt uboczny błędnego postrzegania nauki i technologii, rozumianej jako produkt własności będący rezultatem osobistego wysiłku, jest wyraźnie dostrzegalny. Dzieje się to w świecie, gdzie bez powstrzymywania technologicznego rozwoju istoty ludzkie nadal przepracowują tę samą liczbę godzin w jeszcze bardziej niepewnych realiach niż ich ojcowie, pozbawione korzyści wynikających z rozwoju, jaki niewątpliwie ma miejsce. W tym właśnie upatrujemy słaby punkt obecnych systemów produkcji, które należy poddać korekcie. Pokrótce, syntetyczne podejście do polityki transhumanistycznej winno być określone przez kryteria strategii i wartości, które wywodzą się z różnych, ideologicznych komponentów transhumanizmu. Ci, którzy podkreślają doniosłość mechanizmów rynkowych i modelu otwartego, wolnego społeczeństwa, są najczęściej ekstropistami; technoprogresywność dąży do troski o społeczną sprawiedliwość i interwencję państwa; natomiast ci o nieco bardziej nietzscheańskich czy postmodernistycznych skłonnościach, kładą nacisk na znaczenie uprawomocnienia (empoverment), powszechnej suwerenności oraz kulturowej i etnicznej tożsamości. Postawmy jednak sprawę jasno: syntetyczna wizja wznosząca się ponad centralizacją, jest pozbawiona trzech wielkich idoli doktryn XIX i XX wieku: rynku, państwa, rasy. Tracą one miejsce w imię wyższej wartości – sterowania ewolucją. Tłumaczyła: Emilia Wysocka


119


120


Graham Harwood Jabberwocky “Jabberwocky”, a Perl poem in tune with the original Perl poetry community, differs from the usual through its choice of nonsense as its object (and objective) rather than lyrical sentimentalism, natureworshipping pseudo-haiku and the like. The poem transforms Lewis Carroll’s famous “Jabberwocky” poem to a Perl sourcecode which still is well readable in its relation to the original: #!/usr/bin/perl $brillig and $toves{slithy}; for $gyre ( @wabe ) {} for $gimble ( @wabe ) {} map { s/^.*$/mimsy/g } @borogoves and $mome{raths} = outgrabe; if(my $son = fork) { warn “Beware the Jabberwock!”; jaws && bite, claws && catch; warn “Beware the Jubjub bird” and $shun, $Bandersnatch{frumious} == 1; }else{ $_{hand} = \$sword{vorpal}; seek FOE, $manxome, (4_294_967_296 * time); sleep ($tree{Tumtum} = $_); while (study) { stand } while (study($uffish)) { $_{stand} == 1; } unless ($Jabberwock = fork) { $Jabberwock{eyes} = flame, $Jabberwock{movement} = wiffle, $Jabberwock{location} = $wood{tulgey} +; while ($coming=1) { burble }} (1, 2), (1, 2) and through and through; $sword{vorpal}{blade} = snicker-snack; (kill 9, $Jabberwock), $head = (chop $Jabberwock); sub{ return $_, $head }; } tell $son, “And hast thou slain the Jabberwock?”. “Come to my arms, my beamish boy! “. “O frabjous day! Callooh! Callay! “, $_{joy} = chortle if $son; $brillig and $toves{slithy}; for $gyre ( @wabe ) {} for $gimble ( @wabe ) {} map { s/^.*$/mimsy/g } @borogoves and $mome{raths} = outgrabe; The author humorously calls his writing a “Perl Port of Jabberwocky”, using the common programmer’s terminology of “porting” a program from one computing platform (operating system or programming language) to another. In this case, the “port” is not mere transcoding from one formal instruction code to another, but from English to instruction code in the first place - thus reversing the poetics of Lewis Carroll a.k.a. the Oxford logician Charles Lutwidge Dodson of translating aporias of formal languages into literary fictions. Beyond being a mere transliteration of Carroll’s poem into the typography of a Perl program, Andreychek’s “jabberwocky” is real machine-executable code. Running it creates the two following two lines of output: Beware the Jabberwock! at jabberwocky.pl line 8., Beware the Jubjub bird at jabberwocky.pl line 10. More interesting than that, however, is the invisible output of the program. Similar to the forkbombs, but not as catastrophic, the poem generates three (dysfunctional) system processes, each of them being literally - triggered by one of the three characters of the poem. This “port” of Carroll’s nonsense poem is very well crafted. By adding new dimensions to the text via its algorithmic functions, it is comparable to poems transformed by composers into musical songs.

121121


Mez Breezz <----[inter]Sections-A+B->

<----[inter]S[p]ec[ies]tion-A+B-> A[belCain(ed)]. a> =drea[rhyth]-mica-lly. set[tl(f{l})ing(er)s]. [a< =dreary d(c)ream-rhythms + mica.settling||lingering.f(l)ing. er(ror)s] a>+< =Saving.Private.RoNIN|again|. =my mind_b[c]aulks-[eMotional]frag[ged_again]ment_b[c] lanks. =sl[th]i[E]vering_image-c[L]ordin[ary_jp]gs. =con10t-blocs: +purRrfect_bOne_gen[r]es> +[squ]AWKward_speci[(t)a(i)l]es> +make_me:me+make_u:c[(l)aw(l)!-aw!m]ore> +deSpe[a]r[ed_l]ately[?]_m[s(t)]o(i)[cially]red> +d[p]o[rcelain]ve_wings_drilled_[topo]graphically. <-B[r(m)o(tionDar)W(i)nian]. b> =[eN]gorge[de|]ous.[(co)d(e)]o[o]r[s]ganic.t[(xt)m]umbles. [b< =engorged.organic[ally].coded.doors + gorgeous.text.m(gr) umbles] b<+> =lie[:in:]+lye[:out:]_thr[fl]e[sh(hhh...!e)]ads. =pi[DavidLy]nch[Mob].skinning.in.s[ilvered]p[l]oonic.spaces =content-whurRrs: +and[ste]roidal.m[f]a[ce]sk[i].t[d]Ouched> +body.t[R]IP-trAils> +p[ain.t]eAch[es]finger.stains> +broken_[wh]ore-w[h]orld_winds+m[(u)sh]atterings> +C(ain)[hemi(spheri)ca{u}l]On({Abl}e.di)verting. in.progress.

122


Alan Sondheim

SUPER-NINJA SUPER-NINJA-BOMB and my SUPER-NINJA BREASTS make worlds, of food and all things circumscribed. They are the memory of SUPER-NINJA-TRUE-KNUCKLE-KNOCKOUTCHAIN, they are what has been there before the wires, before your entrances and exits. You can hear my voice there, across me. You can return to me, the path through my body which does no harm, which SUPER-BIG-NINJA-BELLY-KNUCKLE less, which carries thus. SUPERNINJA SUPER-NINJA-BOMB suffers the world and its harshness, the thin film of life skimmed from time itself. Being loses itself, Jennifer you say, you have a beautiful SUPER-NINJA-BOMB, Jennifer, you say, the entrance to your SUPER-NINJA BREASTS.

SUPER-NINJA breasts have opened up to the inconceivable, NINJA would not be able to tell you about my breasts. Their color has been variously described. They are sharp, piercing, but may lay themselves down for you like mellow pools of liquid memories. Not worlds, but worlds are there. Half-lidded in ecstasy, wide-open in wonder. SUPER-NINJA breasts, my breasts. 123


124


Michael Basinski CITY OF WEBS ΕΣєШЛЕ ovalle ringen heo weore goddey(eo)wlOV ‘if heo NeoreNoir to wamed $$ eeyeowloftion ęøĚèEĔ°$eåêêÎwS$e$$÷÷÷ EĘĘÈÉÏ wynter munge wynter wiszhzvwVik’s JuNneni(ke)te W W W W » ( $ ººº êêìÇz Ehbùõzz$$EEôúûEH

H

OBMUSE øÂ¯/ ½ the lotion/lutetion M I I I Eearticruerooticrowbeet earoaretreetseetweelevespot teeth tooth m Apele, AtlanTEve?ISIntercalarx,/ätired to m BEGIN HERE HEBe bargin brigoon M

Spherical, wayting TyrainOpps!sunsweet prune bragin groombride dis to earse the dies t

juicepyRrexiform, MaidenFruit poem by the replacement of muck much clylindrie(ric) cuUrved G RUEÐìêÎé^ñ¾¤öèþêby the landscape with flower beads undifferentiated bit tub vesicle butter ìëêÔ ¾÷øû¤¤ óêëëêõi »¾ÀÀ å f w W f w

)

pm(PMS) addotop(morpf mpf jittter ë Ò ö Ø ¤ ü fever o h E o e 125


discharge water b bin before June h r e

N r mee simple or sympoodially branched m beatifi(ch)koatic H

mmm m e

O

Cento marinated arti/choke beet beeds

w b

bee ver c o H w s

n

“ be eve r r e e e

m w tØúÚùü¤ `µêùÀÀ witches where you com e ôù s m l m e ñêìnitch-ch…ch…ch from e A ö ûúú e M m n Hearts juyce

RAID! Insecticide o N the agony the anger s Y I sporangiophoroses Ssips O a of meaming m d drink boxes djin, (aorata) R w and another NN m i e ssuccesseve Asso/Orted varioties,M a witch is romannce r BejewVVwell the wanton demure H m

“ dwynd

e

f

t (

n e b ë ïï· w “ Ж w u m”Ù½wen “ É i e w e Õ ¯ uîîï e Л e m j a n Juju juncture ^ jazz bd d ll |½^/$¿ e MM ŊŊ η m Jizz one bean of kedney ú n shaped b d m üú æ ¾ “ |ôéæ Ð n m E “ i My Favoripe sherbitr ö l m ôïüùòo e a d d z’dØøúà K 126 e l I /jo›šš| yŸ d 0 Pictsweet whole

“

eE


Okra

e

öøïФ

Ì||’÷÷÷÷÷ ðÐÏy’0 I r g Looks like a Martion’s

w Ummms sexual organ’s heVarvest i N beseaching

i er Mayan City/ been boneless w(immaculate “ A the sea nn M

N eep moist for 11 months morphine /mem owlrye è¤è¤ ÚÚ for meaning D êï÷úïêVVVVVV11 monks, illmonths, mm mm ‘ lurseaS®ch…ch o Ohvëçû chonge ovto byrdinsectsi elffin moths, a A M t

w -/^ñîÈæà w é””” õnnieth elfleafen cunts n

(¤ \)Ã h

e

to e h ë÷þÇcrispy classic crinkle cuts R$$P oll e n e P f o r s t

(SSSS

thewordonenayde onenite Iamknotts I knownowNot rip(e) (sss

h the time directly before the beginning

0do”

n smucker’s jimjam lmjghh “ zb^³k””” e abtacadabra unhooded ~ ÈÉ É÷ôûüôòëêêë v a unhooked hawk knotas a leash you did not know ^êéçæÉ a l a lash tobe upon E ve NN evewee d.eveweed@ úú m m new bride’s nude Bird’s Eye we loved each öëêèçæ m e Pasta Secrets æ ½ò | \)À©lhhot¤her ê é ô ý ÷ 0m KILLLED Ö÷ùüR leg m “ € 127


Marcos Novak Tr a n s m i t o w a n i e a r c h i t e k t u r y

Nigdy za późno, żeby być pierwszym, niemniej powinno się wpierw przynależeć do własnych czasów. Nie gwarantuje tego przyjście na świat w określonym momencie czasu. Większość ludzi żyje w przeszłości (za wyjątkiem drobnych aspektów własnej egzystencji, jeśli w ogóle). Współczesność wymaga wielkiej dyscypliny i nieustannego wysiłku, nie wspominając już o łucie szczęścia. Kiedy komuś uda się wreszcie dogonić czas, bycie pierwszym nie oznacza nic innego poza tym: osadzony w chwili obecnej, zwrócony przed siebie, obserwujący, myślący, używający własnej wyobraźni, próbujesz wybiec tak daleko w przyszłość jak to tylko możliwe.

Transmitowanie architektury (ponownie) Kiedy w 1995 napisałem Transmitowanie Architektury: Transfizyczne Miasto, rozpatrywanie architektury w kategoriach transmisji – dosłownie, nie tylko metaforycznie – było czymś nowym. Esej mówił o tym, że transmisja architektury powinna być postrzegana jako kolejny krok w ewolucji przekazu, rozpoczętej od znaku, symbolu, tekstu, dźwięku, obrazu, ruchomych obrazów i kontynuowanej przez wszystkie aspekty zamieszkiwanej architektury (przestrzeń, miejsce, formę, kształt, strukturę, zamieszkanie, miejski ekosystem itd.), ale również jako n-wymiarowa struktura informacji - (allo)genetyczny kod, mechanizm morfogenetycznego rozwoju, transmisja sama w sobie i implikowany przez nią zmieniony sens przestrzeni – którą należy zrozumieć jako inherentny problem architektoniczny oraz architektoniczne możliwości. Jednocześnie, zestawienie słów „transmitowanie” i „architektura” było czystym szaleństwem, w takim samym stopniu jak współcześniejsza „płynna architektura”. W równym stopniu co „płynna architektura” była to prorocza idea. Na przestrzeni lat okazało się, że ten zlepek jest konieczny (rzeczywistą kwestią jest to, czy my, jako architekci lub obywatele, wybraliśmy ignorowanie tego lub nie) i wpływ tej idei nie przestaje rosnąć na znaczeniu, i dziś, po trzynastu latach, pojawia się jako temat ważnego kongresu architektury, zorganizowanego przez jej najbardziej majestatyczne ciało, UIA ( Union Internationale des Architectes), liczące sobie, jak nam wszędobylska Wikipedia mówi, “ponad milion członków w 113 krajach”. Trasmisja dokonana.

Od zera Nie wskazałem związku pomiędzy wspomnianym UIA World Congress (UIAWC) w Turynie a moim esejem z 1995

128

z pobudek czysto historycznych, w każdym razie nie w wąskim tego słowa znaczeniu. Do dzisiejszego dnia argumentacja użyta w eseju pozostaje istotna, propozycje nie tracą swojej wagi i pozostają tak samo przekonywujące, ponadto jest w nim o wiele więcej dyskusji niż rozstrzygnięć, jak również wiele idei, na których rozwinięcie trzeba będzie jeszcze poczekać wiele lat. Został on ponownie opublikowany z okazji kongresu i czytelnik może się osobiście zaznajomić z jego treścią. Moją troską, w duchu tego eseju, jest przyszłość i to, w jaki sposób ją tworzymy, wychodząc z teraźniejszości. Moją motywacją jest skorzystać z nadarzającej się okazji i sprawić, by esej stał się aktualny również przez następne kilka dekad. Co można dodać do tego, co już zostało w nim poruszone? Tytuł eseju był wręcz proroczy. Na wzmiankę zasługuje również jednakowoż trafne odwołanie do Futuryzmu: jest godne uwagi, ze esej antycypuje tę właśnie zbieżność - UIAWC odbywa się Turynie, w mieście, w którym w 1910 roku, 98 lat temu, powstał futuryzm. Esej mówi o tym, że przeżywamy aktualnie zmiany, które sprawiają, iż to, co fturystów tak niegdyś poruszało, wygląda dziś jak film w zwolnionym tempie. To było wyraźnie widoczne już przed 1995, a dziś jest jeszcze dobitniej i stąd musi być brane bardziej serio. Taka jest natura zmian o przyroście wykładniczym, której mamy tendencję nie doceniać. Jest to niebezpiecznym błędem.


Po optymizmie futurystów nastały dwie Wojny Światowe, których nawet oni nie przewidzieli. Globalne ocieplenie jest globalnym ostrzeżeniem, które, ekstrapolując liniowo przyrost wykładniczy, pojawiło się zbyt późno i reagujemy na nie zbyt nieśmiało. To było faktem sto lat temu i dziś jest nim daleko bardziej. Jak to Marinetti (którego esej cytuję) ujął, musimy nauczyć się nie dowierzać własnemu przestarzałemu, linearnemu myśleniu oraz udoskonalać nasze zdolności antycypowania przyszłości: „Tu i tam, niezdrowe światło padające przez okno nauczyło nas nieufności wobec oszukańczej matematyki naszych słabnących oczu”. Bywa, że w ramach tak-nie-do-końca linearnej historii kultury, rozwiązanie poprzedza rozpoznanie samego problemu. W czasach, gdy esej został napisany, najłatwiej zrozumiałym kontekstem dla Transmitowania Architektury była teleobecność i zamieszkanie w wirtualnym środowisku. W owym czasie wirtualność była intrygująca i pozostanie taką jeszcze na długo. W każdym razie obecnie w obliczu rosnącej świadomości globalizacji, globalnego ocieplenia (dwie strony tego samego medalu) oraz danych ilościowych śladu węglowego, spowodowanego produkcją i transportem, również Transmitowanie Architektury stało się globalnym wymogiem wymagającym globalnej odpowiedzi w architekturze.

Kolejne kroki Jak świat się zmienił w przeciągu tych trzynastu lat, które minęły pomiędzy opublikowaniem w 1995 Transmitting Architecture a UIAWC w 2008? Kilku odpowiedzi może nam udzielić, z jednej strony przyjrzenie się całościowej ludzkiej wiedzy zgromadzonej od tego czasu, lokalnym doświadczeniom globalizacji z drugiej, lub też ostatecznie temu, co łączy oba te aspekty, mianowicie technologicznej bazie globalizacji. Wnioski wydają się znacząco zgodne. W 1995 roku WWW było w dalszym ciągu nowością. Dziś jest ono rusztowaniem i mapą dla naszych niemalże wszystkich przedsięwzięć. Global Positioning System (GPS) był w powijakach, dziś jest powszechny. Human Genome Project4 dopiero się rozpoczynał, FMRI5 jeszcze nie pozwalał nam dostatecznie śledzić pracy mózgu. Nie było również pojazdów badawczych na Marsie, ani sondy Cassini-Huygens okrążającej Saturn. Nie było Google, Wikipedii, YouTube, prawdziwie powszechnych portali środowiskowych, rozwiniętego rynku mediów do ściągnięcia czy też światów on-line. Nie było rewolucji w komputerowo kontrolowanej produkcji, żadnych sympozjów i wystaw TransArchitecture, nie było również ArchiLabu ani wydarzeń z kręgu Non-Standard Architecture. Komputery, dzięki którym jesteśmy podłączeni prawie do wszystkiego, nie były wówczas wielkości PDA, mieszczącego się w naszych dłoniach. Telefony nie były zaopatrzone w GPS, akceleratory 3D ani w aparaty fotograficzne. Atomizacja osiedlenia była teoretyczną spekulacją, a nie żywym stanem rzeczy. A to wszytko razem wzięte teraz odchodzi w przeszłość. Pomimo tego, że przepływ informacji w świecie jest bez porównania doskonalszy niż kiedykolwiek w historii, jesteśmy obecnie w o wiele większym stopniu rozbici przez osamotnienie, strach i przemoc. A nawet ci odwieczni wrogowie rodzaju ludzkiego udoskonalili się za sprawą technologii: zarówno przyjaciel, jak i przeciwnik

używa tych samych kanałów transmisji, podobnych strategii, technik asymetrii, niebezpośredniości i rozproszenia. Bezzałogowe samoloty, żołnierze-roboty, inteligentna broń bezustannie nadaje, odbiera i opracowuje informacje o przestrzeni, w której funkcjonuje. To smutne, ale te maszyny są o wiele wydajniejsze we wzajemnej komunikacji niż sieci stworzone do radzenia sobie z chorobami, kataklizmami, opresją, biedą i głodem. Kiedyś Paul Virilio określił mnie mianem optymisty. Wierzę, że w obliczu niezaprzeczalnych problemów, twórczy optymizm jest etycznym obowiązkiem. Ci z nas, którzy cieszą się łaską wolności i talentu, muszą przezwyciężyć krytycyzm i zdobyć się na propozycje, w jaki sposób ulepszyć świat. … Podczas przygotowywania się do uaktualnienia eseju, przejrzałem zarówno wszystkich laureatów Nagrody Nobla, uhonorowanych pomiędzy 1995 i 2008, jak również wiele innych „epistemologicznych rejestrów”. Zaczynając od 1995, Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny została przyznana grupie badaczy pracujących nad genetyką wczesnego rozwoju. W tym samym roku, Nobel w dziedzinie chemii powędrował do badaczy zajmujących się procesami destrukcji warstwy ozonowej. Rok później, w 1996, Nagrodę Nobla w tej dziedzinie przyznano odkrywcom kolejnej fulerenowej odmiany węgla. Rok

po roku, wyraźny wzorzec stawał się coraz bardziej rozpoznawalny: środowisko i globalne ocieplenie, biologia molekularna i nanotechnologia, biologia rozwojowa, neurofizjologia, rezonans magnetyczny, nadprzewodnictwo, polimery przewodzące i nowe materiały, ekonomia globalizacji i asymetryczna informacja, fizyka neutrino lub Wielki Wybuch – to są tematy, które kształtują nasz kolektywny postęp w poznawaniu świata. Plastyczność świata staje się dla nas coraz jaśniejsza w miarę tempa naszych postępów w kontrolowaniu procesów na fundamentalnym poziomie. Zakres działań jest imponujący, lecz wszystko obraca się wokół następującego: naszej kontroli w mikroskali. Modelowanie w tej skali oznacza modelowanie w znacznej ilości, co z kolei wymaga ogromnej koordynacji i sprzężenia zwrotnego – innymi słowy, środków transmitowania „architektury” nie tylko jako statycznego kształtu lub skończonej formy, lecz – szczególnie – jako drobnych aktywnych mechanizmów i dynamicznej zasady.

129


Transmitowanie architektury ewoluuje. Jeśli w 1995 roku było rozumiane jako użycie sztucznych algorytmów do tworzenia sztucznych światów, tak w 2008 oznacza wykorzystanie naturalnych algorytmów, które już bezpośrednio oddziałują w świecie (np. reakcja łańcuchowa polimerazy), a także bycie inteligentniejszym, bardziej zrównoważonym, elastycznym oraz wytrzymałym. To implikuje eko-systematyczność w trwających już procesach eksploracji oraz zdobycie umiejętności stawania się potężniejszym, poprzez zaniechiwanie rozwiązań siłowych. A to oznacza, że to, co ma być przedmiotem transmisji, powinno być raczej zapytaniem o propozycję i współpracę, aniżeli rodzajem ultimatum stawianego słabszym. Morfogenetyczny rozwój – wiele procesów odpowiedzialnych za kształtowanie skomplikowanych organizmów z jednej, skromnej komórki jest doskonałym przykładem tego, co musimy jeszcze zrozumieć. DNA transmituje naszą architekturę – lecz nie jako wiadomość wykrzyczaną w próżnię. Zharmonizowany, wewnętrzny ekosystem jest

połączone, wszystko przekazuje, wszystko transmituje, wszystko odbiera, nawet jeśli nie słucha. Projekt mojego autorstwa na Biennale w Wenecji w 2004, AlloBio nawoływał do architektury, która rośnie, a nie jest budowana. AlloBrain, mój projekt dla UCSB AlloSpher, składał się z wirtualnego środowiska stworzonego na podstawie danych z FMRI, ukazujących aktywności mojego mózgu. Moje Turbulen Topologies, aktualnie pokazywane w Istambule, składa się zarówno z transmitowanych, jak i wytworzonych prac oraz ze sporych rozmiarów „niewidzialnej architektury/niewidzialnej rzeźby” – pracy, która wykorzystuje technologię śledzenia ruchu i uaktualnia moje wcześniejsze realizacje z Wiednia, Orleanu, Biennale w Wenecji z 2000 roku i tę z Palazzo Delle Papesse w Sienie. Nie są one odseparowanymi projektami, lecz metodycznym budowaniem transwergentnej i przekazywalnej żywej architektury. Krok po kroku, kolejne realizacje wzajemnie się zazębiają. Na zakończenie, nie istnieje ścisłe rozgraniczenie pomiędzy naturą a bytami sztucznymi. Natura w istocie jest mechanizmem, sztucznością o bardzo wysokim stopniu złożoności, i cała ludzka złożoność jest w takim samym stopniu sztuczna, w jakim naturalne jest dla nas bycie człowiekiem. Różnica tkwi tylko w stopniu – w odróżnieniu od nas, natura posiada nieskończone zasoby i wieczną cierpliwość. Jesteśmy jak dzieci na jej placu zabaw. Mamy tak wiele do nauczenia się. Nigdy za późno, żeby być pierwszym. Tłumaczył: Przemek Sanecki

MAT: Media Art and Technology Program CNSI: California NanoSystems Institute Art: Department of Art www.translab.mat.ucsb.edu marcos@mat.uscb.edu

określony z góry, a przekaz sam w sobie dany w falach chemotaksycznego gradientu, uporządkowanych w czasie i przestrzeni, podobnie jak muzyczna kompozycja qualiów – jakości – których interferencja bierze swój wzorzec bezpośrednio z naszych kończyn, narządów, mózgu, umysłu i myśli. W ten właśnie sposób winniśmy nauczyć się pracować, zarówno dla naszej praktyki, jak i zrozumienia co materialny świat jest w stanie nam zaoferować. Transmitowanie architektury w 2008 roku jest stopem przekazu, umysłu i materiału. Jest krokiem w kierunku zbudowania transwergencyjnego i transmodalnego kontinuum n-wymiarów, jako samo-organizującą i samo-kalibrującą się sztuczną formę życia, będącą zarówno organizmem jak i otoczeniem, obejmującym wnętrze i zewnętrze, aktualne i wirtualne, widzialne i niewidzialne. Nazywam to „transwergencją i powstawaniem gatunków”. Dla Friedricha Kieslera było to „korrealizmem” i mówił on o „niekończącym się domu” – lecz jego rysunki wyraźnie tropią to, co łączy wewnętrzne i zewnętrzne światy oraz pokazują, że to, co miał na myśli, znaczyło o wiele więcej aniżeli konwencjonalne wygięte kształty; w istocie, pomimo różnych nazw, dzielił tą samą intuicję: wszystko jest

130


Monika Vitcheva W Y PA D E K L A B O R AT O R I U M

Wszystkie reprezentacje są fałszywe. To, co reprezentujemy, z konieczności różni od tego, co ma być reprezentowane. Jeśli by tak nie było, to byłoby tym, co reprezentuje, a nie reprezentacją. Jedyną prawdziwą fałszywą reprezentacją jest wiara w możliwość prawdziwej reprezentacji. Krytyka nie dostarcza rozwiązania i nic nie opisuje. Krytyka jest akcją w reprezentacji, próbą wytworzenia nowych różnic w dyskursach, jakie mamy do dyspozycji, opisując sztukę. Niniejszy tekst jest próbą opisania tego, co wydarzyło sie pod nazwą LABORATORIUM i było serią interwencji artystycznych, które odbyły się w dniach 12-14.06 w głownych galeriach we Wrocławiu i innych miejscach przestrzeni miasta. Część działań LAB odbyła się w Browarze Mieszczańskim w ramach Festiwalu Podwodny Wrocław. LABORATORIUM jest niezależna grupą 50 wrocławskich artystów. LABORATORIUM pomyślane jest jako warsztat. Eksperymentalna przestrzeń do radykalnych i krytycznych wystąpień artystycznych. Miejsce, gdzie tworzone są nowe dzieła i testowane nowe sytuacje. W tegorocznej edycji LAB artyści zajęli się sztuką wypadku – rozumianego jako nieoczekiwane zderzenie przeciwstawnych sił, mikrokatastrofa w systemie, powodująca jego krótkotrwałe zawieszenie. Wypadek jako zdarzenie, któremu towarzyszy zerwanie porządków i równocześnie niezwykłe wyzwolenie energii.

Wypadek Usunięcie Galerii „To prawda, że nawet w kontrolowanych społeczeństwach, w których żyjemy obecnie, pełno jest wypadków takich jak przestępstwa, ale opór również się zdarza. Piractwo komputerowe i wirusy zastąpiły strajki i to, co XIX wiek nazywał sabotażem.” Gilles Deleuze [11] „(...) Przejmujemy tę przestrzeń, tworzymy swoją białą przestrzeń. W tej chwili przejmujemy BWA Awangarda (...) nie tylko w formie fizycznej. BWA nie istnieje w sieci. W tej chwili galeria należy do nas. Mam nadzieję, że w przyszłości wiele innych miejsc również.” Tymi słowami w niedzieleę14 czerwca 2009 Robert B. Lisek otworzył ostatni wieczór warsztatów/wystąpień Laboratorium, które w tym roku odbyły się pod hasłem „Wypadek”. Następnie spróbował połączyć się ze stroną internetową galerii. W odpowiedzi otrzymał białe okno z komunikatem „połączenie się nie powiodło”. Rzeczywiście – w wyniku ataku, który prze-

prowadził kilka godzin wcześniej, strony BWA Awangarda Wrocław przestały istnieć. Zdarzenie to, o nazwie Removal of Gallery/Usunięcie Galerii [RG/UG], można ująć na wielu płaszczyznach: Atak. RG/UG było usunięciem galerii poprzez przejęcie jej przestrzeni fizycznej i atak sieciowy. Atak sieciowy, użyty przez Liska to trywialny atak typu DoS przez SQLInjection. Zabicie bazy MSQL i serwera, zapytanie postawione odpowiednią liczbę razy skutkuje zawieszeniem serwera i następnie białymi stronami galerii z komunikatem „ po__ czenie si_ nie powiod_o”. Działanie jednak miało szerszy charakter, gdyż atakowi towarzyszyło „wypożyczenie” danych należących do galerii. Kod Otwarty Cześcią działania RG/UG było rozesłanie kodu i przepisu ataku na listy mailingowe, zatem status tego dzieła miał charakter otwarty. Zdemokratyzowany został dostęp do projektu. Praca i cały projekt jest poza kontrolą jednej osoby czy instytucji. Założeniem jest, że kod projektu i informacja muszą być wolne we wszystkich aspektach – jako wymiana, jako przepływ, jako wektor. Projekt trwa nadal i może być wielokrotnie powtarzany w różnych galeriach poprzez zmodyfikowanie zapytania i celu ataku. Oznacza to, że projekt można wystawiać w innych galeriach tzn. można spodziewać się podobnych ataków na inne galerie. Sugerowana procedura ataku i kod są dostępne na serwerze artysty [15]. Warto postawić pytanie, kto właściwie jest autorem projektu, jak artysta może odpowiadać za nową formę, która rozprzestrzenia się sama? I kto jest właścicielem projektu? Ze swej natury każdy akt hakingu pokonuje nakładane na niego ograniczenia własności. Produkować znaczy powtarzać, hakować znaczy różnicować. Każda produkcja jest na początku hakingiem tzn. bazuje na hakingu, ale jest jego zdegenerowaną wersją, formalizuje go i powtarza na bazie jego reprezentacji. Niematerialny charakter informacji oznacza, że posiadanie przez jedną osobę informacji nie pozbawia jej innych. Bezinteresowny dar hakera/artysty, taki jak przekazanie obiektu sztuki albo otwarcie zródeł projektu ,odgrywa kapitalną rolę w zmienianiu wzajemnych stosunków pomiędzy ludzmi, a także przeprogramowuje istniejące zasady gospodarcze i polityczne. W interesie artystów jest swobodny przepływ informacji, jest to warunek konieczny dla zrobienia następnych działań.

131


Samoreplikacja Należy widzieć takie działanie jako próbę budowania samoreplikujacego sie systemu rozproszonego, którego celem jest faktyczne usunięcie galerii. Problemem samoreplikacji Lisek zajmował się już wcześniej. Jako matematyk badał rekurencje i inne techniki. Pracował również z samoreplikacją w sensie biologicznym. W projekcie Gespenst użył technik biologii molekularnej. Wybrał samoreplikację jako jeden z najbardziej podstawowych procesów w przyrodzie [9]. Samoreplikacja tutaj oznacza wzrost i rozprzestrzenianie struktur. Przede wszystkim skoncentrował się na samoreplikacji DNA. Cały projekt był przepisem bioterrorystycznego ataku miasta Warszawy (http://lisek.art.pl/gespenst.html). W tym radykalnym projekcie artysta pokazał, jak łatwo niebezpieczne bak-

pomocą jakich wektorów: biologicznych i komunikacyjnych. W epidemiologii wektor jest ośrodkiem, za pomocą którego dany patogen przenosi się z jednej populacji na drugą. Woda jest wektorem dla cholery, płyny ustrojowe dla HIV. Przez analogię, wektor może być dowolnym ośrodkiem, za pomocą którego przemieszcza się informacja. Telefon, telewizja, telekomunikacja to nazwy innych nosicieli. Wszystkie te formy są telesthesią tzn. postrzeganiem na odległość. Dany wektor ma pewne stałe właściwości, jak prędkość, szerokość pasma, zakres i skalę, ale może zostać rozmieszczony w dowolnym miejscu. Nierównomierne rozmieszczenie wektorów jest nie tylko zjawiskiem technicznym, ale przede wszystkim politycznym i gospodarczym.

terie mogą być tworzone i jak szybko mogą się rozprzestrzeniać w metropoliach, takich jak Warszawa. W wyniku swoich badań, w kooperacji z Laboratorium Biologii Molekularnej na Uniwersytecie Wrocławskim, wygenerował nowy szczep bakterii E-coli, który szybko rozprzestrzenia się w wodzie. Obliczył i przygotował graf [mapę] pokazujący, jak zoptymalizować taki atak. Graf zawiera linki w postaci sieci kanalizacyjnej Warszawy i węzły, w których znajdują się stacje uzdatniania wody. Taki projekt można postrzegać jako próbę zrozumienia zachowania „patogenów”, w jaki sposób się rozprzestrzeniają i za

Samozwrotność [autodestrukcja] Atak Usunięcie Galerii został dokonany z adresu IP galerii, która była celem ataku. Zatem formalnie sama galeria spowodowała, że przestała istnieć. Atak z adresu IP galerii i zapowiedź opublikowania zawarości twardych dysków galerii, przypomina klasyczną już akcje Haacke „Shapolsky et al. Manhattan Real Estate Holdings, A Real Time Social System”. Jeśli jednak traktować to jako usunięcie galerii, to może lepiej odnieść się do pracy Lawrence’a Weinera „A 36” X 36” removal to the lathing or Support Wall of Plaster or Wall-board from a Wall”, w którym to projekcie We-

132


iner programuje usunięcie kilku cegieł ze sciany w galerii. Jednak projekt Liska idzie dalej, jest próba usunięcia całej galerii w określonych ramach czasowych. Dzieło odsyła również do innych działań subwersywnych takich jak projekt Floodnet grupy Electronic Disturbance Theatre, która używając podobnej techniki hackerskiej wspierała rewolucję zapatystów w Meksyku. Nieskończona biel Działanie jest „wymazaniem” istniejącej galerii i otwarciem nowej białej przestrzeni. Biel przywołana jest przez artystę jako znak pewnego procesu redukowania i oczyszczania, a tym samym otwierania przestrzeni sztuki. Projekt startuje od rekurencji, ale sugeruje pewien nieskończony proces. Biała nieskończoność jest wszechobecna w całej tradycji ruchu sztuki awangardowej w XX w. i nie miejsce tutaj, aby rozwijać ten szeroki temat. Rozerwanie reprezentacji Przede wszystkim jednak projekt RG/UG jest próbą radykalnego redefiniowania, czym jest obiekt sztuki sam w sobie. Praca, oprócz audestrukcyjnego i samozwrotnego konceptu, jest próbą zniszczenia wszystkich referencji, zgodnie z formułą, że sztuka jest odrzuceniem reprezentacji, aby rzeczy mogły wyrazić siebie w inny sposób. Tak widziana sztuka jest zawsze tworzeniem różnicy, choćby tylko przez trzy dni trwania Laboratorium, tworzeniem różnicy w samym dziele, produkowaniem różnicy w produkcji informacji, produkowaniem różnicy w systemie zajmującym się dystrybucją i kontrolą sztuki. Jest to problematyzowanie obiektu lub przedmiotu sztuki, poprzez przekształcenie sposobu, w jaki powstaje i jest dystrybuowany. RG/UG nie jest wyłącznie pracą konceptualną, ale faktem, który odbył się w przestrzeni fizycznej, społecznej i wciąż trwa w przestrzeni internetowej. Rekonfiguracja relacji władzy Na innej płaszczyźnie projekt jest próbą rekonfiguracji relacji władzy w instytucji sztuki. Rekonfiguracja oznacza tutaj zawieszenie istniejących w niej systemów kontroli i władzy. Zawieszenie można uznać za udane, ponieważ Lab artyści uwierzyli, że to jest możliwe i stworzyli sobie przestrzeń, gdzie mogli pracować na własnych warunkach (co między innymi umożliwiło takie działania jak performance Saneckiego). Są skuteczne również w tym sensie, że dyrektorzy galerii BWA Wrocław w obawie o utratę stanowisk zadeklarowali, że składają donos do prokuratury o złamaniu prawa w trakcie Laboratorium. Ojcowie dyrektorzy pokazali tym samym, że nie interesują ich żadne dyskursy związane ze sztuką, i że dbają wyłącznie o własne interesy, których gotowi są bronić, jak to sami ujęli „przy pomocy właciwych organów”. Skompromitowali się tym samym jako szefowie instytucji sztuki. Co jest największym zagrożeniem dla tzw. instytucji sztuki? Odpowiedzźbrzmi: sztuka. To paradoks, ale tak się dzieje. Żywa sztuka jest traktowana jako zgrożenie. Wszystkie formy krytycznej działalności stanowią zagrożenie. Innymi słowy, instytucje kulturalne wchodzą w błędne koło. Przypominając McLuhana [13] „z punktu widzenia jajka, kurczak jest tylko środkiem do produkowania większej liczby jajek”. Z punktu widzenia urzędnika dbającego o bezpieczną posadę, sztuka jest tylko sposobem produkowania jeszcze większej ilości powiązań, w których będzie się czuł bezpieczny. Bezpieczeństwo eliminuje potencjalne niespodzianki i gwarantu-

je, że naprawdę nic nowego nie nastąpi. Można to zobaczyć na wszystkich trzech warstwach przemocy: artyści są sądzeni lub karani, a kurator nierzadko zostaje aresztowany. Są również próby tłumienia, wpływania na prace artystów np. poprzez finansowanie (Festiwal Podwodny Wrocław) instytucje (BWA), lub nacisk polityczy (np. poprzez ograniczanie dostępu do przestrzeni publicznej (Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego i Zarząd Mienia Komunalnego miasta Wrocławia odrzuciły wszystkie prośby zalegalizowania działań Laboratorium w przestrzeni miejskiej) i presje z powołaniem się na potrzeby rynku, przemysłu rozrywkowego (Stowarzyszenie Sztuki Industrial i Festiwal Podwodny Wrocław). Wracając do wypadku RG/UG, mamy zatem do czynienia z wielokrotną subwersją. Pierwsza z nich polegała na autodestrukcyjnym działaniu w obrębie systemu sztuki (artysta hackujący instytucję sztuki albo raczej instytucja sztuki sama się hackująca). Druga poszła o krok dalej i odnosiła się do ram nakładanych na artystę przez konteksty społeczne daleko szersze, aniżeli sam system sztuki, które dziś z nową siłą starają się manipulować artystami. RG/UG i inne interwencje artystyczne w ramach LABORATORIUM pozwalają, by pojawiły sie kontradykcje w systemie kontroli, a tym samym, by nowe formy władzy i kontroli mogły być na nowo konceptualizowane, testowane i praktykowane.

Wypadek Amfetamina „Nie istnieją żadne kryteria. Istnieją dostępne w równym stopniu formuły, a o ich znaczeniu decyduje tak naprawdę stan konfliktu, który jest wobec nich zewnętrzny” [17]. Przeprowadźmy eksperyment myślowy na gruncie sztuki. Przypuśćmy zaistnienie takiego wydarzenia jak publiczne zażycie przez artystę 100 mg amfetaminy, mające miejsce na terenie jednej z instytucji sztuki. W relacyjnym upolitycznieniu aktów artystycznych, negocjacja artysty z regułami sztuki, „działającą samą z siebie maszyną kawalerską” [2], staje się przedmiotem strategii artystycznej. Co ważne, ów systemem sztuki, bytuje na polu norm społeczno-prawnych. Według Świdzińskiego na przykład, sztuka jest działającą praktyką społeczną, zmieniającą rzeczywistość w nieustannym procesie dekonstruowania zużytych znaczeń i budowaniu w ich miejsce nowych [18]. Powstaje pytanie: czym, w ramach sztuki, staje się gest artysty, będący łamaniem ustalonych norm społeczno-prawnych? Eksperyment odbył się 13 czerwca 2009, w ramach Laboratorium we wrocławskim BWA Awangarda. Takie pytanie postawił Przemysław Sanecki, przedtem oficjalnie deklarując swoje zamiary, rodzaj i ilość aplikowanej substancji. Zaopatrzony w kartę kredytową i banknot, w towarzystwie publiczności, artysta w konwencjonalny sposób wprowadził substancję do organizmu. Na tym performance się zakończył. Nurt performerski, od lat ‚60. sukcesywnie uelastyczniał wszelkie wyobrażalne granice od wytrzymałości psychofizycznej po mentalnokulturową, zgodnie z etosem awangardy (ostatniej) zawężając parametry sztuki i życia do jednego punktu. Nie zważał natomiast na legalność podejmowanych działań, a już na pewno nie dbał o odniesienie do ram sztuki. Gdzieżby sztuka ekstremalna miała się tym kłopotać, abstrahując swoje istnienie względem wszelkich systemów wokół niej funkcjonujących, przejęta wyłącznie swoją kondycją organiczno­

133


psychiczną. „Założenie było takie, że policja nie przyjedzie” [5]. W jednym z wywiadów Chris Burden (napaść z bronią na prezenterkę telewizyjną, strzelanie do przelatujących samolotów), weteran gatunku, stwierdza, iż ich przedsięwzięcia były testowaniem własnych iluzji i fantazji o tym, co może się wydarzyć, czyli było to skupienie się na czysto indywidualnym doświadczeniu. Tak funkcjonuje przyzwyczajenie widzów do odbioru radykalnych działań podejmowanych przez artystę – iluzjonistę nad zapadnią sztuki. Z najprostszego wnioskowania wynika więc, iż zamiast owego lokalnego standardu jednej kreski, amfetamina winna tu być liczona w gramach. Ale nie to było celem tego eksperymentu, nie było takiej potrzeby, już nie w czasie utopii „po orgii” [2]. Ale owo metrum czasowe dotyczy, co ciekawe tylko sfery obyczajowej, nieoficjalnej, nadal zastając w sztucznym dziewictwie aparat instytucjonalny. Faktem jest jednak, iż procedura Saneckiego dotyczyła reakcji organizmu, nie artysty, ale sztuki, w sytuacji bycia jednym z orzeczeń społecznego podmiotu, obok ekonomii i gospodarki, jako ich ekwiwalent, współwinny komponent w cyrkulacjach decyzji. Czym staje się wdarcie do świata kultury wysokiej, przewidywalnej, maskowanej, zerwanie standardów kulturowej wymiany i handlowego status quo? W miękkiej archepolityce postfordowskiego globalopolis performance Saneckiego odnajduje swoje uzasadnienie, nie tylko poprzez użycie czasu i przestrzeni sztuki dla stworzenia faktu politycznego. Choć stworzona przez Saneckiego kategoria „performizm”, opowiada się za upolitycznieniem sztuki, czyni to w sposób w jaki o polityczności pisze Ranciere – jako o upodmiotowionym uczestnictwie w podziale tego, co wspólne w pisaniu historii. W obliczu neoliberalnej utopii, w ramach której dystrybucja funkcji jest przeprowadzana w sposób rozproszony, co czyni jej reżim trudniejszy do identyfikacji i zdolny do maskowania swych reguł pozorami wolności i cnoty przedsiębiorczości, Sanecki proponuje strategię oporu starą jak dadaizm – heterotopię ready-made. „Istnieje (...) pole gry, gdzie zawarte w tych formach modele indywiduacji oraz środki łączenia sekwencji przyczyniają się do uwolnienia politycznych możliwości przez odformatowanie rzeczywistości wyprodukowanej przez kontrolowane media, przez demontaż więzi łączących to, co można zobaczyć, powiedzieć oraz pomyśleć” [5]. Rancière opowiada się w swoich analizach za nierozerwalnością kwestii estetycznych (postrzeganie rzeczywistości), z kwestiami politycznymi (jej działanie i organizacja). Dalej według Jacquesa Ranciere’a, polityka estetyczna zawsze definiuje się za pomocą ułożenia na nowo tego, co zmysłowe, rekonfiguracji danych form percepcji. Te przesunięcie w sensorium, które uczynił Sanecki przy pomocy formy artystycznej, jest nielegalne nie z powodu kpiny z systemu penitencjarnego, ale dlatego, że pomimo swojego silnego materialnego umocowania jest niby-ciałem, duchem swobodnie przemieszczającym się pomiędzy granicami ciał. Inkluzja świata sztuki w świat globalnego handlu dziełami sztuki jest reakcją obronną neoliberalizmu przed takim właśnie wolnym duchem przeciekającym przez palce policji (w szerszym rozumieniu). Co oznacza performance Saneckiego dla tej realności? Jest swoistym szantażem, waloryzacja jego działania stanie się możliwa jedynie pod warunkiem zmiany racjonalności, co wiąże się z pewnymi dla systemu kosztami - utratą przez nią władzy bez gwarancji, że coś zyska. Jak sugeruje Grzegorz Dziamski, „zadaniem artysty nie jest bowiem wyrażanie siebie ani wy-

134

myślanie nowych idei, lecz analizowanie mechanizmów znakowania po to, by wytwarzać nowe systemy znakowe, zaprzeczające zastanym schematom postrzegania świata. (...) Sztuka jest wbudowaną w strukturę ludzkiego umysłu potrzebą ciągłej destrukcji tego, co jest na rzecz tego, co może być. Na tym polegać ma poznawczy sens sztuki konceptualnej i postkonceptualnej, który w gruncie rzeczy nie jest poznawaniem czegoś, lecz wytwarzaniem nowych modeli, wzorców, prototypów postrzegania rzeczywistości” [12]. Ale dlaczego tak? Dlaczego Sanecki posłużył się wykładnią tak prostego, inicjacyjnego gestu? Większość ludzi czerpie wiedzę o projektach artystycznych z informacji wtórnych. Seth Siegelaub, jeden z czołowych kuratorów i propagatorów sztuki konceptualnej, najlepiej znany ze swojej promocji konceptualizmu, twierdził, iż chodzi o to, żeby wtórne informacje zastąpić pierwotnymi – informacje o sztuce zastąpić informacjami tworzonymi przez samych artystów. Sanecki wprowadza informację do systemu operacyjnego instytucji artystycznej. Co więcej, działanie Saneckiego, wydające się z początku czymś, do czego publiczność została już przyzwyczajona, staje się w efekcie zdystansowanym konceptualnie wysunięciem tezy. „Podczas gdy miejsce wystawy stanowi już samo w sobie medium artystów konceptualnych, dzisiaj stało się ono jak każde inne miejscem produkcji. Zadaniem nie jest już analiza i krytyka tejże przestrzeni, lecz umiejscowienie jej w kontekście szerszego systemu produkcji, z którym musi ono ustalić i skodyfikować relacje” [4]. W 1991 Pierre Joseph, artysta przypisywany przez Bourriaud’a nurtowi relacyjnemu, sporządził niekończącą się listę nielegalnych bądź niebezpiecznych działań, które miały miejsce w centrach sztuki (poczynając od strzelania do samolotów, robienia graffiti, niszczenia budynku i pracy w niedzielę), co tym samym, czyniło miejsca wystawiennicze „przestrzenią do symulacji wirtualnych wolności i doświadczeń”. Sztuka, przezywana narkotykiem, niegdyś wiązana była z mocniejszym samopoczuciem, tożsamym z jego przyjęciem. Nie przypadkiem zwłoki szamańskie, znajdowane na torfowiskach, identyfikowano po towarzyszącym im zapasie grzybów halucynogennych. Szaman, często łączony z postacią artysty, cieszył się jasno określonym statusem, zracjonalizowaną i skodyfikowaną pozycją w społeczności plemiennej. Pytanie – dlaczego w tak racjonalnym i ekonomicznie planowanym czasie pozycja artysty nie jest podobnie skonkretyzowana w społeczeństwie. Jaka jest więc funkcja i powód utrzymywania takich postaw przez społeczeństwo, skoro funkcja rozrywki i mimetyzmu, nie wspominając już transcendencji, dawno zyskały całkowitą autonomię w odrębnych dziedzinach. Podrażnienie obszaru wykraczającego poza samoreferencyjność dzieła sztuki, stawia pytanie o „poczucie sprawczości” posługiwania się nim. Czy nadal jest dziedziną wykluczoną, „bezpieczną”, bo poza władzą rozstrzygania? Czy ów gest pozostaje rozstrzygany w obrębie sztuki, czy zyskuje referencje poza nią samą?

Wypadek Spektakl Absurdu „Celem spektaklu jest, aby z rewolucjonistów zrobić tajnych agentów, a tajnych agentów zamienić w rewolucjonistów” [10]. W społeczeństwie masowym publiczność nie ma bezpośredniego kontaktu z wydarzeniami artystycznymi, ma do nich dostęp za pośrednictwem mediów. Tym samym,


informacje o wydarzeniach stają się pretekstem do analizowania samych mediów. W przypadku akcji Jacka Pontona Jankowskiego, próbie zostaje poddana metodologia działania aparatu instytucjonalnego i mediów w sytuacjach zagrożenia. W obiekcie monitorowanym, w formie różowej budki, zamiast emisji porno, wystawił jednostronicowy manifest przeciw „pornograficznej hipokryzji”. Manifest dotyczył społecznej anestezji na problemy pornografii i erotyki, zdarzeń, które lokalizują się gdzieś pod progiem świadomości przeciętnego mieszkańca. Ponton to artysta zanurzony w konsumpcyjnej wrażliwości mas, pozycjonujący się bardziej w obszarze działań społecznych aniżeli sztuki, wyłamujący się poza nią, poszukujący interakcji w środowisku społecznym. Tegoroczne działanie dotyczyło fantomicznego istnienia festiwalu filmów porno. Podobne strategie spotykamy w obszarze sztuki, jak choćby w przypadku grupy artystycznej 010011010100110. org (United We Stand). Znamy również konceptualne strategie do tworzenia nieistniejących dzieł sztuki i wydarzeń artystycznych. Po krótkiej promocji „Pierwszego, rodzinnego Festiwalu Filmów PORNO” w postaci plakatu, ów, rozklejony 2 tygodnie przed działaniami Laboratorium, natychmiast znika. Poruszając się kanałami TOK FM i dalej „Gazety Wyborczej”, informacja osiąga apogeum reperkusji w dzień przed otwarciem Laboratorium. Sponsorzy nie zdołali przełknąć swego imienia pod pojęciem „porno”. Kurator Laboratorium dostał ultimatum od prezesa Browaru Mieszczańskiego, polegające na podpisaniu dokumentu skonstruowanego w ten sposób, że czyni go odpowiedzialnym za poglądy etyczne i religijne „osób trzecich” oraz ochronę obiektu. Cenzura instytucjonalna w świecie sztuki jest od lat 90. znanym problemem. Tym razem próba ocenzurowania Laboratorium nie powiodła się. Innym elementem, który prowokuje artystów do działań sabotażowych, jest rozrost biurokracji i struktur urzędniczych. Marcin Harlender, konsekwentnie wierny idei sztuki konceptualnej, tym razem wykonał performance, w którym manifestował swoją postawę wobec, wciąż narzucającego się wątku, ciemnej materii środowiska urzędniczego. W jednym z wywiadów dla galerii Entropia we Wrocławiu, Harlender wspomina o notorycznej marginalizacji bądź niezrozumieniu roli sztuki. Wiąże się to z brakiem kompetencji urzędników, „od których zależą decyzje dotyczące losów artystów”. To tłumaczy brak przyzwoitych efektów pracy. Traktowanie sztuki jako infantylnych, nienormalnych praktyk „może wynikać z tego, że większość ludzi miała ze sztuką związek w okresie przedszkolnym”. Można postawić tutaj pytanie o zasadność istnienia uczelni artystycznych, fundowanych przez państwo, o sens kształcenia brygady ludzi, którzy po opuszczeniu instytucji kształcących, zaczynają mieć faktycznie wiele poważnych problemów w życiu. Formułując ten problem ostrzej i szerzej: czy edukacja jest produkcją niewolników, którzy zasilą firmy i pomnożą dochody klasy dominującej? Edukacja sama w sobie nie jest wiedzą. Nie jest niezbędna do zdobycia wiedzy. Edukacja jest organizacją wiedzy w ramach ograniczeń niedoboru. Edukacja polega raczej na segregowaniu i kontrolowaniu: tworzeniu dyscyplin wiedzy, podzieleniu jej na jednorodne pola, którym przewodniczy, odpowiednio kwalifikowana, grupa urzędników spełniajaca role „policji wiedzy”. Można zdobyć wykształcenie, ale ono może stać się punktem wyjścia do wiedzy tylko w ramach procesu (auto)transformacji. Wiedza jako taka jest tylko częściowo przejęta przez edukację, jej praktyka zawsze przekracza edukację.

„Co jest za tym murem?” – tak brzmiało wyzwanie Harlendera, wypisane na murze oddzielającym BWA Awangarda od Urzędu Miasta Wrocław. Faktem jest, iż jako nieruchomość oba tereny stanowią całość. Harlender zdecydował się na pomysł metaforycznej misji zwiadowczej z użyciem drabiny na tereny nieznane i zakazane (artystom). Była to akcja dająca „w sposób bezpośredni możliwość (a być może nawet i konieczność) ingerencji artystów oraz całego świata sztuki w rzeczywistość enklaw urzędniczych”. Pokaz okazał się skuteczny. Dzięki odwadze zwiadowców-ochotników teren został wstępnie rozpoznany. Idea Harlendera spotkała się z równolegle rozwijaną ideą Liska, która polega na skonstruowaniu Naczelnego Urzędu Wrocławia poprzez obnażenia aparatu biurokratycznego, stworzenie swego rodzaju meta­instytucji, łączącej wszystkie urzędy wrocławskie. Dla Noama Chomskiego, różnica pomiędzy społeczeństwem „demokratycznym” a systemami „totalitarnymi” jest „zasadniczo kwestią formy”. „(...) w społeczeństwach totalitarnych państwo ustanawia oficjalną prawdę i zakazuje wyrażania dysydenckich punktów widzenia, podczas gdy w kapitalistycznych demokracjach cenzura jest nakładana przez bardziej złożone mechanizmy.” [8]. Ciekawym zabiegiem jest tzw. mechanizm pozornego sprzeciwu, który jest formą dopuszczania bezpiecznych opozycji. Indoktrynacja i niedopuszczenie innych stanowisk do „bycia częścią debaty” niszczy kulturę sprzeciwu, tworzy wkład w „fabrykowanie przyzwolenia”, promując bierność i konformizm. Społeczeństwo kapitalistyczne jest poddawane subtelniejszym metodom manipulacji, które są dużo bardziej wysublimowane od tych, stosowanych przez aparat totalitarny, przez co zyskują na kamuflażu. Sztuka polega więc na tym, by wiedzieć „jak poprowadzić gracza/widza, by nie zauważył, że został poprowadzony.” Jest to flagowa zasada chociażby gramatyki interaktywnej, czy filmowej, obowiązująca konstruktorów wszelkich narracji [18]. Estetyka jest jedną z form wyrafinowanej manipulacji, sprawującej niewyobrażalną dyktaturę, przybierającą na sile w co bardziej zblazowanych momentach. Już od dawna samo pojęcie oderwało się od definicji sztuki, stając się modułem manipulacji, nie tylko kultury konsumpcyjnej. Sądzi się, iż najlepiej skrojonymi mundurami w historii wojskowości były mundury SS. Naziści musieli podtrzymywać w umysłach okupowanych estetyczne wrażenie niemożliwości bycia pokonanym, funkcjonując jako groźni półbogowie, ostatnie rzeźby kultowe. Ten obszar zainteresowań wydaje się odnosić do działań niektórych Lab artystow nierzadko posługujących się fetyszem nazizmu. Estetyka, minimalizm, chłód oraz priorytet formalny są aplikowany w komunikatach o bardzo dramatycznych treściach. W przypadku Różanskiego, żyjącego już po śmierci obrazu, gdzie obraz zostaje tylko bombą informacyjną, nie widzimy rzeczy, tylko ich reprezentacje. Jednak to, co znajdujemy pod warstwą wizualną, nie jest już tak uszczęśliwiające. Podobnie jak odległość. Widok na ziemię z kokpitu samolotu bombardującego okolicę, jest całkowicie odfiltrowany z powagi i tragizmu sytuacji, stając się kompletnie wyabstrahowaną strukturą graficzną. Wizualizacja Rozańskiego, to pulsujące alarmowo breslau hochwasser 2.0- projekt-powódź, czyli mapa Wrocławia z hipotetycznym scenariuszem blokady ruchu drogowego w centrum Wrocławia. Estetyka jest z zasady kamuflażem. Działanie Dominika Podsiadłego aka dominikvsmad o tytule: Do diaska, blooguumm!!! -Wypadek następnie Awaria poprzedzone zostało serią niespodzie-

135


wanych wypadków. Ten ciąg zdarzeń zainspirował go do stworzenia w konwencji kina niemego (Podróż na księżyc, Frankenstein) wystąpienia będącego działaniem z pogranicza sztuk plastycznych, muzyki i teatru, w którym użył stworzonych przez siebie blogów: w-wypadek.blogspot. com i awaria.blogspot.com. Inny zabieg o tytule BLACK BOX live act zaprezentował Gerard Lebik: kompozycja wykorzystująca materiał dzwiękowy zarejestrowany przez czarne skrzynki 6 samolotów pasażerskich, które uległy katastrofom lotniczym.

Wypadki Paniczne „Dopełnij kręgu w kierunku przeciwnym do ruchu wskazowek zegara, powróć do środka i wznieś głos paiański ze słowami „IOA PAN”, wykonując znaki N.O.X” [14]. W. Bourroughs, w swoim eseju Upadek sztuki [7], przypomina o jej magicznej proweniencji. Ryt magiczny pozwala na ukierunkowanie woli. Bez inicjującego gestu, bez postanowienia, że coś ma się wydarzyć, nic się stać nie może. Jest to poniekąd pewna postawa zaprzeczająca stagnacji i bierności, której sprzyjały wierzenia oparte na fatum i przekonania o nienaruszalności zdarzeń. Wątki paniczne towarzyszyły Laboratorium od samego powstania. Wyrazu „paniczny” używamy tutaj zgodnie z jego etymologią. Pan, symbolizowany nierzadko w postaci kozła, jest uosobieniem nieuwarunkowanej siły natury, czystą formą ekstazy i ekspansji. Na otwarciu Laboratorium’08, ktore było zdecydowanym atakiem dźwiękiem o niskich częstotliwościach (Lisek & AVABAF) i towarzyszącym mu atakiem świecami dymnymi, publiczność zareagowala paniką. Innym przykładem jest zdarzenie o tytule a pamięć idzie w zapomnienie, które wykonała Grupa Dialogu z Torunia podczas LAB’09. Była to próba zaatakowania ludzkiej tożsamości poprzez wypadek na pamięci. Pamięć, jako zdolność przechowywania i odtwarzania doświadczeń (zarówno jednostek, jak i zbiorowości) i kierowania się nimi w przyszłości stanowi podstawę ludzkiej tożsamości. Praca miała formę koncertu: perkusja spotkała się na scenie z aranżacją dźwiękową wyprowadzoną z kwadratu, tablica spotkała papier, zapisana płyta nie może być zapisana. Jednak koncert wymknął się spod kontroli i przekształcił sie w rodzaj panicznego rytuału. Działanie stało sie powrotem do pamięci zbiorowej. Przywołane zostały unikalne materiały z satanistycznej operacji Babalon (Jack Parson) w postaci przeprogramowania (Robert B. Lisek) filmu Kenetha Angera Invocation to my demon brother. W trakcie koncertu została spalona lista z nazwiskami i nickami wszystkich artystów należących do Laboratorium. W ten symboliczny sposób Laboratorium zostało oczyszczone w procesie spalania i zatarło za sobą ślady, świadomie weszło w przestrzeń zapominania jako „kolejne pokolenie do przegrania” (Kaman). Wątki rytualne i religijne pojawiły się w Laboratorium również w innym kontekście. Grupa religijna Bioscoop Kerk „Loge orgel” zbudowała instalację z elementów, które przypominały relikwie z Bio­Kościoła. Wysoce energetycznych zdarzenie wyprodukował Jesus Is A Noise Commander. Podczas jego koncertów, w browarze i z Taylorbirdem w BWA, grupa osób wpadła w wir orgiastyczno-panicznej zabawy. Specyficzną wartość stanowiła Legumina Alea, muzyczny projekt Janka Krukowskiego i Pawła Macieji Maciejkowicza, bazujący na przetworzeniach środkowo- i wschodnio-europejskich tradycji muzycznych i obrzędowych (etniczne skale o paradok-

136

salnej budowie, multifoniki, rytualne polirytmie, mikrotonalność). To tylko fragment większej całości; odbyło się kilkadziesiąt wysoce eksperymentalnych zdarzeń. Ujawnione zostały nowatorskie przestrzenie muzyczne i metajęzykowe (Dddekombinacja, Korporatia, Trippmatic, avabaf, JZSL, Enay, Wysocka, Sas&P. Lisek, Trotyl, Plastic Interior Urynian, Sunus). Powstały unikalne obiekty/sytuacje [Jarosław Potok Potoczny, vj Kamyk & Ghostman, Hiro82, Rosa Ichi Sam &PiK].

Wypadek Rozproszony „W ostatecznym rozrachunku państwo może rozpoznaje wszelkie roszczenia o tożsamość, ale to, co państwo nie może tolerować w żaden sposób, jest fakt, że osobowości tworzą wspólnotę bez potwierdzenia tożsamości” [1]. Dzieła sztuki i próby sabotowania sytemu powinny mieć charakter rozproszony i przypominać wirusy, ponieważ kontrola i władza ma charakter rozproszony. Powstanie pierwszych znanych wirusów, jak gra Darwin związane były z laboratoriami AT&T/Bell Labs (wczesne lata 60.), następnie „Cookie Monster” (MIT) „Creeper” i „Reaper” (BBN wczesne lata 70.), tapeworm (XeroxPARC) itd. Tak jak w przypadku hakingu, ich głównym celem była działaność badawcza. Następnie jezyk biologii stał się szybko popularnym narzędziem opisującym wiele zjawisk. Wirusy komputerowe i ich kuzyni (robaki i konie trojanskie), tak jak wirusy biologiczne, wykorzystują normalne funkcjonowanie ich gospodarza, aby produkować więcej kopii samych siebie. Nie wszystkie jednak wirusy są destrukcyjne (w biologii rownież). Pewne wirusy komputerowe mogą niszczyć dane, ale mogą też być użyteczne (demonstrować słabe strony zabezpieczeń), badawcze (zyskiwanie dostępu), lub oparte raczej na zakłóceniach niż na destrukcji (np. przekierowanie ruchu, zatykanie sieci). Opisano kilka generacji „złośliwych” kodów. Pierwsza generacja rozprzestrzenia się z komputera do komputera przez dyski zewnętrzne. Są to często dodane wirusy, które przepisują program lub wirusy boot sectora. Druga generacja wirusów pracuje poprzez zamiane i przycinanie kodu programu tak że kod zachowuje ten sam rozmiar. Trzecia generacja wirusów poszła dalej, są one w stanie przechwycić i udawać program antywirusowy, a tym samym skanować fałszywe pliki. Czwartą generacją są wirusy, które potrafi użyć atakującego kodu do przeprowadzenia infiltracji na wielu płaszczyznach. Piąta generacja, najciekawsza, to wirusy wielomorficzne, które zawierają elementy sztucznego życia. Tego typu wirusy są w stanie same się modyfikować, rozprzetrzeniając się w sieci. Zawierają one fragment kodu, tzw. maszynę mutacji, której zadaniem jest modyfikowanie sygnatury kodu, co uniemożliwia wykrycie przez programy antywirusowe. Wirusy takie, jak wirusy polimorficzne są tak zdefiniowane ze względu na ich umiejetnosść replikowania różnic. Oznacza to, ze są one w stanie zmieniac siebie w tym samym czasie, gdy replikują się i rozprzestrzenniają, a tym samym nie są nigdy takie same. To jest oczywiście zasadnicza i najbardziej ciekawa cecha wirusow biologicznych: ich umiejetność ciągłego mutowania kodu genetycznego. Współczesne choroby zakaźne wydają się mieć podobne własności typologiczne jak wirusy sieciowe. Warto przypomnieć, że takie zjawiska jak SARS to coś wiecej niż sieci biologiczne - to rzecz, która łaczy razem sieci: transportowe (lotniska, hotele), instytucjonalne (militarne, medyczne itd.) i sieci komunikacyjne (wia-


domości, strony, bazy danych). Wypadki, które odbyły się w bieżącym roku, wywołały zawieszenie i konsternację w szeregach decydentów browaru i ojców dyrektorów Biura Wystaw Artystycznych oraz innych galeriach we Wrocławiu. Działania te miały charakter zamierzonej akcji, której jednym z celów było obnażenie mechanizmów władzy i kontroli. Ujawniły, że jest to skomplikowany system sieci i powiązań. Kontrola nie jest już dłużej scentralizowana czy zdecentralizowana, nie jest również hierarchiczna, ale ciągle istnieje w dystrybuowanej formie organizacji. Widoczna jest sprzeczność między dwiema opozycyjnymi tendencjami; jedną jest kontrola rozproszona między różnymi instytucjami, druga - oparta jest na założeniu, że istnieje hierarchiczna struktura, w której każda instytucja zajmuje swoje miejsce. Procedury urzędnicze i protokoły działajA jak „polityczne technologie” (termin Michela Foucaulta). Nie jest to po prostu „otwarty” lub „zamknięty” system. Informacja płynie, ale nie w pełni wolny i nie w pełni uregulowany sposób. Kontrola istnieje, ale nie można jej ująć w hierarchiczne struktury. Kontrola ma charakter jeszcze bardziej ścisły, ponieważ jest właśnie rozproszona. Naturalna jest zatem konstatacja, do której dochodzą artyści, że dzieła sztuki i próby sabotowania sytemu również powinny mieć charakter rozproszony. Także tworzenie wszelkiego rodzaju oganizacji i ruchów typu Laboratorium powinno mieć charakter rozproszony. Oczywiście sam swobodny przepływ czy rozpraszanie informacji nie jest jeszcze tworzeniem. Potrzebne jest produkowanie nowych jakości, produkowanie różnic. Tym właśnie zajmuje się LABORATORIUM. Lab artyści są hakerami, ale pojęcie „haker”, za McKenzi Warkiem[19], definiujemy szeroko: „Jakiekolwiek kody hackujemy, czy to w języku programowania, czy w języku poezji, matematyce lub muzyce, tworzymy możliwość wprowadzenia nowych rzeczy w świat. W sztuce, nauce, filozofii czy kulturze, w dowolnej produkcji wiedzy, gdzie dane są zgromadzone, gdzie informacje mogą być z nich wnioskowane i gdzie te informacje produkujaąnowe możliwosci, tam są hackerzy”. Artyści są częścią klasy hakerów. Hakerzy zajmują się produkowaniem abstrakcji. Abstrakcja może być odkryta lub wyprodukowana, może być materialna lub niematerialna, ale abstrakcja jest tym, co każdy artysta produkuje i afirmuje. Abstrahować to znaczy skonstruować płaszczyznę, na której nowe wypadki mogą zaistnieć, pojawić sie mogą nowe rzeczy. Wymiana informacji jest surowcem, z którego abstrahowana jest nowa historia. Informacja musi być wolna we wszystkich aspektach - jako wymiana, jako przepływ, jako wektor. Nie tylko informacja powinna być wolna, ale również wiedza, w jaki sposób korzystać z informacji. To wymaga aktywności, subiektywnych zdolności, aby informacja stała się produktywna. Informacja jest wolna nie ze względu na cele reprezentujące istniejące światy, ale wyrażając różnicę względem tego, co jest. Informacja jest wolna również ze względu na wyrażanie siły kooperacji, która przemienia to, co jest, w to, co może być. Testem czy społeczeństwo jest wolne, nie jest wolność do konsumpcji informacji ani do jej produkcji, ani nawet do realizacji swojego potencjału w prywatnym świecie własnego wyboru. Testem, czy społeczenstwo jest wolne, jest wolność do kolektywnego przekształcenia świata poprzez dowolnie wybrane abstrakcje i swobodne ich zobiektywizowanie.

Przypisy: [1] Giorgio Agamben, Means Without End: Notes on Politics, Minneapolis, University of Minnesota Press, 2000, p87. [2] Jean Baudrillard, The Conspiracy of Art, MIT, 2005. [3] Konrad Becker, Tactical Reality Dictionary, editions selene, Vienna, 2002, p10. [4] Nicolas Bourriaud, Postproduction.Culture As Screenplay: How Art Reprograms The World. & Sternberg, York, 2002 . [5] Chris Burdern, The Church of Human Energy, An Interview by Willoughby Sharp and Liza Bear, /Fall 1973. [6] Burnham, J. 1970. Notes on Art and Information Processing. In Software Information Technology: Its New Meaning for Art. New York: Jewish Museum, p. 10 [7] William Burroughs, Upadek sztuki, „Literatura na świecie”, s. 227. [8] Noam Chomsky, Polityka, anarchizm, lingwistyka, s. 209, Oficyna Wydalnicza Bractwa „Trójka”, Poznań 2007 . [9] Geoff Cox i Joasia Krysa, Gespenst / Bioart, http://lisek.art.pl/ LisekbyKrysaCox.pdf . [10] Guy Debord, Comments on the Society of the Spectacle, Verso, London, 1998. [11] Gilles Deleuze, w wywiadzie z Antonio Negrii, 1990 . [12] Grzegorz Dziamski, Konceptualna teoria i praktyka, „Dyskurs”, nr 6. [13] Alex Galloway, PROTOCOL How Control Exists After Decentralization, MIT Press, 2004. [14] Aleister Crowley, Magick in theory and practice, Liber XXV, Castle Books, 1993. [15] Robert B. Lisek, Execute Me /Removal of Gallery, http://fundamental.art.pl/Removal_files/RemovalExecute.html. [16] Marshall McLuhan, Understanding Media, MIT Press, Cambridge MA, 1994, p12. [17] Jacquesa Ranciere, Sztuka upolityczniona. Fragment rozmowy ‚a z Gabrielem Rockhillem, www.obieg.pl/teksty/1887 . [18] Jan Świdziński, Spór o istnienie sztuki, „Życie i Myśl” nr 5/1970, str. 98 – 105. [19] McKenzie Wark, Hacker Manifesto [version 4.0], http://subsol. c3.hu/subsol_2/contributors0/warktext.html .

137


Od kultury do antropotechnologii Kazimierz Krzysztofek

Kultury nie będzie – wieszczą kasandrycznie pesymiści przejęci inwazją technologii w życie ludzi. Ona już wypełniła swą rolę. W pierwszej fazie hominizacji siłą uczłowieczającą małpę była sama ewolucja, w drugiej – rolę tę przejęła kultura, „zaszczepiona na małpie”, w obecnej – i przyszłościowej – antropotechnologie, zaszczepione na kulturze.

Rewolucja w ewolucji Szybkość hominizacji brała się z przyspieszenia ewolucji biologicznej. Zaczęło się od tego, że grupy prakomórek były zdolne przekazać informację o swojej strukturze DNA następnym generacjom prakomórek. W ten sposób uruchomiony został genetyczny paradygmat ewolucji, tzn. nieprzerwany wzrost masy informacji w łonie ziemskiej biosfery. Wedle klasycznej, Darwinowskiej teorii ewolucji, informacja genetyczna ulega stałej transformacji i optymalizacji z punktu widzenia przetrwania organizmów żywych dzięki naturalnej selekcji, adaptacji czy specjalizacji. Zdaniem niektórych uczonych, ewolucja spełniła swoją rolę. Sama wiedza o biotechnologiach już nie wystarczy. Musimy spojrzeć bardziej globalnie na społeczny wymiar problemu, związany z rosnącą rolą antropotechnologii. „Ewolucyjna rola płci … straciła dla naszego gatunku znaczenie – z chorobami walczymy od dawna dzięki medycynie, nie czekając aż zrobi to za nas ewolucja. Zresztą ewolucja w krajach wysoko rozwiniętych – już prawie ustała, a metoda doskonalenia gatunku przez eliminację gorzej przystosowanych jest nieefektywna i z wielu względów nie do zaakceptowania przez jedyny na Ziemi gatunek świadomy swego istnienia. Doskonalenie przez techniczne wynalazki jest nieporównanie szybsze, skuteczniejsze i moralnie łatwiejsze do przyjęcia” (Ryszkiewicz 2008: 23). Dzięki tym wynalazkom ewolucja mogła zachodzić w oderwaniu od powolnych procesów zmiany kodu DNA, przyspieszeniu ulegał natomiast pozagenetyczny przekaz informacji, którym jest po prostu kultura, dziś coraz bardziej technokultura. Informacja zatem zawiera się nie tylko w DNA, lecz także w technologii (kulturze) przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Bez wątpienia jednak, w przypadku małp i pierwotnych homo informacja ewoluująca

138

poza kodem DNA, stanowiła jedynie dodatek do głównego nurtu ewolucji przebiegającego w paradygmacie ewolucji biologicznej. Najpierw było przyspieszenie przekazu informacji genetycznej, co stworzyło człowieka. Funkcje przyspieszenia ewolucyjnego przejęła następnie ewolucja kulturowa i jej najnowsze wcielenie – ewolucja technologiczna. Na określonym etapie ewolucja biologiczna osiągnęła punkt, w którym pojawiło się zjawisko emergentne – organizm wyposażony w inteligencję – „biologiczny komputer”, który umożliwił powstanie nowego paradygmatu ewolucji – ewolucji technologicznej (Kosiński 2007). Równolegle przyspieszała ewolucja w dziedzinie komunikacji fizycznej – transportu, (koło, udomowione zwierzęta), która wraz z postępem w sferze komunikacji symbolicznej dała efekt synergiczny. Można sobie wyobrazić, jak wielką rewolucją w dziedzinie transportu była postawa wyprostna, która uwolniła przednie kończyny i przekształciła je w ręce, zdolne do transportowania przedmiotów i wszelkich manipulacji w dosłownym sensie tego słowa. Ewolucja technologiczna nabierała cech rewolucji. Pierwszą rewolucją komunikacyjną była – mowa, swoista biotechnologia, która odróżniła ludzi od zwierząt. Mowa to pierwszy kulturowy interfejs – w połączeniu ze stadnością i wymuszoną przez nie symboliczną komunikacją w grupie dała potężny impuls uczłowieczający. W poprzednich epokach człowiek był zdolny głównie do akumulacji poznania przestrzennego; zwyciężył przestrzeń zaludniając planetę. Wynalazek pisma zaś był jego zwycięstwem nad czasem, pozwolił znającym sztukę pisania i czytania elitom na akumulację poznania z pokolenia na pokolenie. Było to zarazem przyspieszenie historii. Zapis dziedzictwa wcześniejszych epok to dla Lewisa H. Morgana, autora klasycznego dzieła Ancient Society (1877), najważniejsza inspiracja


rozwoju, bodziec dla pokoleń wstępujących. Pierwszym epokowym wynalazkiem w dziedzinie komunikacji przyspieszającym ewolucję technologiczną, kulturową i intelektualną był druk – fundament nowoczesności – rewolucji umysłowej, a następnie przemysłowej. Użycie elektronicznych środków masowego przekazu, a następnie wynalazek komputera – zapisywania i przetwarzania danych i informacji w kodzie dwójkowym - umożliwia gwałtowny wzrost ilości informacji spotęgowany efektem sieciowym (Internet) przekształca świat w mundus communicans rodząc na naszych globalne społeczeństwo informacyjne. Elementem wiedzy potocznej jest klasyczna definicja ewolucji, która pcha żywe organizmy do sukcesu reprodukcyjnego. Richard Dawkins, w znanej książce Samolubny gen (1976) sformułował hipotezę, że jednostką doboru naturalnego, a więc ewolucji, nie jest osobnik, gatunek czy populacja, lecz gen. Zaproponował także pojęcie memu nazywając go replikatorem kulturowym. Tak powstała memetyka, która zakłada, iż memy, najmniejsze cząstki kultury (można je nazwać kulturemami), podlegają procesowi ewolucji w sposób podobny do organizmów żywych. Stąd blisko już do przyjęcia założenia, iż ewolucja biologiczna, kulturowa oraz rozwój technologiczny, to przejawy tego samego procesu – procesu ekspansji, optymalizacji i akceleracji informacji (Kosiński, cyt. wyd.). Memetyka budzi jeszcze wątpliwości, ale rozwijają ją już całkiem poważni badacze, m.in. Suzan Blackmore z Uniwersytetu Oksfordzkiego. Może jednak za wcześnie stawia się krzyżyk na ewolucji biologicznej, może ona nadal działa, ale tego nie widzimy, bo nasze życie to sekunda na zegarze dziejów? Niewykluczone, że obie ewolucje zleją się w jedną i to będzie efekt synergiczny biologii i technologii. A jeśli do tego dodać kulturę, to ten efekt się powiększy w postaci biotechnokultury. Widomym znakiem tej biotechnoeolucji, będą kiedyś w przyszłości bio-, czy neurokomputery zbudowane już nie na związkach nieorganicznego krzemu a związkach węgla, a ten jest składnikiem środowiska organicznego. Nie będzie więc bariery między organicznym człowiekiem i organicznym biokomputerem.

Czy będą nami rządzić algorytmy? Do tego przekształcania się mózgu w komputer biologiczny należy jednak podchodzić ostrożnie. Nie przesadzajmy ze zbyt nabożnym stosunkiem do komputera. Zachowajmy raczej nabożny stosunek do tego, w co Stwórca czy Natura nas wyposażyły – do mózgu mieszczącego kod wiedzy minionych pokoleń. Siłą ludzkiego umysłu jest komunikowanie poprzez wytwarzanie analogii, dzięki czemu nasz gatunek gromadził przez pokolenia wiedzę, która nie jest oparta tylko na logice binarnej, lecz także rozmytej (fuzzy logic). Najinteligentniejszy komputer tego nie potrafi. Pięćdziesiąt lat rozwoju technologii cyfrowych nie zastąpi tak łatwo, jak by nam to chcieli wmówić jej entuzjaści, naturalnego procesu wzajemnych oddziaływań międzyludzkich oraz między ludźmi i ich otoczeniem. Oczywiście, maszyna coraz więcej potrafi, wypycha człowieka w coraz wyższe rewiry intelektualne. Człowiek sam stworzył sobie narzędzie, które zmusza go do tego, aby był coraz bardziej twórczy. Sam komputer stał się inteligencją pomocniczą. Może w jakimś wojskowym kompleksie stworzona zostanie instalacja, która dorówna potencjałem miliardom neuronów w mózgu człowieka (Jonscher: 262-263), ale to bę-

dzie tak, jak gdybyśmy znali wszystkie słowa Hamleta, ale nie znali kodu do zrozumienia semantyki czy metaforyki dzieła. Można przytoczyć mnóstwo argumentów świadczących o geniuszu ludzkiego umysłu. Na przykład alfabet - zestaw trzydziestu paru znaków (dwudziestu kilku liter alfabetu i 10 cyfr), który pozwolił na zapisanie olbrzymiej wiedzy, której nie da się nawet w przybliżeniu obliczyć w giga-, terabajtach, czy innych metaflopach. Powtarza się jak mantrę, że najbardziej liczy się dziś kapitał ludzki. Jeśli coraz bardziej przemożny staje się imperatyw konkurowania w dzisiejszym globalizującym się świecie to znaczy, że „materiał ludzki” musi być coraz lepszy, aby tym wymogom sprostać. Jakość i ilość sztucznej czy naturalnej, ale poprawionej inteligencji będzie decydować o przynależności krajów do przodujących i zacofanych. Muszą więc być lepsze mózgi i programy generujące informacje i wiedzę, których nie ma w pamięci komputera, ale które wynikają z zawartości jego pamięci (inteligentne programy, samouczące się sztuczne sieci neuronowe, silniki wnioskujące - infering engines i in.). Zarazem słyszy się opinie, że w systemie człowiek-technika słabszym ogniwem staje się człowiek. Rodzi to dylemat: jeśli dziś ludzie stoją na drodze wzrostu efektywności komputera, to co robić: pozostawić ich samym sobie i udoskonalać technologie, które będą ich zastępować, czy też udoskonalać samego człowieka, żeby nie pozostawał w tyle jako „gorszy” podsystem w duecie z techniką. Aktorzy-przedmioty, narzędzia, z którymi aktor-człowiek wchodzi w relacje w nie-ludzkiej sieci wypychają go w coraz to wyższe rewiry intelektualne. Jeśli w kolejnych generacjach technologii zmaterializowanej jest coraz więcej inteligencji człowieka, to czy nie upodrzędnia to ludzkiego aktora, czy go nie algorytmizuje? W tym pytaniu kryje się dylemat: jeśli taka sieć techno-ludzka ma być coraz bardziej efektywna, to w kogo więcej inwestować: raczej w technologie czy w człowieka? Wydaje się, że - wbrew twierdzeniom o rosnącym znaczeniu kapitału ludzkiego – gros środków idzie na doskonalenie narzędzi. Bo w systemie człowiek-technologie bardziej zawodny jest „podsystem człowiek”, co wykazuje między innymi analiza awarii i katastrof technicznych (lotniczych, przemysłowych, informatycznych i in.). Rozwój technologii, zwłaszcza biometrii, bierze się po części z nieufności do człowieka jako źródła wiarygodnych informacji (Krzysztofek 2005: 187-204). Kapitał ludzki wspomagany przez inteligentne narzędzia ułatwia konstruowanie maszyn społecznych. Oto Microsoft patentuje system, który pozwoli pracodawcy monitorować pracę zatrudnionych. Niby nie ma w tym nic nowego – elektroniczny monitoring pracy istnieje od dawna, a był skoncentrowany na tym, aby pracownik nie przekraczał normy czasu na wykonanie konkretnego zadania. Tu chodzi o coś więcej – o całościowy hipernadzór – włącznie z monitorowaniem pracy serca, temperatury ciała, ciśnienia krwi, a nawet wyrazu twarzy, generalnie wszystkich ważnych objawów psychosomatycznych. Nazywa się to elegancko „optymalizowaniem aktywności pracownika”, także dla jego dobra, nie tylko pracodawcy. Chodzi np. o stałe badanie odpowiednimi czujnikami, czy te objawy, np. pocenie się, przyspieszone tętno, nagły skok ciśnienia nie są sygnałem alarmowym – nagłego stresu zagrażającego zdrowiu pracownika, który nie radzi sobie z zadaniem. System automatycznie łączy się z pracownikiem, który podobne zadanie już wykonywał i może zastąpić zestresowanego. Oczywiście w tym przypadku chodzi o interes firmy – unikanie zakłóceń w ruchu „taśmy cyfrowej”. Ale nie tylko,

139


chodzi także o zapobieganie katastrofom technicznym, do których może dojść, gdy np. pilot samolotu ulega zawałowi mięśnia sercowego, czy udarowi mózgu (takie przypadki już się zdarzały; por.: Gazeta Wyborcza 22.01.2008: 28, „Szef przeczyta maile, sprawdzi Twoją minę”). Nie całkiem fantastycznie czy hipotetycznie rysuje się więc taka oto scenka: umierasz w swoim inteligentnym mieszkanku. Czujniki wykrywają zanik tętna, spadek ciśnienia i temperatury ciał. To wszystko jest podłączone do sieci, przez którą komputer łączy się z zakładem pogrzebowym, notariuszem i najbliższą rodziną. A rodzinka już nie może doczekać się otwarcia testamentu. Komu przypadnie w udziale to wspaniałe inteligentne mieszkanko? Obecnie w Rosji przeprowadza się rozpoczęty 3 lipca 2010 eksperyment pod nazwą „Mars 500”. Sześciu kandydatów na astronautów różnej narodowości zostało zamkniętych w kopii kapsuły statku kosmicznego o powierzchni 55 metrów kwadratowych. Nie będą mogli zeń wyjść, nie mają możliwości komunikacji ze światem zewnętrznym ograniczone tylko do najważniejszych spraw (tzw. „pilnych spraw rodzinnych”). Celem eksperymentu jest symulacja pełnego, trwającego 520 dni lotu na Marsa oraz zbadanie jej wpływu na psychosomatykę ludzi. Chodzi o uzyskanie wiedzy, czy ta maszyna zadziała, czy najsłabszym ogniwem w tym systemie okaże się człowiek. Biorąc pod uwagę technologiczne możliwości monitorowania, można mówić o maszynie techno-społecznej. Ten eksperyment powinien odpowiedzieć na pytanie, czy nadal warto inwestować w człowieka tout court jako zdobywcę kosmosu, czy raczej w samą maszynę, konkretnie w roboty, zdolne zastąpić ludzi na pokładzie statku kosmicznego, a może w perspektywie nastawić się na „wyhodowanie” zmodyfikowanych genetycznie osobników o cechach „nadludzi” przygotowanych do takich wyzwań. Patrząc z tej perspektywy można pozwolić sobie na konstatację, że konstruowanie maszyn społecznych miałoby prowadzić do nowszej wersji tego, co Peter Sloterdijk nazwał „Kryształowym Pałacem” (Sloterdijk 2005), który jest pochodzącą od londyńskiego Cristal Palace metaforą zachodniego świata, utylitarystycznego raju. W tej wielkiej „cieplarni” Zachód stworzył sztuczne, energożerne środowisko człowieka, w którym miał on się czuć dobrze, uciec przed ryzykiem, niepewnością i nieprzewidywalnością. To symbol radykalnej modernizacji kapitalistycznej i socjalistyczno-komunistycznej. Ta druga była nowszym placem budowy pałacu, która jednak się zawaliła pod własnym ciężarem. Cyfrowy pałac byłby chroniony przez „skórę ziemi”, jak to określa Arun Netrawali (2000), bo inteligentne sieci otoczą planetę niczym skóra. Czujniki rozmieszczone wszędzie będą przekazywać wszelkie informacje wprost do sieci, jak nerwy transmitujące informacje do mózgu. Jest to wizja świata jako samomonitorującego się organizmu, w którym sieć informatyczna jest jakby systemem nerwowym – „infoobiegiem”; wizja atrakcyjna, choć nie wiadomo na ile realna. Taki świat ma zapewnić bezpieczeństwo, uchronić przed katastrofami itp. Co to będzie oznaczać dla naszej refleksji o człowieczeństwie i społeczeństwie ludzkim, gdy podmiotu nie będzie można oddzielić od przedmiotu, gdy wymiar bioi neuro będzie sprzężony z nie-ludzkim (technicznym). Czym wtedy będzie kultura, jakie będą jej fundamenty? Czy zoon politikon nie przekształci się w zoon technikon? Już dziś w świadomości wielu użytkowników komputer sieciowy - hipermedium jawi się nie jako narzędzie, a nowy INNY. I z tym Innym, trzeba się będzie zmierzyć.

140

Wedle wielu prognoz w ciągu 4-5 lat inteligentne narzędzia będą rozpoznawać nasze życzenia i pragnienia, jeśli pozwolimy im „szpiegować” naszą działalność w sieci. W ciągu kilku lat samochody będą wyposażone w oprogramowanie zapobiegające wypadkom drogowym przy jeździe zgodnej z przepisami. W przypadku, kiedy ono zawiedzie, kto jest odpowiedzialny całkowicie czy częściowo za wypadek: kierowca czy producent? Strona inżynieryjna, konstrukcyjna czy software’owa będzie doskonalona. O wiele trudniejsze do rozwiązania będą kwestie społeczne, prawne i etyczne. Na razie jeszcze trudno mówić o ludzkich relacjach z komputerem, ale już znaleźliśmy się na tym szlaku. Potwierdziły to badania Byrona Reevesa i Clifforda Nassa, których wyniki zalazły się w książce (wyd. polskie „Media i Ludzie”, 2000). Autorzy na podstawie eksperymentów psychospołecznych pokusili się o nowatorskie ustalenia, że wbrew intuicyjnym wyobrażeniom interakcje ludzkie z mediami starymi i nowymi są z zasady społeczne i naturalne, tak jak interakcje z innymi ludźmi. Traktując media jako istoty społeczne, oczekujemy zatem bezwiednie, że będą one przestrzegać określonych norm i zasad życia społecznego. To oznacza jakieś upodabnianie się człowieka do komputera i vice versa. Że jest coś na rzeczy świadczy fakt, że komputer staje się coraz częściej używaną metaforą mózgu. Coraz częściej mózg ludzki nazywany bywa procesorem. Traktujemy komputer jak żywą, społecznie reagującą istotę. Nie wykształciliśmy w toku ewolucji gatunkowej możliwości neurologicznych lub też umiejętności psychologicznych pozwalających odróżnić prawdziwe relacje interpersonalne od kontaktów z pozbawioną świadomości, intelektu i emocji maszyną. Może bierze się to stąd, że techniki medialne wchodzą w symbiozę z człowiekiem, w synergię z jego naturalną multimedialnością. Interfejs głosowy i dotykowy z pewnością wzmacnia te ustalenia. Podobne sytuacje pojawiają się w przypadku relacji z hybrydą - humanoidalnym robotem. Jak wtedy etycznie i prawnie ocenić włączenie maszyn do procesu współpodejmowania decyzji? Czy komputer albo robot mogą decydować za nas. Czy jesteśmy gotowi zaakceptować taką funkcję maszyn i – w konsekwencji – algorytmizację człowieka?

Koniec humanizmu, jaki znamy? Przekonanie o geniuszu ludzkiego umysłu nie powstrzymuje wielu wizjonerów przed snuciem narracji końca humanizmu, który oznaczał podmiotowość, sprawczość ludzką, dominację nad narzędziem, gdy człowiek był jego panem a nie sługą. Główne przesłanie dzieł proroka ery mediów elektronicznych Marshalla McLuhana brzmiało: technologie w sposób istotny zmieniają fizyczne i umysłowe funkcje rodzaju ludzkiego, a sama technika jest medium fizycznym, które modyfikuje właściwości ciała ludzkiego i w tym sensie je determinuje. Kanadyjski filozof mediów ściągnął na siebie odium za ten determinizm, a przecież było to niewinne stwierdzenie w porównaniu z tymi, które się dziś formułuje. Można je sprowadzić do hipotezy, że technologii nie da się oddzielić od człowieka; są one przedłużeniami, bez których on już nie przetrwa. Od dawna nie mógł przetrwać bez przedłużeń, które dziś uznajemy za prymitywne: maczugi, krzemienia, czy tłuka pięściowego, ale można je było odeń oddzielić. Dziś już się nie da bez szkody dla człowieka. Tak jak dziś zagrożeniem dla życia byłoby wyjęcie z ciała rozrusznika serca, tak jutro


nie będzie możliwe wyjęcie implantu z mózgu, zaprogramowanego wiedzą, umiejętnościami, neuropołączeniami przywracającymi wzrok ociemniałym, zdolności ruchowe sparaliżowanym itp. Znaczy to, że rozstajemy się z humanizmem i wchodzimy w epokę transhumanizmu. Od kiedy człowiek posłużył się pierwszymi narzędziami, ich rola w życiu jednostek i społeczeństw stale rosła nabierając cech procesu kumulacyjnego. Przesycenie społecznego świata artefaktami technicznymi (technofaktami) jest wyróżniającą cechą współczesnych społeczeństw. Nie do utrzymania jest zatem długo obowiązujący w naukach społecznych dualizm kultury materialnej i duchowej. Świat ludzki i nie-ludzki przestały być odrębnymi uniwersami kulturowymi. W tej perspektywie transhumanistycznej człowiek traci swą wyjątkowość. Transhumanizm to nie koniec drogi. Na firmamencie majaczy już posthumanizm. Zdaniem Fukuyamy, Habermasa i innych, są obawy, że „człowiek postludzki” został już poczęty (Fukuyama 2002, Habermas 2003). Wizje posthumanizmu czerpie się z faktu, że postęp jest tak niesamowity, iż, jak się szacuje, za jednego dolara można dziś kupić jeden bilion razy więcej siły obliczeniowej więcej niż sto lat temu. Steward Brand pyta: jak długo technika może przyspieszać; jeśli moc komputera podwaja się co 18 miesięcy, a czas staje się droższy, bo skondensowany (Brand 2000: D6). Jeśli jest gdzieś granica postępu to znaczy, że w którymś momencie czas cywilizacji trzeba zacząć liczyć od końca. Widmo posthumanizmu krąży nad światem. Definiuje się go najczęściej jako stan, w którym przezwyciężone zostaną ograniczenia naturalnej „ludzkiej formy”. Doprowadzi doń dążność człowieka do doskonalenia gatunku. Już rozpoczęło się przekraczanie granic człowieczeństwa; następny krok nie będzie naturalny, czy nawet mutacyjny, a technologiczny i nie będzie to przyspieszenie ewolucji, lecz jej dyskontynuacja. Zawsze dotąd były skoki i nieciągłości dziejów. Posthumanizm jawi się jako coś podobnego do prymitywnego mechanicyzmu Juliena Offray de la Mettrie. Tak jak ten uważał człowieka za trochę bardziej skomplikowaną maszynę, tak posthumanisci traktują mózg ludzki jako bardziej złożony komputer. Nawiązuje się tu do Nitzscheańskich idei końca moralności, Fichtego woli mocy, nadczłowieka. Wolność wyraża się w zupełnej swobodzie kierowania ewolucją własnego ciała i umysłu. Nie będzie litości dla ekonomicznie czy psychicznie słabszych, którzy nie wzniosą się ponad słabości i ograniczenia swej cielesności i rozumu. Postęp w technologiach medialnych oznaczał za każdym razem coraz większą dematerializację obrazów i znaków – oddzielanie ich od substratu materialnego. Ostatnią fazą tego procesu będzie inżynieria neurologiczna, która doprowadzi do bezpośredniego połączenia umysłu ze światem – nie będzie już mediów, wszystko stanie się interfejsem (M. Lister, et al. 2006). To będzie już sterowanie człowiekiem przez jego bioelektroniczną hybrydyzację oraz chemiczne sterowanie mózgiem. Jedno jest pewne: toczyć się będzie wojna o inteligencję między chemią, biologią-genetyką i informatyką, między mózgiem i komputerem. W XXI wieku rozstrzygnie się, jak sobie poradzimy ze sztucznymi tworami, które wymyślamy: my czy one będą kontrolować przyszłość Ziemi? Czy nowe moce, po jakie sięgamy, nie oznaczają, że nie wystarczy do wyjaśniania tych kwestii perspektywa humanizmu, a potrzebna będzie perspektywa posthumani-

zmu? Idąc dalej: czy paradygmaty antropologii kultury nie muszą zostać uzupełnione (albo zastąpione) jakimś paradygmatem postantropologicznym? Nie wiadomo, czy maszyna odbierze kiedyś człowiekowi wyłączność na inteligencję. Niezależnie od tego, czy to się stanie, nie brak obaw, że technika czyni z człowieka automat do wykonywania pewnych czynności. Kryje się w tym jeden z największych dylematów rozwoju technologii: rosnąca algorytmizacja behawioru ludzkiego, zubażająca jego refleksyjność. W miarę jak coraz więcej inteligencji zmaterializowanej jest w narzędziach z komputerem na czele, będziemy skazani na coraz większą algorytmizację myślenia. Innymi słowy, świadomość ludzka zarządzać będzie jeszcze mniejszymi przepływami informacji w naszym mózgu, a w coraz szerszym zakresie funkcję tę przejmować będą automatyzmy już nie tylko ruchowe, ale także myślowe, wspomagane inteligentnymi maszynami, jakkolwiek tę inteligencję pojmować. Czyżby to miał być już koniec humanistyki, takiej, jaką ją zrodziły i ukształtowały średniowieczne uniwersytety, Odrodzenie i Oświecenie? Co na to wszystko kultura? O niej to właśnie z gorzką ambiwalencją napisał Bruno Bettelheim że jest źródłem naszej siły i bogactwa duszy, ale także naszego cierpienia. W jego przypadku okazała się tym drugim - „bólem istnienia”, z którym sam sobie nie poradził - popełnił samobójstwo. Po kryzysowych turbulencjach nastąpi – specjaliści są w tym zgodni – technologiczny skok, pojawią się jakieś jeszcze trudne do przewidzenia przełomowe technologie, które wymagać będą humanistycznej i społecznej refleksji nad ich konsekwencjami. Nikt nie wyręczy nauk społecznych i humanistycznych w dziele ich oswojenia i przetworzenia. Ale czy będą w stanie? Zapewne więc zbyt pesymistyczne byłoby stwierdzenie, że klucz do zrozumienia ducha naszej epoki spoczywa jeszcze w sejfie na ten klucz zamkniętym, ale też za wcześnie na optymizm, że jest on w zasięgu ręki. Literatura: Blackmore, S. 2002, Maszyna memowa. Poznań: Dom Wydawniczy „Rebis”. Brand, S. 2000, Czarna dziura postępu, „Rzeczpospolita – Plus-Minus”, 29.04-1.05. Habermas, J. 2003, Przyszłość natury ludzkiej, Czy zmierzamy do eugeniki liberalnej? Warszawa: Scholar. Fukuyama, F. 2002, Our Posthuman Future. Consequences of a Biotechnology Revolution, New York: Picador. „Gazeta Wyborcza” 22.01.2008: 28, Szef przeczyta maile, sprawdzi Twoją minę. Kosiński, M. 2007, Przyspieszenie ewolucji. Praca w maszynopisie. Krzysztofek, K. 2008, Nieludzka sieć. Wokół teorii Actor-Network [w:] Grzegorz Gorzelak et Al. [w:] Gorzelak G. et Al. Człowiek – Miasto – Region. Związki i interakcje Scholar. Warszawa 2009: 267-283. Lister, M. Dovey, J. Giddings, S. Grant, I, Kelly, K. 2006, New Media: a Critical Introduction: London and New York: Routledge. Byron, R. Nass, C. 2000, Media i ludzie, Warszawa: PIW (tłum. H. Szczerkowska). Ryszkiewicz M. 2008, 80 mln lat bez seksu, „Gazeta Wyborcza”, 1213.07.08. Sloterdijk, P. 2005, Im Weltinnenraum des Kapitals. Frankfurt/M: Suhrkamp Insel Verlag Warszawa, listopad 2010.

141


142


Społeczeństwo w sieci. Między cyber-wolnością a cyber-niewolą Katarzyna Szymielewicz

Granica między światem wirtualnym i realnym od dawna przebiega już tylko na poziomie frazeologii. Jako społeczeństwo coraz intensywniej i częściej przenosimy nasze relacje do Internetu. Wirtualna sieć to nie tylko rewolucyjne narzędzie komunikacji, ogromne pole dla biznesu i transgraniczne wyzwania dla państw; to także nowe formy funkcjonowania w społeczeństwie. Ten proces nie jest oczywiście nowy, tak jak nowe nie są technologie, które czynią go możliwym. Jednak wciąż pozostaje niedostatecznie opisany i oswojony w dyskursie publicznym.

Z jednej strony Internet funkcjonuje nieomal jako synonim przestrzeni wolności, otwartej komunikacji, swobody wypowiedzi czy wręcz gwarancji anonimowości – swoista czapka niewidka. Nie tak dawno jeszcze przesyłano sobie obrazkowy dowcip z dogiem stukającym w klawiaturę i myślącym: „przecież w internecie nikt nie wie, że jestem psem!”. Z drugiej strony, powracające dyskusje o konieczności ograniczenia wolnego przepływu informacji w sieci poprzez jej filtrowanie, blokowanie czy odcinanie konkretnych użytkowników, zazwyczaj obsadzają Internet w roli niebezpiecznej terra incognita – obszaru pozostającego poza kontrolą społeczną, w którym działają ciemne siły i szerzy się plaga przestępczości wszelkiego typu.

Czym zatem jest dla społeczeństwa Internet? Obszarem wolności czy kolejnym narzędziem opresji lub wykluczenia? Odpowiedzi na to pytanie musimy szukać wciąż na nowo wraz z rozwojem Internetu, który zmienia się tak, jak używające go i żyjące w nim społeczeństwo. Tym samym Internet dołączył do grupy wielkich pojęć, takich jak demokracja, sprawiedliwość społeczna czy wolność, w przypadku których spór o ich znaczenie i wartość nigdy nie powinien być zakończony. Szanując te ograniczenia, zaproponuję kilka tez, które w cząstkowy sposób mogą przyczynić się do zrozumienia, czym jest lub może być Internet w konkretnym momencie społecznym i politycznym, jakiego doświadczają polscy użytkownicy pod koniec 2010 roku.

143


Rewolucja w komunikacji i kolaboracji Internet spowodował bezprecedensowe obniżenie kosztów komunikacji. Koszt wysłania maila czy rozmowy za pośrednictwem usługi telefonii internetowej (np. Skype) zbliża się do zera. Nigdy wcześniej komunikacja pomiędzy kontynentami nie była tak dostępna. Sieć otworzyła też ogromne pole do publikowania informacji. Rozwinięcie technologii stron WWW i blogów do poziomu, na którym utworzenie prostego narzędzia do publikacji treści zajmuje minuty, sprawia, że każdy, kto tylko ma dostęp do Internetu może stać się autorem, może mieć wpływ na rzeczywistość. Dzięki tym narzędziom rozwinęło się na niespotykaną wcześniej skalę dziennikarstwo obywatelskie i działalność organizacji watchdogowych, aktywistów społecznych czy whistleblowerów (np. projekt Wikileaks, którego twórcy ujawniają tajne i poufne informacje, otrzymywane od anonimowych osób, o ile uznają je za istotne dla społeczeństwa). Internet wytworzył też nowe narzędzia służące kolaboracji. Mamy do dyspozycji fora internetowe, kanały IRC, interaktywne strony WWW, a ponad wszystko mamy rewolucyjną technologię wiki: możliwość równoległej pracy nad tym samym dokumentem przez niemal nieograniczoną liczbę osób. Dzięki nim możliwa jest synteza wiedzy na niespotykaną dotąd skalę, jak w przypadku Wikipedii, współpraca aktywistów i organizacji społecznych monitorujących złożone procesy polityczne (np. tworzenie prawa w Unii Europejskiej czy negocjacje traktatów o międzynarodowym znaczeniu, jak w przypadku układu ACTA), wreszcie tworzą się i działają potężne wspólnoty programistów w ramach ruchu open source – twórców wolnego i otwartego oprogramowania (narzędzi takich jak Drupal, Joomla czy Wordpress). Elastyczność protokołu, na którym zbudowany jest Internet umożliwiła także rozwijanie kolejnych, coraz prostszych i bardziej efektywnych metod przesyłania informacji w sieci. Równie prosta jak wysłanie maila czy odwiedzenie strony internetowej jest obecnie wymiana treści wszelkiego typu – muzyki, obrazów, materiału video. To poszerzenie dostępu do zasobów kultury wpłynęło na gwałtowny rozwój działań twórczych. Dzisiejszy Internet jest pełny „dzieł pochodnych”, cytatów, remiksów, kolaży i owoców kolaboracji wszelkiego typu. Z tych zasobów można korzystać także anonimowo. Internet, jako specyficzna infrastruktura komunikacyjna, pamięta każdy ruch i ułudą byłoby sądzić, że możemy się skutecznie ukryć pod nickiem czy numerem IP. Sieć nie powstawała z myślą o prywatności i wolności komunikacji dla każdego, wręcz przeciwnie: jej cele w militarnych początkach były wysoce pragmatyczne. Dzisiaj jednak istnieje cały szereg narzędzi i technik anonimizujących, które zostały rozwinięte nie tylko dzięki technologii, ale także silnej wspólnocie świadomych użytkowników. Tak rozwinął się TOR (The Onion Routing Project) i podobne projekty, czyli zamknięte sieci w ramach Internetu, oparte na bezpośrednich połączeniach pomiędzy zaufanymi serwerami, które umożliwiają anonimowe poruszanie się po stronach WWW i korzystanie z innych usług, nawet poczty elektronicznej. Nie trzeba jednak schodzić aż do „głębokiej sieci”, żeby zyskać trochę anonimowości; można skorzystać z prostszych rozwiązań takich jak tunelowanie (VPN) czy bezpieczne serwery proxy. Z pomocą wyszukiwarki nawet słabo zaawansowany użytkownik może do nich dotrzeć w ciągu kilku minut.

144

Sieć zrodziła też nowe typy wspólnot. W warunkach komunikacyjnego przyspieszenia, atomizacji i rozpadu więzi pierwotnych coraz więcej osób szuka nowych dróg realizowania potrzeby przynależności, bycia razem. Quasi wspólnoty i wspólnoty nowego typu tworzą się w oparciu o pola zainteresowań, styl życia, przynależność do grupy zawodowej. Możliwości, jakie na tym polu stwarzają narzędzia takie jak mikroblogi (np. Identi.ca czy Twitter), portale społecznościowe (w tym tworzone dla profesjonalistów czy grup zainteresowań) i komunikatory – w połączeniu z terminalem nieomal w każdym telefonie – są ogromne.

Terror bycia online Za możliwościami komunikacyjnymi podążają jednak swoiste wymagania. Nowe wspólnoty są, tak jak ich podstawy, zmienne i dynamiczne. Podtrzymywanie poczucia przynależności wymaga stałego kontaktu – „bycia widocznym”, monitorowania tego, co robią inni, tropienia okazji do wejścia w intymniejszą interakcję. Odcięcie komunikacyjne oznacza wykluczenie ze wspólnoty, śmierć towarzyską. W tak zorganizowanym życiu społecznym to technologia wyznacza próg uczestnictwa. Tę zmianę dobrze pokazuje opublikowany niedawno raport „Młodzi i Media” – badacze opisali głębokie przekształcenie form „bycia razem” poprzez tzw. nowe media, które z kanału komunikacji przeradzają się w swoisty świat, w którym relacje się rozgrywają, i poza który nie muszą wychodzić. Polubienie czyjegoś statusu na Facebooku czy wrzucenie zdjęcia staje się równorzędną formą kontaktu z rozmową przy kawie. Ceną za łatwość kontaktu i bogactwo jego form jest jednak utrata kontroli nad informacją o sobie, oddanie „profilu” – który w warunkach nowych mediów jest niczym innym, jak społeczną personą użytkownika – we władanie mechanizmom sieci. Zyskujemy nowe narzędzia komunikacji, ale płacimy za nie wymierną cenę. Pełne uczestnictwo w kulturze czy debacie publicznej jest już niemożliwe bez wejścia w Internet. Ze wszystkimi tego konsekwencjami dla naszej autonomii informacyjnej; ze świadomością, że każdy nasz ruch pozostawia cyfrowy ślad. Najpotężniejszy obecnie portal społecznościowy na świecie – Facebook – w dość drastyczny sposób narusza zasady ochrony danych osobowych, które obowiązują na terenie Unii Europejskiej. Już sam fakt, że zasady działania serwisu zakładają udostępnienie danych każdego użytkownika wszystkim pozostałym jako „opcję domyślną”, narusza podstawową zasadę, zgodnie z którą na przetwarzanie swoich danych każdy musi wyrazić świadomą zgodę. Inaczej jest to po prostu nielegalne. Tym, którym się nie podoba, Facebook najczęściej odpowiada: przecież nikt Was tu siłą nie zatrzymuje. Wolność do udziału we wspólnocie czy terror uczestnictwa za wszelką cenę?

Kontrola nad informacją i manipulacja dla zysku Stopniowo tracimy kontrolę nad tym, jak żyje w Internecie generowana przez nas informacja. Wysyłając maile, tworząc kolejne konta, robiąc zakupy, czy tylko przeglądając strony WWW wrzucamy do sieci ogromne ilości danych, które poskładane razem dają dokładny profil każ-


dego użytkownika. Kim jest, ile ma lat, co lubi, kogo zna, z kim się spotyka, na co choruje, czego pragnie... Tym samym tracimy kontrolę nad swoim życiem. Informacja o nas jest przecież najlepszym narzędziem wpływania na nasze wybory, kształtowania opinii. Kto ma dokładny profil użytkownika, ten ma władzę. Proste. Ten mechanizm sprawia, że coraz rzadziej podejmujemy w pełni autonomiczne decyzje: nasze zachowania w sieci, opinie, decyzje o kupowaniu i korzystaniu z kolejnych usług mogą być i bywają manipulowane. W sieci mnożą się usługi dopasowane do indywidualnych potrzeb. A konkretnie: powstaje spektrum usług, które – w oparciu o precyzyjnie skonstruowane profile potencjalnych odbiorców – kreują potrzeby i stwarzają na siebie popyt. W tym kontekście pytanie o to, co było pierwsze – potrzeba czy usługa ją zaspokajająca, nie jest wcale zabawką dialektyczną, ale przyczynkiem do rozmowy o granicach naszego samostanowienia. Czy zgadzamy się na to, żeby kreacja potrzeb, a zatem swoista manipulacja naszą wolnością wyboru, była dokonywana wszelkimi metodami i bez żadnych ograniczeń? Czy zgadzamy się, żeby nasze słabości, lęki, kompleksy, stereotypy i ograniczenia poznawcze były używane jako dźwignia handlu, katalizator kolektywnej i indywidualnej woli nabywania? Drugi problem to ilość informacji, którą z każdym „cyfrowym krokiem” gromadzą o użytkownikach dostawcy wszelkich usług internetowych – od operatora telekomunikacyjnego, poprzez dostawców poczty elektronicznej, przeglądarek i wyszukiwarek, po pośredników kupujących przestrzeń reklamową. Ograniczenie prywatności w Internecie bywa przedstawiane jako prosta transakcja wiązana: informacja o mnie w zamian za wygodę, uczestnictwo w kulturze, lepszy dostęp do informacji, nowe narzędzia komunikacyjne... Jednak to nie wszystko. W pakiecie oferowanym przez internetowe giganty jest także nieetyczny marketing behawioralny, handel danymi osobowymi, manipulowanie zachowaniami konsumentów, wyłudzanie prywatnych informacji. Mówimy o machinie służącej do pozyskiwania, przetwarzania i komercyjnego wykorzystywania informacji na ogromną skalę. Prywatne firmy gromadzą dane przepływające przez ich serwery, zapisują, skanują, przetwarzają i wyciągają z nich wnioski. Po co? Czasem po to, aby je sprzedać reklamodawcom, czasem jedynie po to, aby móc zapewnić swoim konsumentom jak największy komfort korzystania z usług, zaoferować nowe rozwiązania i zyskać ich lojalność. Jak pokazują statystyki, bardzo skutecznie. Szacuje się, że już ok. 30% ruchu w sieci przechodzi przez serwery kilku korporacji. Słowem-kluczem do zrozumienia, dlaczego giganci internetowi dążą do skoncentrowania ruchu na swoich serwerach, jest informacja – rzeczywista waluta Internetu. Na podstawie szczegółowego raportu z życia 500 milionów ludzi – bo tylu klientów ma największy obecnie serwis społeczności owy – można wywnioskować bardzo dużo na temat trendów konsumpcyjnych, społecznych czy politycznych. Jaką wartość mają takie wnioski na rynku, ilustruje dobrze geometryczny od kilku lat wzrost cen akcji Facebooka. Nikogo, kto rozumie model biznesowy stosowany przez portale społecznościowe, sklepy internetowe czy wyszukiwarki, nie powinny zatem dziwić regularne doniesienia o informacyjnych nadużyciach. Nagłówki z ostatnich miesięcy dają przegląd możliwości największych potentatów informacyjnych: Facebook, MySpace, Amazon i wiele innych na masową skalę przekazują dane osobowe

użytkowników reklamodawcom; Facebook z dnia na dzień zmienia domyślne ustawienia prywatności w całym serwisie, wskutek czego dane 2/3 amerykańskich użytkowników trafiają do sieci; Amazon dostosowuje ceny książek w serwisie do możliwości finansowych poszczególnych użytkowników, szacowanych na podstawie historii ich zakupów; firmy oferujące gry na Facebooku prowadzą na szeroką skalę handel danymi osobowymi. Największe być może wyzwanie w sferze Internetu to zrównoważenie ekonomicznej i informacyjnej przewagi międzynarodowych korporacji, które dzięki tej technologii mogą więcej. Więcej widzieć o swoich klientach, więcej na tej informacji zarabiać i łatwiej wymykać się próbom ograniczenia ich potęgi poprzez działania regulacyjne. Google oficjalnie utrzymuje, że nie świadczy usług w Polsce – ma tu jednie swoje przedstawicielstwo handlowe, a serwery z danymi z naszej poczty elektronicznej czy wyniki wyszukiwań trzyma już poza Polską. A zatem rozmowa z tą firmą na temat przestrzegania zasad ochrony prywatności w Polsce prowadzi przez Stany Zjednoczone. Jeszcze trudniej jest w przypadku Facebooka, który na terenie Europy nie ma nic – w sensie biznesowej infrastruktury – a jednocześnie chwali się milionami klientów, którzy nie mogą wyegzekwować poszanowania dla swoich praw.

Permanentna inwigilacja W przypadku Internetu z pewnością nie całe zło wychodzi z korporacji. Równie zainteresowane kontrolą przepływu informacji w sieci są rządy, w szczególności ich tajne służby. Dzięki swojej technologicznej specyfice, Internet – jako narzędzie komunikacji – stwarza jednakowy potencjał nieskrępowanej wymianie informacji, jak i totalizującej kontroli nad jej przepływem. Testowane są coraz doskonalsze systemy do analizy treści w stylu osławionego amerykańskiego Carnivore’a; rozwijane projekty naukowo-badawcze, których celem jest wypracowanie jeszcze lepszych narzędzi do śledzenia ruchu w sieci – jak choćby Project Indect, w którym prym wiedzie polska AGH; instalowana infrastruktura filtrująca Internet, blokowane usługi i użytkownicy. Zbieraniem śladów cyfrowych na masową skalę rządzi uporczywa logika prewencji, oparta na przeświadczeniu, że w wojnie z niewidzialnym wrogiem – terroryzmem, pornografią dziecięcą, korupcją, praniem brudnych pieniędzy i czymkolwiek jeszcze – każdy jest podejrzany. Rozmaite narzędzia masowej inwigilacji zakorzeniają się w Internecie, zawsze w kontekście retoryki zwiększania bezpieczeństwa i poświęcenia „pewnych wartości” dla wspólnego dobra. Z perspektywy europejskiego użytkownika sieci rozgrywa się właśnie wielka walka o kontrolę nad informacją. Kluczowym aktorem jest Unia Europejska, której strategia bezpieczeństwa na najbliższe kilka lat, tzw. Program Sztokholmski, zakłada prewencyjne i realizowane na masową skalę gromadzenie wszelkich informacji o obywatelach, jakie można pozyskać w formie cyfrowej; strategia, którą sami autorzy obrazowo nazwali cyfrowym tsunami. Zgodnie z unijnym prawem, polscy operatorzy telekomunikacyjni są zobowiązani do przechowywania przez dwa lata wszystkich informacji, jakie są technicznie niezbędne dla ustalenia kto, gdzie, kiedy, z kim i w jaki sposób połączył się lub próbował połączyć przez Internet. Mowa tu o ok. 60 rodzajach danych – śladach elektronicznych, jakie pozostawimy po sobie w różnych miejscach sieci. Obo-

145


wiązek retencji danych narzuciła państwom członkowskim Unia Europejska. W ramach ogłoszonej kilka lat temu walki z zagrożeniem terrorystycznym zdecydowano, że szczegółowe informacje na temat aktywności w Internecie będą zatrzymywane, a następnie przechowywane w celu ich udostępnienia służbom, o ile wystąpi taka potrzeba. Niektóre państwa członkowskie, w tym Polska, wykorzystały tę sytuację dla wzmocnienia kompetencji służb specjalnych. Polska wdrożyła obowiązek retencji danych w szerszym zakresie, niż wynikałoby z samej dyrektywy – obecnie zatrzymujemy dane o ruchu w Internecie na ogólne potrzeby prewencji kryminalnej. Retencja danych była pomyślana jako instrument wyjątkowy, którego służby specjalne i policja miały używać do walki z najcięższymi przestępstwami. Tymczasem w Polsce z tego narzędzia wszystkie dziewięć uprawnionych służb może korzystać w zasadzie bez ograniczeń: nawet w przypadku drobnych przestępstw, czy wręcz na potrzeby prewencji. Przy czym z dostępu do zebranych danych wszystkie uprawnione służby korzystają bez zewnętrznego nadzoru – nie muszą prosić o zgodę prokuratora ani sądu. Retencja danych telekomunikacyjnych to, niestety, nie koniec niebezpiecznych inicjatyw w ramach Unii Europejskiej, podejmowanych żeby „lepiej nadzorować sieć”. Właśnie wraca pomysł na walkę z pedofilią poprzez blokowanie podejrzanych adresów w Internecie. Komisja Europejska proponuje wprowadzenie tzw. dyrektywy o wykorzystywaniu dzieci, która ma nałożyć na państwa członkowskie obowiązek blokowania stron WWW (o ile nie uda się ich usunąć z sieci). Takie rozwiązanie jest nie tylko nieskuteczne – blokowanie stron oczywiście nie prowadzi do ich zniknięcia, a więc ma do nich dostęp każdy, kto opanuje prostą technikę omijania systemu filtrującego – ale też bardzo niebezpieczne dla wolności słowa. Blokowanie jakichkolwiek treści wymaga stworzenia kompleksowej infrastruktury cenzurującej. Doświadczenie pokazuje, że taka infrastruktura może być łatwo nadużywana: raz wdrożona zaostrza apetyt polityków na jej zastosowanie w innych obszarach, na przykład do zwalczania mowy nienawiści czy naruszeń praw autorskich.

Opresyjny monopol praw autorskich Paradoksalnie najgorętszym obecnie frontem zmagań o kontrolę nad przepływem informacji w sieci jest nie wojna z terroryzmem, ale walka o przetrwanie przemysłu rozrywkowego. Przemysłu, a nie samych twórców, ponieważ to wcale nie w interesie tych ostatnich rozpętano krucjatę przeciwko tzw. piractwu, czyli naruszeniom praw autorskich. W istocie chodzi o zyski pośredników i faktycznych monopolistów na rynku kultury masowej. Aby powstrzymać oddolny i spontaniczny ruch użytkowników, wymieniających się nieodpłatnie plikami z filmami czy muzyką, wytoczono najcięższe działa: sankcje karne, w tym niesławne odcinanie od Internetu (wprowadzone jak na razie tylko we Francji) oraz filtrowanie sieci i blokowanie serwisów, umożliwiających wymianę plików. Ta tendencja sprawia, że jesteśmy o krok od zdelegalizowania protokołu peer-to-peer jako takiego, czyli samej metody komunikacji,

146

która poza wymianą plików z muzyką ma setki innych zastosowań i ogromnie zwiększa przepustowość łącz internetowych. Jeszcze nie udało się lobby przemysłu rozrywkowego przeprowadzić tego projektu w Polsce, jednak na horyzoncie widać ciemne chmury w postaci głośnego układu ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement). Od trzech lat ten układ jest negocjowany za zamkniętymi drzwiami w gronie potęg gospodarczych, w tym Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Oficjalnym celem ACTA jest określenie „zasad współpracy państw w obszarze ścigania naruszeń prawa własności intelektualnej”. Istotą układu jest jednak egzekwowanie praw autorskich w sieci rękami prywatnych przedsiębiorców. To na nich ACTA przerzuca odpowiedzialność za ściganie i uniemożliwianie naruszeń praw autorskich. Istnieje zatem bardzo duże ryzyko, że ACTA doprowadzi do powstania „prywatnej policji ds. praw autorskich” w Internecie. Co istotne dla zrozumienia powagi problemu: aby skutecznie blokować takie praktyki, jak wymiana plików w systemie peer-to-peer, prywatni przedsiębiorcy będą musieli filtrować cały ruch przepływający przez ich serwery – a zatem podglądać przesyłane treści. I tak, za ochronę partykularnych interesów jednej gałęzi przemysłu, prawdopodobnie i tak skazanej na powolne wymieranie, wszyscy użytkownicy Internetu być może zapłacą ścisłym nadzorem nad komunikacją, a w konsekwencji ograniczeniem prawa do prywatności i swobody wypowiedzi. ACTA pokazuje, że walka o kontrolę nad informacją – w rzeczywistości walka o komercyjny zysk – bywa brutalna.

Gra o wolność? Internet to jednak nie „permanentny stan wyjątkowy”, dla którego prawa podstawowe i proceduralne gwarancje trzeba dopiero wynaleźć, ale normalna rzeczywistość, w której powinny obowiązywać standardy demokratycznego państwa prawnego. Te zasady mamy już dobrze rozpoznane, miejscami nawet spisane – we własnej Konstytucji, w międzynarodowych dokumentach, w Karcie Praw Internetu z Montevideo czy barcelońskiej Karcie Innowacyjności, Kreatywności i Dostępu do Wiedzy. Pozostaje problem, jak je skutecznie wdrażać. I kto ma to wdrażanie zabezpieczać. Innymi słowy, komu powinniśmy powierzyć stanie na straży naszych cyberwolności: korporacjom, rządom, społeczeństwu obywatelskiemu, a może każdemu człowiekowi na własny rachunek? To nie są proste pytania, więc tym bardziej trzeba zadawać je wciąż na nowo. Walka o kontrolę nad informacją w sieci trwa, a społeczeństwo jest w niej wciąż mało istotnym graczem. Tylko poprzez świadome uczestnictwo w procesie negocjowania reguł tej gry możemy pełnoprawnie zaistnieć. Niewątpliwie jest też o co walczyć: raz stracone pole będzie niezwykle trudne do odzyskania. Jeśli dziś bez protestu przystaniemy na filtrowany Internet, blankietową retencję danych czy nieograniczone możliwości wykorzystywania informacji o nas przez „zaufanych” dostawców usług komunikacyjnych możemy jutro obudzić się w innym świecie; świecie, w którym dalsze reguły gry będą już ustalane zupełnie poza naszą kontrolą.


KEYMO 147


148


149


150


Nowe technologie – ideologie – płeć Grażyna Gajewska

W 1960 roku w czasopiśmie „Astronautics” ukazał się artykuł Manfreda Clynesa i Nathana Kline’a Drugs, Space and Cybernetics. Naukowcy, pracujący w tym czasie dla Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA), zasugerowali, że dopuszczenie wysoko zawansowanej technologii do ludzkiego organizmu może zaowocować wieloma pozytywnymi przeobrażeniami. Chodziło o stworzenie ludzko-mechanicznych hybryd, które mogłyby pracować w skrajnie trudnych warunkach, a także dobrze znosiłyby ekstremalne warunki w przestrzeni kosmicznej, gdyż „dostosowywanie funkcji ludzkiego ciała do warunków pozaziemskich jest bardziej logiczne niż ziemskiego środowiska dla ludzkich potrzeb”[1]. Naukowcy stwierdzili, że na obecnym etapie nauki i technologii możliwe jest stworzenie samokontrolujących systemów techniczno-organicznych. Zaproponowali, by nazwać je cyborgami [2]. Od tego czasu słowem cyborg zaczęto określać hybrydę, burzącą tradycyjne podziały między umysłem a materią, umysłem a mechanizmem, zwierzęciem a człowiekiem, między naturalnym a stymulowanym rozwojem, wreszcie między życiem a śmiercią. Cyborg wystawia na próbę heterogenezę ludzkiego organizmu, wymyka się bowiem jednoznacznej identyfikacji, gdyż logika tworzenia cyborgów opiera się na introjekcji i absorpcji, dzięki czemu znoszona jest granica między tym, co naturalne a tym, co

sztuczne, między wewnętrznym a zewnętrznym. Cybernetyczny organizm nie może więc być rozłożony na część organiczną i nieorganiczną. Nie można zedrzeć sztuczności bez naruszenia całości. Technologia nie jest usytuowana na zewnątrz człowieka, lecz egzystuje w nim, z nim i poprzez niego. D. S. Halacy Jr. w pracy Cyborg: Evolution of the Superman z 1965 roku stwierdza, że idea cyborga zaprezentowana przez Clynesa wyznacza nowe przestrzenie i granice, ale nie chodzi tu wyłącznie o przestrzeń w sensie kosmosu, lecz także o przestrzeń, w której przenika się to, co wewnętrzne z tym, co zewnętrzne, i w której budowane są pomosty między umysłem a materią[3]. Według Halacy’ego, cyborga postrzega się często wyłącznie jako organizm, który – dzięki technologii – jest ulepszoną wersją człowieka, lecz takie podejście nie oddaje złożoności problemu ani nie ogarnia wielu aspektów przekraczania biologiczno-kulturowych ograniczeń. Projekt cyborgizacji od początku był więc traktowany jako kontestacja starego ładu, a także rozdziału natury i kultury, który przestał być oczywisty. W tym sensie nauka brała udział w nowej organizacji świata i miała równie przełomowy charakter, jak niegdyś odkrycia Mikołaja Kopernika, Karola Darwina i Zygmunta Freuda. Jeśli koncepcja Kopernika odmieniła ogląd wszechświata, badania Darwina wskazywały na zwierzęcy rodowód człowie-

151


ka, a dociekania Freuda podkreślały wagę nieświadomości w ludzkim życiu, to badania Clynesa i Kline’a, niwelując granice między organicznym i nieorganicznym, miały pokonać wszelkie ograniczenia natury i utorować drogę do pragmatycznej samosterowalności. Pragmatyzm ten miał mieć także konsekwencje polityczne. Słowo cyborg pojawiło się wtedy, gdy wyścig zbrojeń prowadzony między Wschodem a Zachodem wszedł w tzw. fazę kosmiczną. Wyzwania polityczne angażowały naukowe narzędzia do podboju Kosmosu. Cyborgizacja wyznaczała pewien horyzont władzy – ten kto panuje nad ciałem, ten może ujarzmić, podporządkować trudno dostępne obszary na Ziemi i poza nią. Władza, która – w sensie, jaki nadał jej Michel Foucault [4] – nie uwidacznia się na poziomie sprawowania rządów jednostek, lecz rozplenia w różnego rodzaju dyskursach, uczyniła z biotechnologicznych ciał oręż globalnej polityki i ekonomii. Wkrótce jednak euforia związana z podbojem kosmosu przygasła, a w konsekwencji także naukowo-militarny projekt cyborgizacji. Wtedy właśnie eksploracje kosmicznej przestrzeni i cyborgizacji zaczęły rozpalać wyobraźnię pisarzy i reżyserów. Chodzi nie tylko o wyraźne inspiracje artykułem Clynesa i Kline’a – jak w powieści Człowiek Plus z 1975 r. Frederika Pohla, w której bohater zostaje poddany cyborgizacji, by mógł żyć na Marsie, a później kolonizuje planetę i emancypuje się od społeczności ludzkiej – lecz także o rozmaite opalizacje ludzko-technicznej immersji dla celów wojskowych: od bohaterów zasilanych bionicznymi szkieletami z powieści Wieczna wojna Joe’go Williama Haldemana z 1974 r. po postacie Terminatora z filmu wyreżyserowanego przez Jamesa Camerona w 1984 r. i policjanta-cyborga z filmu RoboCop w reżyserii Paula Verhoevena z 1987 r. Cyborg stał się także inspiracją dla nauki i techniki (zwłaszcza protetyki), a od połowy lat osiemdziesiątych XX w. dla teorii posthumanistycznych. Wtedy też militarny rodowód cyborga zaczął być poddawany krytyce w dyskursie femistycznym (Donna Haraway, później Sadie Plant) i postkolonialnym (Joseba Gabilando). W dyskursach tych również pojawia się cyborg jako projekt naukowy, fikcja społeczna, emblemat współczesnej fazy ludzko-technologicznej immersji, jednak postać ta służy kontestacji zachodniej racjonalności, kapitalistycznego, patriarchalnego porządku, czy – jak ujął to Jacques Derrida – fallogocentryzmu [5]. Wielowątkowe koncepcje cyborga są ciekawym przykładem tego, jak naukowo-militarny projekt, po wyczerpaniu związanym z przemianami politycznymi, został reaktywowany przez kulturę popularną, a jednocześnie współtworzył przeciwstawne koncepcje światopoglądowo-społeczne. Ta niewspółmierność oczekiwań wobec cyborga ujawnia, że nasza współczesna wrażliwość targana jest przez wieloznaczne konflikty między naukami ścisłymi, humanistycznymi i ideologiami – w ich wielostronnie zamaskowanych działaniach postaci cyborga nadawane są różne znaczenia, wyznaczające rozmaite strategie naszego usytuowania w nieznanej jeszcze przyszłości. Chociaż jest ona nieznana, to jednak już przeczuwana, przez co zmusza nas do zajęcia stanowiska. Dlatego cyborgi – gospodarze przyszłości – nie mogą być neutralne, a wręcz przeciwnie, są podatne na ideologizację i obarczone przymusem upolitycznienia. Świadczy o tym moment połączenia słowa cyborg z ideologiczno-politycznymi implikacjami, a także późniejsza krytyka jego militarnego rodowodu i próby poszukiwania innej motywacji dla ludzko-technicznej immersji.

152

Feministyczna utopia Donny Haraway Oswajanie monstrualnych cyborgów przez dyskurs feministyczny rozpoczęło się od publikacji tekstu biolożki Donny Haraway Manifest cyborgów: nauka, technika i feminizm socjalistyczny lat osiemdziesiątych z 1985 r. wydanego w polityczno-teoretycznym piśmie „Socialist Review” [6]. W tekście tym czytamy: „Cyborg jest organizmem cybernetycznym, hybrydą maszyny i organizmu, wytworem rzeczywistości społecznej i fikcji” [7]. A dwa akapity dalej: „Pod koniec XX wieku, naszego czasu, mitycznego czasu, wszyscy jesteśmy chimerami, wymyślonymi i sfabrykowanymi hybrydami maszyny i organizmu, słowem, jesteśmy cyborgami”[8]. U Haraway monstra te nie należą już do horyzontu odległej przyszłości, lecz raczej do bliskiego jutra, którego jeszcze sobie nie uświadomiliśmy. Jednak gdy tylko dostrzeżemy monstrum, rozpocznie się proces legitymizacji i normalizacji. Haraway zwraca uwagę, że nauka i technologia od dawna już „rozmiękczają” granice między sztucznym a naturalnym. Zburzenie ,tak znaczącej dla kultury, antropocentrycznej opozycji, spowoduje rozproszenie wielu dualizmów, mocno zakorzenionych w zachodnich tradycjach, gdyż maszyny z końca XX wieku „całkowicie zamazały granicę pomiędzy naturalnością i sztucznością, umysłem i ciałem, samorozwojem i zewnętrzną ingerencją, jak też wiele innych rozróżnień, które stosowano zwykle do organizmów i maszyn. Nasze maszyny są niepokojąco żywe, a my sami – przerażająco bezwładni” [8]. Haraway podkreśla ścisły związek między współczesnymi naukami humanistycznymi, biologicznymi i ideologiami. Badając przedstawienia cyborgów trzeba więc pytać, jakim ideologiom i politykom służą. Autorka Manifestu cyborgów prezentuje stanowisko feminizmu socjalistycznego, dlatego cyborgom fallogocentrycznym, opartym na micie początku oraz technikom języka biotechnologii i elektroniki przeciwstawia opowieści feministycznych cyborgów. Tożsamość takiego cyborga, w ujęciu biolożki, cechuje dywersja wobec pochodzenia i czystości gatunku, określa ją bowiem płynność między tym, co zwierzęce – ludzkie – techniczne. Dla jednych to przerażająca kreatura, lecz dla Haraway cyborg jest nadzieją na nową organizację polityczną nastawioną na „eksces”, np. mógłyby poświęcić się „realistycznej przemianie laboratoriów, ucieleśniających i generujących narzędzia technologicznej apokalipsy; społeczności budujące formy politycznego działania, które faktycznie mogłoby stawiać w jednym szeregu czarownice, inżynierów, starców, zboczeńców, chrześcijan, matki i leninistów, dostatecznie długo, żeby rozbroić państwo” [10]. Haraway w brawurowej szermierce ideologii podszytej ironią ukazuje związek człowieka z technologią jako monstrum, daleka jest jednak od ucieczki przed jego groźnym wzrokiem. Uważając, że nie ma odwrotu od cyborgizacji, pyta raczej, jak nauczyć się żyć w nowych realiach. Dziś, z perspektywy ponad dwudziestu lat, tekst ten nie zaskakuje ani koncepcją licznych związków z maszynami, ani wizją uwolnionej od przymusu binarności płciowej, ani tezą o rozproszonej i wielowymiarowej egzystencji cyborgów. Jednak w latach osiemdziesiątych artykuł ten był ważnym głosem, ukazującym społeczne, polityczne i ekonomiczne warunki kształtowania podmiotowości, zanurzonej w technologii. Utopia ta ma jednak słabe punkty, z których zresztą autorka Manifestu cyborgów zdaje sobie sprawę. Wysoko rozwinięta technologia nie jest przecież wynalazkiem out-


The East Gate, Oraculum: The Prophecy For Dead Cities, fot. Marcin Owczarek

siderów, słabych ani pokrzywdzonych, lecz stanowi element systemu, który Haraway chce pokonać (militaryzm, kapitalizm, patriarchalizm). Z tych powodów dziesięć lat później w artykule Cyborgs and Symbionts: Living Together in the New World Order biolożka przedstawiła cyborga jako figurę współczesnej globalizacji i uniwersalizacji [11]. Uważa, że chociaż wynalazki te są niebezpieczne, to jednak ich powszechne użycie jest nieuniknione. Nawet jeśli dostęp do narzędzi je produkujących mają nieliczni, nie można twierdzić, że ich skutki nie dotyczą wszystkich ludzi. Według Haraway „cyborg jest figurą umożliwiającą badanie tych wynalazków, komu one służą, jak mogą być przekształcane” [12]. Fikcja i rzeczywistość dookreślają się i wzajemnie redefiniują, dlatego ważne wyzwanie stanowi badanie zmiennych wyobrażeń o ludzko-technicznych hybrydach w literaturze science fiction, a także w filmie i sztukach plastycznych. Jest to nieodzowny warunek badania współczesnych procesów cywilizacyjnych. Kreacje cyborgów w science fiction jawią się tu jako metafory postindustrialnej rzeczywistości. Ponieważ układ sił, przymierza i interesy ulegają zmianom, także statusu cyborgów nie można traktować jako statycznego, raz na zawsze ustalonego. Będąc wytworami, a jednocześnie zakładnikami steoretyzowanego, techno-naukowego i globalizującego się świata, ulegają przeobrażeniom. Ich moc jest tyleż konstruktywna, co niszcząca. Badaczka ta powiadając, że jesteśmy cyborgami, prowokuje nas do spojrzenia na siebie jak na członków tego samego klanu, którzy powinni zadbać o swoje interesy.

Mariaż kobiet z technologią w dyskursie feministycznym Od czasu publikacji Manifestu cyborgów Haraway, cyborgizacja stała się centralnym tematem wielu badań i to nie tylko przyrodniczych i technicznych, lecz także politologicznych, literaturoznawczych, psychologicznych oraz antropologicznych[13]. W ciągu ostatnich dekad akademicki dyskurs o cyborgizacji coraz bardziej rozwarstwiał się, gdyż przedmiot badań nieustannie zmienia się w obliczu postępu technologicznego, prowokując do coraz nowszych i ciekawszych interpretacji, a różne dyscypliny wydobywają odmienne aspekty tych przeobrażeń. W kontekście poruszanych w tym artykule wielorakich związków między nowymi technologiami, ideologiami i płciami należy podkreślić, że figura cyborga odgrywa ważną rolę w dyskursie feministycznym tzw. trzeciej fali. Atrakcyjność tej figury polega na tym, że pozwala ona jednocześnie uchwycić wyobrażenia o wysoko rozwiniętej nauce i technologii oraz narzędzia ich konstruowania. Według Haraway taka perspektywa wyznacza właściwą drogę do zrozumienia postindustrialnej współczesności. Wielość stanowisk, perspektyw badawczych i ocen tego ludzko-technicznego mariażu prezentowana w dyskursie feministycznym, świadczy jednak o tym, że droga ta wcale nie jest łatwa. Wiele feministek podkreśla, że technologia może być zarówno narzędziem utwierdzającym uprzedmiotowienie kobiet, jak i narzędziem umożliwiającym im

153


emancypację, co zresztą znajduje wyraz w skrajnych ocenach mariażu kobiet z technologią, wyrażanych, z jednej strony w nurcie ekofeminizmu, z drugiej natomiast w nurcie cyberfeminizmu. Badaczki związane z ekofeminizmem, na przykład Karen J. Warren, Anna Nacher, Ewa Charkiewicz przekonują, że opresyjne zachowania wobec kobiet mają to samo źródło, co destrukcyjne traktowanie środowiska naturalnego [14]. W tym ujęciu technologia jawi się jako instrumentarium włączone w patriarchalny dyskurs władzy, za pomocą którego mężczyźni ustanawiają dominację nad naturą i kobietami. Zdaniem teoretyczek i działaczek związanych z cyberfeminizmem, tak wyraźne przyporządkowanie kobiet do sfery natury pogłębia dualizm natura-kultura, a jednocześnie wyklucza kobiety ze współczesnych przemian cywilizacyjnych. Wspomniany wyżej cyberfeminizm, w ramach którego afirmuje się rozmaite relacje między technologią a kobietami, nie stanowi zwartego nurtu intelektualnego ani artystycznego, stąd trudno określić jego program. Można nawet stwierdzić, że tworzenie jakiegoś zwartego programu (teoretycznego, ideologicznego) stoi w sprzeczności z afirmowaniem różnorodności, hybrydyczności wyrażanej przez kobiety, biorące udział w Pierwszej Międzynarodówce Cyberfeministycznej, o czym świadczy ich niechęć do formułowania jednoznacznych twierdzeń typu „cyberfeminizm to…”. Co najwyżej można wskazać na zróżnicowane pola aktywności politycznej i artystycznej inspirowane badaniami nad problematyką tożsamości, techniki i cielesności, zwłaszcza złożonych relacji między kobietami i nowymi technologiami. Teoretyczne podstawy ceberfeminizmu, określające nowe związki kobiet z technologią w celu przedefiniowania pojęcia tożsamości, zostały położone w rozprawach Haraway, badaczka ta jednak nie określa siebie samej jako cyberfeministki. Posthumanistyczny sposób myślenia o podmiotowości prezentuje także Sadie Plant, która w publikacji Zeros and Ones: Digital Women and the New Technoculture z 1997 r. [15] zapowiedziała przymierze kobiet, maszyn i elektroniki, a tym samym obwieściła narodziny cyberfeminizmu, który sprzeciwia się patriarchalnej organizacji porządku społecznego. Zdaniem Plant wspólne działanie kobiet i wysoko zaawansowanej technologii, może doprowadzić do powstania „nowej kobiety”. To emergent, czyli kobiety połączone ze sobą nawzajem, z komputerami, łączami komputerowymi. W tym akcie immersji ciała kobiety będą interaktywnie doświadczać rzeczywistości wygenerowanej przez komputer. Osoba, lub nawet wiele połączonych ze sobą osób, miałaby zostać zanurzona w przestrzeni wygenerowanej przez cyfrowo zakodowaną informację. Z kolei artystyczno-polityczne działania australijskiej grupy VNS Matrix i europejskiego konsorcjum o nazwie Old Boys Network przyczyniły się do wprowadzenia cyberfeminizmu do przestrzeni artystyczno-instytucjonalnej, m.in. na festiwale: Inter-Society for the Electronic Arts, Dutch Electronic Art Festival oraz Ars Electronica. W dyskursie cyberfeministycznym technologię traktuje się jako istotną współorganizatorkę tożsamości, nie wyłącza się więc tego, co przedmiotowe poza człowieka, lecz przedmiotowe/podmiotowe rozpatruje we wzajemnej relacyjności. W świetle nowych, nieesencjalistycznych koncepcji tożsamości propozycje cyberfenistek mogą być inspirujące, pozwalają na pokonanie dualizmu natura-kultura, wewnętrzne-zewnętrzne i na kreślenie nowych metod emancypacji, poprzez mariaż kobiet z technologią. Wątpliwości wzbudza jednak to, czy samo zacieśnienie

154

owego związku można traktować jako wystarczające kryterium zmiany pozycji kobiet we współczesnej, stechnologizowanej kulturze. Bardziej ostrożne stanowisko względem technologii zajmuje Rosi Braidotti, która w książce Podmioty nomadyczne: ucieleśnienie i różnica seksualna w feminizmie współczesnym [16] z 1994 rokuanalizuje gesty epistemologicznej dominacji nauki nad cielesnością. Wbrew oczekiwaniom i deklaracjom, cyberprzestrzeń nie jest wolna od podziałów płciowych, rasowych, ekonomicznych. Braidotti nie neguje związków ludzi z maszynami ani naszego zanurzenia w cyberprzestrzeni, lecz uchyla się od nieco naiwnej wiary w zbawienną moc technologii w niwelowaniu nierówności. Badaczka ta wskazuje raczej na to, że mogą istnieć różne formy jej adaptacji, także takie, które umacniają stereotypy i rozbudowują strategie opresji. Braidotti interesuje rozszerzenie relacji kultura-natura o trzeci element – technologię, jednak bez złudzeń, że samo przymierze z maszynami zlikwiduje nierówności. Nomadyzm przedstawia nie tylko jako afirmację wielości, lecz także cielesności podmiotu. Podmiot ten jest niehierarchiczny, a więc także pozbawiony zapędów opresyjności. Tak Braidotti postrzega nową kobietę, podkreśla jednak, że nomadyzm może być modelem politycznym także dla innych grup, pragnących zmian cywilizacyjnych, w których nie byłoby podziału ze względu na płeć i rasę, lecz byłyby one afirmowane, gdyż właśnie wielość, złożoność i różnorodność może dostarczyć sił oraz inspiracji niezbędnych do kreatywnego stawania się. Braidotti opowiada się za „nomadyczną polityczną ontologią, która podobnie jak «cyborg» Donny Haraway […] dostarcza ruchomych podstaw posthumanistycznemu traktowaniu podmiotowości. Nomadyczna świadomość jest rodzajem oporu politycznego wobec hegemonicznych i wykluczających ujęć podmiotowości” [17]. Braidotti dąży więc do umocowania politycznej aktywności kobiet poza substancjalnym ujęciem podmiotu. Wszystkie wymienione poglądy, mniej lub bardziej bezpośrednio dotykające problemów cyborgizacji, włączone są w dyskurs polityczny i etyczny. Niezależnie od tego, czy mówimy o socjalistyczno-feministycznym projekcie cyborgizacji Haraway, o anarchistycznej destrukcji podmiotowości w ujęciu Plant czy o nomadycznej ontologii Braidotti, zawsze chodzi o stawianie pytań o to, w jaki sposób nowe technologie mogą wpływać na przeobrażenia podmiotowości. To także pytania o to, jak technologia sprzęgnięta z ideologią i prawem może reorganizować postindustrialne społeczeństwo, znosić podziały rasowe, klasowe, płciowe lub też inaczej – w jaki sposób staje się narzędziem kontrolowania i regulowania populacji. Przypisy: [1] Manfred E. Clynes and Nathan S. Kline, Cyborgs and Space, [w: ] Cyborgs Handbook, ed. by Chris Hables Gray with the Assistance of Heidi J. Figueroa-Sarriera & Steven Mentor, New York – London: Routledge 1995, s. 29. [2] Tamże, s. 31. [3] D. S. Halacy, Cyborg: Evolution of the Superman, New York: Harper and Row Publishers, 1965, s. 7. [4] Foucault nie pyta „co to jest władza?”, lecz „czym są, w swoich mechanizmach, w swoich skutkach, w swoich relacjach, rozmaite narzędzia władzy, działające na różnych poziomach społeczeństwa, w różnych dziedzinach i wymiarach”. Michel


Foucault, Trzeba bronić społeczeństwa. Wykłady w College de France, 1976, przeł. Małgorzata Kowalska, Warszawa: Wydawnictwo KR 1998, s. 25. [5] Termin fallogocentryzm zaproponował Jacques Derrida dla określenia logocentrycznego i fallocentrycznego sposobu funkcjonowania kultury zachodniej. Warto wspomnieć, że termin fallocentryzm pochodzi z dyskursu feministycznego. Według Luce Irigaray szczególną pozycję kobiety w logice „tosamości” charakteryzuje właśnie fallocentryzm. Hélčne Cixous i Donna Haraway posługują się już terminem fallogocentryzm, który został rozpowszechniony w tekstach Derridy. Filozof ten podkreślał jednak, że związki z krytyką feministyczną uważa za zbieżność czasową, „jedynie przynależność do pewnej konfiguracji, uczestnictwo we wspólnym ruchu, tę samą motywację”. Ta dziwna instytucja zwana literaturą. Z Jacquesem Derridą rozmawia Derek Attridge, przeł. Michał Paweł Markowski, „Literatura na Świecie” 1998, nr 11-12, s. 205–206. [6] Donna Haraway, Manifesto for Cyborgs: Science, Technology, and Socialist Feminism in the 1980s, “Socialist Review” 1985, nr 80, s. 65-108. Korzystam z przekładu polskiego: taż, Manifest cyborgów: nauka, technika i feminizm socjalistyczny lat osiemdziesiątych, przeł. Sławomir Królak i Ewa Majewska, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 2003, nr 1, s. 49-87. [7] Tamże, s. 49. [8] Tamże, 50. [9] Tamże, s. 53. [10] Tamże, s. 56.

[11] Donna Haraway, Cyborgs and Symbionts: Living Together in the New World Order, w: The Cyborg Handbook…, s. XIX. [12] Tamże. [13] Chris Hables Gray, Steven Mentor, Heidi J. Figueroa-Sarriera, Cyrorgology: Construction the Knowledge of Cybernetic Organisms, in: Cyborg Handbook…, s. 8. [14] Zob. Rosi Braidotti, Ewa Charkiewicz, Sabine Häusler, Saskia Wieringa, Women, the Environment and Sustainable Development: Towards a Theoretical Synthesis, London – New Jersey: Zed Books in association with INSTRAW 1995. [15] Sadie Plant, Zeros and Ones: Digital Women and the New Technoculture, New York: Doubleday 1997; Koncepcję emergenta – połączenia i przymierza kobiet z maszynami i elektroniką Plant rozwija także w artykule: taż, The Future Looms: Weaving Woman and Cybernetic, w: Cybersexualities. A Reader on Feminism Theory, Cyborgs and Cyberspace, ed. by Jenny Wolmark, Edinburgh: Edinburgh University Press 1999. Zob. także omówienia idei cyberfeminizmu w języku polskim: Ewa Majewska, Polityczny wymiar współczesnego feminizmu, „Lewą Nogą” 2004, nr 16, s. 129-134; Ewa Hyży, Kobieta, ciało, tożsamość, Kraków: Universitas 2003, s. 255-259. [16] Rosi Braidotti, Podmioty nomadyczne:ucieleśnienie i różnica seksualna w feminizmie współczesnym, przeł. Aleksandra Derra, Warszawa: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne 2009. [17] Rosi Braidotti, Podmioty nomadyczne..., s. 51. Zob. także: Ewa Majewska, Polityczny wymiar współczesnego feminizmu, „Lewą Nogą – półrocznik polityczno-artystyczny” 2004 nr 16.

Oraculum : The Prophecy For Dead Cities, fot. Marcin Owczarek

155


Cywilizacja gadżetów, czyli technototal Ta d e u s z Z ł o t o r z y c k i

Niemal dwieście lat temu, kiedy nowością były machiny parowe i gazowe oświetlenie, Stendhal w Przechadzkach po Rzymie zanotował spostrzeżenie: cywilizacja osłabia duszę. W czasach odległych i dla nas, w najbardziej oddalonym kręgu kultury chińskiej, w księdze przypisywanej Czuang Tsy można spotkać – w imię utrzymywania tradycji – sprzeciw wobec mnożenia ułatwień. Pamiętam dawne czasy, gdy na ulicy stał jeden samochód, zaś mętnoszary telewizor wypluwał przez kilka godzin jedyny program. Jestem reliktem minionych zapomnień, a tym samym moje niedzisiejsze postrzeganie rzeczy jest naznaczone zwapnieniem zwichrowanego mózgu, lecz nostalgicznie patrząc wstecz, nabieram przekonania, że w miarę jak przybywa technologicznych ułatwień, obyczaje społeczne stają się coraz bardziej niespołeczne. Życie obywatelskie nie istnieje, bo nikt nie czuje się obywatelem, lecz konsumentem, a ten ma za sobą tyle przemian i maskarad, że nie wie kim jest, bo jest anonimem; dlatego chce być różny od wszystkich z zachowaniem warunku, że wszyscy będą do niego podobni, co oczywiście skutkuje powszechną jednorodnością i unieważnia oryginalność osobowości. Informacją nazywa się impulsy i sygnały, zawierające możliwie najmniej znaczeń, a te, coraz nachalniejsze bodźce, mnożą chaos bezsensu i są nieustannym poszturchiwaniem w stronę bezbrzeżnej konsumpcji. Ta jest dostępna za cenę potwornego idiotyzmu pracy zarobkowej. Ani chwili wytchnienia. Nie samym chlebem żyją ludzie, ale gdy potrzeby są zaspokojone, niełatwo uczynić z egzystencji cokolwiek wartościowego lub choćby satysfakcjonującego. Na dodatek życie pozbawiono treści, aby oddać je nadkonsumpcji i zwidom. Od dawna tworzenie fałszywych wyobrażeń – taką metodę sprawowania władzy postulował Platon – jest sposobem wodzenia za nos pospólstwa; nie ma to nic wspólnego z prawami, oprócz bycia im posłusznym. Samotny, zdezorientowany i zatomizowany tłum jest

156

popychany, modyfikowany i ujednolicany zgodnie z wymogami technologicznego totalitaryzmu. Gdy piszę ten tekst, lekko stukając w klawiaturę komputera, jestem sam ze sobą niczym pustelnik, ale jednocześnie całą moją uwagę wabią wytwory złudnej nowoczesności i ulegam pokusom oferowanym przez technologiczne cudowności. W niezmiernym umozejściu mniemam hardomyślnie, że tylko w ograniczonym stopniu jestem cybermaniakiem. Jednak fakty są jasne; w kieszeni ukrywam telefon, na stole leżą dwa rozdziawione notebooki i dwa cyfrowe urządzenia zapisujące, świeci dodatkowy monitor o poprawnym odwzorowaniu kolorów, z głośników płynie muzyka z odległych stron świata (niestety oglądanie różnych zakątków Ziemi jest utrudnione przez zbyt wolne łącze internetowe). Wiele godzin poświęcam fetyszom nowoczesności ze wzrokiem wbitym w ekrany. Za oknem noc, a w pokoju jasno jak w dzień, trochę to ekstrawagancja, gdyż do oświetlenia kilkunastu metrów kwadratowych używam 205 wat świetlówek. Wiem jedno: nawet gdyby przekonywano mnie o wielkich korzyściach, nie życzę sobie implantacji elektronicznych gadżetów, nie chcę być częścią do komputera, który będzie wszystko o mnie wiedział i będzie moim opiekunem. Zgadzam się z tezami: 1. życie uczciwego człowieka jest okropne; 2. zasadnicze znaczenie w demokracji ma problem kontroli. Vaclav Havel uważał, że „system posttotalitarny jest wprost opętany potrzebą ujmowania wszystkiego w regulaminy; życie jest plątaniną przepisów, rozporządzeń, wytycznych, norm i reguł”. Bieżący wzrost ilościowy europejskich i polskich przepisów jest nie do ogarnięcia dla jednej osoby. Wezwanie Poppera do patrzenia władzy na ręce jest miłą utopią. Przykład WikiLeaks pokazuje, że jednak można ujrzeć działania władzy, choć jest to surowo wzbro-


nione, bo władza to rzecz służb tajnych i milczanych. Gówno a nie ludowładztwo! Nie ma demokracji bez jawności, a nawet w tak wynaturzonym tworze, jakim jest pośrednia demokracja przedstawicielska, tylko nieliczni posłowie mogą poznawać tajemnice władzy. Natomiast tajne rządy to schyłkowy objaw wskazujący, że władza i decyzje należą do pretorian, bo czymże innym są służby specjalne. To Julian Assange zasługuje na Nagrodę Nobla, a nie morderca obrońców Afganistanu i Iraku. Kto głosi, że kontrola obywateli jest nadmierna, powinien znać słowa Robespierra: „Twierdzę, że każdy kto w tej chwili drży jest przestępcą, gdyż niewinność nigdy nie obawia się publicznego nadzoru.” Jako urodzony przestępca (deliquento nato) wszem i wobec rozgłaszam, że otoczeni jesteśmy wszechkontrolą, że wszystko jest zapisywane, niebywałe ilości danych są automatycznie i niezależnie na kilka sposobów zbierane i magazynowane. Tylko ciągle jest za mało pracowników do ich odczytywania i programy wciąż nie są doskonałe, ale to do czasu. I ustawicznie są ważniejsze dane do obrobienia. To, że żyjemy bez poczucia otaczającej zewsząd przemocy, a gilotyna nie jest w ustawicznym ruchu i zrezygnowano z deficytowych obozów, nie oznacza automatycznie, że jesteśmy w raju. To marna halucynacja. Totalny znaczy wszechobejmujący, całkowity. Elegancja okrycia żelaznej ręki wszechprzemocy miękkociepłą rękawiczką opiekuńczej wszechkontroli nie zmienia faktu: ustrój jest totalitarny, choć zmieniły się sposoby utrącania wybujałych kłosów, czyli metody wykluczania i karania. Skończyło się chaotyczne szukanie przeciwników i walenie na oślep, ale każdego może dotknąć twardocelny paluch władzy. W roku 1988 nad szkockim miasteczkiem Lockerbie eksplodował amerykański samolot, który wystartował z Paryża. Śledztwo trwało długo, ale było skuteczne. Aby uniknąć podsłuchu, zamachowcy korzystali z budek telefonicznych, ale się przeliczyli, gdyż już wtedy francuskie służby specjalne nagrywały wszystkie rozmowy prowadzone z publicznych telefonów. Francuzi przekazali ten gigantyczny zbiór Amerykanom, ci zaś włożyli go do ogromnego komputera wraz z próbkami głosów wszystkich podejrzanych i po dwóch chyba latach wszystkie rozmowy zostały odnalezione; zamach zlecił Kadafi, a tego co podłożył bombę wsadzono do więzienia. Od tamtych czasów metody wszechinwigilacji zostały rozbudowane i unowocześnione. Każdy sygnał radiowy z każdego punktu na Ziemi jest przechwytywany przez specjalne satelity. Mój telefon mnie nadaje i demaskuje. Każde wejście do Internetu jest rejestrowane, zaś brak reakcji jest chwilowy, bo jak będzie trzeba, wszystko zostanie odczytane i wykorzystane. I nie ma co się łudzić, że coś będzie wymazane. Kilka lat temu pewna pani dostała od uczynnego policmajstra moje szczegółowe dossier, z którego wynikało, że jestem przestępcą słusznie skazanym podczas „wojny jaruzelskiej” za obrzydliwość spekulacji. A prawo obiecuje, że po pięciu latach dane osobowe są kasowane. Ale to lipa i ściema. Ten akapit kończę sentencją często wygłaszaną publicznie przez Baudelaire’a: „generała należy rozstrzelać”. To się nie stało i nie stanie. Generał przeżył poetę. Ja, w przeciwieństwie do władców, nie mam nic do ukrycia. Poza jawną zbrodnią nieprawomyślności nic złego na mnie nie ciąży, nigdzie nie wysłałem uzbrojonych ludzi, nie głosuję na głupców mordujących zwierzęta dla przyjemności, wrogów rowerzystów, jak i na tych co będą

nakazywać czynienie zła, ani sam nie hańbię się używaniem przemocy lub podstępów. Brzydzę się ordynarnym kłamstwem i wulgarną mową, natomiast, jako patentowany wiła, niepoczytalnie wielbię prawdę świata oraz sztuki piękne. Dlatego nie oglądam telewizji, unikam reklam, kinowe brednie przyprawiają mnie o mdłości, gazetowa nędza wybiórczości żenuje, więc próbuję świat poznawać naocznie, staram się go dotykać w różnych miejscach, choć stronniczo preferuję ciepłe klimaty. W odległości są obszary niezawojowane przez cybernetyczno-konsumpcyjny totalitaryzm. Gatunkiem najbardziej zagrożonym jest biały człowiek, choć i wśród żółtych cybernetyzacja egzystencji staje się chorobliwa. Jednostki są izolowane i niedługo zamiast partnera/partnerki większość będzie trzymać w szafie robota do seksu, a zapłodnienie będzie tylko sztuczne, zaś do dobrego tonu będzie należeć wszczepianie sobie różnych gadżetów przy niemal całkowitym zaniku relacji ze światem realnym i ludźmi, na korzyść elektronicznych, nieustanie pulsujących halucynacji wspomaganych alkoholem. Osobiście wolę raz na kilka lat zjeść naturalne grzybki-psylocybki niż karmić się chorobą sztuczności i kłamstwami. Bardziej odporna na amerykański styl bycia jest ogromna strefa islamu ze swoją tradycją, a tam gdzie ortodoksja jest mocniejsza, tam konsumpcjonizm słabszy, ludzie pracują na swoim, a nie dla wielkich korporacji, a telewizja jest jakby mniej nachalna. Rozmnażanie jest jak najbardziej pożądane, natomiast uprawianie seksu z interaktywnym przedmiotem to onanizm przez Allaha potępiony. Na najbardziej wschodnim skrzydle islamu, czyli w Indonezji i w wielokulturowej Malezji, komputery są wszędzie, poziom technologiczny wyższy niż w Polsce, ale odnosiłem wrażenie, że rodziny są liczniejsze, podobnie jak i kontakty towarzyskie. Podejmowane są wysiłki integracyjne. Byłem na trzystuosobowym spotkaniu zorganizowanym przez chiński klan po to, aby wszystkie dzieci mogły się poznać i w przyszłości współdziałać. Muzułmanie tworzą osobny męski świat, kobiety trzymają się osobno, ale nie odczuwałem żebym miał do czynienia z cywilizacją singli. Tam ludzie chcą być razem, prawo jest jasne i surowe, podatki proste, a władza nie kryje się za ideologicznymi wykrętami. Na zachodnich krańcach islamu, czyli w ubogim Maroku i w bezmiernie biednej Mauretanii, ogromne zaciekawienie i pożądanie budzą elektroniczne zabawki przywożone ze strefy białych. Internet jest w miastach i lokalni ściągają masowo filmy akcji najniższej klasy, które oglądają jako prawdziwe reportaże z życia bladych twarzy. Zdarzyło mi się być zapytanym czy jestem gangsterem, a w marokańskim hoteliku nocą mój pokoik był odgrodzony od pozostałych wysoką barykadą z mebli. Natomiast we wnętrzu Afryki problem nadmiernej elektronizacji i technologizacji życia jest jakimś komicznym, futurystycznym żartem. Nie należy zapominać, że technototalitaryzm nie opanował całego świata i w wielu miejscach jeszcze długo nie zagości, choć największy amerykański brat śledzi z kosmosu każdą telefoniczną rozmowę oraz zbiera wszystkie informacje dotyczące nie swoich terytoriów i nie swoich spraw. Natomiast smutna samotność, maskowana mnogością interaktywnych gadżetów, to dolegliwość trapiąca zimne obszary cywilizacji białych, która poza cybernetycznymi zabawkami ma coraz mniej do zaoferowania. Dusza umarła i oblegają nas coraz bardziej wyrafinowane zwidy, zasłaniające rzeczywistość. Co wie i czego chcieć może człowiek żyjący wirtualnymi ułudami przy minimalnym kontakcie ze światem realnym?

157


W poszukiwaniu świętego azylu Kilka słów o kolekcji pocztówek z linczów w Ameryce i o pułapce indywidualizacji ofiar

Marta Zawodna

Laura Nelson zginęła razem ze swoim synem w Okemah w stanie Oklahoma w 1911 roku. Jej ciało, wiszące na sznurze z mostu nad rzeką Canadian, zostało sfotografowane krótko po śmierci. Gdy spogląda się na nie, Laura nie wygląda na ofiarę okrutnej zbrodni. Jest bardzo kobieca w długiej, sięgającej do kostek sukni. Jej przechylona na bok głowa i spokój, jaki bije od całej postaci sprawiają, iż wydaje się jakby zasnęła na chwilę w powietrzu, znieruchomiała, unosząc się wysoko nad wodą [1]. Podobnie niezwykły widok przedstawia fotografia Lige Danielsa, zamordowanego w 1920 roku w Center w stanie Teksas. Wiszące na drzewie ciało mężczyzny, smukłe i wyprostowane, zdaje się unosić nad głowami swoich oprawców, muskając delikatnie ich włosy. Zza gałęzi wyłania się światło, padające na odwróconą twarz i korpus ofiary, jak na religijnych obrazach wniebowstąpienia [2]. Jest coś dostojnego w tych postaciach, coś niepokojąco i niestosownie pięknego w fotografiach, które je przedstawiają. Przecież nie powinno być piękna w obrazach śmierci i cierpienia – wszyscy czujemy, że nie powinno być. Lecz nawet jeśli go nie ma i tak nie przestajemy patrzeć. Niepokoją nas one i kuszą, przyprawiając o uczucie wstydu, jakie towarzyszy wszystkim podglądaczom. Lecz nawet przyłapani, gapimy się dalej. Zapewne tak było ze mną i innymi oglądającymi kolekcję zdjęć stworzoną przez Jamesa Allena i Johna Littlefielda, z której pochodzą fotografie Laury Nelson i Lige Danielsa. Pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia na stronie internetowej Without sanctuary: Lunching Photography in America (http://withoutsanctuary.org/main.html). Była ona jednym ze sposobów prezentacji zbieranych przez kilkadziesiąt lat fotografii, podobnie jak wydany w 2000 roku album i nowojorska wystawa, która odbyła się w tym samym roku. Fotografie, często przerobione na kartki pocztowe, obrazowały bardzo okrutne i połączone z torturami samosądy – zdjęcia Laury i Lige były wyjątkowe na tle obrazów spa-

158

lonych i pokaleczonych ciał - do jakich dochodziło w Stanach Zjednoczonych pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku. Zdjęcia prezentowały sprawców i ofiary, którymi byli w większości czarnoskórzy obywatele tego kraju. Oglądając zdjęcia z linczów, bardzo szybko dostrzega się schemat zbiorowych zachowań prześladowczych, wpisany w pokazywane na nich wydarzenia, związany z poszukiwaniem i mordem kozła ofiarnego, dobrze opisany przez francuskiego antropologa René Girarda [3]. Biali obywatele Stanów Zjednoczonych z południa kraju po wojnie secesyjnej i przyznaniu prawa głosu czarnym mieszkańcom coraz bardziej uświadamiali sobie rozpad ich dawnego świata. Nieustannie poszukiwali więc tych, których mogliby obwinić za zaistniałą sytuację, oskarżyć o najcięższe zbrodnie, burzące ład normatywny i powodujące chaos. Bardzo powszechne było wśród nich na przykład przekonanie, iż każdy czarny mężczyzna pragnie białej kobiety, co było przecież formą zaprzeczenia segregacji rasowej, systemowi, na jakim opierał się ich świat. Karą za jego naruszenie była śmierć i kastracja. Na ofiary wybierano tych, którzy znajdowali się poza społeczeństwem, których odmienność nie mieściła się w granicach systemu, których istnienie podważało jego granice i reguły w nim panujące - przedstawicieli mniejszości. Lincze zawsze miały charakter kolektywny, angażowały tłumy, setki a nawet miliony ludzi i przebiegały w bardzo podobny sposób. Na początku pojawiała się informacja, bardzo często fałszywa, że dana osoba była winna przestępstwa: morderstwa, gwałtu, ale także zwykłej kradzieży, jak było w przypadku syna opisywanej wcześniej Laury. Aresztowani trafiali do więzienia, jednak nie pozostawali w nim długo. Tłum, a najczęściej kilku jego przywódców, wykradało, a czasami po prostu wywlekało, przyszłą ofiarę z miejsca, gdzie była przetrzymywana przez władzę i prowadziło, nierzadko znęcając się nad nią, na miejsce zbrodni. Do samosądów dochodziło – jak napisano pod jednym ze zdjęć – w miej-


scach związanych z rytuałami przejścia: w okolicach wody, przy mostach, przy symbolicznych drzewach, w których społeczność mogła się oczyścić poprzez zbrodnie i odrodzić na nowo. Formą rytualnego oczyszczenia było także palenie ofiar bądź ich martwych ciał. Ogień pochłaniał to, co brudne, grzeszne, a tym, którzy pozostali, sprawcom pozwalał na ponowne narodziny [4]. Morderstwo kozła ofiarnego miało prowadzić do przywrócenia starego porządku – supremacji białej społeczności - było aktem moralnym, ratującym społeczność przed tym, co jej zagrażało i obmywającym z win. Zdjęcia, które oglądamy w kolekcji Without sanctuary, wykonywali sami oprawcy i gapie, nierzadko właściciele lokalnych atelier fotograficznych. Wiele z nich przerabiano na pocztówki, które przesyłano sobie z krótkim lub dłuższymi podpisami bądź też kupowano jako osobliwe souvenir od wędrownych sprzedawców. Pocztówki były swoistymi sprawozdaniami ze zbiorowych aktów przemocy – część z nich należała do kolekcji zdjęć obrazujących przebieg linczu, miejsca związane z linczowanymi ludźmi bądź z ich domniemanymi ofiarami – sprawozdaniami tworzonymi przez oprawców dumnych ze swoich czynów [5]. Uśmiechnięte i zadowolone twarze egzekutorów spoglądają na nas z fotografii bez poczucia wstydu. Czegóż bowiem mieliby się wstydzić? Postąpili słusznie, oczyszczając społeczność z tych, którzy jej zagrażali. Wysyłali pocztówki, aby pochwalić się swoimi czynami bądź ku przestrodze tym, którzy i tak uchodzili za potencjalnie winnych. Fotografie przeszły jednak długą drogę od nich do nas i to, co dla nich było powodem do dumy, nas zawstydza, zasmuca, przeraża bądź oburza. Zastanawiamy się, dlaczego pokazano nam te fotografie? Tak wiele już powstało opisów zbiorowych mordów, a oprawcy pozostawili po sobie tysiące obrazów upokorzonych ofiar i ich ciał [6]. Nie dodają one także wiele do historii samosądów w Ameryce. Susan Sontag w eseju Patrząc na obrazy cierpienia pisze, iż od początku zdjęcia te budziły dużo kontrowersji. Wiele pytań pojawiło się w komentarzach do nowojorskiej wystawy fotografii-pocztówek: „O co chodzi wystawiającym takie zdjęcia? O to, byśmy zapałali oburzeniem? O to, byśmy się poczuli nieswojo, to znaczy by nas przerazić i zasmucić? O to, by nam pomóc opłakiwać? Czy naprawdę musimy oglądać takie fotografie, skoro okropności na nich przedstawione działy się tak dawno temu, że już za późno na wymierzenie kary? Czy stajemy się lepsi, zobaczywszy te zdjęcia? Czy naprawdę czegoś nas uczą? Czy nie potwierdzają po prostu tego, o czym już wiemy (albo chcemy wiedzieć)?” [7]. Zazwyczaj, kiedy widzimy obrazy cierpienia, czujemy zażenowanie, współczucie, żal, chociaż w różnym nasileniu. Nie wszystkie cierpienia bolą nas równie mocno i nie wszystkie ofiary wzruszają tak samo. Zwykle nie jesteśmy obojętni, ale nie wiemy co robić. Nie możemy przekuć naszych emocji w czyn, kiedy dotyczą przeszłości, czegoś nieodwracalnego, co minęło. Jednak, oglądając obrazy aktualnych konfliktów bądź zbrodni także pozostajemy bezsilni. Nasze uczucia prowadzą do frustracji, branej często za obojętność czy znieczulicę. Nie przerwiemy przecież wojen, a ludzie nie przestaną się zabijać tylko dlatego, że ktoś to pokazał, a inni zobaczyli. Wszyscy o tym wiemy. Patrzymy, lecz czujemy się jak szemrani podglądacze „pornografii śmierci” [8] – bezsilni i niezdolni do zamknięcia oczu, bo przecież jesteśmy świadkami, uczyniono nas nimi. Przy Without sanctuary można mieć odczucie, że twórcy zdają się nas wciągać – a może sami siebie wciąga-

my - w krąg wojerystów, którzy towarzyszyli tym obrazom od początku: gapiów wysyłających i odbierających pocztówki, wiejskich domokrążców sprzedających osobliwości i ich klientów kolekcjonujących te zdjecia, odwiedzających wystawę nowojorczyków, kupujących album klientów. Zaczynamy tracić orientację co do strony, po której stoimy, chociaż teoretycznie wiemy, kto jest dobry, a kto zły. Kogo mamy potępiać, z kim się identyfikować w naszym podglądactwie? W tej emocjonalnej i moralnej plątaninie nie chcemy stawać w jednym szeregu z fotografującymi swoje czyny i oglądającymi je później mordercami. Więc może przestańmy je oglądać? Po co je oglądamy [9]? Po co powstała powszechnie dostępna strona Without sanctuary? Spróbujmy poszukać życzliwej odpowiedzi. Być może nie chodzi tu – a przynajmniej nie tylko – o pokazanie rytuału, jakim były lincze, o prezentację historii samosądów w USA czy nawet zjawiska fotografowania mordów i przerabiania zdjęć na pocztówki-souveniry. Trudno także podejrzewać twórców o celowe stawianie nas w dwuznacznej sytuacji podglądaczy cudzego cierpienia – chociaż zapewne dzieje się to i bez ich intencji. Słowo sanctuary w języku angielskim to azyl, schronienie, rezerwat, ale także przybytek święty, świątynia, prezbiterium. Miejsca święte, zarówno w kulturze antycznej, jak i chrześcijańskiej były miejscami azylu, schronienia dla ściganych czy wykluczonych ze społeczeństwa [10]. Czyż nie jest próbą stworzenia takiego świętego azylu uruchomienie strony internetowej Without sanctuary? Dzięki niej został przedefiniowany status zabitych: ze zbrodniarzy stali się ofiarami. Ikonografia triumfu przekształciła się w ikonografię męczeństwa. Strona jest wirtualnym miejscem azylu, pomyślanym jako miejsce pamięci, gdzie ofiary mają swoje imię, swoją historię, gdzie podważono ich winy oraz stworzono im wirtualny grób, którego niektórzy zostali być może pozbawieni po śmierci. W przypadku tej strony chodzi więc nie tylko o to, abyśmy oglądając fotografie uniwersalizowali ofiary jako symbole cierpienia, zbrodni na tle rasistowskim, morderstw prześladowczych itd., lecz także je indywidualizowali, niejako potwierdzali nadaną im na nowo pojedynczą tożsamość. Proces indywidualizacji, związany często z prezentowaniem zdjęć cierpienia, pozwala przynajmniej częściowo wyjść z impasu, jakim jest frustracja towarzysząca oglądaniu obrazów cierpienia i niemożności przekucia ich w czyn. Jesteśmy bowiem świadkami przywracania ofiarom dobrego imienia. Przyczyniamy się do trwania nowej pamięci o nich. Nowej, innej niż ta, którą próbowali kultywować oprawcy. Jesteśmy żałobnikami. Najważniejsze jednak, że tworzymy miejsce dla każdej ofiary - tworzymy jej symboliczny grób, wirtualny cenotaf. Jak pisał Andrzej Tochman w tekście Niczyj: „Prawo do grobu z własnym imieniem i nazwiskiem to podstawowe prawo człowieka. Prawo do szacunku, jaki należy się każdemu, dlatego że był człowiekiem. Godność człowieka jest źródłem wszystkich wolności i praw. Jak ważne jest to prawo – co jakiś czas, to tu, to tam – uświadamiają nam sprawcy ludobójstwa. (…) Tam ludzie mordowali ludzi i wrzucali do pieców albo do masowych grobów wykopanych w ukryciu. Bez żadnego imienia, nazwiska. Bo chcieli na zawsze wymazać ich z pamięci” [11]. Pamięć, grób, tworzenie własnej narracji złączyły się na tej stronie w jedno. Ta nowa opowieść może się jednak rozwijać tylko, jeśli ma swoich słuchaczy, podglądaczy, nosicieli nowej pamięci, nawet ulotnej. Problem polega jednak na tym, iż ten ruch ku indywidualizacji ofiar, ku szukaniu ich kolejnych reprezentacji,

159


rekonstruowaniu narracji o nich, tworzeniu im symbolicznych i wirtualnych grobów stał się powszechny [12]. Dobrze wpisuje się on we współczesną potrzebę konstruowania tożsamości, w nasze podejście do zmarłych oraz do żałoby jako kultu wspomnień, czy wreszcie radzenie sobie z zalewem fotografii cierpienia. Jednak fakt, że każda ofiara jest wyjątkowa i że każda ma swoją opowieść, zaczyna stanowić pułapkę, którą nazwałabym błędem zwielokrotnionej indywidualizacji. Podczas mojej niedawnej wizyty w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau odczułam to bardzo mocno. Większość nowych wystaw narodowych jest dobrze skomponowana i ciekawa, jednak także większość chce pokazać nam nie jedną zresztą, lecz wiele pojedynczych historii, pokazać twarze ofiar, uczynić nas nosicielami pamięci o nich. My jednak nie jesteśmy w stanie ich wszystkich zapamiętać. Nie uda się nam, bo zbyt wiele jest twarzy, zbyt wiele par oczu, zbyt wiele słów do przeczytania. Nadmiar cierpienia, z którym znowu nie umiemy sobie poradzić. W Internecie tych historii jest jeszcze więcej. Komu zapalić choćby wirtualną świeczkę, kim się wzruszyć, nad czyją historią pochylić? Oczywiście, że spoglądamy przede wszystkim na te strony, z których bohaterami nas coś łączy, np. narodowość. Opowieści jest jednak coraz więcej i każda ofiara chce być zapamiętana, a raczej my chcemy, aby o niej pamiętano. Zwielokrotniona indywidualizacja zaczyna być nową pułapką, a nie odpowiedzią na nasze frustracje. Ja, gdy zamykam oczy, widzę twarze i ciała Laury Nelson, Lige Danielsa, Willa Jamesa i okrutnie zabitego, umysłowo chorego Jesse Washingtona. Być może każdy z nas może zapamiętać tylko tych kilku, a przy reszcie jest jedynie perwersyjnym podglądaczem udającym obojętność. Być może idea, że każdy ma prawo do pamięci, jest tylko wielkim kłamstwem współczesnego człowieka. Ale za to jakim pięknym…

160

Przypisy: [1] Podobne odczucia mieli autorzy opisu fotografii Laury na stronie „Without sanctuary”: „Grief and a haunting unreality permeate this photo. The corpse of Laura Nelson retains an indissoluble femininity despite the horror inflicted upon it. Specterlike, she seems to float - thistledown light and implausibly still”. (http://withoutsanctuary.org/main.html - 25.10.2010). [2] Zdjęcie umieszczono na pierwszej stronie albumu „Without sanctuary: Lunching Photography in America” (Twin Palms Publishers, 2000) zawierającego zdjęcia i 4 eseje autorstwa Jamesa Allena, Hiltona Alsa, kongresmena Johna Lewisa, Leona F. Litwacka. [3] R. Girard, Kozioł ofiarny, przeł. M. Goszczyńska. Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1987. [4] L. Vincent Thomas, Trup, przeł. K. Kocjan, Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1991, s. 175. [5] R. Girard, op. cit., s. 18. Odwołałam się tutaj do tego, co Girard nazywa „tekstami o prześladowaniu” opisywanymi przez niego jako „sprawozdania o rzeczywistych i zazwyczaj kolektywnych aktach przemocy, sprawozdania redagowane przez oprawców, a więc w konsekwencji poddane charakterystycznym zniekształceniom”. W tym przypadku zrównanie dokumentów i materiałów wizualnych wydało mi się uprawnione. [6] Zawsze w takich momentach powraca do mnie wystraszona twarz kobiety na fotografii z pogromu lwowskiego, do którego doszło w 1941. Na temat zdjęć z pogromu lwowskiego, patrz, J. Struk, Holokaust w fotografiach. Interpretacja dowodów, przeł. M. Antosiewicz, Warszawa: Prószyński i S-ka, 2007, s. 106, 270271. [7] S. Sontag, Widok cudzego cierpienia, przeł. S. Magala, Kraków: Wydawnictwo Karakter, 2010, s. 110-111. [8] Pojęcie wymyślone przez Goeffreya Gorera i użyte w tekście Pornografia śmierci („Teksty”, nr 3, 1979). Sugeruje on, iż ponieważ coraz częściej przestajemy mówić o śmieci w życiu codziennym, w którym staje się ona czymś nienaturalnym, potrzebujemy dużej liczby coraz bardziej drastycznych obrazów śmieci i cierpienia ze strony mediów. Stąd też, zamiast obcować ze śmiercią i przeżywać po niej żałobę, obcujemy z pornografią śmierci. [9] Por. S. Sontag, op.cit., s. 121-123. [10] P. Ariés, Człowiek i śmierć, przeł. E. Bąkowska, Warszawa: PIW, 1989, s. 73-74. [11] Tochman Andrzej, Niczyj, „Gazeta Wyborcza”, z dnia 2008.10.31 (dodatek Duży Format), http://wyborcza.pl/1,76842,5878864,Niczyj.html – 20.06.2009. [12] Zjawisko indywidualizacji można bardzo dobrze obserwować w przypadku zdjęć Holokaustu. Objawia się ono nowymi formami wystawienniczymi, identyfikowaniem ofiar na starych zdjęciach czy zainteresowaniem przedwojennymi zdjęciami ofiar. W Internecie identyfikacji pojedynczych ofiar Holokaustu i ich historii życia jest poświęcona chociażby strona: http://thelastalbum.org/content/.


Without sanctuary: Lunching Photography in America, Twin Palms Publishers, 2000

161


Internet jako scena Marta Wąsik

Wieszczono już koniec fotografii, koniec książki i koniec prasy drukowanej. W kasandrycznych wizjach prześcigali się zwolennicy wszechobecnej nowoczesności, która wyparłaby formy o długiej tradycji. A co na to staruszek teatr – czy odnajduje się w rzeczywistości wirtualnej? Truizmem wydaje się stwierdzenie, że ta dziedzina sztuki ma szczególne właściwości adaptacyjne i – dobrze poprowadzona – osiąga sukces w każdej scenerii. Teatr potrzebuje ludzi, kunsztownego wykonania i przestrzeni, na której może być realizowany. Przestrzeń sama w sobie jest przekazem, podlega interpretacji, toteż tworzy się ją w najróżniejszych warunkach. Kierunek, w jakim ostatnimi laty podążali polscy twórcy teatralni, został już scharakteryzowany – choćby na potrzeby Kongresu Kultury Polskiej, który odbył się w Krakowie we wrześniu 2009 roku. Paweł Płoski, autor raportu dotyczącego teatru, podkreślił w nim tendencję reżyserów do wykorzystywania nowych przestrzeni w tworzeniu spektakli. Choć odgrywanie przedstawień w miejscach poprzemysłowych – na dworcach, w fabrykach czy wieżach ciśnień – jest zjawiskiem nienowym, Płoski zauważył, że coraz częściej po te artystyczne środki wyrazu sięgają teatry publiczne, instytucjonalne, dla których inna przestrzeń tworzy dodatkowe miejsce budowania znaczeń. Wraz z rozwojem nowych technologii naturalne wydawało się stopniowe przechodzenie sztuki do niezagospodarowanych dotąd obszarów. Cyberprzestrzeń wypełniały powoli książki, muzyka, telewizja, komunikacja mię-

162

dzyludzka, znalazła się również nisza dla sceny. Przyznać jednak należy, że teatr z powodzeniem wchodził w interakcje z różnymi dziedzinami sztuki, a multimedia od kilku dziesiątków lat są wykorzystywane jako dopełnienie treści spektakli, stanowią punkt dramaturgicznych odniesień i zwracają uwagę na wymowę całości. Dość wspomnieć o aranżacjach Roberta Wilsona i jego awangardowym podejściu do teatralnych detali: światła, dźwięku, ruchu, multimediów. Nie powinno więc dziwić, że kiedy na artystycznym horyzoncie pojawia się nieznana dotąd przestrzeń, będąca nowym polem i nową formą zarazem, teatralni twórcy starają się wykorzystać oferowane przez nią narzędzia. Próby tworzenia przedstawień teatralnych w wirtualnej rzeczywistości były podejmowane w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Tadeusz Miczka w artykule pt. „Teatr w Internecie – Internet w teatrze”, zawartym w tomie „Teatr – media – kultura” pod redakcją Doroty Fox i Ewy Wąchockiej, przywołuje dramaty „pisane na ekranie”. Znaną próbą tego rodzaju był - trudno tu mówić o spektaklu czy przedstawieniu – HamNet, składający się z 80 linijek tekstu i stworzony przez internautów 12 grudnia 1993 roku. Uczestnicy przedsięwzięcia przesyłali sobie komunikaty w systemie Internet Relay Chat (IRC) i były one widoczne na ekranach wszystkich zainteresowanych. Umożliwiało to wymianę poglądów i interakcję między użytkownikami. Ci, którym zabawa się spodobała, wkrótce założyli grupę Hamnet Players, i mają już na swoim koncie kilka podobnych przedstawień IRC-owych. Rok później amerykańska


firma Sun Microsystems zrealizowała program teatralny Virtual Globe Theatre. Na ekranie komputera pojawiał się przestrzenny obraz szekspirowskiego teatru The Globe, a w nim wirtualni aktorzy odgrywali sceny Romea i Julii, Makbeta i Hamleta – ich kwestie wyświetlane były u dołu ekranu. Stworzono również interaktywne urozmaicenie tej koncepcji: po umieszczeniu jednego z przedstawień na serwerze cybertown.com, internauci mogli kierować wybranymi postaciami i rozpisywać im kwestie na czacie. Próby „kostiumowe” i „generalne” odbywały się drogą e-mailową. Na gruncie polskim przestrzeń wirtualną do zrealizowania przedstawień wykorzystał między innymi Paweł Passini. W 2007 roku wraz ze Stowarzyszeniem Teatralnym Chorea z Łodzi utworzył w Srebrnej Górze Teatr Internetowy (neTTheatre). Srebrna Góra, niewielka dolnośląska miejscowość, oferuje odbiorcom szybkie łącze internetowe i znajduje się tam – oprócz wielu atrakcji turystycznych – również protestancki kościół. Po wprowadzeniu pewnych rozwiązań konstrukcyjnych udało się utworzyć w nim okazałą salę teatralną. Występy na nowej scenie zainaugurowano 15 grudnia 2007 roku przedstawieniem „Odpoczywanie”. Oprócz aktorów w tworzenie całości zaangażowani byli uczestnicy czatu, komentujący swymi wypowiedziami działania na scenie. Komentarze były spontaniczne, niezaplanowane, a spektakl na bieżąco transmitowano na stronie www.nettheatre.pl. Liczbę widzów szacuje się na kilkanaście tysięcy. Twórcy neTTheatre, któremu przewodzi Passini, przedstawiają swoją działalność jako „pierwszy na świecie teatr internetowy”, który wykorzystuje interaktywność teatru. Nie bez znaczenia pozostaje jeszcze fakt, że „Odpoczywanie” wiązało się ze Stanisławem Wyspiańskim – twórcą dostrzegającym znaczenie nowych form, chcącym wprowadzić do spektakli projekcje filmowe. Epizodem w teatralnym nowatorstwie jest również przedsięwzięcie bydgoskiej grupy Teatr.Psyche. 21 listopada 2009 r. o godzinie 21:00 odbył się „spektakl internetowy z premierą tylko i wyłącznie w sieci”, zbudowany z wideocastów i oparty na doświadczeniach ludzi, których życie zmieniło się pod wpływem Internetu. Inspiracją do opowiedzenia historii urzędników o podwójnej tożsamości, wirtualnej i realnej, były wypowiedzi forowiczów i blogerów. Premiera nosiła tytuł „Fantazje Urzędnika, czyli Second Life”, a internautom stworzono możliwość bezpośredniej wymiany wrażeń na czacie. Niestety, liczba wpisów była znikoma.

Próby stworzenia cyberteatru są więc nie tak znowu rzadkie, a realizacje stają się coraz bardziej zaawansowane. Artyści wymykają się konwencjom, poszukują pełniejszych form wyrazu i powoli, krok po kroku, eksplorują nowe obszary. Na myśl przychodzi mi niedawna rozmowa z Renatą Jasińską, dyrektorką wrocławskiego teatru integracyjnego Arka. Jasińska wspominała o okolicznościach tworzenia teatru podczas stanu wojennego, mówiła o budowanej przez sztukę wspólnocie i potrzebie spotkań, o oczyszczających treściach, które spektakle wnoszą do sposobu przeżywania codzienności. Postawiła tezę, że obecnie – gdy nie ma już cenzury, a oferta teatralna jest nieporównywalnie bogatsza niż kiedyś – teatr paradoksalnie stracił na swej wartości, trzeba się bowiem bardziej starać, by dać odbiorcy to, czego naprawdę oczekuje. Dlatego, twierdziła, wobec przemian technologicznych teatr musi się opowiedzieć po którejś stronie – czy ma być miejscem przemiany, czy rozrywki. Istnieje obawa, że w cyberprzestrzeni, która jest obszarem, w większym stopniu niż place i dawne przemysłowe budynki, pozateatralnym, sens dzieła może się rozmywać, ginąć, ulatniać. I mimo złudnego bogactwa możliwości, takich jak powtarzanie spektaklu, odtwarzanie, interakcja, czy nie stanie się kolejnym masowym produktem dla wszystkich? Nasuwają się jeszcze wątpliwości formalne. Czy teatr zapośredniczony przez media masowe to wciąż jeszcze ten sam teatr? Z monitorem jako rampą, z widzem w swetrze, kapciach, wśród domowych pieleszy? Inną właściwość ma wówczas kontakt twórców z odbiorcami, a akt wyjścia na scenę traci swój jedyny, niepowtarzalny charakter. Możliwość odtworzenia danej sceny w identycznym kształcie i brzmieniu zbliża formę teatru internetowego do teatru telewizji, a nawet do utworu powielanego na nośnikach. Przenoszenie teatru do świata wirtualnego daje asumpt do snucia teorii i kreślenia perspektyw. Dziś cyberprzestrzeń wydaje się po prostu kolejną aranżacją, nową formą ekspresji, z której skwapliwie korzystają twórcy. Rozważania niechaj zepnie klamra z historii – materii jak świat starej. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy coraz większą popularność zyskiwał wynalazek Marconiego, narodził się teatr radiowy, który do dziś oczarowuje słuchaczy. Kilka dekad później w kształty przyoblekał się teatr na wizji. A dziś? Dziś i radio, i telewizję, i wiele innych funkcji możemy mieć w jednym. Dlaczegóż więc nie miałby skorzystać na tym również teatr? Wszak system genologiczny jest pojemny, a podziały można mnożyć.

163


ANTY-EDYP? CZYJE TO DZIECKO?

Juliusz Pacho

Sylwia Ogrodniczak Współpraca: Juliusz Pacho

Przed wejściem na salę teatru oglądamy na ścianie wideoprojekcję – wizerunek dziecka w okresie życia płodowego – a w tle przepływa nieustający freudowski strumień tekstu, mówiący o charakterystyce schizofrenii i sposobie postrzegania świata przez schizofrenika. Zaciekawia nietypowy układ widowni, która otacza scenę z trzech stron, gdzie dwie boczne nawy wydają się być osadzone szczególnie blisko teatralnych zdarzeń, wobec których ulokowane są sprzęty medyczne: dwie maszyny do USG, dwóch lekarzy, leżanka gabinetowa, muzycy i główna bohaterka wieczoru, która zapowiada specyficzny rodzaj interaktywności, jakiej może doświadczyć widz z aktorami. Czy główna bohaterka lęka się o byt swojego nienarodzonego dziecka? Czy występując w zaawansowanej ciąży, rozemocjonowana, ma nabytą odporność na świat? Fizycznie jest w stanie wytrzymać tylko nieco ponad godzinę na scenie, a jednak pozostawia widza w zadumie, niepewności i lekkim chaosie. A skąd konwencja tej sztuki, dlaczego tak? A czyje jest to dziecko? Taki przedsmak serwują nam realizatorzy spektaklu Anty-Edyp – kolejnego przedstawienia w reżyserii Barbary Wysockiej.

164

Puls pierwszy Początek spektaklu to delikatny akompaniament pojedynczych dźwięków, płynących z instrumentów, cichy, jakby niepewny i zdziwiony głos mówiącej poprzez postać Edypa aktorki – autentycznej przyszłej matki (Barbary Wysockiej): – Czemu tu siedzicie? – fraza powtórzona kilkukrotnie. Performerzy czekają na widzów, dopóki widownia się nie zapełni. Czuję niepokój i zażenowanie; dlaczego tu siedzimy, przed jej domem? Oczekujemy pomocy? Wchodząc w jej świat, w jej wnętrze wypełnione dzieckiem - jego podświadomą, jak i namacalną obecnością - chcemy zobaczyć, poczuć coś nowego, czego jeszcze nie było. A ona chce się z nami czymś podzielić, obnażyć się? Aktorka stopniowo wprowadza nas w nastrój dialogów z Króla Edypa, poprzez którego pośrednio pokazuje współczesny teatr, dysponujący narzędziami rozmaitych transformacji. Klasyczny tekst Sofoklesa nie razi, gdyż jest osadzony w konwencji popkulturowej, w pewnej grotesce, gdzie przełomowe momenty dialogu ilustruje się klimatycznymi,


czasem ironicznymi aranżami muzycznymi, gdzie na scenie obok aktorki i jej dialogów są maszyny –maszyny jako wsparcie, proteza, jako narzędzia do wsłuchiwania się w procesy. Aktorka woła ze sceny: „Ani człowiek, ani maszyna już nie istnieją. Istnieją tylko procesy, które je łączą!”. Zaczynam się zastanawiać, czy i w jakim stopniu powinnam brać do siebie to, co na samym początku, przed spektaklem widzowie mogli przeczytać ze ściennej projekcji: „Wszędzie tutaj mamy maszyny bynajmniej nie w sensie metaforycznym”. Czy na pewno powinnam zgodzić się na to oświadczenie a priori? Jako członek społeczności widowni teatralnej przybyłam tu, by teatr postawił kilka ważnych kwestii, by mną poruszył i iwzbudził we mnie emocje. I zdrowy sprzeciw! I tak się zresztą stało. Anty-Edyp to świat opowieści o duchu i o maszynie – o naturze człowieka i o maszynie czasu i losu nieznanego ojca.

Puls drugi Wysocka imponuje lekkością prowadzenia dialogu, pracą głosem i impresjonistyczną stylistyką spektaklu. Ubrana w czarną kurtkę z cekinów jest dyskretna, ale i błyszczy na obszarze małej sceny, wyraziście i zwinnie. Jej ciąża staje się świadomym odniesieniem do motywów dziecka i jego głębokich problemów, jakie nosił w sobie Edyp. Dziecko ma się narodzić w ofierze, aby od miasta odpędzić fatum, związane z przepowiednią. W mojej wyobraźni mity się krzyżują i nakładają na siebie – spaceruję swobodnie po mansjonach archetypów – czy ofiara Edypa w ostatecznym rozrachunku była utylitarna? A w jego osobistym planie? Ofiara była totalną porażką czy odkupieniem i zbawieniem? Wysocka w moim odczuciu wykazuje mocne skłonności ekshibicjonistyczne, robiąc prawdziwe widowisko live niczym Jerry Springer, gdy projektor wyświetla wizerunek jej nienarodzonego dziecka, dynamicznie tropionego przez głowicę USG dzięki obecnym lekarzom medycyny. Nienarodzone dziecko jest z jednej strony swoistym symbolem kolejnego poczętego procesu, który nie wymknie się procesom zarządzającym nim, aż do momentu końca, wpisanego w życie ludzkie. Trudno było wierzyć słowom, że „wszystko, nawet serce jest maszyną”. A bycie mięśniem, pompą, narządem emocji, siedzibą miłości już straciło swój status? Czy zatem Wysocka kocha swoją publiczność, czy jesteśmy dla niej tylko rozumnymi maszynami? Czy jej dziecko to też maszynka? A czym jest muzyka w spektaklu? Swobodną, harmonizującą formą, opartą na organicznych dźwiękach, pulsami krwioobiegu dziecka w organizmie kobiety, kiedy Wysocka jest badana urządzeniami do USG. Muzyka jest integralnie skomponowana z tym dźwiękiem, wyznacza rytm. Momentami jest to rytm maszyny – organizmu dziecka. Takie dźwięki wydaje pulsujące serce – natura i bezduszna maszyneria. Muzycy tworzą dla niej akompaniament. Muzyka często ma charakter farsowy, pojawiają się motywy cyrkowe. Całość ogólnie przypomina jammową improwizację jazzową. „Mamy tu maszyny, bynajmniej nie w sensie metaforycznym”.

Autorka przekazuje wyjaśnienia: Król Edyp jest tak zwaną tragedią losu, której tragiczna siła ma polegać na przeciwieństwie pomiędzy przemożną wolą bogów, a daremnymi zmaganiami Edypa, lecz jego los porusza nas tylko dlatego, że jest naszym losem. Wyrocznia przed naszym urodzeniem rzuciła na nas tę samą klątwę. Wszyscy jesteśmy skazani na to, że pierwsze seksualne poruszenie odnosi się do matki, a pierwsza nienawiść i chęć przemocy odnosi się do ojca. Nasze sny są tego dowodem. Widz reaguje na potajemną treść utworu, reaguje jakby poprzez autoanalizę, odkrył sam u siebie kompleks Edypa i widzi, że wola bogów i wyrocznie są jedynie kostiumami jego własnej nieświadomości, tak jakby został zmuszony do przypomnienia sobie chęci usunięcia ojca i poślubienia matki, i do oburzenia się tymi pragnieniami. I rozumie gest poety, który mówi: „A jednak jesteś winny!”.

Puls trzeci Odgłosy maszyn na hali fabrycznej równają do odgłosów serca matki i organizmu nienarodzonego dziecka, rejestrowanych przez urządzenia USG. Pani Doktor: „Produkcja pragnienia była wielkim odkryciem psychoanalizy. Właśnie wydaje się, że Freud się po prostu wystraszył świata dzikiej produkcji i wybuchającego pragnienia i chciał za wszelką cenę ustanowić tam trochę… takiego… porządku – porządku, który staje się klasyczny poprzez odwołania do starożytnego teatru greckiego. I nieświadomość przestaje być tym, czym jest: FABRYKĄ, WARSZTATEM. I staje się teatrem, sceną i inscenizacją”. A może jeszcze bardziej powinniśmy sięgnąć do swojej podświadomości, którą rozmasowuje nam teatr? Czy też powinniśmy iść za radą bohaterki: „Najłatwiej żyje ten, co ma rzeczy za nic”? Edyp miał zabić ojca, jak głosiła wyrocznia, ale w spektaklu zmarł on śmiercią naturalną. Skoro podważone zostały słowa wyroczni, czym my, współcześni mamy się kłopotać? Przedstawiona sytuacja pozostawia widza w zadumie, niepewności, lekkim chaosie, dając na ostatek nadzieję: „Nie martw się już żadną przepowiednią! Dlaczego człowiek ma się bać, jeśli rządzi przypadek i jasno niczego przejrzeć się nie da. Żyj więc tak, jak można – zatem się nie bój, że poślubisz matkę, wielu śniło już przed Tobą, że śpią z matkami; ten lepiej żyje, co ma takie rzeczy za nic”. Jak najbardziej jestem za wspieraniem spektakli nowych technologii. Jednak epatowanie ciążą i widok nagiego brzucha nie kojarzył się ani z radosnym, ani ze zdemaskowanym obliczem macierzyństwa. Był to widok raczej przytłaczający, ale i kryjący w sobie cud i tajemnicę życia. „Anty-Edyp” – projekt teatralny Barbary Wysockiej i Michała Zadary – w Teatrze Polskim w Warszawie pod koniec listopada 2010 roku.

165


Miasto jako przestrzeń zamieszkania i jako scena działań do jej zmiany Podejście Antyfaceta Marcin Boronowski

Gdybyśmy mieli chodzić na co dzień po wertepach, w głębokim błocie, gdybyśmy musieli pokonywać góry i doliny, stać długo na mrozie i wietrze na peronach dworców i przystankach autobusowych w szczerym polu, prawdopodobnie wszyscy – bez względu na poczucie kulturowej przynależności do „kasty płciowej” – wybieralibyśmy podobny, zdominowany przez pragmatyzm, ubiór piechura. Skoro jednak istnieją miasta, gdzie chodniki są stosunkowo równe, odległości pomiędzy celami naszego ruchu dość umiarkowane, a w razie czego służy nam wydajny system transportu, to przyjemności wynikające z chodzenia w powiewnych szatach, przezroczystych wyrobach pończoszniczych i wyrafinowanych butach na obcasach stają się oczywiste. Życie w kulturowym „kokonie” tych bardziej wyrafinowanych produktów jest lepsze, bo zapewnia przyjemniejsze doznania, wyższą higienę i estetykę. Nie wiadomo tylko, dlaczego rzeczy te przeznaczone są wyłącznie dla osób „żeńskoorganowych”, potocznie zwanych kobietami. Oznacza to dożywotnie i bezdyskusyjne wykluczenie z korzystania z tych produktów wszystkich osób kobietami niebędących… Byłem więc grzeczny, nic złego nie zrobiłem, a podlegam nieznośnej karze! Dlatego tylko, że na podstawie organów zostałem przy urodzeniu zakwalifikowany jako samiec. Nie mogąc na taką

166

deprywację się zgodzić zostałem antyfacetem. Moją obsesją i ideologią stał się antyfacetyzm, czyli praktyka jawnego sięgania po rzeczy kulturowo damskie, pomimo że jest się osobą „męsko organową” – dla symetrii dodajmy: potocznie zwaną mężczyzną. Skoro ubrania damskie objawiają swoje dobrodziejstwa głównie w uładzonej scenerii miejskiej, wydawałoby się, że jestem na właściwym miejscu i do spełnienia moich zapędów mam blisko: wszak mieszkam w mieście. Dużym, dość kulturowo przemieszanym, nazywającym siebie miastem spotkań, a od pewnego czasu także miastem bez barier. Niestety bariery były. Główną z nich były już drzwi mojego małego mieszkania, właściwie jak drzwi więziennej celi à rebours: gdy byłem za zamkniętymi drzwiami – byłem wolny, gdy na zewnątrz chciałem wyjść ubrany po swojemu – słusznie spodziewałem się, że przestrzeń ta jest dla mnie zamknięta, że niemal każdy napotkany bliźni dla mnie okaże się żandarmem czy klawiszem gotowym sprowadzić mnie z powrotem do normalności, którą on posiadł jako nienaruszalny i wszystkich obowiązujący wzór. Właściwie jeszcze niedawno miałem tego żandarma we własnej głowie – był to wstyd, że w ogóle takie nienormalne ciągoty mam w sobie; z tym jednak poradziłem sobie wykonaw-


szy trochę pracy umysłowej, analizując zjawisko ról płciowych i seksizmu. Jednak praktyczny problem z wychodzeniem na zewnątrz wciąż pozostawał – człowiek wychodzi z domu, żeby załatwić konkretne sprawy, a nie wyłącznie po to, by zaliczyć adrenalinową przygodę, która w każdej chwili może zostać okraszona napaścią i koniecznością podjęcia obrony lub salwowania się ucieczką. Jak to zrobić? Zalążek pomysłu pojawił się chyba zimą roku 2001. Byłem wtedy zaproszony przez studentów na przebieraną karnawałową imprezę i postanowiłem wykorzystać to do ukazania się tym kilku osobom w zakazanych ubraniach. Pojechałem z torbą z kostiumem złożonym z butów na obcasie i dość długiej spódnicy, które założyłem na siebie na miejscu. Nie charakteryzowałem się na osobę żeńską, więc był problem, jak nazwać moje przebranie, które hybrydowo łączyło cechy wyglądu uznawanego za męski i kobiecy. Zrobiłem sobie broszkę z napisem „Naczelny Antymężczyzna RP”. Był to czas, gdy świeżo pamiętało się (dość paskudną) postać „Naczelnego Cowboya RP” i (znacznie przyjemniejszą) „Dyżurnego Satyryka Kraju”, więc wymyśliłem dla siebie podobne samozwańcze stanowisko i funkcję. Impreza się odbyła, a pomysł na stworzenie publicznie rozpoznawalnej postaci o wymownym pseudonimie pozostał do rozwinięcia. Wkrótce stwierdziłem, że „antymężczyzna” nie jest zbyt dobrą nazwą, bo sugeruje totalny konflikt z męskością, również biologiczną, poza tym nazwa ta była za długa – niebawem urodził się pseudonim „antyfacet”, który lepiej wskazuje, że jestem przeciwko męskości określonego, dość prostackiego typu: wszak nie działa symetria i kobiet nie wypada nazywać facetkami, nieprawdaż? Zrozumiałem też, że jeśli chcę naruszać ubraniowe tabu bez totalnej charakteryzacji na osobę żeńską – co z uwagi na noszenie brody było nawet trudne do wykonania – to muszę zostać spektakularnym buntownikiem, czyli ostentacyjnie zachować elementy męskiej tożsamości płciowej, przy jednoczesnym używaniu kulturowo żeńskich atrybutów. Ponadto wydaje się, że otwarty bunt budzi pewien szacunek, przynajmniej u ludzi myślących. W końcu nie chodziło mi o odbywanie epizodycznych wycieczek w sferę kobiecości, co daje się osiągnąć przy totalnej charakteryzacji żeńskiej, lecz o możliwość stałego włączenia do stylu życia rzeczy kulturowo mi zabronionych. Życie z koniecznością udawania kogoś innego w określonych miejscach i na dodatek w strachu, że ta wstydliwa przypadłość może zostać zdemaskowana byłoby koszmarem. Z kolei, aby ujść z życiem jako buntownik, musiałem mieć jakiś kanał łączności ze społeczeństwem, czyli własne medium i, w miarę możliwości, trafić do istniejących mediów o ustalonej sile oddziaływania na publiczność. Wróćmy jeszcze do tej dawnej imprezy studenckiej: było na niej kilku innych chłopaków, niektórzy o statusie doktoranta, którzy byli przebrani za kobiety i mówili mi, że lubią „takie rzeczy” na siebie włożyć. Dla nich jedynie okres karnawału był okazją, by w niepoważnej konwencji posmakować tych zakazanych doznań, bo przedtem i potem obowiązuje codzienny, normalny styl życia, i z noszenia rajstop i sukienek – nici! Z tego dla mnie wniosek: ludzie potrafią wykrzesać trochę więcej tolerancji i poczucia humoru, okazać nieco dystansu do siebie i panującego stylu życia, gdy wiedzą, że mają do czynienia ze zjawiskiem chwilowo wyjętym z rygorów codzienności, ujętym w cudzysłów, w konwencję karnawału, skeczu, zgrywy. Że nie wynika zeń groźba zmiany prawdziwego życia. Pozostawało wymyślić coś, co stworzy takie ramy wyjęte z codziennych reguł, a jed-

nocześnie będzie bliskie codziennego życia i w końcu się z nim zmiesza i scali. Co można robić poza okresem karnawału i w przestrzeni publicznej? Happeningi! Wciąż jednak czegoś brakowało. Sporadyczne wycieczki na miasto w zabronionych ubraniach już stały się faktem, lecz nie miały one żadnego wymiaru dydaktycznego: w momentach, gdy byłem dostrzeżony przez kogoś jako odmieniec, percepcja była daleka od oczekiwanej, a ja nie miałem na to wpływu. Ludzie dostrzegający moją odmienną stylizację, zupełnie nie mieli klucza, według którego mogliby zinterpretować to, co widzą. Na szczęście istniał już Internet. W pierwszych latach XXI wieku raczkowałem w wysyłaniu maili i nie miałem jeszcze stałego podłączenia, lecz rozumiałem, że w Internecie KAŻDY może wystawić publicznie własną stronę i głosić swoje poglądy. I ja też muszę mieć tę możliwość! Potęgę głoszenia swych idei przez Internet poznałem, wystawiając swoje odpowiedzi na forum, które w tamtych latach otworzyli studenci legnickiego nauczycielskiego kolegium, gdzie wówczas pracowałem i nosiłem trochę śmielsze zestawy ubrań. Tamtejsi studenci początkowo kpili sobie ze mnie, jednak po kilku postach z mojej strony atmosfera zdecydowanie się poprawiła. Ramówkę mojej strony budowałem do jesieni 2005, bo dopiero wtedy udało mi się samodzielnie skonstruować łańcuch plików uruchamianych sprawnymi linkami. Nie zleciłem budowy strony żadnemu fachowcowi, bo obawiałem się złośliwego oskubania mnie ze względu na zawartość plików przeze mnie przedstawianych. Wszak jeden spec przestał ze mną korespondować, gdy przesłałem mu projekt z kilkoma przykładowymi tekstami. Tak więc od jesieni 2005 miałem swoje skromne medium i pierwotną publiczność wśród legnickich studentów; jąłem zamieszczać tam relacje z moich przygód w postaci wyjść na miasto w różnych ubraniach naruszających kulturowe tabu. Wciąż jednak działałem w pojedynkę, mogąc co najwyżej nosić na sobie plansze z wydrukowanymi hasłami – był to jedyny sposób nadania moim publicznym wystąpieniom charakteru politycznego. W każdym razie już istniałem, bo byłem w Internecie! Z czasem zacząłem dostawać maile od różnych osób z całego kraju, które przypadkiem trafiły na moją stronę, a także od wrocławskich przechodniów, którzy spotkali mnie na ulicy. Niektórzy wkrótce okazali się moimi sojusznikami i współpracownikami: tak spotkałem Vocę i Mariusza, a niedługo potem poznałem środowisko wrocławskiej Kampanii Przeciw Homofobii. Pierwsze spotkanie miało miejsce w kwietniu 2007 i prócz umawiania się na asystę przy kontrkulturowych zakupach i przechadzkach, rzuciłem myśl zrobienia razem happeningu, którego zarys przestawiłem. Zebrani ją podchwycili i wyznaczyliśmy sobie termin jego realizacji. Nagle znalazłem współpracowników! Było to krótko po wyborach, które wygrał PiS i u władzy była obłędna ekipa: PiS, LPR i Samoobrona. Jadowite połajanki wobec najzwyklejszych gejów odbywały się na płaszczyźnie rządowej i aż prosiło się ośmieszyć ten triumf ciemnoty. Od pewnego czasu chodziła mi po głowie wizja pochodu, skandującego hasło „Chłopak i dziewczyna, normalna rodzina!”, gdzie demonstranci byliby wprawdzie biologicznie chłopakami i dziewczynami zestawionymi heteroseksualnie, lecz ubrani byliby na przekór stereotypom. Oczywiście z jednej, nawet wymownej, sceny nie powstanie happening, który powinien mieć swoją dramaturgię i prowadzić do zauważalnej puenty. W każdym razie,

167


168

fot. Anna SmarzyĹ&#x201E;ska


mając do dyspozycji grupę ludzi chętnych do wspólnego występu, zacząłem pisać scenariusz widowiska. Stanęło na tym, że mieliśmy odegrać orszak ślubny złożony z dwóch szeregów hetero-par: ubranych po męsku i po damsku. Niby po bożemu, ale coś nie tak. Wymyśliłem, że ten pseudoślubny orszak będzie wysłuchiwał „państwowotwórczej” mowy do nowożeńców, w której będę parodiował bełkotliwy, pełen jadu oraz błędów frazeologicznych, gramatycznych i logicznych sposób przemawiania obu braci Kaczyńskich. Była to dla mnie wspaniała okazja odreagowania całej frustracji związanej z faktem, że tacy ludzie sprawują władzę nade mną i całym społeczeństwem i na dodatek reprezentują nas za granicą. Przy happeningu tym miałem sporo szczęścia: zainteresowała się nim wrocławska TVP i wieczorem tego samego dnia nadała relację z naszego wydarzenia. Od następnego dnia byłem osobą publiczną! Kaczyzm u władzy jednak trwał i kraj tonął w klimacie nietolerancji, uosabianej przez ministra edukacji Giertycha i jego partyjnych kolegów, którzy otwarcie głosili tezę, że w zawodzie nauczyciela nie ma miejsca dla gejów, a jeśli ktoś już takim jest, to dla niego samego lepiej będzie kryć się z tym faktem, żeby nie zostać wyśmianym we własnej szkole. Czyli według faszystowskiego hasła: „Rób to w domu po kryjomu!”. Mieszczańska wersja tego nietolerancyjnego hasła polegała na deklaracjach, że się nie jest przeciwko mniejszościom seksualnym, ale po co się z tymi odmiennościami afiszować? Jednym słowem, dla osób niepasujących do polskiej heteronormatywnej scenerii, najlepszym rozwiązaniem byłaby jakaś czapka niewidka bądź burka. Doszedłem wszakże do wniosku, że burka byłaby dość niewygodna, zwłaszcza dla dwóch osób homoseksualnych, pragnących chodzić ulicami i na świeżym powietrzu cieszyć się okazywaniem sobie bliskości, tak jak robią to heteroseksualiści i nikt tego nawet nie zauważa (no chyba że już ktoś w miejscu publicznym dokona kopulacji). Zamiast burki homoseksualiści mogliby mieć taki pseudopojazd chodnikowy, w którym byłby bagażnik, może nawet radio lub MP-trójka, a który – ciągnięty lub pchany przez nich – przesuwałby się wraz z nimi, pozwalając im być razem bez drażnienia osób postronnych i zagrażania publicznej moralności, a w szczególności moralności dzieci, POLSKICH dzieci! Podzieliłem się pomysłem z towarzyszami poznanymi wiosną tego roku i zapadła decyzja, że robimy ten happening jesienią 2007 przy okazji kolejnej edycji Festiwalu Przeciwko Wykluczeniom Lesbijki, Geje i Przyjaciele. Projekt ten był dość bizantyjski: wymagał zbudowania gadżetu, w którym co najmniej dwie osoby potrafiłyby iść obok siebie. Podczas letnich wakacji opracowałem projekt i scenariusz, również korzystając z okazji, by sparodiować sprawujących wówczas władzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Z megafonu była odtwarzana mowa, rekomendująca zmianę w prawie, na mocy której każda osoba zagrażająca moralności publicznej miałaby obowiązek poruszać się wewnątrz takiej budy na kółkach, którą nazwałem Paramobilem. Z uwagi na wielkość Paramobilu składałem go przez cały wrzesień na dziedzińcu squatu przy ul. Jagiellończyka, a widowisko na Rynku miało formę promocyj-

nej prezentacji zalet użytkowych tej mobilnej osłony osób zagrażających publicznemu porządkowi. Skecz udał się, był widziany przez wielu przechodniów, acz relację o nim nadała tylko niszowa studencka telewizja Styk. W każdym razie efekt oswajania miejskiej publiczności z postacią antyfaceta posunął się naprzód, a ja uwierzyłem, że potrafię chodzić w butach na naprawdę wysokim obcasie i polubiłem to. Dla potrzeb happeningu bowiem założyłem buty na spektakularnie wysokim obcasie, które obawiałem się nosić poza domem. Przed widowiskiem zmuszony byłem pośpiesznie przejść w tych butach wewnątrz Paramobilu, i wtedy coś magicznego dokonało się we mnie – dostosowałem postawę i choreografię, i poczułem się w tych czółenkach swobodnie! Odtąd zacząłem na co dzień chodzić w tych butach do pracy i nawet przestałem je ukrywać pod przydługimi spodniami. Happening zadziałał bowiem i w ten sposób, że byłem widziany podczas odgrywania go przez kilku studentów z bieżących grup! Swoją drogą happeningi faktycznie spełniają funkcję edukacyjną. Oprócz motywu do opowiadania w mediach i podczas spotkań w ramach Żywej Biblioteki, miałem dzięki nim następującą scenkę: wracałem pociągiem do Wrocławia i jedna z pasażerek z mojego przedziału przed stacją Wrocław zaczęła dyskretnie rozpytywać o mnie wśród innych pasażerek stojących w korytarzu – i oto uzyskała od innej studentko-podobnej pasażerki dyskretnie wypowiedziane wyjaśnienie, że ja to: „antyfacet, który robi dżenderowe hepeningi”. Czyli nauka (czasem) nie idzie w las? Kolejną akcją przyzwyczajającą ludność Wrocławia i okolic do myśli, że wysokie obcasy to nie tylko rzecz kobieca, był wykonany wiosną 2008 happening pt. Pociąg do dobrych butów. Przy tej okazji postanowiłem wykorzystać grę słów, w której tytuł może być rozumiany dosłownie jako „pojazd szynowy” i jako „skłonność do czegoś”. Postanowiłem zorganizować korowód ludzi noszących długie plansze, imitujące pociąg towarowy z ikonkami butów o wzorach zabronionych dla mężczyzn, który w sposób podobny do przedszkolnych zabaw chodziłby po wrocławskim Rynku, zabierając pasażerów ze stacji o alegorycznych nazwach, by w akompaniamencie odgłosów kolejowych i piosenki Jedzie pociąg z daleka ze zmodyfikowanym przeze mnie tekstem doprowadzić ich do stacji „Wolność”. Jednym z uczestników widowiska był Maciej z Koszalina, który został wyrzucony z domu studenckiego Akademii Medycznej, gdzie wykupiłem mu nocleg. Okazuje się, że na akademii mają – a w każdym razie wtedy mieli – bardzo ścisłe poczucie normy płciowej i to nie w odniesieniu do anatomicznych cech ludzkiego organizmu, lecz do obuwia. Sprawę nagłośniłem w mediach i przy okazji sam happening wzbudził znaczne zainteresowanie. Było mi to bardzo na rękę, albowiem nieco wcześniej, po paru medialnych produkcjach z moim udziałem, dokonałem „przełomu spódnicowego”, czyli zacząłem nosić spódnicę i odpowiednie dodatki do pracy. Uznałem, że próby zdyscyplinowania mnie ze strony przełożonych będą wówczas utrudnione i zapewne dzięki zaangażowaniu mediów, dokonałem pewnego wyłomu ku poszerzeniu praw ludzkich. Przynajmniej ja nie muszę odtąd udawać w miej-

169


scu pracy ortodoksyjnego, spodniowego mężczyzny. Jak mawiają czescy filolodzy: To se ne vrati! Jesienią 2008 wystawiłem z grupą współpracowników happening protestacyjny przeciwko brukowej kostce na obszarach dla pieszych, która niszczy buty na obcasie i męczy ich użytkowników. Uznałem, że dopóki do sprawy nie włączy się chłop, choćby i antyfacet, potulne niewiasty bez odpowiedniego przywództwa cierpią w milczeniu i nic się nie zmienia. Scenariusz zakładał zbudowanie gadżetu, tym razem o nazwie „Prychod” (od: prywatny chodnik), którego użytkownik będzie rozwijał pod swoimi nogami pas linoleum, a po przebyciu na nim pierwszego odcinka, wstąpi na pomost urządzenia i zwinie go z powrotem na bęben, by umożliwić sobie przejście kolejnego odcinka bez uszkodzenia butów. Popychanie urządzenia podobnego do taczki przed sobą powodowało rozwijanie wykładziny. Równocześnie aktywnie nagabywałem napotkane w Rynku osoby żeńskie (bo z jakichś dziwnych powodów zwykle tylko one chodzą na obcasach…), by wraz ze mną zaznaczały na mapce Wrocławia obszary nie do przejścia na obcasach. Na końcu mapka ta wraz z nadrukowaną petycją została złożona w biurze Prezydenta Wrocławia. Happening się udał, choć w minimalnym wymiarze: przy paskudnej pogodzie w dniu realizacji z trudem znalazłem kilka osób chodzących po Rynku na obcasach. Niemniej minimalna liczba uczciwie pozyskanych zaznaczeń na mapce protestacyjnej stała się faktem, a prezentacja gadżetu zrobionego z materiałów po Paramobilu udała się. Co więcej, było przy tym silne medium, TVP, która nadała relację o wydarzeniu nawet w Teleexpresie! Mógłbym wręcz przypisywać sobie wpływ na decyzję władz miasta, by wypełnić fugi między kostkami na Rynku jakimś tworzywem, ale po latach usłyszałem, że w sprawę zaangażowany był też Bartosz Skrzyński, notabene mój były student na wózku, który stał się miejskim urzędnikiem do spraw ludzi niepełnosprawnych i również zajmował się dyskomfortem w chodzeniu po brukach. Działania happeningowe wznowiłem w październiku 2010 – wtedy udało się zebrać wykonawców happeningu pt. Zakaz pedałowania, ośmieszającego mowę nienawiści, która w różnych postaciach stała się niemal normą w naszym kraju. Oto nawet w szkolnych podręcznikach przygotowania do życia w rodzinie głosi się, że homoseksualizm to zaburzenie, kraj nasz cyklicznie nawiedza patykiem pisany naukowiec zza oceanu, głoszący, że prawie wszystkie społeczne nieszczęścia pochodzą od homoseksualistów, więc coś z nimi trzeba zrobić, by nie wspomnieć o kibolsko-faszystowskiej ulicznej zabawie w „Kto nie skacze, jest pedałem”, która jest inscenizowana w odpowiedzi na każdą demonstrację mniejszości seksualnych. Może to mój defekt, ale jestem z nazbyt dobrego domu, nie znam więc żadnego innego znaczenia słowa pedał poza „dźwignią obsługiwaną nożnie” i bardzo dziwi mnie okrzykiwanie kogokolwiek – włącznie ze mną samym – pedałem, czy plansza „Zakaz pedałowania”, przedstawiająca dwie postaci ludzkie umieszczone jedna za drugą z pochyleniem pierwszej do przodu, a mająca odnosić się do homoseksualistów. Najbardziej przerażające jest to, że powszechność tych form mowy nienawiści nikogo nie mobilizuje – rząd Platformy Obywatelskiej woli nie dostrzegać problemów mniejszości seksualnych, a gwiazda mediów prof. Bralczyk pozwala sobie jako ekspert od polszczyzny stwierdzić, że słowo pedał w odniesieniu do człowieka właściwie nie jest

170

obraźliwe. Mowa nienawiści nie jest rozpoznawana jako osobne wykroczenie, a ofiara obelg musi ponosić bezzwrotną opłatę sądową, by ściganie na jej wniosek zostało uwieńczone wyrokiem. Postanowiłem zatem odegrać na ulicy takiego słodkiego terapeutę, który pochyla się nad osobami pedałującymi, by im pomóc skończyć z tym procederem przez odkręcenie pedałów od rowerów albo usunięcie ich z samochodu, i który przemyca w swej narracji jadowite treści, widoczną agresję wobec tych, którzy z „pedałowania” wcale nie chcą się wyzwolić, bo nie czują się chorzy, a jedyna pomoc, jakiej potrzebują, to niezakłócanie ich życia, spełnionego w naturalny dla nich sposób. Oczywiście zakpiłem sobie też, z uznanej już za folklor, nacjonalistycznych demonstracji „zabawy w skakanego”, gdzie ja podawałem za każdym razem coraz bardziej absurdalne frazy jako sygnał, a publiczność entuzjastycznie odkrzykiwała mi „Jest pedałem!”. Przerywnikiem było nagranie patriotycznej piosenki „Jak długo w sercach naszych” ze zmodyfikowanym przeze mnie tekstem. Byłaby to właściwie beztroska integrująca uczestników zabawa, gdyby nie to, że integracja ta jest tego samego typu, jaka w latach 20.-30. XX wiekustała się udziałem Niemiec, co tytułem ostrzeżenia przedstawiłem, przykładając sobie do twarzy „buźkę” Hitlera w ramach puenty widowiska. W dniu wykonania wiał porywisty wiatr rozrzucający mi dekoracje, część uczestników w ogóle nie była na próbie, a na dodatek spontanicznie dołączył do nas ktoś wówczas zupełnie nieznajomy. W efekcie zdarzyło się sporo odstępstw od scenariusza i musiałem ratować się improwizacją – z nauczycielskiego przyzwyczajenia wystawiam sobie ocenę 3+ za ten skecz. Niemniej przełamałem bezczynność i być może dałem komuś do myślenia – podczas realizacji widać było też kilku z daleka patrzących młodzieńców o kibolskim wyglądzie. Podsumowując stwierdzę, że odkąd zabrałem się za wystawianie happeningów, i w konsekwencji stałem się osobą publiczną Wrocławia, klimat wokół mnie znacznie się poprawił. Gdy rozpoczynałem moje nieśmiałe wyjścia do miasta w zabronionych ubraniach, niemal za każdym razem miały miejsce przynajmniej drobne incydenty, a w każdym razie gesty zdziwienia i niezdrowego zainteresowania. Żyjąc w mój kulturowo antymęski sposób już blisko trzy lata, stałem się dla wielu stałym i normalnym składnikiem krajobrazu – w niektórych publikacjach bywałem nazywany „wrocławskim antyfacetem”! Obecnie niezdrowe reakcje zdarzają się w częściach miasta, gdzie bywam bardzo rzadko albo przy spotkaniu przyjezdnych grup wycieczkowych. Drzwi mojego mieszkania czy samochodu nie są już barierą oddzielającą małą kapsułę wolności od otaczającego ją więzienia – przestrzeń miasta stała się dla mnie znacznie bardziej otwarta. Miałem taki symptomatyczny incydent w zimie 2008, gdy ubrany po swojemu szedłem na zajęcia przez Pl. Uniwersytecki i przechodził tamtędy nastolatek o kibolskim wyglądzie, który wręcz płaczliwym głosem domagał się ode mnie zapewnienia, że jestem z jakiegoś teatru, że gram jakąś rolę. Nawet użył zdrobnienia „ziomuś”. Ciekawe, czy wyczuł moją ironię, gdy odpowiedziałem: „Tak tak, z teatru!”. I wcale go nie okłamałem: z tym, że teatr mój jest olbrzymi – on rozlał się z wydzielonej części bruku wrocławskiego rynku na całe miasto. W ciągu tych kilku lat moich happeningów miasto, w którym mieszkam istotnie stało się teatralną sceną, a na niej rozegrała się zmiana jego charakteru. Teraz jest trochę inną, lepszą przestrzenią. A ja, z pierwotnej agorafobii zbliżyłem się do agorafilii…


171


EUtopia to dobre miejsce Architektoniczny Gesamtkunstwerk i europejskie narracje. Filip Berte na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Malta w Poznaniu Te k l a W o ź n i a k

Na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Malta w czerwcu 2010, można było zwyczajowo uczestniczyć w spektaklach tanecznych, pokazach filmów, performance’ach, koncertach, ale także – co szczególnie ciekawe i niespotykane w poprzednich edycjach – wybrać się na intrygującą wystawę artysty wizualnego. Wieloelementowa ekspozycja flamandzkiego twórcy Filipa Berte „EUtopia” została zaaranżowana w jednym z pomieszczeń kompleksu Starej Rzeźni – na wpół zrujnowanego budynku w centrum Poznania. W programie współistniała na równych prawach z bardziej konwencjonalnymi inicjatywami teatralnymi, prezentowanymi w głównych instytucjach kulturalnych miasta. Miejsce ekspozycji nie pozostaje bez znaczenia: artysta mógł wybrać inne miejsce niż Stara Rzeźnia, ale wyboru organizatorów nie zmienił. Postprzemysłowe pomieszczenia, dobrze znane już poznaniakom z różnych inicjatyw teatralnych i artystycznych, najwyraźniej nie przestają robić wrażenia. Miejsce postrzegane dodatkowo poprzez jego wcześniejszą funkcję sprawia, iż krążąca także wokół tematu zabijania „EUtopia” mogła tu być jeszcze bardziej sugestywna. O czym poza śmiercią była ta wystawa? Od 2006 roku Filip Berte bada, czym dla Europejczyków mogą być współcześnie takie pojęcia jak pamięć, przestrzeń, granice. Analizując zebrane informacje, wypowiada się głównie poprzez medium instalacji, budowanych z wielu własnoręcznie wykonanych elementów, w tym makiet quasi-architektonicznych. Przygotowuje kolejne wystawy, które z czasem wspólnie mają stworzyć większą całość – Dom EUtopii. Gotowy budynek ma stanąć na pewien czas w stolicy Europy – Brukseli. Każde piętro, docelowo pięciokondygnacyjnego budynku, to dla artysty rok pracy. Projekt ma zakończyć się dopiero w 2012 roku, tak więc stan obecny ekspozycji – w roku

172

2010 – może stanowić jedynie tymczasową odpowiedź na stawiane pytania. W Poznaniu zostały pokazane pierwsze dwa gotowe elementy całości, mające posłużyć za podwaliny przyszłego budynku: Strzeżony Krajobraz (Protected Landscape) oraz Zbiorowa Mogiła (Collective Memory/Mass Grave). Składający się z fragmentów, wycinków i historycznych resztek Strzeżony Krajobraz to poziom odnoszący się przede wszystkim do takich tematów jak migracja, wewnętrzne i zewnętrzne granice, które mogą być również tłumaczone jako ograniczenia Europy oraz do procesu integracji europejskiej. Pokazywana na razie obok, Zbiorowa Mogiła symbolizować ma natomiast europejskie archiwa i zbiorową pamięć lub podświadomość kontynentu. Kolejne piętra będą nosiły nazwy Błękitny Pokój (The Blue Room) oraz Biały Pokój/ Lustro (White Space/Mirror). Na animowanej wizualizacji na jednej ze ścian Starej Rzeźni pokazano strukturę pięter przyszłego budynku. Pomiędzy parterem a pierwszym piętrem Domu EUtopii znajdzie się Cmentarz – rodzaj muru okalającego różne zabytki, pomniki, m.in. pomnik dla Kosowa, pomnik uchodźców, pomnik Romów. Berte mówi, iż istotne będą w nim również marginesy: – To ponowne pogrzebanie historii. Praca dąży ku wykształceniu nowych przekonań, koncepcji Europy, ponieważ jej granice stają się czymś umownym.* Obecnie trwają prace nad Cmentarzem, a 2011 rok spędzi Berte jeżdżąc po Europie i przygotowując Błękitny Pokój/ Lustro, na który w głównej mierze złożą się projekcje wideo przedstawiające interakcje obywateli z instytucjami władzy i skupiające się na pojęciu euroobywatelstwa. Kolor niebieski to nawiązanie do oficjalnej barwy Unii Europejskiej, choć poprzez skojarzenie z techniką wideo może przywodzić na myśl także blue screen czy blue box. Kolejne piętra będą mniej materialne: zamiast makiet modeli budynków i zespołów korytarzy oraz dioram znajdzie się w nich miejsce na projekcje, tekst oraz dyskusje. Górny


Biały Pokój będzie całkowicie pusty, stanowiąc wyłącznie miejsce dla wymiany idei. Filip Berte stworzy tę bardziej mentalną przestrzeń z zaproszonymi do projektu politykami, artystami i filozofami. Na tym ostatnim piętrze być może najbardziej będzie się można zbliżyć do tytułowej „EUtopii”. Tam również prawdopodobnie najdobitniej zaznaczy się polityczność tego projektu. Mając wizję przyszłości można póki co oglądać jedynie dwa poziomy Domu EUtopii stworzone z wielu połączonych ze sobą niewielkich rozmiarów elementów, głównie makiet i dioram, które artysta stara się robić jak najdokładniejsze. Dioramy różnią się od rysunków choćby tym, iż wizjer, przez który widz patrzy, w specyficzny sposób koncentruje wzrok. Choć patrzenie przez dziurkę kojarzy nam się dziś przecież głównie z wojeryzmem, oznacza ono jednocześnie przestawienie sposobu funkcjonowania pamięci. Oglądane w ten sposób przedstawienia niekoniecznie muszą mieć związek z rzeczywistością. Podobnie wyrwane z kontekstu fotografie i dokumenty. W niektórych elementach instalacji wizjer dostarcza dodatkowych skojarzeń z monitoringiem np. celi więziennej. Malarstwo ma tu pobudzić wzrok. Fotografie i dokumenty mają skłonić do myślenia. Całość tego zestawu może budzić grozę. Do Poznania artysta nie przywiózł oczywiście wszystkich swoich quasi-architektonicznych modeli. Starał się wybrać na wystawę te najbardziej związane tematycznie z Polską, a więc i jej sąsiadami. Zgromadzone w Poznaniu obiekty nie odnoszą się również do bardzo starych konfliktów od zarania dziejów, toczących się na terenie Europy. Najdalej wstecz sięga Berte pamięcią do czasów II wojny światowej. Na Strzeżony Krajobraz i Zbiorową Mogiłę składają się przedmioty różnego pochodzenia, ale współistniejące obok siebie na równych prawach i tworzące razem osobliwe archiwum. – Jako zwiedzający widzisz te wszystkie rzeczy i próbujesz je zrekonstruować – mówi artysta zafascynowany nie tyle historią, co zjawiskiem zapamiętywania i pamięci, tak zbiorowej jak i prywatnej – Docelowo będzie to archiwum w pomieszczeniu. Wchodząc do niego będzie można zdecydować, czy chcemy się poruszać ze wschodu na zachód czy odwrotnie. W przyszłości sami widzowie wybiorą punkt wyjścia swojej wędrówki po „EUtopii” i jej hipotetyczny cel. Na razie krążyli w przestrzeni Starej Rzeźni, zaglądając do pudeł i gablot oraz oglądając makiety i wizualizacje pojawiające się kolejno na ich drodze. Filip Berte jako artysty tworzącego na pograniczu dyscyplin, nie interesuje robienie wystawy samo w sobie, a swoją aktywnością podkreśla raczej znaczenie procesu, w którym się sam znajduje. Jak sam przyznaje, w konfrontacjach z publicznością zawsze pojawia się u niego problem z interpretowaniem i klasyfikowaniem jego sztuki. Berte nie chce kreować wokół „EUtopi” atmosfery wysokiej sztuki, spotykanej wyłącznie w galeriach. Występ na festiwalu Malta dał mu więc interesującą możliwość dotarcia do szerszej publiczności. Nie jest to sytuacja wyjątkowa – swoją pracę pokazywał dotąd nie tylko w galeriach, ale i np. na festiwalu sztuki performatywnej. Tymczasem, co istotne, jego praca była pokazywana w Poznaniu na festiwalu teatralnym, a część festiwalowej publiczności brała go za aktora. Może to i dobrze, bowiem nie interesuje przecież Bertego pozostawanie wiernym jednej dziedzinie sztuki, najprawdopodobniej bawi go za to mylenie

tropów interpretacyjnych. Kilka lat wcześniej uczestniczył w rezydencji artystycznej, organizowanej przez platformę produkcyjną Victoria (obecnie Campo), wspierającej pracę sześciu młodych twórców wypowiadających się w różnych formach artystycznych. W latach 2006-2007 tworzył scenografie m.in. dla Bena Benaouisse i grupy Dito Dito. Z wykształcenia jest architektem, studiował też przez pewien czas malarstwo. Nabyte wszechstronne umiejętności ewidentnie okazały się w „EUtopii” przydatne. Projekt ten nie mógłby jednak zostać skrótowo nazwany scenografią. Byłoby to krzywdzącym uproszczeniem, tym bardziej iż – jak zostało to już wspomniane – artysta deklaruje brak zainteresowania tworzeniem teatru. Paradoksalnie trudno jednak odmówić jego realizacji – zanurzonej w kontekście Festiwalu Malta i klimacie Starej Rzeźni – właśnie choćby odrobiny przewrotnej teatralności, ponieważ wielowątkowość i intermedialność tej wystawy nosi znamiona nowoczesnego spektaklu. Co jednak istotne, a zauważalne dopiero z dystansu, nie ma w owym spektaklu ludzi poza samym sprawcą przedsięwzięcia i zwiedzającymi. Owszem, są miniatury pomników, kościołów, zburzonych domów mieszkalnych i obozów koncentracyjnych, ale nie ludzie. W swoich dioramach Berte celowo nie umieścił figur postaci, jakby nie chciał nawiązywać do horroru wprost, gdyż to w zbyt oczywisty sposób uczyniłoby z nich sytuację teatralną. Zamiast tworzyć anegdoty, Berte pokazuje puste miejsca. Podczas konferencji prasowej Berte opowiadał o tym, jak podróżując po Europie odwiedza miejsca, w których coś istotnego z historycznego punktu widzenia miało miejsce i jak zauważa nadal panującą w nich „mentalną aurę”. (Nie jest jej pozbawiona również poznańska Stara Rzeźnia). Artysta nie tworzy anegdot i nie wystawia na widok publiczny wizerunków ofiar, bo i bez drastycznych szczegółów pozostaje ta praca przejmującą opowieścią o ludobójstwie. Jedynie okazjonalnie prezentuje na archiwalnych zdjęciach wizerunki oprawców. Znajdziemy więc w „EUtopii” m.in. portret powieszonego Mussoliniego i uciętą głowę Miloszewicza, nie znajdziemy więźniów obozu w Auschwitz. Jednakowoż znalazł się wyjątek – w przypadku przedstawienia masakry Ormian pokazane zostały zdjęcia uciętych głów ofiar. Postaci ludzkich nie ma już jednak chociażby w przedstawieniu lasu katyńskiego. Artysta nie umieścił pośród drzew żadnych ludzkich zwłok, zamiast tego budując napięcie w sposób niezwykle subtelny, m.in oszczędnym oświetleniem. W przyszłości do makiety lasu dołączone zostaną najprawdopodobniej odpowiednie dokumenty. Przed wejściem do jednej z umieszczonych w Starej Rzeźni instalacji, po zostawieniu odcisku palca, złożeniu podpisu oraz wypełnieniu wniosku o wizę można było przejść ku kolejnym instalacjom Strzeżonego Pejzażu. Tam, jedna po drugiej objawiają się, własnoręcznie wykonane przez artystę, makiety, fotografie, książki, dokumenty i pomysłowo zestawione w układy przedmioty gotowe, z których część porusza się. Dla artysty najważniejsza zdaje się tu być narracja tworząca się pomiędzy przedmiotami, dioramami a pamiątkowymi obrazami i opisami, także rysopisami pamięciowymi. Poprzez kumulację namnażających znaczenia szczegółów, prace mogą być czytane wielopoziomowo, ale dla kogoś nieświadomego zawiłości europejskiej historii może to być wręcz bajka, urocze, fantastyczne miejsce. Pierwsze wrażenia z wykreowanej przez Bertego miniatu-

173


rowej krainy było bowiem wręcz przyjemne – widzi się tu model samolotu wiszący na żyłce, migające światła oraz plastikowe świnki i inne miniaturowe zabawki i zwierzątka odlane z gumy. Elektryczny pociąg kursuje po realistycznie wykonanym wzgórzu, a wokoło znajdują się miniaturowe drzewa i krzewy. Miniaturowe budynki, odtworzone z tektury z wyczuciem koloru i detalu niczym domki dla lalek, przynajmniej początkowo wyglądają niegroźnie. Z każdym spojrzeniem widz zauważa jednak coraz to inny nęcący oko detal – a to flagę, a to kawałek drutu kolczastego albo wojskowy pojazd, czy fragment tekstu, przepisanego w ciekawej wizualnie formie. Zmuszany do aktywności widz pokonuje kolejne etapy ekspozycji – kuca, aby przyjrzeć się położonej nisko makiecie nasuwającej skojarzenia z polem bitwy, to znów przeciskając się wąskim korytarzem okrąża miniaturową Bramę Brandenburską. Za moment – znów wstając – otwiera ciężkie drzwi do tajemniczego schowka okazującego się wykonanym przez artystę, wejściem do komory gazowej, w kącie której można dojrzeć za szybą maleńki cmentarz przypominający scenografię gry fabularnej RPG lub plan filmu animowanego. Następnie, w zamykającym kompozycję tejże instalacji zakątku, ma widz możliwość wejścia na wieżę strażniczą aby poobserwować zarówno eksponaty, jak i innych zwiedzających z ptasiej perspektywy. Tuż pod wieżą mylący tropy artysta umieścił ponadto maszynę do pisania, niejako zachęcając na koniec do wystukiwania kolejnych stron zostawionej tamże księgi gości. Trudno orzec, czy została ona przez autora spreparowana, czy też faktycznie była na bieżąco współtworzona przez zwiedzających. Zapiski na wpinanych do segregatora stronach są i niezwykle poważne, i momentami ocierające się o nonsens. Tym samym widoczne staje się w niej na chwilę połączenie europejskiej myśli przestrzennej z wszechobecną biurokracją. Widać, iż wielu obecnym na wystawie osobom pisanie na archaicznej maszynie sprawia po prostu radość, niektórym kojarząc się zapewne z dzieciństwem, przypadającym na epokę sprzed wszechobecności komputerów osobistych. Może chodzi jednak o prosty odruch korzystania z moż-

174

liwości pozostawienia po sobie śladu w miejscu publicznym. Najprawdopodobniej, mało kto ma w pierwszym odruchu skojarzenia z pisaniem raportu lub donosu. W środku festiwalowego tygodnia popularna maszyna psuje się i zostaje zastąpiona ołówkiem. Zwiedzający nadal piszą komentarze i odciskają palce w czarnym tuszu. Próbując zebrać wiedzę o projekcje Domu EUtopii można zaryzykować twierdzenie, iż jego twórcy przyświeca idea iście wychowawcza. Czy chodzi faktycznie o to, iż jako Europejczycy zapominamy, że mamy możliwość wpływania na decyzje polityczne państw, a nie jedynie bierne przyjmowanie narzuconych decyzji podejmowanych na abstrakcyjnym poziomie? Czy o to, że obywatele mają być wychowywani do świadomości, przydatności i współuczestnictwa w tworzeniu społeczeństwa? Berte zdaje się widzieć konieczność zachęcenia ludzi do partycypacji, także w polityce. Jako twórca konceptu nie daje z góry utopijnych odpowiedzi, a zaprasza, jak się wydaje, do wspólnego szukania potencjalnych rozwiązań. „EUtopia” to realizacja wciąż pozostająca w procesie stawania się, zorientowana na przyszłość i skłaniająca do refleksji nad tym, co uznajemy za dobre miejsce. Artysta przypomina jedynie, iż dobre miejsce trzeba budować na Zbiorowej Mogile. – Pracuję z pamięcią, ale też zajmuję się zjawiskiem zapominania. To jak ponowny pogrzeb tych wspomnień – mówił artysta w Poznaniu.

Festiwal Teatralny Malta - Malta Festival, Poznań 25-30 Czerwca 2010, Stara Rzeźnia w Poznaniu, idea: Filip Berte, produkcja: CAMPO, koprodukcja: Vrede van Utrecht, the European Cultural Foundation, deBuren, Kunstenfestivaldesarts

*wszystkie z cytowanych wypowiedzi artysty pochodzą z zapisu konferencji prasowej odbywającej się na dziedzińcu Muzeum Archeologicznego w Poznaniu podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Malta w Czerwcu 2010 roku


fot. Kaszanka

175


CO OZNACZA SŁOWO AVANT ? Te k s t : R a f a ł J ę c z m y k Fotografie: Edgar De Poray

RELACJA Z TRZECIEJ EDYCJI AVANT ART FESTIVAL – NORWEGIA 2010 24-26 WRZEŚNIA I 1-4 PAŹDZIERNIKA

Wprowadzenie Praktycznie każdy festiwal potrzebuje jakiegoś słowa-klucza – pojęciowego wytrycha, nadającego mu tożsamość, określającego i sankcjonującego dobór wykonawców i definiującego płaszczyznę programową i tematyczną. Bywają więc imprezy ściśle zamykające się w określonych nazwą szufladkach, ograniczające się klatką zaledwie jednego gatunku czy też nurtu, bywają też takie, które są zbyt rozmyte w swoim braku odpowiedniej przymiotnikowości, bazując na chaotycznej mieszaninie wszystkiego, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Czasem istnieje spora trudność w odnalezieniu takiego słowa-klucza, definiującego cały horyzont działań w ramach danego festiwalu, nie pozostawiającego miejsca na przekłamanie i zbytnią dowolność i nakładającego pewną dyscyplinę – zarówno na organizatorów, jak i na publiczność. I tu może pojawić się problem, jak nazwać długie, trwające siedem dni wydarzenie, podczas którego na scenie obok siebie stają wykonawcy eksperymentalni z tradycyjnymi rockmanami, gdzie zaraz po noise można usłyszeć punka i dub, czy też gdzie rozpasana improwizacja sąsiaduje z matematyczną precyzją wykonawczą, a pop, jazz i muzyka współczesna są równouprawnionymi gatunkami. Co więcej – wydarze-

176

nie, które zdecydowanie wykracza poza ramy samej tylko muzyki i gdzie taką samą wartość mają obok niej także teatr, taniec i instalacja galeryjna. Czy w takim przypadku mamy do czynienia z promocyjną szarlatanerią, czy też ze starannie i dogłębnie przemyślanym działaniem, które pod pozorem tak sporej różnorodności jest wyjątkowo spójne – i to na wielu poziomach. Takie myśli nasuwają się przy próbie opisu i zrozumienia wrocławskiego Avant Art Festival, którego trzecia edycja odbyła się w dwa jesienne weekendy 2010 roku. Musimy rozgryźć oba człony nazwy. Avant sugeruje awangardę, pójście do przodu w stosunku do zaśniedziałych i konwencjonalnych form, ich żywe, twórcze przetworzenie, a nawet wręcz – przy odrobinie optymizmu – wiarę w stworzenie czegoś zupełnie nowego. Art z kolei przywołuje obecność różnych dziedzin sztuki, interdyscyplinarność, postawienie na wiele artystycznych koni naraz. Robi się jeszcze bardziej ciekawie, gdy spojrzymy na hasło promocyjne, podtytuł wydarzenia – „festiwal o muzyce”. Jak to ugryźć? Czy to będzie po prostu cykl teoretycznych spotkań, mających na celu poprzez prezentacje instrumentalne wyjaśnienie natury twórczości dźwiękowej, czy też próba praktycznego przeglądu tego, co się współcześnie w świecie muzyki dzieje? Imponujący i zróżnicowany program, intrygujący plakat budzący nie-


konwencjonalne skojarzenia z Norwegią, krajem-bohaterem tej edycji, rozmaitość wydarzeń i koncertów. Festiwal powinien przemówić sam za siebie, wyjaśniając zarówno swoje środki, jak i cele.

Dzień pierwszy Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął się warsztatami dla kuratorów i producentów sztuk performatywnych w ramach nowego przedsięwzięcia pod nazwą Platforma Edukacji Kulturalnej. W klubie Falanster Sven Birkeland, dyrektor artystyczny BIT Teatergarasjen z Norwegii, opowiadał młodym kuratorom jakie znaczenie ma moralność przy organizowaniu wydarzeń kulturalnych. Oryginalnie i ciekawie. Avant Art to chyba nie jest zwykły festiwal muzyczny. Tego samego dnia, już w głównym miejscu festiwalowym, Centrum Sztuki Impart jako pierwszy miał miejsce pokaz niezwykłego przedstawienia And All the Questionmarks Started to Sing (I wszystkie znaki zapytania zaczęły śpiewać) w wykonaniu norweskiego kolektywu artystyczno-teatralnego Verdensteatret. Nie można tego wydarzenia zaklasyfikować jednoznacznie – nie był to zwykły teatralny spektakl, nie był to również pokaz instalacji ani koncert – na pewno posiadało ono cechy każdej z tych wymienionych rzeczy, umiejętnie i spektakularnie połączonych. Ta niecodzienna hybryda umiejętnie i spektakularnie połączonych sztuk okazała się oniryczną opowieścią wypełnioną wyświetlanymi na ścianach animacjami oraz dziwnymi automatami, zbudowanymi z kawałków złomu, urządzeń mechanicznych i elektronicznych podzespołów. Wprawiane w ruch przez członków zespołu, zabrały widzów w przedziwną muzyczno-wizualną podróż do ich własnej wyobraźni. Fragmenty owych tworów, powiększa-

ne i potem wyświetlane w tle, przy wtórze niepokojących, wręcz noisowych dźwięków, generowanych przez koła rowerowe podłączone do efektów i wzmacniaczy, w końcu – obecność samych członków Verdensteatret na scenie, którzy wciąż animowali tę oryginalną kompozycję muzyki, obrazu i aktorstwa – to wszystko złożyło się na niesamowitą, niespotykaną zbyt często nawet w podobno nieskończonym wszechświecie sztuki wizję, z jaką rzadko kiedy ma się możliwość bezpośredniego obcowania. Upierzone mechanizmy, grający bez żadnej pomocy akordeon, gra cieni aktorów i maszyn, współgranie i przenikanie się elementów realnie znajdujących się na scenie z tymi, wyświetlanymi przez projektory – i tysiące innych patentów, rewolucyjnych pomysłów, zarówno artystycznych, jak i mechanicznych, skupiających na sobie uwagę. Z tych pojedynczych impresji, personalnych odkryć, wytworzyła się całość pełna zgrzytów, szumów, wycia i hałasu, a obok nich delikatnego śpiewu, kojącej ciszy i melodii. Wszystko organicznie połączone i perfekcyjnie wyważone. Po spektaklu wszyscy zebrani na sali mogli wejść na scenę i z bliska obejrzeć eksponaty stworzone przez grupę, sprawdzić ich działanie i skonstatować, że to tylko martwe automatony, które jeszcze przed chwilą wydawały się żyjącymi istotami. Za to w głowie pojawiają się pierwsze przemyślenia, z których powoli i nieśmiało zaczyna kiełkować wizja, co tak naprawdę oznacza nazwa festiwalu. W ramach prezentacji czysto muzycznych na scenie pojawił się norweski zespół Puma. Ten czarny koń stajni Rune Grammofon zaprezentował muzykę świeżą i oryginalną, czerpiącą z różnorakich źródeł – można było usłyszeć tu przede wszystkim sporą dawkę improwizowanego awangardowego art-rocka, który nasuwał skojarzenia z wczesnymi latami działalności King Crimson. Aż przyjemnie było patrzeć – może nawet z zazdrością – na zanurzo-

177


nych we własnym świecie muzyków, którzy wraz z postępem koncertu coraz bardziej znikali z naszej rzeczywistości, zabierając ze sobą część widowni w ich osobny świat transu. Natężenie hałasu zmieniało się często bez ostrzeżenia, a to atakując radykalnie, a to dając słuchaczowi odpocząć. Dało się też wyczuć w tej muzyce coś zimnego, bardzo skandynawskiego – przyczynek do zrozumienia wyboru artystów z Norwegii jako wiodącego tematu tej edycji festiwalu. Rzetelny koncert – i brawa dla muzyków nie tylko za ich umiejętności instrumentalne, ale także, może niezupełnie uświadomione, talenty aktorskie. Westerhus nie zdążył nawet odpocząć po swoim koncercie z Pumą, a już wrócił pełen nowej energii na scenę, tym razem w towarzystwie utalentowanego perkusisty Terje Isungset, by zaproponować kolejny show – wypełniony muzyką inną niż chwilę wcześniej, ale równie porywającą. Ta mieszanina budzących rytualne i etniczne skojarzenia dźwięków, przypominała coś, co można było nazwać szamańską ceremonią. Terje Isungset wygrywał hipnotyczne rytmy na własnoręcznie przygotowanych instrumentach – nie tylko perkusyjnych, ale także dętych – jak rogi czy piszczałki. To była muzyczna podróż po skandynawskich przestrzeniach wypełnionych życiem duchów, magii i arktycznej fauny i flory, która teraz – za sprawą instrumentów i wyobraźni artystów – zmaterializowała się na scenie.

Dzień drugi W Galerii BWA Awangarda zasiadło zacne grono. Joanna Leśnierowska z Art Stations Foundation, Roman Gutek, dyrektor festiwalu MFF Era Nowe Horyzonty, Urszula Kropiwiec, dyrektor Pro Helvetia, Marta Keil z Instytutu Adama Mickiewicza, Izabela Duchnowska z Wydziału Kultury Urzędu Miejskiego, Christian Pauli z Dampfzentrale Bern, Anna Wołek, dyrektor CS Impart, Jon Refsdal Moe, dyrektor Black Box Theatre i inni dyskutowali na temat instytu-

178

cji kulturalnych i organizowania wydarzeń artystycznych. Jak poprzedniego wieczoru otwarcie na głównej festiwalowej scenie należało do sztuk performatywnych – był to spektakl taneczny The Fork w wykonaniu międzynarodowego kolektywu [minus 20]. Ta absurdalna i banalna opowieść o zwykłym życiu, stworzona przez tancerzy i choreografów Kennetha Flaka i Dominiki Knapik do muzyki kompozytora Davida Chazama, okazała się być poważno-komiczną impresją, pełną emocji, przełożonych na gesty i cielesne pozy. Światło, muzyka, taniec, ruch – wszystko naraz. Pojawia się myśl – bardzo to wszystko avant, ale co to znaczy? Może to samo, co tytułowy widelec, który się tam w ogóle nie pojawia? A potem sala zadrżała. Na scenę wyszła niewielka wzrostem, lecz talentem sytuująca się na szczycie współczesnej awangardy muzycznej, królowa eksperymentu i niekwestionowana pierwsza dama światowej estetyki noise – Maja Ratkje. To, co potrafiła wydobyć z zaledwie kilku urządzeń, przesterów, laptopa i akompaniamentu przeróżnych zabawek i mikromegafonu, było jednym z najgłośniejszych i najoryginalniejszych wydarzeń na całym festiwalu. Ściany drżały naprawdę – natężenie dźwięku było bardzo mocne, ale klarowne. Koncert zbudowany był według widocznej dynamiki, z powolnym, klimatycznym rozwinięciem, z centralną częścią „treściową” i delikatnym, łagodnym zakończeniem w postaci starej anglosaskiej piosenki górniczej. Niepowtarzalny głos artystki wznosił się i opadał w szerokiej skali – od pięknych i lirycznych zaśpiewów, poprzez charkotania i piski, aż po niskie pomruki i rzężenia. Wydawało się niemożliwe, że to wszystko wydobywa się z ciała i gardła filigranowej Ratkje. To brzmiało nie jak jedna osoba, ale całe zbiorowisko wokalistów. Postawiłem na nowe doświadczenie – położyłem się na podłodze w biegnącym przez środek sali przejściu. I muzyka nie płynęła już tylko przez moje uszy – wszelkie drgania wnikały do mojego organizmu. Chwilę później nastąpiła radykalna zmiana klimatu – miejsce elektroniki i skomplikowanego eksperymentu zajęła gitara, bas i perkusja – a wszystkie te instrumenty we władaniu niezwykłych i słynnych muzyków. Terrie Ex – lider kultowej formacji The Ex, Massimo Pupillo z matematyczno-metalowego Zu i Pal Nilssen-Love – znany z The Thing – razem postawili analogową i masywną ścianę dźwięku. Ich szaleńcze improwizacje, wyciskanie z instrumentów siódmych potów do granic ich performatywnych możliwości, prezentacja chyba wszystkich znanych technik gry na nich – i to wszystko bez chwili wytchnienia. Ten koncert pasował nie tylko do takiego festiwalu jak Avant Art, ale potrafiłby też poderwać publiczność koncertów punkowych czy metalowych. No właśnie. Gdzie ja jestem? Wizja idei festiwalu klarowała się coraz mocniej. Na koniec – koncert Necessary, młodego muzycznego kolektywu, złożonego jednak z doświadczonych muzyków (między innymi jego członkiem jest Ted Parsons, były perkusista Swans i Godflesh). Interesujące wizualizacje przykuły uwagę już podczas długiego instrumentalnego wstępu. Adaptery, bas i potężny głos bębnów złożyły się na wyjątkowo ciekawą i dosyć mroczną muzyczną ekskursję w rejony industrialnego dubu, eksperymentalnego hip-hopu, mistycyzującego trip-hopu, a to wszystko w sosie rockowej energii. Muzycy przywołali swoją artystyczną wizję, prowadząc publiczność przez wiele zawiłych ścieżek, zahaczających o różnorakie gatunki. I co dalej? Czy był to projekt taneczny czy awangardowy? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Coraz więcej myśli w głowie.


Dzień trzeci

Najpierw finał warsztatów dla kuratorów w klubie Falanster. – Pokażemy, że dla zrozumienia pewnych zjawisk i odczytania kuratorskich intencji, niezbędne jest uchwycenie istoty wybranej przez niego formy i zaprojektowanej struktury – projektu/zdarzenia/festiwalu. Spojrzymy na programowanie z jednej strony jak na akt komunikacji, z drugiej – jak na swego rodzaju grę z odbiorcą, a elementami w niej będą zjawiska szeroko rozumianej współczesnej kultury – mówiła prowadząca, Joanna Leśnierowska. Ricky and Ronny and The Hundred Stars – The Sado Country Opera w wykonaniu grupy MaisonDahlBonnema, to przedziwna opera wyprodukowana przy współpracy Need Company. To był pierwszy spektakl na Avant Art z wyraźnie zarysowaną treścią, co wcale nie znaczyło, że mieliśmy do czynienia z czymś tradycyjnym. Stworzone przez artystów libretto, ich autorska muzyka i choreografia złożyły się na opowieść o dwójce zbuntowanych outsiderów, wędrujących przez konsumpcyjny wszechświat Paryża w towarzystwie przybyłej gdzieś z kosmosu Setki Gwiazd – ich oddanej niewolnicy, pełniącej nie tylko rolę przewodnika, ale także kochanki i inicjatorki wielu tragicznych wydarzeń. A wszystko to w sosie tańca i muzyki, ale nie country – tytuł okazuje się mylący – tylko w konwencji dziwnego syntezatorowego musicalu. A zatem można tworzyć muzykę, śpiewać i jednocześnie grać. Następuje wówczas zatarcie granicy pomiędzy określonymi funkcjami, zwykle przynależnymi różnym osobom. Jeśli jedna osoba pisze muzykę, tekst i sama to potem odtwarza, realizuje w pełni swój osobisty zamysł. Chcę więcej, chcę więcej! Czas znowu na czystą muzykę – ale czy zupełnie czystą? Norwegowie z Jono El Grande to raczej kabaret niż zwykły zespół muzyczny. Poprzebierana zgraja uzbrojonych w instrumenty szaleńców w maskach i z wymalowanymi twarzami zabrała publiczność w świat dadaistycznego karnawału, urządzonego gdzieś w domu wariatów, gdzie wszelkie normy i prawa zostały zniesione i każdy mógł pozwolić sobie na spełnienie osobistej fantazji, pełnej niezwykłych nawiązań gatunkowych w duchu Franka Zappy czy Captaina Beefhearta. Szalona muzyka, przypadkowe wrzaski i zawodzenia – a to wszystko jednak na tle chwytliwych melodii. Zaraz, zaraz. Przedstawienie się skończyło przez występem Jono El Grande – a ja znów czułem się jak na teatralnej sali. Czy to muzyka przenikała spektakl MaisonDahlBonnema, czy to teatralność wdarła się z impetem na koncert Jono? Muzyczną codą pierwszego weekendu festiwalu był nie byle kto, bo sam Arve Henriksen – jeden z najwybitniejszych współczesnych wirtuozów trąbki, tym razem na scenie z magiem norweskiej elektroniki, Janem Bangiem. Teraz szaleństwo, goszczące wcześniej na scenie, zostało zastąpione subtelnością wydobywaną z instrumentu Henriksena. Zaprezentował się on nie tylko jako instrumentalista – zademonstrował także swoje zdolności wokalne, a wszystko to było miksowane na żywo przez Banga. Trudno zaklasyfikować tę muzykę, która zdecydowanie wyszła poza ramy jazzu. Fani muzyki, serwowanej przez stajnię ECM powinni być usatysfakcjonowani, choć czasem drażniło zbytnie „przesłodzenie” poszczególnych utworów. Jednak podczas tak otwartego festiwalu jest miejsce na każdą estetykę. Wszystkich wykonawców pierwszego weekendu festiwalu łączył kraj pochodzenia – Norwegia. To jedna z cie-

kawszych linii programowych tego wydarzenia – zaprezentowanie przynajmniej małego wycinka sceny artystycznej danego kraju, ukazujące zarówno cechy ich łączące, pewien trzon kulturowy, jak również wielość stylistyk i ich odmienność. W zeszłym roku były Węgry, teraz Norwegia, za rok Szwajcaria.

Dzień czwarty Tym razem wejście w zupełnie inną sferę – w BWA Awangarda jesteśmy, aby oglądać i słuchać. Czego? Sztuki, oczywiście. I to sztuki typowo galeryjnej. Na festiwalu o muzyce. Robi się ciekawie, bo pojawia się coraz więcej kontekstów. Cztery filmy artystów wizualnych zaprezentowane w ramach Austrian Sound & Vision, nie zostały wybrane przypadkowo – każdy z nich powstał w ścisłej współpracy z muzykami występującymi tego dnia na głównej festiwalowej scenie. Można kłócić się na temat ich poziomu, ale zdecydowanie do porywających nie należały. Wernisaż skończył się pokazem filmu Monroc z towarzyszeniem zagranych na żywo elektronicznych dźwięków w wykonaniu Martina Siewerta. O ile muzyka się obroniła, o tyle film okazał się dość dużym niewypałem – nieruchome zdjęcia zaśnieżonych fabryk morfujące się w prymitywne wizualizacje z wczesnych wersji pecetowych odtwarzaczy muzycznych nie należały do wyjątkowych przeżyć estetycznych. W Imparcie wystąpiło rodzime Organoleptic Trio. Muzycy zaprezentowali mieszankę progrockowych brzmień, z tym, co określa się jako nowe ścieżki akustycznego jazzu. Jak wcześniej w przypadku grupy Puma, pojawiały się skojarzenia z dokonaniami King Crimson – poprzez połamane improwizacje gitarowe, ciągnące się w różnych kierunkach. Doświadczenie i umiejętności muzyków nie zawsze jednak są gwarantem udanego składu. Jazzujący progrock wymaga dość dużego polotu, zgrania, doskonałej współpracy, a tego tu zabrakło. W mojej ocenie był to najsłabszy koncert tego festiwalu. Popadł w dziwną manierę coraz większego udziwniania dźwięku, pozbawionego polotu i zamkniętego w czymś, co można określić mianem improwizacyjnej akademickości. A wielka szkoda – bo wszyscy członkowie tercetu to doskonali muzycy, którzy zdecydowanie umieją obchodzić się z instrumentami. Złożony z samych gwiazd – trębacza Franza Hautzingera, gitarzysty Martina Siewerta i perkusisty Tony’ego Bucka – zespół Regenorchester zdecydowanie wybiegał poza tradycję zwykłego jazzowego grania, potrafił zasko-

179


czyć swoją innowacyjnością. Jak nazwać muzykę, w której w równym stopniu ważne jest metalowe brzmienie i jazzowa tradycja improwizacji? Nie wiem, czy można określić to formalnym eklektyzmem, czy jest to po prostu odkrycie nowych możliwości instrumentalnych. „Regenorchester” zaproponował muzykę ciekawą, nowoczesną i oryginalną, jednak czasem można było złapać się na tym, że słucha się tylko popisów poszczególnych instrumentalistów, zatracając przy tym obraz całości. O co więc w tym wszystkim może chodzić – czy o wirtuozerię, czy też o stworzenie jednolitego organizmu muzycznego? Wieńczący ten wieczór koncert Austriaków z Radian zdecydowanie można zaliczyć do najlepszych na festiwalu. Zaledwie trójka muzyków dokonała rzeczy przedziwnej i niespotykanej – uzbrojeni w elektroniczną aparaturę zmieniali radykalnie brzmienie swoich klasycznych instrumentów, wydobywając z nich absolutnie niespodziewane i nowe dźwięki. Perkusja nie brzmiała jak perkusja, z linii basu właściwie mało zostało, gitara wydawała się mówić w nieznanym języku. Cały koncert Radian był czystą matematyką i perfekcją, przełożoną na dźwiękowy dialekt. Pomysłowość i wynalazczość muzyków zapierała dech w piersiach – nie wiedziałem, że można grać na konstrukcyjnych częściach instrumentów. Zespół zaliczany jest do tradycji post-rocka, ale to, co zostało zagrane we Wrocławiu to już post-post-rock, to zdecydowane wykroczenie poza ramy gatunku, wykraczającego już wcześniej poza ramy gatunku. Kilka poziomów muzycznych, kilka poziomów technicznych, kilka poziomów interpretacyjnych.

180

I kolejne wątpliwości zrodziły się podczas tego występu. Gdzie jest granica pomiędzy tradycyjną muzyczną prezentacją a eksperymentem technicznym? W którym momencie kompozycja i jej instrumentalne wykonanie przestaje być kompozycją, a wchodzi na terytorium naukowej inżynierii dźwięku?

Dzień piąty Rodzimy zespół 2g rozpoczął swój koncert w oryginalny sposób – jeszcze zanim publiczność została wpuszczona do środka. Dopiero po 10 minutach widzowie mogli wejść na salę, podczas gdy muzycy rozegrali się i sami wprowadzili w hipnotyczny rytm. I to słowo najbardziej pasuje do określenia ich muzyki – hipnotyczność. Minimalne i ascetyczne oświetlenie, ośmiu muzyków zajmujących w linii prostej całą szerokość sceny, powolny i miażdżący rytm, wypełniony partiami poszczególnych instrumentalistów, przywodził na myśl mistyczny rytuał, w którym pierwszoplanową rolę pełniła jednak muzyka. Takie granie to rzadkość – nie tylko w Polsce. Wychodząc z rockowych struktur, muzycy „2g” jednak sporo improwizowali, nawiązując do tradycji nowojorskiej awangardy, współczesnego minimalizmu w duchu Mortona Feldmana i postindustrialnych poszukiwań. Po tej licznej grupie męskiej wystąpił żeński duetu, który diametralnie odmienił klimat wieczoru. Dwie damy brytyjskiej elektroniki – Mira Calix i Andrea Parker połączyły swoje siły pod kryptonimem Freaky Bitches, prezentując rasowy IDM w minimalistycznej oprawie wizualnej. Pusta scena, one dwie przy stole z komputerami, na ekranie zapętlona wizualizacja z układanymi w różne wzory wysuszonymi częściami roślin – to wszystko pozwoliło na wprowadzenie widzów w kontemplacyjny i wyciszony nastrój. Doskonałe brzmienie, muzyka na zdecydowanie światowym poziomie – a jednak było się do czego przyczepić. Set okazał się zbyt długi, zbyt monotonny, zbyt jednolity w swojej koncepcji. Obie artystki wydawały się nieco zagubione pośrodku o wiele za dużej dla nich sceny. Na szczęście to nie był jedyny ich występ tego dnia – drugi okazał się znacznie ciekawszy. A zaraz potem zmiana miejsca – festiwalowymi autokarami publiczność została przewieziona z Impartu w nowe miejsce – do położonego na peryferiach miasta klubu „Krakowska 180”. Zmiana klimatu była całkowita: z sali gościnnej, lecz jednak przeznaczonej do bardziej biernej, siedzącej formy słuchania muzyki do starej pralni, która dzięki swoim rozległym przestrzeniom i postindustrialnemu wyglądowi zdecydowanie bardziej nadawała się na miejsce alternatywnej uczty tanecznej. Na pierwszy ogień poszli polscy muzycy – producenci i didżeje, wyselekcjonowani do zagrania przed koncertem gwiazdy wieczoru – Alva Noto. Każdy z nich zagrał po dwa 15-minutowe sety, prezentując to, co według nich najciekawsze w eksperymentalnej współczesnej elektronice. Marcin Bijak, Rekombinacja, Brainpain i Vasen Piparjuuri przedstawili własne wizje muzyczne w bardzo szerokiej skali – od energetycznego i połamanego breakcore’u, poprzez dudniące dubstepowe brzmienia i drum’n’bassowe kanonady, aż po minimalne ambientowe pejzaże dźwiękowe. Nie wiem jednak, czy to podziałała magia gwiazdy, przed którą mieli wystąpić, czy też pewne zobowiązanie wobec nazwy festiwalu, ale rodzimi didżeje raczej nie wczuli się w klimat tanecznej imprezy, serwując eksperyment poprowadzony


już tak daleko, że tańczyć do tego nie dało się wcale. Panowie! Więcej luzu! Awangarda wcale nie musi być nieprzyjazna! Zaraz po tym doświadczeniu miał miejsce występ-niespodzianka. Znane już festiwalowej publiczności Mira Calix i Andrea Parker, zasiadły za swoją aparaturą, by tym razem zagrać bardziej energetycznie i tanecznie niż kilka godzin wcześniej, kiedy to zaprezentowały zdecydowanie spokojniejszy materiał. Tym razem mocno rozruszały publiczność, oferując inteligentną muzykę taneczną, czerpiącą z najlepszych wzorców stylistyk IDM i house. A po nich przyszła pora na absolutną gwiazdę wieczoru, czyli mistrza nowoczesnych preparacji dźwiękowych – Carstena Nikolaia aka Alva Noto. I ten nie zawiódł, podrywając do ruchu zmęczoną już, lecz wciąż żądną wrażeń publikę, prezentując swoje bardziej taneczne oblicze, skupiając się głównie na utworach z płyty „Unitxt”. Niepowtarzalna twórczość Noto, z najwyższej artystycznej półki, potrafiła zadowolić zarówno fanów eksperymentu muzycznego, jak i spragnionych przede wszystkim dobrej zabawy. Krystalicznie czyste brzmienie w oprawie minimalistycznych, lecz intensywnych, kolorowych wizualizacji nie pozostawiły zebranych widzów obojętnymi. Alva Noto po raz kolejny udowodnił swoją niewątpliwą pozycję lidera elektronicznej sceny, który potrafi spełnić oczekiwania i najbardziej wymagających melomanów, i tych, którzy chcą wytańczyć się przy bitowej muzyce. Ta niezapomniana i intensywna noc okazała się jednym z najmocniejszych punktów w programie Avant Art Festival 2010. Nowatorstwo muzyczne może służyć także dobrej zabawie.

Dzień szósty Dzień szwajcarski – przedsmak czwartej edycji Avant Art – rozpoczął się od niezwykłego występu formacji Phall Fatale. Rzekłbym, że w muzyce tej formacji zamknął się cały zasób gatunkowy festiwalu. Prosty, lecz oryginalny skład – dwie wokalistki, dwa kontrabasy, perkusja i mikser – posłużył do wykreowania niesamowitego tygla dźwiękowego, łączącego w sobie niemal wszystko, czego po tak eklektycznym festiwalu można było się spodziewać. Jazz i noise, rock i pop, etniczne brzmienia i elektroniczne pasaże – i to w ramach jednego, nie trwającego nawet godzinę koncertu. I to w formie strawnej, lekkiej przystępnej i jednocześnie spektakularnej, pełnej polotu i fantazji. Zmieniające się z szybkością światła konwencje, rozmaite style śpiewu, tempo wędrujące od balladowych ślimaczeń po energetyczne kawalkady rytmiczne. Ten zespół można uznać za wizytówkę muzycznego postmodernizmu i eklektyzmu, równającego wszystkie możliwe do wykorzystania style w jeden projekt. Występ Lucien Dubuis trio nieco rozczarował. Ich prosty, przystępny jazz na dłuższą metę wydał się nużący i niezbyt pasujący do całej formuły festiwalu. Nie odmawiając muzykom umiejętności, trzeba jednak stwierdzić, że ich wrocławski występ był bardziej czymś, co zwykło określać się muzyką tła. Potem nastąpiło nagłe przeniesienie w lekko dadaistyczny świat. Na scenę wyszło dwóch osobników w cylindrach i frakach – jeden z nich zasiadł za perkusją, drugi dzierżył gitarę. I wtedy zabrzmiał rock. Zwykły, klasyczny

181


rock. Ale czy aby to jedyna prawda? Tu właśnie pojawia się kolejny czynnik w dyskusji, co ma oznaczać określenie avant. Duet „Minimetal”, całkowicie wyrywając estetykę prostego rocka z jego określonej i skostniałej niszy, przeniósł ją na inny poziom, wypełniony minimalistyczną teatralizacją. Zamiast spoconych i obnażonych klat maczystowskich herosów, dostaliśmy dwóch wyważonych, przeniesionych z przeszłości dżentelmenów, zalanych łuną białego reflektorowego światła. Punkowa energia – bardzo brutalnie, bardzo głośno, czasem wręcz prymitywnie – w połączeniu z delikatnością i elegancją scenicznego sztafażu – to wszystko wywołało niezwykły efekt. Przez tę całą pozamuzyczną otoczkę, nie dało się postąpić inaczej, jak tylko wziąć ten „rock” w nawias. „Minimetal” wystąpił na Avant Art Festiwal w roli pisuaru Duchampa – z tym, że eksponatami byli tu sami muzycy, wykonujący muzykę w strojach absolutnie jej nie przynależnych, w konwencji zupełnie jej obcej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że był to jeden z najbardziej awangardowych występów podczas całych siedmiu festiwalowych dni – z tym, że ta awangarda nie kryła się w muzyce, lecz w posłużeniu się nią w celu wywołania dyskusji o miejscu, konwencjach i przynależności danych gatunków muzycznych. Z chęcią zobaczyłbym tych dwóch Szwajcarów jeszcze raz, grających na przykład country w zuluskich strojach.

182

Dzień siódmy Dwójka tytanów współczesnej improwizacji – zespół „the Thing” i Otomo Yoshihide we wspólnym projekcie – to był jeden z takich koncertów, na których nie wypada nie być. Będąc już wcześniej na koncercie norweskiego tercetu – zespołu, który zdecydowanie lepiej wypada na żywo niż na płytach – liczyłem na mocniejszą koncertową wersję utworów z płyty Shinjuku Crawl, która wydawała mi się zbyt sterylna i pozbawiona ognistego żywiołu, znanego z ich występów scenicznych. I nie przeliczyłem się. Szalejący za perkusją Pal Nilssen-Love (już po raz drugi podczas tej edycji festiwalu), Ingebrigt Haker-Flaten szarpiący struny kontrabasu z taką siłą, że instrument aż skakał, lider formacji Mats Gustafsson wygrywający swoje frenetyczne jazdy saksofonowe na przemian z czysto noisowymi, analogowymi wstawkami zagranymi na przeróżnych elektronicznych efektach i oczywiście japoński mistrz – Otomo, wydobywający z gitary dźwięki wręcz niemożliwe. Rzadko kiedy wykonawcy potrafią tak ze sobą współpracować – improwizacja, ale połączona z intuicją o wręcz mikroskopowej dokładności, po prostu uniemożliwiająca niezgranie i kakofonię. Tu były nie tylko przebłyski, ale wręcz erupcje muzycznego geniuszu w wykonaniu tego tercetu, poszerzonego o jednego z najwybitniejszych gitarzy-


stów świata. Od tradycyjnych jazzowych brzmień po totalnie chaotyczne łamańce zahaczające momentami o harsh noise. Takie zakończenia festiwalu potrafi wzbudzić negatywne emocje – ale negatywne dlatego, że to już koniec, kiedy właśnie wszystko zaczynało się rozkręcać, kiedy po kilkudniowym maratonie wpadło się już w ten tryb dalszych przeżyć estetycznych, przyjmowania wszystkiego w sposób zdecydowanie bardziej dyskursywny.

Podsumowanie Pojawiło się mnóstwo myśli, spostrzeżeń i pytań dotyczących tego muzycznego tygodnia. Wszystkie na temat muzyki – jej miejsca, sposobu wykorzystania, prezentacji, współistnienia z innymi formami artystycznymi. Po pewnym czasie hasło „festiwal o muzyce” przestało być wyłącznie reklamowym sloganem, a stało się właściwą definicją tego wydarzenia. Bo nie sama muzyka okazała się być tu ważna. Ważny był jej kontekst, wszystkie możliwe aspekty – kompozycyjny, improwizatorski, wykonawczy, sceniczny techniczny; długo by wymieniać. Pojawiła się refleksja na temat całej twórczości dźwiękowej i wszelkich związanych z tym konotacji i odniesień. Muzykę należy przyjmować na wielu poziomach, nie tylko percepcją zmysłową, ale również intelektem. Może pełnić funkcję dydaktyczną, terapeutyczną, estetyczną czy też w niektórych przypadkach

mistycznego wehikułu. Zadanie sobie tych wszystkich pytań i przynajmniej próba znalezienia odpowiedzi na nie, to jest chyba najważniejszy cel, jaki przyświecał organizatorom tego festiwalu – przede wszystkim jego pomysłodawcy i twórcy – Kostasowi Georgakopulosowi, który sam jest muzykiem i wszystkie te kwestie nie są mu obce. Jak można podsumować Avant Art Festival? Zadanie to karkołomne, ale nie można powiedzieć, że niewdzięczne. Wielość wykonawców, wielość dziedzin, wielość estetyk i gatunków – trudno to wszystko ogarnąć na jeden raz – potrzeba znacznej otwartości i gotowości na przyjęcie natłoku bodźców, wymagających ekwilibrystyki umysłowej, umiejętności zręcznego prześlizgiwania się pomiędzy konwencjami i wariantami sztuki. Festiwal pokazał jednocześnie siłę eklektyzmu programowego i słabe jego punkty. Bo nie każdy wykonawca pasuje do występującego zaraz po nim, zawsze mogą pojawić się jakieś zgrzyty estetyczne. Nie zawsze ma się gwarancję dobrej formy artystów – zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Czasem zdarzy się nawet wpadka programowa. Pozostaje chęć obcowania z wielorakimi aspektami muzyki, którą można usłyszeć na Avant Art Festival. No właśnie – co jest w niej takiego wyjątkowego? Często muzyka nie rodzi żadnych pytań, jest przyjmowana bezkrytycznie i wydalana po bezproblemowym i nieświadomym przetrawieniu. Tego raczej nie można powiedzieć o tej prezentowanej we Wrocławiu. I właśnie to zdefiniowałbym jako avant – możliwość pojawienia się tych wszystkich pytań.

183


Ewa Świąc

wiśnia jestem al al lubi tarzać się w błocie i ma brudne ręce gdy miała siedem lat połykała pestki wiśni chciała mieć drzewo w środku czerwone kulki dużo soku miał wziąć ją na ręce taką popękaną wyjadać miąższ prosto z miednicy z pestek wyrosło łóżko skrzypiąca konstrukcja materac dwie nogi ― może podnosić je i opuszczać dziś jej brzuch przepełniają kamienie kamień kamień worek martwych drobin zaszyty krzywym ściegiem

saprofity ciepło z ciała uleciało i nie ma ciepła zima to dobry czas na odchodzenie gałęzie i śnieg żebra i ziemia będzie długo tam świeży nic z tego ciała nie płacze nic nie prosi nic się dla niego nie otwiera pozrywały się przejścia od neuronu do neuronu przedni płat tak bolał a teraz nie ma została al alice aleksandra anna marta i tylko to jest prawdziwe oraz tamto gnicie podziemne stygnięcie wysychanie autoliza rozkład do kości (szkielet podobno jest biały i najbardziej oporny) i to że nosimy ją w sobie

po zimie dziś widziała terakotową armię nadgniłe szyje i głowy ich czarne włosy plątały się rosły nigdy takich długich nie będzie miała i nigdy czarnych tam gdzie nie doszła było jasno nie dotknęła trumny która powinna być miękka biała bezwłosa tak we śnie a wokół wciąż za dużo przedmiotów cuchną jak ona pleśń na wodzie po tygodniu pleśń na skórze po miesiącu żałoba

184


kokony al ma miękko w środku w jej brzuchu jest wilgotno mogłaby zassać jeden palec dwa całą stopę takie zniknięcia są niebezpieczne - al jest kolekcjonerką w brzuchu na półkach ustawia figurki bandażuje je najpierw starannie aż zniknie różowe mięso zniknie sine zielone a potem stawia jedną obok drugiej jest im tak dobrze że nie chcą wyjść

krew ryby I potem było morze schowała ją fala - cztery nogi ogon kamyki w brzuchu pod falą kobietom wyrastają płetwy szczecina zamienia się w łuskę woda gładzi ich skórę woda jest śliska wypełnia uszy i usta nadziewają się na spróchniałe gałęzie a potem plują wciąż jest ślisko z meduzami wokół kolan złotymi rybkami wśród palców nim wyrośnie tam błona a ryby usną gdy oczodoły wypełnią się śluzem obklejone fala wyrzuca na brzeg

185


krew ryby II pod wodą głos się rozlewa kobiety kołyszą swoje mantry skruszałe kości zaciskają w dłoniach wysysają resztki szpiku weź mnie do ust obgryź aż do kości z kości zbuduj dom zakop kość wyrośnie drzewo stół kobiety wydrapują popiół z czaszek usypują kopczyki zagrzebują w nich głowy i usta dużo ust otwierają się jakby chciały połknąć stos syte już zanurzają ręce w wodzie czekają gdy morze się otwiera wchodzą w nie miękko nikną

przedostatni ugryzła i już wie: ciało nie jest słodkie mogła wgryźć się głębiej albo wybrać lepsze miejsce a tylko się popaćkała Ewa Świąc

186


Marta Eloy Cichocka

nie mam czasu pisać wierszy ile czasu zajmuje napisanie wiersza?... czasu na listy nie mam od lat o czym świadczyć może ten zakurzony stos kopert na biurku o różnych szelestach szarości który przy okazji co większych świąt katolickich i mniejszych świeckich wizyt bezradnie odkurzam i obracam na drugą stronę jak jakąś papierową klepsydrę. może już do czasu aż powieszą moją? czasu na mejle brak odkąd piszę te tony tekstów za pieniądze esejów na zamówienie nie mówiąc o fali filmów do których na kolanie dorabiam napisy. na lewym. na prawym. czas na esemesy zyskuję jeżdżąc tramwajem bo od czasu wypadku żółty rower też leży odłogiem podobnie jak mnóstwo innych rzeczy na które żywcem nie ma czasu. i kiedy nagle znajduje się czas na to żeby pojechać starym golfem w korkach na drugi koniec rozkopanego miasta i posłuchać mądrego człowieka wtedy ten mądry człowiek mówi łagodnie: nie. nie ma czasu. przeszłość już przeszła. przyszłość nie przyszła jeszcze. jest tylko tu i teraz. tkwi pośrodku jak coś co wlazło między zęby. już na amen? niech mu będzie. pławię się w tej teraźniejszości jak oko w rosole i myślę co by tu szybko ugotować na jutro skoro nie ma czasu. i szybko kończę ten wiersz bo kolejny esej na karku a czas to pieniądz… 66 minut.

187


biała rawska biała rawska. i z każdym kilometrem coraz gorzej a jeszcze chwilę temu takie triumfalne przekonanie że doskonale tak rozjeżdżać się w dwóch różnych kierunkach tego wspólnego kraju pisanego palcem po mapie. bo co nagle to wiadomo a poza tym swoje już się przejadło i odchorowało i od nagłego całowania w drzwiach pociągu uratuj nas panie kontrolerze. a już zwłaszcza jeśli to nie ekspres i nie staje w zachodniej. co w sumie dałoby pewną szansę na zwięzłą prezentację niedoszłych i prze terminowanych narzeczonych tudzież ślubnych z dziećmi oraz bez ale już przeważnie raczej z bo ostatecznie w pewnym wieku to już pewien standard. ale że to ic i nigdzie nie staje więc mamy opoczno a przed sobą jeszcze wiele do ukrycia nie licząc tych puszczonych w trąbę niepamięci. bo niby skąd wiadomo że ci których nie wspominamy nie wspominają nas? ale zamiast tego właśnie mijamy krasocin w którym zauważam pierwsze powody do radości. o których następnym razem o ile rzecz jasna zaraz nie padnie bateria laptopa bo pan kontroler wyraźnie ostrzegał przed różnicą napięć fatalną dla sprzętu. szkoda że nikt nie ostrzega przed tym jak się skończą niektóre niewinne skądinąd spotkania mejle esemesy i zdecydowanie zbyt nagłe pocałunki.

188


powody do radości słowo się rzekło nim dojechał pociąg. tym razem zabrakło na peronie sylwetki z psem: w nadmiarze wrażeń czasem dopiero czyjaś nieobecność pozwala go zauważyć. dlatego tylko żartuję z tym tytułem: powodów do prawdziwej radości brak dlatego właśnie że prawdziwa radość nigdy nie ma powodów. bo czy można tak nazwać ciche lub szalone bicie serca bezszelestne krążenie krwi oddychanie bez udziału woli niewidzialnym tlenem? czasem dopiero brak tlenu i nagły atak serca pozwala zauważyć ten jedyny słuszny i sprawiedliwy powód. i dlatego tak się cieszę że wciąż czytasz: nim złapiesz pociąg warto wiedzieć dokąd jedzie. nie mówiąc o tym czy ktoś czeka na peronie. i warto mieć wspólne reguły gry zamiast nad tą samą szachownicą wyobrażać sobie że zagramy w szachy z partnerem który marzy o warcabach. dlatego lojalnie uprzedzam że wolę skoczka. a jeszcze bardziej wolę z tobą iść na sushi ryzykując to że poszukując rozkoszy otrzemy się niebezpiecznie blisko o rozpacz. słynna nirwana to przecież nic innego jak święty spokój. cicho sza. a wkurzające brzęczenie nad uchem to znak że znowu się zacznie tłuczenie komarów pożyczonym egzemplarzem fedry.

189


raport o stanie wojsk krają zostają, wylatują naipaule. (MLB, Sofostrofa) odkąd pamiętam myślę o tym że to będzie doskonały tytuł na wiersz. wiersz dla ciebie o rozgromionych armiach które miały nas bronić a wracają z pola pokonane przez swoje własne zbroje. ile w tym przesady? walczyliśmy ze sobą wierząc że wróg jest naprzeciwko a tymczasem on w odpowiednim momencie po prostu mocniej wbił nam palec w oko gdzie zresztą przez cały ten czas wygodnie siedział cicho jak tłusta mysz pod puszystą miotłą tłumiąc pod wąsem wąski uśmiech mysiej satysfakcji. czemu mysz spytasz może w tym wagonie pierwszej klasy mijającym w tej chwili te same miejsca mijane przeze mnie niemal dokładnie miesiąc temu tyle że w przeciwnym kierunku? nie wiem mysz przyszła mi do głowy mysz zostaje. mijane miejsca pozostają na miejscu. wojska wycofują się w miarowym tylekroć opisywanym nagrywanym filmowanym stukocie kół o szyny. ja wycofuję się ostrożnie przez zasieki łez z zaciśniętymi ustami nie patrząc na twoje zamknięte oczy w otwartych jeszcze przez sekundę drzwiach pociągu. teraz wystarczy wrócić do siebie. przełknąć tę ślinę. skasować ten bilet. wskoczyć w koleiny śladów po sobie sprzed miesiąca. a wiernym wojskom gromko odtrąbić że to wina wadliwych hełmów a zwycięstwo leżało posłusznie jak pies zawsze po naszej stronie.

190


morfeusz na morfinie vs lotus omnivor galla o drugiej tonie w mgle po uszy pyskata pielęgniarka trzyma władzę w gipsie automat pluje kawą i resztą bez cukru (aga połyka własne łzy i cudzy kubek) pacjenci już pląsają w ochraniaczach glamour mimo dziesięciu bosych siniejących palców krwinki krwi krążą jak ksiądz po kolędzie (nakrochmalony chirurg ostrzy sobie zęby) spałek mnie upolował po zachodzie słońca czytaj mister morfeusz na matce morfinie otwieram lewe oko i tak dobrze mi tak horyzontalnie z widokiem na sufit otwieram prawe z widokiem na parking chirurg kupuje żonie wszystkożerne auto omnivor spali ropę pot zamieni w olej zdjęcia wrzuci na fejsbuk i na naszą klasę galla o drugiej to już całkiem inna bajka aga w gipsie tnie grzywkę i połyka włosy pijana pielęgniarka toczy się pod tramwaj (a ty spałek puść strzałkę jeśli jeszcze nie śpisz)

191


pointless …Dopiero gdy byłam sama, wchodziłam na stół i przemawiałam płynnie w nieznanym języku… (Krystyna Miłobędzka w wywiadzie dla J. Borowca) nie mogę nic zjeść i nie mogę zasnąć w hotelu owiniętym celofanem, dear nie mogę nic czytać i nie mogę kłamać że non stop mam jetlag po tobie, dear nie mogę nic pisać i nie mogę mówić bo nikt mnie nie słucha i nie słyszy, dear dlatego siedzę sama sama wchodzę na stół spod sufitu śpiewam rzeczy niesłychane dlatego chodzę sama sama wchodzę pod stół pod stołem stawiam hotel owijam celofanem otwórz okno, dear rozerwij celofan rozwal rusztowania bez nadziei na pointę

Marta Eloy Cichocka

192


Samantha Kitsch

okrągły rok orbita za orbitą w poślizgu – w korowodzie jeden za drugim okrągły rok kąpiele w studniach dni sny z sokowirówek nocy – znów piknik w strumieniu troposfery * climax w środku środy: rozkwitają mosty płyną promenady przechodnie w kalejdoskopach kolaże kolarzy cumulusy na ślizgawkach okien wiatr skraca i wydłuża ulice w powietrzu echa i ich spadochrony * miejsca celebracji – celebracje miejsc Królestwa Eksploracji – Eksploracje Królestwa Królestwo Zachłanności Królestwo Rozrzutności – * zawahanie? przesilenie? rozkojarzenia zbiegają się w punkt: pawie oko samobójstwo oko mruga migocze łza: kolczyk bólu w oku z zadraśniętej godziny wyciekają miliardy minut okno w murze dni – samobójstwo ość w gardle dnia – samobójstwo

193


motylom przymiarki do samobójstwa porządki w kierunku samobójstwa odpoczynki przed samobójstwem litanie przed samobójstwem argumenty za – przeciw: dla wytchnienia samobójstwo samobójstwo bo zawadzam motylom samobójstwo bo głodny wilk („przeżyć” dzień: bez ani jednej samobójczej myśli) z roku na rok z nocy na noc z godziny na godzinę robiło się coraz bardziej samobójczo mówiłem sobie: nie ma cię tu * kiedy przeciągniesz nitkę dnia przez igielne ucho: samobójstwo? jak zakończysz twój list samobójczy na tysiąc stron? marzenie za mną chodzi marzenie z głową w plastikowej torbie

194


poliż ona soli las wrze szept lśni rdza rodopsyno ratuj! piszę szusem światłośmigło źdźbło lnu plusz dżdżu kwiat iłu ul os pole pawi

poliż (2) rwij pastele wici figi fusy liczi kiść opium sęk bzu szyszka – obwarzanka? siała baba mak? huba ćmi w szkle chrzan zrzędzi grynszpan miauczy ażur

z henną anyż? róża róży kuksaniec

195


targ w Scarborough czy pójdziesz na targ w Scarborough? pietruszka szałwia rozmaryn tymianek nad szczytami nieskazitelny błękit nigdy nie dojdziesz – za dużo przy drodze malin kręta droga wyszczerbiony zrąb lasu widłak naparstnica goryczka tojad z każdej maliny zwisa gwiaździsta kropla deszczu pod krzakiem malin dyszy wilkołak za dużo przy drodze muchomorów wilczomlecz wilczełyko wilcza jagoda wilcza paszcza w bagnie ugrzęzła błyskawica w ulewnym deszczu wyschła studnia miskę słodkiej śmietany postawi w krzakach kobieta o malinowych oczach kobieta o jagodowych włosach na targu w Scarborough na targu w Scarborough w słodkiej śmietanie zamocz tojad kobieto o malinowych oczach kobieto o jagodowych włosach na targu w Scarborough na targu w Scarborough uszyj mi całun bez jednego szwu wilczomlecz wilczełyko wilczajagoda wilczapaszcza za cmentarzem w Scarborough za cmentarzem w Scarborough przetrawią ciało mrówki jagód mrówki malin czy zwiódł cię nieskazitelny błękit? gdzie dziewczęta z tamtych lat – tam gdzie kwiaty: oset pokrzywa łopuch belladonna w ulewnym deszczu wyschła studnia

196


błahostka błahostka rzęsa na morzu rwała szczaw dyszał dyszel usta octu wybłyszcz śnieżyca parzy gorzelnia aster iskier jedwab mnie się pilśń lgnie łże mażenta Samantha Kitsch

197


Autorzy numeru 0100101110101101.ORG Eva i Franco Mattes, wywodząca się z nowojorskiego Brooklynu para artystów-prowokatorów i pionierów net-artu. W swojej pracy mistrzowsko wykorzystują media publiczne, jak choćby w przypadku zmistyfikowanej kampanii reklamowej koncernu Nike. Jedni z najbardziej znanych przedstawicieli sztuki Internetu, zajmowali się m.in. inscenizacjami historycznych wewnątrz światów syntetycznych, takich jak Second Life, poprzez swoje awatary wykonane jako odwzorowanie ich ciał i twarzy, traktując nowe technologie nie jako narzędzie, tylko podmiot. Ich prace zaistniały zarówno w cyberprzestrzeni, jak i w galeriach i muzeach. Giorgio Agamben (ur. 22 kwietnia 1942) - włoski filozof polityczny, najlepiej znany ze swoich badań nad pojęciami stanu wyjątkowego i homo sacer. Wykładowca włoskiego Università IUAV di Venezia, Collège International de Philosophie w Paryżu i European Graduate School w Saas-Fee. Wykładał również na uniwersytetach w Maceracie i Weronie. Do 2002 roku gościnnie prowadził zajęcia na kilku amerykańskich uniwersytetach (m.in. University of California w Berkeley i Northwestern University w Evanston). ACCESS grupa i cykliczne działania ujawniające bieżące wyniki eksperymentów hakerskich, performerskich i muzycznych. Access działa jako warsztat do rozwijania projektów i technologii oraz prezentowania dzieł szeroko rozumianej publiczności. Anonymous mem internetowy, oznaczający wielu anonimowych członków społeczności internetowej, działających w sposób skoordynowany w luźno uzgodnionym celu a także etykieta przyjęta przez luźne grupy użytkowników sieci, organizujących się w celu różnych działań i protestów pod hasłem „Anonymous”. Michael Basinski (ur. 1950 w Buffalo w stanie Nowy Jork) - amerykański poeta wykorzystujący w swojej twórczości tekst, dźwięki i efekty wizualne. Jest kuratorem zbioru poezji i rzadkich książek w bibliotece State University of New York w Buffalo. Występuje solo oraz ze swoim zespołem performersko-muzycznym Bufffluxus. Konrad Becker badacz hipermediów i komunikacji interdyscyplinarnej, kierownik Institute for New Culture Technologies i World-Information. Org, współzałożyciel i szef Public Netbase od 1994 do 2006 roku. Udzielał się w mediach elektronicznych jako autor, wykonawca, kompozytor, a także kurator, producent i organizator licznych wystaw, konferencji, publikacji i projektów intermedialnych. Marcin Boronowski urodzony w Tarnowskich Górach, od 1984 mieszkaniec Wrocławia, gdzie odbył studia na filologii angielskiej. Po studiach wykładowca języka angielskiego na Uniwersytecie Wrocławskim od 1990, w latach 1995-2006 wykładowca przedmiotów językoznawczych i akademickiego pisania w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Legnicy. Grafik komputerowy amator (sporadyczne publikacje m. in. w „Gazecie Wyborczej”). Od jesieni 2005 autor internetowej strony Biuletyn Myśli Antyseksistowskiej Antyfacet RP. Animator działalności kulturalno-artystycznej wśród studentów Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych w Legnicy

198

(wystawy plastyczne, redagowanie literackiego magazynu). Od czerwca 2007 autor happeningów realizowanych we Wrocławiu i zaangażowanych na rzecz emancypacji obyczajowej mężczyzn oraz przeciwko wszelkim stereotypom płciowym i homofobii, w których występuje pod pseudonimem Naczelny Antyfacet RP. Współpracuje z wrocławskim oddziałem Kampanii Przeciw Homofobii, fundacją Trans-Fuzja i środowiskiem feministycznym Wrocławia, a w szczególności ze Studenckim Kołem Naukowym Queer Studies „Nic Tak Samo”. W życiu codziennym buntownik wobec stereotypu męskiej roli płciowej. Mez Breeze australijska artystka, specjalizująca się w net-arcie. W rzeczywistości nazywa się Mary-Anne Breeze, ale używa wielu pseudonimów i wcieleń sieciowych. Posiada dyplomy z psychologii i sztuki, które studiowała na uniwersytetach w Bathurst i Wollongong. Bureau of Inverse Technology (BIT) prawdziwa organizacja, działająca w Melbourne, San Francisco i Berlinie, przeprowadzająca eksperymenty na odległość i zajmująca się m.in. przyszłością technologii i designu korporacyjnego. Riccardo Campa (ur. 4 maja 1967 w Mantui) – dr hab., adiunkt Instytutu Socjologii UJ. Posiada dyplomy politologii i filozofii uniwersytetu bolońskiego. Przed rozpoczęciem kariery akademickiej był policjantem Guardia di Finanza oraz dziennikarzem „La Voce di Mantova” i tygodnika „Il Mondo”, a także znanym wykonawcą italo disco. Marta Eloy Cichocka (ur. 1973) – fotografka, poetka i dziennikarka fotograficzna z dyplomem doktora iberystyki, współpracowała z „Biuletynem Fotograficznym”, „Foto Pozytywem”, kwartalnikiem „Fotografia”, a także internetowym „Tygodnikiem Fotograficznym”. Geoff Cox wykładowca na Uniwersytecie Plymouth (UK) i w Transart Institute na Donau University, Krems (Austria). Artysta i organizator projektów. Jest także członkiem rady Kahve-Society, członkiem zarządu galerii Spacex oraz członkiem rady UK Museum of Ordure. Critical Art Ensemble (CAE) zespół pięciu amerykańskich artystów-praktyków, zajmujących się relacjami między sztuką, teorią krytyczną, technologią i udziałem w życiu politycznym. Prace CAE znajdują się m.in. w Whitney Museum i The New Museum w Nowym Jorku; Corcoran Museum w Waszyngtonie, Schirn Kunsthalle we Frankfurcie, Musée d’Art Moderne de la Ville w Paryżu i londyńskim Museum of Natural History. Fundamental Research Lab (FRL) niezależny zespół artystów, naukowców i programistów. FRL tworzy i zarządza projektami artystycznymi, związanymi z softwareart radykalnym haktywizmem i sztuczną inteligencją. Grażyna Gajewska literaturoznawczyni, adiunkt Instytutu Kultury Europejskiej Collegium Europaeum Gnesnense Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jej zainteresowania badawcze związane są z metodologią badań humanistycznych i interdyscyplinarnymi metodami analizowania kultury współczesnej. Autorka książek Maski dziejopisarstwa: współczesne formy reprezentacji przeszłości (2002) i Arcy-nie-ludzkie. Przez scence fiction do antropologii cyborgów (2010) oraz współredaktorka prac: Nadzieje i obawy płynnej nowo-


czesności (wraz z Zygmuntem Baumanem, 2005), Holocaust w sieci dyskursów (wraz z Aleksandrą Boroń, 2005), Modernizm w lustrze współczesności (wraz z Jackiem Jagielskim, 2006), Klan cyborgów: mariaż człowieka z technologią (także z Jackiem Jagielskim, 2008). Alexander R. Galloway amerykański teoretyk mediów i programista, autor m.in. Gaming: Essays on Algorithmic Culture i współautor Exploit: A Theory of Networks. Wykładowca New York University. Marta Heberle absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego na kierunku kulturoznawstwo ze specjalizacją filmoznawstwo i wiedza o mediach. W centrum jej zainteresowań znajduje się sztuka wykorzystująca najnowsze technologie, która kontekstem i tematem czyni nauki biologiczne. Wraz z Maćkiem Ożogiem prowadzi także projekt muzyczny Aural Treat. Graham Harwood dyrektor artystyczny brytyjskiej grupy Mongrel. Obecnie mieszka u ujścia Tamizy wraz z Matsuko Yokokoji i synem Lanim, animując mediashed.org, przestrzeń wolnych mediów przeznaczoną dla lokalnych artystów i mieszkańców. Marcus Hutter (ur. 1967) – niemiecki informatyk i profesor na Australian National University. Urodził się i wychował w Monachium, gdzie studiował fizykę i informatykę. W 2000 roku dołączył do grupy Juergena Schmidhubera w szwajcarskim Laboratorium Sztucznej Inteligencji IDSIA, gdzie opracował pierwszą matematyczną teorię Universal Artificial Intelligence, w oparciu o teorię złożoności Kolmogorova i badania Raya Solomonoffa. Institute for Applied Autonomy (IAA) założona w 1998 roku placówka badań technologicznych i rozwoju, zajmującą się szeroko rozumianymi sprawami indywidualnego i zbiorowego samostanowienia. Rafał Jęczmyk lubi słuchać, oglądać, pisać i spać (nie ma na to czasu). Udziela się w kilku miejscach. Lepiej za dużo o nim nie wiedzieć. Carlos Katastrofsky austriacki artysta, działający przede wszystkim w dziedzinie sztuki nowych mediów. Jego obszary badań obejmują m.in. net-art., instalacje interaktywne i oprogramowanie. Jest współzałożycielem CONT3XT.NET z siedzibą w Wiedniu. Keymo www.keymo.lap.pl/keymo Samantha Kitsch pseudonim literacki; autor/autorka trzech tomikow poezji: Bahama (Obserwator), 25 wierszy (Mamiko) i Helena (Instytut Mikołowski). Martin Knahl pracuje obecnie na Wydziale Business Information Systems na University of Applied Sciences, Furwangen, Niemcy, jest także pracownikiem naukowym w Centrum Bezpieczeństwa Informacji i Sieci na Uniwersytecie Plymonth, Wielka Brytania. Jego zainteresowania naukowe obejmują obszar zarządzania i operacji IT, zarządzania Internetem i rozproszonymi usługami sieciowymi.

Joasia Krysa kuratorka, badaczka i wykładowca Art and Technology na wydziale technologii Uniwersytetu Plymouth. W 2005 założyła badawczy projekt KURATOR dotyczący praktyki kuratorskiej, a obecnie współorganizuje Curatorial Network (wraz z Arts Council England, South West). Jest absolwentką wydziału sztuk pięknych Goldsmith College w Wielkiej Brytanii oraz kulturoznawstwa (UWr) i nauk politycznych (UMCS). Kazimierz Krzysztofek Doktor habilitowany nauk humanistycznych, profesor socjologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i wiceprezes Fundacji Pro Cultura. Stypendysta Fulbrighta w Massachusetts Institute of Technology w zakresie badań nad mediami i komunikacją. Był gościnnym wykładowcą w College of Liberal Arts, Pensylvania State University (1996). Autor wielu publikacji i artykułów z dziedziny mediów, społeczeństwa informacyjnego, polityki kulturalnej i przemysłów kultury, rozwoju społecznego i komunikacji międzykulturowej, m.in. wybranych publikacji: Komunikowanie Międzynarodowe: Informacja-Kultura-Środki Masowego Przekazu-Stosunki Międzynarodowe (Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1993), Cywilizacja: Dwie Optyki (Instytut Kultury, Warszawa 1991), Współautor (wspólnie z M. S. Szczepańskim) podręcznika uniwersyteckiego: Zrozumieć rozwój: Od społeczeństw tradycyjnych do informacyjnych (2002) oraz raportu dla United Nations Development Program: Poland and the Global Information Society. Logging on (2002). Agnieszka Kurant (ur. 1978) – artystka mieszkająca i pracująca w Warszawie. W tym roku reprezentuje Polskę (wraz z architektką Aleksandrą Wasilkowską) w Pawilonie Polskim na Biennale Architektury w Wenecji. Często współpracuje z naukowcami i profesjonalistami z różnych dziedzin, wykorzystujących zjawiska paranormalne, by wykraczać poza logikę czasu, przestrzeni, języka czy wiedzy. Zajmuje się ekonomią i polityką niewidzialności oraz obecnością przyszłości w teraźniejszości. Jej dzieła pokazywane były w instytucjach takich jak Palais de Tokyo (Paryż), Tate Modern (Londyn), Yvon Lambert Gallery i Creative Time (Nowy Jork) oraz w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki i CSW Zamek Ujazdowski (Warszawa). W 2008 roku wydawnictwo Sternberg Press opublikowało monografię jej twórczości pod tytułem Unknown Unknown. Ray Kurzweil (ur. 12 lutego 1948) - amerykański naukowiec, pisarz, futurolog, propagator idei transhumanizmu, pionier w dziedzinie OCR (Optical Character Recognition), syntezy mowy, rozpoznawania mowy i elektronicznych instrumentów klawiszowych. W 1982 r. założył firmę Kurzweil Music Systems. Jest autorem książek na temat zdrowia, sztucznej inteligencji, technologicznej osobliwości i transhumanizmu. Shane Legg nowozelandzki naukowiec, obecnie pracujący pod kierownictwem prof. Petera Dayana w Gatsby Unit University College London. Zajmuje się m.in. modelami zachowań inwestorów i teoretycznymi modelami superinteligentnych maszyn, wykorzystując w swojej pracy badania Juttera. Robert B. Lisek artysta, matematyk, akcjoner, koncentrujący się na systemach i procesach (obliczeniowych, biologicznych, społecznych); przechodząc przez sztukę konceptualną, hacktywizm, sztukę oprogramowania i radykalne interwencje społeczne, jego działalność

199


nie poddaje się kategoryzacji; pionier sztuki wykorzystującej metody sztucznej inteligencji i bioinżynierię. Założyciel Fundamental Research Lab, Crash Laboratorium i ACCESS Fest. Autor ponad stu wystaw i wystąpień, m.in.: File CESCI, Sao Paulo; ARCO International Contemporary Art Fair, Madryt; Galeria Narodowa Zachęta, Warszawa; Lower Manhattan Culture Council, Nowy Jork; Siggraph05, Los Angeles; Red Gate Gallery, Pekin; Galeria Entropia, Wrocław; Byzantine Museum, Ateny, RunMe, Moskwa, ACA Media Festival, Tokyo; ISEA 02, Nagoya. Bruno Marchal francuski naukowiec pracujący w IRIDIA, laboratorium sztucznej inteligencji na Université Libre de Bruxelles. Zajmuje się naukami kognitywnymi i relacjami ciała i umysłu. Marcos Novak architekt, wykonawca i teoretyk, profesor Wydziału Architektury i Planowania Miejskiego na UCLA oraz Wydziału Technologii i Sztuki Mediów Uniwersytetu Stanu Kalifornia w Santa Barbara. Twórca pojęć „transArchitektury” i „płynnych architektur cyberprzestrzeni”. Sylwia Ogrodniczak pochodzi z Wrocławia, ukończyła Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną oraz Filozofię i Komunikację Społeczną na Uniwersytecie Wrocławskim. Fotograf z zamiłowania.Ulubione: podróże, nauka języków, czytanie książek, jazz, Michael Jackson. Marcin Owczarek urodził się w 1985 we Wrocławiu. Dwadzieścia trzy lata później ukończył z wyróżnieniem jedną z wrocławskich szkół fotograficznych cyklem „Nowy Wspaniały Świat”. Fascynuje go wpływ nowych technologii na życie człowieka ze szczególnym uwzględnieniem przestrzeni miejskiej. Podejmuje problematykę mechanizacji i ujednolicenia rozpatrując ją w duchu antyutopistów jako całkowite zawłaszczenie przestrzeni ducha przez świat maszyn. Interesuje się szamanizmem, gnostycyzmem, alchemią, okultyzmem i twórczością Antonina Artauda. Duży wpływ na jego twórczosc mają mysli zawarte w Tybetańskiej Księdze Umarłych jak również studia z zakresu antropologii kulturowej. Juliusz Pacho (1971) – plastyk, grafik - studiował Teatrologię na AT w Warszawie i Grafikę w ASP w Łodzi. Mieszka i pracuje w Warszawie jako Art Designer - grafik komputerowy. Christiane Paul kuratorka sztuki nowych mediów w Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku, dyrektorka Intelligent Agent – organizacji, która jest bazą danych na temat sztuki cyfrowej oraz wykładowca na wydziale sztuki komputerowej w School of Visual Arts w Nowym Jorku. Jest autorką wielu publikacji poświęconych sztuce nowych mediów, wykłada także na całym świecie na temat sztuki i technologii. Dominik Podsiadły (ur. 1967 we Wrocławiu) – artysta garażowy. Studiował na wrocławskiej ASP w latach 1991-1994. Dziedziny jego twórczości to: malarstwo (mixed-media), rysunek, environment, happening. W latach 90. XX wieku współtworzył kilka nieformalnych grup artystycznych: NEUE GOTHIK ART, JUJU HOUSE, DDR. Od początku XXI wieku działa samodzielnie jako: Neue Gothik Art System i dominikvsmad (vj). W latach 1994-2010 brał udział w kilku wystawach krajowych w galeriach: Entropia, Potoczny, BWA, Obok,

200

Galeria U, Muzeum Artystów, Galerii Zewnętrznej AMS, oraz paru zagranicznych w ramach Germination9: w Pradze, Nicei, Kopenhadze, Luksemburgu, poza tym w Düsseldorfie a ostatnio w instytucie polskim w Rzymie. Otto E. Rössler (ur. 20 maja 1940) niemiecki biochemik, znany ze swoich prac nad teorią chaosu i równań teoretycznych (atraktor Rösslera). Rössler jest autorem około 300 prac naukowych, m.in. z dziedzin biogenezy, pochodzenia języka, atraktorów chaotycznych, endofizyki, sztucznych światów i hipertekstu. Przemek Sanecki (ur. 1977) – artysta. Obszary badań: systemy eksperckie, anarchizm, media taktyczne, noise. Juergen Schmidhuber (ur. 1963 w Monachium) – niemiecki informatyk i artysta, znany z prac dotyczących uczenia maszynowego, sztucznej inteligencji i sieci neuronowych. Od 2004 do 2009 był profesorem Cognitive Robotics na uniwersytecie monachijskim. Od 1995 roku jest zastępcą dyrektora Swiss AI Lab IDSIA w Lugano, a od 2009 także profesorem AI na uniwersytecie w Lugano. Alan Sondheim amerykański poeta, krytyk, muzyk i teoretyk cyberprzestrzeni. Autor wielu książek, projektów i artykułów, twórca koncepcji traktujących kod komputerowy jako medium artystycznej ekspresji. Od 1994 roku pracuje nad interdyscyplinarnym projektem „Internet Text”. Katarzyna Szymielewicz prawniczka, aktywistka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego (prawo) oraz School of Oriental and African Studies w Londynie (Development Studies). Współzałożycielka i dyrektorka Fundacji Panoptykon, zajmującej się problematyką ochrony praw człowieka w kontekście rozwoju nowych technologii i nadzoru nad społeczeństwem (www.panoptykon.org). Działa w ramach międzynarodowych koalicji: Social Watch - inicjatywy na rzecz rozwoju społecznego i przeciwdziałania wykluczeniu; oraz European Digital Rights Coalition - inicjatywy na rzecz ochrony praw cyfrowych w Unii Europejskiej. Specjalizuje się w zagadnieniach z zakresu ochrony prywatności i prawa nowych technologii. Aktywnie angażuje się w politykę stanowienia prawa w tym zakresie w Polsce i Unii Europejskiej. Ewa Świąc polonistka, doktorantka na UŚ, współredaktorka śląskiej strefy gender. Wiersze i recenzje publikowała m.in. w „Akcencie”, „Frazie”, „Pograniczach”, „Śląsku” i „Toposie”. Mieszka w Katowicach. Eugene Thacker pisarz, teoretyk mediów i artysta. Autor m.in. Biomedia (University of Minnesota, 2004), The Global Genome: Biotechnology, Politics, and Culture (MIT, 2005) I współautor (wraz z Gallowayem) The Exploit: A Theory of Networks. Ubermorgen wiedeńska grupa artystyczna, założona w 1999 roku przez Hansa Bernharda i Lizvlx. Sztuka Ubermorgen skupia się wokół współczesnych zagadnień prawnych, w szczególności kwestii bezpieczeństwa, prywatności i praw autorskich. Übermorgen jest niemieckim słowem oznaczającym „pojutrze” lub „super-jutro”.


Vernor Vinge (ur. 2 października 1944 w Waukesha, Wisconsin) – emerytowany profesor matematyki I nauk informatycznych San Diego State University (SDSU), pisarz science fiction. Najbardziej znany z powieści i noweli Ogień nad otchłanią (1992), Otchłań w niebie (1999), Rainbows End (2006). Trzykrotny laureat nagrody Hugo, twórca pojęcia technologicznej osobliwości. Monika Vitcheva (ur. 1987) – młoda, niezależna dziennikarka i krytyczka sztuki. Wychodząc od politologii kieruje się w stronę historii sztuki i krytyki kultury. Fascynują ją radykalne zjawiska w sztuce. Kocha popkulturowy śmietnik dwudziestego pierwszego wieku, ale docenia również znaczenie idealizmu, modernizmu oraz skrajnego nihilizmu. Dużo czasu spędza na Bałkanach, skąd pochodzi. McKenzie Wark pisarz i uczony pochodzenia australijskiego. Jego badania obracają się wokół teorii mediów, teorii krytycznej i nowych mediów. Najbardziej znany ze swoich prac A Hacker Manifesto i Gamer Theory. Obecnie jest profesorem Media and Cultural Studies w New School w Nowym Jorku. Marta Wąsik studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Jej zainteresowania badawcze skupione są głównie na języku dyskursu publicznego i funkcjonowaniu nowych mediów. Twórczo związana z redakcjąi nternetowego magazynu „Teatralia”. Od dwóch lat aktywnie uczestniczy w organizowaniu Dolnoœl¹skiego Festiwalu Nauki. Tekla Woźniak (ur. 1981 w Poznaniu). Niezależna kuratorka i inicjatorka sytuacji artystycznych. Autorka tekstów o sztuce i kulturze współczesnej publikowanych m.in. w „Ricie Baum”, „Pro Arte”, „Obiegu”, „Czasie Kultury”, „Gazecie Malarzy i Poetów”. Od 2010 roku dyrektorka programowa miniaturowego Centrum Sztuki Współczesnej przy Starym Rynku w Poznaniu.(http://www.centreforarts.com/). Absolwentka Glasgow School of Art, w Glasgow w Wielkiej Brytanii gdzie uzyskała, tytuł Master of Research in Creative Practices (2008), Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, gdzie uzyskała dyplom z wyróżnieniem na Wydziale Edukacji Artystycznej - kierunek Krytyka i Promocja Sztuki, oraz na Wydziale Komunikacji Multimedialnej - kierunek Intermedia (2006). W latach 2004-2005 odbywała studia w Dartington College of Arts, w Totnes w Wielkiej Brytanii na kierunku Visual Performance. Za realizację dyplomową Don Kichote i Sancho Pansa w Poszukiawniu Szczęścia, zainicjowaną podczas rezydencji artystycznej w Pathos Transport Theatre w Monachium w 2005 roku otrzymała wyróżnienie w konkursie im. Marii Dokowicz na najlepsze dyplomy ASP w Poznaniu (2006).

Kama Wróbel absolwentka Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego. Kuratorka licznych wystaw, była prezes akademickiej Galerii 1 im. Bogusława Słomki na KUL, następnie związana z Galerią Fotografii Prospero w Lublinie, Centrum Sztuki WRO we Wrocławiu. oraz Galerią NT w Łodzi. Jej zainteresowania badawcze koncentrują na nowoczesnych praktykach komunikacji wizualnej i obszarze sztuki nowych technologii. Emilia Wysocka (ur. 1985) – artystka, teoretyk, autorka tekstów. Mieszka i pracuje w Poznaniu. Absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Yasmin Gate były członek zespołu Dirty Princess (Gigolo Artist), obecnie działa na parkietach samodzielnie, No Fear to jej pierwszy własny utwór, który wydała w labelu David Carreta - Space Factory. Jej solowy projekt składa się z orzeźwiających, jednocześnie klasycznych dźwięków z ciemnymi beatami i hipnotycznymi głosami. W swoim debiutanckim albumie YG, współpracuje z T. Raumschmierem, Ikki, Equitant, Douglasem McCarthy’m, Pillage i innymi muzykami. W Space Factory wydała również Love Devotion (Tha Chaenge): remiksy wyprodukowane z Ikki. W 2010 zagrała w większości najlepszych klubów w Europie: Paryż (Rex Club y Batofar), Estonia, Madrid (Stardust), Barcelona (razzmatazz), Berlin (Club Bassy, Monters Robson, Ri_er Buzke, SO36), Zurich (Stairs Club). www. yasmingate.com, www.myspace.com/yasmingate. Marta Zawodna historyk i socjolog. Doktorantka w Instytucie Socjologii UAM. Pisuje więcej o zmarłych niż od żywych. Od wielu lat interesuje się tematyką Zagłady. Tadeusz Złotorzycki urodzony na rok przed śmiercią Stalina do dzisiaj jest podejrzliwy wobec wszelkich systemów i organizacji, dlatego też nie jest nigdzie zapisany na członka. Mniema że władza powinna być ograniczana przez poddanych i jest przekonany, że żyje w czasach neototalitarnych, kiedy przemoc jest skrywana za zwyrodniałymi formami prawa. W latach 1992-1997 był specjalistą w Urzędzie Miejskim i dzięki temu doświadczeniu jego poglądy na charakter władzy nabrały przesadnej wyrazistości. Dodatkowo jest melomanem, filmowcem, abstynentem i samotnym podróżnikiem. Napisał m.in. wodewil z piosenkami pod tytułem Bal herbatny zimą, oparty na obserwacji życia urzędniczego. Swoją kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i Malezji opisał w Podróżnym dzienniku wyrzutka, spisał także swoje wspomnienia z podróży po Afryce.

201


TEKSTY

TRANSHUMAN – ŹRÓDŁA

- prawa autorskie udostępnione przez autorów Fundacji Sztuki i Nauki RSA. - Alexander R. Galloway & Eugene Thacker, ON MISANTHROPY, Curating Immateriality, Data Browser 03, Autonomedia, redakcja Joasia Krysa; - Christiane Paul, Digital Art / Public Art: Governance and Agency in the Networked Commons, First Monday Special Issue #7, http:// firstmonday.org/htbin/cgiwrap/bin/ojs/index.php/fm/article/ view/1616; - Konrad Becker, DEEP SEARCH. THE POLITICS OF SEARCH BEYOND GOOGLE, A Publication of Word-Information Institute, Konrad Becker / Felix Stalder [eds.] Studienverlag & Transaction Publishers, 2009. 220 pages. ISBN 978-3-7065-4795-6; - Juergen Schmidhuber, The New AI is General & Mathematically Rigorous, Front. Electr. Electron. Eng. China (DOI 10.1007/s11460010-0105-z), 2010; - Otto E. Roesler, Endonomadology, xxxxx23, London; - Bruno Marchal, The Universal Dovetailer Argument, xxxxx23, London; - Geoff Cox & Martin Knahl, CRITIQUE OF SOFTWARE SECURITY, Data Browser 04, Autonomedia; - Giorgio Agamben, On Security and Terror; - McKenzie Wark, The Occulted State, Data Browser 04, Autonomedia; - Riccardo Campa, Toward a transhumanist politics; - Ray Kurzweil, The Law of Accelerating Returns, KurzweilAI.net March 7, 2001; - Marcos Novak, Transmitting Architecture Revisited: On the Occasion of the XXIII UIA World Congress, 2008 c2010 Marcos Novak; - Vernor Vinge SINGULARITY, the VISION-21 Symposium sponsored by NASA Lewis Research Center and the Ohio Aerospace Institute, March 30-31, 1993. A slightly changed version appeared in the Winter 1993 issue of Whole Earth Review.

FOTOGRAFIE I ILUSTRACJE Okładka: YASMIN GATE, fotograf: Elena San Francisco Luengo Yasmin Gate, s. 120 Carlos Katastrofsky, s. 15 Institute for Applied Autonomy (IAA), s. 19, 20 Black Acid, s. 4, 111 Anonymus, s. 25, 26 Atama Pietrzyk, s. 29, 80, 137 Ray Kurzweil, s. 38 Shane Legg, s. 50 Ubermorgen, s. 47, 48, 89 Robert B. Lisek, s. 11, 12, 17-20, 23, 45, 63, 83-84, 112, 115-116 0100101110101101.ORG, s. 65, 66 Bureau of Inverse Technology, s. 74 Critical Art Ensemble, s. 87-88 Fundamental Research Lab, s. 70, 78, 91, 119, 124, 132, 137 Agnieszka Kurant, s. 92, 95 Przemek Sanecki, s. 98-99 Dominik Podsiadły, s. 9, 107, 109 Justyna i Marta Heberle, s. 79 Michael Basinski, s. 126-127 Marcos Novak, s. 128-130

Rada redakcyjna Roman Bromboszcz, Krzysztof Matuszewski, Jerzy Olek, Ryszard Różanowski, Ewa Sonnenberg Redakcja Piotr Czerniawski / dzial.poetycki@ritabaum.pl Andrzej Ficowski / dzial.teatralny@ritabaum.pl Agnieszka Kłos / dzial.kulturalny@ritabaum.pl Ewa Miszczuk / dzial.spoleczny@ritabaum.pl Paweł Piotrowicz / dzial.muzyczny@ritabaum.pl Red. nacz. Marcin Czerwiński / mar czer redaktor.naczelny@ritabaum.pl Redaktor prowadzący Robert B. Lisek Współpraca Tomasz Bohajedyn, Aldona Kopkiewicz, Bartosz Małczyński, Marcin Maziej, Dariusz Orwat, Małgorzata Radkiewicz, Sas, Jacek Sieradzan, Adam Wiedemann Projekt okładki oraz opracowanie graficzne Robert B. Lisek Skład komputerowy Marcin Kowalczyk Redakcja techniczna Urszula Hamkało, Joanna Winsyk Korekta Katarzyna Winiarska Adres do korespondencji „Rita Baum” Box 971 50-950 Wrocław 2 Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń i reklam, nie zwraca materiałów nie zamówionych oraz zastrzega sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Wydawca Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Rita Baum” Projekt dofinansowany przez Miasto Wrocław www.wroclaw.pl ISSN 1429-852X Nakład 850 egz. Druk ArtDruk ul. Napoleona 4 05-230 Kobyłka (k. Warszawy) tel./fax (022) 786 21 74

www.ritabaum.pl 202


18

ISSN 1429-852X nr indeksu 366129

filozofia, literatura, sztuka, społeczeństwo

cena: 12,50 PLN (w tym 5% VAT) / ISSN 1429-852X / nr indeksu: 366129

NR 18

18

Agamben / Thacker Gallowey / Becker / Paul / Katastrofsky / Institute for Applied Autonomy / Anonymous Group / Vinge / Kurtzweil / Roesler / Fundamental Research Lab / Marchal / Ubermorgen / Schmidhuber / Legg Hutter / Lisek / Gate / 0100101110101101.ORG / McKenzie Wark / Bureau of Invers Technology / Cox Knahl / Critical Art Ensemble / Heberle / Kurant / Sanecki / Wysocka / Podsiadły / Krysa / Campa / Harwood / Breeze / Sonheim / Basinski / Novak


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook