Skip to main content

The Red Bulletin_0910_PL

Page 1

www.redbulletin.com

prawie niezależny magazyn / Wrzesień 2010 Odkryj

Print 2.0

W oku cyklonu Największy na świecie konkurs fotografii sportowej Red Bull Illume

Dusza Nowego Orleanu

Czyli jak muzyka ocaliła miasto

Upadły anioł Formuły 1

Po 40 latach wspominamy jedynego pośmiertnego mistrza świata

Gary Fisher

Człowiek, który stworzył pierwszego górala


Rogiem z Byka

ZAPRASZAMY, w świecie Red Bulla fotografia to coś więcej niż tylko spektakularna dokumentacja danego zdarzenia. I nie chodzi tu tylko o charakter podejmowanych tematów. Fotografowanie osób skaczących z klifu, zawodników freestyle motocrossu, big wave surferów i im podobnych to wyzwanie pod względem technicznym, kreacyjnym, a także – jak się często zdarza – sprawnościowym. Czasem trzeba wspiąć się na szczyt ze skoczkiem B.A.S.E., zjechać z góry z narciarzem ekstremalnym lub przebiec z plecakiem wypakowanym sprzętem fotograficznym przez arenę, nad którą skaczą zawodnicy FMX.

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Alessio Barbanti, Dean Treml, Jeremy Koreski, Josh Letchworth

Stąd pomysł, by tych niezwykłych artystów przedstawić trochę szerzej. Projekt ten został zrealizowany pod nazwą Red Bull Illume, i to wielkim formacie: do znanego na całym świecie konkursu fotografii akcji zgłosiło się w tym roku 4337 fotografów ze 112 krajów, którzy nadesłali 22 764 prace. Zaszczyt ogłoszenia wyników w dziesięciu kategoriach przypadł w udziale „Red Bulletinowi”, z czego jesteśmy bardzo dumni. W tym wydaniu udostępniliśmy zwycięzcom nasze strony; 14 niezwykłych fotografii czeka na was od strony 42. Gdyby genealogów wysłać do przeszłości z kodem genetycznym dzisiejszych sportowców Red Bulla, szybko natrafiliby na wspólnego przodka – Jochena Rindta. Był zabawny, sprytny, nieustraszony, nieco zwariowany i niezwykle utalentowany. Nazywano go pierwszą popową gwiazdą F1 – „Pop-Star Formuły 1”; tak zatytułowany jest nasz tekst o nim oraz książka, która właśnie ukazała się na rynku. Tak nazwał go w obu publikacjach Herbert Völker, jeden z najbliższych towarzyszy Rindta, zawodnika, który zginął tragicznie 5 września 1970 r. na torze Monza. Jedyny pośmiertny mistrz Formuły 1 do dziś nie traci siły oddziaływania, dowód na stronie 56.

Polski bohater międzynarodowego konkursu Adam Kokot – zwycięzca Red Bull Illume w kategorii spirit (duch). Ten 29-letni zakopiańczyk jako sposób na życie wybrał połączenie fotografii z podróżowaniem. Jak widać, jest to recepta na sukces. Adamie, gratulujemy

À propos siły oddziaływania: tegoroczny festiwal Audioriver w Płocku przyciągnął już ponad 14 000 fanów muzyki elektronicznej. Oprócz plażowej atmosfery, pięciu scen i topowego line-upu były także niespodzianki takie jak np. występ brytyjskiego The Qemists – ich muzyczny miks drum’n’bass i dubstepu oraz ostre gitarowe riffy sprawiły, że na Hybrid Scene zawrzało – wszystko na oczach naszego redaktora, relacja na stronie 92. Dobrej zabawy! Wasz zespół redakcyjny

3


Ten Red Bulletin potrafi więcej, niż myślisz. Filmy, Dźwięki, Animacje 08

10

Print 2.0 – dodatkowy wymiar w Red Bulletinie. W tym numerze kolejne historie.

28

42

48

56

Print 2.0

Całkiem nowe emocje multimedialne.

Wszędzie tam, gdzie oko byka!

86

Jak to działa? Więcej informacji na s. 7 albo w internecie: pl.redbulletin.com/print2.0


k a rt k a z k a l e n d a r z a pa n a k a i n r at h a

5


SPIS TREŚCI

WITAMY W ŚWIECIE Red Bulla Zwiedzamy głębiny i zatopione miasta, poznajemy konstruktorów, wspominamy prekursorów. Dostarczając pozytywną energię, życzymy wszystkim dobrych jesiennych humorów.

Bullwar

08 Galeria zdjęć miesiąca Redakcja wybiera, czytelnik podziwia.

70

14 WeB TV Internetowo-komórkowa telewizja w stylu Red Bulla. Lepiej już chyba być nie może. 16 Zwycięzca Red Bull Air Race Paul Bonhomme ponownie na łamach i ponownie jako mistrz świata! 17 Co Ci siedzi w głowie Przyszła baba do lekarza, a tu George Clooney. 18 GOGLE NA LODOWIEC Historia ewolucji małej, aczkolwiek ważnej części sprzętu wspinaczkowego. 20 Kto, Co i Gdzie wygrał? Zwycięzcy ostatniego miesiąca wraz z laureatami konkursu Red Bull Tourbus. 21 Nauka Spadania Wzloty i upadki Nicky’ego Haydena. 22 Stań na Głowie i tańcz Czyli jak b-boye przeciwstawiają się prawom fizyki. 24 LICZBY MIESIĄCA Tym razem tylko o golfie.

56

Herosi

28 AWOLNATION Ten muzyk robi karierę, mimo że nie poznał jeszcze Madonny. 30 anna STÖHR & kilian FISCHHUBER Jak nie odpaść od ściany w austriackim stylu. 34 GARY FISHER Historia ojca roweru górskiego, czyli od grupki pasjonatów do najpopularniejszego sportu ekstremalnego na świecie. 38 MAKODE LINDE Artysta wszechstronny wykorzystuje swój talent do zwalczania uprzedzeń rasowych. 6

30


SPIS TREŚCI

Zdjęcia: Brady Fontenot/Red Bull Photofiles (2), Philipp Horak, Archiwum Herberta Nitscha, Schlegelmilch Photography, Emily Shur, Kevin Winter/Getty Images

Akcja

34

17

42 RED BULL ILLUME Przedstawiamy prace laureatów największego na świecie konkursu fotografii sportowej. 56 JOCHEN RINDT Przybliżamy postać legendarnego mistrza Formuły 1. 64 HERBERT NITSCH Ekstremalne nurkowanie to nie bułka z masłem. Dla tego faceta to chleb powszedni. 70 Gotowi na odrodzenie Nowy Orlean z brass bandami na dobre i na złe.

Więcej dla Ciała i Umysłu

82 WYWIAD W HANGARZE-7 Šarka Pančochova – kolejny, tym razem snowboardowy towar eksportowy naszych południowych sąsiadów. 84 Zdobądź sprzęt Kilka praktycznych gadżetów, dla tych co lubią wspinać się szybko i bez asekuracji, i niekoniecznie po szczeblach kariery. 86 Nauka biegania po górach Jogging w wersji ekstremalnej. 88 Hot SPots Wszystko, czego zapragniesz, aby nie nudzić się w najbliższe weekendy. 90 Potęga nocy Przewodnik po koncertach, festiwalach i wszelkiego typu melanżach. 98 Felieton Lizuta Kto wpuścił konia do metra?

the red Bulletin Print 2.0 Filmy, dźwięki, animacje w twoim „Red Bulletinie”. Zawsze tam, gdzie znak oka z rogami. 1

64

W okienku pl.redbulletin.com/print2.0 przeglądarki znajdziesz okładkę magazynu. Kliknij Startuj Bull’s Eye!

2

Potrzebna jest kamerka internetowa. Jeśli otworzy się okienko, kliknij Akceptuj.

3

Ustaw „Red Bulletin” przed kamerką. Oglądaj treści multimedialne – filmy, pliki dźwiękowe i animacje. 7


Bullwar Świeża energia w małych dawkach.

Polignano a Mare, WŁochy

Teatr na wysokości Kolumbijczyk Orlando Duque oddaje próbny skok podczas sesji treningowej czwartej rundy Red Bull Cliff Diving World Series 2010. Duque, aktualny mistrz, ostatecznie zajął drugie miejsce. Brytyjczyk Gary Hunt, zwycięzca trzech pierwszych rund, uplasował się na trzeciej pozycji z powodu nie do końca udanego wejścia do wody przy wykonywaniu triple quada, skomplikowanego skoku oddawanego z rozbiegu (platforma umieszczona 26,5 m nad wodami Adriatyku była przedłużeniem prywatnego tarasu). Na treningu Hunt zaliczył ten skok bezbłędnie, ale podczas wykonywania tego, który oceniali sędziowie, „prawdopodobnie przeszkodziła mu fala” – jak stwierdził Duque. Triumfował Rosjanin Artem Silchenko, zapewniając sobie drugą pozycję w klasyfikacji generalnej – za Huntem i przed Duque’em. Cała trójka z nadziejami na tytuł mistrza przechodzi do dwóch rund finałowych w Sisikon w Szwajcarii oraz Hilo na Hawajach. Finał światowej serii Red Bull Cliff Diving 2010: 12 września, Hilo, Hawaje; www.redbullcliffdiving.com


Print 2.0

Zdjęcie: Predrag Vuckovic/Red Bull Cliff Diving

pl.redbulletin.com/print2.0 Lot z „balkonu” nad klifem


U t r ec h t, H o l a n d i a

Pole Position Najgorszy koszmar gondoliera i zarazem podstawa „fierljeppen” – tyczka wbita w rzekę to jedyny sprzęt potrzebny do uprawiania jednej z najstarszych dyscyplin sportowych Europy. Już w XII wieku holenderscy farmerzy używali tyczek do pokonywania bagien. Od 1972 roku Holendrzy oddają „skoki w dal o tyczce” w ramach narodowych mistrzostw. Zawodnicy biegną w stronę brzegu rzeki, wskakują na tyczkę i wspinają się w górę z nadzieją na dotarcie na szczyt, zanim zadziała grawitacja, zmuszając ich do powrotu na ziemię. Skoczkowie lądują na piasku jak przy skoku w dal. Najlepsi wspinają się na sam szczyt i zeskakują z tyczki, lądując na drugim brzegu rzeki i starając się zostawić ślad najdalej, jak to możliwe. Zawody Red Bull Fierste Ljepper zgromadziły 13-tysięczny tłum – triumf holenderskiego sportu na otarcie łez po przegranej z Hiszpanią w finale mistrzostw świata...

Zdjęcie: Rutger Pauw/Red Bull Photofiles

Więcej zdjęć z eventu: pl.redbulletin.com/fierljeppen

10


Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 ...o suchej tyczce

11


12

Zdjęcie: Christian Pondella/Red Bull Photofiles


Foto d e s m o n at s (2)

Headline_02

Lo s A n g e l e s, U SA

Cudowny uśmiech Na twarzy Ryana Shecklera widnieje uśmiech od ucha do ucha, ponieważ wie, że właśnie wygrał X Games, choć omal nie „poległ” na torze. Kilka sekund przed zrobieniem tego zdjęcia i zarazem kilka sekund przed końcem finałowego przejazdu Skateboarding Street na X Games 16 zaliczył niefortunne lądowanie kończące trik na metalowej poręczy przy schodach („cab lipslide” – dla obeznanych w temacie). Dzięki natychmiastowej reakcji i silnemu lewemu ramieniu, na którym oparł się przez ułamek sekundy, Sheckler zażegnał chwilowy kryzys i wygrał trzeci złoty medal X Games (ma na koncie także srebro z 2006 roku). Amerykanin wspiął się na szczyt podium X Games latem 2003 roku w wieku zaledwie 13 lat. Niewielu 20-letnich sportowców można nazwać weteranami, ale Sheckler zdecydowanie jest jednym z nich. Z rampy do biura, czyli jeden dzień z życia Ryana Shecklera: pl.redbulletin.com/sheckler


b u l lwa r

AKCJA!

Legendy o herosach

Momentum

Proszę wchodzić i zajmować miejsca. Tajne laboratorium animacyjne Shauna White’a: co widzi kamera na kasku Felixa Baumgartnera? Co czuje Sebastian Vettel? Oraz prawdopodobnie najbardziej zakręcony gaming show wszechświata. Witamy w nowej stacji – Red Bull Web TV.

Sebastian Vettel, Mick Fanning czy Sebastien Loeb – „Momentum” pokazuje największe gwiazdy sportu prywatnie. Poruszające, osobiste, zaskakująco inne.

Zapowiedzi programowe w nowej

Red Bull Web TV

Buntownicy

Akcja do przyjazdu policji. Duncan Zuur szaleje na zalanym wodą placu w Wenecji. Brian Vickers w swoim samochodzie NASCAR urządza sobie pitstop na Time Square. Surowo zabronione!

Freaki i klipy

Szkoła gwiazd

Show na żywo

Duet na adrenalinie

Red Bull Cliptomaniacs

Tricktionary

Live Web casts

Red Bull Rivals

Są freakami freestyle’u i profesjonalnymi snowboarderami: Tim Warwood & Adam Gendle prezentują najlepsze pod słońcem sportowe klipy takie jak Crashed Ice Action z Monachium.

Snowboardowy guru Shaun White objaśnia trik, dzięki któremu wygrał olimpijskie złoto, a król skateboardu Ryan Sheckler pokazuje swój firmowy trik „wallride blunt”.

Best of Sport na żywo: rozpędzeni zawodnicy Red Bull Rookies Cup, legendarni Red Bull X-Fighters oraz motocrossowe mistrzostwa świata (najbliższa relacja: 12 września z Fermo, Włochy).

Brakujące ogniwo pomiędzy kanapowcami i sportowcami: Littler & Jeffries skaczą z 26-metrowych skał i szaleją na motorach przy okazji trudnego wyścigu enduro. Ostatecznie chodzi o honor.

Zdjęcie miesiąca

UŚMIECH, PROSZĘ!

Niezwykłe sceny z życia naszych czytelników dostępne są tu: www.redbulletin.pl

Wśród osób, które nadeślą nam najciekawsze zdjęcia, rozlosujemy czapki teamu Red Bull Racing. Więcej gadżetów, ciuchów i pamiątek ze świata Red Bulla można zdobyć w sklepie Red Bulla: www.redbullshop.com

Wysyłaj zdjęcia na e-mail: redakcja@redbulletin.com

14

Ze sklepu Red Bulla: czapka teamu Red Bull Racing

Rohr im Gebirge Pięć zwycięstw z rzędu zagwarantowało Raimundowi Baumschlagerowi dziewiąty tytuł mistrza kraju. Josef Bollwein

Zdjęcia: Ray Archer/Red Bull Photofiles, imago stock&people, Jörg Mitter/Red Bull Photofiles, rutger Pauw/Red Bull Photofiles, Christian Pondella/Red Bull Photofiles

Pirate TV


b u l lwa r

Zespoły rodzinne

Zdjęcia: Christian Black/Red Bull Photofiles, JONATHAN BRADY/EPA/picturedesk.com, John Gibson/Red Bull Photofiles, Gold and Goose/Red Bull Photofiles, flo hagena

Młodzi gniewni

Hicior

The Atherton Project

Play!

Coś dla zaawansowanych – serial dokumentalny z udziałem rodziny najlepszych mountainbikerów: Dan, Gee i Rachel Atherton. Braterska i siostrzana miłość, codzienne kłopoty, zwycięstwa i porażki.

Wielu ludzi go nienawidzi, jeszcze więcej go uwielbia, nikt nie pozostaje obojętny. Kultowy moderator Uke Bosse demonstruje najnowsze gry komputerowe. Przede wszystkim pokazuje, jak można się bawić.

Ekstremiści

Young Guns rising

Red Bull TopS

Serial dokumentalny o przyszłych czempionach MotoGP, którzy teraz są jeszcze dziećmi – Danny Kent & Co. Rywalizują podczas Red Bull Rookies Cup, a potem pakują swoje pluszaki do walizek.

Szybciej, wyżej: gdy Felix Baumgartner skacze w ciemną przepaść, helikopter kręci salta i wydaje się, że sportowcy przekraczają granice fizyki – właściwe osoby znalazły się na właściwym miejscu.

Highflyer

Pop-Storys

Jak odbierać Red Bull WEB TV Codziennie nowy godzinny program w komórce lub na monitorze. Akcja, rozrywka, gwiazdy sportu i popu, relacje na żywo i cały lifestyle: nowa stacja Red Bull Web TV to telewizja dla nowej generacji. Codziennie jedna godzina programu przez całą dobę, codziennie inna. Red Bull Web TV można odbierać na każdym komputerze, który ma dostęp do internetu, na Red Bull Mobile lub na iPhonie – wystarczy pobrać Red Bull Web TV App z iTunes – i zacznie się akcja! Bezpłatne kliknięcie na Red Bull Web TV: www.redbull.com/TV

watch it loud

on the loose

Lady Gaga, Eminem czy Rolling Stones z bliska. Codziennie nowy klip muzyczny – i do tego interesująca historia o kulisach przeboju lub życiu prywatnym poszczególnych gwiazd.

Dziennik podróży Aarona Hadlowa i Rubena Lentena: kitesurferzy zabierają nas w podróż do najpiękniejszych spotów wszechświata i pokazują triki, których nie da się właściwie powtórzyć.

Hangar-7 Neil Armstrong, pierwszy człowiek Silverstone „jrX” uczelni Joanneum zapunktował

Kair Wszystko na miejscu: kabel po prawej,

na Księżycu, popiera projekt „Stratos” Felixa Baumgartnera. Serwus TV

deska po lewej. Startujemy z akcją wakeboardową w Egipcie. Ramy El-Shakry, Red Bull Wake It Up

w konkursie Formuła Studentów niskim zużyciem paliwa, designem i wytrwałością. Julia Feirer

15


Paul Bonhomme

Ten zrzędliwy, niecierpliwy, marudny dżentelmen z Cambridgeshire podsumowuje swój znakomity sezon.

Bonhomme proponuje nowe lokalizacje wyścigów: port w Hongkongu, Silverstone oraz Brands Hatch

Rok obfitujący w trofea. Konsekwentnie stawałeś na podium, Royal Automobile Club przyznał ci wyróżnienie Seagrave Trophy, kolejne dostałeś od Royal Aero Club. Gdzie trzymasz te wszystkie nagrody? Nie jestem najlepiej zorganizowany, jeśli chodzi o moje trofea. Tak naprawdę to nie wiem, gdzie one wszystkie są. Przydałby mi się na nie specjalny pokój, ale do tej pory byłem zbyt zajęty ich zdobywaniem. Dlaczego to ty zostałeś Mistrzem Świata 2010, a nie Hannes Arch? To zasługa konsekwencji. Zabawne, że w tym roku Hannes wygrał cztery wyścigi, ja tylko dwa, a i tak wygrałem mistrzostwa.

Dwa lata temu sytuacja była odwrotna. Ja miałem na koncie cztery zwycięstwa, a on, mając dwa, zgarnął tytuł mistrza. Wyciągnąłem wnioski z 2008 roku. Wspaniale jest wygrywać wyścigi, ale musisz konsekwentnie stawać na podium za każdym razem – albo przynajmniej być tuż za najlepszą trójką – i zbierać punkty. Czy twój styl latania bardzo się zmienił? W połowie sezonu przeczytałem artykuł o Greamie McDowellu, irlandzkim golfiście, który wygrał US PGA Tour. W artykułach o tematyce sportowej można znaleźć wiele aspektów psychologicznych, co bardzo się przydaje. Możesz dowiedzieć się,

Budapeszt Szef teamu Red Bulla Horner Chicago Uczestnicy „Camp Hesters” słuchają i gwiazda hokeja Lubomir Visnovski celebrują w skupieniu, jak Wide Receiver drużyny Chicago zwycięstwo Red Bulla na GP Węgier. Martin Trenkler Bears zdradza kilka swoich trików. John Kringas 16

co zawodnicy myślą o swojej dyscyplinie. W artykule o McDowellu komentator stwierdzi, że on wygrał, ponieważ nie miał nic do stracenia, nie spodziewał się zwycięstwa, więc mógł wyjść na pole i po prostu się dobrze bawić. Genialne. Wygrał, bo był zrelaksowany. Pomyślałem więc, że nie ma znaczenia, czy wygram, jeśli tylko wszyscy przeżyjemy tę niedzielę. To jest dobre nastawienie przed wyścigiem. Jak ci się podobał wyścig w Nowym Jorku? Nowy Jork był wyjątkowy. Lotnictwo w tym mieście to delikatny temat, biorąc pod uwagę zamach na WTC, lądowanie Airbusa na wodzie – na szczęście wszyscy przeżyli – oraz tragiczne zderzenie helikopterów w powietrzu. Wspaniale, że zorganizowano tam wyścig. Po pierwsze, ponieważ mieszkańcy Nowego Jorku się na to zgodzili, a po drugie – bo mogliśmy się tam pojawić. Rozegraliśmy fantastyczny wyścig. Bez obaw i w zdrowej atmosferze wygrałem, co oczywiście jest najlepszym aspektem. Jakie jest usposobienie Paula Bonhomme’a sportowca? Zrzędliwy, niecierpliwy, marudny... Przed wyścigiem każdy obawia się porażki, wypadku i tego, że strach go sparaliżuje. Te ostatnie obawy powinny być najpoważniejsze. Strach przed przegraną nie powinien dominować. To jest ważne. Latanie może być bardzo niebezpieczne, musisz być ciągle skoncentrowany. Gdy coś rano rozproszy moją uwagę w dniu wyścigu, robię się zrzędliwy. Czym zajmujesz się poza sezonem? Tak naprawdę to do tej pory nie mieliśmy konkretnych przerw między sezonami, ponieważ zajęci byliśmy przygotowywaniem samolotu o sezon. W tym roku będzie przerwa. Myślę, że spędzę trochę czasu w domu, biegając w kółko za 18-miesięcznym dzieckiem. www.redbullairrace.com

Jałta Z trudem, ale się udało. Ten zawodnik na szczęście nie zaplątał się siatkę w trakcie wykonywania triku. Sergey Illin, Red Bull Big Duel

Zdjęcie: Hamish Blair/Getty Images/Red Bull Air Race

b u l lwa r


B U L LWA R

CO CI SIEDZI W GŁOWIE

George Clooney Ma charyzmę i nienaganny wygląd, jest bystry i seksowny – co do tego żeńska część mieszkańców Ziemi jest zgodna. To tylko fajny facet, który zrobił kilka porządnych filmów – oponują mężczyźni. Kto ma rację?

RODZINNY KLAN George Timothy Clooney urodził się 6 maja 1961 r. w Kentucky. Cała rodzina była związana w jakimś stopniu z show-biznesem. Ojciec – dziennikarz TV. Ciotka – piosenkarka, a jej mąż – aktor. Ich syn Miguel także chciał udzielać się w branży filmowej i zaangażował kuzyna George’a w 1981 roku do małej roli w niskobudżetowym filmie. Clooney szybko porzucił studia i postanowił poszukać szczęścia w LA. Potrzebował dziesięciu lat, żeby je znaleźć.

DELIKATNY BOHATER Podczas zdjęć do thrillera politycznego „Syriana” (Oscar 2006 dla Clooneya za najlepszą rolę drugoplanową) aktor uszkodził kręgosłup. Skutki: straszne bóle głowy, zaniki pamięci i wycieki płynu mózgowo-rdzeniowego z nosa. „To był najgorszy ból, jaki kiedykolwiek odczuwałem” – przyznał Clooney. I powiedział to człowiek, który wcześniej musiał czytać recenzje swojego filmu „Batman i Robin”.

Tekst: Paul Wilson; Ilustracja: Lie-ins and tigers

ZABAWY W DOKTORA W latach 80. kariera Clooneya rozwijała się opornie. Występował w teleturniejach i dostawał rólki w dziwnych produkcjach, np. „Powrót zabójczych pomidorów”. Sytuacja uległa zmianie w 1994 r., gdy na ekrany wszedł serial „Ostry dyżur” („ER”). Co ciekawe, już w 1984 r. grał on doktora w serialu, którego emisję jednak szybko wstrzymano. Tytuł tego serialu? „E/R”!

UWIĘZIONY W SIECI Kinomaniak Clooney uwielbia filmy z lat 60. i 70. „Sieć” (1976) z Faye Dunaway oglądał „50 razy. Nie przesadzam. 50 razy!”. Jak wielki wpływ te filmy miały na pracę reżyserską George’a, widać choćby w „Niebezpiecznym umyśle” i „Good Night, and Good Luck” – na pewno jednak nie w słabiutkich „Miłosnych gierkach”.

O BOŻE , ON URATOWAŁ KEN NY’EGO! W 1995 r. wśród hollywoodzkiej elity krążyła animowana kartka bożonarodzeniowa z czterema wulgarnymi chłopczykami – zalążek późniejszego kultowego serialu rysunkowego „South Park”. Plotka głosiła, że to właśnie Clooney należał do osób najczęściej rozsyłających tę kartkę. „Prawda” – potwierdził w „Esquire”. I podobno byłby gotowy powtórzyć tę akcję, chociaż twórcy kreskówki wykpili George’a w swoim filmie „Ekipa Ameryka: Policjanci z jajami”. To jest wdzięczność! DOB RODZIE J Amerykańska prawica chętnie atakuje kobie dy. poglą owe lewic jego ciarza Clooneya za ostro Gdy jednak aktor w coś wierzy, bierze się tnika ocho na się ił zgłos r. do roboty. W 1992 w LA; do prac porządkowych po zamieszkach śnić nagło żeby r, Darfu w 2006 r. odwiedził ji sprawę ludobójstwa; pomagał w organizac i ziem ienia trzęs ofiar zbiórki pieniędzy dla na Haiti i jest Posłańcem Pokoju ONZ.

DOZO RCA GEORGE W 2006 r. Clooney wykazał się talentem dozorcy i złotej rączki. Podczas prywatnej kolacji w dom u dziennikarza „Time’a” wdrapał się na tzw. ślepy pułap (przestr zeń pod stropem), żeby wykryć źródło głośneg o pisku. Wrócił z uszkodzonym czujnikiem wykrywacza czadu i zapanowała cisza. Tę akc ję George’a przebił chyba dopiero tytuł w pras ie kolorowej: „Matt Damon: Tak czyszczę klatkę dla chomika”.

SZPADEL: AKCJA! Na planie „Złota pustyni” atmosfera od początku nie była zbyt dobra. Konflikt między reżyserem Davidem O. Russellem i jego gwiazdą Clooneyem osiągnął punkt kulminacyjny, gdy ten pierwszy dosłownie rzucił się George’owi do gardła. Aktor użył do skutecznej obrony szpadla. Po zawarciu rozejmu udało się w końcu nakręcić film.

ROZŚMIESZACZ W ostatnim filmie pt. „The American” Clooney gra zawodowego zabójcę przyjmującego ostatnie zlecenie. Oczywiście sprawy się komplikują. Reżyser Anton Corbijn – znany z „Control” (filmu o wokaliście Joy Division) – tak mówi o słynnym aktorze: „Podczas przerw w kręceniu umie rozbawić całą ekipę, ale jest zawsze gotowy, gdy rusza kamera. To naprawdę zadziwiające”. Światowa premiera „The American” 1 września 2010

17


B u l lwa r

EWOLUCJA SPRZĘTU

OKULARY LODOWCOWE

OKULARY LODOWCOWE 1924 Był na szczycie czy nie? Przez kilkadziesiąt lat historycy wspinaczek analizowali tę kwestię, gdy pojawiał się temat George’a Mallory’ego. Od 8 czerwca 1924 roku Anglik uznany był za zaginionego w Himalajach. On i jego partner Andrew Irvine mieli prawdopodobnie wypadek podczas próby wejścia na Mount Everest. Zwłoki Mallory’ego odnaleziono 1 maja 18

1999 roku na wysokości 8150 m. Nie można niestety ustalić, czy Mallory wszedł na najwyższy szczyt świata 29 lat przed Edmundem Hillarym. Przy Mallorym nie znaleziono aparatu ze zdjęciami, które mogłyby stanowić dowód. Nie miał też jednak przy sobie zdjęcia żony, które zamierzał zostawić na szczycie. Ekipa odnalazła natomiast okulary

lodowcowe Mallory’ego – model z lekką, ale już wentylowaną aluminiową oprawką, przyciemnianymi, ciemnozielonymi szkłami i regulowanym gumowym paskiem. Proste wzornictwo i konstrukcja zapewniająca już wtedy funkcjonalność – podstawowa koncepcja nie odbiegała zbytnio od tego, co oferują dzisiejsze modele.

zdjęcie: Jim Fagiolo/Mallory & Irvine/Getty Images

W wiecznych lodach ośmiotysięczników należy działać bezbłędnie: jeden niewłaściwy krok albo zły chwyt i wspinacz ryzykuje życiem. Należy więc zachować jasny pogląd na sprawy.


zdjęcie: kurt keinrath

ADIDAS TERREX PRO 2010 Podczas organizowanych obecnie ekspedycji wspinacze wysokogórscy używają takich okularów lodowcowych jak na przykład model oferowany przez firmę Adidas. Używa ich także Austriaczka Gerlinde Kaltenbrunner, której (jako pierwszej kobiecie) brakuje jeszcze tylko szczytu K2 do zdobycia wszystkich 14 ośmiotysięczników bez butli

tlenowej. Najważniejsze elementy Terrex Pro to specjalnie przyciemniane szkła (zapewniające całkowitą ochronę przed szkodliwym promieniowaniem UV) oraz system wentylacji o nazwie ClimaCool. System ten zapobiega pokrywaniu się szkieł parą i lodem nawet przy ekstremalnych różnicach temperatur między twarzą a otoczeniem.

Jeżeli akurat nie wspinamy się na ośmiotysięcznik i okularów nie trzeba nosić pod kaskiem, można z nich szybko zrobić „normalne” okulary przeciwsłoneczne. W tym celu należy tylko zastąpić pasek (z izolacyjną wkładką sylikonową) dwoma zausznikami oraz zdjąć osłonę na nos. www.adidas.com

19


B U L LWA R

Zwycięzcy konkursu Red Bull Tourbus zapowiadają się naprawdę nieźle. Muzyczne odkrycie roku? Pewnie tak. Z pewnością to gotowy materiał na dużą ogólnopolską gwiazdę. Wrocławskie Neony to współistnienie przenikających się wzajemnie gatunków z pogranicza britrocka, post-punku, garage’u i indiepopu. Są na tyle zaawansowani, że sami zarejestrowali już debiutancką płytę, czekają tylko na wydawcę… No i właśnie w cuglach wygrali legendarny konkurs debiutantów na festiwalu w Jarocinie. Jak sami twierdzą, robią małe zwarcia, ale bez większego spięcia. Jesteśmy oczywiście zainteresowani rozwojem tej kapeli i będziemy pilnie śledzić dalsze losy świetnie zapowiadających się debiutantów. Wy w międzyczasie czujnie śledźcie inne media, już wkrótce zapewne rozbłysną w nich głośne, kolorowe, oślepiające i przyciągające jak lampa na owady – NEONY! Muzyka i informacje o zespole: www.myspace.com/neony

KRÓtko i Na temat Złote czasy dla młodych kobiet i dla idealnej siatkarskiej pary.

Amerykańska para siatkówki plażowej Rogers/Dalhauser wygrałai Grand Slam w Starych Jabłonkach, tym samym zapewniając sobie miejsce w PŚ.

Mokro i dziko Najlepsi riderzy FMX stoczyli bitwę pod elektrownią Battersea w Londynie

Nowozelandczyk Levi był ulubieńcem publiczności

Levi Sherwood zdominował zawody pod elektrownią Battersea w Londynie. Nate Adams zaliczył świetny występ i uplasował się na drugiej pozycji, zostawiając ostatnie miejsce na podium Hiszpanowi Dany’emu Torresowi. Obfity deszcz w iście brytyjskim stylu sprawił, że tor stał się 20

miękki i śliski. „Tego wieczoru nie mogliśmy pokazać, na co naprawdę nas stać” – wyjaśnił Nate Adams. W rezultacie podjęto decyzję o uznaniu wyników popołudniowej suchej sesji kwalifikacyjnej jako wyników ostatecznych. Oznaczało to, że lider klasyfikacji André Villa musiał zadowolić się dziewiątą pozycją. Teraz światowa seria zmierza w stronę finału w Rzymie, gdzie bitwę o tytuł stoczy trzech riderów. Przewaga Villi skurczyła się do 5 punktów: ma ich na koncie 310, a siedzący mu na ogonie Adams – 305. Sherwood (290) wskoczył na trzecie miejsce. „To czyste szaleństwo” – mówi Levi, któremu zwycięstwo i związane z tym 100 punktów zagwarantowałoby także triumf w serii światowej. „Podczas ostatniego przystanku serii dam z siebie absolutnie wszystko i spróbuję zdetronizować Villę”. Nie przegap żadnych trików: www.redbullxfighters.com

Złoto na X Games wygrała w Super w LA. Ashley Fiolek X. Travis Pastrana, Inni zwycięzcy: Daniel Dhers, Pe Barros i Ryan Sh dro eckler.

fing na Huntington W finale US Open of Sur anym konkursie ow dot ej wyż naj w Beach – ore pokonała Sally w historii – Carissa Mo Fitzgibbons.

Zdjęcia: Christian Pondella/Red Bull Photofiles, FIVB, IMON MAINA/AFP/Getty Images, J.R.Kenworthy, Lukas Nazdraczew/Red Bull Photofiles

NIEWOLNICY WEEKENDU


b u l lwa r

MOJE CIAŁO I JA

Nicky Hayden

Mistrz świata w klasie MotoGP z 2006 roku i kierowca Ducati wie wszystko o niebezpieczeństwach wyścigów motocyklowych. „Kentucky Kid” nie potrzebuje tatuaży – jego ciało pokryte jest bliznami.

ZESTAWY ĆWIC ZEŃ Trudno powiedzieć, ile trenuję – codziennie od trzech do czterech godzin. Poza sezonem pracuję głównie nad wytrzymałością, ale jak tylko sezon się zacznie i praktycznie co tydzień mam wyścig, zwracam po prostu uwagę na zachowanie formy. Spędzam dużo czasu na maszynach supermoto i innych dwukołowcach. Trenuję umysł, bo jeżeli na motocyklu nie będziesz skoncentrowany i przegapisz punkt hamowania, zrobi się nieciekawie. Wypróbowałem już kilka technik wizualizacji, ale jakoś mnie one nie przekonały. Wiąże się z nimi ryzyko, że zatracisz się w treningu. MO CNE STRONY Podczas jazdy mocno pracują mięśnie po wewnętrznej stronie nóg, którymi ściskasz motocykl. Można te ruchy ćwiczyć w siłow ni, ale nie trzeba być jakimś He-Manem ani mieć dużej masy. Musisz mieć na żebra ch wystarczająco dużo ciała, żeby wytrzymać upadek. Jeżeli jesteś za chudy i za mały , to odlatujesz przy próbie złożenia maszyny.

tekst: Günther Wiesinger; zdjęcie: Contour/Max&Douglas

LISTA KONTUZJI Miałem uszkodzoną kostkę i stłuczoną piętę – długo trwało, zanim doszedłem do siebie. Oprócz tego miałem sporo kontuzji barków i pleców, ale na szczęście nic naprawdę poważnego na razie mi się nie przytrafiło. Kontuzje to trudna sprawa. Musisz zaczynać od nowa – potrzebujesz dużo terapii i treningu. Niezależnie od tego skutki odczuwasz także w głowie. NAZNACZONY Nie mam tatuaży. Żadnego atramentu – moje ciało zdobią za to niezliczone blizny. ODPOR NOŚĆ NA BÓL Mam dopiero 29 lat, ale czasami kuleję przez jakiś czas po wstaniu rano z łóżka. Jestem także dość wrażliwy na ból, kiedy jest zimno. No, ale jeżeli jesteś zawodowcem, musisz nauczyć się radzić sobie z kontuzjami i przyzwyczaić się do bólu. Jeździłem już z kontuzjami w wyścigach – podczas Grand Prix w rodzinnych stronach stałem nawet na podium o kulach. Duch jest znacznie silniejszy od ciała, co nie zawsze jest zaletą, bo czasami prowadzi tylko do pogorszenia kontuzji.

INST YNKT yklowym. motoc e sporci w k czynni ważny To bardzo Jeżeli myślisz o hamowaniu czy biegach podczas jazdy – jedziesz wolniej. Te rzeczy muszą wejść w krew i odbywać się automatycznie. Zanim tak się stanie, trzeba ćwiczyć i analizować nagrania wideo, żeby w końcu osiągnąć stan, w którym to wszystko po prostu dzieje się samo.

„NA CZTERY ŁAPY” Możesz być strachliwy, jeżeli grasz na fortepianie... Motocykliści muszą być odważni. Skoro decydujesz się ścigać, musisz mieć świadomość, że upadki bolą i nierzadko zostają blizny. Jeżeli za długo trzymasz się kurczowo motocykla, będziesz miał otarcia na rękach. Gdy przy wywrotce będziesz próbował wstać, chociaż jeszcze poruszasz się siłą wyrzutu, tylko pogorszysz sprawę. Upadki to sprawa przypadku. Niektórzy kierowcy wiedzą, jak upadać, i po groźnie wyglądającej kraksie po prostu wstają. Niektórzy upadają, jadąc na drugim biegu, i odnoszą przy tym kontuzje. POD NAPIĘCIEM Zawsze jestem spięty. Nawet nie próbuję udawać luzaka i mówić, że nic mnie nie rusza – MotoGP to dla mnie zbyt ważna sprawa. Nerwy to dobra rzecz: jeżeli się nie spinasz, to znaczy, że coś nie jest dla ciebie naprawdę ważne. Serio: im większe odczuwam pobudzenie, tym jestem lepszy. Na przykład moim ulubionym wyścigiem jest od zawsze Daytona i tam odczuwam największe napięcie. JADŁO SPIS Bardzo uważam na to, co jem. W końcu do motocykli też nie lejemy byle czego. Jestem dość konsekwentny: po osiągnięciu przewidzianego dziennego poziomu kalorii mówię sobie: „Stop! Jesteś motocyklistą jeżdżącym w wyścigach”.

BEZPIECZEŃSTWO RUCHU Wyposażenie mam świetne. Buty, rękawice, kask – wszystko robione od początku do końca na zamówienie. Poza tym szybko rozwija się technika. Następną rzeczą, która się pojawi, będą motocyklowe poduszki powietrzne. Informacje o Nickym Haydenie: www.nickyhayden.com

21


tekst: Tom Hall, Dr Axel Schäfer. Zdjęcie: raydemski.com/red bull photofiles; Ilustracja: mandy fischer


b u l lwa r

TRIKI FIZYKI

ZAWROTY GŁOWY

Do kręcenia się na głowie b-boy potrzebuje szeregu niezwykłych umiejętności... Oto dwa spojrzenia na sprawę: zawodowca i naukowca. NA GŁOWIE B-BOYA „Nowy Jork jest mekką breakdance’u. To tutaj wszystko się zaczęło” – mówi 27-letni b-boy Kid Glyde. „Breakdancing jest jak każdy sport: wymaga dyscypliny i chęci. Ale podstawa to muzyka. Od niej zależy, jak zaprezentujesz się na parkiecie. Zaczynasz od doskonalenia toprocka – w ten sposób przedstawiasz się rywalom. Opowiadasz pewną historię i musisz określić swój styl, zanim przejdziesz do głównego punktu programu. Następnie kolej na footworki, freezy i powery”. „Mój ojciec Glyde był b-boyem i nauczył mnie pracować nad każdym elementem. Stawałem na rękach i kręciłem się w tej pozycji w kółko i robiłem pompki na jednej ręce! A to wszystko dlatego, że podczas bitwy musisz pokazać pewność siebie. Pozbawienie przeciwnika pewności siebie zagwarantuje ci zwycięstwo. Oglądając walkę bokserską, nie chcesz widzieć dwóch facetów, którzy woleliby być gdzie indziej. Chcesz widzieć dwóch facetów, którzy chcą się pozabijać”. „Reprezentowanie Nowego Jorku w zawodach Red Bull BC One w 2009 roku było wspaniałe, ale podszedłem do tego zbyt poważnie i na scenie nie byłem sobą. Czułem ogromną presję, ponieważ oczy całego miasta były zwrócone na mnie, a jest tu wielu dobrych b-boyów”. W GŁOWIE FIZYKA „Ruchami b-boya rządzą prawa fizyki” – mówi fizyk dr Axel Schäfer. „Wykonując na przykład handstand freeze, tancerz kończy pełny obrót na rękach, zastygając ze skrzyżowanymi w powietrzu nogami. W ciągu zaledwie ułamka sekundy kalkuluje i osiąga moment pędu konieczny do utrzymania równowagi”. „Innymi słowy, równowaga sił działających w chwili wykonywania przez breakdancera danego manewru zależy od grawitacji wynikającej z masy tancerza (m) i przyśpieszenia grawitacyjnego na Ziemi (g) oraz jednocześnie od wysokości jego środka ciężkości nad ziemią (hcm) oraz kąta nachylenia ciała ( tilt). Wynikiem tej zmiany kierunku jest równowaga”. „Aby zachować jak najmniejszą prędkość pochylania (d tilt/dt), trzeba zawsze brać pod uwagę właściwą prędkość kątową ( ) rotacji oraz moment bezwładności względem osi obrotu (z-axis). A zawodowcy robią to wszystko w mgnieniu oka”. Obejrzyj najlepsze bitwy b-boyów nagrane podczas mistrzostw Red Bull BC One na: www.redbullbcone.com

23


B U L LWA R

LICZBY MIESIĄCA

Ten niegdyś towarzyski transatlantycki turniej golfowy zamienił się w jeden z najpopularniejszych konkursów sportowych świata. Ale czy słyszeliście o zawodniku, który grał bez swojego puttera?

Handicap Samuela Rydera, gdy w 1909 roku dołączał do Verulam Golf Club w St Albans w Anglii. 51-letni ówczas Ryder golfem zajął się rok wcześniej. Przed rokiem 1911 został kapitanem klubu, a nim nadeszły lata 20., sponsorował już turnieje. W 1926 r., po obejrzeniu nieoficjalnego meczu Brytania – Ameryka, wyszedł z inicjatywą zorganizowania za rok prawdziwego turnieju. Ufundował złoty puchar i pierwszy nazwany jego imieniem Ryder Cup odbył się w Worcester Country Club w Massachusetts w dniach 2–4 czerwca 1927 r. Stany Zjednoczone pokonały Wielką Brytanię 9,5 do 2,5.

68

Procent pucharów wygranych przez Stany Zjednoczone (na 37 rozegranych turniejów wygrały 25). Podczas pierwszych 19 przegrały dwa razy i jeden raz zremisowały. W 1973 r. do Brytyjczyków dołączyli Irlandczycy. Trzy porażki później, w 1979 r., zespół z USA po raz pierwszy stawił czoła zjednoczonej europejskiej drużynie. Z pomocą Niemca Langera oraz Hiszpana Ballesterosa los się odwrócił – w 1985 r. Europa odniosła pierwsze zwycięstwo, z ostatnich 12 pucharów wygrała siedem i jeden raz zremisowała. Nie pomógł nawet Tiger Woods – jego rekord podczas Ryder Cup wynosi zaledwie 10-13-2.

25

Punkty zdobyte przez Nicka Faldo, gracza Ryder Cup z największą liczbą zwycięstw na koncie dzięki wynikowi 23-19-4. Anglik rozegrał rekordową liczbę turniejów (11 w latach 1977–97) i 46 meczy. Był niegrającym kapitanem drużyny europejskiej w Louisville w stanie Kentucky w 2008 r. – według wielu krytyków przyczynił się do wygranej USA. W 1993 r. jednym uderzeniem zaliczył 14. dołek na polu Belfry (był to jeden z sześciu zaliczonych w ten sposób dołków w historii Ryder Cup). 24

14

Dystans w metrach, jaki pokonała piłka uderzona przez Justina Leonarda w 1999 r. Natychmiast po zaliczeniu 17. dołka podczas ostatniego dnia turnieju w Brookline Country Club Leonardowi pogratulowali koledzy z drużyny USA – niektórzy z nich wbiegli na green, zanim jego rywal José María Olazábal miał szansę uderzyć kijem. Nie złamano żadnych reguł, ale jak to często bywa podczas Ryder Cup, zawodnicy zapomnieli o dżentelmeńskim zachowaniu. Jednak Puchar Rydera poszczycić się może także licznymi momentami wzorowego sportowego postępowania.

12

Dołki zaliczone przez Bena Crenshawa z USA bez użycia puttera w indywidualnym meczu przeciwko Emonnowi Darcy’emu w 1987 r. Amerykanin po mistrzowsku operujący putterem, o nieadekwatnym do jego gry przydomku „Łagodny Ben”, złamał ten najważniejszy kij na szóstym greenie, po usłyszeniu werdyktu 2-0 dla Irlandczyka. Zgodnie z zasadami nie mógł wymienić kija, więc do końca wybijał piłkę, używając 1-iron, sand-wedge i przy 18. dołku – 3-iron. Na koniec Darcy z odległości 1,5 m posłał piłkę do celu i wygrał o zaledwie jeden dołek.

135 000 Przewidywana liczba widzów podczas turnieju Ryder Cup 2010 w przyszłym miesiącu w Walii. Publiczność odgrywa ważną rolę w tym sportowym dramacie – Europejczycy narzekają na amerykańskich fanów, a drużyna USA musi radzić sobie z wrogim nastawieniem lokalnych kibiców. Jeśli wybieracie się na Ryder Cup 2010 warto będzie sprawdzić w internetowym słowniku jak po Walijsku mówi się: „Celuj między drzewa!” – będzie to jeden z bardziej kulturalnych zwrotów na tym turnieju.

Ryder Cup 2010: 1–3 października, Celtic Manor Resort, Newport, Walia; www.rydercup.com

Tekst: paul wilson; Zdjęcia: Action Images (2), Bettmann/CORBIS, Getty Images (3), PA

6

RYDER CUP


Zdjęcie: Emily Shur


Herosi

Panie i panowie zdobywający szczyty – w sporcie, muzyce i sztuce. 28 AWOLNATION 30 anna stöhr I kilian fischhuber 34 gary fisher 38 makode linde

Bez tego wesołego pana świat byłby smutniejszy: Gary Fisher wynalazł – w sumie można tak powiedzieć – rower górski


HEROSI

Awolnation nigdy nie poznał Madonny, choć to ona zapewniła mu pierwszy muzyczny kontrakt. Obecnie i tak dzieli scenę z największymi gwiazdami indie rocka. Tekst: Florian Obkircher, zdjęcie: Mark Glassner

Ostatnie trzy tygodnie życia AWOL-a były niezwykle ekscytujące. Wypełnione były taką ilością emocji, jaka innym muzykom nie zdarza się w ciągu trwania całej kariery. Razem z zespołem Weezer, jednym z idoli z dzieciństwa, zagrał koncert w Brooklynie. Przed nim rozpościerało się morze fanów, a za nim – panorama Manhattanu. Był DJ-em na przyjęciu promującym nowy album M.I.A. Zagrał dla imponującego tłumu w rodzinnym Los Angeles, dał swój pierwszy europejski koncert w Londynie, a w Chicago wystąpił na jednej scenie z MGMT, najpopularniejszymi obecnie przedstawicielami indie rocka. Pozostały czas to wywiady, lotniska, hotele. „To stresujące” – mówi AWOL – „ale zarazem to najlepszy stres na świecie”. Ten kalifornijski piosenkarz powołał do życia AWOLNATION zaledwie dwa lata temu i była to dla niego zbawienna decyzja – w końcu mógł zapomnieć o kompromisach i robić to, o czym marzył. „W dwóch zespołach, których byłem członkiem, toczyły się bezustanne dyskusje” – mówi. „Tak powinniśmy to zrobić, a tak być nie może. Nareszcie zrzuciłem z siebie te kajdany. AWOLNATION to w 100 procentach moja wizja”. Zespoły, w których wcześniej grał, to Home Town Hero oraz Under the Influence of Giants. Obydwa odniosły sukces i podpisały kontrakty z ważnymi wytwórniami. Home Town Hero współpracował nawet z Maverick Records, wytwórnią Madonny. „Niestety, nie miałem okazji jej spotkać” – wyjaśnia AWOL – „ale gdy podpisywaliśmy kontrakt, obiecano nam, że na pewno do tego dojdzie”. Jednak nie nastąpił spodziewany przełom. Dwa lata temu AWOL musiał podjąć decyzję: kontynuować przygodę z muzyką czy zostać prawnikiem? „Podjąłem słuszną decyzję, zresztą i tak było już raczej za późno na zostanie prawnikiem” – stwierdza z uśmiechem. „W tamtym czasie napisałem swoje najlepsze piosenki”. Możesz usłyszeć te utwory na debiutanckim albumie AWOLNATION – Back from Earth. Nie można przeoczyć gniewu i zwątpienia, które wtedy odczuwał. 28

„Jeśli potrzebujesz dostać cios w twarz, to po tu jestem” – wyśpiewuje chropowatym głosem w energetycznym, otwierającym album utworze „Burn It Down”. „O to właśnie w życiu chodzi” – stwierdza. „O wyrzucanie z siebie wszystkich emocji. Niezależnie od tego, czy jest to euforia, czy gniew, życie zawodowe czy miłosne”. Pozostałe utwory z albumu prezentują szeroki zakres muzycznych zainteresowań AWOLNATION. W „Guilty Filthy Soul” ukazuje on swoją wrażliwą naturę, a brzęczące syntezatory w „Sail” brzmią niczym blues rock prosto z Marsa. Całość przenika niesamowita energia. Debiut AWOLNATION to emocjonalna beczka prochu grożąca niespodziewaną eksplozją. Poza sceną AWOL jest zrelaksowanym facetem. Podczas wywiadu spokojnie i z zastanowieniem odpowiada na pytania. Uwielbia surfing, ocean i kalifornijskie plaże. Podczas imprez lubi naśladować freestyle’owych raperów. To właśnie jego nawyki imprezowe zapewniły mu przezwisko i zarazem pseudonim, pod którym występuje do dziś. „Często wstaję i wychodzę bez słowa. Stąd wziął się AWOL: Absent Without Official Leave (znika bez oficjalnego pożegnania)” – wyjaśnia. Na twórczość AWOL-a wpłynęły głównie trzy osoby. Po pierwsze, jego ojciec, który nauczył go grać na gitarze „La Bambę”, gdy miał osiem lat. Następnie Kurt Cobain, którego zespół Nirvana zainspirował go do pisania piosenek. I wreszcie Jeff Buckley, którego muzyczne arcydzieło „Grace” uświadomiło mu, że śpiewający mężczyzna nie ma się czego wstydzić. „Kiedy grałem w zespole w liceum, więcej krzyczałem, niż śpiewałem, ponieważ nie chciałem pokazać prawdziwych uczuć – zwłaszcza przed dziewczynami. Wkrótce graliśmy już tylko dla pijaków” – mówi, pokazując tatuaż na ramieniu: płonący napis „Grace”. Kto wie, może wkrótce wytatuowane słowo AWOLNATION pojawi się na ramionach młodych muzyków. W końcu i tak jego muzyka zaszła już wielu za skórę. AWOLNATION udostępnia swoje klipy, sample i aplikację na iPhone’a: www.redbullrecords.com

Pseudonim AWOL Miejsce urodzenia Westlake Village, Kalifornia, USA Miejsce zamieszkania Thousand Oaks, małe miasteczko na północ od Los Angeles Zawód Muzyk Album W maju ukazała się jego debiutancka EP Back from Earth (Red Bull Records) Sieć awolnationmusic.com


Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Zobacz Kalifornijczyka na jeziorze i dużo więcej

AWOLNATION uwielbia wodę. Nieważne, czy to górskie jezioro, czy Pacyfik. „Czego nie lubię podczas bycia w trasie? Tego, że nie mogę surfować” – mówi. „No i jeszcze środkowych miejsc w samolocie”


Herosi

Stöhr Fischhuber Anna

i Kilian

to najlepsi boulderowcy na świecie. Poza tym są parą, a to – jak twierdzą – najlepsza z możliwych kombinacji. Tekst: Werner Jessner, zdjęcia: Philipp Horak

Na deptak w Innsbrucku wjeżdża para na rowerach. Oboje wysportowani i opaleni, wyglądają na studentów wychowania fizycznego (w rzeczywistości studiują na AWF i anglistyce). On skończył niedawno 27 lat. Ciemne włosy, pociągła twarz. Stawia swojego rumaka przy ogródku tradycyjnej śródmiejskiej kawiarenki. Obok rower parkuje ona – 22 lata, długie włosy spięte w koński ogon, duża torba uszyta z samochodowej plandeki oraz radosny uśmiech na twarzy. Wręcz klasyczna scena z życia mieszczańskiej cyganerii (tzw. bobo) – brakuje tylko nieśmiertelnego latte macchiato. Ale nic z tego, i on, i ona zamawiają wodę. Niewtajemniczony obserwator nie może wiedzieć, że ta para to światowa czołówka boulderingu – wspinaczki sportowej bez liny. Niewielka wysokość ścianek i niesamowity poziom trudności przyciągają tysiące widzów do Arco nad jeziorem Garda, Wiednia, Moskwy i innych miejsc na całym świecie, od Chin po Amerykę. Bouldering można określić mianem najbardziej miejskiej formy wspinaczki, przybliżającej ludziom góry i wprawiającej ich w podziw. O ile wspinaczkę alpejską da się porównać z wielogodzinnym koncertem rockowym, gdy z każdą długością liny wymagania zmieniają się jak refreny w poszczególnych utworach, bouldering jest raczej podobny do improwizacji jazzowej – zawsze pojawia się coś nowego i niepowtarzalnego. Kilianowi Fischhuberowi właściwie podoba się to porównanie, ale zastrzega, że „nie lubi jazzu”. Z muzyki preferuje indie i brzmienia alternatywne, a dodatkowo drum’n’bass. Anna ma podobny gust, ale zamiast tego ostatniego gatunku woli reggae. Kilian Fischhuber ma już w swoim sportowym CV cztery zwycięstwa w łącznej kwalifikacji Pucharu Świata, a nad piątym właśnie pracuje. Trzy razy zwyciężał też w prestiżowych zawodach Rock Master w Arco – do kolekcji brakuje jeszcze tylko tytułów mistrza świata i Europy. Anna Stöhr była już mistrzynią świata i ma na swoim koncie pierwsze miejsca w ogólnej klasyfikacji PŚ 2008 i Rock Master. 30

Osiągnięte przez tę parę sukcesy mówią jednak o Annie i Kilianie mniej niż sposób, w jaki oboje się wspinają. Dziewczyna z Tyrolu pochodząca z rodziny przewodników górskich i chłopak z Dolnej Austrii (a więc przyjezdny) są w tym zakresie bardzo do siebie podobni: szybcy, silni i skuteczni. W tych miejscach, gdzie inni boulderowcy wiszą na ściance, balansują ciałem, planują przechwyty, w wymyślnych pozach dają odpocząć „zbułowanym” rękom przed dalszą walką, improwizują i myślą tak intensywnie, że wyraźnie widać wysiłek umysłowy – Anna i Kili szybko wspinają się do topu jak Spider woman i Spider man. Ta charakterystyczna dla obojga szybkość rodzi się w głowie: żeby wspinać się tak szybko i pewnie, doświadczenie i przygotowanie fizyczne nie wystarczą. „W boulderingu trzeba pogłówkować” – stwierdzają zgodnie. A Kilian logicznie to stwierdzenie uzasadnia: „Każde zawody są inne. Najsilniejszy mięśniak może w naszej dyscyplinie przegrać z żylastym chudzielcem. Różnica polega na boulderach, chwytach. Hermann Maier był najlepszym narciarzem, ale na niektórych trasach nie miał szans. W boulderingu są dwie klasyfikacje: za oznaczony bonusem chwyt mniej więcej w połowie problemu i za top na samej górze. Reszta się nie liczy. Jeden boulder więcej lub mniej to w Pucharze Świata często dziesięć miejsc w klasyfikacji. Każdy ruch jest unikalny i nie da się go powtórzyć, nawet jeżeli – jak my – spędzasz 200 dni w roku w hali. Każdy ma swój sposób na bouldery. Uczysz się strategii rozwiązywania problemów. Najpierw trzeba się zastanowić, a im bardziej się zastanawiasz i im większe masz doświadczenie, tym więcej znajdujesz rozwiązań. Z drugiej strony musisz być jednak na tyle elastyczny, żeby zmienić decyzję już na ściance”. Regulamin stanowi, że trzeba utrzymać najwyższy chwyt (top) obiema rękami przez trzy sekundy, żeby przejście zostało zaliczone. Nierzadko zawodnicy rzucają się na ten ostatni chwyt z okrzykiem – jak amerykańscy futboliści podczas przyłożenia.

Imię i nazwisko Anna Stöhr Data i miejsce urodzenia 25 kwietnia 1988 r., Reith w Alpbachtal, Austria Zawód Boulderowiec, studentka Sukcesy Mistrzostwo Świata 2007, zwycięstwo w łącznej klasyfikacji Pucharu Świata 2008 oraz w Rock Master Internet www.anna-stoehr.at

Imię i nazwisko Kilian Fischhuber Data i miejsce urodzenia 1 sierpnia 1983 r., Waidhofen nad Ybbs, Austria Zawód Boulderowiec, student Sukcesy czterokrotne zwycięstwo w łącznej klasyfikacji PŚ 2005, 2007, 2008, 2009; trzykrotne w Rock Master (2005, 2008–2009). Internet www.kilian-fischhuber.at


Duet światowej klasy na czterech ścianach świata: Anna Stöhr i Kilian Fischhuber


Pasują mi moje muskuły. Uważam, że są OK. Anna Stöhr „Po trudnym boulderze masz ochotę wyrwać ten chwyt ze ściany. Opada z ciebie napięcie, jesteś najlepszy, na dole tłum, naprawdę super. Jest w tym dużo agresji, bo przedtem trzeba iść na maksa. Gdy jesteś na górze, możesz to wszystko z siebie wyrzucić” – przyznaje zachowujący się na co dzień rozważnie i starannie dobierający słowa Fischhuber. Jeszcze gorsze niż wspinanie się – twierdzą oboje zgodnie – jest stanie wśród publiczności i obserwowanie na ściance akcji swojego partnera. Anna: „Problemy wydają się z pewnego dystansu bardziej logiczne niż z bliska. Czasem masz ochotę podejść i powiedzieć: Zobacz, tak to trzeba zrobić!”. Kilian: „Z większej odległości każdy doświadczony obserwator zauważy rozwiązanie szybciej niż zawodnik na ściance. Do tego dochodzi upór wyczynowca – coś ci mówi, że musi dać się to zrobić tak, jak właśnie próbujesz”. 32

Zaczynamy stąpać po cienkim lodzie: dwoje ludzi (oboje w światowej czołówce swojej dyscypliny) obserwujących swojego życiowego partnera przy wykonywaniu tej samej czynności. Czy udaje im się powstrzymywać od rad – udzielanych w dobrej wierze, ale mogących zostać odebranymi zupełnie inaczej? „Próbuję coś doradzać Annie, ale tylko na treningach. No, ale wskazówki często i tak nic nie dają”. Jest to związane ze specyfiką tego sportu: swoje treningowe bouldery każdy ustawia sam. Technika to jedna strona medalu – druga to warunki fizyczne. Nawet wspinacze gorsi technicznie mogą pokonać zawodowców takich jak Anna, jeżeli rozmieszczą chwyty poza jej zasięgiem. Dowiadujemy się, że idealny boulderowiec powinien mieć od 1,70 do 1,75 m wzrostu, ważyć od 60 do 65 kg i być mężczyzną (zupełnie przypadkowo profil ten pasuje dość dokładnie do Kiliana Fischhubera). Kili nie ma jednak problemów z przyznaniem, że „kobiety wspinają się często ładniej i mają opanowany większy repertuar ruchów, bo w mniejszym stopniu mogą polegać na swojej sile”. Oczywiście nie ma reguły bez wyjątku: „Największy konkurent Kiliego, Czech Adam Ondra, ma bardzo nietypową budowę ciała: mało mięśni i nienaturalnie długie kończyny”. Bouldering to nie siatkówka plażowa. Co to znaczy z punktu widzenia estetyki ciała? Anna: „U facetów

Zdjęcie: Reinhard Fichtinger

Wspomnienie z urlopu: Anna i Kilian na południu Afryki


Herosi

za piękne uważa się dobrze zaznaczone mięśnie, u kobiet – nie. Potrzebuję swoich muskułów i uważam, że są OK”. Kilian nie zaprzecza: „Ani Anna, ani ja nie chodzimy na zajęcia z fitnessu. W porównaniu z innymi wyczynowymi sportowcami nasza wytrzymałość podstawowa jest raczej niska, ale nie o nią chodzi w boulderingu. Jeżeli idę pojeździć na MTB, to robię to, bo lubię rower, a nie dlatego, że muszę trenować. Sporo naszej sprawności wiąże się z tym, że często udzielamy się sportowo w różnych dyscyplinach”. Narty (Anna – snowboard, od ukończenia 10. roku życia), wspinaczka skałkowa; „czy dziewczyny z Tyrolu umieją w ogóle pływać?” – podśmiewa się Kilian i robi aluzję do niewielkiej liczby basenów w Innsbrucku, raju dla sportowców innych dyscyplin. Zaczynają się znowu przekomarzać jak dobrana para połączona wspólnym doświadczeniem. Ich drogi do boulderingu były jednak zupełnie inne. Kilian zaczął trenować znacznie później niż Anna: „Mieliśmy w szkole sportowej w Waidhofen świetnego wuefistę. Nazywał się Herbert Lettner i wszyscy darzyliśmy go wielkim szacunkiem”. Wspomniany nauczyciel – obecnie już „poważny” 40-latek, który powrócił do swojej młodzieńczej pasji, czyli jeżdżenia na bosaka za motorówką – niechętnie przyjmuje te pochwały: „Kili miał niesamowity talent. Obojętnie, jaki sport mu pokazałeś – we wszystkim był dobry. W jego przypadku po prostu nie dało się niczego zepsuć. Ponadto bez mrugnięcia okiem podciągał się 40 razy na drążku”. Za karierę Kiliego w sporcie profesjonalnym odpowiadają inni trenerzy – pierwszym był Martin Kerscher, a potem przyszedł Rupert Messner, który trenuje także Annę: „Bez Rupiego jako trenera i doradcy oraz Reinholda Scherera, który załatwia nam dosłownie wszystko w hali, nasze sukcesy nie byłyby możliwe”. Anna Stöhr urodziła się w podobnie inspirującym otoczeniu – jej rodzice wspinali się i zabierali córkę na skałki do Francji. Wychowywała się w Innsbrucku w środowisku wspinaczy. Trening nigdy nie był przymusem, tylko chęcią spotkania się z przyjaciółmi i porobienia razem czegoś, co się lubi: „Wspinanie się jest sportem bardzo prospołecznym. Wspinałam się, bo to był fun. Otoczenie społeczne i towarzystwo są dla mnie bardzo ważne. Wiele moich konkurentek musi trenować w samotności. To nie dla mnie”. Wspinaczka to w Innsbrucku bardzo popularny sport. W hali sportowej przy Tivoli zawsze kłębią się tłumy, a dobre skałki można znaleźć w najbliższej okolicy – Mayrhofen w Zillertal albo Ötztal. Gdybyśmy szukali światowej stolicy wspinaczki, wylądowalibyśmy pewnie właśnie w Innsbrucku. Bycie ze znanym od dawna i także wspinającym się kolegą to dla Anny coś w rodzaju przeznaczenia: „Trudno byłoby mi związać się z facetem, który się nie wspina. Cieszę się, że tyle czasu spędzamy razem – na zawodach, na treningach. I że zawsze ktoś przy mnie jest – na dobre i na złe. Gdyby mój facet się nie wspinał, miałabym poczucie, że muszę chodzić na treningi, a to wszystko by utrudniało”. Życie pary Fischhuber/Stöhr wygląda na bardzo szczęśliwe. Nikomu się nie nudzi. Kili: „Możemy robić to, o czym marzymy, i żyć z tych marzeń.

W takiej sytuacji oczywiście nie chce się kończyć studiów. No, ale z drugiej strony sam płacę za mieszkanie, mam samochód, wyjeżdżam wiele razy w roku, uprawiam swój ukochany sport i jeszcze na tym zarabiam. Co może być piękniejszego?”. Anna potwierdza: „Uniwerek bywa męczący, ale bez niego byłoby nudno. Potrzebujemy zmiany perspektywy. Ludzie, którzy się nie wspinają, mają zupełnie inne wartości. Pozwala to zrelatywizować sport”. Chociaż jako zawodowcy żyją głównie swoją dyscypliną, oboje planują w trochę dłuższej perspektywie więcej niż tylko jeden ruch naprzód. Kilian od ośmiu lat nie ma telewizora, ale zastanawia się nad jego kupnem, żeby „móc oglądać wieczorne wiadomości” po powrocie z treningu: „Chcę wiedzieć, co się dzieje na świecie”. Anna czyta obecnie „U nas wszystko dobrze”, powieść obyczajową Arno Geigera, pisarza z Vorarlbergu. Kilian czyta nawet przed zawodami, ale raczej po to, żeby mieć potem świeży umysł, bo „o treść to nawet nie ma sensu pytać – nic wtedy nie zapamiętuję”. Właśnie, przygotowania do startu: Anna słucha muzyki z odtwarzacza MP3; Kilian twierdzi, że chyba doprowadziłoby go to do szału: „Próbuję zaakceptować pewien poziom nerwowości. Jeżeli ktoś startuje w zawodach, nie może mu to być obojętne. Lepiej sobie z tym radzę w samotności”. W takich momentach pomaga doskonałe zrozumienie i szacunek dla kariery partnera. Na ściance i tak każdy jest sam. „Nie można wtedy sobie pomagać, nie mam możliwości komunikacji z Anną. Często nie dociera do mnie nawet, że źle jej idzie. Wiem natomiast, kiedy wchodzi do finału – słyszę wiwatującą publiczność i domyślam się,

Przy boulderingu trzeba pomyśleć. Uczysz się rozwiązywać problemy. Kilian Fischhuber że Annie poszło dobrze. Jeżeli chcesz, żeby związek był harmonijny pod względem sportowym i ludzkim, ważna jest umiejętność zrozumienia drugiej strony i wczucia się w jej położenie. U nas to działa. Najgorsze byłyby chyba nieszczere słowa pociechy po spieprzonych zawodach: No, nie było tak źle, następnym razem dasz radę. Oboje umiemy ocenić dokonania partnera w danym dniu i nie musimy przed sobą udawać”. Dotyczy to także samooceny: „W tym roku w Rosji zająłem trzecie miejsce i byłem wściekły. Na następnych zawodach, w Holandii, byłem też trzeci – ale bardzo happy. Dla ludzi z zewnątrz może to być niezrozumiałe – trzecie miejsce tu i trzecie tam. Nikt nie potrafi tego ocenić tak, jak ktoś, kto robi to samo”. Anna potakuje. ME 2010 we wspinaczce sportowej: 15–18 września 2010, Innsbruck i Imst, Austria; www.euro-2010.at

33


Herosi

Pionier

Gary Fisher

Jego korzenie sięgają kultury kalifornijskich hipisów, ale z czasem rower górski stał się niezwykle zaawansowaną technicznie maszyną. A to wszystko na oczach i przy udziale pewnego mężczyzny. Tekst: Paul Fearnley, zdjęcia: Emily Shur

Imię i nazwisko Gary Christopher Fisher Data urodzenia 5 listopada 1950 r. Miejsce zamieszkania San Francisco, Kalifornia, USA Big Daddy Znalazł się w Mountain Bike Hall of Fame w 1988; w 1994 magazyn „Smithsonian” nadał mu tytuł „ojca założyciela” roweru górskiego Kiepska fryzura W 1968 r. wyrzucono go ze związku kolarskiego z powodu zbyt długich włosów, niedługo potem odzyskał członkostwo

34

Nie do końca wiadomo, jak to się dokładnie zaczęło. Zasługi przypisują sobie Francuzi oraz Brytyjczycy. Jednak mówiąc o kolebce rowerów górskich, nie można nie wspomnieć o hrabstwie Marin. W latach 70. ewidentnie coś wisiało tam w powietrzu: pojawił się genialny pomysł. Ale nawet rowerowe punki z północnej Kalifornii, nazywani „ojcami założycielami” kolarstwa off-roadowego – a jest ich wielu – przyznają, że rowerowe wynalazki mają wiele źródeł. Zaczęło się od amerykańskiego profesora socjologii Johna Finleya Scotta, który jeździł na swoich przerobionych rowerach po off-roadowych trasach już na początku lat 50. Później pojawili się uzależnieni od downhillu i marihuany Larkspur Canyon Gang, a po nich Pale Riders z Morrow Dirt Club. Wszyscy oni odegrali ważne role, ale i tak nie mogą się równać z Garym Fisherem. Fisher, buntowniczy fan wyścigów, od chwili narodzin trzymał w ramionach rowerowe dziecko – karmił je, przeprowadził przez okres dojrzewania i do dziś, ponad 30 lat później, pozostaje jego gorliwym orędownikiem i najmądrzejszym doradcą. Nawet na chwilę nie osłabła jego miłość i choć rodziców jest wielu, on bezsprzecznie jest przodkiem wszystkich „ojców założycieli”. „Wiedziałem, że mój pomysł zawojuje świat rowerów” – mówi. „Choć w życiu nie przypuszczałem, że aż na taką skalę, że moje nazwisko pojawi się w podręcznikach. To akurat niezłe wariactwo. Ja po prostu chciałem stworzyć rower i dobrze się na nim bawić. Myślałem: zobaczymy, co z tego wyjdzie – takie było nasze założenie. Wielu ludzi miało rowery dokładnie takie jak nasze i robiło dokładnie to, co my – ale nic im z tego nie wychodziło. Nie było plonów z ich ziarna. My natomiast wyhodowaliśmy drzewo. Udało nam się wymyślić rzecz zwaną rowerem górskim. I wyprodukowaliśmy ich tyle, że już na zawsze pozostanie po nich ślad”. „My” – czyli grupa podobnie myślących riderów z północnego końca mostu Golden Gate. Fisher był punkiem, którego obiecująca rowerowa kariera

zakończyła się nagle w 1968 roku. Nie potrwała długo, ponieważ jego włosy były takie, jakie były. Po czterech latach zapewniania świetlnego show dla muzycznej sceny San Francisco – którą stanowiły grupy takie jak Grateful Dead, Big Brother czy Holding Company – powrócił do wyścigów i pomógł założyć klub rowerowy Vélo-Club Tamalpais, w którym zamiast garniturów rządziły jeansy i T-shirty. Członkowie klubu, którego nazwa wywodziła się od pobliskiej góry, byli szybcy i równie dziwaczni. Marc Vendetti i Joe Breeze przyjeżdżali na spotkania na wartych marne grosze, wyposażonych w grube opony jednobiegowych rowerach Schwinn, będących symbolem lat 40. Nadawali im różne nazwy, między innymi klunker (trzaskacz). Mimo wszystko pomysł się spodobał – pierwszym rowerem Fishera był stary Shelby Traveler – i niedługo potem podbił rowerowy świat. „W Ameryce w latach 50 i 60. ludzie usilnie próbowali oddalić się od natury i żyć w miastach” – mówi Fisher. „Władzom nie przypadli do gustu hipisi i ich życie na łonie natury, więc pozamykali bramy miast. Wtedy właśnie rowery stały się magicznymi kluczami do tych bram. Władze nie miały o nas pojęcia. Byliśmy niewidzialni. Mieliśmy niekończącą się prywatną imprezę w lesie. To było nasze antidotum. Wyruszałem w długie trasy, ciężko trenowałem, wracałem i po południu znów wsiadałem na klunkera. Było wspaniale i pomogło mi to w wyścigach. Niezapomniane emocje zapewniane przez naturalną kolejkę górską... Byłem gotowy na wszystko. Jak nikt radziłem sobie z prowadzeniem roweru i to dawało mi przewagę nad innymi”. Ach, ten instynkt rywalizacji. Nawet okolice hrabstwa Marin, zwane także Haight-Ashbury North, nie były na niego odporne. „Mój klunker jest szybszy niż twój!” – słychać było na ulicach. „Wystarczy zamontować zegarek i wszystko się zmienia” – śmieje się Fisher. Biorąc pod uwagę ciężar ich sprzętów (19 kg), dla właścicieli klunkerów downhill był jedyną opcją. Urwiste, kręte, żwirowe ścieżki wysokiego na 426 m


Fisher w swoim domu w San Francisco nadal projektuje, jeździ i ściga się na rowerach


Herosi

kanionu Cascade zapewniały im 3 km trasy, na których mogli testować swoje umiejętności. W październiku 1976 roku zorganizowany tam wyścig wygrał Alan Bonds – współlokator Fishera i organizatora wyścigów Charliego Kelly z Klunker Kamelot, z 32 Humboldt Avenue, San Anselmo. Był jedynym zawodnikiem, któremu udało się uniknąć spektakularnej wywrotki. Rezultat ten miał być rezultatem ostatecznym, ale zażądano rewanżu i od tamtej pory przez trzy lata organizowano kolejne wyścigi pod nazwą Repack. Były one coraz szybsze i coraz trudniejsze, w miarę wprowadzania innowacji technicznych. Fisher, genialny konstruktor – spawający, lutujący, brązujący, korzystający z tokarki i szlifierki – był pierwszym Marinerem, który wyposażył swój klunker, Schwinna z 1938 roku, w przerzutki. Jako purysta chciał nie tylko zjeżdżać na dół, ale także wjeżdżać na górę. Chciał też mieć możliwość zatrzymania się na żądanie, więc zamontował hamulce bębnowe na obu kołach – ten na tylnym pochodził ze zniszczonego tandemu – oraz motocyklowe dźwignie hamulców z linkami. Prawdopodobnie zainspirowali go tajemniczy riderzy z Morrow Dirt Club. W grudniu 1974 roku niezapowiedziani przybyli z Cupertino położonego 120 km na południe, aby spróbować kolarstwa przełajowego w Mill Valley w Marin – i szybko zniknęli na następne 20 lat. Fisher mówi, że był tego dnia tak skupiony na wyścigu, że nawet nie zauważył przybycia gości ani ich udoskonalonych klunkerów. Ale na zdjęciu ze startu widać, jak ukradkiem spogląda na rywali. Był zbyt sprytny, by ich nie zauważyć. To dzięki tego typu spotkaniom powstawały nowe maszyny, a wyścigi Repack były miejscem, w którym rodziły się najlepsze pomysły. Nikt nie pytał Fishera o jego wyprawy za miasto, ale wszyscy chcieli wiedzieć, czy pojawi się na kolejnym Repacku i czy zdoła pokonać przybyszy z innego miasta. W grudniu 1977 roku postawił wszystko na jedną kartę i ustanowił rekord – 4 minuty 22 sekundy – którego do tej pory nikomu nie udało się pobić. „Pierwszą nagrodą były różne części do roweru, a nie, jak niektórzy sądzą, worek marihuany. To byłoby 36

Techniczny postęp: klunker Fishera z modyfikacjami, które obciążyły rower, ale zwiększyły jego prędkość

Biuletyn „The Fat Tire Flyer” pojawił się w 1980 roku i stał się podstawową lekturą entuzjastów rowerów górskich. Ostatni numer wydano w 1987 roku

zbyt piękne. Charlie (Kelly) i tak już zbyt wiele ryzykował: nie było ubezpieczenia ani pozwoleń. Prawdziwie nielegalny wyścig”. „Kiedy ludzie widzą dziś to miejsce, myślą sobie: ale stromo. Jeździło się tam dobrze, ale żeby wygrać, trzeba było unikać kraks. Od czasu do czasu ludzie próbują pobić mój rekord, ale nawet najlepszy rezultat był za długi o 6 sekund. Rekord ten nie został pobity, ponieważ jeździliśmy tak często, że znaliśmy trasę na pamięć, a ponadto tego dnia warunki były wprost idealne. Jednak na pewno zostanie pobity, jeśli zorganizowane zostaną tam zawody UCI Mountain Bike World Cup Downhill”. Zapasy części do klunkerów skończyły się jeszcze przed 1977 rokiem, a te, które nadal nadawały się do użytku, nie sprawdzały się w tak ciężkich warunkach. Dlatego Kelly zlecił wykonanie lekkiej ramy na zamówienie. Nie był usatysfakcjonowany pierwszą wersją, ale druga, zaprojektowana i wykonana w ciągu ośmiu miesięcy przez Breeze’a, przypadła mu do gustu. Twórca ramy miał taką samą i dzięki niej od razu wygrał Repack w październiku 1977 roku. Liczba klunkerów natychmiast wzrosła. Fisher przegapił dostawę pierwszych dziesięciu Breezerów. Chcąc wprowadzić w życie własne pomysły, na początku 1979 roku skontaktował się z Tomem Ritcheyem z Redwood City leżącego 80 km na południe. Młody gwiazdor wyścigów Ritchey także wiedział, jak szybko i dokładnie budować ramy. Jego umiejętności zmusiły Fishera do myślenia. Był cwany i dużo wiedział na temat rynku rowerowego i jego potrzeb, a to dawało mu przewagę nad kolegami z Repack. W 1978 roku znajomi z Marin spakowali swe rowery i udali się do Kolorado, gdzie dołączyli do mieszkańców miasta Crested Butte i wzięli udział w corocznej przeprawie przez przełęcz Pearl (3901 m). Fisher, który już wtedy regularnie pisał dla magazynu „Bicycling”, doleciał do nich z Nowego Jorku. Był z nimi duszą i ciałem, ale jego myśli wędrowały zupełnie gdzie indziej. Kiedy w 1979 roku trener powiedział mu, że nigdy nie będzie numerem jeden na szosie, Fisher z Kellym jako partnerem postanowił spróbować sił w biznesie.

Zdjęcia: Steve Behr/Stockfile

Przecieranie szlaków: wyścigi downhillowe w Fairfax w hrabstwie Marin inspirowały pierwszych rowerzystów górskich


Herosi

Zdjęcie: Wende Cragg

„Sprzedawanie rowerów sprawia mi przyjemność”. Dla Fishera jazda na rowerze to religia.

Ich firma nie była pierwszą masowo produkującą rowery górskie – wyprzedził ich były motocyklista wyścigowy Mert Lawwill – ale za to jedyną specjalistyczną. Nadali jej jakże oryginalną nazwę – Mountain Bikes. Fisher zaczął dokonywać cudów. „Pierwszy rower kosztował 1320 dolarów. Wszystko było wykonywane na zamówienie, wszystko było doskonałe. Doskonałość była w standardzie. Można było kupić rower górski za 900 dolarów, ale jak często powtarzaliśmy – nie kupuje się przecież taniego spadochronu. W pierwszym roku sprzedaliśmy 160 sztuk. W kolejnym – już blisko tysiąc”. Nagle biznes nabrał tempa. W styczniu 1979 roku lokalna stacja telewizyjna rozpowszechniła artykuły prasowe dotyczące Repack i rowery górskie stały się popularne w całym kraju. Lata 80. przyniosły pewne problemy. Kelly nie miał serca do pozwoleń i legalizacji wymaganych przez władze sportowe i wielki biznes. Natomiast znający się na rzeczy Ritchey chciał (i udało mu się to) utrzymać znaczącą pozycję na rynku. Sam Fisher pragnął obniżyć ceny i przyciągnąć uwagę nowych klientów. „Sprzedawanie rowerów sprawia mi przyjemność” – mówi Fisher. „Nikogo tym nie krzywdzę. Gdy jeździsz

Fisher wyłania się zza zakrętu na modelu Schwinn Excelsior z 1941 roku

na rowerze, zawsze możesz poznać nowych ludzi”. Jednak spotkanie hipisa z przedsiębiorcą to już inna sprawa. „Kiedy kilka osób z grupy odnosi spory sukces, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: Też mogłem to osiągnąć, ale on zrobił wiele złych rzeczy i nie chcę być taki jak on. Taka jest ludzka natura. Nie stronię od krytyki, chciałbym ją spokojnie przyjmować i analizować, ale jestem dość porywczy, działam bez zastanowienia. Często tak robię. Zbyt często”. Fisher chwilowo stracił równowagę, ale nie przewrócił się. Wykupił część spółki należącą do Kelly’ego i w 1983 roku macierzysta, choć zadłużona firma przekształcona została w Gary Fisher Bicycles. W tym czasie marka Specialized z San Jose w Kalifornii z pomocą Japończyków wypuściła na rynek swój przyszły znak rozpoznawczy, model Stumpjumper – masowo produkowany rower górski. Przed rokiem 1991 – w okresie szczytowej popularności rowerów górskich – firma Fishera, jak sam twierdził, była „za duża, by być małą, i za mała, by być dużą”, więc sprzedał ją tajwańskiej firmie Anlen. Nie był to najszczęśliwszy okres dla prezesa Fishera, którego traktowano jak marionetkę. Na szczęście w 1993 roku na ratunek przyszła mu firma Trek z Winsconsin, która wykupiła biznes Fishera i pozwoliła mu realizować innowacyjne pomysły. Od tamtej pory Fisher jest szczęśliwy: ściga się i jeździ spokojnie, na drodze i poza nią, w górach i w mieście, uważnie słuchając i zachęcająco mówiąc – a to ostatnie wychodzi mu świetnie, choć pewnie jest nieświadomy swojego sarkastycznego dowcipu w stylu Billa Hicksa – i wciąż wprowadzając innowacje. W tle działa Trek, ale na pierwszym planie jest Fisher – układ idealny dla obydwu stron. Zbliżając się do sześćdziesiątki, nie może już poszaleć z fryzurą, ale nadal kreuje się na hardcore’owego ridera. Jest obecnie punkowym mężem stanu. Wie, że miłość Ameryki do samochodów jest niezniszczalna, ale wierzy, że można nią zachwiać. Dąży także do popularyzacji ligi rowerów górskich w szkołach średnich i tworzenia sieci wąskich, naturalnych szlaków, które wywołały w Ameryce ponowne zainteresowanie kolarstwem górskim. Udało mu się nawet przekonać polityków San Francisco do elektrycznie wspomaganych rowerów. W końcu nawet George „Dablju” uwielbiał swój rower górski. Nad jego następcą w Białym Domu trzeba jeszcze popracować, ale jeśli ktoś jest w stanie przekonać Obamę do przełożenia nogi nad ramą klunkera, to tylko hipisowski przedsiębiorca – Gary Fisher.

Więcej na temat Gary’ego Fishera na: www.fisherbikes.com

37


Herosi

Makode Linde

to chodząca synteza różnych dziedzin sztuki. Obdarzony talentem muzycznym i plastycznym, bawi się stereotypami, żeby w pełen humoru sposób zwalczać rasizm i uprzedzenia. Tekst: Uschi Korda, zdjęcie: Thomas Karlsson

Imię i nazwisko Makode Linde Data i miejsce urodzenia 28 czerwca 1981 r., Sztokholm, Szwecja Miejsce zamieszkania Sztokholm i Berlin Zawód Artysta Jak się postrzega? Jako wszechstronnie utalentowanego człowieka renesansu. Produkuje i komponuje muzykę teatralną i filmową, zajmuje się sztuką VJ, performance (m.in. z Klarą Liden) i instalacjami, projektuje okładki płyt (np. dla zespołu Kent), rozświetlił fluorescencyjnymi tapetami klub Berns w Sztokholmie. Web www.makodelinde.com

38

„Właśnie wróciłem z Indii. Byłem na południe od Goa. To był spontan. Chciałem się odnaleźć”. „I jak? Pomogło?”. „Pewnie! Odnalazłem się, potem zagubiłem, znowu odnalazłem i ponownie zagubiłem – a potem przestałem liczyć. Wychodzi na to, że jestem teraz tą samą osobą, tylko bardziej opaloną”. Niewinne uniesienie brwi i pozornie poważna mina – przez chwilę szwedzki artysta najwyraźniej sprawdza, czy rozmówca zrozumiał dowcip. Bez obaw, skarbie – zrozumiał. Jeżeli ktoś od dziecka tak bardzo rzuca się w oczy, potrafi zwykle trafiać w punkt swoimi nacechowanymi sarkazmem dowcipami. Makode twierdzi, że już w szkole podstawowej uświadomił sobie, iż jego jedyną szansą na przetrwanie jest dowcipna stylizacja na artystyczny multitalent. Niezależnie od perspektywy zawsze był outsiderem. Jego ojciec, czarnoskóry afrykański muzyk z tradycyjnie islamskiego Wybrzeża Kości Słoniowej wyemigrował w latach 60. do Sztokholmu. Matka to szwedzka aktorka pochodzenia żydowskiego. „Jestem ciemnoskóry, ale nie całkiem czarny. Nie jestem muzułmaninem ani żydem. A do tego jestem Szwedem, chociaż wcale na Szweda nie wyglądam – stanowię wręcz idealny obiekt prowokacji i przesądów”. Ekscentryczny 29-latek postanowił więc, że wykorzysta swoje pochodzenie i uczyni zeń cnotę. I to na wielu płaszczyznach. Najpierw optycznie – dzięki odpowiednio ekscentrycznej stylizacji. Spacerując z Makode po Sztokholmie, możemy zapomnieć o anonimowości. Prawie 1,90 m wzrostu robi swoje, a upięte wysoko dredy sprawiają, że artysta wydaje się jeszcze wyższy – nawet na tle wysokich Szwedów. Odpowiednio dobrane detale – np. pomarańczowa naklejka „Aktas” – uzupełniają oryginalny image. „Aktas to delikatność, kruchość. Tak właśnie czułem się dzisiaj rano w głębi serca”. Już jako dziecko Makode wiedział, że nie nadaje się do normalnej pracy w określonych godzinach. Postanowił więc spróbować aktorstwa. „Kiepsko

mi to szło. Umiem ściemniać, ale nie nadaję się na scenę” (w tym momencie trzeba sobie wyobrazić charakterystyczne uniesienie brwi). Nic nie szkodzi – Linde ma we krwi także muzykę. Studiował w renomowanej Adolf-Frederiks-Musikskola w Sztokholmie (m.in. inżynierię dźwięku i produkcję muzyki), komponował utwory na fortepian i syntezator oraz założył kilka zespołów, w których występował jako wokalista. Realizował dźwięk dla Royal Dramatic Theatre i szwedzkiej telewizji. Talent rysownika odkrył w sobie raczej przypadkiem, gdy zaczął tworzyć animacje do swojej muzyki. W wieku 25 lat rozpoczął studia na sztokholmskiej ASP (Konstfack), gdzie do dziś ma do dyspozycji niewielką pracownię. „Wtedy stałem się pełnoetatowym artystą i zacząłem utrzymywać się ze sztuki” – mówi Makode. Kierunek poszukiwań artystycznych Makode Lindego nie jest zaskoczeniem, jeśli wziąć pod uwagę jego pochodzenie. „Koncentruję się na uprzedzeniach – wobec czarnoskórych i innych mniejszości etnicznych”. Podchodzi do tego zagadnienia ze specyficznym, slapstickowym humorem, ponieważ wie, że na poważnie da się brać tylko te rzeczy, z których można się także pośmiać. To właśnie dlatego stworzył m.in. mop z dredów. Teraz pracuje nad przedstawianiem popartowych ikon białej rasy (np. bohaterki kreskówek Betty Boop) jako czarnoskórych. Bez nabożnego respektu Makode traktuje również historię – niedawno stworzył znaną instalację, w ramach której prezentował Adolfa Hitlera z brodami innych znanych postaci ze świata polityki, m.in. Che Guevary. Szwedzki artysta pokonuje wszelkie stereotypy i łamie liczne tematy tabu – także osobiste. „Czyli twoja wyprawa do Indii była udana?”. „Tak. I wyobraź sobie: doszedłem tam do wniosku, że jestem rasistą. Hindusi ciągle mnie dotykali. W końcu nakrzyczałem na jakieś dziecko, które ciągnęło mnie za dredy. Po prostu szok! Czułem się potem naprawdę paskudnie!”. Wystawa: Galeria Pantocrátor w Berlinie, od października 2010


Zitat Head: Zitat.Velis exer suscipsusto dion ut loborer ostiniamet in henisse vero exero odigna facipsusto corero

Bildtext im Bild ut velesto ercin utatum zzrit lut ea alisi exer sisim dipisl ullaorperos ad euis raesent am deliquipsum dolore te commy num aute dolortie faccum ver at lutpat.Ro od dolorer alis nummodo

Czarnoskóra Betty Boop? (w maszynie drukarskiej w tle) „Dlaczego nie?” – pyta szwedzki artysta Makode Linde. „Wygląda przecież nieźle, prawda?”


Zdjęcie: Brady Fontenot/Red Bull Photofiles

Muzyka we krwi: program Roots of Music organizuje zajęcia dla perkusistów w budynku Cabildo przy Jackson Square w Nowym Orleanie. Więcej o brzmieniu tego miasta na s. 70

40


Akcja

Nowinki z bezkresnego świata niezwykłych wyczynów... 42 KONKUrs fotograficzny red Bull Illume 56 Pierwsza gwiazda POP w formule 1 64 Wielki błękit herberta nitscha 70 MUZYKA Duszą nowego orleanu

41


KATEGORIA ILLUMINATION

Chris Burkard USA

ZAWODNIK: Peter Mendia LOKALIZACJA PLANU: Buchupureo, Chile „Światło, wiatr, fala – wszystko było perfekcyjne. Jakby cała natura połączyła się w tej chwili w idealnej harmonii. A w środku tego wszystkiego – Peter…”. To zdjęcie zostało przez jurorów Red Bull Illume okrzyknięte najlepszym zdjęciem sportowym i najlepszym zdjęciem akcji

42


A KC JA Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Co łączy twórcę i tworzywo

Zwycięskie

WIZJE

Red Bull Illume 2010 to 22 764 nadesłane zdjęcia 4377 fotografów ze 112 krajów. To jury składające się z 53 jurorów. I ostatecznie dziesięć zdjęć, które zwyciężyły w poszczególnych kategoriach. Ladies and gentlemen, oto oficjalne wyniki konkursu na najlepsze zdjęcie sportowe i zdjęcie akcji.


KATEGORIA PLAYGROUND

Tim Korb­macher NIEMCY

ZAWODNIK: Stefan Lantschner LOKALIZACJA PLANU: Krefeld, Niemcy „Warunki były już perfekcyjne, gdy dotarliśmy na miejsce. Stefan był pochłonięty jazdą, więc miałem czas, żeby wypróbować różne ustawienia”.

44


A KC JA


KATEGORIA spirit

Adam Kokot POLSKA

ZAWODNIK: Michał Król LOKALIZACJA PLANU: Spišské Tomášovce, Słowacja „Najtrudniej było namówić wspinaczy na sesję w Spišskich Tomášovcach, bo to region znany z niebezpiecznych tras. Pomysł na zdjęcie przyszedł mi do głowy już na miejscu, gdy Michał wspinał się i właśnie odpoczywał przed jakimś wyjątkowo trudnym odcinkiem. Poprosiłem, żeby oparł się o skałę i podziwiał widoki”.

46


A KC JA


KATEGORIA sequence

Miguel Ángel López Virgen MEKSYK

ZAWODNIK: Alfredo Salcido LOKALIZACJA PLANU: Guadalajara, Jalisco, Meksyk „Zaczynałem się już trochę niepokoić, bo zbliżał się termin nadsyłania prac na Red Bull Illume, a ja nie miałem jeszcze żadnego zdjęcia. W końcu wpadłem na pomysł sfotografowania na deskorolkach kilku swoich kumpli, a właściwie ich cieni…”. 48


A KC JA

Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Jak skomponować zdjęcie sekwencyjne


KATEGORIA energy

Stuart Gibson AUSTRALIA

ZAWODNIK: Ryan Hipwood LOKALIZACJA PLANU: Shipstern Bluff, Tasmania, Australia „Gdy fale w Shipstern Bluff są takie wysokie jak wtedy, trzeba korzystać ze skutera wodnego, bo o własnych siłach nie da się na desce wypłynąć w morze. Ryan miał już tego dnia za sobą kilka wipeoutów. Powiedział: Jeszcze ten ostatni raz! I wtedy na horyzoncie pojawiła się ta wielka czarna bestia…”. 50


A KC JA


A KC JA

KATEGORIA culture

Vincent Perraud FRANCJA

ZAWODNICY: Alex Baret i przyjaciele LOKALIZACJA PLANU: Tallinn, Estonia „Zdjęcie powstało w ramach Simpel Session, jednej z największych międzynarodowych imprez BMX, po męczącym lutowym dniu z temperaturą –10°C. Wszyscy byli wykończeni i chcieli jak najszybciej wrócić do hotelu. Na dworze, jak mówiłem, –10°C. Coraz więcej ludzi wchodziło do autobusu, a on ciągle nie ruszał”. 52


KATEGORIA wings

Marcel Lämmerhirt NIEMCY

ZAWODNIK: José Eber Pava Ordoñez LOKALIZACJA PLANU: Hamburg, Niemcy „Impreza Red Bull Cliff Diving odbywała się w Hamburgu przez cztery dni w trzech różnych miejscach. Pierwszym była dzielnica spichlerzy, największy na świecie kompleks dawnych magazynów stojących w wodzie na dębowych palach. Było już późno, około 16, i fotografowałem pod zachodzące słońce”.


A KC JA

KATEGORIA close up

Nathan Smith AUSTRALIA

KATEGORIA Experimental

Daniel Grund NIEMCY

54

ZAWODNIK: Andrew Mooney LOKALIZACJA PLANU: Wamberal, Nowa Południowa Walia, Australia „Mój kumpel Andrew potrafi zrobić z deską wszystko. To ujęcie powstało wieczorem, gdy było już dość ciemno. Andrew czuje się w Wamberal jak w domu, a ja mieszkam o 20 minut drogi dalej. W fotografii surferskiej chodzi moim zdaniem właśnie o takie perfekcyjne chwile”.

ZAWODNICY: Alejandro Maclean, Nicolas Ivanoff LOKALIZACJA PLANU: Monument Valley, Utah, USA „Alex i Nicolas odwalili kawał świetnej roboty, to był doskonale zgrany smoke on. Potem wszystko działo się niesamowicie szybko: samoloty leciały z prędkością 350 km/h prosto na mój helikopter. Żeby zobaczyć to zdjęcie w 3D, trzeba przysłonić lewe oko czerwoną, a prawe niebieską soczewką”.


KATEGORIA

New Creativity

Eric Berger Kanada

ZAWODNIK: Dan Treadway LOKALIZACJA PLANU: Whistler, Kolumbia Brytyjska, Kanada „Byliśmy w miejscu, do którego można dojechać tylko skuterem śnieżnym, gdzieś na południe od Whistler. Usadowiłem się w szczelinie lodowej i fotografowałem do góry. Zacząłem się porządnie denerwować, gdy zobaczyłem, jaki to świetny kąt i na jakie fantastyczne ujęcia mogę liczyć…”.

Wystawa zdjęć Red Bull Illume 2010: Trinity College, Dublin www.redbullillume.com


A KC JA

JOCHEN RINDT ZMARŁ PRZED 40 LATY Na skutek ran odniesionych w wypadku NA TORZE MONZA, A MIMO TO ZOSTAŁ MISTRZEM

PIERWSZA GWIAZDA POP W FORMULE 1 Zmarł w wieku 28 lat, gdy dopiero odkrywał drogę do innego wymiaru. Oprócz niesamowitego talentu wniósł do Grand Prix niespotykany dotąd blask sławy, humor i lekkość.

Jako wyrostek Rindt miał w Styrii taką samą w przeciwnym kierunku). Rygory trudnego życia bez opinię jak jego (prawie) równolatek Helmut Marko samochodu w internacie na odległej prowincji złago– dziś doradca Red Bulla ds. sportów motorowych. dził trochę wypadek narciarski Rindta – noga w gipsie. Liceum w Grazu złożyło obu młodzieńcom Firma, którą miał odziedziczyć po osiągnięciu pełnow trakcie roku szkolnego kuszącą propozycję: letności (wytwórnia przypraw w Moguncji, rodzice niezależnie od swoich słabiutkich wyników dostaną zginęli w 1943 roku podczas nalotu na Hamburg), świadectwa z pozytywnymi ocenami na semestr przysłała Volkswagena „garbusa” z kierowcą, który – pod warunkiem że potem natychmiast przeniosą miał wozić rekonwalescenta. Kierowca został szybko się do szkoły w jakimś innym mieście (najlepiej spławiony – powiedziano mu, że jest przecież sporo odpowiednio oddalonym), gdzie już na pewno uczniów, którzy mają już prawo jazdy. W rzeczywina nich czekają. stości „garbusa” prowadzili oczywiście tylko koledzy „Internat ostatniej szansy” w Bad Aussee bez prawka, zaś odpowiednio wsparta (160 km od Grazu) wydawał się idealnym na pedale gazu noga w gipsie nie stanowiła Imię i nazwisko miejscem. Nikt nie prześle tam pliku manżadnej przeszkody. Jeździło się w czwórkę Karl Jochen Rindt datów, które Jochen Rindt „zarobił” na – zawsze kierowca i trzech świadków, którzy Data i miejsce motorowerze, i nikt nie będzie już dociekał, mierzyli czas, sprawdzali, czy silnik utrzyurodzenia dlaczego Helmut Marko – jadąc nocą bez 18 kwietnia 1942 r., muje najwyższe obroty i przyznawali Moguncja prawa jazdy – rozwalił Chevroleta Impalę oceny za pokonywanie zakrętów. Jeżeli swojego ojca. Helmut chciał przecież były uwagi, za kierownicą siadała Śmierć na skutek wypadku podczas dobrze, ponieważ – zgodnie z kodeksem następna osoba. treningu 5 września honorowym całej paczki – podczas Jakiś czas po powrocie do Grazu ekipa 1970 r. na torze Monza rozwaliła – podczas poważnej „jazdy testoulicznego wyścigu (Impala kontra Simca Mothléry) szybsze auto nie mogło wyprze- Miejsca zamieszkania wej” – także Simcę, którą aż do przedniej Graz, Wiedeń, Paryż, osi rozpruł pług śnieżny. Ciągnięty za sadzać wolniejszego na prostych, ale jedynie Begnins k. Genewy na zakrętach. mochodem na trzymetrowej linie narciarz Zawód Jochen już jako nastolatek nie zostawiał odniósł wtedy jedynie lekkie obrażenia. Kierowca wyścigowy wiele miejsca próbującym go wyprzedzać Helmut Marko: „Dzisiaj wszystkie młode Sukcesy młodym talentom, a że dodatkowo z natalenty mają za sobą wyścigi gokartowe. MŚ F1 1970 przeciwka nadjechała właśnie ciężarówka, My mieliśmy kręte ulice i samochody kra(pośmiertnie), sześć więc zrobiło się po prostu za ciasno. Impala dzione ojcom. Nasze podmiejskie wyścigi zwycięstw w GP, podskoczyła jeszcze kilka razy na zboczu, 10 razy pole position były jak dwa sezony w Formule 3. Teraz zanim Marko zdecydował się wyskoczyć mielibyśmy pewnie za to sprawę w sądzie Internet www.jochen-rindt.at – i przewróciła się (szczęśliwie jako młodociani”. 56

Zdjęcie: Bildagentur Kräling

Tekst: Herbert Völker


Print 2.0

pl.redbulletin.com/print2.0 Zdjęcia legendarnego kierowcy F1


58


A KC JA

Zdjęcia: Alois Rottensteiner/Archiv Klein (2), Milan Schijatschky, Schlegelmilch Photography (2)

„Samochody były wtedy niesamowicie szybkie, ale słabo trzymały się toru – skrzydła dopiero projektowano, podwozie nie miało porządnej aerodynamiki, a opony były węższe”. Minęło pięć, sześć lat. Niefabryczny kierowca Rindt wygrywa w Ferrari w 1965 r. wyścig Le Mans – pokonując fabryczne zespoły Ferrari i Forda. Jego nazwisko zaczyna coś znaczyć. Podpisuje kontrakty w F1 z Cooperem, a potem Brabhamem, ale ich auta są słabe – wypadają dobrze tylko w albumach ze zdjęciami, na których widać niesamowity kąt znoszenia, gdy Rindt próbuje dogonić Ferrari i Lotusy Jima Clarka albo Jackiego Stewarta. Wielkie zdolności Jochena objawiły się jeszcze wyraźniej w Formule 2, w której startowały wtedy wszystkie gwiazdy GP – został w niej zwycięzcą serii. Helmut Marko może najlepiej poświadczyć talent Jochena: „On po prostu latał – i to tak niesamowicie, że w ramach porównań przychodzą mi do głowy tylko Ronnie Peterson i Gilles Villeneuve. No, może jeszcze Gerhard Berger ze swoich najlepszych wyścigów. Do fantastycznej kontroli nad bolidem dochodziła niesamowita odwaga. Widać to było na najszybszych odcinkach – np. na zakrętach, w które wchodził przy 250 km/h, jak na słynnym zakręcie w prawo przy linii startu/mety w Silverstone (jeszcze przed złagodzeniem geometrii). To był zakręt, na którym trzeba było się wewnętrznie przełamać, żeby wejść w niego na maksymalnej prędkości, a Rindt robił to w pełnym drifcie – to była jego specjalność: wchodził w kontrolowany poślizg i zarzucał tyłem tam, gdzie poza nim nikt się na to nie odważył”. Nie było praktycznie bolidów neutralnych ani podsterownych – chyba że w wyniku błędów konstrukcyjnych.

POBUDZAJĄCA ZUCHWAŁOŚĆ Jochen Rindt pozostanie w pamięci jako jeden z najodważniejszych i najbardziej spektakularnie jeżdżących kierowców w historii GP. Pozwalał sobie na drifty nawet na najszybszych odcinkach. Król Formuły 2 (1968), pokonywanie oporu materii w ciężkim Cooperze-Maserati (1967), zwycięski rok 1970 (dolne zdjęcie: na Lotusie 49 w Monako), duże zdjęcie: na Lotusie 72 w Brands Hatch

Mógł robić ze sobą, co chciał, a mimo to zawsze wyglądał OK

Helmut Marko: „W niebezpiecznych momentach zawsze pojawiała się nadsterowność. Tylko odjeżdżający tył sygnalizował, że więcej z samochodu już nie wyciśniesz. Auta były wtedy niesamowicie szybkie, ale słabo trzymały się toru – skrzydła dopiero projektowano, podwozie nie miało porządnej aerodynamiki, a opony były węższe. Była to więc niewiarygodnie niebezpieczna generacja samochodów wyścigowych, z którymi nikt nie radził sobie tak genialnie jak Jochen”. Mniej spektakularne sukcesy Jochen osiągał w początkowej fazie rozwijania znajomości z fińską pięknością Niną, która zerwała z nim kontakty na dwa lata, a dopiero potem dostrzegła w młodym i trochę bezczelnym człowieku poważnego kandydata na partnera. Para pobrała się w 1967 roku, a wygląd „śmiesznego faceta”, który spodobał się Ninie prawie od pierwszego wejrzenia, stał się motywem znanych na całym świecie zdjęć. Tak pojawiła się gwiazda pop, której narodziny zbiegły się przypadkiem z pierwszą fazą popularności amerykańskiej mody na plakaty i T-shirty w Europie. Rindt po prostu zawsze dobrze wyglądał. Imponowało to wówczas bardzo np. młodemu Nikiemu Laudzie: „Było takie

zdjęcie reklamowe dla Forda z Jochenem w najbardziej obciachowym futrze, jakie można sobie tylko wyobrazić. Na każdym innym facecie wyglądałoby to przekomicznie, a na Jochenie – super. Aż człowieka przechodziły ciarki”. Nie do podrobienia był też jego głos – taki nosowy, jak z dowcipów o pacjentach z polipami, a jednocześnie metaliczny i z lekko „szczekającym” styryjskim akcentem. Do tego bardzo dobry angielski, z licznymi inteligentnymi skrótami i powiedzonkami – pole do wielu żartów słownych. To była cała kultura konwersacji wypełnionej lekkimi, niewymuszonymi dowcipami. Szczególny wpływ na karierę Rindta miała jego znajomość z Berniem Ecclestonem. Bernie był o 11 lat starszy od Rindta, próbował się wcześniej ścigać, ale po wypadku zakończył karierę i w wieku trzydziestu kilku lat wchodził właśnie ostro w biznes związany z wyścigami. Cieszył się świetną opinią, a umowy zawierał zwykle ustnie i potwierdzał je tylko uściskiem dłoni. Miał wrodzony urok i postrzegał sport wyścigowy jako dziedzicznie brytyjskie terytorium. Pozwoliło to Ecclestone’owi szybko nabyć umiejętność poruszania się w wielkim stylu po świecie tego sportu, a przyjaźń z zupełnym outsiderem, urodzonym w Niemczech Austriakiem, otworzyła przed oboma panami nowe perspektywy. W przypadku dwóch postaci takiego kalibru do sukcesu wystarczyłby właściwie układ doradca – kierowca, ale siła ich wzajemnego przyciągania stworzyła także nową jakość życia, do której należała słynna szkoła practical jokes, które chłopak z prowincji mógł słusznie postrzegać jako „zdany egzamin” na członka pewnego ekskluzywnego towarzystwa. Dopiero kilka lat później ulubioną grą głównych aktorów „wyścigowego cyrku” miał się stać backgammon (tryktrak) – w połowie lat 60. (przynajmniej w kręgu znajomych Ecclestone’a) grywało się w remika (w wersji gin), oczywiście na pieniądze, ale w rozsądnych granicach. Rindt kochał tę grę i potrafił rozegrać partyjkę z Berniem nawet między dwiema sesjami treningowymi. Taki był czar i urok ówczesnych padoków – spróbujmy sobie wyobrazić coś takiego dzisiaj! Obaj panowie mieli też spory – jeżeli można to tak wyrazić – szacunek dla pieniędzy, co prowadziło do konstruowania przez nich modeli biznesowych, o których wtedy nikomu się nawet nie śniło. Dlatego bardzo często powraca w rozmowach temat, jak to Bernie i Jochen opanowaliby prawdopodobnie całą F1. 59


A KC JA

Wygląd „śmiesznego faceta”, który spodobał się Ninie od pierwszego wejrzenia, stał się motywem znanych na całym świecie zdjęć. Tak narodziła się gwiazda pop.

Zdjęcia: Getty Images, Grand Prix Photo, Bildagentur Kräling (2), Milan Schijatschky, Schlegelmilch Photography (3), Sutton Motorsport Images (2)

Faktem jest, że najpóźniej w 1968 roku Jochen doszedł do przekonania, iż w Formule 1 jest mnóstwo miejsca na fantazje biznesowe, i że planował po bezpiecznym zakończeniu kariery założenie z Berniem joint venture. Jaki miałoby to wpływ na obecny kształt światowego imperium Ecclestone’a w Formule 1 i jego 30-letnich rządów? Długo po śmierci Rindta Ecclestone stwierdził: „Nie musiałbym się obawiać konfliktu charakterów... Jochen był przecież łagodny jak baranek”. Po ogłoszeniu transferu do Lotusa (jesienią 1968 roku) zainteresowanie Rindtem niesłychanie wzrosło. Lotus budził zainteresowanie, a Colin Chapman uchodził za świetnego konstruktora i szefa zespołu – to był przecież jedyny w swoim rodzaju „Mister Lotus”. Jego najważniejszym dokonaniem było skonstruowanie kilka lat wcześniej klatki bezpieczeństwa (monocoque) dla sportu wyścigowego. A potem nadeszło to wspaniałe lato 1970 roku: Jochen Rindt na Lotusie kontra reszta świata i niesamowity finał w Monako, gdzie Jochen zmusił na ostatnim zakręcie prowadzącego wtedy Jacka Brabhama do popełnienia błędu. Umocniło to wizerunek Rindta jako nieustraszonego wojownika. Wreszcie seria zwycięstw: Zandvoort, Clermont-Ferrand, Brands Hatch i Hockenheimring. Jochen prowadził z dużą przewagą w klasyfikacji ogólnej MŚ, a w tym czasie w Niemczech i Austrii ludzie zaczęli wręcz wariować na punkcie rodaka i wyścigów Formuły 1 – nastąpił wybuch „rindtomanii”. W pojawiających się później pogłoskach o tym, że Rindt wiedział o grożącym mu niebezpieczeństwie oraz że chciał się

ZRÓŻNICOWANE TOWARZYSTWO Stosunki wśród kierowców charakteryzował znacznie większy luz niż dziś. Z Jackym Ickxem i Piersem Courage’em; z Jackiem Stewartem. Start w Brands Hatch 1970: Rindt (Lotus), Brabham (Brabham), Ickx (Ferrari) na pierwszej linii. Ciekawy szkielet: silnik Repco w Brabhamie F1 1968. Dekoracja zwycięzców w Monako 1970: Gracja Patrycja, Stefania, książę Rainier, Karolina

Wspomnienia o Rindcie Jacky Ickx

BE, Ferrari Ulżyło mi, gdy nie wygrałem na torze Watkins Glen. Jak można pokonać kogoś, kto nie ma szans na uczciwą walkę? [Po tragedii na torze Monza Ickx był jedyną osobą, która miała szansę na pokonanie wyniku Rindta, ale podczas GP Ameryki Ickx zajął czwartą pozycję. Po przedostatniej rundzie sezonu Rindt był już pewnym mistrzem]. Zwycięstwo Jochena było idealnym rozwiązaniem. Myśl o tym napawa mnie smutkiem.

Jackie Stewart

Jochen Rindt na początku swojej kariery w Grand Prix (1965)

wycofać i tęsknił za „prawdziwym” życiem, jest sporo prawdy. Po pierwsze: Jochen był wystarczająco inteligentny, żeby wyliczyć sobie czysto statystycznie, że w końcu i jemu może przydarzyć się wypadek. Wyścigi przypominały wtedy rzeczywiście rosyjską ruletkę, zwłaszcza w Lotusie. Kierowcy odnosili obrażenia i ginęli nawet w mniej innowacyjnych konstrukcjach. W ciągu sześciu lat startów Rindta w F1 zmarło 12 kierowców GP – najbardziej znani to: Jim Clark, Bruce McLaren, Lorenzo Bandini, Gerhard Mitter oraz bliski przyjaciel Jochena Piers Courage. Po drugie: Rindt bardzo spoważniał przez kilka lat międzynarodowych startów i dojrzał jako człowiek do myśli, że może prowadzić też życie bez dużej dawki szaleństwa. Kochał swoją żonę Ninę, kochał córkę Nataschę i chciał sprawdzić, jak to jest być „normalnym ojcem”. Ale jasne jest też, że dalej był szalony, czuł się nieśmiertelny i zachwycał się opowieściami Chapmana o bolidach z turbodoładowaniem oraz o tym, że po pierwszym tytule MŚ zdobędą kolejny i że jeszcze pokażą całemu światu, na co ich stać. Całkiem pragmatycznie należy stwierdzić, że obaj geniusze byli po połączeniu sił rzeczywiście niepokonani – w zakresie przewidywania rozwoju techniki, sztuki jej wykorzystania i śmiałości wizji.

GB, Tyrrell To było niezwykle traumatyczne przeżycie. Helen pojechała do szpitala z Niną, a dla żony opiekowanie się inną żoną jest zawsze ciężkim zadaniem. Po wypadku byłem z Jochenem i wróciłem do Niny, która zniknęła gdzieś z Helen. Później, podczas kwalifikacji, z oczu płynęły mi łzy. Ale gdy założyłem kask, dałem z siebie wszystko i czas uzyskany w kwalifikacjach był moim najlepszym wynikiem na torze Monza. Nie igrałem ze śmiercią, ale po zakończonej jeździe mój najlepszy przyjaciel John Lindsay podał mi coca-colę, a ja byłem tak rozwścieczony, że rozbiłem butelkę o betonową ścianę oddzielającą aleję serwisową od toru.

John Miles

GB, Lotus (kolega z zespołu) Jochen żył niewiarygodnie szybko i równie szybko oceniał sytuacje, w których się znalazł. Lotus 72 (zwycięski bolid, nad którym prace nadzorował Miles) był dzieckiem sprawiającym wiele kłopotów – za każdym razem, gdy do niego wsiadałem, coś się psuło. Jochen w pewnym sensie nie chciał jeździć dla Lotusa, ponieważ wiedział, że ich bolidy mogą go zawieść, a model 72 był przykładem inżynieryjnej brawury. Gdybyśmy nie przeprowadzali głupich eksperymentów – jak usuwanie skrzydeł bez potrzebnych danych dotyczących aerodynamiki – i gdyby mechanicy nie pracowali całą noc, by tego dokonać, Jochen wciąż byłby wśród nas.

Emerson Fittipaldi

BR, Rob Walker Lotus (kolega z zespołu) Do czasu wyścigu na torze Monza byłem trzecim, po Jochenie i Milesie, kierowcą Lotusa. Jedząc śniadanie przed treningiem, rozmawialiśmy o moim kontrakcie na rok 1971. Później rozegrała się tragedia. To było straszne. Miałem 22 lata i on był dla mnie wzorem do naśladowania, idolem. Po mojej przeprowadzce z Brazylii do Europy zawsze był dla mnie bardzo dobry. Jego śmierć była szokiem. Sprawiał wrażenie osoby chłodnej, ale w rzeczywistości był naprawdę serdeczny. Był niezwykle utalentowanym i fantastycznym facetem. 61


A KC JA

Wspomnienia o Rindcie Chris Amon

NZ, March Rozmawiałem z Jochenem na torze Monza tuż przed jego ostatnim okrążeniem treningowym. Był bardzo pewny siebie. Dążył do wygrania mistrzostw świata i był przekonany, że uzyska świetny wynik. Kilka minut później wsiadł do bolidu i już nie wrócił. Nie wiem, czy zdążył pokazać wszystko, na co było go stać. W tamtym okresie najbardziej ceniłem właśnie jego i Jackiego Stewarta. Zawsze pozostanie jednym z najlepszych.

Peter Gethin

GB, McLaren Prezentował wyjątkowe umiejętności w każdej maszynie, którą prowadził. Na początku kariery w F1 startował w barwach Coopera. Wtedy nie był to najlepszy bolid, ale on sam był niezwykłym kierowcą, którego przeznaczeniem było mistrzostwo świata. Byłem na torze podczas jego wypadku, zaraz za nim. Pamiętam, jak Jackie Stewart podbiegł do mnie i zapytał, czy widziałem, co się stało. To był bardzo smutny i traumatyczny dzień, ale nie mogliśmy za dużo o tym myśleć – musieliśmy dalej jeździć.

Sir Jack Brabham

AUS, Team Brabham Wyścig na torze Monza w 1970 roku był dla mnie bardzo smutnym wydarzeniem. Jochen był moim bliskim przyjacielem i razem przeżyliśmy wiele znakomitych wyścigów. Ceniłem go jako kierowcę i rywala. Był wspaniałym człowiekiem i do tego jednym z najlepszych kierowców tamtego okresu. Na zawsze pozostanie w pamięci fanów wyścigów.

Jean-Pierre Beltoise

FR, Matra W tamtych czasach nie zastanawialiśmy się, czy możemy zginąć w bolidzie, ale raczej kiedy. Więc gdy dowiedziałem się o śmierci Jochena, nie byłem bardzo zaskoczony. Zawsze uważałem go za sympatycznego faceta. Dobrze go znałem i byliśmy przyjaciółmi. Po śmierci stał się legendą. 62

OSTATNIE MINUTY Sobotni trening na torze Monza, 5 września 1970 roku. Rutynowe czynności, Nina jak zwykle w boksie... Nagle nad torem zapada straszna cisza. Jackie Stewart podchodzi do Niny i mówi, że coś się stało...

Wypadek podczas sobotniego treningu na torze Monza z 5 września 1970 roku wydaje się z perspektywy 40 lat równie banalny jak wtedy: na odcinku przed Parabolicą pęka wałek hamulcowy (konsekwencja ryzykownego obniżania masy w konstrukcjach Lotusa) i Jochen nie ma żadnych szans. Uderzenie w barierkę (wtedy przypominającą poręcz drogową) doprowadziłoby także dzisiaj do poważnego uszkodzenia bolidu, ale na żwirze

kierowca zdjąłby kierownicę, wysiadł, ponownie ją założył, a służby zepchnęłyby bolid z toru. Może na jakiś czas wyjechałby samochód bezpieczeństwa, a zdenerwowany kierowca pomaszerowałby w tym czasie z kaskiem w ręku do boksów. Rindt miał świadomość, że trzeba podnieść poziom bezpieczeństwa wyścigów – już choćby dlatego, że w przeciwnym razie zakłamani politycy kiedyś w ogóle zabroniliby ich organizacji (jak to się stało w Szwajcarii). Czasy Jochena i jego przyjaciela Jackiego Stewarta były okresem pierwszych działań na rzecz zracjonalizowania poziomu ryzyka – działań, które po wypadkach Nikiego Laudy i Ayrtona Senny nabrały intensywności i doprowadziły do powszechnego stosowania klatek

Zdjęcia: Paul-Henri Cahier/The Cahier Archive, Milan Schijatschky (3), Sutton Motorsport Images (4)

John Surtees

GB, Team Surtees W tamtym czasie wielu kierowców miało potencjał i szansę na tytuł mistrza świata – jeśli tylko w odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim bolidzie. Rindt zdecydowanie był jednym z nich. Przyczyną wypadku były prawdopodobnie usterki techniczne. Uświadomił nam, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować. Kierowcy musieli przypomnieć sobie, dlaczego się tam znaleźli, jakie mają zadanie do wykonania.


A KC JA

Wspomnienia o Rindcie Tim Schenken

AUS, Williams Podczas tego pamiętnego weekendu startowałem w GP po raz drugi. Przedtem zajmowałem się F2, więc ścigałem się już z Jochenem. Był moim bohaterem. Gdy przebywałeś z nim, wiedziałeś, że znajdujesz się w towarzystwie osoby wyjątkowej. Nagle twój autorytet ginie, a ty czujesz się zagubiony. Musisz jakoś wyrzucić z pamięci śmierć kierowcy. Nie myślałem więc o tym podczas kolejnego wyścigu, miałem wrażenie, że wszyscy już o nim zapomnieli. Było to bardzo dziwne i przede wszystkim smutne.

Andrea de Adamich

IT, McLaren Przed wyścigiem na torze Monza w 1970 roku jedyne problemy, z jakimi borykał się Jochen, związane były z jego Lotusem, który był szybki, ale kruchy. Bolid opuścił warsztat tuż przed wypadkiem. Jestem przekonany, że jego pasy nie były odpowiednio zapięte i przez to zsunął się pod nie, a sprzączka zmiażdżyła jego szyję. Nigdy nie będziemy mieli pewności, ale myślę, że gdyby jego pasy były zapięte, jak należy, miałby szansę przeżyć.

Nanni Galli

IT, Ecurie Bonnier Fakt, że Jochen jest jedynym pośmiertnym mistrzem świata, świadczy o tym, jak dobrym był kierowcą. Byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Smutek wyparł z pamięci wiele wspomnień, ale na początku myślałem, że wypadek nie był poważny, ponieważ nie było ognia. Nieszczęśliwe wypadki są częścią życia, ale wydarzenie to także zbliżyło do siebie ludzi i doprowadziło do ulepszenia przepisów.

Zdjęcia: Crash Media Group, Milan Schijatschky (2), Sutton Motorsport Images (4)

Jackie Oliver

Chociaż uderzenie było potężne, przy dzisiejszych standardach bezpieczeństwa kierowca wyszedłby z tego bez szwanku. bezpieczeństwa z włókna węglowego oraz szerokich stref bezpieczeństwa. Przed Monzą Jochen Rindt miał w klasyfikacji MŚ ponad dwa razy więcej punktów niż zajmujący drugą pozycję Jacky Ickx w Ferrari. Ale do rozegrania były jeszcze GP Kanady, USA i Meksyku. Jochen nie miał już jak się bronić, więc Ickx przynajmniej teoretycznie mógł

jeszcze zdobyć MŚ. Gdy jednak Jacky Ickx zajął w Watkins Glen dopiero czwarte miejsce, wyliczenia przestały mieć sens. Jochen Rindt został pośmiertnie mistrzem świata. Dobrze, że tak się stało, powiedział wtedy Ickx z ulgą – i twierdzi tak do dziś. Więcej zdjęć: pl.redbulletin.com/print2.0 Świat Grand Prix: www.redbullracing.com

GB, BRM Był to bardzo niebezpieczny okres w historii wyścigów. Wielu z nas dążyło do zwycięstwa, a w takiej sytuacji nie rozpamiętujesz wypadków. Zupełnie się od tego odciąłem. Bez wyrzutów sumienia. Bez łez. Dla mnie Jochena po prostu nie było. Gdy teraz o tym myślę, stwierdzam, że nie było to odpowiednie zachowanie, ale wydaje mi się, że wiele osób tak właśnie postąpiło.

Henri Pescarolo

FR, Matra Jochen był nadzwyczaj szybki, a jego styl spektakularny i agresywny. Zapewniał fanom wspaniałe widowisko. W Monako przez większą część wyścigu jechałem przed nim, ale dosłownie na ostatnim zakręcie minął Jacka Brabhama i wygrał. Wiedziałem, że utrzymanie przewagi nad Jochenem oznaczałoby, że świetnie mi poszło. 63


a kc ja

NA BEZDECHU Wstrzymuje oddech i nurkuje na głębokość 214 metrów. O 54 metry głębiej niż jego obecni konkurenci. Jego ambicją jest zejście na 300 metrów. Tekst: Werner Jessner, zdjęcia: archiwum Herberta Nitscha

65 65


a kc ja

Stop.

Nazwisko:

Herbert Nitsch

Data i miejsce urodzenia: 20 kwietnia 1970 r., Wiedeń Miejsce zamieszkania: Wiedeń Zawód: kapitan linii lotniczych Austrian Arrows Osiągający sukcesy mistrz świata, 25 rekordów w nurkowaniu ekstremalnym

66

Zanim zaczniecie czytać, chciałbym was o coś poprosić. Spróbujcie się zrelaksować – to istotne dla dalszej lektury. Proszę zająć wygodną pozycję i spokojnie oddychać. Coraz wolniej. Teraz proszę wstrzymać oddech i… czytać dalej. Czy wiecie, gdzie jest wasza śledziona? Po lewej stronie, obok żołądka; z kształtu przypomina puszkę Red Bulla. Kiedy się kurczy, wyrzuca zmagazynowaną natlenioną krew, a kurczy się, gdy wstrzymujemy powietrze. Ssaki morskie mają śledziony z dużymi rezerwami natlenionej krwi. Jeśli więc ktoś chce lepiej nurkować, w stylu zwanym apnoe, powinien pracować nad swoją śledzioną. Czy to jest w ogóle możliwe? Witamy w świecie wiedeńczyka Herberta Nitscha, najlepszego nurka świata. Słowo „apnoe” wywodzi się z greki i znaczy dosłownie „brak oddechu” – stan, w którym człowiekowi musi wystarczyć zaczerpnięte do płuc powietrze. Siedem z ośmiu ustanowionych światowych rekordów należy do Nitscha. Najbardziej spektakularny padł podczas zawodów „no limits”, gdzie nurek zanurzył się w głębinę przy pomocy specjalnej windy. W tej dyscyplinie Nitsch zaliczył kolejno cztery najlepsze wyniki, jakie udało się osiągnąć człowiekowi. Piąty wynik należał do Loïca Leferme’a – legendarnego, nieżyjącego od dwóch lat francuskiego nurka. Swój najnowszy światowy rekord Nitsch ustanowił w kwietniu ubiegłego roku. Uczynił to po raz 25.! Nurkowanie na głębokość 702 stóp, czyli 214 m – szczurom lądowym trudno sobie w ogóle wyobrazić, na czym to polega. Jeszcze trudniej w to uwierzyć lekarzom, a nawet samym nurkom. Nitsch mówi, że dobrze się czuje tam, na dole, i że jego kolejnym celem będzie zejście na głębokość 1000 stóp, czyli 305 m. Jak to w ogóle możliwe? Stare dorzecze Dunaju, piękny wiosenny dzień, idealny na spotkanie z „Flying Fishem” (Latającą Rybą). Nitsch jest z zawodu pilotem samolotowym, a przezwisko to aluzja do jego zawodu. Wysoki, z ogoloną na gładko głową i niezbyt rozbudowaną klatką piersiową. Zaskakujące jak na człowieka, który ma płuca o pojemności 15 litrów. Niski głos. Podaje mi dłoń. Jest bardzo zimna. To przez krążenie, które podczas nurkowania zwalnia tempo. Gdy się odpręża, jego puls spada poniżej 40 uderzeń na minutę. Jak funkcjonuje jego organizm? By to wyjaśnić, można użyć porównania. Ekstremalni nurkowie działają jak wysokoprężne silniki – bardzo oszczędne na jałowym biegu, ale efektywne na wysokich obrotach. Na ich tle przeciętni ludzie wypadają jak stare amerykańskie samochody z czasów, gdy paliwo kosztowało grosze. „Gdy człowiekowi brakuje powietrza, odruchowo oddycha głębiej lub częściej” – tłumaczy Nitsch. „Nurkowie wykształcają inne nawyki...”. Proszę jeszcze wytrzymać bez oddechu. Drży przepona? Bez wcześniejszego treningu po minucie pojawia się odruch, by zaczerpnąć powietrza. Spróbujcie jednak wytrzymać dłużej. Trzeba tylko się odprężyć i czytać dalej, bo spinanie się powoduje utratę tlenu, a nie macie go już zbyt wiele. Herbert Nitsch trenuje w domu. Wygląda, jakby zapadał w relaksacyjny półsen. Nitsch leży na łóżku, najpierw oddycha przez trzy minuty, potem na kolejne trzy zatrzymuje oddech. Potem oddycha przez dwie

i pół minuty, a nie oddycha przez następne trzy i pół – aż dojdzie do półminutowej fazy oddychania. Panuje nad odruchem, by zaczerpnąć powietrza (brzmi znajomo?), tak jak my kontrolujemy ręce i nogi. Po rozpoczęciu ćwiczeń na ergometrze w ciągu pół minuty jego puls wzrasta z 60 do 120 uderzeń. Gdy wstrzymuje oddech, puls ponownie opada. Nitsch świadomie kontroluje przeponę. Sprawia, że krew z kończyn odpływa do tułowia. Taki proces nazywa się bloodshift. Krtań pracuje jak wentyl, aby wpompować dodatkowe powietrze do płuc. W celu wyrównania ciśnienia powietrze przesuwa się w jamach czaszki. Empirycznie o istnieniu tych procesów można się przekonać, będąc przeziębionym. Ssak morski potwal potrafi zanurkować na głębokość 3000 metrów. W głębinie zwierzę „wyłącza” nieużywane organy. Osobnik, który stoi naprzeciwko, wykazuje jednak ludzkie cechy. Ma telefon komórkowy, jeździ smartem i zamawia pierś z indyka z sałatką. Tuż za nim widać płaskie lustro wody starego Dunaju. Rowery wodne kołyszą się przy pomoście, a łabędzie czyszczą pióra, wyginając szyje. Podmiejscy filozofowie przy sąsiednim stoliku naprawiają świat. Banał kartoflanych krokietów i słyszalne w tle Radio Wiedeń nie pasują do niesamowitej opowieści, która płynie z ust Herberta Nitscha. Bez ekscytacji, spokojnym głosem, Nitsch opowiada o tym, jak redukuje się pojemność rezydentną płuc, czyli to powietrze, którego nie można wydobyć z płuc, chociaż ciśnienie zewnętrzne sprawiło, że skurczyły się one do wielkości pięści (tlen na takich głębokościach jest trujący). Jak zwiększa się tolerancję organizmu na dwutlenek węgla. Jak pod wodą potrafi wdmuchnąć część powietrza do butelki, aby tam, na dole, gdy płuca są kompletnie zamknięte, spowodować wyrównanie ciśnień. O tym, dlaczego praktyki niektórych nurków ekstremalnych – zalewanie trąbek usznych wodą morską – nie są godne naśladowania („Do ucha środkowego nie powinna się dostać woda”). O tym, jak czuje, że jego serce bije tylko 10 razy/min, choć nie może tego udowodnić, gdyż ciśnieniomierze nie funkcjonują przy ciśnieniu 22 barów. Te niewyobrażalne rzeczy Nitsch przedstawia w techniczno-medyczny sposób, tak jakby nie chodziło o jego ciało, jego odczucia. Teraz z innej strony: co w nurkowaniu jest fascynujące? „Bezwład, nieważkość, ruch, zabawa w wodzie” – odpowiada Nitsch. „Wrażenia, ryby, rafy. Wraki. Jestem bardziej mobilny niż nurek z butlą tlenową. Rekordy, wyścigi w nurkowaniu to tylko powierzchowna część tego sportu”. Nitsch opowiada, jak z rybami bawi się w chowanego („Chyba wydaje im się, że człowiek się ich boi, dopiero po chwili się zbliżają”), jak straszy rekiny, by nie stały się zbyt ciekawskie, gdy poluje z harpunem na ryby i mogłyby wyczuć krew. Nitsch chętnie je ryby i lubi spędzać czas nad morzem. „Urlop zawsze miał coś wspólnego z wodą” – wspomina. Choć swoją przygodę z wodą rozpoczął od nurkowania z butlą, nie jest fanem tego sprzętu. „Sprężone powietrze pod wodą jest bardzo głośne” – tłumaczy. Myśliwy, który biegnie z bronią przez las i strzela, dostrzega mniej niż ten, kto potrafi zgrać się z otoczeniem i porusza się razem ze zwierzęciem”. Dopiero dziesięć lat temu, gdy przewoźnik zagubił jego ekwipunek do nurkowania, Nitsch zorientował się,


Człowiek to jedno, sprzęt to drugie. Windę do zawodów „no limits” Nitsch zbudował sam. Lina potrzebna jest dla orientacji, bezpieczeństwa i na dowód pobicia rekordu 67


a kc ja

APNOE: zasady Międzynarodowy związek AIDA (Association Internationale pour le Développement de l’Apnée) rozróżnia osiem dyscyplin: 1. Constant Weight Without Fins (CNF): nurkowanie bez środków pomocniczych. Rekord: 88 m 2. Constant Weight (CWT): nurkowanie z płetwami. Rekord: 122 m 3. Dynamic Without Fins (DNF): nurkowanie odcinkowe bez płetw. Rekord: 213 m 4. Dynamic With Fins (DYN): nurkowanie odcinkowe z płetwami. Rekord: 250 m 5. Static Apnea (STA): przebywanie pod wodą bez powietrza. Rekord: 10 min 12 s 6. Free Immersion (FIM): nurkowanie na linie. Rekord: 110 m 7. Variable Weight (VWT): nurkowanie z balastem, wynurzenie o własnych siłach. Rekord: 140 m 8. No Limits (NLT): wszystko dozwolone, poza zaczerpnięciem powietrza. Rekord: 214 m aida-international.org

68

że potrafi zejść bez obcego powietrza na głębokości, których właściwie nie powinien był osiągnąć – 30 m poniżej zera. Było to wówczas niewiele mniej (lub więcej) niż ówczesny austriacki rekord. Herbert Nitsch odnalazł sport, do którego najwyraźniej miał predyspozycje. Jak bardzo jest w nim dobry? To się dopiero okaże. Przy nurkowaniu ze sprzętem świat kończy się 40 metrów pod powierzchnią wody. Do tej głębokości Nitsch schodzi bez obcego powietrza. Gdy ma dobry dzień, nurkuje 200 razy i za każdym razem pozostaje pod wodą trzy, cztery minuty. Trzy minuty. Tak długo wytrzymaliście do tej pory bez nowego tlenu. Trzy minuty – każdy może się tego nauczyć, jak mówi Herbert Nitsch. Najbardziej interesujący etap właśnie się zaczyna. Tylko wytrzymajcie! Pilot liniowy to nie jest zawód, który można wykonywać dorywczo. Przy pierwszych zawodach Nitsch pojawiał się już w trakcie ich trwania. Schodził pod wodę, wygrywał i podczas dekorowania zwycięzców był już w drodze powrotnej. Obowiązki wzywały. To Loïc Leferme wymyślił dla Nitscha przezwisko „robot” – ktoś, kto jak za dotknięciem guzika potrafi wykonać zadanie. Przezwisko miało być komplementem. Nitsch stał się dla nurkowania ekstremalnego tym, kim Ayrton Senna czy Michael Schumacher dla Formuły 1. Latanie to redundancja, czyli nadprogramowy – w stosunku do tego, co niezbędne – sprzęt. Każdy ratujący życie system jest w samolocie podwójnie wykonany. Latanie to planowanie. Przed każdym startem zdefiniowane są wszystkie ewentualności i scenariusze lądowania. Latanie to myślenie. Te zasady Herbert Nitsch stosuje także w nurkowaniu. W jego wykonaniu ten sport nie jest aż tak przygodowy jak w kultowym filmie Luca Bessona „Wielki błękit”. Aby czuć się pewniej pod wodą, Nitsch wymyśla własne systemy zabezpieczeń. W kategorii „no limits” zawodnika w dół ściąga winda. Do góry wznosi się przy pomocy dźwigni z pojemnikiem, który w odpowiednim momencie napełnia się powietrzem. „To było dla mnie zbyt ryzykowne” – tłumaczy. „Wiedziałem, że jeśli powstanie nieszczelność albo zepsuje się wentyl, to będę miał problem. Dlatego przy pierwszym zjeździe w dół zabrałem dwa zbiorniki na powietrze. Moja nowa winda wyposażona jest w twardą piankę i balast, który po zjeździe na dół zostaje odpięty”. Dokładność i drobiazgowość opóźniała często pracę zespołu Nitscha. Winda przez to wolniej opuszczała się w dół i wolniej wznosiła. „Gdy zauważyliśmy, że pracuje coraz wolniej” – kontynuuje Nitsch – „stało się jasne: teraz albo nigdy. Następna próba musi okazać się rekordem”. Regulacje dotyczące apnoe są restrykcyjne. Istnieją kontrole antydopingowe. Ktoś mógłby wpaść na pomysł, by w sztuczny sposób natlenić sobie krew, co jest oczywiście zabronione. Jak w przypadku skoków narciarskich istnieje „okienko”, w którym musisz zanurkować – z reguły 3 sekundy. Wcześniej, zazwyczaj dzień przed zawodami, trzeba oficjalnie zgłosić pułap głębokości, który chcesz osiągnąć. Potem opuszczany jest na tę głębokość marker na linie. Jeśli go przyniesiesz z dołu, próba się liczy. Jeśli nie, różnica jest odpisywana od uzyskanego wyniku. Kto więc zadeklaruje 100 metrów, ale zawróci na głębokości 80, ma uznane 60 metrów. Ten system zapobiega ryzykanctwu. Chodzi o to, by nurek nie wykraczał poza swoje możliwości,

a sport ze względu na rywalizację nie stał się ponad miarę niebezpieczny. „Podczas zawodów nigdy właściwie nie nurkujesz do swoich maksymalnych możliwości” – podsumowuje Nitsch. Rekordy poprawia się zazwyczaj o symboliczny metr, w najlepszym wypadku o 5 metrów. Podkreślić należy słowo „zazwyczaj”, gdyż Herbert Nitsch swój własny styl wygrywania. Deklaruje duże głębokości, bo jest pewien: to się uda, bo ostatnio łatwo poszło. „Podczas treningu nigdy nie dochodzę do swojego limitu. Nurkuję na 80 proc., dopóki te 80 proc. jest dla mnie odczuwane jak 60 proc. Kiedy faktycznie dochodzę do granicy, to znaczy, że jestem na wyczuwalnych 80 proc., czyli mam jeszcze rezerwę”. Typowa dla Nitscha logika. Jesteście tam jeszcze? Odprężeni? Cały czas wstrzymujecie oddech? Wytrzymajcie, zaraz kończymy ćwiczenie. Wyuczone wzorce, które przyswajają sobie sportowcy innych dyscyplin, nie działają w nurkowaniu apnoe. Nurkowie nie muszą być silni, zwinni, wytrzymali i szybcy w reakcjach. Nurkowie ekstremalni muszą być za to odporni na stres i wydajni. „Na pierwszych metrach, gdy trzeba wniknąć w głębię, zanim stanę się nieważki, moje ruchy wyglądają na ociężałe i słabe technicznie” – mówi Nitsch. „Takie przynajmniej można odnieść wrażenie po obejrzeniu moich filmów wideo. Za tym kryje się jednak zamiar: bezruch jest bardziej ekonomiczny. Jasne, im bardziej napnę mięśnie, tym szybciej zejdę w dół. Ale napięcie mięśni to wydatkowanie energii”. Myślenie, patrzenie, słuchanie, odczuwanie także zużywa energię. Jak więc odczuwa się głębię? „Z powodu wysokiej zawartości CO² we krwi czuję się tak, jakbym rano zasnął pijany, obudził się na dźwięk budzika i nie wiedział, czy to jawa, czy sen” – stara się wytłumaczyć Nitsch. Jak brzmi głębia? „W czasie zawodów no limits słyszę odgłos opuszczającej się na linie windy” – zastanawia się. A sama głębia jak brzmi? „Nie wiem, nie słucham”. Masz otwarte oczy? „Czasami. Często macam tylko na oślep”. Co myślisz? „Próbuję nie myśleć. Tam na dole stajesz się zwierzęciem, gadem” – odpowiada w swoim stylu. „Masz tylko o trzy szare komórki więcej. Jedna jest odpowiedzialna za plan A, druga za plan B. A trzecia informuje, czy wchodzi w grę plan A, czy plan B”. Ale jak jest tam na dole? Proszę o informację o świecie, który nam wszystkim jest obcy i pewnie taki pozostanie. „Świat jest krążkiem, a my, nurkowie ekstremalni, zaglądamy nieco poza jego krawędź” – ucina Herbert Nitsch i nie chce być już bardziej poetycki. Jeśli jemu – wytrenowanemu i myślącemu racjonalnie nurkowi – głębia wydaje się obcą sferą, to my możemy sobie tylko wyobrażać, jak niebezpieczna jest to materia. Być może tylko dla społeczności nurków ekstremalnych, która na całym świecie liczy zaledwie kilka tysięcy osób, jest jasne, co dzieje się w głowie tego człowieka. Co już widział, co czuł i co przeżył. „Herbert, chciałbyś być rybą?” – pytam na koniec i słyszę odpowiedź: „Nie, jako człowiek czuję się OK”. Teraz możecie już odetchnąć. Gratulacje! Wytrzymaliście bez powietrza ponad 6 minut. Rekord Herberta Nitscha wynosi 9 minut i 4 sekundy.

Więcej zdjęć: www.herbertnitsch.com


Ostatnie metry wynurzania najbardziej męczą. Nitsch zalicza ostatni przed wynurzeniem przystanek dekompresyjny – tylko wtedy dozwolona jest eskorta 69


A kc ja

Brass band Free Agents próbuje w nieco podwyższonym salonie jednego ze współczesnych domów odbudowanych przez fundację Habitat for Humanity

70


W chwilach triumfu i tragedii Nowy Orlean może liczyć na ukochane brass bandy. Tekst: Andreas Tzortzis, zdjęcia: Brady Fontenot

illustration: SERGEI SVIATCHENKO

Gotowi na odrodzenie


a kc ja

w entylatory sufitowe leniwie zataczają koła na głowami gości, wykazując niewielkie zaangażowanie w rozwiewanie ciężkiego powietrza i dymu papierosowego unoszącego się pod blaszanym sufitem klubu Maple Leaf. Mieszanka białych i czarnych twarzy oraz nierównomiernie przepoconych koszulek i topów szczelnie wypełnia podłużną salę, na końcu której dziewięcioosobowa grupa muzyków bez pośpiechu rozgaszcza się na scenie. Zajmują swoje pozycje, a niskiego wzrostu mężczyzna w białej podkoszulce bez ramion, z puzo72

nem w ręku, chwyta jeden z mikrofonów. „Gotowi na Rebirth (ang. odrodzenie)?!” – wykrzykuje słowa, które w Nowym Orleanie nabierają wyjątkowego znaczenia. Na tyłach sceny rozbrzmiewają próbne dźwięki – wielki Derric Tabb testuje bęben mały i basowy, a Tuba Phil zaczyna grać pierwsze energiczne i łagodne zarazem takty piosenki otwierającej koncert, będącej natchnionym funkiem i R&B, hołdem dla muzyki brass bandów, która od ponad 100 lat jest znakiem firmowym tego miasta.

Okrzyki aprobaty wydawane przez żywiołowych studentów korzystających z wakacji, marudnych turystów i doświadczonych tubylców, las rąk w powietrzu, biodra miarowo poruszające się zgodnie z ruchem wskazówki metronomu bębna basowego, słowa piosenek zespołu Rebirth Brass Band echem odbijające się od ścian i melodyjne dźwięki płynące z rogów. Tak wygląda każdy wtorkowy wieczór w Maple Leaf. Tak wygląda każdy wieczór w Nowym Orleanie.


a kc ja

wały przeciwpowodziowe, zalewając 80 proc. Nowego Orleanu. „Ciągle musimy stawiać czoła problemom, brachu, tutaj na dole mapy Stanów” – mówi muzyk Ellis Joseph. „Ale muzyka tu nie cichnie i to nas motywuje do działania, trzyma nas przy życiu”. Żaden inny gatunek muzyczny nie odzwierciedla odpływów i przypływów pomyślności tego miasta tak dobitnie jak muzyka brass bandów będąca nieodłączną częścią tamtejszej kultury od schyłku XIX wieku. Muzycy z Nowego Orleanu przekształcili struktury melodii wywodzących się z wojskowych orkiestr dętych w podnoszące na duchu improwizowane utwory, które wkrótce stały się znane na całym świecie pod nazwą jazz. Twórczość zespołów zwanych brass bands – czyli dosłownie: orkiestry dęte – stała się swoistym poligonem doświadczalnym dla Louisa Armstronga oraz Jelly’ego Roll „Żaby” Mortona (grającego na puzonie), a następnie ich muzyka odegrała tę samą rolę dla młodszego pokolenia legend Nowego Orleanu, od zdobywcy nagrody Grammy trębacza Wyntona Marsalisa do wschodzącej gwiazdy Troya „Trombone Shorty” Andrewsa. „Grać można przy każdej okazji” – mówi Tabb, który dorastał w dzielnicy Treme w okresie, kiedy brass bandy paradowały po okolicy każdego wieczora. „Muzyki brass bandów można słuchać od kołyski aż po grób”.

FREE AGENTS BRASS BAND W salonie skromnego domu odbudowanego przez organizację Humanity for Habitat Free Agents doskonalą swoje brzmienie. Założony przez perkusistę Ellisa Josepha (pośrodku, na krześle) zespół odnosi pewne sukcesy, ale wciąż czeka na przełom.

W upalnym powietrzu unoszącym się nad Frenchman Street bluesowe melodie wygrywane na harmonijce mieszają się z dźwiękami muzyki Cajunów – zydeco. Sekcje instrumentów dętych drewnianych i blaszanych okazałej grupy muzycznej Preservation Hall Jazz Band stanowią elegancką ripostę dla hip-hopu z Bourbon Street. Z wybudowanej przez organizację Habitat for Humanity chaty w południowej części Nowego Orleanu niesie się stłumione brzmienie puzonów, a z otwartego okna przedwojennej posiadłości

w Garden District płynie szeroka gama dźwięków pianina. Na Jackson Square, gdzie dokonywano kiedyś egzekucji niewolników, a obecnie tarociści chwytają w swe sidła turystów, ospałe, stłumione dźwięki suzafonu odbijają się echem od kamiennych elewacji kolonialnych budynków ozdobionych kutymi balustradami balkonów oraz mętnych wód Missisipi. 29 sierpnia minie pięć lat od czasu, kiedy huragan „Katrina” przypuścił skuteczny atak na rozpaczliwie budowane

MĘŻCZYZNA z siwymi baczkami i białą czapeczką na głowie siedzi na werandzie drewnianego domu pogrzebowego w Treme i patrzy na pędzący do przodu świat. Jest to jedna z najstarszych dzielnic Ameryki, która była niepowtarzalną mieszanką etniczną w czasach, kiedy na południu Stanów Zjednoczonych panowały jeszcze głębokie podziały. W zeszłym roku kulturowa mieszanka Treme wraz z jej osobliwymi osobowościami muzycznymi – od trębacza Kermita Ruffinsa do Troya Andrewsa – pojawiła się w amerykańskich salonach. Sąsiedztwo to dostało główną rolę w nowym serialu stacji HBO. Ale w przeciwieństwie do dzielnicy Lower Ninth Ward, w której Brad Pitt dzielnie pomaga odbudowywać zniszczone domy, autokary wypełnione turystami nie dotarły jeszcze na ulice Treme. Na werandzie domu pogrzebowego, gdzie siedzi Sylvester Francis, rozbrzmiewa płynący ze starego boomboxa głos DJ-a lokalnej jazzowej radiostacji WWOZ zapowiadającego kolejny utwór. Wewnątrz w dwóch klimatyzowanych pokojach znajduje się wyjątkowa kolekcja pamiątek z Mardi Gras oraz jazzowych pogrzebów, 73


a kc ja

a także liczne zdjęcia opowiadające historię ostatnich 30 lat. Tragiczna powódź oszczędziła wyjątkową kolekcję będącą dumą Back Street Cultural Museum. W sierpniu 2005 roku Francis powrócił na miejsce jako jeden z pierwszych i ponownie otworzył muzeum. „Mój powrót był znakiem dla innych, że też mogą wrócić” – mówi Francis. 7 października 2005 roku w muzeum Francisa rozpoczął się jazzowy pogrzeb i jednocześnie swoista parada przyjaciół i sąsiadów. Zmarł Austin Leslie, słynny mistrz kuchni kreolskiej z Nowego Orleanu, i członkowie zespołu Hot 8 Brass Band zorganizowali należyte ostatnie pożegnanie. Był to pierwszy po powodzi pogrzeb w Nowym Orleanie. Pierwsza oznaka życia. TYPOWE DLA Nowego Orleanu jazzowe pogrzeby i barwne parady to tradycje, które narodziły się pod koniec XVIII wieku. Zgodnie z tradycją, podobnie jak w afrykańskich plemionach, członkowie organizacji społecznych i różnych klubów pomagają biednym rodzinom uporać się ze stratą bliskich. Od ponad 100 lat organizacje te tworzą podstawę czarnego społeczeństwa w Nowym Orleanie. Przyjmują barwne nazwy, takie jak Uptown Swingers, Money Wasters czy Black Men of Leisure. Od września do lipca w każdą niedzielę ulicami Nowego Orleanu kroczą uroczyste parady. W połowie czerwca kilka przecznic od przedwojennych korynckich kolumn Garden District Uptown Swingers maszerują przedmieściami w promieniach letniego słońca. Około 20 członków przyodzianych w błękitne i białe stroje uszyte specjalnie na tę okazję podąża tuż za grupą

Będąc w Nowym Orleanie, muzykę czuje się całym sobą Three Stooges Brass Band. Ich śladami kroczą setki ludzi. Orszak mija zaniedbane domy typu shotgun z trawnikami zdominowanymi przez chwasty. Panuje zdecydowanie radosna atmosfera. Werandy przejmują beztrosko tańczący młodzi czarni mężczyźni ubrani w T-shirty, szorty i nieskazitelnie czyste trampki. Ich stopy nawet przez chwilę nie stoją w miejscu. Ich tułowia pozostają bez ruchu, ale nogi wyginają się w każdą stronę. Na ich skroniach widnieją krople potu. Dzieci i surowe matki dołączają do parady. To samo robią osoby ciągnące za sobą chłodziarki na kółkach wypełnione piwem. „Jeśli jesteś z Nowego Orleanu, to z pewnością czujesz muzykę” – mówi Trisha Ellsworth, maszerując bez pośpiechu. „Nieważne, czy pada deszcz, czy śnieg – to nasze dziedzictwo. Nawet jeśli nie dogadujemy się każdego innego dnia, w niedzielę żyjemy w zgodzie”. Potężny mężczyzna w ciemnych okularach, białej czapce i błękitnym garniturze dba o zachowanie szyku osób trzymających banery Uptown Swingers i tych tańczących na czele kolumny. Ezell Hines bierze udział w paradach od szóstego roku życia. Obecnie ten 50-latek jest przewodniczącym Uptown Swingers. Jego oddanie tradycji pomaga mu przezwyciężyć chorobę, a możliwe, że nawet śmierć. RADIO OLD SCHOOL Prowadzący poranną audycję radiową Lebron Joseph dba o to, by słuchacze mieli możliwość posłuchania lokalnych kawałków

74

Cierpiąc na cukrzycę, pięć lat temu Hines schronił się przed powodzią w Baton Rouge. Z powodu stresu poziom cukru w jego krwi drastycznie wzrósł. „Praktycznie stracił wzrok” – mówi jego żona. „Musiałem usłyszeć tę muzykę” – mówi. „Wróciłem do domu i poziom cukru natychmiast zaczął spadać”. Przerywa na chwilę. „To parada sprawiła, że wszyscy wrócili” – mówi gardłowym głosem z charakterystycznym południowym akcentem. „Miasto legło w gruzach. Było źle. Naprawdę źle...”. POŚRÓD SETEK tysięcy osób, które straciły dach nad głową, znaleźli się także utalentowani muzycy dbający o reputację Nowego Orleanu jako kolebki jazzu. Fats Domino, słynący z aranżacji piosenki „Blueberry Hill”, musiał opuścić swoją żółto-czarną posiadłość w dzielnicy Lower Ninth Ward przy pomocy helikoptera. Tysiące muzyków musiało szukać schronienia w Teksasie i Missisipi. Bezlitosna woda pochłonęła ich płyty, zapisy nutowe i instrumenty. Ellis Joseph opuścił miasto przed uderzeniem huraganu i udał się do Shreveport, następnie do Baton Rouge, a w końcu do Atlanty. „Mieszkałem w hotelu, nie mając nic do roboty, i wtedy nastąpiła niespodziewana eksplozja kreatywności” – mówi. „Dzwonili do mnie ludzie proszący o pomoc w zdobyciu instrumentów i pomyślałem, że trzeba coś z tym zrobić”. Joseph, spokojny, sympatyczny młody mężczyzna o chropowatym głosie, jak wielu innych mieszkańców Nowego Orleanu pochodzi z muzykalnej rodziny. Jego kuzyni śpiewali w chórkach Smokeya Robinsona, a inny kuzyn to Derrick Tabb z Rebirth. Joseph grał na klarnecie, dopóki Tabb nie zapoznał go z bębnem basowym i talerzami. Stopniowo muzycy zaczęli powracać do na zawsze już odmienionego miasta. Joseph kursował w tę i z powrotem przez ponad rok, ale w sierpniu 2006 roku wrócił na stałe. „Ludzie potrzebowali zespołów, a my potrzebowaliśmy pracy” – mówi Joseph. „Co tydzień w każdy weekend dzwoniłem do tych samych osób”. Wkrótce oficjalnie nadał zespołowi nazwę Free Agents. Zespół podróżował po Europie, występując cztery lub nawet pięć razy w tygodniu i zgarniając 450 dol. za pół godziny grania. To i tak mniej niż w czasach przed „Katriną”, kiedy to brass bandy mogły liczyć na niemal codzienne występy dla biznesmenów spoza miasta, w klubach, na przyjęciach urodzinowych i podczas parad.


action

REBIRTH BRASS BAND Rebirth Brass Band, założony w 1982 roku przez braci Phila (z tyłu, po prawej) i Keitha Frazierów (drugi od lewej) oraz Kermita Ruffinsa (nie jest już członkiem), jest zespołem odnoszącym sukcesy za granicą. Nagrali 12 własnych albumów i często współpracują z innymi artystami. Współczesne brass bandy wzorują się na ich funkowo-hiphopowym brzmieniu.

Po klęsce hojni ofiarodawcy zapewnili im instrumenty. Lokalna fundacja muzyczna Tipitina’s zbierała datki od międzynarodowych dobroczyńców, także z Europy i Japonii, pragnących wspomóc muzyczne dziedzictwo miasta. Ale wiele barów było wciąż zniszczonych i zamkniętych, a biorąc pod uwagę to, że huragan zmniejszył populację miasta o prawie 40 proc., liczba potencjalnych klientów także spadła. Ciężko było o regularne występy. W niedzielny wieczór Joseph siedzi w swoim samochodzie zaparkowanym przed barem Green Room. Ogarnął go refleksyjny nastrój. „Naprawdę chcę, aby mojemu zespołowi dobrze się wiodło, żeby dobrze zarabiał i mógł podróżować po świecie” – mówi. „Ale w międzyczasie musimy jakoś żyć. Nie chcę się poddawać, ale czasem bywa ciężko”. Green Room, bar nieco zbyt prostacki dla turystów z French Quarter, ale uwielbiany przez tubylców, zapewniał członkom Free Agents stałe dochody. Po drugiej

stronie ulicy mężczyzna zwany Bittles with the Vittles grilluje kiełbaski i skrzydełka kurczaka, pozdrawiając przejeżdżających znajomych. Ma na sobie koszulkę z napisem: „Hot Meat for Your Mouth” na plecach. Jak widać, interes się kręci. Parking zapełniają noszące wielkie torby kobiety, których okazałe kształty wciśnięte zostały w obcisłe sukienki. Mężczyźni mają na sobie koszule z krótkimi rękawami i luźne szorty, niektórzy na nosach mają ciemne okulary, a na głowach dredy, które stały się modne dzięki lokalnej gwieździe rapu Lil’ Wayne’owi. Jeden po drugim członkowie zespołu ze swoimi instrumentami mijają dwóch bramkarzy i przekraczają próg baru. Joseph wita niektórych z nich już na zewnątrz. Następnie udaje się na zaplecze, gdzie muzycy przygotowują się do wyjścia na parkiet i zagrania trzech półgodzinnych setów. O godz. 11.23 pierwsze dźwięki suzafonu oznajmiają początek występu. Publiczność gromadząca się w okolicach

baru przechodzi na parkiet i zlewa się w jednolitą, spoconą, skaczącą i tańczącą masę. Ich brzmienie jest oczywistym hołdem dla energetycznych, funkowych aranżacji zespołu Dirty Dozen, który w latach 70. zrewolucjonizował tradycyjną muzykę brass bandów, włączając do swego repertuaru utwory Jamesa Browna. Grupa Rebirth, która w tym roku obchodziła 27. urodziny, rozpowszechniła to brzmienie, stając się najpopularniejszym brass bandem Nowego Orleanu z największą liczbą płyt na koncie. Sławę bez wątpienia zawdzięczają rytmicznym, tanecznym piosenkom z łatwymi do zapamiętania i wykrzyczenia słowami. „Chcieliśmy młodszych odbiorców, a oni chcieli nas” – mówi Tabb. „Zaczęliśmy grać bardziej energicznie, bardziej współcześnie. Musimy tworzyć dla ludzi, w końcu to oni płacą nasze rachunki”. Ich sukces sprawił, że na ulicach i paradach Nowego Orleanu jak grzyby po deszczu pojawili się liczni naśladowcy, ale jakość ich muzyki pozostawia wiele do życzenia. Niektórzy weterani twierdzą, że nowym zespołom brakuje techniki i umiejętności improwizowania, jakie prezentowały poprzednie pokolenia muzyków. „Grają, jak najgłośniej mogą, nieustannie rywalizując ze sobą... Zdecydowanie za głośno” – mówi „Uncle” Benny Jones 75


more body & mind

UPTOWN SWINGERS Kontynuując tradycje wywodzące się z kultury plemion afrykańskich oraz czarnych dzielnic miasta, organizacje społeczne i kluby co tydzień organizują na ulicach Nowego Orleanu parady. Inwestują spore sumy pieniędzy oraz czas w organizację odpowiedniej oprawy kolorystycznej i banerów – w końcu przewodzi najlepiej wyglądająca ekipa. W czerwcu na paradzie Uptown Swingers zagrał lokalny brass band The Stoogers.

76


a kc ja

senior, 67-letni lider grupy Treme Brass Band, poważany przedstawiciel kultury brass bandów. „Nie słuchają, gdy mówisz im, co robią źle. Podczas grania trzeba stale kontrolować głośność”. Tabb, technicznie genialny perkusista, lamentuje nad brakiem zainteresowania młodych zespołów tradycją, ale lekceważenie ich uważa za hipokryzję. „Nie można krytykować ich za próbowanie różnych rzeczy, bo właśnie testowaniu nowości Rebirth zawdzięcza swój sukces” – mówi. „Ich nowatorskie podejście może dużo wnieść do tej muzyki”. Członkowie Free Agents zaczęli naukę gry na instrumentach w wieku 11 lat w szkole podstawowej. Jednak większość młodych ludzi nie kontynuowała tej pasji w szkole średniej, a to właśnie wtedy młodzi muzycy zaczynają rozumieć, czego mogą dokonać, używając swoich instrumentów. „Muszę przyznać, że nie traktowałem gry tak poważnie jak inni” – mówi 24-letni puzonista Larry Brown, który nie ukończył szkoły średniej. „Ale gdy na swej drodze spotkałem muzykę brass bandów, zacząłem grać prosto z serca”.

Grupa spotyka się na próbach w każdy wtorek w domu trębacza Chada Browna, który odbudowany został dzięki organizacji Habitat for Humanity, po tym jak pobliskie jezioro Pontchartrain zalało wschodnią część Nowego Orleanu. Brown przyniósł na próbę książkę pt. Music Theory for Dummies. Leży ona spokojnie na stole, podczas gdy Free Agents stroją instrumenty, kątem oka spoglądając na finałowy mecz NBA w TV. Po mniej więcej godzinie Joseph przywołuje ich do porządku i zespół zaczyna grać kolejne utwory z listy bez konieczności korzystania z zapisów nutowych. Tradycyjne melodie paradowe przeplatają się z nowymi utworami, które mają niewiele wspólnego z żałobnymi pieśniami granymi na jazzowych pogrzebach.

Nie ma miejsca na przerwy czy poprawki. Grają równo i harmonijnie, a suzafon i bęben rytmicznie wybijają takt. Zespół kończy próbę wspólną modlitwą, po czym Brown chwyta w ręce wcześniej wspomnianą książkę. „Każdy członek zespołu potrzebuje tej książki” – mówi Josephowi. „Musisz przeczytać ją od deski do deski” – zapewnia 19-letniego Johna Perkinsa, utalentowanego trębacza, najmłodszego członka zespołu. „Możesz ją wszędzie zabrać ze sobą”. WIĘKSZOŚĆ ARTYSTÓW z Nowego Orleanu wynosi miłość do muzyki z domu. Instrumenty i umiejętności przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Dynastyczne rodziny muzyczne zamieszkują te okolice od początku XX wieku – od potomków

TREME BRASS BAND W skład zespołu Treme Brass Band, szanowanych weteranów sceny muzycznej, wchodzą lokalne legendy, m.in. „Uncle” Benny Jones senior (trzeci od lewej) oraz zawsze elegancki Lionel Batiste (drugi od lewej) – wizerunki obydwu muzyków

widnieją na ścianie Candelight Lounge w dzielnicy Treme. Tradycjonalista Jones senior chciałby, aby współczesne pokolenie brass bandów zwracało większą uwagę na technikę i muzyczne dziedzictwo miasta.


wirtuoza rogu altowego i klarnetu Louisa Barbarina do braci Neville’ów i Marsalisów. Dzieciaki spędzają czas na ulicach, słuchając występów braci, sióstr i kuzynów, aż w końcu same sięgają po instrumenty. Trębacz Kermit Ruffins oraz „Uncle” Benny Jones senior uczyli się na ulicach Treme. Trombone Shorty i Tabb poznawali tradycyjny jazz na Jackson Square, podziwiając Tuba Fats, który aż do śmierci w 2004 roku szczycił się mianem najlepszego tubisty w mieście. „Na Jackson Square zawsze grało wielu muzyków” – mówi Jeffrey Mills senior, suzafonista i nauczyciel muzyki. „80 proc. mojej wiedzy o muzyce tradycyjnej zdobyłem właśnie w tym miejscu”. Ale wielu z muzyków występujących na tym placu nigdy nie powróciło po „Katrinie” lub zmarło. Powódź zniszczyła także większość szkół i w ramach oszczędzania i cięcia kosztów zlikwidowano zajęcia muzyczne. W związku z tym w 2007 roku Tabb rozpoczął akcję Roots of Music, w ramach której dzieci w wieku od 11 do 14 lat mogły pobierać darmowe lekcje muzyki. Każdego dnia około 125 dzieci przekraczało prób Cabildo, starego ratusza przy Jackson Square. Budynek z hiszpańskimi łukami i francuskim mansardowym dachem reprezentuje dwie europejskie potęgi walczące niegdyś o miasto. Na najwyższym piętrze perkusiści i cymbaliści ubrani w żółte koszulki z logo Roots of Music ustawili się w czterech równych rzędach. W pomieszczeniu panuje kompletna cisza, którą sporadycznie przerywają polecenia nauczyciela Shoana Ruffina. Jeden ruch mistrza i sekcja bębnów – cztery bębny basowe, cztery bębny tenorowe, rząd cymbalistów i cztery bębny małe – uwalnia dynamiczne marszowe takty. Plecy muzyków są wyprostowane, wzrok skupiony na jednym punkcie. Z hukiem kończą grę, pałeczki wznoszą się w górę i ponownie zalega cisza. „Okres uczęszczania do podstawówki to najlepszy czas na zainteresowanie dzieciaków muzyką” – zapewnia Tabb. „Właśnie wtedy trzeba się nimi zająć, bo mają przed sobą sporo nauki”. W pokoju zebrała się reprezentacja dorastających nastolatków, ale jedna postać zdecydowanie wyróżnia się z tłumu – trzyletni chłopiec, pod nogami którego spoczywa jego bęben mały. Lawrence „Tuda” Honore jest najmłodszy w grupie, ale bez wątpienia ma talent – zdumiewająco zwinnie operuje pałeczkami, które w jego maleńkich dłoniach wyglądają jak masywne drewniane belki. Wujem „Tudy” jest nie kto inny tylko Tabb. „Natychmiast płacze, gdy zabierzesz

Dzięki Roots of Music z ratusza przy Jackson Square płyną dźwięki bębnów i instrumentów dętych

RED BULL STREET KINGS Akcję Roots of Music rozpoczął perkusista Derrick Tabb. Zapełniła ona pustkę powstałą po likwidacji zajęć muzycznych w szkołach. Trzyletni popołudniowy program zapewnia 125 młodym muzykom nauczycieli, muzyczne korepetycje oraz gorący posiłek. Choć jest oficjalnie uznany przez władze, nadal szuka sponsorów, a na liście oczekujących na przyjęcie widnieją setki chętnych.

mu bęben” – mówi Tabb. „Zaczął grać już wcześniej. Zupełnie jak ja...”. Organizacja lekcji muzyki na tym samym placu, na którym on sam zaczynał, napełnia Tabba dumą. W przerwie wychodzi z Maple Leaf na zewnątrz i z uśmiechem wspomina mentorów z jego młodości. Ciężko jest spotkać Tabba i jego zespół w Nowym Orleanie. Większość czasu są w trasie, grając na jazzowych i funkowych festiwalach w USA i w Europie. Podróżowanie interesująco wpłynęło na brzmienie Rebirth. „Czasem miksujemy rockową piosenkę z utworem country i wychodzi z tego, jak mawiamy, junk (ang. śmieć) – jazz i funk” – mówi, śmiejąc się. „Na tym właśnie polega tworzenie muzyki”. Spędza na ulicy dłuższą chwilę, kiwając głową i rozmawiając z miejscowymi, którzy doskonale go znają. Następnie wraca do klubu – pora na drugi z trzech półgodzinnych setów. Klub wypełniony jest po brzegi, a Tabb i spółka nadal z niepowtarzalną pasją ożywiają swe instrumenty, z których płyną kolejne energetyczne melodie. Więcej info na: www.redbullusa.com/streetkings

79


Zdjęcie: Simon Cudby/Red Bull Photofiles

Jedno z głośniejszych wydarzeń w Hot Spotach zaczynających się na s. 88: finał Motocrossowych Mistrzostw Świata FIM. Na zdjęciu lider klasy MX2 Marvin Musquin (Francja)


Więcej dla Ciała i Umysłu Życie na pełnych obrotach.

82 Šarka PanČochova w hangarze-7 84 sprzęt Boulderingowca 86 Jak lepiej biegać po górach 88 Najciekawsze wydarzenia na świecie 92 The quemists na Audioriver 98 miejska legenda mikołaja lizuta


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

Wywiad w Hangarze-7

Šarka Pančochova Utalentowana Czeszka, która niedawno zadebiutowała na snowboardowej scenie, przypisuje swoje sukcesy słuchaniu Queen i Abby. „O nie! Ale wypasiona miejscówka!” – wykrzykuje uśmiechnięta, pełna energii Šarka Pančochova, przekraczając próg Hangaru-7. Każdy, kto zna to cudowne dziecko snowboardingu, potwierdzi, że to jej typowe zachowanie: ekscytacja rządzi życiem Šarki i choć wciąż nie wróciła do pełni sił po operacji kolana, ma wiele powodów do uśmiechu. Ta 20-latka z Czech swym bezkompromisowym stylem zmienia wizerunek damskiego snowboardingu. „Snowboarder Magazine” nazwał ją debiutantką roku 2010, wygrała pierwsze mistrzostwa świata kobiet w quarter pipe i obecnie znajduje się na trzeciej pozycji w klasyfikacji generalnej TTR World Snowboard Tour. Nieźle jak na kogoś, kto niedługo rozpocznie dopiero trzeci zawodowy sezon. Red Bulletin: A więc kilka najbliższych tygodni spędzisz w Red Bull Diagnostics and Training Centre (DTC) tutaj, 82

w Salzburgu, by wrócić do formy po operacji? Šarka PanČochova: Tak, zerwałam więzadło krzyżowe przednie w lewym kolanie. Nie jeżdżę już od trzech miesięcy, a muszą minąć kolejne trzy, zanim wezmę udział w zawodach. Nie wiem nawet do końca, jak do tego doszło, ale dzięki temu będę miała większą motywację w tym sezonie. DTC jest świetnym miejscem zapewniającym komfortowe warunki oraz pomoc fizjoterapeutów, psychologów i trenerów, którzy skupiają się na tym, co dla ciebie najlepsze. Czyli jak zawsze jesteś pozytywnie nastawiona? Mogło być gorzej. Sama operacja była bardzo dobrze przeprowadzona. Dostałam tylko miejscowe znieczulenie, więc mogłam oglądać na monitorze jej przebieg. Podziwiałam, jak chirurg rekonstruuje moje więzadła. I jestem dumna z blizny.

Redaktor „Snowboard Magazine” powiedział ostatnio, że jesteś obecnie najlepszą snowboarderką na świecie. Czy też tak uważasz? Przecież on żartował (śmiech). Nie. Sama nie wiem. Może. Chcę być najlepsza. Ale jeszcze dużo pracy przede mną. Nauka nowych rzeczy jest dla mnie niezwykle ekscytująca, więc gdy tylko mam do dyspozycji śnieg i deskę, jestem szczęśliwa. Zgadzasz się ze stwierdzeniem, że damski snowboarding wkracza na nowy poziom? Tak, snowboarding kobiet rozwija się niesamowicie szybko. Męski snowboarding jest już na imponującym poziomie, jeśli chodzi o triki: wykręcają podwójne, a nawet potrójne flipy. Ale powoli różnica się zaciera. Główną rolę gra sprawność fizyczna, ale nastawienie też ma znaczenie. Obecnie wiele dziewczyn chce się rozwijać, próbować nowych rzeczy. Jestem

Bilder: Swen Carlin/Red Bull Photofiles, Monika Saulich

Wywiad: Ruth Morgan


Bild: Monika Saulich

Zerwanie więzadło zmusiło Šarkę Pančochovą do trzymiesięcznej przerwy w treningach, ale zawodniczka nie może się już doczekać powrotu do rywalizacji. „Po powrocie na śnieg od razu zacznę ćwiczyć podwójne backside rodeo” – zapewnia

podekscytowana nadchodzącym sezonem. Od razu zacznę ćwiczyć podwójne backside rodeo. Wygląda na to, że jesteś nieustraszona i niestrudzona w próbowaniu nowych rzeczy. Czy naprawdę tak jest? Już jako dziecko chętnie stawiałam czoła wyzwaniom i chciałam wszystkiego spróbować. W Czechach mieszkałam w małej wiosce i miałam samych kolegów. Biegaliśmy po lesie, wspinaliśmy się, próbowaliśmy różnych sportów. Myślę, że to mi pomogło, gdy w wieku 11 lat zajęłam się snowboardingiem. Ale oczywiście czasem się boję. Trzeba tylko nauczyć się, jak sobie radzić ze strachem. Wciąż jesteś wschodzącą gwiazdą zawodowej sceny, nadal wygrywasz nagrody dla debiutantów. Czy wiesz, że zaliczasz się do grona najlepszych? Na początku było dziwnie. Wzięłam udział w zawodach European Roxy

Chicken Jam, następnie European Open, otoczona zawodowcami, których do tej pory podziwiałam w TV. Rywalizowałam z moimi idolami i chciałam się popisać, więc oczywiście upadłam (śmiech). Teraz spędzanie z nimi czasu to normalka. Masz reputację niezłej balangowiczki... Raczej. Ciężko jest nie imprezować, kiedy podróżujesz z riderkami takimi jak Jamie Anderson czy Kjersti Buaas. Zawsze choć jedna z nas staje na podium, więc jest co świętować. Ale uwielbiam też spać. Czasem ucinam sobie drzemkę po lunchu i jest wspaniale. Spanie także mnie ekscytuje. Co znalazłoby się na twojej idealnej playliście do słuchania podczas konkursów? Zawsze jeżdżę, słuchając muzyki. Świetna piosenka motywuje cię i zapominasz o strachu. Lubię oldschoolowe brzmienie – Abba, Queen, The Beatles. „Dancing

Queen” to utwór idealny do słuchania przed dużym skokiem. Myślę, że gdzieś głęboko siedzi we mnie gwiazda rocka. Wraz z kilkoma innymi zawodowymi riderkami założyłyśmy zespół. Jest nas pięć, dwie gitary, harmonijka, ukulele i ja na perkusji. Spędzamy razem czas, dla zabawy grając na przykład kawałki Beatlesów. W tym roku dotarłaś do półfinału zimowych Igrzysk Olimpijskich. Czy zdobycie medalu w przyszłości jest jednym z twoich celów? Tak, po prostu nie wyszło mi ostatnie lądowanie. Byłam trochę przybita tym, że nie dotarłam do finału, ale wiem, że jeszcze będę miała na to szansę. Wspaniale byłoby zdobyć medal, ale nie można o tym zbyt dużo myśleć, żeby nie zapeszyć. Na razie skupiam się na przygotowaniach do sezonu – będą intensywne. Więcej o Šarce: www.sarkapancochova.cz/en

83


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

1

2

11

7

9 8 12 13

10

6

84


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

3 Kilian Fischhuber, Anna Stöhr: boulderowcy klasy światowej

Zdobądź sprzęt

Anny i Kiliana

4

Co Stöhr i Fischhuber zabierają ze sobą w podróż, by poczuć się jak w domu. 1. Słuchawki Sony www.sony.com Muzyka relaksuje i motywuje Annę przed zawodami.

7. Kubek asekuracyjny www.edelrid.de Ładny w kształcie i lekki. Ten kolor nazywa się oasis.

2. Magnezja Mammut Basic Chalkbag Trio www.mammut.ch Bez magnezji nie ma wspinania – proste.

8. „Zillertal. Wspinanie i bouldering” Przewodnik wspinaczkowy Markusa Schwaigera wydany nakładem wydawnictwa Lochner-Verlag. Właściwie wszyscy jesteśmy stąd…

3. Latarka Mammut Lucido www.mammut.ch Umożliwia wspinaczkę o późniejszej porze i czytanie na zewnątrz.

5

Zdjęcia: kurt keinrath, Philipp Horak

4. Makaron Recheis www.recheis.at Makaron z mąki z pełnego przemiału dodaje sił. 5. Uprząż Mammut Venus www.mammut.ch Uprząż do wspinaczki. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Ten pas jest dostosowany do kobiecej anatomii. 6. Szczoteczki do czyszczenia chwytów. Podczas wspinaczki właśnie nimi oczyszcza się chwyty z magnezji, którą zostawili poprzednicy.

9. Okulary przeciwsłoneczne www.smithoptics.com Na słoneczne dni. 10. Mała apteczka Drobny papier ścierny do rąk, plaster opatrunkowy, plaster w taśmie, środki przeciwbólowe. 11. „W 80 dni dookoła świata” www.amazon.de Klasyk Jules’a Verne’a. Udałoby nam się bez trudu. 12. Dezodorant www.dove.com Prysznic w opakowaniu. 13. Buty sportowe La Sportiva Solution www.lasportiva.com Miękkie i precyzyjne.

www.kilian-fischhuber.at www.anna-stoehr.at

85


WIĘCEJ DLA CIAŁA I UMYSŁU Print 2.0

Jak radzić sobie w biegu górskim Red Bull Dolomitenmann 2010? Przydadzą się dobra taktyka, właściwa postawa i kilka trików psychologicznych – twierdzi czterokrotny zwycięzca Jonathan Wyatt. Poniżej jego wskazówki.

OTWÓRZ OCZY Kto biega w trochę trudniejszym terenie, powinien patrzeć do przodu dalej niż na płaskich trasach. Warto wiedzieć, jakie przeszkody będziemy mieć do pokonania. Zawsze staram się „skanować” wzrokiem jakiś dłuższy odcinek, a potem koncentrować się na najbliższych 5–6 metrach.

PRACUJ NAD SZYBKOŚCIĄ Podczas treningów przed szczególnie długimi trasami próbuję biegać bez przerwy przez 30 minut. Żeby poprawić szybkość, aplikuję sobie trzyminutowe biegi pod górę na przemian z dwuminutowymi przerwami wypełnionymi truchtem. Pierwsza minuta przerwy to spokojny trucht pod górę, a druga – z góry.

TEORIA WYSKOKU W POWIETRZE Jeżeli przyjrzycie się najlepszym biegaczom downhillowym świata, zauważycie, jak bardzo „latają” ich ramiona podczas biegu. Jednak od pasa w dół wszystko wygląda stabilnie i spokojnie. Zawodowcy nie bez powodu hamują bardzo rzadko – przy nagłym zatrzymaniu się podczas biegu z góry można uszkodzić stawy. Jedna z teorii głosi, że w przypadku utraty kontroli nad prędkością podczas biegu w dół powinno się wyskoczyć w powietrze. Ten manewr pozwala podobno wyhamować, ale jeszcze nigdy go nie wypróbowałem.

POCZUJ RYTM W biegach górskich najważniejszy jest odpowiedni rytm. Zawodnicy przyzwyczajeni do biegów ulicznych często robią zbyt długie kroki i szybciej się w górach męczą. Podstawowa zasada brzmi: im bardziej strome zbocze, tym krótszy krok.

86

SZTUKA DZIELENIA Jeżeli podczas biegu patrzysz tylko w kierunku szczytu, szybko pojawia się frustracja. Człowiek myśli sobie: „Nigdy tam nie dobiegnę!”. W takich sytuacjach pomaga trochę psychologii: koncentruj się na najbliższym drzewie albo skale i dziel w ten sposób trasę na krótsze odcinki. Na bardzo stromych trasach mówię sobie zawsze: „Teraz ostro popracuję, żeby przebiec ten kawałek i spróbować odpocząć na następnym”.

GÓRA JAKO PODPORA Im bardziej stroma trasa, tym bardziej musisz podczas biegu pochylać się do przodu. Prawa fizyki są nieubłagane: jeżeli twoje ciało będzie nachylone do zbocza pod kątem prostym, polecisz do tyłu. Zawsze pochylam się w kierunku góry, by przenieść do przodu cały swój pęd.

LEPIEJ ŁATWIEJ NIŻ KRÓCEJ Często wybieram dłuższą trasę, jeżeli uznam ją za mniej stromą i łatwiejszą do pokonania. Poza tym próbuję przebiec całość bez przerw. Nie lubię się zatrzymywać po pokonaniu poszczególnych odcinków.

LEKCJE POKORY Nikt nie chce marnować energii na niepotrzebne ruchy. Ktoś, kto wystartuje zbyt szybko i przeceni swoje siły, nie będzie w stanie utrzymać wysokiego tempa. Droga na szczyt polega na zużywaniu podczas przemieszczania się możliwie najmniejszej ilości energii.

MOCNE PALCE U NÓG Im bardziej stroma góra, w tym większym stopniu przenoszę ciężar ciała na czubki palców. Zawsze tak robiłem. Opieram się na palcach, wbijam się nimi w nawierzchnię i całą siłą nóg odpycham od podłoża. Góra wzywa: Red Bull Dolomitenmann, 11 września 2010, Lienz, Austria www.redbulldolomitenmann.com

Zdjęcie: GRAEME MURRAY

Tajniki stromizn

pl.redbulletin.com/print2.0 Najlepsze zdjęcia z zeszłorocznego biegu


RUSZA PEŁNYM GAZEM, POKONUJE DŁUGIE TRASY.

SKONCENTROWANA ENERGIA RED BULLA. JEDYNY SHOT, KTÓRY DODA CI SKRZYDEŁ. SUPLEMENT DIETY


Więce j dla Ciała i Umysłu Red Bull Rampage 1 –3.10.2010

hot SPOTS

Gee Atherton, Darren Berrecloth, Andreu Lacondeguy i spółka w wyjątkowym Mountain-Bike-Downhill-Challenge. Virgin, Utah, USA

Najlepsze imprezy miesiąca na całym świecie.

Zdjęcia: Ray Demski/Red Bull Photofiles, Garth Milan/Red Bull Photofiles, Erwin Polanc/Red Bull Photofiles, Christian Pondella/Red Bull Photofiles

EHC Black Wings Linz – EC Red Bull Salzburg 10.09.2010

Red Bull Cliff Diving World Series 12.09.2010

W dniu rozpoczęcia austriackiej ligi hokejowej dojdzie do pierwszej rywalizacji pomiędzy ubiegłorocznymi finalistami play-offów. Linz, Austria

Ostatnie zawody w tegorocznym sezonie odbędą się w ojczyźnie cliff divingu. Miejscem akcji będzie Hilo, największe miasto na Big Island. Hilo, Hawaje

Warsaw Skateboard Challenge 11.09.2010

Formuła 1 – GP Włoch 12.09.2010

Po lecie spędzonym na nauce i doskonaleniu nowych trików skejterzy będą mieli okazję sprawdzić się na streetowym skateparku w centrum stolicy. Pl. Defilad, obok metra Centrum, Warszawa Red Bull Dolomitenmann 11.09.2010

Motto 23. edycji ekstremalnego turnieju zespołowego (wspinaczka, paragliding, kajakarstwo w stylu wolnym, rowery górskie) brzmi: „Jeszcze mocniej, bardziej stromo i dziko”. Lienz, Austria Red Bull 5000 Down 11–12.09.2010

Na odcinku, na którym Ferrari czuje się jak w domu, w ubiegłym roku dwukrotnie zwyciężył team Brawn-Mercedes. Dla ekipy Red Bulla nie był to szczęśliwy weekend. Mark Webber zderzył się z Robertem Kubicą i wypadł z gry. Sebastian Vettel zajął ósme miejsce. Autodromo Nazionale di Monza, Włochy motocrossowe mistrzostwa świata – FIM 12.09.2010

Antonio Cairoli obronił tytuł mistrza świata podczas ostatniego weekendowego wyścigu roku przed własną publicznością. Fermo, Włochy

Stevie Smith z 300 innymi zawodnikami downhillu pomknie w dół Whistler Mountain na rowerze górskim podczas najważniejszych zawodów w Kanadzie, na których zawodników obowiązuje start wspólny. Whistler, Kanada

ASP World Tour 12–18.09.2010

Red Bull Beach Boys 11–12.09.2010

Red Bull Under My Wings 15.09.2010

Zostały już rozegrane 32 turnieje kwalifikacyjne. Teraz zwycięskie zespoły siatkówki plażowej mają możliwość zmierzyć się z urzędującymi niemieckimi mistrzami świata – duetem Brink/Reckermann. Düsseldorf, Niemcy 88

Wstęp do drugiej części sezonu Profi Surf Tour odbędzie się w Kalifornii. Sezon jest obecnie bardzo wyrównany – zawodnik RPA Jordy Smith wciąż walczy o tytuł. Trestles, USA

Dziesięciu utalentowanych młodych zawodników z Holandii otrzymuje możliwość brania lekcji u mistrzów motocrossu Marca de Reuvera i Jeffreya Herlingsa. Veldhoven, Holandia

Red Bull Latitude Zero 23.09.2010

Podczas równonocy na równiku zagrają w pojedynku zespołów siatkówki plażowej m.in. Salgado/ Salgado czy Brink/Reckermann. Macapá, Brazylia


Więce j dla Ciała i Umysłu GP Skoków narciarSkich FIS 3. 10.2010

Ostatnie skakanie na maty. Skoczkowie narciarscy przygotowują się do sezonu zimowego! Klingenthal, Niemcy ME we wspinaczce sportowej 15–18.9.2010

300 sportowców z 30 europejskich krajów walczy w Imst i Innsbrucku o tytuły i medale ze szlachetnych metali. Innsbruck i Imst, Austria Red Bull King of the Rock 18.09.2010

64 koszykarzy zakwalifikowało się podczas sześciu turniejów do finału, który zostanie rozegrany w niezwykłej lokalizacji – na wyspie-więzieniu Alcatraz. Gwiazda NBA Rajon Rondo ukoronuje na koniec zwycięzcę gry „one to one” tytułem „King of the Rock”. Alcatraz, USA konkurs lotów Red Bull 19.09.2010

Podczas Konkursu Lotów Red Bull, który odbędzie się po raz trzeci w stolicy Rumunii, organizatorzy spodziewają się w centrum Bukaresztu ponad 100 tys. widzów. Bukareszt, Rumunia

Po raz czwarty odbędzie się w RPA spektakularny wyścig bezsilnikowych konstrukcji indywidualnych. Johannesburg, RPA

Podczas tego ostatniego w sezonie oficjalnego spotkania rowerzyści będą walczyć o punkty w klasyfikacji końcowej. Tym razem Joy Ride Open odbędzie się po zmroku, przy sztucznym oświetleniu. Impreza, tak jak miało to miejsce poprzednio, zbierze całe polskie środowisko MTB i downhill. Harenda, Zakopane Red Bull Motocross of Nations 25–26.09.2010

Czy niezwyciężeni od pięciu lat Amerykanie wreszcie zostaną pokonani w zespołowym wyścigu motocrossowym, który rozgrywany jest od 1947 roku? Denver, USA Red Bull X-Fighters 2.10.2010

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – także zawodników freestyle motocrossu. World Tour 2010 odbędzie się w Wiecznym Mieście. Stadio Flaminio, Rzym

NASCAR Sprint Cup Series 19.09.2010

FIM Superbike GP Francji 3.10.2010

Sylvania 300 na trasie 510,8 km to preludium do Chase for the Sprint Cup – rozstrzygnięcia mistrzostw NASCAR. New Hampshire Motor Speedway, USA

Dla Jonathana Rea i jego kolegów na superbike’ach sezon już się kończy. Ostatni wyścig odbędzie się we francuskim Magny-Cours. Magny-Cours, Francja

Extreme Sailing Series 23–26.09.2010

MotoGP Japonii 3.10.2010

Czwarty przystanek zawodów rozgrywanych w klasie Extreme 40 odbywa się u brzegów Sycylii, gdzie przybędzie ekipa Red Bull Extreme Sailing Team. Trapani, Włochy

Red Bull Boxcart Race 24.09.2010

JOY RIDE OPEN SERIES 25.09.2010

Dominującą postacią w klasie MotoGP jest obecnie Jorge Lorenzo. W pierwszej połowie sezonu Hiszpan nie zajął jeszcze gorszego miejsca niż drugie, a w ubiegłym roku wygrał wyścig w Japonii. Motegi, Japonia

Formuła 1 GP Singapuru 26.09.2010

Red Bull Roof Tops 5–8.10.2010

Najważniejszy wyścig Singapuru od 2008 roku odbywa się nocą. Oświetlenie zapewnia 1,5 tys. reflektorów o średnim natężeniu 3 tys. luksów. Marina Bay Street Circuit, Singapur

Freerunning w malowniczej scenerii. Ryan Doyle będzie spacerować po dachach i balkonach greckiej wyspy Santorini w artystycznym stylu. Santorini, Grecja 89


Więce j dla Ciała i Umysłu

Potęga nocy W jakimkolwiek guście, gdziekolwiek na świecie. Na pewno znajdziesz coś dla siebie.

La Bâtie Festival 3–18.09.2010

Bois de la Bâtie – park w sercu Genewy. Właśnie tu narodził się w 1977 roku La Bâtie Festival – interdyscyplinarny festiwal z pokazami tańca, spektaklami teatralnymi i koncertami. W tym roku wystąpią Hudson Mohawke, Braiden, Jackmaster i inni. Różne lokalizacje, Genewa, Szwajcaria

Zdjęcia: Thomas Butler, Mikolaj Dlugosz, lukas gansterer, Universal Music

Numusic Festival 8–18.09.2010

Ten festiwal z dalekiej Północy oferuje muzykę elektroniczną we wszystkich odmianach. Starą szkołę reprezentują: pionier minimalizmu Steve Reich, mistrz dubu Lee Perry z Jamajki oraz weterani krautrocka – szwabskiego rocka progresywnego – Neu!, a futurystyczne dźwięki pod dyskotekową kulą zaserwują mistrzowie dubstepowego basu Loefah i eksperymentalni hiphopowcy z Anti-Pop Consortium. Stavanger, Norwegia Bestival 9–12.09.2010

„Bestival jest jednym z najszybciej rozwijających się festiwali w Wielkiej Brytanii. Liczba odwiedzających wzrosła w ciągu siedmiu lat z 4 tys. do 45 tys. Nazywają nas nawet mini-Glastonbury” – opowiada z dumą o swoim dziecku Rob Da Bank, kurator imprezy i jednocześnie DJ BBC. Tendencja wzrostowa z pewnością się utrzyma, biorąc pod uwagę tegoroczny skład: LCD Soundsystem, Roxy Music, The Antlers czy Neon Indian. Robin Hill Country Park, Newport, Wielka Brytania 90

MISTRZ GRAMOFONU

Jeden z najlepszych beatmakerów USA, słynny DJ J.Rocc przyleciał do Dublina, aby pokazać, jak się gra. Więcej na s. 94. Dublin, Irlandia

Elektronikka Festival 10.09.2010

Organizowanie festiwalu dance’owego w fabryce tytoniu można odebrać jako ironię – zwłaszcza mając na względzie panujące obecnie zakazy palenia. Maszyny dymowe i tak zrobią swoje, zasłaniając wszystko gęstą mgłą. Zadbają o to wykonawcy: house’owy Moonbootica z Hamburga, wirtuoz electro Stephan Bodzin czy Fritz Kalkbrenner. Tabakfabrik, Linz, Austria Berlin Festival 10–11.09.2010

W dniu otwarcia w 1923 roku Tempelhof był jednym z pierwszych dworców lotniczych w Niemczech. W 2008 roku hangary zamknięto i wyłączono taśmy bagażowe. Od tego czasu po pasie startowym kołują wózki ze sprzętem muzycznym. Tak się stanie również w tym roku – na berlińskim festiwalu wystąpią: Hot Chip, The Editors, Caribou czy Fever Ray. Berlin Festival spodoba się nawet tym osobom – jak pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – które nie przepadają za festiwalami”. Tempelhofer Park, Berlin, Niemcy

TOM BARMAN

Lider zespołu dEUS opuszcza studio, by zabrać nas na przejażdżkę po Antwerpii i pokazać swoje ulubione restauracje, bary i kafejki – s. 96. Antwerpia, Belgia


Więce j dla Ciała i Umysłu The Quemists

Wraz z mistrzami mocnego beatu uznawanymi za następców Prodigy bierzmy udział w najbardziej renomowanym festiwalem electro w Polsce. Audioriver Festival, Płock

Amadeus – Austrian Music Awards 16.09.2010

Soundedit Festival 10–12.09.2010

„Theo, wir fahr’n nach Lodz” (pol. Theo, jedziemy do Łodzi), śpiewał Anno Domini 1974 Vicky Leandros, „dann feiern wir ein großes Fest, das uns die Welt vergessen lässt” (pol. a potem będziemy bawić się na wielkim party i zapomnimy o całym świecie). Słowa piosenki kiedyś były dobrze znane, a dziś są wciąż aktualne. Zwłaszcza na początku września, gdy do Łodzi przyjedzie Mad Professor z charakterystyczną echokamerą, Peter Hook będzie reprezentować swój zespół New Order, a Johan Agebjörn zadba o comeback stylu italo disco. Klub Wytwórnia, Łódź, Polska Green & Blue 12.09.2010

Imprezowe zakończenie sezonu techno party. Co roku DJ-scy mistrzowie pływania Sven Väth i Ricardo Villalobos zapraszają na kameralny basen w lasach Obertshausen. W tym roku pożegnają tu lato tacy artyści jak: Joris Voorn, Steve Bug, Guy Gerber czy Johannes Heil. Waldsee, Langen, Niemcy Scopitone Festival 15–19.09.2010

PRATERSAUNa

Jeśli wierzyć plotkom, to kiedyś robiono tam szmerane interesy. Teraz miejsce to oferuje mix muzyki, sztuki, mody i... pływanie. Szczegóły na s. 95. Wiedeń, Austria

W latach 70. działały scopitone – szafy grające, które odtwarzały nie tylko muzykę, ale także wideoklipy. Festiwal o tej nazwie kultywuje tradycję i dzięki takim znakomitym artystom, jak Carl Craig, Busy P, Jamaica czy Chloé, zadba zarówno o program muzyczny, jak i o sztukę wizualną. Friche Numérique, Nantes, Francja

Skero czy Anna F? Elektro Guzzi czy Bauchklang? Andy Borg czy Udo Jürgens? Jeszcze nie wiadomo, kto w tym roku otrzyma austriacką nagrodę muzyczną Amadeus. Niemal pewne jest, że na końcu i tak będzie cieszył się Falco i kolejną statuetkę zabierze do grobu. To byłaby piąta, która została mu przyznana pośmiertnie. To dość wymownie świadczy o poziomie austriackiej muzyki pop, prawda? Stadthalle, Wiedeń, Austria SeeMe 16–18.09.2010

Wytwórnie fonograficzne, labele, muzycy, dziennikarze. We wrześniu branża muzyczna spotka się przy kawie w Sofii podczas SeeMe, wschodnioeuropejskiego odpowiednika Popkomm. Także w Bułgarii fani muzyki mogą się cieszyć, że konferencji towarzyszy festiwal. Sofia, Bułgaria Alpha-Ville Festival 17–18.09.2010

Namiot i puszkowane ravioli lepiej zostawić w domu. Warto za to zabrać okulary w rogowej oprawie i czarny golf. Festiwal Alpha-Ville odbywa się w Whitechapel Art Gallery, renomowanej galerii sztuki współczesnej w Londynie. Oprócz oprawy znakomita jest także obsada artystów elektronicznej muzyki eksperymentalnej: Actress, Scanner, Subeena i inni. Whitechapel Art Gallery, Londyn, Wielka Brytania Reworks Festival 17–18.09.2010

Także w czasach kryzysu można się świetnie bawić, Berlin daje przykład. Grecy nie pozostają w tyle i zapraszają na parkiet: Sven Väth, Heidi, Moderat i Autechre – to nie wszyscy artyści, którzy wezmą udział w największym wydarzeniu muzycznym w Salonikach. Vilka Complex, Saloniki, Grecja 91


Więce j dla Ciała i Umysłu

Letni festiwal

Anger Management

The Qemists AUDIORIVER

The Qemists nie należeli do grona headlinerów tegorocznej edycji festiwalu Audioriver. Jungle’owe perkusje, dubstepowy bas i gitarowe riffy prędko jednak ulokowały ich w energetycznej czołówce line-upu.

92

Bruno MC dyryguje tłumem, który na Hybrid Scene ściągnęły dźwięki The Qemists Soundsystem. U góry po prawej: centrum dowodzenia bębnami i basem

text: Stuart Codling; fotos: Thomas Butler

Przed bramkami gromadziły się pierwsze grupki ludzi, gdy nad terenem festiwalu zebrały się burzowe chmury. Płocka plaża nasiąkała wodą, drugi brzeg Wisły majaczył w oddali, a szare niebo raz po raz rozświetlały pioruny. Ekipa nagłośnieniowa walczyła jeszcze z powodzią, kiedy na scenę wkroczyli The Qemists, by skontrolować sprzęt. Opóźniony przez warszawskie korki soundcheck sprowadził pod głośniki spory tłumek wygłodniałych melomanów. Dwa dźwięki, pół taktu, uderzenie bębnów, bas. Ludzie proszą o więcej, a ja słyszę w telefonie, że za dwie sekundy możemy się spotkać, bo Liam Black i spółka skończyli właśnie wszystko sprawdzać. „Soundcheck to dla nas formalność. Ustawiamy poziomy, głośność i... z czystym sumieniem idziemy zrelaksować się przed graniem. Zwykle nie zajmuje nam to więcej niż pięć minut. Oczywiście dotyczy to tylko naszego soundsystemowego wcielenia” – chwilę później w strefie VIP Leon Harris tłumaczy zaskakująco krótki czas próby. Przywodzący na myśl bohaterów „Porachunków” Guya Ritchiego trzej chemicy siedzą wygodnie rozparci na skórzanych pufach, kiedy wspierający ich na mikrofonie Bruno MC skręca kolejnego papierosa. Płock odwiedzili na dwa miesiące przed premierą ich nowego live-actu. Improwizowane, eklektyczne sety pozwalają im nie stracić kontaktu z publiką podczas wytężonych prac studyjnych. „Gramy wszystko, na co mamy ochotę, i gramy to w sposób, w jaki nikt inny by za nas tego nie zrobił. Zmieniamy gatunki jak rękawiczki. Z drum’n’bassu przechodzimy w dubstep, reggae łączymy z electro. Wydaje mi się, że ludzie to łapią. Czują energię. Słyszą, że mamy na to pomysł” – mówi Dan Arnold. Przekrzykując się, członkowie The Qemists na zmianę wspominają dawne lata: „Kiedy scena soundsystemowa przeżywała okres świetności, byliśmy zbyt młodzi, by legalnie się upić. Gdy wreszcie mogliśmy wchodzić do klubów, w Wielkiej Brytanii weszły już w życie prawa antyrave’owe. Zresztą nasze miasto ma w tej sprawie dość poważne


Więce j dla Ciała i Umysłu

Zdjęcia: Mikołaj Długosz (3)

N.A.M.E Festival 17–18.09.2010

zasługi. Podczas jednej z darmowych imprez tłum zepchnął z urwiska radiowóz, który przyjechał rozgonić zbiegowisko. Po tym incydencie rozpętało się prawdziwe piekło. DJ-om odbierano sprzęt, taborom zakazywano poruszania się po kraju, rozpędzano nawet domówki. Jedynymi miejscami, gdzie można było się spokojnie bawić, były kluby. Tam właśnie po raz pierwszy usłyszeliśmy drum’n’bass”. Bębny i bas były też pierwszym, co skłoniło ludzi do pozostania na wypchanej do granic możliwości Hybrid Stage. Otwierający występ „chemików” pierwszy singiel z ich ostatniego albumu rozpoczyna grunge’owa zwrotka Matta Rocka. Niezaznajomieni z twórczością brytyjskiego kolektywu imprezowicze zaczęli przepychać się przez tłum w poszukiwaniu bardziej ekstremalnych wrażeń dźwiękowych. Jak wryci stanęli jednak, gdy do ich uszu dotarły pierwsze uderzenia bębnów i przeszywający ciało niski bas. W trakcie trwania godzinnego setu nowy materiał przeplatał się z fragmentami „Join the Q”, a dubowy edit Subscape’a szedł stopa w stopę z opartym na hicie Maxa Romeo numerem „Iron Shirt”. Tylko charyzma i energia dyrygującego tłumem MC sprawiły, że występ „chemików” nie przerodził się w zamieszki. Tytuł fonograficznego debiutu The Qemists – remiksu „Everything Is Under Control” duetu Coldcut – w obliczu szaleństw odbywających się pod sceną wydawał się mizernym zapewnieniem. Uśmiech na twarzach opuszczających namiot balangowiczów, niesione w rękach koszulki i długo jeszcze skandowana nazwa zespołu uzmysłowiły mi jednak, że byłem w błędzie. Chwilę po zejściu ze sceny, przybijając jeszcze piątki z resztą rozradowanego składu, Dan wytłumaczył mi, że „jeśli ludzie na parkiecie wyrzucają z siebie wszystkie złości i frustracje, przy energetycznej muzyce tańczą do upadłego, to po wyjściu z klubu są spokojni. To w miejscach, w których puszczają nudne, cukierkowe house’y, częściej wszczynane są bójki. Na drum’n’bassowe imprezy większość przychodzi dla muzyki. DJ jest najważniejszy. Nawet jeśli ktoś, rzucając się jak opętany, uderzy cię czy przewróci, zaraz poda ci rękę, podniesie cię i przeprosi. Na co ty odpowiesz pewnie, że nie ma sprawy... Bo zaraz możesz mu zrobić to samo”. Niecałe dwa tygodnie po Audioriver, 16 sierpnia, nakładem Ninja Tune ukazał się drugi krążek zespołu „Spirit in the System”

Muzyka elektroniczna i sztuka cyfrowa świetnie do siebie pasują. Podobnie jak Francja i festiwale wysokiej klasy. N.A.M.E to jeden z nich. W ciągu dnia działają wystawy i warsztaty software’owe, wieczorami rozbłyskuje na parkiecie dyskotekowa kula do rytmów artystów electro (Busy P i Uffie) oraz DJ-ów techno (Radio Slave i Damien Lazarus). La Tossée, Tourcoing, Francja Hipnotik Festival 18.09.2010

„Hip-hop jest jak stół” – powiedział kiedyś legendarny grandmaster Caz – „ponieważ kultura stoi na czterech nogach”. Miał na myśli rap, DJ-ing, breakdance i graffiti. W tym duchu trwa hiszpański Hipnotik Festival, który łączy te elementy (SFDK, Morodo i inni), warsztaty i bitwy na rymy. Mercat de les Flors, Barcelona, Hiszpania L’Ososphère Festival 22–25.09.2010

Zamknięto cały blok mieszkalny. Jego wystrój stanowią kolorowe dywany światła, wizuale i gigantyczne głośniki. We wnętrzach urządza się L’Ososphère Festival z sześcioma scenami. Zaprezentuje wszystko, co ma do zaoferowania współczesna elektronika – wystąpią m.in.: Birdy Nam Nam, Chloe, Alva Noto & Blixa Bargeld. Laiterie, Strasburg, Francja Pygmalion Music Festival 22–25.09.2010

Do wszystkich, którzy nie uważali na lekcji łaciny: Pigmalion to gość, który według Owidiusza ożywił pocałunkiem kobiecy posąg z kości słoniowej. Dlaczego został patronem właśnie tego festiwalu? Nie wiadomo – może dlatego, że artyści tacy jak Built To Spill, Caribou czy Cut Chemist budzą publiczność do tańca? Koncertów można wysłuchać także na: redbullmusicacademyradio.com Różne lokalizacje, Chicago, USA Reeperbahn Festival 23–25.09.2010

129 zespołów na 930 najbardziej osławionych w Hamburgu metrach: znany z czerwonych neonów rewir Reeperbahn zamieni się na trzy noce w eldorado independent rocka za sprawą Wulf Parade, Saalschutz, Blood Red Shoes czy Schlachthofbronx. Reeperbahn, Hamburg, Niemcy 93


Więce j dla Ciała i Umysłu

Scuba, Modeselektor, Carl Craig, Gold Panda, Samyiam, Fennesz – zestawienie wygląda jak list do św. Mikołaja, który napisał fan muzyki electro. To jednak tylko lista urzędujących bogów dubstepu, electro i techno, którzy spotkają się na muzycznym olimpie na wielkim jammowaniu – Decibel Festival. Św. Mikołajem jest w tym przypadku Red Bull Music Academy Radio – stacja udostępni koncerty online. Neumos, Seattle, USA Dance K.O 24.09.2010

Nie trudno zgadnąć, że kultura młodzieżowa na Bliskim Wschodzie nie ma łatwo. Na przykład breakdance – powstał w latach 70. w Bronksie – w Jordanii znany jest od około dziesięciu lat. B-boye nie dają jednak za wygraną i startują do rywalizacji na corocznej imprezie Dance K.O. Tempo Dance Center, Amman, Jordania The Notorious IBE 24–26.09.2010

Od 12 lat we wrześniu Rotterdam działa na b-boyów z całego świata jak magnes. The Notorious IBE to battle extraordinaire, gdyż obok zwykłych pojedynków na rymy dochodzi do bitew typu „all vs. all”, podczas których b-boye spontanicznie łączą się w ekipy, czy longest powermove battles, kiedy tancerze walczą na wytrzymałość. Różne lokalizacje, Rotterdam, Holandia Elements Festival 25.09.2010

Red Bull Electropedia to cyfrowe archiwum, które dokumentuje dorobek belgijskiej sceny elektronicznej od samego początku, czyli od pionierów electro popu, takich jak Telex, poprzez industrialnych herosów jak Front 242, po nowych bohaterów – Aeroplane. Red Bull Electropedia gości podczas Elements Festival na scenie z takimi artystami jak Tiefschwarz i DJ Godfather. Tillegem, Brugia, Belgia Parklife Gold Coast Festival 25.09.2010

Podczas gdy u nas krótkie spodenki powoli zapadają w zimowy sen, w Australii rozpoczyna się sezon festiwalowy. Parklife Gold Coast – festiwal, w ramach którego wiosnę zapowiedzą tacy artyści jak Brodinski, Groove Armada czy Mehdi. Parklands Showgrounds, Gold Coast, Australia 94

Green Room

Mistrz gramofonu Jeden z najlepszych amerykańskich beatmakerów, legendarny DJ J.Rocc zawitał do Dublina ze swą receptą na udaną imprezę. Andreas Tzortzis zdaje sprawozdanie. J.Rocc opuszcza igłę na płytę z coverem piosenki „Welcome to Jamrock” Damiana Marleya, którym rozpoczyna set, co ewidentnie zachwyca tego kolesia. Wiecie, o jakiego kolesia chodzi. Stoi pod samą sceną i wymachuje rękami, wykonując ruchy rodem z karate. Ma czerwone policzki i ocieka alkoholowym potem, a całości dopełnia idiotyczny wyraz twarzy. Ten koleś ma na sobie biały T-shirt, a na szyi krawat w niebiesko-żółte paski. Krawat ma świadczyć o tym, że prawdziwy z niego biznesmen. A biały T-shirt? Że czas na imprezowe szaleństwo! Cóż, najwyraźniej taki właśnie ma plan na ten sobotni wieczór w klubie Twisted Pepper w Dublinie. „Nieważne” – mówi Jason Jackson, aka J.Rocc, do znajomych. Od ponad 20 lat jest producentem muzycznym i staje za gramofonami z kolegami z ekipy Beat Junkies z Los Angeles, co zapewnia mu stały kontakt z ludźmi pokroju naszego kolegi spod sceny. Najważniejsze, że tej nocy podczas imprezy zorganizowanej przez irlandzką agencję promocji muzyki Choicecuts parkiet wypełniony jest po brzegi – jak każdej nocy, gdy muzykę zapewnia J.Rocc. „Nie zależy mi na tym, żeby ludzie krzyczeli i szaleli podczas każdego utworu” – stwierdza Jackson w niewielkim pomieszczeniu na tyłach klubu, gdzie relaksuje się przed występem. Zupełnie jak jego sety rozmowa płynnie przechodzi od tematu do tematu, poruszając kwestie takie jak równowaga między graniem dla publiczności a dla własnej przyjemności, twórczość kolegów z branży, takich jak DJ Shadow czy J Dilla, walka Manny’ego Pacquiao, a nawet konspiracyjne teorie dotyczące Obamy. „Zaczynałem na domówkach, podczas których nikt nie skakał w górę i w dół” – mówi Jackson. „Wszyscy wczuwali się w muzykę”. Te domówki ukształtowały go jako DJ-a, wpływając na jego występy (tej nocy odchodzi od gramofonów, by chwilę potańczyć, lub wykonuje solówkę na wyimaginowanym saksofonie) i wpajając mu niezwykłą umiejętność zapełniania parkietu na długi czas. Ale z drugiej strony Jackson, muzyczna sroka podkradająca sample i backbeaty z brazylijskiej bossa novy, soulu lat 60., a nawet polskiego jazzu, nigdy nie ośmieliłby

j.rocc Dublin

„Welcome to Jamrock” – ten kawałek elektryzował publiczność

się spuścić tej wirtuozerii ze smyczy na niczego niespodziewającą się publiczność, dla której gra w klubach na całym świecie. „Nie możesz dać się ponieść całkowicie” – mówi Jackson. Reakcja publiczności świadczy o tym, że J.Rocc zna się na rzeczy. Zdążył podbić ich serca „Jamrockiem”, jeszcze zanim przeszedł płynnie do „Passing Me By” grupy The Pharcyde. Ściany drżą, gdy J.Rocc podkręca basy, a publiczność wyraża aprobatę głośnym zbiorowym jękiem. Podczas dwugodzinnego setu J.Rocc prezentuje wyjątkowy muzyczny arsenał – od bluesa do Notoriousa B.I.G. – i przeplatając basowe bity z wysokimi tonami, drażni odbiorców oczekujących na punkt kulminacyjny, który nie zawsze nadchodzi. Czy mają coś przeciwko? Na parkiecie nadal komplet. Ręce wysoko w górze. Butelki z piwem spadają na ziemię. Natężenie dźwięku czasem wręcz ogłusza. A ten koleś? Cóż, jest po prostu zachwycony. Ulubione sety, twórczość jego idoli i przemyślenia J.Rocca można znaleźć na jego blogu: stoneyjackson.blogspot.com

Zdjęcie: Thomas Butler

Decibel Festival 23–26.09.2010


Prater­sauna WIEDEŃ

Gdy ostatni goście Sauny na Praterze około 6 rano udają się do domów, do akcji wkracza od razu ekipa sprzątająca, bo już o 11 pierwsi klienci przychodzą się wykąpać

Najlepsze kluby świata

Pełną parą

Zdjęcia: lukas gansterer (3)

Basen, galeria, bistro. Sauna na Praterze jest wszystkim po trochu, ale przede wszystkim – najlepszym klubem Wiednia. Łączy w sobie tradycję sauny, postmodernizmu, grilla i party przy basenie. Położony we wschodniej części miasta Prater należy do ulubionych terenów wypoczynkowych wiedeńczyków. Południowa część Prateru to nadrzeczne łąki, jeziorka i trasy spacerowe, a północna – diabelski młyn (Riesenrad), kiczowate karuzele, kolejki górskie, langosze (placki), wata cukrowa i ogródki piwne. Oto Prater – wiedeński oryginał i od 1766 roku klasyczny cel weekendowych wypraw rodzinnych. Kilka lat temu okolice placu Praterstern odkryli dla siebie miłośnicy nocnych rozrywek – i przemianowali go szybko na Partystern. To wszystko dzięki klubom, np. Fluc Wanne (utworzonemu w przebudowanym przejściu podziemnym), Planetarium (imponującej kopule zmieniającej się nocą w świątynię tańca) oraz najnowszej atrakcji dzielnicy, czyli Saunie na Praterze. „Prawie nikt z naszego pokolenia nie zna historii tej sauny, ale wystarczy porozmawiać ze starszymi mieszkańcami, żeby usłyszeć niewiarygodne historie” – mówią Hennes Weiss i Stefan Hiess, dwaj trzydziestokilkuletni wiedeńczycy, którzy zaadaptowali dawną

łaźnię parową do nowych celów i tchnęli w nią drugie życie. Pratersauna, otwarta w 1965 roku, była początkowo – jak głoszą tzw. miejskie legendy – miejscem spotkań polityków z półświatkiem. Wśród kłębów pary interesy załatwiali tu podczas „rosyjskich wieczorów” handlarze diamentów. Dziś zamiast diamentów w eleganckim dwupiętrowym budynku z lat 60. pobłyskują dyskotekowe kule. Zamiast podejrzanych typów dawną saunę wypełniają fashioniści i hipsterzy. Jak dawni bywalcy także się pocą, ale nie na ławeczce w saunie, tylko na parkiecie. Weiss i Hiess określają swoją miejscówkę jako „Social Life & Art Space”, gdzie przekracza się interdyscyplinarne granice. Mieszanka sztuki, muzyki, mody i stylu życia na 3 tys. metrów kwadratowych. Perłą Sauny na Praterze jest basen w ogrodzie. Brzmi ekskluzywnie, ale to tylko pozory. Otoczony dzikim żywopłotem trawnik przypomina raczej pełne leniwego uroku kąpielisko. Taką funkcję pełni zresztą w gorące popołudnia, oferując dodatkowo

grill i występy DJ-ów. Nocą położona na zewnątrz część klubu przekształca się w oazę spokoju skąpaną w księżycowym świetle. Na drewnianym tarasie imprezowicze leżą rozłożeni na kanapach albo siedzą przy basenie, rozmawiając, odpoczywając lub flirtując. Z wnętrza dobiega pulsujący bit: techno, soul albo indie rock. Chociaż Weiss i Hiess urządzili na piętrze galerię, a po południu w ogrodzie działa bistro, Pratersauna to przede wszystkim klub – i to przypuszczalnie najlepszy w mieście. Nocne życie rozkwita na czterech parkietach. Na największym zmieniają się DJ-e tacy jak Steve Bug, Chez Damier czy Simian Mobile Disco. W pozostałych pomieszczeniach zachowano prawie oryginalny wystrój wnętrz sauny, z pożółkłymi tabliczkami: „Czy wziąłeś już prysznic?”. Nierzadko imprezy klubowe zmieniają się w party przy basenie, więc zabranie ze sobą bikini czy kąpielówek do Sauny na Praterze na pewno nie będzie błędem. Pratersauna, Waldsteingartenstrasse 135, 1020 Wiedeń; www.pratersauna.tv 95


Więce j dla Ciała i Umysłu

TOM BARMAN antwerpIA

Ulubiona knajpa Toma Barmana w Antwerpii: Kassa 4 przy Ossenmarkt

Resident Artist

Marzenia na tarasie Antwerpia od zawsze funkcjonowała niejako w cieniu Brukseli i była traktowana jak jej młodsza siostra. Wypracowała jednak swój własny styl i ma lokalne dynamicznie działające kluby i knajpki. Sądzę, że jest to związane z nastawieniem antwerpijczyków do życia. Ludzie są tutaj inni. Trudno ich zadowolić i zachwycić. Zawsze, kiedy tu gramy, musimy być lepsi niż w innych miastach – antwerpska publiczność jest bezlitosna. To niezwykle wymagający krytycy: zdystansowani, aroganccy, bardzo bezpośredni, a do tego obdarzeni brutalnym poczuciem humoru. Mimo to mieszkam tu, w żydowskiej dzielnicy w pobliżu głównego dworca kolejowego. Wychowałem się w tej części miasta i znam ją jak własną kieszeń. Mam bardzo spokojnych sąsiadów, wręcz nienaturalnie spokojnych – ortodoksyjnych Żydów i handlarzy diamentów. Perfekcyjne środowisko dla 96

kogoś, kogo – jak mnie – na co dzień otacza najczęściej głośna muzyka. Gdy kilka lat temu rozglądaliśmy się za jakimś studiem w Belgii, od razu zdecydowaliśmy się na Antwerpię zamiast Brukseli. Naszemu skrzypkowi Klaasowi udało się kupić w dzielnicy Borgenhout stary wielki budynek, który służy nam teraz jako „kwatera główna”. Tutaj odbywają się nasze próby, tu mamy swoje studio, a na parterze Klaas urządza cykliczne imprezy zwane De Pekkabriek. Niezbyt często, mniej więcej raz na miesiąc albo dwa, ale za to zawsze jest ostra jazda – odlotowa, nie do końca legalna i bardzo undergroundowa. Jeżeli chodzi o wieczorne wyjścia, to Antwerpia jest raczej łatwa do ogarnięcia. Gdy wieczór dobrze się rozwija, człowiek włóczy się po różnych dzielnicach i przy okazji poznaje miasto. Zwykle najpierw udajemy się

do centrum, do mojego ulubionego baru – małej knajpy Kassa 4 przy Ossenmarkt, w sercu dzielnicy studenckiej. Ponadto chętnie zaglądamy do Zeezicht (1) przy Dageraadplaats, w pobliżu naszego studia. Ktoś, kto chce spędzić wieczór w trochę bardziej ekskluzywnym otoczeniu, znajdzie odpowiednie miejsca w południowej części Antwerpii (gdzie jest dużo niezłych koktajlbarów) albo w północnych dzielnicach miasta, w okolicach portu, gdzie mieszczą się świetne restauracje – takie jak Bart-a-Vin (2) albo Den Artist (3) – serwujące tradycyjną kuchnię belgijską. Coraz popularniejsze robią się w mieście imprezy typu „zrób to sam” – w piwnicach, halach fabrycznych lub przeznaczonych do wyburzenia budynkach, adaptowanych ad hoc na potrzeby takich spotkań – spontanicznych, z tanim wjazdem i młodymi

Zdjęcie: David Legreve

Antwerpia nie jest może największym miastem Belgii, ale ma za to najwięcej uroku i jest najbardziej cool. Tak twierdzi Tom Barman, frontman indierockowej kapeli dEUS.


Więce j dla Ciała i Umysłu

Wiener Melange Festival 25.09.2010

Bart-a-Vin w okolicach portu serwuje belgijskie specjały...

...podobnie jak tradycyjna knajpka Den Artist

SINT-AMANDUS

Waaslandtunnel

2

Italie lei

Zdjęcia: David Legreve (3), Universal Music, Ilustracja: andreas posselt

Tom Barman (drugi od prawej) i jego kapela dEUS

Carno

WAALSE KAAI

3

5 Am

e

al rik

4

Van Eyck lei

ei

STUIFENBERG t str

aat

BORGERHOUT

1

1 Zeezicht, Dageraadplaats 7 2 Bart-a-Vin, Lange Slachterijstraat 3 3 Den Artist, Museumstraat 45 4 Café Capital, Rubenslei 37 5 Café Chat Le Roi, Leopold de Waelplaats

1 Zeezicht

antwerpijskimi DJ-ami. Na przykład imprezy „The Kelly Splinter” są naprawdę super. Mają urok dawnych rave’ów – są takie trochę toporne i opierają się na improwizacji. Świetny jest też squat Scheld’apen, zamknięty ostatnio przez policję. Odbywają się tu teraz najlepsze melanże w mieście. Noce hardcore electro, kapele rockowe, wystawy – naprawdę cool. Trochę mniejszą fantastyczną imprezownią jest Café Capital (4) w parku miejskim. Mieści maksymalnie ok. 400 osób, ale dzięki temu czuje się tam niesamowitą, skondensowaną energię. Dzień po gigu albo jakiejś intensywnej nocy spędzam zwykle w śródmieściu. Zwłaszcza słoneczne dni najlepiej zaczynać przy Leopold de Waelplaats – np. na tarasie Café Chat Le Roi (5), skąd można spoglądać z góry na budzącą się do życia Antwerpię. Gdy na dworze robi się cieplej, cały ten plac jest wypełniony ogródkami różnych knajpek. Można się powłóczyć, spotkać znajomych, przysiąść się do nich i wypić piwo – mamy na to w Belgii nawet specjalne określenie: „een terrasje doen”. Jeżeli ktoś chce jeszcze lepiej poznać miasto, powinien udać się na plażę. Tak, tak – to nie pomyłka. Jest tu plaża Sint Annastrand na południowym brzegu Skaldy – sporo przytulnych lokali i promenada. Nie można raczej powiedzieć, że to najbardziej reprezentacyjna dzielnica, ale zdecydowanie coś w sobie ma. Sytuacja jest bardzo dziwna – plaża nad rzeką, w której nie wolno się kąpać. Leżysz sobie, słońce przygrzewa, a przed oczyma masz wielki przemysłowy port na drugim brzegu. Widok zaskakujący, ale typowy dla tego miasta – trochę to wszystko zapuszczone, ale ma swój urok. Myślę, że to ostatnie określenie można spokojnie odnieść do całej Antwerpii. Ostatni album dEUS: „Vantage Point” (Universal), plan koncertów i filmy: www.deus.be

Otwartość, równouprawnienie i akceptacja. Wiedeński Dom Integracyjny pracuje nad tym od początku lat 90., troszcząc się o azylantów, uchodźców i imigrantów w mieście. Raz w roku odbywa się tu multikulturalna impreza Wiener Melange, bez której Wiedeń nie byłby takim miastem, jakim jest. Charytatywny cel i lokalni DJ-e – jak Functionist i Pulsinger. Ottakringer Brauerei, Wiedeń, Austria Kuchnia.tv Food Film Fest 1–2.10.2010

Czym jest wielka kuchnia? Czy jedzenie może być codzienną przyjemnością? Co jeść, by zachować zdrowie? I jak będzie wyglądać jedzenie przyszłości? Odpowiedzi na te pytania znajdą wszyscy, którzy w dniach 1–3 października odwiedzą warszawskie kino Kultura. Tam odbędzie się Kuchnia.tv Food Film Fest – to już druga edycja jedynego w Polsce przeglądu filmów dokumentalnych o tematyce kulinarnej. Pokazom filmowym będą towarzyszyły spotkania z bohaterami i twórcami filmów, znawcami i miłośnikami sztuki kulinarnej, a także poczęstunki dla widzów związane z tematyką filmów. W programie znalazło się dziesięć filmów z Europy, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Wśród nich będzie można zobaczyć m.in. „Krew, pot i wino” (Blood into Wine) (2010) z Maynardem Jamesem Keenanem, frontmanem zespołów Tool, A Perfect Circle i Puscifer, którego drugą pasją po muzyce jest uprawa winorośli w Arizonie. Kino Kultura, Warszawa Aloe Blacc 2–5.10.2010

Jego soulowy hymn „I Need a Dollar” jest motywem przewodnim kultowego amerykańskiego serialu „How to Make it in America”. Kalifornijski absolwent Red Bull Music Academy wyrusza w europejską trasę ze swoim najnowszym albumem „Good Things”. 2.10. Bohannon, Berlin, Niemcy 5.10. Porgy & Bess, Wiedeń, Austria 97


Z

nacie to? Mój znajomy (każdy narrator urban legend twierdzi, że chodzi o znajomego) uczestniczył z kolegami w libacji. Lato, duszne mieszkanie w bloku na dziesiątym piętrze. W uczestnikach zabawy odezwała się nieodparta tęsknota za górami, za zimą, za śniegiem, za białym szaleństwem. A może był to efekt grubego zakładu? Czy po prostu ułańskiej fantazji? Dość powiedzieć, że ów mój znajomy postanowił zjechać na dół po schodach na nartach. Przypiął dechy, w ręce chwycił kije, na oczy wcisnął gogle i… ruszył. Szło nieźle, aż nagle na ósmym potrącił kobietę idącą wyrzucić śmieci, po czym zbiegł z miejsca wypadku. Nieszczęsna sąsiadka trafiła na pogotowie, a następnie na obserwację psychiatryczną, bo twierdziła uparcie, że przy zsypie wpadł na nią narciarz. Miejskie legendy funkcjonują na całym świecie. W Polsce przełomu lat 60. i 70. czarna wołga porywała dzieci, by spuścić z nich krew, a w Nowym Jorku niemal każdy słyszał o białych krokodylach żyjących w miejskiej kanalizacji. Starą opowieść o upalonych marihuaną kolesiach w samochodzie, których zatrzymał policyjny patrol, Mikołaj Korzyński wykorzystał w scenariuszu do filmu „Chłopaki nie płaczą”. Wszyscy w aucie czekają jak na ścięcie. Wiadomo, narkotyki to nie przelewki. Do tego jeszcze za kółkiem? Ale policjant mówi błagalnym głosem: „Panowie, zepsuł się nam samochód. Czy możecie nas podholować do komisariatu?”. Młodzież oddycha z ulgą i przymocowuje linkę holowniczą do radiowozu. Jadą. W samochodzie ciągnącym radiowóz zapanowała błoga atmosfera, z radia leci delikatne reggae, a głowy pasażerów podrygują w rytm muzyki. Nagle jeden patrzy przez tylną szybę. „O rany, policja za nami! Przyspiesz, żeby się nie przychrzanili”. Kierowca przyspiesza, ale policjanci również. Radiowóz daje znaki światłami. Palacze jeszcze bardziej dodają gazu.

Felieton Lizuta.

Twórca mitów Kto odpowiada za powstawanie miejskich legend? Cała prawda o deprawacji dziennikarzy. Nie chcą spotkania z władzą po maryśce. Przy 120 km na godzinę hol się urywa, a policja ląduje w rowie. Czy którakolwiek z tych opowieści ma w sobie choć ziarnko prawdy? Niedawno w jednej z telewizji widziałem reportaż o warszawskim metrze. Chyba ktoś z kierownictwa podziemnej kolejki opowiadał anegdotę, jak w 1999 r. w tunelach pojawił się ni stąd, ni zowąd żywy koń! A ja dostałem ataku śmiechu! Proszę państwa, niniejszym oświadczam, że tego konia w metrze wymyśliłem z Wojtkiem Staszewskim podczas nużącego dyżuru dziennikarskiego w „Gazecie Wyborczej”. – Słuchaj, a może napiszemy coś tak dla jaj do „Stołecznej”? – zaproponowałem. – Np. o motocykliście, który tak się rozpędził w Alejach Jerozolimskich, że mu przymarzły ręce do kierownicy, albo

o porwanym mokotowskim gangsterze, którego kosmici badali przez odbyt. Stanęło jednak na koniu w metrze na stacji Wilanowska. Tekst był sensacyjny i kończył się dość surrealistycznie: „Tylko mały chłopczyk upierał się bez przerwy, że koń przybiegł tunelem od strony Ursynowa, świecąc ślepiami…”. Podrzucając to anonimowe, absurdalne do granic wyobraźni dzieło naszym kolegom z działu miejskiego, liczyliśmy, że się uśmieją. Ale do głowy nam nie przyszło, że… Telefon obudził mnie o szóstej rano. – Ale przegięliście pałę! – wrzeszczała moja redakcyjna koleżanka Kasia Montgomery, która akurat wtedy leciała z prezydentem Kwaśniewskim w zagraniczną podróż i przeczytała prasę wcześnie rano. Najpierw pomyślałem, że mnie wkęca. Ale zwlokłem się i zszedłem po gazetę. Oblał mnie zimny pot. Koń w metrze wyrąbany na pół strony, słowem – mam kłopoty. Około południa zadzwonił Jacek Żakowski, wówczas mój redakcyjny kolega: – Nie chcę cię martwić, ale z tym koniem to poważna sprawa. Słucham radia w samochodzie i ciągle o tym mówią… – Że to nieprawda? – pytam załamany. – Nie, nie. Mówią, że koń w metrze może być niebezpieczny. Minął tydzień. Dwa tygodnie, miesiąc. Nic. Żadnego telefonu do redakcji, sprostowania, dementi, awantury. Cisza. A przecież w naszym artykule występowała policja, straż pożarna, zarząd metra, a nawet schronisko dla zwierząt fundacji Animals, które według tekstu przygarnęło konia z metra. Nikt się nie odezwał. Po wielu latach któryś z miejskich reporterów opowiedział mi, że w dyrekcji metra jest gablota dokumentująca historię kolejki. Wisi tam nasz artykuł. I tak narodziła się kolejna urban legend. Mikołaj Lizut (l. 37), dyr. nacz. i programowy Radia Roxy, publicysta Gazety Wyborczej, dyr. art. Teatru Radia TOK FM

Polska, ISSN 2079-4266: Wydawca Red Bulletin GmbH Redaktor naczelny Szymon Gruszecki Redaktor naczelny wydania międzynarodowego Robert Sperl, Stefan Wagner (z-ca) Dyrektor kreatywny Erik Turek Dyrektor artystyczny Markus Kietreiber Szef fotoedycji Susie Forman, Fritz Schuster (z-ca) Sekretarz redakcji Marion Wildmann Redaktorzy prowadzący Werner Jessner, Uschi Korda, Nadja Žele Redakcja Ulrich Corazza, Florian Obkircher, Arkadiusz Piątek, Andreas Rottenschlager Graficy Miles English, Judit Fortelny, Esther Straganz, Dominik Uhl Fotoedycja Markus Kučera, Valerie Rosenburg, Catherine Shaw Starszy ilustrator Dietmar Kainrath Współpracownicy Filip Kalinowski, Paul Fearnley, Ruth Morgan, Andreas Tzortzis, Herbert Völker, Paul Wilson Ilustratorzy Mandy Fischer, Lie-Ins and Tigers PRINT 2.0 Martin Herz, www.imagination.at Korekta polskiej edycji Karol Weber, Katarzyna Wasilewska Litografia Clemens Ragotzky (Ltg.), Christian Graf-Simpson Przygotowanie do druku Michael Bergmeister Produkcja Wolfgang Stecher, Walter Omar Sádaba Druk Prinovis Ltd. & Co. KG, D-90471 Norymberga, Niemcy Zarząd Karl Abentheuer, Rudolf Theierl Kierownictwo projektu międzynarodowego Bernd Fisa Kierownictwo wydania polskiego Anna Czerniecka, Aleksandra Zarychta Projekty specjalne Boro Petric Finanse Siegmar Hofstetter Dyrektor wydawniczy Joachim Zieger Marketing Barbara Kaiser (Ltg.), Regina Köstler, Johanna Schöberl Project management Jan Cremer, Dagmar Kiefer Reklama Biuro reklamy Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, Joanna Kmiecicka, tel.: +48 22 555 63 39, joanna.kmiecicka@agora.pl Siedziba redakcji wydania polskiego Al. Wyścigowa 8a Warszawa 02-681 Telefon +48 22 331 95 50 Fax +48 22 331 95 60 E-mail: redakcja@redbulletin.com Siedziba firmy Red Bulletin GmbH, Am Brunnen 1, A-5330 Fuschl am See, FN 287869 m, ATU 63087028 Siedziba redakcji Wiedeń Heinrich-Collin-Straße 1, A-1140 Wien Biuro redakcji Londyn 155-171 Tooley Street, SE1 2JP, UK Internet www.redbulletin.pl Cykl wydawniczy The Red Bulletin ukazuje się zawsze w pierwszy wtorek miesiąca jako wydanie niezależne lub we współpracy z następującymi gazetami partnerskimi – w Polsce: Gazeta Wyborcza; w Austrii: Kleine Zeitung, Kurier, Oberösterreichische Nachrichten, Die Presse, Salzburger Nachrichten, Tiroler Tageszeitung, Vorarlberger Nachrichten; Burgenländische Volkszeitung, Niederösterreichische Nachrichten; w Niemczech: Frankfurter Allgemeine Zeitung, Münchner Merkur; w Wielkiej Brytanii: The Independent; w Irlandii: Irish Independent; w Irlandii Północnej: Belfast Telegraph; w RPA: Cape Times, Capre Argus, Daily News, Pretoria News, The Star; w Nowej Zelandii: The New Zealand Herald Nakład łączny 3,6 miliona Listy czytelników: listy@redbulletin.com Wydanie 06 Warszawa, wrzesień 2010

NastępnY NUMER UKAŻe się we wtorek 5 PAŹDZIERNIKA

Ilustracja: albert exergian

felieton


kunde „Możliwości chodzenia nie należy przyjmować za oczywistość.” David Coulthard.

Trzynastokrotny zwycięzca Grand Prix Formuły 1 i orędownik „Wings for Life”.

Postęp i nieustanny rozwój są cechą naszych czasów. Żyjemy w erze myślenia wizjonerskiego. Najnowsza historia ludzkości obfituje w kroki milowe w zakresie rozwoju techniki i medycyny. Najdłużej panowało przekonanie o niemożności leczenia urazów rdzenia kręgowego. Jednak w drodze badań laboratoryjnych udało się doprowadzić do regeneracji uszkodzonych komórek nerwowych. Najnowsze wyniki badań medycznych i naukowych dowodzą, że także w tej skomplikowanej dziedzinie postęp jest możliwy. Lekarze i naukowcy są zgodni, iż leczenie urazów rdzenia kręgowego stanie się kiedyś rzeczywistością. Właśnie ten cel przyświeca działalności Fundacji na Rzecz Badań nad Rdzeniem Kręgowym „Wings for Life”. Wspierając konkretne, najbardziej zaawansowane projekty badawcze, Fundacja „Wings for Life” inwestuje w postęp na rzecz przyszłości, w której leczenie porażeń spowodowanych urazami rdzenia kręgowego stanie się możliwe.

Twój wkład ma ogromne znaczenie. Przekaż go na

www.wingsforlife.com


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
The Red Bulletin_0910_PL by Red Bull Media House - Issuu