Skip to main content

The Red Bulletin_1010_PL

Page 1

www.redbulletin.com

prawie niezależny magazyn / PAŹDZIERNIK 2010

Gorąca przesyłka

Nowy Jork: 24 godziny z najszybszym kurierem rowerowym w mieście

Wielki skok dla ludzkości

Ekskluzywna pogawędka z Neilem Armstrongiem

Werner Herzog Kręci najbardziej przygodowe filmy na świecie

Największy ze wszystkich 50 lat temu Ali rozpoczął najbardziej spektakularną karierę w historii sportu

Odkryj

Print 2.0


NOWY NISSAN JUKE PIERWSZY KOMPAKTOWY CROSSOVER NISSANA Oto Juke. Energetyczny, kompaktowy crossover. Wielka osobowość w kompaktowym opakowaniu. Stylowy, zwinny, zwrotny, a dzięki kamerze cofania* łatwy do zaparkowania na ulicach najbardziej zatłoczonych miast. Niskie zużycie paliwa to kolejny powód, dla którego chcesz go prowadzić. Jakby wygląd nie wystarczał...

MIASTOODPORNY. ENERGETYZUJĄCY. www.nissan.pl

INFOLINIA: 0801 647 726

*W zależności od wersji. Zdjęcia są jedynie ilustracją. Dane i fakty podane w niniejszej reklamie służą wyłącznie celom informacyjnym i nie stanowią oferty zawarcia umowy. Zużycie paliwa w cyklu mieszanym: 5,1–7,6 l/100 km, emisja CO2: 134–175 g/km. Prezentowane powyżej dane techniczne nie są ostateczne - finalne będą dostępne dopiero po zakończeniu procesu homologacji. Informacje dotyczące odzysku i recyclingu samochodów oraz ich przydatności w tym zakresie dostępne są na stronie internetowej www.nissan.pl.


Rogiem z Byka

Drogi czytelniku Wyniosły Cassius Clay (18 lat) z powodu swojego niebywałego lęku przed lataniem podróż na Igrzyska Olimpijskie do Rzymu spędził, gorąco się modląc, dygocząc i z przypiętym spadochronem. Powrócił jako mistrz olimpijski w boksie. Kilka tygodni później, 29 października, odbył swoją pierwszą zawodową walkę; przeciwnikiem Claya był szef policji w Fayetteville w Zachodniej Virginii, Tunney Hunsaker. Dokładnie 50 lat temu w Freedom Hall w Louisville w stanie Kentucky rozpoczęła się największa kariera w historii zawodowego boksu, w swojej złożoności na pewno jedna z największych karier sportowych, jakie w ogóle kiedykolwiek widział świat. Specjalnie dla „Red Bulletina” Werner Schneyder – autor, reżyser, kabareciarz, wcześniej także sędzia ringowy – złożył bardzo osobisty hołd Muhammadowi Alemu, a z zatytułowanej Greatest of All Time i odpowiednio monumentalnej w wymiarach książki pochodzą towarzyszące tekstowi zdjęcia. Bokser, który zmienił świat, na stronie 38.

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Philippe Halsman/Magnum Photos

Raz rzeczywiście zapomniał numeru PIN swojej komórki, co w wypadku Johannesa Mallowa (29 lat) zasługuje na uwagę: Niemiec podczas dwóch ostatnich Mistrzostw Świata Pamięci zajął drugie i trzecie miejsce oraz utrzymuje rekordy świata w niektórych dyscyplinach, na przykład w pięć minut może zapamiętać nie mniej niż dziesięć 40-cyfrowych liczb. „Nie jestem żadnym supermózgiem” – mówi – „to potrafi każdy – teoretycznie”. Czy rzeczywiście ma rację, możecie się przekonać sami: Mallow nie tylko opowiada swoją nadzwyczajną historię życia, ale też wyjawia techniki, dzięki którym takie nieprawdopodobne wyczyny pamięci stają się jedynie kwestią dyscypliny i fantazji. Historia, której nie da się zapomnieć, na stronie 76.

Dla najlepszego boksera wszech czasów. „Najbardziej obłędne rozmiary książki w historii kultury... Ostatnie zwycięstwo Alego” – pisał „Der Spiegel”, gdy w 2003 r. ukazało się ważące 34 kg, luksusowe, kosztujące 10 tys. dol. wydanie G.O.A.T. Teraz to dzieło dostajemy w nowym wydaniu (ok. 430 zł, wyd. Taschen). Wiele zdjęć z historii zaczynającej się na stronie 38 pochodzi z Greatest of All Time – A ­Tribute to Muhammad Ali

„Pororoca” w języku rdzennych mieszkańców amazońskiej puszczy oznacza dosłownie „duży, niszczycielski hałas”. To jednak dużo więcej niż tylko akustyczne zjawisko, które nisi tę nazwę: pororoca jest cudem natury, olbrzymią falą, która pcha Amazonkę daleko, wiele kilometrów w głąb lądu. Dla surferów ta fala to dar niebios, można na niej płynąć nawet do 40 minut. Unikalna, fascynująca, niebezpieczna przygoda w brazylijskiej dżungli czeka na was na stronie 62. W drodze do finału pokonali ponad 4,5 tys. przeciwników z 21 torów w całej Polsce. Przeszli dwa etapy naturalnej sportowej selekcji. W ciągu pół roku emocje, jakie zawsze towarzyszyły im przy oglądaniu transmisji z Formuły 1, zamienili na prawdziwe przeżycia na torze wyścigowym. Od zera do Asa. Na stronie 56 przeczytacie o wzlotach i upadkach uczestników ogólnopolskiego gokartowego programu dla amatorów – Red Bull As w Karcie. Redakcja

3


Ten Red Bulletin potrafi więcej, niż myślisz. Filmy, Dźwięki, Animacje 10

14

Print 2.0 – dodatkowy wymiar w Red Bulletinie. W tym numerze kolejne historie.

20

38

62

68 Jak to działa? Więcej informacji na s. 7 albo w internecie: pl.redbulletin.com/print2.0

Print 2.0

Całkiem nowe emocje multimedialne.

Wszędzie tam, gdzie oko byka!


TELEWIZORY FULL LED 3D Z SERII LG INFINIA

ODKRYJ TRZECI WYMIAR EMOCJI Nie ma Cię przed telewizorem. Jesteś w egzotycznym lesie. Popatrz wokół: technologia FULL LED wydobywa dla Ciebie pełnię barw i prawdziwe piękno kwiatów. Spójrz w górę: dzięki TruMotion 400 Hz wyraźnie widać pióra szybujących po niebie ptaków. Zanurz się w nowym świecie: design INFINIA sprawia, że już nic Cię nie oddziela od najpełniejszych doświadczeń. Nie oglądasz,

przeżywasz to.

©2010 LG legal line.


SPIS TREŚCI

WITAJ W ŚwiECIE Red Bulla W tym miesiącu odkrywamy przed tobą, drogi podróżniku, nieznane kontynenty świata przygód oraz oswajamy z zamieszkującymi go istotami.

14

Bullwar

08 Kalendarz PANA Kainratha

30

10 Galeria zdjęć miesiąca Trzy najciekawsze foty zrobione w tym miesiącu. Wybór naszej redakcji. 16 Kimi RÄikkÖnen Poradnik, jak zostać fanem kierowcy F1 na przykładzie modelu fińskiego. 17 Skok na podium Młody Gary Hunt wygrywa tegoroczną serię Red Bull Cliff Diving. 18 Baltic Games Deskorolka, BMX i rolki – czyli szał ciał na polskich X-Gamesach. 19 Antonio Banderas Co siedzi w zakręconej głowie największego El Mariachi Hollywood? 20 WCZORAJ I DZIŚ Od kabelka do antenki. Jak na przestrzeni lat ewoluowały zdalnie sterowane bryki. 22 Brian Vickers Czy naprawdę sportowcy mają końskie zdrowie? Kierowca NASCAR opowiada o swoich cielesnych przygodach.

82 68

24 Triki FIZYKI Krykiet? Przepraszam, a czym to się je? 26 WYPRAWY POLARNE... ...i wszystkie związane z nimi numery.

Herosi

30 DIPLO Kreator muzycznych trendów. 32 WERNER HERZOG Hmm..., spójrzmy na świat z punktu widzenia kosmity. 38 Muhammad Ali Pięćdziesiąt lat temu wyprowadził pierwszy w swojej profesjonalnej karierze lewy sierpowy. Dzisiaj celebrujemy okrągłą rocznicę rozpoczęcia jednej z najbardziej spektakularnych karier w historii sportu. 6

56


SPIS TREŚCI

Akcja

46 ZIEMIA BAFFINA O pięciu takich, co wleźli na księżyc. Takie numery to tylko w Kanadzie. 56 Wiele hałasu z małych silników Jak gokartowe wyścigi RB As w Karcie rozgrzały Warszawę do czerwoności.

38

46

32

Zdjęcia: Klaus Fengler/Red Bull Photofiles, Carl Fischer/Taschen, Flo Hagena /Red Bull Photofiles, Thomas Hoffgen/Red Bull Photofiles, Meenophoto, Rex Features, Juergen Skarwan, Samo Vidic/Red Bull Photofiles

62 Fala Nieskończona Raz do roku Amazonka odsłania Świętego Graala surferów – falę pororoca. 68 Człowiek zwany Koniem Jeden dzień w pogoni za najszybszym kurierem rowerowym Nowego Jorku. 74 Johannes Mallow Eksplodujące tancerki i różne techniki zapamiętywania? Ależ oczywiście.

Więcej dla Ciała i Umysłu

82 wywiad w hangarze-7 Neil Armstrong opowiada o swojej wyprawie na Księżyc. 84 Zdobądź sprzęt Kilka sprzętów, bez których nie może obejść się żaden rowerowy wojownik. 86 Trochę więcej niż garaż Trofea Davida Coultharda w muzeum, z którego dumna jest cała Szkocja. 88 Hot SPots Wszystko, czego zapragniesz, aby nie nudzić się w najbliższy weekend. 90 Potęga nocy Przewodnik po koncertach, festiwalach i wszelkiego typu balangach. 98 Felieton Lizuta Czyli jak bawią się duzi chłopcy.

„red Bulletin” Print 2.0 Filmy, dźwięki, animacje w twoim „Red Bulletinie”. Zawsze tam, gdzie znak oka z rogami. 1

W okienku pl.redbulletin.com/print2.0 przeglądarki znajdziesz okładkę magazynu. Kliknij Startuj Bull’s Eye!

2

Potrzebna jest kamerka internetowa. Jeśli otworzy się okienko, kliknij Akceptuj.

3

Ustaw „Red Bulletin” przed kamerką. Oglądaj treści multimedialne – filmy, pliki dźwiękowe i animacje. 7


k a rt k a z k a l e n d a r z a pa n a k a i n r at h a

8


POZNAJ DRUGIE OBLICZE NOWEGO VOLVO S60. POCZUJ EMOCJE PODCZAS SPORTOWEJ JAZDY. PRZEKONAJ SIĘ, Z JAKĄ ŁATWOŚCIĄ TRZYMA SIĘ DROGI. A KIEDY KTOŚ NAGLE WYSKOCZY NA JEZDNIĘ, TWOJE VOLVO SAMO SIĘ ZATRZYMA, DZIĘKI PRZEŁOMOWEMU UKŁADOWI WYKRYWANIA PIESZYCH Z FUNKCJĄ PEŁNEGO AUTOMATYCZNEGO HAMOWANIA – BO PRAWDZIWA NATURA VOLVO TO DBAŁOŚĆ O BEZPIECZEŃSTWO TWOJE I INNYCH. JEŹDZISZ VOLVO S60, BO WIESZ, ŻE ŻYCIE TO COŚ WIĘCEJ.

W zale¿ności od wersji silnika zu¿ycie paliwa w cyklu mieszanym wynosi od 5,3 do 9,9 l/100 km, emisja CO2 od 139 do 231 g/km.

NOWE VOLVO S60 JUŻ OD 109 900 ZŁ BRUTTO www.VOLVOCARS.PL Volvo. for life


Zdjęcie: Christophe Margot/Red Bull Photofiles

Bullwar Uskrzydla w małych dawkach.


Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Red Bull XRow: Kajakiem przez góry i lasy

JEZIORO ZUG (SZWAJCARIA)

WIOŚLARSTWO PRZEŁAJOWE Fajnie jest pobiegać. Fajnie jest powiosłować. Jak ciekawa będzie więc kombinacja tych dwóch dyscyplin? Pomysł kuszący, ale nienowy, bo w Szwajcarii rozgrywano już kiedyś zawody w takim dwuboju. W ramach Red Bull XRow określono ten sport jako „wioślarstwo cross country” i sprawdzono, czy wytrzymał próbę czasu. Wyniki tego testu były fantastyczne. Zespoły miały do pokonania dwa odcinki wioślarskie oraz trzy biegowe na odcinku Zug – Lucerna. Na mecie wszyscy byli rzeczywiście padnięci. Najszybszą ekipą okazała się drużyna pod wodzą mistrza świata w wioślarskiej jedynce, Niemca Marcela Hackera. Jego zespół ukończył morderczy wyścig z czasem 2:03.50. Wszystkie zdjęcia z eventu na: pl.redbulletin.com/xrow


b u l l e va r d

HAFJELL (NORWEGIA)

LOTY ROWEROWE Na tym zdjęciu widać Nielsa Windtfeldta, jego rower i wyjątkowo fotogeniczną część ojczystych stron Nielsa, norweski Hafjell. O popularność tej nowej „kombinacji norweskiej” zadbał Szwed Mattias Fredriksson. Niels, Mattias i Hafjell to renomowani, znani na całym świecie zawodowcy w swoich kategoriach (biker, fotograf bikingu, atrakcyjna okolica). Widać chyba, że nad tym ujęciem pracowali wyłącznie najwyższej klasy profesjonaliści. A tak w ogóle Mattias uznał, że warto wysłać to zdjęcie na konkurs Red Bull Illume. Udało mu się dojść do finału. Najlepsze zdjęcia w kategorii sport i akcja na: www.redbullillume.com

12


Zdjęcie: Mattias Fredriksson


14

Zdjęcie: Alberto Lessman/Red Bull Photofiles


TARIFA (HISZPANIA)

TO SIĘ NAZYWA PRZEPRAWA Gisela Pulido (16), sześciokrotna kiteboardowa mistrzyni świata, mieszka w Tarifie na południu Hiszpanii. Codziennie ogląda prom wypływający stamtąd do marokańskiego Tangeru. Potężne silniki o mocy 40 tys. KM napędzają statek pokonujący Cieśninę Gibraltarską. Pewnego dnia Gisela wpadła na pomysł zmierzenia się z promem. Nierówny pojedynek odbył się na początku września i zakończył remisem (Gisela równo ze statkiem pokonała 17-kilometrową trasę w ciągu zaledwie 35 minut). Zdjęcia, clipy i blog Giseli: www.giselapulido.es

Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Wyścig Giseli z promem


B U L LWa r

ODDANI FANI KIMIEGO Gdy Iceman pojawia się w Finlandii, tłum fanów ogarnia szaleństwo. Główną ulicą Jyväskylä płynie rzeka, lecz nie ma w niej nawet kropli wody. Ulice zalewa potok piwa, wina, wódki i innych wyskokowych Räikkönen rządzi w ojczyźnie płynów. Fińscy fani sportów motorowych imprezują na całego, gdy do Jväskylä zawitają Rajdowe Mistrzostwa Świata, a dzieje się to raz w roku. W tym mają jeszcze więcej powodów do świętowania. Ich superbohater Kimi Räikkönen, mistrz świata Formuły 1 z 2007 roku obecnie startujący w klasie WRC w barwach Red Bull Citroën Junior Team, ścigał się w ojczyźnie, i to po raz pierwszy w ramach mistrzostw świata. Przez całą jego karierę w F1 fińscy fani nie mieli szansy kibicować Icemanowi podczas Grand Prix w rodzinnym kraju, ponieważ nigdy nie zorganizowano GP w Finlandii. W tym roku więc nikt nie chciał przegapić takiej okazji. Kimi dopiero się uczy, więc nie liczył na zwycięstwo, ale czy miało to jakieś znaczenie dla fanów? Żadnego. „Jesteśmy tu, ponieważ kochamy go i chcemy pokazać, że zawsze mu kibicujemy, niezależnie od tego, gdzie jeździ” – powiedział 27-letni Lillan Pihlajamaa. Jesteś fanem Kimiego? Wejdź na: www.kimiraikkonen.com

Dresscode: fani – młodzi i starsi – wkładają stroje w tych samych kolorach, by pokazać wsparcie dla Kimiego

Zdjęcie miesiąca

UŚMIECH, PROSZĘ!

Niezwykłe sceny z życia naszych czytelników dostępne są tu: www.redbulletin.pl

Wśród osób, które nadeślą nam najciekawsze zdjęcia, rozlosujemy czapki teamu Red Bull Racing. Więcej gadżetów, ciuchów i pamiątek ze świata Red Bulla można zdobyć w sklepie Red Bulla: www.redbullshop.com

Wysyłaj zdjęcia na e-mail: redakcja@redbulletin.com

16

Ze sklepu Red Bulla: czapka teamu Red Bull Racing

Warszawa Emocje sięgały zenitu. Wyeliminowany Daniel Romańczuk zrzuca kask na torze. Finał Red Bull As w Karcie, Maciej Dyderski


bullw a r

HUNT POLUJE Brytyjski skoczek został nowym mistrzem świata.

Tekst: Anthony Rowlinson, Ruth Morgan; Zdjęcia: REd Bull Photofiles (14), McKlein/Red Bull Photofiles (1), GEPA pictures/Red Bull Photofiles (1) Romina Amato/Red Bull Photofiles (1)

Gary Hunt (na zdjęciu) w szóstym, ostatnim etapie konkursu w Hilo na Hawajach wywalczył sobie tytuł mistrza świata Red Bull Cliff Diving World Series. Brytyjczyk, który wcześniej wygrał cztery z pięciu zawodów, w ojczyźnie skoków do wody ze skał potrzebował tylko jednego punktu do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej. Po pierwszym etapie 26-latek zajmował zaledwie ósme miejsce. W drugiej rundzie Hunt wykonał niemalże perfekcyjnie swój specjalny skok triple quad – najtrudniejszy w serii. Pod koniec musiał wprawdzie dać za wygraną dziewięciokrotnemu mistrzowi świata Orlando Duque’owi (Kolumbia), jednak ostatecznie zdecydowanie zapewnił sobie tytuł z 15 pkt przewagi. „To wspaniałe! Brakuje mi słów, ale powoli zaczynam zdawać sobie sprawę z mojego sukcesu” – wicemistrz świata ostatniego sezonu był wzruszony. Wideo z ostatniego etapu konkursu i przekrój całego roku 2010: www.redbullcliffdiving.com

Choć Kimi nie zdobył punktów, ukończył rajd, umożliwiając fanom podziwianie ich bohatera w akcji

Teahupo‘o Skazany na bezczynność. Michel Bourezon na Billabong Pro Tahiti wyczekuje odpowiednich fal. Brian Bielmann

Salzburg Podwójne podejście do lądowania. Zespół Red Bull Skydive oblatuje miasto w tandemie. David Hasengschwandtner

Izu Trzy dni dla młodych uczestników, aby uczyć się od najlepszych japońskich artystów. Osamu Matsuba, Red Bull Music Academy 17


B U L LWA R

s Burkard, Uśmiechnięty fotograf z USA, Chri ięzcę zwyc nego ogól na i nacj koro tuż po Illume. Bull Red ego iczn graf konkursu foto surfing Mistrzowskie zdjęcie prezentuje w Buchupero, Chile.

baltic games

KRÓtko i Na temat Kto co i gdzie wygrał w tym miesiącu – czyli mistrzowie Red Bulla na podium.

Polska wersja X-Games? Baltic Games jest na pewno na dobrej drodze. Nie od razu Kraków zbudowano i nie tak łatwo zrobić imprezę w amerykańskim formacie, jednak... ...tegoroczna edycja zawodów w Gdańsku prezentowała się interesująco i przyciągnęła kilka tysięcy widzów. „Nie spodziewałem się aż takiej reakcji na to, co działo się w finałach skateboardingu” – powiedział Kris Vile, angielski skejter. Finały deskorolki obfitowały w wiele dobrych trików, a skejterzy nie oszczędzali się, próbując coraz to nowych i większych sztuczek. Następni w kolejności byli rolkarze – mimo że zeszli trochę z głównego planu na scenie sportów ekstremalnych, to jednak w dalszym ciągu robią swoje, a ich umiejętności wywoływały entuzjastyczne reakcje publiczności. Gwoździem programu na Baltic Games były jednak rozegrane w sobotę wieczorem finały BMX. Chłopaki na małych rowerkach potrafią robić naprawdę poważne triki, a dodatkowo zmotywowani przez szalejącą

Jyväskylä W zwycięskiej ekipie Karttunen zagrały razem trzy pokolenia. Rami Lappalainen, Red Bull Super Hit 18

publiczność, wzbijali się na wyżyny dosłownie i w przenośni. Baltic Games to nie tylko zawody, ale także wiele innych atrakcji – począwszy od warsztatów skimboardowych i graffiti, poprzez miniskatepark, aż do stoisk ze sprzętem skate-BMX. Nie zabrakło także czołowych przedstawicieli świata sportu i popkultury, którzy mogli się wychillować w specjalnie w tym celu rozłożonym „centrum rekreacji Red Bull”. „To były jedne z fajniejszych zawodów, na których byłem, a publiczność była wspaniała... No i dlatego, że tak dobrze mi się jeździło, że mogłem zrobić wszystko, co chciałem, i dzięki temu wygrałem. Do zobaczenia za rok!” – podsumował tegoroczne Baltic Games zwycięzca na BMX Czech, Michael Beran. Więcej o zawodach na: www.balticgames.pl

Bruksela Nie, to nie kolejność startowa na Grand Prix Belgii. Z drugiej strony, taki garbus na takiej nawierzchni też miałby swoje 5 minut. Bavo Swijgers

Brytyjczyk Gee Atherton swoją wygraną podczas ostatniego wyścigu w sezonie w Windham (USA) zapewnił sobie zwycięstwo w punktacji ogólnej Pucharu Świata Mountainbike Downhill.

W wyścigu jedynek kobiet Kajakarskich Mistrzostw Świata w Słowenii złoto zdobyła Słowaczka Jana Dukatova (w środku).

Hungaroring To nie rój szerszeni, ale hiszpańscy fani na Grand Prix F1 Węgier cieszą się z trzeciego miejsca Alonsa w kwalifikacjach. Łukasz Skwiot

Zdjęcia: Action Images, Samo Vidic/Red Bull Cliff Diving, Sven Martin, Wojtek Antonow/Red Bull Photofiles

Deskorolka, BMX i rolki oraz wszystko to, co jest z tym związane


B U L LWA R

CO CI SIEDZI W GŁOWIE

Antonio Banderas Hiszpan, który podbił Hollywood, nie mówiąc ani słowa po angielsku, był w łóżku z Madonną, a mimo to kocha tylko Melanie Griffith – oraz motocykle.

Lovestory „Podziwiałem Melanie na długo przedtem, zanim zacząłem ją kochać” – mówi Banderas. Od 1996 roku są małżeństwem, a ich córka Stella del Carmen ma już prawie 14 lat. Są parą, o której nie jest zbyt głośno w kontekście skandali. Tylko zmagania Griffith z nałogiem narkotykowym oraz jej operacje plastyczne są komentowane w mediach. „Dla naszego małżeństwa zabroniłem jej kontaktu z chirurgami plastycznymi” – oznajmił Banderas. A gdy Melanie dobrowolnie udała się na odwyk, cały czas podkreślał: „Wspieram ją i jestem z niej dumny”.

PRAWIE MISTRZ ŚWIATA José Antonio Domínguez Bandera urodził się 10 sierpnia 1960 roku w Maladze (Andaluzja) w rodzinie bez „dziedzicznego obciążenia artystycznego”: ojciec był policjantem, a matka – nauczycielką. Jako prawdziwy Hiszpan chciał najpierw zostać piłkarzem, ale odniesiona w wieku 14 lat kontuzja nogi przekreśliła te plany. Przeniósł więc swój talent aktorski na scenę Teatru Narodowego w Madrycie, gdzie grywał w sztukach Brechta, Marlowe’a i Szekspira.

FLAGA NA MASZT! Banderasa odkrył dla kina kultowy reżyser Pedro Almodóvar, z którym aktor nakręcił łącznie pięć filmów. Już w pierwszym z nich, „Labiryncie namiętności”, kierując się motywami politycznymi, zmienił sobie nieznacznie nazwisko na to, pod którym jest dziś zaliczany do ekstraklasy Hollywood. Do „Bandera” (hiszp. flaga) dodał „s” i powstało „Banderas” (flagi) – dla uczczenia (oprócz flagi narodowej Hiszpanii) także flag Kraju Basków, Katalonii i Andaluzji.

BRACTWO MOTOCYKLOWE Gwiazdor posiada pięć motocykli – a od tego roku także stajnię wyścigową, z którą po raz pierwszy wystartował w nowej klasie Moto2 w Katarze. Chciałby w ciągu dwóch lat stworzyć zespół. „Potem mógłby być udział w MotoGP”. Niestety, oprócz jednego pole position w Le Mans – brak większych sukcesów.

Tekst: Uschi Korda; IIlustracja: Lie-Ins and Tigers

„I Not Und erstan d” Wyprawę za Wielką Wodę Banderas zaryzykował w 1991 roku, po międzynarodowym sukcesie filmów Almodóvara – „Kobiet na skraju załamania nerwowego” oraz „Zwiąż mnie”. Jedyny handicap: aktor nie mówił po angielsku. Do „Królów mambo” uczył się więc dialogów rozpisanych fonetycznie. „Byłem zaskoczony, że mnie zaangażowali. Ale miałem tak charakterystyczny akcent, że uznali go pewnie za perfekcyjny do tej roli”. W ŁÓŻ KU Z MADON NĄ owi Wejście do grona gwiazd zapewniła aktor ” delfii „Fila w sa Hank Toma rola geja, partnera (1993). Swój image latynoskiego kochanka lił Antonio (fan Andrew Lloyda Webbera) utrwa t śpieu boku Madonny w „Evicie” (gdzie nawe bno wał). Królowa popu zakochała się podo w Banderasie już podczas zdjęć do „W łóżku z Madonną”. „Madonna chętnie o tym opowiada” – stwierdził aktor w wywiadzie dla pisma „Mirror” – „ale osobiście nigdy tego zy od niej nie usłyszałem. I nic nigdy międ ego oczn tegor zas podc t Nawe nami nie zaszło!”. i prywatnego przyjęcia w domu piosenkark iem Antonio – wraz z Robertem De Niro i Mick Jaggerem – grał tylko na kongach.

MIAU, MIAU! Banderas nie musiał jeść kredy, żeby brzmieć odpowiednio miękko jako Kot w butach (Puszek) w anglojęzycz nej wersji „Shreka”. Postaci Puszka (który w międzyczasie mocno przytył i przypomina Gar field będzie nawet poświęcony oddzieln a) y film. A Antonio może udać się po wsk azówki do swojej teściowej, Tippi Hedren (znanej z „Ptaków” Hitchcocka). Jeden z jej pięciu kotów wabi się Antonio Bandera s.

„Z” JAK ZORRO Zaiskrzyło także między Banderasem i Catherine Zetą-Jones – ale tylko na planie „Maski Zorro” (1998). Po kolejnym filmie o Zorro (2005) niedługo Antonio stanie (jako Salvador Dalí) przed kamerą z piękną Walijką już po raz trzeci – jej małżonkowi (swojemu ekranowemu konkurentowi) Michaelowi Douglasowi miał niedawno okazję przyglądać się z bliska podczas zdjęć do thrillera „Haywire” w reżyserii Stevena Soderbergha.

CAŁY TEN JAZZ Podczas zdjęć do „You Will Meet a Tall Dark Stranger” Banderas po raz pierwszy zetknął się zawodowo z Woodym Allenem. „W wieku 25 lat nosiłem T-shirt z jego zdjęciem” – mówi. „Dziwnie było stanąć nagle na planie obok tego faceta, noszącego zresztą takie same okulary i kapelusz jak wtedy”. Z samym Allenem Banderas nie miał żadnych problemów. „Dobrze nam się rozmawiało. Trzeba tylko zejść na temat jazzu, a zaczyna nawijać bez końca”. 19


B U L LWA R

EWOLUCJA SPRZĘTU

ZDALNIE STEROWANE MODELE SAMOCHODÓW

PEUGEOT 404 FIRMY JOUSTRA, OK. 1965 R. W 1960 roku Peugeot zaprezentowało model 404: auto ze środkowego segmentu, z tylnym napędem, w wersjach sedan, coupé, kombi i cabrio. Ludzie na całym świecie docenili w nowym 404 dobre wyposażenie seryjne, a w używanym – legendarną długowieczność. Prosta konstrukcja sprawdziła się tak dobrze, że do 1991 roku w Kenii schodziły z taśmy 20

fabrycznie nowe Peugeoty 404. To auto od początku było przeznaczone dla raczej konserwatywnych kierowców – ci z żyłką sportowca kupowali inne samochody. To m.in. dlatego ten pochodzący z lat 60. blaszany model na kabel dotrwał do naszych czasów. Producentem była firma Joustra, skrótowiec od Jouets de Strasbourg (dosł. zabawki ze Strasburga).

Model w skali 1:30 jeździ do przodu i do tyłu, w prawo i w lewo (wrażenie robi pochylenie przednich kół), dziecko biegnie za autem (kabel), przy ładnej pogodzie otwiera szyberdach i cieszy się widokiem wiernie odwzorowanego wnętrza – z nadrukiem paskowego prędkościomierza, popielniczki i radia. Napęd zapewnia bateria 4,5 V do latarek.

Tekst: werner jessner; Zdjęcie: kurt keinrath

Kierownica do kierowania i auto, które jeździ – nawet takie małe: chłopięce marzenia prawie się nie zmieniły przez ostatnie pół wieku. Tylko modele wyglądają na dwa razy szybsze niż kiedyś, a potrafią trzy razy więcej.


Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 BMX-Pro Senad Grosic zamienia dwa kółeczka na cztery

CITROËN C4 WRC FIRMY KYOSHO, 2008 R. Trzydrzwiowy wariant kompaktowego Citroëna C4 to „sportowiec” w koncernie PSA, do którego należy także Peugeot. Ta informacja brzmi wiarygodnie oczywiście tylko wtedy, gdy auto występuje w typowych „wojennych barwach”, czyli czerwieni i bieli (kolorach Citroëna Sport) oraz z czerwonymi bykami z przodu i na bokach. Od Jyväskylä po Nową Zelandię to

ikoniczne wzornictwo wszędzie kojarzy się z Sébastienem Loebem. Sterowany radiem model w skali 1:9 firmy Kyosho jest podobnie wyrafinowany jak oryginał z silnikiem o mocy 300 KM. Pod karoserią kryje się podwozie z frezowanego aluminium, z silnikiem spalinowym, napędem 4×4, regulowanym zawieszeniem (oddzielna amortyzacja każdego

koła) i trzema dyferencjałami. Przy użyciu zdalnego sterowania można – oprócz jazdy w czterech kierunkach – wykonywać znacznie bardziej precyzyjne manewry. Ceny tej przyjemności zaczynają się od 379 euro, istnieje też bogata oferta tuningowa. Producent uważa jednak, że to (już) nie zabawka. www.kyosho.com

21


B u l lwa r

MOJE CIAŁO I JA

Brian Vickers

Kierowca zespołu Red Bull Racing żył dotychczas tylko wyścigami. Nam opowiedział, jak to jest, gdy nagle trzeba pauzować w seriach wyścigów NASCAR z powodu choroby krwi.

TANKOWANI E ENERGII Przez lata wypracowałem sobie plan żywienia. Dzień wyścigu zaczynam od obfitego śniadania, zwykle z jajecznicą – ze względu na proteiny. Na lunch znowu proteiny plus węglowodany i trochę cukru, który „daje kopa” – np. kurczak z sałatką na bazie makaronu – i na pewno słodkie ziemniaki, bo dostarczają dużo energii. Pracowałem już z dietetykami i teraz znowu będę musiał się do jakiegoś zgłosić, bo dieta ma uwzględniać moje leki na rozcieńczenie krwi. JOGA TO WYZWANI E Do wyścigów najlepiej przygotowuje mnie joga Bikrama. Jasne, że potrzebujemy siły fizycznej, żeby panować nad samochodem, ale przede wszystkim rą. musimy sobie radzić z wysoką temperatu kiedyś Zawsze nabijałem się z jogi i pilatesu, aż ma. Bikra jogi kurs na mnie ówiła przyjaciółka nam łnionym Intensywna 90-minutowa sesja – w wypeo C parą pomieszczeniu, w temperaturze 40 AR. – to świetny trening przed wyścigiem NASC awdę napr jodze w cje pozy te : I jeszcze jedno trudno utrzymać!

FANATYK ŚWIEŻEGO POWIETRZA W siłowni ćwiczę z obciążeniem, a dodatkowo mam trening wytrzymałościowy, który doprowadza mnie do szału. Strasznie nudno jest tak siedzieć na rowerku i donikąd nie dojechać. Dlatego wykorzystuję każdą okazję, żeby potrenować na dworze. Jeżeli nie jeżdżę na wyścigówce albo MTB, to jadę popływać albo posurfować. Oprócz tego wspinam się, pływam kajakiem albo wędruję – to zależy od okolicy. Jeżeli w odpowiednim czasie znajdę się w zachodniej części USA, uprawiam sporty zimowe w Górach Skalistych. Rano biegówki (wspaniały trening!), a po południu rekreacyjnie – narty zjazdowe albo snowboard na stoku. 22

WSZĘDZIE NA ROWERZE! Mieszkam teraz w Fort Lauderdale (Floryda) i kiedy tylko jestem w domu, biorę rower, jadę nad morze i pływam po kilka kilometrów. Urlopy chętnie spędzam w Nowym Jorku, po którym poruszam się na rowerze jednobiegowym. Do dłuższych wypraw – za miasto albo do New Jersey – używam wyścigówki. Zasadniczo jeżdżę na rowerze wszędzie.

SPOKÓJ PRZED WYŚCIGIEM Medytacja dobrze robi na wewnętrzną równowagę. Cierpię na ADHD i medytowanie bardzo mi pomaga. Podczas samego wyścigu medytacja nie jest pomocna – wykorzystuję ją za to w codziennym życiu. Umiem się dzięki niej lepiej koncentrować.

WYŁĄCZYĆ SIĘ I ODCIĄĆ W samochodzie wyścigowym nie odczuwam napięcia. Gdy widzę czerwoną flagę i podczas przerw w wyścigach – zapadam w lekki letarg. Mimo tłumu widzów w ogóle ich nie zauważam. Przedtem i potem kibice wpływają na mnie bardzo pozytywnie i wprawiają w odpowiedni nastrój – mimo to chętnie czasem odciąłbym się od tego wszystkiego. PIC IE I SIKAN IE Przed wyścigiem musimy stra sznie dużo pić, bo – jak już wspom inałem – w samochodzie robi się bar dzo gorąco. Podawanie płynów należy rozpocząć 48 albo nawet 72 godziny przed wyścigiem – zależnie od jego długości. W dniu wyścigu piję głównie napoje izotoniczne. To, kiedy przest aję pić, zależy od temperatury na dworze – może ona przecież wynosić 4 albo 44o C. W Kalifornii było niedawno nawet 47oC. Gdy przestaję się nawadniać trzy jest zimno, godziny przed startem, w czasie upałów – 30 min. Inaczej miałbym pełny pęcherz, sied ząc za kółkiem. Więcej o Brianie Vickersie: www.brianvickers.com

Tekst: Matt Youson; Zdjęcie: Thomas Hoeffgen

PRZERWA NA PRZEMYŚ LENIA Cała ta akcja z zakrzepami krwi w nodze i płucu dała mi nieźle popalić. Trudno było mi nagle przestać jeździć w wyścigach. Ale jest, jak jest – coś takiego nie dzieje się bez powodu. Próbuję czymś się zająć i chciałbym, żeby to doświadczenie czegoś mnie nauczyło – oczywiście już mnie korci, żeby się znowu ścigać.


TRIKI FIZYKI

TERAZ MOŻE ZABOLEĆ

Nie tylko tempo może być w sporcie przyczyną siniaków. Wiele zależy też zawsze od tego, jakimi piłkami sportowcy do siebie rzucają – mówi nasz fizyk*. 24

Krykiet to sport zespołowy, ale mimo to jego kwintesencją jest pojedynek bowlera (rzucającego) i batsmana (odbijającego). Na naszych zdjęciach widzimy natomiast batsmana i wicketkeepera (mającego chwytać piłki, w które ten pierwszy nie trafi). W oczy rzuca się wyposażenie ochronne: rękawice, kask, ochraniacze na nogi oraz – niewidoczne, ale ważne – suspensorium. Po co to wszystko? Przecież piłka do tenisa też lata szybko, a gracze na korcie występują bez takiego „pancerza”! Czy to kwestia prędkości piłki? Choćby bowler nie wiadomo jak się wysilał, prędkość piłki nie przekroczy prędkości ręki, ponieważ mamy do czynienia z rzutem. Piłki najlepszych bowlerów i tak osiągają do 140 km/h (39 m/s). Serw w tenisie to uderzenie. Potocznie rzecz ujmując: wali się wtedy jednym przedmiotem w drugi. Jeżeli ten drugi (uderzany)

Zdjęcie: Getty/Gallo Images

B U L LWA R


Ilustracja: mandy fischer

W dopasowanych ochraniaczach: odbijający Jean-Paul Duminy (RPA) i wicket-keeper Kamran Akmal (Pakistan)

jest lżejszy, jego prędkość może być znacznie wyższa niż przedmiotu uderzającego. To dlatego serwowane piłki tenisowe mogą osiągać do 250 km/h (69 m/s). Gdyby więc chodziło tylko o szybkość, tenisiści też potrzebowaliby suspensorium. Kolejnym aspektem jest pęd (p) stanowiący iloczyn masy (m) oraz prędkości (v) i określający energię uderzenia. Piłka do krykieta ma masę ok. 160 g, a piłka tenisowa – 57 g, zatem maksymalny pęd tej pierwszej wynosi 6,2 kgm/s, a tej drugiej – tylko 4 kgm/s. Energia uderzenia piłki do krykieta jest więc o mniej więcej 55 proc. większa niż piłki tenisowej. To, co głównie powoduje ból, to nie pęd, tylko przede wszystkim powstająca podczas uderzenia siła (F). Zależność jest następująca: siła to zmiana pędu w czasie, czyli F = Δp/Δt albo po przekształceniu F Δt = Δp. Jeżeli piłka w coś uderza, powstaje

siła hamująca wytwarzająca pęd o przeciwnym kierunku, „pochłaniający” pęd piłki aż do momentu jej maksymalnego odkształcenia i zatrzymania. Aby oszacować powstające siły, przyjmuję uproszczone założenie, że piłki uderzają w twardą przeszkodę, a siła wzrasta liniowo wraz z ich odkształceniem. Piłka do krykieta jest twardsza, proces odkształcania trwa krócej, więc powstająca siła jest znacznie większa. Z symulacji wynika, że w przypadku piłki tenisowej będzie to ok. 1700 niutonów, a piłki do krykieta – 9000 niutonów, czyli ponad pięciokrotnie więcej. Aua! *Dr Martin Apolin (doktoraty z fizyki i nauki o sporcie), 45 lat, nauczyciel szkolny (uczy fizyki i nauki o sporcie) oraz zewnętrzny wykładowca na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Wiedeńskiego, autor wielu książek.

25


B U L LWA R

Liczby miesiąca

Bieguny zimna

18:59.56

Tyle palców u stóp stracił „pierwszy” zdobywca bieguna północnego. Amerykanin Robert Peary na eksplorację Arktyki poświęcił 20 lat. 6 kwietnia 1909 r. zapisał się w historii, choć do dziś pozostaje to kwestią sporną. Twierdzono, że podróż trwała za krótko, brakowało umiejętności nawigacyjnych i dokumentacji. W 1969 r. sir Wally Herbert doprowadził brytyjski zespół do bieguna – tym razem bez wątpliwości. W 2005 r., wykorzystując sanie z czasów Peary’ego, brytyjczyk Tom Avery odtworzył ostatni etap ekspedycji z 1909 r. Zajęło mu to pięć godzin mniej.

PEARY

DONOVAN

2173

Kilometry przebyte podczas najdłuższej ekspedycji polarnej. Od 9 listopada 1992 r. do 11 lutego 1993 r. dr Mike Stroud i sir Ranulph Fiennes przemierzali Antarktydę w jej najwęższym miejscu, od Zatoki Goulda na północnym wybrzeżu aż po Lodowiec Szelfowy Rossa na południu. Podczas ich podróży dr Stroud obliczył, że każdego dnia spalali oni 10 tys. kalorii. W 2003 r. ten mocny duet ukończył w ciągu siedmiu dni siedem maratonów na siedmiu kontynentach (Falklandy zaliczono do Antarktydy). Zaplanowana na Boże Narodzenie 2010 r. próba ustanowienia nowego rekordu – 4828 km – została przełożona z powodu braku funduszy.

37

FIENNES

26

Numer klasyfikacyjny „dryfującej stacji” na biegunie północnym. Biegun południowy jest punktem na Antarktydzie, w którym założono stałe bazy lodowe, łącznie z amerykańską stacją Amundsen-Scott. Na biegunie północnym można jedynie rozbić biwak na lodzie pokrywającym Ocean Arktyczny. Lód ten przemieszcza się, stąd termin „dryfująca stacja” określający ustawione na nim półstałe obozy. Rosjanie co roku rozbijają kolejny, a jednym z zadań North Pole 37 dowodzonego przez Sergieja Lesenkowa było monitorowanie efektów zmian zachodzących w klimacie.

-89,2

45

Pozycja rasy siberian husky w rankingu najinteligentniejszych psów wg książki profesora psychologii Stanleya Corena z 1994 r. Gdyby opracowano listę najwytrzymalszych psów, husky z pewnością znalazłby się na jej szczycie. Pierwsi badacze biegunów nie odnieśliby sukcesów bez tych czworonogów. Rzeczywiście, Roald Amundsen nigdy nie przeprowadziłby udanej ekspedycji na biegun południowy bez pomocy 53 psów grenlandzkich, z których 23 zabito dla pożywienia.

Zwycięski czas – w godzinach, minutach i sekundach – w wyścigu Antarctic Ice 2009 na 100 km. Richard Donovan z Irlandii dotarł na metę 4 s przed przekroczeniem 19 godz. Wyścig składający się z czterech 25-km okrążeń od 2006 r. odbywa w tym samym czasie co Antarctic Ice Marathon. W 2008 r. Brytyjczyk Miles Cudmore ustanowił najlepszy czas południowo-polarnego maratonu – 4:36.53. W 2006 r. rodak Donovana Thomas Maguire ustanowił rekord maratonu przy biegunie północnym – 3:36.10. Rekord świata w standardowym maratonie – 2:03.59 – ustanowił, bez legginsów i termosów z kawą, Haile Gebrselassie w Berlinie w 2008 r.

AMUNDSEN

Najniższa temperatura w stopniach Celsjusza, jaką zanotowano na Ziemi. 21 lipca 1983 r. naukowcy z kontrolowanej wtedy przez Sowietów stacji Wostok na Antarktydzie musieli założyć dodatkową parę skarpetek – platynowy termometr rezystancyjny pokazał wprost nadzwyczajny wynik. W tygodniu poprzedzającym ten ekstremalny moment niebo było bezchmurne i było niemal bezwietrznie. Następnego dnia zbadano sprzęt, by upewnić się, że nie był to błędny odczyt; wszystko działało, jak należy. W zeszłym roku naukowcy znaleźli antarktyczną półkę lodową z niższą teoretyczną średnią temperaturą, jednak, co dziwne, nikt nie udał się tam, by to sprawdzić. Zobacz, co się obecnie dzieje na biegunie płd: www.usap.gov

Zdjęcia: getty images (3), rex features (1)

8

Północ i Południe, Antarktyda i Arktyka: te ziemskie ekstrema przyciągają naukowców, biegaczy i najbardziej wytrzymałe psy. A tak to wygląda w liczbach.


Credit Zdjęcie: Kobal Collection

W „Fitzcarraldo” kazał wnieść parowiec na wzgórze. Portret Wernera Herzoga oraz wywiad z reżyserem o jego najnowszym projekcie na s. 32


Herosi Ci którzy w tym miesiącu są dla nas inspiracją.

30 diplo 32 werner herzog 38 muhammad ali


Herosi

diplo

nie podąża za trendami, on je tworzy. Amerykański muzyk utorował drogę takim gatunkom jak baile funk z Brazylii. A beatów na nowe tysiąclecie dostarcza na przykład Madonnie.

Imię i nazwisko Wesley Pentz Pseudonim artystyczny Diplo Data i miejsce urodzenia 5 lipca 1975, Missisipi Zawód Szef wytwórni fonograficznej, muzyk, remixer, DJ Największy przebój „Paper Planes” skomponowany i wyprodukowany wspólnie z M.I.A. Strona internetowa myspace.com/diplo

30

Nerwowi faceci z zestawami słuchawkowymi biegają gorączkowo po pomieszczeniu, muzycy i DJ-e rozmawiają głośno przy małym bufecie, umundurowani ochroniarze mruczą apatycznie do swoich krótkofalówek. A pomiędzy – niewzruszony całym tym zamieszaniem – kuca nad swoim laptopem mężczyzna w czarnej koszuli i złotym krawacie. Diplo ma słuchawki na głowie, wpatruje się w skupieniu w monitor, potrząsa rytmicznie głową. Ostatnie przygotowania za kulisami karnawału w Notting Hill, corocznej londyńskiej megaimprezy na cześć karaibskich imigrantów, którzy osiedlili się w tej dzielnicy na długo przed pojawieniem się tam Hugh Granta. Diplo i jego kolega Switch, pseudonim Major Lazer, są główną atrakcją festiwalu. Chwilę później z laptopem pod pachą duet przebija się przez kulisy w kierunku sceny. Także przed sceną tłoczy się tak wielu tancerzy, że z trudem mogą dostrzec swoje własne stopy. Major Lazer witany jest gromkimi brawami. Obydwaj dają tłumowi to, na co czekał – hiperaktywny koktajl z galopujących rytmów jungle, hymnów dancehallu i dynamicznych hiphopowych kawałków. Wybuchowy styl miksów z jednym wspólnym mianownikiem: basy. Tak potężne i gwałtowne, że czuć je w trzewiach. Diplo co minutę pobudza publiczność okrzykami typu: „How you doiiiiiiing carnivaaaaal?”. Powracają okrzyki zachwytu i stosy płyt. Są to albumy demo młodych muzyków pełnych nadziei, że Diplo otworzy im drogę z domowego studia do kariery. Biorąc pod uwagę niemalże nienasyconą żądzę nowych dźwięków muzyka, nadzieja ta nie jest nieuzasadniona. Diplo to Alexander von Humboldt wśród DJ-ów. Podróżuje z walizką płyt przez świat i śledzi świeże lokalne gatunki. Od baile funku w Brazylii, przez dźwięki soca w Trynidadzie, po digital cumbia w Meksyku. Łączy je w swoich setach w absolutnie taneczną hybrydę. A należąca do niego wytwórnia fonograficzna Mad Decent stanowi niejako platformę dla artystów, których poznaje w trakcie

swoich podróży. Czas pomiędzy wyjazdami spędza w studiu, produkując hity dla Roots Manuvy, Kanye’a Westa, Daft Punk, Radiohead czy Madonny – żeby wymienić tylko niektórych. „Chodzi po prostu o to, żeby być kreatywnym” – mówi. „Musisz czerpać ze swojego doświadczenia i z tego stworzyć coś nowego. Kocham prostotę muzyki pop. Ale nawet przy produkcji przebojów staram się przemycić egzotyczne elementy. Elementy, których ludzie nigdy przedtem jeszcze nie słyszeli”. Diplo urodził się 35 lat temu w Missisipi jako Wesley Pentz. Pseudonim artystyczny to aluzja do jego pierwszej młodzieńczej miłości – diplodoka. Zamiast paleontologii wybrał jednak później studia filmowe na Temple University w Filadelfii. Tam poznał DJ-a Low Budget. Z nim Diplo założył legendarny duet Hollentronix, którego mixtape „Never Scared” wstrząsnął sceną klubową na całym świecie. A „New York Times” uznał ją za jedną z najważniejszych płyt 2003 roku. Na swoim pierwszym solowym albumie „Florida” formułował dalej brzmienie Diplo: połączenie hiphopowych beatów z muzyką pop lat 80. Przełom nastąpił dopiero w 2004 r. dzięki płycie „Piracy Funds Terrorism”, którą nagrał z brytyjską raperką M.I.A. Muzyczna, a także krótka romantyczna współpraca, która ugruntowała dwie światowe kariery. Ostatni sukces: w 2009 roku ich wspólny przebój „Paper Planes” był nominowany do nagrody Grammy. „Dzieciaki tu, na Karnawale, są zainteresowane muzyką undergroundową – mówi – i to jest świetne. Bo produkcja świeżej, pobudzającej muzyki jest teraz tak wysoka jak jeszcze nigdy”. Ciężko jest mieć w tym wszystkim rozeznanie. Nawet tak maniakalnemu odkrywcy i promotorowi, jakim jest Diplo. Przypuszczalnie dlatego znika krótko przed końcem występu Majora Lazera na kilka minut za konsolą. Prawdopodobnie już przegrzebuje płyty swoich fanów. Stale w poszukiwaniu nowych dźwięków. Występ Majora Lazera można usłyszeć na: www.redbullmusicacademyradio.com

Zdjęcie: Roger Erickson/Lickerish Ltd./Roba Press

Tekst: Eleanor Morgan


Diplo, mężczyzna o tysiącu twarzy: DJ, producent, właściciel wytwórni muzycznej, reżyser, remixer


herosi

Werner Herzog Reżyser, który nie chce być muchą na ścianie, a już na pewno nie w zupie. Tekst: Herbert Völker, zdjęcia: Jürgen Skarwan

Imię i nazwisko Werner Herzog Data i miejsce urodzenia 5 września 1942 w Monachium Zawód reżyser filmowy, pisarz Najnowszy projekt „Cave of Forgotten Dreams”, film o Jaskini Chauveta w południowej Francji i o najstarszych znanych światu malowidłach ściennych. Sukcesy między innymi wielokrotnie nominowany do Złotej Palmy w Cannes, do Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, do Cezara, do Złotego Lwa w Wenecji oraz do Oscara. Strona internetowa www.wernerherzog.com

32

Jeżeli w grę wchodzi jeden dzień z życia Wernera Herzoga, okolicy się nie wybiera. Jesteśmy na dzikim francuskim Południu i przeszliśmy właśnie kawałek pod górę – od rzeki o spienionym nurcie do prawie pionowych ścian skalnych. Herzog daje nam trochę odpocząć i wskazuje w dół, niejako na ludzi, którzy żyli tu 30 tys. lat temu. Mówi, że już wtedy mieli wyczucie dramatu i operowego efektu krajobrazu. Mieszkali wokół wręcz baśniowego mostu skalnego, powstałego w naturalny sposób w wyniku wydrążenia skały przez nurt rzeki Ardèche – w jaskiniach, których niemało zachowało się do naszych czasów. Jaskinia Chauveta jest niepowtarzalna. Jeszcze w epoce kamienia od świata odcięło ją rumowisko skalne. Jaskinię odkryto dopiero w 1994 roku, a potem zmierzono, sfotografowano i zamknięto – tak jak można zamknąć skałę. Wiodącego do niej szlaku, podejścia i drogi do otworu wejściowego strzegą liczne kamery. Wejście oddzielają od śluzy półmetrowej grubości drzwi (jak do skarbca). Potem trzeba przejść wznoszącym się dziesięciometrowym korytarzem, gdzie pewnie czyhają na nas od kilkudziesięciu tysięcy lat tygrysy szablastozębne, którym burczy w brzuchu z głodu. Skąd te niesamowite obawy, że ktoś tu wtargnie? Skarb w postaci najstarszych znanych malowideł naskalnych jest bezcenny – już choćby ze względu na obecność takich dzieł sztuki i fakt zawalenia się skał 25 tys. lat temu. Rumowisko umożliwiło zachowanie wnętrza w nienaruszonym stanie. „Odkryto np. odcisk stopy mniej więcej ośmioletniego chłopca, a obok ślady wilka, który jakby mu towarzyszył” – mówi Herzog. Po trwającym prawie całą wieczność okresie szczelnej izolacji od świata układ czterech sal w jaskini jest oczywiście bardzo wrażliwy na wszelkie wpływy czynników zewnętrznych, jak choćby dwutlenku węgla i wilgoci. Każde wejście człowieka wiąże się więc z ryzykiem. Dlaczego w takim razie francuskie Ministerstwo Edukacji i Badań Naukowych powierzyło

nakręcenie tu wyjątkowego filmu akurat mieszkającemu w USA Niemcowi? Nie zadecydowały raczej skromne oczekiwania Herzoga w kwestii honorarium (jedno euro). Żaden z wielkich reżyserów nie zażądałby więcej. Herzog to wysportowany 68-latek. Całe jego życie jest pasmem wzlotów w przestrzeni między fikcją a dokumentem – w filmie oraz prawdziwym życiu – czasem trudnych do rozróżnienia. Jak można zaklasyfikować kogoś, kto nie umiejąc jeździć konno, występuje w rodeo z bykami w Meksyku (Herzog w wieku 25 lat)? Sam nigdy się nie oszczędzał i stało się to podstawą plotek, że podobnie bezpardonowo traktuje swoich aktorów i statystów. Pojawiały się różne dramatyczne historie o tym, co działo się w Amazonii („Fitzcarraldo”) i w Ghanie („Cobra Verde”), ale w końcu nikomu nic się nie stało – irytujący Klaus Kinski nie odniósł obrażeń, a Claudia Cardinale zachowała swą nienaganną urodę. Nie trzeba mówić o renesansie dzieł Wernera Herzoga, ponieważ jego filmy nigdy nie były out i pozostają dziś aktualne nawet bardziej niż kiedyś. Niezależnie od najbardziej znanych tytułów Herzoga jego wyjątkowa pozycja w historii filmu wiąże się z uszlachetnieniem gatunku, któremu nie można tak naprawdę przyporządkować żadnej etykiety, ponieważ określenie „film dokumentalny” jest zbyt płaskie jak na ten wielowarstwowy rodzaj narracji. Porozmawiajmy więc o Herzogowskiej sztuce opowiadania. Skalna nisza przy Jaskini Chauveta jest do tego wspaniałym miejscem. Głos Herzoga jest od dawna znany – reżyser komentuje z offu wiele swoich filmów. Precyzyjna ostrość doboru słów występuje u niego w połączeniu z monotonnie fatalistycznym spokojem ducha komentatora. Nawet o najmniej wybrednych tyradach Klausa Kinskiego („Mój najlepszy wróg”) mówił z braterską miłością – przynajmniej w głosie. Werner Herzog nastawiony na pełny regulator pozostaje cichy.


O żadnym renesansie jego filmów nie może być mowy, ponieważ one zawsze były w modzie: Werner Herzog w pobliżu Jaskini Chauveta


herosi

red bulletin: Film fabularny to wymyślanie, a dokumentalny – prawda. Możemy przyjąć na początek takie założenie? werner herzog: To nie żaden początek, bo prowadzi donikąd. Wśród dokumentalistów krąży wciąż jeszcze koncepcja, że sam fakt stanowi już prawdę. Ale nie stanowi. Gdyby tak było, książka telefoniczna Manhattanu byłaby księgą ksiąg. Cztery miliony wpisów, wszystkie zgodne z prawdą, wszystkie dają się zweryfikować – ale nie doznajemy iluminacji, nie wynika z tego prawda. Nie wiemy, kim są ci obecni na 35 stronach Smithowie – czy mają w nocy sny, czy płaczą w poduszkę, jak żyją, jak myślą? Tego wszystkiego nie wiemy. Myślę, że powinniśmy odejść od pojmowania czystego faktu jako treści wszechrzeczy. Kinomaniacy przywołują chętnie „muchę na ścianie” jako przykład cichej obserwacji w wykonaniu reżysera („w ogóle mnie tu nie ma”), a z drugiej strony – „muchę w zupie” jako określenie zaangażowania... Czy pan postrzega się jako muchę, a jeżeli tak, to w jakiej zupie?

„Nie wolno nam być muchami, chcę być szerszeniem, który żądli” 34

Zawsze sądziłem, że musimy interweniować, tworzyć – jesteśmy przecież reżyserami. Na jakimś kongresie z udziałem 500 dokumentalistów w Amsterdamie tak roztrząsano tę kwestię, że byłem coraz bardziej podłamany. Chwyciłem mikrofon i powiedziałem: „Kretyni, nie wolno nam być muchami na ścianie. Chcę być szerszeniem, który żądli!”. W sali podniosła się straszna wrzawa. Złapałem ponownie za mikrofon: „Happy New Year, loosers!”. Nie było nic więcej do dodania. Jest to związane z tym, że w tej chwili przeżywamy dramatyczne zmiany w stosunku do okresu prawdziwej rzeczywistości – mamy reality TV oraz wirtualną rzeczywistość w internecie i Photoshopie. Nagle wszystko można sztucznie wytworzyć, a rzeczywistość trzeba na nowo ująć, zdefiniować i zrozumieć – to jest m.in. zadanie dla tych, którzy robią filmy. Jak wygląda ujmowanie rzeczywistości, jeśli chodzi o dzieła sztuki sprzed 30 tys. lat, związane z warunkami życia człowieka w epoce kamienia? Można na to nałożyć swoisty mistycyzm, żeby ożywić dla nas prawdę ze ścian? Mistycyzm jest mi kompletnie obcy. Stanowiłby wielkie niebezpieczeństwo przy tym temacie. Istnieje taka paskudna pseudofilozofia – nie można jej nawet określać mianem filozofii, taka jest paskudna – New Age. Kompletni idioci. Oszołomy, które chcą się podczepić pod tę jaskinię i bredzić coś o paleolitycznej mistyce. To nie dla mnie. Dlaczego zdecydował się pan w tym filmie na 3D?

Zdjęcia: ImageForum/AFP (4)

Fenomen Jaskini Chauveta polega na tym, że najstarsze znane ludzkości malowidła prezentują się nie jako jakieś prymitywne bazgroły, lecz jako doskonale skomponowane dzieła sztuki, które dzięki sprytnemu wykorzystaniu wnęk i skalnych gzymsów zyskują na plastyczności – idealne do filmowania w technice 3D


RED BULL I-BATTLE

MUZYCZNY POJEDYNEK

NA KAWAŁKI Z iPODÓW! POJEDYNKI W RINGU BOKSERSKIM NA KAWAŁKI Z iPODÓW. OSIEM DWUOSOBOWYCH TEAMÓW. OSIEM NUMERÓW W RUNDZIE. OSIEM POJEDYNKÓW O WSZYSTKO... I TYLKO JEDNA ZWYCI¢SKA DRU˚YNA. BÑDè KONIECZNIE. LICZY SI¢ SIŁA TWOJEGO GŁOSU!

TERMINY RED BULL I-BATTLE W POLSCE KRAKÓW - 8 X / WROCŁAW - 16 X / BYDGOSZCZ - 21 X / SOPOT - 4 XI BIAŁYSTOK - 18 XI / POZNA¡ - 26 XI / SZCZECIN - 2 XII / LUBLIN - 9 XII

SZCZEGÓ¸Y NA WWW.REDBULLIBATTLE.PL


herosi

„Cave of Forgotten Dreams” (Jaskinia zapomnianych marzeń), film Wernera Herzoga o Jaskini Chauveta, miał swoją premierę podczas tegorocznego 35. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto

36

Pięć (z pONAD sześćdziesięciu) filmów Wernera Herzoga Wielka ekstaza snycerza Steinera (1974) Herzog o filmie: „Historia fantastycznego szwajcarskiego skoczka narciarskiego Waltera Steinera (w połowie lat 70. był najlepszy na świecie). Ktoś odrzuca prawa grawitacji, nagle leci, i to bez prawdziwego sprzętu – nart potrzeba przecież jedynie do nabrania prędkości i do wylądowania. Stosowana dzisiaj pozycja zawodnika podczas lotu naturalnie tworzy inną poduszkę powietrzną, na której się on unosi. Steiner był w totalnej ekstazie. Szybował w powietrzu niczym frisbee, czegoś takiego później już nigdy nie widziano. Latanie było wówczas o wiele trudniejsze, ponieważ narty układano równolegle, skocznie stwarzały zbyt wiele niebezpieczeństw przy nagłym zejściu z wysokości, gdy skok był zbyt daleki. A Steiner skakał za daleko, czterokrotnie poleciałby kiedyś prawie że po śmierć. Od jego czasów zaczęto przebudowywać skocznie”.

Fitzcarraldo (1982) Absolutny klasyk Wernera Herzoga: niesamowity Klaus Kinski chce w amazońskiej puszczy stworzyć operę. Scena przeciągania statku przez wzgórza jest jak najbardziej prawdziwa (nie zastosowano w niej żadnych efektów specjalnych). Dziennik z prac na planie zdjęciowym („Herzog: Conquest of the Useless”) jest jak narkotyczna brama do kosmosu Herzoga.

Gasherbrum – lśniąca góra

(1984)

Herzog o filmie: „Początkowo był pomyślany jako przymiarka do filmu fabularnego. Historia miała rozgrywać się na K2, ale podczas prac zdjęciowych szybko stało się jasne, że jest nie do pomyślenia operować kamerami i aktorami na wysokości 7,5 tysiąca czy nawet 8 tysięcy metrów. Mogłoby dojść do tragedii. W momencie, kiedy ujrzałem K2 sponad lodowca, wiedziałem, że nie da rady. Ale było dla mnie czymś fascynującym kręcić z Hansem Kammerlanderem i Reinholdem Messnerem, którzy dokonali czegoś nadzwyczajnego, wręcz cudu. Zawsze jednak bardzo ostrożnie podchodzę do niezdrowej żądzy bicia rekordów, która temu towarzyszy. Powstał film, który jest mi w jakiś sposób bliski, ponieważ sam wychowywałem się w górach oraz dlatego, że Messner to po prostu bardzo niezwykła postać w całym tym teatrze, jakim jest alpinizm”.

Cobra Verde (1987) Piąta i zarazem ostatnia współpraca Herzoga z Klausem Kinskim. Próba streszczenia filmu o brazylijskim desperado, handlu niewolnikami w Afryce, mobilizacji armii amazońskiej oraz o klęsce głównego zbrodniarza nie na wiele się zda. Świetny film na podstawie genialnej powieści pisarza i podróżnika angielskiego pochodzenia Bruce’a Chatwina.

Mój ukochany wróg (1999) Herzog o filmie: „Moja współpraca z Klausem Kinskim, która miała miejsce przy pięciu filmach, ma naturalnie również dramatyczne momenty, gdzie naprawdę widać, jak tworzenie filmu było niebezpiecznie doprowadzone do ostateczności. Sam film nie jest ani o Kinskim, ani o mnie, lecz o dwóch mężczyznach, którzy w starciu ze sobą dokonują, mimo szystko w przyjacielski sposób, czegoś niezwykłego, powiedziałbym tak ostrożnie. To był piękny, ale zarazem trudny czas. Film był na szczęście gotowy, gdy Kinski już nie żył. Wtedy też pomału zmieniały się perspektywy. Życie toczyło się dalej. Były też inne filmy przed Kinskim, za Kinskiego, również wiele filmów po Kinskim. Nagle sposób postrzegania stał się serdeczny, bardziej ciepły i dowcipny. Także publiczność, gdy widzi ten film, bardzo często się śmieje. Czyste wariactwo. Dzisiaj i ja mogę się śmiać. Doświadczam tego z ogromnym ciepłem i humorem”.

Zdjęcia: Mauritius images, Mary Evans/picturedesk.com, werner herzog film gmbh (3)

W jaskini cudownie to wygląda, ponieważ przy malowaniu na skale wykorzystywano wiele zagłębień, żeby pokazać nadbiegającego konia albo garb bizona. I podobne do wachlarzy zasłony ze stalaktytów i stalagmitów, a do tego kości i czaszki niedźwiedzi. W 3D wygląda to fantastycznie, czegoś takiego nigdy już nie ujrzymy na własne oczy. A jakie jest pana ulubione zwierzę w jaskini? Najsłynniejsze i chyba najpiękniejsze w Jaskini Chauveta są konie. Poruszają nas wszystkich, ponieważ ludzka sztuka od samego początku, czyli 32 tys. lat temu, była już w pełni rozwinięta. Nie zaczynała się od prymitywnych bazgrołów. Trzeba sobie wyobrazić, że do tej jaskini nikt nie wchodził od ponad 25 tys. lat. Wiemy to i nagle stajemy oko w oko z tymi obrazami. Skradające się lwy i lwice, które intensywnie w coś się wpatrują. I rzeczy, których się nie spodziewamy. Były tu nosorożce włochate, mamuty. Coś niewiarygodnego. Chociaż ludzie mieszkali tu przez trochę, byli jednak przecież nomadami, którzy przenosili się co jakiś czas z miejsca na miejsce. Życie osiadłe a przemieszczanie się – to także temat pańskich filmów i pańskiego życia. Ludzie epoki kamienia przemieszczali się, a bizony prawdopodobnie razem z nimi. W wyprawach towarzyszył człowiekowi pies. Dopiero udomowienie świni było początkiem nieszczęścia, które teraz odbija nam się czkawką. Biedna świnia! No, akurat świnia nie jest tu niczemu winna. Obrazuje tylko początek osiadłego trybu życia, zakładania osad, które potem przekształciły się w miasta. Dużą rolę odgrywa w nich technika. Nie jestem jedynym, który uważa, że na dłuższą metę nie będzie dobrze. Jesteśmy zbyt delikatnymi istotami, żeby zapewnić trwałość życia na tej planecie. Dlatego warto zastanawiać się nad kwestią osiadłości – także w swoim osobistym wymiarze. Bruce Chatwin był najsłynniejszym nomadą naszych czasów. Fantastycznie pisał o nomadycznych zachowaniach nowoczesnego człowieka. Nie dożył nawet do pięćdziesiątki. Znał go pan. Podarował mi skórzany plecak. Naprawdę cenna rzecz! Mój film „Cobra Verde” z 1987 roku był na motywach jednej z powieści Chatwina. Trochę później chciał obejrzeć film, który nakręciłem na południowej Saharze. Gdy przyjechałem do Bruce’a, właśnie umierał. Był w stanie oglądać ten film tylko w dziesięciominutowych kawałkach – potem zaczynał majaczyć i tracił przytomność. Jest pan znany z tego, że wystawia się dobrowolnie na próby, np. po to, żeby okazać komuś szacunek, pokonuje pieszo dzielącą go od pana odległość – nawet jeżeli jest to 500 km. Jest pan nadal fanatycznym piechurem? Nie powinien pan używać w odniesieniu do mnie słowa „fanatyk”. Jestem profesjonalistą, ale dla spraw o znaczeniu egzystencjalnym także dziś jestem gotów robić rzeczy niezwykłe.


www.femipleasure.com


herosi

Muhammad Ali W 50. rocznicę pierwszej zawodowej walki Cassiusa Claya były sędzia bokserski i komentator telewizyjny, obserwujący go od 1960 roku, odkrywa geniusz boksera o przydomku The Greatest. Tekst: Werner Schneyder

Początkowo Clay boksował w kategorii półciężkiej, a później – przed długą i przymusową przerwą – w ciężkiej, prezentując styl wagi półśredniej. Jego praca nóg, tempo i różnorodność ciosów, a zwłaszcza wybitne uniki były czymś nadzwyczajnym, niewidzianym wcześniej w boksie wagi ciężkiej. Zgodnie z amerykańską tradycją przeszedł na zawodowstwo tuż po zdobyciu złotego medalu, a następnie ośmieszył wielu sparingowych partnerów, ogłaszał, w której rundzie walka się zakończy, i wykorzystał taktykę PR polegającą na narzekaniu i megalomanii, która dla ludzi z jego bliskiego otoczenia była zwykłą sztuczką, świadczącą o jego poczuciu humoru. Clay stworzył dla siebie rolę do odegrania. Irytowało to niektórych ludzi, innych bawiło. Zrobił z siebie medialny bestseller. Wyśmiewanie się z rywali także uchodziło mu na sucho, gdyż widzieli oni, że to tylko gra. Sonny Liston był pierwszą osobą, którą eksperci wyobrażali sobie jaką tą, która ucisza człowieka zapewniającego, że unosi się niczym motyl i żądli niczym pszczoła. Liston, „wielki, brzydki niedźwiedź”, poległ dwa razy. Doskonale pamiętam, że podczas przegranej przez niego walki czułem, że nie wszystko było jasne. Nie mogłem dojść do tego, który cios zakończył walkę. 40 lat później, podczas kręcenia trzygodzinnego filmu o Alim, zobaczyłem ten cios bardzo wyraźnie. Na żywo wszystko działo się zbyt szybko. 38

Był czas, kiedy rzesze europejskich fanów boksu wstawały w nocy i chwiejnym krokiem podążały do telewizorów, by obejrzeć jego walki. Nawet po tych, które wygrywał na punkty, okrzykiwany był najlepszym, niepokonanym bokserem – zyskał przydomek The Greatest. Jednak mężczyzna ten był nie tylko pomysłowym bokserem i i zacnym błaznem. Był także politycznym zwierzęciem i podejmowane przez niego decyzje sprawiały, że jego życie nie ograniczało się do sportu. Był świadomy swego niewolniczego pochodzenia. Imię Cassius Clay było niego takim właśnie „niewolniczym imieniem” – dla niego Chrystus był Bogiem rasy białych panów. W 1964 roku, po pokonaniu Listona i zostaniu mistrzem świata wagi ciężkiej po raz pierwszy, ogłosił światu, że jest muzułmaninem, i zmienił imię na Muhammad Ali. Był członkiem organizacji Nation of Islam, brał udział w jej kampaniach i w jej imieniu zbierał pieniądze. Jego związek z „braćmi” sprawił, że dla białej Ameryki stał się pariasem (w 1975 roku Ali opuścił Nation of Islam i przeszedł na islam sunnicki, a od 2005 roku praktykuje sufizm). W 1967 roku odmówił udziału w wojnie w Wietnamie. Trzeba sobie wyobrazić, co to oznaczało dla jednego z najpopularniejszych młodych Amerykanów. Dla niektórych był bohaterem, jednak dla większości było to niepatriotyczne i karygodne zachowanie. Za odmowę służby wojskowej odebrano mu tytuł mistrza, aresztowano go i skazano na pięć lat więzienia. Wypuszczono go wkrótce na skutek odwołania i już w 1970 roku ponownie walczył, a osiem miesięcy po skazaniu, w czerwcu 1971 roku, Sąd Najwyższy umorzył sprawę. Pod nieobecność mistrza boks stał się nudny. Niezależnie od tego, co fani sądzili o jego politycznych przekonaniach, wszyscy chcieli wiedzieć, jak Muhammad Ali poradzi sobie z nowymi gwiazdami bokserskiej sceny. Rządzący tym sportem zrozumieli, że nie stać ich na trzymanie go z boku, daleko od ringu, więc odsunięto na bok publiczne i polityczne uczucia związane z Wietnamem.

Imię i nazwisko Muhammad Ali (naprawdę Cassius M. Clay) Data i miejsce urodzenia 17 stycznia 1942, Louisville, Kentucky, USA Zmiana wyznania W 1964 roku przystąpił do organizacji Nation of Islam i odrzucił swe „niewolnicze imię” – Cassius Clay Zawód bokser wagi ciężkiej Osiągnięcia Mistrz olimpijski (kategoria półciężka) w 1960 roku, mistrz wagi ciężkiej (dwa razy) w 1974 i 1978 roku

Zdjęcie: David King/Taschen

Wiem na pewno, że w 1960 roku miałem 23 lata i że na olimpiadzie w Rzymie odbyła się walka, podczas której bokser kategorii junior ciężka/lekkociężka, czarnoskóry Amerykanin Cassius Clay z łatwością zdobył złoty medal. Nie wiem natomiast, czy widziałem tę finałową walkę w TV, czy też zobaczyłem materiał filmowy później i od tamtej pory wyobrażałem sobie, że widziałem ją na żywo. Ale wiem także, że po 1960 roku nie przegapiłem nawet jednej rundy ze wszystkich walk Cassiusa Claya, a później Muhammada Alego, pokazywanych w TV. I nie kierowały mną tylko sportowe powody. Miało to związek z fascynacją, rozrywką i na końcu ze współczuciem.


Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Zdjęcia legendy boksu

Cięty język: Ali nazwał swą walkę z George’em Foremanem z 1974 roku „mały Armagedon”


herosi

40


Zdjęcia: AP Photo, Bob Gomel/Time Life Pictures/Getty Images

Złoty chłopiec: 29 października 1960 r. Ali – wtedy Cassius Clay – wygrał pierwszą profesjonalną walkę z Tunneyem Hunsakerem (powyżej) na punkty w szóstej rundzie. W lutym 1964 r. razem z Malcolmem X, przywódcą ruchu czarnych muzułmanów w USA, świętował pierwsze zwycięstwo nad Sonnym Listonem w barze w Miami

Jednak czas bez boksu zebrał żniwo. Jego styl walki stracił tę taneczną wirtuozerię. Ali musiał przetrwać wymiany ciosów z najlepszymi bokserami – teraz tylko takim stawiał czoła. Przegrał z Joe Frazierem, a Ken Norton złamał mu szczękę, ale porażki go wzmacniały. Niektórzy mówili, że walczył jak pozostali, ale wykorzystując resztki nadzwyczajnego talentu, boksował lepiej niż przeciwnicy, co udowodnił w 1974 roku podczas słynnej walki przeciwko George’owi Foremanowi w Kinszasie nazwanej „Rumble in the Jungle”. W 1975 roku zrewanżował się Frazierowi podczas walki „Thrilla in Manila” oglądanej w TV przez 700 mln ludzi w 66 krajach. Frazier nie podjął się 15. rundy. Gdyby on nie rzucił ręcznika, pewnie zrobiłby to Ali. Frazier mówił później, że był bliski śmierci. W tamtym czasie, choć nie pamiętam dokładnie kiedy, Muhammad Ali był gościem w Sportstudio na ZDF, kanale niemieckiej telewizji publicznej. Prezenterem był Hajo Friedrichs, legenda niemieckiej TV, była tam także holenderska ekipa telewizyjna. Ali bardzo poważnie, bez typowych dla niego wygłupów, odpowiadał na zadawane przez Friedrichsa pytania. Nagle wtrącił się ktoś z holenderskiej ekipy, pytając, dlaczego nie daje zabawnych, głupkowatych odpowiedzi. Ali odrzekł: „Zadaj głupie pytania, a dam ci głupie odpowiedzi. Na poważne pytania będę odpowiadał poważnie”. W lutym 1978 roku 24-letni Leon Spinks w 15 wycieńczających rundach dosłownie zniszczył 36-letniego Alego. Siedem miesięcy później Ali zdobył trzeci tytuł mistrza świata wagi ciężkiej, pokonując tego samego rywala, po czym przeszedł na emeryturę w czerwcu 1979 roku. Jednak w październiku 1980 roku wrócił, by w Las Vegas zmierzyć się 41


42

Najlepszy z najlepszych: Cleveland Williams pocałował podłogę cztery razy, aby na koniec przegrać przez techniczny KO (1966 r., Houston Astrodome). Pięciu niezapomnianych mężczyzn: Fab Four (The Beatles) i The Greatest

Zdjęcia: Keystone/Getty Images, Neil Leifer/TASCHEN

z Larrym Holmesem. Ali nazwał swego przedostatniego przeciwnika „uczniakiem bez talentu” i stroił sobie żarty z jego „głupiej twarzy”. Holmes spuścił mu łomot życia. Po fakcie ludzie mówili, że bezsilność Alego spowodowana była początkami choroby Parkinsona. Ferdie Pacheco był lekarzem Alego przez 15 lat, przestał dla niego pracować w 1977 roku, trzy lata przed walką z Holmesem. Diagnoza, jaką Pacheco postawił swemu najważniejszemu pacjentowi, łącznie z sugestią, że jego refleks nie działa już tak jak kiedyś, nie została potraktowana poważnie. Nikt, nawet Pacheco, nie może z całkowitą pewnością stwierdzić, że to boks wywołał chorobę, która pozbawiła Alego umiejętności artykulacyjnych i fizycznej


herosi

Zdjęcia: Robert Abbott Sengstacke/Getty Images, Santi Visalli Inc./Getty Images

Ali: genialny bokser, błazen i ważna osobistość polityczna

Czarna siła: Muhammad Ali był bohaterem czarnego ruchu w USA. Wraz z innymi osobistościami, jak James Brown (na zdjęciu powyżej, w 1966 r.), walczył o prawa obywatelskie i równość. Nawet przed walką z Argentyńczykiem Oscarem Bonaveną w Madison Square Garden w Nowym Jorku w grudniu 1970 r. prezentuje salut Black Power świadczący o jego przekonaniach

gracji, ale wiele osób zgadza się, że kariera bokserska pogorszyła sprawę. Po swej ostatniej walce, podczas której Trevor Berbick pokonał wrak byłego mistrza na Bahamach, Ali podobno powiedział do swej córki lamentującej w jego garderobie: „Nie płacz. Mogło być znacznie gorzej”. Mężczyzna, który ledwo chodzi i nie może mówić, jest wciąż mile widzianym i szanowanym gościem ważnych światowych wydarzeń, podczas których nie da się nie zauważyć jego charyzmy. Nie wiem, jak się miewa w tym momencie, ale życzę mu długiego, bezpiecznego i godnego życia. Więcej świetnych zdjęć na: pl.redbulletin.com/print2.0 Zobacz walkę Alego o złoty medal w 1960 r. na: www.ali.com

43


Zdjęcie: Marcin Kin

Krew, pot, łzy oraz Mark Webber czyli o tym jak Red Bull As w Karcie przeleciał ulicami Warszawy przeczytacie na s. 56

44


Action Akcja Ganz schön was los: Was uns diesen Monat bewegt.

SEITE 54 Action_1 60 Action_2 68 Action_3 70 Action_3

Nowinki z bezkresnego świata niezwykłych wyczynów... 46 Ziemia Baffina 56 Red Bull As w Karcie 62 Fala Pororoca 68 Najszybszy kurier rowerowy W NYC 74 Zapamiętywacz johannes mallow

45


a kc ja

PIĘCIU TWARDZIELI. Pod koniec kwietnia 2008 roku na Ziemię Baffina wyruszyła pięcioosobowa ekipa: ekstremalni wspinacze Stefan Glowacz (45) i Robert Jasper (42), poszukujący różnych sportowych wyzwań Holger Heuber (47), wspinający się fotograf Klaus Fengler (47) oraz „człowiek od wszystkiego”, Mariusz Hoffmann (44). Ich celem była niezdobyta dotąd ściana w północno-wschodniej, niezamieszkałej części tej pokrytej lodem kanadyjskiej wyspy. Prawdziwe wyzwania pojawiły się później niż oczekiwano. Walcząc z wiatrem, pogodą, naturą i czasem trzeba było się przebić do Clyde River. „Przez dwa miesiące poruszaliśmy się po bardzo nieprzyjaznym dla człowieka terenie” – wspomina Glowacz. „Nie da się opisać tego, co poczuliśmy po dotarciu do celu. Takie chwile uzasadniają kolejne wyprawy”. 46


Na końcu świata

ZIEMIA BAFFINA

Wspinacz Stefan Glowacz i jego zespół eksplorują dziewicze tereny na północy Kanady i przy okazji zdobywają nową ścianę. Przedstawiamy ekstremalne sprawozdanie z tej wyprawy. Tekst: Stefan Glowacz, zdjęcia: Klaus Fengler


a kc ja

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA S Z U K A L I I Z N A L E Ź L I: P O D C ZA S ZA M I EC I W S P I N AC Z E O D K RY L I N I E Z D O BY TĄ D OTĄ D Ś C I A N Ę . „Czuliśmy się jak pionierzy i odkrywcy nieznanych terenów. Przed nami nikt nie wspinał się w tej okolicy. Gdy w zamieci skręciliśmy w stronę Zatoki Buchana, zobaczyliśmy po raz pierwszy The Bastions, ok. 700-metrową ścianę, strzelającą w niebo wprost z lodowego podłoża i przewarstwioną w połowie długości rudami żelaza. A nad przewarstwieniem całkowicie gładka ściana czołowa z tylko jedną rysą – perfekcyjna linia. Nikt z nas nie wspinał się dotąd w takim eksponowanym miejscu. Do skały trzeba się przyzwyczaić – wyglądające nieźle rysy odrywają się zupełnie niespodziewanie. Po pierwszym łatwym wyciągu klasycznym następuje wymagający hakowy. Pierwszego dnia udaje nam się zrobić dwa wyciągi – skromny początek, ale zawsze już coś!”.

48


ROZBUJANIE DUSZY A L B O O D R A Z U C A Ł EG O C I A Ł A . P R Z E Z C Z T E RY D O BY W S P I N AC Z E B I WA KUJĄ W Ś C I A N I E . „Do połowy ściany używamy lin poręczowych, po których wracamy do obozu bazowego. Niepewne bloki, wielkości budki telefonicznej, zmuszają nas do czasochłonnych obejść, a w arktycznych temperaturach często możliwa jest tylko hakówka. Postanawiamy przez ostatnie cztery dni spać w ścianie w naszych portaledge’ach (namiotach ścianowych). Bezpośrednio pod nami gęsty dywan chmur, które spowijają fiordy. Przed nami nieskończona przestrzeń zamarzniętego morza. Odległe formacje gór lodowych wyglądają na morzu jak małe wioski na Wyżynie Bawarskiej. Tutaj, ponad chmurami, ściana nagrzewa się tak, że kluczowy wyciąg możemy nawet zrobić klasycznie. Wyciąg 10-, pierwszy o takiej skali trudności zrobiony na Ziemi Baffina”.


a kc ja

50


POGADAJMY O TYM

Z I M N O, Ś N I EG I N I E DŹ W I E DZ I E P O L A R N E . O B EC N E N A T Y M O D LU DZ I U ZAG ROŻ E N I A DA JĄ S I Ę E K I P I E W E Z N A K I – F I Z YC Z N I E I P SYC H I C Z N I E . „W naszym obozie bazowym włosy, czapki i śpiwory pokrywają się natychmiast grubą warstwą szronu. Szadź wciska także w podłoże nylonowe linki naszego ogrodzenia alarmowego mającego sygnalizować nadejście niedźwiedzia polarnego. W nocy śni się nam, że obóz rozwalają wielkie stada niedźwiedzi. Do tej pory jednak tylko nam samym udało się wywołać alarm, gdy wcześnie rano, nie do końca dobudzeni, spowodowaliśmy odpalenie nabojów sygnałowych. To też było niebezpieczne – nie dla niedźwiedzi, lecz dla nas. Bardzo zdenerwowana reszta ekipy leży ze strzelbami w śpiworach. Gotowa do walki i zdecydowana na wszystko”.


a kc ja

71° 48´ 40,1˝ N 74° 20´ 12,9˝ W FAC EC I I I C H P E R S P E KT Y WA : T H E BA ST I O N S – PAT R Z W S P Ó Ł R Z Ę D N E – Z D O BY T E . A L E M I M O TO N I E M A C ZA S U N A O D P O C Z Y N E K . „Po 12 dniach wspinaczki osiągamy szczyt naszej formacji skalnej, nazywanej przez tutejszych myśliwych The Bastions. Za nami razem 21 wyciągów i A4/10-. Na górze musieliśmy się najpierw przyzwyczaić do tego, że jest tu niewiele szczytów, a na potężne płaskowyże można wejść od drugiej strony spacerkiem. Na niebie ani jednej chmurki i tak ciepło, że mogliśmy zdjąć puchowe kurtki. To są chwile, dla których wyruszamy na wyprawy. Chwile, które rekompensują wszystkie wyrzeczenia, wątpliwości i cierpienia. Ale the long way home dopiero się zaczyna i istnieje ryzyko, że zniknie nam w wiosennych roztopach”.

52


ŚWIST LATAWCÓW Ż Y W I O ŁO M N I EC H B Ę DĄ DZ I Ę K I. E K I PA Ś M I GA N A D E S K AC H Z L ATAWC A M I P R Z E Z Ś N I E Ż N Ą P U ST Y N I Ę W K I E RU N KU C LY D E R I V E R . „Codziennie ta sama akcja: czy utrzyma się wiatr, żebyśmy mogli się szybciej przemieszczać na naszych snowkite’ach? Manewrowanie ważącymi nawet 100 kg pulkami (saniami) przez rozpadliny i metrowe zaspy wymaga niewiarygodnej koncentracji. Czasem słońce przebija się śmielej przez pokrywę chmur i oblewa góry oraz formacje lodowe zimnym, błękitnoszarym światłem. Bezgłośnie suniemy przez olbrzymie pola nawarstwionego lodu (rough ice). Tylko świst napiętych linek naszych latawców przerywa ciszę. Topniejący lód tworzy zdradliwe «jeziorka», których głębokości nie można ocenić. Jest bardzo ciekawie. Na ścianie dobrze wiemy, co robić. W survivalu na lodowym odludziu jesteśmy jednak nowicjuszami”.


WYPALENI, ALE SZCZĘŚLIWI! N A R E S ZC I E : 17 D N I P O T R I U M F I E W S P I N AC Z KOW Y M D O C I E R A M Y D O C E LU, C Z Y L I C LY D E R I V E R . WA L K A C Z ŁOW I E K A Z N AT U R Ą ROZ ST R Z YG N I Ę TA . „Ostatnie dni były lekcją pokory: przeżyliśmy zamiecie, «rough ice», roztopy, porywy wiatru albo kompletną flautę i groźne zjawisko «white outs», gdy rozproszone światło zamazuje kontury i wszystko jest spowite mleczną mglą. Naszego przybycia do Clyde River nie mógł lepiej opisać żaden autor scenariuszy. Przy genialnym wietrze zmierzamy na latawcach z prędkością 40 km/h do kresu naszej przygody, po koniuszki włosów wypełnieni adrenaliną i euforią”.


a kc ja

W S K A ZÓW K I I I N FO R M AC J E

Kraina ZABAWY i PRZYGODY ZIEMIA BAFFINA, KANADA ZIEMIA BAFFINA Ta piąta co do wielkości wyspa na świecie (507 451 km²) leży między północnym wybrzeżem Kanady a Grenlandią. Należy do kanadyjskiego terytorium Nunavut, a 85 proc. jej ludności stanowią Innuici. Stolicą terytorium jest licząca ok. 6 tys. mieszkańców miejscowość Iqaluit, położona w południowo-wschodniej części Ziemi Baffina. Druga pod względem liczby mieszkańców osada na wyspie to Pond Inlet (ok. 1,3 tys. ludzi). Stanowiąca cel ekspedycji Stefana Glowacza Clyde River liczy ok. 900 mieszkańców. Na wyspie nie ma praktycznie dróg. Po pokrytej śniegiem i lodem okolicy można się poruszać skuterem śnieżnym, na saniach lub nartach. Podczas nocy polarnych temperatura może spaść do –50oC, a na skutek mocnych wiatrów odczuwalna temperatura jest jeszcze niższa niż rzeczywista. Ze względu na zjawisko zwane „windchill” np. temperaturę –12oC odczuwa się przy prędkości wiatru 40 km/h jako –34oC. Najzimniejszy miesiąc na wyspie to styczeń (ze średnią temperaturą –30oC), a najcieplejszy – lipiec (+12oC).

Pont Inlet

pośród dziewiczej natury. Jego zdjęcia zainspirowały ekstremalnych wspinaczy – Stefana Glowacza i Roberta Jaspera – do wytyczenia tam trudnej, klasycznej drogi. 20 kwietnia 2008 roku obaj wyruszyli z trzyosobową ekipą towarzyszącą z innuickiej osady Pond Inlet w kierunku fiordu Querbiter oraz zatoki Buchan na poszukiwanie nieodkrytych ścian strzelających na 1000 m pionowo w górę. Przy zatoce Buchan wybór padł na The Bastions. Przez dwa tygodnie ekipa wspinała się po ścianie, mieszkała i spała na niej, a potem ruszyła w 340-kilometrową snowkite’ową wyprawę śladami Innuitów przez niezamieszkane tereny jeszcze dalej na południowy wschód. Ekspedycja zakończyła się 2 czerwca w niewielkiej osadzie Clyde River, jedynym ludzkim osiedlu w tej zapomnianej przez Boga okolicy.

Ciepły ubiór to podstawa. Kwatera nie wygląda zbyt zachęcająco, ale podczas burzy śnieżnej jest ciepła i przytulna Zachodnia część wyspy to prawie w całości płaskie tereny pokryte tundrą i bagnami. Część wschodnią stanowią doliny lodowcowe z pokrywą śnieżną o grubości do dwóch metrów. Woda spływa tymi dolinami do Zatoki Baffina na Morzu Baffina, będącego morzem północnego Atlantyku i oddzielającego Grenlandię od kanadyjskiego Archipelagu Arktycznego. Doliny tworzą niesamowite dzikie fiordy ze stromymi gnejsowymi i granitowymi ścianami osiągającymi wysokość 1600 m.

affina rze B o M

Fiordy na południe od Clyde River często były już celem wypraw wspinaczy – tak jak Mount Thor. Jego zachodnią ścianę (o długości 1250 m i średnim nachyleniu 105o) uważa się za najdłuższe urwisko na świecie. W tej okolicy kręcono też sekwencję przedtytułową do filmu z Bondem („Szpieg, który mnie kochał” – 1977). Natomiast wyprawy do fiordów położonych na północ od Clyde River przed Stefanem Glowaczem nie zaryzykował jeszcze żaden wspinacz.

FAUNA W tundrze żyją niedźwiedzie polarne, karibu, wilki, rosomaki, lisy polarne, zające bielaki i lemingi. Gniazdują tu także rzadkie białozory i sokoły wędrowne. W regionach przybrzeżnych występuje wiele gatunków waleni i płetwonogich. DOJAZD First Air lata codziennie ze stolicy Kanady Ottawy do Iqaluit, a stamtąd można dolecieć do Pond Inlet (www.firstair.ca).

EKSPEDYCJA W połowie lat 90. amerykański fotograf Eugene Fisher wykonał z powietrza serię zdjęć okolic Ziemi Baffina i udokumentował na nich istnienie nieodkrytych dotąd skalnych ścian

Zdjęcia z ekspedycji i blog: www.baffinexpedition.com

e Morazffina B

Grenlandia Iqaluit

The Bastions

Ilustracja: Mandy Fischer

da na Ka

ntyk Atla

USA Clyde River

55 0

50 km


Gokar  a kc ja

56


to w y odlot

w Warszawie W czasie wielkiego finału Red Bull As w Karcie było gorąco od emocji i adrenaliny.

Tekst: Rafał Stanowski, zdjęcia : Marcin Kin

57


Z a kc ja

a fasadą sportowej walki kryły się ludzkie sukcesy i dramaty. Gdy jedni wznosili ręce w geście triumfu, inni próbowali ukryć łzy rozpaczy. Kierowcy pędzili do ostatniej kropli potu, do końcowych metrów toru, do granicy wytrzymałości maszyn. Nad warszawskim placem Trzech Krzyży, gdzie odbył się finał Red Bull As w Karcie, rozgrzane słońcem powietrze mieszało się z zapachem benzyny. Najszybsi zawodnicy ogólnopolskiej rywalizacji stanęli na starcie, by walczyć o główną nagrodę – pojedynek na torze z Jaime Alguersuarim, kierowcą Formuły 1 z teamu Scuderia Toro Rosso. Zmaganiom przyglądała się gwiazda spod znaku Red Bulla – Mark Webber, kierowca zespołu Red Bull Racing, kandydat do zdobycia tegorocznego tytułu mistrza świata. Australijczyk przywiózł ze sobą bolid Formuły 1, którego ryk silnika potrafiłby obudzić somnambulika z najgłębszego snu. Zgiełk, wrzawa, tysiące kibiców, tłum dziennikarzy i fotoreporterów, gwiazdy mediów i piękne hostessy. Finał Red Bull As w Karcie, rozegrany na ulicznym torze wytyczonym wokół placu Trzech Krzyży, przypominał zawody F1 w miniaturze. Przeżycie budzące dreszcz emocji. Nawet u 30-letniego Dariusza Madury, dla którego Formuła 1, wyścigi i rajdy to codzienne paliwo. Od dawna ogląda z pasją wszystko, co przekracza ograniczenia prędkości. Gokarty to jednak nowa pasja. „Rok temu wziąłem urlop od pracy na fermie norek w Holandii i przyjechałem do rodzinnego Tarnowa” – wspomina Dariusz, z zawodu malarz proszkowy. „Mieliśmy wolny wieczór, koledzy zaproponowali gokarty”. Wsiadł, przejechał się i... „Nie chciałem wysiadać!”. Stał się regularnym gościem tarnowskiego toru Speed Race. Gdy usłyszał 58

o zawodach Red Bull As w Karcie, nie namyślał się długo. Przeszedł przez eliminacje, by stanąć w Warszawie oko w oko z głodnymi zwycięstwa rywalami. „Najgorsze było oczekiwanie na wyścig – wspomina Dariusz Madura – walczyłem z emocjami, by zachować spokój”. Bieg półfinałowy. Widownia wiwatuje, wycie silników, gokarty ruszają. Dariusz jest szybki. Na ulicach Warszawy czuje się znakomicie, wychodzi na prowadzenie. Popełnia jednak błąd na dohamowaniu i spada na drugą pozycję, za Remigiusza Markiewicza. Tarnowianin nie odpuszcza, jak cień podąża za rywalem. Na ciasnych nawrotach oba gokarty dzielą centymetry. Kierowcy jadą z precyzją zegarmistrza – szybko, czysto i bezbłędnie. Dariusz wpada na metę drugi, a kibice dziwią się, dlaczego nie próbował atakować lidera. „Jestem łagodnym człowiekiem, nie szarżowałem bez potrzeby – tłumaczy skupiony Madura – moim celem był awans do finału. Drugie miejsce wystarczyło”. Finał. Kulminacja emocji. Robi się gorąco – od przypiekającego jeszcze słońca, pięknych kobiet na trybunach i oparów benzyny w powietrzu. Gdy pada sygnał do startu, Dariusz wyskakuje do przodu z drugiej pozycji startowej. Na pierwszej szykanie obejmuje prowadzenie. Jedzie niczym Stig z „Top Gear” – zero błędów, zero napięcia, zero stresu. Nie ogląda się za siebie. Koncentruje się na szarości asfaltu i rzadko spuszcza nogę z gazu. „Tor okazał się dość łatwy – mówi po wyścigu – hamowałem tylko na nawrotach. Resztę pokonałem pełnym gazem”. Okrążenia mijają, Dariusz pędzi, jakby miał benzynę we krwi. Mknie tempem, które dla rywali jest nieosiągalne. Uzyskuje prawie 8 sekund przewagi. Meta. Wiwaty. Głos spikera podkręcony przez nagłośnienie. Uśmiechy pięknych kobiet. I szczęśliwy Dariusz Madura – jest pierwszy! Teraz nagroda za zwycięstwo, czyli kolejny pojedynek – tym razem z Jaime Alguersuarim. Jeden na jeden z kierowcą Formuły 1. Startują razem, jednak Hiszpan jest minimalnie szybszy i wychodzi na prowadzenie. Dariusz jak cień podąża za rywalem, czekając na jego pomyłkę. Obaj jadą precyzyjnie, unikając nawet drobnych poślizgów. Na drugim okrążeniu Madura podejmuje ryzyko, hamuje późno, za późno. Gokartem zarzuca, bok maszyny ociera się o bandę. Kierowca utrzymuje pojazd w ryzach, jednak traci cenne sekundy. Alguersuari ucieka i śmiga po zwycięstwo, machając do wiwatującej publiki. Madura jest drugi. „Ten wyścig traktowałem jak zabawę” – wyznaje na mecie, okazując niespotykane

opanowanie. „To niesamowite, że dzięki Red Bullowi mogłem zmierzyć się z kierowcą Formuły 1”. Wraca do padoku, gdzie na jego cześć wiwatuje grupka znajomych. „Przyjechaliśmy dopingować Darka – mówi Paweł Leskiw – mam nadzieję, że poczuł nasze wsparcie. Razem ścigamy się na gokartach. Bardzo się cieszymy z tego sukcesu”. Wieczorem nie ma hucznej imprezy. Grupka wsiada do samochodów i wraca do domu. Dariusz może na luzie wychylić kieliszek szampana. Nie prowadzi. Nie ma jeszcze prawa jazdy! Podobnie jak kolejny z uczestników. Gdy zdejmuje kask, faceci czerwienieją z zazdrości. Monika Mazur to atrakcyjna brunetka z Tarnowa, która niejednemu ścigantowi utarła już nosa. Lubi energetyzujące rozrywki. Z gokartami przyjaźni się od dwóch i pół roku, należy do czołówki tarnowskiego toru Speed Race. Ogląda namiętnie Formułę 1 – zawsze razem z tatą. Choć nie ma jeszcze prawa jazdy (będzie mogła zdawać dopiero za rok, niedługo kończy 17 lat), snuje już plany na przyszłość, w której zamierza wskoczyć w szybką rajdówkę. „Znajomi mówią, że jeżdżę agresywnie – opowiada z uśmiechem tarnowska licealistka – dlatego wolę, żeby obok nie było innych kierowców. Monika należy do twardzielek. Potrafi ścigać się na gokartach przez kilka godzin, nie narzekając na ból czy otarcia. „Kiedyś jeździłam tak długo, że na plecach miałam krwawe rany” – wspomina. Na torze znana jest z ekstremalnych wyczynów – wiele razy przepychała się z innymi zawodnikami w ostrej walce, a raz wylądowała nawet na bandzie z opon. Twarda sztuka od niedawna ma jeszcze jedną pasję – strzelectwo sportowe. Karabinkiem kbks operuje wyjątkowo sprawnie. Ostatnio zajęła czwarte miejsce w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży. Ten charakterek poznali uczestnicy zawodów Red Bull As w Karcie. W wyścigu półfinałowym Monika, jedyna kobieta w stawce, startowała z dziesiątej pozycji. „Chciałam ruszyć jak najszybciej” – opowiada. „Niestety, gdy wcisnęłam gaz, silnik się zadławił. Gokart zaczął się powoli toczyć”. Dopiero po chwili silnik wskoczył na obroty. Monika poszła na całość, walczyła jak lwica, przepychała się, atakowała, opóźniała hamowanie. Bez skutku, nie udało się przebić na miejsce premiowane awansem do finału. „Gdyby nie ten start… – mówi na mecie zawodniczka o ksywce „Speedy” – czy płakałam, gdy gokart nie ruszył? Skąd! Porządnie zaklęłam!”.


a kc ja

Nad warszawskim placem Trzech Krzyży rozgrzane słońcem powietrze mieszało się z zapachem benzyny Srebrne kaski, niebieskie kombinezony, skoncentrowany wzrok – Formuła 1 w miniaturze! 59


a kc ja

Kibice machali, czym się dało, dopingując zawodników do walki; Monika Mazur ukryta w czarnej kominiarce; Mark Webber, mistrz F1 uświetnił imprezę pokazem niesamowitych zdolności za kierownicą swojego bolidu 60


a kc ja

Zdjęcie: Lukas Nazdraczew/Red Bull Photofiles

S

zczęścia nie miał także Jakub Litwin. Kierowca ze Szczecina przekonał się, że trzynasty numer potrafi przynieść pecha. 21-latek robił wszystko, by wygrać. W wyścigu półfinałowym świetnie wystartował z pole position i od razu odskoczył rywalom. Jechał szybko. Niestety, po kilkuset metrach silnik podziękował za współpracę. Ma czego żałować, bo na zawody przyjechał perfekcyjnie przygotowany. Plan treningów ustaliła jego mama Małgorzata Serbin, siedmiokrotna mistrzyni Polski w wyścigach samochodowych. Jakub zaczął ostrą zaprawę na długo przed warszawskim finałem. Codziennie podkręcał wytrzymałość: biegał, ćwiczył na siłowni, jeździł gokartem. Wszystko, by zwyciężyć. I zrealizować swoje marzenie. „Chciałbym startować w profesjonalnych wyścigach” – wyznaje. Poznał już smak prawdziwego ścigania się. Brał udział w pucharze wyścigowym KIA Lotos Cup. Pokazał, że ma talent, przyjeżdżał w czołówce. Niestety, kask musiał odłożyć na bok – zabrakło pieniędzy na starty. „Miałem nadzieję, że w Warszawie błysnę i dostrzeże mnie sponsor” – wyjawia. „Jeżdżę na wyścigi od kołyski, mama zawsze zabierała mnie ze sobą. Wiem, że sport bywa okrutny, ale trudno się z tym pogodzić”. Gdy wracał ze spuszczoną głową do boksu, spotkał mamę. Stała bezradna z aparatem fotograficznym, który miał uwiecznić sukces syna. „Nie toleruję minimalizmu” – mówi Małgorzata Serbin. „Żeby coś osiągnąć, trzeba włożyć ponadprzeciętną pracę. Jakub bardzo się starał. Nie zawiódł. W sporcie trzeba jednak walczyć do końca. Nie wolno się poddawać”. Jakub się nie poddał. W ramach rekompensaty został dołączony do wyścigu VIP-ów. Startował z ostatniego pola. Jechał szybko. Bardzo szybko. Wyprzedzał kolejnych zawodników. Na ostatnim zakręcie zaatakował walczących o pierwszą pozycję Bartka Obuchowicza i Jasona Crumpa. Jednym manewrem zostawił ich z tyłu. Na mecie był pierwszy. Tak jak zaplanował. Adrian Chmielowski z Krakowa też chciał wygrać. Choć ma zaledwie 12 lat, a do gokarta wsiadł po raz pierwszy zaledwie pół roku temu, zdążył już pokochać prędkość. Adrian, najmłodszy uczestnik Red Bull As w Karcie, przyjechał na finał do Warszawy z rodzinnym fanklubem. Oprócz rodziców pojawili się dziadkowie, którzy w nocy wykonali podnoszący na duchu transparent. Krakowskiemu kierowcy kibicował też przyjaciel rodziców

Trzech wspaniałych na podium (od lewej): Klaudiusz Łazik, zwycięzca Dariusz Madura oraz Szymon Rogacewicz

– Maciej Steinhof, wicelider europejskiej serii wyścigowej Volkswagen Scirocco R Cup. 12-latek zamierzał atakować rywali na podobieństwo innego szybkiego krakowianina, który w Warszawie zasiadł na trybunach – Karola Basza, zawodnika z zespołu kartingowego Roberta Kubicy. Nie udało się. „Na jednym z zakrętów ktoś na mnie najechał z tyłu, obróciło mnie i było po zawodach” – opowiada na mecie rozczarowany Adrian, opuszczając blond grzywkę. A przecież młody krakowianin kocha prędkość. Zawsze ogląda relacje z Formuły 1. Marzy, by kiedyś wskoczyć do grona najlepszych kierowców świata, idąc w ślady Marka Webbera czy Roberta Kubicy. „Wydaje mi się, że ma talent – uważa ojciec – zostawiamy jednak synowi wolną rękę. Niech sam zdecyduje o przyszłości”. „To niebezpieczny sport” – dodaje głos rozsądku, czyli mama Anna Derlaga. „Przeżywam to wszystko bardzo. Emocje sprawiają, że czasami głos mi się trzęsie”. „Tak właśnie u nas jest” – uśmiecha się Łukasz Chmielowski. „Mama mówi: ostrożnie! A ojciec: ostro!”. Więcej o całym projekcie na: www.redbullaswkarcie.pl

Wyniki finału Red Bull As w Karcie 2010: 1. Dariusz Madura – 8:41.054 2. Klaudiusz Łazik – 8:48.869 3. Szymon Rogacewicz – 8:49.532 4. Rafał Kozikowski – 8:53.131 5. Remigiusz Wacławczyk – 8:53.336 6. Rafał Skotarek – 8:54.370 7. Marcin Landecki – 8:54.511 8. Damian Filipiak – 8:55.378 9. Tomasz Kot – 9:02.747 10. Dariusz Romanowski – 9:05.295 11. Remigiusz Markiewicz – 9:05.573 12. Radosław Skrzypczak – 9:54.466

Kierowcy Formuły 1 muszą być bardzo cierpliwi: „Mark, podrobisz podpis Sebastiana?” 61


a kc ja

NA FALI

Podczas pełni i nowiu przez Amazonię przetacza się w górę rzek potężna fala i dociera daleko w głąb lądu: to pororoca. Ta bestia w magiczny sposób przyciąga surferów. Tekst: Holger Altrichter, zdjęcia: Jürgen Skarwan

Także w tym przypadku Indianinowi wystarczy jedno słowo: „Pororoca” – mówi towarzyszący nam rdzenny mieszkaniec lasów tropikalnych Amazonii i wskazuje palcem na horyzont. „Pororoca” oznacza w języku Indian „wielki, niszczycielski hałas” i odnosi się do olbrzymiej fali. Przykład tego zjawiska daje nam o sobie znać już z oddali – regularnym, cichym terkotem podobnym do odgłosu silnika. Pororoca rodzi się w wyniku zmagań sił natury: nurty Amazonki i jej dopływów wpadają do Atlantyku i wbijają się w ocean na ponad 60 km. Gdy zaczyna się przypływ, natrafia na otwartym morzu na opór wody z rzek. Rzeki są mocne, ale morze jeszcze mocniejsze – w ten sposób tworzą się fale o wysokości do czterech metrów, które są wpychane przez ujścia rzek na wiele kilometrów w głąb lądu. W języku surferów pororoca będzie chyba już niedługo synonimem tęsknoty. Fala ta wpływa bowiem rzekami daleko w górę koryta i można na niej bardzo długo surfować – nawet do 40 minut, jak opowiadano nam przed podróżą. Dopłynęliśmy na miejsce i wyciągnęliśmy nasze trzy niewielkie drewniane łodzie na brzeg. Stoimy po kolana w szlamie u brzegu szerokiej na trzy kilometry rzeki Araguari, płynącej na północ od Amazonki 62

jej młodszej siostry. W łodziach leżą deski, kamizelki ratunkowe oraz wodoszczelne pojemniki na kamery i aparaty. Nasz zespół to przede wszystkim australijska gwiazda surfingu Ross Clarke-Jones oraz Gary Linden, legendarny amerykański surfer produkujący w Kalifornii własne deski. Pozostali członkowie ekipy to Carlos Burle, najsłynniejszy surfer Brazylii i mentor brazylijskiej surferki Mai Gabeiry, oraz Picuruta Salazar – ten ostatni to najlepszy zawodnik z tych okolic. Podobno płynął już kiedyś na pororoce przez ponad 20 minut. Kilka kilometrów od nas znajduje się ujście Araguari do Atlantyku. Na horyzoncie widać na razie przez lornetkę tylko cienką białą kreskę sięgającą prawie od brzegu do brzegu. Jednak stukot i pomruk są coraz głośniejsze, a kreska rośnie i powoli, ale nieustannie zmienia się w falę. Z prędkością ok. 30 mil na godzinę (prawie 50 km/h) nadciąga pororoca. Na naszą pełną przygód wyprawę wyruszyliśmy z posiadającego 1,6 mln mieszkańców Manaus – miasta, które 100 lat temu było niesamowicie bogate. Najlepiej sytuowani mieszkańcy wysyłali podobno rzeczy do prania do Londynu, a dzieci – na nauki do francuskich szkół. Manaus było jednym z pierwszych – w strefie wpływów Zachodu – miast z własną siecią


Piękno, ale o niszczycielskiej sile: fala pororoca powstaje, gdy Ocean Atlantycki wciska w trakcie przypływu (podczas pełni i nowiu) spiętrzone na kilka metrów masy wody do Amazonki, pokonując opór rzeki


Cisza przed falą: ponieważ pororoca zapowiada głośnym pomrukiem swoje przybycie z odpowiednim wyprzedzeniem, ludzie i zwierzęta mają czas na ucieczkę

elektryczną. Błyskawiczny rozwój nastąpił dzięki uprawie kauczukowca, z którego pozyskiwano lateks do produkcji gumy. Upadek był nie mniej szybki – nastąpił, gdy kauczukowce zostały przeszmuglowane do Indonezji, gdzie założono nowe plantacje. Dziś Manaus nie byłoby warte podróży, gdyby nie leżało w sercu Brazylii i Amazonii oraz nie stanowiło świetnej bazy wypadowej do wypraw do ujścia Araguari, źródła pororoki. Naszym domem podczas tygodniowej ekspedycji był statek „Forest II”, 28 m długości, 6 m szerokości, napędzany 700-konnym silnikiem Diesla. Po wyjściu z Manaus „Forest II” sunął z głośnym turkotem przez niesamowitą okolicę, minął Santarém i zagłębił się w krainę zwaną Karaibami Amazonii (przy ujściu Tapajós do Amazonki). Czasem płynął środkiem rzeki, a czasem wzdłuż brzegów, obrośniętych drzewami, zwieszającymi zmęczone gałęzie do wody. Zgodnie z planem „Forest II” miał się przebić kanałem na północ, do Araguari. Kanał był jednak zamknięty i jedynym wyjściem było popłynięcie okrężną drogą, przez morze. Nasz statek zaliczył więc mimowolnie swój morski chrzest. Przez kilka godzin huśtało nami na Atlantyku, a potem poszliśmy znowu na zachód, w kierunku lądu. Po wpłynięciu 64

na Araguari zakotwiczyliśmy za małą wyspą. Dla bezpieczeństwa i z obawy przed pororocą, która bez problemu wywracała już większe statki. Zostało nam tylko kilka godzin snu, bo nadejście fali zapowiadano o świcie. Nasz „Forest II” miał zostać tam, gdzie stał, a do fali zamierzaliśmy dotrzeć na jego bączkach – na tyle zwrotnych, żeby w razie niebezpieczeństwa szybko uciec. O świcie wchodzimy do małych drewnianych łodzi wyglądających jak łupiny orzechów w porównaniu ze stabilnym „Forest II”. Nasz sternik Indio daje znak i odpala doczepiany silnik. Odbijamy. Indio ma – jak wielu Brazylijczyków – azjatyckie korzenie i zwykle pilotuje łodzie w Macapá, najbliższym dużym mieście. Oglądał już pororocę wiele razy, ale mimo to widać po nim napięcie. Ostrzega nas dobitnie, że fala może być bardzo groźna. Jeżeli nakryje człowieka, znajdzie się on w masie wzburzonej wody, która niesie wyrwane drzewa, krokodyle, węże wodne i piranie. Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy drewniana łódź osiada na mieliźnie w płytkiej wodzie przed nadciągającą falą. „Gdyby tak się stało” – mówi Indio – „trzeba wyskoczyć i próbować szybko uciec jak najdalej od łodzi, bo kiedy fala ją nakryje i podrzuci, może was roztrzaskać”.


A kc ja Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Surfować z piraniami

To się nazywa przyjemność: radość ze skoku z saltem na główkę do Amazonki trwa krótko, a doświadczeni zawodnicy surfują na pororoce całymi kilometrami

Atl ant yk

BR

A

Manaus

ZY

LIA Brazylia

Ilustracja: sascha bierl

Rio de Janeiro

r zek a A ra g uar i

65


Wywrotka wzbroniona: ciemne wody pororoki niosą wszelkiego rodzaju rzeczy porwane z plaży, a dodatkowo jadowite węże i piranie

Brazylijska legenda głosi, że bogini Iemanjá złości się czasem na śmiertelników. Szuka wtedy ofiar, a pororoca jej w tym pomaga. Nawet w wielkich miastach na południu opowiada się dzieciom w szkole, że w dzikich północno-wschodnich regionach fala wdziera się do wiosek i zalewa rozległe tereny. Dopiero od 1984 roku pororoca stanowi przedmiot – nomen omen – dogłębnych analiz: wtedy właśnie biolog morski Jacques-Yves Cousteau przeprowadzał w dorzeczu Amazonki różne badania, które zakłóciło jednak wywrócenie łodzi z całym kosztownym wyposażeniem przez falę. Cousteau mówił w swoich relacjach o „ścianie wody”, która pędziła w jego kierunku. Podobne zjawiska obserwuje się na wybrzeżach całego świata – w ponad 60 rzekach i ich odnogach. Znane są np. angielska rzeka Severn i chińska Qiantang. Żadna inna fala nie może się jednak równać z pororocą: różnica pływów przy ujściu Amazonki wynosi co najmniej cztery metry, a po trwającej od października do stycznia porze deszczowej stan wody w rzekach jest bardzo wysoki. My oglądamy pororocę w marcu – jest wtedy „w świetnej formie”. „Problem z silnikiem!” – krzyczy nagle Indio. „Problem z silnikiem!”. Fala sunie prosto na nas. Przygotowujemy się do skoku. W ostatniej chwili 66

Indio uruchamia jednak ponownie doczepiany silnik i udaje się nam uciec. Druga łódź ma mniej szczęścia i osiada na mieliźnie. Nie możemy pomóc. Przyglądamy się tylko bezsilnie, jak trzech pasażerów wyskakuje za burtę i próbuje oddalić się od łodzi. Są jednak ciągle za blisko. Jak wielka paszcza pororoca połyka bączka i ludzi, przeżuwa ich, a potem wypluwa. Łódź ratunkowa krąży po rzece i wyławia jednego po drugim. Joshowi śruba rozorała nogę. Na szczęście wyszedł z wody na tyle szybko, że nie zainteresowały się nim piranie. Gary ma mocno potłuczone plecy, a Renato najadł się tylko strachu. Gary’ego uratowała na szczęście deska surfingowa, którą trzymał w górze jak tarczę i dzięki temu łódź nie uderzyła go bezpośrednio. Pech polega na tym, że deska jest rozwalona („That hurts”). Do niczego się już nie nadaje. Gary ma jednak nadzieję, że on sam wydobrzeje do jutra. Posila się teraz w bufecie u Paola, kuka z „Forest II”. Paolo jest w Amazonii dość sławny. Wcześniej gotował w kambuzie „Seamastera”, na którym nowozelandzki żeglarz Peter Blake przemierzał wody lasów tropikalnych. Blake wygrał dwukrotnie regaty o Puchar Ameryki, a potem pływał po Amazonce w celach badawczych. W grudniu 2001 roku „Seamastera” napadli piraci i zastrzelili próbującego się bronić Blake’a. Paolo nie


A kc ja

Ze względu na niewielki spadek terenu, po którym płynie Amazonka, pororoca może dotrzeć nawet 800 km w głąb lądu, do miasta Óbidos

bez dumy opowiada, jak wtedy schował się w kubryku, wszystko obserwował i zdał potem policji szczegółową relację. Twierdzi, że napad nastąpił niedaleko od miejsca, w którym stoi teraz na kotwicy „Forest II”. Nowy dzień przynosi zmianę na lepsze. Nagle wszystko idzie jak po sznurku. Surferzy wskakują we właściwej chwili do wody i wchodzą na deski. Surfują obok siebie, jeden za drugim, surfują i surfują. Ostatniego fala zrzuca dopiero po niesamowitych 40 minutach. To „lokalny bohater” Picuruta Salazar. Pokonał nawet słynnego Australijczyka Rossa Clarke’a-Jonesa. Wieczorem cała ekipa jest znowu razem na pokładzie „Forest II”, pod osłoną małej wyspy na Araguari. Paolo podaje do stołu, wszyscy mówią jeden przez drugiego, powstaje wielki gwar. Wszystkie rozmowy dotyczą fali. „Fascynujące jest to” – mówi Gary – „że masz tylko jedną szansę. Jeżeli przegapisz pororocę, musisz czekać cały dzień”. Chociaż w ciągu doby są dwa przypływy, a więc dwie fale, tylko jedną z nich można przeanalizować i posurfować na niej. Druga przechodzi nocą i znad rzeki słychać tylko daleki pomruk pororoki. Surfować na najdłużej fali świata: Print 2.0. „Pororoca: Surfing the Amazon. The Longest Wave on Earth” – film dokumentalny (w angielskiej wersji językowej)

67


a kc ja

CZŁOWIEK ZWANY KONIEM Nowojorscy kurierzy rowerowi żyją w zawrotnym tempie. Austin Horse jest najszybszym z nich. Tekst: Anthony Rowlinson, zdjęcia: Thomas Hoeffgen Kiedy widzę dorosłą osobę na rowerze, nie obawiam się o przyszłość ludzkości. H.G. Wells Pojawia się niczym błyskawica. Bum! I już jest obok mnie. Zapamiętać: słowa „teraz”, „za chwilę” i „całkiem szybko” nabierają nowego znaczenia. Austin Horse – „najszybszy kurier rowerowy świata” – postrzega czas inaczej niż ty i ja. Czas potrzebny do wykonania danej czynności jest w jego przypadku skompresowany, przyśpieszony i bardziej intensywny. Żyje w trybie ciągłego przewijania do przodu. Zaledwie dwie, może trzy minuty wcześniej ustalaliśmy miejsce spotkania. „Zaraz tam będę” – zakończył rozmowę w bliżej nieokreślonym punkcie Nowego Jorku, gdzie właśnie dostarczył przesyłkę. Pomyślałem: mam więc czas kupić i wypić kawę. Kupić – tak, wypić – nie. Zdążyłem jedynie dokonać wspomnianego zakupu i wyjść z nowojorskiej Grand Central Station, by spotkać się z nim pod wiaduktem Park Avenue, i w tym momencie Austin zajechał na miejsce, prezentując imponujący ślizg bokiem zakończony perfekcyjnym parkowaniem kilkanaście centymetrów od moich stóp. Z gracją zeskakuje z roweru, wypina specjalne buty i jednym płynnym ruchem pokonuje dzielący nas dystans. Jego widok wywołuje niekontrolowany uśmiech: dostosowany do pokonywania miejskiej dżungli rower z ostrym kołem typu work-horse, kurierskie spodnie, które wyglądają jak standardowe jeansy, ale mają w sobie domieszkę lycry i rozciągliwą gumę w pasie, niepozorna czarna czapeczka z daszkiem i oczywiście masywny plecak z tajemniczą zawartością. Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, jest to niezwykle profesjonalny strój. Tak właśnie wygląda uliczny wojownik przygotowany na każdą ewentualność, z którą przyjdzie mu się zmierzyć w centrum nieprzewidywalnej metropolii. Z czarnymi ray-banami na nosie przypomina nieco Clarka Kenta. Jest chodzącym, a raczej jeżdżącym wulkanem energii. Szybki uśmiech, uścisk dłoni, błysk w oku i spojrzenie świadczące o stałej gotowości do działania.


Heroes Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Najszybszy kurier rowerowy NYC

69


Ac a kc t ijoa n

Nasz służbowy romans był szybki – jak większość rzeczy w życiu Austina – ale zdecydowanie niełatwo było do niego doprowadzić. To bardzo, bardzo zapracowany facet, którego wiecznie gonią terminy, i wygospodarowanie paru chwil dla mediów jest dla niego nie lada zadaniem. Spotkanie z „Red Bulletinem” jest jedną z 20, a może nawet 30 spraw, które ma do załatwienia w betonowo-stalowym lesie Nowego Jorku w ten upalny piątek. By uporać się z nieustającą presją czasu, geografią i logistyką, jego umysł musi pracować równie szybko jak jego pedały. Spotkanie z nami przy Grand Central Station nie stanowi problemu, jeśli znajduje się on – powiedzmy – na Times Square i musi dostarczyć przesyłkę do hotelu Waldorf Astoria przy Park Avenue. Ale przejechanie przez centrum Manhattanu, gdy jest już w East Village i musi dotrzeć do Soho, byłoby czystym szaleństwem. Dostosowujemy się więc do jego rozkładu jazdy i dajemy mu się nieść – wkrótce okaże się, jak wielkie ma to znaczenie. Dzień wcześniej Austin odwiedził nas, by zostawić zapasowy rower, na którym będziemy za nim podążać. Maszyna znajdowała się w magazynie kilka przecznic dalej i by zapewnić „Bulletinowi” odpowiedni środek transportu, Austin przygotował specjalne miejsce dla dziennikarza na jego rowerze transportowym (osobliwa trzymetrowa riksza wyglądająca na wyjątkowo nieporęczną, ale – jak zapewnia Austin – zupełnie przyjemna w prowadzeniu) i w ten sposób wspólnie przebijaliśmy się przez korki wprost do magazynu. Dla osoby nieoswojonej z ulicami Nowego Jorku było to zatrważające doświadczenie – nigdy wcześniej, a tym bardziej nie w zapchanym samochodami Nowym Jorku, nie spotkałem się twarzą w zderzak z taksówką. Moja podróż z komfortem i poczuciem bezpieczeństwa nie miała nic wspólnego, ale dla Austina było to najbardziej logiczne i najszybsze rozwiązanie problemu, „jak w NYC dotrzeć z punktu A do punktu B”. Dla Austina czas to pieniądz, jak dla każdego kuriera rowerowego zresztą, i w firmie Samurai Messengers, w której zyski dzielone są na sześć osób, praca zespołowa ma ogromne znaczenie. „Jesteśmy zespołem, więc gdy biorę wolny dzień, i tak martwię się o moich współpracowników. Każdego dnia pięciu z nas przemierza ulice, a jeden zajmuje się wysyłkami. W naszym wspólnym interesie jest sprawne i wydajne działanie”. Dla kuriera z prawdziwego zdarzenia oznacza to życie w ciągłym ruchu 70

– liczą się energia i eliminacja niepotrzebnych manewrów. Wymagania i dyscyplina związane z takim stylem życia – różne warunki pogodowe, różne godziny, od 80 do 160 km dziennie, realizacja każdego zamówienia, zawsze 25 kg obciążenia – przez ostatnie pięć lat zapewniły Austinowi wyjątkową sprawność fizyczną i umysłową. Doskonale zbudowany, sprytny i zorganizowany 27-latek działa w teraźniejszości, nieprzerwanie myśląc o przyszłości. Jest kurierskim odpowiednikiem króliczka Duracell – wciąż uderza pałeczkami w bęben, podczas gdy cała reszta już dawno wysiadła. Bez wątpienia jest mistrzem w swojej dziedzinie. Każdy, kto choć raz zachłysnął się miejskim powietrzem, wie, jak działają kurierzy – na pozór wyluzowani rowerzyści z gracją pokonujący krawężnikowe przeszkody, dla których znak „ulica jednokierunkowa” to jedynie dekoracja. W przypadku Austina, który wziął kiedyś udział w wyścigu kolarstwa górskiego, wydawać się może, że dostosowuje on nieskończenie zmienne ulice Nowego Jorku do swoich potrzeb. Jeśli udało ci się za nim nadążyć, oznacza to, że pewnie masz na koncie dyplom z operowania rowerem, ekonomii ruchu i filozofii kurierstwa. Zazwyczaj – ponieważ jest to najszybszy sposób – przemieszcza się w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy, pochylając się na boki i sprawnie przemykając wąskimi przejściami. Z imponującą prędkością manewruje między samochodami, od których dzieli go zaledwie kilka centymetrów. Od czasu do czasu zdarzy mu się musnąć autobus lub ciężarówkę, co pomaga mu w zachowaniu równowagi. Jeśli zauważy samochód posuwający się naprzód z odpowiednią prędkością, może pozwoli się przez chwilę poholować. Oczom ospałych kierowców czasem ukazuje się ostrzegawczy ruch ręką prezentowany przez mijającego ich Austina, ale nie jest to wyraz agresji czy złości – w ten sposób przypomina im tylko, że na drodze znajdują się także mniejsze i szybsze pojazdy, dla których musi znaleźć się miejsce. Ten wirtuoz pokonuje korki w pięknym i eleganckim stylu pozbawionym charakterystycznej dla członków peletonu dumy, którą wielokrotnie prezentowali Coppi, Merckx, Indurian czy Armstrong. On prezentuje typowo uliczny styl – głośny, szybki, brudny, oblany potem i wręcz nieludzko precyzyjny. Najszybsi kurierzy potrzebują zaledwie 90 sekund, góra dwóch minut na dostarczenie przesyłki (najdłuższa podróż od jednego klienta


PRZEPRAWA PRZEZ MIASTO Dla nowojorskich kurierów rowerowych nie istnieją dni typowe, ale pierwsze godziny zmiany Austina Horse’a wyglądają zwykle mniej więcej tak: 1. Start, 8 rano, Brooklyn 2. Z domu w Brooklynie przez most Manhattan Bridge do Soho. Często mam tylko 15 min na dostarczenie – nasze najpilniejsze zlecenia 3. Madison Square Park – nasz największy klient, agencja PR. Zdarza się, że jestem tu cztery razy dziennie z projektami reklam, zatwierdzeniami, dokumentami itp. 4. Upper Midtown, tuż przy Central Parku. Wiele firm medialnych w okolicy 5. 86. Ulica – nasz najdalszy regularny klient

5

86th Street Union City

6. West Side: 601 West Houston 7. Wzdłuż West Side: warsztat w Chinatown 8. Powrót do Soho, ponownie tylko 15 min na zlecenie 9. Mój ulubiony sklep rowerowy w East Village (jeśli mam szczęście i czas) 10. Avenue B pomiędzy 12. a 13. Ulicą 11. Kawa: moja ulubiona kawiarnia na 29. Ulicy pomiędzy Broadwayem a 6. Ulicą 12. Biuro RBNY, by zaopatrzyć się w Red Bull Colę 13. Biura Time’s Up: 9 South 6. Ulica

Hells kitchen

4

Upper Midtown

11

3

West Side 6

Soho 2

8

9

10

East Village

12 Little Italy

Chinatown

7

Tribecca

13

Brooklyn Brooklyn Naval Yard

1

71


Action

do drugiego trwa nie więcej niż 15 minut), w końcu nawet najgorszy korek nie stanowi dla nich przeszkody. Austin mówi o ogromnym znaczeniu umiejętności „płynięcia z prądem” miejskiej dżungli: „Musisz płynąć, a raczej jechać z prądem” – wyjaśnia – „nie możesz się przeciwstawiać, musisz zrozumieć zasady rządzące ulicami, poczuć ich rytm i wykorzystać tę wiedzę”. Jego kolega kurier Josh Godar (aka „Sweets”) potwierdza: „Gdy masz dobry dzień, czujesz pewnego rodzaju więź z ulicami, ze wszystkim, co cię otacza – jak ryba w wodzie. Czujesz, że płyniesz z prądem. To zupełnie jak gotowanie – nic na siłę, po prostu odpręż się. Wczuj się w naturalne tempo. Na drodze musisz zapomnieć o własnym ego”. Może i brzmi to jak jakaś filozoficzna paplanina, ale wystarczy popatrzeć na tych facetów w akcji, żeby zrozumieć, o co w tym tak naprawdę chodzi. Austin jest oszałamiająco szybkim riderem, któremu udaje się połączyć zawrotne tempo z imponującymi umiejętnościami umożliwiającymi swobodne skakanie po chodnikach, zupełnie jakby w ogóle ich nie było, natychmiastowe zatrzymanie się w bezruchu z nogami na pedałach lub ślizg bokiem kontrolowany jedynie siłą jego ud. Jest do tego stopnia pewny siebie, że podczas chwilowej jazdy nieograniczonej korkami jest w stanie wziąć do ręki swój telefon BlackBerry, obrócić się i zrobić mi zdjęcie bezlitośnie pokazujące, jak wiele wysiłku kosztuje mnie utrzymanie jego tempa, a następnie zamieścić post na Twiterze o zwięzłej treści: „Spędzam dzień, jeżdżąc z Red Bulletinem”. Gdyby nie było to dla niego aż tak łatwe, pomyślałbym, że się popisuje. „Czasem naprawdę szybko przebijam się przez korek, zostawiając w tyle zrezygnowanych ludzi poruszających się dwa metry na minutę, niewiedzących, jak długo to jeszcze potrwa. Kombinacja różnorodnych czynników sprawia, że zostają momentalnie unieruchomieni i zupełnie bezsilni. Mnie to nie dotyczy. Ja czuję się odpowiedzialny za wszystko, co robię, panuję nad sytuacją. Sam podejmuję decyzję, by wjechać między samo72

chody, przyśpieszyć w danym momencie, gwałtownie skręcić. Miło jest mieć pełną kontrolę” – mówi Austin. Liryczny ton jego wypowiedzi ukazuje romantyczną, a nawet duchową stronę bycia kurierem rowerowym, który przemierza stolicę marzeń i magii. Fakt, że Austin jest emocjonalnie związany z tym miastem, nie jest żadnym zaskoczeniem: „Oczywiście Nowy Jork to niesamowite miejsce oferujące wspaniałe możliwości. Jedną z rzeczy, które uwielbiam, jest fakt, że w pewnym sensie jest to środek wszechświata. Rzeczy mają tu swój początek i koniec. A nawet jeśli tutaj się nie narodziły, to po prostu się tu pojawiają, a ja mogę w tym uczestniczyć, ponieważ mam pracę, w której środek transportu otwiera wiele drzwi. Pozwala mi to na zrobienie tylu rzeczy – na przykład mogę być na wiadukcie Park Avenue i spoglądać na wspaniały widok rozciągający się z Grand Central: spacer nie jest najlepszą opcją, a tym bardziej podziwianie miasta zza szyby samochodu”. Chętnie dzieli się swoim wyjątkowym spojrzeniem na to wyjątkowe miejsce i zapamiętale pedałując wzdłuż Brodwayu w kierunku Union Square oraz Flatiron District i jednocześnie sprytnie manewrując swą maszyną, by uniknąć stłuczek, ominąć koleiny i dziury, wspomina o kulturalnych rozrywkach, jakie w tym tygodniu oferuje Nowy Jork. Artysta Anthony Gormley udekorował miasto naturalnej wielkości postaciami samego siebie przyczajonymi na krawędziach betonowych, ceglanych i stalowych gmachów. Pamiętając o bliźnie, jaka na zawsze zostanie już po zamachu na WTC, wyjaśnianie symboliki tych „skoczków” nie jest konieczne. Momenty takie jak ten – przelotne, ale nieustannie powracające – sprawiają, że praca Austina nie jest tylko pracą. „Dobry dzień” – mówi – „to taki, podczas którego odwiedzasz wiele wyjątkowych miejsc, a różnorodność zleceń stanowi dla ciebie wyzwanie. Musisz nieustannie kombinować i być w stałym ruchu”. Ale zawsze można znaleźć jakąś rysę na szkle. Zaledwie kilka tygodni wcześniej Austin został dosłownie zrzucony z roweru,


a kc ja

a ostatnio jego kolega Samurai stał się ofiarą wypadku, którego sprawcą był agresywny kierowca taksówki, bezdusznie uciekający z miejsca zdarzenia. Blog Samurajów (http://samuraimessenger.blogspot.com) tak przedstawia tę historię: „Sezonowy terror – wczesna wiosna drażni się z kurierami rowerowymi, dając im namiastkę letniego ciepła, by zaraz potem uderzyć nocnymi przymrozkami, zalać twarz zimnym deszczem, a w tym roku dodatkowo falą agresji z ogromną siłą uderzającą w rowerzystów. Jeden z naszych partnerów-założycieli, Dan G, wracał właśnie do domu, gdy został dosłownie zmieciony na bok Bleeker St. Uderzyła w niego taksówka, która próbowała natychmiast opuścić miejsce zdarzenia, ale na szczęście dogonił ją nasz przyjaciel Bill, zablokował kierowcy drogę i zadzwonił po policję. Nadgarstek Dana jest złamany – tak poważnie, że konieczna jest interwencja chirurga”. Takie sytuacje, niestety, także zdarzają się w życiu kuriera. Władze zazwyczaj przymykają oko na poczynania kurierów „niezauważających” znaku „stop”, ale gdy dochodzi do konfrontacji, sytuacja się zmienia: „Policjanci generalnie ignorują kurierów. Myślę, że rozumieją, że odgrywamy ważną rolę w życiu miasta i zazwyczaj działamy rozważnie i ostrożnie. Ale jeśli dojdzie już do sytuacji, w której interwencja policji jest konieczna, nie zawsze są po naszej stronie”. I nie zapominajmy, że praca na dwóch kółkach wiąże się ze sporym niebezpieczeństwem. Na każdym kroku napotykasz na plamy oleju, włazy, autobusy, samochody, tramwaje i pieszych. Nie można sobie pozwolić na strach. „Czy ja się czasem boję?” – zastanawia się Austin. „Nie bałem się nawet na początku kariery . W ruchu ulicznym czuję się jak ryba w wodzie, więc nigdy się nie boję. Mam szczęście – nigdy nikt mnie nie ścigał z zamiarem potrącenia, a czasem się to zdarza. Zależy to poniekąd od drogi. Jeśli jest szeroka, jesteś bardziej wystawiony na niebezpieczeństwo. Ja po prostu wierzę, że ludzie nie są psychopatami. Oczywiście zawsze jest szansa, że trafisz na wyjątkowo zestresowanych kierowców nieradzących sobie z emocjami...”. Wypadki są ryzykiem, z którym musisz się liczyć każdego dnia. Zupełnie jak sportowcy kurierzy muszą wierzyć, że uda im się uniknąć jakichkolwiek komplikacji. „Dla własnego bezpieczeństwa musisz być świadomy tego, co się dzieje wokół ciebie, i brać odpowiedzialność za własne czyny” – zapewnia Austin. „Często zdarza się, że samochód przed tobą niespodziewanie zawraca, więc musisz natychmiast zareagować, by uniknąć kolizji. Od poważnych kontuzji lub nawet śmierci dzielą cię dosłownie centymetry”. Groźna jest ci także powszedniość tej pracy. Jeśli nie angażujesz się emocjonalnie i fizycznie, szybko dopadnie cię monotonia – będzie to tylko dostarczanie paczek do kolejnych biur. Dzisiaj między paczkami Austina znaleźć można pakunek dla butiku projektanta mody pełen piór, projektów i poufnych dokumentów. „Generalnie nie ma w tym nic skomplikowanego” – zapewnia – „ale musisz skupiać się na oszczędzaniu czasu i energii – liczy się nawet ułożenie torby w odpowiedniej pozycji i optymalne ułożenie paczek. Ważna jest także umiejętność dyskretnego wślizgiwania się do budynku i unikania czasochłonnego spotkania z ochroną”. Rzeczywiście, dla kuriera, który dzielnie i z zapałem sprawdza

„ NIE MOŻESZ SIĘ PRZECIWSTAWIAĆ, MUSISZ ZROZUMIEĆ ZASADY RZĄDZĄCE ULICAMI, POCZUĆ ICH RYTM”

ograniczenia swej egzystencjalnej sytuacji, praca ta może być niezwykle satysfakcjonująca. Austin wspomina o wyróżniającym się kurierze w szkarłatnym kombinezonie i pasującym do niego kapeluszu. „Oto Sarge” – wyjaśnia. „Widuję go dość często. To prawdziwy unikat. Każdego dnia ma na głowie kapelusz w innym kolorze. Nie wiem, czy jest w tym jakaś zasada”. Jest to także wyjątkowo ożywczy styl miejskiego życia. Ponownie Josh Godar: „Mam konkretny powód, by to robić. Nie dlatego, że jestem szalony lub uwielbiam jazdę na rowerze. Praca ta daje niesamowite poczucie wolności i spełnienia. Wielu z nas posiada tytuły i dyplomy, które zapewniłyby nam bardziej konwencjonalne zawody, ale to jest właśnie to, co chcemy w życiu robić. Myślę, że turyści też nas lubią. Londyn, Tokio, Berlin... Jesteśmy częścią krajobrazu” – stwierdza, puszczając oko. Każdego dnia, 24 godziny na dobę, 365 dni w roku, ulice Nowego Jorku przemierzają 2 tys. kurierów, którzy tworzą swoistą rodzinę. Jednak Austin nie czuje się członkiem „bractwa”: „Nie jesteśmy jakimś ekskluzywnym klubem. Dla wielu nie stanowi to nawet ogromnej części ich osobowości, ponieważ tak wielu ludzi wykonuje ten zawód. Istnieje jednak niewielka grupa entuzjastów – i ja do niej należę – dla których bycie kurierem rowerowym jest ważną częścią tego, kim jesteśmy [Austin żartuje, że jego dziewczyna doskonale dba o to, by nie myślał o rowerze, gdy na nim nie siedzi]”. Tego typu pogoń za pieniądzem zabija piękno tej pracy. A przecież ile radości daje próba pobicia swojego najlepszego czasu na regularnej trasie, chęć zostania pracownikiem miesiąca czy podziwianie spontanicznych wydarzeń ulicznych. „To dopiero jest zabawa” – szczerzy się Austin. „Czasem na ulicy spotyka się dwóch kurierów, wystarczy jedno spojrzenie i zaczyna się wyścig między samochodami”. Odbywają się też bardziej zorganizowane wyścigi. Austin dwa razy wygrał Mistrzostwa Ameryki Północnej Kurierów Rowerowych, a w 2007 roku jako pierwszy dotarł do mety podczas pierwszych Mistrzostw Świata w Irlandii, ale ze względów formalnych został zdyskwalifikowany. Choć wyróżnienia te z pewnością są satysfakcjonujące, nie są głównym celem kuriera rowerowego. Częściowo jest to praca, częściowo źródło adrenaliny, częściowo styl życia. A do tego wszystkiego dochodzi aspekt socjologiczno-polityczny. Na rowerze Austina widnieje naklejka „One Less Prius”, a weekendy spędza on na wycieczkach rowerowych, które sam organizuje – ostatnio była to 50-kilometrowa wyprawa z Manhattanu do nowego stadionu piłkarskiego Red Bull New York w Harrison w New Jersey. Wierzy, że tego typu rozrywki odgrywają ważną rolę w procesie wyzwolenia Amerykanów (i reszty świata) od pojazdów motorowych, od których są tak uzależnieni. „Aktywnie działam w szeregach jednej z nowojorskich organizacji ekologicznych (www.times-up.org) i wspólnie staramy się zachęcić mieszkańców Nowego Jorku do jazdy na rowerze. Głównym środkiem transportu w USA przez większą część minionego stulecia były pojazdy motorowe, ale teraz polityka transportowa nareszcie się zmienia – rowery odgrywają coraz większą rolę”. Podczas tej krótkiej przerwy na kawę i odrobinę siodełkowej filozofii Austin w końcu zdradza mi sekret kurierów pozwalający przeżyć na najbardziej niebezpiecznych i nieprzewidywalnych ulicach świata. „Nie musisz wszystkiego robić najszybciej, jak się da” – mówi. „Jeśli masz dwie godziny na dostarczenie przesyłki, to po co robić to w 20 minut? Najlepsze, czego uczy ta praca, to cierpliwość”. Lub – jak ujął to inny, nieco słynniejszy kolarz wyścigowy – „it’s not about the bike” (ang. nie chodzi tu o rower). Print 2.0. Rowerem przez Nowy Jork

73


a kc ja

EKSPLOZJA TANCERKI

Żeby zapamiętywać 40-cyfrowe liczby, potrzeba tylko kilku zwariowanych orgii we własnym przedpokoju. Reportaż wprost z głowy dwukrotnego rekordzisty świata w zapamiętywaniu Johannesa Mallowa. Tekst: Stefan Wagner, ilustracje: Andreas Leitner

Pieniąca się kostka mydła całuje na brązowym krześle w przedpokoju kłapiącego paszczą krokodyla, którego przejeżdża ciężarówka załadowana po brzegi soczystymi pomidorami. Pomidory spadają na lustro, pękają jak popcorn i rozkwitają w postaci podobnych do elfów tancerek, które wchodzą na lampę i eksplodują podczas obrotów, zmieniając się w ostre, zębate noże do chleba. Noże pędzą w kierunku lasu pokrywającego kanapę w salonie i wkręcają się drżącymi ruchami w korony drzew. Cały las zmienia się w plantację noży do chleba. Potem z kolumny głośnikowej wyskakuje stara babina w chustce, połyka jedno po drugim wszystkie drzewa, i beka. Tak mniej więcej wygląda numer telefonu zapisany w głowie Johannesa Mallowa. Johannes ma 29 lat, mieszka w stolicy Saksonii-Anhalt, Magdeburgu, bada na tamtejszym uniwersytecie mózgi mistrzów zapamiętywania, uczy technik pamięciowych i jest jednym z najlepszych „zapamiętywaczy” na świecie. Podczas Mistrzostw Świata w Bahrajnie w 2008 roku zajął trzecie miejsce, ustanawiając dwa rekordy świata: nikt w ciągu pięciu minut nie zapamiętał tylu co on 40-cyfrowych liczb (dziesięciu) i nikt nie przyswoił sobie w pięć minut większej liczby dat fikcyjnych wydarzeń historycznych (99). Podczas MŚ w 2009 roku w Londynie był już drugi, poprawił rekord świata w datach historycznych na 118. Coś takiego jest możliwe tylko dzięki wirtuozerskiemu opanowaniu bekających babin i pękających 74

pomidorów. Spełnienie innych warunków nie jest konieczne, twierdzi Mallow. „Nie jestem żadnym supermózgiem. Każdy tak potrafi – teoretycznie”. I opowiada, że kiedyś po występie w telewizji nie potrafił przypomnieć sobie od razu numeru PIN do swojej komórki. Chaos i porządek Johannes Mallow funkcjonuje jak wszyscy wyczynowi zapamiętywacze: nie jak gąbka, która wszystko wchłania i nie potrafi niczego zapomnieć (są, niestety, i takie – wymagające leczenia – przypadki), lecz jak kura, która chodzi po podwórku życia i wydziobuje to, co opłaca się zapamiętać. Mallow wykorzystuje do „sortowania ziarna” techniki, których elementy są znane już od ponad 2 tys. lat i opierają się na bardzo prostej zasadzie: człowiek zapamiętuje obrazy i emocje łatwiej niż liczby i fakty. A wspomniane wybuchające, podobne do elfów tancerki działają w przypadku obrazów i emocji znacznie lepiej niż na przykład owsianka bez cukru. Sportowa klasa wyczynowego zapamiętywacza zależy więc głównie – jak twierdzi Mallow – od tego, jak łatwo zapadają w pamięć jego obrazy. Zapamiętywacz bez wybujałej fantazji jest jak maratończyk z astmą. Aha, jeszcze jedno: nie należy być – hmm – zbyt cnotliwym; naprawdę dobre obrazy zwykle nie nadają się dla dzieci. Kiedy Johannes Mallow podejmie już decyzję, że coś zapamięta, w jego mózgu dzieją się niesłychane


Action

Tak wygląda gra w karty zapamiętywana w głowie Johannesa Mallowa.


a kc ja

...TRZEBA UWAŻAĆ, ŻEBY PODCZAS MŚ NIE WISIAŁ GDZIEŚ BANAN Z OSTATNIEJ LISTY ZAKUPÓW!

76

i idziemy kolejno do kanapy, komputera, okna, telewizora itd. Drugi szlak to np. droga z domu na uniwersytet: supermarket, kiosk z papierosami, skrzyżowanie. Trzeci to własne ciało od dołu do góry: palec u nogi, kostka, goleń itd. Poszczególne punkty na szlakach Mallow wykorzystuje jako „haki”, do których przyczepia obrazy – tworzy z nich animowane filmiki, które z kolei można przekształcić z powrotem w liczby, litery, dane czy kolejno zrzucane karty. Pieniąca się kostka mydła (jako symbol trzycyfrowej liczby) całuje więc – na prawdziwym krześle (haku) w przedpokoju Mallowa – krokodyla (symbol). Pomidory (symbole) uderzają o lustro w przedpokoju (hak), a stara babina (symbol) beka sobie gdzieś w sypialni Johannesa, tworząc stosunkowo łatwy do zapamiętania obraz. Szlaki sprawdzają się jako pomocnicy także na co dzień: zastępują Mallowowi terminarz, notatnik i książkę telefoniczną (chyba że za tydzień są właśnie zawody – wtedy szlaki muszą być wolne, żeby podczas mistrzostw świata nie wisiał na nich gdzieś banan z ostatniej prawdziwej listy zakupów). Drugie życie Johannes Mallow wychowywał się w Rathenow, niewielkim mieście koło Berlina. Był zdolnym chłopcem, wzorowym uczniem, grał w tenisa stołowego. Gdy miał 14 lat, podczas jednej z lekcji wuefu nauczyciel kazał mu przerwać bieg i wysłał go do lekarza. „Idź się zbadać. Jakoś dziwnie kulejesz”.

Zdjęcie: Dirk Mathesius

Johannes Mallow, ur. 7 czerwca 1981, wychowywał się w Rathenow k. Berlina. Mieszka w Magdeburgu i pracuje na tamtejszym uniwersytecie. Jest nie tylko wyczynowym zapamiętywaczem (od 2003 roku). Jako wolny strzelec prowadzi także treningi pamięci. Mallow jest trzykrotnym mistrzem północnych Niemiec w zapamiętywaniu (2006–08), mistrzem Niemiec i zdobywcą trzeciego miejsca na MŚ (2008) oraz dwukrotnym rekordzistą świata (w kategoriach daty i speed numbers). Internet: johannes-mallow.de

rzeczy. Dokonuje on „transkrypcji” liczb, twarzy, nazwisk i pojęć na zwariowane filmy, w których jako aktorzy występują symbole cyfr, liter, kart i dat. Zero zmienia się w jajko, dwójka – w łabędzia, król karo – w dyrektora cyrku, a król trefl – w sędziego. Mallow wyćwiczył z biegiem lat setki takich odpowiedników i są one teraz dla niego oczywiste. Większość uczestników zawodów w zapamiętywaniu ma w głowie gotowe symbole liczb od 0 do 99. Mallow poszerzył ten zakres i po specjalnym półrocznym treningu doszedł do 999. Chytrze sprawdzam Johannesa niespodziewanym pytaniem: „Czym jest na przykład liczba 563?”. „Sitem”. Tak jak zwykli ludzie tabliczkę mnożenia – Mallow ma opanowany olbrzymi zbiór swoich symboli. Pierwszy krok to powiązanie ich ze sobą przy użyciu jak największej dawki fantazji. Powstaje wtedy – w najlepszym przypadku – niesamowity chaos. Aby na jego podstawie móc prawidłowo „odszyfrować” zapamiętaną informację, trzeba ustalić odpowiedni porządek – z 13 nie powinno zrobić się 31 (albo w przypadku zawodów – patrz informacje w ramce – z 1245678912342566483298762348760903765482 nie powinno powstać 142567891234256648329876 2348760903765428). Za ten porządek odpowiadają tzw. szlaki, czyli połączone liniowo punkty znane z codziennego życia. Dobry zapamiętywacz zna kilkadziesiąt takich szlaków. Pierwszy szlak w głowie Mallowa wiedzie przez jego mieszkanie: wchodzimy z korytarza, mijamy lustro, wkraczamy do salonu


A kc ja

JEDENASTA DYSCYPLINA MŚ JEST NIEOFICJALNA: UCZESTNICY NAZYWAJĄ JĄ „CZYSZCZENIEM SZLAKÓW” DZ I E S I ĘĆ DYS C Y P L I N M Ś

TRZY DNI MYŚLENIA Mistrzostwa świata to dziesięciobój pamięciowy rozgrywany w ciągu trzech dni. W październiku 2008 roku w Bahrajnie Mallow zajmował po siedmiu konkurencjach drugie miejsce, z dorobkiem 5400 punktów. Od późniejszego mistrza świata Bena Pridmore’a dzieliło go tylko 100 punktów. W ostatnim dniu zawodów Gunther Karsten zepchnął Mallowa na trzecie miejsce. DZIESIĘĆ DYSCYPLIN MŚ ABSTRAKCYJNE OBRAZY: pięć czarno-białych (naprawdę bardzo abstrakcyjnych) obrazów tworzy serię. Zawodnikom pokazuje się 50 takich serii. Po 15 minutach na zapamiętanie trzeba odtworzyć możliwie jak najwięcej serii we właściwej kolejności. Gunther Karsten ustanowił podczas MŚ 2008 nowy rekord świata, uzyskując 276 punktów. NAZWISKA I TWARZE: uczestnicy mają 15 minut na zapamiętanie 110 twarzy i przyporządkowanych do nich nazwisk – azjatyckich, europejskich, amerykańskich. Następnie pokazuje się tylko twarze, a zawodnicy muszą z pamięci przyporządkować do nich nazwiska.

Za każde prawidłowe imię i nazwisko otrzymuje się jeden punkt. MARATON LICZBOWY: 60 minut na zapamiętanie, dwie godziny na odtworzenie. Trzeba bezbłędnie podać z pamięci 40-cyfrowe liczby. Przy jednym błędzie odejmuje się połowę punktów, przy dwóch – liczba nie jest zaliczana. LICZBY BINARNE: przez 30 minut trzeba zapamiętać jak najwięcej 30-cyfrowych liczb składających się z samych zer i jedynek. Punktacja taka sama jak w maratonie. Speed Numbers: pierwsza konkurencja drugiego dnia zawodów. Pięć minut na zapamiętanie 40-cyfrowych liczb. Mallow odtworzył bezbłędnie ponad dziesięć takich liczb, uzyskał 405 punktów i ustanowił nowy rekord świata. DATY Z HISTORII: pięć minut na zapamiętanie dat 120 fikcyjnych wydarzeń (np. oblężenia Monachium przez Górnych Egipcjan 2 kwietnia 1632 r.). Koronna dyscyplina Mallowa („Jestem w tym nie do pobicia”), 111 prawidłowych odpowiedzi, rekord świata. SŁÓWKA: z listy ułożonych przypadkowo słów (przetłumaczonych na język wybrany przez

uczestnika) należy odtworzyć ich jak największą liczbę w prawidłowej kolejności. MARATON KARCIANY: 60 minut na zapamiętanie we właściwej kolejności jak największej liczby talii 52 kart. Najsłabsza dyscyplina Mallowa. Zapamiętał tylko 10 talii, co pozbawiło go szans na mistrzowski tytuł. LICZBY MÓWIONE: pierwsza konkurencja trzeciego (ostatniego) dnia zawodów. Przez 400 s czyta się uczestnikom na głos cyfry (jedną na sekundę) – do późniejszego odtworzenia. Speed Cards: królewski sprint to jak najszybsze zapamiętywanie kolejności zrzucanych w rozgrywce 52 kart. Mistrz świata Ben Pridmore opracował własną technikę: symbolem nie jest pojedyncza karta (np. dyrektor cyrku to u Mallowa król karo), tylko kombinacja dwóch kart. Trzeba wtedy co prawda zapamiętać 2704 symbole zamiast 52, ale dzięki temu Pridmore jest królem tej dyscypliny. Jedenasta dyscyplina jest raczej nieoficjalna i nosi nazwę „czyszczenie szlaków”. Tak uczestnicy zawodów nazywają imprezkę po ich zakończeniu.

77


a kc ja

Moje pierwsze słowa... Ja k dzienni k a r z „Red B u lle t inA” St e fa n Wag ne r u k ł a da ł s o bie w g łowie n oż e d o c h leba , s ło nie i dy r e kto rów cy r ku. Żeby scharakteryzować moje zdolności pamięciowe, wystarczy wspomnieć, że wyruszając na spotkanie z Johannesem Mallowem, dwukrotnym rekordzistą świata w zapamiętywaniu, zostawiłem w hotelu notatnik. Nie mam wrodzonego talentu do utrzymywania w głowie informacji. Siedziałem więc z pożyczonym notatnikiem w pokoju Mallowa, który stwierdził: „Każdy może w ciągu 10 minut zapamiętać we właściwej kolejności 40 dowolnych pojęć”. Odparłem: „Nie każdy”. Zaoponował: „Każdy!”, a potem „zaprosił mnie” do mojego własnego pokoju. Kazał mi przejść przez ten pokój w myślach – od wejścia, wzdłuż ścian, zgodnie z ruchem wskazówek zegara – i zapamiętać 10 charakterystycznych punktów. Okay: drzwi do pokoju (1), telewizor (2), sprzęt grający (3), okno (4), stara kanapa (5), narożny stolik (6), nowa kanapa (7), drzwi do sypialni (8), piec kaflowy (9), stół (10). Powtórzyliśmy to kilka razy i zapamiętałem te 10 punktów. „Dobra” – powiedział Mallow – „to twój pierwszy szlak”. Następnie rzucił 10 dowolnych pojęć: nóż do chleba, pomidory, klown, słoń, wiadro z wodą, jeż, gumka do ścierania, jogurt, wata cukrowa i dyrektor cyrku. „Zapamiętasz je w ciągu pięciu minut” – oznajmił. Teraz chodziło o to, żeby umieścić

te pojęcia w poszczególnych punktach mojego „szlaku” – używając przy tym jak najdziwniejszych skojarzeń. „Narób hałasu i smrodu, poczuj obrzydzenie – to mają być absurdy” – powiedział Mallow. „W przeciwnym razie tego nie zapamiętasz”. Pokroiłem więc w myślach nożem drzwi do pokoju („Bardzo dobrze – skomentował Mallow – ale działaj ostro, posiekaj je na kawałeczki”), pomidory rozgniotłem na telewizorze („Musisz go naprawdę uświnić, bo inaczej nie zapamiętasz”), z talerza odtwarzacza wybiegł klown („Niech coś krzyczy, usłysz jego krzyk!”), przez okno wyskoczył słoń i dokądś uciekł („Musi przy tym głośno trąbić!”), na starej kanapie stało wiadro z wodą („Niech się przewróci i kompletnie zaleje kanapę, jasne?”), na narożnym stoliku tańczył jeż („Najlepiej niech zrobi striptiz, taki naprawdę wyuzdany, najprawdziwszy jeżowy striptiz”), gumka do ścierania szalała po nowej kanapie i zostawiła na niej paskudne czerwone i niebieskie ślady („Dobrze!”), na drzwiach do sypialni rozlał się jogurt („Tak jest, ale masz czuć obrzydzenie, gdy łapiesz za klamkę”), w piecu kaflowym spaliła się wata cukrowa – cały pokój był zadymiony i śmierdział („No, proszę, szybko się uczysz!”), a na stole siedział dyrektor cyrku („Za nudne, zapomnisz”).

Powtórzyliśmy sobie te 10 sytuacji (Mallow musiał mi pomóc przy jeżu, któremu przez nieuwagę nie dałem zrobić striptizu, ale dyrektora cyrku nie zapomniałem, bo pamiętałem, jak Johannes twierdził, że zapomnę). Potem rozmawialiśmy o zapominaniu w kontekście higieny pamięci. Innymi słowy: szlak musi być przecież wolny, żeby można było go wykorzystać. Mallow wyjaśnił mi, że po pierwsze, w ludzkim mózgu jest mnóstwo miejsca na szlaki, więc każdy sobie poradzi, a po drugie, że mało ważne sprawy człowiek i tak szybko zapomina – np. Johannes nie pamięta już oczywiście ani jednej z 40-cyfrowych liczb, które zapamiętywał podczas mistrzostw świata. A potem zapytał: „Pamiętasz jeszcze te 10 pojęć?”. Zamknąłem oczy, pogrążyłem się w lekko surrealistycznym filmie i powiedziałem: „...nóż do chleba..., pomidory..., klown..., słoń..., wiadro z wodą, hmm, jeż!..., gumka do ścierania..., jogurt..., wata cukrowa... i dyrektor cyrku”. To było 10 pojęć, a cała akcja nie trwała nawet 10 minut. Kilka minut później ułożyliśmy nowy szlak – tym razem w mojej sypialni – i umieściliśmy na nim kolejne 10 pojęć. Johannes Mallow był z siebie zadowolony.

...i wasze pierwsze liczby

Krok 1: szlak. Przy czterech trzycyfrowych liczbach wystarczą cztery punkty (tzw. haki) – np. cztery części ciała: stopy, kolana, biodra, barki. Krok 2: symbole. Mallow stosuje system wykorzystujący formę graficzną cyfr i uzupełnia go alternatywnie odpowiednio skojarzonym pojęciem: 0 = jajko/kura, 1 = drzewo/drwal, 2 = łabędź/pióra, 3 = trójząb/diabeł,

78

4 = krzesło/dziecko, 5 = pięć palców/dłoń/ja, 6 = żmija/ząb, 7 = siedmiu krasnoludków/ śpiew, 8 = bałwan/śnieg/bitwa na śnieżki, 9 = balon/klown. Krok 3: historyjki powiązane z punktami na szlaku (hakami) pozwalają stworzyć właściwą kolejność: na moich stopach (hak I) drwal („1”) rozwala siekierą jajko („0”), z którego

wychodzi bałwan („8”). Na moich kolanach (hak II) dziecko („4”) kiwa się na krześle („4”). Przewraca się i łamie sobie rękę w okolicach dłoni („5”). Z biodra (hak III) wychodzi mi żmija („6”) i pełznie w górę po drzewie („1”), w którego koronie siedzi siedmiu krasnoludków („7”). Na barkach stoją mi dwa bałwany („8”, „8”) rzucające w siebie śnieżkami („8”).

Ilustracja: stefan stratil

Za inwest ujcie pięć min u t i za p o mnijcie o p ro blem ac h z za pa mię t ywa niem n u me ru ko n ta (P r zyjmijmy, ż e to 108 445 617 888).


A kc ja

„TO NIEPOJĘTE, ŻE DZIECIOM W SZKOLE NIE POKAZUJE SIĘ METOD ŁATWIEJSZEGO ZAPAMIĘTYWANIA MATERIAŁU” Zdiagnozowano zanik mięśni. W międzyczasie ta uwarunkowana genetycznie choroba rozwinęła się u Mallowa na tyle, że krawężniki są dla niego istotną przeszkodą, a gołoledź, śnieg i wiatr – poważnymi zagrożeniami: „Jeżeli upadnę, nie wstanę bez czyjejś pomocy”. Mallow nie podziela pesymizmu opiekujących się nim lekarzy – liczy na niespodziewany przełom w badaniach genetycznych – i ani myśli dać się pokonać chorobie. Były oczywiście lata, „gdy mocno się nad sobą użalałem” – mówi. Taki stan trwał od 16. do 22. roku życia Johannesa. Ale później, od 2003 roku, Mallow rozpoczął drugie życie. Na RTL leciał właśnie program „Die Grips-Show”, w którym Gunther Karsten, ikona niemieckich zapamiętywaczy, uczył na żywo gwiazdę TV Veronę Feldbusch, jak we właściwej kolejności odtworzyć 20 liczb. Mallowowi spodobało się to. Zaczął szukać w internecie informacji o wyczynowym zapamiętywaniu, a już w 2004 roku wziął udział w mistrzostwach północnych Niemiec i zajął trzecie miejsce. Potem mistrzostwa ogólnokrajowe (siódme miejsce), w 2005 roku pierwszy występ w MŚ, a w 2008 – pierwszy tytuł mistrza Niemiec. Brąz w Bahrajnie (październik 2008) był pierwszym medalem MŚ zdobytym przez nowicjusza w międzynarodowej stawce zapamiętywaczy, rok później w Londynie zdobył srebro – następny cel to oczywiście tytuł mistrza świata. Mallow pracuje nad osiągnięciem

tego celu z konsekwencją, ambicją i motywacją wyczynowego sportowca. Nie byłoby to możliwe bez pozytywnego nastawienia do życia. Drugie życie Mallowa sprawia mu dużo frajdy. Johannes odczuwa jednak coś w rodzaju wyrzutów sumienia, gdy o tym mówi, „bo przecież gdyby nie choroba, nie zająłbym się tym sportem, a twierdzenie, że takiej chorobie coś się zawdzięcza, jest absurdalne”. Rozwija swoją karierę sportową, prowadzi treningi pamięci, uczestniczy w badaniach neurologicznych na uniwersytecie – w styczniu był w Korei Południowej, żeby wymienić poglądy z naukowcami z Seulu – angażuje się w działalność stowarzyszenia Memory XL, którego celem jest zapewnienie wyczynowemu zapamiętywaniu odpowiedniej rangi w społecznej percepcji. „To niepojęte – mówi Mallow i wstępuje w niego przy tym sporo energii – że dzieciom w szkole nie pokazuje się metod łatwiejszego zapamiętywania materiału”. Prawdopodobnie w 2011 roku Mallow również polskim widzom dostarczy niezapomnianych wrażeń: nosi się bowiem z zamiarem wzięcia udziału w najbliższych Ogólnopolskich Mistrzostwach Pamięci. Być może do tego czasu zdobędzie już tytuł mistrza świata, bowiem w grudniu tego roku Niemiec będzie walczył o ten tytuł w Chinach. Wszystko o kolejnych mistrzostwach świata na: www.worldmemorychampionships.com

KSIĘGOWY MISTRZEM ŚWIATA W wyczynowym zapamiętywaniu nawet najlepsi nie mogą liczyć na kokosy. Główna nagroda w MŚ wynosi 10 tys. dol., a uczestnicy sami pokrywają swoje wydatki. Zawodnicy ze światowej czołówki zarabiają więc na utrzymanie tradycyjnie: mistrz świata, Ben Pridmore (GB), jest księgowym, a aktualny wicemistrz, Gunther Karsten (GER), prowadzi biuro tłumaczeń patentów. Obaj dzielą się swoją wiedzą na temat zapamiętywania w ramach różnych szkoleń i wydają książki – podobnie jak Johannes Mallow, który jednak najchętniej pracuje z dziećmi: „Większość dorosłych odzwyczaiła się od używania wyobraźni. Mają zahamowania uniemożliwiające im wymyślanie historii, które naprawdę łatwo zapamiętać”. 79


“Możliwości chodzenia nie należy przyjmować za oczywistość.” David Coulthard.

Trzynastokrotny zwycięzca Grand Prix Formuły 1 i orędownik “Wings for Life”.

Postęp i nieustanny rozwój są cechą naszych czasów. Żyjemy w erze myślenia wizjonerskiego. Najnowsza historia ludzkości obtuje w kroki milowe w zakresie rozwoju techniki i medycyny. Najdłużej panowało przekonanie o niemożności leczenia urazów rdzenia kręgowego. Jednak w drodze badań laboratoryjnych udało się doprowadzić do regeneracji uszkodzonych komórek nerwowych. Najnowsze wyniki badań medycznych i naukowych dowodzą, że także w tej skomplikowanej dziedzinie postęp jest możliwy. Lekarze i naukowcy są zgodni, iż leczenie urazów rdzenia kręgowego stanie się kiedyś rzeczywistością. Właśnie ten cel przyświeca działalności Fundacji na Rzecz Badań nad Rdzeniem Kręgowym “Wings for Life”. Wspierając konkretne, najbardziej zaawansowane projekty badawcze, Fundacja “Wings for Life” inwestuje w postęp na rzecz przyszłości, w której leczenie porażeń spowodowanych urazami rdzenia kręgowego stanie się możliwe.

LECZENIA URAZÓW RDZENIA KRĘGOWEGO.

Twój wkład ma ogromne znaczenie. Przekaż go na

www.wingsforlife.com


Więcej dla Ciała i Umysłu Coś pobudzającego dla ciała i ducha.

Zdjęcie: PATRIK STOLLARZ/AFP/Getty Images

82 neil armstrong odwiedza hangar-7 84 zdobądź sprzęt 86 muzeum davida coultharda 88 dzień i noc 98 Felieton Lizuta

Najszybszy przegląd wydarzeń miesiąca, a w nim miedzy innymi Grand Prix Formuły 1 w Japonii i Korei: Hot Spots na s. 88


Wywiad w Hangarze-7

Neil Armstrong Pierwszy człowiek na Księżycu – obecnie 80-letni – rzadko udziela wywiadów, ale wszedł na orbitę Red Bulletina, by porozmawiać o nerwach podczas lotów (brak) i doświadczeniach nie z tego świata (wiele). Red Bulletin: O czym pan myślał tego lipcowego dnia 1969 roku, lądując na Księżycu? Neil Armstrong: Cóż, po pierwsze byłem zaskoczony, że w ogóle wylądowaliśmy. Odczuwałem ogromną satysfakcję, ponieważ około 400 tysięcy osób pracowało przez dziesięć lat, byśmy mogli się tam znaleźć. Byłem ogromnie wdzięczny ludziom, którzy mi to umożliwili. Pana największa obawa? Myślę, że najczęściej prześladowała mnie myśl o tym, że nie był to najlepszy moment na popełnianie jakichkolwiek błędów. Wiedzieliśmy, że podróż kosmiczna będzie wiązała się z pewnym ryzykiem, i zaakceptowaliśmy ten fakt. Była to część ceny, jaką musieliśmy zapłacić za postęp. Tak więc sądzę, że nie baliśmy się tego ryzyka 82

– baliśmy się porażki. Baliśmy się popełnienia błędów, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś myślał o ryzyku. Skupiliśmy się na perfekcyjnym wykonaniu zadania. Pozostawało tylko pytanie, czy możliwy rozwój wiedzy ludzkiej wart jest przeprowadzenia tak ryzykownej inwestycji. Pomyślałem: Tak, może to prowadzić do niezwykłego postępu naukowego, na którym skorzysta cała ludzkość. Z tego powodu misja ta warta była całego wysiłku, jaki w nią włożyliśmy, a nawet poświęcenia naszych żyć. Czy czuje się pan wyjątkowo po tym, czego pan dokonał? Miło było zyskać uznanie społeczeństwa. Najpierw mówiono o tym w wiadomościach, następnie na wydziałach naukowych w szkołach, a obecnie jest to część

historii. Miło jest móc teraz spojrzeć w przeszłość i zobaczyć, jak wiele osiągnięto w tej dziedzinie od czasu naszego lotu. Dlaczego wycofał się pan z życia w świetle reflektorów? Zdecydowanie była to świadoma decyzja. Nigdy nie nadawałem się do show-biznesu. Czy nie miał pan ochoty przemycić pamiątki w postaci skały księżycowej? Jak już powiedziałem, 400 tysięcy ludzi pracowało nad budową statku kosmicznego i umieszczeniem nas na pozycji, a za sprawą podatków miliony przeznaczyły na to pieniądze. Czułem, że było to możliwe właśnie dzięki tym wszystkim ludziom, a ja po prostu miałem szczęście, że mnie do tego zadania wytypowano, i wiedziałem, że nie dawało mi to większego prawa do pamiątki niż każdej innej osobie z tych tysięcy i milionów ludzi, więc nie chciałem żadnego souveniru. Czy naprawdę była to tak niespotykana praca zespołowa? Cały czas słyszeliśmy wyrażenie „koniec dekady”. Nieustannie odbijało się ono echem od ścian. Dlatego nasz kalendarz był tak napięty, wypełniony następującymi szybko po sobie lotami. Każdy z nich wiązał się z szukaniem odpowiedzi na maksymalną liczbę pytań oraz testowaniem nowych technik, tak byśmy mogli w końcu wylądować na Księżycu z jak

Zdjęcie: NASA/Roger Ressmeyer/CORBIS

Fakt naukowy: Neil Armstrong doświadczył grawitacji księżycowej


Zdjęcia: Leonard Mccombe/Life Magazine/Time Inc./Time Life Pictures/Getty Images, ServusTV/ Carolin Burrer

WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

najmniejszą liczbą lotów na koncie. Gdyby nie udało nam się tego dokonać przed lotem (Apollo) 12 czy 13, nie zdążylibyśmy przed końcem dekady, więc czuliśmy sporą presję. A gdy zaczynaliśmy głośno dyskutować o wątpliwościach, czy prezentować odmienne opinie, ktoś zawsze wstawał i mówił: „Czego my tu próbujemy dokonać?”. A wtedy natychmiast padała odpowiedź: „Koniec dekady”. I na tym zazwyczaj kończyły się wszelkie dyskusje. Czy chęć prześcignięcia Rosjan także motywowała do działania? Byliśmy całkowicie świadomi poziomu tej rywalizacji. Sowieci poczynili ogromne postępy w budowie bezzałogowych statków, sond kosmicznych oraz organizacji lotów z załogą ludzką. Amerykanie byli daleko w tyle. Ale było to dla nas spore wyzwanie, więc szybko i agresywnie nadganialiśmy zaległości. Dopiero podczas „księżycowego konkursu” byliśmy na tym samym poziomie zaawansowania i mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się wylądować, zanim dokonał tego Aleksiej (Leonow, który jako pierwszy postawił kroki w kosmosie, najlepszy ówcześnie rosyjski astronauta). Była to wspaniała rywalizacja – darzyliśmy się ogromnym szacunkiem. Po pierwszych lądowaniach na Księżycu podczas zimnej wojny połączyliśmy siły. Myślę, że współpraca w kosmosie była najważniejszym krokiem w stronę pokoju pomiędzy naszymi krajami. Sześć lat po pańskim lądowaniu, w lipcu 1975 roku rosyjski i amerykański statek połączyły się na orbicie... Uważam, że uścisk dłoni Aleksieja dowodzącego Sojuzem oraz Toma Stafforda dowodzącego Apollem był jednym z najważniejszych osiągnięć ery kosmicznej. Nic nie przewyższy znaczenia tego historycznego momentu. Gratuluję im obydwu. Co tak właściwie pan czuł, chodząc po powierzchni Księżyca? Krótko mówiąc, bardzo mały człowiek w bardzo dużym świecie, o którym nie wiemy zbyt wiele. Grawitacja księżycowa jest znacznie przyjemniejsza niż grawitacja ziemska. Czujesz się wyjątkowo lekko i wygodnie, bardzo łatwo się chodzi. Możesz skakać naprawdę wysoko. Gdybyś miał tam dom, niepotrzebne byłyby ci schody, ponieważ mógłbyś wskakiwać z jednego piętra na drugie. Temperatura przekracza 100oC, więc konieczny jest klimatyzowany kombinezon. Czy uważa pan, że ludzkość powinna podążać pana śladami? Moim zdaniem powinniśmy wrócić na Księżyc. Chciałbym żebyśmy tam wrócili.

Neil Armstrong w Hangarze-7: „Dotarliśmy do sześciu miejsc na Księżycu, a pozostaje około 36 mln km2, których nasze stopy nie tknęły”

Dotarliśmy do sześciu miejsc na powierzchni Księżyca, a pozostaje około 36 mln km2, których nasze stopy nie tknęły. Jeszcze wiele możemy się tam nauczyć. Misja na Księżyc to prawdziwa dalekodystansowa podróż kosmiczna, ale zarazem znajduje się on na tyle blisko, że możliwa jest komunikacja z Ziemią. Czyli startując z tego punktu, możemy dotrzeć dalej? Misje na Marsa są bardziej skomplikowane. Oczywiście popieram je i uważam, że dodatkowa eksploracja okolic Księżyca zwiększy nasze możliwości technologiczne, co pozwoli nam dotrzeć na Marsa bezpiecznie i efektywnie.

Czy pana zdaniem istnieje życie na innych planetach? Cóż, moje poglądy zdecydowanie się zmieniły. Myślę, że wiąże się to z docenieniem życia na naszej planecie oraz potencjalnego życia w kosmosie. Koniec końców, w powszechnym interesie jest, byśmy wiedzieli, czy jesteśmy sami we wszechświecie, czy może istnieją inne społeczeństwa gdzieś na innych planetach. Prawdopodobnie za jakiś czas – może jeszcze za naszego życia, a może za życia naszych wnuków – poznamy odpowiedź na to pytanie. Są tylko dwie opcje – albo istnieją inne cywilizacje w innych miejscach we wszechświecie, albo jesteśmy w nim zupełnie sami. Każda z tych możliwości jest wręcz niezwykła i niemal przechodzi ludzkie pojęcie. Czy kiedykolwiek interesował się pan literaturą science fiction? Literatura science fiction zawsze była dla mnie bardzo ważna. Podobały mi się zwłaszcza pierwsze opowieści o lotach kosmicznych – motywowały mnie one. Gdy podczas moich studiów stawałem się leniwy i miałem problemy z koncentracją, czasem wystarczyło, żebym przeczytał jakąś książkę science fiction, i motywacja do nauki natychmiast wracała. Przepraszamy, że o to pytamy, ale musimy, ponieważ niektórzy ludzie twierdzą, że pańskie dokonanie to science fiction. Czy naprawdę chodził pan po Księżycu? „Definitywnie! Definitywnie tak!”.

Tworząc historię: okładka „Life” z 25 lipca 1969 roku przedstawiająca dowódcę Apollo 11 – Armstronga – zmierzającego w stronę rakiety

Mały krok dla człowieka, wielki skok dla ludzkości, czyli spacer z Armstrongiem na: www.nasa.gov

83


84 illustration: SERGEI SVIATCHENKO


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

Zdobądź sprzęt

Niezbędnik Austina Horse’a

Zdjęcia: Jamie-James Medina, Thomas Hoffgen/Red Bull Photofiles

Rower to podstawa, a oto reszta sprzętu wprawiającego w ruch najlepszego kuriera rowerowego w NYC. Od lewej, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Buty Adidas Brooklyn Machine Works www.adidas.com „Ta para to reedycja butów Eddy´ego Merckxa sprzed około 30 lat. Są naprawdę wygodne, a do tego całkiem nieźle się prezentują”. Kurtka Rapha Stowaway www.rapha.cc „To świetna kurtka, ponieważ jest lekka i dobra na każdą pogodę. Jest po prostu niezbędna”. Opony Continental GatorSkin www.conti-online.com „Zawsze wybieram te opony. Są odporne na przebicia i świetnie trzymają się drogi – nawet podczas ślizgu”. Czarna czapka Red Bull „Chroni przed słońcem i deszczem – przydatna, bo ciągle jestem na powietrzu”. Plecak Freight Baggage Rolltop freightbaggage.org „Wozimy ciężkie rzeczy, więc porządny plecak na dwóch szelkach jest najlepszy dla pleców. Ten jest wyjątkowo pojemny”. Rower Brooklyn Machine Works Gangsta Trak www.brooklynmachineworks.com „Po pierwsze i najważniejsze jest to narzędzie. Nie jakiś święty przedmiot, ale musi być niezawodny. Idealnie nadaje się do całodniowej jazdy”. „COG Magazine” „Magazyn kulturalny, który kupuję, by sprawdzić, czy w nim jestem – żartuję! Prezentuje sztukę, piękne zdjęcia i świeże podejście do tematów”. Doktryna szoku Naomi Klein „Książka o tematyce ekonomicznej. Dużo czytam, ale w ciągu dnia nie mam na to zbyt wiele czasu”. Dogoń Austina na Twitterze: twitter.com/austinhorse


WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU

Od góry: trofea Davida Coultharda; jego bolid Formuły Vauxhall-Lotus; stroje w różnych kolorach; kaski, buty i inne pamiątki

Choć w dzieciństwie David Coulthard nie marzył o karierze kierowcy wyścigowego, odniósł w Formule 1 niebywały wręcz sukces. I nie gdzie indziej, tylko w jego rodzinnym miasteczku w Szkocji dumny ojciec stworzył jedno z najbardziej osobistych muzeów sportowych. Dwunastoletni David Coulthard zdecydowanie wyróżniał się na tle rówieśników. Podczas gdy oni marzyli o karierze za kierownicą bolidu Formuły 1, Coulthard pewien był tylko jednego: nie chciał zostać kierowcą wyścigowym. Jednak w Boże Narodzenie 1983 roku w szkockiej wiosce Twynholm pod choinką w domu Coulthardów czekał na niego okazały prezent – pierwszy gokart. Jego ojciec Duncan podrobił podpis syna, aby zdobyć dla niego licencję, i w Nowy Rok zaskoczony David znalazł się na torze wyścigowym. 27 lat później był już znany na całym świecie. Przez lata zapracował na tytuł Brytyjczyka z największą liczbą punktów zdobytych w F1 i zebrał kolekcję najróżniejszych trofeów, w tym 13 zwycięskich. Nie zamierzając zwalniać tempa, tuż po przejściu na sportową emeryturę zaczął pracę dla stacji BBC jako specjalista od F1, a ostatnio ponownie zasiadł za kierownicą, startując w serii Deutsche Tourenwagen Masters. Obecnie – ponownie dzięki ojcu – odniesiony przez niego sukces przemienił senną wioskę w hrabstwie Dumfries i Galloway w prawdziwą mekkę miłośników sportów samochodowych. Wioska Twynholm oddalona jest o lata świetlne od zalanego słońcem bogactwa i splendoru Monako, gdzie rezyduje Coulthard. Pośród bezkresnych łąk znaleźć tam można kościół, szkołę, sklep i dwa puby, a w niewielkim budynku zlokalizowanym przy cichej ulicy – Muzeum Davida Coultharda oraz knajpkę Pitsop Diner. Wewnątrz znajduje się bezcenny skarb w postaci pamiątek gromadzonych przez Duncana i upamiętniających wszystkie etapy kariery Coultharda. Jest to kolekcja dumnego ojca, której rozmiary wymagają miejsca znacznie większego niż garaż. Wszystko to mieści się w budynku starej przechowalni cukru należącej do firmy transportowej Coulthardów założonej w Twynholm w 1916 roku. Już od ponad 12 lat muzeum to przyciąga ludzi z całego

86

świata. „Całe życie mieszkam w Twynholm” – mówi Duncan Coulthard. „Gdy zabrakło mi już miejsca na kolejne pamiątki, otworzyłem to muzeum, mając na celu zebranie pieniędzy na szkołę – nie spodziewałem się, że stanie się ono aż tak popularne”. W ruchliwy dzień przez muzeum przewija się ponad 60 osób (dokładnie 20 proc. populacji wioski), a w dni wyścigów F1 liczba ta podwaja się, ponieważ kluby samochodowe i fani wyścigów zbierają się w niewielkiej knajpce Pitstop Diner sąsiadującej z muzeum. Ściany knajpki zdobią zdjęcia osób związanych z przeszłością Coultharda: Sylvester Stallone, który jakimś cudem zmieścił się w kokpicie McLarena, Księżna Diana stojąca obok młodego Williama siedzącego za kierownicą bolidu i cała masa słynnych szkockich kierowców wyścigowych takich jak Jackie Stewart czy Allan McNish. Prowadzeniem knajpki i muzeum zajmuje się Linda White, emerytowana nauczycielka, która przeprowadziła się tutaj osiem lat temu. „Wystarczy spojrzeć na księgę gości, aby przekonać się, że muzeum odwiedzają ludzie z całego świata” – mówi. „Zeszłego lata pojawiła się tu 85-latka mieszkająca na drugim krańcu Szkocji, chcąca w tym właśnie miejscu świętować swoje urodziny. Widuję także dzieci ledwo sięgające do kolan, które wiedzą o Formule 1 więcej niż ja” – mówi. „To zabawne, ale ludzie chyba spodziewają się, że zobaczą go tutaj, jak sprząta stoliki i odkurza swoje trofea”. W rzeczywistości legendarny kierowca znany jest z tego, że gdy tylko pojawia się w okolicy, pomaga zmywać naczynia w knajpce. Nikogo to nie dziwi, ponieważ muzeum jest niczym kolejny pokój w domu Coultharda, a jego kariera zawsze była rodzinnym interesem. Na początku rodzice wraz z siostrą Lindsay oraz mechanikami towarzyszyli Davidowi, przemierzając Europę w mierzącym 12 m domu na kółkach. „Czasem trzeba było nakarmić

Tekst: Ruth Morgan, zdjęcia: Thomas Butler

Twynholm

Tam dom twój, gdzie gokart twój


nawet 15 osób” – wspomina Duncan, dumny ojcec Coultharda. „Gotowała matka Davida, Joyce. To był nasz styl życia, nie znaliśmy innego”. Podłogą muzeum zawładnęły wyścigówki – eksponaty z okresu startów Coultharda w serii Formula Vauxhall-Lotus, Formule 3, Formule 3000 oraz Formule 1 na czele z Williamsem, McLarenem i dumą muzeum – bolidem Red Bull Racing RB2, w którym zajął trzecie miejsce w Monako w 2006 roku. Pozostała powierzchnia pokryta jest trofeami (według ostatnich obliczeń – 293) i nagrodami F1, które dzielą się miejscem na półkach z mosiężnymi pucharami z czasów kartingu oraz trofeami Formuły 3 reprezentującymi drogę Coultharda na sam szczyt. Na ścianach widnieją zdjęcia, dyplomy i tablice pamiątkowe. Jego ojciec wskazuje na ramkę z wyblakłym faksem, na którym widnieje ostatni podpis, jaki złożył Aryton Senna przed śmiertelnym wypadkiem w 1994 roku. „Jest to notatka, w której życzy on Davidowi powodzenia w wyścigu F3000. Doszła do nas w nocy poprzedzającej tragiczną śmierć mistrza. Miał to być ostatni wyścig Davida w F3000, ponieważ zabrakło nam pieniędzy, ale w dziwny sposób tragedia ta była początkiem nowego etapu – David awansował na kierowcę Williamsa”. Na sam koniec zostawiono wyjątkowy eksponat – ten pierwszy gokart z numerem 96 – poobijany, z bliznami świadczącymi o pierwszych bitwach stoczonych na torach wyścigowych. Symbolicznie zawieszono go pod sufitem wraz z plastikowym pojemnikiem na paliwo dokładnie nad lśniącą pięknością – bolidem RB2. Teraz, kiedy David ponownie zasiadł za kółkiem i startuje w DTM, pewnie zabraknie miejsca na kolejne pamiątki. Więcej informacji na: www.dcmuseum.com

Kask Red Bull Racing oraz pamiątkowy strój wyścigowy Coultharda

Pierwszy gokart Coultharda wisi nad bolidem RB Racing w pokoju z pamiątkami związanymi z nadzwyczaj udaną karierą kierowcy wyścigowego

Duncan Coulthard: dumny ojciec, którego kolekcja nie mieści się już w garażu 87


Więce j dla Ciała i Umysłu Red Bull All Girls Ride 1.11.2010

hot SPOTS

Ashley Fiolek i Tarah Gieger zapraszają na jeden dzień pod znakiem motorcrossu. Ale: „Girls only!”. Gainesville, USA

Najlepsze imprezy miesiąca na całym świecie.

Carolina Hurricanes – Minnesota Wild 7.10.2010

Zdjęcia: Craig Kolesky/Red Bull Photofiles, Damiano Levati/Red Bull Photofiles, Garth Milan/Red Bull Photofiles, David Pou/Red Bull Photofiles

Inauguracja 93. sezonu Narodowej Ligii Hokejowej już po raz czwarty z rzędu odbywa się w Europie. Hurricanes, zwycięzcy Pucharu Stanleya z 2006 roku, trafią na drużynę Western Conference z Saint Paul. Hartwall Areena, Helsinki, Finlandia V8 Supercars – Auto 1000 7–10.10.2010

Wyścig Mydelniczek Red Bull 10.10.2010

Australijski rajd Touring Car, w którym udział weźmie Rick Kelly, zwycięzca roku 2006, cieszy się dużą popularnością, potrafi przyciągnąć na tor nawet 250 tys. widzów. Bathurst, Australia

Różnego rodzaju wymyślne i mniej lub bardziej szybkie pojazdy będą pędzić po Antoine de Saint-Exupéry Boulevard. Lyon, Francja

ASP World Tour 7.–18.10.2010

KONKURS LOTÓW Red Bull 10.10.2010

Oprócz Francji Portugalia to jedyny postój w Europie. Podczas pięciu pierwszych zawodów było aż pięciu różnych zwycięzców. Peniche, Portugalia

Wszystko, co ma skrzydła, lata – no tak, przynajmniej przez krótką chwilę – i ląduje (to gwarantowane) w Morzu Południowochińskim. Heliport, Zachodni Koulun, Hongkong

Extreme Sailing Series 9–12.10.2010

Grand Prix Formuły 1 w Japonii 10.10.2010

Pięcioodcinkowe europejskie wyścigi niezwykle widowiskowej klasy łodzi mają swój finał w znanym śródziemnomorskim porcie na południu Hiszpanii – Almerii. Jest to kolejna okazja, by zespół Red Bull Extreme Sailing zgrał się jeszcze lepiej. Almeria, Hiszpania

Tor wyścigowy w Suzuce sprzyja zespołowi Red Bull Racing. W zeszłym roku Sebastian Vettel wywalczył tu pierwsze pole position oraz świętował niekwestionowane zwycięstwo w wyścigu Suzuka International Racing Course, Japonia

O’ Neill Coldwater Classic 9–15.10.2010

The Weston Beach Race 15–17.10.2010

Jesień nadciąga wielkimi krokami, jesienna będzie też temperatura wody podczas drugich zawodów ASP w historii kanadyjskiego surfingu przy zachodnim brzegu Vancouver Island. Tofino, Kanada

Te trudne motocrossowe wyścigi enduro rozgrywane są od 1983 roku – organizatorzy spodziewają się ponad tysiąca uczestników i ponad 100 tys. widzów. Weston-super-Mare, Somerset, Wielka Brytania

88

Red Bull Toe to Toe 30.10.2010

Zasady tych międzynarodowych mistrzostw w piłce nożnej są proste: dwaj zawodnicy rywalizują ze sobą i występują przeciwko neutralnemu bramkarzowi. Alajuela, Kostaryka


Więce j dla Ciała i Umysłu Ale hits your spot 29.10.2010

Bikerzy BMX i fani z całych Włoch będą mieli okazję zmierzyć się z Alessandrem Barbero. Rzym, Włochy

NASCAR Sprint Cup Series 24.10.2010

MotoGP Australii 17.10.2010

Przez ostatnie trzy lata fani kategorii MotoGP mogli cieszyć się ze zwycięstw Australijczyka Caseya Stonera. W klasie 250 ccm dwa razy z rzędu nie do pobicia był Włoch Marco Simoncelli. Phillip Island, Australia DTM 17.10.2010

Raz jeszcze Hockenheim znalazł się w kalendarzu zawodów DTM. Otwarcie sezonu zdominował Brytyjczyk Gary Paffett, zapewniając sobie pole position oraz zwycięstwo. Hockenheimring, Niemcy WRC Rally Hiszpanii 22–24.10.2010

Od 2005 roku, rajd Hiszpanii stale organizowany jest na katalońskim wybrzeżu Costa Daurado niedaleko Salou, a zwycięzcą – Sébastien Loeb. Czy w tym roku ktoś będzie w stanie go powstrzymać? Salou, Hiszpania Red Bull Metallicross 23.10.2010

Travis Pastrana, James Stewart, Ronnie Renner, David Knight oraz Geoff Aaron zaprojektowali swój własny parkur motocrossowy, na którym zawodowcy i amatorzy pokażą, na co naprawdę ich stać. Pala, USA Narciarski PŚ FIS 23–24.10.2010

Znów czas na narty. Sezon tradycyjnie już otwiera slalom gigant kobiet i mężczyzn na lodowcu Rettenbach. Sölden, Austria SA Supermoto Championship Series 30.10.2010

Brian Capper – który podczas Hare Sramble pokonał już Erzberg – weźmie udział w siedmioetapowym narodowym rajdzie Supermoto. Gauteng, RPA

GP Formuły 1 w Korei 24.10.2010

Wyścigi Formuły 1 wkraczają na nowy, nieznany teren. Która drużyna najlepiej odnajdzie się na liczącym 5,45 km długości i 17 zakrętów torze? Korean International Circuit, Korea Południowa

Martinsville Speedway, gdzie odbędzie się szósty wyścig „Chase for the Sprint Cup”, to najkrótszy, liczący zaledwie 0,847 km długości tor wyścigowy NASCAR Sprint Cup, znany ze swoich płytkich, wąskich zakrętów. Martinsville Speedway, USA Miami Heat – Boston Celtics 26.10.2010

Boston Celtics zagrają gościnnie w meczu otwierającym nowy sezon NBA przeciwko Miami Heat. Rajon Rondo będzie miał w tym roku w drużynie mierzącego 2,16 m środkowego Shaquille’a O’Neilla. American Airlines Arena, Miami, USA FIVB Beachvolleyball World Tour 26–31.10.2010

Światowe zawody mężczyzn weszły już w przerwę zimową. Przedostatni turniej kobiet w tym sezonie odbędzie się na południu wyspy Hainan. Sanya, Chiny IFSC Climbing Worldcup 29–30.2010

Światowa elita wspinaczy z obciążeniem i wspinających się na czas wyrusza do dalekich Chin. Huaji, Chiny Formula BMW Pacific 29–31.10.2010

Daniil Kvyat i Carlos Sainz jr wezmą gościnnie udział w ostatnim wyścigu Formula BMW Pacific w tym sezonie. W przyszłym roku zostanie zastąpiona przez Formula BMW Talent Cup. Okayama International Circuit, Japonia Red Bull Downhill Downdale 31.10.2010

Obydwaj mistrzowie świata w różnych dyscyplinach, David Knight i Gee Atherton, zmierzą się razem w zawodach pół na pół enduro i rowerów górskich. Fort William, Wielka Brytania MotoGP Portugalii 31.10.2010

Motocyklowe MŚ na dwa wyścigi przed końcem sezonu powracają do Europy. Estoril, Portugalia 89


Więce j dla Ciała i Umysłu

Potęga nocy Okrążamy świat więcej niż jeden raz. Dla wszystkich, którzy nigdy nie mają dość zabawy.

Run Vie Festival 5–10.10.2010

W latach 90. grający downbeat i lounge Kruder & Dorfmeister określali Sound of Vienna. Dziś młodzi funkowi futuryści tacy jak Dorian Concept czy The Clonious przejęli pałeczkę i czczą na Run Vie Festival z międzynarodowymi gośćmi jak Aloe Blacc czy Derrick May nowe brzmienie miasta. Różne lokalizacje, Wiedeń, Austria

Zdjęcia: Jennifer Dunaj, Green Valley, Yev Kazannik, Jacob Hodgkinson

Red Bull Thre3style Country Finals 6–22.10.2010

Na Red Bull Thre3style wspierani są lokalni DJ-e. Uczestnicy muszą w 15-minutowym secie zagrać trzy wybrane gatunki muzyczne. Nie ma znaczenia jakie, lecz to, czy DJ potrafi elegancko zmiksować trzy ścieżki. „Płytkarze” oceniani będą na podstawie takich kryteriów jak wybór utworów, umiejętności technicze, kreatywność i – najważniejsze – za umiejętność rozkręcenia imprezy. 7 terminów: Szwajcaria, Francja, Hiszpania Dis-Patch Festival 7–17.10.2010

Patronem dziewiątej edycji serbskiego festiwalu muzycznego jest legenda free jazzu Sun Ra. A dokładnie jego kompozycja „Rocket Number Nine”, szalony, futurystyczny kamień milowy historii jazzu. Jego następcy, tacy artyści multimedialni i twórcy elektronicznych aktów jak Atom TM, Tim Hecker oder Zombie Zombie, odważą się na spojrzenie w przyszłość. Różne lokalizacje, Belgrad, Serbia 90

Lunice

Kolekcjoner dźwięków i tancerz Lunice oprowadza nas po Montrealu. Zapomnijcie o kiczowatym porcie i rzućcie się w wir nocnego życia (s. 95). Montreal, Kanada

Rocking The Daisies Festival 8–10.10.2010

W małej winnicy pod Kapsztadem odbywa się co roku w październiku mała muzyczna degustacja. W programie: najlepsze rockowe trunki regionu, od Zebra & Giraffe do Hog Hoggidy Hog, elektronicznie musujące roczniki takie jak House-Youngster Culoe de Song albo królowa dubstepu Funafuji na scenie Red Bull Studio Live. A także pewne postpunkowe wino importowane o nazwie New Young Pony Club z Anglii. Wine Estate, Darling, RPA Austin city limits festival 8–10.10.2010

Codziennie 65 tys. widzów, 130 zespołów, osiem scen. W ciągu zaledwie ośmiu lat Austin City Limits awansował do grona najważniejszych festiwali w USA. Przy tak barwnym i niezawodnym line-upie-indie, rock, hip-hop i reggae – nic dziwnego. W tym roku: The Eagles, Muse, M.I.A., The Strokes, Flaming Lips i in. Zilker Park, Austin, USA

Green Valley

Gdyby dziewczyny z Ipanemy robiły wypad za miasto, wylądowałyby w południowej Brazylii, w Green Valley – najgorętszym klubie w kraju (s. 94) Balneário Camboriú, Brazylia


Więce j dla Ciała i Umysłu

Cash

Dwie Nowozelandki zdobywają Londyn: Rosie Riggir i Mailee Mathews alias Cash tworzą chłodny electro-pop i nagrywają w londyńskim studiu Red Bulla swój debiutancki album (s. 96). Londyn, Wielka Brytania

Sassy J meets Ty 9.10.2010

Iceland Airwaves 13–17.10.2010

Absolwentka Red Bull Music Academy Sassy J zaprasza raz w miesiącu crème de la crème z hip-hopu i brokenbeatu na nocne spotkanie. Po Slum Village, IG Culture i Little Dragon szwajcarski mikrofon przejmie brytyjski książę rapu TY. Dachstock Reithalle, Berno, Szwajcaria

Wtajemniczeni nazywają go SWSX Europy, czyli festiwalem, na którym najgorętsze zespoły świata koncertują krótko przed przełomem w karierze. Duchy gejzerów przepowiadają takim wykonawcom jak Everything Everything, JJ, czy The Antlers wielką przyszłość, a doświadczeni koledzy ze sceny Airwaves, jak Hercules & Love Affair i Efterklang, przytakują. Różne lokalizacje, Reykjavik, Islandia

European Outdoor Film Tour 10.10.2010

Dziesięć najlepszych filmów sportowych roku w jeden wieczór: od wspinaczki do mountainbike’a, od snowboardingu do surfowania. Z Davidem Lamą, Jonem Durandem lub Gee Athertonem. 120 przystanków i 90 europejskich miast. Więcej info na www.eoft.eu. Festspiel- und Kongresshaus, Füssen, Niemcy

THE VERY BEST

Na polu, które z artyzmem uprawia brytyjski twórca samplingu Four Tet, rośnie eksperymentalna elektronika. Czerpie swoje dźwięki z jazzu, hip-hopu i folku i zamienia je w misterne dźwiękowe rzeźby. Metro, Chicago, USA

Felabration 11–18.10.2010

Japan Fashion Week 15–24.10.2010

Afrobeat to coś więcej niż gatunek muzyczny. W połowie lat 60. afrobeat był ruchem protestu przeciw kolonializmowi i dyktatorskiemu reżimowi wojskowemu w Nigerii. Rodzinne miasto Feli Kutiego, twórcy tej napotnej mikstury amerykańskich rytmów i afrykańskiej perkusji, oddaje mu hołd festiwalem. Zarówno starzy wyjadacze jak perkusista Tony Allen, jak i młodsi zawodnicy – Theo Parris i mistrz hip-hopu Madlib, w ramach projektu „Kings To My People” będą przerzucać most między przeszłością i przyszłością afrobeatu. Ikeja, Lagos, Nigeria

Mikio Sakabe, Naoshi Sawayanaho, Shida Tatsuya, Hideaki Sakaguchi. Nie, to nie są twórcy mangi, ale najbardziej innowacyjni designerzy mody w Japonii. Zamiast hakam albo kimon podczas Fashion Week w Tokio młodzi dzicy pokazują swoje futurystyczne kroje i awangardowe kreacje. Midtown Hall, Tokio, Japonia

MF Doom 13.10.2010

Stop Making Sense – kulminacja sezonu festiwalowego. Tak uważają również The Very Best, którzy lekkim afro-popem pożegnali tam lato (s. 92). Petrčane, Chorwacja

Four Tet 14.10.2010

W klubie Hacienda w Manchesterze w końcu lat 80. wraz z acidowo-house’owym boomem narodziła się europejska kultura klubowa. W duchu tej tradycji Warehouse Project poszukuje elektronicznych form wyrazu. Wystąpią alien hip-hopu MF Doom oraz Hudson Mohawke i Illum:Sphere. The Warehouse Project, Manchester, Anglia

Treasure Island Music Festival 16–17.10.2010

Zgodnie z ideą ochrony natury Treasure Island Music Festival oferuje autobus z zerową emisją szkodliwych substancji jeżdżący wahadłowo przez Baybridge na teren festiwalu. Tak jest lepiej, bo możliwości parkowania na idyllicznej wysepce w zatoce San Franscisco są i tak bardzo ograniczone. Za to line-up z indie-rockiem (Belle and Sebastian, The National), punk-funkiem (!!!, LCD Soundsystem) und dźwiękami klubowymi (Deadmau5) jest równie zbytkowny, jak i imponujący. Treasure Island, San Francisco, USA 91


THE VERY BEST PETRČANE

Gorące serce Chorwacji Festiwal łączący romantyzm niczym z Robinsona Crusoe i kicz Barbarelli. W centrum wydarzeń: The Very Best, najmodniejszy londyński zespół afroeuropejskiej muzyki dance. Johan Karlberg i Esau Mwamwaya rozłożyli się na wyściełanych leżakach. Na horyzoncie akurat malowniczy zachód słońca. Przed nimi szumi morze, z małego lasku piniowego w oddali przebijają się stłumione basy. Obok leżaków tabliczka z kartonu, na niej dużymi drukowanymi literami napis: „Masaż”. Usługa, z której w ten wrześniowy wieczór dwóch muzyków bardzo chętnie by skorzystało. Tyle że po masażyście, niestety, nie ma ani śladu. „Przyjechaliśmy do Petrcane już wczoraj” – mówi Mwamwaya. „Wieczorem poszliśmy prosto na before przed festiwalem. Tańczyliśmy do trzeciej nad ranem”. Być zabawianym, a nie samemu zabawiać, to tego lata rzadkość dla grupy Mwamwayego. The Very Best w ostatnich tygodniach dał ponad 20 występów na festiwalach w całej Europie. Ten tu w ramach festiwalu Stop 92

Making Sense jest na razie ostatni. Ta trzydniowa impreza na plaży odbywa się na cyplu wielkości boiska do piłki nożnej niedaleko Petrcane w południowej Chorwacji. Normalnie spędzają tu swój urlop ludzie starsi i rodziny z dziećmi. W najbliższy weekend wpadną jednak hordy młodych imprezowych Brytyjczyków i zajmą cały klub na plaży Barbarella. Nazwa daje to, co obiecuje: okrągłe parkiety, pomarańczowo-brązowe tapety i lampy lava, podniszczone chatki z bambusa, scena dla DJ-a nad samym brzegiem morza zadaszona liśćmi palmowymi. Miejsce łączące romantyzm rodem z Robinsona Crusoe i totalnie zakręcone wzornictwo lat 60., miejsce, gdzie przez najbliższe trzy noce na scenie pojawią się tacy twórcy muzyki elektronicznej jak Carl Craig, Theo Parrish, Optimo, Friendly Fires oraz właśnie The Very Best.

The Very Best to najnowszy projekt londyńskiego duetu DJ-ów Radioclit, w skład którego wchodzi Szwed Karlberg oraz Etienne Tron urodzony we Francji. „Esau przed pięcioma laty miał mały sklep z meblami we wschodnim Londynie. Na tej samej ulicy, na której my mieliśmy nasze studio nagrań Radioclit” – wyjaśnia Karlberg. „Pewnego dnia Etienne przyszedł kupić rower dla swojej dziewczyny. On i Esau świetnie się rozumieli, więc zaprosiliśmy go do studia”. Emigrant z Malawi miał właściwie zagrać tylko na perkusji do jednego kawałka Radioclit, jednak głos Mwamwayego był tym, co ostatecznie zdecydowało o powstaniu formacji. Od tego czasu The Very Best to międzynarodowe trio, które uwolniło pojęcie „muzyka świata” od aury kadzidełek i połączyło w nierozerwalną całość elementy afrykańskiej muzyki pop z cyfrowymi beatami. Podobne jak M.I.A. czy Vampire Weekend, także The Very Best śpiewają gościnnie na debiutanckim albumie Warm Heart of Africa z 2009 roku. Mwamwaya wstaje, żeby rozejrzeć się za masażystą. „Jako Radioclit raz już byliśmy w Chorwacji – opowiada Karlberg – i natychmiast zostaliśmy aresztowani. Wylądowaliśmy wówczas w Słowenii i dalej chcieliśmy jechać do Zagrzebia samochodem. Jednak udało nam się dotrzeć tylko do granicy, gdzie zamknęli nas za trochę marychy, którą Etienne miał w kieszeni. Grozili mu więzieniem, mówili, że będzie musiał stanąć przed sądem.

Zdjęcia: Yev Kazannik (3)

Green Room


Więce j dla Ciała i Umysłu

Red Bull Checkmate 16.10.2010

Co łączy breakdance i szachy? Niewiele. Może skoczek. Czas to zmienić – pomyślało osiem międzynarodowych załóg b-boyów, które po raz pierwszy będą się zmagać na szachownicy o tytuł Red Bull Checkmate. Wiedeń, Austria Unsound Festival 17–24.10.2010

Podział pracy: podczas koncertu The Very Best Etienne Tron, członek grupy (czapka, broda, biały T-shirt) pośród publiki, za to podczas festiwalu Stop Making Sense – jako DJ dla Radioklit

Byliśmy nerwowo wykończeni. Na szczęście jednak po sześciu godzinach nas wypuścili”. „Tego rodzaju zajść tym razem nie było” – mówi Karlberg, uśmiecha się i idzie na scenę na plaży, gdzie za konsolą stoi już kolega z zespołu Etienne Tron. Obaj są ciągle jeszcze podenerwowani, ale przynajmniej teraz nie siedzi im na karku chorwacka policja. „Tu się rozdzielimy. Etienne jako Radioclit nastawia płyty, ja stoję na scenie dla The Very Best” – mówi Karlberg i idzie wmieszać się między tancerki w bikini i tancerzy w kąpielówkach pod scenę dla DJ-a. Dźwięki Trona to mix high life afrykańskich gitar, tropikalnych beatów house i disco z Balearów, perfekcyjny podkład do zachodu słońca. Podczas gdy Mwamwaya idzie do hotelu, żeby zmienić koszulkę, Karlberg w barze zamawia piwo. Na festiwalu Stop Making Sense nie ma kulis, wobec czego Karlberga szybko otaczają londyńscy przyjaciele i fani, którzy wypytują o zespół. „Przez całe lato Esau i ja pracowaliśmy u mnie w Szwecji nad nowym albumem, który ma się ukazać wiosną” – mówi. „Najpierw jednak za dwa tygodnie jedziemy z Vampire Weekend na długie tournée po Stanach”. Chwilę po tym, jak Karlberg wypił ostatni łyk, wchodzi z Mwamwayem na główną scenę, pierwszy obsługuje laptop i syntezator, drugi chwyta za mikrofon. Już przy pierwszym utworze „Chalo” fani wznoszą ręce do góry. W muzyce zespołu jest optymizm, entuzjazm,

który natychmiast przenosi się na publiczność. Utwory, u podstaw których leżą powszechnie znane sample Michaela Jacksona, M.I.A. czy Architecture In Helsinki, robią swoje. W małym okrągłym basenie dla dzieci na skraju parkietu uczestnicy koncertu pluskają się, jakby pomysł MC Molaudi – „Wanna Loose Your Shit” – zrozumieli zbyt dosłownie. Przy ostatnim kawałku „Warm Heat of Africa” Mwamwaya zaprasza publiczność na scenę. „Wyczerpujący, ale wielki show” – komentuje po koncercie. „Jutro musimy koniecznie iść na jakiś porządny masaż”. Album „The Very Best Remixes Of The Very Best” (Moshi Moshi) ukazał się w sierpniu. Terminy koncertów: www.myspace.com/theverybestmyspace

Renomowany festiwal muzyczny Unsound po wycieczce do Nowego Jorku w lutym wrócił do domu, do Polski. By po raz siódmy połączyć zachodnio- i wschodnioeuropejskich, starych i nowych muzyków elektronicznych. Wyjątkowi uczestnicy konferencji: włoski mistrz filmowego horroru Goblin, house’owa świeża krew z Detroit Kyle Hall oraz polski weteran techno Jacek Sienkiewicz. Różne lokalizacje, Kraków, Polska Elevate Festival 21–26.10.2010

Jackmaster z Glasgow, kolejna świeża krew, po gościnnym występie na Elevate-Festival w ostatnim roku, powiedział: „Wow, najbardziej zakręcona lokalizacja, w jakiej kiedykolwiek grałem!”. Nic dziwnego, Dom im Berg, wielki bunkier w Schlossbergu w Grazu, sam jest wystarczającym powodem wizyty na festiwalu. O ekscytujących twórcach elektroniki przeszłości od Actress, poprzez Pursuit Grooves do Elektro Guzzi nie wspominając. Elevate Festival Dom im Berg, Graz, Austria Amsterdam Dance Event 22–24.10.2010

MC Molaudi, J. Karlberg i Esau Mwamwaya w znakomitym towarzystwie

W 1996 roku była to jeszcze minikonferencja 30 DJ-ów; teraz, 14 lat później, Amsterdam Dance Event uznawany jest za najważniejszy tygiel, w którym stapia się muzyka elektroniczna z całej Europy: 90 tys. odwiedzających, 44 sceny i ponad 700 DJ-ów – od Kevina Saundersona, przez Tensnake’a po Flying Lotus. Różne lokalizacje, Amsterdam, Holandia 93


Red Bull Street Kings 23.10.2010

Shiverdown Festival 23.10.2010

Fani reggae i miłośnicy relaksu spotykają się podczas ośmiogodzinnego maratonu kiwania głowami w Hamilton, gdzie błony bębenkowe ich uszu będzie masować siedmiu spośród najlepszych dubowych wykonawców z Nowej Zelandii, m.in. Black Seeds, DJ Staylo, Ddub czy Katchafire. Mystery Creek Events Centre, Hamilton, Nowa Zelandia

Green Valley balneário Camboriú

Movement Festival 28–31.10.2010

Movement, festiwal techno z Detroit, rozgrywa we Włoszech towarzyski mecz wyjazdowy. Z bohaterami Motor City – jak Derrick May, Anthony Shakir i Kyle Hall – po jednej stronie oraz z MCDE, Dixon czy Ellen Alien po stronie europejskiej. Pala Olimpico, Turyn, Włochy Shift Festival 28–31.10.2010

Szwajcarski pionier elektroniki Bruno Spoerri (ur. 1935), gość specjalny tegorocznego Shift Festival, od lat 60. stale komponował muzykę, wykorzystując najnowsze możliwości, ale wyprodukował też setki dżingli, tworzył dźwięk do filmów i spotów reklamowych. Dziś jego muzyka jest odkrywana na nowo. Dalsze eksperymenty prowadzą idący jego śladami tacy festiwalowi goście jak Dorian Concept, Jimmy Edgar czy Matthew Herbert. Dreispitz Areal, Bazylea, Szwajcaria Salzburger Jazzherbst 28.10–7.11.2010

Świetna alternatywa dla festiwalowego szaleństwa – przez półtora tygodnia Salzburger Jazzherbst tworzy w mieście Mozarta miedzynarodową atmosferę. Dzięki muzykom jazzowym z całego świata – od Terence Blanchard Quintet, poprzez Dianne Reeves, aż po Roy Hargrove Quintet. Koncertom towarzyszą bezpłatne projekcje kinowe z cyklu „Jazz In The Movies”. Różne lokalizacje, Salzburg, Austria 94

Najlepsze kluby świata

W zielonej dolinie Zapomnijcie o Rio! Najgorętsze imprezy odbywają się nocą pod gołym niebem na południowym wybrzeżu Brazylii. Rio, Salvador i Florianópolis cieszą się może międzynarodową sławą, ale najlepiej strzeżoną tajemnicą Brazylii w kategorii „imprezowa miejscówka nad morzem” jest Balneário Camboriú. Po pierwsze, to prawie 200-tysięczne miasto na południowym wybrzeżu jest znane ze swojej atmosfery – w tamtejszej marinie cumują wspaniałe jachty, a wokół parkują najnowsze modele sportowych samochodów. Po drugie, mieści się tam Green Valley, nominowane w 2010 roku jako najlepszy klub w International Dance Music Awards. Jak łatwo się domyślić, swoją nazwę klub zawdzięcza temu, że jest położony w zielonej

dolinie. Wspaniała okolica przyciągnęła w ostatnich latach topowych DJ-ów świata, takich jak Tiesto czy Carl Cox. Dotarcie tu nie jest łatwe. Najbliższe lotnisko to Florianópolis, z którego trzeba jeszcze jechać ok. 80 km samochodem, żeby ujrzeć masywną bramę wejściową tej niezwykłej miejscówki. We wtorkowy wieczór znajduję się w otoczeniu gęstych drzew (które w sztucznym oświetleniu wydają się jeszcze bardziej zielone niż w rzeczywistości), dźwięków DJ-a Steve’a Angelo oraz tłumu 8 tys. ludzi. Nie jakichś zwyczajnych ludzi. Noc jest gorąca, a powietrze wilgotne, więc bogate córki południowobrazylijskiej elity są ubrane bardzo skąpo. Za możliwość zobaczenia DJ-a Angelo w akcji musiały zapłacić w przeliczeniu po co najmniej 100 euro. Za 20-osobowy VIP-room (zwany camarote) trzeba wyłożyć kolejne 3 tys. euro, a jeżeli ma tam być podawany alkohol – dodatkowe 2 tys. W tej enklawie bogactwa nie ma natomiast syntetycznych narkotyków. Przy wejściu ochrona prosi nawet o otwarcie komórek i aparatów cyfrowych, żeby mieć pewność, że nie są tam schowane zabronione substancje. Znajomości są tutaj ważne, a ponieważ je mamy, dostajemy całe camarote tylko dla siebie. Jedyną wadą jest to, że brakuje nam 20 gości na imprezę. Ten problem rozwiązuje Junior Lima, jedna z największych gwiazd pop w tym kraju. Wypełnia nasz VIP-room swoim towarzystwem składającym się z dwóch facetów i 15 dziewczyn, wszystkich w wieku ok. 20 lat i wyjątkowo urodziwych. Ponieważ Lima zdecydował się na wizytę w Green Valley dopiero w ostatniej chwili, dostał wprawdzie opaskę VIP-a, ale nie było już wolnego camarote. Co właściwie znaczy po portugalsku „Mi casa es su casa”? Gdy krótko po godz. 2 gwiazda pojawiła się w naszym camarote, Angelo także zaczął grać. I nikt, naprawdę nikt nie pójdzie do domu przed wschodem słońca. Green Valley, Rua Rio Mamoré 1083, Rio Pequeno, Camboriú, Santa Catarina, www.greenvalley.art.br

Zdjęcia: Green Valley (2)

Claiborne Overpass został stworzony w latach 50. Brass bandy ćwiczą pod wiaduktem wyjątkowo chętnie, szczególna akustyka nadaje ich muzyce wyjątkowe brzmienie. 23 października cztery najlepsze brass bandy Nowego Orleanu spotkają się tam podczas RB Street Kings, przyjacielskiej rywalizacji. Claiborne Overpass, Nowy Orlean, USA


Więce j dla Ciała i Umysłu

LUNICE MONTREAL

Resident Artist

Keep It Montreal

Lunice tworzy hiphopowe bity, które brzmią tak, jakby Dr. Dre połknął gameboya. Jest także jednym z najlepszych kanadyjskich b-boyów

Zdjęcia: Jennifer Dunaj (4); Ilustracja: Mandy Fischer

t ro Mé Au t

o ro

ute

Dé

D HAMPSTEAD

WESTMOUNT

ca

rie

Au

to

r

t ou

eV

ill

e-

M

ar

ie

ge

te

Lesa

ro u

3 4

Jean

Rozgrzewka w Blue Dog przed imprezową nocą

to

route

MONT-ROYAL Au

Montreal nie żyje tak szybko jak Londyn czy Nowy Jork. W Montrealu sam wybierasz tempo – decydujesz, czy chcesz coś robić szybko, czy wolno. I właśnie tę różnorodność oraz równowagę bardzo cenię w tym mieście. Spacerujesz po starówce z imponującymi budowlami z XIX wieku i masz wrażenie, że jesteś w Europie. Jedziesz do wschodniej części, do Mile End, i znajdujesz się nagle w modnej dzielnicy artystów. Mieszka tam większość moich znajomych muzyków, jest dużo galerii, studiów, sal do prób i sympatycznych barów. Kreatywność wisi w powietrzu – czujesz to, włócząc się po wąskich uliczkach. Wychowałem się na zachodnich przedmieściach, w Lachine. Na pewno nie jest to wielkomiejska okolica, ale ukształtowała mnie muzycznie. Może nie sama okolica, ale hiphopowy sklep Sam Tabak (1). Spędziłem tam sporą część swojej młodości. Spotykałem się z przyjaciółmi, relaksowałem, odkrywałem muzykę, a na Do-it Jam, wielkim festiwalu hiphopowym Sama Tabaka odbywającym się

OUTREMONT

Auto

poli

tain

e

O mobilnych klubach i nocnych mięsnych biesiadach: miasto Lunice’a ma do zaoferowania więcej niż tylko kiczowaty port.

Autoroute

CÔTE-SAINT-LUC MONTRÉAL-OUEST

Konkretna nocna przekąska w Montrealu – poutine

Au

LACHINE

1

to

ro

ut

eJ

e

L an

a es

Jean Lesage

ge

VERDUN

LA SALLE

2

1 Sam Tabak Inc., 915, Rue de Notre-Dame, Lachine 2 Manzo, 1033, 90th Avenue, LaSalle 3 Blue Dog, 3958, Blvd. Saint-Laurent, Montreal 4 SAT, 1195, Blvd. Saint-Laurent, Montreal

przy znajdującej się obok ogromnej ścianie z graffiti, odkryłem swoją miłość do b-boyingu. Teraz też mieszkam w zachodniej części miasta, ale na szczęście znacznie bliżej centrum. LaSalle nie jest najbardziej fascynującą dzielnicą, ale trafiają się tu perełki, które przyciągają ludzi z całego Montrealu. Najlepszy przykład to Manzo (2), lokal znany z najlepszych w mieście subs [wielkich kanapek submarine sandwich]. Przypadkowo raczej nikt tam nie zagląda. Manzo jest niepozorne i bardzo małe – ma tylko cztery miejsca siedzące. Totalnie obskurna miejscówka. Cała jej magia to kuchnia: wielkie kanapki z tonami mięsa – po prostu super. Oprócz poutine, kanadyjskiego specjału z frytek i twarogu, są świetną poimprezową przekąską w drodze powrotnej do domu z Boulevard Saint-Laurent. Głównie tam pulsuje bowiem nocne życie Montrealu. Bary, kluby i różne lokale po obu stronach ulicy. Jeden z nich to Blue Dog (3). Niezbyt duży, z bardzo luźną atmosferą – idealny na początek nocy.

Moje ulubione miejsce to SAT (4), wielkie pomieszczenie składające się z modułów, których struktura zmienia się co noc i dopasowuje się do rodzaju imprezy – od wystawy, poprzez imprezę klubową po warsztaty. SAT może być wielki albo bardzo mały. Ten efekt powstaje dzięki ogromnym czarnym zasłonom, które dzielą tę podobną do loftu salę na części. Mówi się, że Montreal to romantyczne miasto. To prawda. Ale uwaga: pozory mylą! Najbardziej oczywistym miejscem na randkę jest Old Port. Wygląda wprawdzie jak plan filmowy komedii romantycznej, ale wszystkie pary, które się tam spotykają, pod koniec nocy zawsze się kłócą. Serio, wiem, o czym mówię. Moja nowa dziewczyna i ja unikamy portu. Spacerujemy za to, trzymając się za ręce, po fajnej dzielnicy Le Plateau-Mont-Royal. Jest tam mnóstwo małych galerii i barówi i widać stamtąd dobrze wzgórze Mount Royal, od którego wzięła się nazwa mojego rodzinnego miasta. Płyta Lunice’a „Stacker Upper” (LuckyMe Records), ukaże się jesienią. Klipy taneczne, daty koncertów i próbki bitów: www.myspace.com/Lunice 95


Kiedyś Rosie Riggir i Mailee Mathews tworzyły zespół Charlie ASH, jedną z najlepszych postpunkowych kapel Nowej Zelandii. Teraz jako Cash podążają w kierunku synthie-popu

CASH LONDyN Sesje studyjne

Mowa o pieniądzach Rosie Riggir i Mailee Mathews to Cash. Duet, którego zimne kawałki w stylu electro-pop z rockowym akcentem od trzech lat robią furorę na nowozelandzkich parkietach. Występy zespołu na scenie zapierają dech w piersiach, a ekscentryczne wideoklipy – wyprodukowane własnoręcznie przez Riggir – są już hitami na YouTube. A przecież duet nie wypuścił jeszcze na rynek żadnego albumu. Ma to się wkrótce zmienić. W celu nagrania debiutanckiej płyty dziewczyny przeprowadziły się do Londynu. W sierpniu Cash zamknął się w Red Bull 96

Recording Studio (w pobliżu mostu London Bridge), żeby podczas dwudniowej sesji nagrać tam pierwszą część swojego krążka. RED BULLETIN: No, co robiłyście wczoraj wieczorem? ROSIE RIGGIR: Ruszyłyśmy w miasto. Ale nie na długo. Wypiłam tylko kilka cydrów. MAILEE MATTHEWS: A ja kilka piw, ale też bez przesady. Dziewczyny rozmawiają. Do studia wchodzi gitarzysta Geordie McCallum, który ma wystąpić na płycie jako gość. Mailee wita

się z nim. Po chwili znikają w pomieszczeniu odsłuchowym. Wielu muzyków produkuje teraz nagrania na laptopie. Opłaca się jeszcze nagrywać płytę w studiu? RR: To zależy. W studiu siedzisz w dźwiękoszczelnej komorze i masz czasem do czynienia z dziwnymi typami. Poza tym jeżeli pracujesz w studiu, siłą rzeczy musisz współpracować z innymi ludźmi. Czasami trudno złapać wspólną fazę. Dlatego wielu muzyków woli pracować w domu, żeby zachować kontrolę nad całością. Tutaj jest inaczej – zalety

Zdjęcie: Jacob Hodgkinson

Są odjechane i charyzmatyczne: swoje rodzinne strony (Nową Zelandię) dziewczyny podbiły już jako Cash chłodnym synthie-popem – teraz kolej na Londyn. W Anglii duet pracuje właśnie nad debiutanckim albumem. Odwiedziliśmy zespół podczas sesji w Red Bull Studio.


Więce j dla Ciała i Umysłu

Zdjęcia: thomas butler (3)

Money Talks: w Red Bull Studio Cash pracuje nad pierwszymi piosenkami na swój debiutancki album. Dyskusje przy stole mikserskim (dół), jam sessions z gitarą i basem w pomieszczeniu nagraniowym (góra)

przeważają, bo sprzęt jest niesamowity. Siedzimy między siedmioma różnymi mikrofonami, każdy o innej charakterystyce. Wyposażenie jest tu zdecydowanie lepsze niż w większości znanych mi studiów. Przy użyciu tej całej techniki i komputerów nawet ja mogłabym stworzyć kilka ścieżek czy bitów. Na instrumenty na żywo trzeba natomiast naprawdę zarobić. Co to znaczy: „naprawdę zarobić”? Praca z instrumentami jest droga. Możesz sobie ściągnąć na komputer programy i stworzyć bit. Nie potrzebujesz do tego

talentu. Robisz to szybko i za darmo. Na naszym nowym albumie chcemy mieć dużą partię solową na saksofonie. Do tego potrzebujesz rzeczywiście dobrego saksofonisty i dobrego studia. Instrumenty na żywo brzmią dobrze tylko wtedy, gdy się je dobrze nagra. Nie da się tego zrobić w sypialni. Pracujecie właśnie nad jedną ze swoich piosenek w Red Bull Recording Studio. Ale co z resztą albumu? Większość tego albumu chcemy zdecydowanie wyprodukować tutaj. Z dużą ekipą. Przy co najmniej trzech albo czterech piosenkach zamierzamy współpracować z różnymi muzykami, żeby te kawałki miały zróżnicowane brzmienie. Na ile ważny jest jeszcze właściwie album, skoro muzycy zarabiają dziś głównie na koncertach? Ja słucham teraz znacznie więcej albumów niż kiedykolwiek wcześniej. I dalej uważam, że lepiej jest, gdy jakiś zespół „zabiera cię w podróż”. Taką długą, godzinną, a nie tylko trzyminutową. W swoich wideoklipach idziecie na całość. W jakim stopniu pasują one do waszej ogólnej koncepcji? Jak muzyka łączy się z poziomem wizualnym? Nasze piosenki są na razie bardzo zróżnicowane i bardzo indywidualne. Ale dobrze im razem. Są jak bracia i siostry, chociaż nie trzymają się za rączkę (Riggir bardzo rozbawiła jej własna metafora). Na naszym debiutanckim singlu ta mieszanka stylów była zamierzona. Teraz chodzi jednak o album. Artwork, wideoklipy, występy na żywo, promocja i sprzedaż – wszystko musi być zgrane, bo ma powstać syntetyczne dzieło sztuki. Sądzę, że na razie próbowałyśmy i sprawdziłyśmy granice naszych możliwości. Teraz jesteśmy już znacznie bliżej swojego brzmienia. Jak powstają wasze piosenki? Mailee ma dobre wyczucie struktury. Albo ona ma kilka akordów, albo ja przychodzę z jakimś wierszem. Potem trochę eksperymentujemy i rozwijamy nowe pomysły na bazie tych początkowych. Pomysły, które potem Mailee łączy i nadaje im formę. Ja przynoszę pędzle i płótno, a ona maluje nos. Jesteście szczęśliwe, że przeniosłyście się do Londynu? Londyn inspiruje. W Nowej Zelandii czułam się jak ryba w przykrytym od góry akwarium. Po przyjeździe tu poczułam, że ta pokrywa nagle znikła. Ktoś otwiera drzwi studia i jedna z nowych piosenek Cash wypełnia pomieszczenie. Dźwięk syntezatorów, pełny jak głos Riggir. Piosenkarka wstaje jednak i zamyka drzwi. Dlaczego to zrobiłaś? No bo jeszcze nie jest gotowe! www.myspace.com/charlieash www.redbullstudios.com

Red Bull Soundclash 29.10.2010

Kulminacja w Antwerpii: dwa holenderskie zespoły stają naprzeciw siebie w muzycznym pojedynku, DJ przyjmuje rolę sędziego na ringu, a publiczność wybiera zwycięzcę. Petrol Club, Antwerpia, Belgia The Turnaround 29.10.2010

Submariner, Cian i Manuel Bundy są trzema energicznymi DJ-ami, którzy od ośmiu lat trzęsą imprezami w klubach rodzinnego Auckland. Zawsze w ostatni piątek miesiąca, zawsze pod hasłem „The Turnaround”. Hiphopowe rymy, brazylijskie ballady albo klasyki reggae – to trio pozostaje wierne swemu motto: turnaround, ciągła zmiana kierunku. Inaczej byłoby przecież słabo. Bacco Room, Auckland, Nowa Zelandia Electric Wonderland 30.10.2010

Zamiast szczerzących się wielkich kotów i waniek-wstaniek w podziw wprawią rave’erów artyści trapezu i spektakle na żywo. Tętniące house’owe bity takich DJ-ów jak ATB, Lexy & K-Paul, Sidney Samson czy The Disco Boys zrobią resztę – pomogą 7,5 tys. tańczących znaleźć tam drogę. Kongresshalle, Schwerin, Niemcy Hard Haunted Mansion 30–31.10.2010

Bloody Beetroots, Mr. Oizo, Busy P, Brodinski i Rusko. Ci i jeszcze inni topowi wykonawcy elektroniki tylko w jeden wieczór; to będzie rzeczywiście ciężka noc Halloween. I dlatego nazwa festiwalu jest więcej niż właściwa. Dobrze, że Red Bull Music Academy Radio jest na miejscu ze sprzętem nagrywającym... The Shrine Expo Hall, Los Angeles, USA Red Bull Mapa De Los Muertos 30.10.2010

Der Día de los Muertos jest meksykańskim odpowiednikiem naszego Dnia Wszystkich Świętych. Jednak tam nie ma żałoby, lecz jest zabawa. Ze śmiejącymi się szkieletami, chlebem zmarłych, ołtarzykami ofiarnymi i hucznymi imprezami. Nie tylko w Meksyku, ale również wśród latynoamerykańskiej społeczności USA. Phoenix i Los Angeles, USA 97


P

aństwo tego nie widzicie, ale właśnie siedzę w samolocie. Na uszach mam muzykę, z iPoda leci „Stilo” zespołu Gorillaz z płyty Plastic Beach. A ja stukam do państwa w idealnie ergonomiczną, wymiarową klawiaturę mojego nowiutkiego netbooka. Ma 10-calowy wyświetlacz, waży nieco ponad kilogram, ma procesor szybszy od mgnienia oka i 160-gigowy dysk. „Po co ci to?” – spytała mnie żona przed moim służbowym wyjazdem. – „Czwarty komputer do kolekcji? Pobawisz się chwilę i położysz na półce bezsensownych gadżetów razem z bezprzewodowymi słuchawkami, odtwarzaczami muzyki, telefonami, dyktafonami, nożem Rambo, halogenową latareczką, e-papierosem, sterowanym radiem helikopterkiem i składanym sprzętem do ćwiczeń kupionym okazyjnie w telezakupach Mango”. „Kupiłem go, bo jest mi bardzo potrzebny! Zobacz, mieści się niemal w kieszeni. Gdybym nagle chciał sprawdzić w Wikipedii, co to jest diapazon, albo – co bardziej prawdopodobne – wpadł na pomysł na genialne dzieło literackie, mógłbym napisać je od ręki: w restauracji, w pociągu, na imieninach” (no, w tym miejscu może trochę przesadziłem). „A poza tym zobacz, jak on jest ładny, jaki ma styl i design. To tak jak z twoimi butami, a właściwie ich setną parą. Słowem – gdy masz fajne buty, iść przyjemność. A na takim klawym kompie nowy Ulisses aż sam chce się napisać”. Tak sobie rozmawiamy z żoną, choć tak naprawdę to sam do siebie przemawiam, by zracjonalizować sobie wydanie kasy. No bo rzeczywiście mam tych gadżetów sporo, większości nie używam, a niektóre są dość wstydliwe. Na przykład rzeczony helikopterek sterowany radiem. Sam nie wiem, po kiego go kupiłem. Po prostu mój stryjeczny brat dostał taki od narzeczonej pod choinkę, a ja oczywiście

Felieton Lizuta

Gadżety i ich sens Choć dobiegam czterdziestki, wciąż nie wyrosłem z zabawek. Sądzę w dodatku, że nie jestem sam. jak zwykle skarpetki, pidżamę i biografię profesora Bartoszewskiego. A zabaweczka jest cudowna, można nią z delikatnym furgotem zawisnąć w powietrzu nad wigilijnym stołem, a następnie wylądować precyzyjnie na komodzie. I tuż po świętach pojechałem do galerii handlowej i kupiłem śmigłowczyk z myślą o mojej czteroletniej córeczce (kupno każdego gadżetu trzeba porządnie zracjonalizować). Tak więc teraz siedzę sobie przy oknie, piszę dla państwa ten tekścik i sprawia mi to ogromną przyjemność. Samolot kołuje po lotnisku. Na chwilę tylko muszę przerwać, bo startujemy i trzeba wyłączyć urządzenia elektroniczne. Wyłączam

komórkę. A trzeba państwu wiedzieć, że telefon to mam po bandzie. Postanowiłem przesiąść się z iPhone’a na urządzenie ze Skandynawii do czasu, gdy Steve Jobs wprowadzi wreszcie do swych zabawek funkcje podstawowe dla współczesnej komórki, jak choćby możliwość odbierania i wysyłania wizytówek. Mój telefon, tak jak skuter Sidneya Polaka, kapie od bajerów. Na jego dotykowym ekranie migają widżety Facebooka i Bloomberga, a na dole kraulem płyną najświeższe wiadomości z kraju i ze świata. W tej chwili oczywiście nie. No, już jestem przy komputerze. Nie trwało to długo, prawda? Tymczasem stewardesa przyniosła mi drinka… O, cholera jasna! Przepraszam państwa za tę bezpośrednią transmisję z prozy mego życia, ale właśnie w moją stronę przepycha się znajomy. Poseł w dodatku. I pewnie się dosiądzie. Oczywiście! No, to sobie popisałem. Jeszcze pyta bezczelnie, czy nie będzie przeszkadzał. Panie pośle, jak się ma taki sprzęt jak ja, to nawet cały Sejm nad głową nie jest w stanie pozbawić natchnienia. Sąsiad cmoka przeciągle, kręci głową, robi minę Jasia Fasoli i wyjmuje z torby srebno-czarnego iPada. „Niech pan spojrzy, jak tam mała szajbka hula! Wszystko ma. Proszę: muzyka, filmy, audiobooki, maile, internecik… O, palcem się tylko przewija”. No i popsuł mi zabawę. Już nie piszę felietonu dla państwa, tylko bawię się iPadem i myślę, jak go zracjonalizować przed żoną i przed sobą. Przy okazji przejrzałem wgrane płyty pana posła. Rubik, Pektus, Feel, Chylińska. Ten koleś nie napisze „Mistrza i Małgorzaty” ani „Biesów”, choćby miał i dziesięć iPadów. Mikołaj Lizut (l. 37), dyr. nacz. i programowy Radia Roxy, publicysta „Gazety Wyborczej”, dyr. art. Teatru Radia TOK FM

Polska, ISSN 2079-4266: Wydawca Red Bulletin GmbH Redaktor naczelny Szymon Gruszecki Redaktor naczelny wydania międzynarodowego Robert Sperl, Stefan Wagner (z-ca) Dyrektor kreatywny Erik Turek Dyrektor artystyczny Markus Kietreiber Szef fotoedycji Susie Forman, Fritz Schuster (z-ca) Sekretarz redakcji Marion Wildmann Redaktorzy prowadzący Werner Jessner, Uschi Korda, Nadja Žele Redakcja Ulrich Corazza, Florian Obkircher, Arkadiusz Piątek, Andreas Rottenschlager Graficy Miles English, Judit Fortelny, Esther Straganz, Dominik Uhl Fotoedycja Markus Kučera, Valerie Rosenburg, Catherine Shaw Starszy ilustrator Dietmar Kainrath Współpracownicy Holger Altrichter, Wojtek Antonow, Stefan Glowacz, Eleanor Morgan, Ruth Morgan, Anthony Rowlinson, Rafał Stanowski, Werner Schneyder, Herbert Völker, Ilustratorzy Mandy Fischer, Lie-Ins and Tigers PRINT 2.0 Martin Herz, www.imagination.at Korekta polskiej edycji Karol Weber, Katarzyna Wasilewska Litografia Clemens Ragotzky (Ltg.), Christian Graf-Simpson Przygotowanie do druku Michael Bergmeister Produkcja Wolfgang Stecher Druk Prinovis Ltd. & Co. KG, D-90471 Norymberga, Niemcy Zarząd Karl Abentheuer, Rudolf Theierl Kierownictwo projektu międzynarodowego Bernd Fisa Kierownictwo wydania polskiego Anna Czerniecka, Aleksandra Zarychta Projekty specjalne Boro Petric Finanse Siegmar Hofstetter Dyrektor wydawniczy Joachim Zieger Marketing Barbara Kaiser (Ltg.), Regina Köstler, Johanna Schöberl Project management Dagmar Kiefer Reklama Biuro reklamy Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, Joanna Kmiecicka, tel.: +48 22 555 63 39, joanna.kmiecicka@agora.pl Siedziba redakcji wydania polskiego Al. Wyścigowa 8a Warszawa 02-681 Telefon +48 22 331 95 50 Fax +48 22 331 95 60 E-mail: redakcja@redbulletin.com Siedziba firmy Red Bulletin GmbH, Am Brunnen 1, A-5330 Fuschl am See, FN 287869 m, ATU 63087028 Siedziba redakcji Wiedeń Heinrich-Collin-Straße 1, A-1140 Wien Biuro redakcji Londyn 155-171 Tooley Street, SE1 2JP, UK Internet www.redbulletin.pl Cykl wydawniczy The Red Bulletin ukazuje się zawsze w pierwszy wtorek miesiąca jako wydanie niezależne lub we współpracy z następującymi gazetami partnerskimi – w Polsce: Gazeta Wyborcza; w Austrii: Kleine Zeitung, Kurier, Oberösterreichische Nachrichten, Die Presse, Salzburger Nachrichten, Tiroler Tageszeitung, Vorarlberger Nachrichten; Burgenländische Volkszeitung, Niederösterreichische Nachrichten; w Niemczech: Frankfurter Allgemeine Zeitung, Münchner Merkur; w Wielkiej Brytanii: The Independent; w Irlandii: Irish Independent; w Irlandii Północnej: Belfast Telegraph; w RPA: Cape Times, Capre Argus, Daily News, Pretoria News, The Star; w Nowej Zelandii: The New Zealand Herald Nakład łączny 3,6 miliona Listy czytelników: listy@redbulletin.com Wydanie 07 Warszawa, październik 2010.

NastępnY NUMER UKAŻe się we wtorek 2 LISTOPADA

Ilustracja: albert exergian

felieton


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
The Red Bulletin_1010_PL by Red Bull Media House - Issuu